Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA 3 - OKRES II WOJNY ŚWIATOWEJ (1939 - 1945). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA 3 - OKRES II WOJNY ŚWIATOWEJ (1939 - 1945). Pokaż wszystkie posty

środa, 4 grudnia 2024

HOLLYWOOD A POLSKA

 W LATACH II WOJNY ŚWIATOWEJ





Ten temat nie będzie tematem mojego autorstwa (a przyznam się szczerze, że przyjemnie jest czerpać z pracy innych ludzi i patrzeć jak to oni muszą się męczyć żeby cokolwiek napisać, a ty tylko to... skopiujesz 🤭. Oczywiście żartuję, a może i nie 🤔). W każdym razie dziś chciałbym podjąć temat amerykańskiej "fabryki snów" czyli Hollywood w okresie II Wojny Światowej i tego, jak prezentowano tam Polskę i Polaków. Ponieważ jednak nie jest to mój temat autorski, a jeden z ciekawszych tematów jakie znalazłem na X-ie (dawniej Twitter), pozwoliłem sobie go tutaj umieścić. Autorem tej nitki (jak można to nazwać), jest x-owicz posługujący się profilem "Wojna w kolorze", a konkretnie Andrzej Matowski, którego to stronę na Twitterze zachęcam do obserwowania i wspierania (oczywiście całkowicie bezinteresownie, podobnie jak bezinteresowny jest mój blog Grota Ragnara 😙 gdzie nie uświadczycie żadnych reklam, gdyż jest to taka moja oaza odpoczynku i pewnego rodzaju relaksu, chodź często bardzo pracochłonnego 🧐). Temat który to zaprezentował Andrzej Matowski, bardzo przypadł mi do gustu i postanowiłem go tutaj również zaprezentować, a jak wspomniałem wyżej dotyczy filmów jakie powstawały w Hollywood o Polsce i Polakach w czasie II wojny światowej. 




Warto bowiem zapoznać się z czym mieliśmy do czynienia i czy komisja Josepha McCarty'ego z lat 50-tych rzeczywiście była taka demoniczna (jak próbują nam to wmówić współcześni neomarksiści i wszelkiego typu libkowie), czy po prostu McCarty "miał twarde karty" aby ujawnić i ukarać tych wszystkich pro-sowieckich gogusiów z Hollywood i z wielu innych kluczowych branż w polityce, gospodarce i dyplomacji USA. 
Zapraszam zatem na wątek.







HOLLYWOOD A POLSKA 
(AUTORSTWA ANDRZEJA MATOWSKIEGO 
X-owy PROFIL "WOJNA W KOLORZE")


II Wojna Światowa była pierwszą prawdziwie nowoczesną wojną, w której żadna dziedzina życia nie mogła pozostać obojętna. To samo dotyczyło ogromnego amerykańskiego przemysłu filmowego, zrzeszający tysiące aktorów, scenarzystów, reżyserów - ludzi bardzo bogatych i wypływowych. Hollywood wypluwało z siebie 500 filmów rocznie. Do kin chodziło w 1939 roku tygodniowo 74 % Amerykanów, zostawiając astronomiczne 85 milionów dolarów w kasach. Jak ujął to historyk Robert Fyne: "większość widzów wierzyła w to, co pokazano im na ekranie, niczym w Ewangelię".




W czerwcu 1942 roku "fabryka snów" została objęta nadzorem Urzędu ds. Informacji Wojennej (Office of War Information), konkretnie agencji Bureau of Motion Pictures (Biuro Filmowe). Odtąd BMP opiniowało scenariusze filmów i decydowało, czy i jaki film trafi do produkcji. Filmy miały spełniać podstawową zasadę: pomóc wygrać wojnę z diabolicznym Hitlerem i jego mrocznymi zastępami. Od tego uzależniano zgodę na produkcję. Do końca wojny BMP zrecenzowało 1652 scenariusze, nierzadko wprowadzając własne uwagi i dodając swoje własne sceny.




Wielu z Was zna niektóre filmy z tego okresu. Najsłynniejszym jest bowiem "Casablanca" z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman, która zwróciła uwagę społeczeństwa USA na okupację Europy przez Niemców i temat ruchu oporu. Uzasadniła też amerykańską inwazję na Algierię.




Propaganda Hollywood kręciła wiele kasowych filmów oddających hołd europejskiemu ruchowi oporu. Zamach na Protektora SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha przez czeskich komandosów w Pradze doczekał się aż dwóch filmów w 1943 r.: "Hitler's madman" i "Hangmen also die!"




Czesi byli lubiani w Hollywood i doczekali się aż sześciu dużych produkcji, sławiących ich udział w wojnie. Ale nie byli jedyni. Z europejskim ruchem oporu utożsamiano Norwegów, którzy tylko w 1943 roku doczekali się aż pięciu dużych produkcji, na czele z "Edge of Darkness".




Nie można było zapomnieć o wielkiej roli Francuzów w walce z Hitlerem. Poza wspomnianą wyżej "Casablanką", w której do historii przeszła scena ze śpiewaniem "Marsylianki", Francuzi doczekali się jeszcze 14 wielkich produkcji, na czele z frankofilską "Joan of Paris" z 1942 r.






No i przede wszystkim, nie można było w żaden sposób zapomnieć o największym przyjacielu "dobrych" Aliantów, sojuszniku pierwszej klasy - masowym mordercy Józefie Stalinie i jego zbrodniczym imperium sowieckim, które od III Rzeszy różniło się jedynie brakiem komór gazowych.




Film "Mission to Moscow" z 1943 r. miał zdemaskować wszelkie nikczemne oskarżenia pod adresem Związku Radzieckiego i pokazać, że Stalin i jego państwo to jedynie "trochę inna demokracja" od USA. Film oparto o wspomnienia byłego ambasadora USA w Moskwie Josepha Daviesa.




"Mission to Moscow" był jedynym amerykańskim filmem wyświetlanym w ZSRR w czasie wojny (co pokazuje stopień jego zakłamania), ale nie był jedyny. Nakręcono szereg innych, na czele z "The Days of Glory" i "The Boy from Stalingrad". Konsultantami byli... radzieccy dyplomaci!




Wszystkie te filmy były pompatyczne i doniosłe. Nikomu nie przyszło do głowy żartować z cierpienia ww. narodów. Scenariusze konsultowano z dyplomatami alianckimi. Wszystkie były poważne i miały uwypuklić wkład narodów w walce z nazizmem. Wszystkich, poza jednym. Polakami. Polacy nigdy nie byli w centrum zainteresowania Hollywood. Przed II WŚ doczekali się właściwie tylko dwóch filmów "As The Earth Turns" i "The Wedding Night". Generalnie traktowano ich z lekceważeniem jako "Hunyaków" - bliżej niezidentyfikowanych imigrantów z Europy Wschodniej.




Oba filmy to całkowicie niedorzeczne koszmarki, stworzone przez ludzi, niemających pojęcia o Polsce. Przedstawiały one Polaków jako nieokrzesanych, pijanych i głupich prymitywów, jedzących z podłogi, porozumiewających się dziwnymi dźwiękami i zbitkami przypadkowych słów. 




Polska także nie była w centrum zainteresowania Hollywood. Przed wojną umiejscowiono w niej tylko jeden film - napoleoński romans "Maria Walewska". Dla porównania, małe Węgry były miejscem akcji aż siedmiu filmów, a filmy o Rosjanach, czy Żydach miały swoje odrębne gatunki.




A po 1939 r.? Generalnie w działaniach BMP nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że Polska... była w zasadzie jedynym pomijanym krajem alianckim w Hollywood. A wydawałoby się, że historia napadniętego przez potężnych sąsiadów kraju, pierwszej ofiary Hitlera byłaby doskonała.




Tymczasem zainteresowanie Hollywood Polską w czasie wojny można przedstawić tak - toczącym się kłaczkiem arizońskim. Polska doczekała się tylko trzech (!) filmów w czasie wojny. Komedii "To Be or Not To Be", romansu "In our Time" i niskobudżetowego "None shall escape". Chronologicznie pierwszym filmem była komedia (!) "To Be or Not To Be" Ernsta Lubitscha z grudnia 1942 r. Powstała więc po ponad 3 latach bestialskiej niemieckiej okupacji, w momencie, gdy w Polsce trwał w najlepsze Holocaust Żydów, egzekucje i wysiedlenia z Zamojszczyzny...




Chociaż film ten jest bardzo sympatyczną komedią (i doczekał się remake'u w reżyserii Mela Brooksa), to niezamierzenie spłycał i ośmieszał realia brutalnej okupacji Polski. Nikomu w USA nie przyszło do głowy robić komedii o żadnym innym okupowanym przez Niemców kraju.




"To Be or Not To Be" opowiada historię trupy teatralnej z Warszawy, która wplątuje się przypadkowo w akcje ruchu oporu. Niewiele w nim powiedziano o roli Polski w wojnie, a dość smutnym aspektem jest zrobienie z Profesora - autorytetu dla Polaków z filmu - agenta Gestapo...




Chronologicznie drugim filmem był niskobudżetowy "None shall escape" ze stycznia 1943 r. Opowiadał on o procesie fikcyjnego niemieckiego zbrodniarza Wilhelma Grimma. Polska jest jedynie miejscem akcji, a film dotyczył głównie zbrodni na Żydach. Przeleżał na półce ponad rok.




"None shall escape" swoją premierę miał dopiero 3 lutego 1944 r. i nie zapadł on nikomu w pamięci. Uznano go za zbyt pospiesznie i niedbale zrealizowany. O roli Polski w wojnie nie pada w nim ani jedno słowo, choć pokazuje on dość pozytywnie relacje polsko-żydowskie.




I - wisienka na naszym zgniłym, hollywoodzkim torcie. Największy film poświęcony Polsce, nakręcony w USA w czasie wojny - "In our Time", który premierę miał 19 lutego 1944 roku. Film absolutnie obrzydliwy, czerpiący garściami z nazistowskiej i sowieckiej propagandy o Polsce.




Wypust studia Warner Bros. opowiada historię londyńskiej ekspedientki Jennifer, która trafia do Polski latem 1939 roku i poznaje tam w Warszawie hr. Stefana Orvida. Para się w sobie zakochuje, ale na drodze zakochanym staje rodzina hrabiego (uwaga, jest coraz śmieszniej).




Rodzina Orvidów to banda arystokratycznych, fanatycznie religijnych snobów - generalnie uosobienie ciemnogrodu. Najgorszy z nich jest wuj Pavel, pracownik polskiego ministerstwa, jawnie prohitlerowski bufon, do ostatnich minut filmu nawołujący do porozumienia z Niemcami.




Choć akcja filmu dzieje się tuż pod Warszawą (i to kilka kilometrów od niej!), to majątek Orvidów wygląda jak wyjęty z XVII wieku - panuje poddaństwo chłopów - jak jeden mąż ciemnych, głupich, bojących się traktorów i elektryczności, a zysk przeliczają na... butelki wina.




Dopiero Jennifer wprowadza odrobinę nowoczesności w tym zatęchłym zaścianku. Londyńska sprzedawczyni (!) edukuje ciemne chłopstwo o nowoczesnym rolnictwie, wujowi Pavelowi mówi, że nie wolno ustępować Niemcom, a z kawalerii - w której służy Stefan - szydzi jako przestarzałej.




Agresja Niemców na Polskę zastaje Orvidów podczas całonocnej, szlacheckiej libacji. Podczas gdy rodzina hrabiego tchórzliwie ucieka z majątkiem, on sam idzie walczyć. Jego dumny pułk kawalerii zostaje rozbity po - a jakże! - szarży z szablami na niemieckie czołgi (!).




Pod wpływem wszechwiedzącej feministki Jennifer Orvid doznaje objawienia. Przeistacza się w ludowego bohatera. Nakazuje spalić pola i posiadłość, by wróg nie miał z nich pożytku. Wymowa jest jasna: Polska może odrodzić się po wojnie tylko, jeśli zmieni się w niej władza.




Cały ten film to powtarzanie sowiecko-niemieckiej propagandy, na czele z szarżami kawalerii na czołgi. Premiera także była nieprzypadkowa. 4 stycznia 1944 r. Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, a 22 lutego W. Churchill przyznał, że Polska będzie okrojona po wojnie.




Reżyser filmu wprost przyznawał, że Polska kojarzyła mu się z państwem niewolniczym, rodem z amerykańskiego Południa sprzed wojny secesyjnej. Wytwórnia Warner Bros. przyznała zaś, że miała problem z przedstawieniem ulicy w Warszawie, bo nie wiedziano... jak wyglądają Polacy.




Warto tu jeszcze wspomnieć o kilku innych filmach, w których Polacy powinni być, a ich nie było. W kasowej superprodukcji "The Story of G.I. Joe" z 1945 r. o froncie włoskim i bitwie o Monte Cassino o Polakach nie padło ani jedno zdanie, choć ci zdobywali klasztorne wzgórze.




Z kolei w filmach "Eagle Squadron" i "International Squadron" (w tym główną rolę zagrał Ronald Reagan) o amerykańskich w bitwie o Anglię (których było tylko kilku, ok. 11), o Polakach pada dosłownie jedno krótkie zdanie, wymienionych pomiędzy innymi narodami.




Na wiosnę 1944 r. wytwórnia Twenieth Century Fox planowała premierę komedii "Jakobowsky i pułkownik", opowiadającej o uciekającym przed antysemityzmem z Polski Żydzie i nadętym polskim oficerze. Film jednak ostatecznie wówczas nie powstał i nakręcono go dopiero w 1958 r.




ŻADEN z ww filmów nie był konsultowany nigdy z nikim z polskiego rządu emigracyjnego. W żadnym nie zagrał żaden Polak. Nigdy nie pozwolono Polakom opiniować scenariuszy, w odróżnieniu od innych Aliantów. Polacy jako JEDYNI byli przedstawiani negatywnie. A czemu? Cóż... Hollywood nie lubiło Polski z różnych względów. Głównym powodem były polityczne zapatrywania reżyserów i scenarzystów, nierzadko sowieckiej agentury na pasku Moskwy. Przedstawianie Polski w dobrym świetle oznaczałoby oczernianie ZSRR - a na to nikt w USA nie chciał pozwolić.




ZSRR nigdy nie był obiektem ataków Hollywood. Sowietów - sojuszników Hitlera z lat 1939-40 - jako "wrogów" przedstawiono w raptem trzech filmach, z czego dwa to komedie - "Ninoczka" i "Towarzysz X". Po 1941 r., gdy Sowieci stali się Aliantami, przestano je w ogóle wyświetlać.




W Hollywood w 1935 r. powstała "Anti-Nazi League", kierowana przez agenta Kominternu, Otto Katza, zrzeszająca lewicowych reżyserów i scenarzystów (a nie aktorów, bo tych uznano za... zbyt głupich). Zwłaszcza Żydów. Jej stałym członkiem było bogate i wpływowe Warner Bros. Jednocześnie, sekcją BMP w Hollywood kierował Nelson Poynter - publicysta powiązany z polityką Roosevelta. Rooseveltowcy i lewicowcy mieli jeden wspólny cel: pokonanie Hitlera. A za najważniejszego sojusznika w walce z Hitlerem uznano Sowietów, których nie można było drażnić.




Przypominanie więc losu Polski - napadniętej przez Niemców i Sowietów - byłoby nie na rękę Moskwie. Dlatego Hollywood pomijało rolę Polski w wojnie, a jeśli już musiało mówić - to robiło to oczerniając ją zgodnie z duchem sowieckiej propagandy, przygotowując oddanie jej ZSRR.




Moda na komunizm w Hollywood była powszechna i to tak, że po wojnie wielu filmowców trafiło przed oblicze amerykańskich komisji śledczych jako potencjalni agenci wpływu ZSRR. Działalność OWI/BMP uznano za tak szkodliwą, że w 1944 r. obcięto jej budżet, a potem zamknięto. Wśród przesłuchiwanych znalazł się m. in. Jack Warner, właściciel studia Warner Bros., który srogo pocił się przed komisją Kongresu i komisją senatora Josepha McCarthy'ego. Do dziś zresztą znienawidzonego w Hollywood za łapanie pożytecznych idiotów Kremla.




Tu przypomina mi się, jak parę lat temu polski internet ekscytował się, że założyciele Warner Bros. byli Żydami z Polski, och, ach, jaka duma. Spieszę przypomnieć, że Warner Bros. miało stałą manierę oczerniania Polaków za każdym razem, gdy było to możliwe. Warner Bros. odpowiada za trzy najobrzydliwsze wymienione tu filmy - "In our Time", "Mission to Moscow" (który miał premierę tuż po odnalezieniu polskich grobów w Katyniu - w maju 1943 r.) i "The Wedding Night". W swoich filmach nierzadko nadawali filmowym oprychom imiona polskich bohaterów: Sobieski czy Kościuszko - znanych Amerykanom. Nigdy nie nakręcili ani jednego pozytywnego filmu o Polsce. Kłamstwa o Polsce i Polakach, które rozsiewali prawie 100 lat temu, przetrwały właściwie do dzisiaj. 

Bracia Warner byli bowiem skrajnie lewicowymi Żydami - jak wielu filmowców Hollywood - których z Polską łączyło jedynie miejsce urodzenia, a którzy w niepodległej Polsce nigdy się nie pojawili. Wyemigrowali jeszcze w czasach carskiego zaboru. I jak wielu innych ówczesnych celebrytów, chętnie poddali się propagandzie komunistycznej, szczególnie, że ta kreowała się na przeciwników antysemickiego nazizmu. Warto to mieć w pamięci, gdy znowu usłyszycie ekscytację o "polskich śladach" w Hollywood.







wtorek, 17 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. I

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?




 W tej serii chciałbym powrócić do tematu który już kilkukrotnie podejmowałem, choć wydaje mi się że w sposób wybitnie niewystarczający. Mianowicie chciałbym tutaj udowodnić że we wrześniu 1939 roku nie byliśmy całkowicie skazani na klęskę (choć oczywiście w tym założeniu należałoby wykluczyć interwencję sowiecką z 17 września 1939 r., w przeciwnym bowiem razie jakiekolwiek dywagacje na ten temat pozbawione są sensu). Ten temat jednak będzie nieco inny od tych które wcześniej podejmowałem, a mianowicie to nie ja będę starał się tutaj udowodnić że wojna roku 39 nie była od początku skazana na klęskę, a posłużę się w tym celu książką autorstwa pana Tymoteusza Pawłowskiego pt.: "Sowieci nie wchodzą. Polacy mogli wygrać w 1939 roku. Fakty, a nie historia alternatywna". Zatem pozwolę sobie zaprezentować w tej właśnie serii tematycznej wybrane przeze mnie fragmenty książki pana Pawłowskiego, i jeśli zajdzie taka konieczność również podzielę się swoim własnym komentarzem na ten temat (co oczywiście bardzo łatwo będzie można rozpoznać, jako że użyję w tym celu czcionki innego koloru).

Nim jednak przejdę do tematu, chciałbym od razu wyjaśnić pewne że nieścisłości. Mianowicie wrzesień roku 1939 miał wybuchnąć pierwotnie rok wcześniej, w czasie kryzysu sudeckiego hitlerowskich Niemiec z Czechosłowacją. Wtedy to się nie udało Hitlerowi (bo on właśnie pragnął tej wojny) i doszło do kapitulacji Czechosłowacji przypieczętowanej jej rozbiorem w Monachium przez Francję, Wielką Brytanię i hitlerowskie Niemcy i Włochy Mussoliniego (29-30 września 1938 r.). Wówczas Hitler (zły z powodu tego że do wojny wówczas nie doszło) powiedział do swoich generałów: "Panowie, ukradliście mi wojnę!". Jak już wcześniej w innym temacie wspomniałem, Hitler był zafiksowany totalnie na punkcie swojej ideologii rasowej (która w konsekwencji doprowadziła go do klęski), był też bardzo niestabilny emocjonalnie, często wybuchał gniewem, a i zaraz potem uśmiechał się gratulował sukcesów swoim oficerom. Ale Hitler pragnął wojn y, pragnął pokazania że to co napisał w "Mein Kampf" jest prawdą, że naród niemiecki rzeczywiście jest narodem panów, a przede wszystkim że naród niemiecki jest silny i zjednoczony wokół swego wodza, a Niemcy wracają jako mocarstwo na arenę światową. Polityczne sukcesy, czyli bezkrwawe zdobywanie ziem, takie jak Anschluss Austrii czy zdobycie pasa Sudetów na granicy z Czechami, lub też Kłajpedy z Litwą, tak naprawdę Hitlera denerwowały. Bowiem polityczne nabytki nie mogły dopełnić tego, czego on pragnął i o czym pisał w "Mein Kampf", czyli zjednoczenia narodu jako nowej, czystej siły rasowej. Do tego potrzebna była wojna, przelana krew i ofiary po stronie niemieckiej, z tym że Hitler (bądź co bądź żołnierz frontowy I Wojny Światowej), nie chciał i nie pragnął takiej wojny, jaką widział w latach 1914-1918 na froncie zachodnim, czyli powolnego wykrwawiania się w okopach. Pragnął wojny - owszem, ale szybkiej, zwycięskiej, manewrowej wojny, która potwierdzi jego rasowe idee o Niemcach jako narodzie panów, o Niemcach jako zdobywcach, kruszących wszelki opór podludzi, a za takich miano właśnie Polaków, Rosjan Ukraińców, Białorusinów i wszystkich Słowian. Wojna z Polską (ale również wojna ze Związkiem Sowieckim) w rozumieniu Hitlera miała być wojną kolonialną, wojną, jaką toczyli Brytyjczycy w XIX wieku w Indiach, czyli wojną z dzikusami. Pokazaniem wyższości "narodu panów" nad bandą dzikusów, którzy nie dorośli do cywilizacji. I takiej właśnie wojny pragnął Hitler, szybkiej i zwycięskiej, dlatego też gdy - jeżdżąc we wrześniu 1939 r. za swymi armiami po Polsce - dowiadywał się o stratach ponoszonych przez Wermacht, o silnym oporze Wojska Polskiego, to po prostu (mówiąc kolokwialnie) brała go kurwica, i obsobaczał swoich generałów sposób niesamowicie chamski. A to przecież byli żołnierze frontowi I Wojny Światowej, częstokroć cesarscy oficerowie, a tutaj kapral Hitler mieszał ich z błotem, bo coś nie stykało w jego rasowych enuncjacjach i okazywało się że "słowiańskie dzikusy" powstrzymują napór Wehrmachtu stworzonego z "narodu panów", to było dla niego nie do pomyślenia.




Należy też od razu dopowiedzieć i wyjaśnić że Hitler (wbrew temu co się o nim mówi, że był "szczurem tyłowym" w czasie I Wojny Światowej i unikał walki), Hitler nigdy nie był tchórzem i nie bał się ani świszczących nad głową kul, ani też wykonania rozkazów które często bywały niebezpieczne. To trzeba przyznać i oddać prawdę, bo tak właśnie było. Zresztą Wojna Światowa uratowała mu życie, gdyż w 1913 r. przyjechał z Austrii do Monachium jako kandydat do Akademii Sztuk Pięknych. Jednak tamtejszym profesorom jego szkice nie przypadły do gustu (nie wiem, ja może się nie znam ale widziałem szkice Hitlera z lat późniejszych, te, które robił o krasnoludkach i królewnie Śnieżce i muszę powiedzieć że były dosyć dobre, ale może nie mam tego artystycznego drygu co owi profesorowie z Monachium). Został więc odrzucony jako kandydat do Akademii Sztuk Pięknych i w tym okresie przypadł najtrudniejszy czas jego życia, jako że finansowe wsparcie rodziny praktycznie ustało, a on wylądował w przytułku dla bezdomnych bez grosza przy duszy. Doszło też do tego że sypiał w parkach na ławkach. Ciekawa konstatacja bo 26 lat później, po swoim zwycięstwie nad Francją Hitler stał się nawet nie tyle wszechwładnym wodzem III Rzeszy ale realnie bogiem. Tak Hitler w roku 1940 stał się dla Niemców bogiem. Miał wszystko czego dusza zapragnie, całe państwo niemieckie i większa część Europy stały się jego własnością. Jak to się dziwnie układają koleje ludzkiego losu - prawda? I właśnie wybuch I Wojny Światowej wyrwał go z tej wegetacji, z tego marazmu życiowego i dał mu nową misję życiową (jak to się skończyło oczywiście wszyscy wiemy, ale w tamtym czasie było to dla niego samego bardzo ożywcze). Hitler znajdował się w tłumie wiwatujących ludzi na monachijskim Odeonsplatz - 2 sierpnia 1914 r. (widoczny jest w tłumie na zdjęciu). Zgłosił się na ochotnika do armii już 5 sierpnia, ale został wówczas odprawiony z kwitkiem, bo nie było dla niego miejsc, jednak już 16 sierpnia dostał powołanie do 16 Rezerwowego Pułku Piechoty i po przeszkoleniu w połowie września znalazł się na Froncie Zachodnim. Brał udział w ciężkich walkach pod Ypres, gdzie o mały włos nie został ranny (pocisk dosłownie zdmuchnął rękaw jego munduru, ale ręka pozostała cała). W czasie szturmu na Gheluvelt Hitler w swych listach opisywał ataki w sposób euforyczny, chociaż inni żołnierze jego pułku pisali jakoby musieli wytrzymać "cztery straszne dni", albo w liście do matki pisał inny z żołnierzy: "To czego doświadczyłem, już wystarczy!" Hitlera zaś radowała ta bitwa (zresztą został w niej odznaczony Krzyżem Żelaznym II klasy, czyli nie mógł być tchórzem i nie chował się z tyłu, jak potem twierdzono). 3 listopada Hitler został awansowany na gefraitra (starszego szeregowego), a 9 listopada przeniesiony do sztabu pułku. Mówi się że od tej chwili Hitler już tylko sporadycznie miał kontakt z walkami na froncie, ale przecież służył jako informator przekazujący rozkazy dowództwa, a to wcale nie była łatwa i przyjemna służba, a wręcz przeciwnie. Często trzeba było się przekradać pod gradem kul z jednej pozycji na drugą i nie było że nie pójdę, bo rowskaz musiał zostać dostarczony bez względu na okoliczności - inaczej takiego żołnierza czekał sąd wojenny - czyli kara śmierci. Warto jeszcze odnotować że 5 października 1916 r. Hitler został ranny odłamkiem granatu w lewe udo, co spowodowało że stracił wiele krwi i potem długo nie mógł chodzić. 

Ta jego szaleńcza brawura ukazała się również we wrześniu 1939 r. gdy (co prawda pod silną ochroną) ale jednak jeździł za swymi armiami po Polsce. I czasem bywało tak że rankiem tego dnia przez daną miejscowość przechodziło jeszcze Wojsko Polskie, a po południu jechał tamtędy już Hitler i wystarczyłaby jakaś zbłąkana kula, jakiś rykoszet i byłoby po ptokach (🤭). Ale w wielu tych sprawach Hitler miał prawdziwego farta i to zarówno na froncie I Wojny Światowej jak i później. I to należy mu oddać Hitler się cholernik nie bał i często narażał swoje życie na niebezpieczeństwo. Ale wydaje mi się że na tym poprzestańmy i przejdźmy teraz do głównego tematu, czyli do wyjaśnienia powodów, dla których Wojna roku 1939 mogła zakończyć się dla nas zwycięstwem. Zatem do dzieła.



"SOWIECI NIE WCHODZĄ
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)




WSTĘP 


Ostatni rozkaz marszałka Polski Edwarda Śmigłego-Rydza, wydany 20 września 1939 roku w rumuńskim mieście Krajowa, zaczyna się następująco: "Żołnierze! Najazd bolszewicki na Polskę nastąpił w czasie wykonywania przez nasze wojska manewru, którego celem było skoncentrowanie się w południowo-wschodniej części Polski, tak by mając do otrzymywania zaopatrzenia i materiału wojennego komunikację i łączność przez Rumunię z Francją i Anglią, móc dalej prowadzić wojnę. Najazd bolszewicki uniemożliwił wykonanie tego planu".

Od tamtych wydarzeń minęło 85 lat, i nikt nie zwraca uwagi, jaki dokładnie plan miało Wojsko Polskie. Kampania 1939 roku przedstawiana jest powszechnie jako chaotyczny bój odwrotowy polskiej kawalerii z niemieckimi czołgami, od samego początku skazany na porażkę. Dowódcy Wojska Polskiego przedstawiani są jako romantyczni straceńcy, cenieni tym wyżej, im mniejsze straty poniosły dowodzone przez nich wojska. Skoro wszystko i tak miało się skończyć po trzech, czterech tygodniach, to po co było walczyć?

Ocenianie przeszłych wydarzeń z perspektywy dzisiejszej nazywa się prezentyzmem. Nasze postrzeganie kampanii polskiej 1939 roku obarczone jest błędem prezentyzmu. Tymczasem Wojsko Polskie 1 września 1939 roku stanęło do walki z Wehrmachtem, mając realne szanse na zwycięstwo. Kalkulacje szans opierały się na doświadczeniach z poprzednich wojen; na pomocy sojuszników; na olbrzymiej przestrzeni, którą musieli pokonać Niemcy; na warunkach pogodowych; na obliczeniach zdolności przewozowej sieci kolejowej. Szanse te zostały pogrzebane przez najazd 17 września Armii Czerwonej sprzymierzonej z Wehrmachtem.

(...) Analizy te oparłem na badaniach prowadzonych przeze mnie od wielu już lat. Czasy studenckie zakończyłem doktoratem, w danym jako: "Armia marszałka Śmigłego". (...) Wspólnie z Markiem Deszczyńskim zorganizowałem międzynarodową konferencję: "Kampania Polska 1939" (...) Oprócz tego pisałem artykuły i wydawałem książki o działaniach wojennych, m.in. o wojnie polsko-rosyjskiej 1920 roku i kampanii 1939 oraz o przygotowaniach do nich. (...) Mam również nadzieję że po lekturze książki Czytelnik bliższy będzie znalezienia odpowiedzi na pytanie: "kto jest winny klęski wrześniowej?"




CDN.

poniedziałek, 2 września 2024

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. VI

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ




 Wracam do tego tematu nie tylko ze względu na przypadającą dziś 85 rocznicę bandyckiego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę i tym samym rozpoczęcia II Wojny Światowej, ale również dla pewnej refleksji. Mianowicie (po raz któryś z rzędu) obejrzałem dziś niemiecki film "Upadek" z 2004 r. w reżyserii Hirschbiegela, opowiadający o ostatnich dniach spędzonych przez Hitlera i jego kamarylę w bunkrze kancelarii Rzeszy w Berlinie. Tak naprawdę zaciekawił mnie jednak tylko ten moment filmu, gdy Hitler wypowiada zdanie "nie chodziło tylko o Niemcy", a następnie temat ten nie jest dalej rozwijamy, tak jakby wrzutka która nic nie znaczy. Otóż wydaje mi się że w tych kilku słowach została właśnie przedstawiona cała idea nazizmu, - calutka. Powiem wprost, według mnie Hitler nigdy nie był żadnym niemieckim nacjonalistą, jest to twierdzenie bzdurne i opiera się jedynie na fakcie że naziści utożsamiali naród niemiecki, jako naród ubermensch'ów - nadludzi, którzy będą tworzyli "nowy wspaniały świat" przyszłości, ale (choć zdaję sobie sprawę że... powiem wprost - samemu nie chce mi się w to wierzyć, aczkolwiek nie mogę pozostać ślepy na fakty), Hitler wykorzystał Niemcy jako środek do celu, a tym celem nigdy nie było stworzenie narodowego państwa niemieckiego. Tak, według mnie Hitler nie był nigdy żadnym nacjonalistą, on wykorzystywał niemiecki nacjonalizm do swojego głównego celu jakim była "nowa Europa" przyszłości, Europa czysta rasowo, gdyż Hitler był przede wszystkim rasistą i ową Europę widział jako społeczeństwo pozbawione wszelkich rasowych wad, a za takie uważał przede wszystkim wszelkie niepożądane rasy. Celem było więc pozbycie się, czyli fizyczna eliminacja (czytaj eksterminacja) przede wszystkim dwóch głównych ras, które Hitler uznał za niepożądane w jego świecie przyszłość, czyli Żydów i Słowian. Dla nich nie było miejsca w "nowej niemieckiej Europie" i to właśnie było główną myślą i celem Hitlera, stworzenie czystej rasowo Europy, a następnie ekspansja tej "rasowej czystości" na inne kontynenty. Dlatego też Hitler przegrał już wygraną wojnę, gdyż gdyby miał choć trochę oleju w głowie, gdyby nie kierował się ideologią rasistowską i gdyby na pierwszym miejscu nie stawiał czystości rasowej, oraz swoich chorych enuncjacji, to wygrałby wojnę ze Związkiem Sowieckim i to w ciągu dwóch, trzech może góra czterech miesięcy (i to przy niewielkich stratach własnych samych Niemców). Przygotowując się bowiem do wojny ze Związkiem Sowieckim Hitler wypowiedział prorocze słowa, iż jest to spróchniała konstrukcja, którą wystarczy kopnąć i ona się sama rozpadnie. I tak by było, tak by było, gdyby nie polityka rasowa Hitlera - z której on nie chciał i nie potrafił zrezygnować.




Bolszewicy byli bowiem tak znienawidzeni przed narody tzw. Związku Sowieckiego, że wręcz zewsząd wypatrywały wybawienia, bez względu na to czy byli to Białorusini, Ukraińcy, Litwini, Łotysze, Estończycy czy sami Rosjanie (nie mówiąc już o narodach kaukaskich), oni sami (gdyby tylko dać im broń do ręki i ogłosić "świętą wojnę z bolszewizmem") w ciągu kilku miesięcy (a być może nawet kilku tygodni) pogonili by bolszewików, że cała ta konstrukcja po prostu rozpadłaby się w oczach. Niemcy niewiele by musieli robić, tak naprawdę pozwolić jedynie uciemiężonym narodom samemu rozprawić się z bolszewikami i wkrótce byliby w Moskwie. Ale taka sytuacja zmusiłaby Hitlera do zmiany jego planów, do stworzenia państwa rosyjskiego (a być może również i takich krajów jak Ukraina czy Białoruś), a tym samym do zaakceptowania Słowian jako partnerów niemczyzny, co dla niego było nie do zaakceptowania. Nie dając tym ludom broni do ręki i nie pozwalając im walczyć w "świętej wojnie" z bolszewizmem o nową "sprawiedliwą" Rosję, tak naprawdę Hitler przegrał tę wojnę już w lecie roku 1941, gdy jego wojska odnosiły niesamowite zwycięstwa na froncie, i to tak wielkie, jakich nie odniosło nigdy wcześniej żadne mocarstwo. W żaden inny sposób Hitler nie był w stanie wygrać wojny z bolszewikami, jak tylko za pomocą uciemiężonych narodów Związku Sowieckiego, gdyż bardzo szybko (choć sam Związek Sowiecki potwornie ucierpiał w pierwszych miesiącach wojny, to jednak) dzięki ogromnej pomocy państw zachodnich (w tym w 90% Stanów Zjednoczonych), bardzo szybko stanął na nogi i wówczas los Hitlera był przesądzony, gdyż nie był on w stanie walczyć jednocześnie z takimi potęgami jak sowiecka Rosja (wspierana przez Stany Zjednoczone) i kraj Wuja Sama, gdzie produkcja paliwa w jednym tylko miesiącu przewyższała to wszystko, co Niemcy byli w stanie wyprodukować i zdobyć w ciągu całego roku wojny. Po prostu kot nie będzie w stanie nigdy pokonać słonia, choćby nie wiem jak bardzo szczerzył zęby i pokazywał pazury. Ale Hitler nie myślał logicznie, gdyż miał w głowie tylko jedno: swoją kwestię rasową, swoją "nową Europę", jaka marzyła mu się po zwycięstwie i likwidacji niepożądanych ras: żydowskiej oraz słowiańskiej. To tyle słowem wstępu, chciałem jedynie wyjaśnić że choć dzisiaj Hitler utożsamiany jest nacjonalizmem, to on nigdy nie był żadnym nacjonalistą (nawet niemieckim 🧐), on wykorzystał niemiecki nacjonalizm do celu, jakim była czystość rasowa "nowego świata" i na tym polu poniósł całkowitą klęskę. Chodź słowa wypowiedziane przez Hitlera w filmie "Upadek" były tylko fragmentem tekstu, który tak naprawdę niewiele znaczył w kontekście tego filmu, w rzeczywistości przez ten moment oddały cały sens istoty nazizmu: "Nie chodziło tylko o Niemcy!". Co oczywiście nie oznacza że wielu Niemców nie zachłysnęło się "narodowym rasizmem" Hitlera i stało się zwykłymi wykonawcami morderczych rozkazów, mających położyć podwalinę pod "nowy wspaniały świat" czystego rasowo społeczeństwa europejskiego.






Była to choroba, którą nie należy łączyć ani z nacjonalizmem, ani też z odwróconym rasizmem, jaki ma miejsce obecnie, gdy Europa zalewana jest w niekontrolowany sposób przez muzułmańskie hordy "wojowników Allaha", którzy już wkrótce zaczną swoje krwawe łowy. Ale wróćmy do głównego tematu. Dziś chciałbym zaprezentować (wyjątkowo z okazji rocznicy wybuchu Wojny), więzienne zapiski Niemca, ostatniego gubernatora dystryktu Kraków -  Kurta von Burgsdorf, spisane już po zakończeniu wojny w polskim więzieniu (jest to rzeczywiście wyjątkowa sprawa jeśli chodzi o opinię Niemca, gdyż spisanych - pamiętnikarskich - opinii Polaków na temat wybuchu Wojny mam bardzo wiele, ale dziś postanowiłem dać się wypowiedzieć funkcjonariuszowi okupacyjnego aparatu niemieckiego zniewolenia). List (w którym Burgsdorf broni swojej osoby przed oskarżeniem o popełnienie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości), jest dość długi, dlatego też nie zamierzam przedstawić go w całości, a jedynie w wybranych przeze mnie fragmentach (pragnę również oszczędzić czytelnikom tego bloga niektórych - wydaje mi się - nieciekawych i być może nużących fragmentów z tego listu). Na marginesie jeszcze dodam gdyż jakiś czas temu rozmawiałem (telefonicznie) z pewnym znajomym Niemcem, z którym czasem (choć bardzo rzadko) przechodzimy na tematy historyczne, właśnie on odpowiedział mi na argument, iż Polsce bezwzględnie należą się reparacje od Niemiec za zniszczenie całego kraju, wymordowanie prawie 10 milionów mieszkańców i cofnięcie nas w rozwoju co najmniej o kilka stuleci, twierdził że przecież w Niemczech takich miast jak Warszawa było znacznie więcej i to nie tylko Drezno zostało zniszczone, ale również Berlin. Przyznam się szczerze że gówno mnie obchodzi Drezno i Berlin (i tak też mu powiedziałem), gdyż gdyby nie wojna którą wywołał Hitler wraz ze Stalinem (przy biernej postawie Francuzów i Brytyjczyków), w wyniku którego zniszczono mój kraj, to Drezno i Berlin ocalałyby. Dodałem również że (tak jak mówił Churchill) Niemcy należy bombardować prewencyjnie co 50 lat, tak aby nauczyć ich rozumu i pozbawić pychy i naprawdę gówno mnie obchodzą niemieckie straty i zniszczenia, mają bowiem to, czego pragnęli. Mathilde Wolff-Mönckeberg, mieszkanka Hamburga napisała w swoim pamiętniku wkrótce po zakończeniu Wojny i podpisaniu kapitulacji przez Wehrmacht w maju 1945 r.: "Co dzień wytyka nam się (…) potworności, do których dochodziło w kacetach, i dobrze nam tak. Wszyscy musimy ponieść odpowiedzialność za te koszmarne zbrodnie i nikt nie może się od niej uchylać". Ale przejdźmy teraz do samego listu Kurta von Burgsdorf.






"OŚWIADCZENIE KURTA von BURGSDORF ODRZUCAJĄCE OSKARŻENIE SĄDU OKRĘGOWEGO W KRAKOWIE"


"Jako Gubernator Dystryktu Krakowskiego od listopada 1943 roku do stycznia 1945 roku na okupowanych obszarach Państwa Polskiego nie przyznaję się do popełnienia zbrodni przeciwko pokojowi, przeciwko ludzkości lub jakichkolwiek innych zbrodni wojennych z naruszeniem przepisów prawa międzynarodowego Konwencji Haskiej o międzynarodowej wojnie lądowej, ani do działania na szkodę Narodu Polskiego i Państwa Polskiego. Zdecydowanie zaprzeczam w szczególności: udziałowi w złym traktowaniu i umyślnego zabójstwa osób cywilnych i wojskowych oraz jeńców wojennych, a także w aresztowaniach ze szkodą dla osób prześladowanych z powodów politycznych, narodowych, religijnych lub rasowych. Z drugiej strony przyznaję, że od listopada 1943 r. do połowy stycznia 1945 r. pełniłem funkcję tymczasowego gubernatora dystryktu krakowskiego i dystryktowego przywódcy NSDAP w Krakowie. Wykonywałem te stanowiska zgodnie z moją wiedzą i wiarą w duchu porozumienia między tymi dwoma narodami, tak jak wykonywałem je już w zarządach i indywidualnie. W związku z tym też nie czuję się winny, a ocenę moich działań pozostawiam wysokiemu polskiemu sądowi. Mocno wierzę, że znajdę sprawiedliwych sędziów".


UZASADNIENIE

(...)

"Niełatwo jest zdawać relację z własnej działalności, ponieważ już z definicji istnieje duże ryzyko intencji ukazania swej działalności w pozytywnym świetle. Sprawia to, że zaniedbuje się potrzebę obiektywizmu, która powinna przyświecać każdemu – nawet najbardziej osobistemu sprawozdaniu. Ponadto sprawozdania te nie powinny być pismami w celu samoobrony, ale powinny jak najbardziej rzeczowo i obiektywnie ukazywać własne doświadczenia na urzędzie o tym, jak starałem się poznawać, badać i poprawiać warunki w moim dystrykcie. Ponadto zostaną tu objaśnione warunki, z jakimi zetknąłem się w 1944 r., jak również ich przyczyny – o ile są one dla mnie jasne. A równocześnie mogę, bezpośrednio referując, ujawnić tło mojej postawy, jak również jej motywy". 

(Większość z tego co on tutaj pisze pominę, wydaje mi się to bowiem nieciekawe, takie urzędnicze bla bla bla)


ŻYCIORYS

"Nazywam się Curt Ludwik Ehrenreich von Burgdorff, urodzony 16.12. 1886 w Chemnitz (Saksonia), religii ewangelicko-luterańskiej, Niemiec z Rzeszy, urzędnik państwowy, ostatnio w randze podsekretarza stanu, podpułkownik rezerwy, posiadający odznaczenia i ordery wojenne, (…). Żadnego majątku nie posiadam, jestem żonaty z Herthą Marią von Erdmannsdorff, posiadam dwoje dzieci w wieku 33 [ur.1915] i 30 lat [ur.1918], nie karany, ukończyłem gimnazjum humanistyczne i Wydział Prawny Uniwersytetu z tytułem doktora praw. (…)"

"Jestem wyższym urzędnikiem administracyjnym od 1 kwietnia 1916 r. (…) Pracowałem na różnych stanowiskach w administracji wewnętrznej, między innymi od roku 1928 do marca 1933 roku jako Amtshauptmann w Loebau w Saksonii. W marcu 1933 roku przeniesiony zostałem na stanowisko Kreishauptmanna w Lipsku, które zajmowałem do lipca 1933 roku. W miesiącu tym przeniesiony zostałem jako dyrektor ministerialny do Saskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie w tym charakterze pracowałem do roku 1937, kiedy to przeniesiony zostałem ponownie do Lipska na stanowisko Kreishauptmanna. Na tym ostatnim stanowisku pozostawałem do dnia 18 kwietnia 1938 roku."

"Do Partii wstąpiłem 1 maja 1933 r., mimo poważnych obaw dotyczących zasad i spraw religijnych, najpierw dlatego, że imponował mi program społeczny NSDAP, ale głównie dlatego, że nie chciałem stracić swojego stanowiska starosty za namową Dönicke – mego przewodniczącego okręgu w Lipsku. (…) Ze stanowiskiem tym byłem uczuciowo związany, ponieważ piastowali je również mój ojciec i mój dziadek, a jego matka była rodem z Lipska. Zresztą w tym czasie zrobili to wszyscy urzędnicy, gdyż nie należących do Partii usuwano z urzędów i prześladowano. Żona moja była przewodniczącą Krajowego Chrześcijańskiego Związku Kobiet w Saksonii, ja sam jestem wierzącym i praktykującym ewangelikiem. Uważałem za słuszne, nawet za cenę wpisania się do Partii pozostać na stanowisku, by w okresie przewrotu narodowosocjalistycznego móc być pomocny bliźnim, którzy w okresie tym byli ze względów politycznych, rasowych i religijnych prześladowani. (…) Ponieważ jako przedstawiciel państwa w Rzeszy Hitlera absolutnie potrzebowałem munduru na tym reprezentacyjnym stanowisku, wstąpiłem do SA. Wstąpienie do SS nie wchodziło w rachubę, ponieważ byłem mu przeciwny, a nie chciałem również wykluczać się z korpusu przywódców Partii, zwłaszcza że musiałem również pracować dla tej Partii, (czego nie pragnąłem w ogóle, z uwagi na moje liczne wobec niej zastrzeżenia). Ponadto premier Saksonii baron Manfred von Killinger i dobry przyjaciel przywódca sportowców Rzeszy Hans von Tschammer und Osten, obaj dowódcy SA, doradzali SA tylko dlatego, że tam byłbym dowódcą rezerwy (z.V. – do dyspozycji, a więc nieaktywnym) i byłbym wykorzystywany tylko przy specjalnych okazjach. Okazało się to prawdą, ponieważ nigdy nie wykonywałem regularnej służby w SA"

(...) "... odkomenderowany zostałem jako delegat Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy do Seys-Inquarta w Wiedniu, przy czym powierzono mi zadania zrównania administracji austriackiej z administracją Rzeszy. W marcu 1939 roku przydzielony zostałem do Protektoratu Czech i Moraw, gdzie pracowałem do 15 marca 1942 roku to znaczy do czasu odejścia Neuratha i objęcia władzy przez Heydricha. (…)"

"Kiedy Heydrich objął swe nowe stanowisko, natychmiast podszedłem do niego w tych sprawach i wyjaśniłem mu, że jestem gorącym chrześcijaninem – ewangelikiem. Heydrich wyjaśnił, że stare problemy w dużej mierze zostały już rozwiązane, a także, że byłem mu znany z raportów SD o mnie, które zawierają coś więcej niż moje kościelne zaangażowanie. Chciał on jednak, żebym na razie został, ponieważ sekretarz stanu nie był administratorem, ale ja byłem jedynym ekspertem administracyjnym na stanowisku kierowniczym, niemniej jednak nie mogłem pogodzić się z otoczeniem Heidricha, a więc, jako nowo wyszkolony oficer rezerwy wojsk pancernych, próbowałem wydostać się stamtąd z pomocą Wehrmachtu. Spowodowało to ogromne trudności, w końcu Heydrich zgodził się po tygodniach nalegania, i pozwolił mi odejść pod warunkiem, że pójdę do służby frontowej. To znowu spowodowało trudności ze strony Wehrmachtu, ponieważ byłem za stary – 55 lat. Jednak z pomocą mojego dobrego znajomego, generała Olbrichta, którego rozstrzelono w trakcie zamachu na Hitlera z wyroku sądu doraźnego, przeforsowałem moje umieszczenie na froncie. 1 kwietnia 1942 roku, na wiele tygodni przed śmiercią Heydricha, wstąpiłem do 3 Oddziału Zapasowego Niszczycieli Czołgów w Poczdamie. Na początku czerwca 1942 r. wstąpiłem do 16 Dywizji Pancernej w Rosji, gdzie na początku sierpnia 1942 r. zostałem dowódcą 16 Oddziału Niszczycieli Czołgów. Byłem majorem rezerwy. Następnie przez kilka tygodni dowodziłem 664 Pułkiem Pancernym 16 Dywizji Pancernej, a następnie do końca lutego 1943 roku dowodziłem 580 Pułkiem Grenadierów 306 Dywizji Piechoty. Na początku marca wróciłem do domu na prośbę ministerstwa spraw wewnętrznych Rzeszy. Ale pomimo wysiłków tego ministerstwa nie znaleziono dla mnie żadnego stanowiska. W Pradze esesmański rząd Karla Hermanna Franka dokonał zmiany organizacyjnej, która "rzekomo" uczyniła mnie zbytecznym. To była nieprawda – nie chciano tam prawomyślnego urzędnika administracyjnego. Również Goebbels odrzucił moją kandydaturę do Berlina, gdzie miałem być burmistrzem, podobnie uczynił również Mutschmann – Reichsstaatsführer i Gauleiter mojego rodzinnego regionu Saksonii. Po miesiącach oczekiwania i starań w najwyższym Dowództwie Armii, wróciłem na front do Włoch jako podpułkownik i oficer sztabowy do obrony przeciwczołgowej w Oberkommando der 10. Arme. Stamtąd zostałem przewieziony – bez mojej zgody – do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy w Berlinie, gdzie sekretarz stanu dr Stuckart poinformował mnie, że mam jechać do Krakowa. Odmówiłem i dlatego musiałem udać się na polecenie Himmlera do jego kwatery polowej w Prusach Wschodnich.

"W międzyczasie Himmler jako minister spraw wewnętrznych Rzeszy został moim najwyższym przełożonym. W ponad godzinnej rozmowie ponownie odmówiłem i wyraźnie stwierdziłem, że: 1) jestem przeciwnikiem żydowskiej polityki Hitlera, 2) że będę musiał sprzeciwić się każdemu reżimowi policyjnemu – Krüger, 3) że jestem chrześcijaninem – protestantem. Himmler odpowiedział, że on również miał moje poglądy w sprawie Żydów, ale został przekonany przez Hitlera. Co więcej, nie będę miał z tym nic wspólnego. Co więcej, jadę do Krakowa prowadzić życzliwą politykę (zupełnie błędny kierunek!) i w końcu religijna postawa takiego starszego pana jak ja jest mu zupełnie obojętna. Himmler zażądał zaakceptował odkomenderowanie do Krakowa i nazwał je "cywilną misją wojenną". Zrobił to, aby mnie zmusić, ponieważ odkomenderowanie – bo właśnie o to tu chodzi – było poniżej mojej rangi służbowej i poprzedniego stanowiska. Do Krakowa zostałem skierowany pod koniec listopada 1943 roku jako szef dystryktu (gubernator) i zaraz po moim przedstawieniu Frankowi podkreśliłem, że jestem najzacieklejszym przeciwnikiem reżimu SS i policji. Dał mi on pocieszające wyjaśnienia. Około 1 grudnia 1943 roku zająłem swoje stanowisko. Nie znałem ani narodu, ani kraju, ani moich współpracowników. W moim urzędzie nie znałem nikogo, a w rządzie tylko Franka, którego widziałem wcześniej tylko 2-3 razy na spotkaniach prawników. (...)"

"Powołanie mnie na stanowisko gubernatora dystryktu Krakowskiego odbyło się jednocześnie z wprowadzeniem Craushaara na urząd kierownika wydziału głównego Spraw Wewnętrznych w rządzie oraz powołaniem Koppe na miejsce Krügera na stanowisko wyższego dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie. Aktowi temu nadano charakter uroczysty, brali w nim udział zarówno Frank, jak i Himmler, który przy tej okazji wygłosił długą mowę. W mowie tej w przeciwieństwie do Craushaara, nazywał mnie on stale panem i ani razu nie nazwał mnie towarzyszem partyjnym. Cała mowa Himmlera i zawarte w niej wypowiedzi przeciwko narodowi polskiemu nie interesowały mnie, nie przywiązywałem do nich wagi, ponieważ w kwaterze polowej Hitlera uzyskałem od niego wyraźne zapewnienie, że w Krakowie, jako dawnym okręgu austriackim, będę mógł rządzić inaczej i prowadzić łagodną politykę, w stosunku do ludności tym dystrykcie. Następnego dnia po południu wprowadzony zostałem przez Franka do Pałacu Potockich na urząd gubernatora dystryktu krakowskiego. Obejmując stanowisko gubernatora nie wiedziałem, że administracja państwowa połączona jest w Generalnym Gubernatorstwie w formie unii personalnej z administracją partyjną. Zaraz w pierwszych dniach Frank zaproponował mi, bym objął stanowisko szefa okręgu partyjnego. Na propozycje te nie zgodziłem się, ponieważ dotąd w Partii, ani w żadnej innej organizacji aktywnie nie pracowałem, przy czym argumentowałem także i wobec Franka, że jestem wierzącym i praktykującym chrześcijaninem i robota partyjna dlatego mi nie odpowiada. Sprawa ta przeciągała się i w międzyczasie, zarówno Bühler jak i podlegli mi starostowie, których odwiedzałem i wizytowałem, zdołali mnie przekonać, że powinienem objąć także i stanowisko szefa partii w dystrykcie, gdyż zapobiegnę przez to nasłaniu jakiegoś drugiego Tisslera dystryktowego, który wzmocni pozycję Partii i Bormanna z uszczerbkiem dla autorytetu władzy państwowej. Na skutek tych perswazji objąłem stanowisko przywódcy Partii dystryktu krakowskiego (…) Na urząd ten wprowadził mnie Frank 14 stycznia 1944 roku, wygłaszając przy tym jak zwykle długą, pełną frazesów, i nieodpowiedzialnych zwrotów mowę. Na mowę te odpowiedziałem krótko i wyraźnie podkreśliłem, że w pracy swojej będę się kierował odwagą cywilną i zasadą słuszności. Jak każda mowa na zebraniach partyjnych, tak i moja zawierać musiała pewne zwroty o Hitlerze i jego misji. (…) Podkreślam z naciskiem że objęcie stanowiska partyjnego przeze mnie było opozycją przeciwko polakożerczemu kursowi, dyktowanemu przez Partię z Bormannem na czele (...)".


OPINIA O GENERALNYM GUBERNATORSTWIE W RZESZY

"Wojna z Polską była niepopularna w Niemczech. Kwestia korytarza nie podniecała Niemców. Z tego powodu prasa niemiecka wciąż donosiła w olbrzymim natężeniu o "morderstwach w Bydgoszczy" i "incydentach granicznych", a opisy "polskich okrucieństw" w rejonach przygranicznych pojawiały się wielokrotnie w najjaskrawszych barwach. Raporty prasowe służyły wyjaśnieniu i udowodnieniu niemieckiemu narodowi niższości moralnej Polaków. Do tego dochodziły sukcesy tzw. "Blitzkriegu", który służył zademonstrowaniu niemieckiemu narodowi wyższości we wszystkich dziedzinach, nie tylko wojskowych. W ten sposób wyhodowano bardzo szczególnego ducha! Tylko na tym tle nawet w narodowosocjalistycznych Niemczech można sobie było wyobrazić w ogóle taki twór państwowo-prawny jak Generalne Gubernatorstwo. Jeśli w kraju (w okręgach Gdańsk-Prusy zachodnie, Poznań, Górny Śląsk) około 30 milionów ludzi zostało pozbawionych praw obywatelskich jednym pociągnięciem pióra. Stali się ni mniej ni więcej tylko zerem w świetle prawa państwowego, przedmiotami, którymi zwycięzcy mogli swobodnie dysponować według własnego uznania. 30 milionów ludzi zostało zaanektowanych, w Europie i przez Europejczyków – unikalny proces i wielkie nieszczęście dla Niemiec. Jestem bowiem pewien, że mimo godnego ubolewania – wielkiego nieszczęścia wojny, wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby zwycięskie narodowosocjalistyczne Niemcy postępowały z mądrością i humanitaryzmem w stosunku do pokonanych Polaków. Niesprawiedliwością było utworzenie jednostronnie przez Niemców takiego tworu władzy państwowej, jakim było Generalne Gubernatorstwo, oraz podejmowanie takich działań, jakie ten twór musiał pociągnąć za sobą, częściowo dla realizacji jego celów i zadań, częściowo dla istnienia jego samego. Zasady Generalnego Gubernatorstwa były kamieniem węgielnym w wychowaniu niemieckiego człowieka na nadczłowieka, gdyż nie może być przecież większych różnic między ludźmi jak w zasadzie między Niemcami a Polakami, którzy z powodu losu zmuszeni są żyć na tej samej przestrzeni"

"Generalne Gubernatorstwo miało wśród nas – zawodowych urzędników administracyjnych w Rzeszy naprawdę kiepską reputację. Kiedyś wyrażono to w szyderczej nazwie "gangsterska gubernia" nadanej z powodu przypadku korupcji gubernatora Lasch'a z Radomia, tym bardziej, że był specjalnym protegowanym dr Franka w związku z ich bliską, wieloletnią współpracą w Narodowosocjalistycznym Związku Obrońców Prawa. Ponadto w najostrzejszych słowach potępiano samowolę policji SS-Obergruppenführera Krüger'a, a administracja i urzędnicy administracyjni Generalnego Gubernatorstwa byli źle oceniani na podstawie pewnych rzeczowych faktów. Staliśmy na stanowisku, prawdopodobnie bez zbytniej przesady, że członkostwo w Narodowosocjalistycznym Związku Obrońców Prawa (z którego dr Frank przyjął większość swojego personelu) lub wczesne członkostwo w NSDAP nie daje jeszcze niezbędnych kwalifikacji do pracy jako urzędnik administracyjny, zwłaszcza w obcym kraju, gdzie stawia się szczególnie wysokie wymagania dla urzędnika pod względem umiejętności fachowych i możliwości psychologicznych. Administracja Generalnego Gubernatorstwa jawiła się – słusznie lub niesłusznie – jako niegospodarność spowodowana dyletanctwem i niekompetencją. Chciałbym powiedzieć, że brak jasności sytuacji był jedną z najistotniejszych cech Generalnego Gubernatorstwa. Miałem wrażenie, jakby obawiano się uchylać przepisy, które od dawna były nieaktualne z powodu zaistniałych okoliczności. Wyglądało to tak, jakby chciano, aby każde możliwe wyjście stało wciąż otworem. Utrzymywano przepisy tak, aby można było interweniować w każdej chwili, ale jednocześnie tolerowano odmienną praktykę. Przyczyną takiego prowadzenia spraw rządowych była prawdopodobnie niepewność w stosunku do rzeczywiście rządzących osób: Himmlera i Bormanna. Pokój zawarty z Himmlerem w 1943 r. był właściwie pokojem pozornym, gdyż władza wykonawcza w Generalnym Gubernatorstwie wciąż mocno i wyłącznie spoczywała w rękach Himmlera oraz jego SS i policji wszystkich stopni. Został on zawarty, ponieważ już zaczynała się wyłaniać rywalizacja z Bormannem o Generalne Gubernatorstwo, a sam był prawdopodobnie postrzegany jako wspólny przeciwnik Himmlera i Franka. Obawiałem się więc, że dla Polaków mogą powstać straszne skutki z powodu tego stanu niejasności w sprawach zrzeszania się, jeśli Himmler lub Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy nagle wydadzą ostrzejsze polecenia, jak to miało miejsce w przypadku warszawskich uchodźców, lub jeśli w SS i policji nastąpi zmiana dowódcy, albo jakiś niewielki incydent podczas jakiegoś meczu piłkarskiego. (...)"


POLITYKA WOBEC POLAKÓW


"Ale jaka była więc ta polityka Hitlera wobec Polaków? Nie było to dla mnie łatwe do ustalenia, ponieważ według mojej wiedzy nie było autentycznej, jednoznacznej deklaracji rządu Rzeszy. To był przygnębiający fakt dla mnie i ludzi wyznających moje poglądy, że Hitler nigdy nie ustanowił konstruktywnych planów i propozycji dotyczących prawa konstytucyjnego, nie stworzył żadnych stałych warunków do kontrolowania arbitralności pojedynczej osoby, ale że wszystko i wszędzie było otwarte tzn. trzymane na bagnetach, nie tylko we Francji, Belgii, Norwegii, ale także w krajach o nowych formach państwowych, takich jak Protektorat Czech i Moraw oraz Generalne Gubernatorstwo. Żaden w miarę poważny polityk, nie uwierzył przecież, że ci politycy z "Generalnego Gubernatorstwa" mogą być rozwiązaniem na stałe. (...)"

"Wydaje się tylko, że najpoważniejszym błędem niemieckiej polityki wobec Polaków było to, że poniżała ona Polaków. Te poniżenia wynikały z niemieckich przepisów legislacyjnych, ale to jeszcze nie w pełni je wyczerpywało. O wiele bardziej wynikały one z postaw wobec Polaków, którą rząd hitlerowski narzucił Niemcom. Mówię "narzucił", bo podczas mojej batalii przeciw tej złej polityce spotkałem wielu Niemców, którzy uważali, że nakazana im postawa jest dla nich ciężarem. Nie muszę nic więcej mówić o tej narzuconej Niemcom przez Hitlera, SS i Partię ściśle kontrolowanej postawie, chyba tylko to jedno, że objawiające się wszędzie i we wszystkich dziedzinach życia lekceważenie i znieważanie, było najgłębszą przyczyną niemieckiej porażki również w tym kraju. Dlatego wszędzie krytykowałem i walczyłem z tą postawą, a ze swojej strony starałem się wszędzie pokazać, jak należy się zachowywać jak człowiek wśród innych ludzi bez przymusu i bez ciągłego znieważania (...)".




SYTUACJA POLAKÓW W DYSTRYKCIE

"Kiedy w jeden z pierwszych tutaj dni przechadzałem się po mieście, dokonałem dwóch drobnych obserwacji, które bezpośrednio ukazały mi główny problem, a mianowicie polityczne i humanitarne położenie Polaków w Generalnym Gubernatorstwie. Widziałem zmienione dawne nazwy ulic oraz zauważyłem zróżnicowanie przedziałów w tramwajach na takie dla Niemców i dla Polaków. Żadne nowe zasady konstytucyjne, żadna reorganizacja Generalnego Gubernatorstwa, żaden tak uciążliwy dla narodu polskiego przepis jak np. zamknięcie uniwersytetów i szkół średnich w Wielkiej Galicji, nie ukazało w moich oczami tak nagle – w sposób oczywisty i intensywny – faktu pozbawienia praw obywatelskich i ciągłej obrazy narodu polskiego, jak to uczyniły te dwa śmiesznie małe fakty. Ale przemówiły one nie tylko do mojego umysłu, ale także do moich uczuć, które teraz stały się czynnikiem decydującym o moim stosunku do narodu polskiego. W żadnym razie nie wynikło to z mojej postawy jako niemieckiego urzędnika państwowego, ale z mojego przekonania, że tylko atmosfera sprawiedliwości i pokoju może być odpowiednia do tego, aby umożliwić Polakom i Niemcom wspólne życie. Teraz uzyskało ono cieplejszy, osobisty ton".

"Śledziłem przyczyny pozbawienia polskiego narodu praw obywatelskich. Informowałem się gdziekolwiek mogłem. Bywałem u Generalnego Gubernatora, ale zaprzestałem tych wizyt, bo były one bezowocne z tego powodu, że Generalny Gubernator, moim zdaniem, był w pełni świadom błędów w polityce wobec Polaków w ostatnich latach, ale nie chciał otwarcie się do nich przyznać i dlatego unikał prawdziwej debaty. Ponadto, ze względu na swoją pozycję na zewnątrz starał się ukryć swoją zależność od Berlina w kwestiach politycznych za pomocą przyjaznych i pocieszających słów w stosunku do nowicjusza szukającego rady i pomocy. Rozmawiałem tylko z sekretarzami stanu i prezydentem rządu. Zwracali uwagę na ogólnie dobrą pracę administracji i sukcesy w dziedzinach specjalistycznych, ale w podstawach polityki wskazywali na Berlin i realizowaną przez SS i policję linie polityczną wobec Polaków. Rozmawiałem z moimi urzędnikami urzędu dystryktu i moimi starostami i spotkałem się tu z dużym zrozumieniem i dobrą wolą. Dzięki moim podróżom inspekcyjnym po kraju zrobiłem pocieszającą obserwację, że tam w terenie, w codziennej pracy i w swoim małym obszarze ci fachowi urzędnicy administracji (starosta, agronom powiatowy, lekarz powiatowy) próbowali postępować poprawnie, co w większości psuli teoretycy – politycy i megalomańscy głupcy".


  
Wyrok w sprawie Kurta von Burgsdorfa zapadł przed sądem okręgowym w Krakowie dnia 6 grudnia 1948 r. i był wyjątkowo łagodny. Sąd stwierdził że rzeczywiście "był życzliwy Polakom" został skazany tylko na 3 lata pozbawienia wolności (przy czym zaliczono mu areszt trwający od 30 maja 1946 r. do 6 grudnia 1948 r.), utratę praw publicznych, obywatelskich i honorowych na 2 lata, oraz konfiskatę całego majątku. Prokuratura zaś stwierdziła: 

"Nie ulega wątpliwości, że wśród urzędników niemieckich Burgsdorff wyróżniał się jako człowiek uczciwy, urzędnik starej daty, ożywiony naprawdę chęcią humanitarnego postępowania z ludnością Polską. Dał temu wyraz niejednokrotnie interweniując na rzecz skazanych Polaków, wydając im ułaskawienie. Zwalczał bezwzględną politykę reprezentowaną przez Franka. Jak wykazało dochodzenie na czynności urzędowe Gestapo i policji wpływu nie wywierał. (...) Wina Burgdorffa jednak polega na tym, że piastował stanowisko w administracji Generalnego Gubernatorstwa, która została uznana przez nasze orzecznictwo za organizację przestępczą"


CDN.