Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WSPOMNIENIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WSPOMNIENIA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 grudnia 2024

FRANCUSKIM OKIEM - Cz. II

CZYLI PAMIĘTNIKI LEONA NOËLA 
O POLSCE 
lat 30-tych





Jak wyglądała przedwojenna Polska widziana okiem Francuzów? W zasadzie zaś jednego Francuza - ambasadora Republiki w Rzeczpospolitej (od maja 1935 do września 1939 r.) Leona Noëla. O tym opowiedzą jego "Pamiętniki" spisane w latach II wojny światowej, a po raz pierwszy wydane w Polsce w roku 1946. Jak więc wyglądała Polska Piłsudskiego oczami Francuza, jak widział on polską politykę (a należy nadmienić że nie przepadał on za ministrem spraw zagranicznych Rzeczpospolitej - Józefem Beckiem, a tamten również odwzajemniał to uczucie). Wreszcie jak wyglądała agresja niemiecka na Polskę widziana oczami ambasadora Francji? O tym wszystkim zamierzam opowiedzieć, cytując (w większych lub mniejszych fragmentach) pamiętniki Noëla z czasów pobytu w Polsce, zatytułowane: "L'agression Allemande contre la Pologne" ("Agresja niemiecka na Polskę").
Zapraszam.






AGRESJA NIEMIECKA NA POLSKĘ 
(LEON NOËL)



POLSKA PIŁSUDSKIEGO 
Cz. II


LEON NOËL 



 Żaden ze współpracowników Piłsudskiego nie dorósł do objęcia po nim sukcesji, a w każdym razie żaden nie zdołał narzucić swojej woli innym. A ci spomiędzy nich, którzy objęli po nim kierownictwo polityki polskiej, usiłowali w imię przesadnej wierności jego pamięci postępować do końca zgodnie z tym, co uważali - słusznie lub nie - za myśl Marszałka. I tak Piłsudski przeżył samego siebie: jego wyznawcy rządzili w dalszym ciągu, powołując się na niego, lecz nie posiadając ani jego prestiżu, ani intuicji, ani zręczności, której tylokrotnie dowiódł w swych młodszych latach.

Prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki, obrany po raz pierwszy w 1926 r. i powtórnie w 1933 r., pozostał na swym stanowisku po uchwaleniu konstytucji z dnia 23 kwietnia 1935 r. Konstytucja ta, nadając mu najbardziej rozległe uprawnienia, czyniąc go odpowiedzialnym wyłącznie "przed Bogiem i przed historią", uznając zasadę, że "jedyna i niepodzielna władza w państwie" koncentruje się w jego osobie, powierzyła mu rolę, do której nie był przygotowany i do której odegrania bynajmniej nie dążył.


PREZYDENT RZECZPOSPOLITEJ 
IGNACY MOŚCICKI 



Uczony chemik, skromnego pochodzenia, współczesny Marszałka i, jak on, dawny socjalista, zmuszony został przez władze carskie wraz z wielu innymi do opuszczenia kraju. Przebywał w Szwajcarii, długo wykładał na uniwersytecie we Fryburgu i otrzymał tam obywatelstwo szwajcarskie. Nie pozbawiony imponującej godności, majestatu, jak gdyby urodził się w pobliżu tronu, o obejściu ujmującym, uprzejmy i taktowny, posiadał zalety szefa państwa, którego rola, według dawnej konstytucji, ograniczała się przede wszystkim do funkcji reprezentacyjnych (Polska konstytucja marcowa z roku 1921 była wzorowana w dużej mierze na konstytucji francuskiej, a raczej na francuskich ustawach konstytucyjnych z roku 1875, znacznie ograniczających rolę głowy państwa czyli prezydenta. Było to związane z obawami zarówno w Polsce jak i we Francji przed zbyt wielką władzą, zgromadzoną w rękach wybitnych jednostek: Józefa Piłsudskiego czy marszałka Patryka de Mac Mahona. Natomiast polska konstytucja kwietniowa z roku 1935 została później skopiowana przez Francuzów po przejęciu władzy przez de Gaulle'a w roku 1958 i obowiązuje we Francji po dziś dzień). Za życia Piłsudskiego nadawał się najzupełniej do roli, która mu przypadła w udziale. Pozbawiony autorytetu Marszałka, nie mógł wypełnić pustego miejsca wytworzonego śmiercią Piłsudskiego. (...)

I tak w środowisku piłsudczyków osobistością najwybitniejszą, najbardziej wpływową, a jednocześnie wywołującą najsprzeczniejsze sądy, był przez następne cztery lata płk Beck, minister spraw zagranicznych od jesieni 1932 r. Wielka rola jaką płk Beck odegrał w ówczesnych wydarzeniach, oraz moje ustawiczne z nim stosunki skłaniają mnie do zatrzymania się nieco dłużej nad jego przeszłością, sylwetką, charakterem. Była to zresztą jedna z osobistości najciekawszych, najbardziej pod niektórymi względami niezrozumiałych, a zarazem najbardziej interesujących, z jakimi zdarzyło mi się obcować. Aczkolwiek polityka jego zmuszała mnie często do przeciwstawienia się jej i może więcej niż ktokolwiek ubolewałem nad jego metodami, a nieraz nawet ucierpiałem z ich powodu (Noël - jak każdy Francuz - chciał aby Warszawa była klientem, a nie partnerem Paryża, natomiast Beck dążył właśnie do relacji partnerskich w tym "związku"), To jednak sądzę, że potrafię zachować całkowity obiektywizm, jakiego wymaga charakter tej pracy oraz jaki narzuca niezaprzeczalny patriotyzm byłego ministra, nieszczęścia jego ojczyzny i jego własne, a nawet pewne cechy jego silnej indywidualności. Nie będzie to żadną specjalną wyrozumiałością z mej strony, gdyż chociaż nie zgadzaliśmy się często, nigdy osobiście uskarżać się na niego nie mogłem. W najcięższych okolicznościach okazywał mi nie tylko najbardziej wyszukaną uprzejmość, lecz - nie waham się powiedzieć tego - wszelkie względy należne przedstawicielowi Francji (mówiłem, typowy Francuz).


płk. JÓZEF BECK 



Józef Beck miał zaledwie czterdzieści jeden lat, gdy przybyłem do Polski. Bardzo wysoki, szczupły, elegancki, nienagannie grzeczny, gdy chciał, potrafił być nawet miły i ujmujący. Rozmawiał chętnie i przystępnie, a po francusku wyrażał się poprawnie (przed wybuchem II Wojny Światowej językiem międzynarodowym - szczególnie w Europie - był właśnie francuski, a nie angielski). Był błyskotliwy, mógłby łatwo jednać sobie sympatie, gdyby uniknął wady będącej zwykle udziałem ludzi zbyt młodo dochodzących do zaszczytów, jak również gdyby pozostawiał innym dostrzeganie jego wartości i posiadał dar zdobywania opartego na zaufaniu, bezpośredniego kontaktu, który pozwalałby zapominać o cechach ujemnych, właściwych, w mniejszym lub większym stopniu, każdemu.

Pochodził z Galicji, z rodziny należącej do klasy średniej, a wywodzącej się, jak mówił, od korsarzy holenderskich, czym tłumaczył swe zamiłowania marynistyczne. Od najmłodszych lat doświadczał srogości rządów carskich. Ojciec jego, gorący patriota który z czasem został podsekretarzem stanu w gabinecie Paderewskiego (1919 r.), przeszedł przez więzienie w Cytadeli warszawskiej. Skazany następnie na wygnanie, osiadł przejściowo w Rydze, gdzie syn jego, Józef, zaczął chodzić do szkół, prowadzonych w języku niemieckim, zgodnie ze starym zwyczajem utrzymanym na Łotwie przez władze carskie. Dzięki temu przyszły minister spraw zagranicznych znakomicie władał tym językiem (to nieprawda! Józef Beck nauczył się niemieckiego w Galicji, gdzie w latach 90-tych XIX wieku wyemigrował jego ojciec wraz ze swoją drugą żoną, która będąc wyznania unickiego, musiała uciekać z ziem polskich będących pod rosyjskim zaborem, z obawy przed przymusowym przejściem na prawosławie)

Przed wojną 1914 r. Beck studiował w Wyższej Szkole Handlowej w Wiedniu, ale porzucił ją gdy tylko rozpoczęły się działania wojenne, aby wstąpić do legionów Piłsudskiego. Bieg wydarzeń nie dał mu możności dopełnienia jednostronnego, ściśle zawodowego wykształcenia, które pozostało już na zawsze niekompletne. Był na tyle inteligentny, że zdawał sobie z tego sprawę i nie dopuszczał, aby rozmówca, przewyższający go pod tym względem, sam to zauważył. Chętnie uprzedzał go i przyznawał - zresztą bez fałszywej skromności - braki swego ogólnokulturalnego wykształcenia. Mógł na to sobie tym bardziej pozwolić, że był bezsprzecznie obdarzony dużymi zdolnościami. Bardzo bystry, przyswajał sobie umiejętnie i niezwykle szybko pojęcia, z którymi się stykał. Posiadał znakomitą pamięć, nie potrzebował najmniejszej notatki, aby zapamiętać udzieloną mu informację lub przedstawiony tekst. Z łatwością władał piórem, mając nietrudny do odróżnienia styl. Znamienną jego cechą była niezwykła finezja wypływająca z świadomie pielęgnowanej tendencji do ukrywania myśli.

Płk Beck posiadał niewątpliwie duże uzdolnienia do dyplomacji: myśl zawsze czujną i żywą, pomysłowość, zaradność, wielkie opanowanie, głęboko wpojoną dyskrecję, zamiłowanie do niej; "nerw państwowy", jak to nazwał Richelieu, no i konsekwencję w działaniu. Znając go można zrozumieć - z całym uznaniem - że Piłsudski tego właśnie młodego oficera skierował ku sprawom zagranicznym. Był to groźny partner. Dyskusja z nim była trudna, przypominała starcie na florety z mistrzem fechtunku. Posiadał rozwinięty w najwyższym stopniu dar "prześlizgiwania się", według wyrażenia jednego z moich cudzoziemskich kolegów, co w jego zrozumieniu oznaczało "wymykanie się". Umiał uczynić swą myśl nieuchwytną, a rozmówca jego daremnie starał się ją sprecyzować: wymykała mu się, jak węgorz wyślizguje się z ręki.

Piłsudski zwrócił bardzo wcześnie uwagę na młodziutkiego legionistę. Wziął go do swego sztabu, powierzał mu funkcje w II Oddziale, a w 1922 r. mianował attaché wojskowym w Paryżu. (..) Ta pierwsza część kariery Józefa Becka pozostawiła w nim głęboki ślad. Zachował tendencję do przenoszenia w dziedzinę dyplomacji metod postępowania stosowanych w II Oddziałach i wywiadach wojskowych. Jego działalność późniejsza bardzo na tym ucierpiała. Po przewrocie majowym płk Beck został szefem gabinetu Piłsudskiego w Ministerstwie Spraw Wojskowych. W 1930 r. rozpoczyna się jego kariera dyplomatyczna i zostaje podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, przy ministrze Auguście Zaleskim. W jesieni 1932 r. ten ostatni musiał mu ustąpić miejsca, które Beck zachował aż do klęski Polski w ponurych dniach wrześniowych 1939 r. 





PS: Należy pamiętać że z chwilą przybycia do Polski nowego ambasadora Francji - Leona Noëla, stosunki pomiędzy Warszawą a Paryżem były dosyć chłodne. Składało się na to wiele czynników: wypędzenie polskich górników i pracowników rolnych z Francji w 1934 r. (Wraz z kryzysem zapoczątkowanym w październiku 1929 r. krachem na Wall Street, Francja zaczęła coraz bardziej dbać o rodzimych pracowników, a problemy z cudzoziemcami zaczęły się już w sierpniu roku 1932 r. W roku 1934 podczas sesji Parlamentu premier Francji - Pierre Flandin stwierdził: "Jest rzeczą zupełnie normalną poproszenie cudzoziemskich robotników, aby powrócili do swoich krajów, skoro górnik francuski jest bezrobotny", a gdzieś od maja 1934 r. minister spraw wewnętrznych Albert Sarraut rozpoczął akcję "wypędzania z kraju elementów niepożądanych", dotyczyło to w ogromnej części polskich górników i robotników najemnych. Notabene niemiecka prasa wykorzystała ten polsko-francuski konflikt, aby jeszcze bardziej wbić klin w relacje Warszawy i Paryża). 

Wcześniej jeszcze, w roku 1931 ze względu na Wystawę Światową organizowaną w Paryżu, Francuzi wykorzystali ten pretekst aby przynieść polską ambasadę w inne, mniej eksponowane miejsce, co było w zasadzie początkiem owego konfliktu. Do tego w latach 1932-1934 doszła tzw. "afera żyrardowska" i "afera elektrowni warszawskiej" - będącej w rękach kapitału francuskiego. Szczególnie zaś podpisanie polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy ze stycznia 1934 r. wprawiło Francuzów w prawdziwą furię. Co prawda nie zamierzali się oni godzić ani na wojnę prewencyjną z Niemcami (jaką proponował im Marszałek Piłsudski), a realnie od początku lat trzydziestych dążyli do znacznego osłabienia polsko-francuskiego układu o wzajemnej pomocy z 1921 r. Natomiast Warszawę, Pragę, Bukareszt i Belgrad widzieli Francuzi w swojej strefie wpływów i podpisanie polsko-niemieckiego układu było wyłomem w tym systemie, co bardzo im się nie spodobało. Uznali bowiem że głównym winowajcą tego jest właśnie pułkownik Józef Beck i celem działalności Leona Noëla w Polsce po 1935 r. (który tak pięknie chwali Becka w swych pamiętnikach), było doprowadzenie właśnie do jego usunięcia z urzędu. Starał się to uczynić na różne sposoby, do czego jeszcze powrócę w kolejnych częściach.


CDN.

poniedziałek, 2 grudnia 2024

FRANCUSKIM OKIEM - Cz. I

CZYLI PAMIĘTNIKI LEONA NOËLA 

O POLSCE 

lat 30-tych





Jak wyglądała przedwojenna Polska widziana okiem Francuzów? W zasadzie zaś jednego Francuza - ambasadora Republiki w Rzeczpospolitej (od maja 1935 do września 1939 r.) Leona Noëla. O tym opowiedzą jego "Pamiętniki" spisane w latach II wojny światowej, a po raz pierwszy wydane w Polsce w roku 1946. Jak więc wyglądała Polska Piłsudskiego oczami Francuza, jak widział on polską politykę (a należy nadmienić że nie przepadał on za ministrem spraw zagranicznych Rzeczpospolitej - Józefem Beckiem, a tamten również odwzajemniał to uczucie). Wreszcie jak wyglądała agresja niemiecka na Polskę widziana oczami ambasadora Francji? O tym wszystkim zamierzam opowiedzieć, cytując (w większych lub mniejszych fragmentach) pamiętniki Noëla z czasów pobytu w Polsce, zatytułowane: "L'agression Allemande contre la Pologne" ("Agresja niemiecka na Polskę"). Zapraszam.



VARIA




 "Stale i ze wszystkich stron dochodziły do nas wezwania rządu polskiego i naszych polskich przyjaciół (...) stawały się one coraz bardziej trwożne ze względu na jawne pogarszanie się sytuacji militarnej, która rozwijała się z niespotykaną szybkością. (...) Kierownicze sfery wojskowe zaczynały się niepokoić, widząc, że mocarstwa zachodnie nie kwapią się zbytnio z interwencją. Zaczynały się już obawiać, że nastąpi ona zbyt późno, aby ocalić Polskę od inwazji, a wojsko jej od całkowitej klęski. 

W nocy z 2 na 3 września miałem niezmiernie przykrą przez cały czas rozmowę z Beckiem, a potem z panią Beckową, z którą przywitałem się, wychodząc z gabinetu jej męża, podczas gdy ona czekała w małym saloniku obok pełna niepokoju, czy przyniosę wreszcie wiadomość oczekiwaną przez wszystkich Polaków. Nie mogłem nie rozumieć ich zwiększającego się zaniepokojenia, ale nie mając żadnych instrukcji i prawie żadnych wiadomości z Paryża, nie byłem w możności uspokoić ich".


 Po niemieckiej agresji na Polskę 1 września 1939 r. Francuzi czy mieli wszystko, aby tylko nie wejść do tej wojny. Wymyślili więc nową konferencję pokojową z udziałem Wielkiej Brytanii, Niemiec, Włoch i oczywiście Francji, która miała rozwiązać kwestię niemieckich żądań terytorialnych w Polsce i tym samym zakończyć wojnę. francuski rząd Edouarda Daladier mocno liczył na wsparcie Mussoliniego i Włoch, którzy mieli przekonać Hitlera do wycofania wojsk z Polski i Mussolini już 2 września wyszedł z taką inicjatywą, ale od razu odrzucił ją rząd brytyjski Neville'a Chamberlaina, twierdząc że o żadnych układach nie ma mowy, dopóki wojska niemieckie są w Polsce. Część polityków Partii Pracy zaczęła twierdzić iż Wielka Brytania powinna wypowiedzieć wojnę Niemcom bez oglądania się na Francję. Wieczorem 2 września (po konsultacji z Daladierem) ustalono treść brytyjskiego ultimatum, które dnia następnego miało zostać złożone Hitlerowi. 3 września o godzinie 9:00 rano, tekst ultimatum wręczył führerowi Rzeszy Niemieckiej brytyjski ambasador w Berlinie - Neville Henderson, a brzmiał on następująco: jeśli do godziny 11:00 3 września 1939 r. wojska niemieckie nie zaprzestaną agresji przeciwko Polsce, Wielka Brytania znajdzie się w stanie wojny z Niemcami.

Hitler był zszokowany tą deklaracją, gdyż do tej pory był przekonany że Wielka Brytania i Francja nie kiwną palcem w obronie Polski, a utwierdzał go w tym przekonaniu minister spraw zagranicznych Rzeszy - Joachim von Ribbentrop. Po wyjściu Hendersona, Hitler wręczył tekst ultimatum Ribbentropowi ze słowami: "I co teraz?" Niemiecki minister wpatrywał się w ów tekst w całkowity milczeniu i dopiero obecny tam również premier Prus i minister lotnictwa Rzeszy - Hermann Goering powiedział: "Jeżeli przegramy tę wojnę, to niech Bóg ma nas w opiece". Tymczasem w Londynie na Downing Street 10 z niepokojem patrzono na zegarek i mijające minuty, wyczekując przybycia niemieckiego ambasadora z wiadomością o zaprzestaniu działań wojennych w Polsce. Nic takiego nie nastąpiło i gdy Big Ben wybił godzinę 11:00 jeden z brytyjskich sekretarzy zatrzymał zegar, następnie za szklane wieko włożył kartkę z informacją aby nie uruchamiać zegara dopóty, dopóki Hitler nie zostanie pokonany. O godzinie 11:15 premier Chamberlain wygłosił przez radio orędzie do narodu, w którym informował że Wielka Brytania znalazła się w stanie wojny z III Rzeszą Niemiecką. Ludzie słuchali tego orędzia w domach i na ulicach, smutni i pogrążeni w myślach... niektórzy płakali inni pocieszali się wzajemnie, ale te chwile szybko ustąpiły, gdy w mieście rozległy się syreny alarmowe - Nalot!!! Pierwszy od zakończenia I Wojny Światowej. Ludzie rozbiegli się w panice po domach, chowając po piwnicach i innych zakamarkach aby ocalić życie. Szybko okazało się że to był fałszywy alarm, ale życie mieszkańców Londynu i innych miast Wielkiej Brytanii uległo odtąd diametralnej zmianie. 

Jak opisuje to Antony Beevor: "Na czerwonych skrzynkach pocztowych wymalowano żółte pasy, specjalną farbą zmieniającą kolor pod wpływem gazów bojowych. Szyby w oknach zaklejano paskami papieru, chroniącymi przed odpryskami szkła. Wygląd ulicznych tłumów też uległ zmianie: pojawiło się dużo więcej mundurów, a cywile nosili w tekturowych pudełkach na sznurku maski przeciwgazowe. Dworce kolejowe były zapchane ewakuowanymi dziećmi, które miały na ubraniach karteczki z nazwiskami i adresami. (...) Nocami, po zaciemnieniu, niczego nie dawało się rozpoznać. (...) Wielu ludzi po prostu przesiadywał w domach za zaciągniętymi w oknach kotarami, słuchając rozgłośni BBC". Francuzi również poszli w ślady Brytyjczyków (nie mogąc liczyć na żadną konferencję pokojową, która miała ponownie oddać Hitlerowi cudze ziemie i kupić trochę czasu czyimś kosztem) i również wystosowali ultimatum, zostawiając sobie jednak czas na wypowiedzenie wojny do godziny 17:00. Dopiero po upływie tego terminu Paryż ogłosił, że również znajduje się w stanie wojny z III Rzeszą.

W Berlinie nie było bojowego nastroju, panowała natomiast od 1 września jakby skrywana nieco żałoba, a z pewnością nie widać było po ludziach żadnych objawów radości z toczonej wojny, co najwyżej ciekawość. Jednak po wypowiedzeniu wojny III Rzeszy przez Wielką Brytanię i Francję większość Niemców obawiała się klęski w wojnie na dwa fronty, która przecież doprowadziła II Rzeszę do upadku w roku 1918. Zupełnie inne nastroje panowały od 3 września w Warszawie. Na wiadomość o wypowiedzeniu wojny Niemcom przez aliantów zachodnich, ludzie masowo zaczęli gromadzić się najpierw pod ambasadą brytyjską, potem pod francuską i wznosić okrzyki: "Niech żyje Anglia!", "Niech żyje Francja!". Radio grało hymny obu tych państw, a minister Józef Beck (który do tej pory był nabuzowany niczym balon, obawiając się najgorszego), mógł wreszcie odetchnąć, widać było że ciśnienie z niego zeszło. Stwierdził też wówczas: "Naród miał prawo postawić mnie pod mur i rozstrzelać, gdyby oni nie byli weszli do wojny". Na ulicach (wśród głosów chwalących aliantów zachodnich), można było również usłyszeć głosy chwalące Józefa Becka, gdyż jego polityka doprowadziła do wciągnięcia do - jak planował Hitler - lokalnej wojenki, dwa najpotężniejsze państwa Europy Zachodniej. Beck udał się również do brytyjskiej ambasady gdzie wraz z ambasadorem Howardem Kennardem wygłosił z balkonu ambasady krótkie przemówienie do zgromadzonych przed ambasadą tłumów. Również Leon Noël opisywał tłumy pod ambasadą francuską: "Przyjaciele, ale również nieznajomi, względnie ludzie anonimowi, przynosili do ambasady kwiaty, często z listami doprawdy wzruszającymi. Padały okrzyki na cześć Francji i jej przedstawiciela, śpiewano poszczególne zwrotki Marsylianki. Były to sceny nie do opisania, a tłum stawał się tak wielki, że trzeba było zamknąć bramy pałacu, aby uniknąć jego zalewu (...) nie mogłem tym rozentuzjazmowanym i pełnym jeszcze złudzeń tłumom powiedzieć słów, które pragnęły usłyszeć".




W domu państwa Becków na stole stały trzy chorągiewki symbolizujące Francję, Wielką Brytanię i Polskę, ta Polska stała pośrodku i jak opisuje sekretarz ministra Becka - Paweł Starzeński niezwykłe wydarzenie, które miało miejsce wkrótce po wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Wielką Brytanię i Francję: "Na stole w pokoju jadalnym stały (...) tego wieczoru trzy chorągiewki państw, znajdujących się od dzisiaj razem w walce. Polskie barwy były umieszczone między Francją a Wielką Brytanią. Bez żadnego powodu, nikt stołu nie trącił, okna były zamknięte, przeciągu nie było, nasza chorągiewka nagle się przewróciła. Obecni popatrzyli po sobie, nikt się słowem nie odezwał".



AGRESJA NIEMIECKA NA POLSKĘ 
(LEON NOËL)





POLSKA PIŁSUDSKIEGO 
Cz. I


 Przybyłem do Warszawy w ostatnich dniach maja 1935 r. Mój wielce zasłużony poprzednik, pan Jules Laroche, mianowany ambasadorem w Rzymie na miejsce Paul Claudela, który przeszedł na emeryturę, opuścił Polskę zaraz po pogrzebie Piłsudskiego (18 maja). Laroche był ambasadorem Francji w Warszawie dziewięć lat. Objął to stanowisko w przededniu zamachu stanu dokonanego przez Piłsudskiego 12 maja 1926 r., a opuścił je po śmierci pierwszego marszałka Polski. Był to okres dla dyplomacji francuskiej niewdzięczny. Jules Laroche musiał walczyć z licznymi trudnościami, którym stawiał czoło z niezmiernym taktem i cierpliwością dzięki dużemu doświadczeniu zawodowemu. 

Józef Piłsudski zmarł w Warszawie 12 maja 1935 r. na raka żołądka; miał lat sześćdziesiąt osiem (67, był bowiem z grudnia 1867 r.) i organizm przedwcześnie wyczerpany ciężkim życiem spiskowca, bojownika i męża stanu. Śmierć jego okryła żałobą cały kraj. Poza nielicznymi wyjątkami wszyscy, nawet jego przeciwnicy polityczni, nawet ci, którzy byli ofiarami stworzonego przez niego reżimu, który uosabiał, chylili głowę przed jego gorącym patriotyzmem oraz zasługami wobec kraju i przyłączali się do hołdu całego narodu. Uroczystości pogrzebowe odbyły się z wielką wspaniałością w Warszawie i w Krakowie, gdzie zwłoki zostały złożone na Wawelu w Krypcie Królewskiej ("Bo królom był równy...", jak na pogrzebie rzekł prezydent Mościcki) obok Batorego, Sobieskiego, Józefa Poniatowskiego i Kościuszki. 

Od Belwederu, uroczego pałacyku w stylu empire, gdzie mieszkał i zmarł (co ciekawe Marszałek sypiał przy zapalonej lampce, gdyż twierdził że nocami po korytarzach Belwederu przechadza się duch księcia Konstantego Pawłowicza - brata cara Aleksandra I, który mieszkał tutaj w latach 1815-1830), aż do wspaniałego miejsca wiecznego spoczynku cała, rzec można, głęboko wzruszona Polska tworzyła szpaler Marszałkowi, oddając mu hołd, jak rzadko tylko bywa udziałem wybitnych ludzi. Większość państw reprezentowana była przez okazałe delegacje, których brali udział i książęta krwi. Kanclerz Hitler przysłał marszałka Goeringa. Naszą armię reprezentował Marszałek Pétain, a Laval, który udając się do Moskwy zatrzymał się w Warszawie z wizytą oficjalną, powrócił z Rosji aby wziąć udział w uroczystościach krakowskich. (...)

Ten wspaniały pogrzeb i wrażenie wywołane śmiercią Piłsudskiego mogą być łatwo zrozumiałe. Marszałek należał bowiem do tych rzadkich osobistości, o których mówi się, że gdyby ich nie było, historia potoczyłaby się inaczej. Drogi jego życia były niezwykłe, nawet w naszej epoce, tak przecież obfitującej w ludzi nieprzeciętnych. (...) Pomimo popełnionych poważnych błędów politycznych był to człowiek nieprzeciętnej miary i miał niektóre cechy prawdziwego męża stanu. Gdyby go nie było lub gdyby policja carska doprowadziła do jego śmierci, jak tylu innych, na szubienicy czy w jakiejś odległej wiosce syberyjskiej, trudno sobie przedstawić, kto mógłby stanąć na czele polskiego ruchu niepodległościowego. Polska miała w owej epoce, jak zresztą zawsze, ludzi wartościowych i gorących patriotów, jednak nikt z jego współpracowników czy rywali nie posiadał takiego jak on autorytetu, takiego niezwykłego daru intuicji, a nawet tych drobnych specyficznych rysów, które pomagają powstawaniu legendy.



 
Na nieszczęście Polski, gdy powrócił do czynnej roli w 1926 r., Piłsudski był już bardzo wyczerpany fizycznie, a na parę lat przed śmiercią stan jego zdrowia nie pozwalał mu na pełne trzymanie ręki na pulsie wydarzeń, nie mógł więc wpływać na nie, jak byłoby pożądane. Gdyby był młodszy i żył kilka lat dłużej, to zapewne wielkie poczucie realizmu, którego dał wybitne dowody w latach wojny, byłoby uchroniło jego kraj od tragicznych błędów (jakich błędów? Wrzesień 1939 był nieunikniony i jedynym wyjściem była szybka pomoc aliantów, ponieważ Niemiec nie dało się w tamtym czasie pokonać w pojedynkę, tym bardziej że mieli jeszcze wsparcie Związku Sowieckiego, który 17 września również napadł na Polskę. A tak w ogóle to Francuzi mogli się zgodzić na wojnę prewencyjną w roku 1933 i byłoby po sprawie. Dzisiaj nikt nie mówiłby o żadnej Wojnie Światowej, tylko lokalnej krótkiej wojence, w której obalono nazistowski reżim w Niemczech).


CDN.

czwartek, 21 listopada 2024

O RETY KABARETY! - Cz. XXVII

KOLEJNE SKECZE KABARETOWE


DZIŚ ZNÓW NA LUZIE CHCIAŁBYM ZAPROPONOWAĆ MAŁĄ PRZENIESIENIE SIĘ DO LAT 90-tych i PORÓWNANIE TAMTYCH CZASÓW ZE WSPÓŁCZESNYMI. OCZYWIŚCIE WSZYSTKO UTRZYMANE W KABARETOWEJ FORMIE KABARETU CZWARTEJ FALI



KABARET CZWARTA FALA



0:15 - "Oglądałeś olimpiadę?"

"Właśnie nie za bardzo, a działo się coś ciekawego?"

"Osoba bokserska zdobyła złoty medal w boksie kobiet, A to stado prymitywów zamiast skupić się na jej osiągnięciach sportowych, czepiało się że ona ma penisa" 🤭

"To co z tego że ma penisa, dzisiaj ma jutro może nie mieć!" 😂

5:50 - "Tato, dostałem jedynkę z matmy"

"Aha, jedynkę?... Czym mu tu dzisiaj wpierd...ć?" 😄🤣

6:30 - "Synku jak poszedł sprawdzian z fizyki?"

"Dostałem jedynkę, a co?"

"Oj, to będziemy musieli z mamą wyciągnąć jakieś konsekwencje. Zabiorę ci papierosa na godzinę"

"Chyba cię pojebało!" 😭😆




środa, 2 października 2024

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. VII

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ





VI
WSPOMNIENIA IRENY HANIEWICZ 
(BORYTNICA)




22 czerwca 1939 wracam do domu na letnie wakacje do posiadłości mojego ojca, ukochanej Bortnicy (osady, w której się urodziłam). Mam dwanaście lat i właśnie zdałam egzaminy do gimnazjum. (...) Ojciec zawozi mnie do domu zaprzężonym w konie powozem i spogląda na mnie z wielką dumą. Nie posiadam się ze szczęścia, a w moim małym światku wszystko znajduje się na swoim miejscu. (...) Przede mną dwa miesiące niewyobrażalnej radości - spacerów z moim psem Pinkiem, konnych przejażdżek i pomocy przy żniwach. Lecz jako małe dziecko nie zdawałam sobie sprawy z tego, że na horyzoncie gromadzą się czarne chmury.

1 września, kiedy to miałam po raz pierwszy udać się do gimnazjum, Niemcy uderzyły na Polskę od zachodu, a 16 (tu jest błąd, powinno być 17) Rosjanie wkroczyli do Polski od strony wschodniej (...) nawet mimo tak młodego wieku zrozumiałam, że wydarzyło się coś straszliwego. Moi rodzice nagle spoważnieli, a w domu zaczęło pojawiać się mnóstwo sąsiadów i wszyscy wciąż rozprawiali o wojnie. (...) "Co będzie dalej" - pytali wszyscy. Potem zaczęła się nauka w szkole średniej i zabrano mnie do sąsiedniego miasteczka Dubno, bym rozpoczęła edukację - jednak nieco inną. Nauka rosyjskiego, a także ukraińskiego była obowiązkowa. Chociaż rozumiałam ukraiński, nie potrafiłam w nim pisać, ponieważ litery są nieco inne. Na szczęście udało mi się przezwyciężyć tę trudność i wszystko się poukładało.

W lutym 1940 roku ojciec przyjechał do mnie z wizytą i powiedział, że Rosjanie zabrali nam wszystkie konie. Błagałam go, żeby zabrał mnie ze sobą do domu, a ponieważ potrafiłam go sobie okręcić wokół palca, w końcu zgodził się, żebym wróciła razem z nim. I dobrze, że tak uczynił, ponieważ następnego dnia, około piątej rano, usłyszeliśmy kołatanie do drzwi. Wszedł jeden ze służących i powiedział, że coś złego dzieje się w wiosce i że chyba odbywają się aresztowania. Ojciec ubrał się pospiesznie i pobiegł ukryć się w stodole. W niedługim czasie usłyszeliśmy szczekanie psów, pojawił się rosyjski oficer i spytał o ojca. Matka odparła, że nie ma go w domu. Oficer powiedział, że mamy spakować rzeczy podręczne, ponieważ musimy opuścić nasz dom. Nawet nie powiedział nam, dokąd się udajemy. Matka wpadła w histerię, służąca zaczęła płakać, więc oficer powiedział, żebym zaczęła się pakować. Miałam dwanaście lat, więc nie bardzo wiedziałam, co tak naprawdę trzeba zabrać - lecz wzięłam to, co uznałam za ważne: mój nowiutki szkolny mundurek i książki w skórzanym tornistrze.

Gdy mój ojciec zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, wyszedł z ukrycia, lecz kazano mu siąść na podłodze, a służąca zaczęła wkładać nasze rzeczy do toreb. W bardzo krótkim czasie kazano nam wejść na wóz i wyjechaliśmy na drogę, a ojciec szedł za nami. Oto ostatni obraz, jaki został mi w oczach: pokryty śniegiem sad i błyszczący dach naszego domu. Słońce niedawno wzeszło. Matka płakała, ja czułam lęk. Nie zdawałam sobie sprawy, że po raz ostatni widzę mój ukochany dom, w którym spędziłam beztroskie dzieciństwo. Zawieziono nas na stację kolejową i wpędzono do bydlęcych wagonów, które ruszyły na północ Rosji - do Archangielska na Morzu Białym. 

Podróż trwała trzy tygodnie, a przez cały czas nie mieliśmy dostępu do toalety. Mieliśmy po prostu przykucać wewnątrz wagonu. Byłam tak zawstydzona, że wstrzymywałam się przez dwa tygodnie. Wysiedliśmy w głębokim lesie, gdzie temperatury sięgały -50 stopni Celsjusza. Rodziców wysłano do pracy przy wyrębie lasu. Mieszkaliśmy w prymitywnych, drewnianych chatach, gdzie za łóżka służyły zwykłe deski. Jedzenia prawie nie było, poza dzienną porcją chleba i wodnistą owsianką. (...) Latem udawało się nam znaleźć w lesie jakieś owoce i orzechy. (...) Później zbieraliśmy grzyby. Dziadkowie przysłali nam paczkę z bezcennym jedzeniem. Oprócz tego babcia przysłała mi sukienkę, gdyż nagle zaczęłam bardzo szybko rosnąć. Życie było ciężkie, a zimno nas zabijało i ludzie wokół umierali. Nie było ani lekarstw, ani lekarzy. Pamiętam małą, dwuletnią dziewczynkę umierającą w naszej ziemiance. Nigdy nie zapomnę, jak leżała potwornie rozgorączkowana i dusiła się. Pogrzebaliśmy ją na tyłach ziemianki, a na grobie postawiliśmy drewniany krzyż z wyrytym jej imieniem i nazwiskiem.

Niespodziewanie, w sierpniu 1941 roku, komendant obozu zebrał nas wszystkich i powiedział, że jesteśmy wolni, ponieważ Niemcy zaatakowały Rosję. Ponieważ jednak Polska znajdowała się pod okupacją niemiecką, nie mogliśmy wracać do kraju. Ojciec postanowił, że pojedziemy gdzieś na południe Rosji - powiedział że tam przynajmniej będzie cieplej. Zbudował drewnianą tratwę i pewnego słonecznego, wrześniowego dnia 1941 roku wyruszyliśmy rzeką do najbliższej stacji kolejowej - Kotłas. W czasie podróży tratwa się przewróciła, a my wylądowaliśmy w wodzie, tracąc niemal cały nasz dobytek. Tonęliśmy, a moja matka, która nie umiała pływać, krzyczała: "Ratujcie fotografie!", co akurat nam się udało. (...) Dotarliśmy wreszcie do Kotłasu niewielką łodzią i zaczęliśmy walczyć o bilety na południe.

I tak jak poprzednio, wsiedliśmy do bydlęcych wagonów, gdzie spało się na zwykłych deskach. Podróż na południe zajęła nam około dwóch miesięcy, z częstymi przerwami, trwającymi nieraz dwa lub trzy dni. Wychodziliśmy wówczas na zewnątrz, próbując coś przyrządzić lub choćby ugotować trochę wody. Zdarzało się czasami, że pociąg stawał w jakimś niewielkim miasteczku i wtedy próbowaliśmy kupić coś do jedzenia co dość rzadko się udawało. Po długim czasie nasza podróż dobiegła końca. Wysiedliśmy w Uzbekistanie i zaczęliśmy szukać jakiejś kwatery. Znaleźliśmy wreszcie jeden pokój dla dwunastu osób, a jak rozłożyliśmy koce do spania, to nie było gdzie się ruszyć.

W owym czasie dowiedzieliśmy się, że generał Anders tworzy polską armię, i ojciec postanowił do niej wstąpić. Można było wyjechać z Rosji przez Morze Kaspijskie do Persji (Iranu). Ojcu jednak udało się wreszcie wyjechać razem z nami, (...) lecz tysiące ludzi miało mniej szczęścia i spędziło całą wojnę w potwornych warunkach. Niektórzy już nigdy nie wrócili do kraju. W Pahlewi w Iranie (głównym porcie przeładunkowym Armii Polskiej gen. Andersa. Łącznie znalazło się tam 45 000 żołnierzy i jakieś 20 000 cywilów) czekali na nas angielscy żołnierze (...) i po raz pierwszy od czasu wyjazdu z Polski w naszych żołądkach znalazło się prawdziwe jedzenie. (...) Wielu z nas aż się od niego pochorowało.

Teheranie władze polskie zorganizowały polskie liceum, gdzie uczyłam się przez rok. W rok później wyjechaliśmy do (...) Kolhapuru, gdzie w geście uprzejmości maharadża Kolchapuru oddał do naszej dyspozycji kawałek ziemi, na którym zbudowaliśmy sobie niewielkie domki z trzciny - ale na początku zbudowaliśmy kościół (na ziemi perskiej Polacy stacjonowali w kilku miejscach, głównie zaś w Hamadanie, skąd w kwietniu 1942 r. Armia Andersa przerzucona została do Bagdadu, a następnie do Kirkuku i Mosulu, gdzie w październiku 1942 r. powstała Armia Polska na Wschodzie, w liczbie 78 000 żołnierzy. Drugi rzut został w sierpniu skierowany przez Bagdad i Kirkuk do Palestyny, a konkretnie do Hajfy - gdzie też wielu żołnierzy polskich żydowskiego pochodzenia pozostało już na stałe {oczywiście wcześniej uzyskując zezwolenie dowództwa}, później budowali oni zręby państwa Izrael. W grudniu 1943 r Armia Polska na Wschodzie {zwana wówczas już 2 Korpusem Polskim}, przybyła do Aleksandrii w Egipcie, skąd od 15 grudnia do końca marca 1944 r. wyrusza o do południowych Włoch, do Tarentu. A tam 2 Korpus zapisał swoją bohaterską kartę wojenną w bitwach o Monte Cassino, Ankonę i Bolonię).

{PS: Jako ciekawostkę jeszcze powiem że obecnie na X-ie można zauważyć ciekawy proces, a mianowicie na swoich forach Palestyńczycy i inni Arabowie oskarżają Żydów że... są Polakami, a nie prawdziwymi Semitami. Powołują się właśnie na fakt że Izrael tak naprawdę zbudowany został przez Polaków, a raczej Żydów, którzy nie znali żadnego innego języka poza polskim, wychowani byli w duchu polskim i w ogóle pierwszym językiem Izraela był język polski - w pierwszych Knesetach po odzyskaniu niepodległości przez Izrael w 1948 r. mówiono głównie po polsku, językiem pomocniczym był idisz, którym posługiwała się zaledwie garstka parlamentarzystów. Dziś więc Arabowie twierdzą, że Żydzi nie są godni miana Semitów, ponieważ tak naprawdę są Polakami. Mało tego twierdzą wręcz że to Polska steruje Izraelem. Ciekawe, co kraj to obyczaj ☺️}.



STYCZEŃ 1939
Cz. III




14 stycznia w Hotelu Europejskim w Warszawie już po raz 16 bawiono się na balu mody, zorganizowanym przez Związek Autorów Dramatycznych. Było to wydarzenie na które przygotowywały się już od listopada-grudnia roku poprzedniego nie tylko domy mody, ale również światek artystyczny i polityczny ówczesnej Rzeczpospolitej. Szykowano sobie wspaniałe kreacje na to wydarzenie, gdyż ukoronowaniem owego balu miał być wybór królowej mody i balu, a w roku 1939 została nią 40-letnia aktorka Maria Malicka (właścicielka Teatru Malickiej, znajdującego się przy ul. Marszałkowskiej 8 w Warszawie). Jej koronkowa krynolina (z domu mody Goussin Cattley), wzbudziła powszechny zachwyt. Królową piękności została zaś aktorka i tancerka Loda Halama, a magistrem elegancji dziennikarz Stefan Kwaśniewski (zginie walcząc w Powstaniu Warszawskim 2 października 1944 r., już po zawieszeniu broni), który wystąpił we fraku od Ludwika Jasieńskiego.


LODA (ALICJA) HALAMA Z CZESŁAWEM KONARSKIM NA SCENIE PODCZAS TAŃCA MEKSYKAŃSKIEGO 



Polska prasa w Niemczech pisała w tym czasie również o prześladowaniu polskich katolików w III Rzeszy, ze szczególnym uwzględnieniem Śląska Opolskiego. Pisano: "Nader liczne są tu wypadki kasowania nabożeństw polskich w parafiach zamieszkałych przez Polaków, przekładania nabożeństw bez uprzedniego zawiadomienia (tak, że nie wiadomo, kiedy jest nabożeństwo polskie lub niemieckie), kasowanie kazań polskich, kasowanie godzinek, rorat oraz niedopuszczenie do tradycyjnych nabożeństw polskich przed kapliczkami świętych. Na przykład w miejscowości Ziemięcice w powiecie gliwickim policjant zatrzymywał parafian polskich, zdążających na nabożeństwa polskie, namawiając ich do uczęszczania na nabożeństwa niemieckie. Zaś tamtejszy nauczyciel zabronił dzieciom uczęszczania na nabożeństwa polskie w ogóle. W Kamieńcu niemiecki Amtsleiter notował Polaków, a w Zabrzu członek Hitlerjugend spisywał młodzież polską, wychodzącą z polskiego nabożeństwa. We wszystkich wypadkach odczuwa się antypolską agitację Bund Deutscher Osten (Związku Niemieckiego Wschodu). (...) W Sierakowicach zdarzył się wypadek, iż pod wizerunkiem Królowej Korony Polskiej -  Matki Boskiej Częstochowskiej, który wisiał na krzyżu przydrożnym, zniszczony został napis polski, a pod obrazem Orędowniczki Narodu Polskiego umieszczono napis niemiecki. (...) Podobnie często zdarza się nieudzielanie ślubów w języku polskim - choć młoda para tego zażądała - jak również niedopuszczanie języka polskiego w pogrzebach - wbrew życzeniom rodziny. Lud Polski w Niemczech jest religijny, a przywiązanie swoje do Kościoła Katolickiego udowodnił nie raz - udowadnia je całym swoim życiem według nakazów Wiary Ojców. Lud Polski w Niemczech wierzy w Boga i wiernie służy Kościołowi Katolickiemu. Ale w innym języku niż polskim do Boga modlić się nie umie - w innym niż polskim języku przykazań Boskich nie rozumie".

Również w styczniu 1939 r. Jan Bielatowicz, dziennikarz tygodnika "Prosto z mostu" opisywał zmiany, jakie zaszły na Śląsku Cieszyńskim po wkroczeniu tam wojsk polskich w październiku i listopadzie roku poprzedniego. Pisał: "Odzyskanie Jaworzyny przez Polskę jest naturalną konsekwencją dziejową. Rosną narody ambitne, biorą te ziemie, które więcej są im, niż sąsiadom do życia potrzebne. Zaborem jest zabranie cudzego, rewindykacją odebranie swojego. Polska nie wzrosła jeszcze na tyle w ambicji i w potrzebach życiowych, by odebrać wszystko swoje. Zabrała tedy tylko Jaworzynę. Wyprostowała ostatnią potworną krzywdę, wyleczyła najdotkliwszą ranę. (...) Spisz, jak Śląsk, jak Pomorze, jak Prusy i jak Ziemia Czerwińska u świtu naszych dziejów był polski. Mamy wszelkie prawa historyczne do tej ziemi. Mamy wszelkie prawa etniczne do Spisza. (...) Tak jest - marła ta cudna ziemia pod czeskim panowaniem, a owa pustka, to był brak zainteresowania. Marła też Jaworzyna. (...) Blisko dwa wieki wpajano w spiszaków nienawiści do Polski. Gdy więc dziś postawiła tu pierwszy krok, nie spotkała się z należytą radością. (...) Patrzą tu ludzie jak wilki na przybyszów z Polski, nie wierzą, boją się, mało mówią. Boją się, że ich precz wygonią. Bo to nie pewny siebie lud polski, ale chłopski proletariat ze skazą niewoli w obliczu, szczepionka marksizmu wśród gór. Na ścianach domów jeszcze widnieją czeskie hasła wyborcze: "Robotnicy głosujcie na 18!" Robotnicy?! Tu, w sercu Tatr?! (...) Głupi Czesi rabowali co popadło, gdy zabierali się stąd na zawsze. Ogołocili domy z klamek, ram okiennych i przewodów elektrycznych, a w lasach cięli dzień i noc drzewa. Ale to kropla w morzu. Las stoi, jak stał. Bo las, to ludzkie społeczeństwo. Tyle akurat wyniszczyli lasu, ile ludu polskiego pod Tatrami. Tylko że las niszczyli dwa tygodnie, a lud oni i im podobni dwa stulecia. I na lud mieli siekiery ostrzejsze".


WKROCZENIE WOJSK POLSKICH 
DO CIESZYNA 
2 PAŹDZIERNIKA 1938 r.
(CZYLI DZIŚ PRZYPADA 86 ROCZNICA)


 
W Warszawie, w kamienicy przy Nowym Świecie 23/25, w luksusowej kawiarni "Swann" (nazwanej tak na cześć Marcelego Prousta - bohatera powieści "W poszukiwaniu straconego czasu", w styczniu 1939 r. pojawiła się w szatni tabliczka z napisem że lokal ten jest wyłącznie aryjski i Żydzi nie mają tu wstępu. Był to pierwszy i jedyny taki lokal w Warszawie (a prawdopodobnie również w całej Polsce) który umieścił takową tabliczkę. Swann działał od 1935 r. Wcześniej zaś mieścił się tam lokal o nazwie "Italia", który zbankrutował.

21 stycznia w miejscowości Rieucros w departamencie Lozère we Francji, otworzono pierwszy obóz internowania dla cudzoziemców, którzy zostali uznani za niebezpiecznych dla Francji. Pierwotnie osadzono tam komunistów i anarchistów, uczestników hiszpańskiej wojny domowej, potem również dołączali tam zwykli przestępcy, a także skazani za obrazę moralności (czyli np. homoseksualiści). Obóz ten był nieco podobny do obozów koncentracyjnych w III Rzeszy (choć oczywiście należy też znać proporcje), a umieszczano w nim skazańców nie na podstawie wyroku sądów, lecz na wniosek urzędników, którzy kierując się zaledwie podejrzeniem o potencjalnym zagrożeniu dla kraju, mogli w ten właśnie sposób owe zagrożenie wyeliminować. Obóz rozciągał się na obszarze 30 ha, na których zbudowano 16 drewnianych baraków. W listopadzie 1939 r. obóz ten został przeznaczony jedynie dla kobiet (głównie siedziały tam Hiszpanki), lecz po wybuchu Wojny, ponownie zaczęli trafiać tam mężczyźni (szczególnie Żydzi i ci Niemcy, którzy byli uważani za przeciwników Hitlera). 13 lutego 1942 r. rząd Vichy zlikwidował obóz, a wszystkich więźniów przekazał Niemcom (większość z nich potem zginęła w niemieckich obozach koncentracyjnych).

25 stycznia o godzinie 9:00 rano z Berlina wyruszył specjalny pociąg, w którym podróżował minister spraw zagranicznych III Rzeszy - Joachim von Ribbentrop wraz z małżonką. Udawał się on do Polski, na rozmowy z władzami Rzeczypospolitej odnośnie kwestii tzw. "korytarza pomorskiego" i Gdańska. Pociąg przekroczył granicę w Zbąszyniu, przejechał przez Poznań i o godzinie 16:50 był w Warszawie na Dworcu Głównym. Oficjalnie przyjechał w piątą rocznicę podpisania paktu o niestosowaniu przemocy we wzajemnych polsko-niemieckich relacjach, a prasa i opinia publiczna sądziła, że przybył aby ów pakt przedłużyć. Na dworcu witali go minister spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Józef Beck, prezydent Warszawy Stefan Starzyński, wojewoda Warszawski Włodzimierz Jaroszewicz, ambasador Niemiec Hans von Moltke i radca ministerstwa Jan Meysztowicz (ten ostatni zanotował w swych pamiętnikach o Ribbentropie: "Był przystojnym i postawnym mężczyzną, lecz jego wyraz twarzy i sposób bycia cechowały arogancja i tępota w lodowatej oprawie: arogancja parweniusza i tępota zarozumialca". Tego samego dnia wieczorem odbył się raut na cześć gości z Niemiec. Padały piękne słówka o przyjaźni, o dziejowym zwrocie jaki nastąpił 5 lat temu z woli Marszałka Józefa Piłsudskiego i Adolfa Hitlera, o wspólnym patrzeniu w przyszłość itd. Tak naprawdę jednak (pomimo starań pani ministrowej Beckowej), atmosfera była bardzo sztywna.

Następnego dnia, czyli 26 stycznia w czwartek, odbywają się już oficjalne rozmowy dyplomatyczne. Ribbentrop stawia ponownie sprawę oddania Niemcom Gdańska i zgody na budowę eksterytorialnej drogi i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus (oczywiście deklarując, że Polska strona również może zbudować swoje własne eksterytorialne połączenie do Gdyni). Beck odpowiedział że jest otwarty na wszelkie propozycje, ale nie mam mowy o żadnej eksterytorialności. Rozmowy utknęły w martwym punkcie. 27 stycznia rano Ribbentrop wraz z małżonką (w towarzystwie ministra Becka również z żoną) zwiedzał Warszawę (głównie zaś Stare Miasto i Muzeum Narodowe). W południe odbywają się kolejne rozmowy, już ostatnie - które również nic nie dają. Beck mówi do Ribbentropa: "Niech pan nie będzie przypadkiem optymistą relacjonując Kanclerzowi to, co pan od nas słyszał w sprawie Gdańska i autostrady, wprowadziłby go pan w błąd. Jeśli pan będzie powracał do rozmów o tych sprawach, nie biorąc pod uwagę naszych argumentów i naszego stanowiska, to idziemy ku groźnym komplikacjom". Wsiadając do samochodu von Moltkego który miał go zawiesić na Dworzec Główny, Ribbentrop mówi zwracając się do ambasadora Niemiec: "Są twardzi, trzeba będzie chyba zmienić kolejność spraw i najpierw rozstrzygnąć inne zagadnienia". O godzinie 13:00 27 stycznia pociąg specjalny z Ribbentropem i jego współpracownikami na czele, odjeżdża z Warszawy kierując się do Berlina. Z pociągu minister spraw zagranicznych III Rzeszy wysyła do Becka pożegnalną depeszę, która brzmiała: "Opuszczając terytorium państwa polskiego pragnę wyrazić Waszej Ekscelencji najuprzejmiejsze podziękowanie za niezwykle serdeczną gościnę zgotowaną mojej żonie i mnie w czasie naszego pobytu w Warszawie. Jestem przeświadczony, że przyjazne stosunki pomiędzy naszymi dwoma państwami zostały w dużym stopniu pogłębione przez przeprowadzone w Warszawie rozmowy. Duch, w jakim w swoim czasie Marszałek Piłsudski i Führer doprowadzili do całkowicie nowego ukształtowania się stosunków polsko-niemieckich w r. 1934, daje gwarancję, że także i w przyszłości stały postęp stosunków pokojowych będzie się rozwijał, łącząc się z pogłębianiem naszego przyjaznego sąsiedztwa, służącego interesom obu narodów".




CDN.

poniedziałek, 2 września 2024

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. VI

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ




 Wracam do tego tematu nie tylko ze względu na przypadającą dziś 85 rocznicę bandyckiego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę i tym samym rozpoczęcia II Wojny Światowej, ale również dla pewnej refleksji. Mianowicie (po raz któryś z rzędu) obejrzałem dziś niemiecki film "Upadek" z 2004 r. w reżyserii Hirschbiegela, opowiadający o ostatnich dniach spędzonych przez Hitlera i jego kamarylę w bunkrze kancelarii Rzeszy w Berlinie. Tak naprawdę zaciekawił mnie jednak tylko ten moment filmu, gdy Hitler wypowiada zdanie "nie chodziło tylko o Niemcy", a następnie temat ten nie jest dalej rozwijamy, tak jakby wrzutka która nic nie znaczy. Otóż wydaje mi się że w tych kilku słowach została właśnie przedstawiona cała idea nazizmu, - calutka. Powiem wprost, według mnie Hitler nigdy nie był żadnym niemieckim nacjonalistą, jest to twierdzenie bzdurne i opiera się jedynie na fakcie że naziści utożsamiali naród niemiecki, jako naród ubermensch'ów - nadludzi, którzy będą tworzyli "nowy wspaniały świat" przyszłości, ale (choć zdaję sobie sprawę że... powiem wprost - samemu nie chce mi się w to wierzyć, aczkolwiek nie mogę pozostać ślepy na fakty), Hitler wykorzystał Niemcy jako środek do celu, a tym celem nigdy nie było stworzenie narodowego państwa niemieckiego. Tak, według mnie Hitler nie był nigdy żadnym nacjonalistą, on wykorzystywał niemiecki nacjonalizm do swojego głównego celu jakim była "nowa Europa" przyszłości, Europa czysta rasowo, gdyż Hitler był przede wszystkim rasistą i ową Europę widział jako społeczeństwo pozbawione wszelkich rasowych wad, a za takie uważał przede wszystkim wszelkie niepożądane rasy. Celem było więc pozbycie się, czyli fizyczna eliminacja (czytaj eksterminacja) przede wszystkim dwóch głównych ras, które Hitler uznał za niepożądane w jego świecie przyszłość, czyli Żydów i Słowian. Dla nich nie było miejsca w "nowej niemieckiej Europie" i to właśnie było główną myślą i celem Hitlera, stworzenie czystej rasowo Europy, a następnie ekspansja tej "rasowej czystości" na inne kontynenty. Dlatego też Hitler przegrał już wygraną wojnę, gdyż gdyby miał choć trochę oleju w głowie, gdyby nie kierował się ideologią rasistowską i gdyby na pierwszym miejscu nie stawiał czystości rasowej, oraz swoich chorych enuncjacji, to wygrałby wojnę ze Związkiem Sowieckim i to w ciągu dwóch, trzech może góra czterech miesięcy (i to przy niewielkich stratach własnych samych Niemców). Przygotowując się bowiem do wojny ze Związkiem Sowieckim Hitler wypowiedział prorocze słowa, iż jest to spróchniała konstrukcja, którą wystarczy kopnąć i ona się sama rozpadnie. I tak by było, tak by było, gdyby nie polityka rasowa Hitlera - z której on nie chciał i nie potrafił zrezygnować.




Bolszewicy byli bowiem tak znienawidzeni przed narody tzw. Związku Sowieckiego, że wręcz zewsząd wypatrywały wybawienia, bez względu na to czy byli to Białorusini, Ukraińcy, Litwini, Łotysze, Estończycy czy sami Rosjanie (nie mówiąc już o narodach kaukaskich), oni sami (gdyby tylko dać im broń do ręki i ogłosić "świętą wojnę z bolszewizmem") w ciągu kilku miesięcy (a być może nawet kilku tygodni) pogonili by bolszewików, że cała ta konstrukcja po prostu rozpadłaby się w oczach. Niemcy niewiele by musieli robić, tak naprawdę pozwolić jedynie uciemiężonym narodom samemu rozprawić się z bolszewikami i wkrótce byliby w Moskwie. Ale taka sytuacja zmusiłaby Hitlera do zmiany jego planów, do stworzenia państwa rosyjskiego (a być może również i takich krajów jak Ukraina czy Białoruś), a tym samym do zaakceptowania Słowian jako partnerów niemczyzny, co dla niego było nie do zaakceptowania. Nie dając tym ludom broni do ręki i nie pozwalając im walczyć w "świętej wojnie" z bolszewizmem o nową "sprawiedliwą" Rosję, tak naprawdę Hitler przegrał tę wojnę już w lecie roku 1941, gdy jego wojska odnosiły niesamowite zwycięstwa na froncie, i to tak wielkie, jakich nie odniosło nigdy wcześniej żadne mocarstwo. W żaden inny sposób Hitler nie był w stanie wygrać wojny z bolszewikami, jak tylko za pomocą uciemiężonych narodów Związku Sowieckiego, gdyż bardzo szybko (choć sam Związek Sowiecki potwornie ucierpiał w pierwszych miesiącach wojny, to jednak) dzięki ogromnej pomocy państw zachodnich (w tym w 90% Stanów Zjednoczonych), bardzo szybko stanął na nogi i wówczas los Hitlera był przesądzony, gdyż nie był on w stanie walczyć jednocześnie z takimi potęgami jak sowiecka Rosja (wspierana przez Stany Zjednoczone) i kraj Wuja Sama, gdzie produkcja paliwa w jednym tylko miesiącu przewyższała to wszystko, co Niemcy byli w stanie wyprodukować i zdobyć w ciągu całego roku wojny. Po prostu kot nie będzie w stanie nigdy pokonać słonia, choćby nie wiem jak bardzo szczerzył zęby i pokazywał pazury. Ale Hitler nie myślał logicznie, gdyż miał w głowie tylko jedno: swoją kwestię rasową, swoją "nową Europę", jaka marzyła mu się po zwycięstwie i likwidacji niepożądanych ras: żydowskiej oraz słowiańskiej. To tyle słowem wstępu, chciałem jedynie wyjaśnić że choć dzisiaj Hitler utożsamiany jest nacjonalizmem, to on nigdy nie był żadnym nacjonalistą (nawet niemieckim 🧐), on wykorzystał niemiecki nacjonalizm do celu, jakim była czystość rasowa "nowego świata" i na tym polu poniósł całkowitą klęskę. Chodź słowa wypowiedziane przez Hitlera w filmie "Upadek" były tylko fragmentem tekstu, który tak naprawdę niewiele znaczył w kontekście tego filmu, w rzeczywistości przez ten moment oddały cały sens istoty nazizmu: "Nie chodziło tylko o Niemcy!". Co oczywiście nie oznacza że wielu Niemców nie zachłysnęło się "narodowym rasizmem" Hitlera i stało się zwykłymi wykonawcami morderczych rozkazów, mających położyć podwalinę pod "nowy wspaniały świat" czystego rasowo społeczeństwa europejskiego.






Była to choroba, którą nie należy łączyć ani z nacjonalizmem, ani też z odwróconym rasizmem, jaki ma miejsce obecnie, gdy Europa zalewana jest w niekontrolowany sposób przez muzułmańskie hordy "wojowników Allaha", którzy już wkrótce zaczną swoje krwawe łowy. Ale wróćmy do głównego tematu. Dziś chciałbym zaprezentować (wyjątkowo z okazji rocznicy wybuchu Wojny), więzienne zapiski Niemca, ostatniego gubernatora dystryktu Kraków -  Kurta von Burgsdorf, spisane już po zakończeniu wojny w polskim więzieniu (jest to rzeczywiście wyjątkowa sprawa jeśli chodzi o opinię Niemca, gdyż spisanych - pamiętnikarskich - opinii Polaków na temat wybuchu Wojny mam bardzo wiele, ale dziś postanowiłem dać się wypowiedzieć funkcjonariuszowi okupacyjnego aparatu niemieckiego zniewolenia). List (w którym Burgsdorf broni swojej osoby przed oskarżeniem o popełnienie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości), jest dość długi, dlatego też nie zamierzam przedstawić go w całości, a jedynie w wybranych przeze mnie fragmentach (pragnę również oszczędzić czytelnikom tego bloga niektórych - wydaje mi się - nieciekawych i być może nużących fragmentów z tego listu). Na marginesie jeszcze dodam gdyż jakiś czas temu rozmawiałem (telefonicznie) z pewnym znajomym Niemcem, z którym czasem (choć bardzo rzadko) przechodzimy na tematy historyczne, właśnie on odpowiedział mi na argument, iż Polsce bezwzględnie należą się reparacje od Niemiec za zniszczenie całego kraju, wymordowanie prawie 10 milionów mieszkańców i cofnięcie nas w rozwoju co najmniej o kilka stuleci, twierdził że przecież w Niemczech takich miast jak Warszawa było znacznie więcej i to nie tylko Drezno zostało zniszczone, ale również Berlin. Przyznam się szczerze że gówno mnie obchodzi Drezno i Berlin (i tak też mu powiedziałem), gdyż gdyby nie wojna którą wywołał Hitler wraz ze Stalinem (przy biernej postawie Francuzów i Brytyjczyków), w wyniku którego zniszczono mój kraj, to Drezno i Berlin ocalałyby. Dodałem również że (tak jak mówił Churchill) Niemcy należy bombardować prewencyjnie co 50 lat, tak aby nauczyć ich rozumu i pozbawić pychy i naprawdę gówno mnie obchodzą niemieckie straty i zniszczenia, mają bowiem to, czego pragnęli. Mathilde Wolff-Mönckeberg, mieszkanka Hamburga napisała w swoim pamiętniku wkrótce po zakończeniu Wojny i podpisaniu kapitulacji przez Wehrmacht w maju 1945 r.: "Co dzień wytyka nam się (…) potworności, do których dochodziło w kacetach, i dobrze nam tak. Wszyscy musimy ponieść odpowiedzialność za te koszmarne zbrodnie i nikt nie może się od niej uchylać". Ale przejdźmy teraz do samego listu Kurta von Burgsdorf.






"OŚWIADCZENIE KURTA von BURGSDORF ODRZUCAJĄCE OSKARŻENIE SĄDU OKRĘGOWEGO W KRAKOWIE"


"Jako Gubernator Dystryktu Krakowskiego od listopada 1943 roku do stycznia 1945 roku na okupowanych obszarach Państwa Polskiego nie przyznaję się do popełnienia zbrodni przeciwko pokojowi, przeciwko ludzkości lub jakichkolwiek innych zbrodni wojennych z naruszeniem przepisów prawa międzynarodowego Konwencji Haskiej o międzynarodowej wojnie lądowej, ani do działania na szkodę Narodu Polskiego i Państwa Polskiego. Zdecydowanie zaprzeczam w szczególności: udziałowi w złym traktowaniu i umyślnego zabójstwa osób cywilnych i wojskowych oraz jeńców wojennych, a także w aresztowaniach ze szkodą dla osób prześladowanych z powodów politycznych, narodowych, religijnych lub rasowych. Z drugiej strony przyznaję, że od listopada 1943 r. do połowy stycznia 1945 r. pełniłem funkcję tymczasowego gubernatora dystryktu krakowskiego i dystryktowego przywódcy NSDAP w Krakowie. Wykonywałem te stanowiska zgodnie z moją wiedzą i wiarą w duchu porozumienia między tymi dwoma narodami, tak jak wykonywałem je już w zarządach i indywidualnie. W związku z tym też nie czuję się winny, a ocenę moich działań pozostawiam wysokiemu polskiemu sądowi. Mocno wierzę, że znajdę sprawiedliwych sędziów".


UZASADNIENIE

(...)

"Niełatwo jest zdawać relację z własnej działalności, ponieważ już z definicji istnieje duże ryzyko intencji ukazania swej działalności w pozytywnym świetle. Sprawia to, że zaniedbuje się potrzebę obiektywizmu, która powinna przyświecać każdemu – nawet najbardziej osobistemu sprawozdaniu. Ponadto sprawozdania te nie powinny być pismami w celu samoobrony, ale powinny jak najbardziej rzeczowo i obiektywnie ukazywać własne doświadczenia na urzędzie o tym, jak starałem się poznawać, badać i poprawiać warunki w moim dystrykcie. Ponadto zostaną tu objaśnione warunki, z jakimi zetknąłem się w 1944 r., jak również ich przyczyny – o ile są one dla mnie jasne. A równocześnie mogę, bezpośrednio referując, ujawnić tło mojej postawy, jak również jej motywy". 

(Większość z tego co on tutaj pisze pominę, wydaje mi się to bowiem nieciekawe, takie urzędnicze bla bla bla)


ŻYCIORYS

"Nazywam się Curt Ludwik Ehrenreich von Burgdorff, urodzony 16.12. 1886 w Chemnitz (Saksonia), religii ewangelicko-luterańskiej, Niemiec z Rzeszy, urzędnik państwowy, ostatnio w randze podsekretarza stanu, podpułkownik rezerwy, posiadający odznaczenia i ordery wojenne, (…). Żadnego majątku nie posiadam, jestem żonaty z Herthą Marią von Erdmannsdorff, posiadam dwoje dzieci w wieku 33 [ur.1915] i 30 lat [ur.1918], nie karany, ukończyłem gimnazjum humanistyczne i Wydział Prawny Uniwersytetu z tytułem doktora praw. (…)"

"Jestem wyższym urzędnikiem administracyjnym od 1 kwietnia 1916 r. (…) Pracowałem na różnych stanowiskach w administracji wewnętrznej, między innymi od roku 1928 do marca 1933 roku jako Amtshauptmann w Loebau w Saksonii. W marcu 1933 roku przeniesiony zostałem na stanowisko Kreishauptmanna w Lipsku, które zajmowałem do lipca 1933 roku. W miesiącu tym przeniesiony zostałem jako dyrektor ministerialny do Saskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie w tym charakterze pracowałem do roku 1937, kiedy to przeniesiony zostałem ponownie do Lipska na stanowisko Kreishauptmanna. Na tym ostatnim stanowisku pozostawałem do dnia 18 kwietnia 1938 roku."

"Do Partii wstąpiłem 1 maja 1933 r., mimo poważnych obaw dotyczących zasad i spraw religijnych, najpierw dlatego, że imponował mi program społeczny NSDAP, ale głównie dlatego, że nie chciałem stracić swojego stanowiska starosty za namową Dönicke – mego przewodniczącego okręgu w Lipsku. (…) Ze stanowiskiem tym byłem uczuciowo związany, ponieważ piastowali je również mój ojciec i mój dziadek, a jego matka była rodem z Lipska. Zresztą w tym czasie zrobili to wszyscy urzędnicy, gdyż nie należących do Partii usuwano z urzędów i prześladowano. Żona moja była przewodniczącą Krajowego Chrześcijańskiego Związku Kobiet w Saksonii, ja sam jestem wierzącym i praktykującym ewangelikiem. Uważałem za słuszne, nawet za cenę wpisania się do Partii pozostać na stanowisku, by w okresie przewrotu narodowosocjalistycznego móc być pomocny bliźnim, którzy w okresie tym byli ze względów politycznych, rasowych i religijnych prześladowani. (…) Ponieważ jako przedstawiciel państwa w Rzeszy Hitlera absolutnie potrzebowałem munduru na tym reprezentacyjnym stanowisku, wstąpiłem do SA. Wstąpienie do SS nie wchodziło w rachubę, ponieważ byłem mu przeciwny, a nie chciałem również wykluczać się z korpusu przywódców Partii, zwłaszcza że musiałem również pracować dla tej Partii, (czego nie pragnąłem w ogóle, z uwagi na moje liczne wobec niej zastrzeżenia). Ponadto premier Saksonii baron Manfred von Killinger i dobry przyjaciel przywódca sportowców Rzeszy Hans von Tschammer und Osten, obaj dowódcy SA, doradzali SA tylko dlatego, że tam byłbym dowódcą rezerwy (z.V. – do dyspozycji, a więc nieaktywnym) i byłbym wykorzystywany tylko przy specjalnych okazjach. Okazało się to prawdą, ponieważ nigdy nie wykonywałem regularnej służby w SA"

(...) "... odkomenderowany zostałem jako delegat Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy do Seys-Inquarta w Wiedniu, przy czym powierzono mi zadania zrównania administracji austriackiej z administracją Rzeszy. W marcu 1939 roku przydzielony zostałem do Protektoratu Czech i Moraw, gdzie pracowałem do 15 marca 1942 roku to znaczy do czasu odejścia Neuratha i objęcia władzy przez Heydricha. (…)"

"Kiedy Heydrich objął swe nowe stanowisko, natychmiast podszedłem do niego w tych sprawach i wyjaśniłem mu, że jestem gorącym chrześcijaninem – ewangelikiem. Heydrich wyjaśnił, że stare problemy w dużej mierze zostały już rozwiązane, a także, że byłem mu znany z raportów SD o mnie, które zawierają coś więcej niż moje kościelne zaangażowanie. Chciał on jednak, żebym na razie został, ponieważ sekretarz stanu nie był administratorem, ale ja byłem jedynym ekspertem administracyjnym na stanowisku kierowniczym, niemniej jednak nie mogłem pogodzić się z otoczeniem Heidricha, a więc, jako nowo wyszkolony oficer rezerwy wojsk pancernych, próbowałem wydostać się stamtąd z pomocą Wehrmachtu. Spowodowało to ogromne trudności, w końcu Heydrich zgodził się po tygodniach nalegania, i pozwolił mi odejść pod warunkiem, że pójdę do służby frontowej. To znowu spowodowało trudności ze strony Wehrmachtu, ponieważ byłem za stary – 55 lat. Jednak z pomocą mojego dobrego znajomego, generała Olbrichta, którego rozstrzelono w trakcie zamachu na Hitlera z wyroku sądu doraźnego, przeforsowałem moje umieszczenie na froncie. 1 kwietnia 1942 roku, na wiele tygodni przed śmiercią Heydricha, wstąpiłem do 3 Oddziału Zapasowego Niszczycieli Czołgów w Poczdamie. Na początku czerwca 1942 r. wstąpiłem do 16 Dywizji Pancernej w Rosji, gdzie na początku sierpnia 1942 r. zostałem dowódcą 16 Oddziału Niszczycieli Czołgów. Byłem majorem rezerwy. Następnie przez kilka tygodni dowodziłem 664 Pułkiem Pancernym 16 Dywizji Pancernej, a następnie do końca lutego 1943 roku dowodziłem 580 Pułkiem Grenadierów 306 Dywizji Piechoty. Na początku marca wróciłem do domu na prośbę ministerstwa spraw wewnętrznych Rzeszy. Ale pomimo wysiłków tego ministerstwa nie znaleziono dla mnie żadnego stanowiska. W Pradze esesmański rząd Karla Hermanna Franka dokonał zmiany organizacyjnej, która "rzekomo" uczyniła mnie zbytecznym. To była nieprawda – nie chciano tam prawomyślnego urzędnika administracyjnego. Również Goebbels odrzucił moją kandydaturę do Berlina, gdzie miałem być burmistrzem, podobnie uczynił również Mutschmann – Reichsstaatsführer i Gauleiter mojego rodzinnego regionu Saksonii. Po miesiącach oczekiwania i starań w najwyższym Dowództwie Armii, wróciłem na front do Włoch jako podpułkownik i oficer sztabowy do obrony przeciwczołgowej w Oberkommando der 10. Arme. Stamtąd zostałem przewieziony – bez mojej zgody – do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy w Berlinie, gdzie sekretarz stanu dr Stuckart poinformował mnie, że mam jechać do Krakowa. Odmówiłem i dlatego musiałem udać się na polecenie Himmlera do jego kwatery polowej w Prusach Wschodnich.

"W międzyczasie Himmler jako minister spraw wewnętrznych Rzeszy został moim najwyższym przełożonym. W ponad godzinnej rozmowie ponownie odmówiłem i wyraźnie stwierdziłem, że: 1) jestem przeciwnikiem żydowskiej polityki Hitlera, 2) że będę musiał sprzeciwić się każdemu reżimowi policyjnemu – Krüger, 3) że jestem chrześcijaninem – protestantem. Himmler odpowiedział, że on również miał moje poglądy w sprawie Żydów, ale został przekonany przez Hitlera. Co więcej, nie będę miał z tym nic wspólnego. Co więcej, jadę do Krakowa prowadzić życzliwą politykę (zupełnie błędny kierunek!) i w końcu religijna postawa takiego starszego pana jak ja jest mu zupełnie obojętna. Himmler zażądał zaakceptował odkomenderowanie do Krakowa i nazwał je "cywilną misją wojenną". Zrobił to, aby mnie zmusić, ponieważ odkomenderowanie – bo właśnie o to tu chodzi – było poniżej mojej rangi służbowej i poprzedniego stanowiska. Do Krakowa zostałem skierowany pod koniec listopada 1943 roku jako szef dystryktu (gubernator) i zaraz po moim przedstawieniu Frankowi podkreśliłem, że jestem najzacieklejszym przeciwnikiem reżimu SS i policji. Dał mi on pocieszające wyjaśnienia. Około 1 grudnia 1943 roku zająłem swoje stanowisko. Nie znałem ani narodu, ani kraju, ani moich współpracowników. W moim urzędzie nie znałem nikogo, a w rządzie tylko Franka, którego widziałem wcześniej tylko 2-3 razy na spotkaniach prawników. (...)"

"Powołanie mnie na stanowisko gubernatora dystryktu Krakowskiego odbyło się jednocześnie z wprowadzeniem Craushaara na urząd kierownika wydziału głównego Spraw Wewnętrznych w rządzie oraz powołaniem Koppe na miejsce Krügera na stanowisko wyższego dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie. Aktowi temu nadano charakter uroczysty, brali w nim udział zarówno Frank, jak i Himmler, który przy tej okazji wygłosił długą mowę. W mowie tej w przeciwieństwie do Craushaara, nazywał mnie on stale panem i ani razu nie nazwał mnie towarzyszem partyjnym. Cała mowa Himmlera i zawarte w niej wypowiedzi przeciwko narodowi polskiemu nie interesowały mnie, nie przywiązywałem do nich wagi, ponieważ w kwaterze polowej Hitlera uzyskałem od niego wyraźne zapewnienie, że w Krakowie, jako dawnym okręgu austriackim, będę mógł rządzić inaczej i prowadzić łagodną politykę, w stosunku do ludności tym dystrykcie. Następnego dnia po południu wprowadzony zostałem przez Franka do Pałacu Potockich na urząd gubernatora dystryktu krakowskiego. Obejmując stanowisko gubernatora nie wiedziałem, że administracja państwowa połączona jest w Generalnym Gubernatorstwie w formie unii personalnej z administracją partyjną. Zaraz w pierwszych dniach Frank zaproponował mi, bym objął stanowisko szefa okręgu partyjnego. Na propozycje te nie zgodziłem się, ponieważ dotąd w Partii, ani w żadnej innej organizacji aktywnie nie pracowałem, przy czym argumentowałem także i wobec Franka, że jestem wierzącym i praktykującym chrześcijaninem i robota partyjna dlatego mi nie odpowiada. Sprawa ta przeciągała się i w międzyczasie, zarówno Bühler jak i podlegli mi starostowie, których odwiedzałem i wizytowałem, zdołali mnie przekonać, że powinienem objąć także i stanowisko szefa partii w dystrykcie, gdyż zapobiegnę przez to nasłaniu jakiegoś drugiego Tisslera dystryktowego, który wzmocni pozycję Partii i Bormanna z uszczerbkiem dla autorytetu władzy państwowej. Na skutek tych perswazji objąłem stanowisko przywódcy Partii dystryktu krakowskiego (…) Na urząd ten wprowadził mnie Frank 14 stycznia 1944 roku, wygłaszając przy tym jak zwykle długą, pełną frazesów, i nieodpowiedzialnych zwrotów mowę. Na mowę te odpowiedziałem krótko i wyraźnie podkreśliłem, że w pracy swojej będę się kierował odwagą cywilną i zasadą słuszności. Jak każda mowa na zebraniach partyjnych, tak i moja zawierać musiała pewne zwroty o Hitlerze i jego misji. (…) Podkreślam z naciskiem że objęcie stanowiska partyjnego przeze mnie było opozycją przeciwko polakożerczemu kursowi, dyktowanemu przez Partię z Bormannem na czele (...)".


OPINIA O GENERALNYM GUBERNATORSTWIE W RZESZY

"Wojna z Polską była niepopularna w Niemczech. Kwestia korytarza nie podniecała Niemców. Z tego powodu prasa niemiecka wciąż donosiła w olbrzymim natężeniu o "morderstwach w Bydgoszczy" i "incydentach granicznych", a opisy "polskich okrucieństw" w rejonach przygranicznych pojawiały się wielokrotnie w najjaskrawszych barwach. Raporty prasowe służyły wyjaśnieniu i udowodnieniu niemieckiemu narodowi niższości moralnej Polaków. Do tego dochodziły sukcesy tzw. "Blitzkriegu", który służył zademonstrowaniu niemieckiemu narodowi wyższości we wszystkich dziedzinach, nie tylko wojskowych. W ten sposób wyhodowano bardzo szczególnego ducha! Tylko na tym tle nawet w narodowosocjalistycznych Niemczech można sobie było wyobrazić w ogóle taki twór państwowo-prawny jak Generalne Gubernatorstwo. Jeśli w kraju (w okręgach Gdańsk-Prusy zachodnie, Poznań, Górny Śląsk) około 30 milionów ludzi zostało pozbawionych praw obywatelskich jednym pociągnięciem pióra. Stali się ni mniej ni więcej tylko zerem w świetle prawa państwowego, przedmiotami, którymi zwycięzcy mogli swobodnie dysponować według własnego uznania. 30 milionów ludzi zostało zaanektowanych, w Europie i przez Europejczyków – unikalny proces i wielkie nieszczęście dla Niemiec. Jestem bowiem pewien, że mimo godnego ubolewania – wielkiego nieszczęścia wojny, wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby zwycięskie narodowosocjalistyczne Niemcy postępowały z mądrością i humanitaryzmem w stosunku do pokonanych Polaków. Niesprawiedliwością było utworzenie jednostronnie przez Niemców takiego tworu władzy państwowej, jakim było Generalne Gubernatorstwo, oraz podejmowanie takich działań, jakie ten twór musiał pociągnąć za sobą, częściowo dla realizacji jego celów i zadań, częściowo dla istnienia jego samego. Zasady Generalnego Gubernatorstwa były kamieniem węgielnym w wychowaniu niemieckiego człowieka na nadczłowieka, gdyż nie może być przecież większych różnic między ludźmi jak w zasadzie między Niemcami a Polakami, którzy z powodu losu zmuszeni są żyć na tej samej przestrzeni"

"Generalne Gubernatorstwo miało wśród nas – zawodowych urzędników administracyjnych w Rzeszy naprawdę kiepską reputację. Kiedyś wyrażono to w szyderczej nazwie "gangsterska gubernia" nadanej z powodu przypadku korupcji gubernatora Lasch'a z Radomia, tym bardziej, że był specjalnym protegowanym dr Franka w związku z ich bliską, wieloletnią współpracą w Narodowosocjalistycznym Związku Obrońców Prawa. Ponadto w najostrzejszych słowach potępiano samowolę policji SS-Obergruppenführera Krüger'a, a administracja i urzędnicy administracyjni Generalnego Gubernatorstwa byli źle oceniani na podstawie pewnych rzeczowych faktów. Staliśmy na stanowisku, prawdopodobnie bez zbytniej przesady, że członkostwo w Narodowosocjalistycznym Związku Obrońców Prawa (z którego dr Frank przyjął większość swojego personelu) lub wczesne członkostwo w NSDAP nie daje jeszcze niezbędnych kwalifikacji do pracy jako urzędnik administracyjny, zwłaszcza w obcym kraju, gdzie stawia się szczególnie wysokie wymagania dla urzędnika pod względem umiejętności fachowych i możliwości psychologicznych. Administracja Generalnego Gubernatorstwa jawiła się – słusznie lub niesłusznie – jako niegospodarność spowodowana dyletanctwem i niekompetencją. Chciałbym powiedzieć, że brak jasności sytuacji był jedną z najistotniejszych cech Generalnego Gubernatorstwa. Miałem wrażenie, jakby obawiano się uchylać przepisy, które od dawna były nieaktualne z powodu zaistniałych okoliczności. Wyglądało to tak, jakby chciano, aby każde możliwe wyjście stało wciąż otworem. Utrzymywano przepisy tak, aby można było interweniować w każdej chwili, ale jednocześnie tolerowano odmienną praktykę. Przyczyną takiego prowadzenia spraw rządowych była prawdopodobnie niepewność w stosunku do rzeczywiście rządzących osób: Himmlera i Bormanna. Pokój zawarty z Himmlerem w 1943 r. był właściwie pokojem pozornym, gdyż władza wykonawcza w Generalnym Gubernatorstwie wciąż mocno i wyłącznie spoczywała w rękach Himmlera oraz jego SS i policji wszystkich stopni. Został on zawarty, ponieważ już zaczynała się wyłaniać rywalizacja z Bormannem o Generalne Gubernatorstwo, a sam był prawdopodobnie postrzegany jako wspólny przeciwnik Himmlera i Franka. Obawiałem się więc, że dla Polaków mogą powstać straszne skutki z powodu tego stanu niejasności w sprawach zrzeszania się, jeśli Himmler lub Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy nagle wydadzą ostrzejsze polecenia, jak to miało miejsce w przypadku warszawskich uchodźców, lub jeśli w SS i policji nastąpi zmiana dowódcy, albo jakiś niewielki incydent podczas jakiegoś meczu piłkarskiego. (...)"


POLITYKA WOBEC POLAKÓW


"Ale jaka była więc ta polityka Hitlera wobec Polaków? Nie było to dla mnie łatwe do ustalenia, ponieważ według mojej wiedzy nie było autentycznej, jednoznacznej deklaracji rządu Rzeszy. To był przygnębiający fakt dla mnie i ludzi wyznających moje poglądy, że Hitler nigdy nie ustanowił konstruktywnych planów i propozycji dotyczących prawa konstytucyjnego, nie stworzył żadnych stałych warunków do kontrolowania arbitralności pojedynczej osoby, ale że wszystko i wszędzie było otwarte tzn. trzymane na bagnetach, nie tylko we Francji, Belgii, Norwegii, ale także w krajach o nowych formach państwowych, takich jak Protektorat Czech i Moraw oraz Generalne Gubernatorstwo. Żaden w miarę poważny polityk, nie uwierzył przecież, że ci politycy z "Generalnego Gubernatorstwa" mogą być rozwiązaniem na stałe. (...)"

"Wydaje się tylko, że najpoważniejszym błędem niemieckiej polityki wobec Polaków było to, że poniżała ona Polaków. Te poniżenia wynikały z niemieckich przepisów legislacyjnych, ale to jeszcze nie w pełni je wyczerpywało. O wiele bardziej wynikały one z postaw wobec Polaków, którą rząd hitlerowski narzucił Niemcom. Mówię "narzucił", bo podczas mojej batalii przeciw tej złej polityce spotkałem wielu Niemców, którzy uważali, że nakazana im postawa jest dla nich ciężarem. Nie muszę nic więcej mówić o tej narzuconej Niemcom przez Hitlera, SS i Partię ściśle kontrolowanej postawie, chyba tylko to jedno, że objawiające się wszędzie i we wszystkich dziedzinach życia lekceważenie i znieważanie, było najgłębszą przyczyną niemieckiej porażki również w tym kraju. Dlatego wszędzie krytykowałem i walczyłem z tą postawą, a ze swojej strony starałem się wszędzie pokazać, jak należy się zachowywać jak człowiek wśród innych ludzi bez przymusu i bez ciągłego znieważania (...)".




SYTUACJA POLAKÓW W DYSTRYKCIE

"Kiedy w jeden z pierwszych tutaj dni przechadzałem się po mieście, dokonałem dwóch drobnych obserwacji, które bezpośrednio ukazały mi główny problem, a mianowicie polityczne i humanitarne położenie Polaków w Generalnym Gubernatorstwie. Widziałem zmienione dawne nazwy ulic oraz zauważyłem zróżnicowanie przedziałów w tramwajach na takie dla Niemców i dla Polaków. Żadne nowe zasady konstytucyjne, żadna reorganizacja Generalnego Gubernatorstwa, żaden tak uciążliwy dla narodu polskiego przepis jak np. zamknięcie uniwersytetów i szkół średnich w Wielkiej Galicji, nie ukazało w moich oczami tak nagle – w sposób oczywisty i intensywny – faktu pozbawienia praw obywatelskich i ciągłej obrazy narodu polskiego, jak to uczyniły te dwa śmiesznie małe fakty. Ale przemówiły one nie tylko do mojego umysłu, ale także do moich uczuć, które teraz stały się czynnikiem decydującym o moim stosunku do narodu polskiego. W żadnym razie nie wynikło to z mojej postawy jako niemieckiego urzędnika państwowego, ale z mojego przekonania, że tylko atmosfera sprawiedliwości i pokoju może być odpowiednia do tego, aby umożliwić Polakom i Niemcom wspólne życie. Teraz uzyskało ono cieplejszy, osobisty ton".

"Śledziłem przyczyny pozbawienia polskiego narodu praw obywatelskich. Informowałem się gdziekolwiek mogłem. Bywałem u Generalnego Gubernatora, ale zaprzestałem tych wizyt, bo były one bezowocne z tego powodu, że Generalny Gubernator, moim zdaniem, był w pełni świadom błędów w polityce wobec Polaków w ostatnich latach, ale nie chciał otwarcie się do nich przyznać i dlatego unikał prawdziwej debaty. Ponadto, ze względu na swoją pozycję na zewnątrz starał się ukryć swoją zależność od Berlina w kwestiach politycznych za pomocą przyjaznych i pocieszających słów w stosunku do nowicjusza szukającego rady i pomocy. Rozmawiałem tylko z sekretarzami stanu i prezydentem rządu. Zwracali uwagę na ogólnie dobrą pracę administracji i sukcesy w dziedzinach specjalistycznych, ale w podstawach polityki wskazywali na Berlin i realizowaną przez SS i policję linie polityczną wobec Polaków. Rozmawiałem z moimi urzędnikami urzędu dystryktu i moimi starostami i spotkałem się tu z dużym zrozumieniem i dobrą wolą. Dzięki moim podróżom inspekcyjnym po kraju zrobiłem pocieszającą obserwację, że tam w terenie, w codziennej pracy i w swoim małym obszarze ci fachowi urzędnicy administracji (starosta, agronom powiatowy, lekarz powiatowy) próbowali postępować poprawnie, co w większości psuli teoretycy – politycy i megalomańscy głupcy".


  
Wyrok w sprawie Kurta von Burgsdorfa zapadł przed sądem okręgowym w Krakowie dnia 6 grudnia 1948 r. i był wyjątkowo łagodny. Sąd stwierdził że rzeczywiście "był życzliwy Polakom" został skazany tylko na 3 lata pozbawienia wolności (przy czym zaliczono mu areszt trwający od 30 maja 1946 r. do 6 grudnia 1948 r.), utratę praw publicznych, obywatelskich i honorowych na 2 lata, oraz konfiskatę całego majątku. Prokuratura zaś stwierdziła: 

"Nie ulega wątpliwości, że wśród urzędników niemieckich Burgsdorff wyróżniał się jako człowiek uczciwy, urzędnik starej daty, ożywiony naprawdę chęcią humanitarnego postępowania z ludnością Polską. Dał temu wyraz niejednokrotnie interweniując na rzecz skazanych Polaków, wydając im ułaskawienie. Zwalczał bezwzględną politykę reprezentowaną przez Franka. Jak wykazało dochodzenie na czynności urzędowe Gestapo i policji wpływu nie wywierał. (...) Wina Burgdorffa jednak polega na tym, że piastował stanowisko w administracji Generalnego Gubernatorstwa, która została uznana przez nasze orzecznictwo za organizację przestępczą"


CDN.