Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOLANDIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOLANDIA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 lipca 2024

GŁODOWA ZIMA!

CZYLI JAK TO NIEMCY CHCIELI ZAGŁODZIĆ HOLENDRÓW






"W takich chwilach poznajesz śmierć, tęsknotę i niebezpieczeństwo, co powoduje, że zaczynasz cenić sobie bezpieczeństwo i to, jak szybko może się zmienić. Uczysz się je poważnie traktować"


Słowa wypowiedziane przez gwiazdę amerykańskiego kina - Audrey Hepburn, która jako młoda dziewczyna ukrywała w czasie wojny swoje brytyjskie pochodzenie, żyjąc w Holandii pod zmienionym nazwiskiem - Edda van Heemstra. Doświadczyła ona również jako nastolatka potwornego głodu, na jaki Niemcy skazali Holendrów zimą 1944 na 1945 rok. Z tego też powodu do końca życia miała problemy z oddychaniem i cierpiała na nawroty anemii, natomiast gdy ktoś nieświadomy tego komplementował jej figurę, mówiąc iż jest wyjątkowo szczupła, ona przyjmowała to z lekkim uśmiechem, gdyż był to efekt właśnie tamtego okrutnego czasu wojny.




10 maja 1940 r. o świcie wojska niemieckie rozpoczęły kampanię na Zachodzie, atakując Belgię, Holandię, Luksemburg i Francję. 136 niemieckich dywizji miało za przeciwnika o połowę słabsze wojska alianckie (na odcinku Beneluxu, bowiem Francuzi znacznie górowali nad Niemcami zarówno liczebnością jak i jakością swoich wojsk i jedynym ich słabym punktem było morale, a w zasadzie... jego zupełny brak. Może jeszcze francuskie lotnictwo było słabsze od niemieckiego, ale Francuzi liczyli tutaj na wsparcie Brytyjczyków, którzy sami uważali że mają słabe lotnictwo). Na Holandię Niemcy uderzyli tylko jedną 9 Dywizją Pancerną, poza tym spustoszenie siała niemiecka Luftwaffe i spadochroniarze. Już pierwszego dnia wojny zbombardowane zostały Haga i Rotterdam (co wywołało dezorganizację nie tylko w Armii Holenderskiej, ale również Francuskiej). Przed wojną Holandia praktykowała politykę neutralności, która przysłużyła się jej w czasie I Wojny Światowej i miała być kontynuowana teraz. Dlatego tak niechętnie Holendrzy patrzyli chociażby na sojusz z sąsiednią Belgią. W chwili inwazji Holendrzy zdawali sobie sprawę że zatrzymanie postępu niemieckiego jest możliwe poprzez przerwanie tam, jako że Holandia - kraj licznych kanałów - choć położona na nizinie, była dosyć trudnym orzechem do zgryzienia dla Niemców i ich główny sukces polegał na uderzeniu z powietrza. Tamy zostały przerwane, a żołnierze holenderscy w niektórych regionach brodzili po pas w wodzie - aczkolwiek byli do tego przygotowani - natomiast Niemcy postawili wszystko na atak z powietrza. Do wojny na Zachodzie Niemcy wyszkolili 4 500 spadochroniarzy, z czego na Holandię skierowano aż 4000 z nich. Dowodził nimi gen. Kurt Student, postawił sobie za zadanie opanowanie mostu w takich miastach jak Rotterdam, Dordrecht i Moerdijk, natomiast w Hadze miano wziąć do niewoli członków rządu holenderskiego razem z królową Wilhelminą (notabene po matce Niemką). Większość operacji Niemcom się udała. Wyżej wymienione mosty zostały opanowane przez niemieckich spadochroniarzy, przy niewielkich stratach własnych (zaledwie 180 poległych i rannych). Jedynie atak na Hagę i próba wzięcia do niewoli holenderskiego rządu nie powiódł się. Na przedmieściach miasta zginęło 400 niemieckich spadochroniarzy i był to największy holenderski sukces tej krótkotrwałej wojny. Gdy bowiem 14 maja niemiecka eskadra bombowa zniszczyła centrum Rotterdamu, wywołało to na Holendrach tak piorunujące wrażenie, że już następnego dnia głównodowodzący Armii Holenderskiej gen. Henri Winkelman podpisał kapitulację mimo że armia nie została jeszcze zmiażdżona. 




Królowa Wilhelmina i członkowie rządu holenderskiego przedostali się na pokładzie brytyjskiego okrętu do Wielkiej Brytanii, gdzie królowa ogłosiła że Holandia walczy dalej aż do zwycięstwa, choć ruch oporu wówczas praktycznie nie istniał. 28 maja skapitulowała Belgia, 14 czerwca Niemcy byli już w Paryżu. W tej dramatycznej sytuacji premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill zaproponował 16 czerwca stworzenie wspólnej Unii brytyjsko-francuskiej ("każdy Francuz stanie się natychmiast obywatelem brytyjskim, podczas gdy Brytyjczyk będzie również obywatelem francuskim"), nie miało to już jednak znaczenia, Francuzom po prostu nie chciało się już walczyć. 22 czerwca rząd gen. Philipa Petaina podpisał akt bezwarunkowej kapitulacji (na życzenie Hitlera nastąpiło to w tej samej kolejowej salonce, w której Niemcy zostały zmuszone do bezwarunkowej kapitulacji 11 listopada 1918 r.). 10 lipca powstaje marionetkowe państwo Vichy z generałem Petainem jako jej przywódcą. Klęska była więc zupełna, a teraz zaczęła się okupacja na Zachodzie.

Niemcy uważali Holendrów za naród czysty rasowo, część rasy germańskiej, dlatego też starali się uczynić z nich (oczywiście po germanizacji) naród panów w nowej (niemieckiej) Europie. Władzę w okupowanym kraju przejęła jedyna legalna partia: Narodowo-Socjalistyczny Ruch Holenderski (Nationaal-Socialistische Beweging in Nederland), chociaż najważniejsze stanowiska w administracji i tak zajmowali Niemcy. Duża część holenderskiego przemysłu włączyła się w machinę gospodarczą III Rzeszy (która przynosiła właścicielom holenderskich firm całkiem ładne zyski). Ruch oporu co prawda powstał, ale dla Niemców nie stanowił żadnego wyzwania. Skupiał się bowiem jedynie na rozrzucaniu ulotek, redagowaniu pism podziemnych i niewielkich aktów sabotażu (w tym częściowo na ukrywaniu Żydów, za co groziła w Holandii co najwyżej utrata pracy i kary administracyjne, w Polsce zaś za to samo groziła kara śmierci dla wszystkich u których znaleziono ukrywających się Żydów, łącznie z małymi dziećmi, i to natychmiast, bez wyroku sądu). Po ataku Niemiec na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 r. holenderscy entuzjaści nazizmu również chcieli być potrzebni i zaczęto wówczas formować 4 Dywizję SS Grenadierów Pancernych "Nederland". Holendrzy (podobnie zresztą jak Francuzi) widzieli siebie jako część wielkiej nowej niemieckiej Europy, i zaczęło się to zmieniać dopiero chwilą nastania niemieckich klęsk na Froncie Wschodnim. Po Stalingradzie, (czyli po lutym 1943 r.) holenderski ruch oporu nieco bardziej się zaktywizował. Dokonano wówczas w Hadze udanego zamachu na kolaboranta, dawnego oficera Armii Holenderskiej generała-porucznika Hendrika Alexandera Seyffardta. Niemcy w odpowiedzi kazali rozstrzelać 50 holenderskich zakładników i dokonali krwawej pacyfikacji holenderskich uniwersytetów (które do tej pory działały w miarę normalnie). Członkowie NSB mieli od tej pory formować milicje pomocnicze, które miały współpracować z Niemcami przy ściganiu wszelkich form "sabotażu i bandytyzmu".




Gdy 6 czerwca 1944 r. Alianci dokonali lądowania w Normandii, w Holendrach odżyły nadzieje na odzyskanie wolności i niepodległości. Każde kolejne dni alianckich zwycięstw, przynosiły wybuchy cichego entuzjazmu Holendrów (bacznie obserwowanego przez Niemców). Gdy 4 września padła Antwerpia, większość Holendrów uznała że wojna jest już u granic i wkrótce nadejdą "Dni Wolności". Wtorek 5 września 1944 r. (tak zwany "Szalony Wtorek") był pod tym względem dniem szczególnym, gdyż dotychczasowi zwolennicy Niemiec i niemieckiej okupacji spod znaku NSB w obawie przed Aliantami zaczęli masowo uciekać do Niemiec. Jednak na polecenie komisarza Rzeszy w Niderlandach - Arthura Seyss-Inquarta, byli oni wyłapywani i z powrotem zawracani (nazywano ich tchórzami i panikarzami). Gdy zaś 17 września rozpoczęła się operacja "Market Garden" holenderski ruch oporu włączył się w wojskową pomoc dla żołnierzy brytyjskich i polskich wyzwalających Holandię. Nie zakończyła się ona powodzeniem, bo tam poszło... o jeden most za daleko (🥴), W każdym razie mnie szczególnie utkwiła w pamięci cena z filmu (pod tym samym tytułem) z 1977 r. w którym Gene Hackman - grający generała Stanisława Sosabowskiego dowódcę 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej (notabene jednej z nielicznych tego typu formacji w armiach alianckich), krzyczy do żołnierzy po polsku "ciągnąć linę". W każdym razie Holendrzy próbowali się włączyć do walk i w nocy z 1 na 2 października 1944 r. holenderscy partyzanci zamierzali zdobyć wieś Putten prowincji Geldria. W walce zginął tam wówczas oficer Wehrmachtu, co spowodowało że Niemcy zastosowali srogie represje wobec Holendrów. Dokonano egzekucji 7 wziętych wcześniej zakładników, a 661 mieszkańców wsi Putten (która została spalona) deportowano do obozów koncentracyjnych w Auschwitz-Birkenau i Neuengamme.




Po niepowodzeniu operacji "Market Garden", Alianci skierowali się ku Zagłębiu Ruhry, nie chcąc tracić czasu na zdobywanie Holandii. Pozwoliło to Niemcom ukarać Holendrów za próbę wyzwolenia się ich planów dołączenia do "Nowej Europy" (ale co się odwlecze to nie uciecze, dzisiaj Unia Europejska - realizując jednocześnie marksistowski program Altiero Spineliego, wróciła do tematu Nowej Europy Adolfa Hitlera, łącząc go jednocześnie nie tyle z planami III Rzeszy, ile z koncepcjami mitteleuropy, czy w ogóle planami niemieckimi z czasów I Wojny Światowej i II Rzeszy Niemieckiej. Oczywiście to wcześniej czy później musi się zawalić, nikt nie chce bowiem żyć w marksistowskim wychodku, podlanym sosem niemieckiej dominacji). Gdy jeszcze w październiku 1944 r. wybuchł strajk holenderskich kolei (które miały przeszkodzić Niemcom w ściągnięciu posiłków na Front Zachodni w kierunku północnym), Niemcy uznali że przyszedł czas na ostateczne rozprawienie się z krnąbrnymi Holendrami. Głównodowodzący Wehrmachtu w Niderlandach gen. Friedrich Christiansen, nakazał wówczas wstrzymać dostawy żywności do zachodniej Holandii, w tym do Hagi, Amsterdamu i Rotterdamu. A większa część Holandii (szczególnie na północy) praktycznie nie posiada ziemi ornej i jest całkowicie uzależniona od dostaw żywności z zagranicy (pisałem już kiedyś o akcji polskiego posła w Niderlandach, niejakiego Działyńskiego, który dążąc do wywarcia wpływu na stany holenderskie i szybkie zakończenie wojny tego kraju z Hiszpanią, w 1597 r. zagroził wstrzymaniem dostaw polskiego zboża do Niderlandów, co wywołało powszechną panikę groziło właśnie wybuchem epidemii głodu. Należy bowiem pamiętać że wówczas Rzeczpospolita była prawdziwym spichlerzem Europy, a polskie zboże docierało do najdalszych portów Hiszpanii i południowej Francji). Co prawda w listopadzie Niemcy nieco ograniczyli te swoje zarządzenia, jednak nie spowodowało to poprawy sytuacji aprowizacyjne i mieszkańców tego nizinnego kraju, a wręcz przeciwnie. Zimą 1944 na 1945 niedobory żywności zamieniły się już bezpośrednio w stan klęski głodowej. Ludzie umierali na ulicach holenderskich miast, prosili o kromkę chleba. Jak się widzi zdjęcia wychudzonych Holendrów, którzy wręcz przypominają kościotrupy, to można dopiero uświadomić sobie jak daleko poszła ta akcja i jak bardzo Niemcy byli w stanie zagłodzić Naród Holenderski. Siadł bowiem nie tylko oficjalny handel żywnością, ale również czarny rynek, gdyż Niemcy zakazali transportu żywności łodziami i patrolowali wybrzeże. Ludzie aby dostać cokolwiek do jedzenia musieli udawać się na wieś, a i to nie gwarantowało sukcesu, tym bardziej że schwytani przez niemiecką żandarmerię byli surowo karani.




Nie dość na tym, Niemcy ograniczają również dostawy opału. Nieliczne holenderskie lasy są patrolowane i nie wolno z nich wycinać drzew na opał. Holendrzy ratują się przed mrozem niszcząc własne meble: krzesła, komody, szafy wszystko to idzie pod młot i do pieca. Z głodu zjadane są zaś cebulki tulipanów i sproszkowana kora z drzew. Najszybciej umierają z głodu starcy i dzieci, ale właściwie nie ma przed tym ratunku. Szwedzki Czerwony Krzyż próbuje pomagać dostarczając transporty mąki (rzeczywiście po Wojnie Szwedzi w Holandii byli bardzo chwaleni za pomoc jaką udzielili Holendrom i za "szwedzki chleb" który ratował życie). Ale wszystko to jest niewystarczające. Późną wiosną, w kwietniu 1945 r. Brytyjczycy i Amerykanie (w tych zrzutach brały również udział polskie dywizjony) zaczynają dopiero reagować i w ramach operacji "Manna" oraz "Chowhound" zrzucają na okupowaną część Holandii racje żywnościowe. 5 maja Niemcy podpisują akt kapitulacji w Holandii (dokładnie w Hotel de Wereld w Wageningen). Dopiero wówczas Holendrzy mogą odetchnąć, ale "Głodowa Zima" (czyli "Hongerwinter") pochłonęła do 20 000 ludzi, a 7 000 kolejnych zmarło już po Wojnie z powodu chorób wywołanych niedożywieniem. Skutki niedożywienia z czasów wojennych (przez te kilka wojennych miesięcy) odznaczyły się również w kolejnych pokoleniach Holendrów - dzieci kobiet będących w ciąży w czasie głodu, rodziły się słabsze i mniejsze niż reszta, wiele było różnego rodzaju fizycznych niedorozwojów. Do dzisiaj ten temat w Holandii jest bardzo delikatny i to do tego stopnia, że jeszcze 20 lat temu w Holandii nie mówiło się "jestem głodny" tylko "mam apetyt", właśnie dlatego aby nie przypominać tych ciężkich głodowych miesięcy ostatnich chwil II Wojny Światowej. Notabene należy pamiętać że sporą część miejscowości (w tym Bredę) w Holandii wyzwolili żołnierze polscy, szczególnie 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka.




wtorek, 5 marca 2024

LATA 20-te w KOLORZE

NIESAMOWITE

KOLOROWE FILMY 

z lat 20-tych


Zapraszam na sentymentalną podróż do lat 20-tych widzianych z różnych miejsc w Europie - z Warszawy, Berlina, Paryża, Londyn czy Nowego Jorku. Niesamowite filmy które przetrwały po dziś dzień, a dla lepszej jakości wizualnej zostały pokolorowane. O to jak wyglądały te miejsca prawie 100 lat temu. Oto sentymentalna podróż po świecie którego już nie ma:



WARSZAWA
(Miasto posiadało jeszcze nieco dawnej zaborczej architektury rosyjskiej. Po zakończeniu Wojny 1920 roku wiele z tych budynków zostało ponownie przebudowanych w pierwotnym kształtcie - bowiem Moskale w latach 80-tych i 90-tych XIX wieku je pozmieniali -  a część cerkwi zostało zburzonych)
1920





WARSZAWA
(Wypiękniała nam stolica, nie ma już śladu po rosyjskiej zabudowie)
1927





BERLIN
(Zanim Hitler stał się bożkiem)
1929





PARYŻ
(Francja elegancja)
1927





LONDYN
(Senny Albion)
1924





ODESSA
(Nadczarnomorska riwiera w komunistycznym piekle)
1929





NOWY JORK
(Wielkie Jabłko przed Wielkim Kryzysem)
Lata 20-te





NOWY JORK, CHICAGO, SAN FRANCISCO, LONDYN, BERLIN, SZTOKHOLM, KOPENHAGA, AMSTERDAM, PARYŻ, NICEA, GENEWA, MEDIOLAN, WENECJA
Lata 20-te







środa, 23 listopada 2022

NIEWOLNICE - Cz. LXV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 

 
 

 HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. XII

 
 
 

 
 
DROGA DO WOLNOŚCI
 
 
 Ucieczka. To słowo tłukło mi się po głowie. Dzień i noc, trzeźwa czy naćpana, nagle miałam coś silniejszego niż narkotyki - determinację, żeby uciec. Było to maleńkie światełko, bardzo odległe, na końcu długiej ciemnej ścieżki. Ale się pojawiło. I wiedziałam, że muszę odnaleźć drogę do niego. Ale jak? Po zabójstwie Par miałam wrażenie, że Gregor i Pavlov mają mnie ciągle na oku. Nawet kiedy nie było ich w pobliżu, wiedziałam, że oni sami albo któryś z ich ludzi obserwuje mnie, żebym przypadkiem nie spróbowała ucieczki. Sprawy nie ułatwiało również to, że pojawiało się coraz więcej pogłosek o specjalnej jednostce policji. I nie były to tylko plotki. Przy mojej witrynie stanęło kiedyś dwoje nieznajomych - mężczyzna i kobieta - którzy próbowali mnie nakłonić, żebym z nimi porozmawiała. Mężczyzna twierdził, że ma na imię Leon, kobieta przedstawiła się jako Helène. Wyglądali młodo, ale nieprzyjemnie - mieli na sobie zwykłe, codzienne ubrania i w jednej chwili nabrałam co do nich podejrzeń. Byłam pewna, że to podstawieni agenci - kolejny test Gregora na dziewczynach. To Leon pojawiał się najczęściej. Kręcił się pod moją witryną, przypatrywał mi się uważnie, jakby moja twarz wydawała mu się znajoma. Od dawna nie przyglądałam się klientom, których obsługiwałam - jakie znaczenie miało to, jak wyglądają? - ale majaczyło mi się, że wcześniej go nie widziałam. Za trzecim razem wszedł po schodach na górę i powiedział, że jest gliniarzem i pracuje w jednostce specjalnej spoza dzielnicy. Nie miałam zamiaru dać się na to nabrać. Udawanie policjanta z komendy na drugim końcu miasta było klasyczną zagrywką ludzi Gregora. Kazałam mu spadać. Ale wręczył mi pieniądze i powiedział, że nie chce seksu, tylko porozmawiać.
 
- Opowiem ci pewną historię. Po mieście krążą pogłoski o młodej Angielce, która została ściągnięta do Amsterdamu przez naciągacza. Podobno była niewinną dziewczyną, dobrą, przekonaną, że przyjeżdża tu do pracy, żeby być opiekunką. Ale stało się inaczej. Mężczyzna, który ją zwabił, zmusił ją do prostytucji gdzieś w Holandii, a potem przekazał ją innemu mężczyźnie. Słyszałaś o kimś takim? 
 
Przyglądał mi się uważnie. Patrzył prosto w oczy i ponaglał mnie, żebym coś powiedziała. Ale nie byłam w stanie otworzyć ust ani wymówić słowa. Skąd to wszystko wiedział? Pewnie, że opowiedziałam moją historię innym dziewczynom, które pracowały w dzielnicy, chyba dziesiątkom. Czyżby któraś z nich puściła parę? Chyba żadna nie byłaby tak głupia, żeby rozmawiać z policją. A poza tym, czemu miałyby komukolwiek opowiadać o mnie? Nie, coś mi nie grało. To nie był prawdziwy policjant. Któryś ze szpiegów Gregora próbował mnie podejść i sprawdzić. Stąd wiedział o młodej Angielce podstępem wrobionej w prostytucję. "Nie ufaj mu, bo skończysz jak Par" - pomyślałam. Och, jak bardzo chciałam wierzyć, że to prawdziwy policjant. Marzyłam, żeby okazał się szczery i chciałam powiedzieć mu prawdę, żeby mnie chwycił, otworzył szklane drzwi mojego więzienia i zabrał mnie w bezpieczne miejsce. Pragnęłam tego tak bardzo, że chociaż wargi miałam zaciśnięte, oczami musiałam go błagać, żeby wydusił ze mnie całą historię. W końcu zaczął się zbierać do wyjścia. Wcisnął mi przedtem do ręki małą, sztywną karteczkę. Była to wizytówka z jego nazwiskiem i numerem telefonu. U góry znajdowało się wydrukowane kolorową pogrubioną czcionką logo holenderskiej policji - tak, żeby się wyróżniało. Po jego wyjściu myśli zaczęły się kotłować w mojej głowie. Czy to możliwe, że to jednak prawdziwy policjant? Chyba nawet Gregor nie zadałby sobie trudu i nie naraził na koszty drukowania podrabianych wizytówek? Ale nawet jeżeli był to prawdziwy policjant, wcale nie znaczyło to, że mogę mu zaufać. Gregor opłacał wielu policjantów. Nie zapomniałam tych siedmiu, którzy przyszli mnie zgwałcić, traktując to jako gratisowy numerek. Więc nic nie powiedziałam ani niczego nie zrobiłam. Wyciągnęłam zapalniczkę i spaliłam małą prostokątną wizytówkę z jego nazwiskiem i numerem telefonu. Po tamtym wydarzeniu Leon i Helène nadal kręcili się w pobliżu. Próbowali mnie skłonić do mówienia. Helène chyba wiedziała o Reubenie i bardzo chciała się dowiedzieć, czy wiedziałam coś na temat jego śmierci. Ale trzymałam gębę na kłódkę i po kilku tygodniach przestali się pojawiać pod moją witryną. Jednak nigdy nie przestałam marzyć o ucieczce. Chociaż wtedy byłam już całkowicie uzależniona od narkotyków, które dostarczali mi Gregor i Pavlov - twierdzili, że każdego dnia przepuszczam na crack i kokę równowartość pięciuset guldenów - widziałam małe białe światełko nadziei w oddali, na końcu długiej, ciemnej drogi. 
 
Było trochę łatwiej, bo zima się ciągnęła i Gregor z Pavlovem trochę odpuścili z pilnowaniem. Widać uznali, że od tamtej strasznej nocy w magazynie minęło dość czasu i mogą być pewni, że nikomu nie powiem o tym, co się przydarzyło biednej Par. Ale gońcy cały czas przynosili mi zapasy prezerwatyw, chusteczek i narkotyków. I wiedziałam, że przekazaliby każdy okruch informacji - donieśliby Gregorowi o najmniejszej zmianie. Więc pracowałam dalej, siedziałam w mojej szklanej klatce, rozchylałam nogi przed niekończącym się strumieniem mężczyzn, których interesowało tylko to, co mam między nimi. Na noc nadal byłam zamykana w sypialni z innymi dziewczynami, którym Gregor kazał spać na materacu obok mojego. Na korytarzu pod drzwiami dyszały i śliniły się psy. O Boże, te psy. Po dziś dzień mam przez nie koszmary, nadal je widzę, słyszę, czuję. Ludzie pytają, dlaczego nie próbowałam uciekać, dlaczego zwyczajnie nie prysnęłam. Ale nie widzieli tych psów. Nie mają pojęcia, jakie przerażenie budziły. A teraz wiedziałam już, skąd się bierze ciepłe czerwone mięso, którym karmił je Gregor - Par nie była jedyną dziewczyną z dzielnicy, która zaginęła bez śladu. Nie, nie mogłam uciec. Ani przed klientami, ani przed gońcami, ani przed gliniarzami, którzy siedzieli Gregorowi w kieszeni i żyli z jego przestępczego procederu. Nie mogłam uciec ze śmierdzącej, wstrętnej sypialni ani od psów, które jej pilnowały. Powoli, żałośnie, migoczące światełko nadziei zaczęło gasnąć. Stopniowo, ale nieuchronnie, zanurzałam się z powrotem w otępiającej mgle cracku i haszyszu, za pomocą których starałam się wybić sobie z głowy myśl o ucieczce. Wiedziałam, że Gregor nie pozwoli mi odejść, dopóki będę cokolwiek warta. A nawet potem znajdzie sposób, żeby wycisnąć ostatnie pieniądze z mojego zmaltretowanego ciała. Poza tym, dokąd miałabym pójść i kto chciałby mnie przygarnąć? Sarah Forsyth stała się uzależnioną od cracku dziwką. Moje miejsce było tutaj, w śmierdzącym szambie De Rosse Buurt. Aż pewnego ranka stał się cud.
 
 

 
Obudziłam się, jak zwykle, w rogu materaca w głębi sypialni. Byłam sama. Pozostałe dziewczyny, które towarzyszyły mi, kiedy zapadałam w narkotyczny sen, znikły. Poczłapałam do drzwi i z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie są zamknięte na klucz. Przytknęłam do nich głowę, spodziewając się, że usłyszę niskie, złowrogie warczenie bulmastifów. Cisza. O co chodzi? Gdzie są wszyscy? Czemu zostawili mnie samą? Jak zwierzę z zoo, które pewnego dnia zastaje otwartą klatkę, siedziałam w pokoju, zbyt oszołomiona i zdezorientowana, żeby cokolwiek zrobić. Nagle zerwałam się do biegu. Stopy niosły mnie za próg, na dół, do wielkich ciężkich drzwi na ulicę. One też były otwarte. Pociągnęłam je do siebie i wybiegłam na dwór. Umysł mi się wyłączył, a stery przejęło ciało, kierowane resztkami instynktu samozachowawczego. Nie miałam pojęcia, dokąd pójść. Wiedziałam tylko, że muszę biec, i to tak szybko, jak tylko nogi są mnie w stanie nieść. Biegnij, Sarah, biegnij. Mijałam ulicę za ulicą, wejście za wejściem, sklep za sklepem. Biegłam, przerażona, że usłyszę głosy Gregora i Pavlova, wyczuję zbliżające się do mnie psy. Że poczuję leciutką ostrzegawczą zmianę w powietrzu przy kostkach i zorientuję się, że ich pyski są blisko i że zabawa się skończyła. Biegnij, Sarah, biegnij. Więc pędziłam na złamanie karku, nie oglądając się za siebie. Nagle stanęłam jak wryta. Nie wiem, co by się stało, gdybym nagle - na szczęście - nie uprzytomniła sobie, że minęłam znak: "Politie". Policja. Zawróciłam biegiem, aż znowu na niego trafiłam. Wpatrywałam się w znak i z całych sił pragnęłam spokojnie podejść, otworzyć drzwi i poprosić o pomoc. Ale moje stopy nie chciały się ruszyć. Wydawało mi się, że wrosły w ziemię. Nie mogłam ich podnieść ani przesunąć. Jak długo tak stałam? Bóg jeden wie. W końcu zmusiłam się, żeby na ołowianych nogach pokonać drogę na komisariat. 
 
W środku było ciepło mimo ogromnych okien wychodzących na ulicę. W głębi pomieszczenia znajdowała się lada z małym dzwonkiem i kilka krzeseł dla ludzi czekających na swoją kolej. Zajęte było tylko jedno, przez kobietę w średnim wieku, która czytała książkę. Zauważyłam angielski tytuł. Wcisnęłam dzwonek i wydawało mi się, że czekam wieki. Cały czas oglądałam się przez ramię, przekonana, że Gregor i Pavlov zobaczą mnie przez szybę i dopadną. Nagle zobaczyłam policjanta. I poczułam, że to koniec. Byłam pewna, że widziałam go wcześniej. Że mnie zna i wie, kim jestem. Rozpłakałam się i wyjąkałam moją historię, przekonana, że nic dobrego mi to nie przyniesie. Byłam przerażona. Bałam się, że policjant wyciągnie mnie na zewnątrz, odprowadzi brudnymi uliczkami do kawiarni Gregora i odda wprost w jego szpony. A wtedy zostanę zakuta w łańcuchy w magazynie i zabita jak Par. A potem porąbią moje ciało na pokarm dla tych okropnych psów. Ale okazało się, że się myliłam. Nie mogłam przestać płakać. Policjant wyszedł zza lady, stanął przede mną i próbował mnie wyprowadzić. Nagle kobieta z książką wstała i odezwała się do niego:
 
- Co pan ma zamiar zrobić? Dokąd zabiera pan tę dziewczynę? Nie widzi pan, że jest w szoku? 
 
Wpatrywałam się w nią z wdzięcznością. Zwykła Angielka. Nie alfons, nie diler ani prostytutka jak ja. I usiłowała mi pomóc. Policjant odparł, że jestem jedną z tych Angielek, które żyją na ulicy i są znane z tego, że kradną paszporty. Ale nie dała się zbyć. Coś w zachowaniu policjanta sprawiło, że kobieta nabrała podejrzeń.
 
- Ta dziewczyna jest Angielką i widać, że ma kłopoty. Sugeruję, żeby w tej chwili zadzwonił pan do ambasady brytyjskiej. Zaczekam przy panu. 
 
Miałam ochotę ją uściskać. Ta wspaniała nieznajoma spokojnie, ale stanowczo postawiła się brutalnemu
policjantowi. Nikt nigdy nie zrobił dla mnie niczego takiego. Nikt się za mną nie wstawił, nikt nie stanął na linii ognia. Prawdę mówiąc, nigdy w życiu nikt nie wyświadczył mi żadnego dobra. Tymczasem ona sprzeciwiła się policjantowi, nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. Nagle wiedziałam, że wszystko skończy się dobrze. Ta odważna, niesamowita kobieta uratowała mi życie, chociaż nie mogła o tym wiedzieć. Policjant wrócił za ladę i podniósł słuchawkę, wskazując mi, żebym usiadła na którymś z krzeseł. Wydawało się, że nie minęła chwila, kiedy do środka weszły dwie osoby. Widziałam ich wiele razy, zanim przekroczyłam próg tego pomieszczenia. To byli Leon i Helène. Zabrali mnie na górę, do przestronnego, zabezpieczonego kłódkami gabinetu. W środku ze zdumieniem dostrzegłam zdjęcia starannie porozwieszane na każdym wolnym fragmencie ściany - fotografie witryn z prostytutkami z dzielnicy, uzupełnione imionami, dopisanymi u dołu markerem. Były wśród nich także zdjęcia każdego sex shopu, burdelu, miejsca pokazów na żywo i każdej kawiarni narkotykowej. Przypominało to mapę piekła w kolorze. Każdy złowrogi zaułek został zaznaczony. Wydaje mi się, że nie było zakątka czy dziupli, której by nie sfotografowali i nie opisali.
 
- Obserwowaliśmy cię od dawna, Sarah - wyjaśniła Helène. - Wiedzieliśmy, że to ty, nie pytaj nas skąd, nie możemy ci powiedzieć. Ale wiedzieliśmy, że jesteś dziewczyną, o której mówią ludzie, opiekunką zwabioną tu z Anglii. Nie chciałaś z nami rozmawiać, więc mogliśmy tylko siedzieć i czekać
 
Okazało się, że Helène i Leon należeli do specjalnej jednostki, o której było tak głośno. Tej, która miała prowadzić dochodzenia w sprawie całego brudu pleniącego się w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Działali zupełnie niezależnie od jednostki policji skorumpowanej przez Gregora. Najbardziej zainteresowani byli właśnie korupcją. Na pierwszym miejscu ich listy znajdowało się morderstwo Reubena. Odniosłam wrażenie, że szczególnie Helène zależy na tym, żeby dociec, kto za nim stał. Mówiła o Reubenie tak, jakby coś do niego czuła. Zanosiło się na to, że mam stać się głównym źródłem informacji. Ale wszystko to mogło zaczekać. W tamtej chwili musieli przede wszystkim zabrać mnie w bezpieczne miejsce i trzeba było zaangażować w to ambasadę brytyjską. Mimo że przez wiele miesięcy pracowałam jako prostytutka i miałam wszystkie objawy silnego uzależnienia od narkotyków, Leon i Helène umieli spojrzeć poza teraźniejszość i dostrzec we mnie dziewczynę, którą byłam kiedyś - Sarah Forsyth, bezbronną angielską opiekunkę, która rozpaczliwie potrzebowała pomocy. Znalezienie bezpiecznego domu zabrało sporo czasu. Leon i Helène nie mieli złudzeń co do tego, że w Amsterdamie nie mogą ufać nikomu. Denerwowali się nawet, że muszę przebywać na terenie Holandii. Ale przewiezienie mnie do innego kraju wymagało całej serii zezwoleń. W końcu zostali zmuszeni do tego, żeby zaangażować w sprawę holenderski odpowiednik wydziału specjalnego. Tylko tak można mnie było przewieźć przez granicę, do Belgii.
 
 

 
Negocjacje ciągnęły się całe popołudnie, do późnego wieczora. Z każdą mijającą godziną ogarniał mnie coraz większy strach. Tkwiłam na komisariacie, niedaleko kawiarni Gregora, Pavlova i wszystkich ich ludzi, o broni nie wspominając. Wiedziałam - Leon i Helène również zdawali sobie z tego sprawę - że Gregor przekupił połowę miejscowej policji. Mogłam rozpoznać większość skorumpowanych policjantów - zwłaszcza tych siedmiu, którzy mnie zgwałcili. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby się zorientować, że znajduję się w dużym niebezpieczeństwie. Poza tym zaczęłam odczuwać głód narkotykowy. Moje ciało do tego stopnia przyzwyczaiło się do regularnego palenia kryształków cracku, a po nich mocnych jointów haszyszu, że każda minuta spędzona na komisariacie wydawała mi się godziną dzielącą mnie od upragnionej działki. Moją paranoję nakręcała jeszcze mocniej rozpacz i upokorzenie. O północy prawie chodziłam po ścianach. W końcu zapadła decyzja, żeby sprowadzić lekarza specjalistę. Nawet w tolerancyjnej, jeśli chodzi o narkotyki, Holandii, była to rzadkość. Miałam dostać medyczną dawkę narkotyku w samym komisariacie. Kiedy wyciągano lekarza z łóżka, ambasada brytyjska pracowała gorączkowo nad tym, żeby dotrzeć do osoby, której głos najbardziej pragnęłam usłyszeć, do mojej mamy. W końcu chyba nad ranem powiedzieli mi, że jest przy telefonie. Ręce trzęsły mi się strasznie, kiedy brałam słuchawkę od Leona. Nie pamiętam, co mówiłyśmy. Ile dni, tygodni, miesięcy czekała na wiadomość ode mnie? Musiała odchodzić od zmysłów ze zmartwienia, a jednak słyszałam w jej głosie jedynie łagodność. Od bardzo, bardzo dawna nie zaznałam niczyjej łagodności. Wiem, że mama powiedziała, że zarezerwuje bilet na pierwszy poranny samolot - miała jej w tym pomóc ambasada - i że zobaczymy się następnego dnia wieczorem. Ale nie dotarły do mnie jej słowa. Zobaczę mamę? Jutro? Jak to możliwe? Byłam dziwką i narkomanką. Mama nie będzie chciała mnie widzieć. To moje ciało - obolałe, złaknione narkotyków, drżące ciało próbowało mnie zmylić. Ale mój umysł wiedział, że mama przyjeżdża. Byłam bezpieczna. 
 
Nagle do środka wszedł lekarz. Na jego widok zaczęłam się martwić. Jeżeli był klientem i regularnie odwiedzał dzielnicę? Jeżeli tak, czy mogę mu ufać? Zaczęłam wzywać pomocy, chciałam kogoś przywołać, ale poczułam tylko silne dłonie i igłę wbijającą się w moją rękę. A potem ogarnęło mnie słodkie, totalne zapomnienie. Był to zabawny początek drogi do wolności.
 
 
 
 
 
 CDN.
  

wtorek, 6 września 2022

NIEWOLNICE - Cz. LXIV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 

 
 

HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. XI

 
 
 

 
 
OSTATNIE TCHNIENIE
 
 
 Wdech. Chwyt. Obrót. Pociągnięcie. Kliknięcie. Wydech. Podaj dalej i trzymaj kciuki za następny raz. Jak urozmaicić seks klientowi, który znudził się rutyną? Czym można podkręcić atmosferę wizyty u prostytutki? Co może przywrócić wcześniejszy poziom adrenaliny, gdy przestała już towarzyszyć zwykłej transakcji handlowej, jaką stało się pieprzenie za pieniądze? Istnieje prosty sposób. Trzeba sprawić, żeby przeżycie było ostrzejsze i brudniejsze. Od tak zwanego zwykłego seksu klient przechodzi do analnego, po analnym może trochę "sportów wodnych". A potem czas przejść do czegoś trochę bardziej brutalnego albo niebezpiecznego. Nie dla klienta, oczywiście, chociaż niektórzy chcieli być bici. Nie, ryzyko prawie nigdy nie dotyczyło jego. Wszystko spadało na biedną, załamaną prostytutkę, którą przyszedł wykorzystać. To jej groziło niebezpieczeństwo. I dzięki temu wszystko znowu stawało się ekscytujące, przynajmniej na chwilę. Bo bez względu na krążące teorie, w dziedzinie skomercjalizowanego seksu obowiązuje prawo malejących przychodów. Uwierzcie mi, pracowałam w tym zawodowo i wiem, jak to działa. Seks, odcięty od głębokiego, ożywiającego nurtu prawdziwej miłości, staje się czynnością mechaniczną. I jak każda czynność mechaniczna, z każdym powtórzeniem robi się coraz nudniejszy. Stąd konieczność dodatkowych podniet. W tym samym stopniu co do prostytucji, odnosi się to do pornografii. Pornografię znali wszyscy w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Bóg jeden wie, ile sex shopów działało w jej klaustrofobicznych granicach, wydawało się, że dziesiątki dziesiątek - wszystkie z identycznymi neonami w witrynach: "Czasopisma, Wideo, Hardcore". A wewnątrz, na drewnianych półkach można było znaleźć błyszczące kolorowe obrazy - na papierze czy na taśmie - ciał penetrowanych w imię przyjemności. Rzecz jasna, męskiej przyjemności. Pornografia jest interesem o zasięgu światowym. Główne ośrodki, w których się ją produkuje, nie znajdują się w wilgotnej, ponurej Holandii, ale w słonecznej Hiszpanii albo południowej Kalifornii. Amsterdam jest jedynie ośrodkiem zbytu - wielką hurtownią pełną nagrań uprzemysłowionego seksu, starannie poukładanych i gotowych do sprzedaży detalicznej. W Dzielnicy Czerwonych Latarni nikt nie kręci ani nie wydaje ostrej pornografii. W każdym razie nie taką, jaką zna większość ludzi. A jednak trochę nagrano w czasie, kiedy tam żyłam.
 
W pustych, ponurych magazynach, które wyglądały na zamknięte na sto spustów i opuszczone, ludzie, mężczyźni, kręcili filmy innego rodzaju. Takie, o których nikt nie mówi, a w każdym razie niechętnie i nie za dużo, bo ci, którzy je kupują, wiedzą, że dotarli do samego końca. Tak jak ci, którzy są wykorzystywani do tych produkcji. O takiej pornografii ani słowem nie wspominają ci, którzy doskonale zdają sobie sprawę z jej istnienia - policjanci, dziennikarze i politycy. Dlaczego? Bo jest ukryta w tej szufladzie, do której wpychają wszystkie naprawdę trudne, niedające spokoju sprawy. Dziwne okruchy ludzkiego życia, które wymagałyby zbyt wiele wysiłku, żeby coś z nimi zrobić. Wpychają je więc do szuflady z napisem: "Problemy za trudne do rozwiązania". A przecież nie powinno tak być. Wyciągnijmy je zatem na światło dzienne. Przestańmy ukrywać w szufladzie, w której leżą kwestie, które boimy się nazwać po imieniu, nie mówiąc już o tym, żeby je w ogóle poruszać. Mowa o torturach. Wiem, bo tam byłam.
 
Gregor miał kilku szczególnych klientów, z wielką kasą, którzy zdążyli się znudzić albo zmęczyć zwykłym seksem z prostytutkami - o ile w ogóle taka rzecz istnieje. Nawet nieustanna zmiana kobiet, napływ świeżego towaru, nie były w stanie zapewnić im pożądanego poziomu adrenaliny. Byli to dobrzy klienci, cenne sztuki, więc Gregor wymyślał sposoby, żeby ich zadowolić. A raczej, żeby jego prostytutki ich zadowoliły. Gra w rosyjską ruletkę wywodzi się, jak sugeruje sama nazwa, z przedrewolucyjnej Rosji. Na początku była rozrywką strażników więziennych, którzy zmuszali grupę więźniów, żeby usiedli w kręgu i podawali sobie kolejno rewolwer nabity jednym nabojem. Każdy musiał zakręcić bębenkiem, przystawić sobie broń do skroni i pociągnąć za spust. Strażnicy obstawiali wynik. Zasady nie zmieniły się od tamtych czasów. Gregor i Pavlov grali w to samo ze swoimi więźniami - nami, prostytutkami. Wszystkie o tym wiedziałyśmy, chociaż krążyły plotki, że każdą dziewczynę czeka to tylko raz. Prawdziwe niepowtarzalne doświadczenie. Jak głosiły plotki, kiedy Gregor i Pavlov mieli kilku specjalnych klientów, skłonnych wydać po kilkaset guldenów, posyłali gońca, żeby zebrał z witryn parę dziewczyn. Szły z nim do zamkniętego budynku niedaleko kawiarni Gregora - zbieranina nieszczęśnic, które nie miały sił, żeby się ochronić przed tym, co je czeka, a tym bardziej próbować ucieczki. Goniec wprowadzał je do pokoju i zwiewał co sił w nogach. Na środku, w świetle, stało kilka drewnianych krzeseł. W ciemności z tyłu czaili się klienci. Zaczynała się gra. 
 
Moja kolej nadeszła zimą. Oczywiście, byłam po cracku, ale mimo wszystko czułam przeszywający do szpiku kości dreszcz prawdziwego, dzikiego przerażenia. Siedziałyśmy naprzeciw siebie we dwie, w ostrym żółtym świetle. Nie znałam tej drugiej dziewczyny - chyba świeży towar w dzielnicy. Ktoś podał mi rewolwer. Miał krótką, grubą lufę, ale był zaskakująco ciężki i nie wiedziałam, jak się z nim obchodzić. Przekręć bębenek. Przystaw sobie lufę do skroni. Pociągnij za spust. Chociaż byłam na haju, trzęsły mi się ręce. Miałam wrażenie, że minęły całe wieki, zanim udało mi się skupić wzrok na grubej metalowej lufie, którą podnosiłam do głowy. Wdech. Przekręć bębenek. Pociągnij za spust. Klik. Tym razem nie ja. Wydech. Podaj dalej. Siedź. Przyglądaj się. Słuchaj. Nad plamą światła unosił się kwaśny zapach moczu. Któraś z nas czy może klient w ciemności? Kto wie? Kogo to obchodzi? Trzask. Terkot bębenka. Klik. Widzę podawaną mi z powrotem broń. Czuję w dłoni jej ciężar. Wdech i wszystko zaczyna się od nowa. Jak długo się to ciągnęło? Pewnie nie dłużej niż kilka minut - magazynek rewolweru ma miejsce na sześć naboi, prawda? Ale wydawało mi się, jakbym siedziała tam długie godziny, czekając na swoją kolejkę, żeby przystawić sobie pistolet do skroni i pociągnąć za spust. O czym myślałam przez ten czas? Może zabrzmi to dziwnie, ale jedynym uczuciem, którego nie mogę sobie przypomnieć, jest ulga. Myślicie pewnie, że właśnie jej powinnam doznać, kiedy moja dłoń - nadal zaciskająca palce na rękojeści - odsuwała się od głowy? Właśnie, że nie. Najbardziej wyraźnym wspomnieniem tego dnia - które pojawia się nieproszone w moim umyśle w dzień i w nocy, kiedy dręczą mnie koszmary - jest poczucie winy. Potworne, wszechogarniające wyrzuty sumienia, że byłam odpowiedzialna za to, co mogło się stać tej przerażonej dziewczynie, siedzącej naprzeciwko mnie. Czułam się winna, że przeżyłam i że ona mogła zginąć. Czy z nią było tak samo? Może mężczyźni w ciemności wyczuwali, co się z nami dzieje i właśnie dlatego całe to surrealistyczne, niemoralne wydarzenie wydawało im się takie mocne. Poczucie absolutnej władzy nad dwiema bezradnymi niewolnicami seksualnymi, które biorą na siebie odpowiedzialność nawet za nieuchronny wynik igrania ze śmiercią. Ale towarzyszyło mi też inne uczucie - za każdym razem, kiedy unosiłam rewolwer do głowy i spust klikał na pustej komorze. Czułam się oszukana. Dlaczego broń nie wypaliła, nie wyrzuciła swojego małego ładunku? Dlaczego mój mózg nie rozbryzgnął się po podłodze magazynu? Dlaczego nie mogę zaznać błogosławieństwa i ulgi nagłej śmierci? Znałam odpowiedź, pewnie. Ponieważ moje uczucia - nawet rozpaczliwa, szczera tęsknota za nieistnieniem - się nie liczyły. Byłam tylko mięsem. A mięso nie jest ważne. 
 
Czy w broni kiedykolwiek znajdował się nabój? Na pewno nie. Owszem, byłam upaloną crackiem dziwką, ale pamiętałabym, gdyby pistolet wypalił. Czyli trik. Jednym słowem - gra. Ale dlaczego? Jaką erotyczną przyjemność można czerpać z przyglądania się dwóm przerażonym, załamanym, zrozpaczonym kobietom? A jeżeli to ich podniecało - Bóg jeden wie, w jaki sposób - czego będą potrzebować następnym razem? Jakie inne atrakcje wymyśli dla nich potem Gregor? Przez jakiś czas będą oglądać film nagrany na kasecie wideo, żeby dogadzać swoim fantazjom. Strach wyświetlany na okrągło na ekranach ich telewizorów; przerażenie starannie zapakowane w czarne plastikowe pudełko, po to, żeby mogli rozkoszować się nim w samotności (prawdopodobnie) na nowo i na nowo. W bezpiecznym domowym zaciszu. Kopie filmu być może zostaną też sprzedane. Oczywiście dyskretnie, nigdy drogą oficjalną w porno shopach, którymi upstrzone są ulice wokół. Gregor z pewnością maczał palce w tym lukratywnym interesie. Taka kaseta jest warta o wiele, wiele więcej niż przemysłowe porno nakręcone w Hollywood czy Hiszpanii. Wcześniej, kiedy opowiadałam tę historię, widziałam w oczach ludzi, że mi nie wierzą. Niektórzy nawet mówili mi wprost, że zmyślam albo mi się tylko zdawało. Nie są w stanie w to uwierzyć, czy może raczej nie chcą? Że ktoś tak chętnie handlowałby torturowaniem bliźniego. I że ktoś inny chciałby zabrać do domu takie nagranie, żeby je sobie odtwarzać i się przy nim masturbować, aż ziarnisty obraz przestanie podniecać. Znam tych ludzi. Ludzi, którzy chowają podobne historie we własnej szufladzie ze zbyt trudnymi problemami. To ci sami przechodnie, których obserwowałam z mojej witryny, którzy spacerowali brudnymi ulicami Rosse Buurt i przyglądali się kobietom w bieliźnie, uwięzionym za szkłem. Ci sami ludzie, którzy zwiedzali dzielnicę z wycieczkami, zatrzymując się przy sex shopach, podziwiając mnogość przemysłowego porno w lśniącym opakowaniu i może kupowali je sobie na pamiątkę niegrzecznego weekendu w Amsterdamie. Oj, znam tych ludzi. I gardzę nimi. Nie z powodu tego, kim są i co postanowili zobaczyć, ale z powodu tego, co postanowili zignorować. Nie widzieli widocznie - bo dlaczego mogliby twierdzić, że wymyśliłam sobie rosyjską ruletkę - pozostałych półek w tych samych porno shopach. Półek z drogimi kasetami, które na okładkach miały związane, wykorzystywane i torturowane kobiety? Sznury, pejcze, kajdanki, ślady silnego bicia na bladej skórze albo wiele mówiące ślady krwi? Nie, widzieli - ale też nigdy nie widzieli - tej opakowanej w termokurczliwą folię pożywki dla onanistów. Ich ślepe oczy nie widziały też czasopism pokazujących kobiety gwałcone przez zwierzęta hodowlane. Nie mogły widzieć. Bo gdyby widzieli to wszystko - naprawdę widzieli, zamiast odpychać od siebie wspomnienia - jak mogliby wątpić, że są mężczyźni, którzy czerpią przyjemność seksualną z krzywdzenia innych? Albo że mężczyźni pokroju Gregora tylko czekają, żeby dostarczyć im rozrywki, jeśli otrzymają za to sowitą zapłatę.
 
 

 
Prawda wygląda tak, że Dzielnica Czerwonych Latarni istnieje po to, żeby zaspokajać żądze mężczyzn, których nie obchodzi ból i cierpienie innych. Oczywiście z wyjątkiem tych chwil, za które płacą, żeby na to cierpienie popatrzeć. Potem idą dalej. Nie ma perwersji, upokorzenia, bólu czy krzywdy, na których ktoś nie chciałby zarobić. A my, kobiety w szklanych więzieniach, znałyśmy prawdę o dzielnicy. Wiedziałyśmy, że istnieją źli mężczyźni, którzy chętnie sprzedadzą wszystko, każdego i każdemu, za odpowiednią kwotę. Wiedziałyśmy o pustych magazynach z czarnymi ścianami i o salach tortur. Wiedziałyśmy wszystko o sznurach, kołach i wielkich drewnianych łopatkach. Znałyśmy kobiety, które zrobiły się za stare albo narkotyki zbyt je wyniszczyły, by mogły stać w witrynach, więc pracowały na ulicach, zdesperowane tak bardzo, że zniosłyby każdy ból czy upokorzenie za kryształek cracku. Wiedziałyśmy też o dzieciach. O miejscach, w których sprzedawano czasopisma i taśmy pokazujące gwałt na niemowlakach, kilkulatkach czy starszych dzieciach. Amsterdam zawsze był centrum międzynarodowej pornografii dziecięcej. Byłam tego wszystkiego świadoma, jak przez mgłę, przez ciemne szkło lufki do cracku, który zamienił moje wargi w piekącą bolesną ranę na zapadniętej, pustej twarzy. Wiedziałam o tym wszystkim i po rosyjskiej ruletce wydawało mi się, że nic gorszego mnie nie spotka. Nic nie będzie już tak przerażające, żeby przebić się przez mgłę napędzanego narkotykami oszołomienia. Jakże się myliłam.
 
Par pracowała w witrynie przez tydzień. Była młodą Tajką, pewnie młodszą ode mnie, dziewczyną z chłopskiej rodziny z odległej wioski, zwabioną i wciągniętą w oślepiające światła amsterdamskiego rynku mięsnego. Którejś nocy zjawiła się w naszej sypialni śmiertelnie przerażona. Po angielsku znała słowo czy dwa. Następnego ranka wepchnięto ją do niebieskiej furgonetki i zawieziono z nami do dzielnicy. Przypadła jej witryna sąsiadująca z moją. Dostrzegłam w Par samą siebie sprzed tych kilku odległych miesięcy, kiedy Reece i Sally sprowadzili mnie tutaj. Próbowałam - na tyle, na ile pozwolił mi narkotykowy głód - pomóc jej tak, jak Sally pomogła mnie. Ale nic z tego nie wychodziło. Nie mogła się przełamać, żeby stanąć półnaga w witrynie i pokazywać się pełnym żądzy lub obojętnym przechodniom. Coś tam zarobiła, ale zdecydowanie za mało. 
 
Pod koniec tygodnia pojawił się Gregor z psami na wielkich, ciężkich łańcuchach. Właściwie od razu zorientowałam się, że coś się kroi. Było wcześnie, zostało kilka godzin do końca pracy, a Gregor nigdy nie pozwalał nam kończyć przed czasem. Powiedział Par, że na dzisiaj kończy. Nie miałam wtedy klienta, więc próbowałam się do niej odezwać. Spojrzał na mnie i powiedział, że ja też mam iść. Na ogół czekała na nas niebieska furgonetka, ale tego wieczoru jej nie było. Gregor kazał Par i mnie iść uliczkami, w stronę zaułka przy jednym z kanałów. Szliśmy dalej, poza dzielnicę, tam gdzie stały opuszczone magazyny. Rozmawiałyśmy po drodze, czując przy nogach psy. Ich gorący oddech owiewał mi skórę i widziałam wpatrujące się w nas straszne ślepia, w których od czasu do czasu odbijało się światło mijanych latarni. Gregor zatrzymał się i odwrócił się do nas.
 
- Ile dzisiaj zarobiłaś? Pokaż. Daj mi pieniądze. 
 
Miałam na nogach szpilki, w których z boku zatknęłam zwitek banknotów. Wyjęłam je i podałam Gregorowi. Zważył je w dłoni, z wprawą oceniając, ile guldenów dla niego zarobiłam. Prychnął. Par wyciągnęła skądś żałosny zwitek i podała Gregorowi. Wściekł się.
 
- Do kurwy nędzy, co robiłaś cały dzień? Siedzisz i gadasz zamiast pracować. Nie jesteś dobra, jesteś do niczego! 
 
Szarpnął psy za łańcuchy i gestem kazał nam iść dalej. Po kilku minutach chwycił nas za ręce i wepchnął brutalnie za drzwi, w ciemność, która skrywała ogromną przestrzeń fabryczną. Ktoś włączył światło. Oślepiło nas. Kiedy mój wzrok się z nim oswoił, zobaczyłam, że znajdujemy się w pustym magazynie, w którym stało tylko łóżko przykryte jakimś błyszczącym czarnym materiałem. Dostrzegłam też kamery wideo z małymi czerwonymi kontrolkami. I dwóch potężnych mężczyzn, rozebranych do pasa, z solidnymi metalowymi łańcuchami wokół torsu. Par i ja zostałyśmy wepchnięte w krąg światła. Ktoś - Gregor? - kazał nam się rozebrać. Kiedy to zrobiłyśmy, mężczyźni stanęli za nami i chwycili nas mocno. Jeden z nich uderzył mnie w twarz, rzucił na ziemię i zaczął pieprzyć. Zrobiłam z umysłem to samo co przy klientach - wyłączyłam się i czekałam, aż będzie po wszystkim. Kiedy pieprzenie się skończyło, znów pochwyciła mnie silna, szorstka dłoń. Ścisnęła mi twarz i wykręciła głowę. Przed oczami miałam Par z drugim facetem. Była sztywna ze strachu, miała szeroko otwarte oczy i wpatrywała się we mnie z przerażeniem. Mężczyzna, który ją trzymał, miał broń. O Boże, nie! Tylko nie rosyjska ruletka. Ale to nie była rosyjska ruletka. Nie tym razem. Mężczyzna, zamiast podać broń Par albo mnie, szybko uniósł ją do jej głowy. I pociągnął za spust. Nigdy nie zapomnę tego odgłosu. Nie przypomina wystrzału, jaki słyszy się w filmach czy w telewizji. Był to potężny, ogłuszający huk, który zagłuszył wszystko wokół. Wydawało mi się, że mnie pochłania. Ale ten odgłos - potworny - pojawił się ułamek sekundy później. Najpierw zobaczyłam strzał. Twarz Par eksplodowała. Stałam i patrzyłam, jak kula dosłownie strąca połowę jej głowy z szyi. A potem, kiedy rozległ się huk, opadła na ziemię przy moich stopach. Chciałam krzyczeć, ale chociaż otworzyłam usta, gardło miałam ściśnięte z przerażenia. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Dostrzegłam czerwone kontrolki kamer i usłyszałam cichy szum przewijających się taśm. Dotarło do mnie, że zabójstwo Par zostało sfilmowane. Słyszałam o filmach porno ostatniego tchnienia. Wszystkie o nich słyszałyśmy. Zawsze, kiedy z witryny znikała któraś z dziewczyn, pojawiały się plotki, że wykorzystano ją do takiego filmu. Ale żadna z nas do końca nie wierzyła, że coś takiego ma miejsce. Filmy ostatniego tchnienia stanowiły swoistą upiorną legendę. Traktowałyśmy je jako kolejny sposób na to, żeby wymóc na nas uległość. Żebyśmy jeszcze ciężej pracowały w witrynach. Teraz w nie wierzę. Z ciemności dobiegł do mnie głos Gregora.
 
- Masz nauczkę. Źle się pieprzyła, za mało zarabiała. Kasetę sprzedam za miliony i tak na niej zarobię. Pracuj ciężko, bo spotka cię to samo. 
 
Wtedy do mnie dotarło, że muszę uciec.
 
 
 
 
CDN.

piątek, 8 lipca 2022

NIEWOLNICE - Cz. LXIII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 
 
 
 

HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. X

 
 
 

 
 
KRYSZTAŁ W PIEKLE
 
 
 I am ready, I am ready, I am ready... Co rano budziłam się w tym samym brudnym pokoju, z warczącymi psami pod drzwiami i tą samą piosenką puszczaną gdzieś blisko na sprzęcie muzycznym. Nigdy wcześniej jej nie słyszałam - i nigdy potem też nie - ale w tamtym czasie każdego ranka jej powtarzające się słowa atakowały mój mózg. I am ready, I am ready, I am ready... Nie wiem, czy zaplanował to Gregor lub Pavlov, ale piosenka wywierała na mnie hipnotyczny efekt. W połączeniu z kreską koki na śniadanie, wyraźnie wzmacniała przekaz, który Gregor co rano wbijał nam, prostytutkom, do głowy: "Macie u mnie dług. Kupiłem was i musicie pracować, dopóki nie spłacicie tego, co za was zapłaciłem. Nie wciskajcie mi kitu, że coś was boli, nie gadajcie, że czujecie się do dupy. Idziecie pracować i zarabiać. W tej chwili". Słowa piosenki wirowały mi w głowie, unosząc się na morzu kokainy. I am rady, I am ready, I am ready...
 
Każdego ranka, wsiadając na tył niebieskiej furgonetki Gregora, która przewoziła mnie do miejsca pracy - jak zwykłego pracownika, tyle że dojeżdżającego do półświatka handlu seksem - byłam gotowa. W pewnym sensie stałam się robotem. Oddychałam, chodziłam i (czasami) mówiłam, ale zachowywałam się jak żywa lalka do wynajęcia na piętnaście minut. Nikt nie widział, w jakim stresie żyję. Jak miałam okazywać najmniejszy choćby cień emocji czy bólu, skoro byłam po uszy nafaszerowana narkotykami? W tamtym czasie nie wystarczały mi już kreski kokainy na zmianę ze słodkimi, ciepłymi oparami haszyszu. Zdążyłam poznać nowy rodzaj znieczulenia, które w jednej chwili odcinało mnie od całego zgiełku i bólu codzienności. Zostałam wprowadzona w osobiste piekło cracku. Bierzesz działkę kokainy w proszku i rozpuszczasz w mieszance wodorowęglanu sodu z wodą. Potem gotujesz do wytrącenia substancji z wrzącej mieszaniny. Wyciągasz ją i zostawiasz do wyschnięcia. I już masz kryształek kokainowego cracku, gotowy do użycia. Nigdy nie robiłam cracku sama - chociaż to absurdalnie proste, co jest jednym z powodów jego popularności. Nie musiałam. Dzięki wydajności i produktywności imperium Gregora narkotyk był dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę. A raczej dbano o to, żeby był dostępny. Bo crack ma jedną wielką zaletę dla dilera, ważniejszą nawet od tego, że tak łatwo go wyprodukować i że w cudowny sposób pozwala z jednego grama proszku kokainy zrobić kilkanaście pojedynczo sprzedawanych kryształków, z których każdy zawiera nie więcej niż jedną dziesiątą grama kokainy. Zaleta ta pozwala na duże zyski z handlu i jest bezwzględnie wykorzystywana - crack jest jednym z najszybciej uzależniających ze wszystkich dostępnych narkotyków. Słowo dla tych, którzy mieli tyle szczęścia, że nigdy nie zetknęli się z crackiem - naukowcy (i konsumenci) jako sposób podawania tego narkotyku wymieniają wdychanie. Inaczej mówiąc, pali się go. Kryształek umieszcza się w końcówce szklanej lufki, często zrobionej z małych wazoników na miniaturową różę. 
 
Kwiat ten zwykli ludzie - ci, którzy zaznali luksusu miłości w życiu - dają partnerom jako wyraz uczucia. Dla nas, dziewczyn pracujących w witrynach, wazoniki i różyczki stały się wyrazem rozpaczy. Wrzucasz kryształek na dno, podgrzewasz tanią zapalniczką i wdychasz opary. Skutek? Natychmiastowy odlot. A jeżeli nie miałyśmy wazonika na różę - czyli przeważnie - wykorzystywałyśmy wszystko, co wpadło nam w ręce: puszki po pepsi, plastikowe butelki po wodzie, wszystko, co mogło dostarczyć do naszych spragnionych płuc obezwładniającą dawkę cracku. Crack, którego nazwa wzięła się od odgłosu pękania, jaki podczas ogrzewania wydaje woda uwięziona w kamieniu, dostaje się do organizmu szybciej i jest silniejszy niż inne narkotyki. W ciągu niecałych dwóch sekund od chwili, kiedy opary dotrą do płuc, potężna dawka wypalonej koki ląduje w mózgu. Kiedy pierwszy raz zapaliłam crack w lufce - dostarczony, oczywiście, przez jednego z ludzi Gregora - poczułam, że gałki oczne wciągają mi się do środka i padłam jak długa, wymiotując potwornie. Tak moje ciało zareagowało na olbrzymią dawkę narkotyku. Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie jestem, i w ogóle mnie to nie obchodziło. Doskonały towar, żebym mogła dalej robić za towar. Ale haj po cracku trwa krótko, najwyżej dwadzieścia minut. I to tylko po kilku pierwszych kryształkach. Każde następne odurzenie jest nieco słabsze i krótsze. I zostawia palące pragnienie kolejnego. Zwykły głód? Nie. To bezlitosna, wszechogarniająca potrzeba. Dla osoby uzależnionej od cracku liczy się tylko to, skąd weźmie następny kryształek. Uzależnienie pojawia się niemal natychmiast. I dlatego dilerzy tak go kochają. Jedno pociągnięcie z fifki i jesteś uwiązana na całe życie, jakkolwiek krótkie czy długie by było. 
 
Moja pierwsza prawdziwa miłość - pierwszy raz, kiedy całkowicie oddałam się komuś lub czemuś w ciągu dziewiętnastu lat mego życia - była uczuciem do chemicznej substancji powstałej z podgrzewania wodorowęglanu sodu i kokainowego proszku w tanim garnku. Kiedy raz zaznałam niepamięci dzięki crackowi, stałam się jego beznadziejną niewolnicą. Kiedy goniec przyniesie następny kryształek? Czym mu zapłacić? Och, zrobiłabym wszystko - i robiłam wszystko - żeby zasmakować słodkiego zapomnienia, które gwarantowały opary płynące z lufki z crackiem. Oczywiście, nigdy nie zarabiałam dość. Crack jest tak wymagający, że nie byłam w stanie obsłużyć wystarczającej liczby klientów, wyciągnąć od nich dość napiwków, żeby płacić za mój nałóg. Ale Gregor z radością dawał mi go na krechę. I z wielkim zadowoleniem zapisywał moje długi w zeszycie. Crack w znacznym stopniu ułatwił mu pracę. Nie musiał się martwić, że zwabi mnie do siebie jakiś inny alfons. Kto inny dostarczałby mi crack? Nie potrzebował nawet usług Aniołów Piekła - gangu, który pojawił się w Dzielnicy Czerwonych Latarni i oferował swe usługi alfonsom, którzy martwili się o to, że dziewczyny mogą im uciec. Dokąd miałybyśmy uciec, skoro byłyśmy tak skutecznie przywiązane do lufki i małych kryształków cracku? Gregor, oczywiście, tolerował mój nałóg - i nałóg wszystkich swoich dziewczyn - pod warunkiem że zarabiałyśmy. Czasami napominał: "Musisz więcej zarabiać. Za dużo wydajesz na crack, za mało przynosisz pieniędzy od klientów".
 
 

 
Innym razem zachęcał nas do pracy, szczując nas psami. Działo się to u niego, na obrzeżach Dzielnicy Czerwonych Latarni, w pokoju, w którym spały wszystkie dziewczyny. Słyszałyśmy, jak idzie z Pavlovem korytarzem i jak mówią coś do psów. Nagle drzwi się otwierały. W progu stawał Gregor z psami przy nodze. Mówił coś do nich w obcym języku, a one ruszały do nas wolnym krokiem, warcząc, całe zaślinione, jakbyśmy były żywym mięsem, które miały zaraz rozszarpać. Gregor przemawiał do zwierząt, powoli, spokojnym tonem, a one zbliżały się, aż znalazły się tuż przed naszymi twarzami. Czułyśmy smród ich oddechu i jego ciepło na skórze. Wtedy je zatrzymywał - bez pomocy smyczy czy łańcucha, wystarczył jego głos. A my czekałyśmy w przerażeniu, czy nie wyda komendy: "Brać je!" Nigdy tego nie zrobił, w każdym razie nie na moich oczach, ale paraliżujący strach nas nie opuszczał ani nie słabł. Za każdym razem, kiedy chciał się z nami tak zabawić, psy przerażały nas tak samo jak wcześniej. Dzięki temu podwajałyśmy wysiłki w witrynie, spoglądając pożądliwie na klientów spacerujących po ulicy, dotykając się - albo siebie nawzajem - obscenicznie. Robiłyśmy wszystko, żeby zwabić mężczyznę do środka. Wszystko, żeby zarobić i dostać następny kryształek i stanowczo zbyt krótkie zapomnienie, jakie obiecywał. 
 
Od czasu do czasu - Bóg jeden wie, skąd brałam na to siłę i chęć - robiłam krótkie notatki z mojej codziennej żałosnej egzystencji w smutnym małym pamiętniku, który przywiozłam ze sobą do Amsterdamu. Kiedy go pakowałam, wyobrażałam sobie, że będę zapisywać w nim wszystkie szczęśliwe, ekscytujące rzeczy, które przydarzą mi się w tym pięknym mieście. Tymczasem w pamiętniku pojawiły się skromne wpisy pełne goryczy - kilka rozpaczliwych słów młodej kobiety cierpiącej podwójnie, z powodu prostytucji i narkotyków. 
 
"Czwartek: Jestem smutna. Czuję się brudna i przerażona. Brałam crack i hasz". 
 
"Sobota: Zaczynam się zastanawiać, kim jestem. Nienawidzę mężczyzn". 
 
"Wtorek: Smutna i przerażona, chcę wracać do domu". 
 
"Czwartek: Chcę się obudzić z tego koszmaru, mam dość broni, strachu, facetów, których nienawidzę. Leżę tylko i marzę, żeby minęło dziesięć minut. Ciągną się jak godziny".
 
"Sobota: Umieram, czuję się jak dziwka". 
 
Ile kryształków cracku wypaliłam? Ile dymków silnego haszu wciągnęłam do zrozpaczonych płuc? Nie mam pojęcia. Setki. Może tysiące. A ilu klientów obsłużyłam? Ilu mężczyzn wręczało mi zwitki brudnych pieniędzy za używanie mojego ciała dla własnej, egoistycznej krótkotrwałej przyjemności? Bóg jeden wie. Ile pieniędzy zarobiłam dla Gregora? Z perspektywy czasu wydaje mi się, że Gregor był milionerem. W całym Amsterdamie miał dziewczyny, które dla niego pracowały, stojąc w witrynach po siedemnaście, osiemnaście godzin dziennie. Każda prostytutka obsługiwała setki klientów tygodniowo. Poza tym prowadził biznes narkotykowy - w półlegalnych kawiarniach z haszyszem i rozprowadzając narkotyki po całym mieście. Pracowałam dla niego kilka miesięcy - chociaż, szczerze mówiąc, straciłam poczucie czasu, więc tylko się tego domyślam - kiedy w naszej sypialni pojawił się Pavlov z jakimiś tabletkami. Dał każdej z nas po jednej i kazał połknąć. Potem stał przed nami i czekał, żeby zobaczyć, co się stanie. Dwadzieścia minut później ciągle tam był, ten sam łysy zbir z wielkim czarnym pistoletem zatkniętym za paskiem. Ale jakimś cudem wydawał się mniej groźny. Po raz pierwszy odkąd pamiętam, zaczęłam się czuć dobrze. Nawet psy warczące na korytarzu nie wydawały się tak groźne. Uśmiechnęłam się do reszty dziewczyn w pokoju, a one odwzajemniły uśmiech. Pavlov chrząknął, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Usłyszałam odgłos klucza przekręcanego w zamku, ale nawet on nie wydał mi się taki straszny. Wtedy właśnie przeżyłam pierwsze doświadczenie z ecstasy. Okazało się, że Gregor uruchomił nową fabrykę masowo produkującą E. Tabletki były we wszystkich kształtach i o różnej mocy, każda oznaczona odpowiednim kolorem i charakterystycznym wzorem na otoczce. 
 
Ecstasy była stosunkowo nowym narkotykiem - nie zdążyła się jeszcze przebić z młodej sceny klubowej i trafić do szerszej międzynarodowej społeczności. Do ludzi, którzy zażywają narkotyki jedynie okazjonalnie. Główny składnik — MDMA, czyli 3,4-metylenodioksymetamfetamina, jest pochodną amfetaminy, chociaż wywołuje efekty podobne do narkotyków psychodelicznych takich jak LSD. To właśnie one wpłynęły na poprawę nastroju, którą zauważyłyśmy po zażyciu tabletek od Pavlova. Podejrzewam, że w tej początkowej fazie producentom takim jak Gregor ciężko było dobrać odpowiednie ilości i skład - za mało MDMA i tabletki nie dawały kopa, za dużo i skutki mogły się okazać niebezpieczne. Dlatego każdą zmianę receptury testował na nas. Byłyśmy jego królikami doświadczalnymi. Mógł na nas eksperymentować z każdą nową partią, żeby sprawdzić, czy narkotyki są dobrej jakości. Nigdy nie miałyśmy nic do gadania. Musiałyśmy brać tabletki. Tak właśnie jest z niewolnikami, nie trzeba ich o nic pytać, wydaje im się rozkazy. Ale nawet gdyby pytał, nie odmówiłybyśmy. Nie zamierzałyśmy się sprzeciwiać żadnemu nowemu narkotykowi, który nam rzucał, bo oznaczało to więcej zapomnienia i nowy sposób na odcięcie się od bólu spowodowanego pracą. Nigdy nie przeżyłyśmy chwili niepokoju, połykając pigułkę za pigułką. Nawet wtedy, kiedy Gregor i Pavlov rozmawiali o Brytyjce, która zmarła po zażyciu jednej tabletki ecstasy. I śmiali się, że narkotyk mógł pochodzić od nich. (była to Leah Betts, zmarła w listopadzie 1995 r. po zażyciu jednej tabliczki ecstasy. Jednak sekcja zwłok wykazała że przyczyną zgonu było spożycie przez Leah równocześnie nadmiernej ilości wody).
 
W mieście, w którym obsceniczność i wykorzystanie były normą, Gregor wyróżniał się spomiędzy setek innych dilerów i alfonsów nie tylko skalą interesów, ale też bezczelną jawnością. On i Pavlov - i wszyscy inni, którzy dla niego pracowali - nosili przy sobie broń. Nie kryli się z handlem kobietami i narkotykami. Jakby byli nietykalni. Jakby znajdowali się całkowicie i bezspornie ponad prawem. Jedno z pytań, które najczęściej słyszę, to: "Dlaczego policja ich nie powstrzymała?" Dlaczego, skoro robili tak niewiele, albo wręcz nic, żeby maskować swoje przestępcze działania, nie zostali aresztowani i postawieni przed sądem? Zgadnijcie. W Holandii są dwa rodzaje policji: regiokorpsen czyli siły regionalne i KLPD - Korps Landelijke Politiediensten - państwowe oddziały policji o zasięgu krajowym. KLPD, które przypomina trochę amerykańskie FBI, prowadzi śledztwa w sprawie większych przestępstw popełnianych na skalę krajową lub międzynarodową oraz, co najważniejsze, działalność wywiadowczą. Codzienna rutynowa służba pozostawiona jest w rękach regiokorpsen, które dbają o bezpieczeństwo w miasteczkach i miastach w całym kraju. Istnieje dwadzieścia pięć okręgów sił regionalnych. Na czele każdego stoi szef sił, który zajmuje się zarządzaniem policją w podległym mu okręgu. Cały jego sztab jest podzielony na miejscowe zespoły policyjne nazywane basiseenheden - jednostkami podstawowymi. Decyzje dotyczące egzekwowania przestrzegania prawa w okręgu - wybieranie problemów priorytetowych, na które kieruje się największą uwagę i wysiłki - należą do odrębnej zewnętrznej komisji. Zasiadają w niej przedstawiciele policji, główny prokurator okręgowy i przewodniczący największej miejscowości w okręgu. W praktyce oznacza to, że policja w miejscu takim jak Rosse Buurt znajduje się pod wpływem ludzi, którzy rządzą miastem. A ponieważ Amsterdam nie był zainteresowany zrobieniem porządku w Dzielnicy Czerwonych Latarni, miejscowe zespoły policyjne też nic w tym kierunku nie robiły. Od tamtej pory niewiele się zmieniło.
 
 

 
W lecie 2000 roku policja amsterdamska wydała piękny przewodnik o tym, jak się bezpiecznie bawić w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Kokaina, heroina, LSD, ekstazy itd. są surowo zakazane, zauważa przewodnik. Następnie wyjaśnia, że niewielkie ilości marihuany, posiadanej na użytek własny, mogą być legalnie spożywane w kawiarni, dodając pomocnie: jeżeli poczujesz mdłości po wypaleniu lub zjedzeniu kosmicznego ciastka, wypij dużą ilość wody z cukrem. Wskazówki dotyczące prostytutek bezpośrednio odnoszą się do zainteresowań "konsumenta": "Jeżeli odwiedzasz jedną z tych kobiet, chcemy ci przypomnieć, że nie zawsze są kobietami". Przewodnik napisano z zachowaniem wszelkich norm moralnych - nie krzycz ani nie używaj wyzwisk w stosunku do tych kobiet - ale początkowo zawierał również bezwstydne porady, jak najlepiej zaliczyć wizytę u prostytutki uwięzionej w szklanej klatce: "Rozliczenia załatw w drzwiach i nie bądź zbyt pijany, żeby skorzystać z usługi. Dla tych pań czas to pieniądz". Wszystkie te rady zebrał i opublikował czynny funkcjonariusz policji, który przepracował na ulicach dzielnicy dwanaście lat. Jego zdjęcie, które zdobi okładkę, ukazuje uśmiechniętego policjanta w pełnym umundurowaniu na policyjnym motocyklu. Obok niego widać reklamę Muzeum Erotyki. W Amsterdamie nie ma wiele miejsca na rygorystyczne przestrzeganie prawa. Fakt, że w 1995 roku każdy policjant, który chciałby zaprowadzić porządek w dzielnicy, niemal na pewno trafiłby na opór ze strony wielu własnych kolegów. Wszystkim rządziła prosta ekonomia - przestępstwo, które było atrakcyjne dla rady miasta, stawało się też szybko atrakcyjne dla urzędników niższego szczebla. Policjanci - w każdym razie ci najniższej rangi, z patroli ulicznych - rzadko zarabiają krocie. Gregora stać było na to, żeby co miesiąc zasilać ich portfele. Oczywiście w zamian za przymykanie oka tam, gdzie tego potrzebował. Nie chcę powiedzieć, że każdy policjant, który pełnił służbę na osiemnastu ulicach w De Wallen i Singelgebied brał łapówki, ale większość na pewno to robiła. W dodatku wynagrodzenie niekoniecznie było wypłacane w gotówce. 
 
Zabójstwo Reubena wywołało niepokój na ulicach. Nie dlatego, że został zabity. W tej dzielnicy ludzie często umierali czy znikali. Chodziło o to, że jego głowa została odrąbana i celowo porzucona kilka metrów od reszty ciała. Miało to stanowić ostrzeżenie dla innych Loverboys, ale czyn ten okazał się na tyle bezczelny, że ściągnął uwagę z zewnątrz. Pojawiły się plotki - przekazywane przez gońców i wśród dziewczyn w witrynach - że wyznaczono specjalną jednostkę policji spoza Dzielnicy Czerwonych Latarni, której zadaniem było zbadanie grup przestępczych, które stały za handlem ludźmi. Niektórzy stręczyciele, włącznie z Gregorem, przestraszyli się na tyle, że podjęli działania antyszpiegowskie. Od czasu do czasu nasyłali jakiegoś nowicjusza z gangu, żeby porozmawiał z nami, dziewczynami, podając się za funkcjonariusza specjalnej jednostki. Wszystko po to, by sprawdzić, czy któraś nie zechce zeznawać przeciwko swojemu panu. Na ogół wyczuwałyśmy prowokatorów albo ich znałyśmy. Ale i tak nie pisnęłybyśmy słowem. Mimo to podobne akcje były oznaką tego, jak niepewnie zaczęli czuć się bossowie przestępczości. W każdym razie, kiedy jestem pytana, dlaczego Gregorowi tak długo się udawało, opowiadam zazwyczaj o zabójstwie Reubena i korupcji. Robię to także wtedy, gdy ktoś docieka, dlaczego nie poszłam na policję. Później, dla lepszego zobrazowania swojej sytuacji, opowiadam o gwałcie. Narkotykowa kawiarnia Gregora znajdowała się niedaleko miejscowego komisariatu. Wszystkie wiedziałyśmy, że nasz szef opłaca część gliniarzy. Przypuszczam jednak, że z powodu narastającego napięcia i podejrzeń oni sami postanowili zachęcić nas dodatkowo do milczenia.
Było około siódmej. Zrobiło się ciemno, wilgotno i smutno, jak zwykle zimową nocą w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Wieczór płynął dość spokojnie - wielu przechodniów, ale niewielu klientów skłonnych otworzyć portfel. To oznaczało kłopoty, kiedy przyjedzie po nas Gregor. Kłopoty i niewystarczającą ilość narkotyków, żeby zaspokoić nałóg i złagodzić ból. 
 
Dlatego moje przekrwione oczy pewnie rozbłysły, kiedy zobaczyłam zbliżającą się do mojej witryny grupę siedmiu mężczyzn. Szli pewnym krokiem, nie za szybko, nie za wolno. Wyglądali na potencjalnych klientów. Podeszli do witryny i chcieli, żeby ich wpuścić, wszystkich naraz. W dzielnicy obowiązuje zasada: jeden na raz. Nigdy więcej niż jeden na raz. Dość często wpuszczałam grupki dwóch czy trzech facetów - na ogół młodych, głupich i pijanych - którzy chcieli wejść, żeby popatrzeć, jak jeden z nich pieprzy się za kasę. Zwykle tłoczyli się po to, żeby ten, który wydaje kasę, czuł się bezpiecznie, bo był zbyt przestraszony, żeby wejść samemu. Naprawdę, żałosne. Czasami do pokoju chciały wejść pary, szukając dreszczyku, który miał urozmaicić ich życie erotyczne. A może dlatego, że oboje fantazjowali o towarze do wynajęcia? Nigdy się tego nie dowiedziałam. W każdym razie, podstawowa zasada samoobrony to: jeden na raz. Tych siedmiu mężczyzn, którzy podeszli do mojej witryny, nie miało jednak zamiaru wchodzić po kolei ani się przyglądać. Ani - jak się okazało - płacić. Otworzyli szklane drzwi i pokazali policyjne legitymacje. Jeden z nich zaciągnął kotary, a drugi pchnął mnie na łóżko. Gwałcili mnie na zmianę, cała siódemka. Po wszystkim wyszli razem. Podziękowali mi - chłodno i ironicznie - za gratisowy numerek. Dlaczego nigdy nie pobiegłam na policję, nie wyjaśniłam, że jestem opiekunką i że zostałam uwięziona wbrew mojej woli, faszerowana narkotykami i zmuszana do zaspokajania dzikiej egoistycznej żądzy mężczyzn przez cały dzień? Dlaczego? Wy byście pobiegli?
 
 
 
 
 CDN.