Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJSKO POLSKIE NA ZACHODZIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJSKO POLSKIE NA ZACHODZIE. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lipca 2024

GŁODOWA ZIMA!

CZYLI JAK TO NIEMCY CHCIELI ZAGŁODZIĆ HOLENDRÓW






"W takich chwilach poznajesz śmierć, tęsknotę i niebezpieczeństwo, co powoduje, że zaczynasz cenić sobie bezpieczeństwo i to, jak szybko może się zmienić. Uczysz się je poważnie traktować"


Słowa wypowiedziane przez gwiazdę amerykańskiego kina - Audrey Hepburn, która jako młoda dziewczyna ukrywała w czasie wojny swoje brytyjskie pochodzenie, żyjąc w Holandii pod zmienionym nazwiskiem - Edda van Heemstra. Doświadczyła ona również jako nastolatka potwornego głodu, na jaki Niemcy skazali Holendrów zimą 1944 na 1945 rok. Z tego też powodu do końca życia miała problemy z oddychaniem i cierpiała na nawroty anemii, natomiast gdy ktoś nieświadomy tego komplementował jej figurę, mówiąc iż jest wyjątkowo szczupła, ona przyjmowała to z lekkim uśmiechem, gdyż był to efekt właśnie tamtego okrutnego czasu wojny.




10 maja 1940 r. o świcie wojska niemieckie rozpoczęły kampanię na Zachodzie, atakując Belgię, Holandię, Luksemburg i Francję. 136 niemieckich dywizji miało za przeciwnika o połowę słabsze wojska alianckie (na odcinku Beneluxu, bowiem Francuzi znacznie górowali nad Niemcami zarówno liczebnością jak i jakością swoich wojsk i jedynym ich słabym punktem było morale, a w zasadzie... jego zupełny brak. Może jeszcze francuskie lotnictwo było słabsze od niemieckiego, ale Francuzi liczyli tutaj na wsparcie Brytyjczyków, którzy sami uważali że mają słabe lotnictwo). Na Holandię Niemcy uderzyli tylko jedną 9 Dywizją Pancerną, poza tym spustoszenie siała niemiecka Luftwaffe i spadochroniarze. Już pierwszego dnia wojny zbombardowane zostały Haga i Rotterdam (co wywołało dezorganizację nie tylko w Armii Holenderskiej, ale również Francuskiej). Przed wojną Holandia praktykowała politykę neutralności, która przysłużyła się jej w czasie I Wojny Światowej i miała być kontynuowana teraz. Dlatego tak niechętnie Holendrzy patrzyli chociażby na sojusz z sąsiednią Belgią. W chwili inwazji Holendrzy zdawali sobie sprawę że zatrzymanie postępu niemieckiego jest możliwe poprzez przerwanie tam, jako że Holandia - kraj licznych kanałów - choć położona na nizinie, była dosyć trudnym orzechem do zgryzienia dla Niemców i ich główny sukces polegał na uderzeniu z powietrza. Tamy zostały przerwane, a żołnierze holenderscy w niektórych regionach brodzili po pas w wodzie - aczkolwiek byli do tego przygotowani - natomiast Niemcy postawili wszystko na atak z powietrza. Do wojny na Zachodzie Niemcy wyszkolili 4 500 spadochroniarzy, z czego na Holandię skierowano aż 4000 z nich. Dowodził nimi gen. Kurt Student, postawił sobie za zadanie opanowanie mostu w takich miastach jak Rotterdam, Dordrecht i Moerdijk, natomiast w Hadze miano wziąć do niewoli członków rządu holenderskiego razem z królową Wilhelminą (notabene po matce Niemką). Większość operacji Niemcom się udała. Wyżej wymienione mosty zostały opanowane przez niemieckich spadochroniarzy, przy niewielkich stratach własnych (zaledwie 180 poległych i rannych). Jedynie atak na Hagę i próba wzięcia do niewoli holenderskiego rządu nie powiódł się. Na przedmieściach miasta zginęło 400 niemieckich spadochroniarzy i był to największy holenderski sukces tej krótkotrwałej wojny. Gdy bowiem 14 maja niemiecka eskadra bombowa zniszczyła centrum Rotterdamu, wywołało to na Holendrach tak piorunujące wrażenie, że już następnego dnia głównodowodzący Armii Holenderskiej gen. Henri Winkelman podpisał kapitulację mimo że armia nie została jeszcze zmiażdżona. 




Królowa Wilhelmina i członkowie rządu holenderskiego przedostali się na pokładzie brytyjskiego okrętu do Wielkiej Brytanii, gdzie królowa ogłosiła że Holandia walczy dalej aż do zwycięstwa, choć ruch oporu wówczas praktycznie nie istniał. 28 maja skapitulowała Belgia, 14 czerwca Niemcy byli już w Paryżu. W tej dramatycznej sytuacji premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill zaproponował 16 czerwca stworzenie wspólnej Unii brytyjsko-francuskiej ("każdy Francuz stanie się natychmiast obywatelem brytyjskim, podczas gdy Brytyjczyk będzie również obywatelem francuskim"), nie miało to już jednak znaczenia, Francuzom po prostu nie chciało się już walczyć. 22 czerwca rząd gen. Philipa Petaina podpisał akt bezwarunkowej kapitulacji (na życzenie Hitlera nastąpiło to w tej samej kolejowej salonce, w której Niemcy zostały zmuszone do bezwarunkowej kapitulacji 11 listopada 1918 r.). 10 lipca powstaje marionetkowe państwo Vichy z generałem Petainem jako jej przywódcą. Klęska była więc zupełna, a teraz zaczęła się okupacja na Zachodzie.

Niemcy uważali Holendrów za naród czysty rasowo, część rasy germańskiej, dlatego też starali się uczynić z nich (oczywiście po germanizacji) naród panów w nowej (niemieckiej) Europie. Władzę w okupowanym kraju przejęła jedyna legalna partia: Narodowo-Socjalistyczny Ruch Holenderski (Nationaal-Socialistische Beweging in Nederland), chociaż najważniejsze stanowiska w administracji i tak zajmowali Niemcy. Duża część holenderskiego przemysłu włączyła się w machinę gospodarczą III Rzeszy (która przynosiła właścicielom holenderskich firm całkiem ładne zyski). Ruch oporu co prawda powstał, ale dla Niemców nie stanowił żadnego wyzwania. Skupiał się bowiem jedynie na rozrzucaniu ulotek, redagowaniu pism podziemnych i niewielkich aktów sabotażu (w tym częściowo na ukrywaniu Żydów, za co groziła w Holandii co najwyżej utrata pracy i kary administracyjne, w Polsce zaś za to samo groziła kara śmierci dla wszystkich u których znaleziono ukrywających się Żydów, łącznie z małymi dziećmi, i to natychmiast, bez wyroku sądu). Po ataku Niemiec na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 r. holenderscy entuzjaści nazizmu również chcieli być potrzebni i zaczęto wówczas formować 4 Dywizję SS Grenadierów Pancernych "Nederland". Holendrzy (podobnie zresztą jak Francuzi) widzieli siebie jako część wielkiej nowej niemieckiej Europy, i zaczęło się to zmieniać dopiero chwilą nastania niemieckich klęsk na Froncie Wschodnim. Po Stalingradzie, (czyli po lutym 1943 r.) holenderski ruch oporu nieco bardziej się zaktywizował. Dokonano wówczas w Hadze udanego zamachu na kolaboranta, dawnego oficera Armii Holenderskiej generała-porucznika Hendrika Alexandera Seyffardta. Niemcy w odpowiedzi kazali rozstrzelać 50 holenderskich zakładników i dokonali krwawej pacyfikacji holenderskich uniwersytetów (które do tej pory działały w miarę normalnie). Członkowie NSB mieli od tej pory formować milicje pomocnicze, które miały współpracować z Niemcami przy ściganiu wszelkich form "sabotażu i bandytyzmu".




Gdy 6 czerwca 1944 r. Alianci dokonali lądowania w Normandii, w Holendrach odżyły nadzieje na odzyskanie wolności i niepodległości. Każde kolejne dni alianckich zwycięstw, przynosiły wybuchy cichego entuzjazmu Holendrów (bacznie obserwowanego przez Niemców). Gdy 4 września padła Antwerpia, większość Holendrów uznała że wojna jest już u granic i wkrótce nadejdą "Dni Wolności". Wtorek 5 września 1944 r. (tak zwany "Szalony Wtorek") był pod tym względem dniem szczególnym, gdyż dotychczasowi zwolennicy Niemiec i niemieckiej okupacji spod znaku NSB w obawie przed Aliantami zaczęli masowo uciekać do Niemiec. Jednak na polecenie komisarza Rzeszy w Niderlandach - Arthura Seyss-Inquarta, byli oni wyłapywani i z powrotem zawracani (nazywano ich tchórzami i panikarzami). Gdy zaś 17 września rozpoczęła się operacja "Market Garden" holenderski ruch oporu włączył się w wojskową pomoc dla żołnierzy brytyjskich i polskich wyzwalających Holandię. Nie zakończyła się ona powodzeniem, bo tam poszło... o jeden most za daleko (🥴), W każdym razie mnie szczególnie utkwiła w pamięci cena z filmu (pod tym samym tytułem) z 1977 r. w którym Gene Hackman - grający generała Stanisława Sosabowskiego dowódcę 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej (notabene jednej z nielicznych tego typu formacji w armiach alianckich), krzyczy do żołnierzy po polsku "ciągnąć linę". W każdym razie Holendrzy próbowali się włączyć do walk i w nocy z 1 na 2 października 1944 r. holenderscy partyzanci zamierzali zdobyć wieś Putten prowincji Geldria. W walce zginął tam wówczas oficer Wehrmachtu, co spowodowało że Niemcy zastosowali srogie represje wobec Holendrów. Dokonano egzekucji 7 wziętych wcześniej zakładników, a 661 mieszkańców wsi Putten (która została spalona) deportowano do obozów koncentracyjnych w Auschwitz-Birkenau i Neuengamme.




Po niepowodzeniu operacji "Market Garden", Alianci skierowali się ku Zagłębiu Ruhry, nie chcąc tracić czasu na zdobywanie Holandii. Pozwoliło to Niemcom ukarać Holendrów za próbę wyzwolenia się ich planów dołączenia do "Nowej Europy" (ale co się odwlecze to nie uciecze, dzisiaj Unia Europejska - realizując jednocześnie marksistowski program Altiero Spineliego, wróciła do tematu Nowej Europy Adolfa Hitlera, łącząc go jednocześnie nie tyle z planami III Rzeszy, ile z koncepcjami mitteleuropy, czy w ogóle planami niemieckimi z czasów I Wojny Światowej i II Rzeszy Niemieckiej. Oczywiście to wcześniej czy później musi się zawalić, nikt nie chce bowiem żyć w marksistowskim wychodku, podlanym sosem niemieckiej dominacji). Gdy jeszcze w październiku 1944 r. wybuchł strajk holenderskich kolei (które miały przeszkodzić Niemcom w ściągnięciu posiłków na Front Zachodni w kierunku północnym), Niemcy uznali że przyszedł czas na ostateczne rozprawienie się z krnąbrnymi Holendrami. Głównodowodzący Wehrmachtu w Niderlandach gen. Friedrich Christiansen, nakazał wówczas wstrzymać dostawy żywności do zachodniej Holandii, w tym do Hagi, Amsterdamu i Rotterdamu. A większa część Holandii (szczególnie na północy) praktycznie nie posiada ziemi ornej i jest całkowicie uzależniona od dostaw żywności z zagranicy (pisałem już kiedyś o akcji polskiego posła w Niderlandach, niejakiego Działyńskiego, który dążąc do wywarcia wpływu na stany holenderskie i szybkie zakończenie wojny tego kraju z Hiszpanią, w 1597 r. zagroził wstrzymaniem dostaw polskiego zboża do Niderlandów, co wywołało powszechną panikę groziło właśnie wybuchem epidemii głodu. Należy bowiem pamiętać że wówczas Rzeczpospolita była prawdziwym spichlerzem Europy, a polskie zboże docierało do najdalszych portów Hiszpanii i południowej Francji). Co prawda w listopadzie Niemcy nieco ograniczyli te swoje zarządzenia, jednak nie spowodowało to poprawy sytuacji aprowizacyjne i mieszkańców tego nizinnego kraju, a wręcz przeciwnie. Zimą 1944 na 1945 niedobory żywności zamieniły się już bezpośrednio w stan klęski głodowej. Ludzie umierali na ulicach holenderskich miast, prosili o kromkę chleba. Jak się widzi zdjęcia wychudzonych Holendrów, którzy wręcz przypominają kościotrupy, to można dopiero uświadomić sobie jak daleko poszła ta akcja i jak bardzo Niemcy byli w stanie zagłodzić Naród Holenderski. Siadł bowiem nie tylko oficjalny handel żywnością, ale również czarny rynek, gdyż Niemcy zakazali transportu żywności łodziami i patrolowali wybrzeże. Ludzie aby dostać cokolwiek do jedzenia musieli udawać się na wieś, a i to nie gwarantowało sukcesu, tym bardziej że schwytani przez niemiecką żandarmerię byli surowo karani.




Nie dość na tym, Niemcy ograniczają również dostawy opału. Nieliczne holenderskie lasy są patrolowane i nie wolno z nich wycinać drzew na opał. Holendrzy ratują się przed mrozem niszcząc własne meble: krzesła, komody, szafy wszystko to idzie pod młot i do pieca. Z głodu zjadane są zaś cebulki tulipanów i sproszkowana kora z drzew. Najszybciej umierają z głodu starcy i dzieci, ale właściwie nie ma przed tym ratunku. Szwedzki Czerwony Krzyż próbuje pomagać dostarczając transporty mąki (rzeczywiście po Wojnie Szwedzi w Holandii byli bardzo chwaleni za pomoc jaką udzielili Holendrom i za "szwedzki chleb" który ratował życie). Ale wszystko to jest niewystarczające. Późną wiosną, w kwietniu 1945 r. Brytyjczycy i Amerykanie (w tych zrzutach brały również udział polskie dywizjony) zaczynają dopiero reagować i w ramach operacji "Manna" oraz "Chowhound" zrzucają na okupowaną część Holandii racje żywnościowe. 5 maja Niemcy podpisują akt kapitulacji w Holandii (dokładnie w Hotel de Wereld w Wageningen). Dopiero wówczas Holendrzy mogą odetchnąć, ale "Głodowa Zima" (czyli "Hongerwinter") pochłonęła do 20 000 ludzi, a 7 000 kolejnych zmarło już po Wojnie z powodu chorób wywołanych niedożywieniem. Skutki niedożywienia z czasów wojennych (przez te kilka wojennych miesięcy) odznaczyły się również w kolejnych pokoleniach Holendrów - dzieci kobiet będących w ciąży w czasie głodu, rodziły się słabsze i mniejsze niż reszta, wiele było różnego rodzaju fizycznych niedorozwojów. Do dzisiaj ten temat w Holandii jest bardzo delikatny i to do tego stopnia, że jeszcze 20 lat temu w Holandii nie mówiło się "jestem głodny" tylko "mam apetyt", właśnie dlatego aby nie przypominać tych ciężkich głodowych miesięcy ostatnich chwil II Wojny Światowej. Notabene należy pamiętać że sporą część miejscowości (w tym Bredę) w Holandii wyzwolili żołnierze polscy, szczególnie 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka.




środa, 4 marca 2020

A WIĘC WOJNA...! - Cz. I

PAMIĘTNIKI, RELACJE, OPOWIADANIA

CZASÓW NIEPODLEGŁOŚCI, 

WOJNY I OKUPACJI 



 

Dziś, w tej potęgującej się paranoi jaka ogarnia coraz częściej ludzi z powodu chińskiego koronawirusa (oczywiście nie bagatelizuję zagrożenia, mówię tylko że nie należy ulegać niebezpiecznej panice, gdyż zwykła grypa zbiera rocznie znacznie większe śmiertelne żniwo, niż ta, wypuszczona z laboratorium w Wuhan, chińska broń biologiczna), postanowiłem zaprezentować pamiętniki i relacje osób, którzy byli świadkami wielkich dziejowych zmian: upadku dawnych imperiów, odradzania się nowych państw w Europie po zakończeniu I Wojny Światowej, czasów Dwudziestolecia Międzywojennego, czy szczególnie II Wojny Światowej i powojennego okresu sowieckiego zniewolenia. Przymierzałem się do tego już od jakiegoś czasu i wreszcie się za to zabrałem (znajdując jednocześnie chęci). Pamiętniki te są niezwykle ciekawe, choćby z tego względu, że pozwalają nam, żyjącym w dzisiejszej multimedialnej rzeczywistości, zrozumieć zarówno czasy jak i doświadczenia i przeżycia ludzi, którzy zostali skonfrontowani z prawdziwym złem i którzy w tych trudnych chwilach musieli jakoś na nowo ułożyć sobie życie by przetrwać. 

Mam kilka wybranych pamiętników i choć początkowo planowałem zaprezentować relacje z czasów zaborów i odradzającej się do nowego, niepodległego życia Polski, to jednak po pewnym namyśle postanowiłem na plan pierwszy wyjąć wspomnienia wojenne niejakiego Ferdynanda Goetela. Był on przedwojennym publicystą, działaczem politycznym i pisarzem, prezesem Związku Zawodowego Literatów Polskich, zbliżonym z obozem piłsudczykowskim. Najbardziej jednak stał się sławny, gdy w 1943 r. (za zgodą Delegatury Rządu na Kraj) udał się do Katynia (w organizowanych przez Niemców "wycieczkach" Czerwonego Krzyża, mających propagandowo ukazać bezmiar sowieckiego ludobójstwa - tak jakby Niemcy postępowali inaczej, urządzając masowe egzekucje i mordując ludzi w obozach zagłady), aby tam ekshumować ciała pomordowanych przez Sowietów polskich oficerów. Po wojnie musiał z tego powodu ukrywać się przed Sowietami, a potem udało mu się uciec na Zachód, gdzie wstąpił w szeregi Wojska Polskiego (Drugi Korpus). Od 1946 r. mieszkał w Londynie, stając na czele Ligi Niepodległości Polski (piłsudczykowskiej organizacji niechętnej jakimkolwiek rozmowom Rządu Rzeczpospolitej na Uchodźstwie z Sowietami i ich polskimi pachołkami w kraju). Zmarł 24 listopada 1960 r. w Londynie, w wieku 70 lat. W grudniu 2003 r. jego ciało zostało sprowadzone do Polski i pochowane w Zakopanem, w rodzinnych Beskidach. Oto jego pamiętnik z czasów wojny i okupacji.


ROZMIESZCZENIE SIŁ PRZED 1 WRZEŚNIA 1939 r.

 


I jeszcze na koniec moja mała dygresja. Goetel pisał swoje wspomnienia w sytuacji totlanej klęski i zniszczenia dawnego świata w jakim przyszło mu żyć. Miał w sobie zapewne wiele żalu co do tego jak potoczyły się losy Polski po II Wojnie Światowej i tym samym często jego relacje przepełnione są takimi właśnie wyrzutami i żalem. Należy bowiem pamiętać, że ci ludzie stracili wszystko, zawalił im się ich świat, wszystko w co wierzyli, nic dziwnego że potem mieli w sobie wiele żalu i pretensji. Dziś jednak, gdy patrzymy na tamte dzieje, wydaje się iż nie można było wybrać innej drogi, nie można było na przykład iść z Niemcami na Związek Sowiecki (ani tym bardziej odwrotnie), jak radzili niektórzy domorośli publicyści i historycy, uważam że droga, jaką wybraliśmy we Wrześniu 1939 r. (pomimo całej jej tragicznej wymowy) była jedyną możliwą w tamtej sytuacji (tym bardziej że plany operacyjne były przygotowane na kontynuowanie wojny, nawet w sytuacji zajęcia całego kraju przez Niemców). Można oczywiście mieć pretensje do ówcześnie rządzących, że bagatelizowali doniesienia wywiadu, odnośnie sowieckiej mobilizacji (były pełne raporty mówiące że Sowieci uderzą wkrótce po ataku Niemców) i nie było tak, jak znów twierdzą niektórzy mądrale, że polski wywiad przed wybuchem wojny popełnił sporo błędów, nie biorąc pod uwagę zagrożenia sowieckiego. 

Wręcz przeciwnie, to władze po prostu bagatelizowały to zagrożenie, uważając że sprzeczności pomiędzy nazizmem a komunizmem są tak duże, że państwa te nie będą w stanie nigdy się ze sobą porozumieć. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna i sprzeczności pomiędzy tymi ideologiami, były tak naprawdę "kłótniami w rodzinie", a w przypadku geopolitycznych szans, do jakich należało rozbicie państwa polskiego i przejęcie całej Środkowo-Wschodniej Europy - wszelkie "kłótnie" schodziły na plan dalszy. Zresztą, tak na dobrą sprawę, nawet jeśli władze Polski uznałyby doniesienia o zagrożeniu sowieckim za autentyczne, to... cóż właściwie mogli uczynić? Zgodzić na niemieckie ultimatum i podporządkować Berlinowi? Czy byliby w stanie przyjąć na swoje sumienia taką hańbę - Oni, którzy w ciężkich bojach w Legionach (i nie tylko) wykuwali tę polską Niepodległość i uczynili z kraju siłę (choć przez dwadzieścia lat nie można było zrobić nic więcej niż uczyniono, należy bowiem pamiętać że siłę państw buduje się przez dziesięciolecia, a nawet stulecia), która rościła sobie ambicje do mocarstwowych dążeń. Był to wybór doprawdy tragiczny, ale niestety jedyny jaki pozwalał zachować honor, godność i... człowieczeństwo. A poza tym należy pamiętać że taka Francja, która miała armię nieporównanie silniejszą od Wehrmachtu, broniła się znacznie krócej, niż Polska, zaatakowana z obu stron przed dwóch totalitarnych bydlaków. Pamiętajmy też że - jak mawiał Niccollo Machiavelli: "Kto chce się dostać do raju, musi najpierw poznać drogę do piekła, aby umieć ją ominąć".



PAMIĘTNIK

FERDYNANDA GOETELA 

Cz. I





I

WOJNA


"Silni, zwarci, gotowi" - hasło artykułu ogłoszonego w "Polsce Zbrojnej" na krótko przed wojną a przejęte nie tylko przez głośniki urzędowej propagandy, lecz i przez najszersze masy polskiego społeczeństwa, odpowiadało rzeczywiście duchowi chwili. Nie zdarzyło się bowiem nigdy w dziejach Polski, a może i w dziejach całego zachodniego świata, by wola narodu tak solidarnie i tak gorąco zdecydowana była na przyjęcie wojny. Skoro marszałek Śmigły-Rydz używa niewybrednego zwrotu: "Nie damy ani guzika", wyjmuje go z ust ludu. Wiadomości o zbrojeniach niemieckich nie straszą nikogo. Ultymatywny sposób stawiania żądań przez Hitlera, złowrogi ryk tłumu niemieckiego, słuchającego jego przemówień, rozgrzewa tylko atmosferę. Polacy, wiadomo, nie znoszą pogróżek i ultimatów. Duma jest integralną częścią ich patrioty­zmu.

Zapał narodu utwierdził kierowników państwa w mniemaniu, iż przyjmując wojnę postępują słusznie, nie tylko gdy chodzi o ocenę powszechnej woli, lecz także o przewidywania, co przyniesie Polsce sam przebieg wojny. Wiara w znaczenie entuzjazmu, przyświecająca wielu poczynaniom polskim w ubiegłych dziejach a ukoronowana zmartwychwstaniem państwa polskiego, skłaniała do optymistycznego spojrzenia w przyszłość. Entuzjazm był tym razem powszechny. Obejmował nie tylko elitę, lecz wszystkie warstwy narodu, ziemian i mieszczan, robotników i lud wiejski, nawet masy żydowskie. Na wojnę był gotowy rzeczowy Śląsk, rozważne Poznańskie, przemądrzały Kraków, dzielne Mazowsze, swawolna Warszawa, nieufne Wilno, skłonny do uniesień Lwów.

Można by więc powiedzieć, że wola narodu była główną przyczyną błędu w ocenie sił, popełnionego przez kierownicze czynniki państwowe. Jednak i one uczyniły niejedno, aby wprowadzić w błąd masy. Tryumf turystycznego samolotu Żwirki i Wigury nad zawodnikami niemieckimi utworzył legendę o wyższości lotnictwa polskiego nad niemieckim. Nikt nie zadał sobie wówczas trudu zwrócenia uwagi na istotne, w gruncie rzeczy nikłe wymiary sukcesu, by przestrzec w związku z nim przed złudzeniami. Szeroka propaganda dokoła przemysłu zbrojeniowego, kiełkującego dopiero w Centralnym Okręgu Przemysłowym, łudziła gotowością podjęcia walki z każdym przeciwnikiem i z każdym narzędziem nowoczesnej wojny. Sojusze i pakty, zawarte z Zachodem, jednakowo przeceniane u góry i dołu, dopełniały reszty.

Z dni poprzedzających wojnę, której szansę oceniałem nie mniej optymistycznie od innych, zapamiętałem dwa tylko głosy ostrzegawcze. Jeden z nich to krótka rozmowa uliczna z eks-szefem lotnictwa, generałem Ludmiłem Rayskim.

- Mistrzu... mistrzu - kiwał głową stroskany, gdy w sposób, rzec można przepisowy, rozprawiałem o zbliżajacej się wojnie - mnie się zimno robi n amyśl, co się stanie, gdy Niemcy rozpoczną wojnę lotniczą...

- No dobrze, lecz nasi lotnicy? - odpowiadam standardowo.

- Lotnicy są świetni, ale maszyny... szkoda gadać.

Umilkł. Więcej powiedzieć nie chciał czy nie mógł. Nie był wówczas w łaskach naczelnego dowództwa i obawiał się, by krytyka nie była zrozumiana jako objaw pretensji osobistych.

Drugi to spotkanie w kawiarni warszawskiej z profesorem Władysławem Studnickim. Siwy i, jak powiadano "postrzelony" profesor dopadł mnie tu już po złożeniu swego głośnego memo­riału. Bardzo podniecony, niemal zrozpaczony, rysował w czarnych barwach przebieg wojny i jej następstwa i usiłował znaleźć we mnie sojusznika w przeciwstawieniu się "obłędowi", który opanował naród od góry do dołu...

- Tę wojnę wygra Rosja! - przekonywał. - Czy pan naprawdę nie widzi, co nas czeka? Pan przecież umie samodzielnie myśleć.

Nie podzielałem jego zdania. Zrobił na mnie wrażenie maniaka.

Siła i szybkość uderzenia niemieckiego z południa, północy i zachodu przewyższała z pewnością nawet przewidywania Studnickiego. I nikt w Polsce nie spodziewał się, że tylko kilka pierwszych dni września zachowa się w pamięci Polaków jako wspólne przeżycie wojenne. Co potem zaszło, można określić tylko jednym zwrotem: finis Poloniae. Rozbite zostało wszystko. Armia, maszyna państwowa i samorządowa, sieć komunikacyjna, plany, przypuszczenia, przewidywa­nia. Ogromny zapas wewnętrznych i żywotnych sił pozbawiony został kierownictwa i puszczony samopas. Zdezorientowana i przemieszana masa ludzka miota się, waży i kłębi, oddziały i rzesze uchodźcze rzucają się to tu, to tam, aż pada pierwsza instrukcja i kierunkowe słowo: "za Bug!" Ty­siączne tłumy. Popłyną wówczas za ową zbawczą rzekę, nie zdając sobie sprawy, że poprzez Bug zmierzają na Syberię, do Rumunii, Francji, Anglii, za morza i lądy. W posłuszeństwie, wierności, zapale, z jakim rozbita Polska podjęła rzucony na oślep rozkaz, żyje wiara poprzedzająca wybuch wojny.




Z balkonu mieszkania mego na Pradze patrzyłem nieraz godzinami na ów nurt ludzi, przesu­wający się miejskim uboczem ku drogom na Siedlce czy Lublin. I słuchałem śpiewów hufców harcerskich z dalekich miast i miasteczek, hufców, które podążały naprzód, karnie i w ordynku, z drużynowymi na czele. Plecak, zwinięty płaszcz był jedynym ich ekwipunkiem podróżnym. Nie­kiedy nauczyciel wiejski wiódł grupę co większych chłopaków. Bokami zaś gościńca szli w po­jedynkę czy przesuwali się na rowerach ludzie dorośli wszelkiego wieku i stanu. Prawda, że wczesnym rankiem lub częściej o zmierzchu czmychały też przez miasto samochody objuczone co tchórzliwszymi ludźmi i ich dobytkiem. Tych gnała naprzód trwoga. Może by popędzili za Bug nawet i bez rozkazu!

Ani rozmiarów tej wędrówki Polaków, ani strat, jakie spowodowała, nie sposób wymierzyć. Cios jednak, jaki spadł wówczas na Polskę w postaci poruszenia jej ludności i oderwania od gle­by, nie był mniejszy od tego, co spotkało ją na polach bitwy. Nie wszyscy jednak odeszli i nie wszyscy mogli odejść. Część uchodzących dopadł jeszcze i zawrócił wpół drogi rozkaz wstrzymania pochodu i koncentrowania się w Warszawie, gdzie otrząśnięto się z pierwszego odurzenia klęską. Miasto, które nie wchodziło w żadną rachubę strategiczną, jęło gotować się do obrony, aby, jak powiadano, odciążyć wojska polskie, koncen­trujące się już nie za Bugiem, ale na przedpolu karpackim.

Ze wszystkich miast polskich dotkniętych wojną Warszawa wiedziała o wojnie najwięcej. Położona pośrodku działań wojennych, wciąż przez nie omijana, najlepiej znała przebieg i roz­miar klęski. Burza zawiedzionych uczuć Warszawy zwracała się przede wszystkim przeciw rzą­dowi. Nie jest już tajemnicą dla nikogo, że rząd "uciekł" w komplecie, z dyrektorami gabinetów, sekretarzami i z rodzinami. Stolicę i Kraj zostawił na pastwę Niemcom. O jego ucieczce krążą najprzykrzejsze i najhaniebniejsze opowieści. Przeciwdziałać im nie ma sposobu, gdyż prasa rzą­dowa milknie jako jedna z pierwszych, ostatni zaś rzecznik rządu, świeżo mianowany minister propagandy Michał Grażyński, przesunie się tylko przez Warszawę, nie umiejąc ani nic wyjaśnić, ani nic zdecydować, ani nawet oznajmić, jaki człowiek czy zespół ludzi będzie dawał teraz dy­rektywy działania. W parę tygodni po rozpoczęciu wojny Polska puszczona jest samopas i zdana na ludzi z przypadku, którzy będą przez kilka lat rozstrzygać o losach Kraju, nieszczędząc siebie i innych i nie okazując żadnych uzdolnień politycznych ani, tym mniej, umiejętności przewidywa­nia.

Dziś, z perspektywy lat, ucieczkę rządu widzimy w innym, nie tak jaskrawym świetle. Być może, że myśl obrony sprawy polskiej, zbrojnie czy dyplomatycznie, poza granicami Kraju była jedyną, która rokowała wówczas nadzieje. Błędem jednak bezspornym i oczywistym było odcię­cie się od porzuconego Kraju. Jeśli nie stało czasu w Nałęczowie czy Krzemieńcu, aby wyzna­czyć odpowiednich ludzi do zawrócenia, pozostania na miejscu i objęcia kierownictwa w ostat­nich gniazdach oporu czy na obszarach już okupowanych, należało to uczynić krótką decyzją wśród drogi czy też choć powziąć ją później, już w Rumunii. Ale poczucie klęski złamało rząd wewnętrznie. Złożył broń podwójnie, raz wobec napastni­ków, drugi raz wobec tradycji, którą reprezentował. Przegraną przyjął z fatalistyczną pokorą, niegodną imienia Piłsudskiego.

Tym, który miał samorzutnie przejąć gorzkie dziedzictwo, był burmistrz Warszawy Stefan Starzyński, jedyny pozostały na placu wysoki urzędnik będący piłsudczykiem. Pełnomocnictw szczególnych od zeszłego z placu rządu nie miał. W przededniu wojny podwyższono mu tylko rangę wojskową, z kapitana rezerwy na majora. Major Starzyński, który zresztą ani w Legionach, ani później nie był żołnierzem liniowym, miał stać się dowódcą oblężonej Warszawy, przepro­wadzić najbardziej heroiczną bitwę wojny wrześniowej i zdobyć sławę przywódcy narodu, rów­nego niewielu postaciom w historii naszych powstań. Formalnym dowódcą Warszawy Starzyński nie był. Zaważył jednak najsilniej na decyzji wy­dania bitwy Niemcom, najdłużej i najbardziej stanowczo sprzeciwiał się poddaniu miasta. Oso­bowość jego, rozkazy, odezwy, przemówienia miały znaczenie rozstrzygające.

Czy nie wziął zbyt wiele na siebie, jeśli chodzi o wojskową szansę bitwy? Warszawa twierdzą nie była. Forty rosyjskie z lat popowstańczych i te sprzed wojny roku 1914 nie miały znaczenia. Droga do miasta stała dla pancernych dywizji niemieckich otworem. Bombowce krążyły nad miastem bezkarnie. Ale wojna nowoczesna "totalna", skoro zostanie narzucona przeciwnikowi, czyni z otwartego miasta groźną przeszkodę, domy zamienia w bunkry, piwnice w szańce, zbru­ków robi zastawy, rzuca na szalę, krótko mówiąc, zapas pracy milionów ludzi zgromadzony w ciągu długich lat. W warunkach bitwy, podjętej w samym mieście, cywil, uzbrojony w granat ręczny, butelkę z benzyną czy karabin, dotrzymuje placu regularnemu żołnierzowi. Nie można miasta takiego wziąć najazdem czy szturmem. Pierwsze dywizje niemieckie, które z łatwością przepruły front i chciały zająć miasto już 8 września, musiały odskoczyć, przywitane ogniem garstki ludzi zaczajonych na przedmieściach. Później, gdy pod Warszawę podeszły główne siły niemieckie, wlał się równocześnie w miasto potok oddziałów rozbitej armii polskiej. Przyjęty najserdeczniej, stworzył garnizon Warszawy i walczył na nowo, w zmartwychwstałej wierze w konieczność służby ojczyźnie, ścieśnionej teraz do jej społecznego rdzenia. Nie była to już wtedy armia regularna, lecz tylko dowodzona przez oficerów armia ochotnicza. Biła się na marginesie wojny, kończąc niejako jej klęski ostatnim zrywem męstwa i rozpoczynając równocześnie cykl walk dywersyjnych, który miał trwać przez kilka lat okupacji i zakończył się drugim i ostatnim już zrywem Warszawy.

W tej osobliwej bitwie ochotników z najświetniejszą armią świata Warszawa nie przegrywała potyczek, nie oddawała pozycji. Ataki frontowe umiała odeprzeć zwycięsko. Dławił ją tylko co­raz ciaśniejszy pierścień pożarów. Przygniatały walące się domy. Huragan ognia artyleryjskiego w ostatnich dniach, bębniący bez wyboru po dachach i domach, olbrzymi nalot i pożar, roznie­siony niezmiernie silnym wiatrem, zmusiły ją do poddania się. Kiedy do Warszawy wtłaczała się armia niemiecka, każda ulica miasta, każdy plac, każde większe podwórko miało swój cmentarzyk obrońców. Tyle, najogólniej, o owym historycznym zdarzeniu, zanotowanym w dziejach wojny jako bi­twa warszawska. Można by ją nazwać ostatnim patetycznym błyskiem ubiegającej ery, gdyby nie późniejsze dzieje Drugiego Korpusu i drugi zryw warszawski, podjęty przez następne z kolei młode pokolenie. 



 



 CDN.

sobota, 8 września 2018

RAPORT GEHLENA - Cz. IX

CZYLI JAK TO NIEMCY ZAMIERZALI

STWORZYĆ WŁASNY RUCH OPORU,

WZORUJĄC SIĘ NA POLSKICH

DOŚWIADCZENIACH

KONSPIRACYJNYCH





 E. WALKA O NARÓD POLSKI


dd. SIŁY ZBROJNE


 a2. NSZ

 Siły zbrojne bloku prawicowo-radykalnego połączyły się w NSZ (Narodowe Siły Zbrojne). Był to najsprawniej zorganizowany i najbardziej sprężyście dowodzony nielegalny polski związek zbrojny.Brak dokumentów na temat jego dowództwa, struktury, stanu liczebnego, uzbrojenia itd. Dowództwo NSZ, podobnie jak dowództwo AK, miało wypracować obszerny materiał, dotyczący przygotowania i wywołania ogólnopolskiego zbrojnego powstania. Brak na ten temat szczegółowych informacji. Podczas gdy polityczne kierownictwo bloku prawicowo-radykalnego trwało w uporczywej opozycji wobec rządu londyńskiego i odrzucało wszelką współpracę, dowództwo NSZ próbowało doprowadzić w jakiejś formie do współpracy z Armią Krajową. Rozstrzygającym argumentem w tym wypadku był punkt widzenia, że dzięki współpracy zwiększy się znaczenie organizacji oraz powstrzyma ona dryf na lewo wewnątrz AK. Starania te doprowadziły 7.03.1944 r. do organizacyjnego połączenia NSZ z AK, przy czym jednostki NSZ zachowywały samodzielność. Zostały one włączone do związków AK jako zwarte oddziały. Wspólne działania operacyjne przewidywano tylko przy okazji większych akcji. 

Tymczasem kierownictwo polityczne NSZ nie godziło się z wojskowym zjednoczeniem. Konflikt w środowisku prawicowych radykałów stał się bardzo poważny, ponieważ mianowany przez Bora w porozumieniu z NSZ nowy komendant wcielonych do AK jednostek NSZ został postawiony przed specjalnie do tego powołanym sądem partyjnym, który za odmowę wykonania rozkazu itp. skazał go na śmierć. Bór uznał, iż zmuszony jest zająć w tej sprawie jak najostrzejsze stanowisko w rozkazie dziennym. Wielki postęp, jakiego wskutek zjednoczenia spodziewały się obydwie strony, nie nastąpił ze względu na opisaną powyżej sytuację. Również później - zarówno podczas powstania warszawskiego, jak i potem - nie udało się już doprowadzić do niezakłóconej współpracy. Podobnie jak w AK również w NSZ powstała specjalna formacja ochronna, która jest znana pod różnymi określeniami. W jednym przypadku udało się zdobyć obszerną dokumentację. Mamy w niej do czynienia z określeniem Akcja Specjalna. W innym wypadku jest to ODB (Ochronne Drużyny Bojowe). Obok czystych funkcji ochronnych ta specjalna formacja ma za zadanie przeprowadzać akty terroru i sabotażu, jak również dokonywać egzekucji wydanych wyroków, dotyczących organizacji i pojedynczych osób (z wyrokami śmierci włącznie).

W szczególnie ostry sposób NSZ zwraca się przeciwko niemieckim organom policyjnym:
  • Na niemieckie akty terroru i zemsty należy natychmiast odpowiadać przy udziale całej ludności publiczną akcją plakatowania, zapowiadającą akty terroru i zemsty.
  • Przeciw wyższym oficerom Gestapo, żandarmerii oraz więziennictwa mają być wydawane i wykonywane wyroki śmierci.
  • Należy podejmować ataki na wiezienia w celu uwolnienia więźniów politycznych. 
  • Niemieccy agenci powinni zostać wybici. 
Natomiast wobec niemieckiego Wehrmachtu, co pokazują powtarzające się meldunki, dąży się do ugodowego ułożenia stosunków. Na poziomie lokalnym dość często dochodziło do uzgodnienia wspólnego zwalczania sowieckich, względnie polskich jednostek prosowieckich. Nie doszło jednak do zasadniczej współpracy. W kręgach tych uważa się co najwyżej, że w sytuacji nacisku z dwóch stron "niemieckie zło" jest mniej niebezpieczne w porównaniu ze "złem sowieckim", co sprawia, iż są one gotowe do sporadycznej lojalnej współpracy z jednostkami niemieckiego Wehrmachtu. Pomimo ostrego sprzeciwu wobec umów z niemieckimi jednostkami policyjnymi zdarzało się, że oddziały NSZ w porozumieniu z (niemiecką) policją bezpieczeństwa zwalczały polskie siły prosowieckie. Również w NSZ przywiązuje się wielką wagę do działalności wywiadowczej. 


 a3. PAL i BCH

Również blok demokratyczny sformował zbrojne jednostki. Na temat ich dowództwa, liczebności oraz uzbrojenia brak szczegółowych danych. Te słabe liczebnie jednostki nie mają szczególnego znaczenia. Poza tym coraz częściej poszczególne oddziały przechodzą do Armii Krajowej lub Armii Ludowej. 



PAL

Ostatnio, dzięki pojmaniu wyższego oficera PAL (Polska Armia Ludowa), pozyskany został całkiem nowy, ale jeszcze niepotwierdzony materiał. Zgodnie z nim PAL powstało w październiku 1943 r. przede wszystkim z należącej do demokratycznego bloku partii KOP (Korpus Obrońców Państwa) (właściwa nazwa to Komenda Obrońców Polski). Założycielem PAL był porucznik Czarny (Henryk Borucki ps. "Czarny", dowódca PAL i komendant główny Komendy Obrońców Polski w latach 1943-1945). Nastawienie KOP było początkowo apolityczne. Organizacja rekrutowała się głównie z byłych polskich wojskowych. Część z nich odeszła z armii jeszcze przed klęską wrześniową, a część znalazła się w cywilu później. W roku 1944 dowództwo PAL przejął gen. Skokowski (Julian Skokowski był dowódcą PAL w Powstaniu Warszawskim). Skokowski był przed rokiem 1939 inspektorem szkół oficerskich. Po roku 1939 działał początkowo w PZP (kryptonim Armii Krajowej), jednak opuścił jego szeregi, kiedy stwierdził, że sanacji udało się potajemnie przechwycić kierownictwo obozu rządowego. Skokowski miał być zdecydowanym przeciwnikiem grupy pułkowników. Miał on przejąć dowództwo PAL po długim wahaniu przede wszystkim po to, aby z pomocą PAL w odpowiednim momencie zdemaskować grupę pułkowników przed całym narodem. Bór miał wywołać powstanie warszawskie także i po to, aby przeciwdziałać temu zamiarowi (to ostatni stwierdzenie, to zwykłe konfabulacje Gehlena, ale rzeczywiście należy stwierdzić iż gen. Skokowski nie pałał sympatią ani do Marszałka Piłsudskiego, ani do jego następców).


BCH (Bataliony Chłopskie)  

Bataliony Chłopskie są zbrojnymi organizacjami lewicowych kręgów Stronnictwa Ludowego, którego prawe skrzydło popiera rząd londyński. Rekrutują się one przede wszystkim z biedniejszych okolic drobnomieszczańskich (raczej z małorolnych chłopów). Ich liczba wydaje się stosunkowo niewielka. Na temat dowództwa, uzbrojenia oraz stanu liczebnego brak jakichkolwiek danych. W konflikcie miedzy AK a AL skłaniają się w coraz większym stopniu ku obozowi AL, zwłaszcza że sowiecka propaganda zapewnia ich o przekazaniu chłopom większych posiadłości ziemskich (błąd! Ogromna większość oddziałów tworzących Bataliony Chłopskie połączyła się z Armią Krajową już z końcem marca 1943 r.).


 a4. Polskie siły zbrojne za granicą

Emigracji udało się w dwóch miejscach sformować poważne polskie kontyngenty wojskowe.


Armia Andersa w rejonie Morza Śródziemnego

O powstaniu Armii Andersa była już mowa w tej części tekstu, która traktowała o walce strony rosyjskiej, mającej na celu pozyskanie narodu polskiego. Właściwie konieczne byłoby zanalizowanie drogi Armii Andersa z Rosji, jej różne działania bojowe we Włoszech, dowództwo, uzbrojenie oraz stan liczebny, ponieważ również i ona składa się na polską zbrojną siłę oporu. Niestety, przygotowując niniejsze opracowanie, autorzy nie dysponowali odpowiednimi źródłami. W polskich kręgach sławione są rzekomo wyjątkowo odważne działania Armii Andersa przeciwko Armii Rommla oraz pod Monte Cassino.


Armia Andersa

Stan: czerwiec 1944 r.
2. Armia Polska (we Włoszech)
2 Dywizja
3 Dywizja
5 Dywizja
3 Armia Polska (w Egipcie)
4 Dywizja
6 Dywizja (w Syrii)
7 Dywizja
Stan liczebny: razem ok. 60 000 żołnierzy (te dane są błędne, zupełnie wyciągnięte wręcz z kapelusza. Zaskakuje nawet fakt takiej niewiedzy niemieckiego wywiadu na temat polskich oddziałów na południu Europy. Więc wyjaśniam: w październiku 1941 r. jeszcze w ZSRS, stan liczebny Armii Andersa wynosił ponad 38 000 żołnierzy i ok. 2 000 cywilów. Sformowano sześć dywizji: 5, 6, 7, 8, 9 i 10 Dywizję. Armia ta stali rosła i tak po całkowitym opuszczeniu terytorium Związku Sowieckiego i przejściu do Iranu - przez Morze Kaspijskie - w sierpniu 1942 r. Armia Andersa liczyła już ponad 78 000 żołnierzy i prawie 38 000 cywilów. W Iraku, gdzie mieścił się sztab Armii Andersa i miejsca rozlokowania poszczególnych jednostek, przeorganizowano armię i utworzono cztery Dywizje 3, 5, 6, i 7 - nie licząc oczywiście oddziałów dodatkowych i oddziałów wsparcia. Dowódcą pozostał gen. Władysław Anders. Armia ta wsławiła się wieloma zwycięstwami we Włoszech, jak choćby pod Monte Cassino, silnie umocnionej niemieckiej twierdzy, która była kluczowym elementem tzw.: "Linii Gustawa", dzielącej Półwysep Apeniński na pół. Pod Monte Cassino walczyło wiele armii alianckich: Amerykanie, Brytyjczycy, Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy, Francuzi - lecz wszyscy oni nie zdobyli ani samej twierdzy Monte Cassino, ani innych punktów niemieckich umocnień, jak choćby wzgórze San Angelo, miejscowość Masserra Albaneta, Villa San Lucia czy Piedimonte San Germano. Dopiero Armia Andersa, a w zasadzie Armia Polska na Wschodzie, jak została nazwana po opuszczeniu ZSRS - zdobyła sam klasztor na górze Monte Cassino, będący głównym centrum niemieckiej obrony, jak i wspomniane wyżej miejscowości - w czasie tej bitwy polskim żołnierzom pomagał wnosząc pociski na szczyt góry, niedźwiedź brunatny o imieniu Wojtek, który wychowany przez żołnierzy od małego, potem doszedł do stopnia... kaprala w 22 Kompanii Zaopatrzenia Artylerii w 2 Korpusie. Po bitwie na cześć bohaterstwa polskich żołnierzy została napisana pieśń: "Czerwone maki na Monte Cassino").


"RAZEM Z ARMIĄ ANDERSA TRWAŁ, W ALEKSANDRII BYŁ I WIDZIAŁ RZYM. STRZEGŁ OGNISKA GDY PLUTON SPAŁ, ZAWSZE NIEBO PODPIERAŁ IM (...) BRUNATNY MUNDUR NA SOBIE MIAŁ, PO POLSKU MYŚLAŁ, JADŁ, PIWO PIŁ I NA "BATORYM" PRZEZ MORZA GNAŁ, WŚRÓD INNYCH BEZDOMNYCH SIEROT ŻYŁ. KAPRALEM ZOSTAŁ GDY MŁODY BYŁ, NIECH PAMIĘĆ O NIM WCIĄŻ SIĘ TLI, POD MONTE CASSINO ŁYKAŁ DYM AŻ W SZKOCJI ZASNĄŁ I MOCNO ŚPI. NIECH PAMIĘĆ TRWA I W SERCACH NAM SIĘ TLI, GDY ZBUDZI SIĘ, NA PEWNO NIE BĘDZIE ZŁY"  




Następnie Armia Andersa wsławiła się w walkach pod Anconą, którą zdobyła i pod Bolonią. Należy również dodać, że do Armii Andersa dołączyła też Samodzielna Brygada Strzelców Karpackich, która wsławiła się w walkach w Afryce Północnej: bitwa pod El-Mechilą, obrona twierdzy Tobruk, bitwa pod Bardiją).


 "CZY WIDZISZ TE GRUZY NA SZCZYCIE, TAM WRÓG TWÓJ SIĘ KRYJE JAK SZCZUR. MUSICIE, MUSICIE, MUSICIE, ZA KARK WZIĄĆ I STRĄCIĆ GO Z CHMUR. I POSZLI SZALENI, ZAŻARCI I POSZLI ZABIJAĆ I MŚCIĆ, I POSZLI JAK ZAWSZE UPARCI, JAK ZAWSZE ZA HONOR SIĘ BIĆ. CZERWONE MAKI NA MONTE CASSINO ZAMIAST ROSY PIŁY POLSKĄ KREW. PO TYCH MAKACH SZEDŁ ŻOŁNIERZ I GINĄŁ, LECZ OD ŚMIERCI SILNIEJSZY BYŁ GNIEW".

"PRZEJDĄ LATA I WIEKI PRZEMINĄ, POZOSTANĄ ŚLADY DAWNYCH DNI. I WSZYSTKIE MAKI NA MONTE CASSINO CZERWIEŃSZE BĘDĄ BO Z POLSKIEJ WZROSŁY KRWI. RUNĘLI PRZEZ OGIEŃ STRACEŃCY, NIE JEDEN Z NICH DOSTAŁ I PADŁ, JAK CI Z SAMOSIERRY (1808 r.) SZALEŃCY, JAK CI SPOD RACŁAWIC (1794 r.) SPRZED LAT. RUNĘLI IMPETEM SZALONYM I DOSZLI I UDAŁ SIĘ SZTURM I SZTANDAR SWÓJ BIAŁO-CZERWONY ZATKNĘLI NA GRUZACH WŚRÓD CHMUR"




Armia Polska w Anglii

Polskie oddziały, które w wyniku klęski uszły na Węgry i do Rumunii, po krótkim internowaniu w tych krajach zostały przetransportowane do Anglii (nie było to wcale takie proste, jak zdaje się sugerować Gehlen, wielu żołnierzy przedzierało się na własną rękę do Francji a potem, dopiero po jej klęsce w czerwcu 1940 r. do Wielkiej Brytanii). Stworzyły tam trzon polskiej armii stacjonującej na terenie Wielkiej Brytanii i walczącej na zachodnim teatrze działań wojennych. Armia ta uzupełniana jest na bieżąco przez dopływ rekruta z kraju oraz wszystkich innych państw. Celem rekrutacji oraz przeprowadzania ochotników przez granicę itp. stworzono specjalne organizacje, szczególnie we Francji. Polska strona szczyci się działaniami bojowymi tych oddziałów w Narviku (w Narwiku w kwietniu 1940 r. Polacy - Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich - wraz z Brytyjczykami i Francuzami, wygrali bitwę z Niemcami i zdobyli miasto wraz z regionem).

 Stan: czerwiec 1944 r.

Armia Polska
1 Dywizja Pancerna
2 Dywizja Pancerna planowana (błąd! była to 2 Dywizja Grenadierów Pancernych - w takcie formowania, w takcie formowania była też 4 Dywizja Piechoty)
3 pułki spadochroniarzy (kolejny błąd! nie 3 pułki, tylko 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa)
Stan liczebny: ok. 40 000 żołnierzy (błąd! w samych formacjach lądowych w czerwcu 1944 r. służyło 70 000 żołnierzy, nie licząc oczywiście Lotnictwa i Marynarki Wojennej. Planowano też znaczną rozbudowę tej liczby i tworzenie kolejnych jednostek, a to już w drugiej fazie, po wkroczeniu do Niemiec i wyzwoleniu ok. 17 000 oficerów i ok. 40 000 żołnierzy znajdujących się w obozach jenieckich na terenie Rzeszy, nie licząc też 300 000 Polaków siłą wcielonych do Wehrmachtu. W każdym razie planowano powiększyć stan liczebny armii o kolejne 200 000 żołnierzy. W trzeciej fazie, gdy Wojsko Polskie wkroczyłoby na ziemie polskie, miano wystawić od 1 500 000 do 2 000 000 żołnierzy).

Polskie Siły Powietrzne
7 dywizjonów myśliwców
1 dywizjon myśliwców nocnych
3 dywizjony bombowe
Stan liczebny: ok. 12 000 żołnierzy (błąd! było 10 dywizjonów myśliwców w tym jeden nocny, 4 dywizjony bombowe i 1 dywizjon współpracy i 1 dywizjon wsparcia artylerii, łącznie ponad 17 000 pilotów).


POLSCY LOTNICY BYLI NAJSKUTECZNIEJSZYMI ŁOWCAMI NIEMIECKICH MESSERSCHMIT'ÓW I JUNKERSÓW PODCZAS BITWY O ANGLIĘ W 1940 r.NIC DZIWNEGO, UCZYLI SIĘ PRZECIEŻ W SZKOLE SIŁ POWIETRZNYCH W DĘBLINIE, GDZIE PILOTÓW UCZONO BARDZO NIEBEZPIECZNEGO MANEWRU, PRZELOTU POMIĘDZY NISKO WZNIESIONYM MOSTEM NA RZECE WIEPRZ. BEZ UDZIAŁU POLAKÓW NAJPRAWDOPODOBNIEJ BITWA O ANGLIĘ NIE SKOŃCZYŁABY SIĘ TAKIM SUKCESEM, CHOĆ POCZĄTKOWO ANGLICY MYŚLELI ŻE POLACY NIC NIE UMIEJĄ I ŻE TRZEBA ICH WSZYSTKIEGO UCZYĆ OD PODSTAW. 

NIE SZANOWALI NAS, ALE TRZEBA PRZYZNAĆ ŻE BARDZO SZYBKO ZMIENILI ZDANIE, DOCENIAJĄC NIE TYLKO BOHATERSTWO POLSKICH LOTNIKÓW, ALE TAKŻE ICH WYSZKOLENIE I UMIEJĘTNOŚCI ORAZ OCZYWIŚCIE SKUTECZNOŚĆ ZESTRZELEŃ SAMOLOTÓW WROGA. NIC DZIWNEGO ŻE POTEM ANGIELSCY PILOCI PODAWALI SIĘ ZA POLAKÓW, ABY PODERWAĆ ANGIELSKIE PANIENKI


"JESZCZE NIGDY TAK WIELU, NIE ZAWDZIĘCZAŁO TAK WIELE, TAK NIELICZNYM"

WINSTON CHURCHILL O POLSKICH LOTNIKACH W BITWIE O ANGLIĘ


ZWIASTUN FILMU "303 BITWA O ANGLIĘ
(ANGIELSKI TYTUŁ TO "SPITFIRE")

0:05 - "DZIELNI, PRZYSTOJNI PILOCI Z POLSKI, WITAMY W RAF"
0:15 - "JAK WIDZICIE DUŻO KRZYCZĘ, TO SPRAWIA 
ŻE NIE MAM POWODZENIA U KOBIET"
0:20 - "JUŻ?"
"POLSKI TO BARDZO ZWIĘZŁY JĘZYK"



A TO JUŻ DRUGI FILM

DYWIZJON 303. HISTORIA PRAWDZIWA

 0:50 - "PRUJEMY SZWABÓW TAK, ŻEBY SIĘ WSZYSTKIM TUTAJ ANGOLOM GĘBY ZE DZIWIENIA POOTWIERAŁY"




 "LEĆ W GÓRĘ ZNAKU NASZ, NIE TRZEBA WCALE SŁÓW, SKRZYDLATY KLUCZ DO SŁAWY DRZWI ODMYKA ORŁA MAMY HART. GDY POLSKI CZUJNA STAŻ, HUSARII DAWNEJ HUF, NIE ŚCICHNIE NIGDY W DALI MOCNY GŁOS SILNIKA. HEJ  - NA START"
 




Polska marynarka
1 krążownik
7 niszczycieli i torpedowców
2 łodzie podwodne
3 kanonierki
Stan liczebny: ok. 3 000 żołnierzy (kolejny już błąd Gehlena. Polska Marynarka Wojenna w czasie II Wojny Światowej dysponowała: dziewięcioma niszczycielami: ORP (skrót od "Okręt Rzeczypospolitej Polskiej") "Błyskawica" i ORP "Grom" i ORP "Burza", ORP "Garland", ORP "Piorun", ORP "Krakowiak", ORP "Kujawiak" i ORP "Ślązak", ORP "Orkan" (niszczyciel ORP "Wicher" został zatopiony podczas Obrony Wybrzeża we wrześniu 1939 r.). Ośmioma okrętami podwodnymi: ORP "Orzeł", ORP "Wilk", ORP "Ryś", ORP "Żbik",  ORP "Sęp", ORP "Jastrząb", ORP "Sokół" i ORP "Dzik". Dwoma krążownikami: ORP "Dragon" i ORP "Conrad". Sześcioma trałowcami: ORP "Jaskółka", ORP "Mewa", ORP "Rybitwa", ORP "Czajka", ORP "Czapla" i ORP "Żuraw". Polska Marynarka Wojenna była czwartą siłą morską na Bałtyku w 1939 r. Stan liczebny w czasie II Wojny Światowej wynosił: ok. 5 000 marynarzy). 


"MORZE, NASZE MORZE - 
BĘDZIEM CIEBIE WIERNIE STRZEC
MAMY ROZKAZ CIĘ UTRZYMAĆ, 
ALBO NA DNIE, ALBO NA DNIE TWOIM LEC,
ALBO NA DNIE, Z HONOREM LEC"

(UCZYŁEM SIĘ TEGO JUŻ W PIERWSZEJ KLASIE SZKOŁY PODSTAWOWEJ)



 

NISZCZYCIEL ORP "BŁYSKAWICA" PO TYLU LATACH WCIĄŻ STOI SOBIE PRZY NABRZEŻU W PORCIE W GDYNI I SŁUŻY JAKO OKRĘT-MUZEUM. KIEDYŚ LUBIŁEM GO ODWIEDZAĆ, ALE TERAZ BRAKUJE MI DO TEGO MOTYWACJI. ALE GDY TYLKO DOCZEKAM SIĘ JUŻ POTOMKA, TO Z NIM (LUB NIĄ) ÓW OKRĘT PONOWNIE ODWIEDZĘ


 






A NA KONIEC SZCZYPTA DZIEGCIU:


OTÓŻ PO WOJNIE, NA ŻYCZENIE STALINA, BRYTYJCZYCY ODMÓWILI POLAKOM UCZESTNICTWA W WIELKIEJ PARADZIE ZWYCIĘSTWA Z MAJA 1946 r. MASZEROWALI TAM WSZYSCY, NAWET NAJBARDZIEJ ODLEGŁE I ORIENTALNE LUDY, TYLKO NIE BYŁO POLAKÓW, LUDZI KTÓRZY URATOWALI ANGLIĘ W 1940 r. I KTÓRZY WŁOŻYLI NIEBAGATELNY WKŁAD POD WSPÓLNE ZWYCIĘSTWO NAD HITLEROWSKIMI NIEMCAMI. A TO WSZYSTKO NA ŻYCZENIE STALINA, KTÓREMU ULEGLI BRYTYJCZYCY I AMERYKANIE.    

SMUTNE TO, SZCZEGÓLNIE JEŚLI WEŹMIEMY POD UWAGĘ ŻE SAMI ANGLICY PO ZAKOŃCZENIU WOJNY MÓWILI ABY POLACY "WRACALI DO DOMU". W 1940 CAŁOWALI NAS PO TYŁKACH, ABYŚMY TYLKO WALCZYLI Z NIEMCAMI, A  PO WOJNIE CHCIELI NAS WYGONIĆ LUB DAWALI NISKO PŁATNE A CZĘSTO UPOKARZAJĄCE ZAJĘCIA (gen. MACZEK np. ZOSTAŁ BARMANEM).    

PERSPEKTYWA POWROTU DO PODBITEGO I ZWASALIZOWANEGO PRZEZ SOWIETÓW KRAJU, NIE BYŁA OBIECUJĄCA, TYM BARDZIEJ ŻE TAM NIE CZEKAŁO NA POLSKICH ŻOŁNIERZY NIC DOBREGO A Z REGUŁY TORTURY I ŚMIERĆ W NIEOZNAKOWANYCH GROBACH. SZKODA ŻE ANGLIKOM ZABRAKŁO WÓWCZAS TEJ WRAŻLIWOŚCI CO LUDZI, KTÓRZY POŚWIĘCILI SWOJE ŻYCIE, ABY OCALIĆ ICH KRAJ.


1:10 - "DO ROBOTY"
"SPOKOJNIE, KOLEGA LEDWO ŻYJE"
"JA NIE PŁACĘ ZA LEŻENIEM, DO ROBOTY!"
"TROCHĘ SZACUNKU DLA SOJUSZNIKÓW! ZROZUMIANO?"
"NIE TY MNIE BĘDZIESZ UCZYŁ SZACUNKU, GÓWNIARZU! 
WYNOCHA, ZWALNIAM WAS! PIEPRZENI POLACY"




ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND

NEVER WILL APPLY TO POLAND



 CDN.

czwartek, 9 sierpnia 2018

RAPORT GEHLENA - Cz. VIII

CZYLI JAK TO NIEMCY ZAMIERZALI

STWORZYĆ WŁASNY RUCH OPORU,

WZORUJĄC SIĘ NA POLSKICH 

DOŚWIADCZENIACH

KONSPIRACYJNYCH


RAPORT GEHLENA

Cz. VIII


STRUKTURY TERENOWE ARMII KRAJOWEJ 
NA MAPIE PRZEDWOJENNEJ POLSKI




E. WALKA O NARÓD POLSKI


dd. SIŁY ZBROJNE


Siły oporu, jakie manifestują się poprzez polski wywiad, partie polityczne oraz rozbudowę nielegalnych struktur rządowych i administracji - nawet jeśli zgodnie z polskim charakterem narodowym bywają traktowane jako cel sam w sobie - są jednak tylko cząstkowymi przejawami całościowego zjawiska oporu, który znajduje najpełniejszą postać w zbrojnej organizacji siły narodu polskiego. Poprzez zlewanie się różnych form działalności wywiadowczej, partyjnej i administracyjnej w jednym, zbrojnym ruchu siła polskiego oporu osiąga swą prawdziwą głębię i staje się naprawdę niebezpieczna. W takim ruchu oporu sektor cywilny i wojskowy łączą się, generując totalne zaangażowanie członków, przy czym odwaga i gotowość do ponoszenia najwyższych ofiar nie są tylko pustym frazesem, lecz codziennie stosowanym, życiowym prawem. Musimy sobie zatem zdawać sprawę, iż nie mamy tu do czynienia z jakąś niegroźną gierką, lecz ze śmiertelnie poważnym przekonaniem dwudziestomilionowego - jakkolwiek by było - narodu, który uznał, że zbrojny opór wobec Niemiec jest jego ultima ratio. Lata, jakie upłynęły od 1939 r., pokazały aż nadto wyraźnie, jakie sukcesy można osiągnąć, stosując taki opór. Mimo zastosowania najostrzejszych środków przez policję i wojsko stronie niemieckiej nie udało się ani ograniczyć, ani powstrzymać lawinowego narastania zbrojnego oporu, a jego zwalczanie napotyka na największe trudności. Dowodzi to raz jeszcze, że siły polskiego oporu są tak zakorzenione w bycie narodu, iż ich eliminacja środkami wojskowymi i policyjnymi jest wykluczona. Polska klęska w 1939 r. była tylko z pozoru totalna, ponieważ najważniejszy element w życiu narodów, wola posiadania własnego, narodowego państwa, nie uległa załamaniu.

I tak już pośród klęski wola zbrojnego czynu zaczęła szukać nowych dróg. Początkowo starano się, aby możliwie jak najwięcej żołnierzy uniknęło niemieckiej lub rosyjskiej niewoli. Poprzez neutralne kraje oraz Francję przeprowadzano ich do Anglii, aby tam stworzyć z nich trzon nowej polskiej armii. W samym kraju małe zbrojne grupy próbowały ukryć się w lasach poza niemieckim zasięgiem. Na początku 1940 r. Londyn rozkazał ich rozformowanie. Te jednostki, które nie posłuchały rozkazu, robiły to na własną odpowiedzialność, jak na przykład czasowo liczący sobie nawet kilkaset osób oddział majora Huballi na zachodnich obrzeżach lasów kieleckich, o których przez pewien czas było bardzo głośno (chodzi tutaj o majora Hubala, czyli zagończyka Henryka Dobrzańskiego, dowódcę Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego, operującego na Kielecczyźnie do czerwca 1940 r. i śmierci majora Hubala - oddział ten oddzielił się ze składu 110 Rezerwowego Pułku Ułanów pod dowództwem słynnego zagończyka, bohatera Wojny 1920 r. z bolszewicką Rosją - podpułkownika Jerzego Dąbrowskiego, czyli pierwszego "Łupaszki". Dąbrowski po podziale oddziału, dalej operował w rejonie Wilna i Grodna przeciwko Sowietom. W filmie z 1973 r. pt.: "Hubal" opowiadającym o losach majora Dobrzańskiego, jest pokazana taka scena na początku filmu, jak pewien, niewymieniony z nazwiska polski oficer, postanawia się poddać, bo nie wierzy w możliwość dalszej walki z Niemcami, dopiero major Hubal mobilizuje oddział i przejmuje dowództwo. Ten oficer to właśnie... podpułkownik Jerzy Dąbrowski "Łupaszko". W taki właśnie ohydny sposób komuniści przedstawili człowieka, który był ich zdeklarowanym wrogiem do śmierci, i który nigdy nie złożył broni, a plan podzielenia pułku, wyszedł właśnie od niego, tak aby można było operować przeciwko obu najeźdźcom - Niemcom i Związkowi Sowieckiemu. Ku jego pamięci można by przytoczyć tu pieśń: "Póki Polska żyje w nas, póty nie zginie").


 "PÓKI POLSKA ŻYJE W NAS, PÓTY NIE ZGINIE. 
ORZEŁ BIAŁY JESZCZE RAZ, SKRZYDŁA ROZWINIE. JESZCZE ZERWIE PĘTA Z NÓG, GOTÓW DO LOTÓW. JESZCZE ZABRZMI ZŁOTY RÓG - BĄDŹ GOTÓW, 
BĄDŹ GOTÓW!!!"



Polski materiał wojenny został, jak szacowano, wydany nam tylko w 2/3. Szczególnie wiele uzbrojenia piechoty i amunicji ukryte zostało w niemożliwych do odkrycia schowkach. Po początkowej fazie chaotycznych działań spiskowych wola zbrojnego oporu znalazła swe ujście w czterech wielkich nurtach, które odpowiadają czterem partyjnym ugrupowaniom, przy czym, jak się okazało, w dużej mierze ku zaskoczeniu samych Polaków, że pod płaszczem konspiracji możliwe jest istnienie silnych i rozbudowanych organizacji zbrojnych.


 a1. AK

 Obok ponadpartyjnego związku czterech partii rządzących w postaci RJN (Rada Jedności Narodowej) już na początku powołano związek w celu propagowania, aktywizacji oraz organizacji czynu powstańczego. Związek ten nosił różne nazwy: ZWZ (Związek Walki Zbrojnej) - POW (Polska Organizacja Wojskowa) - PZW (Polski Związek Wolności) - PZP (kryptonim Armii Krajowej). Właściwą manifestacją zbrojnego oporu w bloku rządowym stała się AK (Armia Krajowa). Pod względem liczebności była ona bez wątpienia najsilniejszą organizacją o charakterze zbiorczym. Naturalnie brak dokładnych danych w tej sprawie, ponieważ zazwyczaj tylko niewielka część żołnierzy tworzyła zwarte oddziały, podczas gdy największa część żyła w konspiracji, oczekując na mobilizację. Szacunkowo ogólna liczba członków Armii Krajowej przed powstaniem (Powstaniem Warszawskim w sierpniu 1944 r.) wahała się od 100 do 200 tysięcy. Na temat uzbrojenia brak dokładnych danych. Jest ono najprawdopodobniej bardzo skąpe. Praktycznie w ogóle brak ciężkiej broni. Zaopatrzenie przybywało, szczególnie od początku 1944 r., drogą powietrzną z Włoch, przy czym nadajnik w Bari zapowiadał te transporty.


Głównodowodzący AK

Właściwym założycielem, a nawet podobno w szerokich kręgach lubianym organizatorem Armii Krajowej był gen. Tokarzewski (gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski), który jednakowoż już w roku 1941 przez Lwów i Iran wyemigrował do Ameryki. Powody tego kroku są nieznane (W tym momencie Gehlen ujawnia że tak naprawdę jego praca mimo wszystko nie jest warta funta kłaków - gen. Karaszewicz-Tokarzewski nie wyemigrował do Ameryki - totalna bzdura. W 1939 r. został mianowany dowódcą Związku Walki Zbrojnej na okupację sowiecką. Aresztowany przez NKWD w marcu 1940 r. został przewieziony do więzienia na Łubiance gdzie był torturowany. W sierpniu 1941 r. po podpisaniu polsko-sowieckiego układu normalizującego wzajemne stosunki po niemieckiej agresji na ZSRS, objął dowództwo 6 Dywizji Piechoty "Lwów", a w 1943 r. został zastępcą dowódcy Armii Polskiej na Wschodzie. Następnie służył w Polskich Siłach Zbrojnych w Wielkiej Brytanii). Następcą został Grod, który podobno z wszystkimi żył w sporze (gen. Stefan Rowecki "Grot" - nie "Grod", był komendantem głównym Związku Walki Zbrojnej a następnie Armii Krajowej, od czerwca 1940 r. do swego aresztowania przez Gestapo w czerwcu 1943 r. i przewieziony do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie został zamordowany w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. po wybuchu Powstania Warszawskiego). W 1943 r. dowództwo przejął hrabia Tadeusz Komorowski, pseudonim Bór. Był on już od roku 1941 zastępcą komendanta Armii Krajowej. Był on właściwym organizatorem Armii Krajowej (błąd! właściwym organizatorem AK był właśnie gen. Stefan Rowecki "Grot").


"PRZERWANIE DZIAŁAŃ WOJENNYCH"

SZTUKA TEATRALNA, OPOWIADAJĄCA O ZAKOŃCZENIU NAJWIĘKSZEGO MIEJSKIEGO POWSTANIA II WOJNY ŚWIATOWEJ - POWSTANIA WARSZAWSKIEGO (2 PAŹDZIERNIKA 1944 r. PO 63 DNIACH BEZNADZIEJNEJ WALKI, GDZIE POWSTAŃCY PRZECIWKO NIEMIECKIM CZOŁGOM MOGLI PRZECIWSTAWIĆ CZĘSTO CO NAJWYŻEJ BUTELKI Z BENZYNĄ I RĘCZNIE ZROBIONĄ BROŃ PALNĄ), PRZEZ DOWÓDZTWO ARMII KRAJOWEJ Z NIEMIECKIM PACYFIKATOREM POWSTANIA, ZBRODNIARZEM WOJENNYM - ERICHEM von dem BACHEM-ZELEWSKIM, PRZY WYEGZEKWOWANIU STATUSU ŻOŁNIERZY-KOMBATANTÓW DLA WSZYSTKICH WALCZĄCYCH W POWSTANIU.




1:40 - "WŁADEK, JA CHCĘ ŻYĆ! JA NIE DAM RADY WRÓCIĆ DO NIEWOLI NIEMIECKIEJ, TO JEST ZA WYSOKA CENA. PRZEZ TE KILKADZIESIĄT DNI, JA ZNOWU POCZUŁEM SIĘ WOLNY"

2:05 - "POLSKA BĘDZIE WOLNA PÓKI ŻYJĄ TACY JAK TY

(...)

2:15 - "KOMENDA ROZPOCZĘŁA ROZMOWY KAPITULACYJNE, TO JUŻ KONIEC!"

"CO KONIEC?"

"MAMY IŚĆ DO NIEWOLI"

(SCENA NIE POKAZANA W TYM FRAGMENCIE FILMU:
"MNIE Z PRZYSIĘGI NIKT NIE ZWOLNIŁ - WALCZYMY DALEJ")
 


A TAK WYGLĄDAŁA WARSZAWA PO TYM 
CO UCZYNILI Z NIEJ NIEMCY


 
  • Bór urodził się w 1898 r. we Lwowie;
  • w 1914 uczęszczał na politechnikę;
  • w 1918 brał aktywny udział w rozbrajaniu niemieckich oddziałów w Warszawie. Jest żołnierzem zawodowym, który ma za sobą staranne przeszkolenie wojskowe między innymi we Francji; (bzdura! gen. Bór-Komorowski nie przeszedł przeszkolenia wojskowego we Francji a do 1918 r. służył w armii austriackiej, a po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, służył w Wojsku Polskim)
  • w wąskim kręgu swoich współpracowników był określany jako świetny organizator i konspirator, ale zły strateg.

     Sztab dowódczy AK

Komendantowi Armii Krajowej (zwanemu również komendantem krajowym względnie dowódcą Armii Krajowej) podlega Komenda Główna AK, która podobnie jak dawny polski sztab generalny dzieli się na siedem oddziałów sztabowych oraz jeden oddział specjalny. Poszczególne oddziały podzielone są według starego schematu z uwzględnieniem aktualnej sytuacji. Szczególnie istotny jest Oddział II (polski wywiad), który jest ściśle powiązany z Oddziałem V (przekazywanie informacji). Komendant Armii Krajowej podlegał do czasu wejścia w życie "Dekretu o tymczasowej organizacji państwowej" z 12 lipca 1944 r. bezpośrednio Naczelnemu Wodzowi w Londynie. Zgodnie z dekretem został podporządkowany krajowemu delegatowi (znów błąd! Komendant Armii Krajowej podlegał Naczelnemu Wodzowi przez cały czas aż do rozwiązania tej formacji, czyli do 19 stycznia 1945 r. Z Delegatem Rządu na Kraj współpracował zaś jedynie w kwestiach politycznych). Naczelnemu Wodzowi w Londynie podlegają poza Armią Krajową również znajdujące się za granicą i walczące u boku aliantów jednostki polskie:
  • polskie związki w Anglii,
  • armia Andersa w rejonie Morza Śródziemnego.


Struktura AK

Z upływem czasu coraz wyraźniejsze stawało się dążenie dowództwa Armii Krajowej do rozbudowy całości AK w jej głęboko zakonspirowanej formie na wzór dawnych polskich sił zbrojnych. Wprowadzone zostały stare określenia jednostek wojskowych, pielęgnowano dawne tradycje itd. Początkowo planowano rozbudowę w następującej sile:
  • AK - 5 korpusów
  • każdy korpus - 3 dywizje (razem 15 dywizji)
  • każda dywizja 3 pułki (razem 45 pułków)
  • każdy pułk - 3 bataliony (razem 135 batalionów)
  • każdy batalion - 3 kompanie (razem 405 kompanii)
Maksymalny stan jednej dywizji miał wynosić łącznie z taborami 20 tysięcy żołnierzy. Przy 15 dywizjach o pełnym stanie Armia Krajowa liczyłaby 300 tysięcy żołnierzy. Najważniejszym korpusem był Korpus Warszawski. Składał się on z:
  • 22 Dywizji - miejsce stacjonowania: Śródmieście,
  • 10 Dywizji - miejsce stacjonowania: Mokotów,
  • 8 Dywizji - miejsce stacjonowania: Żoliborz,
  • 28 Dywizji - miejsce stacjonowania: Stare Miasto.
Pod znakiem kontynuacji dawnych formacji ochrony państwa w ramach Armii Krajowej utworzono na czas działalności w konspiracji korpus ochronny - WSOP (Wojskowa Służba Ochrony Państwa - w rzeczywistości była to Wojskowa Służba Ochrony Powstania). Nic nie wiadomo na temat jej dowództwa, stanu liczebnego, zakresu oraz metod działania itd. Na podstawie wielu otrzymanych meldunków jest pewne, że w coraz większym stopniu formowane były również jednostki policyjne. Brak na ten temat jednoznacznych informacji. Niekiedy wydaje się, że podlegają one AK, a innym razem, że podporządkowane są administracji cywilnej. Określane są w bardzo różny sposób i wykonują różnorodne zadania.
 
 
 
 
 

ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND

NEVER WILL APPLY TO POLAND

  

CDN.

środa, 27 czerwca 2018

RAPORT GEHLENA - Cz. VII

CZYLI JAK TO NIEMCY ZAMIERZALI

STWORZYĆ WŁASNY RUCH OPORU,

WZORUJĄC SIĘ NA POLSKICH

DOŚWIADCZENIACH

KONSPIRACYJNYCH


RAPORT GEHLENA
Cz. VII


WSTAWKA
POLSKA NIEPODLEGŁA:

HOŁD WOJSK PANCERNYCH PRZED GROBEM MARSZAŁKA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO SPOCZYWAJĄCEGO OBOK DAWNYCH KRÓLÓW RZECZYPOSPOLITEJ NA KRAKOWSKIM WAWELU, Z OKAZJI DZIEWIĘTNASTEJ ROCZNICY ODZYSKANIA PRZEZ POLSKĘ NIEPODLEGŁOŚCI
LISTOPAD 1937 r.

 "ŻOŁNIERZE... STOI PRZED WAMI WIELKI ZASZCZYT - NIEPODLEGŁOŚĆ, DZIĘKI WODZOWI ZDOBYTĄ UTRZYMAĆ, WIELKOŚĆ, NALEŻNĄ OJCZYŹNIE WYWALCZYĆ, DO ROZKWITU JĄ... DOPROWADZIĆ"



ZADANIA AKTUALNE PO DZIŚ DZIEŃ  





E. WALKA O NARÓD POLSKI


cc. STRUKTURA RZĄDU I ADMINISTRACJI


a1. Londyński rząd emigracyjny


Wskutek militarnej klęski cały polski rząd znalazł się na emigracji. Twardo stał na stanowisku, że jest jedynym prawowitym rządem polskim, i to zarówno de iure, jak i de facto, pomimo iż w jego składzie personalnym dokonano radykalnych zmian. Przywództwo objął generał Sikorski, który jeszcze przed wybuchem wojny wyemigrował do Francji z powodu wewnętrznych sporów z rządem (błąd! Władysław Sikorski nie "wyemigrował do Francji" - tylko podróżował pomiędzy Francją a Polską, a w 1938 r. na stałe do wybuchu wojny we wrześniu 1939, powrócił do Polski). Został on jednocześnie głównodowodzącym nowo formowanych w Anglii i Rosji (armia Andersa) polskich sił zbrojnych (kolejny błąd - armia Andersa w Związku Sowieckim zaczęła się formować dopiero od sierpnia 1941 r. po agresji hitlerowskich Niemiec na ten kraj). Zajął on jednoznacznie antyniemieckie stanowisko. Wobec Sowietów reprezentował bezkompromisowo interes Polski narodowej w jej przedwojennych granicach. Londyński rząd emigracyjny czuje się jedynym reprezentantem i rzecznikiem całości polskich interesów. Dlatego też stara się pozyskać cały naród polski. W postaci lubelskiego komitetu wyzwoleńczego, który określany jest przez rząd emigracyjny jako bezprawny oraz samozwańczy, wyrasta mu coraz silniejszy konkurent, i to zarówno ze względu na faktyczne sprawowanie władzy rządowej, jak i sympatie ludności (pisałem już o tym w poprzednich częściach, więc nie będę się powtarzał - powiem tylko że komunistyczny tzw.: "rząd lubelski" był sowiecką marionetką, zainstalowaną, aby po wojnie przejąć władzę w podbitym przez Armię Czerwoną kraju).

Po śmierci Sikorskiego w 1943 r. musiało dojść do poważnej rekonstrukcji składu rządu:
  • prezydentem został Raczyński (bzdura! prezydentem Rzeczypospolitej, od 30 września 1939 r. do czerwca 1947 r. był Władysław Raczkiewicz, przedwojenny prezes Światowego Związku Polaków z Zagranicy);
  • premierem przywódca partii ludowej Mikołajczyk (Stanisław Mikołajczyk);
  • głównodowodzącym wszystkich sił zbrojnych został gen. Sosnkowski (Kazimierz Sosnkowski, w latach 1917-1918 wraz z Józefem Piłsudskim został zamknięty przez Niemców w twierdzy w Magdeburgu, co było efektem tzw.: "kryzysu przysięgowego" - odmowy żołnierzy Legionów Polskich, złożenia przysięgi na wierność cesarza Niemiec - Wilhelma II. W latach późniejszych należał do kręgu najbliższych współpracowników Marszałka). 
Wraz z Sikorskim nastawieni narodowo Polacy utracili swojego najzdolniejszego bez wątpienia przedstawiciela. To Mikołajczyk powinien był objąć jego dziedzictwo. Nie był jednak w stanie dorównać mu ani autorytetem, ani popularnością. Blok prawicowo-radykalny oraz demokratyczny nie brały udziału w rządzie. 


a2. Nielegalna administracja krajowa

Londyński rząd emigracyjny nie zadowolił się sprawowaniem pozornej władzy, lecz bardzo prędko zaczął organizować nielegalne instytucje rządowe  i administrację w samym kraju (oczywiście "nielegalne" dla Niemców). Obje struktury były jak najściślej powiązane z inicjatywami wojskowymi i wywiadowczymi zarówno pod względem kadrowym, jak i programowym, stanowiąc specyficzną część polskiego ruchu oporu. Rząd reprezentował w kraju delegat na kraj, u którego boku stała krajowa rada ministrów. Jako organy doradcze działały RNE (RJN - Rada Jedności Narodowej) oraz PVA (PZP - Polski Związek Powstańczy - był to kryptonim Armii Krajowej). Na temat właściwej struktury kadrowej oraz ilościowej brak wszelkich danych. Dzięki niezmordowanej, żmudnej pracy zbudowany został aparat urzędniczy w zakonspirowanej formie, który obejmował wszystkie sfery życia państwowego (aż po opiekę społeczną i edukację). Celem było, aby od pierwszego dnia po ujawnieniu się mieć w ręku bezbłędnie funkcjonujący aparat państwowy, tak pod względem kadrowym, jak i programowym. Rozbudowę tego aparatu można oceniać jako w dużej mierze udaną. W efekcie rząd londyński miał - oprócz sił zbrojnych - do dyspozycji swego rodzaju nielegalną "armię cywilną", której znaczenie trudno przecenić. Ostrze tej armii wycelowane było naturalnie w niemiecką administrację. Swoje szczególne znaczenie na polu wojskowym osiągała ona, prowadząc rozległą i ożywioną działalność wywiadowczą w sektorze cywilnym, równolegle do wyspecjalizowanej polskiej służby wywiadowczej oraz SA (AK - Armii Krajowej), prowadzącej powszechną akcję zbierania informacji. Posługiwała się przy tym przede wszystkim Polakami zatrudnionymi w niemieckiej administracji.

Nielegalna administracja krajowa obejmowała całość obszaru byłego państwa polskiego. Włączenie jego zachodnich obszarów do Rzeszy nie zostało, jak wiadomo, zaakceptowane przez emigracyjny rząd w Londynie. Jest ponadto prawdopodobne, że zbudowano - przynajmniej w ogólnych zarysach - nielegalny aparat administracyjny dla niemieckich obszarów, które mają być wcielone do Polski, takich jak Prusy Wschodnie, Pomorze Wschodnie czy Śląsk Opolski. Celem nielegalnej działalności administracyjnej miało być w ostatecznym rozrachunku przygotowanie we współpracy z siłami zbrojnymi ogólnego powstania narodu polskiego, którego wybuch miał nastąpić w odpowiednim momencie, aby po jego zwycięstwie, co do którego nikt nie miał wątpliwości, bez zbędnych trudności organizacyjnych powołać nowe państwo do życia.  Podstawę prawną dla działalności nielegalnych placówek rządowych i administracyjnych na terenie kraju stanowił od 1.09.1942 r. "Dekret o tymczasowej organizacji władz na terenie Rzeczypospolitej Polskiej", obok wydanych wcześniej rozporządzeń. W dniu 6.01.1944 zastąpił go nowy dekret o "prowizorycznej organizacji administracji państwowej na obszarze Rzeczpospolitej" (błąd! ów dekret został wydany 26 kwietnia 1944 r.). Dekret ten nie powinien być ogłoszony przed oficjalnym przejęciem władzy przez krajowego delegata, które było przewidziane dopiero po ujawnieniu się. Wcześniejsza publikacja doprowadziłaby do ostrych ataków we własnym kraju, ponieważ nowy dekret składał całą władzę w rękach delegata, który m.in. miałby prawo według własnego uznania mianować swoich współpracowników. Na użytek propagandy twierdzono, że nowy dekret jest tylko zaktualizowaną wersją poprzedniego. Nowy dekret stanowił m.in., że:

Art. 4:
  1. Delegat Rządu na Kraj sprawuje władzę aż do powrotu premiera do kraju.
  2. Z chwilą powrotu premiera władza przechodzi zgodnie z prawem na niego.
  3. Członkowie rządu przejmują zarządzanie resortami.
  4. Delegat Rządu na Kraj pozostaje dalej członkiem rządu.
Art. 5: Zakres Działalności Delegata Rządu na Kraj
  • W konspiracji: kierowanie walką z siłami okupacyjnymi, obserwacja postawy narodu, przejęcie władzy we właściwej chwili.
  • Po ujawnieniu się: kierowanie pracami na rzecz odrodzenia się państwa.
Art. 6: Aby wykonać zadania postawione przed Delegatem w trakcie konspiracji oraz po ujawnieniu się, ma on prawa przysługujące najwyższym władzom państwowym w obszarze funkcjonowania całej administracji państwowej z wyjątkiem spraw zagranicznych. 

Art. 7: Ma prawo wydawania rozporządzeń i zarządzeń.

Art. 8: Ma prawo przenoszenia oraz tymczasowego powoływania urzędników państwowych.

Art. 12: Delegatowi podlega dowódca sił zbrojnych (w kraju). Pod nieobecność Wodza Naczelnego dowódcy podlega całość sił zbrojnych, przy czym ma on prawo do składania delegatowi wniosków dotyczących sił zbrojnych.

Art. 13: Jako organ doradczy i opiniodawczy u boku Delegata funkcjonuje Rada Jedności Narodowej, która składa się z 15-18 członków walczących partii. 

Dekretem tym przekazano delegatowi daleko idące pełnomocnictwa również odnośnie do czysto wojskowej części ruchu oporu. To jeszcze jeden dowód na to, że siły wojskowe i wywiadowcze ruchu oporu należy analizować tylko w kontekście całego polskiego ruchu oporu.



Nim przejdę do dalszych części raportu szefa niemieckiego wywiadu - Reinharda Gehlena, pewne wyjaśnienie i omówienie już zaprezentowanych zagadnień. Otóż atak niemiecki i sowiecki na Polskę z września 1939 r., był całkowitą katastrofą dla państwa, armii i oczywiście polskiego narodu. Niewielu w ogóle zakładało iż wojna ta (w jej pierwszej fazie) będzie tak wyglądała, optymizm i pewność zwycięstwa była w narodzie powszechna. Tym bardziej że Wojsko Polskie było w międzywojennej Europie uważane za jedno z najsilniejszych (30 dywizji piechoty, 40 pułków kawalerii sformowanych w 11 brygad, dwie Dywizje Pancerno-Motorowe - przy czym ta druga dywizja nie została całkowicie sformowana do września 1939 r. i rozdzielona została na brygady), do tego dochodziła pamięć zwycięskiej wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. Poza tym, od 1926 r. w narodzie skrupulatnie budowano świadomość, iż armia stanowi potężny (choć nie jedyny) element budowania potęgi Polski w świecie. Podejmowano ambitne plany mocarstwowe, które miały uczynić z Polski jedno z największych mocarstw nie tylko w Europie, ale i w świecie. Rozpoczęto próby nabycia kolonii (Afryka i Ameryka Południowa), chciano nabyć Madagaskar od Francji, oraz planowano wykupienie sporej części ziemi w Brazylii, by tam stworzyć amerykańską kolonię dla Polski - wysłano nawet tam kolonistów. Były też bardzo ambitne plany gospodarcze, które zakładały do 1954 r. zrównanie potencjałów gospodarczych Francji, Wielkiej Brytanii i Polski.






Rozpoczęto, zakrojone na wielką skalę inwestycje, które spowodowały znaczny spadek bezrobocia. Powstał Centralny Okręg Przemysłowy, ulokowany w środkowej i południowej Polsce (z dala od niemieckiego i sowieckiego frontu - jak zakładano). Powstawały fabryki broni i amunicji na potrzeby wojska, floty i lotnictwa. Rozbudowywano Marynarkę Wojenną, pragnąc (pomimo niewielkiego dostępu do Bałtyku), uczynić z niej siłę, mogącą nie tylko zawalczyć z flotą sowiecką i niemiecką, ale i zdolną utrzymać przyszłe polskie kolonie zamorskie. Moda na orientalność była również duża, organizowano parady Ligii Morskiej i Kolonialnej (w czasie których domagano się kolonii dla Polski), Dni Morza i festyny, mające utwierdzić polskie panowanie na morzach (a szczególnie na Morzu Bałtyckim). Gdynia, jeszcze w 1926 r. praktycznie rybacka wioska, stała się już w roku 1938 największym i najnowocześniejszym portem morskim Bałtyku, pokonując wszystkie niemieckie, rosyjskie czy szwedzkie porty. Nie sposób tu wymienić wszystkich innych osiągnięć Polski przedwojennej Rzeczpospolitej (warto jedynie dodać, że gdyby nie wojna, już w 1940 r. mielibyśmy regularne programy telewizyjne, gdyż jeszcze w 1939 r. puszczano krótkie reportaże telewizyjne, np. z obrad sejmu  i zamierzano uruchomić stałe nadawanie właśnie od 1940 r.), natomiast prawdziwym motorem zmian gospodarczych, był minister skarbu - Eugeniusz Kwiatkowski (twórca m.in.: portu w Gdyni i Centralnego Okręgu Przemysłowego). On to twierdził iż: "W tym bowiem miejscu Europy, gdzie leży Polska, istnieć może tylko państwo silne, rządne, świadome swych trudności i swego celu, wolne, rozwijające bujnie indywidualne wartości każdego człowieka, a więc demokratyczne, zwarte i zorganizowane, solidarne i silne wewnętrznie, budzące szacunek na zewnątrz, przeniknięte walorami kultury i cywilizacji, państwo nowoczesne, zachodnie, mnożące w wyścigu pracy własne wartości materialne i moralne. Czy możemy wahać się, stojąc u drogowskazu, gdzie pójść?"




Oczywiście takich ludzi jak Kwiatkowski było mnóstwo. To właśnie dzięki ich tytanicznej pracy i poświęceniu (często własnego zdrowia), udało się odbudować kraj z potwornych zniszczeń wojennych I Wojny Światowej. Ale było to też inne pokolenie, pokolenie czynu zbrojnego i walki o niepodległość. Ich rodzice coraz częściej zapominali o potrzebie odbudowy Niepodległości państwa, skupiając się raczej na walce o autonomię w ramach trzech państw zaborczych - Niemiec, Austro-Węgier i Rosji i deklaracji wierności tamtejszym władzom. Ci młodzi chłopcy roku 1914, którzy wyruszali do Kongresówki by "wykuwać Polskę do życia", budzić ją z ponadstuletniego snu niewoli, położyli pierwsze fundamenty pod przyszły gmach rodzącej się Ojczyzny. Pamiętając o dawnej, mocarstwowej potędze Rzeczypospolitej Obojga Narodów, która podkreślana jeszcze przez narodowych wieszczów, stanowiła podstawę ich zapału, poświęcenia, pracy i walki. Brano sobie przecież za pseudonimy imiona bohaterów literackich, takich jak: "Zagłoba", Wołodyjowski", Kmicic", "Konrad" i wielu innych. Oni wszyscy, pomimo ogromnych przeszkód, tak zewnętrznych jak i wewnętrznych, głęboko wierzyli iż pewnego dnia powstanie ta wyśniona, wymarzona, wywalczona i wyczekiwana przez pokolenia "jęczące w niewoli" Polska. I tak się właśnie stało, wykuli nam tę Polskę bagnetami, po czym uczynili coś równie wielkiego. Przelali z własnych serc w serca milionów ten zapał niezwykły, to poświęcenie dla Ojczyzny by Ją budować, upiększać i czynić wielką. Pokolenie ich dzieci, wyrosłe już w Niepodległej Polsce i słyszące o czasach niewoli jedynie z opowieści rodziców, zapisało równie piękną kartę w naszych dziejach podczas II Wojny Światowej i późniejszej sowieckiej okupacji kraju po 1945 r. Ci ludzie nie byli mentalnie i moralnie gotowi by przegrać, dlatego też po październiku 1939 r. i zajęciu całego kraju przez Niemcy i Związek Sowiecki, podjęli bezkompromisową walkę na śmierć i życie.     







WSZYSCY ON ZOSTAWILI NAM PRZESŁANIE:


PRZETRWAĆ - ZBUDZIĆ KRÓLA DUCHA - ODBUDOWAĆ DAWNĄ SIŁĘ






ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND

NEVER WILL APPLY TO POLAND



CDN.