Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOZACZYZNA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOZACZYZNA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 kwietnia 2025

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XXI

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA 
Cz. XXI






"ŻEBY RZECZPOSPOLITĘ JEDEN BĄDŹ Z GŁUPSTWA BĄDŹ Z UPORU O UPADEK MÓGŁ PRZYPRAWIĆ (...) CZUJMY SIĘ, DLA BOGA, NIE GIŃMY TAK MARNIE DLA JEDNEGO, DWU, TRZECH UPORU!"

JAN OSTRORÓG
Kasztelan poznański 
(1605)


 Od czasu Konstytucji "Nihil Novi" z 1505 r. wszystkie trzy stany sejmujące (czyli: Król, Senat i Izba poselska) były wobec siebie równe i wszystkie posiadały prawo weta (co prawda od Sejmu 1641 r. Senat miał składać sprawozdania Izbie poselskiej, ale nie zmieniło to podstawowych założeń Konstytucji "Nihil Novi"). Ponieważ wszystkie stany sejmujące posiadały równe prawo do zgłaszania weta wobec przyjętych ustaw, kilka razy przed rokiem 1652 zarówno Król jak i Senat doprowadzili do zakończenia Sejmu bez przyjęcia uchwał (jeśli się nie pomyliłem w rachubach, to uczynili to po dwa razy). Szlachta również kilkukrotnie zerwała Sejmy bez przyjęcia uchwał, ale nigdy nie działo się to poprzez głos sprzeciwu jednego człowieka, lecz zawsze był to jakiś kolektyw, jakaś grupa posłów, sprzeciwiająca się danym, czy to królewskim, czy senackim projektom ustaw. Zgodnie z Konstytucją Nihil Novi król miał obowiązek zwoływać Sejm zwyczajny co dwa lata, na okres najwyżej 6 niedziel. Ale jeśli na danym Sejmie nie zapadły wiążące decyzje, lub też Sejm rozjechał się bez przyjęcia uchwał, król miał prawo zwołać Sejm nadzwyczajny (aby na nim przyjąć niezbędne decyzje) i tak też się często działo. Rok 1652 w którym to poseł z Upity - Władysław Wiktoryn Siciński zerwał Sejm, nie był tak naprawdę niczym szczególnym, (no może poza faktem że uczynił to jeden człowiek, a nie grupa posłów). Tym bardziej że tak naprawdę nie zerwał on Sejmu, a jedynie nie zgodził się na przedłużenie obrad sejmowych, co (jak napisałem wyżej) miało miejsce już kilkakrotnie (szczególnie w XVII wieku). Tak naprawdę pierwsze liberum veto z prawdziwego zdarzenia, czyli pierwsze zerwanie Sejmu de facto, miało miejsce dopiero w roku 1669. Mimo to właśnie Siciński stał się realnie kozłem ofiarnym późniejszych wydarzeń, które sprowadziły na Rzeczpospolitą niemoc polityczną, a po części również wewnętrzną anarchię (trzeba bowiem pamiętać że - szczególnie w Polsce, ale od połowy XVI  wieku również na Litwie, a gdy polonizowała się Ruś także i na Ukrainie - tradycje sejmikowe były bardzo silne, a co za tym idzie, tradycje lokalnego patriotyzmu, które często brały górę nad patriotyzmem krajowym. Uwidoczniło się to szczególnie w wieku XVIII kiedy Rzeczpospolita tak naprawdę została politycznie rozbita na dzielnice, choć realnie na zewnątrz nadal była zjednoczona).

Władysław Siciński stał się prawdziwym czarnym charakterem, siewcą Apokalipsy. Został przeklęty ponoć jeszcze na Sejmie w marcu roku 1652. Mówiono też że zginął od uderzenia pioruna (1672 r.), a jego ciała nie chciała przyjąć ziemia, więc (zgodnie z anegdotą głoszona przez Zygmunta Glogera jeszcze w XIX wieku) jego zmumifikowane ciało wystawiano dla rozrywki po karczmach i szynkach. Sam Adam Mickiewicz napisał w wierszu: "Popas w Upicie" tak oto o Sicińskim: "Zda się, że ciężar hańby do ziemi go cisnął. Albo, żę ręka gwałtu z piekieł go wywlekła. I znowu radby gwałtem powracać do piekła". Ostatecznie w roku 1860 zmumifikowane truchło Sicińskiego spoczęło w kościele w Upicie, w drewnianej skrzyni, którą kazał dla niego zbić proboszcz tamtejszej parafii. Ale dlaczego Siciński tak naprawdę został przeklęty, czy tylko dlatego że sprowadził katastrofę na Ojczyzny łono? Nie tylko dlatego, tym bardziej że jak wspomniałem wyżej, jego przewina nie jest aż tak wielka, można by wręcz powiedzieć że niczym szczególnym się tak naprawdę negatywnie nie objawił, ot po prostu nie wyraził zgody na procedowanie uchwał sejmowych i tyle. Tylko że Sejm w roku 1652 był poświęcony, a co za tym idzie jego uchwały miały wsparcie Niebios. Doprowadzenie więc do zakończenia obrad sejmowych przed przyjęciem uchwał było jednocześnie świętokradztwem, bluźnierstwem wobec Boga. I głównie dlatego Sicińskiego wyklęto jeszcze w wieku XVII. Aby to zrozumieć, warto przybliżyć atmosferę tamtego czasu i tamtego Sejmu, który rozpoczął się w końcu stycznia 1652 r.


DUKAT KORONNY JANA KAZIMIERZA 



Już po Bożym Narodzeniu 1651 r. szlachta zjeżdżała się na Sejm wielce wzburzona. Nic bowiem nie układało się tak jak trzeba, po świetnym zwycięstwie beresteckim nie zakończyło się powstanie Chmielnickiego na Ukrainie, a wartość monety w ciągu 1651 r. została dwukrotnie królewskimi uniwersałami zmieniona na niekorzyść dla szlachty (po to aby zebrać więcej pieniędzy na potrzeby wojska), która wciąż sprzedawała swe zboże do krajów Europy Zachodniej. Królowi poza tym zarzucano że wyciągnął pospolite ruszenie do walki z Chmielnickim na Wołyń i Ukrainę, pozostawiając szlacheckie rodziny na pastwę chłopstwa (w czasie buntu Kostki-Napierskiego, czy ruchawek wielkopolskich, o których pisałem w poprzednich częściach). Poza tym zarzucano Janowi II Kazimierzowi, że bunt Kozaków jest mu na rękę, gdyż pragnie ich użyć do wojny ze Szwecją o koronę królewską tego kraju (w końcu zarówno on, jak i jego brat Władysław IV i ojciec Zygmunt III Waza, byli tytularnymi królami Szwecji, pozbawionymi tronu tylko dlatego, że nie chcieli przejść na protestantyzm). Ogólnie więc można było wyczuć wielki "wkurw" szlachty na króla (choć w ogromnej części do wyżej wymienionych niepowodzeń sami się skutecznie dołożyli, a często byli ich inicjatorami - w końcu powstanie Chmielnickiego można było zakończyć jeszcze w 1651 r. gdyby nie niechęć szlachty do dalszego wojowania i do uchwalenia podatku na wojsko, które mogło to powstanie zakończyć). Sejm rozpoczął się 26 stycznia 1652 r. mszą świętą w Katedrze św. Jana. Kazanie odprawił ksiądz Cieciszowski, jezuita, spowiednik królewski. W kazaniu swym porównywał Chmielnickiego do Lucyfera, zmarłego księcia Jeremiego Wiśniowieckiego do Archanioła Michała, sejmiki do "szemrania Żydów na puszczy", wiele też mówił o wolności i przestrzegał szlachtę aby ostrożnie się z nią obchodzono. Na zakończenie kazania wypowiedział zaś słowa skierowane do wszystkich: "Dziękujcie Bogu za to, co macie!"

Przybyło jedynie 10 senatorów, a cała reszta wolała siedzieć w swoich domowych pieleszach i czekać na zakończenie obrad sejmowych, gdyż nie chciało im się w zimie jechać do Warszawy specjalnie na Sejm (był też inny powód, nie chcieli ani wspierać króla w jego planach, ani też występować przeciwko niemu, więc taka nieobecność wydała się wielu najbardziej optymalna). Byli i tacy, którzy wprost przepowiadali że ten sejm zakończy się źle (jak choćby równie nieobecny prymas Maciej Łubieński). W Izbie poselskiej też zabrakło pełnego składu (optymalnie przyjęto że "optymalny skład" to co najmniej 200 osób). Z województw: mazowieckiego, sieradzkiego i sandomierskiego przybyło łącznie 31 posłów (była to tzw. frakcja Hieronima Radziejowskiego, o którym pisałem również w poprzednich częściach), z województw: poznańskiego i kaliskiego razem 12 posłów (tzw. frakcja Krzysztofa Opalińskiego, mocno przeciwna królowi), z województwa kujawskiego 4 posłów (również przeciwnych królowi). Z województw: krakowskiego i ruskiego łącznie 18 posłów (tzw "umiarkowana" opozycja). Litwa też była podzielona (nieznana jest dokładna liczba posłów litewskich na Sejm 1652 r.), stronnicy Janusza Radziwiłła byli przeciwni królowi, natomiast stronnicy rodu Sapiehów trzymali z dworem. Z dworem trzymali również posłowie Prus Królewskich, zaś ci z województw objętych powstaniem Chmielnickiego, a to psioczyli na króla, a to na "panów braci". Wychodziło więc na to, że frakcje dworska i anty dworska praktycznie się równoważyły i nikt nie miał siły aby skutecznie przegłosować swoje projekty (jako ciekawostkę dodam że szczególnie nielubianym posłem przez frakcję dworską był niejaki Petrykowski, szlachcic który mówił co myślał i nazywał rzeczy po imieniu. Oczywiście nie oznaczało to że lubili go ci z przeciwnej frakcji, raczej był nielubiany przez obie strony, ale ponieważ często wypominał królowi różne sprawki, to właśnie "dworscy" byli szczególnie zainteresowani w dyskredytowaniu go). Marszałkiem Sejmu obrano stolnika lwowskiego Andrzeja Maksymiliana Fredrę. 




Była to kandydatura akceptowana przez obie frakcje, jako że i postać Fredry była zdaje się wyjątkowa (no, może bez przesady, ale jednak wyróżniał się). Miał co prawda dopiero 28 lat, ale pokazał się już kilkukrotnie z jak najlepszej strony. Na Sejmie elekcyjnym w styczniu 1649 r. ofiarował prawie cały swój majątek na wystawienie wojska w celu ratowania Ojczyzny zagrożonej przez kozactwo i Tatarów. Pod Beresteczkiem walczył na czele swej własnej chorągwi husarskiej, na czele której następnie posłał go król do Siedmiogrodu, w celu rozerwania linii Chmielnickiego z księciem Rakoczym. Po powrocie z Siedmiogrodu udał się do Krakowa, gdzie tamtejszemu Uniwersytetowi przekazał - napisane niedawno przez siebie - dzieło "Historyia Narodu Polskyiego" (nie zachowało się do naszych czasów). 29 stycznia udali się posłowie do Senatu na prezentację i powitanie króla (pocałowanie królewskiej ręki), mowę powitalną wygłosił oczywiście marszałek Sejmu - Andrzej Maksymilian Fredro, w której to chwalił króla, jako mężnego rycerza i obrońcę Ojczyzny, jednocześnie deklarując, że w Polsce - w przeciwieństwie do innych krajów Europy i Azji - królowie nie muszą obawiać się swych poddanych i spokojnie mogą "spać na łonach szlacheckiej braci", nie musząc się obawiać o swe bezpieczeństwo. Jednocześnie (zwracając się bezpośrednio do króla) stwierdził, że tylko wtedy będzie mógł Jan Kazimierz myśleć o pozostawieniu tronu swemu następcy, jeśli w pamięci poddanych "zarobi sobie na miłość narodu". Pierwsze dni upłynęły na sprawy proceduralne i rozdawanie wakansów (m.in. dóbr Hieronima Radziejowskiego, który został uznany za banitę ze względu na oszczerstwa, o których pisałem w poprzedniej części). Posłowie pruscy protestowali przeciwko oboźnemu koronnemu - Kalinowskiemu, który przejął Brodnicę, choć nie był nawet Prusakiem (a na mocy przywileju inkorporacyjnego z 1466 r. stanowiska, urzędy i ziemie w Prusach Królewskich mogły być przekazywane tylko mieszkańcom tej ziemi). Groziło to zerwaniem Sejmu już na początku obrad (podobnie jak miało to miejsce w roku 1650, gdy posłowie pruscy gremialnie zaczęli opuszczać pole sejmowe, ale w sposób dosyć teatralny - notabene często tak się działo na polskich sejmach - zostali powstrzymani przez innych posłów poprzez złapanie ich pod ręce i odprowadzenie na miejsce 🥴). Wiele też było skarg, wzajemnych niesnasek i oskarżeń o niesłusznie pełnione wakanse.

9 lutego w obecności króla poseł Dębski zaczął pytać dlaczego obniżono wartość monety i dlaczego nie dokończono zwycięstwa pod Beresteczkiem. W pewnym momencie przerwał mu poseł Obuchowicz, podszedł do niego i rzekł, aby zbyt usilnie nie pytał o kwestię ukraińską i bitwę pod Beresteczkiem, gdyż jak dodał: "Żeby na nas samych winy nie złożono i wstydem nas nie oblano" (doskonale bowiem wiedział że to głównie przez niechęć szlachty do dalszego wojowania i chęć powrotu do domów była powodem przetrwania Chmielnickiego). 10 lutego głos zabrał sam Obuchowicz, który twierdził że nie ma nic szpetniejszego, niż zwycięstwo odniesione w wojnie domowej i wręcz dziękował Bogu, że ten nie pozwolił im odnieść pełnego zwycięstwa nad "braćmi". Później była batalia o obniżenie wartości monety, co stwierdzono że stało się to za radą Senatu, ale gdy posłowie udali się do króla, aby im odczytano konsulta senatorskie w tej sprawie, nie uczyniono tego, a odczytano im jedynie konsulta litewskie - które mówiły o czym innym, co jeszcze bardziej wzburzyło posłów. Tymczasem 14 lutego przyszła do Warszawy wiadomość, że Trybunał piotrkowski (który rozpatrywał m.in. sprawę rozwodu Radziejowskiego z Elżbietą ze Słuszków), uniewinnił go wszelkich zarzucanych mu czynów i zrehabilitował (tylko że jego majątek już podzielono, bo od tego zaczęto obrady Sejmu, pomimo sprzeciwu frakcji którą wymieniłem wyżej 🤭). Radziejowski miał na dworze wielu wpływowych przyjaciół, w tym samą królową Ludwikę Marię, która prosiła męża aby ułaskawił Hieronima i przywrócił mu odebrane urzędy i majątek. Król był jednak uparty. 15 lutego przyprowadzono więc na Sejm dwóch małych chłopców, synów Radziejowskiego (Stanisława i Michała), domagając się dla nich sprawiedliwości. Wspierający Radziejowskiego Zamoyski, rzekł wówczas: "Wolę gdzieś indziej na zsyłce zostawać, niż w wolnym królestwie niewolę cierpieć". Wszystko przyjęło ponownie teatralny i emocjonalny charakter, gdy dwaj synowie Radziejowskiego na kolanach, płacząc żewnie, błagali króla i posłów o łaskę dla siebie i dla ojca. Powstał swoisty pat prawny, bowiem gdyby Izba poselska wsparła Trybunał krajowy (czyli ten który w Piotrkowie wydał wyrok w sprawie Radziejowskiego), doszłoby do konfuzji sądownictwa i cały kraj stałby się widownią konfliktu króla z sądem najwyższym, a tego tylko brakowało, mając nierozwiązaną kwestią kozacką i niebezpieczeństwo tatarskie - wciąż czyhające na południowo-wschodnich rubieżach kraju. 




Aby temu zapobiec - pomimo błagań młodych Radziejowskich - poseł Obuchowicz stwierdził, że wyrok Trybunału jest nieważny, a to z tego względu, iż dekret marszałkowski wydany w sprawie konfiskaty dóbr Radziejowskiego, stanął za radą Senatu. Stało się wówczas coś, czego się nikt nie spodziewał, a mianowicie prawie cała sala (wyłączywszy kilkunastu posłów wspierających Radziejowskiego) gremialnie krzyknęła że wyrok Trybunału jest nieważny, ponieważ dekret marszałkowski wydany został za radą Senatu. Król miał więc rozwiązane ręce, a jednocześnie problem z Radziejowskim z głowy, gdyż wszystko spadło teraz na Senat. Kolejne dni upływały na wzajemnych swarach odnośnie Radziejowskiego, kwestii obniżenia wartości monety i tego kto temu realnie zawinił, zakończenia wojny z Kozakami na Ukrainie (ten temat był bardzo krótko rozpatrywany), oraz wysłania poselstw przez króla do Szwecji i do Moskwy, bez wiedzy i zgody stanu rycerskiego (czyli szlachty). 29 lutego na Sejm przybyli posłowie kozaccy wysłani przez Chmielnickiego. Przywieźli królowi w podarunku 12 koni tureckich w bogatym oporządzeniu, a także prośbę do Sejmu o zatwierdzenie układów białocerkiewnych. 3 marca zaś na audiencji przed Senatem wystąpili posłowie moskiewscy, którzy domagali się sprawiedliwości w imieniu cara Aleksego, odnośnie tytułu carskiego (który wielu w Rzeczpospolitej pomijało, nazywając Aleksego kniaziem) domagali się więc ich surowego ukarania. Rzeczywiście, w Rzeczpospolitej w 1637 r. wprowadzono prawo odnośnie tytułu carskiego, którego miano przestrzegać w tytulaturze, ale jak to w Rzeczpospolitej wolność najważniejsza (w przeciwieństwie do Rosji,  gdzie wola cara była prawem). Trzej rosyjscy posłowie którzy przybyli na Sejm (i którzy doskonale znali język polski, jeden nawet mówił po łacinie i po francusku) grozili wojną w przypadku niespełnienia żądania ukarania sprawców "obrazy carskiej". Większa część tych, których Moskale oskarżali, już nie żyła, gros spraw dotyczył też kwestii sprzed roku 1637, tych więc król natychmiast uniewinnił (mimo sprzeciwu moskiewskich posłów). Tych zaś, którzy uwłaczyli carowi po wydaniu prawa odnośnie tytulatury, król polecił słać posłów do Moskwy, aby tam przepraszali. Na taki werdykt Moskale zareagowali żądaniem... zwrotu Smoleńska i innych twierdz siwierskich, a następnie złożyli protest przed Senatem na decyzję królewską - odjechali z niczym.

Wojna na Ukrainie nie została rozwiązana, groziło niebezpieczeństwo ze strony Moskwy i Tatarów, a posłowie na Sejmie nie chcieli słyszeć o obronie i nowych podatkach. Osłabieni już, znudzeni i znużeni toczącymi się od ponad miesiąca swarami sejmowymi, nie byli w stanie ustąpić nawet na krok w swych zamierzeniach, a jednocześnie nie chcieli podejmować tematu obrony Rzeczpospolitej. Kolejne marcowe dni mijały więc bezowocnie. Sejm miał się zakończyć dnia 8 marca i większość posłów oczekiwała tego dnia z niecierpliwością (tak naprawdę Sejm w ogóle się jeszcze nie zaczął, gdyż nie zapadły na nim żadne decyzje, a już musiał się kończyć 🙆). Mimo to król nie tracił nadziei że w ostatnich dniach, a być może ostatniego dnia uda się wymóc na posłach pieniądze na wojsko (tak bowiem często się działo, stronnictwo dworskie do ostatnich dni czekało z najważniejszymi kwestiami, po to, aby rzutem na taśmę przegłosować najważniejsze dla Ojczyzny sprawy), tym razem jednak stało się inaczej. 6 marca miało bowiem miejsce pewne wydarzenie, a mianowicie jadący ulicą Piwną w stronę Zamku hetman polny litewski Janusz Radziwiłł, tuż przy gospodzie Działyńskich, wszczął kłótnię z przedstawicielem tego rodu - starostą pokrzywnickim. Przed gospodą stała bowiem kareta Działyńskiego i tamowała przejazd licznej kawalkadzie hetmana. Najpierw znieważył woźnicę starosty, a gdy sam hetman wychylił się przez okno swej karety i krzyknął do swych ludzi: "Bij!", natychmiast wypadła czeladź, która zabiła dwóch hajduków Działyńskiego a woźnicę poraniła. Z gospody wybiegli więc ludzie Działyńskiego z pałaszami. Gwardia hetmana - którą dowodził pułkownik Komorowski - podjęła walkę i zwyciężyła, kładąc trupem wielu ludzi Działyńskiego. Na drugi dzień ta sprawa stanęła przed Sejmem, a ponieważ pojawiły się nowe frakcje w tej sprawie i kolejne kłótnie, król wniósł o przedłużenie obrad sejmowych. Zgodzono się uczynić to tylko o jeden dzień, do 9 marca. Tego dnia król wystąpił Z żądaniem nowych podatków. To była jak czerwona płachta na byka dla i tak już wzajemnie skłóconych i mocno zmęczonych posłów. Zaczęły się nowe spory o to, kto ile ma zapłacić i czy w ogóle płacić - pomiędzy województwami. Wreszcie nastała noc taka, że ani król, ani posłowie już się nie odróżniali (a prawo zabraniało wnosić światła do sali sejmowej), nie przedłużono też obrad na dzień jutrzejszy, a minęła godzina 23:00. Zaczęto więc domagać się aby Sejm zezwolił na przedłużenie obrad na następny dzień - jedni posłowie byli za, inni przeciw, niewielu zaś początkowo słyszało głos jednego z posłów, który krzyczał: "Nie pozwalam na prelongację". Wreszcie żądanie to doniesiono marszałkowi Sejmu, twierdząc że jeżeli jeden poseł sprzeciwił się przedłużeniu obrad, to należy zaakceptować i większość posłów zaczęła wychodzić z sali.




Stronnicy królewscy zaczęli ich powstrzymywać, próbując z powrotem przyprowadzić na salę, ale stwierdzono że to przecież Siciński złożył weto, więc tylko on może je odwołać. Poczęto więc go szukać, i padały pytania: "Gdzie jest Siciński?", nigdzie nie można go było znaleźć. A jego nie było już na sali sejmowej. W owym gwarze który zaistniał, opuścił miejsce obrad i przeprawił się na Pragę. Ponieważ posła z Upity nigdzie nie można było znaleźć, zaczęto radzić czy jeden poseł może zadecydować o sprzeciwie na przedłużenie obrad sejmowych, czy też nie. Jedni byli za, drudzy przeciw i tak minęła godzina 00:00 w nocy 10 marca 1652 r. Zmęczeni posłowie stwierdzili tylko że rankiem należy przyprowadzić Sicińskiego przed obrady Sejmu i "przekonać" go do zmiany decyzji. 10 marca przypadała niedziela, która upłynęła na próbach przekonania Sicińskiego do powrotu na Sejm. On sam zresztą deklarował że wróci i wycofa swój sprzeciw, ale nocą, z niedzieli na poniedziałek wyjechał z Warszawy, a wraz z nim wszyscy jego towarzysze. 11 marca rano, gdy za wezwano Sicińskiego do laski marszałkowskiej, a jego nie było, marszałek Sejmu Andrzej Maksymilian Fredro udał się do tronu, przepraszając króla za to, że nic nie udało się uchwalić na tym sejmie, a jednocześnie że Sejm musi zakończyć obrady. Niektórzy protestowali, ale nie było wyjścia. Jeden z posłów krzyknął wówczas do nieobecnego Sicińskiego: "Bodajś z piekła nie wyszedł, któryś zrządził takie nieszczęście", a reszta z sali odpowiedziała: "Amen!" Sejm został zerwany.


"UPIÓR z UPITY"
MUMIA WŁADYSŁAWA SICIŃSKIEGO 



CDN.

niedziela, 23 lutego 2025

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XIX

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA 
Cz. XIX


WJAZD ORSZAKU KRÓLOWEJ LUDWIKI MARII DO GDAŃSKA 
(1646)



 Zimową porą (w ostatnich miesiącach 1651 r.) król Jan II Kazimierz i królowa Ludwika Maria opuścili Warszawę i udali się na zimowy odpoczynek nad morze. Królowa była już w widocznej ciąży i podróż do Gdańska miała służyć przede wszystkim narodzinom zdrowego dziecka (najlepiej przyszłego następcy tronu, bo choć o wyborze króla decydowała szlachta, to jednak najczęściej wybierała ona spośród członków już panującego rodu - tak było w czasach Jagiellonów i tak też było w czasach Wazów, z której to dynastii wywodził się Jan Kazimierz, co oczywiście nie oznaczało, że innych kandydatów nie brano pod uwagę). Była to dosyć szczególna podróż, zważywszy że król wraz z dworem płynął barką w dół Wisły, natomiast królowa była niesiona w lektyce wzdłuż brzegu (sama wybrała taki właśnie sposób podróżowania, jako że obawiała się, iż na rzece może jej się zrobić niedobrze, albo w inny sposób może zagrozić nienarodzonemu dziecku, dlatego też wolała bezpiecznie siedzieć w lektyce, którą nieśli jej słudzy). Pierwszy dłuższy (czyli kilkudniowy) postój, miał miejsce dopiero w Malborku. W tym dawnym krzyżackim zamku (notabene największym średniowiecznym zamku w Europie) który teraz był siedzibą wojewody malborskiego, król i królowa przebywali w oddzielnych komnatach na Zamku Wysokim. Król bowiem niepokoił się o żonę i o dziecko, które nosiła w łonie i chciał mieć do niej blisko (na wypadek gdyby na przykład zaczął się poród, chociaż był to szósty, a może dopiero siódmy miesiąc). Miłe chwile spędzone nad Nogatem, zaburzyło jednak coś, czego Jan Kazimierz się nie spodziewał, a co szybko trafiło do uszu królowej. Mianowicie nie uszło uwadze ludzi z otoczenia królowej, że król łakomym okiem spogląda na pewną pannę, która była żoną jednego ze stronników królowej,  podkanclerzego Hieronima Radziejowskiego - Elżbiecie że Słuszków. Co prawda Jan Kazimierz dbał o zachowanie pozorów, ale nie uległo oczom stronników królowej jego nazbyt figlarne zachowanie w stosunku do Elżbiety. Jego uśmiechy i swoiste flirty.

Królowa bardzo się tym przejęła, ba, można nawet powiedzieć że się zdenerwowała (co zapewne będzie później miało jakiś wpływ na dziecko). Należy jednak powiedzieć że to właśnie ona wyswatała Radziejowskiego z Elżbietą ze Słuszków. Dziewczyna pochodziła z majętnej szlacheckiej rodziny, jej posag był dość duży, a przede wszystkim była bardzo ładna, dlatego też stała się swoistą nagrodą dla Radziejowskiego za wierność oddaną królowej na sejmach i w tzw. intrygach dworskich). Zresztą to również Ludwika Maria nadała (a raczej przekonała swego małżonka, aby ten nadał Radziejowskiemu funkcję podkanclerzego). Otoczeniu stronników królowej, Radziejowski szczególnie się wybijał, ale też szczególnie był nagradzany. Otrzymał w podarku także niezwykle dochodowe starostwo łomżyńskie. Radziejowski jednak był mężczyzną, który - mówiąc oględnie - nie należał do aniołków. Elżbieta już była jego trzecią żoną, wszystkie poprzednie zmarły nie bez jego winy. Oczywiście nie oznacza to że jest zamordował, albo otruł, raczej chodzi mi tutaj o jego charakter, a mianowicie potrafił doprowadzać te kobiety do psychicznego i fizycznego bólu. Szczególnie to drugie, gdyż miał ewidentnie ciężką rękę i wszystkie jego żony były przez niego bite. Urodził się Hieronim Radziejowski w roku 1612 w rodzinie wojewody łęczyckiego Stanisława Radziejowskiego i Katarzyny Sobieskiej (ciotki przyszłego króla Jana III Sobieskiego, który w 1683 r. ocalił Wiedeń i całe chrześcijaństwo od turecko-islamskiej niewoli). Jego ojciec (szanowany i zacny obywatel) wysłał syna na zagraniczne studia, ale już w 1629 r jako zaledwie 17-letni podrostek, Radziejowski służył u hetmana Stanisława Koniecpolskiego i wziął udział w bitwie pod Trzcianą ze szwedzkimi wojskami dowodzonymi osobiście przez króla Gustawa II Adolfa (który potem w wojnie trzydziestoletniej w Niemczech będzie siał przerażenie w wojskach Ligii Katolickiej, kierowanej przez austriackich Habsburgów). Pod Trzcianą, gdzie wojska polskie rozbiły Szwedów, Radziejowski zdobywał pierwsze wojenne szlify.




Ale nie trwało to długo, bo już po śmierci króla Zygmunta III Wazy i wyborze jego syna Władysława IV (listopad 1632 r.), znalazł się wśród królewskich dworaków, a od roku 1633 po raz pierwszy został wybrany posłem na Sejm. Miał poparcie i patronat króla Władysława i dzięki temu robił szybką karierę w polityce, a co za tym idzie zdobywał również liczne nadania ziemskie. W 1635 r. poślubił swoją pierwszą żonę - Katarzynę z rodu Ostrorogów, po swym pierwszym mężu noszącą nazwisko Woyna. Była ona dziedziczką ogromnego majątku - Kryłowa nad Bugiem, nad którym górował zamek, otoczony dwoma pierścieniami umocnień (pierwszy stanowiła woda i rozległe bagniste łąki, drugi zaś wały i przekop). Dzięki temu małżeństwu Hieronim Radziejowski stał się bardzo bogatym człowiekiem. Ale właśnie wówczas, podczas tego małżeństwa uwidocznił się jego okrutny charakter, a mianowicie bił swoją żonę tak, że ta często całymi dniami nie opuszczała swoich komnat, wstydząc się pokazać nawet służbie. Nie to jednak było najgorsze. Potrafił bowiem również doprowadzić swoją żonę do psychicznych tortur, przekonując ją że jest szpetna i że nie zasługuje na to, aby być jego żoną. Istnieje podejrzenie (bo oczywiście nie ma na to żadnych dowodów) że owa kobieta straciła przez to rozum i zmarła w roku 1640 r., zostawiwszy oczywiście mężowi ogromny majątek. 1642 r Radziejowski poślubił księżną Euforozynę Wiśniowiecką, czym skoligacił się z możnym książęcym rodem ruskim - Wiśniowieckich, którego jednym z przedstawicieli był kniaź Jarema (o którym pisałem w poprzednich częściach). Przeniósł się z Kryłowa do majątku żony (równie obszernego jak ten wcześniejszy) i oficjalnie wiedli oni sielankowe życie, często byli odwiedzani przez rodzinę księżnej Eufrozyny, a także przez samego króla Władysława IV i jego pierwszą małżonkę Cecylię Renatę (organizowano wówczas wspaniałe bale, a Hieronim i Eufrozyna pokazywali wszystkim jak bardzo się miłują i jak są zgodnym małżeństwem). Prawda jednak była okrutna. Eufrozyna (podobnie jak wcześniej Katarzyna) była regularnie bita przez męża. Praktycznie była ubezwłasnowolniona, nie wolno jej było niczego uczynić bez jego zgody, a jeśli coś mu się nie spodobało... 🤕 Eufrozyna Wiśniowiecka (po pierwszym mężu - Tarnowska) zmarła podczas porodu w grudniu 1645 r. w wieku zaledwie 41 lat, rodząc syna, który otrzymał imiona Michał Stefan Radziejowski (od 1687 r. prymas Polski).

Po śmierci królowej Cecylii Renaty w marcu 1644 r., a szczególnie po ślubie Władysława IV z Ludwiką Marią w marcu 1646 r. kariera Hieronima Radziejowskiego jeszcze przyśpieszyła. Stał się jednym z najbliższych stronników królowej (u Cecylii Renaty pełnił funkcję krajczego i z tą samą funkcją pozostał u Ludwiki Marii). Był marszałkiem sejmu roku 1645. Wtajemniczony w królewskie plany wojny z Turcją (Władysław IV i plany wielkiej wojny z Imperium Osmańskim) udał się wiosną 1646 r. na Sicz, aby przekonać starszyznę kozacką do wojny i wybadać nastroje Kozaków. Z misji tej wywiązał się doskonale, król był z niego bardzo zadowolony (choć nie udało mu się przeforsować na sejmie swoich planów wobec silnego oporu szlachty). Dalej Radziejowski robił karierę, przemawiając na sejmach, spierając się tam z innowiercami, dbając o przywileje Kościoła (i o interesy królowej). Prywatnie zaś w roku 1647 wszedł w konflikt prawny z wojewodą krakowskim Stanisławem Lubomirskim i jego przyjaciółmi o solne zupy wielickie (a w tamtym czasie m.in. sól i zboże generowały ogromne dochody), których administratorem został za zgodą króla. Do poważnych rozruchów doszło w październiku i listopadzie 1647 r. gdy Lubomirski najechał Wieliczkę i groził otwarcie Radziejowskiemu, że "posieka go na kawałki" (dwa listy Lubomirskiego do podkanclerzego Leszczyńskiego) jeśli ten nie zrzeknie się administrowania żupami solnymi. Radziejowski się nie wystraszył, ale doszło do sprawy sądowej (nie znamy niestety jej w wyniku, tym bardziej że w ówczesnej Rzeczpospolitej sprawy sądowe pomiędzy magnatami - czy nawet szlachcicami - toczyły się długo, a gdy już zapadał wyrok, to często był on niewykonalny, gdyż magnaci dysponowali prywatnymi pocztami wojskowymi, a sędziowie nie, więc nie miał kto ich ukarać, czy wymusić wykonanie wyroku 🤭. Szczególnie na wschodzie Rzeczpospolitej była pod tym względem prawdziwa wolna amerykanka). Jednak wraz z nowymi nominacjami i dochodowymi nadaniami, malała popularność Radziejowskiego wśród szlachty. Gdy w grudniu 1647 r. król Władysław IV postanowił obdarzyć go również podskarbiostwem koronnym i starostwem samborskim, powstała taka wrzawa wśród szlachty, że ostatecznie Władysław wycofał się z tego pomysłu. Gdy wspaniała dekada dobiegła końca (bowiem lata 1638-1648 są w dziejach Rzeczypospolitej bodajże najwspanialszym okresem pod względem ekonomicznym i politycznym. Nie toczono wówczas żadnych wojen, a szlachta się totalnie rozleniwiła, siedząc na swych dochodowych majątkach i licząc kasę z wysyłanego na Zachód  Europy zboża, oraz z zasiedlania ogromnych terenów na Wschodzie. Właśnie bowiem w tym okresie polska kolonizacja na ukraińskich stepach przybrała największe rozmiary) powoli kończyła się również błyskotliwa kariera Hieronima Radziejowskiego.




Po śmierci Władysława IV i wyborze na króla jego brata Jana II Kazimierza, Radziejowski jeszcze utrzymał się na fali. W 1648 r. został wybrany jako jeden z 27 komisarzy na dowódcę armii koronnej, która doznała tak upokarzającej klęski w bitwie z Kozakami pod Piławcami (w zasadzie nie tyle to była klęska, oni po prostu uciekli, co pokazuje jak bardzo dekada luksusu i nic nierobienia dała się we znaki). Potem we Lwowie wraz z księciem Wiśniowieckim porzucił obronę miasta i wycofał się stamtąd (pisałem o tym we wcześniejszych częściach). Potem na Sejmie musiał Radziejowski zjeść dużo "kwaśnych jabłek" tłumacząc się (oczywiście nie tylko on, również i inni którzy stamtąd uciekli) z ucieczki spod Piławiec i z haniebnego porzucenia obrony Lwowa. Był jednym z tych, któremu nie podawano ręki na znak pogardy wobec ich postępowania. Gdy w 1649 r. bronił się Zbaraż, Radziejowski ruszył z armią koronną i w bitwie (a raczej w starciach) pod Zborowem, wykazał się odwagą i męstwem (pragnąc zmazać swoje wcześniejsze przewiny). Gdy w grudniu 1649 r. zmarł marszałek Kazanowski, pozostawiając swej żonie - Elżbiecie olbrzymi majątek, Hieronim postanowił uderzyć do niej w konkury. A ponieważ była ona jedną z dwórek królowej, uzyskał w tym poparcie samej Ludwiki Marii i w maju 1650 r. odbył się ich ślub. Dzięki temu mariażowi Radziejowski stał się współwłaścicielem 6 starostw (z których tylko jedno - bielskie dawało aż 80 000 zł rocznego dochodu, co było ogromną kwotą). W tym też czasie (w nieco spóźnionym prezencie ślubnym, bo nie nastąpiło to od razu po ożenku) otrzymał Radziejowski z woli królowej podkanclerzostwo. Z tego powodu w grudniu 1650 r. urządził w swych dobrach ogromny bankiet (a wśród listów gratulacyjnych był nawet i ten od papieża - Innocentego X). Ale wkrótce po zakończeniu tego bankietu (a szczególnie pod Sokalem i Beresteczkiem), należy odnotować powolny, acz konsekwentny upadek Hieronima Radziejowskiego.




Po ślubie z trzecią żoną oczywiście jego charakter nie zmienił się i był takim samym mężem dla Elżbiety, jak wcześniej dla Katarzyny i Eufrozyny. Problem tylko polegał na tym, że Elżbieta była nieco bardziej zadziorna, ale nie na tyle, aby zbytnią brawurą pokazywać podbite oczy. Będąc w otoczeniu królowej, przyciągnęła do siebie wzrok króla Jana Kazimierza. Ale nim na dobre Ludwika Maria dowiedziała się od tym flircie (bo chyba trudno to nazwać inaczej), Elżbieta że Słuszków starała się być dobrą, kochającą żoną. W czasie kampanii roku 1651 udała się wraz z mężem do obozu pod Sokalem, ale tam właśnie ich małżeństwo realnie się zakończyło. Radziejowski codziennie publicznie wszczynał kłótnie z żoną, czym przyciągał gapiów i wyrabiał o sobie negatywne opinie. Elżbieta wielokrotnie po takich kłótniach płakała, czym budziła litość. Pod Beresteczkiem Elżbieta (podobnie jak inne kobiety uczestniczące w tej bitwie, jak choćby markietanki - czyli prostytutki które zapewniały żołnierzom przyjemność) znajdowała się w taborach. Po zwycięstwie doszło jednak do gorszących scen, gdy Radziejowski publicznie uderzył swoją małżonkę w twarz ("w twarz" 😂), co nie było akceptowane (żonę można było bić u siebie w domu, prywatnie, tak aby nikt tego nie widział i nikt nie wynosił prywatnych spraw na zewnątrz). Elżbieta natychmiast się spakowała i opuściła obóz pod Beresteczkiem, wracając do Warszawy (przy wsparciu swego brata wniosła też w Warszawie sprawę rozwodową o unieważnienie małżeństwa, sprawa ta będzie się toczyła przez kilkanaście lat i ostatecznie zakończy się rozwodem). W każdym razie, gdy królewska para udawała się nad Bałtyk, Elżbieta (będąc nadal dwórką królowej Ludwiki Marii) oficjalnie była już w trakcie rozwodu ze swym mężem Hieronimem Radziejowskim (ten, za zgodę na unieważnienie małżeństwa żądał od niej jej pałacu, który odziedziczyła po swym pierwszym mężu - marszałku Adamie Kazanowskim) i być może dlatego tak skwapliwie przyjmowała komplementy króla.


Lata 70-te 
"CZAR PRL-u"
(Choć nie było mnie jeszcze na świecie 🥴)

"To świnia jakaś zboczona, on od tyłu mnie podglądał!"

"W twarz!?"

"A w co?" 🤭



Królowa wpadła w rozpacz i w gniew, gdy dowiedziała się o flircie swego małżonka z Elżbietą. Podczas tej podróży Ludwika Maria starała się jednak zachować pozory i nie pokazywać swoich emocji (choć kazała nieustannie obserwować Elżbietę i gdy była ona w towarzystwie króla, miano o tym natychmiast donosić Ludwice Marii) to w czasie tej podróży nie dała jej do zrozumienia że jest z niej niezadowolona (stanie się to dopiero po powrocie do Warszawy). Wkrótce miała rodzić, zapewne więc nie chciała się denerwować, aby dziecko przyszło na świat zdrowe. Po opuszczeniu Malborka, para królewska kontynuowała podróż dalej do Gdańska (król płynął barką po Wiśle, królowa zaś podążała brzegiem niesiona w lektyce). Wjazd do tego portowego miasta był niezwykle uroczysty (choć nie aż tak bardzo, jak ten sprzed pięciu lat, podczas swej ostatniej wizyty w Gdańsku, orszak królowej Ludwiki Marii był tak liczny, że nawet to bogate miasto miało trudności z pomieszczeniem ich wszystkich. Istnieje też legenda, że właśnie podczas swej wizyty w Gdańsku w roku 1646 Ludwika Maria miała ofiarować jednemu z rajców miejskich swój pierścień, który następnie przechowywano w tej rodzinie przez kolejne stulecia. Ponoć 10 lutego 1920 r. gen. Józef Haller podczas uroczystości zaślubin Polski z morzem, miał wrzucić morską toń Bałtyku właśnie ten pierścień, który niegdyś ofiarowała Ludwika Maria jednemu z miejskich rajców. Oczywiście nie wiadomo na ile ta legenda jest prawdziwa, ale nawet jeżeli nie jest - to i tak jest piękna. Notabene niedawno obchodziliśmy 105 rocznicę powrotu Polski nad morze i odejmując nawet pięcioletnią niemiecką okupację, to i tak nasza obecność nad Bałtykiem ma już 100 lat i warto o tym pamiętać, bo jak uczyłem się chodząc do pierwszej klasy w Gdyni - a był to przełom roku 1988/89, uczono nas tam wówczas takiej oto pieśni: "Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec. Mamy rozkaz cię utrzymać, albo na dnie, na dnie twoim lec". Notabene (jak wiedzą już czytelnicy tego bloga), mój pradziadek służył w Błękitnej Armii Hallera, ale nie mam pojęcia czy w lutym 1920 r. był na Pomorzu. Jedno jest tylko pewne, kiedyś w naszej rodzinie była taka czapka "hallerówka", jak byłem mały, to widziałem ją jeszcze u dziadka, a potem nie wiem już co się z nią stało, po śmierci dziadka w 1996 r. gdzieś zaginęła. W tamtym czasie jednak nie przywiązywałem do tego wielkiego znaczenia, tym bardziej że moja babcia była chora na raka, a ja, jako mały smarkacz przychodziłem do niej i spałem z nią w jednym łóżku. Nie wiem dlaczego wtedy tak robiłem, pamiętam tylko że jak pokazywała swoją pierś, to widok był okropny, wielka dziura zżarta przez raka - do dzisiaj to pamiętam). Zmarła w Sylwestra roku 1984, gdy miałem 3 lata 9 miesięcy.




Teraz mi się przypomniało (tak trochę wzięło mnie na wspominki), że moja kuzynka Anna (Ania) też się martwiła że ją kiedyś pewnie czeka to samo, jako że rak ponoć dziedziczony jest z babki na wnuczkę (nie wiem czy to prawda). Ale ona zmarła inaczej. Tak zmarła, jako młoda dziewczyna (20 lat), zmarła na chorobę, która wówczas stawała się coraz popularniejsza - oczywiście w tym negatywnym sensie (szczególnie wśród dziewczyn), a mianowicie na anoreksję. Przykro mówić o tym, przykro o tym pisać, ale dziewczyna sama się zagłodziła, bo uznała że jest za gruba (choć w ostatnim roku postępowania tej choroby wyglądała niestety bardzo źle). 3 lata się z tym zmagała i przegrała, choć jej rodzice zrobili wszystko, aby ją uratować (umieścili ją nawet w specjalnym szpitalu, w którym miano ją karmić, ale ona nawet tam potrafiła wszystkich oszukać. Dochodziło do tego, że zeskrobywała miast masło z chleba i rzucała te kulki z masła na podłogę - straszne jak o tym pomyślę). W ostatnich dniach swego życia, pragnęła tylko śmierci, mówiąc do rodziców "żeby to się już skończyło". Teraz jak sobie o tym pomyślę (choć może nie zabrzmi to zbyt dobrze), to jednak wydaje mi się, że tak właśnie miało być, że ona przyszła tutaj tylko na te parę lat życia i że była to niezwykle rozwinięta dusza. Gdy byliśmy dziećmi, mieszkaliśmy w jednym dużym domu podzielonym na dwie części. W jednym nasza rodzina (znaczy mojego taty) po drugiej stronie rodzina jego brata (czyli ojca Anny). Fajne to były czasy, beztroskie, dom był duży (mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, po środku był specjalnie dla nas przygotowany pokój zabaw, a na dole mieszkał dziadek z babcią, tuż obok garażu, dużego, przestronnego z dwoma kanałami. Pamiętam jak się tam też bawiłem. Zresztą w mojej rodzinie zawsze było umiłowanie do samochodów. Mój pradziadek - jak słyszałem - był kierowcą i woził gen. Hallera, a potem po roku 1920 założył firmę przewozową, choć początkowo była to firma dorożkowa). 

Ale wracając do przerwanego momentu o którym opowiadałem - tak właśnie uważam, że Anna przyszła na ten świat po pierwsze na krótko (może tyle właśnie potrzebowała) a może przyszła tutaj również nie tylko dla siebie, może też... dla mnie, jako że zawsze miałem jakiś taki dziwny charakter i jako dziecko byłem (m.in) zawistny. Pamiętam że wkurzało mnie, że moja siostra młodsza ode mnie o 3 lata Anna była młodsza o 2, zawsze jej ulegała, a moja siostra nie należy do osób które łatwo komukolwiek ulegają, po dziś dzień (jest niezwykle przedsiębiorczą, mądrą kobietą - wydaje się nawet że mądrzejszą ode mnie, chociaż nie chcę tego przyznawać przed samym sobą 😂). A jednak zawsze trzymała z Anią i mnie to trochę irytowało. Pamiętam też że konkurowałem z nią o względy naszego pozostałego rodzeństwa - choć dziś wydaje się to głupie. W każdym razie lubiłem mieć rację, lubiłem żeby moje było na wierzchu. Pamiętam kiedyś taką sytuację, jak się o coś założyliśmy i ja wygrałem, to chciałem wymusić na niej uległość, jako że tak się umówiliśmy i ona wtedy zadała mi pytanie: "Co byś jeszcze chciał, żebym była twoją niewolnicą", pamiętam że wtedy nic nie odpowiedziałem i zrobiło mi się głupio. Tak, ewidentnie musiała również przyjść na ten świat, żeby mnie trochę naprowadzić, żebym się nieco charakterologicznie zmienił. I to, śmierć taty i inne rzeczy których od tamtej pory doświadczyłem, w dużej mierze mnie całkowicie odmieniły. Niestety jednak nadal drzemie we mnie ten pokład umiłowania "ciemnej mocy" (że tak to nazwę), co niekiedy objawia się również na tym blogu. W każdym razie to tyle na dziś, w następnej części postaram się nie zbaczać z tematu i nie robić już prywatnych wycieczek.




CDN.

środa, 29 stycznia 2025

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XVIII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA 
Cz. XVIII





Ogólny smutek i przygnębienie dotknęło wojsko po śmierci księcia Jeremiego Wiśniowieckiego (20 sierpnia 1651 r.), uznając w nim jednego z najbardziej wojowniczych bohaterów Rzeczpospolitej. Pojawiły się też oskarżenia o morderstwo, szczególnie winnym miał tu być hetman wielki Mikołaj Potocki, skonfliktowany z Wiśniowieckim, któremu zarzucano iż był zazdrosny o jego popularność i sławę wojenną. Żadnych wątpliwości co do otrucia Wiśniowieckiego nie miał natomiast Natan Hannover (ben Mosze), dla którego Wiśniowiecki był prawdziwym wybawicielem, jako że ocalił on i wyprowadził ze zbuntowanej Ukrainy tysiące Żydów, tym samym ratując ich od niechybnej śmierci z rąk Kozaków (dla Kozaków bowiem wrogami były trzy postacie: ksiądz katolicki, szlachcic - czyli "Pan-Lach" i Żyd, a często było i tak podczas tego powstania, że wszyscy oni wisieli na gałęziach obok siebie). Hannower sam był bowiem tym, który uniknął w 1648 r. śmierci, ocalony przez wojska Wiśniowieckiego, które bezpiecznie przeprowadziły Żydów i tę część szlachty która nie była w stanie dobyć broni (czyli głównie kobiety i dzieci), do bezpiecznych województw na zachodzie Korony Królestwa Polskiego, zatem jego śmierć była dlań bardzo podejrzana i otwarcie pisał (jako że był kronikarzem): "W owym czasie zazdrościli panowie bardzo ks.  Wiśniowieckiemu coraz to większych godności i zaszczytów i dali mu do picia truciznę". Ponieważ głosy o otrucie ruskiego kniazia były coraz głośniejsze, przeto postanowiono zrobić sekcję zwłok, aby przekonać się jaka jest prawda. Ostatecznie okazało się że nie znaleziono żadnych śladów trucizny, ale wyniki sekcji były następujące: "Kiszki tak łojem oblane, jako u wieprza nie mogą być tłustsze, serce tak tłustość oblała, że szpilką nie było gdzie tknąć i płuca bardzo zniszczały". Innymi słowy nadwaga, brak ruchu (bo jazda konna to nie jest ruch), tłuste posiłki i nieumiarkowany tryb życia zrobiły w końcu swoje. Do tego doszła zaraza, która w ciągu kolejnych miesięcy zaczęła rozprzestrzeniać się na terenie prawie całego kraju, dochodząc aż do Gdańska i Pomorza.

Wojna jednak trwała dalej i już 23 sierpnia wojska koronne zdobyły twierdzę Trylis, usuwając stamtąd 600 osobową załogę kozacką. 3 września pod Wasylkowem połączono się z Armią litewską (liczącą 4 500 żołnierzy) prowadzoną przez hetmana polnego Janusza Radziwiłła. 13 września połączone siły rozbiły obóz pod Hermanowem, skąd 20 września ruszono pod Białą Cerkiew (gdzie siły swoje zgromadził Chmielnicki i wspomagający go Tatarzy). Na północ od Białej Cerkwi leży miasto Kijów, który 4 sierpnia 1651 r. został zajęty właśnie przez wojska litewskie Janusza Radziwiłła. Pułkownik Chmielnickiego - Anton Żdanowicz nie próbował nawet bronić miasta i czym prędzej się zeń wycofał. Metropolita kijowski Sylwester Kossow witał Radziwiłła podobnie, jak wcześniej witał Chmielnickiego, czyli z wielką pompą i uniżeniem. Wojska litewskie wjechały do miasta przez Złotą Bramę kijowską, a moment ten uchwycił na swym obrazie (ogromnym, płótno 130 x 390 cm.) malarz Abraham van Vestervelda (obraz ten został skradziony z Polski przez Niemców w czasie okupacji naszego kraju i jak dotąd się nie odnalazł. Pewnie jest w jakichś prywatnych zbiorach byłych miłośników Hitlera w Niemczech). Radziwiłł zamówił również z tej okazji dla króla Jana Kazimierza specjalny medal u Sebastiana Dadlera w Hamburgu, na którym były wygrawerowane Biały Orzeł, litewska Pogoń, liczne herby różnych województw Rzeczypospolitej, widok Kijowa i wjeżdżającą doń armię Radziwiłła, oraz napis: "Oto Ci królu Janie Kazimierzu Radziwiłł oddaje w ręce rozbite mury Kijowa i sajdaki buntowników".


RYCINA Z ZAGINIONEGO OBRAZU: 
WJAZD HETMANA JANUSZA RADZIWIŁŁA PRZEZ ZŁOTĄ BRAMĘ DO KIJOWA - 1651



Gdy połączone wojska koronne i litewskie zbliżały się do Białej Cerkwi, drogę zastąpili im posłowie wysłani przez Chmielnickiego, który zaproponował pokojowe rozwiązanie całego konfliktu. Proponował on bowiem powrót do ustalenia zborowskich z 1649 r. oraz oczywiście zgodę na powrót panów do swych gospodarstw na Ukrainie (jednak bez prywatnych pocztów wojskowych). Hetman wielki Mikołaj Potocki i hetman polny Marcin Kalinowski byli za kontynuowaniem rozmów, ale sprzeciwili się temu zarówno Janusz Radziwiłł jak i Aleksander Koniecpolski, którzy dążyli do rozbicia Kozaków i Tatarów oraz ostatecznego zakończenia powstania. Nocą 22 września rozmowy zostały zerwane i obie strony przygotowywały się do bitwy. Ustawienie wojsk było następujące: w centrum pola i na lewym skrzydle stanęły wojska koronne, na prawym wojska litewskie Janusza Radziwiłła, a litewscy Polacy (czyli Koroniarze mieszkający w Wielkim Księstwie) stanęli w okolicach wsi Hermaniwki. Bitwę rozpoczęły wojska litewskie, wkrótce potem ruszyły wojska centrum i lewej flanki, siejąc popłoch w szeregach Tatarów i Kozaków, którzy szybko rzucili się do ucieczki, zamykając we własnym obozie otoczonym spiętymi ze sobą wozami, uniemożliwiającymi dalszy atak strony polsko-litewskiej. Pole zostało zapełnione setkami zabitych Kozaków i Tatarów. Na drugi dzień w niedzielę 24 września Kozacy rozpoczęli budowę grobli, hetman Potocki wysłał więc znów żołnierzy którzy przepędzili ich na bagna i tam oni potonęli. 25 września Kozacy rozpoczęli kontratak, próbując zdobyć Hermaniwkę, ale uderzenie Janusza Radziwiłła zmusiło ich do ucieczki i ponownego zamknięcia się w obozie (nie doszło do zniszczenia armii kozackiej tylko dlatego, że hetman Potocki nie udzielił wsparcia Radziwiłłowi w kluczowym momencie, gdy Kozacy znaleźli się między wojskiem litewskim a koronnym i gdyby tylko Koroniarze ruszyli, byłoby drugie Beresteczko. Potocki tłumaczył się potem że nie udzielił wsparcia, ponieważ przybył tutaj na rozmowy pokojowe, a nie dla kontynuowania wojny, co wydaje się niezwykle głupim tłumaczeniem, zakrawającym wręcz o sabotaż). W każdym razie zamknięci w swoim obozie z wozów Kozacy i Tatarzy nie byli już zdolni do dalszego kontynuowania bitwy i musieli prosić o pokój. 26 września do obozu Potockiego przybyli heroldowie kozaccy z prośbą o podjęcie rozmów pokojowych.




Hetman Potocki wymienił kilka powodów, dla których należałoby podjąć się owych rozmów. Po pierwsze epidemia, która zaczęła zbierać coraz większe żniwo wśród żołnierzy, po drugie kończył się kontrakt pomocniczych oddziałów kawalerii na czwarty rok wojny, a pieniędzy na kolejne lata Sejm nie uchwalił, po trzecie w obozie zaczął się szerzyć głód (co było zapewne powodem owej zarazy), po czwarte twierdził hetman że w każdej chwili może przybyć chan na czele całej Ordy, a po piąte wreszcie stwierdził otwarcie że... Januszowi Radziwiłłowi nie można ufać, gdyż nie chce się on podporządkować dowództwu koronnemu. Radziwiłł na owym zebraniu był jakby nieobecny, utracił wszelką chęć kontynuowania wojny. Natomiast coraz bardziej wzrastała w nim niechęć do Koroniarzy, Polaków, których uważał za nieszczerych i bałamutnych. Prywatnie powtarzał że gdyby nie upór Potockiego, byłoby już dawno po bitwie i nie trzeba by było rozmawiać z Chmielnickim i układać się z nim, gdyż zapewne stałby się jeńcem lub też legł by martwy. Ale otwarcie stwierdził jedynie że w wyniku "wielkiego nierządu i nieochoty" jest za pokojem. Rozmowy pokojowe trwały trzy dni i zakończyły się 28 września podpisaniem traktatu w Białej Cerkwi, na mocy którego zmniejszono rejestr kozacki o połowę (z 40 do 20 000), przy czym ich obecność została ograniczona jedynie do województwa kijowskiego (a nie jak w ugodzie zborowskiej, również do bracławskiego i czernichowskiego), natomiast województwa bracławskie i czernichowskie wracały bezpośrednio pod zarząd Korony. Panowie polsko-litewsko-ruscy mogli wrócić do swoich ziem i majątków (również w otoczeniu swoich prywatnych oddziałów wojskowych, jeśli takowe posiadali i jeśli było ich na nie stać, co w obecnej sytuacji nie było takie pewne, tym bardziej że większość dotychczasowych magnatów którzy posiadali wielkie majątki na Ukrainie, mocno podupadła finansowo, a niektórzy wręcz stali granicy bankructwa). Wiara grecka (czyli prawosławna) była dominująca jedynie w województwie kijowskim, natomiast wiara rzymskokatolicka miała tam zostać objęta amnestią. Do królewszczyzn i szlacheckich majątków na Kijowszczyźnie mogli wrócić teraz również Żydzi i wieść życie takie, jakie wiedli przed wybuchem powstania Chmielnickiego. Natomiast najważniejszym punktem podpisanym przez Tatarów było stwierdzenie: "Horda... wiernie i życzliwie służy Rzeczypospolitej we wszystkim".


ANDRZEJ KMICIC PRZYWRACA WŁAŚCIWE RELACJE RZECZPOSPOLITEJ Z CHANATEM KRYMSKIM 👍



Traktat białocerkiewny podpisali, ze strony polskiej: hetmani Mikołaj Potocki i Marcin Kalinowski, następnie Adam Kisiel, Stanisław Lanckoroński, Zbigniew Gorajski i Mikołaj Kazimierz Kossakowski; ze strony litewskiej: hetman Janusz Radziwiłł, Jerzy Karol Chlebowicz i Wincenty Gosiewski. W imieniu Kozaków podpis złożył oczywiście Bohdan Jeremi Chmielnicki. Na sporządzenie nowego rejestru wyznaczono niezwykle krótki termin, od połowy października do Bożego Narodzenia 1651 r. (a to oznaczało że szlachta, która licznie już szykowała się do powrotu do swoich majętności - dla niektórych te powroty skończą się tragicznie, o czym jeszcze napiszę - nie mogła rozpocząć jakichkolwiek prac, gdyż nie było wiadomo kto ma powrócić na dane posiadłości i póki nie zostanie sporządzony rejestr, nie można nikogo z Kozaków przymuszać do pracy, żeby bowiem nie zmusić kogoś, kto jest wpisany w rejestrze). Oczywistym było że ów traktat nie mógł zadowolić żadnej ze stron, a stanowił jedynie podstawę do rozpoczęcia negocjacji pokojowych w przyszłości. Chmielnicki nie zamierzał go uznawać, gdyż i tak orientował się na Osmanów lub Moskwę, natomiast strona polsko-litewska miała do niej wiele zastrzeżeń i ostatecznie na sejmie po nowym 1652 r traktat nie zostanie ratyfikowany gdyż - i tu ciekawostka - nie zgodzi się na to... jeden poseł. Zresztą rok 1652 to rok pierwszego wprowadzenia w życie zasady liberum veto, która ostatecznie doprowadzi Rzeczpospolitą na skraju upadku w wieku XVIII (piszę "na skraj", gdyż należy pamiętać że nasi przodkowie rozwiązali ten problem, ostatecznie wprowadzając pierwszą w Europie nowożytną konstytucję, zwaną Konstytucją 3 Maja. To że nie udało się Jej obronić w wojnie polsko-rosyjskiej roku 1792 i po zdradzie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego - byłego kochanka carycy Katarzyny II, to już zupełnie inna kwestia). Należy jednak pamiętać (co zostało w błędnie przedstawione w serialu komediowym "1670", że zasada liberum veto obowiązywała tylko i wyłącznie na Sejmie Walnym, Sejmie Konwokacyjnym lub ewentualnie Sejmie Koronacyjnym, natomiast nie obowiązywała na sejmikach, gdzie ustawy przechodziły zwykłą większością głosów).


"Cyceron powiedział też: jeżeli Polacy podniosą sobie podatki, czeka ich rychła zguba"
"To absurd, Cyceron żył na długo przed polską państwowością!"
"To przepraszam bardzo, jeśli Cycerona nie obchodził los Polaków, to dlaczego mielibyśmy słuchać jego rad?" 🤭



Po podpisaniu traktatu w Białej Cerkwi, hetman Chmielnicki (który zgodnie z traktatem nadal pozostawał hetmanem zaporoskim i miał prawo mianować pułkowników oraz starszyznę kozacką), udał się do obozu hetmana Wielkiego Mikołaja Potockiego na wspólną ucztę. To jest jedna z dość dziwnych zwyczajów tamtych czasów, trochę niezrozumiana dzisiaj, a mianowicie że ludzie którzy się naprawdę nienawidzili, którzy mordowali się w sposób niezwykle okrutny, po podpisaniu pokoju potrafili usiąść ze sobą przy jednym stole, pić, biesiadować, śmiać się i radować. Według mnie to trochę chore bowiem nie wynikało to z jakichś wewnętrznych uczuć, tylko po prostu było swoistym konwenansem chwili i za moment ci sami ludzie mogli znów przelewać krew i nie byłoby to dla nich żadnym problemem, że jednego dnia wlewają w siebie litry węgrzyna (takie wino z Węgier, szczególnie lubiane w Rzeczpospolitej) a drugiego dnia przelewają krew. W każdym razie podczas owej biesiady, pijany Chmielnicki kilkukrotnie obraził hetmana Potockiego, za co go na drugi dzień (ustami Wyhowskiego) "serdecznie przepraszał". Podczas tego spotkania malarz Abraham van Vesterveld wykonał jedyny znany szkic postaci Bohdana Chmielnickiego, który następnie posłużył gdańskiemu miedziorytnikowi - Wilhelmowi Hondiusowi do wykonania (jeszcze w tym samym 1651 r.) portretu Chmielnickiego, który potem był kolportowany w różnych mutacjach. A tymczasem król Jan II Kazimierz i królowa Ludwika Maria postanowili wybrać się nad morze, do Gdańska (królowa była bowiem już w zaawansowanej ciąży i rychło spodziewała się rozwiązania).


JESZCZE JEDEN ZABAWNY FRAGMENT Z SERIALU 1670: 

"Wiem jak wygrasz tę dysputę. Pójdziemy do lasu, nazbieramy pęk suchych rózg i całą noc będziemy się chłostać aby udobruchać Stworzyciela"
"Świetnie, zapiszmy ten pomysł żeby nam nie wyleciał i myślmy dalej" 😂



CDN.
 

poniedziałek, 30 grudnia 2024

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XVII

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA 
Cz. XVII





 Po zwycięstwie pod Beresteczkiem i rozgromieniu Tatarów i Kozaków (10 lipca 1651 r.), po zdobyciu ogromnych łupów w obozach kozackim i tatarskim, wreszcie po tym jak opadły już emocje z tym związane, król Jan II Kazimierz postanowił iść z za ciosem i pomaszerować na Ukrainę, na Sicz, aby ostatecznie rozwiązać kwestię kozacką. I tutaj zaczęły się problemy, gdyż szlachta... odmówiła dalszego marszu. Stwierdzili że po zwycięstwie problem Kozaków da się "rozwiązać kijami", nie trzeba wojska, a jeśli nawet, to wystarczy wojsko zaciężne, pospolite ruszenie może zaś rozejść się do domów. Szczególnie śpieszyło się szlachcie małopolskiej i wielkopolskiej, gdyż doszły do nich słuchy o buntach chłopskich Aleksandra Kostki-Napierskiego na Podhalu i Piotra Grzybowskiego w Wielkopolsce. Na nic zdały się zapewnienia, że biskup Jordan na Podhalu już rozwiązał ten problem, a w Wielkopolsce doszło jedynie do kilku ruchawek bez większego znaczenia, szlachta bowiem obawiała się o bezpieczeństwo swych rodzin i domostw i osobiście chciała wszystkiego dopilnować (tym bardziej że perspektywa klęski beresteckiej i wdarcia się w głąb Rzeczypospolitej kilkuset tysięcznej kozacko-tatarskiej armii, oraz wybuch powstania chłopskiego na tyłach,oznaczał tylko jedno - masakrę szlachty i tego się realnie obawiano. Na nic zdały się też twierdzenia, że co raz zostało zaczęte (triumf berestecki), musi zostać dokończone, inaczej najlepsze nawet zwycięstwo w niwecz obróconym będzie. Nie przemawiały te słowa do ogółu braci szlacheckiej, którzy prosili teraz króla o zgodę na zawiązanie koła generalnego. Król wyraził zgodę, sądząc że dzięki temu będzie mógł osobiście przekonać szlachtę do zmiany decyzji o powrocie do domów, ale stało się inaczej. Na otwarciu koła generalnego szlachty na polach beresteckich, król zjawił się w otoczeniu senatorów i najpopularniejszych dowódców, po czym zabrał głos, prezentując argumenty za potrzebą dalszej walki, aby ostatecznie zakończyć bunt Chmielnickiego i ukarać buntowników, którzy tyle krwi szlacheckiej wcześniej przelali. Słuchano go w milczeniu, całkowitym milczeniu. Następnie głos zabrał książę Jeremi Wiśniowiecki, a po nim hetman polny koronny - Marcin Kalinowski. Również nikt się nie odezwał. Zaczęło się dopiero z chwilą, gdy król opuścił zebranie koła generalnego. Głos zabrał Hieronim Radziejowski (gagatek który potem ściągnie Szwedów na Polskę), który nawoływał do jak najszybszego powrotu szlachty do domów, a jednocześnie oskarżał króla o umożliwienie wymknięcia się z pogromu części Kozaków, w tym samego Bohuna (Radziejowski twierdził, że król przyjął łapówkę w wysokości 800 000 zł za umożliwienie Bohunowi ucieczki, co jest kompletną paranoją). Podburzona szlachta zakrzyczała zwolenników dalszej wyprawy, senatorom zaś pokazywano własne szable, sugerując, że w razie czego mogą zostać rozsiekani. Ostatecznie podjęto decyzję: "Wracamy do domów", a tę deklarację zaniósł królowi marszałek koła generalnego - Marcin Dębicki.

Król prosił, żeby chociaż jeszcze z dwa tygodnie przy nim zostali, ale nie chcieli o tym słyszeć. Prosił, aby chociaż pod Konstantynów z nim dociągnęli - nadaremnie. Król był więc zdany jedynie na wojsko zaciężne, ale tutaj też był kłopot, gdyż żołnierze już od dobrych kilkunastu dni nie otrzymywali żołdu. Część łupów zdobytych na Kozakach i Tatarach oczywiście przypadła żołnierzom w udziale, ale nie oznaczało to, że żołd miał zostać nie wypłacony. Szlachta, aby wytłumaczyć swoje odejście i nie zostać oskarżonym o tchórzostwo (pojawiały się bowiem głosy: "Do żon, do gospodarstwa i do pierzyn ciągną") zapowiedziała, że po powrocie do domów, opodatkuje się z własnej woli na poczet nieopłaconego wojska zaciężnego, byle tylko król pozwolił im odejść. Król zaś był tym wszystkim już mocno wzburzony i jeszcze tego samego dnia gdy Marcin Dębicki przyniósł mu decyzję koła generalnego szlachty, zwinął obóz i pomaszerował z wojskiem zaciężnym do Kozienia (14 lipca), naiwnie licząc na to, że widząc to szlachta podąży za nim. Nic takiego się nie stało, natomiast "panowie bracia" zaczęli szykować się do powrotu do domów. I tak to jest niestety z nami Polakami. Jesteśmy wyjątkowym narodem jeśli chodzi o wszelkie niebezpieczeństwa i burze, gdy niebezpieczeństwo zagraża nam samym, wtedy jesteśmy w stanie zdobyć się na nieprawdopodobne wręcz pokłady bohaterstwa i odwagi. Zanikają wtedy wszelkie wewnętrzne spory, pojawia się wzajemna więź braterska (choćby była ona wcześniej podlana latami niechęci) co też jest niespotykane (wydaje mi się) wśród innych narodów. Problem jednak zaczyna się zaraz po zwycięstwie, gdy niebezpieczeństwo zostaje pokonane, lub powstrzymane, wtedy wszelkie waśnie odżywają natychmiast ze zdwojoną siłą, co prowadzi do niemożności realnego wykorzystania świetnych zwycięstw na własną korzyść. Niestety ale jesteśmy mistrzami w odnoszeniu wspaniałych zwycięstw, a następnie w nieumiejętności wykorzystania ich do ostatecznego pogrążenia wroga (dwie bitwy: Grunwald i właśnie Beresteczko są tego dobitnym i jakże oczywistym przykładem). Natomiast bez wątpienia zwycięstwo pod Beresteczkiem było jednym z największych triumfów w dziejach Europy. Poległo wielu Tatarów i jeszcze więcej Kozaków (w tym patriarcha aleksandryjski, który po wdarciu się Polaków do obozu kozackiego, myślał że jego siwa broda i dostojność urzędu uchroni przed śmiercią, dlatego też wdział na siebie wszelkie kosztowności, złote krzyże, aksamitne szaty i tak przystrojony wyszedł przed namiot. Już pierwszy husarz który przejeżdżał ciął go w twarz szablą, co spowodowało że martwy padł - w owych pięknych szatach - w błoto). Do niewoli zaś dostali się zaś: biskup koryatycki (poseł patriarchy Konstantynopola) i poseł sułtana tureckiego Mehmeda IV (wyciągnięto go z błota, gdy udawał martwego). Poza tym zdobyto dwie skrzynie wypełnione talarami, liczne działa (60 armat), sztandary, całą korespondencję Chmielnickiego złote talerze i wiele innych wartościowych drobiazgów.




Teraz potrzeba było aby, zadać drugi cios, (tak jak po odparciu bolszewików w bitwie pod Warszawą w sirpniu 1920 r. trzeba było rozbić ich raz jeszcze w operacji niemeńskiej we wrześniu 1920 r. a następnie w bitwie stoczonej w okolicach Mińska lub Smoleńska - do czego już nie doszło). Niewykorzystane zwycięstwa potrafią bowiem się mścić. Mimo to wieźć o zwycięstwie pod Beresteczkiem szybko obiegła Europę. W Konstantynopolu młody sułtan Mehmed IV (zaledwie dziewięcioletni), pozostający pod wpływem swej ambitnej babki - sułtanki Kosem, zakazał nawet wspominać o tej bitwie, natomiast w Paryżu, w Wiedniu i w Rzymie odprawiono z tego powodu dziękczynne msze, zaś sława Rzeczpospolitej ponownie rozbłysła. Nie było to jednak jedyne zwycięstwo, odniesione przez Rzeczpospolitą w tym czasie. Drugim było rozbicie w bitwie pod Łojowem (6 lipca 1651 r.) kozackiego pułku czernichowskiego Martyna Nebaby (15 000 głównie piechoty), wysłanego tam przez Chmielnickiego w celu powstrzymania marszu wojsk litewskich idących na odsiecz królowi. Hetman polny litewski Janusz Radziwiłł (kolejny gagatek o którym będzie mowa w tej serii) prowadząc 4000 żołnierzy (3000 jazdy i 1000 piechoty), aby nie dopuścić do zajęcia przez babę homla, 1 lipca podzielił swoje siły na dwie części, jazda szła prawym brzegiem Dniepru, natomiast piechota wraz z działami płynęła łodziami i tratwami rzeką, a 6 lipca pod Łojowem dopadli całkowicie zaskoczonych Kozaków Nebaby. Pierwsza uderzyła piechota, ale Kozacy przystąpili do walki i odparli atak, następnie uderzyły chorągwie jazdy litewskiej (które pojawiły się na placu boju po południu) atakując kozaków z prawej flanki. Bojcy Nebaby nie mieli większych szans w starciu z husarią i dragonią Radziwiłła, byli po prostu wycinani przez znacznie mniej liczebne, ale niezwykle mobilne i zdeterminowane oddziały. Ostatecznie bitwa przerodziła się w masakrę, a gdy w szeregach kozackich wybuchła panika i zaczęto rzucać broń ratując własne życie, było już po wszystkim. Poleć miało do 4000 Kozaków, wziął to też 16 jeńców, których następnie rozstrzelano. Po tej bitwie droga na Kijów stała otworem, ale wcześniej Janusz Radziwiłł wysłał szwadron jazdy do twierdzy Krzyczew, gdzie bronili się resztką sił obrońcy, atakowani przez siły Nebaby. Dragoni poinformowali jedynie o zwycięstwie i o tym że są wolni, a następnie wojska Wielkiego Księstwa Litewskiego - 4 sierpnia wkroczyły do Kijowa. Tam metropolita Sylwester Kossow witał go uroczyście, tak, jak trzy lata wcześniej witał tam Chmielnickiego. Janusz Radziwiłł następnie opuścił Kijów aby połączyć się z wojskiem królewskim.




A tymczasem po odejściu z obozu pod Beresteczkiem i dotarciu do Kozienia, królowi Janowi Kazimierzowi... odechciało się wojny. Nic dziwnego, po pierwsze niechęć szlachty do dalszej wojaczki mocno go zniesmaczyła, po drugie dysponował tylko 24 000 żołnierzy, którym wciąż nie został wypłacony żołd (szlachta na polu beresteckim radziła początkowo nad formą opodatkowania, czy lepiej zapłacić pieniądze, czy też na własny koszt wystawić wojsko i odesłać je królowi. Ostatecznie stwierdzono: "Dobra chłopaki, jedziemy do domu", bez podjęcia jakichkolwiek decyzji w kwestii żołdu dla żołnierzy wojsk zaciężnych, co uważam za kurewską haniebną mentalność tamtych czasów.






Był jeszcze trzeci tego powód - królewska córka, urodzona 1 lipca 1650 r. Maria Anna Teresa Wazówna źle się czuła i obawiano się najgorszego. Ojciec chciał bowiem ujrzeć swoje dziecko i dlatego 18 lipca był już we Lwowie, skąd przez Lublin (w towarzystwie legata papieskiego i hiszpańskiego posła - Don Guande Borge) w początkach sierpnia powrócił do Warszawy. Książę Jarema Wiśniowiecki starał się przekonać króla aby nie porzucał armii, obawiając się że wraz z królem odejdą również prywatne poczty magnackie (co oczywiście nastąpiło). Król jednak nie lubił jak mu się na coś zwracało uwagę, ponoć obraził się na Wiśniowieckiego i powiedział mu kilka niemiłych słów. Wraz z królem oczywiście odjechali magnaci (w tym Janusz Radziwiłł) zabierając swoje prywatne wojska. Dla Wiśniowieckiego i wielu jemu podobnych magnatów oraz szlachty wywodzącej się z kresów zadnieprzańskich, ta wojna była prywatną krucjatą. On chcąc nie chcąc musiał ją prowadzić i to nie tylko kierując się rządzą zemsty za wyrządzone mu wcześniej krzywdy, ale przede wszystkim dlatego, że cały jego majątek pozostał na wschodzie i był nadal we władzy Kozaków Chmielnickiego, a to prowadziło go do bankructwa. Żeby opłacić własnych żołnierzy, musiał się zadłużać i wiedział że nie odda tych pieniędzy, jeśli nie odzyska majątku (a był to ogromny majątek ziemski - przewyższający swą wielkością kilka włoskich, czy nawet niemieckich księstw, który przynosił niebagatelne zyski). Teraz znacznie uszczuplone wojsko koronne i litewskie pod dowództwem hetmanów (i Wiśniowieckiego), brodzić musiało w nieustannym deszczu. Wezbrane rzeki utrudniały przeprawy, a nieustannie wręcz padający deszcz, rozmył gościńce. W takich warunkach Rzeczpospolitanie posuwali się w stronę Kijowa. A tymczasem chan Islam III Girej wypuścił ze swej niewoli (po dwóch tygodniach) Bohdana Chmielnickiego i ponownie pozwolił mu wrócić na Ukrainę, deklarując że nie zerwie z nim sojuszu i go nie opuści. Islam Girej dobrze wiedział co spotkało jego poprzednika Mehmeda IV Gireja, po tym jak Tuhaj-Bej 30 stycznia 1644 r. poniósł upokarzającą klęskę w bitwie pod Ochmatowem z rąk hetmana wielkiego Stanisława Koniecpolskiego (była to największa w dziejach bitwa Polaków z Tatarami). Mehmed (brat Islama III) został zrzucony ze stolca w Bakczysaraju, upokorzony i uwięziony (potem uwolniony), ale trauma jaką wówczas doświadczył zostanie w nim już przez całe życie, nawet gdy ponownie obejmie władzę w Chanacie Krymskim. Islam III wiedział dobrze że po bitwie pod Ochmatowem międzynarodowy wizerunek Chanatu legł w gruzach (to właśnie wówczas król Władysław IV postanowił wcielić w życie swój plan wielkiej wojny z Imperium Osmańskim, o którym pisałem w innej serii). Wiedział też że nie może już więcej do tego dopuścić, dlatego też zapewnił Chmielnickiego że nadal będzie go wspierał.


MAPA WARSZAWY 
(XVII wiek)



A tymczasem król Jan II Kazimierz w początkach sierpnia 1651 r. przybył do Warszawy. Dwór przygotowywał się na jego powrót i zamierzono powitać go jako zwycięskiego wodza, wkraczającego triumfalnie do miasta. Ponieważ Warszawa w tamtym czasie była jeszcze małym miastem (znacznie mniejszym od Krakowa), gdzie murowana zabudowa znajdowała się tylko na Starym Mieście otoczonym murami wokół Zamku Królewskiego (na Nowym Mieście zaś była zabudowa drewniana, a reszta Warszawy łącznie z ulicami Krakowskie Przedmieście, Miodowa, Senatorska i Długa, to w zasadzie były pola, na których znajdowały się mniejsze lub i większe (przeważnie drewniane) dwory szlacheckie. Miasto było otoczone wałami zygmuntowskimi, wzniesionymi w 1621 r. i tak naprawdę w dużej mierze nie przypominało miasta (poza Starym Miastem). Mimo to przyjęto królewską osobę niezwykle uroczyście, mieszkańcy wylegli na ulice i witali wkraczającego do miasta Jana Kazimierza jak prawdziwego (rzymskiego) triumfatora. Tylko król był niezadowolony z tej całej uroczystości, jako że już wiedział że 1 sierpnia zmarła jego córeczka - Maria Anna Teresa Waza, przeżywszy zaledwie 13 miesięcy. Gdy zaś okazało się że na przywitanie króla odpalono fajerwerki, król po prostu się wściekł i zbeształ wszystkich tych, którzy byli za to odpowiedzialni. Pogrzeb córki królewskiej odbył się w ciszy, a wzięli w nim udział jedynie rodzice i najbliżsi dworzanie (tutaj wtrącę małą prywatę, jako że poinformowałem już wszystkich swoich najbliższych, że gdyby mi się zmarło - czy to teraz, czy za kilkadziesiąt lat, to miałbym tylko jedno życzenie odnośnie stypy. A mianowicie pragnąłbym żeby nikt po mnie nie płakał i żeby wszyscy się radowali, aby była atmosfera wesela - to by było najlepsze co mogliby mi dać, bo najgorsze czego można doświadczyć po śmierci, to rozpacz najbliższych, bowiem skoro się wraca do DOMU, to należy się radować, a nie smucić. Jasnowidz Krzysztof Jackowski któremu nie mam powodów aby nie wierzyć - w tej kwestii - podawał kiedyś przykład pewnego mężczyzny którego ciało odnalazł, a który przyszedł do niego wieczorem jako... duch, i powiedział mu tak: "Oni tam beczą {w sensie jego rodzina} a ja byłem już w tylu ciekawych miejscach". To tyle - dziękuję). Był też i pozytywny aspekt tej rodzinnej tragedii królewskich małżonków, a to bowiem okazało się że królowa Ludwika Maria jest ponownie w ciąży, a para królewska zamierzała wkrótce wybrać się na wypoczynek nad morze (kurna, wojna nie zakończona, a oni nad Bałtyk 😯). Poza tym król jak tylko przyjechał do Warszawy, natychmiast zmienił swój ubiór, porzucając strój polski (w jakim paradował w czasie kampanii), na strój francuski, co nie przeszło uwadze licznych obserwatorów. Pojawił się nawet z tego powodu złowieszczy wierszyk, który brzmiał: "Niepewnie pono zguby Polacy ujdziecie, gdy w męstwie, jak i w sukniach odmianę przyjmiecie".




A tymczasem wojska koronne kroczyły dalej w kierunku Kijowa. Pogoda nie ułatwiała im marszu, praktycznie każdego dnia byli przemoczeni do suchej nitki, drogi zamieniały się w rozlewiska i błota, po których ciężko było się poruszać. Mimo to szli dalej. Z końcem lipca dotarli do Horynia, gdzie postanowiono podzielić armię na trzy części, aby łatwiej można było się poruszać. Tak więc na północ lewym skrzydłem ruszyli: Wiśniowiecki, hetman polny Kalinowski, Rewera Potocki i Zamoyski; centrum prowadził hetman wielki Potocki z Lanckorońskim i Szczawińskim; a na prawym skrzydle południowym szedł Aleksander Koniecpolski - wszystkie trzy armie miały ponownie połączyć się w Pawołoczy, mieście należącym do Zamoyskiego. Wojsku doskwierał nie tylko fakt, iż było ono nieopłacone, ale przede wszystkim brak żywności, gdyż kroczyli przez kraj praktycznie całkowicie wyludniony, zniszczony, gdzie nie można było nigdzie się pożywić. Jeszcze pięć lat temu te ziemie kwitły mnogością ludzi, zwierząt i bogactw jakie dawała ziemia, teraz było to wyludnione miejsce, którego szlak znamionowały spalone wsie i miasta. Tymczasem Chmielnicki zdążył obsadzić twierdze w Białej Cerkwi, Chwastowie i Trylisach, a jego armia ponownie się zbierała. Wreszcie w początkach sierpnia, gdy siedem chorągwi zbliżało się do Pawołoczy (leżącej kilkanaście kilometrów na zachód od Białej Cerkwi) zaatakowało ich 2000 Kozaków i 500 Tatarów. Nie widzieć czemu ci żołnierze zostawili swoje tabory i zaczęli uciekać i to tak szybko, że tamci ruszyli za nimi w pogoń i nie mogli ich doścignąć. Jednak z tej całej żałosnej sytuacji wyrwał ich niejaki Wojniłłowicz, rotmistrz księcia Wiśniowieckiego, który prowadząc pięć chorągwi i widząc kozacko-tatarską pogoń, uderzył na nich z flanki i prawie całkowicie zniósł (niedobitki ukryły się w Białej Cerkwi). Trzech znaczniejszych Tatarów wziął Wojniłłowicz do niewoli i przyprowadził przed oblicze księcia Jaremy, ten akurat jadł obiad. Posłowie ochoczo opowiadali że jest już 2010 Tatarów przy Chmielnickim, a będzie 4000 gdyż część zatrzymała się na popas koni i wkrótce przybędzie. Chana tej jesieni ma nie być przy Chmielnickim, gdyż ma ważne sprawy na Krymie. To co najważniejsze wynikło z przesłuchania owych jeńców, to fakt, iż ani Kozacy ani Tatarzy nie wiedzieli nic o postępach wojsk polskich. Liczyli że cała armia wraz z królem zawróciła, a na Ukrainę idą jedynie "paniczyki do domów swoich", co najwyżej z prywatnymi, nielicznymi wojskami. Nadarzała się więc odpowiednia okazja aby uderzyć na nieprzyjaciela, dlatego też Wiśniowiecki zalecał ominąć dobrze ufortyfikowaną Białą Cerkiew i nie tracić czasu na jej zdobywanie, zająć Chwastów - bo tam jest zaledwie garstka kozactwa, nawiązać kontakt z Januszem radziwiłłem i wspólnie uderzyć na kwaterę Chmielnickiego w obozie nad Rosawą. Jednak hetman był niezdecydowany, dodatkowo w polskim obozie zaczęła szerzyć się jakaś dziwna plaga, która z dnia na dzień przybierała na sile, teraz jednak jeszcze się tym zbytnio nie przejmowano.

13 sierpnia w obozie Wiśniowieckiego odbyła się narada, na której postanowiono iść na Chwastów, a następnie połączyć się z wojskami Janusza Radziwiłła. Po zakończeniu narady Wiśniowiecki zorganizował przyjęcie dla dowództwa, w czasie którego mocno sobie popito gorzałki i okowity (notabene któż wiedział że wódka została wymyślona przez Polaków, a nie przez Rosjan jak oni sami twierdzą? Zdaje się że produkcja gorzałki ruszyła jeszcze w XIII wieku, chociaż pierwsza informacja na temat techniki produkcji pochodzi z roku 1407 z okolic Sandomierza. A potem było już tylko... bardziej. Zaczęły pojawiać się nowe smaki, "wódkowe" likiery, tak, że już w XVI a szczególnie w XVII wieku było bardzo wiele rodzajów polskiej wódki).






 Na drugi dzień Wiśniowiecki zjadł kilka ogórków i popił to pitnym miodem, ale jeszcze tego samego dnia zaczął się skręcać z bólu żołądka, a następnie dostał gorączki. Początkowo Wiśniowiecki bagatelizował swój stan zdrowia, ale szybko okazało się że sprawa jest poważna, gdyż zapadł na jakąś dziwną chorobę która grasowała po obozie. Widząc to Zamoyski kazał go przewieźć do swego zamku w Pawołoczy i oddał w ręce swojego lekarza - Cunasiusa. Choroba jednak nie ustępowała, a stan zdrowia księcia jeszcze się pogorszył. Ostatecznie opadł on z sił tak bardzo, że sam twierdził iż nadszedł jego kres. Mówił że żałuję tylko że nie ujrzy raz jeszcze swego ukochanego Kaniowa, Zadnieprza i Łubien. Poprosił o spowiednika aby przyjąć komunię świętą, ale nie był już w stanie klęknąć. Umierał  całkiem świadomie. Wyraził jeszcze smutek, że nie odchodzi jak przystało na rycerza, w bitwie. Zmarł 20 sierpnia 1651 r. o godzinie 11:00 rano, przeżywszy 39 lat (zmarł 3 dnia po swoich 39 urodzinach). Jego życie warte jest oddzielnej opowieści, ale nie wydaje się konieczne aby czynić to w tej serii. W każdym razie umierał prawie jako bankrut, natomiast jego syn - Michał Korybut Wiśniowiecki dostąpi królewskiej korony, choć królem będzie marnym (panować będzie w latach 1668 1672), a hetman Sobieski nazywać go będzie "małpą obleczoną w jedwabne pończochy" (notabene to samo o Talleyrandzie mówił Cesarz Napoleon, tylko że ten używał porównania z gównem). Księcia Wiśniowieckiego pochowano w klasztorze na Świętym Krzyżu w górach Świętokrzyskich. Jego ciało spłonęło najprawdopodobniej w czasie pożaru w 1777 r. a pokazywane za szkłem zwłoki z pewnością należą do zupełnie innej osoby. Jak to śpiewał bard Kaczmarski: "Doczekają Koroniarze Wiśniowieckich na swym tronie. Ku serc pokrzepieniu temat, leży w krypcie szkłem przykryty. Kniaź Jarema, kniaź Jarema - ojciec dzieci na pal wbitych, kniaź Jarema, kniaź Jarema neofita pospolity".






CDN.