Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA12 - OKRES BAROKU I ABSOLUTYZMU (1648 - 1715). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA12 - OKRES BAROKU I ABSOLUTYZMU (1648 - 1715). Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. V

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"




 Nim przejdziemy dalej, do kwestii rodzinnych, a nawet uczuciowych dawnych przedstawicieli naszej elity, musimy sobie na początku wyjaśnić jaki był krąg wyobrażeń narodowościowych i państwowych szkacheckiej braci, czyli czy uważali się za Koroniarzy, Litwinów a może Rzeczpospolitan czy za Polaków? Oczywiście odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem byłoby bardzo trudno, jako że dzieje Rzeczypospolitej można podzielić na co najmniej trzy okresy. Po zawarciu pierwszej Unii Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim w Krewie w roku 1395 i okres ten trwał do zawarcia Unii Lubelskiej w 1569 r. Drugi zaś okres to czasy od Unii Lubelskiej do roku 1648 i wybuchu powstania Chmielnickiego, a następnie wojen z Moskwą, Szwecją, Tatarami i  Siedmiogrodem. Trzeci zaś okres, to czas po zawarciu pokoju z Moskwą w roku 1667, który to trwał do końca istnienia tamtej Rzeczpospolitej, czyli do 1795.

Okres pierwszy był oczywiście czasem w którym zarówno Polacy z Królestwa, Litwini z Wielkiego Księstwa jak również Rusini z ziem zajętych przez wielkich kniaziów litewskich (ale pamiętający tradycję Księstwa Kijowskiego czy Halicko-Włodzimierskiego), żyli w dwóch państwach, które spajała jedynie osoba monarchy, lub też więzy dynastyczne (gdy np. w Koronie panował brat władcy, który rządził Litwą). Oczywiście już wówczas następowała powolna unifikacja elit, na zasadzie przyjęcia do grona szlachty polskiej bojarów litewsko-ruskich (zaczęło się to w Horodle w roku 1413). Było to tzw "podzielenie się wolnością", czyli tym co szlachta polska miała najcenniejszego i co zdołała sobie wywalczyć w dziesięcioletnich zmaganiach z monarchami. Ale realna różnica polityczna pomiędzy Koroną, a Wielkim Księstwem była oczywista i nie podlegająca dyskusji. Unia personalna nie powodowała również tego, że wojny toczone przez jedno państwo były automatycznie wojnami drugiego, tak nie było, choć mogło tak być (jak w przypadku Wielkiej Wojny z Zakonem Krzyżackim w latach 1409-1411). Przykładem niech będzie chociażby Wojna Trzynastoletnia z Zakonem Krzyżackim z lat 1454-1466 którą prowadziła tylko Korona Królestwa Polskiego, natomiast Litwa pozostała całkowicie neutralna. Podobnie było z wojnami toczonymi przez Wielkie Księstwo na Wschodzie, z Tatarami czy z Moskwą. Wojny te realnie nie dotyczyły Korony, działy się bowiem gdzieś daleko, daleko na Wschodzie i dopiero klęski Litwy w tych wojnach zmusiły króla Zygmunta I Jagiellończyka do większego zaangażowania w tę kwestię Koroniarzy (wojna z Moskwą w latach 1507-1508 była tak naprawdę pierwszą wojną toczoną przez Koronę i Litwę jednocześnie, chodź nie na takich samych zasadach). Te wojny mimo wszystko jednak polegały na tym, że Koroniarze (czyli Polacy) organizowali kontyngenty militarnego wsparcia dla Litwinów (czyli wysyłano wybrane wojska), ale Korona jako państwo realnie nie brała w nich udziału.



 
Unia Lubelska 1569 r. wiele w tym temacie zmieniła, bowiem włączenie do Korony ogromnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego (czyli Wołynia i Ukrainy) spowodowało, że Królestwo Polskie zyskało teraz wspólną granicę zarówno z Chanatem Krymskim jak i z Moskwą. Ale Litwini pozostali Litwinami a Koroniarze Koroniarzami. Jednak od tej daty już nie tylko osoba króla łączyła te dwa państwa, ale również wspólny Sejm, który wkrótce stanie się najważniejszym spoiwem łączącym Koronę i Wielkie Księstwo. Jednak różnice były oczywiste i trwałe, Litwini nie tylko nazywali się (w publicznych dokumentach lub zawieranych traktatach) Litwinami, ale mówili i pisali otwarcie o Wielkim Księstwie lub też o Rzeczpospolitej Litewskiej. W Koronie oczywiście tak samo nazywano kraj Królestwem Polskim, Koroną lub też Rzeczpospolitą Polską, a często po prostu Rzeczpospolitą i terminem tym obejmowano również Wielkie Księstwo (przy widocznej niechęci ze strony Litwinów). W ogóle był też w tym okresie silny patriotyzm lokalny, który dzielił lokalną szlachtę nie tylko pomiędzy Koroniarzy a Litwinów czy Rusinów, ale również pomiędzy Małopolan, Wielkopolan, Mazowszan, Prusaków z Pomorza, Rusinów z Rusi Czerwonej, Wołynia czy Ukrainy, a także pomiędzy Litwinów z Litwy właściwej, Żmudzi czy Polesia. Rzeczpospolita (czy to Korona czy też Litwa) była jakby nadbudową, natomiast przede wszystkim szlachta pozostawała wierna lokalnej ziemi, której to szlachecka społeczność na w sejmikach wybierała swych przedstawicieli na Sejm walny (i których mogła odwołać, jeśli nie reprezentowali oni interesów danej ziemi, województwa czy regionu). To wszystko skończyło się w okresie prawie dwudziestoletnich wojen i anarchii, jaka zapanowała w latach 1648-1667.




Rzeczpospolita, która wyszła z tej pożogi po roku 1660 i ostatecznie w 1667, była już zupełnie innym krajem niż wcześniej - całkowicie innym. Żeby to sobie uświadomić, należy najpierw wziąć pod uwagę fakt, że wojny toczone z Kozakami Chmielnickiego i Tatarami od 1648 r. a następnie wojny z Moskwą od 1654 r a potem ze Szwecją od 1655 r i Siedmiogrodem od 1657 r. były katastrofą dla państwa, które musiało toczyć wojny na wszystkich frontach jednocześnie. Oczywiście już wcześniej zdarzało się że Rzeczpospolita toczyła wojny na dwóch, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło się tak, żeby agresor taki jak Moskwa, Szwecja, a także Kozacy, Siedmiogród również, o Tatarach nie wspominając (bo ci non stop atakowali) zajął praktycznie całe terytorium Rzeczpospolitej, a mimo to państwa te przegrały. To było niesamowite i to pokazywało czym była ówczesna Rzeczpospolita, jaką wówczas byliśmy potęgą. Bowiem kraj, którego szlachta bała się wystawić stałą armię (aby nie dać królom do ręki oręża, który mógłby zaprowadzić w państwie absolutyzm na wzór Europy Zachodniej) która w początkowym okresie Potopu przysięgała na wierność królowi szwedzkiemu, która została najechana przez potężne armie moskiewskie, szwedzkie (a na południowym-wschodzie grasowali Kozacy i Tatarzy) a mimo to kraj który został całkowicie podbity, zdołał wypędzić wszystkich agresorów ze swych ziem - wszystkich i przejść do ofensywy. Pokażcie mi drugi taki kraj w Europie, który zostałby zajęty przez kilka obcych państw, a mimo to przegoniłby ich i pokonał. To było niesamowite zwycięstwo, tym bardziej że kraj został całkowicie zniszczony i nie było możliwości zapłacić żołnierzom za ich poświęcenie. Rzeczpospolita wystawiła wtedy 70-tysięczną armię, która walczyła ZA DARMO z miłości do Ojczyzny. Nie było takiego przypadku ani wcześniej ani później na taką skalę w Rzeczpospolitej (choć zdarzały się przypadki że wojsko walczyło za darmo, uzyskując wcześniej obietnicę od hetmanów że pieniądze zostaną wypłacone po kampanii, a często hetmani zostawiali swoje majątki aby zapłacić żołnierzom żołd, bo szlachta oczywiście kręciła nosem dlaczego wojna tak długo trwa i po co nań wydawać tyle pieniędzy itd. itp.).

To czego szlachta - która zapomniała się w swym zaprzaństwie w roku 1655 - dokonała potem, zakrawa na niesamowite wręcz bohaterstwo niespotykane nigdzie indziej. W serialu "Czarne chmury" brandenburski poseł wypowiada takie właśnie słowa mówiąc o Rzeczpospolitej (która zdołała pokonać Szwecję, Moskwę, Tatarów i Kozaków, a także Węgrów z Siedmiogrodu choć kraj został całkowicie podbity, król musiał uciekać na Śląsk, a mimo to zwyciężyli) powiedział wówczas: "Rzeczpospolita nigdy nie zginie!". Wyrywano szwedom a potem moskalom w kolejnych bitwach ogromne tereny i parto na wschód, ale oczywiście wewnętrzne niepokoje również dały o sobie znać. Ostatecznie w roku 1667 zawarto rozejm z Moskwą, godząc się na oddanie Smoleńska, całej lewobrzeżnej Ukrainy i Kijowa (ale tylko na dwa lata, choć Moskwa już tego miasta nie oddała). Jednak ta te 20 lat wojen i anarchii całkowicie odmieniło mentalnie społeczeństwo Rzeczpospolitej. Szlachta poszczególnych ziem uświadomiła sobie teraz, że atak Tatarów na Podole czy Ruś Czerwoną ma takie samo znaczenie dla Litwy, jak dla Korony wojna z Moskwą na Wschodzie. Jeśli państwo - Rzeczpospolita - miało przetrwać, musiało stać się bardziej unitarne, bardziej zjednoczone, a co za tym idzie również bardziej... polskie. To właśnie po roku 1667 nastąpiła konsekwentna (choć podzielona na lata, a nawet dekady) polonizacja Litwy i Rusi. Szlachta litewska i ruska, która do tej pory uważała się za odrębną od szlachty polskiej i swą odrębnością się szczyciła, teraz otwarcie deklarowała swe przywiązanie do polskości. W roku 1696 na sejmie konwokacyjnym szlachta Wielkiego Księstwa stwierdziła oficjalnie co następuje: "Uważając żeśmy są połączeni świętym związkiem z Koroną Polską dekreta (...) po Polsku a nie po Rusku pisać (...) dekreta wszystkie Polskim językiem odtąd mają być wydawane". Deklarację tę potwierdził sejm w roku 1697 i od tego czasu wszystkie dekrety w Wielkim Księstwie Litewskim były pisane w języku polskim a nie ruskim (nie mylić z rosyjskim). Nastąpiła realna polonizacja Litwy, natomiast odrębność Wielkiego Księstwa od Korony całkowicie została zniesiona w Konstytucji 1791 r.




Oczywiście wiadomo że polonizacja Litwy była polonizacją elit, czyli szlachty (wcześniej tak dumnej ze swej litewskości i z tego, że pisała w języku innym niż polski, głównie ruskim). Dziś być może Litwini, Białorusini czy Ukraińcy mogą mieć do nas pretensje że zabraliśmy im elitę, ale czy to nasza wina że ich elity wolały się polonizować, niż pozostać w obrębie kultury litewsko-ruskiej? Zresztą ta polonizacja trwała już znacznie wcześniej, niż w drugiej połowie wieku XVII. Może o tym świadczyć chociażby relacja włoskiego podróżnika po Rzeczpospolitej - Claudio Rangoni który w swym dziele: "Relacja o Królestwie Polskim w 1604 roku" pisał tak: "Językiem litewskim mówią tylko wieśniacy i jest rzeczą osobliwą i jakoby śmieszną, aby go umiał szlachcic, jest to bowiem poniekąd język barbarzyński; między szlachtą zwykle nie używa się to mówienia innego języka niż polski". W tamtym czasie pisano jednak dokumenty jeszcze w języku ruskim w Wielkim Księstwie, aż do roku 1696, gdy nastąpiła całkowita polonizacja Wielkiego Księstwa w mowie i piśmie tamtejszej elity. Zaczęła się też zmieniać nazwa samego państwa i o ile jeszcze w 1710 r. pisano o Rzeczpospolitej Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, o tyle już potem pisano po prostu o Rzeczpospolitej Polskiej, jako o państwie unitarnym, obejmującym i Koronę i Wielkie Księstwo. Tak oto dokonała się polonizacja Litwy i Rusi, polonizacja całkowicie dobrowolna - co należy podkreślić - nie wymuszona. I ta świadomość polskości wśród Litwinów i Rusinów (oczywiście mówimy tylko o szlachcie co bardzo ważne) przetrwała nawet rozbiory i żyła dalej pod jarzmem carów (przecież Piłsudski był Litwinem, nie Polakiem. Zresztą On sam zawsze podkreślał że jest "starym Litwinem" - starym nie ze względu na wiek, a ze względu na mentalność, tym samym odróżniał się od nacjonalistów litewskich, rządzących po 1918 r. "Republiką kowieńską". Mimo to zawsze dodawał: "Ale przecież tylko Polsce służę". Adam Mickiewicz - jeden z naszych największych narodowych wieszczy, również był Litwinem, Tadeusz Kościuszko - bohater walk o niepodległość Polski i USA realnie był Białorusinem. To znaczy oni urodzili się na Litwie czy na białej Rusi, ale byli Polakami, tak jak dzisiaj Amerykanin urodzony np. w Nowym Meksyku także pozostaje Amerykaninem).




Zresztą polonizacja nie dotyczyła tylko Wielkiego Księstwa i Ukrainy, ona wyszła daleko poza granice Rzeczpospolitej (o czym kiedyś już wspominałem). W latach 70-tych i 80-tych XVII stulecia, język polski był oficjalnym językiem moskiewskiego dworu. Nie tylko wszystkie dokumenty polityczne i administracyjne spisywane były w Rosji w języku polskim, ale również na dworze nie mówiono w innym języku niż język polski, a kto takiego języka nie znał, był uważany za niegodny bycia carskim dworakiem). Umowy jakie Carstwo Rosyjskie zawierało na Dalekim Wschodzie z Chinami, pisano zarówno w języku mandaryńskim jak i polskim. Umowy jakie w XVI wieku Rosja zawierała np. z Królestwem Anglii pisano w językach: włoskim, greckim i polskim. Ale - co ciekawe - polskość nie zatarła się nawet na ziemiach, które w roku 1667 zostały oddane w traktacie andruszowskim Moskwie. Gdy w roku 1794 po bitwie pod Maciejowicami przez miasto Czernichów (które w 1667 znalazło się w granicach Moskwy) przejeżdżał polski jeniec i poeta Julian Ursyn Niemcewicz, tak zanotował on swe wrażenia: "We dwa dni potem przybyliśmy do Czernichowa, miasta i prowincji równie jak i Kijów należących przed stem jeszcze laty do Polski. (...) Mieszkańcy pamiętają jeszcze dawnej ojczyzny swojej, przywiązani są do Polski. Po obiedzie przyszło kilku oficerów (rosyjskich) z przodków Polaków, z potężną tacą najpiękniejszych jabłek. Gdy się stróże nasze uchylili na chwilę, mówili do nas po polsku, wyrażając najtkliwsze politowanie nad losem naszym" i dalej Niemcewicz dodawał: "Nie zapomnę nigdy siedemdziesięcioletniego starca w polskim ubiorze: długo on stał z daleka i patrząc na nas łzy rzewne wylewał". Warto tutaj podkreślić że Czernichów był w granicach Rzeczypospolitej zaledwie 50 lat, a mimo to tak bardzo nasiąkł polskością, że nawet ponad stuletnia moskiewska okupacja tego miasta nie zabiła w nim polskiego ducha.


TAM WSZĘDZIE BYŁA... POLSKA 



Jako ciekawostkę - już tak na marginesie -  dodam że w roku 1969 (30 lat po tragicznym Wrześniu) pewien polski dziennikarz podróżował przez tereny naszych dawnych Kresów Wschodnich (wówczas należących do Związku Sowieckiego, a raczej do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej). Jechał na wozie zaprzężonym w konie który prowadził jeden z lokalnych chłopów, a ponieważ nudziło mu się w drodze, to wyjął harmonię i zaczął na niej wygrywać Mazurka Dąbrowskiego - czyli polski hymn narodowy. Nagle, ku jego zdziwieniu z okolicznych domostw zaczęli wychodzić ludzie i podchodzić do wozu którym jechał, zaskoczeni i zdziwieni graną przezeń melodią. Niektórzy płakali, a pewien mężczyzna na pytanie co go tak przywołało, odpowiedział: "Myślałem że nasza Polska znów wróciła".




CDN.

niedziela, 6 kwietnia 2025

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XXI

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA 
Cz. XXI






"ŻEBY RZECZPOSPOLITĘ JEDEN BĄDŹ Z GŁUPSTWA BĄDŹ Z UPORU O UPADEK MÓGŁ PRZYPRAWIĆ (...) CZUJMY SIĘ, DLA BOGA, NIE GIŃMY TAK MARNIE DLA JEDNEGO, DWU, TRZECH UPORU!"

JAN OSTRORÓG
Kasztelan poznański 
(1605)


 Od czasu Konstytucji "Nihil Novi" z 1505 r. wszystkie trzy stany sejmujące (czyli: Król, Senat i Izba poselska) były wobec siebie równe i wszystkie posiadały prawo weta (co prawda od Sejmu 1641 r. Senat miał składać sprawozdania Izbie poselskiej, ale nie zmieniło to podstawowych założeń Konstytucji "Nihil Novi"). Ponieważ wszystkie stany sejmujące posiadały równe prawo do zgłaszania weta wobec przyjętych ustaw, kilka razy przed rokiem 1652 zarówno Król jak i Senat doprowadzili do zakończenia Sejmu bez przyjęcia uchwał (jeśli się nie pomyliłem w rachubach, to uczynili to po dwa razy). Szlachta również kilkukrotnie zerwała Sejmy bez przyjęcia uchwał, ale nigdy nie działo się to poprzez głos sprzeciwu jednego człowieka, lecz zawsze był to jakiś kolektyw, jakaś grupa posłów, sprzeciwiająca się danym, czy to królewskim, czy senackim projektom ustaw. Zgodnie z Konstytucją Nihil Novi król miał obowiązek zwoływać Sejm zwyczajny co dwa lata, na okres najwyżej 6 niedziel. Ale jeśli na danym Sejmie nie zapadły wiążące decyzje, lub też Sejm rozjechał się bez przyjęcia uchwał, król miał prawo zwołać Sejm nadzwyczajny (aby na nim przyjąć niezbędne decyzje) i tak też się często działo. Rok 1652 w którym to poseł z Upity - Władysław Wiktoryn Siciński zerwał Sejm, nie był tak naprawdę niczym szczególnym, (no może poza faktem że uczynił to jeden człowiek, a nie grupa posłów). Tym bardziej że tak naprawdę nie zerwał on Sejmu, a jedynie nie zgodził się na przedłużenie obrad sejmowych, co (jak napisałem wyżej) miało miejsce już kilkakrotnie (szczególnie w XVII wieku). Tak naprawdę pierwsze liberum veto z prawdziwego zdarzenia, czyli pierwsze zerwanie Sejmu de facto, miało miejsce dopiero w roku 1669. Mimo to właśnie Siciński stał się realnie kozłem ofiarnym późniejszych wydarzeń, które sprowadziły na Rzeczpospolitą niemoc polityczną, a po części również wewnętrzną anarchię (trzeba bowiem pamiętać że - szczególnie w Polsce, ale od połowy XVI  wieku również na Litwie, a gdy polonizowała się Ruś także i na Ukrainie - tradycje sejmikowe były bardzo silne, a co za tym idzie, tradycje lokalnego patriotyzmu, które często brały górę nad patriotyzmem krajowym. Uwidoczniło się to szczególnie w wieku XVIII kiedy Rzeczpospolita tak naprawdę została politycznie rozbita na dzielnice, choć realnie na zewnątrz nadal była zjednoczona).

Władysław Siciński stał się prawdziwym czarnym charakterem, siewcą Apokalipsy. Został przeklęty ponoć jeszcze na Sejmie w marcu roku 1652. Mówiono też że zginął od uderzenia pioruna (1672 r.), a jego ciała nie chciała przyjąć ziemia, więc (zgodnie z anegdotą głoszona przez Zygmunta Glogera jeszcze w XIX wieku) jego zmumifikowane ciało wystawiano dla rozrywki po karczmach i szynkach. Sam Adam Mickiewicz napisał w wierszu: "Popas w Upicie" tak oto o Sicińskim: "Zda się, że ciężar hańby do ziemi go cisnął. Albo, żę ręka gwałtu z piekieł go wywlekła. I znowu radby gwałtem powracać do piekła". Ostatecznie w roku 1860 zmumifikowane truchło Sicińskiego spoczęło w kościele w Upicie, w drewnianej skrzyni, którą kazał dla niego zbić proboszcz tamtejszej parafii. Ale dlaczego Siciński tak naprawdę został przeklęty, czy tylko dlatego że sprowadził katastrofę na Ojczyzny łono? Nie tylko dlatego, tym bardziej że jak wspomniałem wyżej, jego przewina nie jest aż tak wielka, można by wręcz powiedzieć że niczym szczególnym się tak naprawdę negatywnie nie objawił, ot po prostu nie wyraził zgody na procedowanie uchwał sejmowych i tyle. Tylko że Sejm w roku 1652 był poświęcony, a co za tym idzie jego uchwały miały wsparcie Niebios. Doprowadzenie więc do zakończenia obrad sejmowych przed przyjęciem uchwał było jednocześnie świętokradztwem, bluźnierstwem wobec Boga. I głównie dlatego Sicińskiego wyklęto jeszcze w wieku XVII. Aby to zrozumieć, warto przybliżyć atmosferę tamtego czasu i tamtego Sejmu, który rozpoczął się w końcu stycznia 1652 r.


DUKAT KORONNY JANA KAZIMIERZA 



Już po Bożym Narodzeniu 1651 r. szlachta zjeżdżała się na Sejm wielce wzburzona. Nic bowiem nie układało się tak jak trzeba, po świetnym zwycięstwie beresteckim nie zakończyło się powstanie Chmielnickiego na Ukrainie, a wartość monety w ciągu 1651 r. została dwukrotnie królewskimi uniwersałami zmieniona na niekorzyść dla szlachty (po to aby zebrać więcej pieniędzy na potrzeby wojska), która wciąż sprzedawała swe zboże do krajów Europy Zachodniej. Królowi poza tym zarzucano że wyciągnął pospolite ruszenie do walki z Chmielnickim na Wołyń i Ukrainę, pozostawiając szlacheckie rodziny na pastwę chłopstwa (w czasie buntu Kostki-Napierskiego, czy ruchawek wielkopolskich, o których pisałem w poprzednich częściach). Poza tym zarzucano Janowi II Kazimierzowi, że bunt Kozaków jest mu na rękę, gdyż pragnie ich użyć do wojny ze Szwecją o koronę królewską tego kraju (w końcu zarówno on, jak i jego brat Władysław IV i ojciec Zygmunt III Waza, byli tytularnymi królami Szwecji, pozbawionymi tronu tylko dlatego, że nie chcieli przejść na protestantyzm). Ogólnie więc można było wyczuć wielki "wkurw" szlachty na króla (choć w ogromnej części do wyżej wymienionych niepowodzeń sami się skutecznie dołożyli, a często byli ich inicjatorami - w końcu powstanie Chmielnickiego można było zakończyć jeszcze w 1651 r. gdyby nie niechęć szlachty do dalszego wojowania i do uchwalenia podatku na wojsko, które mogło to powstanie zakończyć). Sejm rozpoczął się 26 stycznia 1652 r. mszą świętą w Katedrze św. Jana. Kazanie odprawił ksiądz Cieciszowski, jezuita, spowiednik królewski. W kazaniu swym porównywał Chmielnickiego do Lucyfera, zmarłego księcia Jeremiego Wiśniowieckiego do Archanioła Michała, sejmiki do "szemrania Żydów na puszczy", wiele też mówił o wolności i przestrzegał szlachtę aby ostrożnie się z nią obchodzono. Na zakończenie kazania wypowiedział zaś słowa skierowane do wszystkich: "Dziękujcie Bogu za to, co macie!"

Przybyło jedynie 10 senatorów, a cała reszta wolała siedzieć w swoich domowych pieleszach i czekać na zakończenie obrad sejmowych, gdyż nie chciało im się w zimie jechać do Warszawy specjalnie na Sejm (był też inny powód, nie chcieli ani wspierać króla w jego planach, ani też występować przeciwko niemu, więc taka nieobecność wydała się wielu najbardziej optymalna). Byli i tacy, którzy wprost przepowiadali że ten sejm zakończy się źle (jak choćby równie nieobecny prymas Maciej Łubieński). W Izbie poselskiej też zabrakło pełnego składu (optymalnie przyjęto że "optymalny skład" to co najmniej 200 osób). Z województw: mazowieckiego, sieradzkiego i sandomierskiego przybyło łącznie 31 posłów (była to tzw. frakcja Hieronima Radziejowskiego, o którym pisałem również w poprzednich częściach), z województw: poznańskiego i kaliskiego razem 12 posłów (tzw. frakcja Krzysztofa Opalińskiego, mocno przeciwna królowi), z województwa kujawskiego 4 posłów (również przeciwnych królowi). Z województw: krakowskiego i ruskiego łącznie 18 posłów (tzw "umiarkowana" opozycja). Litwa też była podzielona (nieznana jest dokładna liczba posłów litewskich na Sejm 1652 r.), stronnicy Janusza Radziwiłła byli przeciwni królowi, natomiast stronnicy rodu Sapiehów trzymali z dworem. Z dworem trzymali również posłowie Prus Królewskich, zaś ci z województw objętych powstaniem Chmielnickiego, a to psioczyli na króla, a to na "panów braci". Wychodziło więc na to, że frakcje dworska i anty dworska praktycznie się równoważyły i nikt nie miał siły aby skutecznie przegłosować swoje projekty (jako ciekawostkę dodam że szczególnie nielubianym posłem przez frakcję dworską był niejaki Petrykowski, szlachcic który mówił co myślał i nazywał rzeczy po imieniu. Oczywiście nie oznaczało to że lubili go ci z przeciwnej frakcji, raczej był nielubiany przez obie strony, ale ponieważ często wypominał królowi różne sprawki, to właśnie "dworscy" byli szczególnie zainteresowani w dyskredytowaniu go). Marszałkiem Sejmu obrano stolnika lwowskiego Andrzeja Maksymiliana Fredrę. 




Była to kandydatura akceptowana przez obie frakcje, jako że i postać Fredry była zdaje się wyjątkowa (no, może bez przesady, ale jednak wyróżniał się). Miał co prawda dopiero 28 lat, ale pokazał się już kilkukrotnie z jak najlepszej strony. Na Sejmie elekcyjnym w styczniu 1649 r. ofiarował prawie cały swój majątek na wystawienie wojska w celu ratowania Ojczyzny zagrożonej przez kozactwo i Tatarów. Pod Beresteczkiem walczył na czele swej własnej chorągwi husarskiej, na czele której następnie posłał go król do Siedmiogrodu, w celu rozerwania linii Chmielnickiego z księciem Rakoczym. Po powrocie z Siedmiogrodu udał się do Krakowa, gdzie tamtejszemu Uniwersytetowi przekazał - napisane niedawno przez siebie - dzieło "Historyia Narodu Polskyiego" (nie zachowało się do naszych czasów). 29 stycznia udali się posłowie do Senatu na prezentację i powitanie króla (pocałowanie królewskiej ręki), mowę powitalną wygłosił oczywiście marszałek Sejmu - Andrzej Maksymilian Fredro, w której to chwalił króla, jako mężnego rycerza i obrońcę Ojczyzny, jednocześnie deklarując, że w Polsce - w przeciwieństwie do innych krajów Europy i Azji - królowie nie muszą obawiać się swych poddanych i spokojnie mogą "spać na łonach szlacheckiej braci", nie musząc się obawiać o swe bezpieczeństwo. Jednocześnie (zwracając się bezpośrednio do króla) stwierdził, że tylko wtedy będzie mógł Jan Kazimierz myśleć o pozostawieniu tronu swemu następcy, jeśli w pamięci poddanych "zarobi sobie na miłość narodu". Pierwsze dni upłynęły na sprawy proceduralne i rozdawanie wakansów (m.in. dóbr Hieronima Radziejowskiego, który został uznany za banitę ze względu na oszczerstwa, o których pisałem w poprzedniej części). Posłowie pruscy protestowali przeciwko oboźnemu koronnemu - Kalinowskiemu, który przejął Brodnicę, choć nie był nawet Prusakiem (a na mocy przywileju inkorporacyjnego z 1466 r. stanowiska, urzędy i ziemie w Prusach Królewskich mogły być przekazywane tylko mieszkańcom tej ziemi). Groziło to zerwaniem Sejmu już na początku obrad (podobnie jak miało to miejsce w roku 1650, gdy posłowie pruscy gremialnie zaczęli opuszczać pole sejmowe, ale w sposób dosyć teatralny - notabene często tak się działo na polskich sejmach - zostali powstrzymani przez innych posłów poprzez złapanie ich pod ręce i odprowadzenie na miejsce 🥴). Wiele też było skarg, wzajemnych niesnasek i oskarżeń o niesłusznie pełnione wakanse.

9 lutego w obecności króla poseł Dębski zaczął pytać dlaczego obniżono wartość monety i dlaczego nie dokończono zwycięstwa pod Beresteczkiem. W pewnym momencie przerwał mu poseł Obuchowicz, podszedł do niego i rzekł, aby zbyt usilnie nie pytał o kwestię ukraińską i bitwę pod Beresteczkiem, gdyż jak dodał: "Żeby na nas samych winy nie złożono i wstydem nas nie oblano" (doskonale bowiem wiedział że to głównie przez niechęć szlachty do dalszego wojowania i chęć powrotu do domów była powodem przetrwania Chmielnickiego). 10 lutego głos zabrał sam Obuchowicz, który twierdził że nie ma nic szpetniejszego, niż zwycięstwo odniesione w wojnie domowej i wręcz dziękował Bogu, że ten nie pozwolił im odnieść pełnego zwycięstwa nad "braćmi". Później była batalia o obniżenie wartości monety, co stwierdzono że stało się to za radą Senatu, ale gdy posłowie udali się do króla, aby im odczytano konsulta senatorskie w tej sprawie, nie uczyniono tego, a odczytano im jedynie konsulta litewskie - które mówiły o czym innym, co jeszcze bardziej wzburzyło posłów. Tymczasem 14 lutego przyszła do Warszawy wiadomość, że Trybunał piotrkowski (który rozpatrywał m.in. sprawę rozwodu Radziejowskiego z Elżbietą ze Słuszków), uniewinnił go wszelkich zarzucanych mu czynów i zrehabilitował (tylko że jego majątek już podzielono, bo od tego zaczęto obrady Sejmu, pomimo sprzeciwu frakcji którą wymieniłem wyżej 🤭). Radziejowski miał na dworze wielu wpływowych przyjaciół, w tym samą królową Ludwikę Marię, która prosiła męża aby ułaskawił Hieronima i przywrócił mu odebrane urzędy i majątek. Król był jednak uparty. 15 lutego przyprowadzono więc na Sejm dwóch małych chłopców, synów Radziejowskiego (Stanisława i Michała), domagając się dla nich sprawiedliwości. Wspierający Radziejowskiego Zamoyski, rzekł wówczas: "Wolę gdzieś indziej na zsyłce zostawać, niż w wolnym królestwie niewolę cierpieć". Wszystko przyjęło ponownie teatralny i emocjonalny charakter, gdy dwaj synowie Radziejowskiego na kolanach, płacząc żewnie, błagali króla i posłów o łaskę dla siebie i dla ojca. Powstał swoisty pat prawny, bowiem gdyby Izba poselska wsparła Trybunał krajowy (czyli ten który w Piotrkowie wydał wyrok w sprawie Radziejowskiego), doszłoby do konfuzji sądownictwa i cały kraj stałby się widownią konfliktu króla z sądem najwyższym, a tego tylko brakowało, mając nierozwiązaną kwestią kozacką i niebezpieczeństwo tatarskie - wciąż czyhające na południowo-wschodnich rubieżach kraju. 




Aby temu zapobiec - pomimo błagań młodych Radziejowskich - poseł Obuchowicz stwierdził, że wyrok Trybunału jest nieważny, a to z tego względu, iż dekret marszałkowski wydany w sprawie konfiskaty dóbr Radziejowskiego, stanął za radą Senatu. Stało się wówczas coś, czego się nikt nie spodziewał, a mianowicie prawie cała sala (wyłączywszy kilkunastu posłów wspierających Radziejowskiego) gremialnie krzyknęła że wyrok Trybunału jest nieważny, ponieważ dekret marszałkowski wydany został za radą Senatu. Król miał więc rozwiązane ręce, a jednocześnie problem z Radziejowskim z głowy, gdyż wszystko spadło teraz na Senat. Kolejne dni upływały na wzajemnych swarach odnośnie Radziejowskiego, kwestii obniżenia wartości monety i tego kto temu realnie zawinił, zakończenia wojny z Kozakami na Ukrainie (ten temat był bardzo krótko rozpatrywany), oraz wysłania poselstw przez króla do Szwecji i do Moskwy, bez wiedzy i zgody stanu rycerskiego (czyli szlachty). 29 lutego na Sejm przybyli posłowie kozaccy wysłani przez Chmielnickiego. Przywieźli królowi w podarunku 12 koni tureckich w bogatym oporządzeniu, a także prośbę do Sejmu o zatwierdzenie układów białocerkiewnych. 3 marca zaś na audiencji przed Senatem wystąpili posłowie moskiewscy, którzy domagali się sprawiedliwości w imieniu cara Aleksego, odnośnie tytułu carskiego (który wielu w Rzeczpospolitej pomijało, nazywając Aleksego kniaziem) domagali się więc ich surowego ukarania. Rzeczywiście, w Rzeczpospolitej w 1637 r. wprowadzono prawo odnośnie tytułu carskiego, którego miano przestrzegać w tytulaturze, ale jak to w Rzeczpospolitej wolność najważniejsza (w przeciwieństwie do Rosji,  gdzie wola cara była prawem). Trzej rosyjscy posłowie którzy przybyli na Sejm (i którzy doskonale znali język polski, jeden nawet mówił po łacinie i po francusku) grozili wojną w przypadku niespełnienia żądania ukarania sprawców "obrazy carskiej". Większa część tych, których Moskale oskarżali, już nie żyła, gros spraw dotyczył też kwestii sprzed roku 1637, tych więc król natychmiast uniewinnił (mimo sprzeciwu moskiewskich posłów). Tych zaś, którzy uwłaczyli carowi po wydaniu prawa odnośnie tytulatury, król polecił słać posłów do Moskwy, aby tam przepraszali. Na taki werdykt Moskale zareagowali żądaniem... zwrotu Smoleńska i innych twierdz siwierskich, a następnie złożyli protest przed Senatem na decyzję królewską - odjechali z niczym.

Wojna na Ukrainie nie została rozwiązana, groziło niebezpieczeństwo ze strony Moskwy i Tatarów, a posłowie na Sejmie nie chcieli słyszeć o obronie i nowych podatkach. Osłabieni już, znudzeni i znużeni toczącymi się od ponad miesiąca swarami sejmowymi, nie byli w stanie ustąpić nawet na krok w swych zamierzeniach, a jednocześnie nie chcieli podejmować tematu obrony Rzeczpospolitej. Kolejne marcowe dni mijały więc bezowocnie. Sejm miał się zakończyć dnia 8 marca i większość posłów oczekiwała tego dnia z niecierpliwością (tak naprawdę Sejm w ogóle się jeszcze nie zaczął, gdyż nie zapadły na nim żadne decyzje, a już musiał się kończyć 🙆). Mimo to król nie tracił nadziei że w ostatnich dniach, a być może ostatniego dnia uda się wymóc na posłach pieniądze na wojsko (tak bowiem często się działo, stronnictwo dworskie do ostatnich dni czekało z najważniejszymi kwestiami, po to, aby rzutem na taśmę przegłosować najważniejsze dla Ojczyzny sprawy), tym razem jednak stało się inaczej. 6 marca miało bowiem miejsce pewne wydarzenie, a mianowicie jadący ulicą Piwną w stronę Zamku hetman polny litewski Janusz Radziwiłł, tuż przy gospodzie Działyńskich, wszczął kłótnię z przedstawicielem tego rodu - starostą pokrzywnickim. Przed gospodą stała bowiem kareta Działyńskiego i tamowała przejazd licznej kawalkadzie hetmana. Najpierw znieważył woźnicę starosty, a gdy sam hetman wychylił się przez okno swej karety i krzyknął do swych ludzi: "Bij!", natychmiast wypadła czeladź, która zabiła dwóch hajduków Działyńskiego a woźnicę poraniła. Z gospody wybiegli więc ludzie Działyńskiego z pałaszami. Gwardia hetmana - którą dowodził pułkownik Komorowski - podjęła walkę i zwyciężyła, kładąc trupem wielu ludzi Działyńskiego. Na drugi dzień ta sprawa stanęła przed Sejmem, a ponieważ pojawiły się nowe frakcje w tej sprawie i kolejne kłótnie, król wniósł o przedłużenie obrad sejmowych. Zgodzono się uczynić to tylko o jeden dzień, do 9 marca. Tego dnia król wystąpił Z żądaniem nowych podatków. To była jak czerwona płachta na byka dla i tak już wzajemnie skłóconych i mocno zmęczonych posłów. Zaczęły się nowe spory o to, kto ile ma zapłacić i czy w ogóle płacić - pomiędzy województwami. Wreszcie nastała noc taka, że ani król, ani posłowie już się nie odróżniali (a prawo zabraniało wnosić światła do sali sejmowej), nie przedłużono też obrad na dzień jutrzejszy, a minęła godzina 23:00. Zaczęto więc domagać się aby Sejm zezwolił na przedłużenie obrad na następny dzień - jedni posłowie byli za, inni przeciw, niewielu zaś początkowo słyszało głos jednego z posłów, który krzyczał: "Nie pozwalam na prelongację". Wreszcie żądanie to doniesiono marszałkowi Sejmu, twierdząc że jeżeli jeden poseł sprzeciwił się przedłużeniu obrad, to należy zaakceptować i większość posłów zaczęła wychodzić z sali.




Stronnicy królewscy zaczęli ich powstrzymywać, próbując z powrotem przyprowadzić na salę, ale stwierdzono że to przecież Siciński złożył weto, więc tylko on może je odwołać. Poczęto więc go szukać, i padały pytania: "Gdzie jest Siciński?", nigdzie nie można go było znaleźć. A jego nie było już na sali sejmowej. W owym gwarze który zaistniał, opuścił miejsce obrad i przeprawił się na Pragę. Ponieważ posła z Upity nigdzie nie można było znaleźć, zaczęto radzić czy jeden poseł może zadecydować o sprzeciwie na przedłużenie obrad sejmowych, czy też nie. Jedni byli za, drudzy przeciw i tak minęła godzina 00:00 w nocy 10 marca 1652 r. Zmęczeni posłowie stwierdzili tylko że rankiem należy przyprowadzić Sicińskiego przed obrady Sejmu i "przekonać" go do zmiany decyzji. 10 marca przypadała niedziela, która upłynęła na próbach przekonania Sicińskiego do powrotu na Sejm. On sam zresztą deklarował że wróci i wycofa swój sprzeciw, ale nocą, z niedzieli na poniedziałek wyjechał z Warszawy, a wraz z nim wszyscy jego towarzysze. 11 marca rano, gdy za wezwano Sicińskiego do laski marszałkowskiej, a jego nie było, marszałek Sejmu Andrzej Maksymilian Fredro udał się do tronu, przepraszając króla za to, że nic nie udało się uchwalić na tym sejmie, a jednocześnie że Sejm musi zakończyć obrady. Niektórzy protestowali, ale nie było wyjścia. Jeden z posłów krzyknął wówczas do nieobecnego Sicińskiego: "Bodajś z piekła nie wyszedł, któryś zrządził takie nieszczęście", a reszta z sali odpowiedziała: "Amen!" Sejm został zerwany.


"UPIÓR z UPITY"
MUMIA WŁADYSŁAWA SICIŃSKIEGO 



CDN.

niedziela, 23 marca 2025

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XX

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. XX





 Pobyt królewskiej pary w Gdańsku trwał do początków grudnia 1651 r. po czym (z królewskim orszakiem) Jan II Kazimierz i Ludwika Maria wrócili do Warszawy. Święta Bożego Narodzenia minęły jeszcze spokojnie, choć wszyscy już na dniach spodziewali się narodzin królewicza. Poród zaczął się w godzinach nocnych 5 stycznia 1652 r. i trwał kilka godzin. Królewicz Jan Zygmunt Waza urodził się o świcie 6 stycznia i wiadomość tę natychmiast zaniesiono królowi, a następnie ludowi Warszawy obwieścił tę dobrą nowinę kanclerz wielki litewski Albrycht Stanisław Radziwiłł. Urządzono wielkie przyjęcie, kazano strzelać z armat i puszczano fajerwerki oraz rakiety. Nim ostatecznie chłopcu nadano imiona, jego matka, królowa Ludwika Maria  - jako Francuzka z pochodzenia - chciała aby dać mu na imię Ludwik (na cześć panującego wówczas we Francji 13- letniego Ludwika XIV), ale Jan Kazimierz zaprotestował i ostatecznie nowonarodzony książę otrzymał tradycyjne imiona rodziny Wazów. Obaj rodzice byli dumni ze swego potomka, ale ich radość była przesłonięta nie tylko wciąż nie zakończonym powstaniem Chmielnickiego, lecz również osobistymi sprawami podkanclerzego Hieronima Radziejowskiego, oraz jego żony Elżbiety ze Słuszków (o których pisałem w poprzedniej części), gdyż ten konflikt dopiero się zaczynał. Wydarzenia do jakich doszło w obozie pod Sokalem i Beresteczkiem, a następnie podróż do Gdańska królewskiej pary i flirt króla z Elżbietą, wszystko to uświadomiło królowej Ludwice Marii, że należy opowiedzieć się po stronie Hieronima, przeciwko jego małżonce i tak też uczyniła. Gdy tylko po powrocie do Warszawy Elżbieta prosiła królową o audiencję, aby wytłumaczyć się z plotek pojawiających się na jej temat, Ludwika Maria odmówiła jej w sposób ostentacyjny (co było sygnałem jej niełaski). Ta jednak nie dawała za wygraną i raz jeszcze zwróciła się do królowej z prośbą o spotkanie i wytłumaczenie się, ale małżonka Jana Kazimierza ponownie jej odmówiła, nakazując opuszczenie dworu. 




W tym czasie jej małżonek Hieronim Radziejowski zajął opustoszały pałac Kazanowskich, który uważał za swój własny (choć według prawa był on własnością Elżbiety, jako że otrzymała go od swego poprzedniego męża marszałka koronnego - Adama Kazanowskiego w testamencie). Czyn ten spotkał się z poparciem samej królowej, ale Elżbieta postanowiła zawalczyć nie tylko o swoją własność, ale również już zdecydowana była na rozwód. Przy wsparciu jednego ze swych braci (a miała ich pięciu) Bogusława Słuszki, złożyła w nuncjaturze prośbę o rozwód z Radziejowskim i na czas oczekiwania na decyzję przeniosła się do klasztoru Klarysek. W tym czasie na dworze zaszły pewne zmiany, gdyż Elżbieta miała tam wielu przyjaciół (a przede wszystkim przyjaciółek, które były w otoczeniu królowej jako jej dwórki). Przekonali więc oni Ludwikę Marię aby przyjęła na audiencji Elżbietę i przynajmniej jej wysłuchała. Zezwoliła więc Elżbiecie na przybycie na dwór, ale okazało się teraz że to już jest niemożliwe, gdyż przebywa ona w klasztorze Klarysek, którego nie może opuścić do czasu wydania decyzji nuncjatury apostolskiej. Królowa ponownie obraziła się na Elżbietę za ten nietakt (gdyż odrzucenie zaproszenia monarchini było w istocie nietaktem). Sam Radziejowski (podczas rozmów z królową), starał się ją przekonać, aby wywarła presję na Elżbietę, by ta do niego wróciła (na co królowa przystała). Następnie zwrócił się do nuncjusza z żądaniem, aby odrzucił wniosek rozwodowy żony i przymusił ją do powrotu, a jeśli nie zechce wrócić, to aby nie wypuszczał jej z klasztoru Klarysek, zmuszając ją do zostania mniszką. Pomimo poparcia królowej dla tej sprawy, nuncjatura odrzuciła to żądanie i proces rozwodowy rozpoczął się przed trybunałem w Piotrkowie. 

Po odrzuceniu jego apelacji, Radziejowski nie próżnował, zaczął pisać listy do króla, wygłaszał płomienne mowy do szlachty (i całej Rzeczpospolitej), ale dość szybko zdał sobie sprawę, że poparcie ma niewielkie. Będąc jeszcze w Piotrkowie napisał więc dwa testamenty (pierwszy 13 lutego, a drugi 15 lutego 1652 r.), a następnie przez Wieluń udał się na Śląsk, a stamtąd do Wiednia, rozpoczynając tym samym ponad trzyletni okres tułania się po Europie. Ludwika Maria prawie nie zauważyła wyjazdu z kraju jej protegowanego, tym bardziej że 20 lutego króla i królową spotkała tragedia. Tego bowiem dnia (z nieznanych przyczyn) zmarł, urodzony zaledwie miesiąc wcześniej Jan Zygmunt Waza. Królewicza pochowano w skromnej uroczystości na Wawelu, a król napisał na jego cześć smutny list (który się zachował do dziś dnia). To już drugie dziecko które razem stracili, ale życie toczyło się dalej. Natomiast po wyjeździe Radziejowskiego z kraju, Elżbieta (przy wsparciu swych braci) usunęła z pałacu Kazanowskich urzędników mianowanych z woli małżonka i wprowadziła swoich własnych. Następnie ogołociła pałac ze wszystkich mebli i wartościowych przedmiotów, tak, że pozostały tylko gołe ściany. W tym czasie Hieronim Radziejowski wciąż przebywał w Wiedniu, na dworze cesarza Ferdynanda III Habsburga. Zyskał tam wielu stronników, a także starał się nieustannie o audiencję u cesarza, na co ten grzecznie, acz zdecydowanie odmawiał. Radziejowski zaczął deklarować, że jeżeli cesarz obdarzy go wsparciem wojskowym, to gotów jest ruszyć na Rzeczpospolitą i zdobyć dlań Kraków, a nawet i całą Polskę cisnąć pod cesarskie stopy, jeśli ten tylko zechce. Ferdynand co prawda zaczął wypłacać Radziejowskiemu niewielką pensję, aczkolwiek nie dopuścił przed swe oblicze i wszelkie takie deklaracje traktował jak dobry żart. 




Widząc że niczego w Wiedniu nie wskóra, Hieronim postanowił zadziałać na własną rękę i przy poparciu niemiecko-austriackich przyjaciół (jakich zdobył w stolicy Austrii), powrócił (na krótko) do kraju, aby osobiście rozprawić się z małżonką. Zebrawszy niewielki oddział, postanowił zabrać ją z klasztoru, a następnie wymusić na niej wycofanie pozwu rozwodowego, lub przynajmniej przekazanie mu pałacu Kazanowskich i (ewentualnie) innych dóbr. Problem polegał tylko na tym, że klasztor był pod stałą ochroną gwardii królewskiej, (właśnie ze względu na osobę Elżbiety ze Słuszków). Tak więc nie udała się próba porwania małżonki z klasztoru, i aby uniknąć aresztowania, Radziejowski napisał list do króla, w którym pragnął się wytłumaczyć ze swego postępowania. Przyszła odpowiedź. Król pisał otwarcie, że nie chce go więcej widzieć na oczy i zabrania mu powrotu na dwór. Jednocześnie w tym czasie po Rzeczpospolitej zaczęła krążyć broszurka nieznanego autorstwa, w której oskarżono króla o intymne związki z Elżbietą, o przeszkody, jakie monarcha czynił Radziejowskiemu w kontaktach z żoną, a także oskarżenia rządu o fałszowanie regestów koronnych i tego typu kwestie. Było oczywiste, że jeżeli Radziejowski pozostanie w Rzeczpospolitej, to nie tylko utraci tytuł podkanclerzego, ale prawdopodobnie zostanie aresztowany, tym bardziej że znaleźli się tacy, którzy przypomnieli sobie, że w obozie pod Beresteczkiem Radziejowski skrupulatnie coś pisał i nie było to nic przyjemnego dla króla. Widząc że niczego nie ugra, ponownie wyjechał z kraju na szwedzkie Pomorze. Tam nawiązał kontakty ze szwedzkimi dygnitarzami i w maju 1652 r. był już w Sztokholmie u królowej Krystyny. Ale nim wrócimy do Radziejowskiego i jego małżonki, należy powiedzieć również o sytuacji, która miała wówczas miejsce w Rzeczpospolitej, a która zadecydowała o Jej przyszłych losach, a mianowicie o Sejmie zwołanym na 26 stycznia 1652 r. podczas którego po raz pierwszy w historii zastosowano zasadę liberum veto (veto stosowano już wcześniej na kilku sejmach, chociażby w Sejmie roku 1637, ale wówczas albo udało się przekonać danego posła do wycofania veta, albo też po prostu je zbagatelizowano - bo były też i takie przypadki. Natomiast na sejmie roku 1652 sprawę potraktowano już całkiem poważnie i tak zaczęły się "Initium calamitatum Regni" - "Początek nieszczęść Królestwa").




Wydaje mi się że już kiedyś pisałem jak działało liberum veto, a jeśli nie, to powtórzę. Zasada ta działała tylko i wyłącznie na sejmach, nie dotyczyła sejmików i jeśli choć jeden poseł uznał, że procedowana ustawa godzi w "dobro Rzeczpospolitej" (rozumiane oczywiście pryncypialnie jako dobro szlachty, prywatnego człowieka albo mocodawców zewnętrznych), to wystarczyło że wyrzekł owe słowo "Veto" ("nie pozwalam") i od tej chwili dana ustawa przepadała, chyba że veto zostało wycofane. Nic więc dziwnego że specjalnych broszurach dla swoich posłów w Rzeczpospolitej, kancelarie innych państw radziły, aby zaraz po przeprowadzeniu veta, dany poseł opuścił pole sejmowe, gdyż w przeciwnym razie istniało spore niebezpieczeństwo że może wycofać swoje "nie pozwalam". Należy bowiem pamiętać, że w kolejnych dniach do owego posła ustawiały się kolejki tych, którzy starali się go przekonać do zmiany zdania. Próbowano różnymi sposobami, prośbą (nad losem biednej Ojczyzny), szantażem, groźbą, a nawet przekupstwem. Więc dziwnego że między obradami Sejmu dochodziło do częstych pojedynków na szable, które równie często kończyły się śmiercią. Dlatego też pozostawanie na polu sejmowym posła składającego veto, było niewskazane z różnych przyczyn dla tych, którym na rękę było ono w danej kwestii. Z czasem stało się to częścią systemu "Złotej wolności szlacheckiej" i wprost nie wyobrażano sobie Sejmu bez gromkiego "nie pozwalam". Zastanawiające jest jednak nie to, że liberum veto przyczyniło się do upadku państwa, ale to, że do niego bezpośrednio nie doprowadziło. Pamiętajmy bowiem że po raz ostatni weto użyte zostało na sejmie w 1762 r. Za panowania Augusta III Sasa (czyli elektora saskiego Fryderyka Augusta II). Przez 30 lat rządów tego króla zerwane zostały wszystkie sejmy, poza jednym (w tym koronacyjny 🤭). Ale już z chwilą wstąpienia na tron Stanisława Augusta Poniatowskiego w roku 1764, podczas jego trzydziestoletniego panowania, żaden Sejm nie został zerwany przez liberum veto. Jak to się stało i jak to możliwe? Dlaczego przy poprzednim królu zerwano prawie wszystkie sejmy, a przy tym żadnego, czyżby posłowie poszli po rozum do głowy?

Nie, aż tak dobrze to nie było, po prostu przed 1764 r. Rosja nie miała jeszcze pełnej kontroli nad Rzeczpospolitą i dlatego przekupywanie danych posłów było na rękę dworom mocarstw ościennych (Rosji, Prus, Austrii i Francji bo to były główne państwa, które żywo interesowały się wydarzeniami w Rzeczpospolitej), anarchizowaniu systemu politycznego polsko-litewskiego kolosa na glinianych nogach i niemożności przeprowadzenia w nim jakichkolwiek reform które wzmacniałyby państwo. Ale gdy od roku 1768 (de facto 1764) Rosja uczyniła z Rzeczpospolitej swoją kolonię (a zostało to prawnie przypieczętowane konstytucją z 1775 r.) dalsze istnienie liberum veto było nie tylko niepotrzebne, ale wręcz stawało się groźne. Przecież posługując się tym instrumentem politycznym, jakiś poseł patriota mógł po prostu powiedzieć "nie zgadzam się" na propozycje, które chciał (za zgodą i wolą imperatorowej Katarzyny) przeforsować w Rzeczpospolitej rosyjski ambasador i cały projekt poszedłby się turlać. Dlatego też przez trzydziestolecie rządu Stanisława Augusta Poniatowskiego nie użyto już więcej zasady liberum veto, a w jaki sposób zmuszono posłów do tego żeby byli pokorni i nie odzywali się? Pole sejmowe otaczało wojsko rosyjskie i to wystarczyło aby każdą rozgrzaną głowę ostudzić, gdyż w Rzeczpospolitej nie było wojska rodzimego autoramentu (co najwyżej stacjonowało jakieś 12 000 żołnierzy, co było kpiną, biorąc pod uwagę 100-tysięczną armię pruską, 150-tysięczną armię austriacką i prawie 200-tysięczną rosyjską), może poza prywatnymi pocztami magnackimi. Przykładem tego, co czeka niepokornych, były wydarzenia mające miejsce na Sejmie delegacyjnym w roku 1767, gdy na polecenie rosyjskiego ambasadora w Rzeczpospolitej Nikołaja Repnina, wojsko rosyjskie dokonało aresztowania i porwania przywódców opozycji (14 października), a byli to biskup krakowski Kajetan Sołtyk, biskup kijowski Józef Andrzej Załuski i hetman polny koronny Wacław Rzewuski wraz z synem Sewerynem. Wszystkich wywieziono do Kaługi, co oznacza że byli to pierwsi Sybiracy w polskich dziejach. Tak więc odtąd inni - kierując się tymi doświadczeniami - pokornie głosowali tak jak kazała Moskwa. 




Zaczęliśmy się wyzwalać z tego gówna dopiero od roku 1788, gdy Rosja najpierw toczyła wojnę z Osmańską Turcją, a potem ze Szwecją. Po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja 1791 r. (pierwszej nowożytnej konstytucji europejskiej i drugiej na świecie po amerykańskiej) Rzeczpospolita stała się na powrót niepodległym państwem, z konstytucyjnie gwarantowaną silną armią i nowym systemem politycznym. Było oczywiste że Rosja i Prusy nie mogą na to pozwolić. Wojna roku 1792 została przegrana głównie przez zdradę króla, a potem był drugi rozbiór i Powstanie Kościuszkowskie 1794 r. które przy wsparciu Rosji i Prus zostało przegrane (i nawet Tadeusz Kościuszko, bohater Wojny o Niepodległość USA nic tutaj nie wskórał, bo i wskórać nie mógł). Ostatni, trzeci rozbiór w roku 1795 położył kres istnieniu tamtego państwa, tamtej Rzeczpospolitej Wielu Narodów. A zdrajcy, czyli ci, którzy dążyli do likwidacji systemu ustanowionego przez Konstytucję 3 Maja w imię ocalenia "Złotej Wolności", czyli targowiczanie, choć realnie nie chcieli rozbiorów, ani upadku państwa polskiego, to uruchomili siły które do tych rozbiorów doprowadziły. I potem stali się pokornymi poddanymi imperatorowej (gdy Szczęsny Potocki przybył na dwór carycy Katarzyny do Petersburga, prosząc o łaskę dla Polski, "mojej ojczyzny" - jak twierdził, ona mu przerwała, mówiąc: "Pańską ojczyzną jest odtąd Rosja, i nie ma już innej". Szybko to zaakceptował i stał się wiernym poddanym imperatorowej. Ale już drugie pokolenie tych zdrajców (a szczególnie trzecie) przelewało swoją krew, czy to pod Cesarzem Napoleonem, czy później w Powstaniach, walcząc o odrodzenie Rzeczpospolitej "Ojczyzny Naszej". Dlaczego to robili? Czy nie mogli wiernie służyć Rosji, Prusom i Austrii tak jak targowiczanie? Co ich pchało do walki, która mogła zakończyć się śmiercią, w imię ojczyzny, która już nie istniała? Otóż powiem wam co to było. Ci ludzie szybko przekonali się, że żyjąc pod obcą władzą stali się ludźmi drugiej, a często trzeciej kategorii i to było przekonanie dojmujące, niezwykle silne. Po utracie własnego państwa przestali być jego gospodarzami, przestali mieć udziały we wspólnej spółce, która nagle (przy poparciu ich ojców) została rozwiązana (bo tak należałoby potraktować Ojczyznę, jako wspólną własność nas wszystkich, w której mamy swoje udziały, a bez której stajemy się żebrakami, proszącymi o wsparcie). Oni to zrozumieli dopiero wtedy, gdy już było za późno, dlatego przelewali swoją krew najpierw u boku młodego Korsykanina jeszcze w Italii od 1796 r., a potem byli z Nim aż do końca do 1815 r. To On pobił wszystkich naszych zaborców Austriaków, Prusaków i Rosjan. W podzielonej na trzy części Polsce (która pomimo utraty ciała, nie utraciła ducha), kult Napoleona przez cały XIX wiek był bardzo silny. Aż wreszcie od roku 1914 Leguny Piłsudskiego (jak również inni żołnierze polscy, walczący zarówno we Francji, jak i w Rosji), zaczęli budzić Polskę do życia. I obudzili, stworzyli silną, niepodległą Ojczyznę, która miała ambicję aby stać się europejskim mocarstwem, jednak była zbyt młoda żeby to osiągnąć i kolejni bandyci, tym razem Hitler i Stalin odebrali nam tamten kraj i tamten świat.







PS: Powinniśmy pamiętać o tym, jak skończyli nasi przodkowie, którzy ponownie musieli walczyć, przelewać krew i umierać aby odzyskać to, co ich przodkowie stracili przez swoją tak naprawdę głupotę. Pamiętajmy o tym, bo mając obecnie władze które realnie nie są władzami polskimi i nie realizują polskiego interesu narodowego, musimy odzyskać Polskę. Całe szczęście że nie musimy o Nią walczyć zbrojnie, że nie musimy przelewać za Nią krwi, bo możemy to załatwić w inny sposób, za pomocą kartki wyborczej. Teraz jednym z kluczowych spraw jest niedopuszczenie do przyjęcia paktu migracyjnego i jego realizacji, wypowiedzenie zielonego ładu i wszystkich ets-ów które niszczą nasz potencjał i blokują nasz rozwój gospodarczy. 




PS2: A tak przy okazji doskonałą robotę wykonuje obecnie Robert Bąkiewicz na naszej granicy zachodniej, który dziś blokował most w Zgorzelcu, bo Niemcy już się tak rozbestwili, że przywożą nam migrantów, wysadzają ich po naszej stronie i odjeżdżają. Dlatego musimy wymienić Tuka na polskiego premiera i jeśli raz jeszcze byłaby taka sytuacja (a wiadomo że będą się one powtarzać) to należy postawić tam nie tylko policję, ale również wojsko z wycelowanymi karabinami i jeśli nie odjadą na wystosowane żądanie, to kierować ogień na koła auta, a następnie aresztować ich, za nielegalne przekroczenie granicy Rzeczpospolitej z bronią. Skończyło się pobłażanie, zaczyna się walka i coś czuję że przyjdzie nam jeszcze zbrojnie się zmierzyć z naszym zachodnim sąsiadem (obym się mylił, ale bebech mi tak podpowiada, a jak mawiał Skipper: "zawsze ufaj swojemu bebechowi" 😉). I tym zabawnym akcentem życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga dobrej nocy.



"JAK BĘDZIE TRZEBA, TO ZABLOKUJEMY CAŁĄ NIEMIECKĄ GRANICĘ" - ROBERT BĄKIEWICZ 












CDN.

niedziela, 23 lutego 2025

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XIX

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA 
Cz. XIX


WJAZD ORSZAKU KRÓLOWEJ LUDWIKI MARII DO GDAŃSKA 
(1646)



 Zimową porą (w ostatnich miesiącach 1651 r.) król Jan II Kazimierz i królowa Ludwika Maria opuścili Warszawę i udali się na zimowy odpoczynek nad morze. Królowa była już w widocznej ciąży i podróż do Gdańska miała służyć przede wszystkim narodzinom zdrowego dziecka (najlepiej przyszłego następcy tronu, bo choć o wyborze króla decydowała szlachta, to jednak najczęściej wybierała ona spośród członków już panującego rodu - tak było w czasach Jagiellonów i tak też było w czasach Wazów, z której to dynastii wywodził się Jan Kazimierz, co oczywiście nie oznaczało, że innych kandydatów nie brano pod uwagę). Była to dosyć szczególna podróż, zważywszy że król wraz z dworem płynął barką w dół Wisły, natomiast królowa była niesiona w lektyce wzdłuż brzegu (sama wybrała taki właśnie sposób podróżowania, jako że obawiała się, iż na rzece może jej się zrobić niedobrze, albo w inny sposób może zagrozić nienarodzonemu dziecku, dlatego też wolała bezpiecznie siedzieć w lektyce, którą nieśli jej słudzy). Pierwszy dłuższy (czyli kilkudniowy) postój, miał miejsce dopiero w Malborku. W tym dawnym krzyżackim zamku (notabene największym średniowiecznym zamku w Europie) który teraz był siedzibą wojewody malborskiego, król i królowa przebywali w oddzielnych komnatach na Zamku Wysokim. Król bowiem niepokoił się o żonę i o dziecko, które nosiła w łonie i chciał mieć do niej blisko (na wypadek gdyby na przykład zaczął się poród, chociaż był to szósty, a może dopiero siódmy miesiąc). Miłe chwile spędzone nad Nogatem, zaburzyło jednak coś, czego Jan Kazimierz się nie spodziewał, a co szybko trafiło do uszu królowej. Mianowicie nie uszło uwadze ludzi z otoczenia królowej, że król łakomym okiem spogląda na pewną pannę, która była żoną jednego ze stronników królowej,  podkanclerzego Hieronima Radziejowskiego - Elżbiecie że Słuszków. Co prawda Jan Kazimierz dbał o zachowanie pozorów, ale nie uległo oczom stronników królowej jego nazbyt figlarne zachowanie w stosunku do Elżbiety. Jego uśmiechy i swoiste flirty.

Królowa bardzo się tym przejęła, ba, można nawet powiedzieć że się zdenerwowała (co zapewne będzie później miało jakiś wpływ na dziecko). Należy jednak powiedzieć że to właśnie ona wyswatała Radziejowskiego z Elżbietą ze Słuszków. Dziewczyna pochodziła z majętnej szlacheckiej rodziny, jej posag był dość duży, a przede wszystkim była bardzo ładna, dlatego też stała się swoistą nagrodą dla Radziejowskiego za wierność oddaną królowej na sejmach i w tzw. intrygach dworskich). Zresztą to również Ludwika Maria nadała (a raczej przekonała swego małżonka, aby ten nadał Radziejowskiemu funkcję podkanclerzego). Otoczeniu stronników królowej, Radziejowski szczególnie się wybijał, ale też szczególnie był nagradzany. Otrzymał w podarku także niezwykle dochodowe starostwo łomżyńskie. Radziejowski jednak był mężczyzną, który - mówiąc oględnie - nie należał do aniołków. Elżbieta już była jego trzecią żoną, wszystkie poprzednie zmarły nie bez jego winy. Oczywiście nie oznacza to że jest zamordował, albo otruł, raczej chodzi mi tutaj o jego charakter, a mianowicie potrafił doprowadzać te kobiety do psychicznego i fizycznego bólu. Szczególnie to drugie, gdyż miał ewidentnie ciężką rękę i wszystkie jego żony były przez niego bite. Urodził się Hieronim Radziejowski w roku 1612 w rodzinie wojewody łęczyckiego Stanisława Radziejowskiego i Katarzyny Sobieskiej (ciotki przyszłego króla Jana III Sobieskiego, który w 1683 r. ocalił Wiedeń i całe chrześcijaństwo od turecko-islamskiej niewoli). Jego ojciec (szanowany i zacny obywatel) wysłał syna na zagraniczne studia, ale już w 1629 r jako zaledwie 17-letni podrostek, Radziejowski służył u hetmana Stanisława Koniecpolskiego i wziął udział w bitwie pod Trzcianą ze szwedzkimi wojskami dowodzonymi osobiście przez króla Gustawa II Adolfa (który potem w wojnie trzydziestoletniej w Niemczech będzie siał przerażenie w wojskach Ligii Katolickiej, kierowanej przez austriackich Habsburgów). Pod Trzcianą, gdzie wojska polskie rozbiły Szwedów, Radziejowski zdobywał pierwsze wojenne szlify.




Ale nie trwało to długo, bo już po śmierci króla Zygmunta III Wazy i wyborze jego syna Władysława IV (listopad 1632 r.), znalazł się wśród królewskich dworaków, a od roku 1633 po raz pierwszy został wybrany posłem na Sejm. Miał poparcie i patronat króla Władysława i dzięki temu robił szybką karierę w polityce, a co za tym idzie zdobywał również liczne nadania ziemskie. W 1635 r. poślubił swoją pierwszą żonę - Katarzynę z rodu Ostrorogów, po swym pierwszym mężu noszącą nazwisko Woyna. Była ona dziedziczką ogromnego majątku - Kryłowa nad Bugiem, nad którym górował zamek, otoczony dwoma pierścieniami umocnień (pierwszy stanowiła woda i rozległe bagniste łąki, drugi zaś wały i przekop). Dzięki temu małżeństwu Hieronim Radziejowski stał się bardzo bogatym człowiekiem. Ale właśnie wówczas, podczas tego małżeństwa uwidocznił się jego okrutny charakter, a mianowicie bił swoją żonę tak, że ta często całymi dniami nie opuszczała swoich komnat, wstydząc się pokazać nawet służbie. Nie to jednak było najgorsze. Potrafił bowiem również doprowadzić swoją żonę do psychicznych tortur, przekonując ją że jest szpetna i że nie zasługuje na to, aby być jego żoną. Istnieje podejrzenie (bo oczywiście nie ma na to żadnych dowodów) że owa kobieta straciła przez to rozum i zmarła w roku 1640 r., zostawiwszy oczywiście mężowi ogromny majątek. 1642 r Radziejowski poślubił księżną Euforozynę Wiśniowiecką, czym skoligacił się z możnym książęcym rodem ruskim - Wiśniowieckich, którego jednym z przedstawicieli był kniaź Jarema (o którym pisałem w poprzednich częściach). Przeniósł się z Kryłowa do majątku żony (równie obszernego jak ten wcześniejszy) i oficjalnie wiedli oni sielankowe życie, często byli odwiedzani przez rodzinę księżnej Eufrozyny, a także przez samego króla Władysława IV i jego pierwszą małżonkę Cecylię Renatę (organizowano wówczas wspaniałe bale, a Hieronim i Eufrozyna pokazywali wszystkim jak bardzo się miłują i jak są zgodnym małżeństwem). Prawda jednak była okrutna. Eufrozyna (podobnie jak wcześniej Katarzyna) była regularnie bita przez męża. Praktycznie była ubezwłasnowolniona, nie wolno jej było niczego uczynić bez jego zgody, a jeśli coś mu się nie spodobało... 🤕 Eufrozyna Wiśniowiecka (po pierwszym mężu - Tarnowska) zmarła podczas porodu w grudniu 1645 r. w wieku zaledwie 41 lat, rodząc syna, który otrzymał imiona Michał Stefan Radziejowski (od 1687 r. prymas Polski).

Po śmierci królowej Cecylii Renaty w marcu 1644 r., a szczególnie po ślubie Władysława IV z Ludwiką Marią w marcu 1646 r. kariera Hieronima Radziejowskiego jeszcze przyśpieszyła. Stał się jednym z najbliższych stronników królowej (u Cecylii Renaty pełnił funkcję krajczego i z tą samą funkcją pozostał u Ludwiki Marii). Był marszałkiem sejmu roku 1645. Wtajemniczony w królewskie plany wojny z Turcją (Władysław IV i plany wielkiej wojny z Imperium Osmańskim) udał się wiosną 1646 r. na Sicz, aby przekonać starszyznę kozacką do wojny i wybadać nastroje Kozaków. Z misji tej wywiązał się doskonale, król był z niego bardzo zadowolony (choć nie udało mu się przeforsować na sejmie swoich planów wobec silnego oporu szlachty). Dalej Radziejowski robił karierę, przemawiając na sejmach, spierając się tam z innowiercami, dbając o przywileje Kościoła (i o interesy królowej). Prywatnie zaś w roku 1647 wszedł w konflikt prawny z wojewodą krakowskim Stanisławem Lubomirskim i jego przyjaciółmi o solne zupy wielickie (a w tamtym czasie m.in. sól i zboże generowały ogromne dochody), których administratorem został za zgodą króla. Do poważnych rozruchów doszło w październiku i listopadzie 1647 r. gdy Lubomirski najechał Wieliczkę i groził otwarcie Radziejowskiemu, że "posieka go na kawałki" (dwa listy Lubomirskiego do podkanclerzego Leszczyńskiego) jeśli ten nie zrzeknie się administrowania żupami solnymi. Radziejowski się nie wystraszył, ale doszło do sprawy sądowej (nie znamy niestety jej w wyniku, tym bardziej że w ówczesnej Rzeczpospolitej sprawy sądowe pomiędzy magnatami - czy nawet szlachcicami - toczyły się długo, a gdy już zapadał wyrok, to często był on niewykonalny, gdyż magnaci dysponowali prywatnymi pocztami wojskowymi, a sędziowie nie, więc nie miał kto ich ukarać, czy wymusić wykonanie wyroku 🤭. Szczególnie na wschodzie Rzeczpospolitej była pod tym względem prawdziwa wolna amerykanka). Jednak wraz z nowymi nominacjami i dochodowymi nadaniami, malała popularność Radziejowskiego wśród szlachty. Gdy w grudniu 1647 r. król Władysław IV postanowił obdarzyć go również podskarbiostwem koronnym i starostwem samborskim, powstała taka wrzawa wśród szlachty, że ostatecznie Władysław wycofał się z tego pomysłu. Gdy wspaniała dekada dobiegła końca (bowiem lata 1638-1648 są w dziejach Rzeczypospolitej bodajże najwspanialszym okresem pod względem ekonomicznym i politycznym. Nie toczono wówczas żadnych wojen, a szlachta się totalnie rozleniwiła, siedząc na swych dochodowych majątkach i licząc kasę z wysyłanego na Zachód  Europy zboża, oraz z zasiedlania ogromnych terenów na Wschodzie. Właśnie bowiem w tym okresie polska kolonizacja na ukraińskich stepach przybrała największe rozmiary) powoli kończyła się również błyskotliwa kariera Hieronima Radziejowskiego.




Po śmierci Władysława IV i wyborze na króla jego brata Jana II Kazimierza, Radziejowski jeszcze utrzymał się na fali. W 1648 r. został wybrany jako jeden z 27 komisarzy na dowódcę armii koronnej, która doznała tak upokarzającej klęski w bitwie z Kozakami pod Piławcami (w zasadzie nie tyle to była klęska, oni po prostu uciekli, co pokazuje jak bardzo dekada luksusu i nic nierobienia dała się we znaki). Potem we Lwowie wraz z księciem Wiśniowieckim porzucił obronę miasta i wycofał się stamtąd (pisałem o tym we wcześniejszych częściach). Potem na Sejmie musiał Radziejowski zjeść dużo "kwaśnych jabłek" tłumacząc się (oczywiście nie tylko on, również i inni którzy stamtąd uciekli) z ucieczki spod Piławiec i z haniebnego porzucenia obrony Lwowa. Był jednym z tych, któremu nie podawano ręki na znak pogardy wobec ich postępowania. Gdy w 1649 r. bronił się Zbaraż, Radziejowski ruszył z armią koronną i w bitwie (a raczej w starciach) pod Zborowem, wykazał się odwagą i męstwem (pragnąc zmazać swoje wcześniejsze przewiny). Gdy w grudniu 1649 r. zmarł marszałek Kazanowski, pozostawiając swej żonie - Elżbiecie olbrzymi majątek, Hieronim postanowił uderzyć do niej w konkury. A ponieważ była ona jedną z dwórek królowej, uzyskał w tym poparcie samej Ludwiki Marii i w maju 1650 r. odbył się ich ślub. Dzięki temu mariażowi Radziejowski stał się współwłaścicielem 6 starostw (z których tylko jedno - bielskie dawało aż 80 000 zł rocznego dochodu, co było ogromną kwotą). W tym też czasie (w nieco spóźnionym prezencie ślubnym, bo nie nastąpiło to od razu po ożenku) otrzymał Radziejowski z woli królowej podkanclerzostwo. Z tego powodu w grudniu 1650 r. urządził w swych dobrach ogromny bankiet (a wśród listów gratulacyjnych był nawet i ten od papieża - Innocentego X). Ale wkrótce po zakończeniu tego bankietu (a szczególnie pod Sokalem i Beresteczkiem), należy odnotować powolny, acz konsekwentny upadek Hieronima Radziejowskiego.




Po ślubie z trzecią żoną oczywiście jego charakter nie zmienił się i był takim samym mężem dla Elżbiety, jak wcześniej dla Katarzyny i Eufrozyny. Problem tylko polegał na tym, że Elżbieta była nieco bardziej zadziorna, ale nie na tyle, aby zbytnią brawurą pokazywać podbite oczy. Będąc w otoczeniu królowej, przyciągnęła do siebie wzrok króla Jana Kazimierza. Ale nim na dobre Ludwika Maria dowiedziała się od tym flircie (bo chyba trudno to nazwać inaczej), Elżbieta że Słuszków starała się być dobrą, kochającą żoną. W czasie kampanii roku 1651 udała się wraz z mężem do obozu pod Sokalem, ale tam właśnie ich małżeństwo realnie się zakończyło. Radziejowski codziennie publicznie wszczynał kłótnie z żoną, czym przyciągał gapiów i wyrabiał o sobie negatywne opinie. Elżbieta wielokrotnie po takich kłótniach płakała, czym budziła litość. Pod Beresteczkiem Elżbieta (podobnie jak inne kobiety uczestniczące w tej bitwie, jak choćby markietanki - czyli prostytutki które zapewniały żołnierzom przyjemność) znajdowała się w taborach. Po zwycięstwie doszło jednak do gorszących scen, gdy Radziejowski publicznie uderzył swoją małżonkę w twarz ("w twarz" 😂), co nie było akceptowane (żonę można było bić u siebie w domu, prywatnie, tak aby nikt tego nie widział i nikt nie wynosił prywatnych spraw na zewnątrz). Elżbieta natychmiast się spakowała i opuściła obóz pod Beresteczkiem, wracając do Warszawy (przy wsparciu swego brata wniosła też w Warszawie sprawę rozwodową o unieważnienie małżeństwa, sprawa ta będzie się toczyła przez kilkanaście lat i ostatecznie zakończy się rozwodem). W każdym razie, gdy królewska para udawała się nad Bałtyk, Elżbieta (będąc nadal dwórką królowej Ludwiki Marii) oficjalnie była już w trakcie rozwodu ze swym mężem Hieronimem Radziejowskim (ten, za zgodę na unieważnienie małżeństwa żądał od niej jej pałacu, który odziedziczyła po swym pierwszym mężu - marszałku Adamie Kazanowskim) i być może dlatego tak skwapliwie przyjmowała komplementy króla.


Lata 70-te 
"CZAR PRL-u"
(Choć nie było mnie jeszcze na świecie 🥴)

"To świnia jakaś zboczona, on od tyłu mnie podglądał!"

"W twarz!?"

"A w co?" 🤭



Królowa wpadła w rozpacz i w gniew, gdy dowiedziała się o flircie swego małżonka z Elżbietą. Podczas tej podróży Ludwika Maria starała się jednak zachować pozory i nie pokazywać swoich emocji (choć kazała nieustannie obserwować Elżbietę i gdy była ona w towarzystwie króla, miano o tym natychmiast donosić Ludwice Marii) to w czasie tej podróży nie dała jej do zrozumienia że jest z niej niezadowolona (stanie się to dopiero po powrocie do Warszawy). Wkrótce miała rodzić, zapewne więc nie chciała się denerwować, aby dziecko przyszło na świat zdrowe. Po opuszczeniu Malborka, para królewska kontynuowała podróż dalej do Gdańska (król płynął barką po Wiśle, królowa zaś podążała brzegiem niesiona w lektyce). Wjazd do tego portowego miasta był niezwykle uroczysty (choć nie aż tak bardzo, jak ten sprzed pięciu lat, podczas swej ostatniej wizyty w Gdańsku, orszak królowej Ludwiki Marii był tak liczny, że nawet to bogate miasto miało trudności z pomieszczeniem ich wszystkich. Istnieje też legenda, że właśnie podczas swej wizyty w Gdańsku w roku 1646 Ludwika Maria miała ofiarować jednemu z rajców miejskich swój pierścień, który następnie przechowywano w tej rodzinie przez kolejne stulecia. Ponoć 10 lutego 1920 r. gen. Józef Haller podczas uroczystości zaślubin Polski z morzem, miał wrzucić morską toń Bałtyku właśnie ten pierścień, który niegdyś ofiarowała Ludwika Maria jednemu z miejskich rajców. Oczywiście nie wiadomo na ile ta legenda jest prawdziwa, ale nawet jeżeli nie jest - to i tak jest piękna. Notabene niedawno obchodziliśmy 105 rocznicę powrotu Polski nad morze i odejmując nawet pięcioletnią niemiecką okupację, to i tak nasza obecność nad Bałtykiem ma już 100 lat i warto o tym pamiętać, bo jak uczyłem się chodząc do pierwszej klasy w Gdyni - a był to przełom roku 1988/89, uczono nas tam wówczas takiej oto pieśni: "Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec. Mamy rozkaz cię utrzymać, albo na dnie, na dnie twoim lec". Notabene (jak wiedzą już czytelnicy tego bloga), mój pradziadek służył w Błękitnej Armii Hallera, ale nie mam pojęcia czy w lutym 1920 r. był na Pomorzu. Jedno jest tylko pewne, kiedyś w naszej rodzinie była taka czapka "hallerówka", jak byłem mały, to widziałem ją jeszcze u dziadka, a potem nie wiem już co się z nią stało, po śmierci dziadka w 1996 r. gdzieś zaginęła. W tamtym czasie jednak nie przywiązywałem do tego wielkiego znaczenia, tym bardziej że moja babcia była chora na raka, a ja, jako mały smarkacz przychodziłem do niej i spałem z nią w jednym łóżku. Nie wiem dlaczego wtedy tak robiłem, pamiętam tylko że jak pokazywała swoją pierś, to widok był okropny, wielka dziura zżarta przez raka - do dzisiaj to pamiętam). Zmarła w Sylwestra roku 1984, gdy miałem 3 lata 9 miesięcy.




Teraz mi się przypomniało (tak trochę wzięło mnie na wspominki), że moja kuzynka Anna (Ania) też się martwiła że ją kiedyś pewnie czeka to samo, jako że rak ponoć dziedziczony jest z babki na wnuczkę (nie wiem czy to prawda). Ale ona zmarła inaczej. Tak zmarła, jako młoda dziewczyna (20 lat), zmarła na chorobę, która wówczas stawała się coraz popularniejsza - oczywiście w tym negatywnym sensie (szczególnie wśród dziewczyn), a mianowicie na anoreksję. Przykro mówić o tym, przykro o tym pisać, ale dziewczyna sama się zagłodziła, bo uznała że jest za gruba (choć w ostatnim roku postępowania tej choroby wyglądała niestety bardzo źle). 3 lata się z tym zmagała i przegrała, choć jej rodzice zrobili wszystko, aby ją uratować (umieścili ją nawet w specjalnym szpitalu, w którym miano ją karmić, ale ona nawet tam potrafiła wszystkich oszukać. Dochodziło do tego, że zeskrobywała miast masło z chleba i rzucała te kulki z masła na podłogę - straszne jak o tym pomyślę). W ostatnich dniach swego życia, pragnęła tylko śmierci, mówiąc do rodziców "żeby to się już skończyło". Teraz jak sobie o tym pomyślę (choć może nie zabrzmi to zbyt dobrze), to jednak wydaje mi się, że tak właśnie miało być, że ona przyszła tutaj tylko na te parę lat życia i że była to niezwykle rozwinięta dusza. Gdy byliśmy dziećmi, mieszkaliśmy w jednym dużym domu podzielonym na dwie części. W jednym nasza rodzina (znaczy mojego taty) po drugiej stronie rodzina jego brata (czyli ojca Anny). Fajne to były czasy, beztroskie, dom był duży (mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, po środku był specjalnie dla nas przygotowany pokój zabaw, a na dole mieszkał dziadek z babcią, tuż obok garażu, dużego, przestronnego z dwoma kanałami. Pamiętam jak się tam też bawiłem. Zresztą w mojej rodzinie zawsze było umiłowanie do samochodów. Mój pradziadek - jak słyszałem - był kierowcą i woził gen. Hallera, a potem po roku 1920 założył firmę przewozową, choć początkowo była to firma dorożkowa). 

Ale wracając do przerwanego momentu o którym opowiadałem - tak właśnie uważam, że Anna przyszła na ten świat po pierwsze na krótko (może tyle właśnie potrzebowała) a może przyszła tutaj również nie tylko dla siebie, może też... dla mnie, jako że zawsze miałem jakiś taki dziwny charakter i jako dziecko byłem (m.in) zawistny. Pamiętam że wkurzało mnie, że moja siostra młodsza ode mnie o 3 lata Anna była młodsza o 2, zawsze jej ulegała, a moja siostra nie należy do osób które łatwo komukolwiek ulegają, po dziś dzień (jest niezwykle przedsiębiorczą, mądrą kobietą - wydaje się nawet że mądrzejszą ode mnie, chociaż nie chcę tego przyznawać przed samym sobą 😂). A jednak zawsze trzymała z Anią i mnie to trochę irytowało. Pamiętam też że konkurowałem z nią o względy naszego pozostałego rodzeństwa - choć dziś wydaje się to głupie. W każdym razie lubiłem mieć rację, lubiłem żeby moje było na wierzchu. Pamiętam kiedyś taką sytuację, jak się o coś założyliśmy i ja wygrałem, to chciałem wymusić na niej uległość, jako że tak się umówiliśmy i ona wtedy zadała mi pytanie: "Co byś jeszcze chciał, żebym była twoją niewolnicą", pamiętam że wtedy nic nie odpowiedziałem i zrobiło mi się głupio. Tak, ewidentnie musiała również przyjść na ten świat, żeby mnie trochę naprowadzić, żebym się nieco charakterologicznie zmienił. I to, śmierć taty i inne rzeczy których od tamtej pory doświadczyłem, w dużej mierze mnie całkowicie odmieniły. Niestety jednak nadal drzemie we mnie ten pokład umiłowania "ciemnej mocy" (że tak to nazwę), co niekiedy objawia się również na tym blogu. W każdym razie to tyle na dziś, w następnej części postaram się nie zbaczać z tematu i nie robić już prywatnych wycieczek.




CDN.