Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I WOJNA ŚWIATOWA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą I WOJNA ŚWIATOWA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 lutego 2025

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. XII

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






PRZYGOTOWANIA DO WOJNY 
Cz. I


Wojsko Polskie z 1939 roku - w książkach, filmach, prasie, publikacjach i widowiskach - uchodzi za przestarzałe. Najlepsze, co można o nim przeczytać, to że w chwili rozpoczęcia II wojny światowej swoim standardem dorównywało wojskom walczącym w I wojnie światowej. Warto więc się przyjrzeć, jak wyglądały armie dwudziestolecia międzywojennego i w jaki sposób ich używano.


WETERAN UCZY TAKTYKI WOJENNEJ CHŁOPCÓW
Z ARYSTOKRATYCZNYCH RODÓW
(POŁOWA XVIII WIEKU)



Nowoczesna organizacja sił zbrojnych - której odejścia do historii jesteśmy świadkami - powstała na przełomie XVIII i XIX wieku. Jeszcze w XVIII wieku armie były jednolitymi formacjami, maszerującymi w jednej kolumnie - zarówno ze strachu przed nieprzyjacielem, jak i ze strachu przed masową dezercją własnych żołnierzy, siłą wcielonych do wojska. Armia podchodziła do swojego celu, staczała o niego bitwę i wygrywała - lub przegrywała - wojnę. Wszystko zmieniła rewolucja francuska. Do francuskiej armii trafili żołnierze, którzy wiedzieli, o co walczą. Walczyli o zdobycze rewolucji: o wolność, równość, braterstwo, a przede wszystkim o pieniądze, majątek i liberalną politykę podatkową. To właśnie był duch, który umożliwił Napoleonowi podbój Europy, bronionej przez armię ancient regimé'u. Nic dziwnego, że francuski system został zaadoptowany przez wszystkie państwa europejskie. Polegał przede wszystkim na przekonaniu żołnierzy, że będąc częścią armii, walczą nie tylko w interesie władcy, lecz także - a może przede wszystkim - we własnym interesie. Poborowy był indoktrynowany od najmłodszych lat w specjalnie przygotowanej instytucji - obowiązkowej szkole państwowej. Patriotyzmu uczył się na lekcjach historii, języka narodowego, religii, geografii, a krzepę fizyczną zdobywał na lekcjach gimnastyki. W XIX wieku regułą było, że wojny wygrywały państwa, w których był obowiązkowy system edukacji. Te, w których takiego systemu nie było - wprowadzały go po pierwszej przegranej wojnie. 

Armie stawały się masowe. Nikt - czy raczej prawie nikt - z nich nie dezerterował. Olbrzymie armie sprawiły, że konieczny stał się ich podział na takie formacje, które mogły oddzielnie maszerować i samodzielnie toczyć małe bitwy, a w razie potrzeby skoncentrować się do stoczenia bitwy walnej. Konieczne było także zreorganizowanie dowodzenia, które umożliwiłoby skuteczne zarządzanie masami ludzkimi. Od dawien dawna - często od średniowiecza - funkcjonowały kompanie, bataliony, pułki i dywizje. Kompania liczyła około 100 ludzi i nie była niczym więcej, jak grupą żołnierzy skupioną wokół swojego dowódcy - kapitana (czyli "głowy"). Kilka kompanii łączono w bataliony, które na polu bitwy mogły samodzielnie wykonywać działania bojowe: maszerować, atakować, bronić się. Pułk, czyli regiment, początkowo różnił się od batalionu jedynie tym, że funkcjonował także w czasie pokoju: rekrutował, szkolił, zarządzał żołnierzami. Dywizja natomiast - jak sama nazwa wskazuje - była częścią armii. Warto pamiętać, że dywizje były czymś wyjątkowym, bowiem nowożytne armie stanowiły z reguły całość. Nową wartość organizacji wojskowej nadała rewolucja francuska. Najważniejszą formacją był wciąż batalion. Dywizja ewoluowała w stałą formację, w której zgrupowanych było kilka batalionów. Dowódca dywizji na polu walki dowodził wszystkimi tymi batalionami albo samodzielnie, albo korzystając z pomocy dowódców pułków lub dowódców brygad (różnica pomiędzy tymi formacjami polegała na tym, że pułk przede wszystkim służył do administrowania wojskiem w czasie pokoju, a brygada - mająca niewiele więcej batalionów niż pułk - mogła służyć jako miniaturowa dywizja).


11-letni KSIĄŻĘ PORUCZNIK DOGLĄDA SWÓJ REGIMENT 
(FRANCJA - POŁOWA XVIII WIEKU)



Najważniejszym jednak wojskowym wynalazkiem Napoleona był korpus. Korpus składał się z kilku dywizji piechoty, brygady jazdy oraz artylerii. Stanowił armię w miniaturze. Korpusem dowodził marszałek i jedynie na czas walnej bitwy bezpośrednie dowództwo obejmował sam cesarz. Skoncentrowanie korpusów było przedsięwzięciem niesamowicie trudnym, wymagającym olbrzymiego doświadczenia, doskonałego planowania, efektywnego współdziałania i wiele szczęścia. Czasem koncentracja korpusów nie udawała się nawet Francuzom, a wówczas przegrywali bitwy, operacje i kampanie. W kolejnych latach nauczono się jednak i tej trudnej sztuki. Bardzo pomocne okazały się koleje żelazne oraz telegraf. W drugiej połowie XIX wieku na froncie walczyły trzy-cztery armie składające się z trzech-czterech korpusów każda. Gdy w 1914 roku wybuchła wielka wojna, w każdej ze stron walczyło po kilkanaście armii, konieczne stało się więc zgrupowanie ich w jeszcze większe formacje, nazwane grupami armii albo frontami. Lecz tak samo jak w czasach wojen napoleońskich współdziałanie kilku korpusów nie zawsze było efektywne, tak samo podczas I wojny światowej współdziałanie grup armii nie zawsze przynosiło pożądane efekty. Trudności związane z dowodzeniem wielkimi armiami nie wynikały z kwestii militarnych, lecz ekonomicznych. Ekonomia to umiejętność wykorzystania zasobów, których - zawsze -  jest zbyt mało. W XVIII wieku dawano sobie z tym radę, tworząc system magazynów i walki toczono właśnie z reguły o te magazyny. Napoleon nadał wojnie zupełnie nową dynamikę i wojska żywiły się, ubierały i zbroiły, wykorzystując zasoby zdobyte na przeciwniku. Tam, gdzie brak było takich zasobów, starano się dowieźć je wszelkimi możliwymi środkami. Jako że naziemne środki transportu były mało wydajne, to i wydajność żywionych w ten sposób armii nie była wielka. Wzrosła dopiero w połowie XIX wieku - po pojawieniu się linii kolejowych.


FRANCUSCY KIRASJERZY PRZECHODZĄ PRZEZ DUNAJ 
PRZED BITWĄ POD WAGRAM 
(1809)



Wciąż pozostawały nierozwiązane problemy: jedna linia kolejowa może pomieścić ograniczoną liczbę pociągów. W dodatku zapasy przywiezione koleją trzeba jeszcze dowieźć do wojsk oddalonych od stacji rozładunkowych. Problemy ekonomiczne - w dawnym języku wojskowym zwane kwatermistrzowskimi, a we współczesnym: logistycznymi - doprowadziły do tego że w XIX i XX wieku organizacja wojskowa sprowadzała się do prostego podziału: korpus to formacja, która działa wzdłuż jednej linii komunikacyjnej (najczęściej kolejowej). Schodząc niżej po drabinie organizacyjnej, również możemy znaleźć podobne powiązania pomiędzy ekonomią (kwatermistrzostwem, logistyką) a organizacją wojenną. Z tym, że należy wziąć pod uwagę nie transport kolejowy, ale konny (jeszcze w ostatnim roku II Wojny Światowej 1944/1945 w Wehrmachcie było aż 100 000 koni). Kompania to - w gruncie rzeczy - formacja skupiona wokół kuchni polowej. Bynajmniej nie jest to żadna kpina (bowiem zapewnienie żołnierzy w stały posiłek jest kluczowym zadaniem każdej armii, w jednym z kolejnych tematów opowiem jak ten problem rozwiązywano chociażby w czasie Powstania Styczniowego w latach 1863-64, gdzie przecież była to wojna oddziałów bardziej powstańczych niż regularnej armii po stronie polskiej). Kuchnia polowa -  wynaleziona w początkach XX wieku - umożliwiała przygotowanie posiłku jeszcze podczas marszu i zaserwowanie go żołnierzom tuż po dotarciu na miejsce postoju. Jako że koń pociągowy jest w stanie - zgodnie z regulaminami wojskowymi i zdrowym rozsądkiem - pociągnąć po drodze gruntowej ciężar 500 kg. Taką więc masę miały kuchnie polowe. Mogły one wydać około 200 posiłków - i taką wielkość miały kompanie strzeleckie przez cały niemal XX wiek.


ATAK "SZARYCH" SZKOTÓW gen. WILLIAMA PONSOMBY'EGO NA 45 PUŁK LINIOWY ARMII FRANCUSKIEJ W BITWIE POD WATERLOO
(1815)



Podział na kampanie miał znaczenie czysto administracyjne: dowódca prowadził ewidencję żołnierzy, wydawał im przepustki, a szef kompanii ubierał i - z pomocą kuchni polowej - karmił żołnierzy. Kompanie nie walczyły samodzielnie. Najmniejszą formacją zdolną do prowadzenia samodzielnego boju był batalion. Liczył blisko 1000 żołnierzy w czterech kompaniach. Przemiany I wojny światowej sprawiły, że jedna z tych kompanii była wyposażona w "broń zespołową" - ciężkie karabiny maszynowe pomagające w obronie oraz moździerze piechoty pomagające w natarciu. To właśnie ta kompania - nazywana najczęściej kompanią ciężkich karabinów maszynowych - stanowiła o sile batalionu. Smutna prawda była taka, że regulaminy zakładały, iż utrata nawet połowy strzelców nie wpłynie znacząco na siłę batalionu. Walczyła przede wszystkim broń zespołowa, strzelcy służyli natomiast przede wszystkim jako zasłona dla niej oraz jako elementy rozpoznające stanowiska broni zespołowej przeciwnika. To właśnie w kompanii ciężkich karabinów maszynowych batalion miał uzbrojenie potrzebne do powstrzymania szturmu przeciwnika, zniszczenia jego pozycji obronnych, powstrzymania czołgów, a nawet - do samoobrony przeciwlotniczej. Bataliony piechoty armii europejskich niewiele się od siebie różniły. Wielowiekowe doświadczenie wskazywało, że batalion powinien liczyć kilkaset ludzi, raczej nie więcej niż 1000 - ponieważ taką grupą można skutecznie dowodzić. Liczniejszy ma większą siłę ognia, staje się jednak trudny w dowodzeniu i manewrowaniu. O ile kompanie strzeleckie wymagały jedynie kilku wozów - kuchni polowej i jakiejś bryczki kancelaryjnej - to kompanie karabinów maszynowych potrzebowały jednego wozu konnego dla każdego karabinu maszynowego czy moździerza. Po wielu próbach znaleziono kompromis pomiędzy siłą ognia a długością batalionowych kolumn taborowych - kompania karabinów maszynowych liczyła z reguły 12 karabinów maszynowych oraz pojedyncze sztuki moździerzy czy też działek piechoty.


HIRAM MAXIM PREZENTUJE SKONSTRUOWANY PRZEZ SIEBIE
KARABIN MASZYNOWY
(1884)



Jakość tego uzbrojenia była jednakowa w całej Europie. Niemal wszystkie ciężkie karabiny maszynowe wywodziły się od wspólnego przodka zbudowanego przez Hirama Maxima, miały podobną masę i podobną sprawność. Takie samo było również wyposażenie w amunicję - trzeba bowiem pamiętać, że karabin maszynowy wraz z amunicją był przewożony na wozie konnym zaprzężonym w jednego konia. A wozy dla karabinów maszynowych i konie pociągowe były w całej Europie takie same. W niektórych armiach pozwalano co prawda na większe obciążenie wozów, ryzykując wytrzymałość zarówno samych wozów, jak i koni, a istotne różnice pojawiały się w państwach o odmiennych systemach komunikacyjnych - na przykład w górzystej Jugosławii. (...)


W BITWIE NAD SOMMĄ BRYTYJCZYCY PO RAZ PIERWSZY W HISTORII UŻYWAJĄ CZOŁGÓW, TYM SAMYM SIEJĄC PANIKĘ 
W NIEMIECKICH SZEREGACH
(14 września 1916)





CDN.

środa, 16 października 2024

TRIANON - WĘGIERSKA TRAUMA - Cz. I

I DO DZIŚ NIEZABLIŹNIONA RANA




 Był szczególnie brzydki piątek 4 czerwca 1920 r. Chociaż to już było lato, dzień był chłodny, pochmurny, wyjątkowo nieprzyjemny, a słońca praktycznie nie widać było za gęstych chmur, które przetaczały się po niebie. W zasadzie dzień ten oddawał nastrój ludzi, zebranych na Placu Bohaterów w Budapeszcie, którzy tego właśnie dnia rozpoczynali swoją narodową żałobę, trwającą tak naprawdę do dziś dnia (czyli już ponad 100 lat). Cóż takiego się wydarzyło, że naród węgierski do dzisiaj postrzega tamto wydarzenie jako narodową tragedię, wręcz rozbiór państwa, które było jednym z największych w Europie, a skończyło jako niewiele znaczący ogryzek Europy Środkowej (choć akurat tutaj też liczą się elity, co współcześnie pokazuje chociażby przykład Wiktora Orbana, czy premiera Słowacji Roberta Fico - którzy są wielkimi przywódcami małych państw. Natomiast zarówno Węgry jak i Słowacja, Czechy, Rumunia, Bułgaria, te wszystkie kraje zachowały swoją pierwotną elitę polityczną, która co prawda nieco się zmieniła w czasach komunistycznych, ale nie aż tak bardzo jak to miało miejsce u nas. Nasza elita kończyła w dołach śmierci w Katyniu, w Palmirach, w niemieckich obozach koncentracyjnych i w sowieckich łagrach, a ci którym udało się przetrwać,  osiedli na Zachodzie {tam też osiadło również wielu wybitnych polskich naukowców, którzy później przez lata pracowali na wielkość USA, Wielkiej Brytanii, Francji czy innych krajów, tylko nie Polski - bo tutaj najpierw Sowieci z Niemcami urządzili krwawą łaźnię, a następnie przez lata komunistycznego zniewolenia tak naprawdę nie dało się ani pracować, ani żyć wybitnym jednostkom}. Nasze nowe "elity" przyjechały na sowieckich tankach ze Wschodu, a w ciągu kolejnych dekad jedynie dokooptowano do tego towarzystwa technokratów {i najróżniejszych politycznych cwaniaków}, którzy aby przetrwać, musieli działać i mówić tak jak tamci. Węgrom ta katastrofa została oszczędzona, dlatego też dzisiaj Węgry mają węgierskiego Orbana, a my mamy niemieckiego Tuska).

Węgry zostały zranione, mocno zranione, choć w ich przekonaniu kara jaka została im zadana, była niewspółmierna do ich ewentualnej winy. Bo cóż też było miało być tą winą? Że Węgry w dualistycznej monarchii z Austrią, razem walczyły po stronie Państw Centralnych w Wielkiej Wojnie? A jaki miały wybór? Żadnego! tym bardziej że cesarz z rodu Habsburgów (rezydujący głównie w Wiedniu) był równocześnie ich królem. Z tego też powodu przedstawiciele zwycięskich mocarstw uznali to państwo za pokonane i wrogie, a tym samym narzucili mu tak drakońskie warunki, jakich nie narzucono żadnemu innemu państwu z którym Ententa toczyła Wielką Wojnę. Tak więc 4 czerwca 1920 r. dokładnie o godzinie 16:15 w Pałacu Trianon pod Paryżem, dwaj węgierscy przedstawiciele: minister spraw socjalnych Ákos Benárd i ambasador Alfréd Drasche-Lázár (w towarzystwie Ivána Praznovszkyego, hrabiego Istvána Csáskyego, radcy ambasady Jánosa Wettsteina i sekretarza Arnó Bobrika) podpisali dokument hańby, który realnie oznaczał rozbiór Wielkich Węgier. Przyglądało się temu 22 przedstawicieli Ententy i państw z nią stowarzyszonych, oraz 4 przedstawicieli doproszonych z Kanady, Australii, Nowej Zelandii i Republiki Południowej Afryki. Po stronie węgierskiej dokument ten podpisywało przedstawicielstwo o tak niskiej hierarchii dyplomatycznej, ponieważ żaden inny polityk na Węgrzech nie chciał podpisać tego traktatu, aby nikt nie kojarzył owej hańby z jego nazwiskiem. Wyznaczono więc do tego ludzi pośrednich, gdyż ktoś musiał to podpisać bo inaczej Węgry stałyby się pariasem Europy i chcąc nie chcąc zostały do tego zmuszone, ale Węgrzy w swej świadomości wypierali tę hańbę (i wypierają ją poniekąd po dziś dzień).

Jak w ogóle do tego doszło i dlaczego Węgrzy odczuwają tak wielką stratę, jaką ponieśli na korzyść państw sąsiednich: głównie Rumunii (utracono obszar 103 095 km² i 5 257 467 ludności), Czechosłowacji (61 633 km² i 3 517 568 ludności), Królestwa Serbii, Chorwacji i Słowenii - od 1929 r Jugosławii (20 551 km² i 1 509 295 ludności), Austrii (4 020 km²), Włoch (jakiś niewielkie tereny na Słowacji), a także Polski (dwie wioski na Spiszu, zamieszkałe łącznie przez 230 osób). Kraj który jeszcze w 1918 r. liczył 282 870 km² i 18 264 000 ludności, w roku 1920 liczył już 92 963 km² i 7 615 117 ludności, czyli zmniejszył się o ponad 10 649 000 mieszkańców, z czego jakieś 30% to byli rodowici Węgrzy. Zresztą zarówno w Siedmiogrodzie (przyłączonym do Rumunii), jak również na Słowacji (która stała się częścią Czechosłowacji), Węgrzy zamieszkiwali głównie miasta, a także stanowili lokalną elitę. Wszystkie zamki na Słowacji, jak również wszystkie dwory w Siedmiogrodzie należały do Węgrów, natomiast Słowacy (i Rumunii) to byli głównie chłopi. Włoski podróżnik Claudio Magris tak opisywał słowacką ziemię: "Większość panów zamieszkujących te posiadłości stanowili Węgrzy. Dla słowackich chłopów pozostawały drevenice, chaty lub małe domy z desek, połączonych słomą lub suchym nawozem. (...) ręce chłopek z leżącej u podnóża zamku wioski dziś jeszcze są barwy ziemi, wysuszone i sękate niczym korzenie drzew, torujące sobie drogę pośród kamieni. (...) przez wieki Słowacy byli ludem ignorowanym, nieznanym substratem i tkanką swego kraju, podobnym owej słomie i suchemu nawozowi spajającemu drevenice". Wielkie Węgry, Węgry historyczne przeszły do historii, pozostał ogryzek, którym obecnie włada Wiktor Orban.




Nim jeszcze w Pałacu Trianon przedstawiciele Węgier zostali zmuszeni do podpisania owego haniebnego traktatu, który nazwano traktatem pokojowym - czyli 4 czerwca 1920 r. (a więc na zaledwie jeden dzień przed rozpoczęciem ofensywy Siemiona Budionnego na Ukrainie, gdyż od 7 maja 1920 r. Wojsko Polskie przebywało w Kijowie a front stał na Dnieprze, Białej Cerkwi, Samhorodku, Piskowie, Hajsynie,  Bracławiu aż do Dniestru), już od rana, od godziny 8:00 na Placu Bohaterów w Budapeszcie (przed ustawionym w 1895 r. Panteonem węgierskich królów) zaczął gromadzić się gęsty tłum. W tłumie tym licznie znajdowali się uchodźcy z ziem które od Węgier odpadały, a którzy przybyli do stolicy aby zamanifestować swój sprzeciw wobec rozpadu kraju, sprzeciw wobec rozbioru Węgier po ponad tysiącletniej jego historii. Przybyli oni tam z transparentami ziem, które odpadały od węgierskiej macierzy i można było wówczas przeczytać nazwy owych ziem: Górne Węgry (czyli dzisiejsza Słowacja), Siedmiogród, Kraina Południowa (dzisiejsza Wojwodina). Obok czerwono-biało-zielonych sztandarów powiewały tam również czarne, żałobne proporce i proporcjonalnie było ich znacznie więcej niż flag narodowych Węgier. Ok. godziny 9:30 tłum sprzed Placu Bohaterów ruszył aleją Andrássyego ku Bazylice św. Stefana, gdzie też o godzinie 10:00 miało się odbyć nabożeństwo żałobne. Po drodze śpiewano hymn narodowy na przemian z węgierskimi pieśniami patriotycznymi, a także dały się słyszeć tu i ówdzie pojawiające się okrzyki: "Precz z Ententą!", "Sprawiedliwość dla Węgier!", "To nie pokój!". Tuż przed godziną 10:00 we wszystkich kościołach w Budapeszcie rozdzwoniły się dzwony, stanęły wszystkie tramwaje, a na 5 minut również pociągi i statki na Dunaju. Mszę w Bazylice św. Stefana odprawił opat Kálmán Kovács (gdyż biskup István Zadravecz był wówczas chory), który w ostatnich słowach swego kazania zwrócił się do zebranych: "Pokażemy, że chcemy żyć i żyć będziemy. Nie zgorzknienie i nie nienawiść wiodą nas, gdyż wierzymy w odrodzenie, lepszą przyszłość, w którą z pomocą boską nieustannie ufamy". Na zakończenie tłum odśpiewał hymn, po czym ludzie przeszli pod pomnik narodowego poety Sándora Patöfiego, gdzie również odśpiewano hymn i rozwiązano zgromadzenie. Udając się do swych domów ludzie szli w smutku, niektórzy płakali - potworna żałoba spadła wówczas na Węgry.

O godzinie 11:05 zebrało się Zgromadzenie Narodowe, a głos zabrał reprezentujący komitat Veszprém - István Rokovszky, który po odczytaniu krótkiego oświadczenia parlamentu Węgier w tej sprawie, wypowiedział na koniec takie oto słowa: "W dniu dzisiejszym Węgry znalazły się w historycznym punkcie zwrotnym. Dziś podpisany zostanie układ pokojowy, który oznacza rozdrobnienie naszego tysiącletniego państwa. Nazywają traktatem pokojowym to, co nie gwarantuje wiecznego pokoju, lecz wieczny niepokój" (z sali wówczas dało się słyszeć głosy: "Właśnie, właśnie...!"). (...) "Nikogo nie można przymusić do czegoś, co jest niewykonalne" - kontynuował Rokovszky i zwrócił się do tych Węgrów, którzy: "są dziś od nas odcinani: po tysiącletnim wspólnym życiu i losie musimy się rozejść, ale nie na zawsze!" (z sali padły głosy: "Nie na zawsze!", "Nigdy!"). Co doprowadziło Węgry do takiej tragedii, której efekty tak naprawdę ciążą na nich po dziś dzień? Wielu Węgrów uważało że głównym spirytus movens owej hańby traktatu z Trianon do której zostali zmuszeni, był premier Francji Georges Clemenceau. Opowiadano sobie że wpływ na to miał jego osobiste doświadczenia, a mianowicie to, że jego syn poślubił Węgierkę - Idę Michnay, z którą później się rozwiódł. Powodem rozwodu miał być romans, w jaki wydałaś się Ida w czasie, gdy młody Clemenceau był na froncie. Georges raczej nie utrzymywał dobrych stosunków ze swym synem, natomiast z synową dosyć ożywione, wspierał ją i pomagał, ale jego stosunek również się zmienił po tym, jak wyszło na jaw, że Ida rzeczywiście zdradzała jego syna (ten porzucił ją wówczas z dwojgiem dzieci). Na Węgrzech uznano więc oficjalnie że powodem niechęci Francuzów - a szczególnie właśnie Clemenceau do Węgier, była jego osobista, rodzinna trauma, której następnie dawał on wyraz, dyktując Węgrom tak okrutne warunki pokojowe.

Jaka była jednak prawda? Kto zawinił, kto rzeczywiście ponosił odpowiedzialność i gdzie należy jej szukać? Czy wśród przedstawicieli państw Ententy którzy na mapie Europy w Wersalu nie byli w stanie znaleźć Wisły tylko dlatego, że była ona tam zapisana po niemiecku? Czy może jednak winę ponosili sami Węgrzy, którzy należąc do dualistycznej monarchii również przegrali wojnę, a Austriacy pociągnęli ich na dno za sobą? O tym opowiem już w kolejnej części tej nowej serii, która jednocześnie jest pierwszą na temat Węgier jako takich. 




Poza tym jak to mówi się w tym przysłowiu: "Polak Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki". Węgrom należy oddać szacunek, jako że bez ich wsparcia, a przede wszystkim bez ich amunicji - którą dostarczyli nam w kluczowych dniach Bitwy Warszawskiej w sierpniu 1920 r. przegralibyśmy tę bitwę (gdyż nie mieliśmy już czym strzelać, a wszystkie fabryki amunicji w naszym kraju zostały zniszczone kompletnie w czasie Wielkiej Wojny) i co za tym idzie Sowieci doszliby do Niemiec, a prawdopodobnie również do Francji, Włoch i Hiszpanii. Powstałaby nowa komunistyczna, zjednoczona Europa, zbudowana oczywiście na milionach zamordowanych "wrogów socjalizmu". W 1939 r Hitler chciał aby Węgry również uczestniczyły w agresji na Polskę, ale premier Węgier Pál Teleki powiedział, że jakakolwiek akcja wymierzona przeciwko Polsce ze strony Węgier jest niemożliwa ze względu na zaszłości historyczne i względy moralne, a przez jakąkolwiek akcję rozumie również przemarsz przez węgierskie terytorium wojsk niemieckich i zapowiedział że jeżeli Niemcy nadal będą naciskać i usiłować wymusić takie działania, to gotów jest użyć siły. Potem po klęsce w 1939 r. Węgrzy bardzo często przymykali oko na internowanych na Węgrzech żołnierzy polskich. Dochodziło do tego, że Polacy chodzili sobie po mieście zupełnie nie pilnowani, a wielu z nich już nie wracało do obozu internowania, tylko przedzierali się dalej do Francji, do tworzonego tam Wojska Polskiego, aby dalej walczyć z niemieckim okupantem które zniszczył nam kraj. Węgrzy też pomagali nam w czasie rzezi na Wołyniu w 1943 r. chroniąc ludność polską przed ukraińskimi nacjonalistami z OUN-UPA, a także w Powstaniu Warszawskim 1944 r. Odpłaciliśmy im się w roku 1956 w czasie Powstania Węgierskiego gdy Sowieci niszczyli wolnościowy zryw Węgrów. Wówczas w Polsce organizowano powszechną pomoc dla krwawiących Węgier, oddawano masowo krew, polskie dzieci wysyłały zabawki dla dzieci węgierskich, przygotowywano leki, środki opatrunkowe, ubrania nawet żywność. To wspólne wsparcie z Bratankami poniekąd przetrwało do dziś.





PS: Kochani ostatnio jestem tam tak zawalony pracą, że dosłownie nie wiem w co ręce mam włożyć, dlatego też nieco mniej angażuję i tutaj na tym blogu, aczkolwiek być może szybko się to zmieni. Zobaczymy jak szybko uda mi się pewne sprawy uporządkować (i to sprawy które się nagle niestety zwaliły mi się na głowę i wymagają niezwłocznej interwencji). Cóż, nikt nie powiedział że będzie łatwo (a nie chcę nie będę się tutaj skarżyć).


CDN.

czwartek, 19 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. III

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





"SOWIECI NIE WCHODZĄ"
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DOŚWIADCZENIA I INSPIRACJE 
Cz. II


 Rumunia weszła do walki dopiero w trzecim roku wielkiej wojny, w którym ententa spodziewała się odnieść zwycięstwo (wcześniej Rumunii byli "molestowani" przez obie strony konfliktu koniecznością wejścia do wojny, na co długo nie zamierzali się zgadzać. Niemcy i Austro-Węgry nalegały na wejście Rumunii do konfliktu zbrojnego ze względu na zabezpieczenie swych dróg komunikacji z Imperium Osmańskim, gdyż jak mówiono w Berlinie: "Rumunia to klucz do wschodu", a podstawą tych planów był traktat sojuszniczy zawarty przez Rumunię z Austro-Węgrami - 30 października 1883 r. i skierowany był wyraźnie przeciwko Rosji. Układ ten - odnawiany cyklicznie co 5 lat, ostatni raz 5 lutego 1913 r. - przez cały ten czas pozostawał tajny. Król Rumunii - który przechowywał traktat w swej własnej skrytce - pokazywał go jedynie mianowanemu przez siebie premierowi na okres jego kadencji, tak więc do wybuchu I Wojny Światowej o owym traktacie w Rumunii wiedziało tylko kilkanaście osób. Gdy więc w 1913 r. Austro-Węgierski poseł w Bukareszcie zaproponował aby traktat ten poddać pod głosowanie parlamentom w Wiedniu, Budapeszcie i Bukareszcie, król Rumunii Karol I (z niemieckiego rodu Hohenzollern-Sigmaringen) wpadł w panikę. Poseł Ottokar Czernin zanotował potem: "Przerażenie jakie ogarnęło króla na samą myśl, że tak surowo strzeżona tajemnica (...) mogłaby wyjść na światło dzienne, pokazało mi, że przywrócić do życia martwy traktat byłoby niemożliwością". Rzeczywiście, na początku I Wojny Światowej traktat ten był już martwy, powstał bowiem w innych czasach i w innych okolicznościach które się zestarzały. Społeczeństwo Rumunii było zaś bardzo prozachodnie, a król Karol, chociaż wolałby stanąć po stronie Państw Centralnych, nie mógł postąpić wbrew woli narodu. Podstawą przyłączenia się Rumunii do I Wojny Światowej było pewność uzyskania nabytków terytorialnych, jakie mogłyby im ofiarować strony tego konfliktu. Niemcy, w zamian za przystąpienie Rumunii do wojny ofiarowały jej Besarabię (zajętą przez Rosję na Turcji w 1812 i potem w 1878 r. a utraconą na rzecz Rumunii w 1856 r.) i należący do Serbii okręg Negotin, leżący na prawym brzegu Dunaju. Rosja, w zamian za życzliwą neutralność, ofiarowała Rumunii Siedmiogród i Bukowinę (wchodzące w skład Monarchii Austro-Węgierskiej). Jak już wspomniałem nastroje społeczeństwa rumuńskiego były pro-zachodnie (a w szczególności pro-francuskie), oraz anty-astriackie, a z całą pewnością anty-węgierskie. Tym bardziej zdobycie Siedmiogrodu i Bukowiny było znacznie korzystniejsze niż opanowanie Besarabii, chociaż za przyłączeniem się do ententy przemawiała również obawa o powojennej dominacji Słowian na Bałkanach. Mimo to Rumunii postanowili podążać drogą Włoch, tak jak Włochy uczynią, tak zrobi również Rumunia i gdy Włochy ogłosiły neutralność, neutralność ogłosiła Rumunia (na początku wojny), ale gdy 23 maja 1915 r. Włochy wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom, Rumunia pozostała neutralna. Trudno się temu dziwić, Włochy mogły sobie na to pozwolić gdyż realnie nie miały śmiertelnego wroga (chociaż pragnęły opanować zarówno Trydent, Tyrol i Istrię należące do Austro-Węgier, jak i Korsykę, Niceę, Sabaudię a być może również Tulon i Marsylię, nie mówiąc już o Tunezji - na Francji). Rumunia była otoczona śmiertelnymi wrogami z trzech stron, od północy Rosją, od północnego-zachodu Monarchią Austro-Węgierską (szczególnie zaś Węgrami) i od południa Bułgarią. Każdy krok musiałby być więc przemyślany, jeśli nie chciano zniszczyć kraju (tym bardziej że po październiku 1915 r. i w wejściu do wojny Bułgarii, tragiczny los Serbii był tutaj szczególnie dobitnym memento). Politycy rumuńscy domagali się zarówno od jednej jak i drugiej strony jasnej deklaracji na piśmie, że dane terytoria przypadną Rumunii po zakończeniu wojny, na co większość państw nie chciała się zgodzić. Ostatecznie państwa ententy zgodziły się nie zakończyć wojny, dopóki cele Rumunii nie zostaną spełnione, a gdy 4 czerwca 1916 r. ruszyła rosyjska ofensywa gen. Brusiłowa (wydaje mi się że był to bodajże najlepszy generał rosyjski I Wojny Światowej, choć otoczony bandą niekompetentnych durniów i ludzi celowo rzucających mu kłody pod nogi), przeważyło to szalę na korzyść ententy i 27 sierpnia 1916 r. (o 20:30) Rumunia wypowiedziała wojnę Austro-Węgrom. Dnia następnego wojnę Rumunii wypowiedziały Niemcy, Imperium Osmańskie wypowiedziało wojnę Rumunii 30 sierpnia, a Bułgaria 1 września i tak to się zaczęło).

Jeszcze lepiej - chociażby na bliskie związki rumuńsko-polskie - znano w Polsce losy Królestwa Rumunii. Francuzi walczyli pod Verdun, Brytyjczycy nad Sommą, Włosi o Gorycję, a Rosjanie przeprowadzili na południowym odcinku frontu wschodniego ofensywę pod dowództwem generała Aleksieja Brusiłowa (wówczas to m.in. w krwawej bitwie pod Kostiuchnówką zatrzymały marsz Moskali trzy brygady Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego, a ostatecznie ofensywa Brusiłowa zakończyła się zdobyciem jedynie Łucka, części Galicji Wschodniej i Bukowiny. Pewnie ofensywa ta osiągnęłaby więcej gdyby nie fakt, że zazdrośni o sukces Brusłowa inni rosyjscy oficerowie donosili na niego do cara że oszczędza ludzi - nie rzucając ich do huraganowych ataków - i marnuje (a raczej rozkrada) sprzęt, którego wciąż mu brakuje. Tak naprawdę jednak za brakiem sprzętu stały ogromne zapóźnienia rosyjskiego Imperium i trudności w dostawach sprzętu na front, oczywiście nie licząc celowych działań, mających na celu udowodnienie niekompetencji Brusłowa).




(...) Rumuńska armia była dość silna, po mobilizacji liczyła 23 dywizje, a więc więcej niż serbskie i bułgarskie wojska razem wzięte - jednak lekceważona przez przeciwników. Carscy generałowie złośliwie mówili, że jeśli Rumunii ruszyliby przeciwko nim, to potrzeba by było 40 rosyjskich dywizji do zatrzymania ataku; jeśli jednak Rumunii uderzyliby na Austro-Węgry, to i tak trzeba by rosyjskich 40 dywizji - dla uratowania rządu w Bukareszcie przed spodziewanym kontratakiem. Siedmiogrodu broniła świeżo zorganizowana austro-węgierska 1 armia. 27 sierpnia 1916 roku uderzyła na nią od południa (a właściwie to był już 28 sierpnia o godzinie 9:00 rano) 1 Armia rumuńska, od południowego wschodu - 2 Armia, a od północnego wschodu - Armia Północna (przemianowana następnie na 4). Wojska te sforsowały wysokie Karpaty - co samo w sobie było wyczynem - i powoli spychały na zachód wojska Habsburgów.


FRONT SIERPIEŃ 1916



3 Armia rumuńska miała osłaniać królestwo od południa - przed spodziewanym uderzeniem Bułgarów. I to właśnie ona zawiodła, bo już 1 września spadło na nią uderzenie bułgarskiej 3 Armii - czego spodziewali się rumuńscy generałowie - oraz VI Korpus tureckiej i niemieckiej brygady - co było dla Bukaresztu zaskoczeniem. Zawiedli też Rosjanie, bowiem generał Andriej Zajonczkowski - dowodzący XXX Korpusem Armijnym, mającym stanowić zabezpieczenie południowej granicy Rumunii - nie tylko maszerował zbyt wolno, aby dotrzeć na czas, ale niezbyt chciał podporządkować się rozkazom Rumunów. Już 6 września Bułgarzy odcięli i zmusili do kapitulacji dwie rumuńskie dywizje, osamotnione w twierdzy Tutrakan - co okazało się później mieć decydujące znaczenie dla całej kampanii.


FRONT WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 1916 



15 września rumuński sztab generalny postanowił wstrzymać ofensywę w Siedmiogrodzie, a zwolnione w ten sposób siły i środki przeznaczyć na powstrzymanie Bułgarów i Turków. Plan się nie powiódł, w dodatku siły austro-węgierskie broniące Siedmiogrodu zostały wzmocnione przez dywizje ściągnięte z innych frontów. W walkach wziął udział także elitarny bawarski Alpenkorps, który podporządkowano 9 Armii dowodzonej przez Ericha von Falkenhayna. 10 listopada uderzył on na karpackie przełęcze, wszedł na równiny i jeszcze przed końcem roku opanował całą Wołoszczyznę wraz z Bukaresztem.


FRONT LISTOPAD 1916 - STYCZEŃ 1917



Pomimo klęsk poniesionych jesienią 1916 roku zrąb rumuńskich sił zbrojnych udało się ewakuować na wschód, do Mołdawii, gdzie - dzięki pomocy sojuszników - zostały zreorganizowane i odbudowane. (Szczególnie zasłużył się szef francuskiej misji wojskowej generał Henri Barthelot). 22 czerwca 1917 roku formacje rumuńskie były zdolne - wspólnie z Rosjanami - do podjęcia ofensywy przeciwko austro-węgierskiej 1 Armii nad dolnym Seretem, a nawet odniesienia lokalnego sukcesu w bitwie pod Mârâsti. Ważniejsze było jednak samodzielne zatrzymanie kontrataku państw centralnych, znane jako bitwa pod Mârâsesti, we wrześniu 1917 roku. Uratowało to niepodległość Rumunii.

Nie na długo jednak, bowiem 7 listopada 1917 roku w Rosji wybuchła rewolucja październikowa, a jej skutkiem był rozpad armii carskiej. Pozbawiona wsparcia Rumunia musiała podpisać w grudniu zawieszenie broni, a 7 maja 1918 roku została zmuszona do zawarcia upokarzającego pokoju bukareszteńskiego. W zamian za zwrot Besarabii (...) Rumunia "zgodziła się" na "korektury graniczne", oddanie administracji wybrzeża Morza Czarnego w kondominium czterech państw centralnych (ziemie te miały jednak pozostać rumuńskie), oraz bardzo niekorzystne układy gospodarcze. Traktat bukareszteński został ratyfikowany przez parlament, ale król Rumunii nie podpisał go, co po kilku miesiącach okazało się bardzo istotne. 

W listopadzie 1918 roku do Bukaresztu dotarł bowiem - na czele symbolicznej armii składającej się z kilkunastu batalionów, szwadronów i baterii - generał Henri Barthelot. Miał on namówić Rumunów do antyniemieckiego wystąpienia. Nie było to trudne zadanie, Rumunii chętnie stanęli po stronie ententy, oficjalnie przywracając stan wojny z Niemcami 10 listopada. Jako że król nie podpisał traktatu pokojowego z Niemcami, Rumunia wciąż mogła być uznawana za jedno z państw ententy. Znalazło to odbicie w ustaleniach kończących wojnę: naddunajskie królestwo powiększyło się dwukrotnie - o Besarabię i Siedmiogród - stając się najsilniejszym państwem bałkanów (bez wątpienia Rumunia i poniekąd Serbia były największymi beneficjentami I Wojny Światowej. Oczywiście nie mówiąc o nas, gdyby bowiem nie ta wojna, nie byłoby naszej niepodległości).




Paradoksalnie najczęściej przytaczanym w powojennej Polsce przykładem politycznym, są losy Belgii. Państwo to zostało najechane przez Niemców w 1914 roku. W rękach Belgów pozostał skrawek ich ojczyzny, a rząd i armia funkcjonowały na terenie Francji. Przykład ten był bardzo wygodny, pokazywał bowiem że możliwe jest funkcjonowanie rządu na terenie obcego państwa, jednocześnie sugerując, że możliwość ta związana jest z geograficzną bliskością i uzyskaniem bezpośredniego wsparcia. Dlaczego w PRL-u przypominano Belgię, a nie Serbię? Przypominanie losów Serbii było bowiem dla krytyków II Rzeczpospolitej bardzo niewygodne. Serbia walczyła osamotniona i w pierwszych dniach wojny poniosła porażki, utraciła nawet stolicę - ale odzyskała ją i przez wiele kolejnych miesięcy była w stanie trwać, pomimo zniszczonej armii, rozbitego przemysłu i dostaw prowadzonych tranzytem przez neutralne państwo. Skoro udało się to Serbii w latach 1914-1915, dlaczego nie miało się udać Polsce w 1939 roku? Polska też walczyła osamotniona i w pierwszych dniach wojny poniosła porażki, utraciła nawet stolicę - ale mogłaby ją odzyskać i przez wiele kolejnych miesięcy trwać, pomimo zniszczonej armii, rozbitego przemysłu i dostaw prowadzonych tranzytem przez neutralne państwo.




Równie niewygodny był przykład Rumunii, najechanej i rozbitej przez wrogów, która przez wiele miesięcy kontynuowała opór na skrawku swego terytorium. Na czymś w rodzaju przedmościa rumuńskiego. Pierwszowojenne losy Rumunii sugerowały także i inne możliwości rozwiązania konfliktu wojennego: podpisanie separatystycznego pokoju i ponowne wkroczenie do wojny, gdy ta zbliżała się do zwycięskiego dla jej sojuszników końca. Wreszcie trzeba zwrócić uwagę, że decydująca ofensywa ententy była przeprowadzona na Bałkanach, i chociaż nie przyniosła rozbicia armii żadnego z przeciwników, to wszystkie państwa centralne zostały pokonane. Gniew społeczeństwa obalił stare władze, a nowe natychmiast podpisały zawieszenie broni. (I uczyniły to nawet Niemcy, które w chwili zakończenia wojny okupowały ziemie swoich wrogów). "Bezwarunkowa kapitulacja wrogów" która zakończyła II wojnę światową, była zjawiskiem bez precedensu na kontynencie europejskim. Był to bowiem pomysł administracji Stanów Zjednoczonych, które do tej pory w taki właśnie sposób kończyły większość wojen. Wojna między III Rzeszą a Rzeczpospolitą - która zamieniła się w II wojnę światową - nie musiałaby zakończyć się rozbiciem Wehrmachtu i podbiciem Niemiec. Mogłaby zakończyć się rozwiązaniem politycznym - najprawdopodobniej wymuszonym - jak ćwierć wieku wcześniej. 

(...) W Polsce po 1945 roku nie poświęcano wiele uwagi wydarzeniom wielkiej wojny (...) Najważniejsze dla Polaków były wojny toczone przez Rosję bolszewicką: zarówno wojna domowa z białymi, wojna przeciwko "obcym interwentom" - w tym wojny z Japonią - jak i późniejszy zabór państw zakaukaskich. Zmagania te trwały od 1918 do 1922 roku, a były prowadzone przez państwo wyczerpane wcześniejszą wojną i rewolucją, armiami bardzo źle wyekwipowanymi i jeszcze gorzej zaopatrywanymi w amunicję, paliwo i żywność. 




Podobne były zresztą i własne doświadczenia polskie z lat 1918-1920. Władze II Rzeczpospolitej zdecydowały, że pierwszeństwo przed doraźnymi działaniami zbrojnymi będzie miało zorganizowanie, wyszkolenie i wyekwipowanie Wojska Polskiego. Obrona granic była prowadzona siłami prowizorycznymi. Co prawda decyzja taka skutkowała na początku porażkami - najbardziej dotkliwa to utrata Zaolzia na rzecz Czechów - jednak była decyzją słuszną. Jeszcze wiosną 1919 roku udało się rozbić armie ukraińskie. (...) Następnie prowadzono zakrojone na szeroką skalę, choć ze zmiennym szczęściem, działania wojenne przeciwko Rosji. Podczas nich Wojsko Polskie utraciło wiele jednostek i znaczną część wyposażenia. Latem 1920 roku gros polskich sił udało się jednak wycofać na zachód, odbudować siły, zmobilizować nowe formacje i przeprowadzić nową kampanię. O wyniku wojny 1920 roku zdecydował nie tyle wynik Bitwy Warszawskiej, ile większy od rosyjskiego polski potencjał organizacyjny.






CDN.

środa, 18 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. II

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





"SOWIECI NIE WCHODZĄ
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)



DOŚWIADCZENIA I INSPIRACJE


 Zwykliśmy patrzeć na wydarzenia roku 1939 ze współczesnej perspektywy, wiedząc dokładnie, jak przebiegała II wojna światowa, jakiej broni użyto i jakie były jej skutki. (...) Nasi przodkowie mieli zupełnie inne doświadczenia, a jeszcze bardziej odmienne były ich inspiracje. Niemal wszyscy pamiętali wielką wojnę - wówczas nikt nie nazywał jej "pierwszą wojną światową", bo przecież nie było "drugiej". Wojskowi studiowali natomiast ostatnie wojny - wojny, które dziś zostały już zapomniane. Warto je sobie przypomnieć.

Największy rozgłos w Europie zdobyła oczywiście wojna domowa w Hiszpanii. Rozpoczęła się w lipcu 1936 roku, gdy wojsko zbuntowało się przeciwko rządowi. Rząd Hiszpanii - utworzony przez partie Frontu Ludowego - zaczął realizować politykę Związku Sowieckiego. W pierwszych dniach wojny strona rządowa - zwana również republikańską - zdołała zdusić spisek w większości garnizonów i utrzymać kontrolę nad większością Hiszpanii. Strona wojskowa - zwana również jako rebelianci, narodowcy, frankiści od nazwiska generała Francisco Franco - szybko zmobilizowała siły i ruszyła do ataku na stolicę państwa - Madryt.




Wojska generała Franco wyruszyły na Madryt w lipcu, a już w listopadzie rozpoczął się szturm na stolicę. Przez obserwatorów manewry te zostały uznane za błyskawiczne. Szturm na Madryt nie powiódł się, a wojska obu stron utknęły w okopach. Kilkukrotnie próbowano przywrócić wojnie charakter manewrowy, ale rzadko kiedy przynosiło to rezultaty. Strona republikańska otrzymała olbrzymią pomoc od Związku Sowieckiego. Strona narodowa wspierana była przez Włochów i - w mniejszym stopniu - przez Niemców. Wojna zakończyła się wiosną 1939 roku, gdy - niemal dosłownie - rozpadło się państwo republikanów. (...)

Wojna domowa w Hiszpanii przyniosła jej obserwatorom wiele materiału do przemyśleń, z tym że wnioski, jakie na ich podstawie wyciągnięto, były wzajemnie sprzeczne. Zgadzano się tylko z jednym -  wojna domowa w Hiszpanii była klęską w Związku Sowieckiego. Klęską na każdym szczeblu: militarnym, technicznym, ekonomicznym, ideologicznym i politycznym. Okazało się, że sowiecka sztuka wojenna - szczególnie jakość i styl dowodzenia - stoi na dużo niższym poziomie, niż sztuka wojenna Zachodu. (...) Uwagi obserwatorów nie umknął również fakt, że najbardziej zaawansowane systemy uzbrojenia sowieckiego są kopiami - licencyjnymi bądź bezlicencyjnymi - rozwiązań zachodnich. Artyleria pochodziła z czasów carskich (a właściwie z licencji zakupionych za cara), czołgi z Wielkiej Brytanii lub Stanów Zjednoczonych, a silniki lotnicze z Francji, Niemiec bądź Ameryki.

Fatalne wrażenie - szczególnie na lewicy -  sprawiał fakt, że pomoc sowiecka była całkowicie odpłatna. Republika wysłała do Związku Sowieckiego 2/3 swoich olbrzymich - czwartych na świecie - rezerw walutowych: 176 ton złota przez Francję i 510 ton drogą morską. Według dzisiejszych cen wartość tego złota wyniosłaby około 30 miliardów dolarów. Gdy jesienią 1938 roku hiszpańskie zapasy złota się skończyły - skończyła się również pomoc sowiecka. (...) Moskwa nie miała skutecznych rozwiązań dyplomatycznych - republikański rząd Hiszpanii stawał się coraz bardziej izolowany, izolowany był również Związek Sowiecki. Pod koniec 1938 roku prestiż Sowietów sięgnął dna: nie tylko rozpadły się fronty ludowe w innych państwach, ale powstała nawet -  konkurencyjna dla stalinowskiej -  trockistowska międzynarodówka komunistyczna.

Czysto militarne wnioski z hiszpańskiej wojny domowej były, jak wspomniano, wzajemnie sprzeczne, a przez to mylące. Okazało się, że uderzenia kolumn zmechanizowanych są w warunkach europejskich niemożliwe do przeprowadzenia. Również czołgi okazały się mniej warte, niż się spodziewano. Co więcej, małe włoskie czołgi zwane tankietkami wydawały się dobrym
rozwiązaniem: choć miały małą siłę ofensywną, to były niewielkie i względnie trudne do zniszczenia. Czołgi większe - których reprezentantami były sowieckie T-26 oraz BT - były podatne na ogień przeciwpancerny tak samo jak tankietki. Uznano, że w roli broni przeciwpancernej doskonale sprawdza się broń uniwersalna: najcięższe karabiny maszynowe (działka) kaliber 20 mm, ciężkie rusznice przeciwpancerne oraz działa piechoty. Wyspecjalizowane armaty przeciwpancerne zdawały się nadmiernym luksusem i należało skierować je do odwodów dywizyjnych.

Przewidywano, że przyszła wojna będzie podobna do wielkiej wojny - potwierdzał to również przebieg wojny hiszpańskiej. Walki miały charakter pozycyjny, nawet w kluczowych dla losów wojny miejscach. Ciężkie walki o Madryt trwały przez blisko pół roku, nie dały żadnego rozstrzygnięcia, a następnie front stał w miejscu - na przedpolach stolicy - przez równe dwa lata. Wojnę manewrową można było prowadzić jedynie wobec zdemoralizowanego przeciwnika, jak latem 1936 roku, gdy frankiści opanowali zachodnią Hiszpanię, jak latem 1937 roku, gdy uderzono na osłabionych wewnętrznymi sporami Baskijczyków i Asturyjczyków, czy tak jak latem 1938 roku, gdy republika chwiała się w posadach. Inne wielkie bitwy - Brunete, Teruel, Ebro, były zbliżone charakterem do bitwy pod Verdun z 1916 roku: trwały tygodniami a nawet miesiącami i polegały na zamiennym ostrzale artyleryjskim oraz szturmach piechoty. Były to bitwy materiałowe, wygrywała w nich ta strona, która miała lepiej rozwiniętą służbę kwatermistrzowską zapewniejącą amunicję, oraz służbę uzupełnień zapewniającą mięso armatnie. 

(...) Do czasów wojny domowej w Hiszpanii duże znaczenie dla rozwoju lotnictwa wojskowego miała doktryna Giulia Dougheta, włoskiego generała, który zakładał że masowe bombardowania miast doprowadzą do kapitulacji całego państwa (jednak, co ciekawe, to paradoksalnie wcale nie niemieckie lotnictwo czy czołgi były siłą przełamującą pozycje wroga, a właśnie artyleria, która była prawdziwą pancerną pięścią Wehrmachtu). Gdy 26 kwietnia 1937 roku samoloty włoskie i niemieckie zbombardowały historyczną stolicę Basków - Guernicę - postronnym obserwatorom mogło się zdawać że Doughet miał rację: republikanie ogłosili że zginęło 1700 cywilów a 3/4 miasta zostało doszczętnie spalone. W kręgach specjalistów szybko pojawiły się wątpliwości, a neutralni obserwatorzy - w tym brytyjscy i polscy - zauważyli, że charakter zniszczeń przypomina raczej planowe wyburzenia niż efekt bombardowania (np. zniszczone zostały trzy dzielnice mieszkaniowe, czwarta dzielnica o charakterze symbolicznym zachowała się w zadziwiająco dobrej kondycji). Dziś wiemy też, że ofiar nie było 1700 tylko ponad 10 razy mniej (zachowane dokumenty ze szpitali mówią o 120 zabitych, choć mogło ich być więcej).




Ataki powietrzne na inne miasta republikańskie potwierdzają niewielką skuteczność bombardowań. Madryt - leżący tuż za frontem, w zasięgu nie tylko bombowców, lecz także ognia artylerii - był bombardowany regularnie i systematycznie. Ataki te nie wpłynęły w znaczący sposób na sytuację militarną ani na morale mieszkańców (chociaż rząd opuścił miasto). (...) Teoria Dougheta nie została potwierdzona w praktyce. Rozbudowa sił bombowych jako rdzenia sił powietrznych okazała się nietrafionym rozwiązaniem.

Uznano natomiast, że bardzo duży wpływ na działania wojenne mają ataki szturmowe na wojska walczące w polu. Najlepszym dowodem na to było zatrzymanie ataku włoskiej kolumny zmechanizowanej na Madryt pod Guadalajarą. Nie zwrócono uwagi, że było to związane ze specyficzną sytuacją pogodową (lotniska włoskie tonęły w deszczu i błocie, czołgi włoskie tonęły w błocie, ale niebo nad nimi było błękitne i republikanie mieli suche lotniska i wspaniałą pogodę). (...) Po 1939 roku - nawet w kampanii polskiej - Piechota strzelała do wszystkiego, co latało, nie patrząc na przynależność państwową (ewenementem pod tym względem był amerykański 10 Pułk Piechoty, który podczas II Wojny Światowej masowo strzelał również do własnych samolotów, a żołnierze tego pułku powtarzali że w powietrzu mają dwóch wrogów: Luftwaffe i US Air Force. Było to spowodowane tym, że pułk ten ponosił znaczne straty w czasie tak zwanego "friendly fire" - który nadchodził właśnie z powietrza).

Wojna domowa w Hiszpanii sprawiła, że nieco inaczej niż dziś postrzegano Włochy. Być może jeszcze większe znaczenie miała wojna abisyńska, która wprowadziła Italię Mussoliniego do pierwszej ligi światowych mocarstw, będącym w stanie prowadzić długotrwałą wojnę na innym kontynencie, nie zważając na opinie - i sprzeciw - innych potęg (II Wojna Światowa bardzo szybko podważyła tę opinię, jako że Włochy stojąc po stronie Niemców były dla nich obciążeniem, a nie sojusznikiem. Dlaczego bowiem jesienią 1943 załamał się front wschodni? Dlatego że dywizje które miały pójść do walki z Sowietami, zostały skierowane przez Hitlera na front włoski {i częściowo do Francji}, gdzie po upadku Mussoliniego i kapitulacji Włoch przed Aliantami - 3 września 1943 r. - tamtejsze "miękkie podbrzusze Europy" mogło spowodować, że Alianci wdarli by się z południa do Niemiec, a ze wschodu do Francji. Włochy zresztą trzeba było wspierać militarnie już wcześniej w północnej Afryce i dla III Rzeszy w tych warunkach znacznie lepszym wyjściem było, aby Włochy nie przystępowały do wojny, a zachowały wobec Niemiec życzliwą neutralność, to by było znacznie bardziej korzystne, niż żałosna wojna jaką toczyli Italiańcy. Co ciekawe, latem 1940 r. Hitler chciał namówić gen. Francisco Franco - dyktatora Hiszpanii, aby również Hiszpania przyłączyła się do wojny. Ten jednak przedstawił Hitlerowi tak długą listę życzeń, których spełnienie doprowadziłoby niemiecki przemysł zbrojeniowy do upadku, a przynajmniej potwornej niewydolności, gdyż Franco - być może blefował, być może nie - twierdził, Hiszpania potrzebuje praktycznie wszystkiego i obecnie nie jest zdolna aby włączyć się do wojny. I rzeczywiście, chociaż początkowo Hitler złorzeczył na Franco, twierdząc że "wolałby dać sobie wyrwać wszystkie zęby, niż jeszcze raz z nim rozmawiać", to jednak, paradoksalnie nie włączenie się Hiszpanii do wojny po stronie III Rzeszy było dla Niemiec korzystne, podobnie zresztą jak dla Hiszpanii, i tak samo mogło być w przypadku Włoch. Zresztą ostatnich dniach swego życia, w bunkrze kancelarii Rzeszy w Berlinie, Hitler twierdził, że największym błędem jego życia było wsparcie, jakie udzielił Włochom Mussoliniego).




(...) Wojna w Abisynii, wojna domowa w Hiszpanii, oraz odległa wojna japońsko-chińska zdawały się potwierdzać przewidywania teoretyków wojskowych: dopóki przeciwnicy są dobrze przygotowani do walki, działania wojenne przypominają walki pozycyjne, toczone jak w wielkiej wojnie z lat 1914-1918. (...) Szybkie manewry i błyskawiczne rozstrzygnięcia są możliwe tylko wówczas, gdy przełamie się morale jednej z armii. (...) Wrzesień 1939 roku był więc dla wszystkich dowodem na to, że Rzeczpospolita Polska była państwem kalekim. Przekonanie to - wzmocnione sowiecko-fińską wojną zimową - trwało do maja 1940 roku, czyli do upadku Europy Zachodniej. 

Wojna w Hiszpanii była toczona w państwie o podobnym stopniu rozwoju gospodarczego i militarnego co Polska. Była to jednak wojna domowa, Polska natomiast przygotowywała się do wojny koalicyjnej. Dlatego też badano doświadczenia państw średniej wielkości, oddalonych od swych potężnych sojuszników, państw zmuszonych do walki z silniejszym przeciwnikiem i pokładających nadzieję, że wojna koalicyjna zakończy się ostatecznym zwycięstwem. 

Takimi państwami były w czasie wielkiej wojny Serbia i Rumunia. (...) Austro-Węgry miały dwóch potencjalnych wrogów: Serbię na południu i Rosję - sojuszniczkę Serbii - na północy. Latem 1914 roku siły zbrojne Austro-Węgier podzielono na trzy rzuty: trzy armie strzegły granicy z Rosją, dwie armie szykowały się do ataku na Serbię, a jedna armia stanowiła rezerwę, która mogła być wykorzystana do obrony na północy, albo do ataku na południu.

Gdy Austro-Węgry zaatakowały Serbię 28 lipca 1914 roku, do wojny włączyła się Rosja. Konieczność przerzucenia na północ armii rezerwowej, opóźniła habsburskie działania wojenne. Główne uderzenie na Serbię ruszyło dopiero 12 sierpnia i to siłami jedynie dwóch armii. Na Bałkanach panowała niemal idealna równowaga sił: austriacki dowódca Feldzugmeister Oskar Potiorek miał 275 batalionów piechoty i 510 dział, a serbski wojewoda Radomir Putnik - 270 batalionów piechoty i 528 dział. Serbowie mieli jednak istotną przewagę, ponieważ znali plany inwazji armii austro-węgierskiej, wydane im przez zdrajcę pułkownika Alfreda Riedla. Serbom udało się zatrzymać pierwsze uderzenie wroga, a nawet - wraz z Czarnogórcami - przeprowadzić niezbyt udaną ofensywę w Bośni. We wrześniu jednak wojska Potiorka sforsowały rzekę Drinę, pobiły obrońców i - po trwających kilka tygodni walkach pozycyjnych - w początkach grudnia zajęły opuszczony Belgrad.




Do jesiennych porażek armii serbskiej przyczyniła się techniczna przewaga wroga oraz brak właściwego uzbrojenia, a zwłaszcza amunicji, której nie produkowano na miejscu, lecz sprowadzano ją z zagranicy. Brak bezpośredniego połączenia morskiego z sojusznikami zmuszał Serbów do korzystania z tranzytu przez państwo neutralne. Grecy zgodzili się udostępnić port w Salonikach dla francuskich statków z pomocą dla Serbii, jednak bardzo niechętnie. Greccy - a szczególnie ich król - mieli ochotę na Macedonię, pozostającą wówczas w granicach Serbii. Gdyby nie interwencja Paryża, Grecja stałaby się wrogiem Serbii. Materiałowa pomoc aliantów dotarła do Serbii - via Saloniki - po dwóch miesiącach, niemal w tym samym czasie, gdy Serbowie zmuszeni byli oddać swoją stolicę. Pomoc wykorzystano niemal natychmiast do przeprowadzenia rozpaczliwej ofensywy i 15 grudnia 1914 roku odzyskano Belgrad. Wówczas to na froncie bałkańskim zapadła cisza - podobna do opisanej przez Remarque'a w "Na zachodzie bez zmian" na 10 długich miesięcy.




7 października 1915 roku armia austro-węgierska - wzmocniona posiłkami niemieckimi - uderzyła ponownie i po dwóch dniach zajęła Belgrad. Serbowie wycofali się w jako takim porządku na południe, utrzymując linie komunikacyjne z Salonikami. Połączenie zostało przerwane przez uderzenie bułgarskie. 11 października 1915 roku Bułgaria opowiedziała się przeciwko entencie i zaatakowała - aż ciśnie się na usta słowo: zdradziecko - Serbię. Wojewoda Putnik próbował - bez powodzenia - zorganizować odwrót przez Macedonię do Grecji, ostatecznie jednak został zmuszony do wydania 25 listopada rozkazu sauve qui peut ("ratuj się kto może"). Nakazywał on całej armii opuszczenie terytorium państwa i połączenie się z wojskami sojuszniczymi. Wraz z armią Serbię mieli opuścić także urzędnicy państwowi oraz... chłopcy do 12 roku życia, by ewakuować także przyszłych poborowych. Serbska armia została rozproszona. Jedyna droga ucieczki wiodła przez górzystą Albanię. 12 grudnia pierwsi szczęśliwcy weszli na pokłady alianckich okrętów. "Szczęśliwcy", bowiem zimowe warunki w albańskich górach były zabójcze i jedynie 155 000 Serbów dotarło do wybrzeży Adriatyku. Ponoć dwa razy tyle zginęło z głodu i chłodu, a wśród ofiar były też tysiące austro-węgierskich jeńców. Spośród 30 000 chłopców w wieku 12 - 18 lat ewakuowanych z Serbii jedynie 7 000 dotarło na Korfu: 15 000 zginęło jeszcze w górach, 6 000 w Albanii, oczekując na zaopatrzenie (...) a 2 000 podczas krótkiej podróży morskiej.

Króla Piotra, wojsko oraz rząd - w którym poczyniono pewne zmiany zgodnie z francuskimi sugestiami - ulokowano na greckich wyspach, przede wszystkim na wspomnianej Korfu. Armię - ze względu na śmiertelną chorobę Putnika dowodził nią teraz Petar Bojowić, a następnie Żiwoin Miszić - zreorganizowano i dozbrojono, a następnie wysłano na front. W tym czasie siły ententy w Grecji stawały się coraz większe (...) Na froncie macedońskim - oprócz sześciu dywizji serbskich - walczyli Brytyjczycy, Włosi, Grecy, Rosjanie i właśnie Francuzi. Do pierwszej ofensywy wojsk ententy doszło jesienią 1916 roku. Nie osiągnęła ona większych sukcesów i przez wiele kolejnych miesięcy wojna na tym froncie miała charakter pozycyjny. Dopiero 15 września 1918 roku ruszyła operacja, która miała zakończyć się sukcesem. Serbskie i francuskie dywizje zdołały przełamać front, a po dwóch tygodniach walk Bułgaria poprosiła o zawieszenie broni. Dywizje brytyjskie i greckie ruszyły na wschód, w stronę Stambułu, a Francuzi i Serbowie na północ, w stronę Belgradu. 5 listopada miasto było wolne, a 10 listopada siły aliantów sforsowały Dunaj. To właśnie błyskawiczne uderzenie na Bałkanach zadecydowało o militarnym wyniku wielkiej wojny: w przeciągu sześciu tygodni wszyscy sojusznicy Austro-Węgier i Niemiec musieli prosić o zawieszenie broni. Autorem zwycięstwa był dowódca sił ententy na Bałkanach: Louis Franchet dEsperey. W uznaniu jego zasług tuż po wojnie nadano mu tytuł marszałka dwóch państw - Francji i Serbii. 




(...) Wiedza o losie Serbii i o wydarzeniach walk na Bałkanach - choć dziś zapomniana - była doskonale znana oficerom i politykom II Rzeczypospolitej.


CDN.

piątek, 28 października 2022

RĘKOPISY NIE PŁONĄ! - Cz. X

CZYLI SPISANE PAMIĘTNIKI

z KLUCZOWYCH WYDARZEŃ

w DZIEJACH POLSKI I ŚWIATA

 

 
 

I

PAMIĘTNIK BOHDANA JANUSZA

Cz. X

 
 
PAMIĘTNIK AUTORSTWA HISTORYKA I ETNOGRAFA BOHDANA JANUSZA, OPISUJE WKROCZENIE WOJSK ROSYJSKICH DO LWOWA (PO EWAKUACJI STAMTĄD WOJSK AUSTRIACKICH) NA POCZĄTKU I WOJNY ŚWIATOWEJ i OKUPACJĘ TEGO MIASTA, TRWAJĄCĄ od 3 WRZEŚNIA 1914 do 22 CZERWCA 1915 r.
 
 
 

 
 
293 DNI RZĄDÓW ROSYJSKICH 
WE LWOWIE
 
 
 W piątek 11 września bardzo wczesnym rankiem, bo przed godz. 3-cią wypędziły wszystkich w mieście z łóżek okrutne huki, od których aż szyby dzwoniły. Kanonada ta piekielna trwała cały dzień bez przestanku i chwilami się zdawało, że walka toczy się pod samem miastem. Rannych zwożono także mnóstwo i w tak okrutnym stanie, iż lekarze podołać nie mogli pracy koło nich. Przejmujące sceny odgrywały się we wszystkich lazaretach - jedni błagali, by ich dobić, potruć - inni znów żegnali się z pozostawioną daleko rodziną, biadając w rozpaczy, iż nigdy jej choćby na chwilę nie będą oglądać. Pod wpływem ogromnych strat, żołnierze nie mieli całkiem ochoty do walki - na rogatkach widziano rzucających się na kolana i błagających Boga, by dał już pokój. Niechęć i obawa przed wojną tak dalece ich przejęła, że sami się kaleczyli, przeważnie obcinając palce u lewej ręki, jak przekonano się z ogromnego mnóstwa w ten sposób okaleczonych w szpitalach. Z wojskiem rosyjskiem było tego dnia na polu bitwy najwidoczniej niedobrze, bo były chwile, że wypierano je niemal na same rogatki miejskie. Ogólnie też wierzono, że odwrót jego jest nieunikniony - czekano więc nań niecierpliwie. Na odpowiedni też grunt padła wiadomość, co lotem ptaka rozeszła się od razu po mieście całem, że na Zamarstynowie rzucił lotnik austryacki z aeroplanu jabłek kilka, w które wetknięte były kartki, pisane na maszynie w języku polskim. Aero-telegramy te szczególne, zawierały następujące powiadomienie:


"Bóg z Wami!
Francya prosiła o zawieszenie broni. Włochy i Bułgarya zajęły Serbię, Turcja wypowiedziała wojnę Rosyi. Lewe skrzydło rosyjskie przełamane, zajęte w Sygniówce i idą na powrót. Czekać cierpliwie kilka dni!"
 
 
Wiadomość ta sprawiła nie małe wrażenie na mało krytyczne masy i zaraz rozeszła się po mieście całem. Widocznie zaś dojść musiała i do uszu Rosjan, bo pewien oficer w jednym sklepie na Chorążczyźnie, kiedy kupcowa nie chciała mu wydać reszty z banknotu rosyjskiego, powiedział: "Nie chcecie przyjmować naszych pieniędzy, ale one będą miały nawet wartość podwójną - nie prawdą są te plotki z jabłek, my jesteśmy zwycięzcami, bo przyszliśmy tu do naszego starego, rdzennego kraju, do naszej ojcowizny, do starego naszego Lwowa" (gwoli wyjaśnienia - Lwów NIGDY nie należał do Rosji, ani za gosudarów - czyli wielkich książąt - ani za carów i dopiero stał się "rosyjski" po 1944 r. wraz z pochodem "wyzwolicielskiej Armii Czerwonej. Ale jak widać mentalność Moswkicinów nie zmieniła się, pomimo upływu ponad stu lat i wciąż jest taka sama - imperialna, rasistowska i bałamutna). Słowa te wypowiedział w wielkiem podrażnieniu i widocznie pod wpływem niepowodzeń. Kanonada, trwająca bez ustanku 30 godzin, zamilkła nagle w nocy około godz. w pół do dziesiątej, dochodząc to chwilowo głuchym odgłosem z coraz to większego oddalenia. W pół godziny potem okazały się na horyzoncie zachodnim języki płomieniste, a później całą połać zachodnią nieba zaległy dymy białe. Od tej chwili huki armatnie pożegnały miasto na długo, pogrążając Lwowian w zwątpienie i żal za nadzieją utraconą. Wojska monarchii cofnęły się dalej na zachód, a dla zrozpaczonej ludności znaczyło to zapieczętowanie na długo niewoli ciężkiej.
 
Nastrój w mieście z sobotą 12 września doznał wielkiego spadku - jak długo słychać było potężną muzykę setek gardzieli spiżowych, żywiono nadzieje najlepsze, a kiedy od wystrzałów ostatnich w nocy strzelanie ustało, poczęto źle z tego wróżyć. Dla uspokojenia umysłów postarały się władze o odpowiednie zarządzenie, które wprawdzie nie miało tego właśnie celu na myśli, ale tak zrozumiane zostało przez Lwowian, upatrujących najchętniej we wszystkim dowodów niepowodzeń rosyjskich. Wspominaliśmy już o werbowaniu ochotników do robót koło szańców przy pomocy publicznego wybębniania - sposób ten nie dopisał, bo nikt się nie chciał zgłaszać, wobec czego prezydent Rutowski podał do wiadomości mieszkańców następujące:
 
 
"Obwieszczenie.
 
Zarząd wojskowy ogłasza za pośrednictwem magistratu miasta Lwowa, że potrzebuje do robót ziemnych w najbliższej okolicy Lwowa robotników w ilości przeszło tysiąca ludzi. Płaca 3 korony dziennie. 
Należy się zgłaszać na miejsce roboty wprost do oddziału saperów w Brzuchowicach, Grzybowicach, Sokolnikach, Zubrzy, Skniłowie i Białohorszczy.
 
Rutowski"   
 
 
Efekt powyższego obwieszczenia był chyba taki, że ludzie, widząc tak gwałtowną potrzebę robotników i zestawiając to z widocznemi stratami Rosyan, utwierdzili się w przekonaniu, iż ci jednak będą się musieli cofać, dlaczego też na gwałt się okopują w dawnych fortach austryackich. Dobrej myśli byli ludzie z jeszcze i innych względów, które same dla siebie niezbyt może doniosłe miały znaczenie, ale w ówczesnym, rozgorączkowanym nastroju umysłów jednak za takie uchodziły. Przywieziono mianowicie z pola walki pod miastem do szpitala dwu rannych ciężko generałów rosyjskich, którzy tego samego jeszcze dnia obydwaj umarli. Okoliczność ta, zdaniem ludzi - stwierdziła niepomyślny stan sprawy Rosyan, którzy przy tak wielkich stratach ponieść musieli jeszcze i podobny cios bolesny. Co zaś znaczenie faktu tego mocno zwiększało to szczegół, iż jednym z tych generałów był nie kto inny a tylko ów pierwszy dowódca rosyjski, który pamiętnego dnia 3-go września z rogatki Łyczakowskiej przemówił do mieszkańców Lwowa znanym już nam rozkazem złożenia wszelkiej broni. Generała-lejtnanta von Rode'go, komendanta 42 dywizyi piechoty, znali z nazwiska chyba wszyscy bez wyjątku Lwowianie. On to właśnie zmarł od ran w sobotę 12 września w wojskowym szpitalu we Lwowie. Dowodził wojskami w bitwie pod Janowem, gdzie na samym froncie wydawał rozkazy pod ogniem armat (proszę bardzo - a dziś na Ukrainie wszelkiej maści gienierałowie, komandirzy i pałkownicy chowają się po piwnicach w szkołach lub szpitalach, lub przebywają z daleka od linii frontu, nie mając jednocześnie ŻADNEGO kontaktu ze swoimi oddziałami, a tylko - gdy jest w miarę bezpiecznie - nad ranem przyjeżdżają samochodami do oddziałów liniowych, szybko wydają rozkazy i... uciekają w bezpieczne miejsce. Najwidoczniej nie uśmiecha im się ginąć w bezsensownej wojnie za Putina, tak jak tamtym, którzy ginęli w równie bezsensownej wojnie za cara Mikołaja II. Małe sprostowanie - bezsensowna ta wojna była dla państw zaborczych, dla nas... zbawienna) - odłamek kartacza austryackiego zranił go w pierś, po czem przewieziony został przez sanitaryuszy do Lwowa i tu ulokowany w hotelu Krakowskim. Mimo starań kilku lekarzy zmarł generał w sobotę. Zwłoki złożone w metalowej trumnie, przewieziono do grecko-oryentalnej cerkwi przy ulicy Franciszkańskiej. W niedzielę rano duchowny prawosławny odprawił żałobną mszę śpiewaną za duszę zmarłego, a następnie panachidę nad zwłokami z asystą improwizowanego chóru żołnierzy. Po dokonanych modłach trumnę zalutowano w obecności przedstawiciela wojskowości i na zwykłej furze, przybranej gałęziami smereki przewieziono na cmentarz Lyczakowski. Ostatnie honory oddał zmarłemu oddział piechoty ze swoimi oficerami.
 
Równocześnie prawie odbył się dnia tego z cerkwi prawosławnej pogrzeb drugiego generała, poległego w bojach pod Lwowem, szefa sztabu 14 dywizyi piechoty, Iwana Trofimowa. Przed pogrzebem odbyło się nabożeństwo, trwające 2 godziny, a wzięło w niem udział wielu wyższych oficerów i mnóstwo żołnierzy. Po nabożeństwie niklową trumnę ze zwłokami zalutowano i złożono na zwykłym wozie, ozdobionym zielenią. Na tym samym wozie złożono duży krzyż, wyciosany z surowego drzewa, opatrzony tablicą z napisem, że Trofimow poległ w boju 28 sierpnia starego stylu. Zwłoki jego przywiózł z pobojowiska w Suchej Woli miejski zakład pogrzebowy, który się zajmował też całym pogrzebem, na cmentarz Łyczakowski.
 
 


Pocieszali się ludziska, wobec cofnięcia się wojsk austryackich dalej na zachód, przynajmniej tem, że drogo Rosyan kosztował taki wynik wielkiej walki na Wereszycy, a zresztą, mimo ogromnego upadku ducha, nie chcieli jeszcze całkiem tracić nadziei. Oczekiwano też, co dalej będzie. Zrezygnowano na razie z kombinacyi strategicznych, poświęcając się bardziej ciężkim warunkom życiowym, które coraz więcej stawały się dla wszystkich ciaśniejszymi. Przy wszystkich przedmiotach zainteresowania nie brakło go też dla nowego ogłoszenia urzędowego, w którem widziano dalszy ciąg przytoczonego już przez nas rozporządzenia w sprawie zbrodniczo rzekomo niszczonych przewodów telegraficznych w mieście. Zawiłe określenia jego prawnicze nie zrażały ciekawych przed odczytywaniem, ale zapewne niewielu tylko było aż tak zaciętych, by lekturę tę niestrawną cierpliwie do końca doprowadzić. Opiewała zaś ona następująco:
 
 
"Obwieszczenie.
 
Stosownie do najwyżej zatwierdzonej ustawy ust. 1328 rozdział IV Sądów wojennych "o sądach w czasie wojny" mieszkańcy dzielnic Galicyi, zajętych przez Rosyjskie cesarskie wojska - na podstawie ustawy 1328 tejże ustawy podlegają sądom wojennym: a) uczestnicy przestępstwa popełnionego przez osobę sądom wojennym podlegającą, b) w razie popełnienia jednego z przestępstw wyszczególnionych w dodatku IX ust. 1328, a mianowicie:
1. za wystąpienie przeciw Zwierzchnemu Główno-komenderującemu armiami, przeciw Główno-komenderującemu armiami frontowemi i Komenderującemu armią (oddzielną i nieoddzielną), któremu miejscowość podlega lub przeciw ustanowionym przez nich czasowym władzom i ich członkom, a również za wszelkie nieposłuszeństwo i sprzeciwianie się im (...).
2. za szpiegostwo (...).
3. za rozmyślne podpalenie lub w inny sposób rozmyślne niszczenie lub doprowadzenie do stanu niezdatności  (nieużyteczności) przedmiotów wojskowych, przyrządów, broni i w ogóle wszystkiego, co może służyć tak do ataku jak do obrony - a również zapasów żywności i furażu (...).
4. za rozmyślne zniszczenie lub poważne uszkodzenie w terenie działań wojennych: wodociągów, mostów, grobli, pomostów, śluz, wodospadów, studzien, dróg, brodów i innych środków przeznaczonych dla przetransportowania, przeprawy, spławu, zapobiegania powodziom lub niezbędnych do zaopatrywania w wodę (...).
5) za rozmyślne zniszczenie lub poważne uszkodzenie istniejących na terenie działań wojennych dla celów rządowych: a) aparatów telegraficznych i telefonicznych lub innych używanych dla podawania wiadomości, b) linii kolejowych, ruchomego taboru, sygnałów ostrzegawczych przeznaczonych dla bezpieczeństwa ruchu kolejowego i spławnego (...).
6. za napaść na warty i straże wojskowe (...) jak również za morderstwo warty i członków straży i policyi, a także za następujące przestępstwa: a) rozmyślne morderstwo, b) rozbój, c) rabunek, d) rozmyślne podpalenie lub zatopienie, e) gwałt.
Niniejsze obwieszczenie nabiera mocy z chwilą opublikowania go.
 
Wojenny Gubernator
Pułkownik Cheremeteff.
Miasto Lwów, 29 sierpnia (11 września) 1914"     
 
 
 Ostre te przestrogi dyktowano ludności w chwili rozszerzonego terytoryalnie władztwa rosyjskiego w zajętym kraju, po cofnięciu się wojsk austryackich z linii Wereszycy. Z ustaniem gry armat pod Lwowem uznali Rosyanie stolicę za swoją już niepodzielną własność i stosownie do tego poczęli w niej gospodarować. Dla mieszkańców Lwowa był to cios ogromny, a cały upadek ducha z tego powodu ocenić można należycie, jeśli się weźmie pod uwagę tempo, w jakiem przyszło przyjmować jeden  wypadek po drugim i to, jeden donioślejszy w skutkach od drugiego. Na najmniej się tego spodziewające głowy walić się poczęły ciosy tak dotkliwe i oszałamiające, iż wielkiego trzeba było hartu ducha, by się nie tylko nie złamać, ale i nie ugiąć choćby. Ludzie, gruntujący siłę ducha swego w wiedzy i wykształceniu, na nich opierali stanowczą swą wiarę i przekonanie, ale dla maluczkich potrzeba było prócz ich naiwnej wiary - w chwilach tak krytycznych - także jakiegoś bardziej dla nich namacalnego argumentu. I dziwna rzecz, że tak się składało, iż sądzić można było o istnieniu we Lwowie człowieka jakiegoś czy nawet ludzi, którzy dbali o to, by pokrzepić maluczkich w wierze ich, chwiejącej się chwilowo. Wspomniane już "kartki z aeroplanu" odgrywały właśnie rolę jakby pigułek na pokrzepienie zgnębionych umysłów prostych, zjawiając się - rzecz dziwna - w chwilach najbardziej ku temu stosownych. Zjawiły się wobec tego, oczywiście, i w chwili tak przełomowej.

W niedzielę 13 września żegnały się aero-telegramy ze Lwowem, ale z wyraźnem zastrzeżeniem, że pożegnanie to tylko czasowe. "Autentyczny" tekst ich brzmiał następująco: "Do widzenia! Lwów z nami", co znaczyło, iż wojska cofnęły się ale wrócą jeszcze do Lwowa. I czy nie miały racyi? Dla uzupełnienia obrazu nastrojów chwili pozwolimy sobie dosłownie przytoczyć notatkę z kroniczki poufnej zapisaną pod dniem 13 września: "Nastrój w mieście przypomina stan człowieka, który błąkając w pustce, sądził chwilami, że już trafił na ślad dobry, ale od razu się przekonał zniechęcony, iż brak mu najprostszych sposobów oryentacyi. Zdawałoby się i jakoby wszystko za tem przemawiało, że wojska austryackie górą - ogólnie tak myślano - a tu od razu huk dział urywa się, odwrotu spodziewanego wojsk rosyjskich nie widać, a dzienniki niektóre pospieszają z zapewnieniami, że wojsko austryackie cofa się. Brak najprymitywniejszych wskazówek oryentacyjnych, nie daje się wiary sensacjom dziennikarskim, które przedtem z własnej pilności kazały Austryakom bić setki tysięcy Rosyan, a teraz na odmianę tym każą bić Austryaków. Kto raz poparzył się, dmucha na zimne - publika lwowska mocno nie wierzy sensacjom dziennikarskim tego rodzaju, ale też i widać, że jest jak okręt bez steru".
 
 

 
Fakt opuszczenia przez wojska austryackie linii Wereszycy przełomowym był dla Lwowa okupowanego, albowiem do chwili tej nie tylko ludność jego sama, ale nie mniej i sami Rosyanie nie uważali miasta za pewną swą własność. Wszystko, co tu zarządzili dotychczas, nosiło widoczne cechy dorywczości, brak było jeszcze pewności siebie i konsekwencyi w działaniu. Dowodem zaś niejako, iż z chwilą ucichnięcia w mieście odgłosów wojennych, uznano je za "rosyjskie", może być okoliczność, że dopiero 14 września zajęli się Rosyanie powszechnem ogłoszeniem znanego manifestu do Polaków (ogłoszony 14 sierpnia - 1 sierpnia według kalendarza prawosławnego obowiązującego wówczas w Rosji - manifest głównodowodzącego rosyjską armią wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa [stryja cara Mikołaja II], który zapowiadał po zwycięstwie Rosji ponowne zjednoczenie pod berłem cara wszystkich trzech części dawnej Polski "swobodnej w swej wierze, języku i samorządzie". Ta deklaracja spotkała się ze sceptycyzmem polskiego społeczeństwa, jako że nie było tam żadnych odniesień nie tylko do niepodległości, ale choćby również do kwestii granic tego w pół-suwerennego państwa polskiego. Odezwa została więc praktycznie odrzucona przez większa cześć narodu i jedynie przedstawiciele "opcji rosyjskiej" - czyli głównie politycy narodowej demokracji [tzw. prawicy] z Romanem Dmowskim na czele, opowiadali się za poparciem rosyjskich propozycji zjednoczenia Polski pod jednym rządem carskim, widząc w tym nie tylko odsunięcie zagrożenia niemieckiego - które było największym niebezpieczeństwem w ich rozumieniu nie tylko dla polskiej niepodległości, ale przede wszystkim dla narodowej jedności - ale również zjednoczenie gwarantowało zdominowanie Rosji przez Polskę we wspólnym Imperium Romanowów. Narodowcy wywodzili to przekonanie z tradycji Królestwa Polskiego lat 1815-1831 które bez wątpienia posiadało nie tylko najsilniejsze siły zbrojne Imperium Romanowów, ale i najbardziej prężną i ekspansywną gospodarkę z którą gospodarka rosyjska nie była w stanie konkurować [a należy pamiętać że było to okrojone państewko do ziem leżących na zachód od rzeki Bug, mimo iż car Aleksander I już w 1815 r. obiecał Polakom "wewnętrzne rozszerzenie", czyli przyłączenie do Królestwa ziem pierwszego i drugiego zaboru rosyjskiego z lat 1772 i 1793, to jednak nigdy do tego nie doszło, a na kolejnych sejmach, począwszy od 1818 r. car mawiał; "Panowie, cierpliwości, jeszcze trochę cierpliwości". W grudniu 1825 r. władzę objął zaś brat Aleksandra - Mikołaj I i sprawa "wewnętrznego rozszerzenia" całkowicie zniknęła z oficjalnych zapowedzi] - Rosjanie domagali się np. od cara zastosowania ceł zaporowych na towary przywożone z Królestwa, jako że były one znacznie lepszej jakości od rosyjskich, co prowadziło do plajty ruskich przedsiębiorców. Społeczeństwo polskie w ogromnej większości odrzuciło więc manifest wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, ale sprzymierzone z Rosją państwa Europy Zachodniej, a szczególnie Francja, dostały po tej deklaracji spazmów radości, twierdząc że sprawa polska została już rozwiązana. W Paryskich dziennikach można było przeczytać np. "Vive la Pologne" "Résurrection de la Pologne" - co nawet w połowie nie było prawdą). Od zarządzenia tego poczęła się na dobre gospodarka rosyjska we Lwowie, od chwili tej dostał się on pod "opiekuńcze" skrzydła oswobodzicielskiego orła rosyjskiego     
 
 
 KRÓLESTWO POLSKIE (KONGRESÓWKA) GDZIE OBOWIĄZYWAŁA SWOISTA AUTONOMIA (TEORETYCZNIE BYŁO TO W LATACH 1815-1830 PAŃSTWO QUASI-NIEPODLEGŁE) - KOLOR JASNOZIELONY.
ZIEMIE ZABRANE W PIERWSZYM I DRUGIM ROZBIORZE WŁĄCZONE BEZPOŚREDNIO DO ROSJI - KOLOR CIEMNOZIELONY
 
 
 
SZCZEPCIO I TOŃCIO JAK FLIP I FLAP
DWA ZABAWNE LWOWSKIE BATIARY
 
 
 
CDN.