Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ALKOHOL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ALKOHOL. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 października 2024

POLSKA NA WOJNIE! - Cz. I

CZYLI JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?





 Ponieważ obecna sytuacja wykluczenia Polski z kręgu decyzyjnego na temat przyszłości Ukrainy i ewentualnego zakończenia konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, jest dla mnie wyjątkowo nie do przyjęcia (pojawiają się oczywiście głosy, że kto miałby tam pojechać? Ja uważam że mógłby tam pojechać prezydent Andrzej Duda, ale równie dobrze mógłby pojechać premier Donald Tusk. Co prawda nie głosowałem na niego i nie popieram ani jego, ani jego polityki, uważam go też za zwykłego cwaniaczka, kłamczucha i człowieka który działa na niekorzyść mojego Państwa, a związane to jest z jego wcześniejszymi zależnościami jeszcze z czasów Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a także wciąż nie zastygły mi pragnieniami powrotu do Brukseli. Mimo to, to jest premier mojego kraju i jeśli tylko "odważyłby" się działać zgodnie z interesem naszego Państwa i Narodu, to miałby we mnie pełne wsparcie, bez względu na różnice polityczne). Dlatego też postanowiłem jeszcze dzisiaj zaprezentować wybrane fragmenty z książki Zbigniewa Parafianowicza "Polska na wojnie. Nieznane fakty, kulisy rozmów. Wielkość i małość polskiej polityki", opowiadającej o wydarzeniach dziejących się od roku 2021, czyli jeszcze sprzed wybuchu wojny na Ukrainie, aż do roku 2023 i konfliktu, jaki wybuchł wówczas między Polską a Ukrainą z powodu sporu o transport ukraińskiego zboża przez polskie terytorium. Ciekawie opisane są tam różne niuanse spotkań poszczególnych polityków - zarówno polskich, ukraińskich jak i niemieckich, francuskich, brytyjskich i amerykańskich. Ciekawa lekcja dla nas, aby wiedzieć jak działać w przyszłości i jak nie dać się ogrywać takim indywiduom jak Scholz czy Biden.



SPOTKANIE W WIŚLE




Dyplomata: (...) Na miesiąc przed wojną Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski spędzili razem w Wiśle dwa dni. Spotkanie było zaplanowane wiele miesięcy wcześniej i nie miało nic wspólnego z wojną. Chodziło o "projekt przyjaźń", który miał polegać na wejściu w buty Aleksandra Kwaśniewskiego z czasów pomarańczowej rewolucji, czyli zbudowaniu półprywatnych relacji pomiędzy Dudą a Zełenskim.

Dyplomata A zaangażowany w sprawy ukraińskie: Pomysł nieformalnego spotkania rzucił Jakub Kumoch, minister w Kancelarii Prezydenta, a potem kluczowa postać u boku Dudy w pierwszym roku wojny. Duda z początku miał wątpliwości. Bo zdawał sobie sprawę, że był już raz oszukiwany przez Poroszenkę. "Umówiłem się z nim na wiele rzeczy. Niemal żadnej nie spełnił" - miał mówić.

Dyplomata B: Chodziło o spór wokół Wołynia, ale nie tylko. Poroszenko nie wywiązał się z pomysłu wprowadzenia Polaka do rządu ukraińskiego. Co prawda zaproponował coś więcej, stanowisko szefa rządu, ale Balcerowiczowi, arcyprzeciwnikowi PiS. Duda potraktował to jako policzek. 

Minister X: Ustaliliśmy, że trzeba się z Zełenskim spotkać w cztery oczy i po prostu po męsku napić się wódki.

Dyplomata A: "Duda powiedział, że najbardziej nadaje się Wisła. "Tam jest taka dobra karczma" - stwierdził. Miał na myśli obiekt w dyspozycji Kancelarii Prezydenta. (...) Spotkanie odbyło się w czwartek i piątek 20-21 stycznia 2022. I faktycznie było przełomowe w późniejszych stosunkach. Udział wzięły kluczowe postaci. Zełenskiemu towarzyszył Andrij Jermak, numer dwa ukraińskiej polityki. Oraz Andrij Sybiha, zastępca Jermaka odpowiedzialny za sprawy międzynarodowe. Po stronie polskiej byli główni "wojenni" doradcy prezydenta - Kumoch, oraz z ramienia rządu wiceszef MSZ Marcin Przydacz.

Minister X: Nie było planu że w Wiśle podpiszemy jakieś konkretne umowy. Obie strony były zainteresowane uruchomieniem stałego kanału komunikacji. Mniej formalnego. Bez ograniczeń protokolarnych. Bez straty czasu. Po rozmowach w Wiśle wieczór spędziliśmy, jedząc i pijąc. 

Dyplomata B: Duda plus wóda równa się nienuda. Bez alkoholu Duda jest strasznym nudziarzem, po alkoholu odwrotnie. Wisła to była regularna impreza. Dyplomacja alkoholowa z bardzo satysfakcjonującym rezultatem. Duda jest świetnym opowiadaczem kawałów po rosyjsku. Nie wiem, skąd je zna, ale opowiadał je z dobrym akcentem. 




Dyplomata A: Nikt nie spił się w trupa. Prezydenci testowali się. Żaden nie gadał głupot. Nikt nie odpadł. Może Zełenski trochę wolniej mówił, ale żaden głupot czy bełkotu. Zełenski nie wygląda, ale może sporo przyjąć. Nie zmienia się po alkoholu. Zachowuje pełną kontrolę. (...) Odniosłem wrażenie, że jest znacznie silniejszym politykiem, niż mógłby wskazywać kreowany jego obraz na Ukrainie przed wojną. (...) Nie kreuje się na wschodniego mużyka i bandytę. Nie przeklina nadmiernie. (...) Cwany i zawsze wychodzący na swoje. Mimo że nie prezentuje siły i nie pręży muskułów.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Pytałem w Wiśle, czy nie rozważają wariant ataku Rosjan na pełną skalę. Krążyły daty inwazji. Pisano też o wariancie zakładającym atak na Kijów. Zełenski nie dał jednoznacznej odpowiedzi. Mówił, że liczy się z każdym scenariuszem, ale obawia się, że jest w tym dużo przesady. Mówił, że każde doniesienie o dacie ataku to dla niego poważny problem, bo po takim newsie z Ukrainy uciekają miliony dolarów kapitału zagranicznego. Sugerował, że jego otoczenie będzie oficjalnie przekonywało, że do wojny nie dojdzie. Nie planował też mobilizacji. Chodziło o to, by nie uciekały pieniądze, ale też o zachowanie spokoju i powstrzymanie paniki wśród ludności.

Polityk ukraiński, obecny w Wiśle: Wisła była najlepszym spotkaniem, jakie na tym szczeblu odbyliśmy z Polakami. Wcześniej miewaliśmy problem z tym, czego właściwie oczekują od nas. Nie było jasności celów polskiej polityki wobec Kijowa. Poza ogólnikami, że jesteśmy dla Warszawy strategicznym partnerem. Dowiedzieliśmy się, że teraz jest wola na najwyższym szczeblu, aby współpracę napełnić treścią. Dowiedzieliśmy się, że chce tego też Jarosław Kaczyński, który od zawsze był wobec Ukrainy podejrzliwy. (...) Mieliśmy podstawę do nowej współpracy - zaufanie.

Dyplomata B: Rano po tej naszej alkodyplomacji wszyscy jedli śniadanie i byli dla siebie bardzo mili. (...) Wisła odbyła się w atmosferze biwaku na studiach. Pamiętam, że minister Przydacz puszczał Kumochowi utwór zespołu Braci Figo Fagot pod tytułem "Wóda zryje banie" (🤭).

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Wisła była kluczowa dla stosunków polsko-ukraińskich w pierwszych stu dniach wojny. To był strzał w dziesiątkę. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jaki będzie efekt. Ale jak patrzę na to z perspektywy czasu, to nie wiem, czy tam narodziła się autentyczna przyjaźń. Nikt tego nie powie wprost, ale te misie Duda-Zełenski są trochę wyreżyserowane. Zełenski radzi sobie z tym dobrze. To w końcu aktor. Duda trochę gorzej. Oni są od siebie bardzo różni (nic dziwnego Zełenski to przecież blokers z Krzywego Rogu, a Duda to inteligent z Krakowa). Zełenski zamknięty. Duda to typ harcerza. (...) No ale tyle, ile było można, wyciągnęli z tej znajomości. Była okazja, wykorzystali ją, udając wielką przyjaźń. Później, po tym karnawale przyjaźni, gdy Zełenski uwierzył, że jest Mahatmą Gandhim (pycha zawsze kroczy tuż przed upadkiem, a obecne poparcie prezydenta Zełenskiego na Ukrainie szoruje po dnie), Duda jako asystent Gandhiego nie był mu już potrzebny.


INWAZJA




Minister X: Nasi generałowie codziennie mówili: "Następne 72 godziny będą decydujące". Cały czas tak gadali przez kilka tygodni do znudzenia. Po kolejnej deklaracji, że kolejne 72 godziny zadecydują o losach wojny, ktoś ze służb rzucił: "Proszę państwa, z naszych informacji wynika, że na granicy z Ukrainą powróciła korupcja, która zniknęła całkowicie po 24 lutego". Skoro jest korupcja, to znaczy, że na Ukrainie wraca normalność (🥴). To było chyba na początku kwietnia. Ktoś wtedy powiedział: "Ukraina się obroniła". Wszyscy się śmiali. Nawet Kaczyński się śmiał. W poniedziałek 21 lutego 2022 Putin ogłosił niepodległość separatystycznych republik donieckiej i ługańskiej. Było jasne, że odwołujemy wszystko i jedziemy do Kijowa. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Duda był spokojny, ale czuł powagę sytuacji. Nie pozwolił jechać Solochowi, szefowi BBN. Prezydent powiedział przed wyjazdem do Kijowa, że ma zostać w Polsce. Ma zostać na wypadek wybuchu wojny. Co ciekawe, Soloch sam się zgłosił na ochotnika, chciał jechać. Prezydent powiedział mu, że ma zostać i pilnować spraw, gdyby coś się nam stało. 

Minister Y: Wyjechaliśmy w środę 23 lutego. Bez rozgłosu. Samochodami. Z ochroną. Duda powiedział, że nie polecimy samolotem, bo jak się coś stanie, damy przeciwnikom argument, że Polska to państwo z dykty. On ma obsesję na tym punkcie. Syndrom smoleński. Duda boi się ośmieszenia państwa. (...) W Kijowie wtedy też był Nausèda (prezydent Litwy - Gitanas Nausèda). Na Litwę wrócił swoją casą. Samolotem wojskowym. Wszystkie loty cywilne zachodnich linii lotniczych były już odwołane. 




Minister X: Wszystko niby było ekstra, ale plan wyjazdu i tak wyciekł do prasy. Szukaliśmy przecieku. Pojawiły się wzajemne oskarżenia. Litwinów do nas. Nas do Ukraińców i Litwinów. Nic się nie dało przeprowadzić w tajemnicy. To jest jakieś przekleństwo. Zbyt wiele osób jeszcze przed wydarzeniem chce mieć sukces.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Po drodze, gdzieś za Łuckiem zatrzymaliśmy się na ukraińskiej stacji benzynowej. Zabawna sytuacja miała miejsce. Na tym cpn-ie ukraińskim stał karnie w kolejce do kibla, żeby się wysikać. Jakaś pani stała. Jakiś pan. I on. Prezydent Nausèda potem mówi do Dudy: "Ale numer. Stałeś normalnie w kolejce do kibla na stacji benzynowej?" Oni tak ze sobą rozmawiają. Jest między nimi chemia. Między Dudą a Zełenskim jest dziwna przyjaźń. Z Nausèdą jest inaczej.

Minister Y: W Kijowie mieliśmy rozmowy w Pałacu Maryjskim. Tam Zełenski poinformował Dudę i Nausèdę że wybuchnie wojna.




Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Duda nie wyglądał na zdenerwowanego. Sytuacja była absurdalna. Wiedział, że nazajutrz wybuchnie wojna. Ale z drugiej strony był w mieście, w którym nie było żadnej paniki. Wszystko normalnie działało. Nikt z Kijowa nie uciekał. Nie było sznura aut korkujących wylotowe trasy ze stolicy. Normalne życie.

Minister X: Na do widzenia Zełenski powiedział Dudzie, że najprawdopodobniej widzą się po raz ostatni. On był przekonany, że zginie. Amerykanie proponowali mu ewakuację. (...) Odmówił.

Dyplomata A: Biden chciał wywieźć nie tylko Zełenskiego, ale też cały jego rząd, łącznie ze wszystkimi klientami tego systemu władzy. Amerykanie szykowali się na całkowity kollaps państwa.

Minister X: Podczas rozmów Duda-Nausèda-Zełenski panowała raczej schyłkowa atmosfera. Nie było miejsca na żarty. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: W Kijowie ciągle poganiały nas polskie służby. Żebyśmy jak najszybciej wyjeżdżali z miasta. Że już czas. Po wizycie w Pałacu Maryjskim zapakowaliśmy się w samochody i odjazd. Po drodze dzwonił wiceszef Agencji Wywiadu Dominik Duda. Pytał, gdzie jesteśmy, bo się zaczęło. Prezydent powiedział tylko, że jakby co, to on sobie nie wyobraża tego, że trafia do niewoli. Powiedział, że nie ma opcji, że polski prezydent jest pokazywany na rosyjskich kanałach jako zakładnik. Oświadczył nam, że jak gdzieś na drodze wylądują Rosjanie, trzeba będzie się bić aż do nadejścia odsieczy. Mieliśmy wtedy obstawę GROM-u. I myślę, że naprawdę byśmy się bili.




Minister Y: Dziwny był ten wybuch wojny, bardzo abstrakcyjny. Ktoś z Agencji Wywiadu dzwoni do nas i mówi, że "już się zaczęło", że wybuchła wojna, ale po drodze żadnych śladów żadnej wojny nie było. Nikt nie budował blokpostów. Barykad nie wznoszono. Zwyczajne życie. Na granicy byliśmy przed godziną 24 czasu kijowskiego, czyli o 23 naszego. W Polsce w McDonaldzie jeszcze zestaw zjedliśmy.

Minister X: Po tym wyjeździe strasznie byłem zmęczony. Poszedłem od razu spać. Wybuch wojny przespałem. Budzę się, patrzę na telefon, dwadzieścia połączeń. (...) W tym czasie trwała już narada. To były te gabinety wojenne, które trwały przez kilka kolejnych tygodni czy nawet miesięcy. Prezydent, premier, najważniejsi ministrowie, szefowie służb. Pojechałem do Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Grzecznie przeprosiłem, usiadłem. Myślałem, że Duda mnie rozszarpie, byłem spanikowany. (...) Poprosiłem o głos i sam zaatakowałem: "Niech mnie budzą następnym razem". A Duda do mnie: "Przestań, uspokój się, wszyscy jesteśmy zdenerwowani, co ty robisz?"

Minister Y: Duda był jednym z pierwszych, do których po wybuchu wojny dzwonił Zełenski. A możliwe że to był jego pierwszy zagraniczny telefon. Moim zdaniem w tych dniach on chciał z Dudą po prostu pogadać. Pożalić się. "Stary, jestem tutaj, a ten c*** atakuje"




CDN.

niedziela, 3 grudnia 2023

PRYWATNE ŻYCIE DYKTATORÓW - Cz. I

CZYLI JAK ŻYLI (I JAK MIESZKALI) HITLER, STALIN, MUSSOLINI CZY MAO ZEDONG





Dziś zapraszam na nową serię tematyczną, która obejmować będzie przede wszystkim prywatne życie dyktatorów (często największych i najkrwawszych dyktatorów, takich jak Hitler, Stalin, Mao Zedong czy Pol Pot). Oprócz informacji ściśle prywatnych na temat danych dyktatorów, omówię również wydarzenia dziejące się w danym momencie historycznym w państwach, którymi władali, a także opiszę prywatne upodobania i talenty jakie owi dyktatorzy często przejawiali to były one różnorakie (Stalin np. pisał świetne wiersze, Hitler dobrze malował, a szczególnie szkicował, a Mao także pisał piękne wiersze, szczególnie o miłości). Wydaje się to dziwne że takie potwory w ludzkiej skórze zdolni byli do tak wzniosłych i często pięknych dzieł, ale jeśli uświadomimy sobie, że tak naprawdę to wszystko jest naszym wspólnym czyśćcem, który niektórzy zamieniają w swój prywatny raj, tworząc jednocześnie piekło dla innych. To jest temat na inną rozmowę i nie chciałbym się nad tym dłużej skupiać w tym temacie, warto jednak uświadomić sobie że nawet najgorsza ludzka menda ma prawo do miłości, gdyż z tej Miłości pochodzi i do tej Miłości wrócić pragnie, choć czasem jest to poprzedzone milionami ofiar. Nie da się opuścić owego czyśćca (czy też dla niektórych piekła), tego naszego ziemskiego czyśćca w inny sposób, niż tylko poprzez Miłość (i to bezinteresowną miłość do wszystkich istot), wielu zaś o tym zapomina i szuka czegoś innego, czegoś co mogłoby zastąpić owa Miłość - która jest jedynym wyjściem z naszej podróży przez wcielenia, i dlatego rodzą się potem takie idiotyzmy jak komunizm, nazizm, faszyzm czy inne tego typu izmy.

W każdym razie w tym temacie chciałbym się skupić bezpośrednio na prywatnym życiu dyktatorów i na ich miłostkach, słabościach czy też pasjach, a także obawach i lękach. Zacząć bym też chciał od Stalina, jako że wydaje mi się on w tym momencie najbardziej interesujący, biorąc pod uwagę fakt, ile mitów narosło na temat jego życia, jego ascetycznego życia, bo w Rosji do dzisiaj pokutuje przekonanie, że Stalin żył bardzo skromnie. Nosił codziennie ten sam mundur, jadł i pił niewiele, sypiał na twardym żołnierskim łóżku i otrzymywał pensję na poziomie wysoko wykwalifikowanego robotnika. To wszystko są mity w jakie wierzą miliony Rosjan, a także wielu innych sierot po komunizmie. Warto co nieco odkłamać w tym i w innych tematach (np. Hitler był ekscentrykiem i nieco dziwakiem stroniący od ludzi. Nazistowska propaganda zaś starała się z tych jego przywar uczynić zalety dobrego niemieckiego męża, rozmiłowanego we własnym domu na niemieckiej ziemi itd.). Przejdźmy zatem do tematu.



STALIN
W ŚWIĄTYNI BESTII
Cz. I




 Zacznijmy może od ukazania życia Stalina w latach jego największej popularności, gdy dzierżył w swym ręku całość władzy w Rosji sowieckiej, a dopiero potem przejdziemy do opowieści o jego życiu na tle zmieniających się uwarunkowań politycznych.

Otóż zacznijmy od tego, że Stalin praktycznie nie miał żadnych kontaktów z pieniędzmi w czasach gdy władał Związkiem Sowieckim a potem podbitą połową Europy. On (podobnie zresztą jak Hitler od połowy lat 20-tych) nie musiał martwić się ani o wydatki, ani w ogóle zajmować się kwestiami finansowymi. Wszystko bowiem czego zapragnął, wszystko czego chciał w magiczny sposób pojawiało się w jego otoczeniu, ot, na pstryknięcie palcem. Nie nosił przy sobie żadnych pieniędzy ponieważ nie potrzebował tego czynić, i tak nic za nie nie kupował i nigdzie nie wychodził - wszystko co miał wokół siebie opłacało państwo sowieckie, a Stalin żył tam w ogromnym przepychu, wbrew temu co twierdziła propaganda i co powielali później ludzie w swej głupocie. Nie miał pieniędzy, a miał wszystko wokół siebie, dosłownie wszystko. Na pstryknięcie palców miał sprowadzane do jego apartamentów kobiety - takie jakie chciał i jakiemu się podobały. Miał prywatne plaże, specjalnie dobranych ludzi i pałace w których toczyło się normalne życie, tak jakby przebywał w każdym z nich jednocześnie (nigdy bowiem nie było wiadomo w której rezydencji nagle się zjawi). Josif Wissarionowicz Dżugaszwili - czyli Stalin posiadał 18 pałaców i rezydencji w całej sowieckiej Rosji (niektóre z nich były zamienione w twierdze). Rezydencje te były oczywiście odizolowane od świata, otoczone kilkoma ogrodzeniami (np. drutem kolczastym, metalowym płotem i zasiekami) oraz oczywiście pilnowane 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu przez specjalnie dobrane oddziały NKWD (liczące nawet, w niektórych największych pałacach Stalina - kilka tysięcy osób). A przecież nie byli oni jedyną ochroną dyktatora, bowiem na terenie samego pałacu (każdego pałacu) działała prywatna ochrona Stalina, niezależna od tamtej.

Każda rezydencja miała stały personel obsługi przynależny tylko danemu miejscu. W każdej też byli zatrudnieni kucharze, kelnerzy, lekarze (nawet toksykolodzy, mający sprawdzać jakość jedzenia podawanego Stalinowi do stołu), pielęgniarki, kierowcy, ogrodnicy. Z reguły stały personel każdej takiej rezydencji przekraczał 50 osób, ale z chwilą gdy zjawiał się w niej Stalin, stan osobowy zwiększał się co najmniej dwukrotnie, a często trzykrotnie. Wszystkie 18 rezydencji jakie posiadał do swego użytku Józef Stalin, to były: Kuncewo, Siemionowska, Zubałowo (wszystkie w Moskwie), następnie Nowa Macesta, Puzanówka, Riwiera, Blinowka (w Soczi), dalej Zimna Rzeczka, Ritza, Nowy Afon (ta wzniesiona w górach Kaukazu rezydencja, posiadała specjalny podziemny tunel wiodący do pięknej, prywatnej plaży), Suchumi, Missiury (znajdowała się tam specjalna porcelanowa wanna w pięknie urządzonej łazience, która dla komfortu Stalina nieustannie miała podgrzewać wodę, tak, aby nie pozwolić jej ostygnąć), Borżomi (tutaj zbudowano schody w taki sposób, aby ułatwić cierpiącemu na bóle korzonek Stalinowi wchodzenie na piętro), Tzchabato (wszystkie w Gruzji), następnie Koreiz, Gorłowinka, Trapeznikowo i Jewejnaja (na Krymie). Jako ciekawostkę należy dodać że nie wszystkie z tych rezydencji Stalin odwiedził w czasie swych rządów, w niektórych nigdy nie był, w innych był tylko raz w życiu, mimo to wszystkie one funkcjonowały tak, jakby generalissimus Związku Sowieckiego był tam stale obecny.

Stół sowieckiego dyktatora uginał się od wszelkiego rodzaju przysmaków. Ryby przywożono ze specjalnych stawów hodowlanych, przeznaczonych tylko i wyłącznie dla niego i w czasie gdy na Ukrainie ludzie zjadali trawę lub korę drzew (a często też dochodziło do przypadków kanibalizmu) bo niczego innego nie było w czasie Wielkiego Głodu z lat 1932-1933, Stalin miał wszystko, czego mógł sobie zażyczyć, a nawet więcej. Bez względu na to w której ze swych rezydencji przebywał, codziennie miał tam dostarczane samolotem świeże owoce prosto z Gruzji, jak również wino gruzińskie które lubił. Wszystkie inne przysmaki które spożywał Stalin (w tym bażanty, czy specjalnie pieczone na wolnym ogniu barany) pochodziło z odpowiednio wybranych i sprawdzonych hodowli, przeznaczonych tylko i wyłącznie na potrzeby Stalina i jego otoczenia (rodziny, ewentualnie najbliższych przyjaciół). Wszystko to oczywiście kosztowało niebagatelne sumy, którymi oczywiście Stalin się nie przejmował bo on za to nie płacił (zajmował się tym specjalny wydział zaopatrzeniowy NKWD). Wszystko co otaczało Stalina było najwyższej jakości, począwszy od potraw (które oczywiście były skrupulatnie sprawdzane przed podaniem dyktatorowi), a skończywszy na wystroju apartamentów w jego rezydencjach. Meble były wykonane z najlepszego drewna (w Moskwie zajmował się tym specjalnie wybrany i sprawdzony przez NKWD zakład meblarski), kryształy, lampy a nawet narożniki wykonano z taką starannością o szczegóły i dbałością nie tylko o to, aby przypodobać się dyktatorowi, ale przede wszystkim aby nie mógł on zrobić sobie przy nich żadnej krzywdy. Oczywiście było to w stu procentach niemożliwe do wykonania, ale sam fakt że starano się to robić z taką myślą też pokazuje atmosferę strachu jaka panowała w sowieckiej Rosji. Przecież gdyby Stalin potknął się chociażby o dywan w swoim apartamencie, to producent owego dywanu w najlepszym przypadku skończyłby w "uzdrowisku" na Magadanie, a tam - jak mówił pułkownik Kwiatkowski - zdycha się głęboko pod ziemią.




Wszyscy ludzie pracujący w rezydencjach Stalina (począwszy od sprzątaczek a na lekarzach skończywszy) to byli specjalnie dobrani, etatowi pracownicy NKWD, którzy dzięki temu że byli blisko Stalina mieli specjalne przywileje. Przysługiwał im np. dostęp do sklepów z deficytowymi towarami z zagranicy (w Polsce z czasów stalinizmu mówiło się o takich sklepach "za żółtymi firankami", a potem w latach 60-tych 70-tych i 80-tych to były sklepy towarowe: Pewex i Baltona - gdzie można było, oczywiście za prawdziwe pieniądze, czyli za dolary, marki, funty czy franki - kupić towary oficjalnie na rynku niedostępne, np. prawdziwe czekolady, a nie wyrób czekoladopodobny który smakował jak rozpuszczony smar. Zresztą cały ten komunistyczny ustrój to był jeden wielki wyrób czekoladopodobny).


REKLAMY PEWEXU i BALTONY z PRL-u





Pracownicy prywatnych willi Stalina mieli możliwość nie tylko robienia zakupów w specjalnych sklepach z deficytowymi towarami (niedostępnych w Związku Sowieckim dla zwykłych ludzi), ale również wysokie zarobki i własne, prywatne bezpieczeństwo. Stąd też wielu marzyło o tym, aby dostać taką pracę, ale nie było to łatwe, gdyż przede wszystkim dobrą opinię musiała ci wystawić służba bezpieczeństwa, która sprawdzała nie tylko daną osobę, ale również jej rodzinę, dalszych i bliższych krewnych oraz wszystkich znajomych. Jakiekolwiek podejrzenie natychmiast eliminowało taką osobę z kręgu kandydatów. A rezydencje pracowały 24 godziny na dobę (czy był tam Stalin, czy go nie było), dlatego też ekipy musiały się zmieniać co najmniej raz dziennie. Nie było też mowy o tym, żeby popełniono jakikolwiek błąd i zatrudniono osobę, która mogłaby w jakikolwiek sposób zaszkodzić dyktatorowi. To w ogóle nie wchodziło w rachubę, dlatego też odsiew kandydatów nawet wśród już sprawdzonych osób był niezwykle duży. Obsługa też była szkolona do szybkiej i bezszelestnej pracy (chodziło o to, aby lokatorom wieczornych i nocnych popijaw zapewnić maksimum komfortu). Bowiem Stalin swoje nocne popijawy urządzał z reguły ok. 10:00 lub 11:00 wieczorem, a kończył o około 5:00 nad ranem. Stoły oczywiście uginały się od wszelkich smakołyków, ale najwięcej było tam trunków, począwszy od gruzińskich win szczególnie Chwanczkara - ulubione wino Stalina), likierów, koniaków, szampanów i oczywiście wódek, hektolitry wódek. I wszyscy musieli pić, bowiem Stalin nie ufał tym, którzy odmawiali picia i tacy mogli być pewni że w najbliższym czasie stracą zaufanie wodza, a wraz z nim bezpieczeństwo i zapewne życie.




Po północy (lub tuż ok. godziny 1:00 w nocy) obsługa z reguły zmieniała zastawę (oczywiście na wcześniejsze wezwanie Stalina), gdy czterech kelnerów chwytało obrus z wszystkich czterech stron, łącznie z potrawami, sztućcami i trunkami jakie się tam znajdowały, zabierano to wszystko i lądowało to w worku, po czym rozkładano nowy obrus i przynoszono nowe potrawy: kotlety, kapustę po gruzińsku, smażone przepiórki i kolejne hektolitry wódki, wina i koniaków. Wszystko było ponownie gorące i gotowe do spożycia. Pijana ekipa rozchodziła się ok. 4:00 lub 5:00 nad ranem (niektórzy wręcz byli wynoszeni), ale Stalin miał silną głowę do alkoholu i był w stanie wytrzymać wielogodzinną popijawę.

Stalin był więc prawdziwym carem, nowym bolszewickim carem i choć oficjalnie po rewolucji 1917 r. na rozkaz Lenina miano zrezygnować z wysokich uposażeń urzędników państwowych, to jednak szybko okazało się to niewykonalne, gdyż urzędnicy i tak pobierali drugą (a często trzecią) pensję w formie łapówek. Ludzkiej natury nie dało się zmienić i nie można jej zmienić w taki sposób, chociaż bolszewicy utrzymywali że są ludźmi wyjątkowymi i innymi od całej reszty ludzkości, a jak mówił Stalin jeszcze w 1921 r.: "Jesteśmy nową arystokracją" i rzeczywiście, mnóstwo bolszewików w to wierzyło, a nawet niektórzy próbowali żyć w sposób ascetyczny, tak jak nakazywały ideały bolszewizmu (np. Feliks Dzierżyński - twórca Czeka - poprzedniczki NKWD, i jednocześnie człowiek który co najmniej dwukrotnie ocalił życie Józefowi Piłsudskiemu - z którym zresztą był spokrewniony - żył bardzo skromnie. A gdy zmarł w 1926 r. - zamordowany najprawdopodobniej z polecenia Stalina - to nie było w czym go pochować, bo nie miał nawet przyzwoitego garnituru. Nosił tylko jeden mundur wojskowy który nie nadawał się do takiej uroczystości, dlatego też trzeba było specjalnie uszyć mu do trumny garnitur). Stalin miał już zupełnie gdzieś dbanie o pozory bolszewickich utopii z książek dla marksistowskich intelektualistów. On wprowadzał bolszewizm bezpośrednio w życie, a bolszewicy według niego byli nową arystokracją więc mieli prawo żyć tak, jak żyła dawna arystokracja, a on jako przywódca partii miał prawo żyć jak car. I tak też żył. 




CDN.

wtorek, 25 lutego 2020

CENTRUM ŚWIATA - Cz. II

PODRÓŻ W CZASIE





FORUM TRAJANA

Cz. II







 "CHCĘ BYĆ TAKIM CESARZEM DLA OBYWATELI, JAKIEGO CHCIAŁBYM MIEĆ CESARZA, BĘDĄC OBYWATELEM"

IMPERATOR MAREK ULPIUSZ TRAJAN



 Zostawiamy więc monumentalną (widzianą zarówno z Kwirynału jak i z Kapitolu) Kolumnę Trajana za sobą i powoli kierujemy się już do wyjścia z tego niezwykle majestatycznego i największego (zaraz po Forum Romanum) rzymskiego forum cesarskiego, jakim właśnie było Forum Trajana. Pamiętajmy cały czas, że oto mamy rok 115 naszej ery, czyli okres największego rozkwitu i dostatku Imperium Rzymskiego (jeszcze żyjący trzydzieści lat później rzymscy historycy i pisarze będą twierdzili że żyją w: "Najwspanialszej z epok"). Okres dobrobytu zacznie się powoli kończyć dopiero w latach 60-tych II wieku, a poważne załamanie gospodarcze nastąpi w latach 40-tych i 50-tych III wieku. W każdym razie, jeśli mamy rok 115, to należy też uważać i zbytnio nie wykraczać poza owe ramy czasowe, odnośnie opisywanych miejsc i architektury. Dlaczego bowiem napisałem że powoli będziemy już opuszczać Forum Trajana, kierując się od strony Kolumny Trajana w kierunku południowo-wschodnim, a jednocześnie nie napisałem nic o owej świątyni, jaka stała nieopodal Kolumny i jaka jest obecna na ilustracjach dotyczących tego właśnie Forum. Otóż dlatego, że Świątynia Boskiego Trajana (Templum Divi Traiani), wzniesiona z białego, lunajskiego marmuru, wzniesiona została dopiero za następcy cesarza Trajana - czyli Publiusza Eliusza Hadriana i w owym czasie jeszcze nie istniała. Należy jednak pamiętać że taka świątynia również powstała i że była miejscem kultu zaliczonego po swej śmierci w poczet bogów - Marka Ulpiusza Trajana. Ale jednocześnie opuszczając Forum tego władcy, nie możemy jednak przegapić swoistego centrum handlowego, jaki powstał tuż przy Forum od strony konnego posągu Trajana po wschodniej stronie Bazyliki Ulpijskiej (czyli głównego budynku sądu, jaki mieścił się na tym Forum i który dzielił je na dwie części - południowe ze złoconym konnym posągiem Trajana i północne z Kolumną Trajana).

Owe hale targowe (Mercati Traiani), zebrane w jednym półkolistym, pięciokondygnacyjnym budynku, odgradzającym Forum od Subury - dzielnicy rzymskiej biedoty - były czymś na wzór współczesnych megamarketów. Na poszczególnych piętrach kupcy handlowali określonym towarem w swoich tabernae (sklepach), których liczba ogólna wynosiła 150. I tak na pierwszym piętrze (zaraz po wejściu do hali), wokół szerokich arkad, ulokowani byli handlarze wina i oliwy. Handlarze win często dawali potencjalnym kupcom skosztować łyk wina aby przekonać ich, że na przykład nie dolewają doń wody. Rzymianie, w przeciwieństwie do Greków, nie lubili wina rozcieńczonego wodą (miałem kiedyś dokładne dane odnośnie spożywania wina w różnych epokach historycznych, ze szczególnym uwzględnieniem antyku - ale gdzieś mi się zapodziały, więc piszę tylko to co pamiętam). Wino było też dość drogim trunkiem (lecz w omawianym teraz okresie, ceny znacznie spadły, tak że wino stało się dostępne również dla mniej zamożnych nabywców), stąd mogli sobie na nie pozwolić jedynie ludzie majętni (plebs z reguły pijał piwo), choć oczywiście wina też dzieliły się na "markowe" i "zwykłe". Wina z reguły pijano do codziennych posiłków, z tym że najczęściej podawano je na uczcie wieczornej (obiado-kolacji), przy czym jednocześnie istniała swoista ceremonia w serwowaniu win. Gościom na początku uczty serwowano jako aperitif - wino, zwane przez Greków akratos (czyli mocne, nierozcieńczone), a przez Rzymian kondition. Wypijano kielichy "po scytyjsku" - czyli jednym haustem i dopiero wówczas siadano do uczty. Potem zaś do posiłku podawano już wino słabsze (rozcieńczone wodą), aby gościom zbyt szybko nie zakręciło się w głowach. Pijaństwo było bowiem wielkim problemem społecznym (a awanturujący się pijacy należeli do częstych widoków Wiecznego Miasta w epoce starożytnej), który równo krytykowało wielu antycznych pisarzy.




Jeszcze w omawianym okresie, najpopularniejsze były wina greckie (szczególnie zaś wino z wyspy Kos, z Lesbos i Krety) z uwzględnieniem słodkich win Magnesia i Tassia, choć wina z winnic italskich już powoli zaczynały przebijać się na rzymskim rynku i zdobywały coraz więcej klientów. Przewaga win italskich polegała na tym, że miały dłuższy okres spożycia, natomiast te greckie szybko się utleniały. Mocne i dobre były też wina galijskie i hiszpańskie, przewożone do Italii i Rzymu w grubych, dębowych beczkach (mimo to uważane były za napitek dla plebsu, podobnie jak piwo - jeśli zaś idzie o ten drugi trunek, to majętni Rzymianie pijali jedynie piwa importowane, szczególnie z te z Brytanii czy z północnej Galii), a ich ceny były znacznie niższe niż win helleńskich czy też rodzimych - italskich. Co się tyczy win italskich, to szczególnie popularne były te z okolic Surrentum, Falernum i Albanum (dobre było też wino z winnic pompejańskich, choć z drugiej strony uważane było za bardzo mocne i szybko uderzające go głowy). Natomiast różane i fiołkowe wina cekubskie, kaleńskie i kapuańskie cieszyły się sławą leczniczych afrodyzjaków (istniały nawet rady dla zakochanych jakie wino należy podać wybrance serca, aby ta przyjęła oświadczyny). Tak to więc wyglądało na pierwszym piętrze owej piętrowej eksedry (przy czym, co ciekawe, jeśli ktoś się nie znał na winach, można było - za niewielkie pieniądze, gdyż większości z nich wystarczył sam fakt że mogą się za darmo napić wina - wynająć specjalnego "degustatora win", który doradziłby które należy wybrać do odpowiedniej pory posiłku, lub rodzaju zaproszonych na ucztę gości). Co ciekawe - picie wina należało do typowo męskich zachowań i przyzwyczajeń, a kobiety - jeśli nie chciały by potem z nich szydzono czy plotkowano, jak choćby wówczas, gdy opite winem wymiotowały na podłogę (co opisuje choćby Petroniusz, który ukazuje niejaką Fortunatę żonę Trymalchiona, która: "Wypiłaby - takie ma pragnienie - całą postawioną u jej stóp amforę. Przed jedzeniem czerpie z niej jeden, potem drugi kufel (...) Jak długi wąż, który spadł na dno kadzi, pije ona i wymiotuje, powodując wstręt i mdłości u swego męża, który z największym trudem stara się powstrzymać swój gniew"), starały się unikać tego trunku, ograniczając się jedynie do konsumpcji na specjalne okazje. Choć z drugiej strony rzymskie matrony domagały się od swych mężów aby ci pozwolili im: "Żyć własnym życiem", jak zwraca się do męża jedna z bohaterek Marcjalisa: "Zawarliśmy niegdyś umowę (...) że ty będziesz robił, co będziesz chciał, i że ja także będę zaspokajać wszystkie moje fantazje. Możesz sobie krzyczeć i poruszyć niebo i ziemię: jestem istotą ludzką". W odpowiedzi na te emancypacyjne tendencje byli i tacy, którzy - podobnie jak Muzoniusz Rufus - domagali się przyznania kobietom takich samych praw, jakie posiadali ich mężowie, ale jednocześnie również i  takich samych obowiązków.




Prócz wina, na pierwszym piętrze owego centrum handlowego, sprzedawano także i oliwę - a wiadomo: "kto nie naoliwi, ten nie pojedzie" 😎. Oliwa była bowiem wykorzystywana powszechnie w kuchniach i to zarówno jako olej do smażenia, środek przeczyszczający, paliwo do lampek, (niekiedy) środek antykoncepcyjny, lek lub tani kosmetyk (np. kobiety smarowały olejem zarówno miejsca intymne, jak i ramiona oraz policzki i szyję). W czasach o których wspominam, najpopularniejsza była oliwa italska (następnie grecka i hiszpańska), a jej transportem np. do Egiptu, zajmowały się specjalne gildie handlowe (które w dużej części przypominały organizacje przestępcze, stworzone na wzór mafii), bez których to zgody nie można było handlować oliwą na terenie Italii. W roku 75, za czasów rządów cesarza Wespazjana (gdy jego syn Tytus rozpływał się w ramionach ukochanej żydowskiej księżniczki - Bereniki, bo akurat w tym to roku nastąpiło odnowienie ich romansu), powstała gildia oliwna zwana: corpus oleariorum, która szybko przejęła handel i transport oliwy poza Italię, zaś kupcy - którzy nie należeli do gildii - nie mogli handlować oliwą, ich towar był niszczony a oni często bici lub zabijani. Na sprzedaży oliwy można było bowiem zarobić znacznie większe pieniądze, niż na handlu winem czy nawet niewolnikami, nic więc dziwnego że corpus oleariorum ogłosił się monopolistą i bardzo skrupulatnie pilnował, aby nikt nie ośmielił się handlować tym towarem bez zgody gildii. W przeciągu czterdziestu lat, jakie dzielą nas od założenia owego antycznego konsorcjum, aż do czasów o których piszę, pozycja gildii wzrosła jeszcze bardziej i dysponowali oni również swoimi własnymi wytwórniami amfor, a nawet posiadali własnych dokerów i rzemieślników, którzy budowali dla nich statki potrzebne do transportu oliwy. W czasach Domicjana (władał w latach 81-96 r.) w latach dziewięćdziesiątych I wieku, na czele corpus oleariorum stał niejaki Eliusz Optatus, który zbił tak wielki majątek, że nawet senatorowie musieli się z nim liczyć, a wielu z nich osobiście opłacał. Był kimś na wzór swoistego ojca chrzestnego - kontrolując znaczny obszar miasta (nie tego oficjalnego Rzymu jaki widnieje na kartach historii, a tego prawdziwego, jaki wyłaniał się gdy gasły światła w willach nobilów), zaś w latach 20-tych i 30-tych II wieku, na czele gildii stanął Optatus Musa, który dorobił się takiej pozycji, że przy nim Eliusz Optatus mógłby uchodzić za żebraka. Ostatecznie z tą i innymi związkami miejskimi (realnymi organizacjami przestępczymi, których wpływy urosły tak bardzo, że nie można było już dłużej tego bagatelizować), uporał się dopiero w 271 r. cesarz Lucjusz Domicjusz Aurelian, ale... nie obyło się bez prawdziwej ulicznej, krwawej bitwy o Rzym.




Przejdźmy zatem na drugie (i trzecie) piętro budynku. Tutaj kupcy handlowali pieprzem i importowanymi korzeniami, stąd ulicę pod Mercati Traiani zwano Via Pipera (od piperis - pierz, czyli ulica pieprzna), a w VII wieku została przekształcona na Via Biberatica. Na ten temat akurat nie posiadam zbyt wielu informacji, więc idźmy dalej - na czwarte piętro. Mieściła się tutaj okazała sala, w której urzędnicy cesarscy rozdzielali ludowi zboże i inne dary (cesarz miał obowiązek zapewnienia mieszkańcom Rzymu stałej dostawy i rozdawnictwa zboża wśród najuboższych, tak aby żaden Rzymianin nie chodził głodny. Wstrzymanie dostaw mogło bowiem oznaczać poważne konsekwencje, z rozruchami ludności włącznie i tylko Lucjusz Korneliusz Sulla - jeszcze w dobie Republiki - poważył się znieść darmowe rozdawnictwo zboża dla ludności, jego nastepcy już nie poważyli się na tak drastyczny i samobójczy krok. Lud od władców Imperium domagał się bowiem tylko dwóch rzeczy: "Chleba i Igrzysk" stąd imperatorzy musieli zapewnić mieszkańcom zarówno wyżywienie, jak i rozrywkę). I wreszcie piętro piąte, na którym znajdował się targ rybny (ryby łowione były bezpośrednio z dwóch basenów ze słodką i ze słoną wodą, znajdujących się wewnątrz budynku - którą akweduktami dostarczano prosto z portu w Ostii). Oczywiście ryby sprzedawane w Mercati Traiani - to były ryby italskie, łowione albo bezpośrednio w Morzu Tyrreńskim, albo w jeziorach Półwyspu Apenińskiego, zaś ryby sprowadzane z innych wód Imperium Rzymskiego sprzedawano na rynkach spożywczych (macellum) jak choćby w nad-tybrzańskim Emporium, leżącym naprzeciwko Cesarskich Ogrodów na Zatybrzu. Rzymianie ryby jadali z reguły na śniadanie (prandium) rzadziej zaś na obiado-kolację (cena). Tak już się ustaliło, że rano na śniadanie jedzono głównie ryby, owoce i warzywa (szczególnie melony, pomarańcze, jabłka, gruszki, śliwki, wiśnie itd.) dopiero tuż po południu lub przed zachodem słońca podawano wykwintniejsze dania (np. pieczone bażanty lub pawie). W każdym razie to tyle, jeśli idzie o Forum Trajana. Teraz opuszczając już to miejsce i kierując się konsekwentnie w kierunku Forum Romanum, będziemy zmuszeni przejść przez Forum Julijskie, ale ponieważ nogi nas nie bolą i żal będzie pominąć to miejsce - zajrzymy sobie wcześniej na Forum Augusta.     
 


 

CDN.