Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AMAZONKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AMAZONKI. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 października 2019

WOMAN IS FUTURE!? Cz. V

CZYLI WSPÓŁCZESNA

FEMINISTYCZNA MIZOANDRIA


AUTORZY WYCHWALAJĄCY

KOBIETY I KOBIECOŚĆ

Cz. II






 EURYPIDES

"MEDEA"

(431 r. p.n.e.) 

Cz. I 




 
Przegląd autorów greckich, którzy również obsadzali w głównych rolach swoich dzieł kobiece postaci, postanowiłem zacząć dość nietypowo, a mianowicie od Eurypidesa. Dlaczego "dość nietypowo?" Otóż w temacie tym pragnę zaprezentować autorów, którzy (jak jest to wymienione w tytule) wychwalali kobiety i kobiecość w swoich sztukach, natomiast postać Eurypidesa na pierwszy rzut oka pasuje tu jak przysłowiowa "pięść do nosa". Dlaczego? Cóż, Eurypides dał sobie przez wieki przypiąć łatkę potwornego mizogina, który wręcz żywo nie znosił kobiet i piętnował wszelkie te cechy, które uważał za negatywne gdyż podszyte emocją, a skoro emocją to wiadomo że kobiety dzierżą w tym swój nieodparty prym. Szczególnie dużo od Eurypidesa młodszy Arystofanes, często dorabiał mu "gębę" mizogina. Oczywiście zarówno jeden jak i drugi reprezentowali odmienne gatunki dramatu - Eurypides pisał tragedie, zaś Arystofanes znany jest ze swoich komedii, mimo to dała się zauważyć owa szczególna literacka niechęć jednego wobec drugiego. Oczywiście do tego doszły i inne, często skandalizujące przekazy mniej znanych autorów jak: Filochoros, Herakleides z Pontu, Hieronim z Rodos, Aristoksenos, Hermippos ze Smyrny czy Satyros - choć dziś przyjmuje się że podawane przez nich informacje są w całości lub w ogromnej większości niewiarygodne. Co prawda Eurypides w swych sztukach piętnuje kobiety, a szczególnie ich emocje, które często mogą doprowadzić do zbrodni lub zagłady rodzin lub nawet całych państw, to jednak według mnie pominięcie tego autora pozbawiłoby nas pełnej palety informacji co do jego intencji oraz kanonu, jakim kierował się tworząc swe dzieła. Przecież to właśnie Eurypides jako pierwszy grecki tragik wprowadził na scenę postać swoistej "femme fatale" - kobiety fatalnej, kobiety niszczonej przez swe żądze, emocje i nienawiść. Dlatego też uważam że najuczciwiej będzie, jeśli rozpocznę ten temat właśnie od postaci Eurypidesa.

Eurypides - samotnik z usposobienia, ten "najbardziej tragiczny z poetów" - jak opisuje jego postać Arystoteles w "Poetyce", przyszedł na świat w Salaminie w 480 r. p.n.e., gdy okręty perskiego króla Kserksesa I płynęły na ostateczne starcie ze zgromadzoną w Zatoce Sarońskiej przez Temistoklesa flotą Aten, Koryntu i Lacedemonu (Sparty). Morska bitwa pod Salaminą z września 480 r. p.n.e. zakończyła się sławetnym greckim zwycięstwem, które ocaliło Helladę od perskiego podboju i pozwoliło przetrwać tamtejszej cywilizacji wolności (należy jednak pamiętać że Grecy co prawda umiłowali wolność, ale jednocześnie stworzyli cywilizację która gardziła np. pracą fizyczną, stąd ciągłe zapotrzebowanie na niewolników których zadaniem było utrzymywanie całego tego modelu społeczno-politycznego - łącznie z opróżnianiem latryn, zbieraniem psich bobków i zamiataniem ulic - aby ich panowie mogli rokoszować się filozofią i sztuką podczas swoich sympozjonów. Gdyby nie niewolnicy, cała grecka cywilizacja i kultura upadłaby jeszcze szybciej, niż próbowali tego dokonać Persowie - po prostu Grecy zaczęli by tonąć w śmieciach i brudzie. Jednak tę niechęć do pracy fizycznej przejęli od Greków również i Rzymianie a potem odziedziczyły narody europejskie w epoce średniowiecza. Średniowieczni rycerze byli gotowi przelewać krew na wyprawach krzyżowych i pojedynkować się na śmierć i życie na turniejach, ale praca fizyczna - np. na roli - oznaczałaby dla nich utratę godności i honoru. Tak, nasza kultura europejska została stworzona na żywej nienawiści do pracy fizycznej, dlatego gdy dziś mówi się o obudzeniu kultury europejskiej, niszczonej przez antykulturę opartą przede wszystkim - choć nie tylko - na marksizmie i odrodzeniu "kanonu pracy" - bo bez tego w krótkim czasie zarówno Europa jak i Ameryka staną się po prostu chińskimi koloniami - tak naprawdę mówimy o bardzo krótkim w dziejach cywilizacji europejskiej wycinku historycznym, który obejmował raptem okres końca XIX i pierwszej połowy XX wieku. To wszystko. Przez pozostały czas swej historii kultura europejska - w także wyrosła z niej kultura amerykańska - była nastawiona negatywnie i niechętnie do wszelkich prac fizycznych, stąd taka pogarda dla chłopów folwarcznych u niektórych tzw.: przedstawicieli współczesnych "elit"). Dzięki odniesionemu wówczas zwycięstwu (powtórzonemu następnie w bitwie lądowej pod Platejami z sierpnia 479 r. p.n.e.), Eurypides i inni jemu podobni greccy młodzieńcy mogli dorastać w niepodległych polis.

Ojcem Eurypidesa miał być niejaki Mnesarchos, posiadający pewne dobra ziemskie na Salaminie (choć Arystofanes nazywa go pogardliwie handlarzem), matką zaś kobieta o imieniu Kleito (którą Arystofanes z kolei nazywa w "Żabach" - przekupką). Oboje rodzice należeli do attyckiego demu Phyla (wchodzącego w skład demu Kekropis). Młody Eurypides od małego był szykowany zarówno do służby wojskowej (brał udział w zawodach bokserskich i gimnastycznych, przygotowujących młodych mężczyzn do walki o własną polis) jak i do posług świątynnych (tańczył i nosił pochodnię w świątyni Apollina Zosteriosa). Jednak nie miał do tego głowy. Nie interesowała go zbytnio wojaczka, ani kwestie kapłańskie, mało też zajmował się polityką Aten, natomiast od małego lubił malować obrazy. Tę swoją pasję ostatecznie także porzucił dla literatury. Potem się ożenił. Jego wybranką została niejaka Melito. Nie ma co prawda żadnych informacji na jej temat, ale wiadomo że małżeństwo pozostało bezdzietne. Dla Greków bezdzietność była największą tragedią jaka mogła ich spotkać w życiu i (być może - tak przynajmniej uważają niektórzy wyżej wspomniany greccy twórcy) pewne mizoginiczne wątki w twórczości Eurypidesa wzięły się właśnie z jego nieszczęśliwego małżeństwa. Nie trwało ono jednak długo (prawdopodobnie Melito była bezpłodna) gdyż wkrótce się z nią rozwiódł i poślubił kobietę o imieniu Choirine. Ta dała mu aż trzech synów. Mimo to poeta często uciekał w samotność (miał swoją grotę skalną na Salaminie, w której się chował przed ludźmi i gdzie tworzył swoje dzieła). W czasie jego życia, w Atenach (Salamina była wyspą należącą bezpośrednio do Aten) zachodziły fundamentalne zmiany. Powstał Związek Morski (478/477 r. p.n.e.) który w przeciągu jednego pokolenia przekształcił się w prywatne Imperium Ateńskie (454/453 r. p.n.e.). W 462 r. p.n.e. doszło do reformy ustrojowej (a raczej do zamachu stanu) Peryklesa i Efialtesa, wprowadzającej klasyczny model demokracji ateńskiej. Eurypides żył i dorastał w czasach wielkiej potęgi, jaką się wówczas stały Ateny, doświadczył również pierwszych trudów wielkiej Wojny Peloponeskiej (431-404 r. p.n.e.), łącznie z ową "ateńską plagą" która zdziesiątkowała miasto w latach 429-427 p.n.e. Wydaje się jednak że Eurypidesa sprawy polityczne niewiele zajmowały, choć pisał on również i sztuki patriotyczne, zagrzewające Ateńczyków do walki.



 ATENY vs. SPARTA
(Sowa - symbol bogini Ateny 
i litera Lambda - symbol lacedemońskiej Lakonii)



Mając ponad siedemdziesiąt lat, wyjechał do Macedonii, którą wówczas władał Archelaos I (w 408 r. p.n.e.), gdzie gościli już inni twórcy jak np. poeta Tymoteusz z Miletu, sławny malarz Zeuksis czy ateński tragik Agaton - i gdzie można było spokojnie przeczekać krwawą wojnę między Związkiem Morskim (Ateny) i Związkiem Peloponeskim (Sparta). Tam zginął tragicznie dwa lata później, gdy tradycyjnie szukając samotności w lesie, został rozszarpany przez psy króla Archelaosa - który akurat urządził polowanie. Potem król Macedonii kazał wystawić pomnik Eurypidesowi w miejscu, w którym ten zginął. W Atenach też przyjęto wiadomość o jego śmierci z głębokim żalem, a tragik Sofokles (konkurent Eurypidesa) w żałobnych szatach oznajmił tę smutną wieść ludowi podczas święta Wielkich Dionizjów (w czasie którego prezentowano nowe sztuki teatralne). Co prawda Ateńczycy opłakiwali Eurypidesa jako jednego ze swoich sławnych współobywateli, ale zbytnio nie cenili go, a często w ogóle nawet nie rozumieli jego dzieł. Natomiast bardzo popularny był Eurypides zarówno w Macedonii jak i na Sycylii i w południowej Italii (szczególnie w Syrakuzach, Leontach, Krotonie, Tarencie i Akragas) i to do tego stopnia, że ci, spośród Ateńczyków wziętych do syrakuzańskiej niewoli po nieudanej próbie zdobycia miasta w latach 415-413 p.n.e. (idiota Nikiasz - dowodzący wówczas ateńskim kontyngentem, miał dwukrotnie możliwość zdobycia Syrakuz przy niewielkich stratach własnych, z obu tych możliwości nie skorzystał, trzeciej okazji los mu już nie zesłał, gdyż jak to mawiał Schiller: "z głupotą sami bogowie walczą nadaremno". Ja akurat używam tego określenia, gdyż w młodości opracowałem dobry plan zdobycia Syrakuz podczas wyprawy Nikiasza, plan, który w zasadzie nie kosztowałby wiele wysiłku ani też poświęcenia żołnierzy. A przecież nie było to wcale takie trudne, wystarczyło tylko troszeczkę pomyśleć. Nikiasz według mnie był idiotą i mówię to wiedząc jak dziecinne błędy popełnił i ilu przez to żołnierzy stracił podczas walki, które i tak skończyły się całkowitą ateńską klęską, mimo posiłków przybyłych pod wodzą Demostenesa), którzy potrafili wycedzić jakieś wersy z dzieł Eurypidesa, ponoć byli nawet... zwalniani z niewoli - tak wielka była wśród Syrakuzan sława tego tragika. 

Eurypides rozpoczął swą przygodę z literaturą (można by to było tak właśnie określić) w wieku ok. 25 lat, a konkretnie podczas Wielkich Dionizjów w 455 r. p.n.e. gdzie zadebiutował sztuką pt.: "Peliady" (sztuka ta, choć nie zachowała się w całości do naszych czasów, wiadomo iż nawiązywała do tematu postaci o której pragnę dziś opowiedzieć - Medei). Nie będę tutaj wymieniał wszystkich dzieł Eurypidesa, gdyż w tym momencie nie jest to ważne, można jedynie dodać że napisał aż 88 sztuk, z czego w czasie swego pięćdziesięciolecia twórczości, jedynie... cztery razy otrzymał pierwszą nagrodę (nie licząc oczywiście pośmiertnego docenienia autora i nagrodzenia jego sztuk, takich jak: "Bachtanki", "Alkmeon w Koryncie" i "Ifigenia w Aulidzie" - szczególnie dużą popularnością cieszyły się te eurypidesowe dzieła w latach 40-tych IV wieku p.n.e., gdy ich autor nie żył już od prawie sześćdziesięciu lat. Może też dlatego, że to właśnie w IV wieku p.n.e. następuje prawdziwa rewolucyjna emancypacja kobiet w sztukach teatralnych i podkreślenie ich przeżyć oraz postaw na równi z mężczyznami - choć oczywiście żadnej ze sztuk nie stworzyły kobiety). Teraz chciałbym się skupić na jednej ze stworzonych przez Eurypidesa tragedii, która w sposób dość ciekawy i zarazem symboliczny, pokazuje jak szybko miłość może się przerodzić w nienawiść i zbrodnię. Oczywiście winną zbrodni i zrodzonej wcześniej nienawiści jest kobieta - tytułowa Medea, ale jednocześnie sztuka ta pięknie pokazuje jak emocje odbierają ludziom umiejętność racjonalnego myślenia. Zbrodnia, jakiej bowiem dopuszcza się z zemsty Medea, jest odrażająca i uderza przede wszystkim w to, co dla Greków było niesłychanie ważne - w więź miedzy matką a dzieckiem i matczyną miłość. Pozbawienie życia dzieci przez matkę, która dopuszcza się zbrodni w imię zemsty na mężu, który porzucił ją dla innej kobiety - była właśnie dla Greków przecięciem tej więzi łączącej matkę z dzieckiem. Nic więc dziwnego że "Medea" nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem ateńskiej publiczności na Lenajach roku 431 p.n.e. i otrzymała zaledwie trzecie miejsce. 

Przejdźmy zatem do samego tekstu eurypidesowego dzieła, który (tak mi się wydaje) trudno będzie zrozumieć, bez przytoczenia samego greckiego mitu o Medei, Jazonie i sławnej wyprawie Argonautów (pasażerów statku o nazwie "Argo") po złote runo. Zatem postaram się w miarę krótko zaprezentować kontekst samego mitu. Otóż po raz pierwszy o wyprawie Argonautów pisze Homer w "Iliadzie" i "Odysei", potem Hezjod w "Teogonii", następnie Apollonios z Rodos, Pindar, Alkman, Stesichor, Symonides z Keos czy Mimnermos (prócz Homera, wszyscy wymieniają również Medeę). Przejdę teraz do samego mitu i połączę wszystkie te utwory: "Medea w Kolchidzie", "Medea w Jolkos", "Medea w Koryncie", "Medea ze Scytami" czy "Medea w Atenach" będące niczym tytuły odcinków jakiegoś serialu (jak choćby: "Markiza Angelika", "Angelika i król", "Angelika  i piraci" czy "Angelika i sułtan" - jakoś mam sentyment do tego serialu i do samej Michele Mercier) i postaram się złożyć z tego jeden spójny mit o Argonautach, Jazonie, Medei oraz ich nieszczęśliwej miłości, zakończonej zbrodnią. Nie jest to też sztuka mizoginistyczna. Według mnie autor pięknie pokazał tu tę drugą stronę kobiecej natury, stronę destrukcyjną, niszczącą wszystko pod wpływem emocji (które notabene znacznie łatwiej jest wzniecić u kobiet, niż u mężczyzn - przykład? - choćby Greta Thunberg, która naprawdę wierzy w to, co robi - szkoda tylko że nie widzi jak perfidnie jest wykorzystywana i sterowana. Ale właśnie emocje utrudniają logiczne myślenie, a u kobiet te emocje w wersji hard, pojawiają się co najmniej raz w miesiącu - nic więc dziwnego że Cesarz Napoleon powiedział kiedyś: "Państwa upadają, gdy rządzą nimi kobiety"). Dwie są bowiem strony kobiecej natury - twórcza i destrukcyjna, a najgorsze jest to, że często wzajemnie się one ze sobą przeplatają.




W przepięknej krainie Tesalii, skąpanej w morzu słońca i zieleni (na której terytorium znajdowała się święta góra Olimp), przyszedł na świat niejaki Jazon, syn obalonego króla tej krainy - Ajsona. Ajson był zaś synem króla Kreteusa i królowej Tyro. Tyro zaś była też kochanką boga Posejdona, który spłodził z nią dwóch synów (przyrodnich braci Ajsona) Neleusa - króla Mesenii i jego brata bliźniaka Peliasa, który obalił Ajsona i przejął tron Tesalii. Ajson obawiał się o życie syna, gdyż znał podejrzliwość swego przyrodniego brata, tym bardziej gdy wyrocznia przepowiedziała Peliasowi by: "Strzegł się na wpół obutego". Tak się akurat złożyło, że pewnego razu Jazon - wracając z Pelionu do miasta Jolkos w Tesalii), miał pewną przygodę nad rzeką Anauros. Otóż nie było na niej mostu, co oczywiście dla młodego i silnego mężczyzny nie stanowiło przeszkody, ale obok, wśród drzew siedziała staruszka, która poprosiła Jazona by ten zlitował się nad nią i przeniósł na drugą stronę brzegu, gdyż prosiła dotąd wielu, ale nikt się nad nią nie zlitował. Jazon wziął staruszkę na ręce i przeniósł ją przez rzekę. Kobieta podziękowała i poszła sobie, a Jazon nie domyślił się jej prawdziwej tożsamości. Otóż w postać staruszki zmieniła się sama bogini Hera, która chciała sprawdzić młodzieńca, jakie to drzemie w nim serce i gdy zdał próbę, stała się odtąd jego patronką - dopomagając mu w wielu przedsięwzięciach (przypomniała mi się pewna historia na temat dawnej świątyni bogini Demeter w Eleusis. Otóż rzecz działa się w lutym 1940 r. na przystanku autobusowym na trasie między Atenami a Koryntem. Do autobusu wsiadła wówczas pewna staruszka, która jednak nie miała pieniędzy na bilet i kierowca wysadził ją na następnym przystanku - właśnie w Eleusis. Jednak gdy kobieta została wyrzucona z autobusu, ten nagle nawalił a kierowca w żaden sposób nie mógł ponownie uruchomić silnika. Wówczas to pasażerowie, którzy zaczęli podejrzewać iż być może pojazd stanął, ponieważ kierowca w tak niekulturalny sposób wyrzucił staruszkę, postanowili złożyć się za nią na bilet. Gdy ponownie wsiadła, autobus ruszył i pojechali. Ale wówczas staruszka miała rzec: "Powinniście byli to zrobić wcześniej, ale jesteście egoistami, skoro jednak już znalazłam się wśród was, powiem coś więcej - za sposób, w jaki żyjecie, będziecie ukarani", gdy kobieta przestała mówić, nagle... zniknęła. Nikt nie widział by gdziekolwiek wysiadała, po prostu rozpłynęła się w powietrzu. Cała historia została opisana w greckiej gazecie "Hestia" z 7 lutego 1940 r. i została oparta na opowieści świadków podróży. Po jakimś czasie zaczęto łączyć tę historię ze starogreckimi mitami o bogini Demeter, która czasem przybierała postać staruszki i w gniewie zarzucała ludziom brak pobożności, grożąc karą. Rumuński historyk - Mircea Eliade przypomniał tę historię, nadając jej tytuł: "Autobus zatrzymuje się w Eleusis". Świątynia Demeter została zniszczona w 396 r. przez armię najeźdźców z północy - Wizygotów, którzy pod wodzą swego króla - Alaryka splądrowali okolicę. Zagładę świątyni miał nieco wcześniej przewidzieć niejaki Eunapios, przedostatni arcykapłan świątyni w Eleusis, mówiąc że jego następca złamie prawo i tabu misteriów ku czci bogini, ponieważ będzie "oddany innym bogom". Ta profanacja doprowadzi do zburzenia świątyni, a potem przyjdą "ludzie w czerni" i kult dwóch bogiń - Demeter i Kory - zaginie na zawsze. Tak też się stało, następcą Eunapiosa został wyznawca kultu Mitry, a wkrótce potem pojawił się Alaryk ze swoją armią i świątynia została zniszczona. Potem zaś zjawili się "ludzie w czerni" czyli chrześcijańscy mnisi i kult bogini przepadł na zawsze, a zastąpił go kult świętego Demetriosa).




Jazon wrócił więc do domu w jednym sandale, ponieważ drugi ugrzązł mu w mule rzecznym. Gdy wieść o tym, że Jazon, syn Ajsona powrócił w jednym bucie, dotarł do Peliasa, ten przeraził się wcześniejszej przepowiedni. Zresztą słusznie, bowiem wkrótce Jazon na czele swych zwolenników zażądał od stryja przekazania mu władzy nad Tesalią. Pelias przyjął jego warunki (obawiając się zdecydowanie odmówić), ale postawił własne. Zażądał mianowicie by młodzian przywiózł mu złote runo od króla Kolchidy - Ajetesa. Jazon oczywiście się zgodził i podjął się tego wyzwania, nie zdając sobie sprawy że złote runo zostało przeklęte przez Fryksosa, męża starszej córki króla Ajetesa - Chalkiopy, którego Ajetes pozbawił życia. Złote runo miało sprowadzić nieszczęście na każdego, kto stanie się jego właścicielem. Jazon szybko zebrał załogę i zbudował okręt, który nazwał "Argo". Wraz z towarzyszami (Tyfisem, Orfeuszem, braćmi Kastorem i Polluksem, Peleusem i Telamonem, Heraklesem i Hylasem, Kalaisem i Zetesem, Tezeuszem, Laertesem, Amfiaraosem, Admetosem, Idasem i jego bratem Linkeusem i kilkoma jeszcze innymi - łącznie było ich pięćdziesięciu), wyruszyli w drogę ku Kolchidzie. Gdy dotarli do wyspy Lemnos, wyszły im na spotkanie miejscowe kobiety-wojowniczki, swoiste amazonki. Zdziwieni dlaczego to nie mężowie a niewiasty wychodzą ku nim z bronią, zadeklarowali jednocześnie że przybywają w pokoju. Wówczas od starej kobiety o imieniu Polikso, usłyszeli ponurą historię wyspy. "Niegdyś" - mówiła Polikso - "władał nami król Toas, syn Dionizosa, a my żyliśmy zwykłym życiem społecznym. Lecz nagle zdarzyło się nieszczęście, które je zmieniło od podstaw. Nasi mężczyźni walczyli na lądzie z Trakami, my kobiety, zajęte podwójną pracą - za nich i za nas, nie miałyśmy czasu na odprawienie całonocnego święta ku czci bogini Afrodyty. Bogini rozgniewała się srodze i kiedy mężowie nasi wrócili, wzbudziła w nich wstręt do nas. Oni wzięli sobie do łoża trackie branki i zaczęli z nimi żyć, jak z żonami. Przez pewien czas znosiłyśmy to, w nadziei, że się opamiętają. Kiedy jednak minął rok i nic się nie zmieniło, zebrałyśmy się potajemnie i postanowiłyśmy zemścić się w okropny sposób - wyciąć jednocześnie i rywalki i mężów, a zarazem całą męską ludność miasta".




Dalej kontynuowała Polikso: "Potem wybrałyśmy na królową córkę Toasa, księżniczkę Hypsipyle i zaczęłyśmy rządzić się same naśladując to, cośmy słyszały o Amazonkach nad rzeką Termodontem w Azji. Tak minął jeszcze rok, a wczoraj zobaczyłyśmy wasz okręt przed wyspą. Więc mówię do współobywatelek: musicie mieć dzieci, a do tego jest potrzebne małżeństwo". Argonauci żachnęli się z odrazą na taką propozycję, a Herakles przemówił w imieniu innych: "Małżeństwo z wami? Jesteście przeklęte, przeklęte na zawsze. Nie ma dla was radości macierzyństwa na tym świecie, a na tamtym świecie doznacie losu mężobójczyń - będziecie nosiły wiecznie wodę do dziurawej beczki" (notabene tu jest pokazane to, o czym wspomniałem wcześniej o występującej często w sztukach Eurypidesa problemie niewieścich emocji, które mogą i często prowadzą do zbrodni a szczególnie zerwania z macierzyństwem, łączącym niewidzialną nicią matkę z dzieckiem). Jazon jednak nie był tak kategoryczny i stwierdził że to nie jest wina owych niewiast, że popełniły ów grzech, zwany "ciężkim grzechem lemnijskim", gdyż to bogowie zesłali na nich szaleństwo i to oni są temu winni, a raczej ten z bogów, który był sprawcą całego zdarzenia. Orfeusz i Amfiaraos zadecydowali iż jedynym wyjściem jest podążyć drogą oczyszczenia i zbawienia a kobiety zgodziły się z tymi słowami. Zdecydowano że należy odnowić starożytny, tajemny kult Kabirów (bogów podziemia), jaki panował na wyspie nim jeszcze: "wasi dziadowie przybyli na tę wyspę i zbudowali wasze miasto - Myrinę o białych murach". Odnowiono więc stary rytuał oczyszczenia, a następnie zawarto tymczasowe małżeństwa pomiędzy Argonautami i Lemnijkami. Przez jakiś czas żyli oni ze sobą jak mężczyżni i kobiety, aż wreszcie nadszedł dzień wyjazdu. Pożegnano się więc i odpłynięto przez Hellespont ku dalekiej Kolchidzie leżącej na wschodnich krańcach Morza Czarnego i po kilku kolejnych przygodach (których pozwolę już sobie nie przytaczać), dotarli wreszcie do celu swej podróży. 

Gdy przybyli do Kolchidy, król tej krainy - Ajetes zgodził się oddać złote runo Argonautom, postawił jednak warunek - Jazon musi zaprząc do pługa byki i zaorać nimi ziemię, zajmie mu to - jak twierdził król - jeden dzień. Kolejnego dnia może już przyjść po runo. Jazon zgodził się z radością, ciesząc się że Ajetes dał mu tak łatwe zadanie do wykonania, ale tejże nocy do gaju Hekate, ściągnęła go królewska córka - Medea. Tam poinformowała Jazona że to, czego żąda od niego jej ojciec, jest tak naprawdę... wyrokiem śmierci, gdyż nikt nigdy nie był w stanie zaprząc do pługa byków Słońca, z których nozdrzy zieje żywy płomień a rogi i kopyta wykonane są ze spiżu. Poradziła mu także co musi uczynić, aby przeżyć - wręczając dziwną roślinę, która wyrosła z ziemi z krwi tytana Prometeusza. Roślinę tę należało wysuszyć i rozetrzeć na miazgę, by zrobić zeń maść chroniącą zarówno od sztyletu jak i od ognia. Urzeczony jej darem Jazon, poprosił by wróciła z nim do Hellady. Dziewczyna zgodziła się, stawiając jednak warunek: "Przysięgnij mi na imię bogini Hekate że będziesz mnie miał w Helladzie za prawowitą małżonkę i matkę twych prawowitych dzieci, i nie porzucisz mnie w żadnym razie!" Jazon przysiągł. Nazajutrz, wsparty ziołem Medei, wykonał królewskie polecenie i zaprzągł ogniste byki do pługu, ale Ajetes nie zamierzał oddawać mu runa. Znów więc przyszła mu z odsieczą Medea i razem wykradłszy runo (z objęć smoka), zbiegli na okręt (i pomimo próśb Telamona, który radził Jazonowi - "odeślij Medeę do ojca wraz z runem" , twierdząc że zarówno samo runo jest przeklęte, jak również dziewczyna ma w sobie coś dziwnego - krwawą bruzdę pod okiem, która mieniła się w świetle księżyca. Jazon odmówił Telamonowi) i wraz z pozostałą załogą odpłynęli w kierunku Hellady.             








CDN.

czwartek, 17 stycznia 2019

KOBIETA JEST UKORONOWANIEM STWORZENIA - Cz. VIII

CZYLI KIEDY I GDZIE W HISTORII

ISTNIAŁ MATRIARCHAT?




III

(A)MAZONKI

STAROŻYTNY ZAKON

KOBIET-WOJOWNICZEK

(ok. 1450 r. p.n.e. - ?)

Cz. III




 Ponieważ próby opowiedzenia historii Amazonek, bez odniesienia się do kwestii mitologicznych są praktycznie niemożliwe, dlatego też należy zrozumieć że to, co opisuję ma bardzo wiele odniesień mitologicznych, choć oczywiście staram się to wszystko jakoś racjonalnie posegregować. Tak więc opuszczając swoje siedziby w twierdzy Berle, Gontyna - druga królowa plemienia Mazonów, z częścią plemion Chatów i Dachów, dołączyła nad Donem do siedlisk swej przyrodniej siostry - Mazy (obie były córkami Kaptorgi, pierwszej królowej plemienia Mazonów). Gontyna i Maza odtąd władały razem, aż do śmierci tej pierwszej, co spowodowało iż również bezdzietna Maza, wybrała sobie na (przybraną córkę i) swoją następczynię zbiegłą niewolnicę z krainy Bałtów - niejaką Ukrivolsę, która została czwartą królową plemienia (A)mazonów. To ona właśnie miała zamienić nad-dońską osadę Mazonów w miasto, które otrzymało nazwę - Temyscira. Ona też zapewne wzniosła inne miasto-świątynię ku czci bogini Vardavy (Dziewanny). Jej następczynią miała być jej córka - Tomyris (lub Tomira) I. To właśnie ona miała rozpocząć łupieżcze najazdy ludu Mazonów na okoliczne plemiona i to właśnie ona niewolę wszystkim mężom w plemieniu. Miała najechać ziemie Kolchidy (Gruzja), oraz plemiona Inhas i Hajastan (Armenia). Po niej na tron Mazonów (lub raczej już (A)mazonek, wstąpiły jej dwie córki - Arta i Daria, których panowanie przypadało na lata pokoju. Obie kobiety zrezygnowały jednak z władzy, wychodząc za mąż za władców okolicznych plemion, wówczas na tron Mazonek została wybrana ósma królowa - Udżakaravisa. Choć przeszła do legendy jako wielka władczyni (narzuciła swą władzę wielu plemionom Sarmatów i Scytów, zmuszając tamtejsze ludy do płacenia danin), to jednak po jej śmierci królestwo Mazonek ze stolicą w Temyscirze rozpadło się, choć jej córka - Selencja I starała się podtrzymać zdobycze matki, poniosła jednak ogromną klęskę w bitwie z sarmackim plemieniem (którego władcą był niejaki Atamras), czego skutkiem była jej śmierć, spalenie Temysciry, rozpad państwa (A)mazonek, jak również pochwycenie większości owych kobiet w niewolę. 

Rozpad pierwszego królestwa (A)mazonek spowodował iż przez kolejne kilkadziesiąt lat nie potrafiło się ono odrodzić. Dopiero prawie sto lat później, gdzieś w rejonie Morza Kaspijskiego niejaka Selencja II założyła osadę, wzorowaną na Temyscirze, której także nadała tę właśnie nazwę. Oczywiście nie wiadomo kim była Selencja II, wzorowała się jednak na ostatniej władczyni pierwszego królestwa znad Donu i pewnie dlatego przyjęła imię Selencji II. W każdym razie udało jej się obronić osadę przed atakami Słowian (szczególnie plemion prowadzonych przez wodzów-królów Wizymira i Jaskotela). Nie była jednak w stanie długo bronić swej niezależności i w bitwie z królem jednego ze słowiańskich plemion - Jurandem I, poniosła klęskę i musiała uznać jego zwierzchność oraz płacić daninę. Kolejne królowe - Lęgosępa, Kękaja i Miodewa były jedynie mianowanymi przez obcych władców figurantkami. Szczególnie ostatnia królowa - Miodewa okazała się zdrajczynią i została obalona przez niejaką Narcisę, której udało się zrzucić zależność, a nawet zająć tzw.: "Krainę Białych Pól" (?). Jej następczynią wybrana została Pentesilea, która ze swymi (A)mazonkami miała wziąć udział w Wojnie Trojańskiej (1194-1184 r. p.n.e.) - choć Homer nic na ten temat nie wspomina. Miała też zginać w walce z ręki Achillesa, który myślał że pojedynkuje się z mężczyzną, dopiero gdy zadał jej śmiertelny cios, zobaczył że zabił kobietę (w której notabene miał się zakochać). Po jej śmierci drugie królestwo (A)mazonek także miało się rozpaść. Niejaka Tamar miała z częścią plemienia powędrować do Saków, gdzie poślubiła tamtejszego władcę, a jej potomstwo miało częściowo odbudować dawne plemię. Natomiast inna Mazonka - Mirna powędrowała na południe i osiadła na Lesbos, zakładając tamtejsze miasto - Mitylenę. Trzecia z przywódczyń - Tugomira przeniosła się nad Don, gdzie z czasem została zmuszona do małżeństwa z jednym z wodzów lokalnego plemienia. Tak oto drugie państwo (A)mazonek także przestało istnieć.




Potomkinią Tamary miała być też królowa Masagetów - Tomyris (II), która żyła w jakieś sześćset pięćdziesiąt lat po Wojnie Trojańskiej. Udało jej się pokonać i zabić (529 r. p.n.e.) króla Persów - Cyrusa II Wielkiego i z zemsty za zamordowanie przez niego jej synów, odcięła mu głowę i wrzuciła ją do pojemnika pełnego krwi, mówiąc: "Nasyć się krwią, którą tak kochałeś". Tomyris miała być ostatnią znaną władczynią dawnego królestwa (A)mazonek, choć zdarzały się jeszcze w różnych częściach świata kobiety, które odwoływały się do dawnej tradycji królestwa Mazonek (które z czasem zaczęto nazywać właśnie Amazonkami). Nie miały one już jednak żadnego związku z tamtym państwem i społeczeństwem kobiet-wojowniczek. W kraju (A)mazonek rządziły bowiem kobiety (ale nie było to społeczeństwo złożone tylko z kobiet). Każda wojowniczka musiała zabić w boju jednego mężczyznę by stać się kobietą. By jednak wyjść za mąż, musiała swojego męża pochwycić w niewolę. Mazonki bowiem poślubiały swoich niewolników. Jeśli zaś cudzoziemiec zapragnie poślubić jakąś Mazonkę, musi ją najpierw pokonać w walce. Mężowie pozostają niewolnikami swych żon, a te mogą ich karać fizycznie (choć nie mogą pozbawić ich życia). Mężowie żyją z dala od żon i spotykają się tylko od czasu do czasu. Każda niewolnica, która dotrze do tego królestwa, natychmiast odzyskuje wolność. Nie jest jednak prawdą że (A)mazonki zabijają chłopców, a wychowują same dziewczynki. Owszem, dziewczynki wychowują matki i kształcą je na przyszłe wojowniczki, ale synów oddają mężom, aby ci kształcili ich na niewolników. Mężowie uczestniczą z żonami w wyprawach wojennych jako pomoc. 

Taki oto obraz plemienia Amazonek wyłania się z dawnych (niesprawdzonych) bajkowych opowieści, które są wtłaczane w najdawniejsze czasy, gdy północna Europa aż do Uralu była zdominowana przez poszczególne plemiona Słowian i Celtów. Ja osobiście uważam te opowieści za dość mocno naciągane i jeśli rzeczywiście kiedykolwiek istniało społeczeństwo kobiet-wojowniczek, to z pewnością musiało się ono roztopić w większym liczebnie plemieniu, gdyż samo po prostu nie przetrwałoby długo. Przykłady małżeństw Mazonek z władcami innych plemion, są tutaj dość dobitnym potwierdzeniem tych słów - kobiety-wojowniczki musiały się wtopić w resztę społeczności i tylko na tej zasadzie mogła przetrwać o nich pamięć. Oczywiście nie można też wykluczyć że istniały ściśle kobiece zakony religijne, które oddając cześć Bogini-Matce (i innym boginiom), jednocześnie szkoliły się na wojowniczki. Takie rozumowanie jest dopuszczalne, jako że owe kobiety (jako kapłanki, coś na wzór krzyżowców czyli rycerzy-zakonników), były nietykalne. W każdym razie temat społeczeństwa Amazonek wydaje mi się zakończony. Można oczywiście do tego dokładać mitologię i inne opowieści, ale prawda jest taka, że jeśli w danej społeczności zaczyna brakować mężczyzn, wówczas część kobiet przejmuje męskie funkcje - tak po prostu jesteśmy skonstruowani (nie tylko jako ludzie, podobnie przecież postępują zwierzęta, gdy zaczyna brakować przedstawicieli jednej z płci). U mężczyzn działa ten sam proces, w przypadku braku kobiet, część mężczyzn (z reguły słabszych) zostaje zmuszona do przyjęcia na siebie roli kobiet - już Arystoteles przecież mówił: "Jeśli żołnierze nie mają kobiet, wykorzystują mężczyzn". I tak jest zawsze, w przypadku braku równowagi pomiędzy płciami.

Natomiast gdy tych różnic w liczebności danej płci nie ma, lub gdy zostają one wyrównane - wszystko wraca do normy. Kobiety, które wcześniej pełniły męskie role, nie muszą już dłużej tego robić i wracają do swoich naturalnych, kobiecych zachowań. Tak samo jest z mężczyznami, choć w tym przypadku zależy to też od otoczenia. Weźmy np. taką Starożytną Grecję czy Rzym - tam spółkowanie młodzieńców ze starszymi facetami (czyli homoseksualizm) nie był wcale penalizowany, bo był traktowany jako coś normalnego. Ale już związek dwóch dorosłych mężczyzn był karany, jako coś w rodzaju dewiacji. Dlatego też mężczyżni, którzy zostali zmuszeni do przyjęcia roli kobiet... z reguły mają bardzo ciężko by odnaleźć się w normalnych warunkach, jako że zostali pozbawienie tego, co uważa się za kwintesencję męskości - dumy i godności męża i ojca rodziny. Tak to mniej więcej wyglądało w antyku i sądzę że niewiele się zmieniło do dnia dzisiejszego. Są też mężczyźni, którzy fantazjują na temat silnych kobiet (właśnie takich Amazonek) i sądzę że te wszystkie mity zostały wymyślone właśnie z tego powodu, by dać im pewną namiastkę seksualnej satysfakcji. Są też kobiety (i zapewne jest ich znacznie więcej) które wprost uwielbiają - jak to mówi Korwin Krul: "Czasami niektóre (kobiety) lubią jak się je bije, znam takie". Notabene Korwin (z którym w wielu kwestiach się nie zgadzam, ale akurat w tej dotyczącej feminizmu i tego że są kobiety, które lubią "jak się je bije" - jak najbardziej), ostatni wywołała pewną aferę zdaje się w USA, gdy w programie satyrycznym Netflixa, gdzie pokazano jego wystąpienie w Parlamencie Europejskim, w którym przekonywał iż zarobki kobiet i mężczyzn powinny się różnić, co spotkało się z wręcz z oszalałą reakcją tamtejszych feministek. 


"PRAWDZIWA KOBIETA WOLI BYĆ 
CZWARTĄ ŻONĄ PRAWDZIWEGO MĘŻCZYZNY, 
NIŻ JEDYNĄ ŻONĄ FAJTŁAPY"

JANUSZ KORWIN-MIKKE




 Swoją droga należy powiedzieć tak, Janusz Korwin Mikke, ma stałe poglądy od dekad. Często te jego poglądy mogą być nawet obraźliwe dla kobiet (choć akurat w ogromnej większości - z tego co go słuchałem - są prawdziwe). Twierdzi bowiem że kobiety są nie tylko słabsze fizycznie, ale i mniej inteligentne (choć nie znaczy to że są głupsze). Mówi że ogromna większość wynalazków została stworzona przez mężczyzn i że nawet tampon... wymyślił facet. A mimo to wiedzie mu się świetnie, jest zamożny, zmienia żony na coraz młodsze itd. itp. Natomiast ostatnio w Netflixie stwierdzono iż: "Korwin Mikke nie żyje". Być może prowadzący chciał się jakoś usprawiedliwić przed kobietami, gdy Janusz stwierdził iż kobiety powinny zarabiać mniej od mężczyzn, gdyż ich praca jest dwa razy gorsza od pracy faceta (przykład - jakiś czas temu feministki postanowiły zadać kłam teorii że "feminizm kończy się tam, gdzie trzeba wnieść szafę na czwarte piętro" - i wniosły. Problem polegał jednak na tym, że... wniosły tą szafę w cztery osoby, podczas gdy faceci wnieśliby ją we dwójkę. Na tym polega różnica i tutaj Korwin próbuje tłumaczyć dlaczego te zarobki powinny się różnić). W każdym razie Korwin Mikke żyje i ma się świetnie w towarzystwie młodej żony (i jeszcze wielokrotnie - pozytywnie lub negatywnie - nas zaskoczy).

   

 

 

ACT 447 IS NOT APPLICABLE 

AND NEVER WILL APPLY TO POLAND



CDN.

środa, 5 grudnia 2018

SEKSMISJA 2.0

CZYLI CZY MĘŻCZYŹNI MOGĄ

WYGINĄĆ... JAK MAMUTY?




 Temat ten założyłem ze względu na narastającą propagandę (głównie medialną), nakierowaną na tzw.: "ekologiczność" i połączoną z teorią "ocieplania się klimatu", która to przeżywa ostatnio drugą młodość, ze względu na odbywający się w Katowicach szczyt ekologiczny (czy jak to tam się nazywa?). Nie mam ochoty wypowiadać się konkretnie i punktować wszystkie bzdury, jakie przez lata (a nawet już dziesięciolecia) powstały pod wpływem lewicowego zaczadzenia ekologią i ciągłym powtarzaniem jak bardzo jest źle i że jak nic nie zrobimy, to za dwadzieścia lat nasza cywilizacja może przestać istnieć (bo takimi apokaliptycznymi wizjami też się ludzi straszy). Ekologia i ocieplenie klimatu - wszędzie i w kółko powtarzanie tych samych... bzdur. Tak, bzdur, bo do żadnego ocieplenia się klimatu nie dojdzie w przeciągu nadchodzących dziesięcioleci. Nie znaczy to jednak że możemy spać spokojnie, problem rzeczywiście istnieje, choć nie jest on ulokowany tam, gdzie chcieliby go widzieć lewicowi aktywiści, straszący nas "ocieplaniem klimatu" i "podniesieniem się poziomu mórz i oceanów". Nie będę tego tu teraz wyjaśniał (może założę odrębny ku temu post - choć, tak cholernie brakuje mi ostatnio czasu), powiem tylko tyle, problem istnieje, ale nie jest związany z ocieplaniem się klimatu, tylko z... nową epoką lodowcową, która nadchodzi wielkimi krokami. Apogeum nowych mrozów czeka nas z początkiem lat 40-tych XXI wieku, wtedy wrócą zimy, jakich dawno nie pamiętali nasi ojcowie i dziadowie. Rządy już teraz powinny przygotowywać ludzi do tego co nadchodzi i nie jest to bynajmniej problem wzrastającego poziomu mórz czy topnienia lodowców Arktyki. 

Idzie prawdziwa nowa epoka lodowcowa, która będzie się przejawiała (prócz bardzo mroźnych zim), ogromnymi wahaniami temperatur w lecie - (od bardzo gorących do wręcz mroźnych lat). I tutaj rzeczywiście rządy maja co robić, sytuacja bowiem przypomina biblijną opowieść o Jakubie, który objaśniał sen faraona o siedmiu latach tłustych i siedmiu latach chudych, które po nich nastąpiły. Rządy już powinny gromadzić zapasy żywności, gdy zacznie dochodzić do klęsk nieurodzaju (ulewy, susze, mrozy), szczególnie roślin, które przetrzymają mrozy, oraz stworzyć dywersyfikację dostaw energii. Problem zacznie się już w połowie lat 20-tych XXI wieku (wówczas na poważnie zaczną się sypać propagandowe bajki, jakimi dziś karmi nas międzynarodowa mafia ekologów), a epicentrum kryzysu przypadnie na początek lat 40-tych XXI wieku (ok. 2043/2044 r.). Faraon powierzył Jakubowie zarząd nad sprawami gospodarczymi kraju, dzięki czemu Egipt obronną ręką przeszedł przez okres katastrofalnego głodu. Dziś rządy europejskie (i nie tylko) powinny się skupić nad zapewnieniem dywersyfikacji energii (potrzebnej do oświetlenia i ogrania domostw i zakładów pracy), oraz żywności, odpornej na mrozy. Bo jeśli do tego nie dojdzie, to nasza cywilizacja rzeczywiście może upaść, ale z zupełnie innej przyczyny (bardziej ludzkiej przyczyny), niż przewidują dzisiejsi ekologiczni hochsztaplerzy, którzy w swych lewicowych móżdżkach nie mogą pojąć, że winnym całej tej sytuacji jest... nasze słoneczko.


 "ZAWSZE NIECH BĘDZIE SOŃCE, ZAWSZE NIECH BĘDZIE NIEBO, ZAWSZE NIECH BĘDZIE MAMA, 
ZAWSZE NIECH BĘDĘ JA" 
STARA KOMUNISTYCZNA PIOSNKA



 
Ale nie o tym chciałem pisać. Ten post miał być krótki z założenia i chciałem się w nim zastanowić nad taką oto ewentualnością - czy możliwe jest... wyginięcie mężczyzn na Ziemi? Sytuacja nieco absurdalna i od razu nasuwa mi się tutaj scena z nieśmiertelnej komedii Juliusza Machulskiego z 1983 r. pt.: "Seksmisja", w której to dwóch śmiałków - Maks Paradys i Albert Starski, podejmują się wzięcia udziału w pionierskim doświadczeniu, polegającym na zahibernowaniu ciała, w celu przedłużenia jego żywotności na na kolejne lata. Doświadczenie to ma trwać tylko trzy lata, lecz coś się nie udaje i zostają wybudzeni ponad pięćdziesiąt lat później. Okazuje się że w czasie gdy obaj przebywali w stanie hibernacji, na Ziemi wybuchła III wojna światowa, która doprowadziła do... całkowitego zniszczenia genów męskich (poprzez wynalazek doktora Wiktora Kuppelweisera - który był również autorem doświadczenia z hibernacją). Po przebudzenie dwaj bohaterowie nie potrafią się odnaleźć w podziemnym świecie, w którym przetrwały jedynie kobiety, tworząc matriarchalne, czysto technokratyczne społeczeństwo, pozbawione uczuć, w którym wszelkie żądze i pragnienia zostały zmienione (dzięki specjalnej tabletce, która należy co jakiś czas brać) na pęd ku karierze. Maks i Albert początkowo nie mogą zrozumieć że zostali ostatnimi żyjącymi "samcami" na Ziemi, co prowadzi do wielu zabawnych scen i powiedzonek, jak choćby takich: "Chciałbym rozmawiać z dyrektorem tego ośrodka (...) wolałbym jednak z mężczyzną", "Mężczyźni wyginęli? Przecież to nie były mamuty!", "A dlaczego tu nie ma klamek?", "Nas, bohaterów - prądem?!".




Wreszcie udaje im się uciec z podziemnego miasta kobiet (powstałego na skutek promieniowania po wojnie atomowej, które okazało się nieprawdziwe i było jednym z elementów okłamywania kobiet i trzymania ich razem), w czym pomaga im pewna funkcjonariuszka sekcji: Archeo - Lamia Reno.
Ostatecznie film kończy się happy endem, obaj bohaterowie znajdują przytulny dom (należący do Jej Ekscelencji - która okazuje się przebranym mężczyzną), i zamieszkują tam wraz z Lamią i jej konkurentką z sekcji: Genetix - Emmą Dax. Przekradają się też do miasta kobiet (Maks: "Tu jest ta wylęgarnia?", Albert: "Tutaj się rozmnażają", Maks: "No mówię właśnie") i wprowadzają swoje nasienie do inkubatorów rozrodczych (działających na zasadzie partenogenezy - czyli dzieworództwa, co powoduje iż rodzą się same dziewczęta), co też daje początek (ku przerażeniu niektórych kobiet) odnowienia męskiej populacji. Ogólnie rzecz biorąc film był satyrą pomyślaną na wszelkie totalitaryzmy i oderwane od rzeczywistości ideologie, jak komunizm czy feminizm i jako komedia zaliczana jest do klasyki polskiej kinematografii. 




Teraz jednak chciałbym się przez chwilę zastanowić, czy rzeczywistość ukazana w "Seksmisji" realnie jest utopijna? Czy świat bez mężczyzn byłby możliwy? Może zaskoczę i zdziwię wielu, ale powiem - owszem, byłby możliwy, nawet więcej, już kiedyś był taki czas, gdy na Ziemi w ogromnej większości dominowały prawie wyłącznie kobiety. Trzej naukowcy (Tian Chen Zeng, Alan J. Aw i Marcus W. Feldman) stwierdzili (a swoje spostrzeżenia opisali w tygodniku "Nature" (że ok. 7 000 lat temu ma miejsce przedziwne tąpnięcie. Tąpnięcie, w wyniku którego dramatycznie zmalała męska populacja i to nie tylko w jakimś określonym, lokalnym terenie, ale na całej Ziemi. Czyżby ówczesną męską populację dotknął morderczy szał i sami się unicestwili w wyniku walk (podobnie jak w "Seksmisji")? Co ciekawe, populacja kobiet wcale nie spada w tym okresie, a wręcz... wzrasta, czym więc można wytłumaczyć tak dramatyczny spadek liczby mężczyzn na świecie - ich morderczą rządzą wzajemnego wybijania się? Być może feministki poszłyby właśnie tym tropem rozumowania (wiadomo bowiem, jak stwierdziła jedna z filmowych "sióstr": "Całe zło świata zawdzięczamy wam, począwszy od wojen religijnych a skończywszy na raku macicy"). Dlaczego więc prawie 7 000 lat temu (konkretnie ok. 4 600 r. p.n.e.) nastąpił tak dramatyczny ubytek mężczyzn na całej planecie, że na jednego mężczyznę przypadało od 15 do 20 kobiet.




Na to pytanie współczesna nauka nie potrafi jednak poprawnie odpowiedzieć, choć rozwiązanie jest proste i łączy się z tym, o czym chociażby napomknąłem we wstępie - z naszym słońcem. Spadek liczby mężczyzn na świecie, nie wziął się z ich wzajemnego mordowania się, ani z przyspieszonych zgonów spowodowanych epidemią, tylko do takiej koniunktury planet, krążących wokół naszego słońca, które doprowadziło do praktycznego wyeliminowania w jądrze komórki jajowej chromosomów Y (a przynajmniej do ich maksymalnego ograniczenia). Wiadomo bowiem że pierwotnie wszyscy formujemy się jako płeć żeńska (dwa chromosomy X). Jeśli nie nastąpi proces ekspresji genów (czyli inaktywizacji) i zmiany jednego chromosomu X na Y, to wówczas na świat przychodzi dziewczynka. Jeśli zaś jeden z chromosomów X w komórce jajowej ulegnie inaktywizacji, zmieniając się w chromosom Y, wówczas rodzi się chłopiec. Niby proste, a jednak jakże zagmatwane. Gdy zaś uświadomimy sobie jak wielki wpływ na rozrodczość człowieka mają zarówno cykle księżyca jak i koniunkcja planet krążących wokół słońca, sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje. Nie chcę się teraz na ten temat zbytnio rozpisywać (gdyż miał to był krótki post), należy jednak sobie uświadomić, że właśnie ok. 4 600 r. p.n.e. nastąpiła tak przedziwna koniunkcja planet, która spowodowała iż zjawisko eliminacji chromosomów Y w komórkach jajowych przybrało masową wręcz skalę. Ciekawym fenomenem, potwierdzającym nie tylko zasadę większej zgodności położenia planet względem płaszczyzny orbity Ziemi, jest fakt iż na terenach przemysłowych (głównie elektrowni atomowych), rodzi się znacznie więcej chłopców niż dziewcząt. Dużą (choć nie decydującą) rolę odgrywa w tym procesie również określona dieta. W każdym razie ulokowanie planet, jakie miało miejsce 4 600 r. p.n.e. znacznie bardziej oddalonych od siebie i o zmiennych półelipsach torów, względem orbity Ziemi, spowodowało wytworzenie się rezonansu modulacji, oddziałującego na poszczególne planety, który zadziałał w podobny, choć odwrotny sposób jak modulacja mająca miejsce wokół elektrowni atomowych. 

Tak więc drastyczny spadek liczby chromosomów Y, a co za tym idzie liczby mężczyzn w świecie, spowodował powstanie dwóch, niezwykle ważnych i zapewne kluczowych organizacji społecznych w kulturze świata. Pierwszą były pewnie skupiska samych kobiet na podobnych zasadach jak mityczne Amazonki. Drugą zaś powstanie i ukształtowanie się na ogromnych terenach globu - poligamii (czyli wielożeństwa), która po dziś dzień jest znacznie bardziej popularna, od występującej sporadycznie poliandrii (wielomęstwa). No cóż, na zakończenie wypadałoby powiedzieć, słowami filmowego Maksa Paradysa: "To nas tu o mało nie wykastrowali, a ty sobie będziesz cycki, cyganie przyprawiał?!" 😋   

 


  

ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND