Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MORDERSTWO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MORDERSTWO. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2025

NIM POWSTAŁY HAREMY - Cz. III

ŻYCIE KOBIET KALIFÓW 
DYNASTII ABBASYDÓW





I
AL-CHAJZURAN
Cz. III




 Nowy kalif Musa al-Hadi był młodym, 21-letnim mężczyzną. Wysoki, dobrze zbudowany i ponoć przystojny, o jasnej karnacji i ciemnych kręconych włosach (po ojcu), nie miał w zasadzie fizycznych skaz, poza jedną - zajęczą wargą, której wstydził się całe życie i z tego też powodu często trzymał otwarte usta, co spowodowało że już za młodu otrzymał przydomek "Musa, zamknij usta". Natomiast co się tyczy charakteru, to był to człowiek niezwykle pobudliwy i wybuchowy, przez co często zarażał do siebie otoczenie. Jego starszy zaledwie o rok brat - Harun ar-Raszid, miał nieco ciemniejszą karnację skóry, za to jeśli chodzi o charakter był niezwykle wstydliwy (ponoć nigdy w młodości nie patrzył mężczyznom prosto w oczy). Mimo to starał się spełnić warunki, stawiane ewentualnemu następcy tronu Kalifatu i podczas wypraw wojskowych (jakie przedsięwziął w czasie rządów swego ojca - o których wspomniałem w poprzedniej części), często przybierał poważne i marsowe pozy, które były powodem do kpin i żartów dla innych członków rodu Abbasydów. Mimo że był nieco starszy od brata (i jednocześnie był ulubieńcem swej matki Chajzuran), to jednak wielu nie wierzyło, iż ten nieco zakompleksiony (a na pewno wstydliwy i lubiący przebywać we własnym towarzystwie) młodzieniec, może zostać następcą swego ojca. Gdy więc pochowano ciało zmarłego śmiercią tragiczną (podczas polowania) kalifa al-Mahdiego (zgodnie z muzułmańskim zwyczajem, tego samego dnia w którym zginął) pod drzewem orzecha włoskiego nieopodal Masabadu w prowincji Dżurdżan (południowe obszary Morza Kaspijskiego), wojsko okrzyknęło nowym kalifem przebywającego tam, jego młodszego syna - Musę al-Hadiego.

Tymczasem oddziały które stacjonowały w Bagdadzie - na wiadomość o śmierci kalifa - wszczęły bunt, domagając się uposażeń za trzy lata do przodu (każda bowiem zmiana władzy w Kalifacie wiązała się z dodatkowymi świadczeniami na rzecz żołnierzy, podobnie jak miało to miejsce w Cesarstwie Rzymskim). Gdy sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli, a zarządzający Bagdadem namiestnik ar-Rabi nie był w stanie sobie poradzić z buntem wojska, sprawy w swe ręce wzięła Chajzuran, która wezwała Jahię Barmakidę (nauczyciela, mentora i wydaje się zastępczego ojca Haruna ar-Raszida, który przyjaźnił się również z dwoma synami Jahji - o czym już kiedyś pisałem), oraz ar-Rabiego i nakazała sięgnąć do skarbca, a gdy zabraknie i tam środków, ofiarowała swoje własne, aby tylko uśmierzyć ów bunt. I tak też się stało, żołnierze dostali wynagrodzenie za 3 lata do przodu i uciszyli się, a ponieważ dano im jeszcze urlop, wrócili więc do swych rodzin zadowoleni. Więc nowy kalif wkraczał do Bagdadu, sytuacja była już opanowana. Musa al-Hadi nie ufał ani Harunowi, ani też swojej matce Chajzuran, podejrzewał bowiem ich o tajemne knowania w celu usunięcia go z tronu kalifów. Na nic zdały zapewnienia samego Haruna, iż pragnie odtąd żyć jak człowiek prywatny wraz ze swą małżonką Zubajdą, Musa po prostu mu nie wierzył i szykował się do fizycznej eliminacji brata. Jednak pierwsze tygodnie po przybyciu do stolicy, nowy kalif spędził w ramionach swej ulubionej niewolnicy - Gadiry, którą musiał zostawić w Bagdadzie gdy wyjeżdżał do Dżurdżanu. W tym czasie miał już dwie żony - Lubabę (siostrę Zubajdy) i Ubajdę, ale rzadko przebywał w ich towarzystwie. Obawiając się jednak spisku ze strony brata i matki, wyznaczył od razu też swego młodego synka - Dżafara swym następcą.




Innym człowiekiem któremu nie ufał nowy kalif, był namiestnik Bagdadu (mianowany przez al-Mahdiego) ar-Rabi. Doszło nawet do tego, że ów mężczyzna - w obawie o własne życie - spisał testament i złożył go na ręce swego przyjaciela Jahji Barmakidy. Ostatecznie jednak do niczego takiego nie doszło, a kalif pojednał się z ar-Rabim i pozostawił go na stanowisku (ten jednak wkrótce zmarł ze starości, już po objęciu władzy przez Haruna ar-Raszida). Natomiast nowym wodzem w armii, oraz szefem straży pałacowej mianował Musa Alego Ibn Isę Ibn Mahana - który stał się odtąd jego prawą ręką (potem Harun pozostawi go na tym stanowisku i ten też będzie mu wiernie służył). Miał on za zadanie wykrywać wszelkie spiski i próby buntów przeciwko władzy i je natychmiast eliminować. Oczywiście kalif zajął Pałac Złotej Bramy w Bagdadzie, natomiast Harun (wraz z małżonką) zamieszkał w Pałacu Wieczności (leżącym na południe od kolistego miasta, tuż nad Tygrysem). Nie wiadomo czy Dżafar (synek Musy) był jednocześnie dzieckiem jego ulubionej niewolnicy Gadiry, czy też jednej z jego żon, wiadomo natomiast że ojciec był bardzo dumny z syna i często pokazywał go publicznie jako swego następcę. Kazał też swym poddanym przysięgać, że będą wierni Dżafarowi po jego śmierci, ale wielu dostojników odmówiło składania takiej przysięgi, twierdząc że nie wypada tego czynić w stosunku do małego dziecka, które i tak niewiele jeszcze pojmuje. A poza tym wcześniej składali już przysięgę ojcu Musy al-Mahdiemu (najpierw że to Musa będzie jego następcą, a potem że Harun) natomiast nowy kalif był młodym mężczyzną i miał przed sobą (zapewne) wiele długich lat rządów i nie wiadomo też co przez ten czas mogło się wydarzyć. Najbardziej jednak Musę uraził fakt, że za odmową dostojników dworskich złożenia przysięgi Dżafarowi, stała jego własna matka - Chajzuran.




Al-Hadi już od dłuższego czasu przypatrywał się poczynaniom Chajzuran w jej pałacu w dzielnicy Ar-Rusafa. Otrzymywał informacje o tym, że przybywają do niej pielgrzymki nie tylko jego dworaków, ale również oficerów wojska, którzy proszą matkę kalifa o wstawiennictwo w różnych sprawach. Ponoć miała ona ich przyjmować siedząc na krześle, stylizowanym na tron (były to zapewne plotki, które wyrosły na kanwie pozycji jaką posiadała Chajzuran). Dzięki sieci informatorów wysyłanych przez Alego Ibn Isę, kalif znał imiona tych oficerów, którzy przybywali do pałacu jego matki, a następnie wzywał ich do siebie. Tutaj czynił im wyrzuty że zamiast przyjść do niego, udają się do kobiety i zapytywał: "Jaki interes mają kobiety w zajmowaniu się sprawami mężczyzn?", po czym twierdził że jest to dla niego upokarzające że zwracają się oni nie do niego bezpośrednio, a do jego matki i pytał, czy sami uznaliby to za właściwe, gdyby w ich sprawach kontaktował się z ich matkami. Oficerowie i dworacy szybko więc doszli do wniosku, że dalsze odwiedziny Chajzuran w dzielnicy Ar-Rusafa mogą im tylko napytać biedy i zaprzestano tego praktykować. A tymczasem minęła wiosna i nadeszło lato roku 786 - pierwsza rocznica rządów nowego kalifa. Z tej okazji wszyscy prominentni przedstawiciele władzy dynastii Abbasydów zjawili się w Pałacu Złotej Bramy aby oddać cześć "Przywódcy Prawowiernych", nie przybył tam tylko Harun, Chajzuran i Jahja Barmakida (ten potężny perski ród zainwestował zbyt wiele w Haruna, aby teraz tak po prostu uznać rządy jego brata). Dowiedziawszy się że Harun opuścił Bagdad i wyjechał na polowanie na pustynię, kalif nakazał aresztować i wtrącić do lochu Jahię Barmakidę, oskarżając go o spisek przeciwko panującemu.





Gdy Harun został o tym poinformowany, natychmiast powrócił do Bagdadu, gdzie okazało się że Jahja został skazany na karę śmierci, a wyrok zostanie wykonany lada dzień. Stronnicy Haruna polecili mu aby opuścił Bagdad i dobrze się ukrył, gdyż on zapewne będzie następny, gdyż (jak twierdzili co poniektórzy) wyrok śmierci na brata miał już być spisany ręką Musy. Nie doszło jednak ani do egzekucji Jahji, ani też do aresztowania Haruna, gdyż 14 września 786 r. Po zaledwie 13 miesiącach swych rządów, kalif Musa al-Hadi już nie żył. Najprawdopodobniej został otruty potrawą która przyszła od jego matki, a gdy skręcając się z bólu żołądka leżał na podłodze swego pałacu, Chajzuran (przynajmniej takie pojawiły się plotki) nakazała jednej z jego niewolnic aby przykryła mu usta poduszką i siedziała na niej tak długo, aż przestanie się on ruszać. Tak oto poświęcając życie jednego syna, ocaliła drugiego, o którego następstwo tronu kalifów walczyła od dawna.


CDN.

niedziela, 3 listopada 2024

MEMORIAM - Cz. XXII

 VERGINES VESTALES I TRZY CIOSY





Oto kolejna seria którą zamierzam reaktywować. Zresztą (w miarę możliwości oczywiście) zamierzam po kolei ożywiać wiele z już popadłych w stan prawdziwej katatonii tematów, aby ostatecznie doprowadzić je do końca i pójść dalej. Ten jest pierwszym z nich. Myślę też że już wkrótce także uporządkuję poszczególne serie na stronach tematycznych, czego już od długiego czasu nie czyniłem.



UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT 

Cz. VII







CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. II


 Od dłuższego czasu było już oczywiste, że pokój pomiędzy Rzymem a Mitrydatesem VI Eupatorem - władcą Królestwa Pontu (z którego stworzył nadczarnomorskie imperium), nie może przetrwać. Nie pragnął tego ani sam Mitrydates (który jawnie dążył do rzucenia Rzymowi wyzwania), ale poniekąd nie pragnęli tego również sami Rzymianie, którzy co prawda przez większość czasu zajęci byli albo konfliktami wewnętrznymi, albo walkami zbuntowanych wodzów (jak choćby Sertoriusza w Hiszpanii) czy italskim powstaniem niewolników Spartakusa; ale świadomość pojawienia się lokalnego mocarstwa w Azji Mniejszej, które mogło podważyć rzymską władzę w tym regionie, była im wybitnie nie na rękę. Co prawda dawno już porzucono scypionowską zasadę "divide et impera" w polityce zagranicznej, kierując się raczej katonowską zasadą podboju i bezwzględnej eksploatacji zdobytych terenów, aczkolwiek nie wszędzie i nie zawsze można ją było wdrożyć w życie.  Dlatego też polityki te wzajemnie się ze sobą przeplatały. Rzym na Wschodzie pragnął mieć lokalne królestwa pod swoją kontrolą, wyznaczając ich władcom (lub też naczelnikom - jak w przypadku celtyckiego plemienia Galatów, zamieszkujących środkową Anatolię), określone tereny, poza które nie powinni się zbrojnie wychylać, jeśli nie chcą mieć problemów. Natomiast ambitni władcy, tacy właśnie jak Mitrydates VI czy Tigranes II Wielki - władca Armenii, zdając sobie sprawę ze swojej siły militarnej, pragnęli podważyć rzymską zasadę klientyzmu w polityce zagranicznej i samemu narzucić pozostałym krajom swoje zasady. Było oczywiste że w tej sytuacji nie ma miejsca na kompromis, a jeśli takowy się pojawi, będzie tylko przesunięciem w czasie nieuniknionej wojny.

Wiedział o tym doskonale Mitrydat, który na długo przed rozpoczęciem roku zero (czyli wybuchem III wojny z Rzymem w roku 74 p.n.e., dwie poprzednie miały bowiem miejsce w latach 88-85 i 83-81 p.n.e. i zakończyły się w większości utrzymaniem status quo - o czym zresztą pisałem już w poprzednich częściach tej serii), rozpoczął zakrojone na ogromną skalę przygotowania do nowej, wielkiej i ostatecznej wojny z Rzymem o być albo nie być, czyli o wszystko. Rozdysponował 2 000 000 medymien zboża wzdłuż wybrzeży swego państwa dla armii, z którą rozpocznie ten konflikt. Po niepowodzeniach ostatnich wojen, zreformował również gruntownie własną armię na wzór rzymski, a jednocześnie zapewnił sobie wsparcie licznych sojuszników, takich jak: Chalibowie, Ormianie, Scytowie, Taurowie, Heniochowie, Leukozyci czy Achajowie. Ściągnął też ludy zamieszkałe nad rzeką Termodon, gdzie według greckich mitów znajdował się kraj Amazonek. Ale to były tylko siły azjatyckie, z Europy bowiem ściągnął plemiona: Basilidów i Jazygów, Koralów, Traków, Bastarnów (którzy mawiali o sobie że są najdzielniejszymi spośród wszystkich wojowniczych plemion). Appian podaje, że łączne siły jego armii liczyły wówczas 140 000 wojowników pieszych i 16 000 konnych. Przystąpił też król Mitrydates do zakrojonej na ogromną skalę rozbudowie dróg wiodących do tych krain, które zamierzał zaatakować. Po zakończeniu ostatniej wojny z Lucjuszem Licyniuszem Mureną w roku 81 p.n.e. (notabene wojny, którą Murena sprowokował, co spotkało się z krytyką Senatu i nakazem aby czym prędzej wojnę tę zakończył), Mitrydates przystąpił do "pokojowego" przejmowania terytoriów na zasadzie faktów dokonanych (można to nazwać "reunionami Mitrydatesa" - mając na myśli oczywiście politykę stosowaną przez króla Francji Ludwika XIV w latach 1679-1684, polegającą na pokojowym przyłączaniu określonych terenów i miast do Francji, motywując to względami dynastyczno-historycznymi). Już w roku 80 p.n.e. uczynił swego syna - Macharesa władcą plemion znad Bosforu (rezydował on w greckim Byzantion, które w ciągu kilku kolejnych wieków przekształci się w konstantynopol). Kontrola nad Bosforem była bardzo ważna, gdyż dzięki temu flota Mitrydatesa mogła wypłynąć z Pontus Euxinus (Morza Czarnego) na Morze Achajskie i Morze Śródziemne (co prawda kontrola nad Hellespontem, drugą cieśniną Propontydy - czyli dzisiejszego Morza Marmara - znajdowała się wówczas w rękach Rzymian).




W tym samym 80 r. p.n.e. Mitrydates ruszył na Wschód w kierunku gór Kaukazu, aby podporządkować sobie plemię Achajów, których siedziby znajdowały się na południe od Kolchidy. Grecy twierdzili że to plemię jest potomkami tychże Achajów, którzy po zdobyciu Troi zabłądzili gdzieś na Wschodzie i nie wrócili do Hellady, osiedlając się właśnie w rejonie górskich szczytów Kaukazu. Nie wiadomo na ile był to mit, a na ile prawda, ale Mitrydates nie zaprzątał sobie głowy takimi pierdołami. Miał bowiem jasno wytyczony cel stworzenia ze swego kraju nie tylko regionalnego, ale można wręcz powiedzieć kontynentalnego mocarstwa, a do tego potrzebował ludzi, pieniędzy i rozległych ziem, na które mógłby się w razie czego bezpiecznie wycofać, aby przegrupować swoje siły i ponownie wrócić do walki. Pont był bowiem małą krainą. Sama nazwa tego państwa w języku greckim brzmiała "Pontus" czyli po prostu morze (więc nic oryginalnego 😉). Najczęściej jednak zwano go "krajem przy morzu", który nie posiadał nawet swojej własnej oryginalnej nazwy. Kraj był podzielony na dwie części, które oddzielały od siebie wysokie Alpy Pontyjskie (biegnące również wzdłuż wybrzeża). Północ, żyzna kraina rodząca nieskończoną ilość drzew owocowych, a także wszelkich zbóż i posiadająca pastwiska pod wypas kóz i owiec, była krajem greckich miast, greckiej mowy i greckiej kultury. Wszystkie wyspiarskie miasta pontyjskie były miastami greckimi: Synopa (największy bodajże port morski Pontu), Trapezus, Amisos i Temiscira  nad rzeką Iris (nazwana tak zapewnie na pamiątkę mitycznej stolicy Amazonek, która co prawda była nieco oddalona od samego morza, ale zaliczona jest do miast morskich Pontu właśnie ze względu na samą rzekę, którą można było dopłynąć do Morza Czarnego). Na północy rosły też liczne lasy, które ścinano i w ten sposób handlowano drewnem z krainami, które tego surowca pozbawione były (takimi jak choćby Egipt), a za które często płacono jak za złoto i drogie kamienie. Poza tym wybrzeże obfitowało oczywiście w liczne ryby w Morzu Czarnym pływające, a także w bogactwa naturalne znajdujące się u stóp gór pontyjskich. Była to więc bogata i szczęśliwa kraina, która tak naprawdę nie potrzebowała z nikim walczyć, z nikim wojować, ani też zdobywać nowych terenów, skoro wszystko i tak było w zasięgu ręki w nadbrzeżnym Poncie. Nic więc dziwnego że sam Mitrydates nie tylko że używał greki jako oficjalnego języka swego dworu, ale również uważał się za Hellena - potomka Aleksandra Wielkiego. Południe państwa Mitrydat VI było jednak już zupełnie inną krainą. Co prawda wzdłuż licznych rzek także tam znajdowały się żyzne tereny rolnicze, ale kraj ten praktycznie pozbawiony był większych miast, a jedynie zasiany mniejszymi i większymi wioskami, wśród których wyjątkiem były takie miasta jak Amazja (której wielkość nie mogła się równać z Synopą, Pergamonem, Atenami, nie mówiąc już o innych stolicach hellenistycznego świata), a była stolica Królestwa Pontu. Inne mniejsze miasta (lub raczej większe wioski) to Komana, Zela czy Tawium. Kraj ten był zasiedlony plemionami Paflagończyków (głównie regiony zachodnie wraz z Amazją),  Kapadoków (południe kraju) i Ormian (wschód). A nad tą mozaiką plemion władzę i tak sprawowała perska arystokracja rodowa, wywodząca swe korzenie jeszcze w czasach Imperium Achemenidów (sam Mitrydates również uważał się za Persa, potomka Cyrusa Wielkiego i Dariusza Wielkiego, a jego dwór w Amazji miał wiele elementów zaczerpniętych z kultury irańskiej - nawet język był perski, ale Mitrydates starał się swych dworzan przymusić do mówienia po grecku). Ta południowa kraina pontyjska była o wiele bardziej skłonna do najazdów i podbojów na inne ziemie, gdyż w ten sposób mogła najłatwiej zdobyć nowe łupy. 




Mimo to wyprawa przeciwko Achajom w roku 80 p.n.e. zakończyła się porażką Mitrydatesa. Achajowie spalili swoje siedziby i wycofali się w rejony górskie, nie podejmując otwartej walki z armią Mitrydatesa, ale gdy ci wracali - niczego nie zdobywszy - zostali zaatakowani przez Achajów i mocno ucierpieli. Ta porażka była policzkiem na wielkomocarstwowych planach Mitrydates (zresztą historia zna przypadki gdy górale potrafili pokonywać świetnie uzbrojone i wielkie armie - oczywiście nie w bezpośrednich walkach, ale stosując taktykę partyzancką, niespodziewane ataki i szybkie odskoki).  Postanowił więc szybko ją sobie odbić, atakując teraz Kapadocję. Bardzo szybko zajął leżącą nad rzeką Halys Mazakę (stolicę Kapadocji), z której król Ariobarzanes I musiał uciekać (79 r p.n.e.). Oczywiście znał tylko jedną drogę ucieczki - do Rzymu, gdzie od razu poskarżył się Senatowi na gwałt ze strony Mitrydatesa, a Senat nakazał królowi Pontu aby ten wycofał się z Kapadocji i oddał tę krainę ponownie Ariobarzanesowi. Nie mając wówczas zreformowanej armii, a także nie będąc przygotowany do nowej wojny, Mitrydates musiał posłuchać i tak właśnie uczynić, ale było oczywiste, że to już ostatni raz, kiedy musi ugiąć się przed żądaniem podłych złodziej z nad Tybru (w liście do Fraatesa III - władcy Partów z 68 r. p.n.e. Mitrydates wyjaśnia powody dla którego przystąpił do wojny z Rzymianami i jednocześnie prosi Fraatesa o wsparcie militarne: "Król Mitrydates do króla Arsakesa (grecka odmiana imienia Fraates). Pozdrowienie. (...) Gdybyś mógł cieszyć się trwałym pokojem, gdyby żadni zdradzieccy wrogowie nie byli blisko Twoich granic, gdyby zmiażdżenie rzymskiej potęgi nie przyniosło Ci chwalebnej sławy, nie ośmieliłbym się prosić o Twój sojusz i byłoby daremne, gdybym miał nadzieję połączyć moje nieszczęścia z Twoją pomyślnością. (...) W rzeczywistości Rzymianie mają jeden uporczywy powód do prowadzenia wojny ze wszystkimi narodami, ludami i królami; mianowicie głęboko zakorzenione pragnienie panowania i bogactwa. (...) Chociaż byłem oddzielony od ich imperium zewsząd królestwami i tetrarchiami, jednak doniesiono im, że jestem bogaty i że nie chcę być niewolnikiem, sprowokowali mnie do wojny poprzez Nikomedesa (IV - zmarłego w roku 74 p.n.e. króla Bitynii, który w swym testamencie zapisał kraj Rzymowi). (...) Wiem dobrze, że macie dużą liczbę ludzi i wielkie ilości broni i złota (czyżby antyczny "dej" Zełenski? 🤭), i dlatego szukam waszego sojuszu (...) Zaiste, niewielu ludzi pragnie wolności, większość zadowala się sprawiedliwymi panami; (...) Rzymianie mają broni przeciwko wszystkim ludziom, najostrzejszą tam, gdzie zwycięstwo przynosi największe łupy; to zuchwałością, oszustwem i łączeniem wojny z rabunkiem stali się wielcy. Zgodnie ze swym naturalnym zwyczajem zniszczą wszystko, lub zginą próbując", w dalszej części listu Mitrydates zachęca Fraatesa do wspólnego uderzenia na Rzymian (on z rejonu Armenii, a Fraates z obszaru Mezopotamii), aby wspólnie mogli zgnieść owych nad-tybrzańskich złodziei.

Minęło kolejnych pięć lat od czasu, gdy Rzymianie nakazali Mitrydatesowi wycofać się z zajętej przez niego Kapadocji. Przez ten czas nie próżnował, a rozszerzał zarówno swoje królestwo (szczególnie na obszar dzisiejszego Krymu, podporządkowując sobie tamtejsze greckie miasta - w roku 77 p.n.e. strateg i gubernator greckiego miasta Olbia, leżącego na północ od Krymu między Dniestrem a Dnieprem - Diogenes, syn Tyjosa poświęcił mur miejski, a w inskrypcji znalazły się odniesienia, iż władcą jest Mitrydates Eupator. Notabene Diogenes prawdopodobnie przybył do Olbii z Snopy, czyli był gubernatorem narzuconym z zewnątrz przez samego Mitrydatesa, jako że imię Tyjos w Synopie było bardzo powszechne. To oczywiście tylko moje przypuszczenie, ale wydaje się całkiem oczywiste), jak też przygotowując armię do nowej, nieuniknionej wojny z Rzymem. Gdy więc w roku 74 p.n.e. w Nikomedii swoje ostatnie tchnienie wydał Nikomedes IV - władca Królestwa Bitynii (który pomimo faktu iż utrzymywał liczny harem - notabene złożony z przedstawicieli obojga płci - to jednak nie doczekał się potomstwa, nawet córek, które w tamtym czasie nie uważane były za godne następstwa tronu i tylko w wyjątkowych sytuacjach dochodziło do przypadków dziedziczenia władzy przez kobiety). Pozostawił on testament, w którym całe swoje Królestwo zapisywał Rzymowi (miał on bowiem licznych znajomych w Rzymie i w samym Senacie. Przyjaźnił się też z Gajuszem Juliuszem Cezarem, wówczas nastoletnim młodzieńcem. Potem Cezar był nazywany pogardliwie "królową Bitynii", jako że twierdzono, iż miewał stosunki homoseksualne z Nikomedesem). Teraz więc namiestnik rzymskiej prowincji Azji (czyli dawnego Królestwa Pergamonu) Marek Junkus Sylanus, przygotowywał się do wkroczenia do Nikomedii i objęcia Bitynii w rzymski zarząd prawno-polityczny. Tylko że nastąpiła wówczas pewna przeszkoda i nie był nią wcale fakt, że ostro sprzeciwił się temu sam Mitrydates z Pontu, dla którego przejęcie Bitynii przez Rzymian było zagrożeniem pełnego opanowania cieśnin wiodących na Morze Śródziemne, na co nie mógł sobie w żadnym razie pozwolić, jeśli chciał zdominować Azję Mniejszą. Podstawowym faktem który stanowił pewien (aczkolwiek dla Rzymian niewiele znaczący problem), był fakt, że sami mieszkańcy Bitynii jawnie sprzeciwili się testamentowi swego króla i zamiany ich państwa w rzymską prowincję. To właśnie oni w dużej mierze widzieli w Mitrydatesie swego wybawiciela.




Nim jednak wojna się rozpocznie, przenieśmy się na moment do Rzymu, gdyż w tym właśnie czasie (na początku 74 r. p.n.e.) wracał z Sycylii (gdzie sprawował swoją kwesturę) młody (bo zaledwie 32-letni) Marek Tulliusz Cyceron (o jego pobycie na Sycylii wspomniałem pokrótce w poprzednich częściach tej serii). Oczywiście jako kwestor przebywał w sztabie rzymskiego namiestnika wyspy, ale początkowo jego pobyt tam nie został dobrze przyjęty przez mieszkańców, gdyż w tym czasie w Rzymie zapanował problem ze zbożem, a co za tym idzie była obawa wybuchu klęski głodu, dlatego też nakazywał mieszkańcom czym prędzej wysyłać zboże do stolicy. Wkrótce potem jednak swoją łaskawością i przychylnością zjednał sobie wielu Sycylijczyków, którzy bardzo dobrze go wspominali nawet po wielu latach (choć kwesturę pełnił tam oczywiście tylko przez jeden rok 75 p.n.e.). Gdy przyprowadzono przed jego oblicze kilku młodzieńców z rzymskich rodów, którzy w czasie wojny domowej zachowali się haniebnie, uciekając od służby wojskowej właśnie na Sycylię, ten wziął ich w obronę i wybronił ich przed sądem, który skazać ich miał na banicję a prawdopodobnie również na karę śmierci. To była jego tak naprawdę pierwsza próba sądowa, którą zdał wyśmienicie zyskując jednocześnie szacunek i dobre imię na Sycylii. To wszystko napełniło Cycerona taką butą, że był wręcz pewny, iż o jego sukcesach na Sycylii wie cały Rzym i że temat ten nie schodzi z ust mieszkańców grodu Romulusa. Swemu niewolnikowi, z którym udał się na Sycylię (jego żona Terencja - kobieta majętna, dzięki której tak naprawdę wszedł do Senatu - bo przecież wybory kosztowały majątek -  chociaż wielu twierdziło że była "płaska jak deska" i niezbyt urodziwa, to jednak był z nią szczęśliwy. Dała mu zresztą najukochańszą osobę pod słońcem, córkę Tullię - która była oczkiem w jego głowie. Tak więc Terencja pragnęła pojechać z mężem na Sycylię, ale według prawa żona nie mogła towarzyszyć mężowi w jego obowiązkach {wielu twierdziło że to dobrze dla Cycerona, gdyż mógł wreszcie wyrwać się z jej szponów}) polecił Cyceron wynająć specjalny okręt, którym wpłynął do portu w Puteoli w Kampanii, stojąc na jego dziobie niczym zwycięski wódz. Wciąż przekonany że tam w porcie czeka na niego huczne powitanie, że nie tylko Puteoli ale cały Rzym rozprawia o jego sukcesie sądowym w Syrakuzach. Gdy więc zszedł na brzeg (a miał na sobie togę senatora) i ludzie ujrzawszy go, przybyli doń aby posłuchać plotek z Rzymu, ale usłyszawszy że przybywa z prowincji, szybko się rozstąpili. Cyceron zaś ujrzał pewnego znajomego z Rzymu, którego szybko zapytał co też tam w stolicy mówią o jego sądowym sukcesie na Sycylii, na co ten odparł: "A to byłeś na Sycylii? Nie wiedziałem!" 🤣. Ta lekcja którą doświadczył Cyceron w Puteoli była dla niego bardzo dotkliwym policzkiem, a jednocześnie wyrobiła w nim przekonanie że jeżeli w ogóle chcę odnieść sukces i zostać na trwałe zapamiętany, to musi być jeszcze lepszy. Takie też zapewne przedsięwziął wówczas tam, w tym porcie postanowienie, którego potem trzymał się aż do swej śmierci 31 lat później, w roku 43 p.n.e. gdy próbował ostrzec Marka Brutusa i Gajusza Kasjusza przed sojuszem Oktawiana i Antoniusza. Został zamordowany na rozkaz Marka Antoniusza, który już dużo wcześniej obiecał mu, że zginie, a jego dłonie osobiście przebije do drzwi kurii Senatu. I tak też się stało.






W roku 74 p.n.e. bardziej niż powrót Cycerona do Rzymu (notabene mieszkał wówczas w dwupiętrowym domu na Eskwilinie, a jego dom wciśnięty był między świątynię a dzielnicę mieszkaniową i chociaż Terencja chciała przeprowadzić się do większego domu - gdyż stać ich było na takowy, zresztą mieli też posiadłości poza Rzymem - to jednak Cyceron nie zgodził się na to, gdyż liczył się z karierą polityczną, natomiast taki dom blisko zwykłych ludzi, niedaleko dzielnicy Subura - czyli dzielnicy rzymskiej biedoty - mógł przysporzyć mu wielu głosów w wyborach, tym bardziej że często spacerował po ulicach starając się pamiętać imię i wykonywany zawód każdego z mijanych przechodniów, którzy mu się kłaniali. Stwierdził bowiem kiedyś, że skoro rzemieślnik jest w stanie zapamiętać nazwy narzędzi którymi się posługuje, a które są martwe, to on sam jako człowiek który pragnie zajść wyżej niż zwykły rzemieślnik, powinien pamiętać imiona swoich wyborców. Tak też czynił, miał bowiem fenomenalną pamięć), który tak naprawdę nikogo z nie obchodził, pojawiła się wówczas sprawa niejakiego Statiusa Albiusa Oppanikusa, który zdobył sławę w Rzymie dzięki... swym zabójstwom. Po raz pierwszy Oppanikus pokazał się ze swej prawdziwej natury, gdy w 82 r. p.n.e. w czasie proskrypcji sullańskich, zamordowany został jego sąsiad z którym darł koty - Marek Aurius (chociaż w tym przypadku nie zostało udowodnione że Oppanikus osobiście go zamordował, a raczej że stało się to za jego namową). Wkrótce potem Oppanikus zadłużył się w pewnej dziewczynie o imieniu Sassja, która była wyzwolenicą, a być może nawet niewolnicą i zapragnął ją poślubić. Nie godzili się na to jednak jego synowie, więc... ich też zabił (prawdopodobnie otruł) w 80 r. p.n.e. Potem już poszło z górki, w roku 75 p.n.e. zamordował swoją ciotkę Cluentię (którą miał otruć), a następnie swego brata Gajusza Oppanikusa. W roku 74 p.n.e. zaś pozbawił życia Asuwiusza i Dina. W tym też czasie został oskarżony o te zabójstwa i stanął przed sądem, ale okazało się że sędziowie go uniewinnili (wkrótce potem oskarżono Gajusza Fidiculanusa o przyjmowanie łapówek w celu ułaskawienia Oppanikusa). Prawdziwe śledztwo w sprawie korupcji sędziów w procesie Oppanikusa zacznie się jednak dopiero w roku 72 p.n.e. i zakończy przede wszystkim wygnaniem samego Oppanikusa z Rzymu, który zginie rok później (w roku 69 p.n.e. Sassja wznowi śledztwo w sprawie przyczyn śmierci swego męża).




Tym właśnie żył Rzym i Italia w roku 74 p.n.e., nie zbliżającą się wojną z Mitrydatesem na Wschodzie, nie wyczynami sądowymi Cycerona na Sycylii. A jeśli w ogóle kogokolwiek interesowała wojaczka, to co najwyżej walka Gnejusza Pompejusza z  Kwintusem Sertoriuszem (stronnikiem Gajusza Mariusza) w Hiszpanii, który uczynił z tego kraju swoje własne księstewko. Wkrótce potem w Italii wybuchnie niewolnicza rewolta Spartakusa, (ale o niej pisałem w poprzednich częściach tej serii więc nie będę już się powtarzał), która też zaabsorbuje wielu Rzymian. W każdym razie Mitrydat szykował się do wojny, a Rzymianie szykowali się również do walki z piratami na morzu - i o tym również opowiem w kolejnej części.




CDN.

piątek, 7 czerwca 2024

KRWAWA GRANICA 2.0

GDZIE TERAZ SĄ AKTYWIŚCI, GRUPA GRANICA, OSTASZEWSKIE, STUHRY, A PRZEDE WSZYSTKIM GDZIE JEST AGNIESZKA HOLLAND?




 Przyznam się szczerze że początkowo miałem pominąć ten temat i nawet nie próbować go podejmować. Uznałem bowiem że nie ma sensu pisać o rzeczach które są jak najbardziej oczywiste i które już zostały wypowiedziane tyle razy, a jak na razie nie ma żadnego odzewu i żadnego odzewu też się nie spodziewam - przynajmniej od tego żałosnego rządu. Potem jednak doszedłem do wniosku że głupio tak nic nie powiedzieć, w tym temacie, tym bardziej że - choć staram się oczywiście trzymać je na wodzy - to jednak emocje we mnie pulsują. Pierwotnie bowiem zamierzałem podjąć temat dosyć zabawny, komediowy, rozweselający, no ale w tych okolicznościach oczywiście nie wchodzi to w rachubę. A okoliczności o których wspominam zapewne wszystkim są dobrze znane. W dniu wczorajszym (a w zasadzie to już praktycznie w niedzielę) odszedł z tego świata jeden z żołnierzy strzegących naszej wschodniej granicy na odcinku z Białorusią, szeregowy (obecnie awansowany na sierżanta) Mateusz Sitek. Młody, 21-letni chłopak, który służbę w Wojsku Polskim rozpoczął w grudniu ubiegłego roku. Zginął pół roku później, zamordowany przez jakiegoś bydlaka (prawdopodobnie z Bliskiego Wschodu), który próbował przedrzeć się przez naszą wschodnią granicę... do Europy, po wysoki i łatwy socjal oraz młode kobiety. Mateusz Sitek został ugodzony nożem, przywiązanym (czy przytwierdzonym) do długiego patyka, który to nóż wcześniej został zanurzony w jakiś fekaliach. Młody żołnierz został dwa razy ugodzony w brzuch i w klatkę piersiową. Trafił do szpitala (najpierw na miejscu tuż przy granicy), a potem przewieziony został helikopterem do Warszawy. Chłopak ("chłopak", Bohater - Obrońca Polskich Granic) jednak nie przeżył nie tyle samego ataku, nie tyle owych ciosów (które być może nie były śmiertelne), ale ponieważ nóż był zakażony, więc wystąpiły powikłania, wdało się zakażenie i realnie nie było już możliwości Mateusza ocalić.




Ale przecież żołnierz musi brać pod uwagę również i taki fakt, że może zostać ranny, lub nawet zginąć, bo taka właśnie jest służba, (nie praca, służba dla Ojczyzny). Problem tylko polega na tym, że nie mamy żadnej wojny, bomby nie spadają nam na głowę, a żołnierze nie muszą ryzykować bezpośrednio własnego życia po to tylko, aby odeprzeć agresję nieprzyjaciela (przynajmniej oficjalnie oczywiście). Realnie jednak jak wiadomo, od sierpnia 2021 r. mamy destabilizację naszej wschodniej granicy na odcinku z Białorusią, gdyż setki a nawet tysiące ściągniętych tam przez reżim Łukaszenki szuszfoli, pragnie przejść przez nasz kraj głównie po to, aby dostać się na Zachód (głównie do Niemiec). Czyli ewentualność utraty zdrowia sytuacji atak (i to niekoniecznie ataku z udziałem noża, ale chociażby zaostrzonego patyka którym można uszkodzić oko) jest więc bardzo duże, również duża jest ewentualność utraty życia jak widzimy w przypadku pana Mateusza Sitka. Ale czy możemy mieć pretensje do ludzi którzy (wyszkoleni przez służby specjalne Białorusi, a z pewnością i Rosji), zaprawieni w walkach (chociażby w Afganistanie), starają się sforsować tę granicę, nie patrząc na konsekwencje, tym bardziej jeśli z naszej strony tych konsekwencji nie ma żadnych. I właśnie nad tym chciałbym się teraz pochylić, bo tak naprawdę to nie jakiś muzułmański bandyta odebrał życie Mateuszowi Sitkowi - naszemu Bohaterowi, to nawet nie nóż ani ów patyk którym go dźgnął odebrał Mu życie. Nie! Życie odebrali młodemu żołnierzowi nasi politycy, a szczególnie obecna ekipa - która jeszcze do niedawna otwarcie hańbiła polski mundur i mieszała Polskich Żołnierzy - naszych Obrońców Granic... z gównem (bo już nawet nie z błotem). To tę ekipę wspierali pseudo-celebryci, pseudo-artyści, wszelkiej maści pajace, hochsztaplerzy i cwaniacy. To pan Frasyniuk - "legenda" Solidarności, który ponoć był takim kozakiem, że nie można go było złapać i komuniści mieli problem ze schwytaniem pana Frasyniuka bo tak się dobrze ukrywał (😂). Tylko jakimś cudem Kiszczak stwierdził jeszcze w 1988 czy 1989 roku że z Frasyniuka jest większa korzyść gdy przebywa na wolności, niż gdyby siedział w więzieniu, ale jeśliby chcieli, to nawet godziny dłużej nie byłby on wolny. I ta "legenda" śmiała dwa lata temu obrażać naszych żołnierzy, ten marny człowieczek o mentalności żula śmietnikowego śmiał pluć na mundur Żołnierza Wojska Polskiego. Niech on się cieszy (on i wszyscy jemu podobni) że żyjemy w takim państwie z kartonu, jakim jest III RP, bo gdybyśmy się cofnęli do lat 30-tych, to taki Frasyniuk na drugi dzień po tej swojej wypowiedzi, trafiłby do Brezy, gdzie miałby czas troszeczkę zastanowić nad swoim życiem (w 1930 r aresztowany poseł Libermann - a był to człowiek ideowo zbliżony do komunizmu, choć sam komunistą nie był - w drodze do więzienia w Brześciu nad Bugiem, eskortujący go strażnicy zatrzymali auto, wyciągnęli pana posła na zewnątrz gdzieś w otwartym polu i... kazali mu całować polską ziemię, na którą wcześniej pluł (bo i takie jego sejmowe mowy się zdarzały). Niestety ale w tym przypadku uważam że nie ma innego wyjścia (i możecie mnie nazywać zamordystą czy totalitarystą, mam to gdzieś, powiem nigdy takowym nie byłem i nie będę), lecz jeśli do pewnych ludzi nie dotrą słowa, które tłumaczą im że działają przeciwko interesowi Państwa Polskiego i naszego Narodu, i dopiero wtedy, jak taki jeden z drugim dostanie w ucho, to zastanowi się nad swoim postępowaniem i dojdzie do wniosku, że to co czynił było niewłaściwe. Podpisuję się pod tymi słowami obiema rękoma, choć nie są one moje, a wypowiedziane zostały przez Marszałka Piłsudskiego.

Inną sprawą jest jakość naszych celebrytów. Przecież to co mamy obecnie, to jest jakiś totalny chłam (i nie mówię tutaj o Opolach czy Eurowizjach - czego nie oglądam już od lat). Mówię o jakości, o tym z jakiego budulca ulepieni zostali współcześni celebryci, w porównaniu chociażby do ludzi zajmujących się kulturą i sztuką sto lat wcześniej. Pokażcie mi bowiem takich aktorów jak Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza, Jan Kiepura, Jadwiga Smosarska (w 1932 r. odrzuciła kontrakt w Hollywood bo nie chciała wyjeżdżać z Polski), Ina Benita, Loda Niemirzanka czy Nora Ney. A kogo mamy dzisiaj, panią Jandę (która czuje się jakby ciągle na nią oddawano kał), panią Kurdej-Szatan, Kayah, Wojewódzkiego, Zelta, Żebrowskiego? Powiem kolokwialnie bez jaj. Widać już oficjalnie jak ogromna różnica jakościowa dzieli nas współczesnych, od ludzi, którzy żyli 90, 100 lat temu. I ci wszyscy pseudo-celebryci i pseudo-artyści chórem (jakby ktoś na nich oddawał kał) pluli na polski mundur i polskich Obrońców Granic. I wszyscy oni oczywiście gremialnie (jak banda lemingów) wspierali reżim Donalda Tuska. Pan Sterczewski robił z siebie błazna na granicy biegając z reklamówkami, Filip i Flap - czyli Joński i Budka przynosili pizzę, albo jakieś inne zupki. Pani Jachira (to też jest modelka) konsekwentnie opluwała nie tylko polskich żołnierzy, ale również Polaków jako takich i polskie wartości oraz symbole niesławny: "Bób, hummus, włoszczyzna"). No i oczywiście pani Agnieszka Holland, spiritus movens całej obecnej sytuacji, autorka antypolskiego gniota pod tytułem "Heimkehr" "Zielona granica", w którym przedstawiła Żołnierzy Straży Granicznej i Wojska Polskiego jako... bandytów, po prostu bandytów. Wszyscy ci celebryci (bez wyjątków) mają teraz krew na rękach 21-letniego żołnierza Mateusza Sitka.








Ale to co rzeczywiście może człowieka wyprowadzić z równowagi, to jest fakt, iż przy tym rządzie (za PiS-u, ale nie sądzę żeby były aż tak drastyczne zakazy) zarówno Żołnierze Wojska Polskiego jak Straży Granicznej i Policji mają realnie związane ręce, gdyż nie mogą użyć broni palnej... nawet we własnej obronie. Aresztowanie z końcem marca tego roku dwóch żołnierzy Wojska Polskiego, którzy zmagając się z pięćdziesięcioosobowym tłumem migrantów oddali strzały ostrzegawcze najpierw w powietrze, a następnie pod nogi tych bandytów (oczywiście nikogo nie raniąc) zostali wyprowadzeni znad granicy w kajdankach na rękach przez żandarmerię wojskową podległą oczywiście pod pana "tygryska" Kosiniaka-Kamysza. Żołnierze ci zostali pozostawieni sami sobie, ponieważ partyjne wojsko (a szczególnie kadra oficerska, która woli przymilać się do polityków niż pielęgnować etos oficera Wojska Polskiego i przede wszystkim dbać o własnych żołnierzy) pozostawiła ich zupełnie samych, nawet nie zapewniając im adwokata i gdyby nie zbiórka wśród samych żołnierzy znad granicy, to do dzisiaj ta dwójka siedziałaby w areszcie. Co ciekawe śmierć Mateusza Sitka nastąpiła właśnie w tym miejscu, w którym ponad dwa miesiące wcześniej zostali aresztowani dwaj żołnierze Wojska Polskiego, i teraz powstaje pytanie: Mateusz Sitek zginął dlatego, że nie chciał mieć problemów z prawem, nie chciał zostać wyprowadzony w kajdankach przez żandarmerię wojskową podległą głupim politykom, którzy boją się że im słupki poparcia spadną (szczególnie teraz, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego). Skoro tak, to jedyne co mógł zrobić to dać się zabić! Ewentualnie uciekać lub odwrócić się w inną stronę i nie patrzeć jak bandyci przekraczają nasze granice, ponieważ żołnierz Wojska Polskiego, Straży Granicznej i Policjant realnie na granicy jest tylko marionetką i stoi tam po to, żeby politycy mogli powiedzieć że coś robią. Żeby pan "tygrysek" Kosiniak-Kamysz wyszedł na konferencję prasową i powiedział w blacków fleszczy: "stoimy murem za polskim mundurem". Doprawdy? Tygrysku, kiedy ty stałeś murem za polskim mundurem? Przecież ty nawet w wojsku nie byłeś, a jesteś ministrem Obrony Narodowej. To jest kpina, to jest naplucie żołnierzom w twarz, mało tego to jest naplucie w twarz nam wszystkim.

Ja widzę w tym momencie tylko jedno wyjście z całej tej sytuacji, które i tak będzie tylko połowicznym rozwiązaniem sprawy, ale od czegoś trzeba zacząć. Natychmiastowa dymisja Kosiniaka-Kamysza, Bodnara (czyli takiego tuskowego prokuratora Wyszynskiego) i oczywiście na końcu sam sprawca całych tych nieszczęść naszej Ojczyzny, które niestety nie omijają nas od grudnia zeszłego roku, czyli Donalda Tuska - pełniącego obecnie funkcję premiera rządu Rzeczpospolitej Polskiej. Następnie wszystkich tych prokuratorów wojskowych, którzy stali za aresztowaniem owych dwóch żołnierzy na granicy, wysłałbym bez broni (po co im broń? i tak nie mogą jej użyć) bezpośrednio na granicę żeby zobaczyli jak to jest, jak masz do czynienia z hordą agresywnych bandytów, którzy chcą się dostać do twojego kraju i uczynią to bez względu na środki (tym bardziej jeśli wiedzą - a wiedzą doskonale - że Wojsko Polskie nie może nie tylko do nich strzelać, ale nawet interweniować w żaden zdecydowany sposób, który może zostać potem odebrany jako przekroczenie uprawnień). Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i ciekawe co zrobili by ci świntojebliwi prokuratorkowie, gdyby bandyta z nożem na kiju zamoczonym w fekaliach zbliżyłby się do nich z zamiarem zadania śmiertelnego ciosu. 

To tyle na dzisiaj. To co leżało mi na sercu, napisałem i tak jeszcze się zastanawiam, w zasadzie po jakiego grzyba potrzebni nam są politycy? Przecież oni nie generują żadnego dobra, niczego nie tworzą a jeśli już to durne ustawy które mają nam albo odebrać pieniądze w postaci nowych podatków, albo wprowadzić jakieś inne durnoty administracyjne które też mają nas wydoić z kasy lub też uczynić z nas powolnych i posłusznych, grzecznych niewolników, którzy chodzą na wybory wtedy kiedy się im każe, a poza tym siedzą cicho i wykonują polecenia swoich panów (pamiętacie Kochani zakaz wejścia do lasów w czasie "pomoru" - ja pamiętam). Oczywiście nie oznacza to że nie powinniśmy mieć przywódców, liderów - owszem (których my sami wybierzemy i których będziemy mogli odwołać jeśli nie spełnią naszych oczekiwań), ale politycy jako grupa zawodowo-społeczna są nam potrzebni jak przysłowiowy zeszłoroczny śnieg. Przyznam się szczerze że już nie mogę patrzeć na niektóre twarze z tak zwanego politycznego ogródka i staram się naprawdę przynajmniej neutralnie myśleć o tych ludziach, choć nie jest to wcale łatwe. Pytanie tylko czy przez walkę o słupki poparcia dla takich panów jak Tusk, Bodnar i Kosiniak-Kamysz oraz całej masy tego tałatajstwa które siedzi za biurkami i nigdy nie wąchało nawet prochu, będą ginęli kolejni żołnierze Wojska Polskiego, Straży Granicznej Policji?


PS: w Niemczech również zmarł policjant, który został dźgnięty nożem w plecy przez migranta. Pewnie też nie miał prawa użyć środków przymusu bezpośredniego. Cóż, niestety ale przez polityczną poprawność, głupotę politruków i jeszcze większy debilizm aktywistów wszelkiego typu, popłynie jeszcze wiele krwi niewinnych osób.






wtorek, 2 kwietnia 2024

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. VIII

 CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ SOWIECKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. VIII



 5 listopada 1922 r. odbyły się wybory do Sejmu Rzeczpospolitej Polski I kadencji (bowiem Sejm z lutego 1919 r. był Sejmem Ustawodawczym, powołanymi głównie po to, aby uchwalił konstytucję i tak się stało 17 marca 1921 r.). Poszczególne partie startowały w kilku blokach. Prawica (czyli Związek Ludowo-Narodowy, Chrześcijańskie Stronnictwo Ludowe i Chrześcijańska Demokracja) wystąpiła pod nazwą Chrześcijańskiego Związku Jedności Narodowej. Lewica rozbita była na pięć nierównych grup z Polską Partią Socjalistyczną i Polskim Stronnictwem Ludowym "Wyzwoleniem" na czele. Partie centrowe (z Polskim Stronnictwem Ludowym "Piast" na czele) stanęły do walki wyborczej w siedmiu blokach, a mniejszości narodowe: Żydzi (z wyjątkiem małopolskich), Niemcy, Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy z Wołynia i wschodniej Małopolski, również utworzyli wspólny blok wyborczy. Natomiast nielegalna Komunistyczna Partia Robotnicza Polski stanęła do wyborów pod nazwą Związek Proletariatu Miast i Wsi. Na cele wyborcze ta ekspozytura Moskwy w Polsce otrzymała specjalną dotację Kominternu, ale wybory okazały się totalną klapą komunistów. Na listy ZPMiW w całym kraju głosowało jedynie 121,5 tys. osób, co stanowiło zaledwie 1,4% głosujących (zdobytych głównie w Warszawie i w Zagłębiu Dąbrowskim, natomiast takie robotnicze tereny jak: Łódź, Górny Śląsk czy Zagłębie Naftowe dały komunistom wręcz znikome poparcie.  Łącznie wprowadzili do Sejmu dwie osoby: w Warszawie Stefana Królikowskiego (ps.: "Bartoszewicz", "Ogrodniczek", "Cyprian"), a w Zagłębiu Dąbrowskim Stanisława łańcuckiego (który w swoim rodzinnym Przemyślu dostał śladowe wręcz poparcie, a poza tym jego kampania wyborcza była dosyć utrudniona, jako że przebywał w więzieniu i wyszedł na wolność dopiero w styczniu 1923 r.). Działalność obu tych posłów od początku była działalnością antypaństwową, a ich postulaty szczególnie Królikowskiego ograniczały się do wprowadzania hiper "demokratyzacji", polegającej na tym, że realnie państwo przestawało działać. Sporządził np. projekt ustawy znoszącej artykuły o zdradzie stanu i działalności antypaństwowej (wykluczając co prawda z nich szpiegostwo). Był też autorem poprawek ustawy o służbie wojskowej, skracającej czas służby do sześciu miesięcy (notabene za tą ustawę był bardzo mocno krytykowany w partii komunistycznej, gdyż celem komunistów było zdezorganizowanie działalności Wojska Polskiego, a nie obniżenie czasu trwania służby wojskowej).

W wyborach uprawnionych do głosowania było 13 011 693 obywateli, z czego do urn poszło 8 812 901 czyli 67,7%. Największa frekwencja była w województwach zachodnich, najmniejsza we wschodnich (głównie z powodu bojkotu wyborów Ukraińców i Żydów). Wybory wygrało stronnictwa prawicowe, zdobywając 29,1% głosów (po wyborach jednak dotychczasowe sojusze polityczne uległy rozsypaniu i najwięcej mandatów - 98 - zdobył Związek Ludowo Narodowy z Czetwertyńskim, Seydą, Lutosławskim, Grabskim, Głąbińskim, Zdziechowskim i Zamojskim na czele. Chrześcijańskie Stronnictwo Ludowe wprowadziło do sejmu zaś 27 posłów z Dubanowiczem i Strońskim na czele. Natomiast Chrześcijańska Demokracja zdobyła 44 mandaty z Bittnerem, Chacińskim i Korfantym). Lewica razem zdobyła 24,8% głosów (PSL "Wyzwolenie" 48 mandatów z Poniatowskim, Bagińskim, Thuguttem i Nocznickim na czele. Polska Partia Socjalistyczna uzyskała 41 mandatów z Moraczewskim, Daszyńskim, Barlickim, Perlem, Liebermanem, Pużakiem, Niedziałkowskim, Kwapińskim i Czapińskim. Radykalne Stronnictwo Chłopskie księdza Okonia zdobyło 4 mandaty, a także lewicowy odłam ludowców Stapińskiego zdobył 2 mandaty). Stronnictwa centrowe zdobyły 23,4% głosów (PSL "Piast" zdobył 70 mandatów z Witosem, Ratajem i Dąbskim, a Narodowa Partia Robotnicza wprowadziła do Sejmu 18 posłów z Chądzyńskim, Popielem i Waszkiewiczem). Marszałek Piłsudski dał zaś akceptację do tworzenia "Zjednoczenia państwowego" opartego na "Straży Kresowej" w skład której wejść miała Organizacja Młodzieży Narodowej i PSL "Wyzwolenie", a także szereg pomniejszych polityków bliskich Marszałkowi. Jednak na kilka dni przed wyborami Organizacja Młodzieży Narodowej postanowiła że Straż Kresowa wystąpi oddzielnie, a to spowodowało że - poza "Wyzwoleniem" wszystkie te formacje polityczne poniosły całkowitą klęskę (tym bardziej że ich listy były głównie we wschodnich rejonach kraju). Mniejszości narodowe zaś podzieliły się na bloki ukraiński, białoruski, niemiecki i żydowski, zjednoczonych tylko formalnie, pod niepisanym przewodnictwem posła Grünbauma. Łącznie (według konstytucji) Sejm liczył 444 posłów. 12 listopada odbyły się wybory do Senatu Rzeczypospolitej. Tutaj uprawnionych do głosowania było 9 088 590 obywateli z czego do urn wyborczych poszło 5 589 268, czyli 61,5%. Senat składał się ze 111 senatorów. Nowy parlament zebrał się 28 listopada 1922 r. i od razu przystąpiono do głosowań nad wyborem marszałków. W Sejmie zwyciężył Maciej Rataj z PSL "Piast", zdobywając 252 głosy (głównie centrum i prawicy), przeciwko 177 głosom oddanym na jego konkurenta Eugeniusza Śmiarowskiego z "Wyzwolenia". W Senacie zaś zwyciężył Wojciech Trąmbczyński z prawicy (dzięki głosom "Piasta") przeciw Ksawerego Praussa z lewicy.

Natomiast w Moskwie 5 listopada rozpoczął obrady IV Kongres Kominternu (ostatni już z udziałem Lenina). Lenin ogłosił na nim już oficjalnie wprowadzenie Nowej Ekonomicznej Polityki (o której pisałem w poprzednich częściach) i zakończenie okresu komunizmu wojennego. Pozwoliło to zniszczonej wojną i rewolucją Rosji nieco gospodarczo odetchnąć, dopuszczając możliwość ograniczonego co prawda, ale jednak kapitalistycznego systemu gospodarczego (oczywiście ograniczającego się do małych, najczęściej rodzinnych przedsiębiorstw) przy pozostawieniu dominującej roli państwa. Na ów Kongres z ramienia KPRP jako reprezentanci "sekcji polskiej" Kominternu, wybrali się Adolf Warszawski-Warski, Maria Koszutska, Maksymilian Horowitz-Walecki, Edward Próchniak i Władysław Kowalski. Prócz postanowień dotyczących NEP-u, zgodzono się również co do sojuszu z socjalistami i tworzenia jednolitych "frontów robotniczych", a także wyrażono zgodę na udział Komunistycznej Partii Robotniczej Polski w wyborach parlamentarnych w Polsce. Obrady Kongresu trwały do 5 grudnia. 

22 listopada we Lwowie zaś rozpoczął się proces przeciwko 39 uczestnikom (tylko tylu bowiem osobom udowodniono powiązania z Komunistyczną Partią Galicji Wschodniej) obrad w soborze św. Jura (o którym pisałem w poprzednich częściach). Proces trwał do 11 stycznia 1923 r. i zakończył się wieloma wyrokami długoletniego więzienia dla oskarżonych.

W Polsce zaś trwały przygotowania do pierwszych w historii Polski wyborów prezydenta Rzeczpospolitej. Głównym (a w zasadzie jedynym) kandydatem przez długi czas, był Marszałek Józef Piłsudski (ale odmówił on kandydowania, zdając sobie doskonale sprawę że konstytucja tworzy jedynie malowanego prezydenta o bardzo ograniczonych kompetencjach, w zasadzie tylko do przecinania wstęgi i przyjmowania zagranicznych przedstawicieli, zresztą wzorowanego na modelu francuskiej III Republiki - wszystko co francuskie było wtedy w modzie, po pierwsze bo "Francja-elegancja", a po drugie, bo był to największy kraj europejski - nie licząc oczywiście Rosji, która stała się komunistyczna - który zwyciężył w I Wojnie Światowej). Za kandydaturą Piłsudskiego opowiadały się PPS, PSL "Wyzwolenie", Narodowa Partia Robotnicza i PSL "Piast", dysponujące łącznie w Sejmie i Senacie 212 głosami. 4 grudnia jednak, na konferencji w pałacu Rady Ministrów Marszałek Piłsudski odmówił kandydowania w wyborach (powiedział: "Na mnie proszę nie głosować. W warunkach istniejących należy wybrać człowieka, który miałby cięższy chód a lżejszą rękę"). Natomiast w mniejszym już, prywatnym gronie stwierdził Marszałek że najlepszym kandydatem na prezydenta byłby Witos (w tamtym bowiem czasie stosunki pomiędzy Witosem a Piłsudskim były jeszcze dość dobre, a rozmowy pomiędzy "piastowcami" a Marszałkiem trwały mniej więcej od marca 1921 r. (M.in. w Jabłonnie, posiadłości Władysława Sikorskiego) co miało doprowadzić do stworzenia formacji politycznej, otwarcie wspierającej Marszałka. Jednak kandydatura Witosa była nie do zaakceptowania dla "Wyzwolenia", które zamierzało wystawić swojego kandydata w osobie Gabriela Narutowicza. Marszałek początkowo był niechętny tej kandydaturze, co prawda bardzo cenił i szanował Narutowicza (jak już pisałem w poprzedniej części, wiedział, że gdy rozmawia z Narutowiczem, to nic nie wyjdzie pomiędzy cztery ściany budynku w którym przebywają imiał do niego całkowite zaufanie w tych sprawach) jednak podczas rozmowy z samym Narutowiczem, ten również odmówił przyjęcia godności prezydenta i to zapewne przekonało Marszałka do tego, że Narutowicz nie jest jednak dobrym kandydatem na to stanowisko (we wspomnieniach Stanisława Thugutta, który pierwszy zaproponował kandydaturę Narutowicza, jest zapisane: "Kiedym mu pierwszy raz zaproponował wystawienie jego kandydatury, przeraził się po prostu tej myśli", zaś Tadeusz Hołówko pisał w swej wydanej w 1923 r. książce "Prezydent Gabriel Narutowicz", iż: "Gdy 8 grudnia stawił się u Narutowicza Thugutt, aby prosić go o pozwolenie wystawienia jego kandydatury - Narutowicz kategorycznie odmówi!" Miał bowiem stwierdzić: "Ja kandydować nie chcę, ale jeśli Wyzwolenie wybór przeprowadzi - wybór przyjmę". Wobec niepewnej decyzji Narutowicza, Józef Piłsudski poparł kandydaturę Stanisława Wojciechowskiego, PPS wystawiła kandydaturę Ignacego Daszyńskiego, mniejszości narodowe prof. Baudouin de Courtenay'a, a prawica hrabiego Maurycego Zamoyskiego.




W sobotę 9 grudnia zebrało się Zgromadzenie Narodowe, liczące łącznie 545 posłów i senatorów. Ostatecznie zgłoszono pięć kandydatur (wyżej wymienieni plus Narutowicz). Po dwóch pierwszych głosowaniach odpadł Daszyński, po trzecim de Courtenay. W czwartym głosowaniu odpadł Wojciechowski i ostatecznie w piątym głosowaniu - gdzie było dwóch kandydatów jeden z prawicy Zamoyski, a drugi popierany przez lewicę, mniejszości narodowe i PSL "Piast" czyli Narutowicz (Witos nie mógł poprzeć Zamoyskiego, choć wcześniej był dogadany z prawicą, a to z tego powodu, że Zamoyski był jednym z największym w kraju potentatów ziemskich, a przecież postulatem partii chłopskiej jaką był PSL, było szybkie wprowadzenie reformy rolnej i parcelacja wielkich majątków ziemskich pomiędzy chłopów. Poza tym Witos był zniechęcony do prawicy tym, że ci nie poparli jego kandydatury do prezydentury). To też w piątym i ostatnim głosowaniu Zamojski otrzymał 227 głosów, a Narutowicz (poparty przez "Piasta") 289, dzięki czemu Gabriel Narutowicz stał się pierwszym w historii prezydentem Rzeczpospolitej Polski. Oczywiście wyniku tego partie prawicowe nie przyjęły do wiadomości. Oczywiście różnica głosów była zbyt wyraźna by można było mówić o jakichś fałszerstwach wyborczych czy temu podobnych, ale mimo to postanowiono uniemożliwić Narutowiczowi objęcie stanowiska prezydenta. W pierwszej kolejności zamierzono go zastraszyć, czyli rozpętać wokół jego osoby taką spiralę nienawiści (jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli), że człowiek ten powinien sam zrezygnować ze stanowiska, aby po prostu mieć święty spokój. Prasa prawicowa i prawicowi politycy rzucili się więc do gardła Narutowiczowi (oczywiście przy okazji oberwało się również Witosowi). Wyciągano najbardziej odrażające i nie mające nic wspólnego z prawdą pomówienia. Twierdzono np. że Narutowicz jest Żydem, że został wybrany głosami mniejszości narodowych i tym samym narzucony Polakom jako agent obcych państw (głównie Niemiec ale i Rosji Sowieckiej). Gdy polityka zohydzania Narutowicza nie udała się (choć wspierały ją takie osobistości jak choćby gen. Józef Haller - von Hallenburg), postanowiono wówczas uniemożliwić jego zaprzysiężenie. Powszechnie mówiono że tak naprawdę zwyciężył Zamoyski, bowiem zdobył 227 głosów polskich, a Narutowicz tylko 186 głosów polskich, a reszta to głosy mniejszości narodowych, które narzuciły Polsce prezydenta. Twierdzono że jest germanofilem i że ma wrogi stosunek do Francji. Twierdzono że jest apostatą, masonem i że ledwo mówi po polsku. Prawicowa prasa zachęcała również ludzi do masowego pisania anonimowych depesz do prezydenta-elekta, "namawiających" go do zrzeczenia się prezydentury (większość z nich była pełna inwektyw i gróźb karalnych, w których pisano m.in. że jeśli Narutowicz nie zrzeknie się prezydentury, to: "Zdechnie marnie jak pies"). Anonimy słono również do jego rodziny, starając się wywrzeć presję wszędzie, gdzie tylko było to możliwe. 

Tłumy ludzi z hasłami "Precz z Narutowiczem" i "Hańba mu" gromadziły się zarówno przed Hotelem Europejskim (gdzie Narutowicz mieszkał) jak i przed gmachem Ministerstwa Spraw Zagranicznych (jaką to funkcję dotąd pełnił). 10 grudnia w godzinach wieczornych przed pałacykiem Dziewulskich w Alei 3 Maja (gdzie mieszkał gen. Józef Haller), zebrał się spory tłum protestujących przeciwko wyborze Narutowicza na prezydenta. Oczekiwano też od Hallera rady, co należy czynić aby "ocalić Polskę przed tyranią mniejszości narodowych". Haller przemawiał z balkonu i stwierdził że "Polskę sponiewierano", oraz że "o ile obecny odruch stolicy nie będzie słomianym ogniem - zwyciężymy!", dodał też że "w razie potrzeby nie zabraknie nam broni". Sam Narutowicz jednak nie okazywał strachu, mimo iż zaraz po otrzymaniu wiadomości o swoim wyborze zwrócił się do Thugutta i innych polityków słowami: "Co wyście mi narobili, co wyście narobili?", to jednak w kolejnych dniach nie zamierzał ulegać emocjom tłumów (chociaż prezydentury nie pragnął). 11 grudnia - na długo przed zapowiadanym na południe zaprzysiężeniem nowego prezydenta - spory tłum zaczął gromadzić się w okolicach Sejmu. Głównie młodzież zaczęła wychodzić na ulicę, aby zagrodzić drogę jadącemu z Łazienek prezydentowi-elektowi. Inni na Placu Trzech Krzyży i przy ulicy Wiejskiej starali się zatrzymywać posłów zdążających na zaprzysiężenie, aby nie było wymaganej liczby posłów i senatorów i przez to aby sam akt zaprzysiężenia był nieważny. Obrzucano też ich obelgami i ciskano w nich kulki śnieżne (jako że była zima). Zdarzały się jednak i pobicia, poseł Piotrowski (PPS) został dotkliwie pobity, poseł Kowalski miał rozbitą głowę z której obficie leciała krew i tak właśnie dotarł do Sejmu. Posłowie Daszyński i Limanowski zostali kijami wepchnięci do bramy jednego z budynków i tam zamknięci. Socjaliści wezwali więc na pomoc swoje bojówki i doszło do walk na ulicach, których efektem było 26 rannych (w tym 9 ciężko) i jeden zabity (Jan Kałuszewski - działacz PPS). Posłowie którzy znajdowali się w Sejmie (głównie z lewicy) pytali się gdzie jest policja i domagano się natychmiastowej dymisji komendanta policji. Posłowie prawicy zaczęli im ubliżać i również w Sejmie wywiązała się walka wręcz pomiędzy posłami różnych opcji politycznych. Narutowicz jednak nie zgodził się pojechać do Sejmu inną trasą, a jego samochód (eskortowany przez oddział szwoleżerów - którzy usuwali wszelkie barykady po drodze) dotarł wreszcie przed gmach Sejmu. Narutowicza powitały okrzyki wzburzonego tłumu, przekleństwa i lecące w jego stronę kulki śnieżne. W samym Sejmie nie było posłów prawicy, poza jednym ich przedstawicielem, który obrzucał prezydenta-elekta obelgami, ale wkrótce musiał się wycofać pod naporem posłów lewicy. Narutowicz pewnym siebie głosem, złożył przysięgę na hebanowy krucyfiks i od tej chwili już oficjalnie objął swój urząd. 14 grudnia w Belwederze Naczelnik Państwa Józef Piłsudski przekazał Gabrielowi Narutowiczowi władzę (którą do tej pory pełnił jako głowa państwa polskiego od listopada 1918 r.).




Prasa prawicowa ponownie ruszyła z atakiem. Władysław Rabski w "Kurierze Warszawskim" z 12 grudnia, w artykule "Jezus, Maria" pisał że "larwa rudobrodego szatana" ponownie zniewoliła Polskę wystawiając ją na sprzedaż na "niemieckim targu". Straszono też, że jeśli Narutowicz ostatecznie nie zrzeknie się prezydentury, to zamiast "potoków krwi", które popłynęły w niedawnej manifestacji, teraz popłynie "morze krwi" (w Poznaniu prawica zorganizowała nawet swoiste zbiórki pieniężne po domach, na "usunięcie" Narutowicza z urzędu prezydenta). Grożono śmiercią nie tylko samemu prezydentowi, ale również jego synowi i jego bliskim. Wszędzie tylko było słychać głosy "Ustąp! ustąp!" Ale paradoksalnie im były one silniejsze i lepiej słyszalne, tym stanowisko Narutowicza utwardzało się. Z początkowej niepewności co ma dalej czynić, ostatecznie postanowił wytrwać na swym stanowisku, aby nie tworzyć precedensu, który doprowadzi do ulegania ulicy. Podobnego zdania był Marszałek Piłsudski, ale gdy dotarły do niego głosy z jego dawnej partii PPS, która chciała zorganizować wielką demonstrację zaraz po pogrzebie zabitego 11 grudnia Jana Kałuszewskiego, połączoną z zablokowaniem siedzib partii prawicowych w Śródmieściu (z tego powodu PPS nawiązała kontakt z byłymi peowiakami, którzy również udzielili tutaj wsparcia), zdając sobie sprawę że może to skończyć się ponownym rozlewem krwi, stwierdził początkowo że to już od Niego nie zależy, bo On zdał swoją władzę. Ale jednocześnie dodał: "Rozumiecie chyba sami że nie można dopuścić do rządów ulicy, czy to z lewej, czy z prawej strony i gdy was wezmę do spokoju - musicie usłuchać. Jedno tylko mogę wam przyobiecać: jeśli będziecie się domagać aby siewcy anarchii zostali niezwłocznie postawieni w stan oskarżenia i oddani pod sąd - ja takiego przyrzeczenia nie odmówię i zrobię ze swej strony wszystko aby tak się stało". Do akcji lewicy jednak nie doszło, a w sobotę 16 grudnia 1922 r. prezydent Gabriel Narutowicz (po wcześniejszej wizycie u kardynała Kakowskiego) udał się do gmachu Zachęty i tu (w chwili gdy zatrzymał się przed obrazem Kopczyńskiego) z tłumu wysunął się jakiś mężczyzna, który natychmiast oddał trzy strzały w kierunku prezydenta. Jedna kula uderzyła w kręgosłup, druga w serce i nim przybyła pomoc prezydent skonał. Mordercą okazał się artysta-malarz (a jednocześnie fanatyczny zwolennik prawicy) Eligiusz Niewiadomski, który został schwytany przez adiutantów prezydenta. 29 grudnia stanął on przed sądem i na pytanie sędziego czy przyznaje się do winy, odpowiedział: "Do winy - nie, do złamania prawa tak!" Stwierdził dalej że jego czyn był czynem czysto politycznym, natomiast sam Narutowicz jako człowiek w ogóle go nie interesował i wierzył nawet głęboko, że był on dobrym mężem i dobrym człowiekiem, a być może nawet patriotą, ale to w ogóle nie miało dla niego żadnego znaczenia, bo Narutowicz stał się symbolem tego co najgorsze, czyli anarchii podsycanych przez mniejszości narodowe i zewnętrznych wrogów Polski. Dodał również że planował na początku zabójstwo Piłsudskiego, 6 grudnia na wystawie u Baryczków. Zrezygnował jednak z tego zamiaru, gdy dowiedział się że Piłsudski odmówił kandydowania na prezydenta. Ostatecznie Niewiadomski został skazany na karę śmierci i wyrok wykonano przez rozstrzelanie w Cytadeli warszawskiej 31 stycznia 1923 r. Ostatnie słowa Niewiadomskiego brzmiały: "Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski".




Zaraz po zamachu ulice Śródmieścia opustoszały. Mało tego, okazało się nagle że władze państwowe przestały funkcjonować i nie było komu podejmować decyzji. Taki stan swoistego rozkładu politycznego trwał przez kilkanaście pierwszych godzin po zamachu, a i później nie było lepiej. Stanisław Thugutt swojej autobiografii pisał: "Straszny był dzień pogrzebu Narutowicza. Pogoda tak mroczna i mglista, że w samo południe panowały ciemności (...) Na chodnikach - od Belwederu do Zamku - stał w gęstym skupieniu jakiś skamieniały w bezruchu, nieodgadniony tłum, i nie wiadomo było co się kryje pod skorupą milczenia". Prasa prawicowa weszła teraz w zupełnie inny ton, zaczęto pisać: "Ciszej nad tą trumną", albo "Miłości Ojczyzny - cudowny to lekarz! Odrzućmy jedne, odwołajmy się do drugiego!" Stanisław Stroński twierdził np. że lewica pragnie wykorzystać ten mord do "płaskich i podłych celów politycznych", czyli chce żerować na śmierci Narutowicza, aby zbić na tym polityczny interes. 17 grudnia marszałek Sejmu Maciej Rataj (na wniosek Piłsudskiego) powierzył misję tworzenia nowego (rząd Nowaka bowiem podał się do dymisji zaraz po zaprzysiężeniu Narutowicza) Władysławowi Sikorskiemu, który objął również tekę ministra Spraw Wewnętrznych. Marszałek Piłsudski objął zaś szefostwo Sztabu Głównego i nowy rząd szybko przywrócił porządek wprowadzając stan wyjątkowy i obsadzając wojskiem ulice, oraz centralne gmachy w stolicy. Aresztowano też kilku najbardziej zdeterminowanych krzykaczy z ostatnich dni, m.in. publicystę Adolfa Nowaczyńskiego i prezesa Związku Hallerczyków - Sierocińskiego. Prokuratura zażądała również usunięcia immunitetu kilku posłom, co też się stało i mieli oni wytoczone sprawy sądowe za podżeganie do morderstwa. Mimo to atmosfera zaczęła się rozrzedzać, emocje ustąpiły, wracał spokój i normalność. 20 grudnia ponownie zebrało się Zgromadzenie Narodowe i odbyły się drugie wybory prezydenckie. Prawica zrezygnowała z kandydatury Zamoyskiego (zdając sobie sprawę że nie poprze go Witos i jego partia), wysuwając kandydaturę prof. Kazimierza Morawskiego. Witos i PSL "Piast" wysunęli zaś kandydaturę Stanisława Wojciechowskiego. I to właśnie on zwyciężył, zdobywając 298 głosów, wobec 221 dla Morawskiego. Nowy prezydent (choć wybrany głosami tych samych środowisk co wcześniej Narutowicz) został zaprzysiężony jeszcze tego samego dnia bez żadnych protestów. Jednak już kilka tygodni później prawica zaczęła brać Niewiadomskiego na swoje sztandary jako bohatera (chodź zaraz po zamachu wyrzeknięto się go, jako chorego psychicznie). Najpierw starano się przekonać go by złożył prośbę o ułaskawienie, ale on stwierdził że tak jak Narutowicz - który zginął z jego ręki, tak i on musi ponieść śmierć, aby zapłacić za zbrodnię którą popełnił - bez względu na pobudki. Potem zaś, gdy wyrok został już wykonany, oficjalnie uznano go za patriotę, który poświęcił swe życie w obronie Ojczyzny.

30 grudnia 1922 r w Moskwie proklamowano utworzenie Związku Socjalistycznych Republik Rad (Sowietów). Początkowo to państwo składało się z 4 republik: Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Rad, Ukraińskiej SRR, Białoruskiej SRR i Federacji Republik Zakaukaskich.


CDN.

piątek, 22 marca 2024

REWOLUCJA BEZ ŻADNYCH REWOLUCYJNYCH KONSEKWENCJI! - Cz. I

CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO




 Na pomysł tego tematu wpadłem nieco przypadkowo, gdyż analizując kwestie ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce i przejęcia władzy przez "koalicję 13 grudnia", złożoną z Platformy Obywatelskiej i jej przystawek, oraz Trzeciej Drogi z PSL-em i Lewicy, doszedłem do dość ciekawego wniosku (przynajmniej ciekawego dla mnie). Otóż wydaje mi się teraz, że to, iż Prawo i Sprawiedliwość straciło władzę, to nie jest wcale takie głupie i nie jest też wcale takie złe jakby się można było na pierwszy rzut oka spodziewać. Owszem, dla Polski nie jest to czas zbyt pomyślny i to trzeba od razu przyznać, ponieważ mamy realnie władzę, które nie reprezentuje polskiego interesu narodowego, natomiast jest zapatrzona na tak zwany "projekt unijny", oraz na swoich "kolegów" (takich ich nazwijmy) z Berlina. Jednak to że Prawo i Sprawiedliwość przegrał wybory (przepraszam, PiS wyborów nie przegrał. Wybory wygrał po raz trzeci z rzędu, a nie rządzi tylko dlatego że nie zdobył wystarczająco dużo głosów, umożliwiających mu samodzielne rządy), ma również swoje plusy, bo tak mówiąc całkowicie szczerze gdyby PiS zdobył władzę po raz trzeci z rzędu, to poziom pychy i zapatrzenia się polityków tej partii we własną nieomylność, byłby kolosalny, natomiast antyspołeczne (i niekiedy antypolskie) projekty, które wychodziły również od tej partii (przykładem chociażby czasy pomoru i cowidowej tresury społecznej, czy też "5 dla zwierząt") zapewne byłyby również realizowane w tej trzeciej kadencji. Dlatego też ten czas który mamy teraz, jest swoistym czasem zarówno katharsis jak i okresem, w którym wykuwamy nową jakość, i to niekoniecznie musi być jakość pod sztandarem Prawa i Sprawiedliwości - chociaż bez wątpienia jest to najsilniejsza partia z tzw. stronnictw prawicowych (jeśli można to tak nazwać). Władza bowiem bardzo szybko się degeneruje, szczególnie wtedy kiedy dojdzie do wniosku że nie jest w stanie nikt jej usunąć. Tak było przez całe lata 90-te i pierwszą dekadę XXI wieku ze wszystkimi stronnictwami w mniejszy lub większy sposób wspieranymi przez środowisko tzw. michnikowszczyzny i Gazety Wyborczej. 

Pamiętam przecież te ich stwierdzenia "wygrajcie sobie wybory, to będziecie rządzić", albo ta ich pewność, ta buta, że to właśnie oni są powołani do przewodzenia Naszemu Państwu i Narodowi, bo przecież to oni są tymi oświeconymi, tą grupą ludzi, która posiadła swoisty kamień filozoficzny. Oni byli tak pewni że będą (w takiej czy innej formie) wygrywać zawsze, być może do końca świata i jeden dzień dłużej, że to stawało się wręcz niezdrowe i niestrawne. Ale taka była tam mentalność. Oni uważali też, że to, co się stało w latach 2005-2007 to był zaledwie wypadek przy pracy który już więcej się nie powtórzy i teraz opcja liberalno-lewicowa (choć z liberalizmem mają oni tyle wspólnego, coś świnia z gwiazdami) będzie już rządzić non stop. Dlatego też Adam Michnik twierdził w programie Tomasza Lisa, że pompowany przez wszelkie sondażownie Bronisław Komorowski jest tak dobrym prezydentem, że on po prostu musi wygrać i musiałoby się stać coś nieprawdopodobnego żeby przegrał. Musiałby - jak stwierdził Michnik -  dosłownie "przyjechać zakonnicę w ciąży na pasach". Taka w tym obozie była pewność we własną nieomylność. I co się stało w 2015 r.? Nikomu bliżej nieznany wcześniej Andrzej Duda, pokonał tego pompowanego sztucznie Bronka z Budy Ruskiej. I nagle zarówno Michnik jak i całe to jego środowisko uznali, że coś się wydarzyło, że już nie mają takiego wpływu na społeczeństwo, jakie mieli jeszcze w latach 90-tych, czy na początku XXI wieku. Pamiętam że Michnik potem w ogóle zarzekał się żeby nie wspominać o tej przysłowiowej "zakonnicy w ciąży", o której wcześniej z taką pewnością i lubością opowiadał, ale mimo to, po tym co się stało w obecnych wyborach tamta strona znowu doszła do przekonania, że spokojnie mogą wrócić do sytuacji sprzed 2015 roku (pamiętam kilka miesięcy temu oburzenie Lisa na jego kanale YouTube-wym, w którym pytał się co też takiego złego było przed owym 2015 r.). To ja im tylko gratuluję i mogę powiedzieć róbta tak dalej chłopaki. Natomiast co do PiS-u to tutaj bez wątpienia muszą zostać wyciągnięte konsekwencje. Co prawda Kaczyński (choć ja osobiście uważam że powinien już przejść na emeryturę to) wydaje się że jeszcze przez rok powinien zostać jako prezes tej partii, bo jak on odejdzie, to tam się zaczną prywatne wojenki podjazdowe na kształt Konwentu Świętej Katarzyny z lat 90-tych, i znów będzie jednoczenie prawicy przez podział. W każdym razie bezwzględnie jest to czas do tego, żeby budować nową siłę, czy to pod sztandarami PiS-u, czy też zupełnie innych sił niezwiązanych ani z Porozumieniem Centrum (sławny "zakon PC" zgromadzony wokół prezesa) ani z tym wszystkim, co wyrosło do tej pory wokół Prawa i Sprawiedliwości.

Dlatego kierując się tym oto przesłaniem postanowiłem wrócić do okresu międzywojennego i czasu, gdy Marszałek Józef Piłsudski przejął władzę w kraju w wyniku zamachu stanu, a raczej opisać jak na ów zamach i rządy Sanacji reagowały państwa ościenne (głównie politycy, dziennikarze i korespondenci zagraniczni). Nim jednak przyjdę do tego tematu, muszę zrobić krótki research na temat tego dlaczego doszło do zamachu i jak się on odbywał.



ZBAWIENNY GWAŁT
(12-14 maja 1926)




Józef Piłsudski bez wątpienia był człowiekiem który najmocniej przysłużył się sprawie odzyskania przez Polskę Niepodległości zarówno w latach I Wojny Światowej, jak i przed jej rozpoczęciem, i jako ten, który stał się symbolem owej Niepodległości, był też uznawany za najbardziej godnego najwyższych stanowisk w państwie, w tym stanowiska prezydenta. Jednak ponieważ konstytucja uchwalona w marcu 1921 r. przyznawała przyszłemu prezydentowi bardzo słabe prerogatywy, (przeciwnicy Piłsudskiego zadbali bowiem o to, żeby nie miał on zbyt dużej władzy, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że to On zapewne zostanie wybrany pierwszym prezydentem odrodzonego Państwa), Marszałek odmówił kandydowania i jako swojego kandydata wyznaczył (czy też raczej poparł) dotychczasowego ministra Spraw Zagranicznych - Gabriela Narutowicza. Ten wygrał wybory - 9 grudnia 1922 r. (wówczas prezydenta wybierały połączone izby Sejmu i Senatu), i od 11 grudnia pełnił funkcję pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Niestety, ponieważ wsparły go głównie stronnictwa lewicowe i mniejszości narodowe, Chrześcijańska Demokracja, a szczególnie Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego i gen Józefa Hallera (von Hallenburga, pod którego dowództwem notabene służył mój pradziadek, również Niemiec z pochodzenia) stworzyły wokół jego osoby taką atmosferę niechęci i nienawiści, że człowiek, który miał lekko zaburzone pojęcie psychicznej sprawczości, a do tego był zdeklarowanym nacjonalistą - Eligiusz Niewiadomski zamordował Gabriela Narutowicza już 16 grudnia 1922 w gmachu warszawskiej Zachęty, podczas oglądania obrazów.






Narutowicz był pierwszym prezydentem odrodzonej Polski, a jednocześnie jego zabójstwo było pierwszym i jedynym takim przypadkiem w całej historii Polski, w której głowa państwa - czy to prezydent, naczelnik państwa, czy też król zostałaby usunięta za pomocą morderstwa. Nigdy wcześniej to się nie zdarzyło, żaden król Polski nigdy nie został zabity. Wszędzie w Europie czy to we Francji, w Anglii, również w Hiszpanii, we Włoszech, w Portugalii czy w innych krajach notorycznie wręcz mordowano panujących, w Polsce nigdy to się nie zdarzyło. Co prawda doszło do dwóch nieudanych prób zamachu na monarchów (jeden w 1523 a drugi w 1620), ale to były doprawdy wyjątki potwierdzające regułę. Dlatego też śmierć Narutowicza była tak tragicznym, a jednocześnie tak wyjątkowym wydarzeniem w dziejach naszego Narodu. Niewiadomski twierdził oczywiście potem że dokonał zamachu na Narutowicza nie dlatego że nie lubił Narutowicza jako człowieka, tylko dlatego, że stał się on symbolem tego, co Niewiadomski uznał za niezwykle szkodliwe dla Polski (wcześniej planował również zamach na Piłsudskiego, gdyby ten przyjął stanowisko prezydenta). Nowym prezydentem wybrany został 20 grudnia 1922 r. Stanisław Wojciechowski, były socjalista i towarzysz Piłsudskiego z PPS, a potem związany częściowo z obozem narodowym i z ludowcami. Marszałek Piłsudski zaś 3 lipca 1923 r. (podczas przyjęcia w Sali Malinowej Hotelu Bristol w Warszawie), zapowiedział swoje odejście z polityki i powrót do zacisza domowego, do Sulejówka, gdzie miał mały dworek o nazwie "Milusin", ofiarowany mu wcześniej ze składek społeczeństwa. Jednak żegnając się ze swymi współpracownikami ze Sztabu Generalnego zakończył swoje słowa mówią: "Do widzenia, panowie". A już parę tygodni później jego zwolennicy zaczęli porównywać wyjazd Marszałka do podwarszawskiej miejscowości, z zesłaniem Napoleona na wyspę Elbę. Już w październiku 1923 r. niejaki Władysław Baranowski (który odwiedził Marszałka w Sulejówku), napomknął mu o planie stworzenia tajnej organizacji antyrządowej z udziałem wojskowych, mającej na celu przywrócić Piłsudskiego do władzy w państwie. Piłsudski był tym pomysłem bardzo wzburzony i stwierdził: "Tego ja absolutnie nie pochwalam, nie aprobuję i nawet na to nie pozwalam - jeśli zapytujecie o moje zdanie i z nim się liczycie. Jako politycy, jako zwykli obywatele robić możecie tak, jak wam nakazuje przekonanie, to sprawa waszego sumienia. Do wojska jednak z tego rodzaju propozycjami zwracać się nie wolno" - jest to również ukazane w poniższym fragmencie.




Realnie marszałek zaczął rozważać opcję siłową choć niekoniecznie zamach, dopiero w roku 1925, szczególnie gdy październiku tego roku w locarno trwały rozmowy pomiędzy przedstawicielami Francji, Niemiec, Belgii, Wielkiej Brytanii i Włoch na temat powojennego ostatecznego uregulowania wzajemnych granic. Problem tylko polegał na tym, że w podpisanym 1 grudnia 1925 r. w Londynie dokumencie, wschodnie granice Niemiec z Czechosłowacją i Polską pozostawały nadal nie potwierdzone i nieuregulowane, co pozostawiało Niemcom w przyszłości możliwość rewizji owych granic. Licząc się z tym faktem 15 listopada 1925 r., czyli w pierwszą niedzielę po siódmej rocznicy powrotu Marszałka z twierdzy magdeburskiej, do Sulejówka manifestacyjnie zjechało specjalnym pociągiem kilkuset oficerów i 12 generałów służby czynnej, którzy demonstracyjnie wzywali Piłsudskiego do przyjęcia władzy. Marszałek jednak nie zareagował i oficerowie musieli wrócić do swoich jednostek (co dla niektórych zakończyło się zesłaniem do odległych garnizonów, gdyż władze nie mogły już udawać że nic się nie stało). Jednak myśl o demonstracji wojskowej w celu wywarcia wpływu na rząd, potęgowała się w Józefie Piłsudskim z każdym kolejnym miesiącem i gdy 8 maja 1926 r. minister spraw wojskowych gen. Lucjan Żeligowski (ten który w październiku 1920 r. zajął Wilno, które postanowieniami zwycięskich mocarstw miało zostać włączone do Litwy - oficjalnie twierdząc że dowodzone wówczas przez niego oddziały zbuntowały się) mianował Piłsudskiego zwierzchnikiem manewrów kilku pułków garnizonu warszawskiego na poligonie w Rembertowie, Marszałek uznał, że jest to dobra okazja do zademonstrowania swoich wpływów w wojsku (które politycy opcji narodowo-ludowej próbowali podważyć). Co prawda już 10 maja nowy minister obrony odwołał ćwiczenia, ale oddziały nie powróciły już do koszar.


gen. JÓZEF HALLER 
(von HALLENBURG)



12 maja o godzinie 7:00 rano marszałek wyjechał z Sulejówka (prosząc żonę aby przygotowała mu obiad na 14:30 - jak zwykł jadać obiady). Chciał bowiem spotkać się z prezydentem Wojciechowskim i z tego powodu udał się do Belwederu. Tam jednak okazało się że prezydenta nie ma i że wyjechał do Spały. Jednocześnie na warszawskich ulicach gazeciarze zaczęli reklamować wydanie "Przeglądu wieczornego", z symbolicznym tytułem: "Zamach na Marszałka Piłsudskiego". Gazeta pisała bowiem, że w nocy posiadłość Marszałka w Sulejówku została zaatakowana przez grupy "jakichś podejrzanych indywiduów", które miały ostrzelać zabudowania z karabinów i rewolwerów. Potem okazało się to nieprawdą, ale taka właśnie informacja poszła do społeczeństwa. Kierując się tymi właśnie informacjami, oficerowie skupieni wokół Marszałka stwierdzili że muszą stanąć w obronie zaatakowanego i zwrócili się do swych dowódców o wydanie zarządzeń dla ochrony bezpieczeństwa Piłsudskiego i jego rodziny oraz domu. Gen. Prich dowódca Centrum Wyszkolenia, stwierdził że rozkazy  jakie otrzymał do tej pory, sugerują raczej że powinien skierować się przeciwko Marszałkowi, co spowodowało niezadowolenie i samorzutne pogotowie żołnierzy i oficerów w całym garnizonie warszawskim i w kilku innych. Wreszcie w stronę Warszawy wyruszyły oddziały z garnizonów w Siedlcach i w Mińsku Mazowieckim. Marszałek o godzinie 16:00 dotarłszy na Pragę, nakazał zatrzymanie marszu tych jednostek. Premier Wincenty Witos był gotów ustąpić, bo takie było żądanie Piłsudskiego - dymisja rządu, ale jednocześnie był zapewniany przez niektórych generałów (w tym Tadeusza Tarnawę-Malczewskiego) że łatwo sobie poradzą z buntem Piłsudskiego i że nie należy ustępować. Należy tutaj dodać, że sam prezydent Wojciechowski nie był zwolennikiem rządu Witosa i też chciał jego ustąpienia, także z pewnością dogadałby się z Piłsudskim (tym bardziej że dobrze się znali jeszcze z czasów PPS-u), ale prezydenta mocno oburzyło to, że Piłsudski był w stanie przeprowadzić ową demonstrację wojskową (jak sam mówił, a jak uważał Wojciechowski zamach stanu), tym bardziej że wcześniej, podczas rozmowy z Marszałkiem uzyskał od niego zapewnienie że do niczego takiego nie dojdzie. Gdy więc obaj panowie spotkali się 12 maja na moście Poniatowskiego, Wojciechowski występował tutaj jako oburzony całą tą sytuacją i od razu zakomunikował Piłsudskiemu: "Stoję na straży honoru Wojska Polskiego, reprezentuję tutaj Polskę". Ostatecznie z tej rozmowy nic nie wyszło (a Piłsudski nawet w pewnym momencie złapał Wojciechowskiego za poły fraka) i obaj panowie się nie dogadali.

Obawiając się najgorszego (bowiem Piłsudski nie chciał robić żadnego zamachu i to trzeba sobie jeszcze raz uzmysłowić, a jedyne czego chciał, to zademonstrować swoją siłę i swój wpływ na wojsko, który to był notorycznie podważany przez niechętnych mu polityków), postanowił Marszałek porozmawiać z dowodzącym oddziałami zabezpieczającymi drugą stronę mostu. Podszedł do młodego porucznika stojącego po tamtej stronie. Ten na widok Marszałka stanął na baczność i zasalutował, po czym Piłsudski zapytał: "Drogie dziecko, będziesz do mnie strzelał?", na co ten odpowiedział: "Taki otrzymałem rozkaz, panie Marszałku?". Po owej rozmowie z młodym oficerem na moście Poniatowskiego, Piłsudski już kompletnie się załamał. Jego najbliżsi współpracownicy nigdy nie widzieli go w takim stanie, a przecież były znacznie poważniejsze momenty w czasie I Wojny Światowej i podczas Wojny z bolszewikami. Piłsudski zamiast myśleć o podjęciu walki (lub przynajmniej załagodzeniu w jakiś sposób tej sytuacji - chociaż wówczas nie było już możliwości rozejścia się do koszar bez żadnych konsekwencji dla sprawców tego "buntu") to zaczął opowiadać swoim współpracownikom o czasach, gdy był komendantem Pierwszej Brygady Legionów, i wcześniej jeszcze przytaczał różne opowieści z czasów walki z caratem. Było oczywiste że nie nadaje się do wydania jakichkolwiek rozkazów i dokończenia tego, co już się działo. A przecież nawet jeśli Piłsudski był pogodzony ze śmiercią (zresztą ten pajac Malczewski groził, że skończy jak buntownik, nawet nie rozstrzelany a powieszony), to na taki los na pewno nie byli gotowi jego współpracownicy i to właśnie oni kontynuowali, a raczej rozpoczęli właściwy bunt. Dowództwo nad zbuntowanymi oddziałami przejął teraz gen. Gustaw Orlicz-Dreszer i podpułkownik Józef Beck i to oni doprowadzili tę operację do końca.


gen. GUSTAW ORLICZ-DRESZER



O godzinie 19:00 12 maja padły pierwsze strzały najpierw na moście Kierbedzia, a następnie - po wyparciu stamtąd oddziałów rządowych - siły Piłsudskiego dotarły do Placu Zamkowego i do Śródmieście (konkretnie do Dworca Głównego). Rząd ogłosił stan wojenny, jednak już następnego dnia na rozkaz marszałka walki wstrzymano Szczecinek gdyż podjęto się prób mediacji (z takimi zamiarami wystąpił marszałek Sejmu Maciej Rataj i arcybiskup kardynał Aleksander Kakowski). Witos ponownie zapowiedział iż gotów jest ustąpić, ale znów nie zgodziło się na to jego otoczenie. Po południu 13 maja siły rządowe przeszły do kontrataku, lecz po kilku początkowych sukcesach ich natarcie się załamało i teraz oddziały Piłsudskiego przeszły do ataku, zajmując Cytadelę na Żoliborzu, Stare Miasto, Muranów i Wolę. Siły rządowe stacjonowały na południu Warszawy, na Mokotowie, Ochocie i w Wilanowie. 14 maja na stronę wojsk  wiernych Piłsudskiemu przyszły kolejne oddziały garnizonu warszawskiego, co spowodowało że siły te dotarły pod Belweder - siedzibę prezydenta Rzeczpospolitej (a wówczas również i rządu). Natychmiast prezydent i członkowie rządu zostali ewakuowani do Wilanowa, z tym że drogę tę musieli przyjść pieszo. Wielu oficerów wiernych rządowi było zdeterminowanych walczyć dalej, ale członkowie gabinetu z samym Witosem nie chcieli już tego, podobnie zresztą prezydent. Piłsudski zaś bardzo obawiał się interwencji sowieckiej i niemieckiej, dlatego też kategorycznie zakazał ściągnięcia oddziałów ze wschodnich i zachodnich regionów kraju. Twierdził też, że gdyby doszło do takiej wspólnej interwencji przeciwko Polsce, nie bylibyśmy w stanie powstrzymać wojsk sowieckich i niemieckich i doszłoby do kolejnej utraty państwowości, Piłsudski dodał że tego już by nie przeżył. Podobnie myślał prezydent Wojciechowski, który stwierdził: "Wolę, by Piłsudski objął władzę choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety". Rząd złożył dymisję 14 maja i również prezydent tego dnia zrezygnował z urzędu. Łącznie podczas owych trzech dni majowych w Warszawie walczyło ok. 18 000 żołnierzy, z czego 6 000 po stronie rządu. A zginęło 379 osób w tym 164 cywilów (były też takie przypadki, że ludzie ginęli w głupi sposób, jak choćby pewna rodzina, która wyszła na balkon żeby popatrzeć na toczące się walki. Wszyscy zginęli, gdy w balkon trafił pocisk-rykoszet). 920 osób zostało rannych. Zamachowi temu przysłużyły się również stronnictwa polityczne, jak choćby Polska Partia Socjalistyczna, która zorganizowała strajk powszechny, dzięki czemu zablokowano węzły kolejowe w Kutnie, co wstrzymało jadące na odsiecz rządowi pułki z Wielkopolski i Pomorza (notabene w tamtym czasie - licząc na własne korzyści - Piłsudskiego poparła Komunistyczna Partia Polski, o czym jeszcze będę pisał w innym temacie). Teraz nastąpiła "Nowa Polska". Nowa, czyli jaka?

Celem Piłsudskiego od początku była walka ze złodziejami, politykierstwem sejmowym (sejmokradztwem) i z rozkładem moralnym jak i zapanował w pierwszych latach po odzyskaniu Niepodległości. Twierdził że potrzebna jest "sanacja moralna kraju" (stąd potem wzięła się nazwa rządów pomajowych, zwanych zbiorczo "Sanacją"). Celem Piłsudskiego było również wzmocnienie państwa zarówno wewnętrznie jak i zewnętrznie, ale ta rewolucja której dokonał owym zamachem, była -  jak to określił sam Piłsudski: "Rewolucją bez żadnych rewolucyjnych konsekwencji". I rzeczywiście, nie zostały rozwiązane żadne niechętne Piłsudskiemu (i zwalczające go często w sposób ubliżający ludzkiej godności) partie czy stronnictwa polityczne. Nie zostały rozwiązane żadne opozycyjne wobec Piłsudskiego gazety -  wszystko było praktycznie tak samo jak wcześniej. Opozycja normalnie funkcjonowała, wybory nadal przeprowadzano (po uchwaleniu nowej konstytucji w kwietniu 1935 r. partie polityczne już nie startowały w wyborach do Sejmu i Senatu, a głosowano na poszczególne osoby, najczęściej reprezentujące jakieś środowiska lub stronnictwa społeczne czy grupy zawodowe), z tym tylko (i to była jedyna różnica jaką wprowadzono po maju 1926 r.) że co prawda opozycja mogła sobie istnieć, mogła krytykować rząd w dalszym ciągu tak jak dotąd, ale... nie miała już praktycznej możliwości przejęcia władzy. Piłsudski-  choć spodziewano się że teraz wybrany zostanie prezydentem, ponownie odrzucił to stanowisko i poparł Ignacego Mościckiego, który został wybrany przez połączone izby Sejmu i Senatu 4 czerwca 1926 r. Był więc już trzecim prezydentem odrodzonej Polski od grudnia 1922 r. ale zarazem ostatnim, Bowiem kadencja prezydenta Rzeczpospolitej trwała 7 lat i Mościcki - wybrany ponownie W 1933 r. (Przy braku kontrkandydatów), swoją funkcję sprawował aż do inwazji Niemiec i Związku Sowieckiego na Polskę we wrześniu 1939 r. Marszałek Piłsudski zaś zadowolił się stanowiskiem Głównego Inspektora Sił Zbrojnych i pozostał nim do swej śmierci w maju 1935 r. Natomiast ustrój panujący w Polsce po maju 1926 r. sprawiał ogromną trudność zagranicznym politykom dziennikarzom i korespondentom politycznym, którzy pisali o naszym kraju i o nich właśnie chciałbym teraz powiedzieć, gdyż polski ustrój wymykał się wszelkim klasycznym definicjom i był całkowitym novum w ówczesnej polityce.


PS: I jeszcze jedno. Warto tutaj wspomnieć o tym że, że Józef Piłsudski bardzo postarzał się w ciągu tych trzech dni majowych roku 1926. Jak już wspomniałem, wychodząc z domu rano 12 maja poprosił żonę aby przygotowała mu obiad na godzinę 14:30. Lecz gdy ujrzała go ponownie 14 maja w godzinach wieczornych, nie mogła go poznać. Bardzo się zmienił, postarzał na twarzy i posiwiał. To też pokazuje jak wielkie piętno wywarły na Nim te trzy majowe dni które mogły przecież doprowadzić do upadku państwa polskiego, gdyby walki przedłużyły się choćby o kilka tygodni. Sowieci, a również i Niemcy tylko czekali żeby móc interweniować w wewnętrzne sprawy Polski i tym samym wyzyskać dla siebie z tego korzyść.




CDN.