Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BROŃ ATOMOWA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BROŃ ATOMOWA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 października 2024

WIELKA SANACJA PAŃSTWA

KU ODRODZENIU RZECZPOSPOLITEJ




 Wczoraj, dnia 3 października w Niemczech obchodzono tzw. "Dzień Zjednoczenia", czyli dzień likwidacji Niemieckiej Republiki Demokratycznej i włączenia jej do Republiki Federalnej Niemiec w 1990 roku. Ponieważ ja jestem stałym gościem niemieckich forów społecznościowych i tematycznych (nie tylko X-a), zauważyłem tam w wielu miejscach przeplatające się takie oto stwierdzenia, że jest to niepełne zjednoczenie i że dzień ten należy nazwać dniem "częściowego zjednoczenia", ponieważ niemieckie ziemie wschodnie wciąż nie zostały odzyskane. A jakie to niemieckie ziemie wschodnie nie zostały odzyskane? przecież wschodni Niemcy (tzw. "Ossi") już dawno połączyły się z tymi zachodnimi (a tak naprawdę zostały przez nich po prostu wchłonięte). O czym wiem co oni mówią? Oczywiście każdy inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę o czym jest mowa, po prostu znaczna część Niemców (oczywiście nie jest to większość, ale to jest dość pokaźna grupa) i to nie tylko tych, którzy głosują na AFD, wyraża żal za utratą i melancholijne pragnienie odzyskania w przyszłości ziem wschodnich, czyli naszych "Ziem Odzyskanych", naszych Kresów Zachodnich. I wydaje mi się że wcześniej czy później w jakiś tam sposób możemy mieć z tym problem, chociaż nie wydaje mi się aby te pragnienia w jakikolwiek sposób mogły zostać zrealizowane, to jednak próby takiego lub innego pozyskania owych ziem trwają już od jakiegoś czasu (co najmniej od roku 1990), różnymi metodami (głównie oczywiście finansowymi) poprzez wykupywanie tamtejszych polskich przedsiębiorstw, spółek etc. etc. i przyzwyczajenie mieszkańców, że "niemieckie znaczy lepsze".

Na Ukrainie wciąż trwa wojna, choć ta wojna realnie powoli dobiega końca, choć Ukraińcy tak naprawdę walczą z jedną ręką związaną za plecami, gdyż wszelki ofiarowany im sprzęt wojskowy nie może być użyty przez nich na terytorium Rosji, czyli tak naprawdę mogą się oni tylko bronić na własnej, zniszczonej ziemi. Przyjdzie więc taki moment, że Ukraina będzie zmuszona zgodzić się na przyjęcie warunków (prawdopodobnie rozejmu - co oznacza że konflikt ten zostanie jedynie zamrożony na kilka lat, być może na dekadę, co jest bardzo złe dla nas, państw bezpośrednio sąsiadujących z Ukrainą) na mocy których będzie musiała oddać Krym, Donbas, Zaporoże i kto wie co jeszcze. Pewnym ratunkiem dla Ukraińców przed taką wizją zakończenia tej wojny, był - podjęty 6 sierpnia 2024 r. - atak na obwód kurski i zajęcie znacznej jego części (co ciekawe Ukraińcy o owym ataku nie powiadomili Amerykanów, gdyby bowiem to zrobili, z pewnością nie dostaliby na to zgody, bo przecież to głównie Amerykanie - ale również i Francuzi i Niemcy, każą im walczyć z jedną ręką za plecami). Jest to pewien nabytek, który może stać się kartą przetargową w przyszłych rozmowach pokojowych (mam nadzieję) lub rozejmowych (oby nie), ale też nie wiadomo jak to się jeszcze rozwinie, gdyż Ukraina nie ma nie tylko sprzętu (obecnie dostawy sprzętu na Ukrainę są znacznie mniejsze niż były do tej pory), ale również ludzi, żeby utrzymać cały odcinek frontu z Rosją. A to może doprowadzić do sytuacji w której moskale po prostu odzyskają cały ten obwód (zresztą już teraz jest tam bardzo trudna sytuacja).

Na Bliskim Wschodzie Izrael właśnie uderzył na Liban. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę że położenie państwa Izrael (które tak naprawdę jest wyspą leżącą na środku muzułmańskiego morza) jest niezwykle trudne, można wręcz powiedzieć beznadziejnie trudne, dlatego też celem polityki tego państwa jest maksymalna "likwidacja problemu muzułmańskiego" (jakkolwiek negatywnie to może zabrzmieć). W ogóle Izrael według mnie w pewien sposób przypomina chrześcijańskie państwa średniowieczne, które zostały założone na Bliskim Wschodzie po pierwszej krucjacie z lat 1096-1099. Te państwa również dysponowały przewagą technologiczną (w postaci zachodniego rycerstwa), tak jak dziś taką przewagą dysponuje Izrael w porównaniu z państwami arabskimi (a raczej muzułmańskimi) z którymi graniczy. Poza tym Izrael otrzymuje stałym wsparciem ze strony (głównie) USA, podobnie jak państwa krzyżowców (takim wsparciem dla nich były kolejne krucjaty). Państwa krzyżowców istniały na terenie Lewantu niecałe 200 lat (pierwsze państwa chrześcijańskie zaczęto tam zakładać w roku 1098, Jerozolima padła w roku 1099, w 1100 założono Królestwo Jerozolimskie, a ostatnia twierdza krzyżowców - Akka padła w roku 1291) to jest dosyć długi okres czasowy, ale powiedzmy sobie szczerze, realnie od początku skazane były one na upadek i choć ten upadek był znacznie odroczony w czasie, to jednak był nieunikniony. Według mnie również na Izraelu ciąży takie odium upadku i choć ono może być odroczone w czasie, to jednak jest nieuniknione (oczywiście ten fakt nie usprawiedliwia polityki Izraela która jest jawnie rasistowska, dążąca do fizycznej eliminacji Palestyńczyków ze Strefy Gazy, tam bowiem realnie trwają nie tylko czystki etniczne, ale wręcz prawdziwe ludobójstwo).

Unia Europejska wymyśla coraz więcej projektów, które mają na celu realnie likwidację zarówno państw narodowych, jak również (w dłuższej perspektywie, choć wydaje się że nie aż tak długiej) wymieszanie ras, poprzez sprowadzenie do Europy murzynów z Afryki, islamistów z Bliskiego Wschodu, a nawet Azjatów i zmieszanie ich z białą ludnością w państwach europejskich w taki sposób, aby powstał konglomerat bez żadnej przeszłości, bez żadnej pamięci o dokonaniach przodków, bez żadnego umiłowania ojczyzny (której już nie będzie) i oczywiście bez przyszłości. W ten sposób realizują nie tylko plan Richarda Coudenhove-Kalergi z 1922 r. (Gdzie postulował on że w przyszłości w Europie będzie tylko jedna rasa ludzi - mieszana - dzięki masowej migracji z Afryki i Azji - ludność podobna do starożytnych Egipcjan. Ma to doprowadzić oczywiście do likwidacji państw narodowych i ułatwienia elitom Europy zarządzanie tym ludzkim konglomeratem, który będzie znacznie łatwiej sterowalny). Już teraz widać że taki właśnie jest cel obecnych elit europejskich (widać to również w reklamach, gdzie czarnoskóry mężczyzna najczęściej występuje z białą kobietą, a biały mężczyzna jeśli w ogóle tam funkcjonuje, to tylko jako dodatek najczęściej podnóżek bo taka jest jego rola w przyszłej "zmieszanej" Europie. Zresztą nie tylko taki przekaz jest serwowany, również w bajkach coraz częściej pojawiają się osoby niebinarne, aby dzieciom już od maleńkości wkładać do głowy że to jest normalne że ktoś nie wie jaki jest płci. Czyli programowanie dzieci od maleńkości aby później można było nimi sterować w pożądanym przez elity kierunku i uczynić z nich - jak twierdził Kalergi - łatwo sterowalną masę). Innym patronem współczesnej Unii Europejskiej (którego imię nosi Parlament Europejski) jest przecież Altiero Spinelli, włoski marksista który w 1941 r. w więzieniu na wyspie Ventotene na rolce papieru toaletowego sporządził dziś obowiązującym manifest przyszłego państwa europejskiego (wystarczy chociażby zajrzeć do Białej Księgi Unii Europejskiej z 2017 r.), którego celem ma być całkowita likwidacja państw narodowych). Do tego dochodzą też unijne projekty tzw. zielonego wału ładu, które mają całkowicie zniszczyć europejskie rolnictwo i przemysł -  wyprowadzając je poza Europę i doprowadzając do skumulowania wielkiej własności ziemskiej w rękach niewielkiej grupy, wybranej (a raczej samo wybierającej się) elity europejskiej, która przypominać ma panów feudalnych ze średniowiecza.

To co powyżej przedstawiłem, to jest jedynie nakreślenie głównych problemów przed którymi stoi Polska i Europa (a także poniekąd większa część naszego globu), a przecież u nas obecnie sytuacja wewnętrzna również zmierza w złym kierunku. 15 października 2023 r. część społeczeństwa znudzona już w dużej mierze sobie-państwem PiS-u (ja uważam że taka nauczka jaką wówczas PiS dostał, była mu potrzebna, gdyż po trzeciej kadencji PiS zamieniłby się już całkowicie w partię wyleniałych tłustych kotów, którym po prostu się należy za sam fakt że są. Zresztą ja do dzisiaj nie widzę żadnej refleksji w tej partii, która by podjęła jakąś kompleksową debatę na temat realnej klęski wyborczej - bo co z tego że PiS wygrał te wybory, skoro nie rządzi. Jak widzę takie twarze jak Morawiecki, jak Błaszczak, jak Sasin, o Kurskim nawet nie wspominając - to zbiera mi się na wymioty. Ciekaw jestem kogo ta partia wybierze jako swojego kandydata na prezydenta w przyszłorocznych wyborach - które są szalenie ważne, wydaje mi się że są najważniejszymi wyborami od 1989 r. Prezes - który według mnie już dawno powinien odejść, ale jego odejście doprowadzi jednocześnie do bardzo poważnych ruchów odśrodkowych, realnie likwidujących tę partię, niestety więc musi trwać dalej - zapewne w żartach mówi coś o Błaszczaku, jako kandydacie na prezydenta. Ha ha, ja też lubię się pośmiać, ale tutaj nie ma się z czego śmiać, tu niestety trzeba płakać nad tą partią. Mam też nadzieję że mimo wszystko ktoś rozsądny pójdzie po rozum do głowy i kandydatem będzie osoba, która realnie może pokonać "siły destrukcji" które obecnie rządzą. Ja sam mam swoje typy, chodź część z nich jest niestety niewybieralna w drugiej turze, a takowymi są: Dominik Tarczyński -  chciałbym takiego prezydenta, ale nie ma on szans w drugiej turze, Marek Jakubiak - nie należy do PiS-u więc kandydatem tej partii nie będzie, choć może kandydować z poparciem innych komitetów, i Karol Nawrocki - były prezes Instytutu Pamięci Narodowej dyrektor Muzeum II Wojny Światowej. To są trzej główni kandydaci, których ja bym widział w roli przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej i mam nadzieję że któryś z nich nim zostanie, bo inaczej, jak wejdzie tam "Czaskoski", "pan z Chobielina" czy posłaniec von der Leyen {pamiętamy przecież to: "Donaldzie, za rok widzimy ciebie w roli premiera Polski"}, to po prostu zostaje już tylko kiła mogiła i można gasić światło i zwijać dywanik).








Tak więc kara jako spotkała PiS w ostatnich wyborach, bez wątpienia należała się tej partii, ale już wystarczy! Na tym bowiem cierpi nie tyle PiS (który dla mnie jest tylko środkiem, a nie celem samym w sobie - jak dla wielu fanatyków ze strony tzw "prawych", a środki się zmienia, gdy przestają być użyteczne) ale cierpi moja Ojczyzna, mój dom - Polska. Ta władza, która rządzi (a raczej zarządza) od 13 grudnia 2023 r. jest kompletnie wyprana z jakichkolwiek pro-rozwojowych idei, tam nie ma żadnych pomysłów, żadnych planów rozwoju naszego kraju - zero, nul. Ostatnio na swoim kanale Rafał Ziemkiewicz (który jak już kiedyś mówiłem ma - czasem jeszcze - prawdziwego "zajoba" anty-sanacyjnego i anty-piłsudczykowskiego, co powoduje że nie chce mi się go słuchać, ale w zasadzie to jest jedyna negatywna kwestia którą mogę skierować w jego stronę), stwierdził ostatnio że taki mendy jak Donald Tusk nie było w polskich dziejach od czasów generała Zajączka (napoleońskiego oficera, który po roku 1815 przeszedł na służbę cara Aleksandra i sprawował funkcję carskiego namiestnika Królestwa Polskiego do swej śmierci w 1826 r.). Ciekawie to uzasadniał i przyznam się szczerze zgadzam się z nim gdy mówił, że przecież co prawda był taki Bierut, był Gomułka, niektórzy widzieliby W tym gronie nawet Gierka, na pewno Jaruzelski, dlaczego więc od generała Zajączka? Otóż każdy z wyżej wymienionych miał jakąś wizję Polski, jakąkolwiek. Była to oczywiście wizja Polski komunistycznej, zniewolonej, wizja podległości Moskwie, ale była, BYŁA! Donald Tusk natomiast nie ma żadnej wizji rozwoju kraju, totalnie żadnej, Donald Tusk interesuje się tylko i wyłącznie Donaldem Tuskiem (widać to było zresztą jeszcze w 2014 r. kiedy w lutym mówił że on się do żadnej Brukseli nie wybiera, że dla niego bycie polskim premierem to jest honor i obowiązek, a już w maju powiedział że jest spakowany i wyjeżdża 😂. Poświęcił wtedy partię, swoich wyborców - bo było wiadome że po jego odjeździe Platforma Obywatelska dostanie łupnia na całego, a on miał to wszystko głęboko w...). I tak jest teraz. Tusk nie chciał tu przyjeżdżać, nie chciał ponownie siedzieć w Sejmie, nie chciał być premierem, a został do tego zmuszony bo oczywiście zna swoje miejsce w szeregu i wie komu co jest winien, kto go wspierał, kto dawał pieniążki (jeszcze w latach 90-tych na Kongres Liberalno-Demokratyczny gdzie pieniądze z Niemiec przychodziły w reklamówkach) niestety długi trzeba oddawać. Poza tym Tusk chce ponownie wrócić do Brukseli, więc robi wszystko żeby przypodobać się jaśnie państwu, elicie europejskiej i pokazać im że jest dobrym i pokornym pieskiem i będzie spełniał ich polecenia, tylko żeby potem przygarnęli go ponownie do swojego grona. On może znowu zostać szatniarzem Europy (tak jak poprzednio, gdzie zawieszał marynarkę pijanemu Junckerowi, dla niego to nie ma znaczenia, on się tam dobrze czuje), a poza tym oczywiście kasa kasa kasa kasa...

Tak więc wszystkie pro-rozwojowe inwestycje dla Polski zostały wstrzymane, CPK zaorane )przewodniczącym budowy tego lotniska został Maciej Lasek, człowiek który od początku krytykował powstanie CPK), budowa komputera kwantowego przez Uniwersytet Poznański przeszła do historii poprzez wstrzymanie dofinansowania dla tego projektu właśnie przez Tuska, dziś czytam że Niemcy robią (a w zasadzie już zrobili taki komputer). Pogłębianie Odry przeszło do historii, wiadomo - ministra Zielińska (czyli w Odrze jest za mało wody, ryby się duszą - trzeba dolać 😭). Budowa Portu Kontenerowego w Świnoujściu - nawet nie ma sensu o tym wspominać. Co więc mamy po tych 10 miesiącach rządów żałosnej (a w zasadzie nie żałosnej, ale anty-rozwojowej i antypolskiej) koalicji 13 grudnia? Mamy kompletny rozkład kraju w zasadzie na poziomie cząstek elementarnych. Powoli, systematycznie niszczy się wszystko co było budowane nie tylko od czasów Prawa i Sprawiedliwości, ale w ogóle wszystko co może przynieść Polsce jakąkolwiek korzyść. Kompletna wręcz nieporadność rządu w czasie powodzi (czego przykładem są chociażby tanio oprocentowane kredyty, proponowane przez ministrę Henning-Kloskę, bo jak przecież stwierdziła Róża Thun und Hohenstein: "nisko oprocentowany kredyt jest najlepszą rzeczą na świecie" 🤭), pokazuje doskonale że Tusk ma gdzieś rządzenie krajem i wraca ponownie do wypróbowanych za "pierwszego Tuska" (w latach 2007-2015) sposobów odwracania kota ogonem, czyli szukania tematów zastępczych. Przyznam się szczerze że Tusk jest mistrzem w tej kwestii i gdy tylko ludzie zaczęli mówić o indolencji rządu w trakcie powodzi, wyszła kwestia wiz, którymi niby Prawo i Sprawiedliwość miało obdarowywać przybyszów z Bliskiego Wschodu i to w setkach tysięcy takich pozwoleń (w rzeczywistości realnych wiz wydano od 200 do 500 i nie były to wizy dawane ludzi w celu ściągnięcia ich do Europy, tylko wizy wydawane tym, którzy mieli je dostać, a łapówki dawali za przyspieszenie tego procesu). Teraz wyszła sprawa alko-tubek, czyli kolejny temat zastępczy, który będzie żył może z dwa tygodnie i zdechnie szybko, podobnie jak poprzednie (jak chemiczna kastracja pedofili z czasów pierwszego Tuska, czy walka z dopalaczami).

Ten rząd nie ma żadnego planu rozwoju Polski. To oczywiście est banał, ale to jest banał którego duża część naszego społeczeństwa nie rozumie, nie widzi, albo nie chce widzieć. Wszystko co do tej pory przez te 10 miesięcy zrobił Donald Tusk służyło przede wszystkim Niemcom i Brukseli, nic zaś nie dotyczyło planów rozwoju Polski - NIC! I nie będzie dotyczyło, gdyż w oczach nie tylko Niemców, ale również Francuzów, Brytyjczyków i w ogóle tych państw na Zachodzie Europy, których politycy a po części również społeczeństwa do dzisiaj czują się nad-ludźmi, nasz rejon Europy Środkowo-Wschodniej jest regionem "pomiędzy", pomiędzy Zachodem a Rosją (Rosji jako jedynego państwa słowiańskiego ci na Zachodzie się boją i dlatego też Rosję szanują, nas nie szanują, bo nie czują żadnej ku temu presji, nie czują żadnej konieczności aby nas szanowali). Polski się nie szanuje, bo Polska zawsze była naiwniakiem Europy, my zawsze wierzyliśmy w te wszystkie piękne hasełka, w braterstwo ludów, w "Wolność Naszą i Waszą" (które to hasła wypisywano na sztandarach jeszcze w czasie Powstania Styczniowego) itd. itp. Polska walczyła, żeby w Europie był spokój i bezpieczeństwo (odparcie inwazji Turków na Wiedeń w 1683 r. który miał być tylko pierwszym etapem podboju Europy przez Imperium Osmańskie, rozbicie bolszewickich armii idących na Niemcy i Europę w 1920 r. a wcześniej walka za obce mocarstwa, jak choćby za Francję na Haiti w 1802 r.). To wszystko nie ma najmniejszego znaczenia, nie ma też żadnego znaczenia to, że przez 30 lat po tzw. "upadku komuny" Polska rozwijała się najlepiej w Europie, że suchą nogą przeszliśmy przez okres pandemii, będąc wzorem dla reszty Kontynentu jak należy dbać o własną gospodarkę i jak ją rozwijać. Staliśmy się 20-tą największą gospodarką świata i to wszystko w ciągu zaledwie 30 lat (a startowaliśmy przecież z poziomu państwa bankruta, jakim realnie była Polska w roku 1990). Ale tam na Zachodzie oni doskonale wiedzą (i wiedzieli to już na początku lat 90-tych, co zostało wypowiedziane ustami Jeffrey'a Sachsa, który powiedział że po tej tak zwanej transformacji ustrojowej należy Polskę otoczyć specjalną "opieką", bo jeżeli pozwolimy Polakom normalnie się rozwijać, to wkrótce potem staną się oni drugą Japonią, dokonując inwazji ekonomicznej na nasze rynki i całkowicie je zdominują. On to powiedział na przełomie lat 80-90 gdy Polska realnie była bankrutem i nie mogła w żaden sposób równać się z potęgami ekonomicznymi świata zachodu) że Polacy są niezwykle przedsiębiorczym i mądrym narodem i jeżeli tylko mają ku temu możliwości, to natychmiast z nich skorzystają, budując swoją ekonomiczną stabilizację. 




Polski się nie szanuje, bo oni (ci na Wschodzie, jak i na Zachodzie) nie czują presji, dlatego uważam że bezwzględnie należy nie tylko doprowadzić do gruntownej sanacji państwa (ale to gruntownej do fundamentów), zreformować całkowicie ustrój, który tworzony był dla państwa słabego, dla państwa małego, dla państwa bez ambicji. My nie tylko mamy ambicje, ale nasze ambicje wydają się być większe niż tylko ekspansja gospodarcza. Dlatego też uważam że Polska musi mieć swoją broń atomową i to bezwzględnie! Mamy ku temu ludzi (naukowców), mamy możliwości aby taką broń zbudować samemu, brakuje tylko jednej rzeczy - woli politycznej i jedności narodowej. Oczywiście banałem byłoby również powiedzenie, że musimy mieć armię co najmniej 300 000 a tak naprawdę 500-tysięczną. Że musimy stać się tu, na ziemiach na których Polska od wieków istnieje swoistym "Izraelem Europy" - uzbrojonym po zęby i gotowym do oddania jakiegokolwiek ciosu tak, aby jeśli chociażby w Niemczech pojawił się pomysł "zjednoczenia ziem wschodnich"  wyprowadzić w ich stronę taką fangę, żeby już nigdy myśl podobna nie przyszła im do głowy (a tą fangą byłby w najlepszym przypadku całkowity rozpad Niemiec i to nie tylko doprowadzenie do sytuacji sprzed 1870 r. ale przede wszystkim sprzed 1834 czyli przed powstaniem Niemieckiego Związku Celnego, a także wspieranie wewnętrznych separatyzmów i patriotyzmów, typu bawarskiego, saskiego wirtemberskiego etc. z zakazem jednoczenia Niemiec na poziomie choćby kultury, jako że to państwo tak naprawdę jest przekleństwem Europy, zjednoczone Niemcy są przekleństwem Europy, podobnie jak zjednoczona, silna Rosja). Oczywiście początkowo byłby na pewno duży problem chociażby nawet z budową broni atomowej w naszym kraju, ponieważ - powiedzmy sobie szczerze - w naszym społeczeństwie żyje jakaś taka narośl (tak narośl), która realnie nie uważa się za Polaków chociaż mówi po polsku, urodziła się Polakami, ma korzenie polskie, ale nie czuje się Polakami. Tacy ludzie z całą pewnością ustawialiby się w kolejce, czy do Brukseli czy do Waszyngtonu, aby po prostu perfidnie kapować na Polskę, właśnie dlatego że coś im się nie podoba: że rozwój im się nie podoba, że CPK im się nie podoba, że atom im się nie podoba, nic im się nie podoba, poza Tuskiem i jego folksdojczerją. Myślę jednak że i z tym można by było sobie poradzić, bowiem z jednej tylko rzeczy zrezygnować nie można: z dalszego rozwoju i umocarstwienia naszego państwa, a co za tym idzie naszego regionu.




czwartek, 9 marca 2023

WIELCY POLACY

MOJA SUBIEKTYWNA I CAŁKOWICIE PRYWATNA LISTA NAJWIĘKSZYCH POLAKÓW W HISTORII


Ponieważ ostatnimi czasy próba dekonstrukcji polskości przybrała na sile, a polega ona przede wszystkim na uderzeniu w najsilniejszą jej ostoję, czyli na Kościół Katolicki - którego ja sam wcale nie jestem bezkrytycznym zwolennikiem, a wręcz przeciwnie, dostrzegam ogromne mnóstwo zła które się tam zalęgło - ale ponieważ widać gołym okiem, że chodzi tylko i wyłącznie o kwestie zniszczenia narodu jako takiego i doprowadzenia szybkim krokiem (bo to już nie ma na co czekać, Polska bowiem za bardzo urosła) do stworzenia IV Rzeszy Europejskiej, której my, tutaj na wschodzie Unii Europejskiej będziemy jedynie czymś na kształt rezerwatu przyrody (gdzie za wycięcie jednego drzewka będą horrendalne wręcz kary), ewentualnie też miejsca, skąd będzie można jeździć do Niemiec na zbiór szparagów (to głównie mężczyźni) lub do podcierania tyłków były esesmanom (tutaj zaś przodowałyby kobiety), to walka z Kościołem jest tak naprawdę walką z polskością, a zniszczenie pewnych filarów tego Kościoła będzie jednocześnie dekonstrukcją całej wspólnoty narodowej - bo potem to już pójdzie bardzo prosto. Co ciekawe, zauważyłem że "oni" idą w tę narrację nawet w roku wyborczym, gdzie istnieje wielkie niebezpieczeństwo że będzie to broń obosieczna i może zostać wykorzystana przeciwko nim samym (i nawet pojawiają się tego typu głosy po tak zwanej stronie "totalnej targowicy" - bo inaczej tego po prostu nazwać nie można, choć bardzo bym chciał, to nie znajduje w swoim słowniku innych słów na określenie tego utworu - przestrzegające przed zbytnim brnięciem w te tematy, bo może to zostać wykorzystane w kampanii wyborczej (czyli jednak zdają sobie sprawę że to jest niepopularne w społeczeństwie, ale idą w to, ponieważ jest taki prikaz i jest konieczność polityczna więc trzeba trzeba to zrobić).

Najbardziej śmieszą mnie zaś teksty, które pojawiają się w prasie wspierającej "totalną targowicę" (lub z nią sympatyzujące) w której próbuje się twierdzić, iż wytyczne unijne - na przykład na temat ograniczenia możliwości podróżowania lub zmiany diety na bardziej zrobaczałą - że to wszystko jest tak naprawdę wymysł i pisowska propaganda (to że PiS ma swoje za uszami to jest zupełnie inna sprawa) i że to nie jest ważne, że to są tylko rekomendacje, tylko analizy i to wszystko jest nieważne, a te miliony które idą na analizy są w ogóle nieważne, one są tak po prostu od tak wyrzucane w błoto. Innymi słowy próbuje się uśpić ludzi i przekonać ich, że to nic takiego, że to są tylko mało ważne rekomendacje, że nikt nikomu nie zabroni jedzenia mięsa, nikt nikogo nie zmusi jeść robaków i nikt nikomu nie zabroni latać samolotami czy podróżować - to przecież takie, prawda? Tylko że zauważmy, że ludzie którzy posiadają ogromne majątki i którzy realnie rządzą tym światem, oni już nawet nie ukrywają że chcą powrotu do nowego feudalizmu i że oni już nawet nie chcą być królami czy oligarchami, ale wręcz pragną stać się bogami (istnieje bowiem takie hasło: "Skoro Bóg umarł, ktoś musi go zastąpić") którzy będą decydować o życiu milionów ludzi na tej planecie. Jaka przyszłość czeka nasze dzieci? Przyszłość, w której "nie będą nic posiadać i będą szczęśliwi"? jak głosi inne hasło, wymyślone przez ludzi którzy pragną urządzić nam świat od nowa? Będą szczęśliwi, nie posiadając nic? Utopia! Utopia, a o tyle niebezpieczna, że ponownie próbuje się zniewolić ludzkość i narzucić ludziom jakieś odhumanizowane, marksistowskie tezy, które nijak się mają do rzeczywistości i do ludzkiego charakteru. Oczywiście na dłuższą metę takie koncepcje nie będą w stanie przetrwać, ale spowodują mnóstwo niewyobrażalnego cierpienia ludzkiego i kilka milionów ludzkich ofiar - znowu, tak jak to było wcześniej gdy próbowano na siłę wymusić jakieś komunistyczne wizje powstałe w chorych głowach "naprawiaczy świata" którzy święcie wierzą w swoją nieomylność.

Jakiś czas temu podczas jednej z parad lgbt, pewien redaktor internetowego portalu zadał pytanie młodemu chłopakowi bardzo zaangażowanemu w sprawę i twierdzącemu, że on jest komunistą a przynajmniej uważa się za komunistę, ponieważ o komunizmie dużo czytał i popiera te tezy. Na pytanie jednak jak zamierzałby wprowadzić komunizm, skoro wcześniej już wielokrotnie próbowano to zrobić na wiele sposobów i zawsze kończyło się to totalną klęską? Odpowiedź tego chłopaka w zasadzie mnie nie zdziwiła, ale dobitnie pokazała mentalność tych ludzi, tym bardziej że to był młody student. Stwierdził on, że wcześniej to tak naprawdę nie było prawdziwego komunizmu i że dopiero teraz on i jemu współcześni zaprowadziliby ten komunizm właściwy, ale na pytanie w jaki sposób by to zrobił, skoro przed nim wielu już próbowało i nigdy to się nie udało, odpowiedział wprost: "Ponieważ przeszkodą jest czynnik ludzki". I w tym momencie w zasadzie można by było zakończyć, gdyż ten młody szczawik właśnie stwierdził oficjalnie, że to ludzie są przeszkodą do zbudowania komunizmu, czyli innymi słowy ludzi trzeba usuwać, wrogów komunizmu trzeba usuwać. I ten człowieczek chłopaczek twierdzi, że zbudowałby inny komunizm niż budowano go wcześniej a jednocześnie powiela te same tezy o nieakceptacji chorych urojeń przez ludzkość. I na to jest tylko jedna rada - eliminacja wrogów (chociaż o tym oczywiście nie wspomina), ale inaczej nie da się tego zrobić jak tylko strzałem w tył głowy.




Wracając jednak do narracji o której wcześniej mówiłem, to jest to o tyle śmieszne (mówię tutaj o tej całej prasie lewicowo-leberalnej czyli totalnej), iż w jednym tekście piszą oni, że to jest tylko wymysł i propaganda, że to nic takiego, że to przecież nie ma znaczenia i że nikt nam nie zabroni jeść mięsa, nikt nas nie zmusi do tego, żebyśmy ograniczyli nasze podróże, żebyśmy jedli robaki - ale skąd to przecież  niemożliwe. A w drugim tekście pojawia się informacja o jadalnych pasikonikach i pszczółkach które można spożywać, i tak sobie myślę: czy ci ludzie są idiotami, czy też nas wszystkich mają za idiotów? Po co publikuje się artykuły o jadalnych pasikonikach? Aby stwierdzić, że są jadalne i smaczne i że można je jeść i że trzeba ludzi powolutku przygotowywać do nowej diety; ale przecież to niemożliwe żeby ktokolwiek nas do czegokolwiek zmuszał - prawda? 

Ponieważ zaś mam dosyć tego typu propagandy i ataków, które wymierzone są w ludzi, z którymi większość z nas jeszcze bardzo długo nie będzie w stanie się zrównać, przeto wpadło mi do głowy ułożenie takiej prywatnej, indywidualnej i całkowicie subiektywnej listy pięciu postaci, które uważam za największe w dziejach Polski. Oto moja lista:



1.
Św. JAN PAWEŁ II




To bez wątpienia postać kluczowa która w zasadzie nie ma sobie równych. Kiedyś na pierwszym miejscu postawiłbym zapewne Marszałka Józefa Piłsudskiego ale od jakiegoś już czasu (od kilku lat) uważam właśnie papieża Jana Pawła II za postać która nie ma konkurencji, jeśli chodzi o pierwsze miejsce w rankingu największych Polaków w dziejach. Gdyby bowiem nie Jan Paweł II, to w Polsce dzisiaj byłby postkomunizm podobny do tego, który jest na Białorusi i który był do tej pory na Ukrainie. To właśnie dzięki Niemu bowiem powstał 10-milionowy ruch Solidarności, (który to doprowadził do upadku Żelaznej Kurtyny, czego symbolem był upadek Muru Berlińskiego) gdyż podczas pierwszej swojej podróży do Polski w 1979 r. Polacy po raz pierwszy tak masowo zobaczyli jaką siłą dysponują, zobaczyli że są ich miliony i że komunizm nie jest wcale taki silny, jak się wydawało. Nic dziwnego że komuniści tak bardzo się Go obawiali że doszło nawet do zamachu na Jego życie w 1981 r. Dzięki jego pontyfikatowi Świat po raz pierwszy poznał inne oblicze papiestwa, gdyż ten oto następca św. Piotra odbył tyle pielgrzymek po świecie ile nie zdołali odbyć wszyscy papieże przed Nim razem wzięci. Był to prawdziwy Apostoł Miłości, Święta Dusza, która uczyła nas jak żyć w zgodzie z nauką Chrystusa i i w matczynej miłości Maryi. Wielką rolę Jan Paweł II przypisywał również kobietom to też jest ważne ze względu na przypadające w dniu wczorajszym dzień kobiet i upatrywał w nich dawczynie życia i orędowniczki Chrystusowej Miłości. Poza tym papież zwracał się przede wszystkim do młodych, wiedząc że są oni przyszłością świata, a także do tych wszystkich, którzy są uciemiężeni, biedni, prześladowani mówiąc otwarcie że Jezus był taki sam jak oni, też urodził się i żył w biedzie i umarł prześladowany za to, że odważył się mówić o Miłości w świecie, w którym ta Miłość była ostatnią rzeczą jaka mogła spotkać człowieka. Niektórzy twierdzą że jednostka w historii nie ma większego znaczenia i nic nie może, ja uważam inaczej, ja uważam że Wola jednostki jest decydująca w historii Świata i to od jej wyborów, jej wskazań, jej woli i jej działań zależy to, czy świat pójdzie w dobrym czy w złym kierunku (oczywiście mam tutaj na myśli kierunek Chrystusowej Miłości i Sprawiedliwości, ponieważ stwierdzenie "dobro" i "zło" jest subiektywne i każdy może je inaczej interpretować, zresztą tak jak mówiłem Hitler i Stalin też chcieli dobrze...). Szanujmy zatem tę wielką tradycję pozostawioną nam przez owego Orędownika Miłości, aby nie powielać błędów które znów stoczą nas w otchłań wrogości i wzajemnych podziałów. Ludzkość powinna wejść w nową erę jako wolne społeczeństwa przygotowane na to, co przyniesie przyszłość, łącznie z uświadomieniem sobie iż nie jesteśmy jedyni we Wszechświecie i pogodzeniem się z faktem że są i były cywilizacje obok nas z którymi warto współpracować na zasadzie zgodnej jedności federacji tego Wszechświata (ale to oczywiście zadanie dla następnych pokoleń).




Dziękuję ci ojcze Święty za to że byłeś





2.
JÓZEF PIŁSUDSKI 




O Marszałku długo pisać nie zamierzam, ponieważ czyniłem to już wielokrotnie wcześniej i nie byłoby sensu aby się powtarzać. Dodam tylko że była to czołowa postać, bez której niepodległość Polski i utrzymanie tej niepodległości (gdyż nie chodziło tylko oto, żeby się odrodzić, gdyż odrodzić się w roku 1918 nie było trudno i czyniło tak wiele państw wcześniej uciemiężonych przez Rosję jak i wchodzących w skład Austro-Węgier, problem polegał tylko na tym, żeby tą niepodległość utrzymać a wiele państw nie zdołało tego uczynić) praktycznie byłoby niemożliwe. Tak, właśnie tak uważam - bez osoby Marszałka Piłsudskiego realnie utrzymanie niepodległości po 1920 roku byłoby niemożliwe, nawet gdyby udało się wygrać Bitwę Warszawską i Bitwę Niemeńską, to bez postaci Marszałka i bez tego Odrodzenia które w dużej mierze nastąpiło po roku 1926, Polska rozgrywana przez partyjne koterie i obce agentury byłaby znacznie łatwiejszym łupem dla Niemiec i Związku Sowieckiego na długo przed 1939 rokiem. Marszałek zrodzony w tradycji Powstania Styczniowego, był tym, który odrodził Ducha Narodu (zbudził "Króla Ducha"), sam twórca Legionów polskich natchnął tych młodych chłopaków przelewając z własnej duszy w ich dusze konieczność i potrzebę Odrodzenia Niepodległej Ojczyzny. Był propagatorem idei czynu. Rzadko kto ma taki wpływ na dzieje świata i tak wiele może dokonać swoją własną wolą, rzadko spotyka się takie osoby i to nie dlatego żeby takich osób brakowało, tylko dlatego że ludzie w większości nie uświadamiają sobie ani celu ani kierunku w którym pragną podążyć i swoich własnych możliwości które mogą zrealizować. On wiedział, On konsekwentnie dążył do celu -  najpierw odzyskanie Niepodległości a potem Polska wielka, mocarstwowa, równa znaczeniem narodom tej ziemi, ale bynajmniej nie kraj, który swoją wielkość zamierza budować na nieszczęściu innych narodów, ale w zgodzie z nimi (szczególnie zaś z narodami Europy Środkowo-Wschodniej).




Gdziekolwiek jesteś panie Marszałku - miły Wodzu mój. Dziękuję Ci





3.
WITOLD PILECKI 




Ten "Człowiek ze stali" zasługuje na miejsce trzecie (być może nawet drugie), gdyż swoim życiem udowodnił co to znaczy wiara jak silna może się okazać w starciu z brutalną siłą. Rotmistrz Witold Pilecki jako młody chłopak uczestniczył już w wojnie z bolszewikami w roku 1920, ale ukoronowaniem jego żywota była dopiero II Wojna Światowa i okres powojenny czyli sowiecka okupacja Polski. We wrześniu 1940 r. sam jako ochotnik zgłosił się do obozu w Auschwitz (a konkretnie przekonał swego przełożonego majora Włodarkiewicza z Tajnej Armii Polskiej do wyrażenia zgody na dołączenie do łapanki i trafienie do obozu w zagłady Auschwitz gdzie rotmistrz Pilecki miał nadzieję na zorganizowanie pracy konspiracyjnej i stworzenie ruchu oporu który, gdy przyjdzie czas będzie mógł uwolnić więźniów z obozów (oczywiście miało być to skoordynowane z atakami Armii Krajowej na obóz oraz z bombardowaniami lotniczymi Aliantów). Tak też się stało i gdy 19 września 1940 r. doszło do dużej łapanki na Żoliborzu, podczas której Niemcy wyciągali mężczyzn z mieszkań i pakowali na ciężarówki wywożąc ich najpierw na Szucha do siedziby Gestapo, a potem do Auschwitz albo innych obozów koncentracyjnych -wśród złapanych był również Witold Pilecki który znalazł się tam całkowicie dobrowolnie. Do Auschwitz trafił w nocy z 21 na 22 września wraz z 1138 osobami złapanymi w obławie ulicznej oraz 566 więźniami osadzonymi wcześniej w więzieniu na Pawiaku. Tam rotmistrz zaczął tworzyć Związek Organizacji Wojskowej wśród osadzonych (głównie byli to oficerowie Wojska Polskiego oraz młodzież uniwersytecka i szkolna). Członkowie ZOW poruszali się po terenie przyobozowym, wymieniali grypsy, wnosili lekarstwa żywność i odzież (współpracowała z nimi bowiem okoliczna ludność), celem głównym było jednak zorganizowanie ruchu oporu i wyzwolenie obozu we współdziałaniu z atakami Armii Krajowej i bombardowaniami lotniczymi. Ostatecznie jednak stało się jasne że Alianci nie zamierzają zbombardować obozu, a atak Armii Krajowej też nie wchodził w rachubę w tej sytuacji. W tej sytuacji Witold Pilecki zdecydował się uciec z obozu i wraz z Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim dokonał tego w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Sam swoją ucieczkę wspominał potem w ten sposób: "Wyszedłem w nocy - tak samo, jak przyjechałem - byłem więc w tym piekle 947 dni i tyleż nocy (...). Wychodząc miałem o kilka zębów mniej niż w momencie mojego tu przyjścia oraz złamany mostek. Zapłaciłem więc bardzo tanio za taki okres czasu w tym "sanatorium". Potem dołączył do konspiracji, brał udział w Powstaniu Warszawskim w 1944 r. Skąd trafił do obozów jenieckich w Lansdorf i Murnau. 




W lipcu 1945 r dołączył do II Korpusu Polskiego stacjonującego we Włoszech. Pod koniec listopada 1945 r powrócił do Polski z tajną misją, której celem było wybadanie możliwości zorganizowania oporu przeciwko komunistom zajętym przez Sowiety kraju. Rotmistrz sam zorganizował własną tajną organizację konspiracyjną, której jednak członkowie nie składali przysięgi ani też część z nich nie wiedziała nawet że jest w konspiracji, zresztą nie stosowano terroru ani sabotażu, nie wydawano też nielegalnych pism, gromadzono jedynie informacje o przebiegu komunizowania społeczeństwa polskiego i szukano sposobów przeciwstawienia się temu. Jednak jak sam dodawał: "Nigdy jednak w świadomości mojej nie powstała myśl, że działanie moje jest szpiegostwem, gdyż nie działałem na rzecz obcego mocarstwa, a posłałem wiadomości do macierzystego oddziału polskiego i miałem zawsze nadzieję że jednak kiedyś rząd polski i ośrodki emigracyjne jakoś się wreszcie porozumieją" (trochę naiwne ale idealistyczne). Rotmistrz Witold Pilecki został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa dnia 8 maja 1947 r. W więzieniu na Mokotowie rotmistrz Pilecki był bity i torturowany, mimo to całą winę wziął na siebie nikogo ze swych współpracowników nie oskarżył ani nie wydał tym bardziej że większość z nich i tak siedziała już razem z nim na UB. Śledztwo nadzorował pułkownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - Józef Różański (właściwe nazwisko Jozef Goldberg), który podczas jednego z przesłuchań tak zwrócił się do Pileckiego: "Ty masz u mnie dwa wyroki śmierci, ciebie nic nie uratuje. Przyjdą, wyprowadzą, pierdolną ci w łeb i to będzie taka zwykła ludzka śmierć". Ksiądz Czajkowski który odwiedzał więźniów w więzieniu na Mokotowie, opisywał potem rodzinie Witolda Pileckiego jak on wyglądał po przesłuchaniach: "Nie był w stanie podnosić głowy, miał połamane obojczyki, ręce zwisały mu bezwładnie wzdłuż ciała", nie dodał tylko że rotmistrz Pilecki miał również zerwane wszystkie paznokcie z obu rąk. Kilkumiesięczne śledztwo i przesłuchania fizycznie wyniszczyły Pileckiego, podczas jednego z niewielu spotkań ze swoją małżonką powiedział otwarcie: "Wykończyli mnie Marysiu. Auschwitz to była igraszka". Rotmistrz Witold Pilecki został zamordowany 25 maja 1948 roku w więzieniu na Mokotowie katyńskim strzałem w tył głowy (miał 47 lat). 




Warto tutaj również dodać że to, co spowodowało iż Witold Pilecki tak długo opierał się torturom (chociaż mówił prawdę w zeznaniach, niczego nie kłamał ani nic nie zmyślał, mówił jak było naprawdę, mówił o swojej roli w założeniu konspiracji w Auschwitz oraz o tym co robił przyjechawszy do Polski i podkreślał że jego działalność nigdy nie była wymierzona przeciwko państwu polskiemu ani też żadnych informacji nie przekazał obcemu wywiadowi), była bezgraniczna wiara i ufność w Boga, w Jezusa Zmartwychwstałego i w Bożą Sprawiedliwość. Gdyby nie ta wiara, to już dawno by się załamał, gdyż człowiek nie jest w stanie samodzielnie znieść tak brutalnych tortur, jakim poddawany był rotmistrz Witold Pilecki. Ostatnie Jego słowa, wydrapane na ścianie więziennej celi brzmiały: "Zawsze starałem się żyć tak, abym w godzinie śmierci mógł się bardziej radować niż lękać". Wieczna cześć Jego pamięci.





4.
DANUTA SIEDZIKÓWNA "INKA"




Ta dziewczyna w chwili śmierci nie miała nawet osiemnastu lat. Została zakatowana i zamordowana przez bandytów z Urzędu Bezpieczeństwa tylko dlatego, że była sanitariuszką w 4 szwadronie 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" - jednego z Żołnierzy Niezłomnych/Wyklętych. Jej kuzyn Paweł Hur był lotnikiem i brał udział w bitwie o Anglię w 1940 r. Jej mama zginęła zamordowana przez Niemców we wrześniu 1943 r. (należała do Armii Krajowej). Ona sama uczyła się w szkole sióstr salezjanek ale w czerwcu 1945 r. została aresztowana przez NKWD-UB za "działalność w ruchu antykomunistycznym". Konwój ten jednak został rozbity i uwolniony przez patrol 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej majora Łupaszki i tak odtąd Danuta Siedzikówna przyłączyła się do oddziału jako sanitariuszka opiekująca się rannymi żołnierzami. Opiekowała się oczywiście również rannymi w potyczkach żołnierzami MBP i Ludowego Wojska Polskiego. Została aresztowana 20 lipca 1946 r. we Wrzeszczu i umieszczona w V pawilonie więzienia w Gdańsku. Tam była bita i torturowana, starano się wymusić od niej informacje obciążające majora Łupaszkę i innych żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. Ostatecznie została skazana na karę śmierci (odmówiła złożenia prośby o ułaskawienie do "prezydenta" Bolesława Bieruta, twierdząc iż nie będzie się prosić sowieckiego namiestnika o łaskę). Zginąć miała wraz z feliksem Selmanowiczem "Zagończykiem" w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku, jednak gdy pluton egzekucyjny dostał rozkaz zastrzelenia obu, zabito jedynie Zagończyka, nikt bowiem nie strzelił do Inki (zapewne ze względu na jej wiek, gdyż miała dopiero 17 lat). Dobił ją dopiero strzałem z własnej broni oficer uczestniczący w tej egzekucji - był 28 sierpnia 1946 r. Ostatnie słowa Inki brzmiały: "Niech żyje Polska, niech żyje Łupaszko". Wcześniej zaś będąc jeszcze w celi kazała przekazać: "Powiedzcie mojej babci że zachowałam się jak trzeba"


Jak to jest zabić nastolatkę?




5.
RYSZARD KUKLIŃSKI 




 Człowiek który ocalił świat od wybuchu III wojny światowej przekazując Amerykanom dokładne plany wojenne Związku Sowieckiego, oraz co najważniejsze - miejsca schronów dla najwyższego dowództwa sowieckiego, co w przypadku wybuchu takiego konfliktu oznaczałoby, że w ciągu kilkunastu minut całe to dowództwo zostało bez likwidowane bez konieczności uderzenia nuklearnego USA i krajów NATO na Polskę i inne kraje satelickie Związku Sowieckiego. O pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim pisałem już kilkakrotnie wcześniej, więc nie ma sensu się powtarzać. Warto jednak nadmienić że ojciec Kuklińskiego - Stanisław należał do Armii Krajowej i zginął zamęczony przez Niemców w obozie w Sachsenhausen w 1943 r. Ogromnym wstrząsem dla Ryszarda Kuklińskiego była informacja o samospaleniu Ryszarda Siwca na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, który podpalił się aby zaprotestować przeciwko interwencji państw Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w 1968 r., Poza tym Kukliński miał wgląd w ofensywne plany marszałka Związku Sowieckiego - Wiktora Kulikowa, który przewidywał wojnę ofensywną przeciwko Zachodowi i szybkie zajęcie Europy. Pułkownik Ryszard Kukliński doskonale więc zdawał sobie sprawę, że główne uderzenie pierwszego i drugiego rzutu Armii sowieckiej, polskiej i wschodnio niemieckiej wyjdzie z ziem polskich, a to oznaczało że kraje NATO właśnie tutaj skierują swoją broń nuklearną, aby zniszczyć owe armie. Z Polski wówczas zostałaby co najwyżej popromienna radioaktywna pustynia i nic więcej, a Sowietów oczywiście nic to nie obchodziło, dlatego też Kukliński postanowił działać aby ocalić własny kraj przed zbliżającą się nuklearną zagładą. Ponieważ często udawał się na rejsy morskie (na przykład do Danii czy do Niemiec) nawiązał tam kontakt z wywiadem amerykańskim i tak przez 10 lat (począwszy od 1971 roku, aż do ewakuacji w roku 1981) przekazywał Amerykanom dokładne sowieckie plany inwazji na Europę i wszelkie inne tajemnice sowieckiej armii (podkreślam sowieckiej nie polskiej). Za swą działalność nigdy nie pobierał pieniędzy, wręcz przeciwnie czynił to z pobudek patriotycznych jak i ogólnoludzkich - jego celem było zapobieżenie nuklearnej zagładzie Świata. Niestety za ujawnienie sowieckich planów Kulikowa (o czym ponoć Kulikow został poinformowany przez Breżniewa i jest ta scena pokazana w filmie Jack Strong z Dorocińskim w roli głównej, w której Kulikow mdleje, gdy dowiaduje się że jego plany ataku na Europę znane są już Amerykanom - ta scena jest autentyczna, Kulikow bowiem rzeczywiście stracił wówczas przytomność) Ryszard Kukliński zapłacił najwyższą cenę - jego dwaj synowie w ciągu roku obaj zostali zamordowani w USA przez sowiecki wywiad. Warto jednak pamiętać że ten człowiek ocalił nas przed nuklearną zagładą i że przekazał Amerykanom takie informacje, które eliminowały Związek Sowiecki z dalszej wojny, już po kilkunastu minutach od jej rozpoczęcia.





poniedziałek, 13 lutego 2023

POST-ATOMOWA RZECZYWISTOŚĆ

CZYLI MIKROŚWIAT PO ATOMOWEJ APOKALIPSIE





Ponieważ ostatnio czytałem że rosyjskie bomby jądrowe po raz ostatni wymieniano jakieś trzydzieści lat temu (i wtedy też przeprowadzono ostatnie testy tej broni), a to oznacza, że broń ta w rosyjskich realiach jest już mocno przestarzała i nie nadająca się do użytku (gdyż żywotność głowic nuklearnych wynosi mniej więcej jakieś dwadzieścia lat). Cóż, nawet jeśli to prawda i broń ta jest już nie nadającą się do użytku, to jednak warto by się zastanowić, jak wyglądałby świat po atomowej apokalipsie. Nie chodzi mi jednak o świat rozumiany w kategoriach globalnych czy kontynentalnych, ale o ten nasz najbliższy mikroświat. Jak wyglądałyby domy, które uniknęłyby bezpośredniego zniszczenia, ale jednak zostałyby opuszczone ze względu na wysokie promieniowanie jądrowe i jak wyglądałaby najbliższa okolica po takim właśnie ataku? Proponuję więc małą podróż po już istniejących w rzeczywistości podobnych miejscach-widmach, opuszczonych przez ludzi i pozostawionych na łaskę warunków atmosferycznych i nieubłaganego czasu. 

Oto kilka z takich obrazków:
































A TO JUŻ WIZJA ARTYSTYCZNA 






















wtorek, 3 grudnia 2019

JAKA POLSKA...? - Cz. I

KONCEPCJE ODRODZENIA 

PAŃSTWA POLSKIEGO 

OD CZASÓW ZABORÓW 

KU WSPÓŁCZESNOŚCI




  

 POLSKA NA POWRÓT STAĆ

SIĘ MUSI MOCARSTWEM!





 
 Posiadającym 500-tysięczną armię! Żart? Nie - konieczność, choć z tą armią nieco przesadziłem, gdyż obecnie bodajże nawet Amerykanie nie dysponują taką siłą zbrojną, ale co najmniej 300 tysięcy żołnierzy musi wystawić Polska aby móc w ogóle konkurować w zbliżających się zapasach na skalę... światową. Tak, właśnie na skalę światową, choć może dla niektórych wyda się to nie tylko dziwne ale i zabawne stwierdzenie, lecz właśnie o to chodzi - Polska ma bowiem już obecnie potencjał, by zawalczyć o swą mocarstwową pozycję nie tylko w Europie, ale i świecie i nie jest to wcale pobożne życzenie, czy mrzonki z gatunku s-f, wręcz przeciwnie. Jak już wspomniałem, Polska posiada obecnie niezwykle silny potencjał do tego, by stać się graczem kontynentalnym i nie chodzi tutaj wcale o naszą siłę zbrojną (która notabene jest za mała jak na ambicje państwa leżącego w sercu Europy), ani o politykę, ani nawet o naszą rozpędzającą się gospodarkę. Wszystkie te wymienione atrybuty, które składają się na realną siłę i są trampoliną oraz podporą mocarstwowości kraju - jeszcze funkcjonują u nas na skalę państwa postkolonialnego - którym bez wątpienia po dekadach komunistycznego zniewolenia i sowieckiej zależności - wciąż jeszcze jesteśmy. Posiadamy jednak pewien atrybut, który jest niezwykle ważny, zarówno obecnie jak i ważny będzie w przyszłości - tym atrybutem jest... nasze położenie geograficzne, kluczowe dla całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej (tzw.: "Pomostu Bałtycko-Czarnomorskiego", jak się ten region "fachowo" określa w publicystyce militarnej i geopolitycznej). Nasze położenie jest kluczowe dla wszelkich inicjatyw geostrategicznych i gospodarczych na linii Wschód-Zachód, Północ-Południe, bez naszego kraju nie tylko nie ma realizacji koncepcji euroazjatycyzmu, ale wręcz bez Polski (i mówię to z pełną świadomością wypowiadanych słów) nie ma ani niepodległej Ukrainy, ani niepodległej Białorusi, ani w ogóle jakiejkolwiek trwałości państw bałtyckich. Jesteśmy Italią Europy z czasów przed wybuchem I Wojny Punickiej i musimy to sobie jasno uświadomić, gdyż wszelka zmiana pojęciowa i tożsamościowa zawsze zaczyna się w głowie.

Przez dekady serwowano nam bowiem koncepcje sowieckiego imperium i słabości militarnej, ekonomicznej i politycznej Polski (jak i innych krajów regionu) wobec Moskwy. Przez lata serwowano nam wizję "ruskiej potęgi" a hasło: "Armia Radziecka z nami od dziecka" - było co prawda kpiącym, ale jednak posiadającym też duży stopień strachu przed sowiecką potęgą - stwierdzeniem. Potem, po rozpadzie imperium sowieckiego i tzw.: "upadku komunizmu" (a raczej jego transformacji), społeczeństwo polskie wychowane na strachu wobec "Wielkiego Brata" ze Wschodu, zostało oszołomione otwarciem się na świat zachodni, a Polska automatycznie (choć początkowo trwały pewne roszady) wpadła w kuratelę odrodzonych i zjednoczonych Niemiec. Kuratela ta (przechodząca w podporządkowanie, ale na subtelniejszych zasadach niż to wcześniejsze - wobec Związku Sowieckiego), została umocniona po 1 maja 2004 r. czyli po wejściu Polski (Czech i Węgier) do Wspólnoty Europejskiej. Dziś niemiecka kuratela nad Wisłą znacząco zmalała, ale Niemcy wciąż dążą do odzyskania tego terenu dla siebie (jednym z takich wymownych prób przeprowadzenia zamachu stanu, który przywróciłby do władzy tzw.: "partię pruską", był Ciamajdan z grudnia 2016 r. który zakończył się kompletnym fiaskiem). Niemcy są jednak za słabe i przyszłość świata będzie się rozgrywała na zupełnie innych pozycjach. Obecnie (stopniowo od 2015 r. a już całkowicie od 2016 r.) Polska znajduje się pod kuratelą Waszyngtonu, co wcale na dobrą sprawę nie jest takie złe (na regionalne potęgi dzięki wsparciu Amerykanów urosły takie kraje jak: Korea Południowa, Japonia czy Turcja) - należy tylko odpowiednio określić i ustalić akcenty i jasno zdefiniować nasze interesy w tym "sojuszu". Bowiem celem naszych elit musi być już tylko jedna droga - ku mocarstwu i odrodzeniu dawnej Rzeczpospolitej. Oczywiście na razie jest to niemożliwe (powtarzam NA RAZIE!), ale (jak kiedyś powiedział pewien klasyk: "różnie bywało w historii, oj różnie - myśmy już nawet kiedyś z Mongolią graniczyli, i to pod Legnicą" 😉), nie znaczy to, że niemożliwe będzie również w przeszłości. Tym bardziej że istnienie Rosji jako tak ogromnego kraju w tej części świata, jest po prostu anomalią i już dwukrotnie dochodziło w dziejach do sytuacji, gdy na tym ogromnym terenie powstawała taka anarchia i rozkład struktur państwowych, że można było wejść na te ziemie jak w przysłowiowe masło. Tak było zarówno w latach 1917-1920 (gdy Piłsudski twierdził w grudniu 1919 r. że gdyby chciał mógłby bez przeszkód zająć Moskwę i nikt by go nie zatrzymał, lub opór byłby niewielki) jak i w latach 1990-1992.

W tym pierwszym przypadku, zajęcie Moskwy nie miało żadnego geopolitycznego znaczenia dla odradzającej się Polski i Marszałek doskonale o tym wiedział. Zdobycie Moskwy przez Polaków na wiosnę 1920 r. służyłoby jedynie Białej Rosji - czyli tym wszystkim białogwardyjskim jenerałom, którzy dążyli do odtworzenia dawnego Imperium Rosyjskiego, oraz było na rękę koncepcji anglo-francuskiej, która zakładała odbudowę dawnej Rosji po to, aby Niemcy nie mogły wykorzystać zdobytych na froncie wschodnim surowców i nie zaprowadziły nowego ładu na Pomoście Bałtycko-Czarnomorskim. Pójście na Moskwę byłoby więc geopolityczną głupotą z polskiego punktu widzenia i Piłsudski dobrze o tym wiedział. Czerwoni (komuniści) wprowadzali w Rosji anarchię i szerzyli rozkład struktury imperialnej, co było na rękę odradzającej się Polsce, ale w żadnym razie nie było to na rękę ani Francji ani Wielkiej Brytanii, które potrzebowały na Wschodzie tarana, przed ewentualną kolejną niemiecką rekonkwistą militarną i polityczną (cóż bowiem dawało im zwycięstwo na Zachodzie, skoro Niemcy wygrali na Wschodzie, opanowując ogromne tereny Heartlandu - czyli mackinderowskiej Wyspy Świata). Polska zaś dopiero co się odradzała, zresztą i tak nikt nie wierzył że przetrwa dłużej niż kilka, może kilkanaście miesięcy, dlatego tak ważnym wówczas było odtworzenie dawnej Rosji - która znów stałaby się przeciwwagą dla Niemiec (tym bardziej że w ciągu całego dziewiętnastego stulecia zarówno politycy jak i narody Europy przyzwyczaiły się do faktu że Polski nie ma, a jej powstanie wcale nie było nawet konieczne. Największe koncepcje geopolityczne opracowano właśnie w XIX wieku - który to do dziś zarówno w Europie Zachodniej - w nieco mniejszym stopniu w USA - jest uważany za "Złoty Wiek", czasy największej prosperity i wykuwania się nowych koncepcji. Wszystko pięknie, tylko z naszego punktu widzenia problem polega na tym, że w owym "Złotym Wieku" Polska nie istniała na mapach, więc po zakończeniu I Wojny Światowej też wcale jej istnienie nie było konieczne z punktu widzenia geopolitycznych koncepcji zachodnich mocarstw europejskich). Dlatego na zajęcie Moskwy przez Wojsko Polskie najbardziej naciskali Brytyjczycy (a po nich Francuzi), ale Piłsudski jasno ocenił sytuację - pójście na Moskwę to powrót bo błędu Napoleona z 1812 r. któremu książę Józef Poniatowski proponował zmianę kierunku marszu i miast pchać się bez celu do dalekiej Moskwy, lepiej po prostu "odkroić" Ukrainę od Rosji i przyłączyć te ziemie do odradzającej się Rzeczypospolitej, zasilając Wojsko Polskie (drugą po Armii Francuskiej siłę zbrojną tworzącą cesarską Wielką Armię) nowymi rekrutami z terenów Ukrainy, Białorusi i Litwy czyli ziem Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego. A utrata tych ziem byłaby nie do pomyślenia dla Rosjan i to oni wówczas musieli by uderzyć, próbując nie dopuścić do oderwania tych terenów od Imperium. I właśnie o to chodziło, o to aby uderzyli. Wtedy Wielka Armia i Wojsko Polskie połączone i wzmocnione nowymi zaciągami, po prostu zgniotłoby armię cara Aleksandra I. Wojna byłaby wygrana, Rosja zepchnięta do azjatyckich stepów i całkowicie wyeliminowana z jakiegokolwiek wpływu na bieg spraw w Europie - tym samym powrócono by do sytuacji z końca XVII wieku, gdy to Rzeczpospolita była - w Europie Środkowej i Wschodniej - wciąż jeszcze czynnikiem decydującym. Upadek znaczenia Polski w XVIII wieku, spowodował wyniesienie do tej roli właśnie Moskwy, a odbudowa dawnej Rzeczpospolitej z powrotem cofnęłaby Rosję w odległe, azjatyckie stepy. Cesarz Napoleon wybrał jednak marsz na Moskwę i przegrał.




Dziewiętnastowieczny historyk - Stanisław Burzykowski, dał niezwykle przejmującą oraz prawdziwą syntezę narodu polskiego i rosyjskiego, którą to pozwolę sobie tutaj przytoczyć. Otóż Burzykowski pisał: "Między narodem polskim a moskiewskim, acz oba z jednego konaru słowiańskiego swój początek wiodą, wielka zachodzi różnica. Kultura, życie narodowe, prawa, wszystko odmienne. Polak od najdawniejszych czasów, od swojego początku zawsze był wolny, Moskal zawsze niewolnik (...) Polak od początku we wszystkim należał do Europy, Moskal był raczej mieszkańcem Azji, do niej się wcielał. Polak przyjął wiarę katolicka, prawa rzymskie, kulturę Europy Zachodniej, ducha rycerskiego średnich wieków i na tej podstawie rozwinął uczucia wzniosłości, godności i honoru; Moskal został Grekiem (...) Przyjął wiarę, która już od dawna utraciła ducha (...) Cywilizację początkową wziął z Konstantynopola od państwa wschodniego, od ludu zepsutego, zużytego aż do szpiku kości. Polak zawsze niepodległy, nie znał obcego wpływu (...) Sam sobie i przez się wykształcał się i rozwijał; Moskal przez całe swe życie dziecko obcych, o tyle cywilizował się, o ile cudzoziemczał. Na Moskala napadły hordy Dżyngis chana i parę wieków pod jarzmem mongolskim pozostawał i były to dlań czasy spodlenia, poniżenia, w którem godność ludzką zatracił. Piotr Wielki z Mongoła, z Moskala zamierzał zrobić cywilizowanego Europejczyka (...) Tym sposobem Moskal, nie czując w duszy Europejczyka, naśladować go musiał, i miast stać się nim, stał się jedynie małpą. Przybrał połysk, ogładę zewnętrzną, lecz grunt, istota, dusza odmieniona nie została. Kościół spróchniały, bez istotnych kapłanów, bez prawdziwych sług bożych, bez nauki, bez cnoty, jest tam tylko sługą cara; szlachta bez rodu, bez rycerstwa, bez czci i chwały, jest dziełem klas (...) wojsko bez honoru i zdolności poczucia szlachetniejszych podniet; rząd bez godności, bez uczucia sprawiedliwości lub godziwości, przeszłość - hańba i niewola; teraźniejszość - hańba i despotyzm, otóż i wszystko". 


 W ROSJI NIGDY NIE BYŁO EPOKI ŚREDNIOWIECZA Z CAŁYM JEJ RYCERSKIM ETOSEM I DWORSKĄ MIŁOŚCIĄ


 

Podobnie pisywał rosyjski filozof - Piotr Czaadajew, który twierdził wprost że Rosja jest "krajem bez historii i bez przyszłości" i dodawał: "Osamotnieni w świecie nic temu światu nie daliśmy i nic od niego nie wzięliśmy, nie użyczyliśmy nawet jednej idei mogącej dać podstawy wielkim ideom ludzkości. Nie daliśmy żadnego wkładu do postępu ducha ludzkiego i zdeformowaliśmy całą postępowość, która do nas przyszła. Od pierwszego momentu naszej egzystencji społecznej nic nie emanowało z nas, co mogłoby służyć wspólnemu dobru. Żadna użyteczna idea nie zakiełkowała na wysterylizowanej ziemi naszej ojczyzny. Nigdy nie wypowiedzieliśmy jakiejś wielkiej prawdy. Nie wymyśliliśmy niczego oryginalnego, jedynie adoptowaliśmy mylące, zwodnicze obrazy samych siebie oraz bezużyteczny luksus ze wszystkiego, co inni przemyśleli i wymyślili. (...) Najpierw brutalny barbaryzm, następnie prymitywne gusła i przesądy, potem ciężka, degradująca dominacja obcych, których duch później odziedziczył rzad narodowy - to jest smutna historia naszej młodości. (...) Żyjemy w najwęższym rozumieniu teraźniejszości bez przeszłości i przyszłości w samym środku płytkiego spokoju" (należy dodać że za te słowa Czaadajew trafił do... zakładu dla obłąkanych, skąd aby się wydostać, pisał wiernopoddańcze listy do cara i twierdził że coś go musiało opętać skoro tak napisał). Oto prawdziwa definicja Rosji i jej jawne przeciwieństwo - Polska. Ulegając namowom Zachodu i idąc na Moskwę, Piłsudski popełniłby ten sam błąd, jaki był udziałem klęski Cesarza Napoleona, dlatego też miast na Moskwę, ruszył na Kijów i zdobył to miasto. Potem zaś wyprowadził dwa kluczowe ciosy, dowodząc w dwóch wielkich bitwach (osiemnastej największej bitwy w dziejach ludzkości - jak określił ją lord Edgar D'Abernon) Bitwy Warszawskiej - z sierpnia 1920 r. która pozwoliła nie tylko ocalił młodą polską niepodległość, ale ochroniła całą ówczesną Europę od bolszewickiego najazdu - oraz Bitwy Niemeńskiej - z września 1920 r. - która przesadziła o niepodległości państw naszego regionu (głównie Litwy, Łotwy, Estonii i Finlandii). Dzięki temu zwycięstwu, Polska na dwadzieścia lat powróciła na mapę Europy i doświadczyła - co prawda krótkiego - ale niezwykle istotnego czasu pełnej niepodległości (gdybyśmy bowiem nie wygrali wojny z bolszewikami, to cała Polska stałaby się marionetkową sowiecką republiką i dziś bylibyśmy realnie na poziomie Ukrainy lub Białorusi, z ogromną mniejszością rosyjską wewnątrz kraju i granicami nie różniącymi się od tych, przynależących do Kongresówki - czyli mały kraik, bez dostępu do morza, bez Śląska, bez Mazur, bez Galicji, jedynie z cześcią Małopolski i oczywiście bez wschodnich naszych Kresów).




Bardzo podobna sytuacja wystąpiła w okresie rozkładu imperium sowieckiego już w latach 1990-1992 r. Wtedy również Polska miała niesamowitą szansę stać się siłą decyzyjną na Wschodzie (niewiele osób zapewne wie co wówczas oferowali nam Rosjanie - podział Ukrainy i Białorusi, wykrojenie części Litwy i stworzenie tam drugiej Litwy Środkowej pod całkowitą dominacją litewskich Polaków). Oczywiście nie oznacza to, że owe plany powinniśmy akceptować bezkrytycznie, ale niepodjęcie tematu, oznaczało rezygnację z polityki jagiellońskiej i powrót do dość ograniczonej polityki piastowskiej (oczywiście w dużym cudzysłowie, gdyż ówczesne "elity" w ogromnej większości wywodziły się z rodzin komunistycznych, a wielu było jawnymi agentami bezpieki. Jak tacy ludzie mogli w ogóle myśleć o polskim interesie narodowym? Im wystarczyło dogadanie się przy Okrągłym Stole i utrzymanie wpływu na gospodarkę, politykę oraz oczywiście na służby). Powstało co prawda też wówczas kilka ciekawych projektów, jak choćby powołana do życia 11 listopada 1989 r. Quadragonale, czyli Inicjatywa Środkowoeuropejska grupująca Austrię, Jugosławię, Włochy i Węgry potem również Czechosłowację a od 1991 r. i Polskę (dzięki czemu przemianowano ją najpierw na Pentagonale, a następnie na Hexagonale). Ale po pierwsze, Polska nie była tutaj autorem decyzyjnym tej inicjatywy - tylko doń dołączyła, a po drugie, Hexagonale stanowiło śmiertelne niebezpieczeństwo dla odradzającej się niemieckiej koncepcji Mitteleuropy. Stąd Niemcy uczynili wszystko, aby ta inicjatywa została storpedowana i poprzez swoje służby doprowadzili di wywołania jeszcze w 1991 r.... wojny w Jugosławii, która doprowadziła do rozpadu tego państwa i powrotu do sytuacji sprzed I Wojny Światowej. Oczywiście prowokując zamęt w byłej Jugosławii, osiągnęli cel główny - Hexagonale (choć nie zostało oficjalnie rozwiązane) realnie pozostało inicjatywą martwą. Przykład ten pokazuje dobitnie, że opieranie się tylko o jedną koncepcję geopolityczną (lub piastowską lub jagiellońską) realnie musi prowadzić do katastrofy, gdyż w pierwszym przypadku Rosja (lub rosyjskie wpływy - a przecież najważniejszym jest umiejętność uzyskania realnego wpływu na podejmowane w danym kraju decyzje, stąd osiemnastowieczna Rzeczpospolita - jako rosyjska kolonia, była tak ważna dla Moskwy i prawdą jest że Rosja była ostatnim krajem, które chciały rozbiorów Polski - po co im były rozbiory, skoro i tak kontrolowali całą Rzeczpospolitą, a wojska rosyjskie podchodziły pod Bramę Morawską i Odrę?) ma granicę na Bugu, co automatycznie powoduje iż Polska staje się ponownie rosyjską satelitą. Zaś  koncentrując się jedynie na tym drugim przypadku - nie jesteśmy w stanie skutecznie zabezpieczyć sobie "tyłów" (Śląsk, Pomorze, nawet Wielkopolska mogą ulec ekonomicznemu zaborowi Niemiec), poza tym nie jesteśmy w stanie sfinansować inwestycji na Wschodzie. Dlatego też najważniejsza jest równowaga i optymalne wykorzystywanie zarówno koncepcji piastowskiej jak i jagiellońskiej.

Podobnie jest w stosunkach z Amerykanami. Nasze elity wciąż zachowują się jak "dzieci we mgle" nie rozumiejąc że w polityce zawsze liczy się siła (czy to militarna, czy gospodarcza, czy polityczna czy jakakolwiek inna - niekiedy nawet blef jest kluczem do sukcesu). Polska natomiast już dawno się jasno zdeklarowała, kogo będzie popierała w zniżającym się konflikcie światowym USA-Chiny, oczywiście wybraliśmy Waszyngton. Ok. ja nie mówię nie (lepszy tu Fort Trump, niż Fort Xi), ale myśmy opowiedzieli się jednoznacznie, w sytuacji gdy "piłka wciąż jest w grze" i nie wiadomo dokładnie kto zwycięży te światowe zapasy. Stany Zjednoczone są zaś krajem coraz słabszym, zarówno ekonomicznie, jak i militarnie. Co prawda wciąż są światowym hegemonem, ale wiadomo jak to długo jeszcze potrwa (sądzę że mniej niż dekadę)? Chiny natomiast są wzrastającą siłą i w sytuacji gdy wybieramy Waszyngton, to powinniśmy postarać się coś konkretnego uzyskać od Amerykanów w zamian, np. niech pomogą nam (tak jak pomogli Turkom) w rozbudowie naszej armii, udostępnili najnowsze technologie (również te kosmiczne - swoją drogą plan powołania przez prezydenta Donalda Trumpa do życia Sił Kosmicznych w ubiegłym roku - jest bardzo ciekawy i nawiązuje do Wojen Gwiezdnych prezydenta Reagana. Zresztą nigdy nie można być do końca pewnym, czy również z kosmosu nie czyha na nas jakieś niebezpieczeństwo), a przede wszystkim należałoby doprowadzić, aby w Polsce stacjonowała amerykańska broń jądrowa. Musimy bowiem pamiętać, że jeśli dojdzie do wojny (a kiedyś na pewno dojdzie) to wojsko rosyjskie nie szkoli się do walki z US Army. Nie, Rosjanie szkolą się do walki... z nami, z Wojskiem Polskim i musimy to sobie uzmysłowić że obecnie stanowimy największe zagrożenie dla Rosji, gdyż w przypadku całkowitej neutralności Polski, Moskwa spokojnie zajmuje kraje bałtyckie - a zajęcie przez Moskwę krajów bałtyckich, natychmiast niszczy cały dotychczasowy ład geopolityczny - a to znów oznacza, że Amerykanie nie będą mogli pozwolić na upadek Litwy, Łotwy i Estonii. I co wtedy, skoro ich wojska są tutaj jedynie rotacyjnie i można powiedzieć - symbolicznie? Wówczas Waszyngton będzie naciskał na Warszawę, byśmy to my udzielili pomocy Bałtom. A wtedy odsłaniamy całkowicie teatr działań wojennych w centrum kraju na drodze z Mińska do Warszawy i 1 Gwardyjska może swobodnie szturmować naszą stolicę. Poza tym istnieje niebezpieczeństwo użycia przez Rosjan broni atomowej przeciwko Wojsku Polskiemu, w sytuacji gdy zostaną zmuszeni do odwrotu. Oni nie uderzą na Amerykanów - gdyż to oznaczałoby globalną wojnę atomową, ale uderzą na nas - aby po pierwsze wprowadzić zamęt i niezgodę w obozie sojuszników, po drugie zniwelować własną porażkę, a po trzecie... dlatego że mogą (mają bowiem broń atomową, a my jej nie mamy). Po takim ataku, strona polska będzie się domagać od Amerykanów adekwatnej odpowiedzi, ale czy Amerykanie wówczas zdecydują się zrzucić na Ruskich atomówkę, mając świadomość że jednocześnie ryzykują zagładę Waszyngtonu i innych miast w USA? I oto właśnie chodzi - musimy mieć pewność, że sojusznik nas nie porzuci, gdyż Polska nie dysponuje bronią atomową i nie możemy odpowiedzieć atakiem na atak. Dlatego tak ważne jest aby broń jądrowa znajdowała się na polskim terytorium (a najlepiej w ogóle byłoby stworzyć własną broń atomową - czego już zresztą próbowano w latach 70-tych, lecz ZSRS ostatecznie uniemożliwił dalsze tego typu prace).




Oczywiście broń jądrowa stanowi ostateczność, ale nie jest wcale wykluczone że Rosjanie w przypadku klęski, nie użyją właśnie tej broni przeciwko Polakom i my musimy mieć nie tylko jasną odpowiedź naszych amerykańskich sojuszników (poza tym broń, technologie, inwestycje). Natomiast nic takiego nie ma miejsca, my na wszystko się godzimy i w zasadzie jak frajerzy za darmo. To też jest wina jakości naszych elit, które nie myślą o Polsce, a myślą o świecie - co będzie dobre dla ogółu. A to co jest dobre dla ogółu, nie zawsze (a raczej rzadko) jest dobre dla Polski (przykładem jest tutaj właśnie z lat 1919-1920). My, Polacy mamy doświadczenie w walkach z Moskalami i umiemy ich zwyciężać. Warto też sobie uświadomić dlaczego Rosja przegrała I Wojnę Światową i Wojnę polsko-bolszewicką, a zwyciężyła zarówno nad Napoleonem w 1812 r. jak i podczas II Wojny Światowej. Otóż odpowiedź na to pytanie jest dość prosta - Rosja wygrała te dwie wojny, ponieważ przeciwnik popełnił głupi błąd, próbując uderzyć na Moskwę (sądząc że zdobycie rosyjskiej stolicy cokolwiek da), tym samym rozciągając na ogromnym terytorium Azji swoje siły, zaopatrzenie i linie komunikacyjne - które bardzo łatwo przerywały nie tylko rosyjskie (sowieckie) jednostki liniowe, ale również partyzanci (np. kozacy). Pozostałe wojny przegrali zaś dlatego, że próbowali rzucić na przesmyk Bałtycko-Czarnomorski wszystkie swoje siły i zostały one pobite z dala od olbrzymich ziem Wschodu, przez co klęskę ponieśli nim jeszcze siły przeciwnika wdarły się głęboko w rosyjskie terytorium. Tak było właśnie podczas I Wojny Światowej, gdzie armie rosyjskie zostały rozbite albo w Prusach Wschodnich, albo w Galicji albo też w Kongresówce i przez to wojna została definitywnie przegrana przez Rosję już w roku 1916, nim jeszcze Niemcy byli w stanie podejść pod Moskwę. Podobnie stało się w czasie wojny roku 1920, Sowieci zostali rozbici na naszych ziemiach, a potem już wchodziliśmy w ten kraj jak w masło. Gdyby więc Napoleon postąpił tak, jak prosił go wówczas Poniatowski, rozbiłby rosyjskie armie i wygrał całą kampanię na Wschodzie, a co za tym idzie odrodzona Rzeczpospolita mogłaby pod jednym, napoleońskim berłem połączyć się z Francją. Takiej potęgi nikt, ani Moskwa, ani Londyn nie byłyby już w stanie skruszyć, a oba te kraje na dziesięciolecia a możne nawet na stulecia władałby Europą. Ku pamięci i rozwadze.


 




PS: W kolejnej części przejdę już bezpośrednio do tematu, i rozpocznę od niezwykle ciekawego projektu z czasów potęgi Rzeczypospolitej, a mianowicie połączenia Polski, Litwy i Moskwy w jedno państwo. Szkoda że do tego nie doszło, gdyż wówczas Rosjanin bez wątpienia stałby się Europejczykiem z serca i duszy, doświadczając polskiej wolności, a polska Rosja wreszcie stałaby się w pełni europejskim krajem z Bogiem, historią, tożsamością i tradycją wolności osobistej i obywatelskiej - a poza tym nigdy nie pojawiliby się Sowieci, Stalin, Hitler i całe to gówno.    

   

DOSYĆ TEJ NIEWOLI - MYŚLMY O PRZYSZŁOŚCI





CDN.