Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRUSY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRUSY. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2025

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XX

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. XX





 Pobyt królewskiej pary w Gdańsku trwał do początków grudnia 1651 r. po czym (z królewskim orszakiem) Jan II Kazimierz i Ludwika Maria wrócili do Warszawy. Święta Bożego Narodzenia minęły jeszcze spokojnie, choć wszyscy już na dniach spodziewali się narodzin królewicza. Poród zaczął się w godzinach nocnych 5 stycznia 1652 r. i trwał kilka godzin. Królewicz Jan Zygmunt Waza urodził się o świcie 6 stycznia i wiadomość tę natychmiast zaniesiono królowi, a następnie ludowi Warszawy obwieścił tę dobrą nowinę kanclerz wielki litewski Albrycht Stanisław Radziwiłł. Urządzono wielkie przyjęcie, kazano strzelać z armat i puszczano fajerwerki oraz rakiety. Nim ostatecznie chłopcu nadano imiona, jego matka, królowa Ludwika Maria  - jako Francuzka z pochodzenia - chciała aby dać mu na imię Ludwik (na cześć panującego wówczas we Francji 13- letniego Ludwika XIV), ale Jan Kazimierz zaprotestował i ostatecznie nowonarodzony książę otrzymał tradycyjne imiona rodziny Wazów. Obaj rodzice byli dumni ze swego potomka, ale ich radość była przesłonięta nie tylko wciąż nie zakończonym powstaniem Chmielnickiego, lecz również osobistymi sprawami podkanclerzego Hieronima Radziejowskiego, oraz jego żony Elżbiety ze Słuszków (o których pisałem w poprzedniej części), gdyż ten konflikt dopiero się zaczynał. Wydarzenia do jakich doszło w obozie pod Sokalem i Beresteczkiem, a następnie podróż do Gdańska królewskiej pary i flirt króla z Elżbietą, wszystko to uświadomiło królowej Ludwice Marii, że należy opowiedzieć się po stronie Hieronima, przeciwko jego małżonce i tak też uczyniła. Gdy tylko po powrocie do Warszawy Elżbieta prosiła królową o audiencję, aby wytłumaczyć się z plotek pojawiających się na jej temat, Ludwika Maria odmówiła jej w sposób ostentacyjny (co było sygnałem jej niełaski). Ta jednak nie dawała za wygraną i raz jeszcze zwróciła się do królowej z prośbą o spotkanie i wytłumaczenie się, ale małżonka Jana Kazimierza ponownie jej odmówiła, nakazując opuszczenie dworu. 




W tym czasie jej małżonek Hieronim Radziejowski zajął opustoszały pałac Kazanowskich, który uważał za swój własny (choć według prawa był on własnością Elżbiety, jako że otrzymała go od swego poprzedniego męża marszałka koronnego - Adama Kazanowskiego w testamencie). Czyn ten spotkał się z poparciem samej królowej, ale Elżbieta postanowiła zawalczyć nie tylko o swoją własność, ale również już zdecydowana była na rozwód. Przy wsparciu jednego ze swych braci (a miała ich pięciu) Bogusława Słuszki, złożyła w nuncjaturze prośbę o rozwód z Radziejowskim i na czas oczekiwania na decyzję przeniosła się do klasztoru Klarysek. W tym czasie na dworze zaszły pewne zmiany, gdyż Elżbieta miała tam wielu przyjaciół (a przede wszystkim przyjaciółek, które były w otoczeniu królowej jako jej dwórki). Przekonali więc oni Ludwikę Marię aby przyjęła na audiencji Elżbietę i przynajmniej jej wysłuchała. Zezwoliła więc Elżbiecie na przybycie na dwór, ale okazało się teraz że to już jest niemożliwe, gdyż przebywa ona w klasztorze Klarysek, którego nie może opuścić do czasu wydania decyzji nuncjatury apostolskiej. Królowa ponownie obraziła się na Elżbietę za ten nietakt (gdyż odrzucenie zaproszenia monarchini było w istocie nietaktem). Sam Radziejowski (podczas rozmów z królową), starał się ją przekonać, aby wywarła presję na Elżbietę, by ta do niego wróciła (na co królowa przystała). Następnie zwrócił się do nuncjusza z żądaniem, aby odrzucił wniosek rozwodowy żony i przymusił ją do powrotu, a jeśli nie zechce wrócić, to aby nie wypuszczał jej z klasztoru Klarysek, zmuszając ją do zostania mniszką. Pomimo poparcia królowej dla tej sprawy, nuncjatura odrzuciła to żądanie i proces rozwodowy rozpoczął się przed trybunałem w Piotrkowie. 

Po odrzuceniu jego apelacji, Radziejowski nie próżnował, zaczął pisać listy do króla, wygłaszał płomienne mowy do szlachty (i całej Rzeczpospolitej), ale dość szybko zdał sobie sprawę, że poparcie ma niewielkie. Będąc jeszcze w Piotrkowie napisał więc dwa testamenty (pierwszy 13 lutego, a drugi 15 lutego 1652 r.), a następnie przez Wieluń udał się na Śląsk, a stamtąd do Wiednia, rozpoczynając tym samym ponad trzyletni okres tułania się po Europie. Ludwika Maria prawie nie zauważyła wyjazdu z kraju jej protegowanego, tym bardziej że 20 lutego króla i królową spotkała tragedia. Tego bowiem dnia (z nieznanych przyczyn) zmarł, urodzony zaledwie miesiąc wcześniej Jan Zygmunt Waza. Królewicza pochowano w skromnej uroczystości na Wawelu, a król napisał na jego cześć smutny list (który się zachował do dziś dnia). To już drugie dziecko które razem stracili, ale życie toczyło się dalej. Natomiast po wyjeździe Radziejowskiego z kraju, Elżbieta (przy wsparciu swych braci) usunęła z pałacu Kazanowskich urzędników mianowanych z woli małżonka i wprowadziła swoich własnych. Następnie ogołociła pałac ze wszystkich mebli i wartościowych przedmiotów, tak, że pozostały tylko gołe ściany. W tym czasie Hieronim Radziejowski wciąż przebywał w Wiedniu, na dworze cesarza Ferdynanda III Habsburga. Zyskał tam wielu stronników, a także starał się nieustannie o audiencję u cesarza, na co ten grzecznie, acz zdecydowanie odmawiał. Radziejowski zaczął deklarować, że jeżeli cesarz obdarzy go wsparciem wojskowym, to gotów jest ruszyć na Rzeczpospolitą i zdobyć dlań Kraków, a nawet i całą Polskę cisnąć pod cesarskie stopy, jeśli ten tylko zechce. Ferdynand co prawda zaczął wypłacać Radziejowskiemu niewielką pensję, aczkolwiek nie dopuścił przed swe oblicze i wszelkie takie deklaracje traktował jak dobry żart. 




Widząc że niczego w Wiedniu nie wskóra, Hieronim postanowił zadziałać na własną rękę i przy poparciu niemiecko-austriackich przyjaciół (jakich zdobył w stolicy Austrii), powrócił (na krótko) do kraju, aby osobiście rozprawić się z małżonką. Zebrawszy niewielki oddział, postanowił zabrać ją z klasztoru, a następnie wymusić na niej wycofanie pozwu rozwodowego, lub przynajmniej przekazanie mu pałacu Kazanowskich i (ewentualnie) innych dóbr. Problem polegał tylko na tym, że klasztor był pod stałą ochroną gwardii królewskiej, (właśnie ze względu na osobę Elżbiety ze Słuszków). Tak więc nie udała się próba porwania małżonki z klasztoru, i aby uniknąć aresztowania, Radziejowski napisał list do króla, w którym pragnął się wytłumaczyć ze swego postępowania. Przyszła odpowiedź. Król pisał otwarcie, że nie chce go więcej widzieć na oczy i zabrania mu powrotu na dwór. Jednocześnie w tym czasie po Rzeczpospolitej zaczęła krążyć broszurka nieznanego autorstwa, w której oskarżono króla o intymne związki z Elżbietą, o przeszkody, jakie monarcha czynił Radziejowskiemu w kontaktach z żoną, a także oskarżenia rządu o fałszowanie regestów koronnych i tego typu kwestie. Było oczywiste, że jeżeli Radziejowski pozostanie w Rzeczpospolitej, to nie tylko utraci tytuł podkanclerzego, ale prawdopodobnie zostanie aresztowany, tym bardziej że znaleźli się tacy, którzy przypomnieli sobie, że w obozie pod Beresteczkiem Radziejowski skrupulatnie coś pisał i nie było to nic przyjemnego dla króla. Widząc że niczego nie ugra, ponownie wyjechał z kraju na szwedzkie Pomorze. Tam nawiązał kontakty ze szwedzkimi dygnitarzami i w maju 1652 r. był już w Sztokholmie u królowej Krystyny. Ale nim wrócimy do Radziejowskiego i jego małżonki, należy powiedzieć również o sytuacji, która miała wówczas miejsce w Rzeczpospolitej, a która zadecydowała o Jej przyszłych losach, a mianowicie o Sejmie zwołanym na 26 stycznia 1652 r. podczas którego po raz pierwszy w historii zastosowano zasadę liberum veto (veto stosowano już wcześniej na kilku sejmach, chociażby w Sejmie roku 1637, ale wówczas albo udało się przekonać danego posła do wycofania veta, albo też po prostu je zbagatelizowano - bo były też i takie przypadki. Natomiast na sejmie roku 1652 sprawę potraktowano już całkiem poważnie i tak zaczęły się "Initium calamitatum Regni" - "Początek nieszczęść Królestwa").




Wydaje mi się że już kiedyś pisałem jak działało liberum veto, a jeśli nie, to powtórzę. Zasada ta działała tylko i wyłącznie na sejmach, nie dotyczyła sejmików i jeśli choć jeden poseł uznał, że procedowana ustawa godzi w "dobro Rzeczpospolitej" (rozumiane oczywiście pryncypialnie jako dobro szlachty, prywatnego człowieka albo mocodawców zewnętrznych), to wystarczyło że wyrzekł owe słowo "Veto" ("nie pozwalam") i od tej chwili dana ustawa przepadała, chyba że veto zostało wycofane. Nic więc dziwnego że specjalnych broszurach dla swoich posłów w Rzeczpospolitej, kancelarie innych państw radziły, aby zaraz po przeprowadzeniu veta, dany poseł opuścił pole sejmowe, gdyż w przeciwnym razie istniało spore niebezpieczeństwo że może wycofać swoje "nie pozwalam". Należy bowiem pamiętać, że w kolejnych dniach do owego posła ustawiały się kolejki tych, którzy starali się go przekonać do zmiany zdania. Próbowano różnymi sposobami, prośbą (nad losem biednej Ojczyzny), szantażem, groźbą, a nawet przekupstwem. Więc dziwnego że między obradami Sejmu dochodziło do częstych pojedynków na szable, które równie często kończyły się śmiercią. Dlatego też pozostawanie na polu sejmowym posła składającego veto, było niewskazane z różnych przyczyn dla tych, którym na rękę było ono w danej kwestii. Z czasem stało się to częścią systemu "Złotej wolności szlacheckiej" i wprost nie wyobrażano sobie Sejmu bez gromkiego "nie pozwalam". Zastanawiające jest jednak nie to, że liberum veto przyczyniło się do upadku państwa, ale to, że do niego bezpośrednio nie doprowadziło. Pamiętajmy bowiem że po raz ostatni weto użyte zostało na sejmie w 1762 r. Za panowania Augusta III Sasa (czyli elektora saskiego Fryderyka Augusta II). Przez 30 lat rządów tego króla zerwane zostały wszystkie sejmy, poza jednym (w tym koronacyjny 🤭). Ale już z chwilą wstąpienia na tron Stanisława Augusta Poniatowskiego w roku 1764, podczas jego trzydziestoletniego panowania, żaden Sejm nie został zerwany przez liberum veto. Jak to się stało i jak to możliwe? Dlaczego przy poprzednim królu zerwano prawie wszystkie sejmy, a przy tym żadnego, czyżby posłowie poszli po rozum do głowy?

Nie, aż tak dobrze to nie było, po prostu przed 1764 r. Rosja nie miała jeszcze pełnej kontroli nad Rzeczpospolitą i dlatego przekupywanie danych posłów było na rękę dworom mocarstw ościennych (Rosji, Prus, Austrii i Francji bo to były główne państwa, które żywo interesowały się wydarzeniami w Rzeczpospolitej), anarchizowaniu systemu politycznego polsko-litewskiego kolosa na glinianych nogach i niemożności przeprowadzenia w nim jakichkolwiek reform które wzmacniałyby państwo. Ale gdy od roku 1768 (de facto 1764) Rosja uczyniła z Rzeczpospolitej swoją kolonię (a zostało to prawnie przypieczętowane konstytucją z 1775 r.) dalsze istnienie liberum veto było nie tylko niepotrzebne, ale wręcz stawało się groźne. Przecież posługując się tym instrumentem politycznym, jakiś poseł patriota mógł po prostu powiedzieć "nie zgadzam się" na propozycje, które chciał (za zgodą i wolą imperatorowej Katarzyny) przeforsować w Rzeczpospolitej rosyjski ambasador i cały projekt poszedłby się turlać. Dlatego też przez trzydziestolecie rządu Stanisława Augusta Poniatowskiego nie użyto już więcej zasady liberum veto, a w jaki sposób zmuszono posłów do tego żeby byli pokorni i nie odzywali się? Pole sejmowe otaczało wojsko rosyjskie i to wystarczyło aby każdą rozgrzaną głowę ostudzić, gdyż w Rzeczpospolitej nie było wojska rodzimego autoramentu (co najwyżej stacjonowało jakieś 12 000 żołnierzy, co było kpiną, biorąc pod uwagę 100-tysięczną armię pruską, 150-tysięczną armię austriacką i prawie 200-tysięczną rosyjską), może poza prywatnymi pocztami magnackimi. Przykładem tego, co czeka niepokornych, były wydarzenia mające miejsce na Sejmie delegacyjnym w roku 1767, gdy na polecenie rosyjskiego ambasadora w Rzeczpospolitej Nikołaja Repnina, wojsko rosyjskie dokonało aresztowania i porwania przywódców opozycji (14 października), a byli to biskup krakowski Kajetan Sołtyk, biskup kijowski Józef Andrzej Załuski i hetman polny koronny Wacław Rzewuski wraz z synem Sewerynem. Wszystkich wywieziono do Kaługi, co oznacza że byli to pierwsi Sybiracy w polskich dziejach. Tak więc odtąd inni - kierując się tymi doświadczeniami - pokornie głosowali tak jak kazała Moskwa. 




Zaczęliśmy się wyzwalać z tego gówna dopiero od roku 1788, gdy Rosja najpierw toczyła wojnę z Osmańską Turcją, a potem ze Szwecją. Po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja 1791 r. (pierwszej nowożytnej konstytucji europejskiej i drugiej na świecie po amerykańskiej) Rzeczpospolita stała się na powrót niepodległym państwem, z konstytucyjnie gwarantowaną silną armią i nowym systemem politycznym. Było oczywiste że Rosja i Prusy nie mogą na to pozwolić. Wojna roku 1792 została przegrana głównie przez zdradę króla, a potem był drugi rozbiór i Powstanie Kościuszkowskie 1794 r. które przy wsparciu Rosji i Prus zostało przegrane (i nawet Tadeusz Kościuszko, bohater Wojny o Niepodległość USA nic tutaj nie wskórał, bo i wskórać nie mógł). Ostatni, trzeci rozbiór w roku 1795 położył kres istnieniu tamtego państwa, tamtej Rzeczpospolitej Wielu Narodów. A zdrajcy, czyli ci, którzy dążyli do likwidacji systemu ustanowionego przez Konstytucję 3 Maja w imię ocalenia "Złotej Wolności", czyli targowiczanie, choć realnie nie chcieli rozbiorów, ani upadku państwa polskiego, to uruchomili siły które do tych rozbiorów doprowadziły. I potem stali się pokornymi poddanymi imperatorowej (gdy Szczęsny Potocki przybył na dwór carycy Katarzyny do Petersburga, prosząc o łaskę dla Polski, "mojej ojczyzny" - jak twierdził, ona mu przerwała, mówiąc: "Pańską ojczyzną jest odtąd Rosja, i nie ma już innej". Szybko to zaakceptował i stał się wiernym poddanym imperatorowej. Ale już drugie pokolenie tych zdrajców (a szczególnie trzecie) przelewało swoją krew, czy to pod Cesarzem Napoleonem, czy później w Powstaniach, walcząc o odrodzenie Rzeczpospolitej "Ojczyzny Naszej". Dlaczego to robili? Czy nie mogli wiernie służyć Rosji, Prusom i Austrii tak jak targowiczanie? Co ich pchało do walki, która mogła zakończyć się śmiercią, w imię ojczyzny, która już nie istniała? Otóż powiem wam co to było. Ci ludzie szybko przekonali się, że żyjąc pod obcą władzą stali się ludźmi drugiej, a często trzeciej kategorii i to było przekonanie dojmujące, niezwykle silne. Po utracie własnego państwa przestali być jego gospodarzami, przestali mieć udziały we wspólnej spółce, która nagle (przy poparciu ich ojców) została rozwiązana (bo tak należałoby potraktować Ojczyznę, jako wspólną własność nas wszystkich, w której mamy swoje udziały, a bez której stajemy się żebrakami, proszącymi o wsparcie). Oni to zrozumieli dopiero wtedy, gdy już było za późno, dlatego przelewali swoją krew najpierw u boku młodego Korsykanina jeszcze w Italii od 1796 r., a potem byli z Nim aż do końca do 1815 r. To On pobił wszystkich naszych zaborców Austriaków, Prusaków i Rosjan. W podzielonej na trzy części Polsce (która pomimo utraty ciała, nie utraciła ducha), kult Napoleona przez cały XIX wiek był bardzo silny. Aż wreszcie od roku 1914 Leguny Piłsudskiego (jak również inni żołnierze polscy, walczący zarówno we Francji, jak i w Rosji), zaczęli budzić Polskę do życia. I obudzili, stworzyli silną, niepodległą Ojczyznę, która miała ambicję aby stać się europejskim mocarstwem, jednak była zbyt młoda żeby to osiągnąć i kolejni bandyci, tym razem Hitler i Stalin odebrali nam tamten kraj i tamten świat.







PS: Powinniśmy pamiętać o tym, jak skończyli nasi przodkowie, którzy ponownie musieli walczyć, przelewać krew i umierać aby odzyskać to, co ich przodkowie stracili przez swoją tak naprawdę głupotę. Pamiętajmy o tym, bo mając obecnie władze które realnie nie są władzami polskimi i nie realizują polskiego interesu narodowego, musimy odzyskać Polskę. Całe szczęście że nie musimy o Nią walczyć zbrojnie, że nie musimy przelewać za Nią krwi, bo możemy to załatwić w inny sposób, za pomocą kartki wyborczej. Teraz jednym z kluczowych spraw jest niedopuszczenie do przyjęcia paktu migracyjnego i jego realizacji, wypowiedzenie zielonego ładu i wszystkich ets-ów które niszczą nasz potencjał i blokują nasz rozwój gospodarczy. 




PS2: A tak przy okazji doskonałą robotę wykonuje obecnie Robert Bąkiewicz na naszej granicy zachodniej, który dziś blokował most w Zgorzelcu, bo Niemcy już się tak rozbestwili, że przywożą nam migrantów, wysadzają ich po naszej stronie i odjeżdżają. Dlatego musimy wymienić Tuka na polskiego premiera i jeśli raz jeszcze byłaby taka sytuacja (a wiadomo że będą się one powtarzać) to należy postawić tam nie tylko policję, ale również wojsko z wycelowanymi karabinami i jeśli nie odjadą na wystosowane żądanie, to kierować ogień na koła auta, a następnie aresztować ich, za nielegalne przekroczenie granicy Rzeczpospolitej z bronią. Skończyło się pobłażanie, zaczyna się walka i coś czuję że przyjdzie nam jeszcze zbrojnie się zmierzyć z naszym zachodnim sąsiadem (obym się mylił, ale bebech mi tak podpowiada, a jak mawiał Skipper: "zawsze ufaj swojemu bebechowi" 😉). I tym zabawnym akcentem życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga dobrej nocy.



"JAK BĘDZIE TRZEBA, TO ZABLOKUJEMY CAŁĄ NIEMIECKĄ GRANICĘ" - ROBERT BĄKIEWICZ 












CDN.

wtorek, 29 sierpnia 2023

JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XXIV

CZYLI, JAK TO W POLSCE
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. X




GDAŃSK
 (ok. 1575 r.)




GDAŃSKA ZADRA
Cz. VI


 7 sierpnia 1577 r. król Stefan Batory z 16 000 żołnierzy ponownie podchodzi pod Latarnię (ową gdańską twierdzę którą już wcześniej zamierzał zdobyć, ale musiał się wycofać). Szybko wyrastają szańce na których stają armaty i zaczynają pluć ogniem w mury twierdzy. Po kilku dniach nieustannego ostrzału, wali się w gruzy wieża Latarni, a w murach twierdzy powstaje wyłom. Gdańszczanie wycofują się na wcześniej przyszykowane szańce, do których jednak król nie ma jak się dostać, ze względu na idącą w poprzek rzekę. Batory nakazuje przerzucić tratwy przez Wisłę, ale zamiar ten udaremniają Gdańszczanie. 23 sierpnia król Batory każe powiązać ze sobą łódki, na których umieszcza piechotę polską, węgierską i częściowo najemną piechotę niemiecką - żołnierze docierają do szańców i rozpoczyna się tam zażarta bitwa. Pierwszego dnia jednak obrońcom udaje się udaremnić atak wojsk królewskich, ale dnia następnego bitwa rozpoczyna się na nowo. Zewsząd słychać chrząszcz szabel i huk wystrzałów z broni palnej. Tego dnia pada martwy Jan Winkelbruch - dowódca obrony twierdzy (ugodzony kulą między oczy), ale obrońcom wciąż udaje się powstrzymywać atakujących. Sytuacja ta powtarza się w ciągu kilku kolejnych dni, aż wreszcie 1 września Gdańszczanie dokonują wypadu na most powiązany ze sobą liniami z tratew i łódek, rąbią go i tym samym odcinają jakieś 600 żołnierzy królewskich rot piechoty. Gdańszczanom pomagają duńskie okręty wojenne, ostrzeliwujące Polaków z morza, a ich dowódca Klaus Ungern (który w tych dniach stał się bohaterem gdańskiej ulicy i był na ustach praktycznie wszystkich Gdańszczan), oficjalnie już zaczyna dążyć do podporządkowania miasta królowi duńskiemu - Fryderykowi II Oldenburgowi. Senat miejski jest zaniepokojony tymi planami, ale tak naprawdę ma związane ręce, gdyż należy najpierw zmusić króla do odstąpienia od miasta.

Batory widząc, że wysiłki jego żołnierzy są niweczone nie tylko przez obrońców Latarni, ale również przez zmasowany ogień floty duńskiej, nakazuje okrętom stworzonym w Elblągu przez Kłoczowskiego (o czym pisałem w poprzedniej części) uderzyć na Duńczyków. Jednak 6 okrętów, mających na swym pokładzie łącznie zaledwie 8 armat, nie było w stanie sprostać sile Duńczyków i po pierwszej wymianie ognia flota Kłoczowskiego rozstąpiła się. Królowi Batoremu znowu los nie sprzyjał i widząc że niewiele już zdziała pod Latarnią, 3 września nakazał stamtąd odwrót. Teraz to Duńczycy postanowili wykonać kontruderzenie i 10 września 22 okręty (z 2500 żołnierzami na pokładzie) pod wodzą admirała Eryka Munka wpadły do Zatoki Fryskiej, ostrzelały Frombork, ograbili okoliczne wioski i przejęły bądź zatopiły część okrętów handlowych stojących w portach we Fromborku i Elblągu (przyjęto aż 60 okrętów, zaś kilkanaście zatopiono). Nocny atak Duńczyków (16-17 września), był tak szybki i niespodziewany, że o mało nie zdobyli oni szturmem Elbląga. Jednak miasto ocalił przybyły tam Kasper Bekiesz, na czele 300 osobowego oddziału Węgrów (notabene Bekiesz niegdyś walczył o władzę nad Siedmiogrodem z Batorym i przegrał. Batory jednak darował mu życie i wybaczył, a ten stał się następnie wiernym zwolennikiem nowego króla Rzeczypospolitej). W obozie królewskim zaczęły kończyć się proch i kule, mimo to Batory wciąż był zdeterminowany by zdobyć Gdańsk i powtarzał, że "tym złym ludziom ani rzeki, ani wody, ani błota nie pomogą". Jednak wciąż do tej pory niewiele król osiągnął, a nadal potrzebował nowych armat prochu i kolejnych żołnierzy. Jednak trudna sytuacja była również po stronie Gdańszczan. W mieście zaczęło brakować żywności, ceny poszły horendalnie w górę i ludzie coraz częściej zaczęli się burzyć. Gdańsk żył i bogacił się przecież dzięki jedności z Polską. Teraz zaś pozbawiony tej łączności poprzez blokadę i odmowę uznania nowego monarchy, popadał coraz większe tarapaty. Poza tym miasto traciło ogromne pieniądze na przerwaniu handlu morskiego. Do tego jeszcze nałożyli się Duńczycy, ze swoimi planami podporządkowania miasta Fryderykowi Oldenburgowi, co w ogóle doprowadziłoby do finansowej zapaści Gdańska, poprzez odcięcie go od rynku polskiego.


ALEGORIA ŁĄCZNOŚCI GDAŃSKA Z POLSKĄ



Coraz częściej więc po stronie gdańskiej zaczęły pojawiać się głosy, że tę wojnę należy zakończyć, należy ją zakończyć w interesie miasta i jego przetrwania. 28 września wystrzelono po raz ostatni kule z armatnich dział i od tego czasu trwała przerwa w działaniach zbrojnych, przy czym każda ze stron liczyła na jak najszybsze zakończenie tego konfliktu. Powody Gdańska już przedstawiłem, natomiast królowi śpieszno było do Inflant, gdzie car Iwan IV Groźny poczynał sobie coraz bezczelniej. I chodź król - jako choleryk - nadal pragnął podporządkować sobie miasto siłą, to coraz bardziej musiało do niego docierać, że ta wojna jest bez sensu i zajmuje tylko czas, pieniądze oraz żołnierzy, którzy potrzebni są zupełnie gdzie indziej (jak choćby na Podolu, które w marcu 1577 r. zostało najechane przez czambuły tatarskie i dotkliwie spustoszone). Obie strony realnie nie miały powodu żeby ze sobą walczyć, a jedynym powodem były kwestie ambicjonalne. Żadna ze stron nie chciała ustąpić z powodów godnościowych, chociaż Gdańszczanie szukali sposobu, aby król zgodził się na zniesienie Statutów Karnkowskiego (wprowadzonych w życie w 1570 r. i mocno ograniczających autonomię miasta) na czym im bardzo zależało, a wtedy z pewnością szybko uznaliby go jako swojego króla. Król przebywał wówczas (początek października 1577 r.) w Malborku, gdzie przybyli również posłowie z Brandenburgii od elektora Jerzego Fryderyka z Ansbachu, któremu kilka miesięcy wcześniej Batory (w zamian za 200 tys. złotych) obiecał opiekę nad chorym umysłowo jego kuzynem, księciem pruskim - Fryderykiem Albrechtem Hohenzollernem. Teraz posłowie pruscy w imieniu swego pana, przybyli do Malborka aby zrealizować tamtejszą obietnicę. Małżonka chorego władcy - Maria Eleonora oraz stany pruskie prosiły króla Batorego aby czym prędzej wyznaczył odpowiedniego opiekuna. Najchętniej widzieliby takowego spośród dworzan królewskich, bowiem Jerzy Fryderyk elektor Brandenburgii był w Prusach bardzo niepopularny (zresztą Prusacy uważali się za lepszych od Brandenburczyków i nie chcieli być od nich zależni, woleli nawet zostać włączeni do Królestwa Polskiego niż przejść pod władzę margrabiego Ansbach. Zresztą było to widać nawet w kształcie najważniejszych miast. Królewiec był wówczas jednym z najbardziej rozwiniętych miast Bałtyku, Berlin w większości był miastem na wpół chłopskim, drewnianym i małym - jeszcze w 1680 r. czyli w sto lat później, Berlin był w większości miastem drewnianym okrytych słomą dachach - dlatego też Prusacy nie chcieli podlegać "chłopskiemu elektorowi" i prosili króla aby wyznaczył jakiegoś polskiego opiekuna).

Król zapewne doskonale zdawał sobie sprawę, że oto nadarza się okazja do cofnięcia niefortunnej decyzji Zygmunta I Jagiellończyka z 1525 r. i po śmierci Fryderyka Albrechta całe Prusy Książęce włączone zostałyby teraz do Korony Polskiej (zgodnie z umową z 1525 r.). Ale zapewne dając wcześniej słowo Jerzemu Fryderykowi, nie chciał teraz uchodzić za krzywoprzysiężcę, dlatego też przyznał opiekę nad chorym umysłowo księciem właśnie margrabiemu z Ansbach. Król uczynił to bez zgody i woli sejmu, a jedynie uzgodniwszy to z kilkoma senatorami. Wkrótce potem szlachta wypomni mu ten właśnie czyn, gdy król będzie potrzebował pieniędzy na wojnę z Moskalami. Batory uczynił tak zapewne po pierwsze aby nie tracić czasu (gdyż zwołanie sejmu trwałoby co najmniej tydzień lub dwa, a potem kilka a często kilkanaście następnych tygodni  trwałyby obrady). Po drugie zaś Batory uczynił tak z przyzwyczajenia, bowiem będąc władcą Siedmiogrodu, tak naprawdę nie musiał się liczyć z wolą tamtejszych możnych i mógł prowadzić - w większości - samodzielną politykę. W Polsce było inaczej, tutaj bez zgody sejmu król mógł niewiele uczynić. Tutaj rządził naród, a król był jedynie kimś w rodzaju "Primus Inter Pares", tylko że uświęcony koroną królewską. Król był niezwykle szanowany, jego osoba otaczana czcią i poważaniem (w obecności króla nikt nie mógł nosić nakrycia głowy, o wyciągnięciu szabli nawet nie wspominając. Choć raz zdarzyło się że to król wyciągnął szablę przeciwko szlachcie, było to na sejmie 1605 r gdy do Zygmunta III przemawiał Jan Zamoyski - wówczas już stojący nad grobem, dlatego też w obecności monarchy siedział na krześle. Zamoyski ozwał się wówczas tymi oto słowy: "Nie spiesz się do szabli królu, aby potomność ciebie Cezarem, nas nie nazwała Brutusami"), ale król nie mógł podejmować samodzielnie decyzji politycznych bez zgody i woli narodu - czyli szlacheckiej braci. Na tym polegała różnica pomiędzy rządami w Polsce, a rządami w jakimkolwiek innym europejskim kraju, w którym rządy sprawował monarcha (w filmie "Kanclerz" z 1989 r. Samuel Zborowski podczas koronacji Henryka Walezego w lutym 1574 r. wypowiada do Jana Zamoyskiego takie oto słowa: "To jest właśnie Rzeczpospolita Janie. Na całym świecie nie ma takiego kraju, gdzie ktoś odważyłby się podejść do ołtarza i dotknąć Korony").




Tak więc król Batory zgodził się przekazać prawo do opieki nad księciem pruskim na ręce elektora Brandenburgii, czym wywołał ogromny smutek stanów pruskich. Ale właśnie wtedy w Malborku posłowie z Brandenburgii przekazali królowi list od senatu Gdańska, który w pokornych słowach prosił o zakończenie tej niefortunnej wojny i wznowienie rozmów mających przywrócić pokój. Miało to miejsce 4 października 1577 r. Po tym jak król wyraził zgodę na przysłanie posłów, Gdańsk tak właśnie uczynił i przez kolejne dwa miesiące trwały intensywne rozmowy nad kształtem i warunkami pokoju, pomiędzy zbuntowanym miastem a Rzeczpospolitą. Rozmowy te jednak miały różną intensywność. Gdy np. król Batory wypuścił z więzienia w Malborku, trzymanych tam już od kilku miesięcy posłów gdańskich Konstantego Febera i Jerzego Rosenberga (25 września), senat Gdańska głosował przeciwko dalszym porozumieniom pokojowym z królem, uznając ten gest za królewską słabość. Dopiero interwencja posła saskiego - Abrahama Bocka doprowadziła do zmiany ich decyzji i przekazania owego listu do króla delegacji z Brandenburgii. Wreszcie 12 grudnia 1577 r. obie strony podpisały układ pokojowy, na mocy którego miasto Gdańsk miało przeprosić króla za swój bunt, złożyć przysięgę wierności w obecności jego komisarzy i wypłacić należne podatki. Dodatkowo obciążone zostało karą za bunt w wysokości 200 000 złotych (płatnych w ciągu czterech lat) i 20 000 złotych za zniszczenie klasztoru w Oliwie. W zamian król znosił interdykt - którym wcześniej obłożył miasto, potwierdził przywileje Gdańszczan i wolność wyznania augsburskiego. Sprawa zniesienia Statutów Karnkowskiego nie została wówczas uzgodniona, odłożono ją na czas obrad sejmu. W układzie tym przewidziano jeszcze triumfalny wjazd króla do miasta, ale Batory (zapewne za radą Zamoyskiego) odłożył ów wjazd, który niewątpliwie byłby upokarzający dla Gdańszczan na inną, "stosowniejszą porę" (ta stosowniejsza pora za życia Batorego już nigdy nie nastąpiła).

Zamiast króla do miasta 16 grudnia wjechali jego reprezentanci, czyli królewscy komisarze: podkanclerzy litewski Eustachy Wołłowicz, kasztelan lubelski Andrzej Firlej i sekretarz królewski ksiądz Hieronim Rozrażewski. Przyjęli oni przysięgę wierności władz miasta w budynku senatu (dwór Artusa). Batory chciał mieć odtąd spokój nad Bałtykiem, dlatego też nie zważał ani na prośby stanów pruskich (które już w maju 1577 r. gotowe były zapłacić 100 000 złotych, w zamian za nie przysyłanie do nich elektora brandenburskiego - Jerzego Fryderyka), ani na wzrost pozycji Elbląga, jako portu konkurencyjnego dla Gdańska (z chwilą bowiem zawarcia układu z Gdańskiem, pozycja Elbląga słabła z każdym rokiem, gdyż król przestał się tym miastem interesować). Król przestał też się interesować rozwojem polskiej floty i już nigdy więcej do tego pomysłu i tych planów z czasów wojny z Gdańskiem nie powrócił. Od tej chwili królewskie zainteresowanie biegło tylko w dwóch kierunkach: Wschód i Południe. Na wschodzie należało wreszcie utemperować cara Iwana, na południu zaś - po szczęśliwym zakończeniu wojny z Moskwą - plany Batorego opierały się o wyzwolenie Węgier, a nawet zdobycie Konstantynopola. Co prawda jego polityka swe ostrze opierała również przeciwko Habsburgom, ale na pewno już nie przeciw Hohenzellernom, a poza tym dość intensywne kontakty króla z książętami i elektorami krajów Rzeszy też musiały mieć wpływ na jego politykę bałtycką, szczególnie w odniesieniu do Prus Książęcych. Cóż, czy można winić Węgra o to, że pragnął wyzwolić swoją ojczyznę, wcześniej bijąc Moskali? Na Bałtyku Batory chciał mieć spokój, a spokój zapewniał mu tu właśnie elektor Brandenburgii, który otrzymał od króla prawo do opieki nad swym cierpiącym na manię prześladowczą kuzynem. Ale przecież jeżeli dobrze się przyjrzymy, to wśród najbliższych doradców Batorego, znajdziemy ludzi o bardzo podobnej mentalności, jak choćby królewski kronikarz i poseł do wielu krajów Rzeszy - Niemiec z urodzenia, Polak z obyczaju i wychowania - Reinhold Heidenstein, czy też jego protektor i przyjaciel kanclerz Jan Zamoyski (anty-niemieckość Zamoyskiego godziła bowiem tylko w Habsburgów, Hohenzellernowie i inni książęta Rzeszy, byli już przez niego uważani za godnych zaufania a często hołubieni).




Przenieśmy się teraz na Wschód, bo tam właśnie będzie odtąd spoglądał wzrok i zainteresowanie króla Batorego.


CDN.

czwartek, 4 maja 2023

JUTRZENKA WOLNOŚCI

 NIEŚMIERTELNA KONSTYTUCJA 3 MAJA






 Dziś bardzo krótko dosłownie słów kilka po to tylko, aby uczcić dzisiejszy dzień którego przypada 232 rocznica uchwalenia pierwszej w Europie i drugiej na świecie (po USA) nowożytnej konstytucji, czyli Konstytucji 3 Maja 1791 r. Dzięki jej uchwaleniu na Sejmie Wielkim (trwającym od 1788 r.) udało się wreszcie zakończyć okres niewydolności politycznej i anarchizacji państwa, spowodowanej zarówno wewnętrznymi interesami magnaterii, krótkowzroczności "szlacheckiej braci" jak i zewnętrznymi wpływami europejskich mocarstw. Zniesione zostało zabójcze dla państwa liberum veto, uchwalone zostało stałe stutysięczne wojsko, wprowadzono dziedziczną monarchię znosząc elekcję (która wcześniej świadczyła o fenomenie polskiej demokracji, jednak w XVIII wieku przy rosnącym absolutyzmie państw ościennych, stała się jednym z oznak słabości państwa), wprowadzono reformy administracyjne i skarbowe, przyjęto uchwałę o miastach wprowadzającą wolność mieszczan w miastach królewskich (odtąd szlachcic, który chciał zająć się intratnym handlem miejskim, mógł to uczynić a mieszczanin miał prawo nabyć posiadłość ziemską, co wcześniej było niemożliwe, mieszczanie też łatwo mogli zostać uszlachceni). Nie zniesiono co prawda pańszczyzny, ale chłopów brano odtąd w opiekę państwa (czyli króla, sejmu i rządu). Wprowadzono w Konstytucji Majowej trójpodział władzy (władza ustawodawcza: czyli sejm i senat, władza wykonawcza: czyli król i mianowana przez niego "straż praw" - innymi słowy rząd i władza sądownicza: złożona z niezawisłych sądów) i zaczęto otwarcie głosić nienaruszalność praw obywatelskich i praw człowieka. Przede wszystkim zaś podkreślono zasadę niepodległości i suwerenności narodu i państwa.

Różne były międzynarodowe reakcje na uchwalenie Konstytucji polskiej. Radośnie powitali ją brytyjski publicysta i mówca - Edmund Burke, oraz Amerykanin - Thomas Payne, chwalili ją Francuzi Volney i Sieyes, gratulacje złożyli: papież - Pius VI, elektor Saksonii (który według Konstytucji miał być następcą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego) - Fryderyk August III (późniejszy władca Księstwa Warszawskiego z lat 1807-1815), posłowie króla Szwecji Gustawa III (któremu wcześniej czyniono nadzieję i który do końca liczył, że będzie następcą Poniatowskiego na polskim tronie). Konstytucję 3 Maja pozytywnie przyjął również cesarz rzymski, król Czech i Węgier - Leopold II Habsburg. Wrogo się do niej odnosili jednak zarówno król Prus Fryderyk Wilhelm III (który przerażony wizją 100-tysięcznej armii polskiej, pisał do swego posła w Warszawie - Lucchesiniego, aby ten uczynił wszystko co w jego mocy "by tego olbrzyma zadusić w kołysce", poza tym Prusakom nie podobało się wzmocnienie ruchu mieszczańskiego w Polsce, aby miasta polskie - szczególnie Warszawa, Kraków Poznań, Wilno a nawet Gdańsk nie stanowiły konkurencji dla miast i fabryk w Niemczech). Oczywiście naturalnie wroga nowej Konstytucji, była również caryca Rosji - Katarzyna II, której Konstytucja odbierała dotychczasowy wpływ na kontrolowanie Rzeczpospolitej. Katarzyna pisała: "Polacy zakasowali wszystkie szaleństwa paryskiego Zgromadzenia Narodowego" i nazywając to co się stało 3 Maja "szałem warszawskim".

Konstytucja 3 Maja dała jednak Polsce taką jedność i rozbudziła taką świadomość narodową, że choć potem mocarstwa zaborcze (głównie Rosja i Prusy do których to ostatecznie dołączyła Austria) zniszczyły Polskę jako państwo, to jednak narodu zniszczyć już nie zdołały i naród ten po 123 latach niewoli (a w zasadzie 150 licząc od pierwszego rozbioru, czyli od 1772 r. do 1922 r. kiedy to ostatecznie ukształtowano granice odrodzonego państwa polskiego) siłą swych najlepszych synów i córek, ponownie potwierdził swe nigdy nie wygasłe prawo do Życia i Niepodległego istnienia wśród Narodów Świata. Zatem:









sobota, 22 kwietnia 2023

RABACJA! - Cz. I

Z ZAPOMNIANYCH KART NASZEJ HISTORII


CZYLI KIEDY SZELA OSTRZYŁ KOSY 






Dziś chciałbym zaprezentować dzienniczek Emmy Stojowskiej, złożony w archiwum hrabiów Ostrowskich w Ujeździe. Co prawda pamiętnik ten jest już w dużej mierze zapomniany, ale wydaje mi się że jednak warto go odświeżyć pamięci współczesnych, ponieważ opowiada on historię dosyć nieprzyjemną w naszych dziejach, historię w której zaprzaństwo narodowe dotknęło również klasy najuboższe (tak jak w XVIII wieku dotknęło ono magnaterię i szlachtę), a wówczas byli nimi chłopi, którzy podpuszczeni przez zaborczy rząd austriacki mordowali swoich panów, czyli polską szlachtę zimą 1846 r. Przyznam się szczerze że okres ten nie tylko nie należy do moich ulubionych okresów historycznych, ale najchętniej bym o nich starał się zapomnieć lub też owinąć go zasłoną narodowej hańby. Robię wyjątek od tej reguły tylko dlatego, że warto jednak zapoznać się z pamiętnikiem panny Stojowskiej, gdyż ona opisuje dosyć barwnie wydarzenia których była osobiście świadkiem. Nim jednak przejdę do samego pamiętnika, warto też słów parę powiedzieć na temat czasu o których będzie on opowiadał, aby zobrazować w jakiej rzeczywistości przyszło żyć tym ludziom i co skłoniło chłopów galicyjskich do podjęcia się tak krwawego i haniebnego zadania, jakim było wymordowanie na polecenie austriackiego rządu dobrej części galicyjskiej szlachty polskiej którą owi Austriacy uważali za podejrzaną i uwikłaną w przygotowywanie powstania narodowego. O to jak wyglądały ówczesne realia:

Nim doszło jeszcze do pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej, świetne niegdyś Królestwo Polskie, prześwietna Ojczyzna ludzi miłujących wolność i kraj uskrzydlonych jeźdźców, którego rozwój terytorialny był tak ogromny, że jak powiadano "z góry Ryga, z dołu Wiedeń, Moskwa zaś o rzut beretem albo pół..." - kraj ten popadł w wewnętrzne problemy ustrojowe, z których niestety nie był w stanie wyjść. Oczywiście planów reformy kraju było mnóstwo, problem polegał tylko na tym, że stronnictwa polityczne ówczesnej Rzeczpospolitej nie były w stanie samodzielnie ich przeforsować a ponieważ siły polityczne wzajemnie się równoważyły i biorąc pod uwagę obowiązujące w kraju wówczas - zabójcze dla ustroju - liberum veto, oznaczało to że każda reforma mogła być odrzucona sprzeciwem tylko jednego posła, który na sejmie wypowiedział jedno słowo "Veto" czyli "Nie pozwalam!". "Naród polski u zagranicznych stał się drugim izraelskim rodzajem, gdzie jest wstydem i hańbą zwać się Polakiem" - jak w 1763 r. zapisano w "Monitorze" Czartoryskich, a Stanisław Konarski w 1761 r pisał: "Niesława, hańba, słabość, sromota, upadek na wszystkiem całego narodu. Praw ojczystych zupełna ruina. Rozpacze wielkie po całym kraju, że już nigdy lepiej nie będzie i być nie może". Rzeczpospolita pozbawiona armii (prócz prywatnych pocztów magnackich) realnie stała się karczmą przejezdną i stajnią dla obcych wojsk, które (szczególnie w czasie wojny siedmioletniej w latach 50-tych XVIII wieku) przemierzały Rzeczypospolitą. Ustrój polityczny kształtowany od średniowiecza, zdegenerował się do głębi, choć wcześniej działał bez zarzutu i należy tutaj od razu dodać, że Polska była jedynym krajem w Europie w której filozoficzne idee państwa prawa i wolności realizowane były bezpośrednio w systemie społeczno-politycznym. Nim w Zachodniej Europie zaczęły pojawiać się filozofowie piszący o prawidłowym systemie politycznym, o tym, że król również musi podlegać prawu, tak jak każdy inny obywatel (obywatel a nie poddany), gdy idee te zaczęły kiełkować w Zachodniej Europie począwszy od Renesansu a skończywszy na wieku XIX, w Polsce było to realizowane już od dawna i to bezpośrednio, bez potrzeby uciekania się do filozoficznych tekstów. Na Zachodzie mordowano i truto władców i władczynie, w Polsce zaś nigdy nie zamordowano żadnego króla (dwukrotnie tylko podjęto nieudane próby zamachu na osobę monarchy, raz w 1523 r. gdy nieznany sprawca oddał strzał do przechadzającego się po krużgankach Wawelu króla Zygmunta I Jagiellończyka, a drugi raz w 1620 r. gdy chory umysłowo Michał Piekarski uderzył czakranem w głowę wychodzącego z katedry warszawskiej króla Zygmunta III Wazę. Obaj monarchowie przeżyli, a Piekarski zapłacił za to życiem, po torturach został rozerwany końmi). Król co prawda nie miał w Rzeczpospolitej wielkiej władzy i był wybierany przez naród (czyli szlachtę), ale  jego osoba była uświęcona i nietykalna.




Władysław Konopczyński pisał: "W nowożytnej Europie nigdzie, ani nawet w Anglii, nie było takiej rzeszy ludzi wolnych i uprzywilejowanych, biorących udział w życiu publicznem" jak właśnie w Polsce. 10% społeczeństwa było od XVI wieku bezpośrednio zaangażowane w kształtowanie ustroju politycznego i polityki Rzeczpospolitej, we Francji zaś pod koniec wieku XVIII tylko 1% społeczeństwa władało krajem, a w Wielkiej Brytanii jeszcze w połowie XIX wieku nie przekraczała ta liczba 4%. Co prawda nawet najuboższy szlachcic miał prawo głosu i mógł wybrać króla, to jednak należy tutaj dodać od razu że począwszy od końca XV wieku pozycja polityczna szlachty stawała się całkowicie dominująca w państwie, kosztem mieszczaństwa i chłopów. Realnie więc wytworzył się w kraju system podobny do ustroju panującego w starożytnej Sparcie, gdzie prawa polityczne posiadali tylko i wyłącznie spartiaci a cała reszta (czyli metojkowie i heloci) byli pozbawieni tych praw (metojkami w Rzeczypospolitej byli mieszczanie a helotami chłopi). Sama zaś szlachta - choć oficjalnie równa, niepodzielna i siebie nazywająca "bracią" - realnie dzieliła się w zależności od posiadanego majątku. Na samej górze była oczywiście magnateria, czyli królewięta kresowi posiadający (szczególnie na Ukrainie i Białorusi) olbrzymie majątki ziemskie, niejednokrotnie przewyższające powierzchnią wiele państw w Europie Zachodniej na przykład tych w Niemczech czy we Włoszech. Potem była szlachta średnia i na końcu zagrodowa czyli najuboższa, łącznie jakieś milion może milion dwieście tysięcy "suwerenów elektorów", żaden kraj w Europie nawet Rzym ze swoimi kardynałami nie miał ich tylu. A owa szlachta tocząc boje z królami przeciw wzmocnieniu władzy królewskiej, niechętna rozbudowie armii, niechętna wojnom zaczepnym - wojny obronne przyjmująca jedynie z konieczności, ufna swą siłę i wierność ("Gardła nasze za Ojczyznę nadstawiamy") i niewidząca zagrożeń płynących z zewnątrz, żyła niczym w formalinie. Miały lata, mijały wieki a szlachta nie zamierzała zmieniać "ustroju przodków" i to nawet wówczas gdy wokół Rzeczypospolitej zaczęły rosnąć potężne monarchie absolutne.

Tak oto naród, który wiek wcześniej zajął Moskwę, sięgał Dunaju zdobył Sztokholm i przedmieścia Konstantynopola, który ocalił Wiedeń przed turecką inwazją, teraz nie mając wojska, nie mając chęci na wzmocnienie władzy królewskiej i tworzenie stałej armii - musiał ulec silniejszym sąsiadom. Od 1717 r. i tzw.: "Sejmu Niemego" Rzeczpospolita była pod coraz większym wpływem Moskwy, zaś wybór na króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (byłego kochanka carycy Katarzyny II) w 1764 r był tej kontroli ogromnym wzmocnieniem. Po otwartym buncie narodowym jaki wybuchł w 1768 r. w postaci Konfederacji Barskiej, Rosja uznała że nie jest w stanie dalej samodzielnie kontrolować całego kraju i jeżeli chce utrzymać swoje wpływy, musi podzielić się częścią ziem polskich z Prusakami i Austriakami. Trzy te kraje 5 sierpnia 1772 r. (już po stłumieniu Konfederacji Barskiej) podpisały w Petersburgu swoistą konwencję rozbiorową, na mocy której Moskwa dzieliła się ziemiami polskimi aby utrzymać swój wpływ na pozostałe tereny Rzeczpospolitej. Gwoli sprawiedliwości należy jednak dodać że Moskwa nie chciała rozbiorów Polski, gdyż i tak kontrolowała cały kraj. Do rozbiorów dążył przede wszystkim Berlin Fryderyka Wielkiego, który chciał odkroić dla siebie jak największe terytorium. Fryderyk Wielki jeszcze przed wstąpieniem na tron jako młodzieniec w 1731 r. po raz pierwszy w swych wyznaniach politycznych zadeklarował chęć przyłączenia Gdańska i tzw. Prus Zachodnich, a potem konsekwentnie realizował te cele zarówno w swych instrukcjach dla dowódców i polityków pruskich (1756, 1759) , jak i w swych testamentach (1752, 1768). Plany rozbioru ziem Korony Polskiej pojawiały się już od średniowiecza, ale swój realny kształt nabrały dopiero z chwilą osłabnięcia Rzeczypospolitej. Pierwszy, niezwykle niebezpieczny projekt rozbioru ziem polskich wyszedł ze strony Szwedów w roku 1656. Wówczas to w układzie zawartym w Labiawie król Szwecji Karol X Gustaw i elektor Brandenburgii - Fryderyk Wilhelm I (zwany Wielkim  Elektorem) podzielili pomiędzy siebie część ziem polskich i tak Szwedzi zajmowali polską część Inflant, Żmudź i Kurlandię, Wielkopolska miała zaś zostać włączona do Brandenburgii a elektor miał uzyskać samodzielność w Prusach Książęcych - dotąd będących lennem Rzeczpospolitej. Ten projekt rozbiorowy został rozszerzony w układzie z Radnot z 1658 r. w którym prócz Szwedów, Brandenburczyków dochodzili jeszcze Kozacy Chmielnickiego i  Siedmiogrodzianie księcia Jerzego II Rakoczego. Podział miał wyglądać następująco: Szwedzi zajęliby Inflanty polskie, Żmudź, Pomorze (czyli Prusy Królewskie), Mazowsze i ziemię Chełmińską, natomiast Kurlandia miała być odtąd lennem szwedzkim; Brandenburczykom przypadłaby Wielkopolska i Warmia a także rządy w Prusach Książęcych; na ziemiach Ukrainy i Rusi Czerwonej powstałoby państwo kozackie (prawdopodobnie z zachodnią granicą do Dniestru i Sanu); Małopolska zaś i ziemia Siewierska przypadłaby księciu Rakoczemu z Siedmiogrodu; Wielkie Księstwo Litewskie miało zawrzeć unię ze Szwecją, lecz na jego terenie wykrojoneby zostały dwa wielkie władztwa, należące do Janusza (Kobryń, Pińsk, Brześć, Biała, Dawidgródek) i Bogusława (Kleck, Słuck, Słonim, a w wersji większej również Mińsk Bobrujsk i Homel) Radziwiłłów. Plany te oczywiście nie weszły w życie, gdyż Rzeczpospolita po pierwszym okresie słabości odzyskała przewagę i wyparła siły siedmiogradzkie (1657), szwedzkie (1660), i moskiewskie (1660, 1661-1667), a Ukraina (czyli Hetmanat kozacki) została podzielona pomiędzy Rzeczpospolitą i Moskwą już w 1665 r.




Drugi projekt rozbioru ziem Rzeczypospolitej opracował dopiero w 1704 r. Stanisław Leszczyński (wówczas kandydat szwedzki na tron polski). W zamian za poparcie Szwecji oddawał jej Kurlandię i Semigalię, kozaków zaś jako lenników Rzeczpospolitej chciał przenieść na północ od Białorusi do województwa płockiego i witebskiego; Leszczyński uważał się również za księcia dziedzicznego województwa smoleńskiego, czernichowskiego i kijowskiego które wówczas było pod władzą Moskwy. W 1708 r jego konkurent do korony - elektor Saksonii Fryderyk August I zwany w Rzeczpospolitej Augustem II Mocnym) opracował nowy plan rozbioru Polski. Moskwie miało przypaść Wielkie Księstwo Litewskie - bez Polesia; Prusom Żmudź, Kurlandia i Semigalia; Saksonii zaś całe Królestwo Polskie z Ukrainą i Polesiem; zaś Stanisław Leszczyński jako król Polski otrzymałby tylko Pomorze. Już w 1709 r. po zwycięstwie pod Połtawą, car Piotr I opracował projekt zajęcia wszystkich ziem Rzeczypospolitej co oczywiście wówczas było niemożliwe. W 1710 r. król Prus Fryderyk I Hohenzollern wyszedł z planem kolejnego rozbioru: Moskwie miało przepaść całe Wielkie Księstwo Litewskie; Prusom Pomorze, Żmudź, Kurlandia i Semigalia (prócz Gdańska i Rygi które miały stać się Wolnymi Miastami), a Saksonii całe Królestwo Polskie wraz z Ukrainą. Leszczyński, który w 1709 r. utracił władzę na korzyść Augusta II Mocnego, już trzy lata później opracował nowy projekt rozbioru w którym Królestwo Polskie wraz z Ukrainą i Pomorzem oddawał Saksonii; Szwecji Kurlandię i Semigalię; a dla siebie z tytułem króla polskiego zostawiał Wielkie Księstwo Litewskie. 1713 r. powstał trzeci projekt Leszczyńskiego: dla siebie jako króla polskiego przeznaczał Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie z większością ziem ukrainych; Turcji oddawał ziemie które zajęli w latach 1672-1699, czyli województwo bracławskie, część kijowskiego i część podolskiego z Kamieńcem Podolskim; a Szwecji oddawał Kurlandię i Semigalię oraz Inflanty Polskie. W 1714 r. Leszczyński opracował czwarty projekt rozbioru ziem polskich: Augustowi II oddawał tytuł królewski oraz całe Królestwo Polskie, ziemie Ukrainy i Wielkie Księstwo Litewskie; w Szwecji Kurlandię, Semigalię i Inflanty Polskie; a sobie zostawiał województwo ruskie i bełskie. Był to przez długi czas ostatni plan rozbioru ziem polskich.




W czasach rządów saskich Wettynów państwa sąsiednie Rzeczpospolitej zrezygnowały z planów rozbiorowych, jakoby uznając iż Polska i Litwa na trwałe już przypadły Sasom. Dopiero pod koniec życia syna Augusta II Mocnego (czyli Fryderyka Augusta II zwanego w Polsce Augustem III) w 1762 r. caryca Elżbieta I opracowała plan wymiany Księstwa Kurlandii i Semigalii (które miały zostać włączone do Moskwy) na Prusy Książęce które miały zostać włączone do Rzeczpospolitej. Caryca zmarła jednak w tym samym roku a rządy na krótko przejął jej siostrzeniec - Piotr III który po zaledwie sześciu miesiącach został obalony przez swą żonę Katarzynę II. Ona to wprowadziła na tron polski w 1764 r. swego kochanka - Stanisława Augusta Poniatowskiego. W 1768 r. wybuchła republikańska opozycja przeciwko jego rządom znana pod nazwą Konfederacji Barskiej i dopiero po jej stłumieniu w 1772 r. Moskwa, widząc że nie utrzyma samodzielnie swych wpływów w Polsce zgodziła się na rozbiór pomiędzy Prusy i Austrię. Oczywiście dwór wiedeński i berliński intensywnie włączyły się w te plany. W 1768 r. z kręgów dworskich Marii Teresy - cesarzowej Austrii wyszedł projekt z zamiany ziem Śląska - który miał ponownie przypaść Austrii (utracony na rzecz Prus w 1742 r.), na Warmię, Kurlandię i Semigalię które zostałyby włączone do Prus, a cała reszta ziem polskich miała pozostać pod kontrolą rosyjską. Plan ten nie spodobał się Prusom i już w 1769 r Fryderyk II opracował swój własny projekt, w którym całkowicie pominął Austrię. Planował zająć Pomorze wraz z Gdańskiem i Warmią, Żmudź oraz w wariancie maksymalnym również Wielkopolskę. 17 lutego 1772 r. ogłoszona została w Petersburgu deklaracja prusko-rosyjska o rozbiorze ziem Rzeczypospolitej, 5 sierpnia zaś do tego grona dołączyła Austria. Państwa zaborcze przejęły wyznaczone wcześniej tereny. Rosja zajęła około 92 000 km. kw. z 1 300 000 ludności, Austria 81 000 km. kw. z 2 650 000 ludności, zaś Prusy zagarnęły ziemię o powierzchni 36 500 km. kw. z 580 000 ludności. Jako powód amputacji ziem polskich państwa zaborcze podawały "całkowity rozkład państwa" i anarchię (czyli to wszystko, co podtrzymywali przez dziesięciolecia, przekupując posłów na sejmach i wspierając złotą wolność szlachecką oraz liberum veto). To, że polski system polityczny przypominał wtedy już anarchię - nie ulega żadnej wątpliwości, ale rozbiory zostały przeprowadzone nie dlatego że Polska pogłębiała się w owej anarchii, tylko właśnie dlatego że chciała wprowadzić niezbędne reformy które miały ją z tej anarchii wyprowadzić. Wówczas to mocarstwa zaborcze uznały że należy działać i nie można pozwolić na wzmocnienie się Polski, bo to oznacza upadek ich planów.




Austriacy jako pierwsi postawili słupy graniczne na nowych ziemiach rozrywających całość polskiego organizmu państwowego (już w końcu maja 1772 r.), czyli ci którzy doszli najpóźniej wykazali się największą determinacją przy przyjęciu i eksploatacji tych terenów. Kraj ten nazwano Galicją i Lodomerią (częściowo było to odniesienie do dawnego Księstwa Halickiego, stąd właśnie nazwa Galicja). Pierwszym gubernatorem tych ziem z ramienia Habsburgów został hrabia Pergen, okupację Prus Królewskich (czyli Pomorza) przeprowadzali radca Brenckenhoff i prezydent Dornhardt, zaś województwa białoruskie caryca Katarzyna II oddała w zarząd Czernyszewowi. Nowe ziemie musiały złożyć hołd zaborcom, i tak Prusakom składano hołd w Malborku - 27 września 1772 r., Austriakom we Lwowie 4 października, a Moskalom na Białorusi 26 stycznia 1773 r. Niektóre miasta opierały się złożeniu hołdu, najdłużej opierał się Lwów (Semper Fidelis - Zawsze Wierny) i złożył go dopiero 29 grudnia 1773 r. Ten rozbiór był dziejowym memento i jeżeli Rzeczpospolita chciała uniknąć dalszych rozbiorów i dezintegracji państwa, musiała czym prędzej podjąć niezbędne reformy ustrojowe które mogłyby ocalić kraj przed upadkiem. Sprawą nie cierpiącą zwłoki było więc zniesienie zabójczego dla kraju liberum veto, wzmocnienie armii i uchwalenie konstytucji, ale przede wszystkim złamanie potęgi zapatrzonych głównie w dobro swoich rodów magnaterii i głupoty szlachty zapatrzonej w swą złotą wolność i widzącej w kraju słabym ratunku przed zaborami.





CDN.

czwartek, 4 sierpnia 2022

LIBERUM VETO... CZYLI DZIEJE ANARCHII, PROWADZĄCEJ DO ZGUBY - Cz. II

KU PAMIĘCI, CZYLI...

NIE WCHODZI SIĘ DWA RAZY

DO TEJ SAMEJ RZEKI

 


Pierwsze veto, które miało doprowadzić do zerwania sejmu i nastania czasów Initium Calamitatis Regni (Początków Nieszczęść Królestwa), padło z ust posła z Upity - Władysława Sicińskiego, nie było ani pierwsze, ani też nie doprowadziło realnie do zerwania sejmu. Jak już bowiem w poprzedniej części pisałem, po raz pierwszy zastosowano zasadę veta na sejmie 1639 r i uczynił tak starosta sądecki - Jerzy Lubomirski (a poparła go w tym spora grupa posłów), ale wówczas nie zgodził się on jedynie na przedłużenie obrad sejmowych i nie zerwał obrad jako takich. Tak samo było 9 marca 1652 r. gdy poseł Siciński (działając na polecenie potężnego litewskiego magnata, starosty żmudzkiego - Janusza Radziwiłła - który pragnął uzyskać od króla buławę wielką litewską) zaprotestował przeciwko planom przedłużenia obrad sejmowych o jeden dzień (do czego dążył kanclerz wielki koronny - Andrzej Leszczyński). Tak więc i w tym przypadku nie doszło do oficjalnego zerwania obrad sejmu, ale data ta stała się symbolem upadku polskiego parlamentaryzmu, który szedł w parze z coraz widoczniejszym spadkiem znaczenia Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego na arenie międzynarodowej. Co prawda w chwili gdy poseł z Upity wygłaszał swój sprzeciw wobec prolongacji obrad sejmowych, nikt z obecnych wówczas posłów nie uważał, że sprzeciw jednego człowieka może realnie doprowadzić do zakończenia obrad sejmowych (i nie traktowano tych słów poważnie, tym bardziej że praktyka parlamentarna opierała się o "ucieranie się", czyli rozmowę i przekonywanie do skutku), szybko jednak okazało się, że Władysław Siciński opuścił miejsce obrad, nie było więc możliwości "wpłynąć" na niego, by wycofał swój sprzeciw. W tej sytuacji (pomimo faktu, że większość uważała iż sprzeciw jednego człowieka nie może doprowadzić do zakończenia obrad sejmu) również postanowiono rozjechać się do domów, co nastąpiło 11 marca (stało się tak, ponieważ realnie zakończenie obrad było wówczas na rękę wielu magnatom i szlachcie, gdyż mnogość wzajemnych interesów była tak silna, że nie sposób było doprowadzić do realnego konsensusu, tak więc nadarzyła się okazja i z niej skorzystano, otwierając tym samym - w symboliczny i metafizyczny sposób - przed Rzeczpospolitą, bramy wiodące wprost ku czeluściom piekieł). 

Tak więc różnica między vetem z 1639 a 1652 r. była więc taka, że w tym pierwszym przypadku niezgodę na przedłużenie obrad sejmowych wyraziła spora grupa posłów (pod przewodnictwem Jerzego Lubomirskiego), zaś w drugim przypadku realnie do zakończenia obrad doprowadził tylko jeden poseł. Późniejsza tradycja uczyniła z Sicińskiego źródło wszelkiego zła (ponoć posłowie na sejmie zimowym 1652 r., na którym padło owe niesławne "veto" - mieli przekląć Sicińskiego, co potem - jak wierzono - doprowadziło do jego śmierci w 1672 r., gdy zginąć miał od uderzenia pioruna. Ponoć nawet ziemia nie chciała przyjąć do siebie jego ciała i ostatecznie zmumifikowano go, a ciało rzucono w niedalekiej odległości od upickiego cmentarza. W XIX wieku tłum upicki ciągał zmumifikowane zwłoki Sicińskiego dla zabawy i rozrywki po ulicach i karczmach, w celu zarobienia pieniędzy od przyjezdnych, bowiem Siciński w tym czasie miał się stać taką lokalną upicką "rozrywką" Dopiero w 1860 r. jego ciało złożono do drewnianej trumny, postawionej w kącie kościoła w Upicie). Tak skończył człowiek, który powodowany drobnymi, przyziemnymi sprawami (miał bowiem żal do króla Jana II Kazimierza odnośnie jakichś sum, odebranych mu dekretem królewskim z ekonomii w Szawlach), stał się symbolem narodowej zdrady i zaprzaństwa, człowiekiem niegodnym nawet normalnego pochówku, utożsamianym z mordercami i bluźniercami przeciwko Bogu. Powstało szereg różnych ilustracji i ikonografii, pokazujących piekielne męki Sicińskiego, porwanie go przez diabły wprost do piekła i tego typu kwestie. Stał się on więc symbolem czasów panowania ostatniego króla z dynastii Wazów (a raczej rodu Jagiellonów, gdyż Wazowie po kądzieli pochodzili od Jagiellonów) Jana II Kazimierza, którego imię zapisywano po łacinie: Ioannis Casimirus Rex (ICR), a tłumaczono: Initium Calamitatis Regni - Początek Nieszczęść Królestwa.




Puszka Pandory została otwarta i w kolejnych latach liberum veto stawało się coraz częstsze. Już w 1654 r. poseł pruski - Jan Bąkowski użył go ponownie, nie godząc się na przedłużenie obrad sejmowych. Był to trudny czas, rozpoczynała się bowiem wojna z Moskwą, niespokojnie było na granicy południowej z Tatarami, a także Kozacy Chmielnickiego złożyli hołd lenny carowi, godząc się w ugodzie zawartej w Perejesławiu na całkowite podporządkowanie się Moskwie (potem Kozacy mocno tego pożałowali, zdając sobie sprawę że zamienili wolność, jaką mimo wszystko posiadali w Rzeczpospolitej, na moskiewską, samodzierżawną niewolę - ale było już za późno). Potem było dziesięć lat przerwy i ponowne veto zostało zgłoszone na sejmie w dniu 5 grudnia 1664 r. i znów sprawa dotyczyła sprzeciwu wobec przedłużenia obrad sejmowych, a protest złożył wówczas poseł bracławski - Michał Żabokrzycki, ale uczynił to nie uzyskawszy zgody marszałka sejmu na zabranie głosu, po czym opuścił salę obrad, wychodząc bocznym wyjściem, tak, iż nawet nie został zauważony. Potem toczyły się jeszcze spory czy uznać ów sprzeciw, czy nie (a kanclerz wielki koronny - Mikołaj Prażmowski oficjalnie groził że wszelkich "zrywaczy" sejmowych osobiście postawi przed sądem). 7 stycznia 1665 r. poseł halicki - Piotr Telefus poprosił o głos, a nie uzyskawszy go, złożył kolejne veto i opuścił miejsce obrad. Tego też dnia sejm zakończył obrady. Następne sejmy był już zrywane cyklicznie: sejm wiosenny 1665 r. został zerwany w dniu 28 marca, przez stolnika płockiego - Władysława Łosia, sejm wiosenny roku 1666 r. zerwany przez posła poznańskiego - Adriana Miaskowskiego, jesienno-zimowy tego samego roku przez posła witebskiego - Teodora Łukomskiego, sejm zimowy 1668 r. zerwany przez chorążego sandomierskiego - Marcina Dębickiego. W roku 1669 stała się rzecz niesłychana w dotychczasowej (coraz bardziej zanarchizowanej) polskiej praktyce parlamentarnej, a mianowicie po raz pierwszy zerwany został sejm koronacyjny. Rzeczpospolita wyczerpana wojną z Kozakami Chmielnickiego (1648-1654), wojną z Moskwą (1654-1667), wojną ze Szwecją (1655-1660), oraz wojną domową z antykrólewską opozycją, wrogą wobec jakichkolwiek reform ustrojowych w kraju (zwaną rokoszem Lubomirskiego, od przywódcy buntu hetmana polnego koronnego - Jerzego Sebastiana Lubomirskiego) z lat 1665-1666; coraz bardziej staczała się z pozycji jednego z głównych europejskich mocarstw, do pozycji oblężonej twierdzy (w 1657 r. Prusy Książęce stały się niezależne od Korony Polskiej a będąc pod jedną władzą z elektorami Brandenburgii, stwarzały realne zagrożenie dla reszty polskiego Pomorza w przyszłości; w 1667 r. utracono zaś Smoleńsk - zajęty przez Moskali już w 1654 r. oraz realnie Kijów - choć pierwotnie miasto miało trafić do Moskali tylko na dwa lata, nie wróciło już do Rzeczpospolitej nigdy, poza krótkim epizodem w maju i czerwcu 1920 r.). W 1669 r. znów gotowała się kolejna wojna domowa pomiędzy stronnictwem dworskim, wspierającym kandydaturę Michała Korybuta Wiśniowieckiego (syna sławnego weterana walk z Kozakami i Tatarami - księcia Jeremiego Wiśniowieckiego) a stronnictwem opozycyjnym na czele z prymasem - Mikołajem Prażmowskim i hetmanem wielkim koronnym - Janem Sobieskim (było to tzw. stronnictwo "malkontentów") i tylko wyjątkowemu zbiegowi okoliczności można zawdzięczać że wówczas do tej wojny nie doszło ale sejm koronacyjny został zerwany przez zwolennika partii dworskiej, podkomorzego kaliskiego -Stanisława Krzyckiego.

Kolejne lata to szereg zerwanych sejmów (1670 - przez Benedykta Żabokrzyckiego; 1672 - sejm zimowy przez Kazimierza Grudzińskiego a sejm letni przez Stanisława Ubysza; 1681 - przez Andrzeja Przyjemskiego, 1688 - sejm ten po raz pierwszy w dziejach został zerwany jeszcze przed wyborem marszałka, a dokonał tego stolnik podolski - Stanisław Makowiecki). Co najmniej od sejmu 1670 r. coraz większą rolę w zrywaniu sejmów mają przedstawiciele obcych dworów, choć na początku dzieje się to jeszcze bez ich poduszczenia, po prostu poszczególne stronnictwa (zorientowane albo na Francję, albo na Cesarstwo) wzajemnie się ograniczają i zrywają obrady tylko po to, aby druga strona nie zrealizowała swoich zamiarów. W roku 1690 poseł francuski w Rzeczpospolitej Robert Leroux d'Esneval przekupił stolnika Antoniego Głogowskiego i ten zerwał sejm i opuścił miejsce obrad, po czym... sprowadzony siłą przez straż królewską, został przepłacony przez króla Jana III Sobieskiego i zgodził się wycofać veto, co spowodowało że sejm, który został zerwany, oficjalnie doszedł do skutku. W 1693 r. sejm zimowy zerwali posłowie łęczyccy - Grabski, Iwański i Szumowski; a sejm letni tego roku w ogóle nie doszedł do skutku, jako że król Sobieski rozchorował się (również z rozpaczy, jako że kraj pogrążał się w upadku i anarchii, a na sejmie nie było można uchwalić podatków na wojsko w obliczu ciągłego zagrożenia tureckiego i tatarskiego), upoważnił więc do otwarcia sejmu prymasa Michała Radziejowskiego, ale ogół szlachty koronnej i litewskiej uznał że jest to niedopuszczalne i bezprawne i sejm nawet się nie rozpoczął (Stefan Zamoyski wyrzekł jeszcze na sejmie roku 1652 znamienne słowa, które potem trafiły do annałów historycznych, a brzmiały one następująco: "U nas prawo rządzi a nie król, nie trzeba się dostosowywać do upodobań władcy lecz do praw"; problem polegał tylko na tym, że praw chory ustrój również nie był już w stanie uchwalać, a jedyne na co go było stać to obstrukcja, czyli permanentne blokowanie wszelkich inicjatyw). W 1695 r. sejm został zerwany nawet bez... oficjalnie wypowiedzianego veta, po prostu nie dopuszczono do wyboru marszałka sejmu i w ten sposób realnie zakończono obrady. Był to wówczas szczyt anarchii dla współczesnych, czego wyraz dał starosta nurski - Stanisław Godlewski, pisząc wprost z żalu i bezsilności: "Niech runie prześwietny gmach Polski, niechaj runie na mnie, byleby runął i na brata mego".




Godlewski nie wiedział jednak, że to, czego doświadczał i widział na własne oczy, to zaledwie przedsmak katastrofy, jaka miała nadejść w wieku osiemnastym. Nie ma sensu wymieniać wszystkich sejmów które zostały zerwane, warto jednak uświadomić sobie że Rzeczpospolita była niczym ogromna płachta biało-czerwonego sukna rozpostartego na sznurze, które dokoła smagają przeciwstawne wiatry, wiejące raz w tą, raz w drugą stronę, a owa płachta ugina się wobec nich samoistnie, popychana tego siłą powiewu. Katastrofa polskiego parlamentaryzmu najdobitniej uwidoczniła się w wieku XVIII, a jedyne na co wówczas mogły zdobyć się poszczególne stronnictwa, to opowiedzieć się za jakimś silnym protektorem, najlepiej z sąsiedniego państwa, które zdolne byłoby przyjść tutaj z "bratnią pomocą". Nie było bowiem wojska, a szlachta tak odwykła do działań wojennych, że król już nawet nie zwoływał pospolitego ruszenia, a jeśli takowe zbierało się samo (np. w sprawie walki o poparcie któregoś z kandydatów do tronu) to albo zamieniało się w jedną wielką balangę i popijawę, albo też (przy najmniejszym starciu z regularną armią nieprzyjaciela) szło w rozsypkę i uciekało lub rozchodziło się do domów. Sejmy były już całkowicie sparaliżowane, a ich kompetencje przejmowały sejmiki, powodując coraz większe uniezależnianie się ziem i regionów od władzy centralnej (nie tylko królewskiej, ale również sejmowej). Następowała realna decentralizacja państwa i realny powrót do czasów rozbicia dzielnicowego z XII i XIII wieku. Oczywiście nie oznacza to, że nie było żadnych planów reform i naprawy rozpadającego się państwa - owszem, takie plany powstawały i to dość często. Problem polegał jednak na tym, że stronnictwa które dążyły do zmian ustrojowych nie miały wystarczająco sił, aby zdolne były przeforsować je na sejmach (zresztą wystarczył wówczas tylko jeden poseł opozycji, który jasno zadeklarował swoje veto i było po sprawie), ale przez prawie cały XVIII wiek nie udawało się niczego zmienić, polepszyć czy naprawić. Kraj stał się realnie rosyjską satelitą i był całkowicie kontrolowany przez Moskwę (ambasador rosyjski miał wówczas więcej władzy, niż król, a zdążało się, że ostatni król - Stanisław August Poniatowski musiał się starać o audiencję u rosyjskiego posła, a nie odwrotnie, co pokazywało tylko jak bardzo głupota i zacietrzewienie naszych przodków doprowadziło ostatecznie do wielkiego upokorzenia i zagłady Rzeczpospolitej. Ostatecznie udało się jednak przeforsować zmiany dopiero w roku 1788, a zwołany wówczas Sejm Wielki, który obradował cztery lata, wprowadził wiele niezbędnych reform, znosząc liberum veto i wolną elekcję, wprowadzając dziedziczność tronu, stałą armię i oczywiście... pierwszą w Europie oraz drugą na Świecie konstytucję, zwaną Konstytucją 3 Maja 1791 r. Ale było już za późno, a mocarstwa, które dotąd korzystały na niemocy Rzeczpospolitej nie mogły dopuścić do odrodzenia się i ponownego umocnienia naszego kraju, dlatego też w roku 1792 najpierw ruszyła Rosja, potem (1794) dołączyły Prusy i doszło do ostatecznej likwidacji państwa polskiego i wymazania Polski z mapy Świata w roku 1795.




Upadek kraju nie przekreślił jednak dawnej jedności i nadziei, rozbudzonej uchwaleniem Konstytucji i reformami, jakie już się dokonywały w Rzeczpospolitej. Emigranci polityczni szukali więc sojusznika w dziele odbudowy państwa polskiego i znaleźli takowego w osobie młodego francuskiego generała - Napoleona Bonaparte, z którym wielu Polaków złączyło swój los aż do upadu (a niekiedy nawet aż do śmierci) Cesarza. Potem przyszedł długi wiek XIX (liczony przez historyków od 1789 ro 1914 r.) i liczne Powstania, które niewiele dawały, poza natchnieniem dla kolejnych pokoleń i świadectwem że Polska pomimo upadku nadal istnieje - w sercach i umysłach swych synów i córek. I że odrodzi się jeszcze wspanialsza niż wcześniej, na gruzach zaborczych mocarstw, tak wydawałoby się stabilnych i trwałych, jak słońce wschodzące co rano na niebie. Ale nadszedł rok 1918 i trzy czarne zaborcze orły rozpadły się z hukiem na kawałki (w Rosji wybuchła rewolucja bolszewicka i zwyciężyli komuniści, Niemcy przegrały I Wojnę Światową i jako agresor utraciły część ziem oraz ustrój cesarski, a Austria - ta to już w ogóle rozsypała się niczym puzzle na szereg mniejszych i większych państewek), a Orzeł Biały wzbił się wysoko do lotu (szczególnie po roku 1920) zerwawszy ponad stuletnie kajdany ponad trupami trzech czarnych orłów (Rosja, Austria i Prusy/Niemcy miały w swych godłach czarne orły), które niegdyś wydawały się tak potężne.    



 
Także ku pamięci tych, którzy dziś wciąż pragną sprowadzić Polskę do roli słabego i ubezwłasnowolnionego kraju o niewydolnym systemie (czy to sądowniczym, czy politycznym) mam jedną radę - nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. I jeszcze jedno - my już nie będziemy więcej walczyć na naszej ziemi - na tej Italii współczesności - jeśli dojdzie do wojny w przyszłości, będziemy ją prowadzić na ziemi naszych wrogów (lub sojuszników) i dobrze aby wiedzieli to zarówno Niemcy (których stolica - Berlin leży na dawnych słowiańskich ziemiach) jak i Rosja. Przyszła nasza kolej na zaopiekowanie się Europą i nawet jeśli będzie trzeba na to jeszcze poczekać z dwie lub trzy dekady, ale ostatecznie stoimy u progu nowego Imperium Polonorum, niczym Italia przed wybuchem I Wojny Punickiej. A Europa pod polskim przewodem byłaby krainą szczęśliwości, wolną od wszelkich totalitaryzmów, a skupioną przede wszystkim na rozwoju i bogaceniu się wszystkich (a nie tylko wybranych - nadludzi) mieszkańców Europy. Uczcie się więc już dziś języka polskiego, bo to będzie w przyszłości (prócz chińskiego) jeden z kluczowych języków Świata, a już na pewno Europy - jak twierdzi chociażby amerykański politolog, dyrektor agencji wywiadu Stratford - George Friedmann.
  
 


czwartek, 23 czerwca 2022

NA PARYSKIM BRUKU... - Cz. II

CZYLI TRZY EMIGRACJE 

POLAKÓW DO FRANCJI

 



I

"BÓG JEST Z NAPOLEONEM

NAPOLEON Z NAMI"

Cz. II




POWRÓT KRÓLA JANA III SOBIESKIEGO 
DO WILANOWA PO ZWYCIĘSTWIE NAD TURKAMI POD WIEDNIEM (1683)


 
 Kiedy zaczął się ów zjazd po równi pochyłej, wiodący bezpośrednio ku katastrofie, upadku państwa i utracie niepodległości? Trudno tutaj podać jakiś jeden szczególny moment owych "Initium Calamitatis Regni" czyli "Początków Nieszczęść Królestwa", można jednak pospekulować. Czy upadek nastąpił już w roku 1374, gdy król Ludwik I Węgierski wydał w Koszycach pierwszy przywilej, w jawny sposób korumpujący szlachtę, która w zamian za zgodę na wybór na króla (po śmierci Ludwika) jednej z jego córek - Marii lub Jadwigi, obdarzył szlachtę (czyli rycerstwo) prawem obniżenia podatku płaconego od domu lub osady z 12 do 2 groszy z łana; oraz zobowiązaniem do nie podwyższania obecnych i nie nakładania nowych podatków bez zgody rycerstwa? Czy to właśnie wówczas wystąpiły pierwsze oznaki upadku, maskowane jeszcze blaskami nadchodzących dekad prosperity i wielkości? A może upadek zaczął się od sejmu piotrkowskiego 1496 r. na którym to szlachta - rozeźlona na próby odebrania jej praw przez króla Jana I Olbrachta - postanowiła dać upust całej swojej złości (notabene plany takowe w ogóle nie istniały, ale szlachtę zaniepokoiły rady, jakie królowi głosił jego włoski doradca - Filip Kallimach czyli Filippo Buonaccorsi, który radził królowi aby tylko zaufanych sobie ludzi dopuszczał do Rady, nie zwoływał zjazdów - czyli sejmów, które wówczas jeszcze tak się nie zwały; by liczne wojsko przy sobie trzymał i z ich pomocą wymuszał na niechętnych podatki, by król bronił ludu przed nadużyciami możnych, stałe sądy ze skarbu finansowane powołał, aby biskupstwa przyznawane były ludziom uczonym, a nie panom i majętnym opatom, oraz by Rzym mniejszy miał wpływ na sprawy Korony Polskiej). Szlachta nienawidziła królewskiego doradcy - Kallimacha i żądała jego oddalenia. Piekliły ją zarzuty, jakoby kraj szedł ku upadkowi (Kallimach twierdził: "Wkrótce król u sejmów, a naród u nieprzyjaciela w niewoli będzie"). Rozjątrzona szlachta na sejmie piotrkowskim 1496 r. dała więc upust swej złości i zmusiła króla do potwierdzenia ustaw nieszawskich z 1454 r. (król nie mógł ustanawiać nowych praw, nakładać podatków i zwoływać pospolitego ruszenia bez zgody sejmików ziemskich). Ustanowiono też wybór posłów na sejmy - wybieranych na sejmikach wojewódzkich. Szlachta uzyskała też prawo mianowania sędziów ziemskich (którzy to mieli odtąd być herbowymi) i zabroniono pod karą gardła, wchodzenia do izby sędziowskiej z bronią u boku (takie samo prawo wprowadzały już ustawy wiślickie z 1362 r. w których zabraniano pod karą śmierci wyciągnięcia broni w obecności króla, starosty i arcybiskupa gnieźnieńskiego - w Anglii takie prawo weszło nieco wcześniej, bo w 1332 r. i także nie wolno było wyciągać broni w obecności króla, szeryfa i arcybiskupa Canterbury). 

Najgorsze jednak było to, że wówczas otwarcie poniżono inne stany, uznając za jedynie predystynowany do rządów stan herbowy (szlachecki), dlatego też zmuszono mieszczan do wyprzedaży swych posiadłości ziemskich (szlachta motywowała to tym, iż mieszczanie nie dopuszczają herbowych do swoich miejskich posiadłości, a poza tym to nie oni nadstawiają głów w obronie Ojczyzny, tak jak czyni to szlachta). Wszelkie wyższe godności kapłańskie (poza kanoniami doktoralnymi na Uniwersytecie - teologii, prawa, medycyny czy astronomii) odtąd sprawować mogła jedynie szlachta. Chłopom zakazano noszenia bogatych szat i ograniczono opuszczanie wsi przez synów kmiecych do jednego rocznie (i to jeszcze za zgodą pana), który to miał prawo udać się do miasta i podjąć naukę lub pracę w rzemiośle. Tak oto pokrzywdzony został mieszczanin, a chłop zamieniony w prostego wyrobnika i przywiązany do ziemi która często nie była jego własnością. Jedynym stanem obywatelskim został więc odtąd stan szlachecki, a sygnet rodowy z herbem był ważniejszy od pieniędzy jakie się posiadało, gdyż to nie pieniądze, a ów sygnet dawał prawo do współrządzenia krajem. Czy to właśnie wtedy pojawiły się pierwsze symptomy upadku państwa. Przecież w XVI wieku szlachta wielokrotnie występowała z zapałem w kwestii wprowadzenia zbawiennych dla kraju reform. Żądano więc oddania nieprawnie zajętych przez magnatów królewszczyzn (których dochód odtąd zasilał kasę wielkich panów, ze szkodą dla całej Rzeczpospolitej), postulowano zmniejszenie uprzywilejowania duchowieństwa (które to w 1381 r. otrzymało takie samo prawo fiskalne, jak szlachta i potem zawsze orientowało się na herbowych, czy ci chcą płacić podatki, czy też unikają tego obowiązku i postępowali dokładnie tak samo), domagano się sekularyzacji dóbr kościelnych, a także zacieśnienia związków z Litwą, likwidacji odrębności prawnej Prus Królewskich oraz księstw oświęcimskiego i zatorskiego. Postulowano wreszcie uporządkowanie dochodów kraju i rozdzielenie dochodów króla od skarbu państwa i przeznaczenia części państwowych zysków na utrzymanie stałego wojska. Część z owych postulatów udało się szlachcie uzyskać, a część pozostała bez zmian. 

Wcześniej stwierdziłem że nie tyle posiadane pieniądze, co przynależność do stanu szlacheckiego była decydująca dla pozycji społecznej w Rzeczpospolitej. I tak właśnie było, gdyż nawet ubogi szlachcic (którego np. nie stać było na kupno sobie butów i tym samym z ubioru często przypominał zwykłego chłopa) stał w owej hierarchii wyżej, niż najbogatszy mieszczanin, czy zamożny chłop. Stał wyżej, ponieważ miał prawo głosu i mógł decydować nie tylko o wyborze monarchy, ale o wszelkich sprawach tyczących się zarówno wielkiej jak i małej (lokalnej) polityki. Tym bardziej że w Rzeczpospolitej (w przeciwieństwie do innych krajów Europy) każdy szlachcic czy magnat byli równi wobec prawa, stąd zwali się "szlachecką bracią" lub "panami braćmi" (z biegiem czasu się to jednak zdegenerowało i teraz wielcy magnaci, dysponując ogromnym majątkiem, częstokroć kupowali sobie szlachciców, którzy na sejmach reprezentowali ich interesy). Co prawda zarówno szlachta jak i magnateria często ze sobą konkurowały (np. po śmierci Jana Olbrachta w 1501 r., magnateria wymogła na jego bracie - nowym królu - Aleksandrze Jagiellończyku wydanie przywileju w Mielniku, który był realnym powrotem do sytuacji sprzed 1496 r. czyli do dominacji Rady Królewskiej czyli Senatu, kosztem reszty szlachty. Został zatem wprowadzony oficjalnie ustrój oligarchii magnackiej z ogromnymi uprawnieniami Senatu, a niewielkimi lub wręcz symbolicznymi uprawnieniami Króla i Sejmu. Długo to jednak nie trwało, gdyż już na sejmie w Radomiu w 1505 r. szlachta wymusiła na królu obalenie magnackiej oligarchii i powrót do demokracji szlacheckiej, co zyskało moc prawną w wydanej Konstytucji 1505 r. zwanej "Konstytucją Nihil Novi" ("Nic Nowego"), w której co prawda utrzymano ograniczenia władzy monarszej, ale ciężar władzy przesunięto z Senatu na Sejm - który odtąd był najwyższą formą władzy w Rzeczpospolitej i bez zgody którego żadne prawo nie mogło wejść w życie. Tak oto król stał się zakładnikiem szlachty, ale w tamtym czasie nie wydawało się to jeszcze niebezpieczne, choć w tym systemie - który jednocześnie był emanacją wolności obywatelskich i praw politycznych których tak brakowało w całej Europie - było kilka ukrytych mechanizmów samozniszczenia, które przez długi czas pozostawały niewidoczne (gdy celem "szlacheckiej braci" było dobro Ojczyzny i uświadomienie narodowych celów - wówczas kraj kwitł, pomimo braku silnej władzy królewskiej i stałej armii - która zawsze była zmorą szlachty, jako że herbowi obawiali się, że stała armia pod dowództwem królewskim [jako że król był naczelnym wodzem] może posłużyć w walce o obalenie wolności szlacheckich i wprowadzenie silnej monarchii. Gdy jednak górę zaczęły brać korzyści osobiste i rodowe, wówczas wszystko zaczęło się sypać).




Koncepcją obowiązującą w polskim parlamentaryzmie (w zasadzie "od zawsze") była zasada jednomyślności. Sejm bowiem składał się z trzech równoprawnych stanów: Króla, Senatu i Izby Poselskiej. Tak więc, aby jakakolwiek ustawa została uchwalona, wymagana była zgoda tych wszystkich stanów i każdego z osobna uczestników zjazdów sejmowych. Było to tzw.: "Ucieranie się". Oczywiście nie oznaczało to, że wszyscy nagle musieli popierać dany projekt i nie mogli mieć odrębnego zdania - nie, nie oto chodziło. Chodziło o przyjęcie danej ustawy na zasadzie zgody powszechnej, która wyrażała się albo w aprobacie albo w braku sprzeciwu, czyli w milczeniu (a milczenie zawsze uznawano za nieformalną zgodę). Tak więc, jeśli nikt z wybranych posłów nie rzekł "Veto" (czyli "Nie pozwalam") dana ustawa przechodziła, choćby nawet nie zdołano przekonać do niej części posłów. Ale jeśli ci posłowie milczeli, upatrywano to za zgodę i na tym właśnie polegała zasada "ucierania się" (czyli przekonywania do skutku). Nie oznacza to jednak, że prawo veta nie istniało wcześniej przed ową feralną datą 1652 r., kiedy to podstarości upicki - Władysław Wiktoryn Siciński, wyrzekł to słowo, nie godząc się na przedłużenie obrad sejmu, czym zapoczątkował okres owych "Calamitatis Regni". Od tej chwili, aż do 1764 r. sejmy były zrywane wielokrotnie (niektóre zaraz po rozpoczęciu obrad), co doprowadziło do prawdziwej anarchii w kraju, gdyż jeden człowiek - któremu coś się nie spodobało - mógł pogrzebać zbawienne dla kraju reformy ustrojowe i wojskowe, a to znów oznaczało, że bardzo łatwo było przekupić posłów w Rzeczpospolitej i obce państwa często z tego korzystały, szczególnie że aby zapobiec np. wzmocnieniu wojsk Rzeczpospolitej, wystarczyło przekupić tylko jedną osobę, która otwarcie zakomunikowała swój sprzeciw. Kraj zaczął się rozpadać, nie było ani silnej władzy królewskiej, ani silnej władzy sejmowej - tak naprawdę panowała anarchia i władza silniejszego - który możny miał więcej pieniędzy i mógł wystawić prywatne poczty wojskowe, ten rządził, a ponieważ takich możnowładczych rodów było w XVIII-wiecznej Rzeczpospolitej kilka lub kilkanaście, przeto wzajemnie ze sobą rywalizowały, ku radości państw ościennych, które rosły w siłę, rządzone przez monarchów absolutnych, mogących wystawić kilkusettysięczne armie (gdy w Rzeczpospolitej nie było nawet zgody na wystawienie 24 000 wojska). W takiej sytuacji politycznej i przy takim położeniu geopolitycznym w centrum Europy, Polska i Litwa nie były w stanie się ostać i Rzeczpospolita musiała upaść, choć naiwnie wielu sądziło, że słabość kraju jest korzystna, gdyż po pierwsze: słabego nikt się nie boi i nikt nie będzie go atakował, a po drugie: ościenne monarchie same ze sobą konkurują, zatem nie pozwolą na wzmocnienie któregokolwiek z nich kosztem ziem polskich, bo to oznaczałoby znaczny wzrost pozycji i siły owego kraju. Nikt jednak nie przewidział (albo przewidzieli, ale nic wówczas nie mogli z tym zrobić) że takie monarchie jak Rosja, Austria i Prusy po prostu się ze sobą dogadają i podzielą tym "polskim tortem".

Umiłowanie wolności i swobód obywatelskich, które czyniły z Rzeczpospolitej w XVI i XVII wieku prawdziwe "mocarstwo swobody", zamieniło się jednak w tępą ideologię, której obrona okazała się śmiertelna dla kraju. Czasy się zmieniały, a Rzeczpospolita żyła epoką dawnej swej chwały, nie widząc, iż należy dostosować się do zmieniających się epok. Husaria, która była potęgą militarną przez ponad sto lat i której powstrzymanie w polu było praktycznie niemożliwe, w XVIII wieku stała się już tylko wojskiem paradnym, zupełnie nienadającym się do wymagań osiemnastowiecznych wojen. Tkwili więc nasi przodkowie w tej cieplarnianej ułudzie dawnej chwały, niczym w formalinie, nie dostrzegając że u granic tworzą się potężne mocarstwa, które pożądliwie łypią okiem na rozległe ziemie bezbronnej w zasadzie Rzeczpospolitej. Umiłowanie do chwały i wstręt do militaryzmu cechowały społeczeństwo Rzeczpospolitej Obojga Narodów, co ostatecznie doprowadziło do katastrofy i upadku państwa. Zupełnie inaczej było w II Rzeczpospolitej, gdzie armia była jakoby emanacją narodu, a służba wojskowa stała niezwykle wysoko w hierarchii społecznej. Żołnierzy ceniono w każdy możliwy sposób, upatrując w nich trwałości istnienia odrodzonego państwa (np. żołnierze nie płacili jeżdżąc komunikacją miejską - jest taka fajna scena w filmie "Akcja pod Arsenałem" z 1978 r. opowiadająca o odbiciu 26 marca 1943 r. w pobliżu Arsenału w Warszawie kilku aresztowanych wcześniej przez Niemców [i bestialsko torturowanych w więzieniu na Pawiaku] członków grup szturmowych Szarych Szeregów wchodzących w skład Armii Krajowej. Ostatecznie uwolniono 21 osób i gdy część z tych grup szturmowych rozbiegła się po akcji przed ścigającymi ich Niemcami, część weszła do tramwajów i w owym filmie jest taka scena, gdy ubrani po cywilnemu żołnierze Szarych Szeregów wchodzą do tramwaju i chcą kupić bilet, a konduktor na ich widok wypowiada owe słynne słowa: "wojsko nie płaci", bo tak rzeczywiście było w II Rzeczpospolitej).  
 
 

 
Osiemnastowieczne polskie sejmy tak już się zdegenerowały i zanarchizowały, że ich celem wcale nie było prowadzenie własnej polityki wewnętrznej i zewnętrznej (w zgodzie z interesem narodu czyli Rzeczpospolitej) tylko miały jeden jedyny cel. Za wszelką cenę przeszkadzać królowi i stronnictwu dworskiemu w prowadzeniu przez nie własnej polityki, bowiem każda samodzielna działalność króla od razu była traktowana przez ogół szlachty jako zamach na wolności szlacheckie. A jako skuteczną po temu broń upatrywano właśnie liberum veto, czyli możliwość zerwania sejmu, nim zapadnie na nim jakaś niekorzystna dla "wolności" uchwała. A zerwać sejm można było zawsze (czynili tak nawet Żydzi, którzy przekupywali posłów, aby ci zerwali sejmy, jeśli miały na nich zapaść jakieś ustawy nakładające na nich podatki), podając najbłahszy z powodów, albo też nie podając żadnego. Polskie życie polityczne XVIII wieku przypominać zaczęło sen wariata, gdzie posłom nawet w instrukcjach sejmikowych zalecano, że jeśli ich propozycje nie zdobędą uznania, to powinni zagrozić zerwaniem sejmu. Co prawda były wyjątki od tej zasady i nie można było zerwać sejmu konwokacyjnego (czyli wyznaczającego kandydatów do nowej elekcji), czy też skonfederowanego - ale i w tych przypadkach podnosiły się głosy, że tam też należy wprowadzić liberum veto (zresztą sejm konwokacyjny po śmierci Jana III Sobieskiego został zerwany, a miało to miejsce we wrześniu 1696 r. i nastąpiło z polecenia królowej Marii Kazimiery). Z takim systemem politycznym i wszechwładną anarchią, którą mylono z wolnością - XVIII-wieczna Rzeczpospolita stała się prawdziwą igraszką w rękach ościennych mocarstw. Bez armii, bez ustabilizowanego systemu sprawowania władzy, ze słabą pozycją monarchy, potężna niegdyś Rzeczpospolita, mogła jedynie oczekiwać kiedy nad jej ziemie (wciąż bardzo rozległe) zlecą się sępy, żądne wyrwania dla siebie jakiegoś kawałka. Nic więc dziwnego że Polska w owym czasie (wraz z Osmańską Turcją - która wówczas też utraciła dawną potęgę i znaczenie, oraz Hiszpanią - krajem równie bezbronnym, bez własnej armii i znaczenia) zwana była "Chorym człowiekiem Europy". Dawne potęgi teraz odchodziły w niepamięć (przecież Rzeczpospolita, Osmańska Turcja i Hiszpania w XVI i jeszcze w XVII wieku był europejskimi supermocarstwami). Wyblakło też znaczenie Francji Ludwika XIV, a jej pozycję teraz zajmować zaczęła (wcześniej będąca całkowicie w jej cieniu, a niekiedy pod jej wpływem) Anglia/Wielka Brytania. Urosły: Rosja Romanowów, Prusy Hohenzollernów i Austria Habsburgów. Tak więc bez zdecydowanych reform, ziemie dawnego władztwa Jagiellonów nie mogły się ostać w świecie coraz bardziej agresywnych monarchii absolutnych.

"Niezgoda przywiedzie na was niewolę, w której wolności wasze utoną i w śmiech się obrócą (...) Ziemie i królestwa wielkie, które się z Koroną zjednoczyły i w jedno ciało zrosły, odpadną i rozerwać się dla waszej niezgody muszą (...) i będziecie jako wdowa osierociała, wy, coście tyloma narodami władali i będziecie ku pośmiewisku i urąganiu nieprzyjaciół waszych (...) nie tylko bez pana krwi swojej (...) ale też bez ojczyzny i królestwa swego, wygnańcami wszędzie będziecie, nędzni, wzgardzeni, ubodzy włóczędzy. Popychani nogami będziecie przez tych, którzy niegdyś do stóp waszych padali" - fragment kazania kaznodziei Piotra Skargi, wygłoszony przed dworem Zygmunta III pod koniec XVI wieku, w czasach gdy potęga Rzeczpospolitej była niekwestionowana, gdy skrzydlata husarjia brodziła we krwi Moskali, Szwedów, Turków, Tatarów a nawet Niemców od Byczyny do Kircholmu i Kłuszyna, tratując cztero, pięcio, a nawet stukrotnie razy większe siły nieprzyjaciela (jak choćby w bitwie pod Hodowem w 1694 r.). Gdy na Kremlu siedział polski gubernator Moskwy, a Prusak z Brandenburczykiem bił czołem przed majestatem królewskim w Warszawie, składając hołd lenny z ziem, które król Polski łaskawie rodowi Hohenzollernów powierzył. Gdy Habsburgowie zamieniali się miejscami w polskiej niewoli z Moskalami i gdy sułtan z haremem uciekał z Konstantynopola przed polskimi Kozakami po wcześniejszym spaleniu przez nich Synopy. W tych czasach potęgi, słowa o niewoli, wygnaniu i braku ojczyzny, o tułaczach poniewieranych i z kraju do kraju błądzących mogły co najwyżej wywołać zaciekawienie a z pewnością nie brakowało i takich, którzy sobie z tego dowcipkowali. Ale słowa Piotra Skargi były prorocze, gdyż już wówczas tkwiły w polskim systemie politycznym zalążki upadku, tylko niewielu wówczas było w stanie je dostrzec. Zresztą nawet w XVIII wieku, jeśli potrafiono dostrzec te przyczyny i je poprawnie nazwać, to i tak nie wiedziano co dalej z tym począć, gdyż nie było siły politycznej na tyle dominującej, która potrafiłaby przeforsować zbawienne dla państwa reformy. Było bowiem wiele koterii i sił, które wzajemnie ze sobą konkurowały i żadna nie przystałaby na plany drugiej strony, a żadna z nich nie miała siły aby je samodzielnie wprowadzić. Dlatego też powstawały plany sojuszy z obcymi dworami, przy pomocy których udałoby się wprowadzić w życie reformy ratujące państwo. Niestety, nie rozumiano że obce dwory zainteresowane były jedynie pogłębianiem stanu anarchii życia politycznego w Rzeczpospolitej a nie jego naprawą czy uleczeniem.


HUSARZ W ATAKU Z LANCĄ
(I FAZA SZARŻY)



HUSARZ W ATAKU Z SZABLĄ
(II FAZA SZARŻY)
NASTĘPNIE WYMIANA STRZASKANEJ LANCY I POWRÓT DO SZARŻY 



Ostatnie lata swej świetności, zapisała dawna Polska triumfem wiedeńskim króla Jana III Sobieskiego z 1683 r. oraz (w pokoju karłowickim z Osmańską Turcją z 1699 r.) ponownym odzyskaniem Podola (utraconego w 1672 r.) wraz z twierdzą - Kamieńcem Podolskim. Były to już ostatnie przebłyski dawnej świetności i chwały, ale paradoksalnie w wiek XVIII wkraczała Rzeczpospolita z dużym optymizmem co do swej przyszłości, żądna odzyskania na Szwedach  całych Inflant. Niestety, Wojna Północna z lat 1700-1721 toczyła się głównie na ziemiach polskich, doprowadzając je do upadku gospodarczego i demograficznego. Nic na tej wojnie Rzeczpospolita nie zyskała (zresztą oficjalnie nie była nawet stroną wojującą, gdyż wojnę ze Szwecją prowadził jedynie elektor Saksonii - Fryderyk August I, który jednocześnie od 1697 r.  panował jako król Polski pod imieniem - Augusta II Mocny - zwany tak ze względu na swą wielką siłę fizyczną, gdzie potrafił łamać podkowy, zginać metalowe pręty i samemu przesuwać ciężkie armaty, których nie mogło ruszyć kilku żołnierzy). I to właśnie on wojował ze Szwecją, wciągając w tę wojnę nieprzygotowaną do tego konfliktu Rzeczpospolitą. Starał się on także zapewnić sobie i swym następcom dziedziczność tronu w Polsce, przez co układał najbardziej niedorzeczne plany rozbioru ziem polskich pomiędzy sąsiadów, tak aby to co zostanie, przypadło jemu, jako dziedzicznemu monarsze. Po sukcesach, jakie Szwedzi odnieśli w tej wojnie, już w maju 1704 r. zawiązana ze szwedzkiej inspiracji konfederacja warszawska zdetronizowała Augusta II i nowym królem obrała dotychczasowego stronnika Karola XII - Stanisława Leszczyńskiego (ojca późniejszej królowej Francji i żony Ludwika XV - Marii Leszczyńskiej). To właśnie wówczas z inspiracji Leszczyńskiego powstał pierwszy plan rozbioru ziem Rzeczpospolitej. Otóż Leszczyński proponował aby Korona i Litwa przypadły jemu, jako polskiemu królowi. Szwecji miano oddać Księstwo Kurlandii i Semigalii wraz z polskimi Inflantami, Kozaków (jako lenników Rzeczpospolitej) umiejscowić w województwie połockim i witebskim (czyli na północnym-wschodzie), zaś utracone oficjalnie w roku 1667 na korzyść Moskwy województwa: smoleńskie, czernichowskie i całe Zadnieprze wraz z Kijowem miały przypaść Leszczyńskiemu, jako dziedzicznemu księciu. Wydawało się, że plan ten zostanie ostatecznie zrealizowany, szczególnie gdy w 1706 r. Sasi ponieśli klęskę w bitwie ze Szwedami pod Wschową (13 lutego), co też spowodowało zgodę Augusta II na abdykację w Polsce i przekazanie korony Stanisławowi Leszczyńskiemu (pokój w Altranstädt - 24 września 1706 r.). Długo jednak taki stan rzeczy nie trwał i po ostatecznym zwycięstwie Rosjan w bitwie ze Szwedami pod Połtawą (8 lipca 1709 r.) August II ponownie wrócił (w sierpniu) na polski tron.

Nim to jeszcze nastąpiło, w 1708 r. August II opracował swój plan podziału ziem polskich, w którym sobie zostawiał Koronę i niewielką część południowej Litwy (miał tam panować jako monarcha dziedziczny), ale już bez Prus Królewskich i Gdańska (które przypaść miały Leszczyńskiemu), bez Wielkiego Księstwa Litewskiego i polskich Inflant (oddanych Rosji), oraz bez Żmudzi, Kurlandii i Semigalii przekazanych Prusom. Plan ten nie doszedł do skutku, a w 1709 r. car Piotr I opracował swój własny plan, w którym całą Rzeczpospolitą widział włączoną do Rosji (co oczywiście w tamtym czasie - i to uwzględniając już ową chroniczną słabość Rzeczpospolitej - nie wchodziło w grę). I tak co roku już praktycznie powstawały nowe plany rozbiorów: w 1710 pojawił się projekt króla Prus - Fryderyka I Hohenzollerna, w którym Prusy Królewskie (Gdańsk i Ryga miały stać się Wolnymi Miastami), Żmudż, Kurlandia i Semigalia przypadały jemu, Wielkie Księstwo Litewskie Rosji, a Korona Polska Saksonii; w 1712 pojawił się ponownie projekt Leszczyńskiego, który Koronę oddawał Augustowi Mocnemu, Kurlandię i Semigalię Szwecji, zaś sobie pozostawiał Litwę. Projekt ten był pewnie nie dopracowany, jako że już w 1713 pojawił się nowy plan Leszczyńskiego, w którym ten siebie widział ponownie w roli króla polskiego (Korona i Litwa), Prusy Królewskie wraz z Gdańskiem oddałby Prusom, Kurlandię i Semigalię Szwecji, a Podole (tereny odzyskane w 1699 r.) Turcji. W 1714 r. Leszczyński stworzył jeszcze inny plan rozbiorowy i był to już plan z jego strony minimalistyczny, bowiem pozostawiał sobie zaledwie województwo ruskie i bełskie, całą Koronę i Litwę oddając Augustowi Mocnemu, a Szwecji Kurlandię i Semigalię (należy jednak pamiętać, że począwszy od 1710 r. Moskale już w całości opanowali szwedzkie Inflanty i Estonię, a w 1713/1714 dokonali inwazji na Finlandię). Wszystkie te rozbiorowe plany nie doszły do skutku, gdyż przede wszystkim sprzeciwiała im się Rosja. Tak, właśnie Rosja uznała że rozbiór ziem Rzeczpospolitej jest niezgodny z jej interesem, gdyż car Piotr Wielki sądził że uda mu się "połknąć" w całości i Polskę i Litwę, bez potrzeby dzielenia się jej ziemiami z kimkolwiek innym. Carowi nie podobała się też polityka Augusta Mocnego, dążącego do zaprowadzenia w Polsce monarchii dziedzicznej przy pomocy wojsk saskich.




Już w listopadzie 1715 r. zawiązała się konfederacja tarnogrodzka pod przywództwem Stanisława Ledóchowskiego, przeciwko planom wzmocnienia władzy królewskiej w Polsce. Wybuchła nowa wojna domowa w kraju (1715-1716) i obie strony poczęły upatrywać gwaranta pokoju w osobie cara Piotra I. August Mocny wezwał go z wojskiem do Polski, a i Tarnogrodzianie upatrywali w nim gwaranta swoich praw i wolności (tym bardziej, że car zadeklarował że: "wolności polskiej nie odstąpi"). 27 września 1716 r. do Rzeczpospolitej z 18 000 żołnierzy, wkroczył carski generał Roenne, a 3 listopada stanął on pod Warszawą. Doszło do układów pokojowych pomiędzy skłóconymi stronami i tak August Mocny przyrzekł odsunąć Sasów z polskiego dworu, nie wypowiadać wojen bez woli narodu (szlachty), nie wyjeżdżać z kraju na dłużej niż trzy miesiące w roku, oraz zwoływać pospolite ruszenie tylko do obrony kraju (nieformalnie jednak pospolite ruszenie zostało wówczas rozwiązane). Zobowiązania te zostały zatwierdzone na sejmie zwołanym do Grodna na 1 lutego 1717 r. Aby żadnemu posłowi jednak nie przyszło do głowy zaprotestować przeciwko podpisanemu pokojowi, obrady "chronił" 18 000 moskiewski korpus gen. Roenne, a na sejmie nikt nie wypowiedział nawet jednego słowa - odczytano jedynie podpisane warunki i przyjęto je milczeniem (stąd też sejm grodzieński 1717 r. przeszedł do historii pod nazwą "Sejmu Niemego"). Nie trwało to dłużej jak siedem godzin. Od tej chwili powaga Rzeczpospolitej sięgnęła bruku, sejm ochraniany przez obce wojska, a do tego posłowie milczący z obawy przed konsekwencjami swego sprzeciwu. Od tej chwili rozpoczął się już zjazd po równi pochyłej, prowadzący ostatecznie do rozbiorów Rzeczpospolitej w drugiej połowie XVIII stulecia.

Tak oto położona pomiędzy Wschodem a Zachodem Rzeczpospolita, mająca swe posłannictwo dziejowe, swą ideę i swą duszę przewodnią - z początkiem wieku XVIII popadała w całkowitą anarchię, walki wewnętrzne i totalne osłabienie które mogło służyć już tylko Jej wrogom. Co prawda pojawiały się pewne przebłyski, jak choćby zmuszenie Moskali do opuszczenia ziem Rzeczpospolitej i pewne próby reform podjęte w celu zwiększenia liczebności armii, ale nie było siły, która byłaby zdolna konsekwentnie doprowadzić je do końca. Rzeczpospolita wówczas była jak umierający, któremu potrzeba silnej dawki elektrowstrząsów aby pobudzić serce do życia, potrzeba było czynu, który zmieni ustrój wiodący ku katastrofie i ponownie przywróci Polskę i Litwę na drogę ku potędze. I to się ostatecznie poniekąd udało uczynić w roku 1791 uchwalając pierwszą w Europie i drugą na Świecie (po amerykańskiej) Konstytucję, która przeszła do historii pod nazwą Konstytucji 3 Maja.       




Było już jednak za późno i mocarstwa zaborcze (a głównie Moskwa) nie mogły dopuścić do wzmocnienia się Rzeczpospolitej gdyż wówczas ich plany rozbiorowe nie mogłyby dojść do skutku. Tak oto po wojnie 1792 r. i Insurekcji Kościuszkowskiej 1794 r. (która nie mogła się powieść, ze względu na wzajemną pomoc, jaką udzielały sobie Rosja i Prusy) dawna perła wolności i swobód, przedmurze chrześcijaństwa i kraj uskrzydlonych jeźdźców zniknęła z mapy Europy i Świata. Ale to nie był koniec Polski. Jej ciało co prawda zostało rozszarpane na trzy części przez zaborcze wilki i sępy, ale Dusza przetrwała. I ta Dusza właśnie szukała dla siebie dróg ku Zmartwychwstaniu, najpierw pod Cesarzem Napoleonem Wielkim...




Potem w wielu Powstaniach, jak choćby w Listopadowym (1830-1831)...

 


... Powstaniu Styczniowym (1863-1864)...






Nie licząc oczywiście takich lokalnych powstań jak krakowskie (1846) czy wielkopolskie (1846 i 1848). Ostatecznie tradycję dawnej Rzeczpospolitej, Jej Ducha i Pamięć, ponieśli Legioniści Piłsudskiego na początku I Wojny Światowej (1914) i inne polskie formacje zbrojne, jak choćby Błękitna Armia gen. Józefa Hallera formowana we Francji (notabene w tej armii walczył mój pradziadek - z pochodzenia Niemiec). To właśnie zapał i poświęcenie tych młodych ludzi odrodziło dawną Rzeczpospolitą, choć jednocześnie inną pod względem ustrojowym i obyczajowym, to jednak poprzez Pamięć Genetyczną tożsamą z tą Pierwszą.  








Nim jednak Polska Zmartwychwstała w wieku XX, pokolenia kolejnych powstańców i uciekinierów ze zniewolonego kraju szukało jakiejś ostoi, miejsca skąd można by ponownie kontynuować walkę o Niepodległość i tym miejscem przede wszystkim dla polskich uchodźców była Francja. Tam właśnie zaczęto rozbijać przysłowiowe namioty, licząc na to, że odrodzenie Polski zajmie kilkanaście miesięcy, lub co najwyżej kilka lat. Gdy okazało się to nie takie proste, owi zapaleńcy musieli w Paryżu swe namioty zamienić na domy, potem mijały kolejne lata, a ci, którzy jeszcze pamiętali dawną Polskę starzeli się i umierali. Odchodzili, przekazując jednak następnym pokoleniom swe dziejowe posłannictwo, które brzmiało by Najjaśniejsza Rzeczpospolita ponownie rozbłysła niczym jaśniejąca gwiazda na europejskim firmamencie. W kolejnej części zaprezentuję owych imigrantów, zdążających nad Sekwanę, do Włoch, Niemiec czy Anglii z myślą o podjęciu nowej walki o odrodzenie Ojczyzny. Jak ich tam przyjmowano - i co ostatecznie osiągnęli - o tym już w następnej części. 




CDN.