Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ANGLIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ANGLIA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 maja 2025

AMERICAN STORY - Cz. X

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





JAMESTOWN 
(Jak wyglądało tam życie 400 lat temu)
Cz. II





 Pocahontas została uprowadzona i była przetrzymywana dopóty, dopóki jej ojciec, wódz Indian Powhatan nie zgodził się na pokój z osadnikami. Pokój został przypieczętowany oficjalnym małżeństwem Pocahontas z jednym z osadników z Jamestown, plantatorem tytoniu (tytoń będzie bardzo ważny w tej opowieści, gdyż w kolejnych latach osadnicy z Jamestown kupowali sobie żony, płacąc za nie właśnie tytoniem) Johnem Rolfe'm, do którego doszło w kwietniu roku 1614. A już w styczniu 1615 Pocahontas powiła syna - Thomasa Rolfe'a. Wielkim problemem dla kolonistów z Jamestown był brak w osadzie kobiet. Trudno też się dziwić że perspektywa wyjazdu do odległego i dzikiego kraju - a w zasadzie na inny kontynent - gdzie trzeba w ciężkich warunkach zaczynać życie od nowa, nie mogła być atrakcyjna dla żadnej kobiety. Co prawda pierwsze dwie kobiety zjawiły się w osadzie już w roku 1608 (czyli zaledwie rok po założeniu Jamestown), były to pani Forrest i jej służąca Anna Burras, ale o ich dalszych losach niewiele wiemy, choć przetrwały one wielki głód zimą 1609 r. Od tego czasu do osady przybywali jedynie mężczyźni, ku ogromnemu żalowi osadników. Na czele Kompanii Londyńskiej (która była głównym udziałowcem i pomysłodawcą założenia osady w Jamestown) stał w Londynie sir Thomas Smythe. Ale jego rządy nad firmą były kompletną klapą, osada nie przynosiła żadnych dochodów, a tylko generowała koszty (nic dziwnego że król Hiszpanii Filip III wstrzymywał się od planów ataku na Jamestown, gdyż informatorzy donosili mu że stan kolonistów jest opłakany i wkrótce wszyscy oni sami pozjadają się z głodu {a do przypadków kanibalizmu dochodziło już w trakcie wielkiego głodu w osadzie}, albo pomrą na choroby, albo też wybiją ich Indianie). Smythe niczego nie uczynił aby poprawić życie osadników, ale też i za bardzo nie wiedział jak to zrobić. Co prawda w roku 1612 wydano trzecią kartę, (poprzednie wydawano w latach 1606 i 1609) znacznie zwiększające uprawnienia rady osady. Rządzący realnie Jamestown Thomas Dale (realnie, gdyż mianowany gubernatorem Thomas West, baron De La Warr, odpłynął stąd już w marcu 1611 - o czym było w poprzedniej części - chociaż aż do swej śmierci w 1618 r. uważał się za pełnoprawnego gubernatora osady. Natomiast inny mianowany gubernator - Thomas Gates, praktycznie nie wtrącał się do zarządu osadą). Teraz zawarto co prawda pokój z Indianami Powhatan, ale wciąż brakowało w osadzie zarówno kobiet, jak i wykwalifikowanych rzemieślników.

Tymi drugimi byli bez wątpienia sami Polacy, których liczba zaczęła wzrastać, gdyż Smythe pod tym względem jednak się wykazał. Przed rokiem 1619 przybyły trzy duże transporty Polaków do Jamestown (w 1608, 1610 i 1616). To właśnie oni założyli pierwsze manufaktury w mieście, to oni wyrabiali szkło i mydło (szczególnie szkło było bardzo pożądane i mogło zadecydować o przetrwaniu osady, gdyż wykonywane przez Polaków m.in. szklane koraliki następnie sprzedawano Indianom w zamian za żywność). W 1610 r. do osady przybył polski lekarz - Laurencjusz Bohun (zginął w 1620 r. walcząc z Hiszpanami na jednym ze statków osadników z Jamestown). Mimo to Polacy nadal byli ludźmi drugiej kategorii, byli wręcz traktowani jako - w najlepszym przypadku - pracownicy sezonowi, którzy mieli podpisane kontrakt na kilka lat (z reguły na 10), ale i tak większość została tam później na stałe. Nie mieli prawa głosu, nie mogli uczestniczyć w składzie 13-osobowej rady miejskiej, natomiast całe życie przemysłowe jak i gospodarcze osady spoczywało w ich rękach i przez pierwsze 11 lat byli pogodzeni ze swym losem (jako że w umowie którą podpisali, stało jasno że nie mogą się zbuntować). W każdym razie w latach 1610 i 1616 przybyli nowi rzemieślnicy z Polski, o nazwiskach takich jak: Tomasz Miętus że Lwowa, Karol Źrenica, Ignacy Machowski, Jan Kulawy, Gwidon Stójka, Herman Kromka, Mateusz Gramza, Michał Korczewski, Eustachy Miciński, Włodzimierz Terlecki, Mikołaj Syryński i Jan Pargo. Przybył nawet pewien porucznik, wywodzący się z arystokratycznej rodziny Potockich, którego Anglicy nazywali "Puttocke" (tak jak dzisiaj w niemieckich mediach o Karolu Nawrockim można przeczytać że to jest Karol "Nawroki" 🤭). Ich praca była kluczowa dla przetrwania osady Jamestown i w jakiś czas potem pozostali osadnicy się o tym przekonali. Zresztą nie tylko manufaktury w osadzie były w rękach Polaków, również pierwsze studnie to właśnie oni tam wykopali. Potem studnie stały praktycznie przy każdym domu wbudowanym w Jamestown (w czasie przeprowadzanych wykopalisk archeologicznych latem 1934 r. w jednej ze studni w Jamestown znaleziono ludzką lewą nogę i lewą połowę miednicy). Większość domów w osadzie miała również szyby w oknach (również dzięki Polakom), choć nie wszyscy, im bowiem biedniejszy dom, tym mieszkańców nie było stać na taki luksus. Warto też powiedzieć gdzie w mieście wyrzucano śmieci, bo jakieś miejsce przecież musiało być, nie wszystko bowiem można było wrzucić do rzeki Jakuba. Otóż po prostu wykopywano w ziemi doły i tam wrzucano śmieci, ale takie Doły kopano przede wszystkim przy manufakturach jako miejsce składowania gruzu i gliny ceramicznej, ale podczas wykopalisk archeologicznych z roku 1955 znaleziono w takim dole również dobrze zachowany kordelas (broń ręczna, nieco podobna do szabli), rapier, a także potłuczone gliniane, ceramiczne i szklane naczynia.




1616 r. Pocahontas, John Rolfe' i ich synek Thomas udali się w podróż do Anglii, gdzie młoda indiańska dziewczyna była pokazywana jako przykład "cywilizowanego dzikusa". Ubrano ją w suknie i wzięła udział w maskaradzie, zorganizowanej przez króla Jakuba I w pałacu Whitehall. Jednak gdy zamierzali oni powrócić do Wirginii, Pocahontas nagle zmarła - marzec 1617 r. (nie są znane przyczyny i jej zgonu). Miała zaledwie 20, może 21 lat. Pozostawiła po sobie jednak syna Thomasa, który przeżył lat 65 i był wnukiem wodza plemienia Powhatan - Wahunsunakoka. Natomiast przewodniczący Kompanii Londyńskiej, sir Thomas Smythe starał się pobudzić rozwój osady Jamestown, ale nijak mu to nie wychodziło. Zdał sobie sprawę, że problem leży w zbiorowej własności gruntów, gdyż to co wspólne, jest tak naprawdę... niczyje. Postanowił więc zmienić wspólnotową formę własności na prywatną własność ziemską i ogłosił że każdy, kto przetransportuje do Jamestown choć jedną osobę więcej, otrzyma 50 akrów ziemi na własność. Niestety stary Smythe był utożsamiany z polityką kryzysu, głodu i porażek jakie odnotowali ci, którzy wyłożyli pieniądze na zorganizowanie osady w Jamestown. Dlatego też musiał zrobić miejsce młodszym i w 1618 r. zastąpił go sir Edwin Sandys. To właśnie on zaczął realnie wdrażać w życie prawo własności ziemi, opracowane w ostatnich miesiącach urzędowania Thomasa Smythe'a (notabene jak można było pomyśleć że wspólna własność jest lepsza od własności prywatnej? Przecież każdy człowiek jest tak zbudowany, że lubi mieć coś na własność, coś swojego, wtedy lepiej o to dba i bardziej się do tego przykłada. Natomiast jak coś jest wspólne, to tak naprawdę jest niczyje, czyli można to albo ukraść, albo też czerpać z tego do chwili, aż się nie zużyje). To również właśnie Sandys postanowił wreszcie rozwiązać problem braku kobiet w osadzie Jamestown. W 1619 r. osada Jamestown liczyła 1000 ludzi, (w tym ok. 50 Polaków) z czego kobiety były zaledwie dwie (przepraszam napisałem "kilkanaście" - pomyłka i mój błąd, daty mi się pomyliły 😉). Ten problem należało czym prędzej rozwiązać i temu zadaniu podjął się właśnie nowy przewodniczący Kompani Londyńskiej - Edwin Sandys. Wpadł bowiem na pomysł że każdy mężczyzna - który chce mieć narzeczoną, a następnie żonę - musi za nią zapłacić, a ponieważ jedynym cennym środkiem płatniczym dostępnym praktycznie wszystkim osadnikom w Jamestown był tytoń, dlatego też płacono tytoniem i stąd kobiety - które następnie przypłynęły do osady - nazywano "żonami tytoniowymi".




Koszt sprowadzenia sobie żony do osady wynosił na początku 120 funtów tytoniu, potem wzrósł do 150 funtów. Osadnicy swoje wymarzone partnerki poznawali listownie, pisząc listy (jeżeli umieli pisać, jeśli nie korzystano z pomocy skrybów, którzy za odpowiednią dopłatę mogli nieco podkoloryzować opis kandydata na przyszłego małżonka). Te listy następnie wysyłano do Anglii i tam - za sprawą rozwiniętej przez Sandys'a "akcji promocyjnej" - prezentowano je ewentualnym chętnym do podróży kandydatkom do ożenku. Aby namówić kobiety do podróży (często niebezpiecznej), Sandys zaproponował im nie tylko darmowy transport (za podróż płacili koloniści), ale również odzież i podstawowe sprzęty gospodarstwa domowego. Na miejscu mogły też sobie wybrać partnera jakiego chciały (choć w rzeczywistości ich wybór był bardzo ograniczony). W Anglii było wiele młodych kobiet które nie mogły liczyć na zbyt dobre zamążpójście, a co za tym idzie na lepsze życie, dlatego część z nich zdecydowała się na podróż do Nowego Świata. Nie wszystkie jednak były chętne do tak niebezpiecznej przygody, większość wolała pozostać w kraju i tutaj poszukać sobie męża. Ostatecznie zebrano więc grupę zaledwie 90 kobiet w wieku od 15 do 28 lat, które wiosną 1620 r. wyruszyły po nowe życie do Nowego Świata - Ameryki. Ale nie wyprzedzajmy faktów, bowiem w roku 1619 miały miejsce niezwykle ważne wydarzenia i to nie tylko dla samej osady, ale również dla przyszłych Stanów Zjednoczonych. Oto bowiem w kwietniu 1619 r. nowym gubernatorem Wirginii (a w zasadzie kolonii Jamestown) został sir George Yeardley (który zastąpił na tym stanowisku pełniącego ten urząd od 1617 r. Samuela Agrylla, który to zastąpił Thomasa Dale'a - sprawującego zarząd nad osadą od marca 1611 r.). To właśnie Yeardley 30 lipca 1619 r. zorganizował pierwsze zgromadzenie ustawodawcze mieszkańców Wirginii (Jamestown). Zgromadzenie złożone z gubernatora, 13 radnych i 22 wybranych "burgesów" (wybierano po dwóch kandydatów z 11 istniejących wówczas plantacji Jamestown) odbyło się oczywiście w tamtejszym kościele (pierwszy kościół w Jamestown zbudowano zaraz po założeniu osady w 1607 r. ale spłonął on już w roku następnym. Dopiero ten odbudowany kościół - nadal drewniany, na planie krzyżowym - był miejscem owego zgromadzenia. Notabene tak na marginesie, modlitwy odprawiano w Jamestown dwa razy dziennie: rano i wieczorem).

Tak więc gdy rozpoczęły się obrady pierwszego zgromadzenia Wirginii, okazało się że wśród zasiadających tam delegatów... nie było Polaków, których wszyscy uważali za zwykłych robotników, a tak naprawdę za wyrobników (chociaż już John Smith pisał w swych pamiętnikach że 30 polskich rzemieślników jest bardziej wartościowych niż 1000 angielskich dżentelmenów). Ci, po latach milczenia, wykonywania swojej pracy i nie wychylania się, wreszcie postanowili powiedzieć dość! Zatrzymali pracę wszystkich manufaktur, urządzając pierwszy w dziejach Stanów Zjednoczonych (a tak naprawdę całej Północnej i Południowej Ameryki) strajk. Trwał on tylko dwa dni, ale tak bardzo wystraszył kolonistów, że już 1 sierpnia zgodzili się oni dopuścić do zgromadzenia również polskich delegatów. Mało tego, stworzono wspólne, dwujęzyczne (polsko-angielskie szkoły) w których miano uczyć w tych dwóch językach. Polscy rzemieślnicy w Jamestown otrzymywali również pełne prawa kolonistów i od tej pory mieli być traktowani na równi z innymi. Powiem więcej, ze swymi umiejętnościami wysuwali się wręcz na nową elitę Jamestown. Ostatecznie tak się nie stanie, ale po kolei, do tego również dojdziemy cóż było tego przyczyną. Warto jeszcze powiedzieć o innym doniosłym (dla przyszłych Stanów Zjednoczonych) wydarzeniu, który miał miejsce w roku 1619, a mianowicie w sierpniu tego roku do jamestown przepłynął holenderski statek przywożąc na pokładzie 20 porwanych w Afryce murzyńskich niewolników. Koloniści zakupili ich do pracy i tym samym po raz pierwszy w dziejach  angielskiej Ameryki niewolnictwo czarnoskórych Afrykanów stało się faktem. Latem 1620 r. do Jamestown przybył okręt z 90 pannami na pokładzie i koloniści mogli wreszcie wybrać sobie żony i rozpocząć normalne życie rodzinne. Jednocześnie już wówczas zaczęły tworzyć się większe i mniejsze majątki ziemskie. Więcej akrów (1500) otrzymywali przybyli do Jamestown urzędnicy, kupcy i skarbnicy, nieco mniej (500) lekarze i sekretarze, reszta zaś w zależności od tego jak wywiązała się z prawa Smythe/Sandys'a czyli tyle akrów, ile osób ściągnięto i przewieziono (na własny koszt) do kolonii.


"Wiesz skąd się wzięli murzyni w Ameryce? Handlarze niewolników przywieźli ich z Afryki. A myślisz że to takie proste wysiąść na plaży w Afryce, złapać w siatkę zwinnego, silnego murzyna i wywieźć go za ocean? Oczywiście że nie, udało im się to zrobić, ponieważ łapali tylko takich którzy albo Nie potrafili s********* przed siatką, albo też byli największymi głąbami w plemieniu i wódz sprzedawał ich za paczkę fajek bo i tak nie miałby z nich pożytku" 🤭



Jamestown wciąż się rozrastało, a to nie podobało się okolicznym Indianom Powhatan, tym bardziej że Pocahontas już nie żyła, nie było więc powodów aby utrzymywać pokój. Poza tym w roku 1618 zmarł wódz Wahunsunakok, a następcą został jego rodzony brat Opechankano. Nienawidził on kolonistów, gdyż niszczyli oni tereny łowieckie i stanowili realne zagrożenie dla plemienia, dlatego też przygotowywał się do wielkiego ataku, który miał być realnie eksterminacją wszystkich mieszkańców Jamestown. Taki atak spadł na osadę w marcu 1622 r. i był doprawdy podobny do trąby powietrznej, niszczącej wszystko na swej drodze. W każdym razie bezwzględnie był to największy atak, jaki do tej pory podjęli Indianie na tę osadę od chwili jej założenia, czyli od 15 lat.




CDN.

niedziela, 18 maja 2025

AMERICAN STORY - Cz. IX

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





 Postanowiłem reaktywować tę już nieco zapomnianą serię tematyczną o początkach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Zamierzam ją poprowadzić (oczywiście przy dobrych wiatrach) aż do czasów obecnej prezydentury Donalda Trumpa. Na razie opowiedziałem o powstaniu kolonii Jamestown w roku 1607 i założeniu Wirginii, oraz o przybyciu purytańskich kolonistów z Anglii na statku o nazwie "Mayflower" i założeniu kolonii Plymouth w roku 1620. Teraz skupimy się jeszcze na Jamestown a następnie przeniesiemy się do Nowej Anglii, do Bostonu, który powstał jako jedna z kilku innych kolonii angielskich w rejonie Plymouth



JAMESTOWN 
(Jak wyglądało tam życie 400 lat temu)
Cz. I




 Jamestown, to była pierwsza angielska kolonia w Nowym Świecie (a konkretnie na ziemiach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, bo głównie tego właśnie dotyczy ta seria). Założona 13 mają 1607 r. przez 120 mężczyzn (nie było tam ani jednej kobiety) przybyłych na trzech statkach noszących nazwy: Constant, Godspeed i Discovery, w ramach akcji zasiedlania Nowego Świata przez założoną w roku 1606 przez kilku angielskich dżentelmenów (którym król Jakub I przyznał prawo osiedlania się i kolonizacji na całym obszarze Ameryki leżącym między 34 a 41 stopniem szerokości geograficznej północnej) Kompanię Londyńską. Jakub I jak i większość polityków i przedsiębiorców Królestwa Anglii, zdawała sobie sprawę z postępującej już wówczas hiszpańskiej kolonizacji dzisiejszej Ameryki Łacińskiej, jak również atlantyckich i karaibskich obszarów ziem współczesnych Stanów Zjednoczonych; jak również kolonizacji francuskiej w Ameryce północnej (Acadia, Quebec). Obawiano się więc że Anglia zostanie daleko w tyle za tymi dwoma państwami, a już przecież do kolonialnej eksploracji Ameryki szykowały się i inne kraje europejskie (jak choćby Holandia, czy nawet Szwecja). Po niezwykle owocnym zakończeniu podróży morskiej George'a Weymoutha do ziem Nowej Anglii w 1604, uznano że nadszedł czas aby ponownie rozpocząć zakładanie stałych kolonii w Ameryce (już wcześniej próbowano założyć tam kolonie jeszcze za czasów królowej Elżbiety I, ale los wszystkich angielskich kolonii był dramatyczny, ludność umierała z głodu w ciągu kilku kolejnych miesięcy, gdyż koloniści nastawiali się głównie na poszukiwanie złota, a nie na przetrwanie i gdy tylko kończyły się zapasy przywiezione z Anglii, zaczynał się głód i śmierć - pisałem o tym w poprzednich częściach tej serii). W kwietniu 1606 r. założono więc dwie kompanie, wspomniana wyżej przeze mnie Kompania Londyńska, oraz Kompania Plymouth (która miała zakładać kolonie między 38 a 45 stopniem szerokości geograficznej północnej). Każda z tych kompanii miała kontrolować obszar 50 mil na północ i na południe od pierwotnej osady, oraz 100 mil w głąb morza i 100 mil w głąb lądu. Kolonie te otrzymały królewski przywilej wydobywania złota, srebra i miedzi w Nowym Świecie (król miał otrzymać 1/5 wszystkich tych surowców), a także powołania rady złożonej z 13 przedstawicieli. Przez siedem lat od założenia Kolonii miał nie być pobierane żadne cła importowe, a także kolonistom przyznawano wszystkie prawa i przywileje poddanych króla Anglii. Oczywiście był również punkt w owym przywileju królewskim, w którym zobowiązywano się do nawracania miejscowych pogan na chrześcijaństwo.




Trzy (wymienione wyżej) okręty (wypożyczone przez Kompanię Londyńską od angielskiej Kompanii Moskiewskiej, jako że jedyny okręt tej kompanii "Richard" pod dowództwem Henry'ego Challonsa, został w sierpniu 1606 r przejęty przez flotę hiszpańską u wybrzeży Florydy, a sam Challons przewieziony do Sewilli) pod dowództwem się Christophera Newporta wypłynęły, podążając trasą na Wyspy Kanaryjskie i Indie Zachodnie. U wybrzeży dzisiejszej Wirginii okręty te dostały się w środek burzy, która zagnała je do zatoki Chesapeake. W maju 1607 r. płynąc rzeką Jakuba (nazwaną tak na cześć ich króla), koloniści osiedlili się nie na wyspie (jak początkowo zakładano), lecz na stałym lądzie, na bagiennym półwyspie (co odradzano nawet w instrukcji, którą koloniści mieli przy sobie). 13 maja 1607 r. pierwsi koloniści (którym udało się przeżyć podróż, gdyż 16 spośród 120 zmarło w jej trakcie) postawili stopę na amerykańskiej ziemi. Najpierw odprawiono nabożeństwo dziękczynne, a uczyniono to pod kawałkiem płótna żaglowego. Następnie przystąpiono do budowy osady, którą nazwano (również na cześć króla) Jamestown. Dookoła były nieprzepastne lasy nieznanego kraju, zbudowano więc najpierw drewnianą palisadę otaczającą osadę (na wypadek ataku "dzikusów") i kościół (jako jeden z pierwszych, a prawdopodobnie pierwszy budynek w Jamestown). Oczywiście pierwsze budynki w osadzie były drewniane (jako że tego budulca było pod dostatkiem) i dopiero z biegiem lat pojawiać zaczęły się pierwsze domy budowane z cegły. Otworzono też zapieczętowane instrukcje w których były zapisane nazwiska pierwszych członków 13-osobowej rady, pełniącej funkcję władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, której to przewodniczył prezes. W ciągu miesiąca od założenia kolonii, wybudowano już trójkątny fort otaczający osadę, kościół, magazyn oraz kilka szeregowych domów. W tym czasie Christopher Newport żeglował dalej wzdłuż rzeki Jakuba, aż do dzisiejszego Richmond. Podejmowano też eksploracje lądowe (głównie związane z poszukiwaniem złota, srebra i miedzi) w których m.in. uczestniczył John Smith. Podczas jednej z takich eskapad zasnął on zmęczony pod drzewem, a gdy się obudził, zobaczył nad sobą kilka indiańskich kobiet, które mu się przyglądały. W swych pamiętnikach zanotował że były prawie nagie i zaczęły się do niego przymilać pytając (oczywiście w swoim języku który on potem - dzięki Pocahontas - poznał) "czy mnie chcesz?", "czy mnie kochasz?" Odrzucił ich amory (dziwne, skoro w osadzie nie było kobiet. Może te opowieści były po prostu wytworami jego erotycznych fantazji?). Innym znowu razem Smith wpadł w zasadzkę i został przyprowadzony do wodza miejscowych Indian plemienia Powhatan - Wahunsunakoka (Anglicy nazywali go po prostu Powhatanem od nazwy plemienia). Miał zostać stracony (poprzez rozłupanie mu czaszki maczugą). Ale wówczas wstawiła się za Smithem Pocahontas, córka Wahunsunakoka, ratując mu życie.




Obszar na którym założono kolonię jamestown, Hiszpanie nazywali krajem Axacan, a nieopodal mieściła się hiszpańska misja jezuicka, założona w 1570 r. Badając wybrzeże rzeki Jakuba, spodziewali się koloniści znaleźć drogę do Chin, a być może nawet do Indii, gdyż wówczas sądzono w Europie że ten obszar Ameryki może prowadzić właśnie do Chin. Oczywiście nie znaleziono ani drogi do Chin, ani do Indii, ani też złota czy srebra - tak wyczekiwanego przez kolonistów. Znaleziono zaś nieprzepastne lasy i wrogich Indian, którzy już w czerwcu 1607 r. dokonali pierwszego ataku na osadę. Co prawda została ona odparta, ale koloniści musieli teraz mieć się na baczności i nie mogli sobie pozwolić na tak częste wypady poza osadę, jak wcześniej. W lipcu Christopher Newport wypłynął do Anglii, zabierając ze sobą kilka bezwartościowych skał (w których - jak sądził - znajdowało się złoto). Po jego wyjeździe koloniści zaczęli coraz bardziej cierpieć głód, gdyż zapasy żywności malały (a nikt nic nie uprawiał, wypady zaś poza osadę były coraz rzadsze, ze względu na częste ataki Indian Powhatan). Pojawiła się też malaria, na którą zapadło kilkudziesięciu kolonistów. Coraz więcej ludzi umierało czy to z głodu, czy to z powodu chorób, gdyż racje żywnościowe były ciągle zmniejszane - co bardzo nie podobało się kolonistom. Najgorsza była zima 1607-1608 r. która pochłonęła kolejne ofiary. Rządzący kolonią pierwszy przewodniczący rady - Edward Maria Winkfield, został usunięty ze stanowiska przy wyraźnym niezadowoleniu mieszkańców osady (dochodziło do częstych kłótni między nim, a wymienionym wyżej kapitanem Johnem Smithem). Przewodniczącym rady wybrano teraz Smitha, jako że udało mu się (dzięki zapewne znajomościom z Pocahontas), uzyskać od Indian nieco jedzenia, przez co  osada mogła przetrwać zimę. Ale gdy w styczniu 1608 r. z Anglii przypłynął Newport, w Jamestown zostało już tylko 40 kolonistów. Sytuacja była dramatyczna, osada (podobnie jak wcześniejsze angielskie kolonie w Ameryce) skazana była na wymarcie, a nie minął nawet rok od założenia Jamestown. 




Ci, którzy przybyli z Newportem do osady, nie wnosili tak naprawdę niczego dobrego do życia mieszkańców, oni bowiem również Nie potrafili ani nic hodować, ani też nic wytwarzać, a przybyli głównie z myślą o zdobyciu złota (zupełnie tak jak pierwsi koloniści). Tymczasem w Londynie akcjonariusze Kompanii Londyńskiej zaczęli namawiać kolejnych śmiałków do wypłynięcia do Ameryki. Słysząc od Newporta o trudnym położeniu kolonistów i obawiając się że osada może podzielić los chociażby tej z Roanoke (o której pisałem w poprzednich części tej serii), postanowili oni zatrudnić ludzi, którzy mieli pojęcie nie tylko o sadzeniu warzyw (co było podstawą przetrwania), ale również posiadali fach rzemieślniczy. Skontaktowali się więc z Michałem Łowickim polskim szlachcicem z Gdańska zajmującym się handlem i mieszkającym w Londynie. Zaproponowano mu ściągnięcie do Jamestown fachowców rzemieślników, oferując bliżej nieznane pieniądze za ich ściągnięcie. Łowicki - mając dobre kontakty w Gdańsku - popłynął tam i udało mu się przekonać do podróży za ocean kilku pracujących w stoczni gdańskiej fachowców. Ludzie ci potrafili wytwarzać smołę, zajmować się obróbką drewna i wypalać węgiel drzewny, tak potrzebny do produkcji zarówno mydła jak i szkła. Byli to w większości młodzi ludzie którym przedstawiono wizję wspaniałej przygody w odległym kraju, co spowodowało że podpisali wybitnie niekorzystną dla nich umowę, zobligującą ich do pracy w kolonii praktycznie tylko za wyżywienie i  zamieszkanie. Nie mogli też się zbuntować przez co najmniej 10 lat, nie mogli też zerwać tej umowy. Dziś znamy nazwiska owych Polaków, którzy w październiku 1608 r. na pokładzie angielskiego statku "Mary and Margaret" przypłynęli do kolonii Jamestown, a byli to: Stanisław Sadowski, Zbigniew Stefański, Jan Bogdan i Jur Mata. Towarzyszył im również Michał Łowicki. Po przybyciu do kolonii szybko pobudowali sobie domy, zbudowali piece do wyrobu szkła (zakładając pierwszą w Jamestown manufakturę szkła i w ogóle pierwszy zakład produkcyjny). Wkrótce też odkryli źródło pitnej wody, ale te wszystkie sukcesy nie przekładały się w żaden sposób na ich pozycję społeczną w osadzie. Ze względu na wybitnie niekorzystną umowę jaką podpisali z Kompanią Londyńską, a także ze względu na fakt że nie byli Anglikami i mówili w obcym języku, byli traktowani jako ludzie drugiej kategorii.




Jedynie rządzące wówczas kolonią John Smith miał z Polakami nieco lepsze kontakty, a to ze względu na fakt, że po pierwsze nieco rozumiał język polski, a po drugie poznał Polaków, gby kilka lat wcześniej służył w armii habsburskiej walcząc z Turkami na Węgrzech. Jako młody chłopak (urodził się w 1580 r.) w jednym z pojedynków pokonał trzech tureckich żołnierzy, za co przez księcia siedmiogrodu Zygmunta Batorego został wyniesiony do szlachectwa (Smith urodził się bowiem w Willoughby w rodzinie kupieckiej) i otrzymał herb trzech tureckich głów. Potem jednak w jednym ze starć dostał się do tureckiej niewoli i został sprzedany jako niewolnik tureckiemu paszy i w żelaznej obroży na szyi musiał wykonywać ciężkie prace na roli. Zdołał jednak stamtąd uciec i tułając się przez Bułgarię, Wołoszczyznę i Mołdawię, dotarł na ziemie Rzeczpospolitej. Tam poznał Polaków, a szczególnie polskich rzemieślników i potem wypowiadał się o nich zawsze w samych superlatywach. Jednak w Jamestown (pomimo sympatii Smitha) Polacy mieli gorszą pozycję niż Anglicy. Przekładało się to również na ich zachowanie względem angielskich kolonistów, którym bardzo niechętnie (a często w ogóle) nie udzielali wytworów swojej pracy. Ponieważ oprócz pracy jako rzemieślnicy, polscy koloniści w Jamestown założyli własny ogródek, gdzie hodowali pomidory, marchew, sałatę i kilka innych warzyw. Dzięki temu, gdy Anglicy umierali z głodu, Polacy mieli co jeść (chociaż Smith polecił im podzielić się częścią tych płodów, aczkolwiek czynili to bardzo niechętnie i rzadko). John Smith miał dla Polaków jeszcze jedną sympatię, gdy podczas ataku Indian Powhatan ocalili mu życie. Nie mogę liczyć jednak na wsparcie Polaków, zmusił angielskich kolonistów aby łowili ryby, zbierali ostrygi, a jednemu nawet polecił aby udał się do Indian i żył tam z nimi jak jeden z nich, dzięki czemu od czasu do czasu dostawał od nich coś do jedzenia dla kolonistów z osady. W lipcu 1609 r do Jamestown przybył z Anglii statek z zaopatrzeniem pod dowództwem Samuela Argalla. Oprócz żywności i wody pitnej przywiózł on również wiadomość o cofnięciu karty z 1606 r. i powołaniu nowej. Przywilej królewski Kompanii Londyńskiej z roku 1609 mówił, że koloniści otrzymują na własność ziemię 200 mil na północ i na południe od osady, a także stronę morza i w stronę lądu. Otrzymał także prawo zasiedlenia wysp 100 mil od wybrzeża. Rząd stanowiła również 13-osobowa rada, która  otrzymywała przywilej powoływania własnych urzędników. Akcjonariuszami nowej Kompanii Londyńskiej było 56 cechów Londynu i 659 osób prywatnych, wśród których znalazło się 21 parów, 96 szlachciców, 53 kapitanów i 11 robotników.

Gdy wiosną 1609 r John Smith przypadkowo zranił się bardzo poważnie, musiał niestety opuścić kolonię i wrócić do Anglii na statku kapitana Christophera Newporta, który w czerwcu 1609 r. wypłynął z Anglii w drogę powrotną wraz z nowym gubernatorem się Thomasem Gatesem i ok. 500 nowych kolonistów. Po dwumiesięcznej podróży przez ocean, w sierpniu 1609 r. okręty dotarły do Jamestown, a na pokładzie pozostało zaledwie 400 kolonistów (reszta zmarła w trakcie ciężkiej podróży). Dotarło tam tylko część okrętów, ale główny, ten na którym płynął nowy gubernator - osiadł na mieliźnie na Bermudach i aż do maja 1610 r. Thomas Gates nie przybył do Jamestown. Gdy zaś już mu się to udało, zastał kolonię ponownie w tragicznym położeniu. Wielu z nowych kolonistów nabawiło się już w Ameryce kolejnych chorób (głównie malarii), a poza tym jak zwykle głód, głód i jeszcze raz... śmierć. Nowych grobów w kolonii przybywało szybciej, niż nowych kolonistów. Paradoksalnie o ile społeczność angielska topniała, o tyle społeczność polska w Jamestown... rosła. Widząc jednak opłakany stan kolonistów angielskich, gubernator Gates zdecydował się zawrócić do Anglii, ale gdy tylko wyruszył w dół rzeki Jakuba, napotkał statek z informacją że oto płynie z Anglii Thomas West, baron De La Warr (Delaware) z zaopatrzeniem i 150 nowymi kolonistami. Czas jaki De La Warr spędził w Jamestown (sierpień 1610 - marzec 1611) był okresem, w którym realnie to on rządził kolonią, a nie Gates. W tym czasie doszło też do kilku hiszpańskich podjazdów, co wywołało wśród angielskich osadników przerażenie. Pierwszą próbę zdobycia osady Jamestown podjęli Hiszpanie jeszcze w 1609 r. gdy w lipcu tego roku kapitan Ecija - dowódca fortu w St. Augustine (założonego na Florydzie w 1565 r.) wpłynął do zatoki Chesapeake. Uznał on jednak wówczas że fort jest zbyt dobrze umocniony aby zdołał go zdobyć jeden okręt i odpłynął. Ecija zobowiązał jednak lokalne plemiona indiańskie aby nieustannie szpiegowały i atakowały angielskich kolonistów z Jamestown. To samo polecił Indianom gubernator hiszpańskiej Florydy - Ybarra. Atak Indian zimą 1610 r. był jednym z największych szturmów indiańskich na osadę i choć zakończył się odparciem czerwonoskórych, to jednak zginęło wówczas wielu kolonistów. Latem 1611 r. kilka hiszpańskich okrętów znów pojawiło się w w zatoce Chesapeake. Doszło do niewielkich starć, ale poza schwytaniem kilku ludzi (po jednej i drugiej stronie) niczym więcej ten atak się nie zakończył. Hiszpański ambasador w Londynie Zúñiga, w listach do króla Filipa III radził mu przedsięwziąć większą wyprawę zbrojną i zdobyć Jamestown, likwidując tę "angielską zadrę" w kraju Axacan. Filip jednak nie chciał tego uczynić, jako że liczył na sojusz z Anglią przeciwko Niderlandom.

Tymczasem napływ kolejnych kolonistów (choć śmiertelne żniwo wciąż było wielkie, gdy latem 1611 r. zmarło następnych 150 osób) spowodował, że założono nad zatoką Chesapeake dwa forty: "Karol" i "Henryk", a także zdołano wypędzić lokalnych Indian z ich siedzi w rejonie Kecoughtan. Mimo to powodów do zadowolenia praktycznie nie było żadnych. Wciąż na nowo pojawiały się te same problemy, które praktycznie wcale (lub w niewielkim jedynie zakresie) nie były rozwiązywane. Latem upał i niemiłosierne roje moskitów, zimą piętrzące się zwały śniegu przez które trzeba było się przebijać i trzaskający mróz, który zabrał nie jedno życie. Z powodu tych trudności baron De La Warr w marcu 1611 r. odpłynął do Anglii pozostawiając kolonię Jamestown w rękach sir Thomasa Gates'a, a szczególnie mianowanego przez siebie zastępcę sir Thomasa Dale'a (który realnie rządził kolonią). Dale - żołnierz i oficer, weteran walk w Holandii, natychmiast wprowadził w Jamestown rządy silnej ręki. Wszyscy mężczyźni (kobiet nadal tam nie było - ciekawe jak sobie radzili z tymi sprawami, pewnie polowali na Indianki ☺️) byli zmuszeni do intensywnej pracy dla dobra osady, pracy, która niczym nie różniła się od niewolnictwa, a ci, którzy się buntowali, byli karani z całą surowością (przy czym chłosta należała do najłagodniejszych z kar). Schwytani uciekinierzy byli po prostu paleni żywcem. Ale pomimo tych srogich kar i ciężkiej pracy, istniały też oczywiście rozrywki, którymi hołdowali koloniści. Jednym z najpopularniejszych było łucznictwo, które było zarówno rozrywką, jak i formą walki i obrony i zdobywania pożywienia. Popularne były również gry w kości, szachy oraz karty. Urządzano też zawody sportowe, takie jak zapasy czy boks. Nie mogło oczywiście zabraknąć muzyki a co za tym idzie również tańców koloniści znali przecież angielskie, walijskie, irlandzkie i szkockie ballady, pieśni oraz tańce. Ale w tym wszystkim nie mogło również zabraknąć jednej z największych (choć dopiero rodzących się) przyjemności, a mianowicie palenia tytoniu. Palenie tytoniu w Jamestown rozpoczęło się tak naprawdę w styczniu 1608, gdy do kolonii przybył angielski wytwórca fajek tytoniowych Robert Cotten. W latach 1611-1612 John Rolfe eksperymentował w kolonii z liśćmi tytoniu z Wirginii, Indii Zachodnich i Ameryki Południowej, tworząc nowe liście o słodkim zapachu. Szybko zmonopolizował handel tytoniem w kolonii i dzięki temu stał się pierwszym sprzedawcą papierosów w Nowym Świecie (oczywiście żartuję, Hiszpanie bowiem również palili tytoń i nim handlowali znacznie wcześniej, niż uczynił to Robert Cotten czy John Rolfe).

W roku 1613 wybuchł kolejny konflikt kolonistów z Indianami Powhatan, ale były też i plusy, mimo wszystko kolonia przetrwała już szósty rok (w ogromnej mierze przyczynili się do tego właśnie koloniści z Polski, którzy na razie nadal będą uważani za ludzi drugiej kategorii, chociaż wkrótce się to zmieni). A tymczasem wybuchł kolejny konflikt z Indianami, którego ofiarą padła córka wodza Wahunsunakoka - 17-letnia Pocahontas.



 
CDN.

czwartek, 24 kwietnia 2025

POD ROZWAGĘ!

 CZYLI KRÓTKIE POLITYCZNE 

QUI PRO QUO





Dzisiaj dosłownie parę słów odnośnie zbliżających się 18 maja wyborów prezydenckich. Przyznam się szczerze że czekam tego dnia, aby ostatecznie przekonać się na ile mądrość naszego Narodu przetrwała przez te wszystkie potransformacyjne i wszelkie inne zmiany. Ciekawe ile jest Polaka w Polaku? Zadaję sobie to pytanie nie bez przyczyny, gdyż to co obecnie dzieje się w naszym kraju (totalny rozkład aparatu państwowego i próba rozmontowanie również więzów narodowych, a co za tym idzie także społecznych i rodzinnych - bo do tego wszystko zmierza). Poza tym "nasz" tak zwany premier wyjątkowo umiejętnie potrafi stawać na baczność i kłaniać się przed Niemcami. Nie wiem jak Was, ale mnie osobiście to upokarza i dlatego zadaję to pytanie: "Ile w nas jest Polaka?

Za niecały miesiąc wybory prezydenckie które zdecydują tak naprawdę o naszej przyszłości, gdyż będą to wybory o to, czy Polska w ogóle ma istnieć, a nie wybory czy podoba mi się Nawrocki, Trzaskowski, Jakubiak, Mentzen, Biejat czy ktokolwiek inny. Tu już walka toczy się o sprawy fundamentalne o nasze być albo nie być, i o to czy będziemy żyli w kraju bezpiecznym, silnym, stabilnym gospodarczo, czy też staniemy się landem europejskim, nową generalną gubernią, w której w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi i Gdańsku będzie tak samo jak w Paryżu, Londynie, Berlinie czy Mediolanie - brud smród i ubóstwo na ulicach, a wokół ludzie z Trzeciego Świata. 

Niektórzy regionalni prezydenci miast straszą już swoich obywateli że nieprzyjęcie migrantów (a raczej brak zgody na budowę "Centrum Integracji" - cokolwiek by to miało oznaczać, bo wiadomo że z integracją nie ma to nic wspólnego, gdyż tylko idiota może sądzić, że wpuszczając setki tysięcy obcych kulturowo ludzi nie znających języka, kultury kraju do którego zmierzają, ani nie będących w jakikolwiek sposób chętnymi do pracy, że oni się zasymilują z lokalną ludnością. Naprawdę albo trzeba być kompletnym debilem żeby tak sądzić, albo człowiekiem, który z premedytacją i na zimno realizuje pewien plan) że będzie się to wiązało z wstrzymaniem unijnych dotacji. To się pytam - czego!? Od kiedy to Unia Europejska ma swoje pieniądze? Przecież to inne kraje zrzucają się na to  brukselskie pasożytnictwo, które może sobie dzięki temu roić o neo komunistycznej Europie bez państw narodowych i w społeczeństwach wzajemnie wymiksowanych, niezdolnych do podjęcia jakiegokolwiek buntu przeciwko owym panom. 

Polska praktycznie już jest płatnikiem netto, czyli wpłaca do unijnego budżetu więcej niż z niego wyjmuje, ale jeżeli miałbym stawiać na szali bezpieczeństwo mojej kobiety, czy ewentualnie dzieci (których co prawda "jeszcze" nie posiadam) to mówię otwarcie: nie chcemy żadnych "pieniędzy brukselskich", a jednocześnie sami przestaniemy wpłacać do tego komuszego grajdołka i zobaczymy kogo to bardziej zaboli (po wypowiedzeniu ets-ów, zielonego ładu, niebieskiego ładu i oczywiście paktu migracyjnego), a jednocześnie nasi najbliżsi będą bezpieczni, a nasz kraj, nasza piękna Polska nie zostanie zamieniona w chlew, tak jak większość krajów Europy Zachodniej. 

Nigdy nie byłem, nie będę ,nie jestem nawet w tym momencie w którym to piszę - rasistą, moje poglądy są dalekie od jakiegokolwiek uznawania wielkości jednej czy drugiej rasy, ale powiedzmy sobie otwarcie - murzyni są rasą niezwykle agresywną, to po pierwsze; po drugie, rasą która praktycznie nie wytworzyła żadnej cywilizacji (z drobnymi wyjątkami, które jednak były zapożyczeniami z zewnątrz). Natomiast cały rozwój cywilizacyjny naszej Planety odbywał się głównie dzięki rasie białej (kaukaskiej jak kto woli) i rasie azjatyckiej (chińskiej, japońskiej, koreańskiej). To jest smutna prawda, ale tak właśnie jest i nie zmieni tego ani propaganda, ani narzucone nam kalki, które sugerują że "murzyni tworzyli Cywilizację Europejską". Boże kochany, uwierzą w to tylko idioci, albo przerobieni na niewolników ludzie pozbawieni własnych korzeni. To już prędzej uwierzyłbym że taką cywilizację w Europie stworzyli Azjaci.

I właśnie takich ludzi trzeciego świata próbuję się nam tutaj implementować. Problem właśnie polega na tym, że nie mamy polskiego rządu, mamy rząd mianowańców brukselskich i (choć zabrzmi to wyjątkowo mocno) kundli niemieckich. Nie dziwmy się zatem że będziemy broczyć w tej brei, póki ten rząd nie przestanie istnieć. I dlatego tutaj nie chodzi o to czy podoba mi się ten czy tamten kandydat. Chodzi o to, czy my dalej będziemy mogli żyć w naszym kraju i tylko o to chodzi - to jest kluczowa sprawa. Dzisiaj bowiem jak patrzę na Wielką Brytanię i co się zrobiło z tym krajem to mam wręcz przekonanie graniczące z pewnością że to będzie pierwszy w Europie islamski kraj już wkrótce zaraz potem dołączy Francja i Niemcy. A tubylcy? No cóż, albo się dostosują i będą płacić dżizję za to, żeby w ogóle istnieć, albo przejdą na islam, albo... 🔪


MAPA MECZETÓW W EUROPIE 
(Zielony - aktywne meczety 
Czerwony - porzucone meczety 
Biały - brak meczetów)




Zastanówmy się nad tym, bo jest jeszcze czas żeby pewne rzeczy poukładać i zmienić 
w naszym kraju.





piątek, 11 kwietnia 2025

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. XIX

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI 
Cz. XIX
(RETROSPEKCJA)





 Coraz bardziej tracący popularność wśród swych poddanych Karol II "Łysy", zmuszony był do podjęcia zdecydowanych działań przeciwko zagrażającym jego królestwu wikingom, osiadłym na wyspie Oissel na Sekwanie i latem 858 r. wyruszył przeciwko nim z zebraną przez siebie armią. Pokonał ich w jednym ze starć i zamknął w okrążeniu na wyspie, nie był jednak w stanie przepuścić frontalnego ataku i zdobyć Oissel szturmem. W tym samym czasie jego starszy brat Ludwik II "Niemiec" przygotowywał przy arnie do jednoczesnego ataku na słowiańskie plemiona Morawian, Serbów, Obodrytów i Linianów. Przeciw Wielkim Morawom wyruszał najstarszy syn Ludwika "Niemca" - Karloman, na północ, ku plemionom Obodrytów skierował się młodszy syn - Ludwik, zaś przeciwko Serbom wyruszył jeden z wodzów króla Ludwika - Takulfa. Miała to być kampania zarówno karna, jak i zdobywcza. Miano posiąść ogromne łupy i nowych słowiańskich niewolników, a jednocześnie przymusić lokalnych książąt do całkowitej uległości wobec zachodniofrankijskiego władcy. Niepowodzenia poprzednich lat miały zostać zmazane tą jedną, zwycięską kampanią. Jednak nim jeszcze te wyprawy ruszyły, na dwór Ludwika "Niemca" przybyli poddani jego brata Karola "Łysego", prosząc go, aby ukrócił samowolę ich władcy, obalił go i sam zasiadł na tronie Franków Zachodnich, albo wyznaczył tam jednego ze swych synów, gdyż oni nie mogą już dłużej zdzierżyć samowoli i okrucieństwa Karola. Ludwik przyjął ich życzliwie i obiecał "z Bożą pomocą" wesprzeć ich czym prędzej w kolejnych miesiącach. Tymczasem ruszyła wyprawa przeciwko Słowianom i choć "Kroniki Fuldajskie" nie opisują jej dokładnego przebiegu, wiadomo o pewnych jej osiągnięciach. Na odcinku południowym przeciwko Serbom Takulf odniósł sukcesy, zmuszając tamtejsze plemiona do uległości wobec Franków i zakładając nową marchię - "Sorabici limitis", która miała pilnować owej zależności i nie dopuścić do ponownego oderwania się Serbów od zwierzchnictwa Ludwika. Kampania Północna przeciwko Obodrytom zakończyła się połowicznym sukcesem, wzięciem zakładników i uznaniem nominalnej zwierzchności Franków Wschodnich. Najgorzej poszło Karlomanowi w kampanii przeciwko Morawianom, która to zakończyła się porażką, choć nie odnotowano zbyt intensywnych walk. W zasadzie można powiedzieć że Karloman został stamtąd wycofany na polecenie ojca i skierowany na Zachód, w celu obalenia Karola "Łysego".

Był początek sierpnia 858 r. W Królestwie Franków Zachodnich wrzało już na dobre,  przeciwko Karolowi zbuntowali się (m.in.) opat Adalhard z St. Bertin, hrabia Otton i opat klasztoru Marmourier, hrabia Andegawenii i Turenii - Robert Mocny (protoplasta dynastii Kapetyngów, która obejmie władzę w Królestwie Franków Zachodnich w roku 987 i tak naprawdę panować będzie - a przynajmniej jej różne linie dynastyczne - aż do czasów Ludwika XVI, XVIII, Karola X i Ludwika Filipa Orleańskiego, czyli do 1848 r. Nic dziwnego że rewolucjoniści francuscy po obaleniu monarchii w 1792 r. nazwali króla Ludwika XVI "obywatelem Kapetem"). Spora część możnowładztwa zachodniofrankijskiego opowiedziała się przeciwko Karolowi, zdecydowanie wsparł go bodajże jedynie biskup Reims Hinkmar (był to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych metropolitów duchownych i jeden z najbardziej płodnych pisarzy swych czasów. Wspierał Karola "Łysego" od czas objęcia arcybiskupstwa w Reims (845 r.). Często wchodził też w konflikty z papieżami, biskupami i teologami, ale wiernie stawał po stronie swego króla). Wystosował on wobec Ludwika "Niemca" ostrzeżenie, że atakując brata "kroczy ku potępieniu". Zabronił też innym biskupom przyłączania się do buntu możnych przeciwko Karolowi. Tymczasem Ludwik "Niemiec" osobiście stanął na czele wyprawy, która miała obalić jego brata w Królestwie zachodniofrankijskim i wkroczył tam od strony Alzacji. Wojska jego posuwały się bardzo wolno, starając się bardziej zyskać poparcie możnych i biskupów, niż od razu uderzyć na armię Karola. Ten zaś cały czas oblegał Wikingów na wyspie Oissel, jednak gdy dowiedział się iż zdradził go biskup Wenilo z Sens (który dziesięć lat wcześniej w Orleanie koronował go na króla Akwitanii), postanowił zwinąć oblężenie Oissel i wyruszyć przeciwko bratu. Do spotkania obu armii doszło 12 listopada 858 r. w okolicach Brienne nad rzeką Aube. Karol pragnął przed bitwą rozmówić się z bratem, ale ten odmówił. Potem starał się przekonać "swoich" biskupów do rzucenia klątwy na Ludwika, ale ci nie byli skorzy aby to uczynić. W tej sytuacji - wraz z najbliższymi współpracownikami - opuścił obóz nocą, pozostawiając swą armię na pastwę losu. Żołnierze, gdy uświadomili sobie że król ich zostawił, przyłączyli się do Ludwika. Stał się on więc zwycięzcą bitwy, bez bitwy. W tej sytuacji sprzymierzony z Karolem jego bratanek Lotar II - władca Lotaryngii, również przyłączył się do Ludwika.




Cały kraj wydawał się teraz uznawać zwierzchność nowego króla Ludwika, a ten triumfalnie kroczył od miasta do miasta, przyjmując hołdy poddanych, obdarowując ich ziemią i domenami, zwalniając klasztory z dziesięcin i nadając nowe hrabstwa swym zwolennikom. Gdy wkroczył do Reims, arcybiskup Hinkmar powitał go bardzo ozięble. Zamknął przed nim katedrę i zagroził że występując przeciwko bratu, tak naprawdę występuje przeciwko woli Boga, który to powołał Karola jako jednego z królów. Ludwik jednak nie przejął się tymi ostrzeżeniami i ruszył dalej do St. Quentin, gdzie hucznie spędził Boże Narodzenie w klasztorze św. Kwintusa męczennika. Ludwik już czuł się królem Franków Zachodnich i przygotowywał się do swej koronacji, ale ani arcybiskup Reims, ani też biskup Rouen nie zamierzali mu jej udzielić. Wręcz przeciwnie,  Hinkmar przybył do St. Quentin i napominał Ludwika, że to co czyni jest niemiłe Bogu, gdyż występuje przeciwko chrześcijanom, swym braciom i tym samym postępuje niczym poganin. A poza tym Królestwo jest rozdarte, poganie wciąż okupują Oissel dokonując gwałtów i grabieży, jak więc nowy król zamierza temu sprostać? Tym bardziej że pewny siebie Ludwik, na wiosnę 859 r. rozpuścił swoją armię, wierząc że ma oparcie w możnych i poddanych Królestwa. Jeszcze latem 858 r. inna grupa normańskich najeźdźców pustoszy klasztor Saint-Martin w Tours. Ludzie są przerażeni, opuszczają obszary wielkich rzek i zbiegają na tereny położone dalej. W kościołach trwają modlitwy: "Od okrutnego ludu, od Normanów, którzy pustoszą nasz kraj, wybaw nas Panie!" Ludwik nie podejmuje żadnych przeciwko nim działań. Mało tego, Wikingowie z Oissel domagają się "upominków" i Ludwik musi im zapłacić aby nie dokonali kolejnych gwałtów. Hinkmar zapytuje się Ludwika: "Co czynisz, występując przeciwko bożemu pomazańcowi, występujesz przeciwko Chrystusowi, królowi wszystkich pomazańców!" Nawołuje go aby opuścił Królestwo Franków Zachodnich i zwołał synod, który zadecyduje o przyszłości tych ziem. W tym czasie Wikingowie (którzy zdobyli Tours) porwali również opata Saint-Denis Ludwika (858), którego matka Rotruda była córką Karola Wielkiego. Ludwik musi więc wyłożyć złoto i kosztowności na jego uwolnienie z rąk morskich piratów, władców Muchomorza.




Tymczasem w brytańskim Królestwie Wessexu 13 stycznia 858 r. zmarł król Æthelwulf. W testamencie podzielił cały kraj pomiędzy swoich synów, lecz głównym następcą został Ethelbald. Æthelwulf ofiarował również 12,5 funtów srebra na zakup olejów do świateł św. Piotra w Rzymie, oraz taką samą sumę na zakup olejów do świateł św. Pawła (poza Rzymem), aby "Wieczne Miasto" było (w najważniejszych jego częściach) nocą oświetlone. Ofiarował również 100 funtów srebra na prywatny użytek papieża, a poza tym nakazał swym następcom aby wybrali jednego człowieka w swoim Królestwie (bez znaczenia na to, czy ich poddanego czy obcokrajowca) i aż do "Dnia Sądu" (czyli do końca jego życia) zapewnili mu darmowe mięso, napoje i ubrania. A po jego śmierci aby wybrali kolejną taką osobę, i tak dalej, i tak dalej. Ot, taka ciekawostka z Królestwa Wessexu. A w italskim Królestwie Ludwika II (syna zmarłego Lotara I) pierwsze miesiące 858 r. przyniosły śmierć papieża Benedykta III, po jego krótkim, zaledwie trzyletnim pontyfikacie. Nowym papieżem (z poparciem cesarza Ludwika II) zostaje syn znanego urzędnika, miłośnik literatury, człowiek gruntownie wykształcony, niespełna 40-letni Mikołaj I. Ludwikowi wydaje się że będzie mógł go łatwo kontrolować, ale tylko tak mu się wydaje, gdyż Mikołaj I będzie wyjątkowo niezależnym papieżem. Stało się to jasne już w kolejnych miesiącach po jego konsekracji (24 kwietnia 858 r.). Mimo to spokojne panowanie cesarza Ludwika II, jego częste inspekcyjne podróże po Italii (związane z kontrolą poczynań możnych oraz opatów), zapewniły bodajże w tamtym czasie najlepszą władzę dla poddanych Cesarstwa, ze wszystkich ziem podzielonych pomiędzy potomków Ludwika I Pobożnego. Bezwzględnie młody Ludwik II italskim był tym, któremu się chciało coś uczynić dla swych poddanych, a nie tylko przebywać na zamku wśród dworaków lub też podejmować kolejne kampanie (czy to przeciwko wrogom zewnętrznym, czy też pomiędzy braćmi).




Latem 859 r. w Savonniéres niedaleko Toul Ludwik "Niemiec" zwołuje synod biskupi. Przybywa 45 prałatów Neustrii, Akwitanii, Lotaryngii i Prowansji, aby zadecydować nad przeszłością Królestwa Franków Zachodnich. Obecny tam Lotar II z Lotaryngii (młodszy syn Lotara I i brat Ludwika II italskiego) stara się przekonać swego wuja Ludwika "Niemca", aby spotkał się z Karolem "Łysym" i przynajmniej z nim porozmawiał. Arcybiskup Reims Hinkmar namawia jednocześnie Ludwika aby opuścił Królestwo Franków Zachodnich i wrócił do siebie, na co ten ostatecznie - pod wpływem wielu głosów wspierających to Hinkmara, to Lotara - ostatecznie się godzi. Ale przez kilka kolejnych miesięcy do tego spotkania jeszcze nie dochodzi. Ludwik jednak ewidentnie nie radzi sobie z problemami Zachodnich Franków. Wikingowie robią w zasadzie co chcą (ci z Oissel dokonują kolejnych rabunków, żądając jednocześnie kolejnych "upominków"). Ludwik jednak coraz mniej przejmuje się tymi sprawami, głównie skupiając się na modlitwie i kontemplacji. Ale również obecny w Savonniéres Lotar II ma też i swoje kłopoty. W poprzedniej części pisałem o jego nieudanym małżeństwie z Teutbergą, którą konsekwentnie chciał się pozbyć, aby poślubić swą kochankę Waldradę (która urodziła mu jednego, lecz nieślubnego syna - Hugona, a on pragnął uczynić go swym następcą). Starał się więc prośbą i groźbą przekonać małżonkę, aby zgodziła się na rozwód i pozwoliła mu poślubić kobietę, którą kochał. Ta jednak była uparta, a poza tym miała wsparcie tej rodziny, szczególnie zaś swego brata, opata klasztoru św. Maurycego w Valais - Huberta. Był on opatem tylko z nazwy, tak naprawdę był zwykłym rzezimieszkiem, gdyż napadał na podróżnych, rabował ich, a kosztowności znosił do swego opactwa. Nie wahał się również przed popełnianiem najróżniejszych zbrodni i gwałtów, był więc swoistym utrapieniem dla Lotara. Ten, nie wiedząc jak przekonać żonę do rozwodu, uległ namowom biskupa Kolonii - Gunthara, który zaproponował takie rozwiązanie: Teutberga miała zostać jeszcze przed ślubem z Lotarem (855 r.) zgwałcona przez swego brata Huberta i wystarczyło aby kobieta to potwierdziła. Ta jednak kategorycznie zaprzeczyła by doszło do  gwałtu ze strony jej brata. Lotar jednak nie ustępował, ofiarowywał Teutberdze "złote góry" jeśli tylko zgodzi się na rozwód i potwierdzi że została zgwałcona przez brata. Odmówiła. 

Jednak zakochany mężczyzna jest zdolny do wszystkiego i nie patrząc na zdanie żony, oskarżył Huberta o gwałt na siostrze. Ten został aresztowany i wtrącony do lochu, ale przysięgał że jest niewinny i na potwierdzenie tych słów zgodził się na "Sąd boży". Polegało to na tym że przywiązanego do kija obwinionego, wrzucano do wcześniej poświęconej przez księdza rzeki lub jeziora i jeśli nie tonął, oznaczało to że jest winny, bowiem woda - żywioł czysty stworzony przez Boga - nie przyjmie przestępcy. Jeśli zaś tonął, uznawano go za niewinnego i wyciągano z wody za przywiązany w pasie powróz. Jak się można domyśleć Hubert zaczął tonąć, przez co uznano go... niewinnym. Werdykt Sądu Bożego nie spodobał się Lotarowi i zaczął on jeszcze bardziej dojeżdżać swoją małżonkę, aby ta przyznała się do popełnionego na niej przez Huberta gwałtu. Zaczął ją publicznie upokarzać, twierdząc że chroni brata ze wstydu i dodawał że nigdy nie będzie z nią dzielił łoża, gdyż go okłamuje. Presja jaką na nią wywierał ostatecznie poskutkowała i w początkach 860 r. młoda dziewczyna przyznała się do popełnionego na niej gwałtu. Zadowolony Lotar wezwał biskupów na sąd, aby oficjalnie to potwierdziła, co też uczyniła, a następnie wysłał ją do jednego z klasztorów, ciesząc się że wreszcie ma rozwiązane ręce. Gdy trwały przygotowania do ślubu z Waldradą, okazało się że nic z tego nie będzie, gdyż Teutberga (będąc już w klasztorze) odwołała swoje wcześniejsze zeznania (860 r.),  na niej wymuszone. Aby zapewnić o swej i brata swego niewinności, stwierdziła że nie mogła zostać zgwałcona, skoro nadal jest dziewicą. Aby to udowodnić wezwano zakonnice które miały potwierdzić lub zaprzeczyć jej słowom. Potwierdziły, mówiąc że królowa Teutberga rzeczywiście jest dziewicą. Lotar wpadł w szał, zabronił żonie powrotu na dwór, a jej bracia (w tym Hubert) przedłożyli sprawę papieżowi Mikołajowi I pod jego osąd (Teutberga zaś wyjechała na dwór Karola "Łysego" gdzie znalazła schronienie). Sprawa ta toczyła się jeszcze kilka kolejnych lat i ostatecznie Lotar nie mógł się rozwieść, ani też zapewnić swemu nieślubnemu synkowi następstwa tronu.




Wiosną 860 r. w Warq koło Mezierés spotkali się ze sobą Lotar II i Karol "Łysy" (był to wstęp do późniejszego spotkania Karola z Ludwikiem "Niemcem"). Potwierdzono wcześniejszy sojusz pomiędzy oboma częściami cesarstwa (Lotaryngią i Neustrią oraz Akwitanią). W czerwcu 860 r. w Koblencji, w kościele św. Kastora wreszcie spotkali się (będący ze sobą w stanie wojny od dwóch lat) bracia Ludwik i Karol. Ludwik zgadza się opuścić Królestwo Franków Zachodnich i oddać je ponownie w ręce brata, a 7 czerwca składają oni przysięgę (podobną do tej z Mersen sprzed dziewięciu lat), wzajemnie potwierdzając swoje dominia i obiecując że każdemu z poddanych w swych królestwach zapewnią prawo, sprawiedliwość i bezpieczeństwo. Tym razem (w przeciwieństwie do tego co było w Mersen) Ludwik zwraca się do swych poddanych w języku germańskim, a Karol w romańskim. Ludwik wyjeżdża do siebie, tym bardziej że od czasu gdy bezczynnie przebywał na Zachodzie, cały wasalny system plemion słowiańskich na Wschodzie ponownie się posypał. Jeszcze bowiem w 858 r. zaraz po odwrocie Franków, zamordowany został książę serbski - Cieścibor, który został wprowadzony na tron jako lennik Franków. Wkrótce potem Serbowie zrzucili zależność od Franków i sprzymierzyli się z księciem Rościsławem I -  władcą Wielkich Moraw (859 r.). Powoli przybliżamy się do roku 864, gdy dwaj bracia-misjonarze wysłani z Konstantynopola do Wielkich Moraw: Cyryl (Konstantyn) i Metody, staną się następnie apostołami Słowian i twórcami prawosławnej liturgii słowiańskiej. Jednocześnie będziemy mogli opuścić ziemię Franków i ponownie przenieść się nad Bosfor. Tymczasem powrót Ludwika do kraju nie był przyjemny, szybko bowiem przekonał się, że nie jest już tam mile widziany.


CDN.

środa, 2 kwietnia 2025

UMIESZ LICZYĆ, LICZ NA SIEBIE - Cz. I!

CZYLI O TYM, JAK POMAGALI NAM W WALCE Z BOLSZEWICKIM NAJAZDEM ZACHODNI SOJUSZNICY W ROKU 1920





"NIE MOŻE BYĆ WIĘKSZEJ NAUKI POGLĄDOWEJ TEGO, ŻE NA SOJUSZACH POLEGAĆ NIE WOLNO, A TYLKO NA WŁASNEJ SILE"

WŁADYSŁAW GRABSKI 
"IDEA POLSKI"
(1935)


JÓZEF PIŁSUDSKI 
W OTOCZENIU OFICERÓW 
WARSZAWA 
(Jesień 1920)



 Pamiętając wydarzenia roku 1939 (oczywiście "pamiętając" w cudzysłowie 😉), a także obecne wydarzenia toczącej się wojny na Ukrainie, spowodowały, że zacząłem się głębiej zastanawiać nad kwestią pomocy sojuszniczej państw zachodnich dla Polski w roku 1939, a co za tym idzie, doprowadziło mnie to do roku 1920 i tego, co się wówczas wyprawiało w stolicach takich jak Londyn i Paryż (częściowo również Waszyngton) odnośnie wsparcia militarnego czy nawet politycznego walczącej o przetrwanie (a jednocześnie o to, aby Europejczycy na Zachodzie mogli spokojnie wrócić do pokojowego życia po krwawej I Wojnie Światowej i nie musieć doświadczać bolszewickiego terroru) Polsce. Pomoc bowiem państw takich jak Wielka Brytania czy Francja w roku 1920 była... żadna! Mało tego, gdyby ta pomoc była żadna, to i tak byłoby wiele, ale oni wręcz rzucali nam kłody pod nogi, abyśmy się wywalili i żeby jak najszybciej porozumieć się z bolszewicką Rosją i Leninem. Pragnienie powrotu do rozmów z Moskwą, a co za tym idzie do zawarcia traktatu handlowego pomiędzy Wielką Brytanią (jak również Francją) a Związkiem Sowieckim (oczywiście kosztem wszystkich państw które stałyby temu na drodze, w tym Polski) była bardzo silna w Wielkiej Brytanii w tym czasie. Postaram się w tej właśnie serii tematycznej wyjaśnić jak do tego doszło, jak nas mamiono, a wręcz otwarcie... kazano się poddać.


"POLACY NIE TYLKO OKAZALI SIĘ SKRAJNIE GŁUPI, ALE TAKŻE ŚWIADOMIE ZLEKCEWAŻYLI RADY DAWANE IM PRZEZ ALIANTÓW"

PREMIER WIELKIEJ BRYTANII LIOYD GEORGE W ROZMOWIE Z MINISTREM SPRAW ZAGRANICZNYCH RZECZPOSPOLITEJ STANISŁAWEM PATKIEM
LONDYN 
(6 Lipca 1920)


Wręcz trudno uwierzyć w to, do czego dążono i jak bardzo polityka ta była oderwana od rzeczywistości. Większość członków brytyjsko-francuskiej Misji Międzysojuszniczej, wysłanej w końcu lipca 1920 r. do Warszawy (która miała przyjrzeć się polskim przygotowaniom do obrony i w ogóle możliwością tej obrony) była bardzo sceptyczna co do możliwości zatrzymania Armii Czerwonej przez Wojsko Polskie, a niektórzy (jak choćby zaufany człowiek brytyjskiego premiera Davida Lioyda George'a, sekretarz jego gabinetu - baron Maurice Hankey) szczerze nienawidzili Polski.


"... NIE CIERPIĘ POLAKÓW I GARDZĘ NIMI I ŻE NIE WIERZĘ, ABY W DŁUŻSZEJ PERSPEKTYWIE MOŻNA BYŁO ZROBIĆ COKOLWIEK, ŻEBY ICH URATOWAĆ, A WRESZCIE, ŻE WĄTPIĘ, ABY WARTO ICH BYŁO RATOWAĆ. (...) WEDŁUG MNIE, PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ, WSPÓLNA GRANICA ROSJI Z NIEMCAMI JEST NIEUCHRONNA I ŻE MOIM ZDANIEM POWINNIŚMY ZORIENTOWAĆ NASZĄ POLITYKĘ, NA TO, IŻBY TO NIEMCY, A NIE POLSKĘ UCZYNIĆ MUREM POMIĘDZY WSCHODNIĄ A ZACHODNIĄ CYWILIZACJĄ"

MAURICE HANKEY
DZIENNIK
(17 Lipca 1920)



WŁODZIMIERZ LENIN NA PLACU CZERWONYM W MOSKWIE 
(Wiosna 1919) 



Polityków brytyjskich (a po części również francuskich) bardzo bolało, a wręcz przyprawiało o furię, że pomimo klęsk w lipcu 1920 r. i odwrotu Armii ze Wschodu, Polacy nie kapitulowali, nie prosili o zawieszenie broni, mało tego w Warszawie nie było widać oznak paniki, chociaż front bolszewicki bardzo szybko zbliżał się do stolicy Rzeczpospolitej. Sklepy były otwarte, nawet korty tenisowe były czynne (chociaż w tym czasie prawie nie było chętnych aby z nich skorzystać, gdyż ogromna część młodzieży, a także inteligenci, profesorowie uczelni, masowo zaciągali się albo bezpośrednio do Wojska, albo też do Armii Ochotniczej, którą dowodził gen. Józef Haller). Było to niezwykle dziwne dla dyplomatycznych przedstawicieli obcych państw, łącznie z członkami owej Misji Międzysojuszniczej.


"BRAK WSZELKIEJ PANIKI WŚRÓD SZEROKICH MAS LUDNOŚCI JEST WPROST NIEZWYKŁY"

LORD EDGAR VINCENT D"ABERNON
(Przewodniczący brytyjsko-francuskiej Misji Międzysojuszniczej w Polsce)
DZIENNIK 
(Sierpień 1920)


Również zmiana rządu i usunięcie nieradzącego sobie wybitnie wówczas Władysława Grabskiego, a powołanie rządu Obrony Narodowej z Wincentym Witosem na czele, bardzo wiele zmieniło w początkowo dosyć pesymistycznie nastawionym społeczeństwie i Wojsku (w swoim "Roku 1920" Marszałek Józef Piłsudski tak przedstawiał zachowanie gen. Stanisława Szeptyckiego, który wówczas nie radził sobie zarówno prywatnie, jak i z obowiązkami służbowymi i opisuje go tak: "... okazywał ogromny upadek ducha. (...) Na zebraniu kilku generałów u mnie, w Belwederze, oświadczył mi, że właściwie wojna jest przegrana i że sądzi, iż należy zawierać pokój za wszelką cenę"). Anegdota mówi, że rządowa limuzyna, która zawiozła do Wierzchosławic wysłanników Piłsudskiego, wiozących telegram dla Witosa, powołujący go na urząd premiera, zastała go na polu, gdy właśnie orał zagon pod łubin. Po odejściu od pługa i przeczytaniu wiadomości, Witos powiedział że czym prędzej uda się do Warszawy, ale najpierw musi dokończyć orkę. 24 lipca 1920 r. oficjalnie objął tekę premiera. Nowy rząd wystosował też apele do ludu polskiego, aby gremialnie pomogli chłopi w odparciu bolszewickiej nawały (dotąd bowiem do wojska zaciągali się głównie inteligencji i młodzież, natomiast chłopi robili co mogli aby uniknąć służby wojskowej. Zmieniło się to, po dosyć emocjonalnej przemowie Witosa do ludu:


"OD WAS, BRACIA WŁOŚCIANIE, ZALEŻY, CZY POLSKA BĘDZIE WOLNYM PAŃSTWEM LUDOWYM, W KTÓRYM LUD BĘDZIE RZĄDZIŁ I ŻYŁ SZCZĘŚLIWIE, CZY TEŻ STANIE SIĘ NIEWOLNIKIEM MOSKWY, CZY BĘDZIE SIĘ ROZWIJAĆ W WOLNOŚCI I DOBROBYCIE, CZY TEŻ BĘDZIE ZMUSZONA POD BATEM WŁADCÓW ROSJI PRACOWAĆ DLA NAJEŹDŹCÓW I ŻYWIĆ ICH SWOJĄ KRWIĄ I ZNOJEM. ZA TO, CZY PAŃSTWO NASZE OBRONIMY OD ZAGŁADY, SIEBIE OD JARZMA NIEWOLI, RODZINY NASZE OD NĘDZY, A CAŁE POKOLENIA NASZE OD HAŃBY, ZA TO MY, BRACIA WŁOŚCIANIE, ODPOWIEDZIALNOŚĆ PONIESIEMY I PONIEŚĆ MUSIMY"

WINCENTY WITOS 
"ODEZWA DO LUDU POLSKIEGO"
(6 Sierpnia 1920)



KOMUNIZM W PRAKTYCE 



Zofia Dąbska (żona polityka Polskiego Stronnictwa Ludowego Jana Dąbskiego) tak zanotowała słowa Witosa w swym pamiętniku: "Nie chcąc, jestem wzruszona. Zdaje mi się, że w tym głosie słyszę twardą, poważną mowę ludu polskiego, który długo się waha i zwodzi, ale, jak co postanowi, idzie krokiem twardym i niewzruszonym". Rzeczywiście, sytuacja zaczęła się zmieniać, niechętni dotąd wojaczce chłopi, masowo zaczęli zgłaszać się do wojska (no, może nie masowo, ale w ogromnej liczbie). A tymczasem brytyjscy oficjele z Misji Międzysojuszniczej też nie próżnowali:


"POLSKA JEST NIE DO UTRZYMANIA MIĘDZY NIEMCAMI A ROSJĄ. TRZEBA WYCOFAĆ SIĘ Z WSZELKIEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA JEJ LOS I ZOSTAWIĆ JEGO ROZSTRZYGNIĘCIE WIELKIM SĄSIADOM POLSKI"

MAURICE HANKEY 
(Raport do Londynu) 
(Koniec lipca 1920)


4 sierpnia 1920 r w Londynie premier Wielkiej Brytanii David Lloyd George uroczyście powitał sowiecką delegację na czele z Lwem Kamieniewem i Krasinem, deklarując, że jak będzie trzeba, to wymusi na Polakach zakończenie wojny i przyjęcie sowieckich warunków pokojowych, nawet jeśli doprowadziłoby to do wchłonięcia Polski przez sowiecką Rosję. Nie wszystkim jednak taka uległość wobec Sowietów się podobała. Marszałek polny sir Henry Wilson - szef Imperialnego Sztabu Generalnego, tak oto opisał wymuszone na nim przez premiera uczestnictwo w rozmowach z sowiecką delegacją:


"BYŁEM PRZERAŻONY SPOSOBEM, W JAKI L.G. (LIOYD GEORGE) MÓWIŁ O FRANCUZACH I ODNOSIŁ SIĘ DO NICH PRZED TYMI BANDZIORAMI. A TAKŻE TYM NIEMAL SŁUŻALCZYM NASTAWIENIEM, Z JAKIM ZABIEGAŁ O ROSYJSKIE INTERESY I BYŁ WROGI WOBEC POLAKÓW"

Sir HENRY WILSON
(4 Sierpnia 1920)



DRASTYCZNE ZDJĘCIE 
POLSKI OFICER NABITY NA PAL
PRZEZ BOLSZEWIKÓW 
(1920)



Polska w zamian za zawieszenie broni miała się zgodzić na redukcję swych sił zbrojnych do 50 000 żołnierzy, oraz wydanie Armii Czerwonej wszystkich zapasów broni (uzbrojenie to miało trafić na wyposażenie utworzonej w Polsce sowieckiej milicji ludowej). Polska miałaby się też zgodzić na swobodne przejazd wszelkich sowieckich transportów, co de facto likwidowało jakąkolwiek suwerenność, a nawet niepodległość kraju. Poza tym Kamieniew stwierdzał, że wschodnia granica Polski (jaka granica 🥴) będzie przebiegać na tzw. linii Curzona, czyli mniej więcej dzisiejszej wschodniej granicy naszego kraju z Białorusią i Ukrainą. Ale się nie udało, gdyż Lenin - zbyt pewny swego - ufny w zapewnienia Tuchaczewskiego że Warszawa lada dzień padnie, odrzucał wszelkie proponowane mu coraz bardziej żałośnie, w upokarzającej formie prośby Lioyda George'a o zatrzymanie się Armii Czerwonej na linii Curzona, a wówczas Polacy będą zmuszeni podpisać kapitulację i nowy pokój narzucony przez Moskwę. Gdyby na to poszedł (a zastanawiał się nad tym kilka dni), nasza sytuacja byłaby tragiczna. Stalibyśmy się marionetkowym państewkiem, które wcześniej czy później zostałoby wchłonięte przez Związek Sowiecki. To właśnie pycha i pewność siebie Lenina, ocaliła naszą niepodległość, gdyż w Bitwie Warszawskiej Sowieci dostali takiego łupnia, że nie wiedzieli gdzie uciekać. Cztery armie sowieckie (które już widziały się nie tylko w Warszawie, ale również w Berlinie, a zapewne i w Paryżu, Rzymie czy Madrycie) zostały praktycznie unicestwione. Tak opisywał to wydarzenie młody francuski oficer, członek Misji Międzysojuszniczej - Charles de Gaulle: 


"OFENSYWA ROZPOCZĘŁA SIĘ ŚWIETNIE. GRUPA MANEWROWA, KTÓRĄ DOWODZIŁ SZEF PAŃSTWA, PIŁSUDSKI (...) SZYBKO PRZESUWA SIĘ NA PÓŁNOC. NIEPRZYJACIEL, CAŁKOWICIE ZASKOCZONY WIDOKIEM POLAKÓW NA SWOIM LEWYM SKRZYDLE, O KTÓRYCH MYŚLAŁ, ŻE SĄ W STANIE ROZKŁADU, NIGDZIE NIE STAWIA POWAŻNEGO OPORU, UCIEKA W ROZSYPCE NA WSZYSTKIE STRONY ALBO PODDAJE SIĘ CAŁYMI ODDZIAŁAMI (...) ACH, CÓŻ TO BYŁO ZA PIĘKNE POSUNIĘCIE! NASI POLACY JAK GDYBY PRZYPIĘLI SKRZYDŁA, ABY JE WYKONAĆ; CI SAMI ŻOŁNIERZE, PRZED TYGODNIEM WYCZERPANI FIZYCZNIE I MORALNIE, BIEGNĄ NAPRZÓD, POKONUJĄC DZIENNIE 40-KILOMETROWE ETAPY. DROGI ZAWALONE SĄ GRUPAMI JEŃCÓW W OPŁAKANYM STANIE I RZĘDAMI PODWODÓW ZABRANYCH BOLSZEWIKOM"

CHARLES DE GAULLE 
DZIENNIK 
(17 Sierpnia 1920)





A Bitwa Warszawska była tylko pierwszym ciosem wymierzonym w bolszewickiego gada. Dobicie "czerwońców" nastąpiło dopiero w Operacji Niemeńskiej z września 1920 r. Po czym ponownie Wojsko Polskie odzyskiwało dawne ziemie Rzeczypospolitej, wkraczając chociażby do Mińska (dzisiejszej stolicy Białorusi). Lenin wiedział już że tej wojny nie wygra, poprosił więc o pokój. Potem rozpoczęły się rozmowy pokojowe w Rydze i grupa głupich, ludowo-narodowych posłów zgodziła się na żałosne granice, takie jakie mieliśmy w II Rzeczpospolitej, które to granice były dla nas zabójcze, gdyż brak kordonu sanitarnego w postaci niepodległych państw Ukrainy i Białorusi (połączonych z Polską sojuszem militarnym i politycznym), był tak naprawdę dla nas wyrokiem śmierci, który nadszedł 20 lat później, w roku 1939. Ale to już zupełnie inna historia. 





PS: W kolejnej części (zapewne w dniu jutrzejszym) przedstawię jak to wyglądało krok po kroku, mniej więcej od grudnia 1919 r. Pojawią się też dokładne mapy linii frontu, najważniejszych bitew i operacji roku 1920. Tak cholernie teraz brakuje mi wolnego czasu na pewne osobiste przyjemnostki (takie właśnie jak ten temat), ale postaram się zmobilizować. 😉




CDN.

niedziela, 30 marca 2025

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. XVIII

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI 
Cz. XVIII
(RETROSPEKCJA)





 Wracając ze swej rzymskiej pielgrzymki, władca Wessexu - Æthelwulf zatrzymał się jeszcze na frankijskim dworze Karola II Łysego. Ten ponownie powitał go bardzo serdecznie i od razu zaproponował małżeństwo ze swą 13-letnią córką Judytą, na co (dobiegający pięćdziesiątki) Æthelwulf ochoczo wyraził zgodę. Jeszcze w Paryżu została ona koronowana (855 r.) na królową Wessexu (i to pomimo faktu posiadania złych doświadczeń kobiecych rządów w królestwie, z małżonką króla Beorhtrika - Eadburh - o której pisałem w poprzednich częściach). Æthelwulf był jednak zafascynowany swą młodą żoną i to do tego stopnia, że po powrocie do kraju, pozwolił jej siedzieć obok siebie na tronie, co wywołało niechęć, szczególnie wśród jego synów z pierwszego małżeństwa. Szczególnie silnie zaprotestował jego syn, który pod nieobecność ojca pełnił funkcję regenta w królestwie Wessexu- Ethelbald. Był on co najmniej o kilka lat starszy od swojej nowej macochy i nie uśmiechało mu się tolerować kobiety, która mogła sprowadzić na świat ewentualnego syna, a co za tym idzie kolejnego rywala w walce o tron królestwa. Wsparł go w tym energiczny biskup Ealhstan i pewien ealdorman z Somerset. Wydawało się że ze sprzeciwu tego zrodzi się jawny bunt syna przeciwko ojcu (zresztą takowy powoli dojrzewał i otoczenie króla Æthelwulfa bacznie się temu przyglądało, nawołując władcę by ostatecznie poskromił ambitnego potomka i odebrał mu wszelkie możliwości dalszego podburzania poddanych przeciwko prawowitemu królowi). Æthelwulf jednak nie zamierzał nic robić. Jednocześnie korzystał z uroków w swej młodej żony w alkowie, z drugiej zaś strony nie chciał karać syna, dlatego też zaproponował ugodę. Wiosną 856 r. podzielił swe królestwo na dwie części: zachodnią część (wraz z podbitą Kornwalią), przekazał Ealhstanowi, wschodnią zaś (wraz z miastem Winchester) pozostawił sobie i swej młodej żonie, jednocześnie czyniąc Ealhstana swym następcą (w tym też czasie pisał testament, który miał oddawać sprawiedliwość wszystkim jego synom). Takie warunki ugody młody człowiek zaakceptował i zgodził się na podział królestwa.




A tymczasem Karol Łysy w Królestwie Zachodniofrankijskim ponownie miał kłopoty. Co prawda zdołał wydać swą córkę Judytę za mąż za potężnego władcę Brytanii z Wessexu, a jednocześnie zaręczył swego 10-letniego syna Ludwika, z córką władcy Bretanii - Erispoë (jest to nazwa króla Bretanii, a nie jego córki, co może wydawać się mylące), mimo to nie miał powodów do zadowolenia. Jego najstarszy syn Ludwik, (który jednocześnie miał zostać jego następcą), jąkał się, co nie przysparzało mu szacunku i atencji nie tylko poddanych, ale nawet dworaków. Był też słaby fizycznie i bardzo chorowity i choć był jeszcze chłopcem i ojciec starał się wychować syna na dobrego króla i wojownika, to jednak nie udawała mu się ta sztuka. A jego bracia wcale nie być lepsi. Młodsi od Ludwika zaledwie o kilkanaście miesięcy: 9-letni Karol zwany "Dziecięciem" był chory umysłowo, natomiast jego brat, 8-letni Lotar od młodości był sparaliżowany. Ludwik był więc jedyną nadzieją Karola na utrwalenie swego dziedzictwa w kraju Zachodnich Franków, a nie było to wcale łatwe. Największy problem był bowiem z Akwitanią, która wciąż się buntowała. Po spacyfikowaniu i umieszczeniu w klasztorach swych bratanków Pepina i Karola, wydawało się że Akwitania wreszcie zaakceptuje rządy Karola Łysego, ale okazało się to mrzonką. Tym bardziej że w roku 854 po najeździe na Akwitanię syna Ludwika Niemca (władcę Wschodnich Franków) Ludwika Młodszego, Karol nakazał wypuścić Pepina z klasztoru, aby przeciągnąć Akwitańczyków na jego stronę. I to się udało, przerażony rosnącym poparciem Pepina Ludwik Młodszy wycofał się z Akwitanii i wrócił do domeny swego ojca, ale Pepin nie zamierzał już powracać do klasztoru. Nie chciał być marionetką w rękach swego wuja, ponownie zamierzał bowiem zawalczyć o władzę w domenie przyznanej przez dziadka (Ludwika I Pobożnego) swemu ojcu - Pepinowi Akwitańskiemu. Karol nie zamierzał jednak tolerować tej niesubordynacji i jesienią 855 r. ponownie uderzył na Akwitanię, zajął ją i wypędził stamtąd swego bratanka, a dodatkowo w Limoges kazał namaścić na wicekróla Akwitanii swego syna - Karola Dziecię, co spotkało się ze sprzeciwem mieszkańców tej ziemi. Nie chcieli oni bowiem nie tylko mieć jako swego pana, dziecka, które uważane było za niespełna rozumu, ale przede wszystkim nie podobały im się rządy Karola, którego uważali za tyrana, okrutnika i tchórza. Pozostali więc wierni zbiegłemu do Bretanii Pepinowi.

A tymczasem dobiegał kres życia najstarszego z braci - Lotara, który coraz mniej zajęty sprawami doczesnymi, coraz bardziej skupiał się ku religii i zbawieniu duszy (jedyną jego pasją tak naprawdę było jeszcze dzielenie łoża z jego dwoma nałożnicami, ale nie istnieją żadne przekazy czy cokolwiek zdołał jeszcze zdziałać jako mężczyzna, czy też służyły mu one po prostu za "poduszki do snu", tak jak staremu królowi Izraela - Dawidowi, któremu jego żona Batszeba sprowadzała na starość młode dziewice, które miały jedynie grzać jej męża w nocy, "aby nie zmarzł"). Lotara nie interesowały już konflikty pomiędzy braćmi, walka o koronę i zjednoczenie Cesarstwa, interesowało go już tylko jedno - oddanie się Bogu. W tym celu wspierał klasztor w Prüm, leżący na południu gór Eifel. Założony został jeszcze w czasach Merowingów, a dokument fundacyjny klasztoru pochodzi z roku 721, zaś jego fundatorką była frankijska szlachcianka o imieniu Bertrada. Prowadząc bowiem dosyć "swobodne" życie (co było mimo wszystko trudne dla kobiet w tamtych czasach, aczkolwiek wszystko też zależało od pozycji społecznej i posiadanego majątku) Bertrada założyła klasztor w Prüm, gdzie jak stwierdzała w akcie fundacyjnym: miano dzień i noc błagać Boga o odpuszczenie jej grzechów (swoją drogą co mieli powiedzieć zwykli ludzie, których nie stać było na takie fundacje?). We wrześniu 855 r. (dokładnie na tydzień przed swą śmiercią) cesarz Lotar zrezygnował z korony (oddając ją w ręce swego najstarszego syna - Ludwika II, władającego wówczas Italią) i usunął się jako zwykły mnich właśnie do klasztoru w Prüm. Zmarł tam 29 września 855 r. w wieku lat 60). Jego szczątki zostały ponownie odkryte w roku 1721 i przeniesione do dwóch osobnych relikwiarzy, a w roku 1878 cesarz Niemiec i król Prus (notabene jako ciekawostkę dodam, że gardził on tytułem cesarza Niemiec i znacznie wyżej cenił swoją pruską koronę, jako dziedziczną) Wilhelm I, ufundował Lotarowi marmurowy sarkofag. Natomiast rezygnacja z władzy i wstąpienie do klasztoru Lotara, stworzało potem okazję do powstania różnych opowieści, które sprowadzały się do twierdzenia iż o jego duszę walczyły anioły i demony, i ostatecznie anioły zwyciężyły. Jego syn i następca Ludwik II, nakazał wykonać dla ojca cenny, wykładany kamieniami szlachetnymi krzyż zwany potem "Krzyżem Lotara"), który na przedniej swej stronie miał gemmę z podobizną cesarza Augusta, a na tylnej ukrzyżowanego Chrystusa w aureoli.




Lotar w testamencie, podzielił domenę (nad którą sprawował władzę po traktacie w Verdun w 843 r.) pomiędzy swych trzech synów. Ludwik II otrzymał tytuł cesarski (z czym nie zgadzali się jego wujowie: Ludwik II Niemiec i Karol II Łysy, choć koronowany został w Rzymie już w 850 r. - o czym pisałem) oraz władzę nad Italią. Jego młodszy brat - Lotar II przejął Fryzję i część Austrazji (czyli Lotaryngię), a Karol stał się władcą Prowansji i Burgundii. Podział ten wprowadził (jak zawsze) wzajemne niesnaski pomiędzy rodzeństwem, szczególnie zaś dwaj starsi synowie Lotara, dążyli do pozbawienia najmłodszego z braci jego burgundzkiego królestwa, tym bardziej że Karol miał wówczas zaledwie 10 lat, więc starsi bracia chcieli umieścić go w klasztorze, a jego ziemie podzielić pomiędzy siebie. Nie udało im się to tylko dlatego, że możni burgundzcy (którzy pragnęli autonomii), sprzeciwili się temu otwarcie. Ale to nie Karol był w tym czasie na językach całej ówczesnej zachodniej społeczności chrześcijańskiej, tylko jego starszy brat Lotar II, który zamierzał rozwieść się z niedawno co poślubioną (855 r.) żoną - Teutbergą, córkę hrabiego Genewy - Bosona i siostrę opata Huberta z klasztoru świętego Maurycego w Valais. Małżeństwo z Teutbergą było czysto polityczne, wymuszone przez ojca, Lotar bowiem nie kochał jej, a gdy okazało się że nie może zajść w ciążę, zapragnął czym prędzej się jej pozbyć. Tym bardziej że miał już miłość swojego życia - Waldradę (która nie była zwykłą nałożnicą, ani też służebną dziewką, a dostojną damą), dała mu ona syna - Hugona (urodzonego jeszcze w 855 r.) i darzył ją prawdziwym uczuciem. Ale czasy, gdy jego pradziad Karol Wielki, mógł swobodnie oddalać swoje małżonki i poślubiać kolejne - już minęły, teraz bez zgody papieża oddalenie małżonki, czy też wzięcie z nią rozwodu nie było już możliwe. Co prawda Lotar argumentował że Teutberga jest bezpłodna, ale ona sama podważała te słowa, mówiąc że mąż nie odwiedzał jej w alkowie, tylko chodził do kochanki, a ona wciąż jest dziewicą, nie może więc być bezpłodna. Możni królestwa poparli Teutbergę w tym sporze. Na razie jednak spór ten musiał zostać odłożony, a Lotar przez kolejne lata całkowicie zaniedbywał swą małżonkę, spędzając czas praktycznie tylko w towarzystwie Waldrady i swego synka, którego pragnął uczynić następcą. Teutberga spędzała zaś samotne noce, ale nie zamierzała się poddawać i postanowiła zawalczyć o prawo do bycia żoną i królową u boku Lotara II.

Tymczasem rządy Karola Łysego w Akwitanii znów zaczęły się chwiać, tym bardziej, gdy z Bretanii powrócił książę Pepin i już wiosną 856 r. ponownie odzyskał cały kraj. Wszystko znów zaczęło się sypać. To, co z takim poświęceniem udało się wywalczyć, nagle zamieniało się w perzynę i znów trzeba było podejmować kolejne wyprawy w celu przywrócenia status quo. 1 marca 856 r. w St. Quentin Karol Łysy spotkał się ze swym bratankiem Lotarem II i zawiązano tam wzajemny sojusz wymierzony nie tylko przeciwko Pepinowi Akwitańskiemu, ale również (a może przede wszystkim) przeciw Ludwikowi Niemcowi i cesarzowi Ludwikowi II (Karola z Burgundii pomijano jako najmłodszego, gdyż nie widziano w nim realnego konkurenta w walce o władzę i przewodzenie zachodniemu Cesarstwu). Warto w tym miejscu słów parę powiedzieć o synach zmarłego Lotara I, jakimi byli władcami, jak rządzili swymi domenami, i... jakimi też mogli być ludźmi. Zacznijmy od najstarszego, czyli cesarza Ludwika II - władającego Italią. Był to człowiek bez wątpienia żywo interesujący się problemami swych poddanych. Dosyć bogata korespondencja tych czasów, ukazuje dobitnie że ten właśnie władca zajmował się najdrobniejszymi problemami swego królestwa, począwszy od naprawy lub budowy zwalonych i uszkodzonych mostów, a skończywszy na kwestiach bezprawia, dokonywanego na najuboższych ze strony hrabiów i wielmożów królestwa. Jego zainteresowanie problemami poddanych spowodowało, że w ciągu swych trzydziestoletnich rządów (844-875) tylko trzy razy wyjechał z Italii i to na krótko. Jego reformy znacznie wzmocniły kraj, wszędzie też zaprowadzał "karoliński porządek", każąc tych, którzy nadużywali swej władzy przeciwko najsłabszym. Jego rajdy "od pałacu do pałacu", były jednocześnie podróżami inspekcyjnymi po królestwie. Fundował też licznie nowe opactwa i klasztory (często odwiedzając opactwo Saint-Sauveur w Brescii, którego opatką była jego siostra Berta). Żoną Ludwika była Engelberga z rodu Supponidów, która jednak daje mu tylko dwie córki: Gizelę i Ermengardę. Ponieważ Ludwik nie doczeka się syna, przeto znacznymi względami obdarza swego siostrzeńca (syna Berty) Kunitarda, który wychowuje się na jego dworze w Pawii (nigdy jednak nie zostanie następcą Ludwika).




Lotar II - ten zakochany po uszy w damie swego serca Waldradzie, jest zupełnym przeciwieństwem swego starszego brata. Panuje i mieszka w Akwizgranie, cesarskiej stolicy Karola Wielkiego, ale tak naprawdę interesują go tylko sprawy następstwa tronu i spędzanie czasu ze swą ukochaną. Królestwem realnie więc rządzi dwójka arcybiskupów: Gunther z Kolonii i Theutgard z Trewiru. Król zaś uwielbia podróże (choć oczywiście niezbyt dalekie) na które udaje się w towarzystwie kochanki i swego synka, poświęcając się prawie w 100 % rodzinie i myśląc tylko o tym, jak uczynić z małego Hugona swego prawnego następcę. Teutberga zaś - jego małżonka - jest zaniedbywana, a często upokarzana w taki sposób, że przy królewskim stole, obok Lotara siedzi jego kochanka, żona zaś zajmuje dalszą pozycję. Państwem rządzi więc grupa biskupów i możnych świeckich (pod przywództwem Liutfryda - hrabiego Alzacji), którzy dzielą między siebie opactwa, włości i ziemie wedle własnego uznania. Stan ten praktycznie nie zmieni się aż do śmierci Lotara w roku 869 (chociaż nigdy nie uda mu się doprowadzić do anulowania małżeństwa i uznania Hugona za prawowitego dziedzica). Najmłodszy z braci - Karol z Prowansji i Burgundii, również nie włada samodzielnie swym królestwem. Czyni to w jego imieniu hrabia Vienne, regent Girard (dawny hrabia Paryża, który jednak opuścił miasto w roku 843 - jeszcze przed atakiem Wikingów - i przyniósł się do obozu Lotara I). Jest to wielki możnowładca, właściciel licznych ziem, fundator opactw i klasztorów. Jego żoną jest Berta, córka Hugona Trwożliwego z rodu Eutychonidów. To on realnie (z grupą dobranych sobie możnowładców świeckich i duchowych) włada Prowansją. On stoi na czele niezależności królestwa i broni praw młodego króla do ojcowizny (której pragną pozbawić go bracia). Sam Karol jest zresztą za młody aby mógł o czymkolwiek decydować, jednak oparcie się na Girardzie, umożliwia mu bezpieczne dorastanie w cieniu swych braci.




Latem 856 r. "smocze łodzie" o czarnych, prostokątnych żaglach znów wpływają do Sekwany. Paryż płonie Tak samo, jak miało to miejsce 11 lat wcześniej, a Wikingowie nie mają litości dla nikogo (szczególnie zaś dla biskupów, opatów i zakonnic). To samo dzieje się nad Loarą, gdzie również w tym samym czasie zjawiają się normańscy piraci - władcy Muchomorza. Tereny nad Loarą i Sekwaną płoną, ludność albo ucieka, albo ginie, albo trafia do niewoli. Ten atak jeszcze bardziej podkopuje pozycję Karola Łysego w jego królestwie, gdyż teraz przeciwników jego władzy można znaleźć nie tylko w Akwitanii, ale również dalej na północy, w Neustrii która dotąd była jego domeną. Jednak dwukrotne zniszczenie największego neustryjskiego miasta - Paryża, przelało czarę goryczy nawet możnych. Zaczynają się więc próby usunięcia Karola, poprzez nakłonięcie do interwencji jego starszego brata - Ludwika II Niemca. Ale problem jest jeszcze poważniejszy, a mianowicie taki, że Wikingowie którzy spalili Paryż, nie odpłynęli do siebie, tylko osiedlili się na wyspie Oissel na Sekwanie, powodując stałe zagrożenie w tym regionie. Powolne zbieranie wojska przez Karola, czyni jeszcze większe skazy na jego wizerunku jak władcy, tym bardziej że wiosną i latem 857 r. Wikingowie z Oissel ponownie plądrują okolicę, docierając aż do Langres na wschodzie kraju. Karol ma doprawdy nie ciekawą pozycję: Akwitania ponownie stracona na rzecz Pepina, Neustria zaś krwawiąca i gotowa do buntu. Karol aby utrzymać władzę nie ma wyjścia, w ruch musi pójść katowski topór i pracuje on niezwykle intensywnie w tym okresie, każąc wszelkich "buntowników i zdrajców". Jednocześnie Karol gromadzi wojsko które ma wypędzić Normanów z Oissel i przywrócić porządek (pisząc o spaleniu Paryża, mam na myśli tereny leżące na północ i południe od wyspy Ile de Cité, której Wikingowie ponownie nie zdobyli i gdzie chroniła się ludność z pozostałych rejonów miasta).

Coś mało dzisiaj było o Ludwiku Niemcu, dlatego też szybko naprawiam ten błąd. Nieudana inwazja na państwo wielkomorawskie Rościsława I (855 r.) o której pisałem w poprzedniej części, pobudziło inne słowiańskie ludy do próby buntu przeciwko Cesarstwu. W sierpniu 856 r. Ludwik Niemiec wyruszył na Połabie przeciwko plemieniu Dalemińców. Spustoszył ich ziemie, a następnie ruszył na Czechów. "Roczniki Bertyńskie" pod tą właśnie datą piszą o znacznych stratach wśród rycerstwa wschodniofrankijskiego, (szczególnie wielu poległo hrabiów), ale udało się kilku czeskich wodzów zmusić do złożenia przysięgi na wierność Ludwikowi (po wycofaniu się Franków natychmiast zapomną o tej przysiędze). Wyprawa ta więc zakończyła się połowicznym sukcesem, a może nawet ponowną porażką, gdyż wyprawy przeciwko Czechom trzeba było powtarzać w kolejnych latach. Jednocześnie "Kroniki Salzburskie" pod datą 856 r. odnotowują wyprawę najstarszego syna Ludwika - Karlomana przeciwko niezidentyfikowanym plemionom Słowian (prawdopodobnie była to kolejna wyprawa przeciwko Morawianom), ale nic więcej na ten temat nie wiadomo, nawet jak ona się zakończyła (zapewne również porażką, gdyż inaczej pochwalono by się sukcesem). Trzeba też dodać, że Słowianie, którzy w tamtym czasie byli porywani (czy też kupowani jako niewolnicy) a następnie wysyłani (szczególnie) do krajów muzułmańskich, do Damaszku, Bagdadu, Samary czy Kordoby (często robiąc tam niesamowite kariery, jako nadworni lekarze, żołnierze czy - w późniejszym okresie - władcy tych krain, szczególnie na Półwyspie Iberyjskim, gdzie Słowianie realnie rządzili znacznymi terenami Hiszpanii), już wówczas byli traktowani przez Wschodnich Franków jak... podludzie. Określenia takie jak: "Wspólnicy szatana, których należy zniszczyć wszelkimi środkami, jeśli się nie nawrócą do sprawy Bożej", czy też nazwani "robactwem" i przeznaczeni do wycięcia "jak trawa na łące" - wcale nie są już w tym okresie wyjątkiem. Mnich Notker z St. Gallen (a jednocześnie wojownik, sprawnie posługujący się mieczem i włócznią) mówi chociażby takie oto słowa: "Cóż wy mi tu z tymi płazami? Siedmiu czy ośmiu, a nawet dziewięciu nadziewałem na mą włócznię i ciągnąłem ze sobą, nucąc pod nosem". Słowianie są "źli" i to wszyscy, bez względu na wiek i płeć, a jeśli się nie ochrzczą, należy ich wszystkich wybić. Żyjący w tym czasie poeta Otfryd z Weissenburga (zmarły w 870 r.) pierwszy znany pisarz, piszący w języku staro-górnoniemieckim, otwarcie przekonuje zaś iż: "Frankowie są narodem bogobojnym, a Bóg jest z nimi wszędzie: wszystko co myślą i czynią, myślą i czynią z Bogiem" - czyli innymi słowy: naród panów, Hitler nie był wcale wyjątkiem, był konsekwencją ponad tysiąca lat frankijsko-germańskiego szowinizmu wobec Słowian, szczególnie zaś Polaków, jako najpotężniejszej nacji, która blokowała ekspansję niemczyzny na Wschód.


OGROMNĄ ROLĘ W HANDLU SŁOWIAŃSKIMI NIEWOLNIKAMI ODGRYWALI KUPCY ŻYDOWSCY 



Nieudane wyprawy z roku 856, zostały powtórzone w roku 857. Czechy ponownie zostały najechane, tym razem Wschodnimi Frankami dowodził biskup Otgar z Eichstatt, palatyn Rudolf i hrabia Ernest. Czechami władał wówczas książę Sławociech, ale frankijska wyprawa skierowała się na północ kraju, docierając do (nie wymienionego z nazwy) grodu, gdzie zamknął się syn Sławociecha - Wiztrach. Gród ten został zdobyty przez Franków. Nic natomiast nie wiadomo na temat jakiegokolwiek wsparcia, czy też pomocy, udzielonej Czechom z kraju Lechitów. W tym czasie na tych terenach panował król Koszyszko/Piast (choć niektórzy twierdzą że nie istniał, jestem innego zdania). Znane jest też imię jego hetmana: Nawoy Starża herbu Topór, który stał na czele lechickiego wojska (wojownikiem był w tym czasie również syn i następca Koszyszko/Piasta - książę Ziemowit). Ale historia milczy na temat jakichkolwiek wypraw Lechitów przeciwko Frankom, czy też Franków na ziemie Lechitów w tym okresie. Cóż, przejdźmy więc dalej i wróćmy nad Sekwanę, bo Karol Łysy właśnie zgromadził armię i wiosną roku 858 wyprawił się przeciwko Wikingom z Oissel.


GRÓD KSIĄŻĘCY W GNIEŹNIE Z CZASÓW PIASTA KOŁODZIEJA (KOSZYSZKO)



CDN.