Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KULTURA ELIT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KULTURA ELIT. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. V

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"




 Nim przejdziemy dalej, do kwestii rodzinnych, a nawet uczuciowych dawnych przedstawicieli naszej elity, musimy sobie na początku wyjaśnić jaki był krąg wyobrażeń narodowościowych i państwowych szkacheckiej braci, czyli czy uważali się za Koroniarzy, Litwinów a może Rzeczpospolitan czy za Polaków? Oczywiście odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem byłoby bardzo trudno, jako że dzieje Rzeczypospolitej można podzielić na co najmniej trzy okresy. Po zawarciu pierwszej Unii Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim w Krewie w roku 1395 i okres ten trwał do zawarcia Unii Lubelskiej w 1569 r. Drugi zaś okres to czasy od Unii Lubelskiej do roku 1648 i wybuchu powstania Chmielnickiego, a następnie wojen z Moskwą, Szwecją, Tatarami i  Siedmiogrodem. Trzeci zaś okres, to czas po zawarciu pokoju z Moskwą w roku 1667, który to trwał do końca istnienia tamtej Rzeczpospolitej, czyli do 1795.

Okres pierwszy był oczywiście czasem w którym zarówno Polacy z Królestwa, Litwini z Wielkiego Księstwa jak również Rusini z ziem zajętych przez wielkich kniaziów litewskich (ale pamiętający tradycję Księstwa Kijowskiego czy Halicko-Włodzimierskiego), żyli w dwóch państwach, które spajała jedynie osoba monarchy, lub też więzy dynastyczne (gdy np. w Koronie panował brat władcy, który rządził Litwą). Oczywiście już wówczas następowała powolna unifikacja elit, na zasadzie przyjęcia do grona szlachty polskiej bojarów litewsko-ruskich (zaczęło się to w Horodle w roku 1413). Było to tzw "podzielenie się wolnością", czyli tym co szlachta polska miała najcenniejszego i co zdołała sobie wywalczyć w dziesięcioletnich zmaganiach z monarchami. Ale realna różnica polityczna pomiędzy Koroną, a Wielkim Księstwem była oczywista i nie podlegająca dyskusji. Unia personalna nie powodowała również tego, że wojny toczone przez jedno państwo były automatycznie wojnami drugiego, tak nie było, choć mogło tak być (jak w przypadku Wielkiej Wojny z Zakonem Krzyżackim w latach 1409-1411). Przykładem niech będzie chociażby Wojna Trzynastoletnia z Zakonem Krzyżackim z lat 1454-1466 którą prowadziła tylko Korona Królestwa Polskiego, natomiast Litwa pozostała całkowicie neutralna. Podobnie było z wojnami toczonymi przez Wielkie Księstwo na Wschodzie, z Tatarami czy z Moskwą. Wojny te realnie nie dotyczyły Korony, działy się bowiem gdzieś daleko, daleko na Wschodzie i dopiero klęski Litwy w tych wojnach zmusiły króla Zygmunta I Jagiellończyka do większego zaangażowania w tę kwestię Koroniarzy (wojna z Moskwą w latach 1507-1508 była tak naprawdę pierwszą wojną toczoną przez Koronę i Litwę jednocześnie, chodź nie na takich samych zasadach). Te wojny mimo wszystko jednak polegały na tym, że Koroniarze (czyli Polacy) organizowali kontyngenty militarnego wsparcia dla Litwinów (czyli wysyłano wybrane wojska), ale Korona jako państwo realnie nie brała w nich udziału.



 
Unia Lubelska 1569 r. wiele w tym temacie zmieniła, bowiem włączenie do Korony ogromnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego (czyli Wołynia i Ukrainy) spowodowało, że Królestwo Polskie zyskało teraz wspólną granicę zarówno z Chanatem Krymskim jak i z Moskwą. Ale Litwini pozostali Litwinami a Koroniarze Koroniarzami. Jednak od tej daty już nie tylko osoba króla łączyła te dwa państwa, ale również wspólny Sejm, który wkrótce stanie się najważniejszym spoiwem łączącym Koronę i Wielkie Księstwo. Jednak różnice były oczywiste i trwałe, Litwini nie tylko nazywali się (w publicznych dokumentach lub zawieranych traktatach) Litwinami, ale mówili i pisali otwarcie o Wielkim Księstwie lub też o Rzeczpospolitej Litewskiej. W Koronie oczywiście tak samo nazywano kraj Królestwem Polskim, Koroną lub też Rzeczpospolitą Polską, a często po prostu Rzeczpospolitą i terminem tym obejmowano również Wielkie Księstwo (przy widocznej niechęci ze strony Litwinów). W ogóle był też w tym okresie silny patriotyzm lokalny, który dzielił lokalną szlachtę nie tylko pomiędzy Koroniarzy a Litwinów czy Rusinów, ale również pomiędzy Małopolan, Wielkopolan, Mazowszan, Prusaków z Pomorza, Rusinów z Rusi Czerwonej, Wołynia czy Ukrainy, a także pomiędzy Litwinów z Litwy właściwej, Żmudzi czy Polesia. Rzeczpospolita (czy to Korona czy też Litwa) była jakby nadbudową, natomiast przede wszystkim szlachta pozostawała wierna lokalnej ziemi, której to szlachecka społeczność na w sejmikach wybierała swych przedstawicieli na Sejm walny (i których mogła odwołać, jeśli nie reprezentowali oni interesów danej ziemi, województwa czy regionu). To wszystko skończyło się w okresie prawie dwudziestoletnich wojen i anarchii, jaka zapanowała w latach 1648-1667.




Rzeczpospolita, która wyszła z tej pożogi po roku 1660 i ostatecznie w 1667, była już zupełnie innym krajem niż wcześniej - całkowicie innym. Żeby to sobie uświadomić, należy najpierw wziąć pod uwagę fakt, że wojny toczone z Kozakami Chmielnickiego i Tatarami od 1648 r. a następnie wojny z Moskwą od 1654 r a potem ze Szwecją od 1655 r i Siedmiogrodem od 1657 r. były katastrofą dla państwa, które musiało toczyć wojny na wszystkich frontach jednocześnie. Oczywiście już wcześniej zdarzało się że Rzeczpospolita toczyła wojny na dwóch, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło się tak, żeby agresor taki jak Moskwa, Szwecja, a także Kozacy, Siedmiogród również, o Tatarach nie wspominając (bo ci non stop atakowali) zajął praktycznie całe terytorium Rzeczpospolitej, a mimo to państwa te przegrały. To było niesamowite i to pokazywało czym była ówczesna Rzeczpospolita, jaką wówczas byliśmy potęgą. Bowiem kraj, którego szlachta bała się wystawić stałą armię (aby nie dać królom do ręki oręża, który mógłby zaprowadzić w państwie absolutyzm na wzór Europy Zachodniej) która w początkowym okresie Potopu przysięgała na wierność królowi szwedzkiemu, która została najechana przez potężne armie moskiewskie, szwedzkie (a na południowym-wschodzie grasowali Kozacy i Tatarzy) a mimo to kraj który został całkowicie podbity, zdołał wypędzić wszystkich agresorów ze swych ziem - wszystkich i przejść do ofensywy. Pokażcie mi drugi taki kraj w Europie, który zostałby zajęty przez kilka obcych państw, a mimo to przegoniłby ich i pokonał. To było niesamowite zwycięstwo, tym bardziej że kraj został całkowicie zniszczony i nie było możliwości zapłacić żołnierzom za ich poświęcenie. Rzeczpospolita wystawiła wtedy 70-tysięczną armię, która walczyła ZA DARMO z miłości do Ojczyzny. Nie było takiego przypadku ani wcześniej ani później na taką skalę w Rzeczpospolitej (choć zdarzały się przypadki że wojsko walczyło za darmo, uzyskując wcześniej obietnicę od hetmanów że pieniądze zostaną wypłacone po kampanii, a często hetmani zostawiali swoje majątki aby zapłacić żołnierzom żołd, bo szlachta oczywiście kręciła nosem dlaczego wojna tak długo trwa i po co nań wydawać tyle pieniędzy itd. itp.).

To czego szlachta - która zapomniała się w swym zaprzaństwie w roku 1655 - dokonała potem, zakrawa na niesamowite wręcz bohaterstwo niespotykane nigdzie indziej. W serialu "Czarne chmury" brandenburski poseł wypowiada takie właśnie słowa mówiąc o Rzeczpospolitej (która zdołała pokonać Szwecję, Moskwę, Tatarów i Kozaków, a także Węgrów z Siedmiogrodu choć kraj został całkowicie podbity, król musiał uciekać na Śląsk, a mimo to zwyciężyli) powiedział wówczas: "Rzeczpospolita nigdy nie zginie!". Wyrywano szwedom a potem moskalom w kolejnych bitwach ogromne tereny i parto na wschód, ale oczywiście wewnętrzne niepokoje również dały o sobie znać. Ostatecznie w roku 1667 zawarto rozejm z Moskwą, godząc się na oddanie Smoleńska, całej lewobrzeżnej Ukrainy i Kijowa (ale tylko na dwa lata, choć Moskwa już tego miasta nie oddała). Jednak ta te 20 lat wojen i anarchii całkowicie odmieniło mentalnie społeczeństwo Rzeczpospolitej. Szlachta poszczególnych ziem uświadomiła sobie teraz, że atak Tatarów na Podole czy Ruś Czerwoną ma takie samo znaczenie dla Litwy, jak dla Korony wojna z Moskwą na Wschodzie. Jeśli państwo - Rzeczpospolita - miało przetrwać, musiało stać się bardziej unitarne, bardziej zjednoczone, a co za tym idzie również bardziej... polskie. To właśnie po roku 1667 nastąpiła konsekwentna (choć podzielona na lata, a nawet dekady) polonizacja Litwy i Rusi. Szlachta litewska i ruska, która do tej pory uważała się za odrębną od szlachty polskiej i swą odrębnością się szczyciła, teraz otwarcie deklarowała swe przywiązanie do polskości. W roku 1696 na sejmie konwokacyjnym szlachta Wielkiego Księstwa stwierdziła oficjalnie co następuje: "Uważając żeśmy są połączeni świętym związkiem z Koroną Polską dekreta (...) po Polsku a nie po Rusku pisać (...) dekreta wszystkie Polskim językiem odtąd mają być wydawane". Deklarację tę potwierdził sejm w roku 1697 i od tego czasu wszystkie dekrety w Wielkim Księstwie Litewskim były pisane w języku polskim a nie ruskim (nie mylić z rosyjskim). Nastąpiła realna polonizacja Litwy, natomiast odrębność Wielkiego Księstwa od Korony całkowicie została zniesiona w Konstytucji 1791 r.




Oczywiście wiadomo że polonizacja Litwy była polonizacją elit, czyli szlachty (wcześniej tak dumnej ze swej litewskości i z tego, że pisała w języku innym niż polski, głównie ruskim). Dziś być może Litwini, Białorusini czy Ukraińcy mogą mieć do nas pretensje że zabraliśmy im elitę, ale czy to nasza wina że ich elity wolały się polonizować, niż pozostać w obrębie kultury litewsko-ruskiej? Zresztą ta polonizacja trwała już znacznie wcześniej, niż w drugiej połowie wieku XVII. Może o tym świadczyć chociażby relacja włoskiego podróżnika po Rzeczpospolitej - Claudio Rangoni który w swym dziele: "Relacja o Królestwie Polskim w 1604 roku" pisał tak: "Językiem litewskim mówią tylko wieśniacy i jest rzeczą osobliwą i jakoby śmieszną, aby go umiał szlachcic, jest to bowiem poniekąd język barbarzyński; między szlachtą zwykle nie używa się to mówienia innego języka niż polski". W tamtym czasie pisano jednak dokumenty jeszcze w języku ruskim w Wielkim Księstwie, aż do roku 1696, gdy nastąpiła całkowita polonizacja Wielkiego Księstwa w mowie i piśmie tamtejszej elity. Zaczęła się też zmieniać nazwa samego państwa i o ile jeszcze w 1710 r. pisano o Rzeczpospolitej Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, o tyle już potem pisano po prostu o Rzeczpospolitej Polskiej, jako o państwie unitarnym, obejmującym i Koronę i Wielkie Księstwo. Tak oto dokonała się polonizacja Litwy i Rusi, polonizacja całkowicie dobrowolna - co należy podkreślić - nie wymuszona. I ta świadomość polskości wśród Litwinów i Rusinów (oczywiście mówimy tylko o szlachcie co bardzo ważne) przetrwała nawet rozbiory i żyła dalej pod jarzmem carów (przecież Piłsudski był Litwinem, nie Polakiem. Zresztą On sam zawsze podkreślał że jest "starym Litwinem" - starym nie ze względu na wiek, a ze względu na mentalność, tym samym odróżniał się od nacjonalistów litewskich, rządzących po 1918 r. "Republiką kowieńską". Mimo to zawsze dodawał: "Ale przecież tylko Polsce służę". Adam Mickiewicz - jeden z naszych największych narodowych wieszczy, również był Litwinem, Tadeusz Kościuszko - bohater walk o niepodległość Polski i USA realnie był Białorusinem. To znaczy oni urodzili się na Litwie czy na białej Rusi, ale byli Polakami, tak jak dzisiaj Amerykanin urodzony np. w Nowym Meksyku także pozostaje Amerykaninem).




Zresztą polonizacja nie dotyczyła tylko Wielkiego Księstwa i Ukrainy, ona wyszła daleko poza granice Rzeczpospolitej (o czym kiedyś już wspominałem). W latach 70-tych i 80-tych XVII stulecia, język polski był oficjalnym językiem moskiewskiego dworu. Nie tylko wszystkie dokumenty polityczne i administracyjne spisywane były w Rosji w języku polskim, ale również na dworze nie mówiono w innym języku niż język polski, a kto takiego języka nie znał, był uważany za niegodny bycia carskim dworakiem). Umowy jakie Carstwo Rosyjskie zawierało na Dalekim Wschodzie z Chinami, pisano zarówno w języku mandaryńskim jak i polskim. Umowy jakie w XVI wieku Rosja zawierała np. z Królestwem Anglii pisano w językach: włoskim, greckim i polskim. Ale - co ciekawe - polskość nie zatarła się nawet na ziemiach, które w roku 1667 zostały oddane w traktacie andruszowskim Moskwie. Gdy w roku 1794 po bitwie pod Maciejowicami przez miasto Czernichów (które w 1667 znalazło się w granicach Moskwy) przejeżdżał polski jeniec i poeta Julian Ursyn Niemcewicz, tak zanotował on swe wrażenia: "We dwa dni potem przybyliśmy do Czernichowa, miasta i prowincji równie jak i Kijów należących przed stem jeszcze laty do Polski. (...) Mieszkańcy pamiętają jeszcze dawnej ojczyzny swojej, przywiązani są do Polski. Po obiedzie przyszło kilku oficerów (rosyjskich) z przodków Polaków, z potężną tacą najpiękniejszych jabłek. Gdy się stróże nasze uchylili na chwilę, mówili do nas po polsku, wyrażając najtkliwsze politowanie nad losem naszym" i dalej Niemcewicz dodawał: "Nie zapomnę nigdy siedemdziesięcioletniego starca w polskim ubiorze: długo on stał z daleka i patrząc na nas łzy rzewne wylewał". Warto tutaj podkreślić że Czernichów był w granicach Rzeczypospolitej zaledwie 50 lat, a mimo to tak bardzo nasiąkł polskością, że nawet ponad stuletnia moskiewska okupacja tego miasta nie zabiła w nim polskiego ducha.


TAM WSZĘDZIE BYŁA... POLSKA 



Jako ciekawostkę - już tak na marginesie -  dodam że w roku 1969 (30 lat po tragicznym Wrześniu) pewien polski dziennikarz podróżował przez tereny naszych dawnych Kresów Wschodnich (wówczas należących do Związku Sowieckiego, a raczej do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej). Jechał na wozie zaprzężonym w konie który prowadził jeden z lokalnych chłopów, a ponieważ nudziło mu się w drodze, to wyjął harmonię i zaczął na niej wygrywać Mazurka Dąbrowskiego - czyli polski hymn narodowy. Nagle, ku jego zdziwieniu z okolicznych domostw zaczęli wychodzić ludzie i podchodzić do wozu którym jechał, zaskoczeni i zdziwieni graną przezeń melodią. Niektórzy płakali, a pewien mężczyzna na pytanie co go tak przywołało, odpowiedział: "Myślałem że nasza Polska znów wróciła".




CDN.

czwartek, 5 czerwca 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. IV

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"




 Kolejnym mocno eksponowanym wyznacznikiem polskiej szlachty, był honor. Oczywiście nie znaczyło to, że w Zachodniej Europie (bo przecież o Moskwie nie ma co nawet rozmawiać, skoro rosyjscy bojarzy byli tak naprawdę niewolnikami cara) że poczucie honoru tam nie obowiązywało, oczywiście obowiązywało. Tylko że poczucie honoru polskiego szlachcica było nieco inne, od honoru arystokraty z Francji, Anglii, Hiszpanii, Włoch czy krajów niemieckich. Na początku powiedzmy o tym co było wspólne, czyli oczywiście honor dotyczył zarówno męstwa (głównie na polu walki, ale również w życiu osobistym i społecznym), jak i prawdomówności i zacności. Szymon Starowolski (który sam nie był szlachcicem) (jako poseł króla Władysława IV) przed papieżem Urbanem VIII w Rzymie w 1632 r.,  tak oto określał cnoty polskiego szlachcica: "Pierwszą bowiem szlachcica zasadą jest uczciwość, nawet jeśli w zupełnym ubóstwie pozostaje. Zdradzić, przyrzeczenie złamać, fałszywie przysięgać, kłamać jest hańbą i niesławą". Oczywiście można by powiedzieć że zasady takie dotyczyły wszystkich dobrze urodzonych w całej Europie (teoretycznie również w Moskowi, w praktyce jednak moskiewski bojar był niewolnikiem cara, a nie panem własnego losu), ale były też i różnice. Najistotniejszą z nich był fakt, że szlachcic (powołując się na własne słowo honoru) jeśli tylko nie został złapany na gorącym uczynku, nie mógł zostać wtrącony do lochu, a o jego losie (gdy był podejrzany o jakieś przestępstwo) decydował sąd, a nie król czy urzędnik. Tak pisał o tym włoski kronikarz Ludwik Gonzaga, który w 1574 r. przybył do Rzeczpospolitej wraz z nowym królem, a francuskim królewiczem - Henrykiem de Valois (od razu tutaj należy dodać że Gonzaga był w szoku, że polski szlachcic nie może zostać wtrącony do lochu, tylko najpierw czeka go proces przed sądem aby można go było w ogóle uwięzić): "Możność czynienia złego jest w istocie w Polsce wielka, bo jak nadmieniłem, złoczyńca nie chwycony w 24 godzin po uczynku, nie może być więziony bez wyroku. Mimo to nie unika on kary. Jeżeli go bowiem zasądzą na śmierć, a on nie stanie, ogłaszają go za pozbawionego czci, rzecz do tego stopnia haniebna u tego narodu, że wolą raczej umrzeć, niż być skazanymi na infamię, ponieważ odbiera ona cześć całemu ich rodowi i czyni go niezdolnym do piastowania urzędu lub godności. To jest doskonały i jedyny środek, utrzymujący ich w posłuszeństwie".

Innym bardzo ważnym aspektem jest pracowitość szlachty. Oczywiście w naszej kulturze - zaczerpniętej częściowo z czasów PRL-u (czyli jak wiadomo szlachta rozpijała chłopów, ale zdrowy rdzeń chłopstwa nie dał się rozpijać 🤭 itd itp.) a częściowo z kultury potocznej, gdzie w zasadzie jako mem funkcjonuje hasło: "Szlachta nie pracuje!". Większego głupstwa nie można było wymyśleć, gdyż szlachta pracowała ciężko, na równi z innymi stanami (mieszczaństwem i chłopami). Tak o tym pisał w drugiej połowie XVIII wieku śląski lekarz - Johann Joseph Kausch: "Cała polska szlachta pracuje bez chwili wytchnienia, dlatego nie potrafi, jak się to dzieje w innych krajach, zwłaszcza u arystokratycznych posiadaczy, przespać w błogim spokoju większej części swego życia" i dalej: "Nie mogę tylko powstrzymać się od zrobienia uwagi, że polski szlachcic posiada znacznie więcej zmysłu kupieckiego i obrotności w najrozmaitszych interesach, niż szlachcic niemiecki. Przewagę tę uzyskał dzięki nabytemu przyzwyczajeniu do samodzielnego kierowania własnymi interesami, czego nie ma w zwyczaju rycerz niemiecki. (...) Ta ruchliwość, to nieustanne zatrudnienie wywiera bardzo różnorodny wpływ na ukształtowanie charakteru; stąd rodzą się nie tylko wspomniane wyżej zamiłowania kupieckie, ale także obrotność w załatwianiu różnych interesów, którą szlachcic polski posiada w znacznie wyższym stopniu niż jego niemiecki sąsiad. Interesy i zatrudnienia to najlepsze środki prowadzące do rozwoju geniuszu i zdolności umysłowych". Oczywiście należy tutaj wyjaśnić, że polski szlachcic - pod groźbą utraty szlachectwa - nie mógł zajmować się bankowością (tutaj niezwykle przydatni byli Żydzi), rzemiosłem i zwykłym handlem, ale nic nie stało na przeszkodzie, aby mógł sprzedawać wytwory własnej ziemi, własnej pracy lub też pracy cudzej. Dlatego też bardzo często szlachta zajmowała się osobiście handlem zbożem (Rzeczpospolita nazywana była w XVI i jeszcze w pierwszych dekadach wieku XVII "spichlerzem Europy"), handlem końmi czy handlem wołami. Kausch tak o tym pisał: "Czynią to nawet szlachcice bardzo bogaci, posiadający duże majątki. (...) Nawet bogaty Wielkopolanin znad śląskiej granicy nie wstydzi się pojechać na targ bydła do Wrocławia ze stu sztukami swoich tucznych wołów osobiście, aby nie dać się oszukać swoim ludziom". Oczywiście szlachta polska miała swoje wady, swoje przyzwyczajenia j(ak choćby poobiednia drzemka), ale codzienne życie upływało jej na wytężonej, często ciężkiej pracy, dlatego uważam hasło "szlachta nie pracuje" za totalnie głupie.




Kolejnym aspektem niespotykanym nigdzie indziej poza Koroną Królestwa Polskiego i Wielkim Księstwem Litewskim, była łatwość w zostaniu szlachcicem. Oczywiście najszybciej można było to osiągnąć na wojnie, dokonując jakiegoś bohaterskiego lub heroicznego czynu. 29 sierpnia 1579 r. podczas wojny polsko-moskiewskiej, w czasie oblężenia Połocka, niejaki Walenty Wąs (mieszczanin, syn lwowskiego kotlarza) podpalił trójkątny narożnik Wysokiego Zamku, dzięki czemu część muru się zawaliła, a następnego dnia moskiewska załoga twierdzy skapitulowała. Za ten czyn Walenty Wąs został nobilitowany przez Sejm i z dniem 1 stycznia 1580 r. mógł już korzystać z pełni szlacheckich praw i przywilejów (otrzymał również nowe nazwisko - Wąsowicz). Była to praktyka nader częsta (stąd w Rzeczpospolitej było tak dużo szlachty) i wielu, zarówno mieszczan jak i chłopów (bo i tacy byli nobilitowani), marzyło o tym, aby w sławie wojennej zyskać obywatelstwo, a co za tym idzie wolność i prawa. Oczywiście nie gwarantowało to jednocześnie majętności, ale gwarantowało chociażby wolność osobistą, a to bardzo dużo (o czym wspomniałem wyżej). Również zdarzało się że nie będący szlachtą przedstawiciele innych narodów (również tacy, którzy dopiero co przyjechali do Rzeczypospolitej i w jakiś sposób zdobyli poparcie kogoś możnego) uzyskiwali szlachectwo. Nie wszystkim się to podobało, twierdzono nawet że należy ukrócić zarówno honorowanie obcych tytułów w Rzeczpospolitej, jak i przyznawanie tytułów polskiej szlachty przedstawicielom innych państw, ale konsekwencji przy tym nie było. Jeden z dosyć ciekawych - choć anegdotycznych - przypadków uzyskania polskiego obywatelstwa przez obcy ród, było nobilitowanie do polskiego szlachectwa przedstawicieli przybyłego w 1518 r. z królową Boną Sforzą z Italii, włoskiego rodu Campo del Scipio, którzy zakupili majątek ziemski we wsi Bychawa. Nie wszystkim sąsiadom się to podobało i przez pewien czas krążył taki oto wierszyk: "Dwóch było Scypionów, wspólną mają sławę jeden zdobył Kartagio, a drugi Bychawę" 👍 (oczywiście odnosiło się to do postaci Publiusza Korneliusza Scypiona Młodszego, który w 146 r. p.n.e. zdobył Kartaginę i porównanie go ze współczesnym wówczas rodem Campo del Scipio).




Oczywiście sława wojenna nie była jedyną, dzięki której można było uzyskać szlachectwo w Rzeczpospolitej. Kolejną taką możliwością były osiągnięcia naukowe, a jednym z przedstawicieli świata nauki, który zdobył szlachectwo, był w 1588 r. Jan Lazarides (otrzymał nazwisko Januszowski), mieszczanin krakowski, właściciel drukarni i wydawca krakowski, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ale nie tylko. Zdarzało się również że nobilitowani do szlachectwa byli chłopi (to było niemożliwe i niespotykane nigdzie indziej, może właśnie dlatego buntów chłopskich w Rzeczpospolitej nie było. Wyjątkiem było bardzo ograniczone zarówno terytorialnie jak i ilościowo powstanie Kostki-Napierskiego z 1651 r. o którym już pisałem. Największym zaś powstaniem chłopskim w dziejach polskich, była rabacja galicyjska, która wybuchła w 50 lat po ostatnim rozbiorze Rzeczpospolitej, czyli w roku 1846. Chłopi byli jednak do tego podburzani przez cesarskie władze austriackie, które dzięki tej chłopskiej rabacji zamierzały zlikwidować ewentualne kolejne polskie powstanie w Galicji. I rzeczywiście to się udało, chłopi mordowali szlachtę (tylko samych mężczyzn, kobiety i dzieci oszczędzano) gdyż za każdą przyniesioną głowę polskiego szlachcica, austriackie władze płaciły znaczne pieniądze. Rabacja 1846 r miała ogromny wpływ na osobowość i przekonania hrabiego Aleksandra Wielopolskiego, który uniknął tej masakry, potem przeprowadził się do Królestwa (czyli do privislenije) i do końca życia pozostał wiernym poddanym rosyjskiego cara (to właśnie jego polityka w Królestwie Polskim była jednym z powodów wybuchu Powstania Styczniowego w 1863 r.). Wielopolski uważał bowiem, że za to co uczynili Austriacy podburzając chłopów do tak okrutnych mordów na szlachcie, on nie może już pozostać w Galicji i być poddanym cesarza, dlatego też przeprowadził się do Królestwa i stał się poddanym cara (polityka, jak również przekonania Wielopolskiego stały zaś w kontrze działań Piłsudskiego, który odwrócił zupełnie wektory, uważając że skoro od 1867 r. w Galicji następowała coraz intensywniejsza polonizacja, łącznie z faktem że ta prowincja Cesarstwa Austriackiego realnie była prowincją polską, a Królestwo {czyli privislenije} było pod rosyjskim zaborem, gdzie język polski był zakazany nie tylko w szkołach i urzędach, ale również na ulicy {za mówienie po polsku na ulicy były kary, od finansowych po kary więzienia} to było jasne, że najpierw trzeba iść z Austro-Węgrami i Niemcami przeciwko Rosji, wypędzić Moskali z kraju, a potem zmienić front i... poprzeć Francję, Wielką Brytanią oraz USA {taki właśnie był plan Piłsudskiego już w lutym 1914 r. czyli jeszcze przed wybuchem I Wojny Światowej).


NAWIĄZANIA DO RABACJI GALICYJSKIEJ W SERIALU "1670"



Ale była jeszcze jedna nowinka w Rzeczpospolitej, związana z nobilitacją osób stojących niżej w hierarchii społecznej. A mianowicie jedynie w Polsce szlachcicem w wieku XVII czy XVIII mógł zostać czarnoskóry człowiek (czyli murzyn lub mulat). Oczywiście murzyni w Rzeczpospolitej (polskie słowo "murzyn" wywodzi się z łacińskiego "maurus" - czyli Maur) brali się głównie z wypraw handlowych lub ewentualnie kampanii wojennych (w formie jeńców). Trafiali oni potem w charakterze sług na dwory magnatów, gdzie bardzo często stawali się ulubieńcami swoich panów, a co za tym idzie zyskiwali nie tylko wolność, ale przede wszystkim szlachectwo (co było znów czymś wyjątkowym na skalę ogólnoeuropejską, bo nigdzie indziej w Europie czarnoskóry człowiek nie był uważany za człowieka. Co prawda papieże nawoływali do tego, żeby zarówno w indianach jak i w murzynach widzieć ludzi, ale jednak nikt z przedstawicieli kościoła nie stwierdził oficjalnie, że czarny człowiek może być równy białemu, bo to wręcz zakrawało na herezję. A w Polsce murzyni bywali szlachtą, jak choćby służący Aleksandra Fredry - kasztelana lwowskiego, który go wyzwolił i uzyskał dla niego nobilitację. Potem ów czarnoskóry szlachcic zamieszkał w Przemyślu, a następnie przeniósł się na wieś gdzie się ożenił i spłodził dzieci. Oczywiście będąc szlachcicem jeździł na sejmy w szlacheckim kontuszu i nigdy nie był uważany za gorszego od reszty "panów braci" ze względu na swój kolor skóry. Inny "Maur", służący biskupa krakowskiego - Aleksander Dynis, również został nobilitowany, potem osiadł na wsi i też założył rodzinę, jako polski czarnoskóry szlachcic. Takich przypadków było jeszcze kilka, ale należy tutaj podkreślić że w Rzeczpospolitej (czy też w Polsce, bo nazwa Rzeczpospolita jak i Korona były używane naprzemiennie) nigdy nie było rasizmu. Dowodem tego był bohater Polski i Wojny o Niepodległość Stanów Zjednoczonych - Tadeusz Kościuszko, który miał czarnoskórego ordynansa, a gdy po zwycięskiej wojnie Kongres USA przyznał mu obywatelstwo amerykańskie oraz ziemię i znaczne środki pod budowę domu, Kościuszko przeznaczył je na stworzenie szkoły dla wyzwolonych przez siebie czarnoskórych niewolników (tak, aby stali się pełnoprawnymi obywatelami nowego narodu - jak sam twierdził), po czym wrócił do Polski.


SPROFANOWANIE POMNIKA TADEUSZA KOŚCIUSZKI W WASZYNGTONIE PODCZAS ZAMIESZEK W 2020 



Inną jeszcze specyfiką polskiej szlachty, była jej ciekawość świata i uczenia się wszelkich zasłyszanych lub widzianych nowinek. Tak pisał o tym biskup Walencji Jean de Montluc (który w 1574 r przybył wraz z Henrykiem de Valois do Polski): "Nie ulega bowiem wątpliwości, że nie ma na świecie narodu, który by potrafił w tak szybkim czasie przejąć dobre obyczaje i cnoty od innych narodów. Jak już wspomniałem, Polacy odznaczają się większą od innych ciekawością poznania innych krajów w nadziei, że jeśli umiejętnie kraje te będą zwiedzali, wówczas po powrocie lepiej będą widziani od innych i łatwiej będą mogli osiągnąć zaszczyty i dostojeństwa państwowe. Wystarczy im np. czteromiesięczny pobyt w Italii, by płynnie mówić po włosku i tak przystosować się ubiorem, sposobem życia i zachowaniem, jak gdyby urodzili się we Włoszech. Podobnie dzieje się, gdy przebywają w Hiszpanii czy Francji. Co się zaś tyczy Niemiec, to wprawdzie także szybko uczą się mowy niemieckiej, ale zachowują przy tym własny ubiór, sposób życia i obyczaje, i na tym właśnie polega różnica pomiędzy tymi dwoma narodami". Podróże do Italii, Austrii, krajów niemieckich, Francji czy (rzadziej)  Hiszpanii, były naturalne w karierze każdego młodego szlachcica polskiego. Chodziło nie tylko o poznanie kultury i języka danego kraju, ale przede wszystkim o nawiązanie znajomości, które potem liczyłby się w dyplomacji. O zagranicznych wojażach synów szlacheckich z wybranych rodów, postaram się za jakiś czas jeszcze obszerniej napisać. Ale szlachcic polski odznaczał się jeszcze jedną rzeczą, a mianowicie ogromnym szacunkiem do kobiet, o czym też opowiem w kolejnej części.


"I to jest najlepszy dowód na to, że kobiety nie potrafią się przyjaźnić"
"Facet z facetem sobie po gębie dadzą i spokój i dalej kumple, a tu?"
"Źle dotykałaś mojej łechtaczki, nie możemy się przyjaźnić - udaję kobietę" 🤭
"Zbyt uczuciowe te baby są, ja mówię: brachu, rób z moją łechtaczką co ci się podoba, ważne żebyś wina polał" 😂
"A co to jest łechtaczka?" 🥳



CDN.



PIĘKNIE DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZYCZYNILI SIĘ DO ZWYCIĘSTWA KAROLA NAWROCKIEGO W TYCH WYBORACH PREZYDENCKICH. ZACZYNAMY NOWE ROZDANIE, A CO OCZYWIŚCIE NIE ZNACZY ŻE NIE BĘDZIEMY TERAZ Z JESZCZE WIĘKSZĄ DETERMINACJĄ PRZYGLĄDAĆ SIĘ POCZYNANIOM NOWEGO PREZYDENTA I TEMU, CZY I JAK BĘDZIE ON REALIZOWAŁ WYBORCZE OBIETNICE. W KAŻDYM RAZIE JEGO PIERWSZE DZIAŁANIA ZANIM JESZCZE W OGÓLE ZOSTAŁ ZAPRZYSIĘŻONY - SĄ BARDZO POZYTYWNE I UWAŻAM (MOŻECIE MNIE ROZLICZAĆ Z TYCH SŁÓW) ŻE TO BĘDZIE BARDZO DOBRA PREZYDENTURA.








piątek, 30 maja 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. III

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"





 "Szlachta jest wysoka i silna, z zadziwiającą zręcznością umie korzystać z szabli, zna na ogół nie tylko język ojczysty, jest hojna i mocno papieska. Kiedy jednak spojrzysz uważniej, okaże się, że jest zuchwała, dumna, nadęta, uparta i tak zazdrosna o swoją wolność, że często buntuje się przeciw królowi, choćby przy tym wszystko miało lec w gruzach. Do mnicha i klechy mają dużo zaufania. Polskich kupców jest mało, chłopi są mizerni i prawie niewolnicy" - oto opinia, jaką zapisał w połowie XVII wieku podróżujący wówczas po Rzeczpospolitej młody (zaledwie wówczas 14-letni) Georg Friedrich Freiherr zu Eulenburg. Też i inni zagraniczni podróżnicy mieli bardzo ciekawe opinie o polskiej szlachcie, które zamierzam tutaj również zaprezentować, jako swoistą ciekawostkę historyczno-obyczajową.




Polska szlachta - i powiedzmy to sobie otwarcie - była ewenementem całej Europie. Po pierwsze: szlachty w dawnym państwie polsko-litewskim (czyli Koronie Królestwa Polskiego i Wielkim Księstwie Litewskim) było bardzo dużo, więcej niż we Francji, Anglii i Hiszpanii razem wziętych (co zresztą w roku 1573 odnotował francuski poeta i pisarz Jean Monluc). W tamtym czasie szlachty w Rzeczpospolitej było aż 8% wszystkich mieszkańców kraju i choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się to liczba niewielka, to musimy sobie uświadomić że w tym samym czasie szlachta we Francji liczyła nie więcej niż 1%, w Hiszpanii 2%, a w Anglii... ponad pół procenta. Dla przybysza z Zachodu przyjazd do naszego kraju i ujrzenie tak wielkiej liczby nobilitowanych do szlachectwa, był iście zaskakujący. Tym bardziej że polska szlachta (w tamtym czasie - bo to jest akurat istotne) praktycznie nie używała żadnych tytułów. Zauważył to, podróżujący po naszym kraju w roku 1630 inny Francuz - Guillaume de Beauplan, pisząc, że nie ma tutaj ani książąt, ani hrabiów, ani markizów, ani baronów. Cała szlachta zaś zwraca się do siebie jak do braci (słowami: "brateńki", albo "panowie bracia"), a tytuły byłyby przeszkodą w tej równości wszystkich możnych i dobrze urodzonych. Rzeczywistość jednak nie była tak kolorowa, jak ją przedstawiał Beauplan. Owszem, unikano używania tytułów (a nawet sejmy zakazywały przyjmowania jakichkolwiek zagranicznych nobilitacji i tytułów) właśnie dlatego, aby nie tworzyć sztucznych podziałów wśród - teoretycznie równej sobie - braci szlacheckiej. Chodziło o przekaz, który jasno dawał do zrozumienia że każdy szlachcic, nawet najuboższy, może piastować najwyższe urzędy w kraju. W rzeczywistości zaś było tak, że najbiedniejsza szlachta (zarówno ta zagrodowa, jak i szlachta "gołota" - czyli pozbawiona majątków ziemskich, a niekiedy nawet tak uboga, że nie stać jej było na dobry ubiór czy... buty) aby nie umrzeć z głodu, zaciągała się na służbę do magnatów (na Zachodzie oczywiście też istniała dysproporcja w majętności szlachty, ale tam nawet najbiedniejszy szlachcic mógł wstąpić do armii i robić karierę wojskową, w Rzeczpospolitej zaś nie było takiej możliwości, jako że nie było stałej armii). Zaciągając się na służbę do magnata, taki szlachcic był związany zarówno przysięgą wierności, jak również obowiązkiem, a przede wszystkim był to jego pracodawca, który dawał mu chleb, w zamian zaś wymagał chociażby tego, aby taki pozbawiony majątku ubogi szlachcic na sejmach głosował tak, jak życzył sobie tego jego patron (to właśnie powodowało później plagę wszelkich wet niezbędnych dla zreformowania Ojczyzny ustaw, w tym choćby powołaniu stałej armii). 




Również zamiłowanie do cudzoziemskich tytułów często było silniejsze od solidarności szlacheckiej braci i wielu magnatów jak i zwykłych szlachciców takowe tytuły zaczęło przyjmować (Prusak Johann Joseph Kausch tak pisał o zamiłowaniu polskiej szlachty do tytułów w końcu XVIII wieku: "Każdy tytuł mający coś wspólnego z dworem, sądem, posiadaniem lub stopniem wojskowym, lub też odnoszący się do czegokolwiek innego, ma tu swoją wagę. Wszystkie tytuły można kupić, dlatego też zaczynają tracić coraz więcej na wartości"). Pierwotna forma demokracji szlacheckiej istniejąca w Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów w XVI wieku, już w połowie wieku XVII (a prawdopodobnie wcześniej) zaczęła ewoluować ku oligarchii magnackiej. Pisał o tym pod koniec XVIII wieku jeszcze inny Francuz Jacques-Henri Bernardin de Saint Pierre: "Rząd polski skłania się ku arystokratyzmowi. Dwadzieścia rodzin, wśród których najważniejszymi są rody Lubomirskich, Jabłonowskich, Radziwiłłów, Ossolińskich oraz Czartoryskich, ubiega się o ster rządu. Sprzymierzają się z sobą, zagarniają władzę aż do chwili, gdy silniejsze stronnictwo nie odsunie ich od rządów. Wówczas wszystkie królewszczyzny, wszystkie godności przechodzą w inne ręce. Ten zamęt, to stałe zderzanie się różnych interesów rodzi prawdziwą anarchię. (...) magnaci (...) Dzielą między siebie stanowiska wojskowe, beneficja i najwyższe urzędy cywilne. Resztki zabierają ich słudzy, którzy rezerwują sobie podrzędniejsze stanowiska, miejsca w akademiach, wszystkie wreszcie owoce i zyski, jakie przynosi przemysł. Ci możni panowie ujarzmiają wolnego ducha narodu, zaszczepiając mu służalczość, bardziej godną pogardy aniżeli niewolnictwo". Także ustrój panujący w Rzeczpospolitej był dla wielu przybyszy z Zachodu ewenementem i swoistą ciekawostką. Po pierwsze dlatego że oficjalnie w Polsce panował król, a jednocześnie (choć istniała nazwa Korony Królestwa Polskiego), zastępczo nazywano kraj Rzeczpospolitą, czyli republiką. Gdzie tu sens, gdzie logika? Dla wielu podróżników z zagranicy było to całkowicie niezrozumiałe, dziwne i niepojęte, gdyż Nie potrafili oni sobie uświadomić faktu, że nazwa "Rzeczpospolita" odnosi się do panującej w kraju wolności szlacheckiej i demokratycznej (a potem oligarchicznej) formy rządów, zaś król pełni rolę swoistego "pierwszego senatora" - jakby powiedzieli o tym starożytni Rzymianie. "Król jest ojcem, a Rzeczpospolita matką" - jak mawiano w tym czasie.

Innym niezrozumiałym na Zachodzie aspektem polskiej szlachty, była jej... natura. Amerykański historyk egipskiego pochodzenia (koptyjskiego, czyli chrześcijanin) Raymond Ibrahim W swej książce: "Miecz i bułat. Czternaście wieków wojny pomiędzy islamem a zachodem", tak podsumował Polaków (głównie polską szlachtę) z czasów króla Jana III Sobieskiego i odsieczy wiedeńskiej z 1683 r.: "Od momentu utworzenia tej ostatniej Ligi Świętej przeciwko islamowi Polacy wydawali się dziką i nieprzewidywalną zbieraniną. W przeciwieństwie do Niemców - którzy pod względem etnicznym, językowym i kulturowym podobni byli do Austriaków - Polacy przypominali raczej Rusinów. Wydawali się pospolici i prymitywni, przynajmniej dla wyrafinowanego, noszącego pudrowane peruki wiedeńskiego dworu Leopolda. Byli jednak tęgimi wojownikami, a Rzeczpospolita Obojga Narodów należała wówczas do największych mocarstw Europy". Rzeczywiście, Polaków - w czasie tej bitwy pod Wiedniem - trudno było niekiedy odróżnić od Turków. To znaczy trudno by ich było odróżnić, gdyby jednak nie różnili się znacząco pewnymi istotnymi szczegółami, takimi jak choćby ubiór husarski i brak turbanów na głowach, oraz oczywiście bledszy niż turecki odcień skóry. Zarówno Austriacy jak i Niemcy, a także inni przedstawiciele narodów Europy Zachodniej (w tym Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi) nie znali zupełnie ani polskiego ubioru wojskowego, ani polskich symboli, ani też polskiej taktyki wojskowej, co powodowało że często dochodziło do pomyłek w tej kwestii. Pięknie wyjaśnia to pan w filmiku poniżej, który jasno deklaruje iż po zwycięstwie pod Wiedniem Austriacy podejmowali Polaków na wielkiej uczcie w Wiedniu i "zwyczaj był taki że najpierw wchodzili husarze, potem wchodziło dowództwo. Husarze ubrani byli w skóry lampartów, stąd dworacy cesarscy wzięli ich za jakiś niesamowitych notabli i usadzili ich na miejscach hetmańskich (...) I w tym momencie weszli hetmani oraz Jan III Sobieski w takich burkach i dworzanie usadzili ich niżej. Nie znali się na polskim obyczaju wojskowym, nie wiedzieli że co prawda towarzystwo chodzi w skórach, ale to, co wzięli za koce czyli burki kuligowskie były jeszcze droższe (...) Na to natychmiast zareagował książę Lotaryński, który w uroczystych słowach przeprosił za zaistniałą sytuację i powiedział: "Panowie lampartowie - niżej, panowie kilimkowi - wyżej" ☺️)




Notabene formacje husarskie (które pierwotnie były pochodzenia węgierskiego, a prawdopodobnie również serbskiego), stały się ostatecznie symbolem tamtej Rzeczpospolitej. Husaria była bowiem nie do skopiowania, choć próbowali to zrobić zarówno Francuzi jak i Moskale (w obu przypadkach im nie wyszło, zaś krótkotrwała husarska formacja moskiewska była parodią tego, co realnie stanowili sobą ich polscy odpowiednicy). Tam gdzie pojawiała się husaria, tam wróg  przestawał nawet marzyć o zwycięstwie. W takich bitwach jak że Szwedami pod Kircholmem (1605 r.), z Moskalami i Szwedami pod Kłuszynem (1610 r.), czy pod Chocimiem (1621 r.), oddziały husarskie niszczyły znacznie liczniejsze od nich siły przeciwnika. Pod Chocimiem 7 września 1621 r. 600 husarzy natarło na 10 000 wojowników sułtana Osmana II (który osobiście obserwował bitwę). Szarża zakończyła się całkowitym zwycięstwem i zmuszeniem wroga do ucieczki. Widząc to sułtan Osman II rozpłakał się z żalu i bezsilności. Husaria to była elita elit staropolskiej wojskowości, a jej dewizą było hasło: "Miłość Ojczyzny najwyższym prawem". Nawet konie husarskie były specjalnie szkolone do walki i do tego stopnia, że również po śmierci husarza nadal atakowały szeregi wroga, kąsając i tratując boleśnie żołnierzy wrogich armii. Piszę to jako swoisty dodatek do tego tematu, jako że należy podkreślić iż na Zachodzie Ani też na Wschodzie niczego podobnego nie wymyślono, a husaria była niezwyciężoną formacją przez pierwsze 122 lata swego istnienia (od 1503 do 1625 roku).




Podróżników z Zachodu dziwiło w Rzeczpospolitej również wiele innych kwestii, jak choćby wyjątkowy ubiór polskiej szlachty (zbliżony do tureckiego), uczesanie (owe słynne "podgolone łby"), a także łatwość w przyswajaniu sobie i nauce języków obcych (łacinę znał w Rzeczpospolitej każdy szlachcic, spora część mieszczan i... wielu chłopów). O tym wszystkim (i wielu innych nieznanych ciekawostkach) jednak opowiem już w kolejnej części tej świeżutkiej serii.



PS: Temat ten postanowiłem połączyć z podobną serią, którą zacząłem kilka lat wcześniej, czyli właśnie:


Nie ma bowiem sensu aby dublować ten sam przekaz.


CDN.


PS2: ogromny szacunek z mojej strony dla pana Grzegorza Brauna za jego deklarację wsparcia w wyborach Karola Nawrockiego, jak również nieoficjalną - aczkolwiek wyrazistą - deklarację Sławomira Mentzena.






czwartek, 4 sierpnia 2022

LIBERUM VETO... CZYLI DZIEJE ANARCHII, PROWADZĄCEJ DO ZGUBY - Cz. II

KU PAMIĘCI, CZYLI...

NIE WCHODZI SIĘ DWA RAZY

DO TEJ SAMEJ RZEKI

 


Pierwsze veto, które miało doprowadzić do zerwania sejmu i nastania czasów Initium Calamitatis Regni (Początków Nieszczęść Królestwa), padło z ust posła z Upity - Władysława Sicińskiego, nie było ani pierwsze, ani też nie doprowadziło realnie do zerwania sejmu. Jak już bowiem w poprzedniej części pisałem, po raz pierwszy zastosowano zasadę veta na sejmie 1639 r i uczynił tak starosta sądecki - Jerzy Lubomirski (a poparła go w tym spora grupa posłów), ale wówczas nie zgodził się on jedynie na przedłużenie obrad sejmowych i nie zerwał obrad jako takich. Tak samo było 9 marca 1652 r. gdy poseł Siciński (działając na polecenie potężnego litewskiego magnata, starosty żmudzkiego - Janusza Radziwiłła - który pragnął uzyskać od króla buławę wielką litewską) zaprotestował przeciwko planom przedłużenia obrad sejmowych o jeden dzień (do czego dążył kanclerz wielki koronny - Andrzej Leszczyński). Tak więc i w tym przypadku nie doszło do oficjalnego zerwania obrad sejmu, ale data ta stała się symbolem upadku polskiego parlamentaryzmu, który szedł w parze z coraz widoczniejszym spadkiem znaczenia Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego na arenie międzynarodowej. Co prawda w chwili gdy poseł z Upity wygłaszał swój sprzeciw wobec prolongacji obrad sejmowych, nikt z obecnych wówczas posłów nie uważał, że sprzeciw jednego człowieka może realnie doprowadzić do zakończenia obrad sejmowych (i nie traktowano tych słów poważnie, tym bardziej że praktyka parlamentarna opierała się o "ucieranie się", czyli rozmowę i przekonywanie do skutku), szybko jednak okazało się, że Władysław Siciński opuścił miejsce obrad, nie było więc możliwości "wpłynąć" na niego, by wycofał swój sprzeciw. W tej sytuacji (pomimo faktu, że większość uważała iż sprzeciw jednego człowieka nie może doprowadzić do zakończenia obrad sejmu) również postanowiono rozjechać się do domów, co nastąpiło 11 marca (stało się tak, ponieważ realnie zakończenie obrad było wówczas na rękę wielu magnatom i szlachcie, gdyż mnogość wzajemnych interesów była tak silna, że nie sposób było doprowadzić do realnego konsensusu, tak więc nadarzyła się okazja i z niej skorzystano, otwierając tym samym - w symboliczny i metafizyczny sposób - przed Rzeczpospolitą, bramy wiodące wprost ku czeluściom piekieł). 

Tak więc różnica między vetem z 1639 a 1652 r. była więc taka, że w tym pierwszym przypadku niezgodę na przedłużenie obrad sejmowych wyraziła spora grupa posłów (pod przewodnictwem Jerzego Lubomirskiego), zaś w drugim przypadku realnie do zakończenia obrad doprowadził tylko jeden poseł. Późniejsza tradycja uczyniła z Sicińskiego źródło wszelkiego zła (ponoć posłowie na sejmie zimowym 1652 r., na którym padło owe niesławne "veto" - mieli przekląć Sicińskiego, co potem - jak wierzono - doprowadziło do jego śmierci w 1672 r., gdy zginąć miał od uderzenia pioruna. Ponoć nawet ziemia nie chciała przyjąć do siebie jego ciała i ostatecznie zmumifikowano go, a ciało rzucono w niedalekiej odległości od upickiego cmentarza. W XIX wieku tłum upicki ciągał zmumifikowane zwłoki Sicińskiego dla zabawy i rozrywki po ulicach i karczmach, w celu zarobienia pieniędzy od przyjezdnych, bowiem Siciński w tym czasie miał się stać taką lokalną upicką "rozrywką" Dopiero w 1860 r. jego ciało złożono do drewnianej trumny, postawionej w kącie kościoła w Upicie). Tak skończył człowiek, który powodowany drobnymi, przyziemnymi sprawami (miał bowiem żal do króla Jana II Kazimierza odnośnie jakichś sum, odebranych mu dekretem królewskim z ekonomii w Szawlach), stał się symbolem narodowej zdrady i zaprzaństwa, człowiekiem niegodnym nawet normalnego pochówku, utożsamianym z mordercami i bluźniercami przeciwko Bogu. Powstało szereg różnych ilustracji i ikonografii, pokazujących piekielne męki Sicińskiego, porwanie go przez diabły wprost do piekła i tego typu kwestie. Stał się on więc symbolem czasów panowania ostatniego króla z dynastii Wazów (a raczej rodu Jagiellonów, gdyż Wazowie po kądzieli pochodzili od Jagiellonów) Jana II Kazimierza, którego imię zapisywano po łacinie: Ioannis Casimirus Rex (ICR), a tłumaczono: Initium Calamitatis Regni - Początek Nieszczęść Królestwa.




Puszka Pandory została otwarta i w kolejnych latach liberum veto stawało się coraz częstsze. Już w 1654 r. poseł pruski - Jan Bąkowski użył go ponownie, nie godząc się na przedłużenie obrad sejmowych. Był to trudny czas, rozpoczynała się bowiem wojna z Moskwą, niespokojnie było na granicy południowej z Tatarami, a także Kozacy Chmielnickiego złożyli hołd lenny carowi, godząc się w ugodzie zawartej w Perejesławiu na całkowite podporządkowanie się Moskwie (potem Kozacy mocno tego pożałowali, zdając sobie sprawę że zamienili wolność, jaką mimo wszystko posiadali w Rzeczpospolitej, na moskiewską, samodzierżawną niewolę - ale było już za późno). Potem było dziesięć lat przerwy i ponowne veto zostało zgłoszone na sejmie w dniu 5 grudnia 1664 r. i znów sprawa dotyczyła sprzeciwu wobec przedłużenia obrad sejmowych, a protest złożył wówczas poseł bracławski - Michał Żabokrzycki, ale uczynił to nie uzyskawszy zgody marszałka sejmu na zabranie głosu, po czym opuścił salę obrad, wychodząc bocznym wyjściem, tak, iż nawet nie został zauważony. Potem toczyły się jeszcze spory czy uznać ów sprzeciw, czy nie (a kanclerz wielki koronny - Mikołaj Prażmowski oficjalnie groził że wszelkich "zrywaczy" sejmowych osobiście postawi przed sądem). 7 stycznia 1665 r. poseł halicki - Piotr Telefus poprosił o głos, a nie uzyskawszy go, złożył kolejne veto i opuścił miejsce obrad. Tego też dnia sejm zakończył obrady. Następne sejmy był już zrywane cyklicznie: sejm wiosenny 1665 r. został zerwany w dniu 28 marca, przez stolnika płockiego - Władysława Łosia, sejm wiosenny roku 1666 r. zerwany przez posła poznańskiego - Adriana Miaskowskiego, jesienno-zimowy tego samego roku przez posła witebskiego - Teodora Łukomskiego, sejm zimowy 1668 r. zerwany przez chorążego sandomierskiego - Marcina Dębickiego. W roku 1669 stała się rzecz niesłychana w dotychczasowej (coraz bardziej zanarchizowanej) polskiej praktyce parlamentarnej, a mianowicie po raz pierwszy zerwany został sejm koronacyjny. Rzeczpospolita wyczerpana wojną z Kozakami Chmielnickiego (1648-1654), wojną z Moskwą (1654-1667), wojną ze Szwecją (1655-1660), oraz wojną domową z antykrólewską opozycją, wrogą wobec jakichkolwiek reform ustrojowych w kraju (zwaną rokoszem Lubomirskiego, od przywódcy buntu hetmana polnego koronnego - Jerzego Sebastiana Lubomirskiego) z lat 1665-1666; coraz bardziej staczała się z pozycji jednego z głównych europejskich mocarstw, do pozycji oblężonej twierdzy (w 1657 r. Prusy Książęce stały się niezależne od Korony Polskiej a będąc pod jedną władzą z elektorami Brandenburgii, stwarzały realne zagrożenie dla reszty polskiego Pomorza w przyszłości; w 1667 r. utracono zaś Smoleńsk - zajęty przez Moskali już w 1654 r. oraz realnie Kijów - choć pierwotnie miasto miało trafić do Moskali tylko na dwa lata, nie wróciło już do Rzeczpospolitej nigdy, poza krótkim epizodem w maju i czerwcu 1920 r.). W 1669 r. znów gotowała się kolejna wojna domowa pomiędzy stronnictwem dworskim, wspierającym kandydaturę Michała Korybuta Wiśniowieckiego (syna sławnego weterana walk z Kozakami i Tatarami - księcia Jeremiego Wiśniowieckiego) a stronnictwem opozycyjnym na czele z prymasem - Mikołajem Prażmowskim i hetmanem wielkim koronnym - Janem Sobieskim (było to tzw. stronnictwo "malkontentów") i tylko wyjątkowemu zbiegowi okoliczności można zawdzięczać że wówczas do tej wojny nie doszło ale sejm koronacyjny został zerwany przez zwolennika partii dworskiej, podkomorzego kaliskiego -Stanisława Krzyckiego.

Kolejne lata to szereg zerwanych sejmów (1670 - przez Benedykta Żabokrzyckiego; 1672 - sejm zimowy przez Kazimierza Grudzińskiego a sejm letni przez Stanisława Ubysza; 1681 - przez Andrzeja Przyjemskiego, 1688 - sejm ten po raz pierwszy w dziejach został zerwany jeszcze przed wyborem marszałka, a dokonał tego stolnik podolski - Stanisław Makowiecki). Co najmniej od sejmu 1670 r. coraz większą rolę w zrywaniu sejmów mają przedstawiciele obcych dworów, choć na początku dzieje się to jeszcze bez ich poduszczenia, po prostu poszczególne stronnictwa (zorientowane albo na Francję, albo na Cesarstwo) wzajemnie się ograniczają i zrywają obrady tylko po to, aby druga strona nie zrealizowała swoich zamiarów. W roku 1690 poseł francuski w Rzeczpospolitej Robert Leroux d'Esneval przekupił stolnika Antoniego Głogowskiego i ten zerwał sejm i opuścił miejsce obrad, po czym... sprowadzony siłą przez straż królewską, został przepłacony przez króla Jana III Sobieskiego i zgodził się wycofać veto, co spowodowało że sejm, który został zerwany, oficjalnie doszedł do skutku. W 1693 r. sejm zimowy zerwali posłowie łęczyccy - Grabski, Iwański i Szumowski; a sejm letni tego roku w ogóle nie doszedł do skutku, jako że król Sobieski rozchorował się (również z rozpaczy, jako że kraj pogrążał się w upadku i anarchii, a na sejmie nie było można uchwalić podatków na wojsko w obliczu ciągłego zagrożenia tureckiego i tatarskiego), upoważnił więc do otwarcia sejmu prymasa Michała Radziejowskiego, ale ogół szlachty koronnej i litewskiej uznał że jest to niedopuszczalne i bezprawne i sejm nawet się nie rozpoczął (Stefan Zamoyski wyrzekł jeszcze na sejmie roku 1652 znamienne słowa, które potem trafiły do annałów historycznych, a brzmiały one następująco: "U nas prawo rządzi a nie król, nie trzeba się dostosowywać do upodobań władcy lecz do praw"; problem polegał tylko na tym, że praw chory ustrój również nie był już w stanie uchwalać, a jedyne na co go było stać to obstrukcja, czyli permanentne blokowanie wszelkich inicjatyw). W 1695 r. sejm został zerwany nawet bez... oficjalnie wypowiedzianego veta, po prostu nie dopuszczono do wyboru marszałka sejmu i w ten sposób realnie zakończono obrady. Był to wówczas szczyt anarchii dla współczesnych, czego wyraz dał starosta nurski - Stanisław Godlewski, pisząc wprost z żalu i bezsilności: "Niech runie prześwietny gmach Polski, niechaj runie na mnie, byleby runął i na brata mego".




Godlewski nie wiedział jednak, że to, czego doświadczał i widział na własne oczy, to zaledwie przedsmak katastrofy, jaka miała nadejść w wieku osiemnastym. Nie ma sensu wymieniać wszystkich sejmów które zostały zerwane, warto jednak uświadomić sobie że Rzeczpospolita była niczym ogromna płachta biało-czerwonego sukna rozpostartego na sznurze, które dokoła smagają przeciwstawne wiatry, wiejące raz w tą, raz w drugą stronę, a owa płachta ugina się wobec nich samoistnie, popychana tego siłą powiewu. Katastrofa polskiego parlamentaryzmu najdobitniej uwidoczniła się w wieku XVIII, a jedyne na co wówczas mogły zdobyć się poszczególne stronnictwa, to opowiedzieć się za jakimś silnym protektorem, najlepiej z sąsiedniego państwa, które zdolne byłoby przyjść tutaj z "bratnią pomocą". Nie było bowiem wojska, a szlachta tak odwykła do działań wojennych, że król już nawet nie zwoływał pospolitego ruszenia, a jeśli takowe zbierało się samo (np. w sprawie walki o poparcie któregoś z kandydatów do tronu) to albo zamieniało się w jedną wielką balangę i popijawę, albo też (przy najmniejszym starciu z regularną armią nieprzyjaciela) szło w rozsypkę i uciekało lub rozchodziło się do domów. Sejmy były już całkowicie sparaliżowane, a ich kompetencje przejmowały sejmiki, powodując coraz większe uniezależnianie się ziem i regionów od władzy centralnej (nie tylko królewskiej, ale również sejmowej). Następowała realna decentralizacja państwa i realny powrót do czasów rozbicia dzielnicowego z XII i XIII wieku. Oczywiście nie oznacza to, że nie było żadnych planów reform i naprawy rozpadającego się państwa - owszem, takie plany powstawały i to dość często. Problem polegał jednak na tym, że stronnictwa które dążyły do zmian ustrojowych nie miały wystarczająco sił, aby zdolne były przeforsować je na sejmach (zresztą wystarczył wówczas tylko jeden poseł opozycji, który jasno zadeklarował swoje veto i było po sprawie), ale przez prawie cały XVIII wiek nie udawało się niczego zmienić, polepszyć czy naprawić. Kraj stał się realnie rosyjską satelitą i był całkowicie kontrolowany przez Moskwę (ambasador rosyjski miał wówczas więcej władzy, niż król, a zdążało się, że ostatni król - Stanisław August Poniatowski musiał się starać o audiencję u rosyjskiego posła, a nie odwrotnie, co pokazywało tylko jak bardzo głupota i zacietrzewienie naszych przodków doprowadziło ostatecznie do wielkiego upokorzenia i zagłady Rzeczpospolitej. Ostatecznie udało się jednak przeforsować zmiany dopiero w roku 1788, a zwołany wówczas Sejm Wielki, który obradował cztery lata, wprowadził wiele niezbędnych reform, znosząc liberum veto i wolną elekcję, wprowadzając dziedziczność tronu, stałą armię i oczywiście... pierwszą w Europie oraz drugą na Świecie konstytucję, zwaną Konstytucją 3 Maja 1791 r. Ale było już za późno, a mocarstwa, które dotąd korzystały na niemocy Rzeczpospolitej nie mogły dopuścić do odrodzenia się i ponownego umocnienia naszego kraju, dlatego też w roku 1792 najpierw ruszyła Rosja, potem (1794) dołączyły Prusy i doszło do ostatecznej likwidacji państwa polskiego i wymazania Polski z mapy Świata w roku 1795.




Upadek kraju nie przekreślił jednak dawnej jedności i nadziei, rozbudzonej uchwaleniem Konstytucji i reformami, jakie już się dokonywały w Rzeczpospolitej. Emigranci polityczni szukali więc sojusznika w dziele odbudowy państwa polskiego i znaleźli takowego w osobie młodego francuskiego generała - Napoleona Bonaparte, z którym wielu Polaków złączyło swój los aż do upadu (a niekiedy nawet aż do śmierci) Cesarza. Potem przyszedł długi wiek XIX (liczony przez historyków od 1789 ro 1914 r.) i liczne Powstania, które niewiele dawały, poza natchnieniem dla kolejnych pokoleń i świadectwem że Polska pomimo upadku nadal istnieje - w sercach i umysłach swych synów i córek. I że odrodzi się jeszcze wspanialsza niż wcześniej, na gruzach zaborczych mocarstw, tak wydawałoby się stabilnych i trwałych, jak słońce wschodzące co rano na niebie. Ale nadszedł rok 1918 i trzy czarne zaborcze orły rozpadły się z hukiem na kawałki (w Rosji wybuchła rewolucja bolszewicka i zwyciężyli komuniści, Niemcy przegrały I Wojnę Światową i jako agresor utraciły część ziem oraz ustrój cesarski, a Austria - ta to już w ogóle rozsypała się niczym puzzle na szereg mniejszych i większych państewek), a Orzeł Biały wzbił się wysoko do lotu (szczególnie po roku 1920) zerwawszy ponad stuletnie kajdany ponad trupami trzech czarnych orłów (Rosja, Austria i Prusy/Niemcy miały w swych godłach czarne orły), które niegdyś wydawały się tak potężne.    



 
Także ku pamięci tych, którzy dziś wciąż pragną sprowadzić Polskę do roli słabego i ubezwłasnowolnionego kraju o niewydolnym systemie (czy to sądowniczym, czy politycznym) mam jedną radę - nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. I jeszcze jedno - my już nie będziemy więcej walczyć na naszej ziemi - na tej Italii współczesności - jeśli dojdzie do wojny w przyszłości, będziemy ją prowadzić na ziemi naszych wrogów (lub sojuszników) i dobrze aby wiedzieli to zarówno Niemcy (których stolica - Berlin leży na dawnych słowiańskich ziemiach) jak i Rosja. Przyszła nasza kolej na zaopiekowanie się Europą i nawet jeśli będzie trzeba na to jeszcze poczekać z dwie lub trzy dekady, ale ostatecznie stoimy u progu nowego Imperium Polonorum, niczym Italia przed wybuchem I Wojny Punickiej. A Europa pod polskim przewodem byłaby krainą szczęśliwości, wolną od wszelkich totalitaryzmów, a skupioną przede wszystkim na rozwoju i bogaceniu się wszystkich (a nie tylko wybranych - nadludzi) mieszkańców Europy. Uczcie się więc już dziś języka polskiego, bo to będzie w przyszłości (prócz chińskiego) jeden z kluczowych języków Świata, a już na pewno Europy - jak twierdzi chociażby amerykański politolog, dyrektor agencji wywiadu Stratford - George Friedmann.
  
 


poniedziałek, 1 sierpnia 2022

LIBERUM VETO... CZYLI DZIEJE ANARCHII, PROWADZĄCEJ DO ZGUBY - Cz. I

 KU PAMIĘCI, CZYLI... 

NIE WCHODZI SIĘ DWA RAZY 

DO TEJ SAMEJ RZEKI

 


 Ostatnio w Saloniku Politycznym na antenie Telewizji Republika Rafał Ziemkiewicz wyraził się o próbach narzucenia przez Brukselę zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości, mówiąc, że jest to zamysł wprowadzenia do polskiego sądownictwa zasady liberum veto, czyli innymi słowy anarchizacji całego wymiaru sprawiedliwości (oto ten fragment - od 1:45). Zastanowiwszy się, doszedłem do wniosku że w zasadzie jest to bardzo trafne spostrzeżenie, gdyż zasada liberum veto, która oficjalnie zaczęła obowiązywać od roku 1652 (a w praktyce była obecna od początku istnienia zasady jednomyślności, czyli od początku polskiego parlamentaryzmu - choć wtedy jeszcze nie stanowiła problemu i nie zagrażała bezpieczeństwu państwa), realnie doprowadziła do upadku nie tylko polskiej demokracji i parlamentaryzmu w XVIII wieku, ale przede wszystkim była kluczowym powodem bezsiły państwa, którego nie stać było na wystawienie 24 000 armii (w sytuacji gdy rosnące w siłę sąsiednie monarchie: Austria Habsburgów, Prusy Hohenzollernów i Rosja Romanowów utrzymywały 100, 200 a nawet 300 tysięczne armie), a mówimy tutaj o kraju, który jeszcze niedawno rozbijał kilku (a nawet kilkunasto) krotnie liczniejsze wojska, który zajął i okupował Moskwę, a na Kremlu zasiadał polski gubernator, który wyprawiał się bezkarnie za Dunaj, a nawet na Morze Czarne.Co więc doprowadziło do takiego pomieszania umysłów, że uznano za zbawienne podtrzymywanie toksyny, która powoli wypalała zdrową i twórczą tkankę narodu, czyniąc z Rzeczpospolitej nie tylko igraszkę losu, ale wręcz pośmiewisko całej Europy (sejmy w końcu XVII i początku XVIII wieku zbierały się nie po to, aby uchwalić jakąś ustawę, czy zmienić prawo na lepsze, ale aby nie dopuścić do wzrostu przeciwnej magnackiej frakcji i zablokowania wszelkich - nawet zbawiennych dla kraju - projektów królewskich, jako z góry podejrzanych, gdyż jedyne czego naprawdę obawiała się wówczas szlachta, to było wzmocnienie władzy królewskiej kosztem "Złotej Wolności" która z czasem stała się symbolem Polski i polskiego parlamentaryzmu, a realnie wiodła kraj, naród i zamieszkałe Rzeczpospolitą ludy do zguby).

Czymże bowiem było liberum veto? Czy miało jakikolwiek pozytywny, twórczy aspekt w systemie parlamentarnym? Otóż nie, liberum veto polegało jedynie na negacji wszystkiego (zarówno pozytywnych jak i negatywnych tendencji ustrojowych, choć w przypadku tych drugich, veto nagle przestawało działać, gdy trzeba je było uchwalać w czasach, gdy Rzeczpospolita stała się realnie wycieraczką pod buty carycy Rosji - Katarzyny II), co zaproponowała strona przeciwna. A ponieważ trzymając się zasady jednomyślności (jaka obowiązywała podczas obrad sejmów i sejmików) otwarte zadeklarowanie sprzeciwu, realnie kończyło dyskusję nad danym projektem i było wymarzone dla sąsiednich mocarstw w celu trzymania Polski w stanie chronicznej drętwoty, całkowitego politycznego paraliżu i niemożności podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Wystarczyło bowiem przekupić jednego posła (JEDNEGO) aby propozycje lub plany reform, niewygodne czy też wrogie wobec ościennych dworów, spuścić do wychodka. Oczywiście nie było to też takie proste, istniała bowiem obawa że przekupionego posła będzie można podkupić (zresztą w polskim parlamentaryzmie istniała też zasada "ucierania się" - czyli przekonywania do skutku. Nie oznaczało to oczywiście pełnej jednomyślności, ale wystarczył brak sprzeciwu, czyli w tym przypadku wycofanie swego veta). Stanowiło to problem dla magnatów lub ambasadorów obcych państw, gdyż poseł który zgłosił veto, musiał natychmiast opuścić miejsce obrad sejmu i wyjechać z miasta. Jeśli tego nie zrobił, istniała obawa jego podkupienia a nawet... śmierci, gdyż niejednokrotnie takowemu grożono pozbawieniem życia, wyzywano na szable itd. (między obradami sejmów wielokrotnie się pojedynkowano i często posłowie ginęli od szabel lub samopałów [pistoletów] chociaż używanie tych drugich było uważane za niehonorowe). Musiał on więc szybko się stamtąd ewakuować (pewnemu posłowi, opłaconemu przez Francję, tamtejszy ambasador specjalnie sprowadził meble z Lotaryngii, gdyż ten nie spieszył się z wyjazdem po złożeniu veta, ponieważ twierdził iż musi jeszcze zakupić dla małżonki meble, które ona sobie wybrała; a pośpiech był niezbędny, gdyż istniało zagrożenie podkupienia owego posła, na co ten zapewne liczył, długo nie opuszczając miejsca obrad sejmowych).




Parlamentaryzm nasz bowiem od swych początków na wielką skrojony był miarę i ogarniał szybko takie przestrzenie, jakich niepodobna było szukać w całej Europie. Województwa nasze były bowiem często rozleglejsze od kilku europejskich księstw czy królestw razem wziętych i tam też rodził się samorząd, tam rodziła się oddolna władza lokalnych mieszkańców, która przejmowała kompetencje władzy monarszej. Ale kraj był zbyt duży, aby można w nim było długo rządzić się w sposób demokratyczny. Granice nasze na Wschodzie dosięgały bram Moskwy, a tereny te okazywały się łakomym kąskiem dla kolonizacji nie tylko dla magnatów i szlachty, ale również dla wszelkiego typu malkontentów, zbiegów i maruderów, którzy w Koronie popełnili jakoweś przestępstwa. Uciekali oni więc na Wschód (a częściej na południowy wschód) ku Dzikim Polom, gdzie przestrzenie były rozległe, w lasach mnóstwo zwierzyny, a w rzekach mrowie ryb. Tam można było zacząć od nowa, gdyż ziemie te były praktycznie dziewicze (niewielu się tam osiedlało głównie z powodu cyklicznych - corocznych - najazdów tatarskich, które szły właśnie przez Dzikie Pola), dlatego odważni ludzie (a takowymi bywali z reguły wszelkiej maści watażkowie) z szablą przy boku i samopałem w ręku - byli niczym amerykańscy kowboje, kolonizatorzy Dzikiego Zachodu. Tak było na Wschodzie, natomiast granice zachodnie i północne należały do... najspokojniejszych i najbezpieczniejszych w całej Europie (szczególnie po ostatecznym rozprawieniu się ze zmorą krzyżactwa po roku 1525) i stan taki trwał (nie licząc drobnych, nieistotnych incydentów w XV i XVI wieku na granicy węgierskiej i czeskiej) prawie 300 lat.       
 

W TAMTYM CZASIE POTĘGA RZECZPOSPOLITEJ BYŁA TAK WIELKA, ŻE NAWET NIEMCY (PODDANI CESARZA) MUSIELI UZNAĆ TEN PRYMAT. BYŁ TO SWOISTY TRIUMF BIAŁEGO ORŁA NAD CZARNYM ORŁEM PRUS - KTÓRY JEST GODŁEM NIEMIEC - ORAZ CZERWONYM ORŁEM BRANDENBURGII (NA KTÓREJ TO ZNAJDUJE SIĘ BERLIN)


 

 
System sejmowy był u nas stosowany praktycznie "od zawsze" (jeszcze w czasach lechickich, czyli słowiańskich) na zasadzie wiecu wszystkich wolnych obywateli (mężczyzn). Od sejmu piotrkowskiego z 1493 r. ukształtował się "modelowy parlament" złożony z trzech stanów: króla, senatu (czyli rady królewskiej) i posłów ("zastępców ziemskich" czyli szlachty, będącej wówczas jedynym narodem politycznym; pierwszy zaś wybór "zastępców ziemskich" czyli posłów na sejm miał miejsce w województwie kaliskim w roku 1485, a potem zasada ta stała się powszechna dla wszystkich województw i prowincji). Demokracja szlachecka została oficjalnie potwierdzona i umocniona w roku 1505, gdy na sejmie radomskim uchwalono zasadę wspólnego rządzenia krajem przez szlachtę i magnaterię ("Odtąd na potomne czasy nic nowego stanowionem być nie ma przez nas i naszych następców bez wspólnego zezwolenia senatorów i posłów ziemskich"). Trzy więc stany sejmujące miały odtąd władać Rzeczpospolitą, ale nie oznaczało to wcale paraliżu państwa, wręcz przeciwnie - pomimo antagonistycznych często planów magnaterii i szlachty, pomimo waśni dzielnicowych i rywalizacji Małopolan z Wielkopolanami, a potem jeszcze z Mazowszanami, Rusinami i Prusakami (Pomorzanami) osiągano konsensus, a mądry władca mógł przy pomocy sejmu władać tak, jakby realnie miał władzę absolutną (mówię mądry władca), gdyż to, czego nie udawało się uzyskać na sejmach, można było przegłosować na sejmikach (posługując się wybranymi przez króla posłami danych ziem, zaliczanymi do tzw. "partii dworskiej"). Tak też postępował np. król Stefan Batory, jeden z najskuteczniejszych władców XVI-wiecznej Europy, a do tego doskonały wódz i polityk.    
 
 


Król bowiem miał w swym ręku potężny oręż, jakim było jedyne prawo do nadawania urzędów i majątków ziemskich (czy to w formie królewszczyzn czy też majątków bez-spadkowych) i mógł dzięki temu tworzyć własne stronnictwo wśród osób mających wpływ na ogół szlachty. Tacy ludzie byli niezbędni w systemie demokracji szlacheckiej, gdyż król sam nie mógł wpłynąć na ogół "narodu", ale poprzez swoich trybunów (jednym z takich "trybunów szlachty" był ukazany w powyższym fragmencie filmu - Jan Zamoyski), tak więc władza królewska nie musiała być słaba i nieudolna, gdyż wszystko zależało od osobowości monarchy, jego mądrości i konsekwencji w działaniu. Ale też inny bywał "materiał ludzki" w epoce Renesansu i Baroku niż potem w tzw. epoce Oświecenia (XVIII wiek). Przecież zasada jednomyślności i zasada veta obowiązywała w polskim parlamentaryzmie od jego początków, a mimo to ową jednomyślność często pomijano (podawano do publicznej wiadomości odmienne poglądy części posłów, ale z powodu braku ich sprzeciwu ustawy normalnym trybem parlamentarnym wchodziły w życie, zaś veta praktycznie nie stosowano przed 1652 r. a nawet jeśli, to takiego delikwenta udawało się przekonać do zmiany decyzji). Pewnym problemem dla władzy królewskiej były instrukcje sejmikowe, które wywodziły się z tradycji polskiego samorządu lokalnego i miały silne umocowanie w interesie mieszkańców danej ziemi, województwa lub prowincji (poseł składał przysięgę że będzie głosował na sejmie zgodnie z wolą uzgodnioną wcześniej na sejmiku). Powodowały one jednak pewne problemy (np. podczas głosowania nad nowymi podatkami, a wystarczyło że jeden sejmik zagłosował przeciwko, a już inny - który zbierał się kilka dni później głosował podobnie). Stosowano więc pewne triki (które jednak w przypadku podatków rzadko się udawały, chyba że król potrafił przekonać do tego szlachtę przez swoich przedstawicieli lub też szlachta sama widziała w tym korzyść, ewentualnie klęska militarna - jak ta poniesiona od Turków pod Cecorą w 1620 r. - była prawdziwym kubłem zimnej wody i orzeźwiła zacietrzewione szlacheckie głowy - uchwalone wówczas na sejmie podatki pozwoliły wystawić nową armię, która w roku 1621 pod Chocimiem zadała przeważającym siłom tureckim pod osobistym dowództwem sułtana Osmana II - sporą klęskę. Osman zaś w kilkanaście miesięcy potem został obalony i zamordowany przez janczarów).

 


Jednym z owych trików było stosowanie pozornej jednomyślności, to znaczy ustawy przechodziły bez sprzeciwu, ale każdy poseł który miał inne zdanie, mógł po zakończeniu obrad zaprotestować przeciwko poszczególnym uchwałom (było to zapisywane w każdej konstytucji sejmowej). Działało to na zasadzie "i wilk syty i owca cała", czyli potrzebne ustawy zostały uchwalone, ale posłowie (zgodnie z instrukcjami sejmikowymi) składali oficjalny protest, a że było to już po zakończeniu obrad i nie miało to już znaczenia - to nic, ważne że postąpili w zgodzie z instrukcjami, czyli nie było podstaw do ich odwołania - a można było odwołać ich również w trakcie obrad sejmu). Co prawda podejmowano też próby wprowadzenia zasady głosowania większościowego, ale nie udawało się obalić tradycji jednomyślności (w 1605 r. zapisano wręcz że: "Większość jest szkodliwa w trudnych sprawach Rzeczpospolitej, gdzie nie kresek [głosów] ale zgody pełnej wszystkich Rzeczpospolita potrzebuje"). Ale pojawiały się i takie głosy, jak choćby wojewody podlaskiego - Zbigniewa Ossolińskiego, wygłoszone na sejmie w 1606 r.: "Wielka to hańba Rzeczypospolitej z takowym rządem, żeby ją jeden bądź z głupstwa, bądź z uporu o upadek mógł przywieść". Takich głosów wcale nie było mało i pojawiały się dość cyklicznie, ale nie znajdowały szerszego posłuchu wśród szlachty, a to z tego powodu, że każdy szlachcic zobowiązany był instrukcjami sejmikowymi uchwalonymi przez tysiące lokalnych panów-braci, tak więc - jak uważano - nie można ich przegłosować; a poza tym zakładano z góry, że każdy poseł kieruje się dobrem Rzeczpospolitej (hasło: "Salus Rei Publicae" - "Dobro Rzeczpospolitej" w domyśle "Najwyższym Prawem"), czyli zakładano że gdyby jakiś projekt był korzystny dla Ojczyzny, poseł dałby się przekonać i zagłosował za nim (lub też protestował podczas obrad milcząc, a po zakończeniu sejmu wystosował skargę poselską). I rzeczywiście, przez długi czas tak się właśnie działo, ale potem nadeszły trudne czasy - liczne wojny i powstania, a co za tym idzie zubożenie społeczeństwa odmieniło ludzi. Nadal oczywiście uznawano zasadę "Salus Rei Publicae" ale interpretowano ją teraz po swojemu, czyli co dobre dla mnie i moich ziomków, to jest i dobre dla Ojczyzny).

I stało się, już w 1639 r. po raz pierwszy użyta została zasada liberom veto. Wówczas to starosta sądecki - Jerzy Lubomirski, aby udaremnić sąd sejmowy nad podkanclerzym koronnym - Jerzym Ossolińskim za obrazę jednego z posłów, nie wyraził zgody na przedłużenie obrad sejmu. Wówczas nie doprowadziło to do większej katastrofy, ale wywołało w świadomości wielu współczesnych prawdziwą trwogę, której upust dał poseł inflancki - Jerzy Obuchowicz: "Niebezpieczny to przykład w Rzeczpospolitej. Boże, racz wewnętrzną nienawiść uspokoić, harde animusze skrócić!" Potem przyszło Powstanie Chmielnickiego (1648-1649 i znów od 1651 r.) a wraz z nim trudne położenie jakie spadło na Rzeczpospolitą. Rok 1651 r. pomimo świetnego zwycięstwa nad Kozakami Chmielnickiego i Tatarami Islam III Gireja pod Beresteczkiem (była to jedna z największych bitew ówczesnej Europy), doprowadził również do wybuchu powstań chłopskich: na Podolu pod wodzą Aleksandra Kostki-Napierskiego i w Wielkopolsce pod przewodem Piotra Grzybowskiego. Można oczywiście pomstować na propagandowy wymiar tych powstań (szczególnie Kostki-Napierskiego) używany potem przez komunistów, ale nie ulega wątpliwości że prawo stanowione na sejmach coraz bardziej się degenerowało i w coraz mniejszym stopniu obejmowało inne niż szlachta klasy społeczne. Mało tego, szlachta - uważając się za jedyny naród polityczny w kraju oraz deklarując iż tylko ona "gardła swe za Ojczyznę nadstawia" - była coraz mniej chętna do udziału w zwoływanym na polecenie króla pospolitym ruszeniu i starała się jak tylko mogła "wymiksować" z tego (jedynego bodajże) obowiązku, jaki jej jeszcze pozostał. Żądano więc, by król zwoływał pospolite ruszenie tylko w wypadku realnego zagrożenia militarnego z zewnątrz i to tylko na dwa lub trzy tygodnie, a także zabraniano królowi wyprowadzania pospolitego ruszenia szlachty poza granice kraju (a jeśli już, kazano sobie za to płacić za każdy dzień pobytu na obcej ziemi). Realna więc wartość bojowa pospolitego ruszenia szybko spadała (co też nie znaczy że pospolite ruszenie było zupełnie do kitu, wręcz przeciwnie, mogę bowiem podać bitwy w których do właśnie męstwo szlachty na polu walki przesądzało o wyniku starcia i to często ze znacznie liczebniejszym wrogiem), a jednocześnie szlachta nie chciała płacić na wystawienie wojska zaciężnego, sama zaś dążyła do obłożenia podatkami samych chłopów lub mieszczan (którzy również płacić musieli datki na potrzeby obrony kraju). To powodowało niezadowolenie wśród chłopstwa, szczególnie jeśli magnaci i szlachta poczęli bezprawnie zwiększać sobie liczbę dni wymaganych do odrabiania pańszczyzny. Jednym z takowych chłopskich protestów było powstanie Aleksandra Kostki-Napierskiego (notabene film z 1955 r. pt.: "Podhale w ogniu" choć początkowo uważałem za jeden z przejawów socrealizmu w polskim kinie powojennych - szczególnie w epoce stalinowskiej - to jednak po głębszym namyśle doszedłem do przekonania że ów film nie jest li tylko komunistyczną agitką propagandową - choć jest tam również nieco antypolskiego łajna, jakie musiało oczywiście pojawić się w kraju odgórnie zarządzanym przez Moskwę - ale są tam też ukazane podstawy chłopskiego niezadowolenia i to właśnie uważam za autentyczny obraz ówczesnej szlacheckiej braci, która w coraz większym stopniu zaczęła się degenerować. Sam zaś Kostka-Napierski był człowiekiem który nie tyle wystąpił przeciwko królowi i Rzeczpospolitej, co przeciwko władzy magnatów i lokalnej szlachty, tworzącej sobie mniejsze i większe "państewka" na obszarze Rzeczpospolitej).




I wtedy, gdy cała Rzeczpospolita żyła triumfem beresteckim, przyszedł cios dotkliwy i poważny, pierwsze realnie dotkliwe użycie zasady veta w Rzeczpospolitej szlacheckiej, której autorem był poseł upicki - Władysław Siciński. Było to drugie zerwanie sejmu w historii, chociaż zostało zapamiętane jako pierwsze, gdyż realnie otwarło bramy piekieł nie tylko parlamentaryzmu polskiego, ale stało się schodami wiodącymi ku czeluści upadku całego kraju. Świetne dzieje kraju odrodzonego staraniem króla Kazimierza III Wielkiego, poprzez Unię z Litwą, dalej przez blaski Renesansu ku potędze o której nie śniło się ani władcom Francji, Hiszpanii czy Anglii, a potem (w dużej mierze na własne życzenie) powolny upadek do chwili, gdy państwo realnie przestało funkcjonować i stało się wydmuszką, igraszką i błahostką dziejów. Nic dziwnego że byli tacy, którzy twierdzili wprost: "Niech już nastanie ta obca władza, byle nas uwolniła od tej polskiej niemocy i niepewności".



PS: W drugiej i ostatniej części, którą zamierzam zakończyć w dniu jutrzejszym (jeśli wszystko dobrze pójdzie i nie będę miał żadnych innych planów) dokończę temat liberum veto i jego przełożenie na los kraju w wieku XVIII a także na to, od czego zacząłem, czyli na próbie zamontowania takowej zasady w polskim sądownictwie przez coraz bardziej słabnącą Brukselę i Berlin (Niemcy bowiem się skompromitowali surowcowym uzależnieniem od Rosji, więc teraz próbują przykryć katastrofę okrzykami większej federalizacji Unii Europejskiej. Cóż, jak to się mówi duży i silny pies nie musi szczekać, wystarczy że jest i każdy się boi, pinczerek zaś, aby o sobie przypomnieć że w ogóle istnieje musi każdego obszczekać, inaczej nikt się go bał nie będzie. I tę zasadę można przełożyć na dzisiejsze Niemcy - potężne gospodarczo Niemcy w czasach prosperity nie musiały się nawet odzywać i wszyscy i tak wiedzieli kto realnie rządzi Unią, ale przyszła wojna na Ukrainie i rosyjskie blokady przesyła gazu i ropy co wywróciło niemiecką politykę przynajmniej o sto kilkadziesiąt stopni i spowodowało osłabienie niemieckiej pozycji tak gospodarczej jak i politycznej. Nic więc dziwnego że Berlin coraz głośniej zaczyna szczekać o potrzebie federalizacji i zamiany Unii w jedną wielką IV Rzeszę Europejską. Jak to się mówi - tonący i brzytwy się chwyta, szkoda tylko że plany odrodzenia hitlerowskich mrzonek rodzą się w głowach niemieckich polityków wówczas, kiedy same Niemcy nie rozliczyły się z poprzedniej wojny i mordów oraz zniszczeń jakich dokonali, ale to pewnie taka niemiecka specyfika.




PS2: Ostatnio oglądałem film pt. "Der Hauptmann" oparty na prawdziwych wydarzeniach i muszę powiedzieć że widząc co tam się wyprawia i jak Niemcy traktują swoich własnych ludzi, muszę stwierdzić że nie dziwię się już dlaczego całą resztę (a przynajmniej Polaków, Rosjan,  Białorusinów i Ukraińców) uważali za podludzi. W ogóle oglądając ten film pomyślałem sobie że Niemcy to chyba nie są ludzie. W każdym razie (choć sam mam niemieckie korzenie) uważam że ten kraj należy bacznie obserwować, bo Niemcom co jakiś czas poważnie odbija szajba i wtedy są nieobliczalni. Najlepszym wyjściem więc i dla nich samych i dla Europy byłby powrót do czasów sprzed 1871 r. i bismarckowskiego zjednoczenia "Krwią i Żelazem". Warto się nad tym poważnie zastanowić. 






CDN.