Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RZECZPOSPOLITA OBOJGA NARODÓW. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RZECZPOSPOLITA OBOJGA NARODÓW. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. V

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"




 Nim przejdziemy dalej, do kwestii rodzinnych, a nawet uczuciowych dawnych przedstawicieli naszej elity, musimy sobie na początku wyjaśnić jaki był krąg wyobrażeń narodowościowych i państwowych szkacheckiej braci, czyli czy uważali się za Koroniarzy, Litwinów a może Rzeczpospolitan czy za Polaków? Oczywiście odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem byłoby bardzo trudno, jako że dzieje Rzeczypospolitej można podzielić na co najmniej trzy okresy. Po zawarciu pierwszej Unii Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim w Krewie w roku 1395 i okres ten trwał do zawarcia Unii Lubelskiej w 1569 r. Drugi zaś okres to czasy od Unii Lubelskiej do roku 1648 i wybuchu powstania Chmielnickiego, a następnie wojen z Moskwą, Szwecją, Tatarami i  Siedmiogrodem. Trzeci zaś okres, to czas po zawarciu pokoju z Moskwą w roku 1667, który to trwał do końca istnienia tamtej Rzeczpospolitej, czyli do 1795.

Okres pierwszy był oczywiście czasem w którym zarówno Polacy z Królestwa, Litwini z Wielkiego Księstwa jak również Rusini z ziem zajętych przez wielkich kniaziów litewskich (ale pamiętający tradycję Księstwa Kijowskiego czy Halicko-Włodzimierskiego), żyli w dwóch państwach, które spajała jedynie osoba monarchy, lub też więzy dynastyczne (gdy np. w Koronie panował brat władcy, który rządził Litwą). Oczywiście już wówczas następowała powolna unifikacja elit, na zasadzie przyjęcia do grona szlachty polskiej bojarów litewsko-ruskich (zaczęło się to w Horodle w roku 1413). Było to tzw "podzielenie się wolnością", czyli tym co szlachta polska miała najcenniejszego i co zdołała sobie wywalczyć w dziesięcioletnich zmaganiach z monarchami. Ale realna różnica polityczna pomiędzy Koroną, a Wielkim Księstwem była oczywista i nie podlegająca dyskusji. Unia personalna nie powodowała również tego, że wojny toczone przez jedno państwo były automatycznie wojnami drugiego, tak nie było, choć mogło tak być (jak w przypadku Wielkiej Wojny z Zakonem Krzyżackim w latach 1409-1411). Przykładem niech będzie chociażby Wojna Trzynastoletnia z Zakonem Krzyżackim z lat 1454-1466 którą prowadziła tylko Korona Królestwa Polskiego, natomiast Litwa pozostała całkowicie neutralna. Podobnie było z wojnami toczonymi przez Wielkie Księstwo na Wschodzie, z Tatarami czy z Moskwą. Wojny te realnie nie dotyczyły Korony, działy się bowiem gdzieś daleko, daleko na Wschodzie i dopiero klęski Litwy w tych wojnach zmusiły króla Zygmunta I Jagiellończyka do większego zaangażowania w tę kwestię Koroniarzy (wojna z Moskwą w latach 1507-1508 była tak naprawdę pierwszą wojną toczoną przez Koronę i Litwę jednocześnie, chodź nie na takich samych zasadach). Te wojny mimo wszystko jednak polegały na tym, że Koroniarze (czyli Polacy) organizowali kontyngenty militarnego wsparcia dla Litwinów (czyli wysyłano wybrane wojska), ale Korona jako państwo realnie nie brała w nich udziału.



 
Unia Lubelska 1569 r. wiele w tym temacie zmieniła, bowiem włączenie do Korony ogromnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego (czyli Wołynia i Ukrainy) spowodowało, że Królestwo Polskie zyskało teraz wspólną granicę zarówno z Chanatem Krymskim jak i z Moskwą. Ale Litwini pozostali Litwinami a Koroniarze Koroniarzami. Jednak od tej daty już nie tylko osoba króla łączyła te dwa państwa, ale również wspólny Sejm, który wkrótce stanie się najważniejszym spoiwem łączącym Koronę i Wielkie Księstwo. Jednak różnice były oczywiste i trwałe, Litwini nie tylko nazywali się (w publicznych dokumentach lub zawieranych traktatach) Litwinami, ale mówili i pisali otwarcie o Wielkim Księstwie lub też o Rzeczpospolitej Litewskiej. W Koronie oczywiście tak samo nazywano kraj Królestwem Polskim, Koroną lub też Rzeczpospolitą Polską, a często po prostu Rzeczpospolitą i terminem tym obejmowano również Wielkie Księstwo (przy widocznej niechęci ze strony Litwinów). W ogóle był też w tym okresie silny patriotyzm lokalny, który dzielił lokalną szlachtę nie tylko pomiędzy Koroniarzy a Litwinów czy Rusinów, ale również pomiędzy Małopolan, Wielkopolan, Mazowszan, Prusaków z Pomorza, Rusinów z Rusi Czerwonej, Wołynia czy Ukrainy, a także pomiędzy Litwinów z Litwy właściwej, Żmudzi czy Polesia. Rzeczpospolita (czy to Korona czy też Litwa) była jakby nadbudową, natomiast przede wszystkim szlachta pozostawała wierna lokalnej ziemi, której to szlachecka społeczność na w sejmikach wybierała swych przedstawicieli na Sejm walny (i których mogła odwołać, jeśli nie reprezentowali oni interesów danej ziemi, województwa czy regionu). To wszystko skończyło się w okresie prawie dwudziestoletnich wojen i anarchii, jaka zapanowała w latach 1648-1667.




Rzeczpospolita, która wyszła z tej pożogi po roku 1660 i ostatecznie w 1667, była już zupełnie innym krajem niż wcześniej - całkowicie innym. Żeby to sobie uświadomić, należy najpierw wziąć pod uwagę fakt, że wojny toczone z Kozakami Chmielnickiego i Tatarami od 1648 r. a następnie wojny z Moskwą od 1654 r a potem ze Szwecją od 1655 r i Siedmiogrodem od 1657 r. były katastrofą dla państwa, które musiało toczyć wojny na wszystkich frontach jednocześnie. Oczywiście już wcześniej zdarzało się że Rzeczpospolita toczyła wojny na dwóch, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło się tak, żeby agresor taki jak Moskwa, Szwecja, a także Kozacy, Siedmiogród również, o Tatarach nie wspominając (bo ci non stop atakowali) zajął praktycznie całe terytorium Rzeczpospolitej, a mimo to państwa te przegrały. To było niesamowite i to pokazywało czym była ówczesna Rzeczpospolita, jaką wówczas byliśmy potęgą. Bowiem kraj, którego szlachta bała się wystawić stałą armię (aby nie dać królom do ręki oręża, który mógłby zaprowadzić w państwie absolutyzm na wzór Europy Zachodniej) która w początkowym okresie Potopu przysięgała na wierność królowi szwedzkiemu, która została najechana przez potężne armie moskiewskie, szwedzkie (a na południowym-wschodzie grasowali Kozacy i Tatarzy) a mimo to kraj który został całkowicie podbity, zdołał wypędzić wszystkich agresorów ze swych ziem - wszystkich i przejść do ofensywy. Pokażcie mi drugi taki kraj w Europie, który zostałby zajęty przez kilka obcych państw, a mimo to przegoniłby ich i pokonał. To było niesamowite zwycięstwo, tym bardziej że kraj został całkowicie zniszczony i nie było możliwości zapłacić żołnierzom za ich poświęcenie. Rzeczpospolita wystawiła wtedy 70-tysięczną armię, która walczyła ZA DARMO z miłości do Ojczyzny. Nie było takiego przypadku ani wcześniej ani później na taką skalę w Rzeczpospolitej (choć zdarzały się przypadki że wojsko walczyło za darmo, uzyskując wcześniej obietnicę od hetmanów że pieniądze zostaną wypłacone po kampanii, a często hetmani zostawiali swoje majątki aby zapłacić żołnierzom żołd, bo szlachta oczywiście kręciła nosem dlaczego wojna tak długo trwa i po co nań wydawać tyle pieniędzy itd. itp.).

To czego szlachta - która zapomniała się w swym zaprzaństwie w roku 1655 - dokonała potem, zakrawa na niesamowite wręcz bohaterstwo niespotykane nigdzie indziej. W serialu "Czarne chmury" brandenburski poseł wypowiada takie właśnie słowa mówiąc o Rzeczpospolitej (która zdołała pokonać Szwecję, Moskwę, Tatarów i Kozaków, a także Węgrów z Siedmiogrodu choć kraj został całkowicie podbity, król musiał uciekać na Śląsk, a mimo to zwyciężyli) powiedział wówczas: "Rzeczpospolita nigdy nie zginie!". Wyrywano szwedom a potem moskalom w kolejnych bitwach ogromne tereny i parto na wschód, ale oczywiście wewnętrzne niepokoje również dały o sobie znać. Ostatecznie w roku 1667 zawarto rozejm z Moskwą, godząc się na oddanie Smoleńska, całej lewobrzeżnej Ukrainy i Kijowa (ale tylko na dwa lata, choć Moskwa już tego miasta nie oddała). Jednak ta te 20 lat wojen i anarchii całkowicie odmieniło mentalnie społeczeństwo Rzeczpospolitej. Szlachta poszczególnych ziem uświadomiła sobie teraz, że atak Tatarów na Podole czy Ruś Czerwoną ma takie samo znaczenie dla Litwy, jak dla Korony wojna z Moskwą na Wschodzie. Jeśli państwo - Rzeczpospolita - miało przetrwać, musiało stać się bardziej unitarne, bardziej zjednoczone, a co za tym idzie również bardziej... polskie. To właśnie po roku 1667 nastąpiła konsekwentna (choć podzielona na lata, a nawet dekady) polonizacja Litwy i Rusi. Szlachta litewska i ruska, która do tej pory uważała się za odrębną od szlachty polskiej i swą odrębnością się szczyciła, teraz otwarcie deklarowała swe przywiązanie do polskości. W roku 1696 na sejmie konwokacyjnym szlachta Wielkiego Księstwa stwierdziła oficjalnie co następuje: "Uważając żeśmy są połączeni świętym związkiem z Koroną Polską dekreta (...) po Polsku a nie po Rusku pisać (...) dekreta wszystkie Polskim językiem odtąd mają być wydawane". Deklarację tę potwierdził sejm w roku 1697 i od tego czasu wszystkie dekrety w Wielkim Księstwie Litewskim były pisane w języku polskim a nie ruskim (nie mylić z rosyjskim). Nastąpiła realna polonizacja Litwy, natomiast odrębność Wielkiego Księstwa od Korony całkowicie została zniesiona w Konstytucji 1791 r.




Oczywiście wiadomo że polonizacja Litwy była polonizacją elit, czyli szlachty (wcześniej tak dumnej ze swej litewskości i z tego, że pisała w języku innym niż polski, głównie ruskim). Dziś być może Litwini, Białorusini czy Ukraińcy mogą mieć do nas pretensje że zabraliśmy im elitę, ale czy to nasza wina że ich elity wolały się polonizować, niż pozostać w obrębie kultury litewsko-ruskiej? Zresztą ta polonizacja trwała już znacznie wcześniej, niż w drugiej połowie wieku XVII. Może o tym świadczyć chociażby relacja włoskiego podróżnika po Rzeczpospolitej - Claudio Rangoni który w swym dziele: "Relacja o Królestwie Polskim w 1604 roku" pisał tak: "Językiem litewskim mówią tylko wieśniacy i jest rzeczą osobliwą i jakoby śmieszną, aby go umiał szlachcic, jest to bowiem poniekąd język barbarzyński; między szlachtą zwykle nie używa się to mówienia innego języka niż polski". W tamtym czasie pisano jednak dokumenty jeszcze w języku ruskim w Wielkim Księstwie, aż do roku 1696, gdy nastąpiła całkowita polonizacja Wielkiego Księstwa w mowie i piśmie tamtejszej elity. Zaczęła się też zmieniać nazwa samego państwa i o ile jeszcze w 1710 r. pisano o Rzeczpospolitej Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, o tyle już potem pisano po prostu o Rzeczpospolitej Polskiej, jako o państwie unitarnym, obejmującym i Koronę i Wielkie Księstwo. Tak oto dokonała się polonizacja Litwy i Rusi, polonizacja całkowicie dobrowolna - co należy podkreślić - nie wymuszona. I ta świadomość polskości wśród Litwinów i Rusinów (oczywiście mówimy tylko o szlachcie co bardzo ważne) przetrwała nawet rozbiory i żyła dalej pod jarzmem carów (przecież Piłsudski był Litwinem, nie Polakiem. Zresztą On sam zawsze podkreślał że jest "starym Litwinem" - starym nie ze względu na wiek, a ze względu na mentalność, tym samym odróżniał się od nacjonalistów litewskich, rządzących po 1918 r. "Republiką kowieńską". Mimo to zawsze dodawał: "Ale przecież tylko Polsce służę". Adam Mickiewicz - jeden z naszych największych narodowych wieszczy, również był Litwinem, Tadeusz Kościuszko - bohater walk o niepodległość Polski i USA realnie był Białorusinem. To znaczy oni urodzili się na Litwie czy na białej Rusi, ale byli Polakami, tak jak dzisiaj Amerykanin urodzony np. w Nowym Meksyku także pozostaje Amerykaninem).




Zresztą polonizacja nie dotyczyła tylko Wielkiego Księstwa i Ukrainy, ona wyszła daleko poza granice Rzeczpospolitej (o czym kiedyś już wspominałem). W latach 70-tych i 80-tych XVII stulecia, język polski był oficjalnym językiem moskiewskiego dworu. Nie tylko wszystkie dokumenty polityczne i administracyjne spisywane były w Rosji w języku polskim, ale również na dworze nie mówiono w innym języku niż język polski, a kto takiego języka nie znał, był uważany za niegodny bycia carskim dworakiem). Umowy jakie Carstwo Rosyjskie zawierało na Dalekim Wschodzie z Chinami, pisano zarówno w języku mandaryńskim jak i polskim. Umowy jakie w XVI wieku Rosja zawierała np. z Królestwem Anglii pisano w językach: włoskim, greckim i polskim. Ale - co ciekawe - polskość nie zatarła się nawet na ziemiach, które w roku 1667 zostały oddane w traktacie andruszowskim Moskwie. Gdy w roku 1794 po bitwie pod Maciejowicami przez miasto Czernichów (które w 1667 znalazło się w granicach Moskwy) przejeżdżał polski jeniec i poeta Julian Ursyn Niemcewicz, tak zanotował on swe wrażenia: "We dwa dni potem przybyliśmy do Czernichowa, miasta i prowincji równie jak i Kijów należących przed stem jeszcze laty do Polski. (...) Mieszkańcy pamiętają jeszcze dawnej ojczyzny swojej, przywiązani są do Polski. Po obiedzie przyszło kilku oficerów (rosyjskich) z przodków Polaków, z potężną tacą najpiękniejszych jabłek. Gdy się stróże nasze uchylili na chwilę, mówili do nas po polsku, wyrażając najtkliwsze politowanie nad losem naszym" i dalej Niemcewicz dodawał: "Nie zapomnę nigdy siedemdziesięcioletniego starca w polskim ubiorze: długo on stał z daleka i patrząc na nas łzy rzewne wylewał". Warto tutaj podkreślić że Czernichów był w granicach Rzeczypospolitej zaledwie 50 lat, a mimo to tak bardzo nasiąkł polskością, że nawet ponad stuletnia moskiewska okupacja tego miasta nie zabiła w nim polskiego ducha.


TAM WSZĘDZIE BYŁA... POLSKA 



Jako ciekawostkę - już tak na marginesie -  dodam że w roku 1969 (30 lat po tragicznym Wrześniu) pewien polski dziennikarz podróżował przez tereny naszych dawnych Kresów Wschodnich (wówczas należących do Związku Sowieckiego, a raczej do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej). Jechał na wozie zaprzężonym w konie który prowadził jeden z lokalnych chłopów, a ponieważ nudziło mu się w drodze, to wyjął harmonię i zaczął na niej wygrywać Mazurka Dąbrowskiego - czyli polski hymn narodowy. Nagle, ku jego zdziwieniu z okolicznych domostw zaczęli wychodzić ludzie i podchodzić do wozu którym jechał, zaskoczeni i zdziwieni graną przezeń melodią. Niektórzy płakali, a pewien mężczyzna na pytanie co go tak przywołało, odpowiedział: "Myślałem że nasza Polska znów wróciła".




CDN.

czwartek, 5 czerwca 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. IV

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"




 Kolejnym mocno eksponowanym wyznacznikiem polskiej szlachty, był honor. Oczywiście nie znaczyło to, że w Zachodniej Europie (bo przecież o Moskwie nie ma co nawet rozmawiać, skoro rosyjscy bojarzy byli tak naprawdę niewolnikami cara) że poczucie honoru tam nie obowiązywało, oczywiście obowiązywało. Tylko że poczucie honoru polskiego szlachcica było nieco inne, od honoru arystokraty z Francji, Anglii, Hiszpanii, Włoch czy krajów niemieckich. Na początku powiedzmy o tym co było wspólne, czyli oczywiście honor dotyczył zarówno męstwa (głównie na polu walki, ale również w życiu osobistym i społecznym), jak i prawdomówności i zacności. Szymon Starowolski (który sam nie był szlachcicem) (jako poseł króla Władysława IV) przed papieżem Urbanem VIII w Rzymie w 1632 r.,  tak oto określał cnoty polskiego szlachcica: "Pierwszą bowiem szlachcica zasadą jest uczciwość, nawet jeśli w zupełnym ubóstwie pozostaje. Zdradzić, przyrzeczenie złamać, fałszywie przysięgać, kłamać jest hańbą i niesławą". Oczywiście można by powiedzieć że zasady takie dotyczyły wszystkich dobrze urodzonych w całej Europie (teoretycznie również w Moskowi, w praktyce jednak moskiewski bojar był niewolnikiem cara, a nie panem własnego losu), ale były też i różnice. Najistotniejszą z nich był fakt, że szlachcic (powołując się na własne słowo honoru) jeśli tylko nie został złapany na gorącym uczynku, nie mógł zostać wtrącony do lochu, a o jego losie (gdy był podejrzany o jakieś przestępstwo) decydował sąd, a nie król czy urzędnik. Tak pisał o tym włoski kronikarz Ludwik Gonzaga, który w 1574 r. przybył do Rzeczpospolitej wraz z nowym królem, a francuskim królewiczem - Henrykiem de Valois (od razu tutaj należy dodać że Gonzaga był w szoku, że polski szlachcic nie może zostać wtrącony do lochu, tylko najpierw czeka go proces przed sądem aby można go było w ogóle uwięzić): "Możność czynienia złego jest w istocie w Polsce wielka, bo jak nadmieniłem, złoczyńca nie chwycony w 24 godzin po uczynku, nie może być więziony bez wyroku. Mimo to nie unika on kary. Jeżeli go bowiem zasądzą na śmierć, a on nie stanie, ogłaszają go za pozbawionego czci, rzecz do tego stopnia haniebna u tego narodu, że wolą raczej umrzeć, niż być skazanymi na infamię, ponieważ odbiera ona cześć całemu ich rodowi i czyni go niezdolnym do piastowania urzędu lub godności. To jest doskonały i jedyny środek, utrzymujący ich w posłuszeństwie".

Innym bardzo ważnym aspektem jest pracowitość szlachty. Oczywiście w naszej kulturze - zaczerpniętej częściowo z czasów PRL-u (czyli jak wiadomo szlachta rozpijała chłopów, ale zdrowy rdzeń chłopstwa nie dał się rozpijać 🤭 itd itp.) a częściowo z kultury potocznej, gdzie w zasadzie jako mem funkcjonuje hasło: "Szlachta nie pracuje!". Większego głupstwa nie można było wymyśleć, gdyż szlachta pracowała ciężko, na równi z innymi stanami (mieszczaństwem i chłopami). Tak o tym pisał w drugiej połowie XVIII wieku śląski lekarz - Johann Joseph Kausch: "Cała polska szlachta pracuje bez chwili wytchnienia, dlatego nie potrafi, jak się to dzieje w innych krajach, zwłaszcza u arystokratycznych posiadaczy, przespać w błogim spokoju większej części swego życia" i dalej: "Nie mogę tylko powstrzymać się od zrobienia uwagi, że polski szlachcic posiada znacznie więcej zmysłu kupieckiego i obrotności w najrozmaitszych interesach, niż szlachcic niemiecki. Przewagę tę uzyskał dzięki nabytemu przyzwyczajeniu do samodzielnego kierowania własnymi interesami, czego nie ma w zwyczaju rycerz niemiecki. (...) Ta ruchliwość, to nieustanne zatrudnienie wywiera bardzo różnorodny wpływ na ukształtowanie charakteru; stąd rodzą się nie tylko wspomniane wyżej zamiłowania kupieckie, ale także obrotność w załatwianiu różnych interesów, którą szlachcic polski posiada w znacznie wyższym stopniu niż jego niemiecki sąsiad. Interesy i zatrudnienia to najlepsze środki prowadzące do rozwoju geniuszu i zdolności umysłowych". Oczywiście należy tutaj wyjaśnić, że polski szlachcic - pod groźbą utraty szlachectwa - nie mógł zajmować się bankowością (tutaj niezwykle przydatni byli Żydzi), rzemiosłem i zwykłym handlem, ale nic nie stało na przeszkodzie, aby mógł sprzedawać wytwory własnej ziemi, własnej pracy lub też pracy cudzej. Dlatego też bardzo często szlachta zajmowała się osobiście handlem zbożem (Rzeczpospolita nazywana była w XVI i jeszcze w pierwszych dekadach wieku XVII "spichlerzem Europy"), handlem końmi czy handlem wołami. Kausch tak o tym pisał: "Czynią to nawet szlachcice bardzo bogaci, posiadający duże majątki. (...) Nawet bogaty Wielkopolanin znad śląskiej granicy nie wstydzi się pojechać na targ bydła do Wrocławia ze stu sztukami swoich tucznych wołów osobiście, aby nie dać się oszukać swoim ludziom". Oczywiście szlachta polska miała swoje wady, swoje przyzwyczajenia j(ak choćby poobiednia drzemka), ale codzienne życie upływało jej na wytężonej, często ciężkiej pracy, dlatego uważam hasło "szlachta nie pracuje" za totalnie głupie.




Kolejnym aspektem niespotykanym nigdzie indziej poza Koroną Królestwa Polskiego i Wielkim Księstwem Litewskim, była łatwość w zostaniu szlachcicem. Oczywiście najszybciej można było to osiągnąć na wojnie, dokonując jakiegoś bohaterskiego lub heroicznego czynu. 29 sierpnia 1579 r. podczas wojny polsko-moskiewskiej, w czasie oblężenia Połocka, niejaki Walenty Wąs (mieszczanin, syn lwowskiego kotlarza) podpalił trójkątny narożnik Wysokiego Zamku, dzięki czemu część muru się zawaliła, a następnego dnia moskiewska załoga twierdzy skapitulowała. Za ten czyn Walenty Wąs został nobilitowany przez Sejm i z dniem 1 stycznia 1580 r. mógł już korzystać z pełni szlacheckich praw i przywilejów (otrzymał również nowe nazwisko - Wąsowicz). Była to praktyka nader częsta (stąd w Rzeczpospolitej było tak dużo szlachty) i wielu, zarówno mieszczan jak i chłopów (bo i tacy byli nobilitowani), marzyło o tym, aby w sławie wojennej zyskać obywatelstwo, a co za tym idzie wolność i prawa. Oczywiście nie gwarantowało to jednocześnie majętności, ale gwarantowało chociażby wolność osobistą, a to bardzo dużo (o czym wspomniałem wyżej). Również zdarzało się że nie będący szlachtą przedstawiciele innych narodów (również tacy, którzy dopiero co przyjechali do Rzeczypospolitej i w jakiś sposób zdobyli poparcie kogoś możnego) uzyskiwali szlachectwo. Nie wszystkim się to podobało, twierdzono nawet że należy ukrócić zarówno honorowanie obcych tytułów w Rzeczpospolitej, jak i przyznawanie tytułów polskiej szlachty przedstawicielom innych państw, ale konsekwencji przy tym nie było. Jeden z dosyć ciekawych - choć anegdotycznych - przypadków uzyskania polskiego obywatelstwa przez obcy ród, było nobilitowanie do polskiego szlachectwa przedstawicieli przybyłego w 1518 r. z królową Boną Sforzą z Italii, włoskiego rodu Campo del Scipio, którzy zakupili majątek ziemski we wsi Bychawa. Nie wszystkim sąsiadom się to podobało i przez pewien czas krążył taki oto wierszyk: "Dwóch było Scypionów, wspólną mają sławę jeden zdobył Kartagio, a drugi Bychawę" 👍 (oczywiście odnosiło się to do postaci Publiusza Korneliusza Scypiona Młodszego, który w 146 r. p.n.e. zdobył Kartaginę i porównanie go ze współczesnym wówczas rodem Campo del Scipio).




Oczywiście sława wojenna nie była jedyną, dzięki której można było uzyskać szlachectwo w Rzeczpospolitej. Kolejną taką możliwością były osiągnięcia naukowe, a jednym z przedstawicieli świata nauki, który zdobył szlachectwo, był w 1588 r. Jan Lazarides (otrzymał nazwisko Januszowski), mieszczanin krakowski, właściciel drukarni i wydawca krakowski, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ale nie tylko. Zdarzało się również że nobilitowani do szlachectwa byli chłopi (to było niemożliwe i niespotykane nigdzie indziej, może właśnie dlatego buntów chłopskich w Rzeczpospolitej nie było. Wyjątkiem było bardzo ograniczone zarówno terytorialnie jak i ilościowo powstanie Kostki-Napierskiego z 1651 r. o którym już pisałem. Największym zaś powstaniem chłopskim w dziejach polskich, była rabacja galicyjska, która wybuchła w 50 lat po ostatnim rozbiorze Rzeczpospolitej, czyli w roku 1846. Chłopi byli jednak do tego podburzani przez cesarskie władze austriackie, które dzięki tej chłopskiej rabacji zamierzały zlikwidować ewentualne kolejne polskie powstanie w Galicji. I rzeczywiście to się udało, chłopi mordowali szlachtę (tylko samych mężczyzn, kobiety i dzieci oszczędzano) gdyż za każdą przyniesioną głowę polskiego szlachcica, austriackie władze płaciły znaczne pieniądze. Rabacja 1846 r miała ogromny wpływ na osobowość i przekonania hrabiego Aleksandra Wielopolskiego, który uniknął tej masakry, potem przeprowadził się do Królestwa (czyli do privislenije) i do końca życia pozostał wiernym poddanym rosyjskiego cara (to właśnie jego polityka w Królestwie Polskim była jednym z powodów wybuchu Powstania Styczniowego w 1863 r.). Wielopolski uważał bowiem, że za to co uczynili Austriacy podburzając chłopów do tak okrutnych mordów na szlachcie, on nie może już pozostać w Galicji i być poddanym cesarza, dlatego też przeprowadził się do Królestwa i stał się poddanym cara (polityka, jak również przekonania Wielopolskiego stały zaś w kontrze działań Piłsudskiego, który odwrócił zupełnie wektory, uważając że skoro od 1867 r. w Galicji następowała coraz intensywniejsza polonizacja, łącznie z faktem że ta prowincja Cesarstwa Austriackiego realnie była prowincją polską, a Królestwo {czyli privislenije} było pod rosyjskim zaborem, gdzie język polski był zakazany nie tylko w szkołach i urzędach, ale również na ulicy {za mówienie po polsku na ulicy były kary, od finansowych po kary więzienia} to było jasne, że najpierw trzeba iść z Austro-Węgrami i Niemcami przeciwko Rosji, wypędzić Moskali z kraju, a potem zmienić front i... poprzeć Francję, Wielką Brytanią oraz USA {taki właśnie był plan Piłsudskiego już w lutym 1914 r. czyli jeszcze przed wybuchem I Wojny Światowej).


NAWIĄZANIA DO RABACJI GALICYJSKIEJ W SERIALU "1670"



Ale była jeszcze jedna nowinka w Rzeczpospolitej, związana z nobilitacją osób stojących niżej w hierarchii społecznej. A mianowicie jedynie w Polsce szlachcicem w wieku XVII czy XVIII mógł zostać czarnoskóry człowiek (czyli murzyn lub mulat). Oczywiście murzyni w Rzeczpospolitej (polskie słowo "murzyn" wywodzi się z łacińskiego "maurus" - czyli Maur) brali się głównie z wypraw handlowych lub ewentualnie kampanii wojennych (w formie jeńców). Trafiali oni potem w charakterze sług na dwory magnatów, gdzie bardzo często stawali się ulubieńcami swoich panów, a co za tym idzie zyskiwali nie tylko wolność, ale przede wszystkim szlachectwo (co było znów czymś wyjątkowym na skalę ogólnoeuropejską, bo nigdzie indziej w Europie czarnoskóry człowiek nie był uważany za człowieka. Co prawda papieże nawoływali do tego, żeby zarówno w indianach jak i w murzynach widzieć ludzi, ale jednak nikt z przedstawicieli kościoła nie stwierdził oficjalnie, że czarny człowiek może być równy białemu, bo to wręcz zakrawało na herezję. A w Polsce murzyni bywali szlachtą, jak choćby służący Aleksandra Fredry - kasztelana lwowskiego, który go wyzwolił i uzyskał dla niego nobilitację. Potem ów czarnoskóry szlachcic zamieszkał w Przemyślu, a następnie przeniósł się na wieś gdzie się ożenił i spłodził dzieci. Oczywiście będąc szlachcicem jeździł na sejmy w szlacheckim kontuszu i nigdy nie był uważany za gorszego od reszty "panów braci" ze względu na swój kolor skóry. Inny "Maur", służący biskupa krakowskiego - Aleksander Dynis, również został nobilitowany, potem osiadł na wsi i też założył rodzinę, jako polski czarnoskóry szlachcic. Takich przypadków było jeszcze kilka, ale należy tutaj podkreślić że w Rzeczpospolitej (czy też w Polsce, bo nazwa Rzeczpospolita jak i Korona były używane naprzemiennie) nigdy nie było rasizmu. Dowodem tego był bohater Polski i Wojny o Niepodległość Stanów Zjednoczonych - Tadeusz Kościuszko, który miał czarnoskórego ordynansa, a gdy po zwycięskiej wojnie Kongres USA przyznał mu obywatelstwo amerykańskie oraz ziemię i znaczne środki pod budowę domu, Kościuszko przeznaczył je na stworzenie szkoły dla wyzwolonych przez siebie czarnoskórych niewolników (tak, aby stali się pełnoprawnymi obywatelami nowego narodu - jak sam twierdził), po czym wrócił do Polski.


SPROFANOWANIE POMNIKA TADEUSZA KOŚCIUSZKI W WASZYNGTONIE PODCZAS ZAMIESZEK W 2020 



Inną jeszcze specyfiką polskiej szlachty, była jej ciekawość świata i uczenia się wszelkich zasłyszanych lub widzianych nowinek. Tak pisał o tym biskup Walencji Jean de Montluc (który w 1574 r przybył wraz z Henrykiem de Valois do Polski): "Nie ulega bowiem wątpliwości, że nie ma na świecie narodu, który by potrafił w tak szybkim czasie przejąć dobre obyczaje i cnoty od innych narodów. Jak już wspomniałem, Polacy odznaczają się większą od innych ciekawością poznania innych krajów w nadziei, że jeśli umiejętnie kraje te będą zwiedzali, wówczas po powrocie lepiej będą widziani od innych i łatwiej będą mogli osiągnąć zaszczyty i dostojeństwa państwowe. Wystarczy im np. czteromiesięczny pobyt w Italii, by płynnie mówić po włosku i tak przystosować się ubiorem, sposobem życia i zachowaniem, jak gdyby urodzili się we Włoszech. Podobnie dzieje się, gdy przebywają w Hiszpanii czy Francji. Co się zaś tyczy Niemiec, to wprawdzie także szybko uczą się mowy niemieckiej, ale zachowują przy tym własny ubiór, sposób życia i obyczaje, i na tym właśnie polega różnica pomiędzy tymi dwoma narodami". Podróże do Italii, Austrii, krajów niemieckich, Francji czy (rzadziej)  Hiszpanii, były naturalne w karierze każdego młodego szlachcica polskiego. Chodziło nie tylko o poznanie kultury i języka danego kraju, ale przede wszystkim o nawiązanie znajomości, które potem liczyłby się w dyplomacji. O zagranicznych wojażach synów szlacheckich z wybranych rodów, postaram się za jakiś czas jeszcze obszerniej napisać. Ale szlachcic polski odznaczał się jeszcze jedną rzeczą, a mianowicie ogromnym szacunkiem do kobiet, o czym też opowiem w kolejnej części.


"I to jest najlepszy dowód na to, że kobiety nie potrafią się przyjaźnić"
"Facet z facetem sobie po gębie dadzą i spokój i dalej kumple, a tu?"
"Źle dotykałaś mojej łechtaczki, nie możemy się przyjaźnić - udaję kobietę" 🤭
"Zbyt uczuciowe te baby są, ja mówię: brachu, rób z moją łechtaczką co ci się podoba, ważne żebyś wina polał" 😂
"A co to jest łechtaczka?" 🥳



CDN.



PIĘKNIE DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY PRZYCZYNILI SIĘ DO ZWYCIĘSTWA KAROLA NAWROCKIEGO W TYCH WYBORACH PREZYDENCKICH. ZACZYNAMY NOWE ROZDANIE, A CO OCZYWIŚCIE NIE ZNACZY ŻE NIE BĘDZIEMY TERAZ Z JESZCZE WIĘKSZĄ DETERMINACJĄ PRZYGLĄDAĆ SIĘ POCZYNANIOM NOWEGO PREZYDENTA I TEMU, CZY I JAK BĘDZIE ON REALIZOWAŁ WYBORCZE OBIETNICE. W KAŻDYM RAZIE JEGO PIERWSZE DZIAŁANIA ZANIM JESZCZE W OGÓLE ZOSTAŁ ZAPRZYSIĘŻONY - SĄ BARDZO POZYTYWNE I UWAŻAM (MOŻECIE MNIE ROZLICZAĆ Z TYCH SŁÓW) ŻE TO BĘDZIE BARDZO DOBRA PREZYDENTURA.








piątek, 30 maja 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. III

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"





 "Szlachta jest wysoka i silna, z zadziwiającą zręcznością umie korzystać z szabli, zna na ogół nie tylko język ojczysty, jest hojna i mocno papieska. Kiedy jednak spojrzysz uważniej, okaże się, że jest zuchwała, dumna, nadęta, uparta i tak zazdrosna o swoją wolność, że często buntuje się przeciw królowi, choćby przy tym wszystko miało lec w gruzach. Do mnicha i klechy mają dużo zaufania. Polskich kupców jest mało, chłopi są mizerni i prawie niewolnicy" - oto opinia, jaką zapisał w połowie XVII wieku podróżujący wówczas po Rzeczpospolitej młody (zaledwie wówczas 14-letni) Georg Friedrich Freiherr zu Eulenburg. Też i inni zagraniczni podróżnicy mieli bardzo ciekawe opinie o polskiej szlachcie, które zamierzam tutaj również zaprezentować, jako swoistą ciekawostkę historyczno-obyczajową.




Polska szlachta - i powiedzmy to sobie otwarcie - była ewenementem całej Europie. Po pierwsze: szlachty w dawnym państwie polsko-litewskim (czyli Koronie Królestwa Polskiego i Wielkim Księstwie Litewskim) było bardzo dużo, więcej niż we Francji, Anglii i Hiszpanii razem wziętych (co zresztą w roku 1573 odnotował francuski poeta i pisarz Jean Monluc). W tamtym czasie szlachty w Rzeczpospolitej było aż 8% wszystkich mieszkańców kraju i choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się to liczba niewielka, to musimy sobie uświadomić że w tym samym czasie szlachta we Francji liczyła nie więcej niż 1%, w Hiszpanii 2%, a w Anglii... ponad pół procenta. Dla przybysza z Zachodu przyjazd do naszego kraju i ujrzenie tak wielkiej liczby nobilitowanych do szlachectwa, był iście zaskakujący. Tym bardziej że polska szlachta (w tamtym czasie - bo to jest akurat istotne) praktycznie nie używała żadnych tytułów. Zauważył to, podróżujący po naszym kraju w roku 1630 inny Francuz - Guillaume de Beauplan, pisząc, że nie ma tutaj ani książąt, ani hrabiów, ani markizów, ani baronów. Cała szlachta zaś zwraca się do siebie jak do braci (słowami: "brateńki", albo "panowie bracia"), a tytuły byłyby przeszkodą w tej równości wszystkich możnych i dobrze urodzonych. Rzeczywistość jednak nie była tak kolorowa, jak ją przedstawiał Beauplan. Owszem, unikano używania tytułów (a nawet sejmy zakazywały przyjmowania jakichkolwiek zagranicznych nobilitacji i tytułów) właśnie dlatego, aby nie tworzyć sztucznych podziałów wśród - teoretycznie równej sobie - braci szlacheckiej. Chodziło o przekaz, który jasno dawał do zrozumienia że każdy szlachcic, nawet najuboższy, może piastować najwyższe urzędy w kraju. W rzeczywistości zaś było tak, że najbiedniejsza szlachta (zarówno ta zagrodowa, jak i szlachta "gołota" - czyli pozbawiona majątków ziemskich, a niekiedy nawet tak uboga, że nie stać jej było na dobry ubiór czy... buty) aby nie umrzeć z głodu, zaciągała się na służbę do magnatów (na Zachodzie oczywiście też istniała dysproporcja w majętności szlachty, ale tam nawet najbiedniejszy szlachcic mógł wstąpić do armii i robić karierę wojskową, w Rzeczpospolitej zaś nie było takiej możliwości, jako że nie było stałej armii). Zaciągając się na służbę do magnata, taki szlachcic był związany zarówno przysięgą wierności, jak również obowiązkiem, a przede wszystkim był to jego pracodawca, który dawał mu chleb, w zamian zaś wymagał chociażby tego, aby taki pozbawiony majątku ubogi szlachcic na sejmach głosował tak, jak życzył sobie tego jego patron (to właśnie powodowało później plagę wszelkich wet niezbędnych dla zreformowania Ojczyzny ustaw, w tym choćby powołaniu stałej armii). 




Również zamiłowanie do cudzoziemskich tytułów często było silniejsze od solidarności szlacheckiej braci i wielu magnatów jak i zwykłych szlachciców takowe tytuły zaczęło przyjmować (Prusak Johann Joseph Kausch tak pisał o zamiłowaniu polskiej szlachty do tytułów w końcu XVIII wieku: "Każdy tytuł mający coś wspólnego z dworem, sądem, posiadaniem lub stopniem wojskowym, lub też odnoszący się do czegokolwiek innego, ma tu swoją wagę. Wszystkie tytuły można kupić, dlatego też zaczynają tracić coraz więcej na wartości"). Pierwotna forma demokracji szlacheckiej istniejąca w Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów w XVI wieku, już w połowie wieku XVII (a prawdopodobnie wcześniej) zaczęła ewoluować ku oligarchii magnackiej. Pisał o tym pod koniec XVIII wieku jeszcze inny Francuz Jacques-Henri Bernardin de Saint Pierre: "Rząd polski skłania się ku arystokratyzmowi. Dwadzieścia rodzin, wśród których najważniejszymi są rody Lubomirskich, Jabłonowskich, Radziwiłłów, Ossolińskich oraz Czartoryskich, ubiega się o ster rządu. Sprzymierzają się z sobą, zagarniają władzę aż do chwili, gdy silniejsze stronnictwo nie odsunie ich od rządów. Wówczas wszystkie królewszczyzny, wszystkie godności przechodzą w inne ręce. Ten zamęt, to stałe zderzanie się różnych interesów rodzi prawdziwą anarchię. (...) magnaci (...) Dzielą między siebie stanowiska wojskowe, beneficja i najwyższe urzędy cywilne. Resztki zabierają ich słudzy, którzy rezerwują sobie podrzędniejsze stanowiska, miejsca w akademiach, wszystkie wreszcie owoce i zyski, jakie przynosi przemysł. Ci możni panowie ujarzmiają wolnego ducha narodu, zaszczepiając mu służalczość, bardziej godną pogardy aniżeli niewolnictwo". Także ustrój panujący w Rzeczpospolitej był dla wielu przybyszy z Zachodu ewenementem i swoistą ciekawostką. Po pierwsze dlatego że oficjalnie w Polsce panował król, a jednocześnie (choć istniała nazwa Korony Królestwa Polskiego), zastępczo nazywano kraj Rzeczpospolitą, czyli republiką. Gdzie tu sens, gdzie logika? Dla wielu podróżników z zagranicy było to całkowicie niezrozumiałe, dziwne i niepojęte, gdyż Nie potrafili oni sobie uświadomić faktu, że nazwa "Rzeczpospolita" odnosi się do panującej w kraju wolności szlacheckiej i demokratycznej (a potem oligarchicznej) formy rządów, zaś król pełni rolę swoistego "pierwszego senatora" - jakby powiedzieli o tym starożytni Rzymianie. "Król jest ojcem, a Rzeczpospolita matką" - jak mawiano w tym czasie.

Innym niezrozumiałym na Zachodzie aspektem polskiej szlachty, była jej... natura. Amerykański historyk egipskiego pochodzenia (koptyjskiego, czyli chrześcijanin) Raymond Ibrahim W swej książce: "Miecz i bułat. Czternaście wieków wojny pomiędzy islamem a zachodem", tak podsumował Polaków (głównie polską szlachtę) z czasów króla Jana III Sobieskiego i odsieczy wiedeńskiej z 1683 r.: "Od momentu utworzenia tej ostatniej Ligi Świętej przeciwko islamowi Polacy wydawali się dziką i nieprzewidywalną zbieraniną. W przeciwieństwie do Niemców - którzy pod względem etnicznym, językowym i kulturowym podobni byli do Austriaków - Polacy przypominali raczej Rusinów. Wydawali się pospolici i prymitywni, przynajmniej dla wyrafinowanego, noszącego pudrowane peruki wiedeńskiego dworu Leopolda. Byli jednak tęgimi wojownikami, a Rzeczpospolita Obojga Narodów należała wówczas do największych mocarstw Europy". Rzeczywiście, Polaków - w czasie tej bitwy pod Wiedniem - trudno było niekiedy odróżnić od Turków. To znaczy trudno by ich było odróżnić, gdyby jednak nie różnili się znacząco pewnymi istotnymi szczegółami, takimi jak choćby ubiór husarski i brak turbanów na głowach, oraz oczywiście bledszy niż turecki odcień skóry. Zarówno Austriacy jak i Niemcy, a także inni przedstawiciele narodów Europy Zachodniej (w tym Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi) nie znali zupełnie ani polskiego ubioru wojskowego, ani polskich symboli, ani też polskiej taktyki wojskowej, co powodowało że często dochodziło do pomyłek w tej kwestii. Pięknie wyjaśnia to pan w filmiku poniżej, który jasno deklaruje iż po zwycięstwie pod Wiedniem Austriacy podejmowali Polaków na wielkiej uczcie w Wiedniu i "zwyczaj był taki że najpierw wchodzili husarze, potem wchodziło dowództwo. Husarze ubrani byli w skóry lampartów, stąd dworacy cesarscy wzięli ich za jakiś niesamowitych notabli i usadzili ich na miejscach hetmańskich (...) I w tym momencie weszli hetmani oraz Jan III Sobieski w takich burkach i dworzanie usadzili ich niżej. Nie znali się na polskim obyczaju wojskowym, nie wiedzieli że co prawda towarzystwo chodzi w skórach, ale to, co wzięli za koce czyli burki kuligowskie były jeszcze droższe (...) Na to natychmiast zareagował książę Lotaryński, który w uroczystych słowach przeprosił za zaistniałą sytuację i powiedział: "Panowie lampartowie - niżej, panowie kilimkowi - wyżej" ☺️)




Notabene formacje husarskie (które pierwotnie były pochodzenia węgierskiego, a prawdopodobnie również serbskiego), stały się ostatecznie symbolem tamtej Rzeczpospolitej. Husaria była bowiem nie do skopiowania, choć próbowali to zrobić zarówno Francuzi jak i Moskale (w obu przypadkach im nie wyszło, zaś krótkotrwała husarska formacja moskiewska była parodią tego, co realnie stanowili sobą ich polscy odpowiednicy). Tam gdzie pojawiała się husaria, tam wróg  przestawał nawet marzyć o zwycięstwie. W takich bitwach jak że Szwedami pod Kircholmem (1605 r.), z Moskalami i Szwedami pod Kłuszynem (1610 r.), czy pod Chocimiem (1621 r.), oddziały husarskie niszczyły znacznie liczniejsze od nich siły przeciwnika. Pod Chocimiem 7 września 1621 r. 600 husarzy natarło na 10 000 wojowników sułtana Osmana II (który osobiście obserwował bitwę). Szarża zakończyła się całkowitym zwycięstwem i zmuszeniem wroga do ucieczki. Widząc to sułtan Osman II rozpłakał się z żalu i bezsilności. Husaria to była elita elit staropolskiej wojskowości, a jej dewizą było hasło: "Miłość Ojczyzny najwyższym prawem". Nawet konie husarskie były specjalnie szkolone do walki i do tego stopnia, że również po śmierci husarza nadal atakowały szeregi wroga, kąsając i tratując boleśnie żołnierzy wrogich armii. Piszę to jako swoisty dodatek do tego tematu, jako że należy podkreślić iż na Zachodzie Ani też na Wschodzie niczego podobnego nie wymyślono, a husaria była niezwyciężoną formacją przez pierwsze 122 lata swego istnienia (od 1503 do 1625 roku).




Podróżników z Zachodu dziwiło w Rzeczpospolitej również wiele innych kwestii, jak choćby wyjątkowy ubiór polskiej szlachty (zbliżony do tureckiego), uczesanie (owe słynne "podgolone łby"), a także łatwość w przyswajaniu sobie i nauce języków obcych (łacinę znał w Rzeczpospolitej każdy szlachcic, spora część mieszczan i... wielu chłopów). O tym wszystkim (i wielu innych nieznanych ciekawostkach) jednak opowiem już w kolejnej części tej świeżutkiej serii.



PS: Temat ten postanowiłem połączyć z podobną serią, którą zacząłem kilka lat wcześniej, czyli właśnie:


Nie ma bowiem sensu aby dublować ten sam przekaz.


CDN.


PS2: ogromny szacunek z mojej strony dla pana Grzegorza Brauna za jego deklarację wsparcia w wyborach Karola Nawrockiego, jak również nieoficjalną - aczkolwiek wyrazistą - deklarację Sławomira Mentzena.






niedziela, 13 kwietnia 2025

WIELKI MARSZ 1000-LECIA!

JUŻ 1000 LAT BIAŁY ORZEŁ NOSI KORONĘ




 Dziś w Warszawie odbył się Wielki Marsz na pamiątkę 1000-lecia koronacji pierwszego, oficjalnie koronowanego króla Polski Bolesława I Chrobrego, oraz 500-lecia Hołdu Pruskiego, który doprowadził do sekularyzacji ziem Zakonu Krzyżackiego w Prusach, tworząc tam Księstwo Pruskie pod rządami dynastii Hohenzollernów, a po wygaśnięciu tego rodu ziemie te miały zostać bezpośrednio przyłączone do Królestwa Polskiego.




Bolesław I był wielkim władcą, politykiem i wodzem. Prowadził z Cesarstwem Rzymskim (czyli z istniejącą już wówczas Rzeszą Niemiecką) trzy wojny o Milsko i Łużyce. Pierwsza wojna (toczona w latach 1002-1005) zakończyła się początkowo zajęciem Czech i Moraw przez Bolesława (1003-1004) i nieudanej inwazji króla (bo jeszcze nie został koronowany na cesarza) Henryka II na Polskę (1005), w wyniku czego zawarto pokój, na mocy którego Chrobry zrzekł się Milska i Łużyc oraz Czech. Druga wojna z Henrykiem II wybuchła już w 1007 r. i trwała do 1013 r. Bolesław przygotował się do niej gruntownie, zyskując sojusz Czechów i Wieletów (którzy do tej pory wspierali Niemców). W 1007 r. zorganizował najazd na Niemcy i dotarł do Magdeburga, które to okolice spustoszył, a Budziszyn (główne miasto Milska) zdobył, podobnie jak ziemie Milska i Łużyc. W 1009 r. Chrobry wyprawił się ponownie na Niemcy, próbując zdobyć Miśnię (i pragnąc zlikwidować Marchię Miśnieńską), ale ta wyprawa nie powiodła się. Teraz Henryk II przygotował się do ataku i w 1010 r. wyruszył z wyprawą odwetową na Polskę. Wały Śląskie i twierdze Krosno oraz Głogów skutecznie zatrzymały królewską armię niemiecką. Jedyne co, to król Henryk w tej kampanii odzyskał północną część Łużyc. W 1012 r. Henryk II przygotowywał się do kolejnego ataku, ale ostatecznie do niego nie doszło ze względu na sprzeciw niemieckich feudałów, oraz sojusz Polski z Czechami i Wieletami. Natomiast Bolesław wykorzystał ten moment i zdobył oraz spalił gród Lubuszę. 1013 r zawarty został pokój w Merseburgu, na mocy którego Bolesław odzyskiwał Milsko i Łużyce, ale jako lenno cesarskie. 

Trzecia wojna nie dała na siebie długo czekać i wybuchła już w 1015 r. Koronowany w lutym 1014 r. w Rzymie na cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Henryk II, rozpoczął kolejną inwazję na Polskę. Tym razem to on przygotował się do wojny, zyskując szereg sojuszników - w tym Czechów i Wieletów. Planował uderzenie na Polskę z trzech stron: od północy, z zachodu i południa. Na odcinku południowym Czesi dotarli tylko do grodu Busine koło Zgorzelca i musieli zawrócić, ze względu na dywersyjny atak Morawian (sprzymierzonych z Bolesławem) na Marchię Wschodnią (czyli dzisiejszą Austrię). Na północy Bolesław skutecznie poradził sobie z Wieletami i Sasami i przeszedł do ofensywy, jedynie w centrum wojska cesarskie Henryka II forsowały Odrę. Tutaj wojskami dowodził Mieszko - syn Bolesława, który w bitwie z Henrykiem w rejonie Krosna Odrzańskiego doszczętnie zniszczył jedną z dwu części cesarskiej armii Henryka II na odcinku zachodnim, którą dowodził poległy tam margrabia Geron (1 września 1015 r.). Zaś główne siły Henryka zostały zaatakowane na bagnach odrzańskich w kraju Dziadoszan, gdy próbowały przekroczyć rzekę. Bitwa zakończyła się klęską wojsk cesarskich i ucieczką Henryka, w wyprawie odwetowej wojska polskie pod wodzą Mieszka dotarły aż pod Miśnię. 1017 r Henryk postanowił raz jeszcze zorganizować wyprawę na Polskę, ale tym razem połączoną z akcją dywersyjną na Wschodzie ze strony Rusi Kijowskiej Jarosława I Mądrego (bodajże pierwszy w historii sojusz niemiecko-rusiński). Z cesarskimi szli również Czesi. Nie udało im się zdobyć ani Krosna, ani Głogowa, ani też twierdzy Niemcza - gdzie trwało długie oblężenie. Zakończyło się ono niepowodzeniem dla strony niemieckiej, chociaż obrońcom brakowało już  żywności. W tym czasie Bolesław Chrobry plądrował Czechy. W zawartym w 1018 r. pokoju w Budziszynie, Milsko i Łużyce pozostały przy Polsce, ale już nie jako lenno cesarskie, tylko bezpośrednie ziemie piastowskie. Henryk zobowiązał się również do udzielenia Bolesławowi pomocy w toczonych przez niego wojnach.




Do takiej wojny z Rusią Kijowską doszło w roku 1018. Po nieudanej inwazji Jarosława Mądrego na Polskę w 1017 r. Bolesław rozpoczął atak na Ruś. Celem Chrobrego było nie tylko odzyskanie utraconych jeszcze przez jego ojca Mieszka I w 981 r. tzw. Grodów Czerwieńskich z Przemyślem, Czerwieniem, Sanokiem i Brześciem nad Bugiem, ale również zdobycie Kijowa i zainstalowanie tam Świętopełka - księcia turowskiego, jednego z pretendentów do władzy nad Rusią. 22 lipca nad Bugiem przekraczającym rzekę Polakom zastąpili drogę Rusini. Wedle legendy, Jarosław miał się zwrócić do Bolesława tymi oto słowy: "Czego tu szukasz? Wracaj do siebie, bo inaczej tą oto włócznią przebiję brzuch twój tłusty!" (rzeczywiście wtedy już Bolesław był mocno ociężały). W tzw. bitwie nad Bugiem (lub też w bitwie pod Wołyniem - jak nazywają to starcie inni historycy) Bolesław odniósł całkowite zwycięstwo, a wojsko rusińskie poszło w rozsypkę (w tej inwazji na Ruś wspierał Bolesława wysłany przez Henryka oddział rycerzy niemieckich). Jarosław uciekł do Nowogrodu Wielkiego, a Bolesław 15 sierpnia 1018 r. wkroczył do Kijowa (którego mieszkańcy skapitulowali). Należy też pamiętać że Bolesław był wytworem swoich czasów, nie tylko wodzem i królem, ale mężczyzną (co by nie mówić) dosyć okrutnym. Po zajęciu Kijowa zmusił do uległości i zgwałcił Przedsławę - siostrę Jarosława Mądrego, o której rękę się starał, lecz która go nie chciała. Gdy wiosną 1019 r. wracał do siebie, zabrał ją ze sobą, jako swoją nałożnicę (wraz z licznymi łupami i jeńcami). W drodze powrotnej przyłączył do Polski Grody Czerwieńskie, (lecz w 1022 r. twierdzę w Brześciu nad Bugiem odbił mu Jarosław Mądry).




Bolesław był bez wątpienia silnym władcą, ale jednocześnie okrutnikiem. Bezwzględnie egzekwował wydawane przez siebie zarządzenia, jednym z nich było to, że ktokolwiek z jego poddanych spożył mięso w dzień postny, temu wybijano zęby kamieniami. Inną ciekawostką jest fakt, że Bolesław (jak zresztą jego ojciec, a także synowie i ich następcy) był wielkim czyściochem. Uwielbiał się kąpać, nacierać śniegiem, lub wypocić w saunie. Szczególnie to ostatnie miejsce upodobał sobie jako pole rozmów politycznych. Zwykł też tam chłostać trzcinową rózgą tych wielmożów, z których był niezadowolony.

Bolesław był tak potężnym władcą, a jego Królestwo tak bogatym krajem (był nawet oddział polskich Amazonek, czyli kobiet jeżdżących konno i noszących łuki oraz miecze u pasa, które widzieli wjeżdżający do Gniezna cesarscy wielmoże), że cesarz Otton III w czasie wizyty w Gnieźnie w roku 1000, symbolicznie koronował Bolesława swoją własną cesarską koroną i uznał go za równego sobie (co potem mocno wypominał mu kronikarz Thietmar z Merseburga). Pisałem już kiedyś że Otton III pragnął stworzyć uniwersalistyczne Cesarstwo Chrystusowe, czyli odrodzone Cesarstwo Rzymskie na modłę Chrystusową, składające się z czterech części: Galii (czyli Francji), Italii, Germanii i Sklavinii (czyli kraju Słowian, innymi słowy Polski, Czech i Moraw). Mocno w tym zamierzeniu wspierał go jeden z najgenialniejszych papieży w całych dziejach następców św. Piotra - Sylwester II (według legendy ten papież w podziemiach Watykanu miał uwięzić smoka, który symbolizował Lucyfera. Był też autorem wielu praktycznych wynalazków). Śmierć Ottona III w 1002 r. i wstąpienie na tron Henryka II, oraz Sylwestra II w 1003 r. pokrzyżowało te plany i zakończyło pokojowy okres stosunków polsko-niemieckich.




18 kwietnia 1025 r w archikatedrze gnieźnieńskiej za zgodą papieża Jana XIX, Bolesław I Chrobry (nie pytając się o pozwolenie nowego cesarza Konrada II) koronował się na pierwszego w historii króla Polski. Zmarł wkrótce potem - 17 czerwca 1025 r. Ale jeszcze w tym samym roku na króla koronował się jego syn i następca - Mieszko II Lambert (czyli rok 1025 był nie tylko rokiem pierwszej królewskiej koronacji w Polsce, ale również rokiem podwójnej koronacji).

Co się zaś tyczy 500-lecia Hołdu Pruskiego, to też już kilkukrotnie o tym wydarzeniu pisałem. Zakon Krzyżacki (a w zasadzie Zakon rycerzy "Najświętszej Marii Panny domu Niemieckiego w Jerozolimie" - bo tak brzmiała ich pełna nazwa), od czasu klęski na polach Grunwaldu w 1410 r. powoli, ale konsekwentnie kroczył ku upadkowi. Wojna 13-letnia z lat 1454-1466 zakończyła się odzyskaniem przez Królestwo Polskie dostępu do Bałtyku, czyli Prus Królewskich (innymi słowy Pomorza) wraz z Gdańskiem, Malborkiem i Elblągiem. Od tej pory (1466 r.) wielcy mistrzowie stali się lennikami króla polskiego, ale ponieważ mieli poparcie cesarza i papieża, często odsuwali w czasie złożenie hołdu lennego, lub też jawnie się mu sprzeciwiali. Wojna z lat 1519-1521 która co prawda zakończyła się zbrojnym remisem, postawiła zakon przed tragiczną konsekwencją co robić dalej. Obiecana pomoc z Rzeszy nie nadchodziła, nie można było też się długo bronić przeciwko coraz silniejszemu naporowi Polaków. I tutaj z pomocą wielkiemu mistrzowi Albrechtowi Hohenzollernowi przyszedł Marcin Luter ze swoją reformacją. Wielki mistrz miał przyjąć luteranizm, i od tej pory stać się księciem świeckim, w zamian składał hołd lenny królowi polskiemu (swemu dalekiemu stryjowi notabene) i oddawał Prusy Książęce w przyszłe władanie Korony Polskiej. Przeciwko hołdowi bezwzględnie była małżonka króla Zygmunta I Jagiellończyka (zwanego też "Starym") Włoszka Bona Sforza, która nienawidząc ani Habsburgów, ani Hohenzollernów (jako że ci pierwsi przejęli jej dobra rodowe w italskim Bari) mocno się temu sprzeciwiała. Ostatecznie likwidacja zagrażającego non stop Pomorzu - Zakonu Krzyżackiego była dobrym posunięciem (to następcy Zygmunta I spartolili sprawę, przyznając możliwość dziedziczenia w Prusach Książęcych linii brandenburskiej). Wreszcie bowiem nastawał pokój i choć królowa Bona wciąż działała na niekorzyść Albrechtowi (on zresztą też starał się w ten czy inny sposób podkreślać swoją niezależność, miał np. prawo zasiadać w polskim Senacie, co nigdy ostatecznie się nie urzeczywistniło - ku jego rozpaczy). Jednak po likwidacji Zakonu w Królestwie Polskim nastąpił okres długiego pokoju, który przerywany był tylko zaciągami chętnych na wojny toczone daleko na Wschodzie, przeciwko Moskwie, atakującej najpierw sprzymierzoną z Polską Litwę (Wielkie Księstwo Litewskie), a potem (po Unii Lubelskiej 1569 r.) zjednoczoną Rzeczpospolitą Dwóch Państw i co najmniej czterech Narodów). Dziś polscy patrioci świętowali rocznice tych wydarzeń.


"BĘDĘ TAK KOCHAĆ ELŻBIETĘ, JAK ONI ISABELĘ"
(Te słowa Bony były niezwykle prawdziwe. Jej uparty charakter spowodował że Elżbieta Haburzanka - żona Zygmunta II Augusta, miała totalnie "przerąbane" u swojej teściowej, albowiem ta upokarzała ją na każdy możliwy sposób i to do tego stopnia, że dziewczyna praktycznie bała się opuszczać swoje komnaty i prawie cały czas płakała. Do tego dochodziła oziębłość męża, który nie chciał jej dotykać, ani nawet przebywać w jej towarzystwie)



HOŁD PRUSKI
(10 kwietnia 1525)













 

niedziela, 6 kwietnia 2025

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XXI

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA 
Cz. XXI






"ŻEBY RZECZPOSPOLITĘ JEDEN BĄDŹ Z GŁUPSTWA BĄDŹ Z UPORU O UPADEK MÓGŁ PRZYPRAWIĆ (...) CZUJMY SIĘ, DLA BOGA, NIE GIŃMY TAK MARNIE DLA JEDNEGO, DWU, TRZECH UPORU!"

JAN OSTRORÓG
Kasztelan poznański 
(1605)


 Od czasu Konstytucji "Nihil Novi" z 1505 r. wszystkie trzy stany sejmujące (czyli: Król, Senat i Izba poselska) były wobec siebie równe i wszystkie posiadały prawo weta (co prawda od Sejmu 1641 r. Senat miał składać sprawozdania Izbie poselskiej, ale nie zmieniło to podstawowych założeń Konstytucji "Nihil Novi"). Ponieważ wszystkie stany sejmujące posiadały równe prawo do zgłaszania weta wobec przyjętych ustaw, kilka razy przed rokiem 1652 zarówno Król jak i Senat doprowadzili do zakończenia Sejmu bez przyjęcia uchwał (jeśli się nie pomyliłem w rachubach, to uczynili to po dwa razy). Szlachta również kilkukrotnie zerwała Sejmy bez przyjęcia uchwał, ale nigdy nie działo się to poprzez głos sprzeciwu jednego człowieka, lecz zawsze był to jakiś kolektyw, jakaś grupa posłów, sprzeciwiająca się danym, czy to królewskim, czy senackim projektom ustaw. Zgodnie z Konstytucją Nihil Novi król miał obowiązek zwoływać Sejm zwyczajny co dwa lata, na okres najwyżej 6 niedziel. Ale jeśli na danym Sejmie nie zapadły wiążące decyzje, lub też Sejm rozjechał się bez przyjęcia uchwał, król miał prawo zwołać Sejm nadzwyczajny (aby na nim przyjąć niezbędne decyzje) i tak też się często działo. Rok 1652 w którym to poseł z Upity - Władysław Wiktoryn Siciński zerwał Sejm, nie był tak naprawdę niczym szczególnym, (no może poza faktem że uczynił to jeden człowiek, a nie grupa posłów). Tym bardziej że tak naprawdę nie zerwał on Sejmu, a jedynie nie zgodził się na przedłużenie obrad sejmowych, co (jak napisałem wyżej) miało miejsce już kilkakrotnie (szczególnie w XVII wieku). Tak naprawdę pierwsze liberum veto z prawdziwego zdarzenia, czyli pierwsze zerwanie Sejmu de facto, miało miejsce dopiero w roku 1669. Mimo to właśnie Siciński stał się realnie kozłem ofiarnym późniejszych wydarzeń, które sprowadziły na Rzeczpospolitą niemoc polityczną, a po części również wewnętrzną anarchię (trzeba bowiem pamiętać że - szczególnie w Polsce, ale od połowy XVI  wieku również na Litwie, a gdy polonizowała się Ruś także i na Ukrainie - tradycje sejmikowe były bardzo silne, a co za tym idzie, tradycje lokalnego patriotyzmu, które często brały górę nad patriotyzmem krajowym. Uwidoczniło się to szczególnie w wieku XVIII kiedy Rzeczpospolita tak naprawdę została politycznie rozbita na dzielnice, choć realnie na zewnątrz nadal była zjednoczona).

Władysław Siciński stał się prawdziwym czarnym charakterem, siewcą Apokalipsy. Został przeklęty ponoć jeszcze na Sejmie w marcu roku 1652. Mówiono też że zginął od uderzenia pioruna (1672 r.), a jego ciała nie chciała przyjąć ziemia, więc (zgodnie z anegdotą głoszona przez Zygmunta Glogera jeszcze w XIX wieku) jego zmumifikowane ciało wystawiano dla rozrywki po karczmach i szynkach. Sam Adam Mickiewicz napisał w wierszu: "Popas w Upicie" tak oto o Sicińskim: "Zda się, że ciężar hańby do ziemi go cisnął. Albo, żę ręka gwałtu z piekieł go wywlekła. I znowu radby gwałtem powracać do piekła". Ostatecznie w roku 1860 zmumifikowane truchło Sicińskiego spoczęło w kościele w Upicie, w drewnianej skrzyni, którą kazał dla niego zbić proboszcz tamtejszej parafii. Ale dlaczego Siciński tak naprawdę został przeklęty, czy tylko dlatego że sprowadził katastrofę na Ojczyzny łono? Nie tylko dlatego, tym bardziej że jak wspomniałem wyżej, jego przewina nie jest aż tak wielka, można by wręcz powiedzieć że niczym szczególnym się tak naprawdę negatywnie nie objawił, ot po prostu nie wyraził zgody na procedowanie uchwał sejmowych i tyle. Tylko że Sejm w roku 1652 był poświęcony, a co za tym idzie jego uchwały miały wsparcie Niebios. Doprowadzenie więc do zakończenia obrad sejmowych przed przyjęciem uchwał było jednocześnie świętokradztwem, bluźnierstwem wobec Boga. I głównie dlatego Sicińskiego wyklęto jeszcze w wieku XVII. Aby to zrozumieć, warto przybliżyć atmosferę tamtego czasu i tamtego Sejmu, który rozpoczął się w końcu stycznia 1652 r.


DUKAT KORONNY JANA KAZIMIERZA 



Już po Bożym Narodzeniu 1651 r. szlachta zjeżdżała się na Sejm wielce wzburzona. Nic bowiem nie układało się tak jak trzeba, po świetnym zwycięstwie beresteckim nie zakończyło się powstanie Chmielnickiego na Ukrainie, a wartość monety w ciągu 1651 r. została dwukrotnie królewskimi uniwersałami zmieniona na niekorzyść dla szlachty (po to aby zebrać więcej pieniędzy na potrzeby wojska), która wciąż sprzedawała swe zboże do krajów Europy Zachodniej. Królowi poza tym zarzucano że wyciągnął pospolite ruszenie do walki z Chmielnickim na Wołyń i Ukrainę, pozostawiając szlacheckie rodziny na pastwę chłopstwa (w czasie buntu Kostki-Napierskiego, czy ruchawek wielkopolskich, o których pisałem w poprzednich częściach). Poza tym zarzucano Janowi II Kazimierzowi, że bunt Kozaków jest mu na rękę, gdyż pragnie ich użyć do wojny ze Szwecją o koronę królewską tego kraju (w końcu zarówno on, jak i jego brat Władysław IV i ojciec Zygmunt III Waza, byli tytularnymi królami Szwecji, pozbawionymi tronu tylko dlatego, że nie chcieli przejść na protestantyzm). Ogólnie więc można było wyczuć wielki "wkurw" szlachty na króla (choć w ogromnej części do wyżej wymienionych niepowodzeń sami się skutecznie dołożyli, a często byli ich inicjatorami - w końcu powstanie Chmielnickiego można było zakończyć jeszcze w 1651 r. gdyby nie niechęć szlachty do dalszego wojowania i do uchwalenia podatku na wojsko, które mogło to powstanie zakończyć). Sejm rozpoczął się 26 stycznia 1652 r. mszą świętą w Katedrze św. Jana. Kazanie odprawił ksiądz Cieciszowski, jezuita, spowiednik królewski. W kazaniu swym porównywał Chmielnickiego do Lucyfera, zmarłego księcia Jeremiego Wiśniowieckiego do Archanioła Michała, sejmiki do "szemrania Żydów na puszczy", wiele też mówił o wolności i przestrzegał szlachtę aby ostrożnie się z nią obchodzono. Na zakończenie kazania wypowiedział zaś słowa skierowane do wszystkich: "Dziękujcie Bogu za to, co macie!"

Przybyło jedynie 10 senatorów, a cała reszta wolała siedzieć w swoich domowych pieleszach i czekać na zakończenie obrad sejmowych, gdyż nie chciało im się w zimie jechać do Warszawy specjalnie na Sejm (był też inny powód, nie chcieli ani wspierać króla w jego planach, ani też występować przeciwko niemu, więc taka nieobecność wydała się wielu najbardziej optymalna). Byli i tacy, którzy wprost przepowiadali że ten sejm zakończy się źle (jak choćby równie nieobecny prymas Maciej Łubieński). W Izbie poselskiej też zabrakło pełnego składu (optymalnie przyjęto że "optymalny skład" to co najmniej 200 osób). Z województw: mazowieckiego, sieradzkiego i sandomierskiego przybyło łącznie 31 posłów (była to tzw. frakcja Hieronima Radziejowskiego, o którym pisałem również w poprzednich częściach), z województw: poznańskiego i kaliskiego razem 12 posłów (tzw. frakcja Krzysztofa Opalińskiego, mocno przeciwna królowi), z województwa kujawskiego 4 posłów (również przeciwnych królowi). Z województw: krakowskiego i ruskiego łącznie 18 posłów (tzw "umiarkowana" opozycja). Litwa też była podzielona (nieznana jest dokładna liczba posłów litewskich na Sejm 1652 r.), stronnicy Janusza Radziwiłła byli przeciwni królowi, natomiast stronnicy rodu Sapiehów trzymali z dworem. Z dworem trzymali również posłowie Prus Królewskich, zaś ci z województw objętych powstaniem Chmielnickiego, a to psioczyli na króla, a to na "panów braci". Wychodziło więc na to, że frakcje dworska i anty dworska praktycznie się równoważyły i nikt nie miał siły aby skutecznie przegłosować swoje projekty (jako ciekawostkę dodam że szczególnie nielubianym posłem przez frakcję dworską był niejaki Petrykowski, szlachcic który mówił co myślał i nazywał rzeczy po imieniu. Oczywiście nie oznaczało to że lubili go ci z przeciwnej frakcji, raczej był nielubiany przez obie strony, ale ponieważ często wypominał królowi różne sprawki, to właśnie "dworscy" byli szczególnie zainteresowani w dyskredytowaniu go). Marszałkiem Sejmu obrano stolnika lwowskiego Andrzeja Maksymiliana Fredrę. 




Była to kandydatura akceptowana przez obie frakcje, jako że i postać Fredry była zdaje się wyjątkowa (no, może bez przesady, ale jednak wyróżniał się). Miał co prawda dopiero 28 lat, ale pokazał się już kilkukrotnie z jak najlepszej strony. Na Sejmie elekcyjnym w styczniu 1649 r. ofiarował prawie cały swój majątek na wystawienie wojska w celu ratowania Ojczyzny zagrożonej przez kozactwo i Tatarów. Pod Beresteczkiem walczył na czele swej własnej chorągwi husarskiej, na czele której następnie posłał go król do Siedmiogrodu, w celu rozerwania linii Chmielnickiego z księciem Rakoczym. Po powrocie z Siedmiogrodu udał się do Krakowa, gdzie tamtejszemu Uniwersytetowi przekazał - napisane niedawno przez siebie - dzieło "Historyia Narodu Polskyiego" (nie zachowało się do naszych czasów). 29 stycznia udali się posłowie do Senatu na prezentację i powitanie króla (pocałowanie królewskiej ręki), mowę powitalną wygłosił oczywiście marszałek Sejmu - Andrzej Maksymilian Fredro, w której to chwalił króla, jako mężnego rycerza i obrońcę Ojczyzny, jednocześnie deklarując, że w Polsce - w przeciwieństwie do innych krajów Europy i Azji - królowie nie muszą obawiać się swych poddanych i spokojnie mogą "spać na łonach szlacheckiej braci", nie musząc się obawiać o swe bezpieczeństwo. Jednocześnie (zwracając się bezpośrednio do króla) stwierdził, że tylko wtedy będzie mógł Jan Kazimierz myśleć o pozostawieniu tronu swemu następcy, jeśli w pamięci poddanych "zarobi sobie na miłość narodu". Pierwsze dni upłynęły na sprawy proceduralne i rozdawanie wakansów (m.in. dóbr Hieronima Radziejowskiego, który został uznany za banitę ze względu na oszczerstwa, o których pisałem w poprzedniej części). Posłowie pruscy protestowali przeciwko oboźnemu koronnemu - Kalinowskiemu, który przejął Brodnicę, choć nie był nawet Prusakiem (a na mocy przywileju inkorporacyjnego z 1466 r. stanowiska, urzędy i ziemie w Prusach Królewskich mogły być przekazywane tylko mieszkańcom tej ziemi). Groziło to zerwaniem Sejmu już na początku obrad (podobnie jak miało to miejsce w roku 1650, gdy posłowie pruscy gremialnie zaczęli opuszczać pole sejmowe, ale w sposób dosyć teatralny - notabene często tak się działo na polskich sejmach - zostali powstrzymani przez innych posłów poprzez złapanie ich pod ręce i odprowadzenie na miejsce 🥴). Wiele też było skarg, wzajemnych niesnasek i oskarżeń o niesłusznie pełnione wakanse.

9 lutego w obecności króla poseł Dębski zaczął pytać dlaczego obniżono wartość monety i dlaczego nie dokończono zwycięstwa pod Beresteczkiem. W pewnym momencie przerwał mu poseł Obuchowicz, podszedł do niego i rzekł, aby zbyt usilnie nie pytał o kwestię ukraińską i bitwę pod Beresteczkiem, gdyż jak dodał: "Żeby na nas samych winy nie złożono i wstydem nas nie oblano" (doskonale bowiem wiedział że to głównie przez niechęć szlachty do dalszego wojowania i chęć powrotu do domów była powodem przetrwania Chmielnickiego). 10 lutego głos zabrał sam Obuchowicz, który twierdził że nie ma nic szpetniejszego, niż zwycięstwo odniesione w wojnie domowej i wręcz dziękował Bogu, że ten nie pozwolił im odnieść pełnego zwycięstwa nad "braćmi". Później była batalia o obniżenie wartości monety, co stwierdzono że stało się to za radą Senatu, ale gdy posłowie udali się do króla, aby im odczytano konsulta senatorskie w tej sprawie, nie uczyniono tego, a odczytano im jedynie konsulta litewskie - które mówiły o czym innym, co jeszcze bardziej wzburzyło posłów. Tymczasem 14 lutego przyszła do Warszawy wiadomość, że Trybunał piotrkowski (który rozpatrywał m.in. sprawę rozwodu Radziejowskiego z Elżbietą ze Słuszków), uniewinnił go wszelkich zarzucanych mu czynów i zrehabilitował (tylko że jego majątek już podzielono, bo od tego zaczęto obrady Sejmu, pomimo sprzeciwu frakcji którą wymieniłem wyżej 🤭). Radziejowski miał na dworze wielu wpływowych przyjaciół, w tym samą królową Ludwikę Marię, która prosiła męża aby ułaskawił Hieronima i przywrócił mu odebrane urzędy i majątek. Król był jednak uparty. 15 lutego przyprowadzono więc na Sejm dwóch małych chłopców, synów Radziejowskiego (Stanisława i Michała), domagając się dla nich sprawiedliwości. Wspierający Radziejowskiego Zamoyski, rzekł wówczas: "Wolę gdzieś indziej na zsyłce zostawać, niż w wolnym królestwie niewolę cierpieć". Wszystko przyjęło ponownie teatralny i emocjonalny charakter, gdy dwaj synowie Radziejowskiego na kolanach, płacząc żewnie, błagali króla i posłów o łaskę dla siebie i dla ojca. Powstał swoisty pat prawny, bowiem gdyby Izba poselska wsparła Trybunał krajowy (czyli ten który w Piotrkowie wydał wyrok w sprawie Radziejowskiego), doszłoby do konfuzji sądownictwa i cały kraj stałby się widownią konfliktu króla z sądem najwyższym, a tego tylko brakowało, mając nierozwiązaną kwestią kozacką i niebezpieczeństwo tatarskie - wciąż czyhające na południowo-wschodnich rubieżach kraju. 




Aby temu zapobiec - pomimo błagań młodych Radziejowskich - poseł Obuchowicz stwierdził, że wyrok Trybunału jest nieważny, a to z tego względu, iż dekret marszałkowski wydany w sprawie konfiskaty dóbr Radziejowskiego, stanął za radą Senatu. Stało się wówczas coś, czego się nikt nie spodziewał, a mianowicie prawie cała sala (wyłączywszy kilkunastu posłów wspierających Radziejowskiego) gremialnie krzyknęła że wyrok Trybunału jest nieważny, ponieważ dekret marszałkowski wydany został za radą Senatu. Król miał więc rozwiązane ręce, a jednocześnie problem z Radziejowskim z głowy, gdyż wszystko spadło teraz na Senat. Kolejne dni upływały na wzajemnych swarach odnośnie Radziejowskiego, kwestii obniżenia wartości monety i tego kto temu realnie zawinił, zakończenia wojny z Kozakami na Ukrainie (ten temat był bardzo krótko rozpatrywany), oraz wysłania poselstw przez króla do Szwecji i do Moskwy, bez wiedzy i zgody stanu rycerskiego (czyli szlachty). 29 lutego na Sejm przybyli posłowie kozaccy wysłani przez Chmielnickiego. Przywieźli królowi w podarunku 12 koni tureckich w bogatym oporządzeniu, a także prośbę do Sejmu o zatwierdzenie układów białocerkiewnych. 3 marca zaś na audiencji przed Senatem wystąpili posłowie moskiewscy, którzy domagali się sprawiedliwości w imieniu cara Aleksego, odnośnie tytułu carskiego (który wielu w Rzeczpospolitej pomijało, nazywając Aleksego kniaziem) domagali się więc ich surowego ukarania. Rzeczywiście, w Rzeczpospolitej w 1637 r. wprowadzono prawo odnośnie tytułu carskiego, którego miano przestrzegać w tytulaturze, ale jak to w Rzeczpospolitej wolność najważniejsza (w przeciwieństwie do Rosji,  gdzie wola cara była prawem). Trzej rosyjscy posłowie którzy przybyli na Sejm (i którzy doskonale znali język polski, jeden nawet mówił po łacinie i po francusku) grozili wojną w przypadku niespełnienia żądania ukarania sprawców "obrazy carskiej". Większa część tych, których Moskale oskarżali, już nie żyła, gros spraw dotyczył też kwestii sprzed roku 1637, tych więc król natychmiast uniewinnił (mimo sprzeciwu moskiewskich posłów). Tych zaś, którzy uwłaczyli carowi po wydaniu prawa odnośnie tytulatury, król polecił słać posłów do Moskwy, aby tam przepraszali. Na taki werdykt Moskale zareagowali żądaniem... zwrotu Smoleńska i innych twierdz siwierskich, a następnie złożyli protest przed Senatem na decyzję królewską - odjechali z niczym.

Wojna na Ukrainie nie została rozwiązana, groziło niebezpieczeństwo ze strony Moskwy i Tatarów, a posłowie na Sejmie nie chcieli słyszeć o obronie i nowych podatkach. Osłabieni już, znudzeni i znużeni toczącymi się od ponad miesiąca swarami sejmowymi, nie byli w stanie ustąpić nawet na krok w swych zamierzeniach, a jednocześnie nie chcieli podejmować tematu obrony Rzeczpospolitej. Kolejne marcowe dni mijały więc bezowocnie. Sejm miał się zakończyć dnia 8 marca i większość posłów oczekiwała tego dnia z niecierpliwością (tak naprawdę Sejm w ogóle się jeszcze nie zaczął, gdyż nie zapadły na nim żadne decyzje, a już musiał się kończyć 🙆). Mimo to król nie tracił nadziei że w ostatnich dniach, a być może ostatniego dnia uda się wymóc na posłach pieniądze na wojsko (tak bowiem często się działo, stronnictwo dworskie do ostatnich dni czekało z najważniejszymi kwestiami, po to, aby rzutem na taśmę przegłosować najważniejsze dla Ojczyzny sprawy), tym razem jednak stało się inaczej. 6 marca miało bowiem miejsce pewne wydarzenie, a mianowicie jadący ulicą Piwną w stronę Zamku hetman polny litewski Janusz Radziwiłł, tuż przy gospodzie Działyńskich, wszczął kłótnię z przedstawicielem tego rodu - starostą pokrzywnickim. Przed gospodą stała bowiem kareta Działyńskiego i tamowała przejazd licznej kawalkadzie hetmana. Najpierw znieważył woźnicę starosty, a gdy sam hetman wychylił się przez okno swej karety i krzyknął do swych ludzi: "Bij!", natychmiast wypadła czeladź, która zabiła dwóch hajduków Działyńskiego a woźnicę poraniła. Z gospody wybiegli więc ludzie Działyńskiego z pałaszami. Gwardia hetmana - którą dowodził pułkownik Komorowski - podjęła walkę i zwyciężyła, kładąc trupem wielu ludzi Działyńskiego. Na drugi dzień ta sprawa stanęła przed Sejmem, a ponieważ pojawiły się nowe frakcje w tej sprawie i kolejne kłótnie, król wniósł o przedłużenie obrad sejmowych. Zgodzono się uczynić to tylko o jeden dzień, do 9 marca. Tego dnia król wystąpił Z żądaniem nowych podatków. To była jak czerwona płachta na byka dla i tak już wzajemnie skłóconych i mocno zmęczonych posłów. Zaczęły się nowe spory o to, kto ile ma zapłacić i czy w ogóle płacić - pomiędzy województwami. Wreszcie nastała noc taka, że ani król, ani posłowie już się nie odróżniali (a prawo zabraniało wnosić światła do sali sejmowej), nie przedłużono też obrad na dzień jutrzejszy, a minęła godzina 23:00. Zaczęto więc domagać się aby Sejm zezwolił na przedłużenie obrad na następny dzień - jedni posłowie byli za, inni przeciw, niewielu zaś początkowo słyszało głos jednego z posłów, który krzyczał: "Nie pozwalam na prelongację". Wreszcie żądanie to doniesiono marszałkowi Sejmu, twierdząc że jeżeli jeden poseł sprzeciwił się przedłużeniu obrad, to należy zaakceptować i większość posłów zaczęła wychodzić z sali.




Stronnicy królewscy zaczęli ich powstrzymywać, próbując z powrotem przyprowadzić na salę, ale stwierdzono że to przecież Siciński złożył weto, więc tylko on może je odwołać. Poczęto więc go szukać, i padały pytania: "Gdzie jest Siciński?", nigdzie nie można go było znaleźć. A jego nie było już na sali sejmowej. W owym gwarze który zaistniał, opuścił miejsce obrad i przeprawił się na Pragę. Ponieważ posła z Upity nigdzie nie można było znaleźć, zaczęto radzić czy jeden poseł może zadecydować o sprzeciwie na przedłużenie obrad sejmowych, czy też nie. Jedni byli za, drudzy przeciw i tak minęła godzina 00:00 w nocy 10 marca 1652 r. Zmęczeni posłowie stwierdzili tylko że rankiem należy przyprowadzić Sicińskiego przed obrady Sejmu i "przekonać" go do zmiany decyzji. 10 marca przypadała niedziela, która upłynęła na próbach przekonania Sicińskiego do powrotu na Sejm. On sam zresztą deklarował że wróci i wycofa swój sprzeciw, ale nocą, z niedzieli na poniedziałek wyjechał z Warszawy, a wraz z nim wszyscy jego towarzysze. 11 marca rano, gdy za wezwano Sicińskiego do laski marszałkowskiej, a jego nie było, marszałek Sejmu Andrzej Maksymilian Fredro udał się do tronu, przepraszając króla za to, że nic nie udało się uchwalić na tym sejmie, a jednocześnie że Sejm musi zakończyć obrady. Niektórzy protestowali, ale nie było wyjścia. Jeden z posłów krzyknął wówczas do nieobecnego Sicińskiego: "Bodajś z piekła nie wyszedł, któryś zrządził takie nieszczęście", a reszta z sali odpowiedziała: "Amen!" Sejm został zerwany.


"UPIÓR z UPITY"
MUMIA WŁADYSŁAWA SICIŃSKIEGO 



CDN.