Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NAZIZM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NAZIZM. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 października 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. VII

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)



DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY? 
Cz. III





 Hitler wybrał drogę konfrontacji, czy też - jak rozumowano w Berlinie - zabezpieczenia sobie tyłów. W niespełna miesiąc po konferencji monachijskiej, 24 października 1938 roku, Joachim von Ribbentrop - nowy minister spraw zagranicznych Rzeszy - przedstawił ambasadorowi Polski w Berlinie Józefowi Lipskiemu propozycję "uporządkowania istniejących między obydwoma krajami punktów spornych". Chodziło przede wszystkim o przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego. Był to dziwny sojusz podpisany przez Niemcy i Japonię 25 listopada 1936 roku w Tokio, do którego 6 listopada 1937 roku dołączyły Włochy. Sojusz był dziwny dlatego, że choć nominalnie wymierzony przeciwko Kominternowi - a więc w Związku Sowieckiego - faktycznie grupował państwa wrogie Wielkiej Brytanii i Francji. Oprócz zerwania z Francją Warszawa miała wykonać gesty dobrej woli wobec Berlina - przedłużyć polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy na 25 lat, wyrazić zgodę na przyłączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy, oraz na przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich.

Czy Polska mogła zaakceptować takie rozwiązania? Kwestie, na które przez długi czas zwracali uwagę historycy, publicyści - a przede wszystkim propagandyści - czyli "oddanie Gdańska i budowa eksterytorialnej autostrady", były w gruncie rzeczy zmianami kosmetycznymi. Gdańsk nie był częścią terytorium Rzeczypospolitej, tylko państwem pod protektoratem Ligii Narodów. W drugiej połowie lat 30-tych - po wybudowaniu portu w Gdyni - miasto to nie miało dla Rzeczpospolitej większego znaczenia gospodarczego (zresztą Berlin gwarantował utrzymanie polskich przywilejów). Miało jednak znaczenie propagandowe - i to przede wszystkim na arenie międzynarodowej. Polska zgoda na jego połączenie z Rzeszą byłaby prztyczkiem w nos Lidzie Narodów, a przede wszystkim publicznym upokorzeniem Francji. Eksterytorialna autostrada i linia kolejowa miała również symboliczne znaczenie, tym razem jednak pozytywne. Czemu zaprzyjaźnione państwo miałoby utrudniać kontakty pomiędzy poszczególnymi częściami Niemiec? (Od czasu pierwszego konsula generalnego Rzeczpospolitej Polskiej w Królewcu - Stanisława Srokowskiego, który piastował tę funkcję od 24 IV 1920 do 16 XI 1921 r. polska polityka wobec Prus Wschodnich polegała na maksymalnym osłabieniu wpływu tej prowincji od Berlina i w miarę możliwości uzależnić go od Polski. Srokowski pisał bowiem: "Sąsiada w rodzaju Prus Wschodnich należy przeto za każdą cenę albo pozyskać, albo przeistoczyć. Inaczej przy nadarzającej się sposobności zgotuje on nam los fatalny. I to wtedy, kiedy sąsiedzkiej lojalności jak najbardziej będzie nam potrzeba. Robota zmierzająca do uzgodnienia dążności Prus Wschodnich z interesami polskimi winna być (...) wykonywana z niezłomną, choćby wieki trwającą stanowczością i wytrwałością. Celem jej ostatecznym musi być zniszczenie ekspansji wschodniopruskiej". Polska polityka wobec Prus Wschodnich polegała więc na stopniowym przechodzeniu z płaszczyzny rozważań gospodarczych głównie z handlu drewnem, na płaszczyznę militarną i stopniowym uzależnianiu ziemi pruskiej od Polski. Nie brano jednak pod uwagę faktu, że prowincja ta -  paradoksalnie oderwana od reszty Niemiec polskim Pomorzem - już w latach 20-tych była znacznie bardziej podporządkowana Berlinowi, niż miało to miejsce przed rokiem 1918, gdyż odebrano tej ziemi, posiadane przez nią wcześniej autonomiczne prerogatywy).

Poza tym rozwiązanie takie było proponowane już od lat 20-tych - i to nie przez kręgi niemieckie (pisałem już o tym, że to właśnie polska strona proponowała stworzenie sieci kolejowej, biegnącej przez Pomorze do Prus Wschodnich. Aczkolwiek wydaje mi się że jeszcze tego tematu nie zakończyłem) ponieważ było symbolem porzucenia przez Berlin planów inkorporacji całego polskiego Pomorza. (...) Wydaje się, że przyjęcie takich rozwiązań terytorialnych rzeczywiście zakończyłoby spory terytorialne pomiędzy Berlinem a Warszawą. Najważniejszym postulatem było jednak przyłączenie się Polski do paktu antykominternowskiego, a więc zerwanie sojuszu z Francją. Byłby to na pewno wielki dyplomatyczny sukces Berlina, bowiem za Rzeczpospolitą akces do bloku niemieckiego ogłosiłyby zapewne państwa bałtyckie, a przede wszystkim Rumunia. Królestwo to związane było dość ogólnikowym sojuszem z Francją (poza tym niemiecka ekspansja gospodarcza w tym kraju była bardzo intensywna), oraz sojuszem z Jugosławią i Czechosłowacją (tzw. Mała Ententa) wymierzonym w państwa "reakcyjne": Węgry, Bułgarię i Austrię w rozumieniu "habsburskim"). Po konferencji monachijskiej Mała Ententa (...) przestała istnieć. Mała Ententa była sojuszem podwójnie, a nawet potrójnie egzotycznym (rzeczywiście, jak się na to patrzy, to trzeba sobie powiedzieć jasno, że poszczególne interesy państw sygnatariuszy tego układu były ze sobą często sprzeczne - to znaczy nie w pełni jednakowe. Podam przykład: Czechosłowacja obawiała się przede wszystkim Niemiec i Węgier i to przeciwko nim głównie się zbroiła, natomiast za sojusznika uznawała Związek Sowiecki. Rumunia na odwrót, za wroga uznawała Związek Sowiecki {z tego powodu zawarła również sojusz z Polską w roku 1921} i Węgry, natomiast Niemcy za partnera handlowego, a również i politycznego. Jugosławia zaś nie miała żadnych pretensji ani do Niemiec, ani do Związku Sowieckiego, a za głównego wroga upatrywała... Włochy {w mniejszym stopniu Węgry}, czyli tak naprawdę jedynym państwem które łączyło te trzy kraje, to była obawa węgierskiej irredenty za rozbiór tego kraju dokonany w czerwcu 1920 r w Trianon). (...) Każdy kraj miał bowiem wrogiego sobie sąsiada, z którym jego alianci mieli bardzo dobre stosunki. (...)




Jedynym lojalnym sojusznikiem Rumunii była Rzeczpospolita, gdyby więc Warszawa związała się z Berlinem, Bukareszt uczyniłby podobny krok (przemawiał też za tym fakt, że uzbrojenie armii rumuńskiej było produkcji czeskiej i francuskiej. Niemcy kontrolowali po Monachium przemysł czeski, a Polacy - także używając sprzętu pochodzącego znad Sekwany i Loary - samodzielnie produkowali do niego i części zamienne, i amunicję). Nowy układ sojuszy w Europie Środkowej - Niemców z Polską, Rumunią i państwami bałtyckimi - wzmocniłby pozycję Berlina wobec Paryża i Londynu. Spowodowałby jednocześnie powstanie silnego bloku antysowieckiego. Racjonalne wydaje się założenie, że w takiej konfiguracji wojna pomiędzy Niemcami a Francją nie wybuchłaby. Nie leżałaby ani w interesie Francji, ani samych Niemiec. A tym bardziej niemieckich sojuszników, tzn. Polski i Rumunii. Rzecz nie w tym, że Polacy i Rumunii jakoś szczególnie kochali Francuzów - takie "uczucia" ulicy łatwo zmienić akcją propagandową. Rzecz nawet nie w tym, że Polacy i Rumunii obawiali się uderzenia sowieckiego. Rzecz w tym, że zwycięstwo Niemiec oznaczałoby wzmocnienie pozycji Berlina wobec Warszawy i Bukaresztu, a zwycięstwo Francji - katastrofę polityczną i gospodarczą. Dla człowieka myślącego realistycznie to właśnie z sukces Francuzów był bardziej prawdopodobny -  otrzymaliby oni wsparcie ze swych kolonii, od imperium brytyjskiego, a nawet Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego. III Rzesza mogłaby korzystać z ograniczonych zasobów kontynentalnych (i nie ma powodów w podejrzewać, że scenariusz wojny niemiecko-francuskiej różniłby się znacznie od tego z lat 1914-1918 czy 1939-1945). 

Dużo bardziej prawdopodobne było podjęcie - w bliższej lub dalszej przyszłości - "krucjaty antybolszewickiej". Jeśli doszłoby do niej, to najprawdopodobniej zakończyłaby się sukcesem państw europejskich. Przeciwko kontynentalnemu mocarstwu bolszewickiemu - wrogiemu nie tylko sąsiadom, lecz także swoim obywatelom - wystąpiłyby państwa wspierane przez niemal cały wolny świat. Co więcej, jedną z głównych przyczyn klęski III Rzeszy w wojnie przeciwko Związkowi Sowieckiemu w latach 1941-1945 było kurczowe trzymanie się ideologii narodowosocjalistycznej (to prawda, Hitler popełnił totalną głupotę pod tym względem. Chociaż należy też pamiętać, że Niemcy częściowo przynajmniej korygowali tę politykę od roku 1943, dopuszczają również uczestnictwo narodów takich jak Kozacy, Ukraińcy, a  nawet oddziały Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej gen. Własowa - czyli chętnych mimo bandyckiej niemieckiej polityki na Wschodzie było dosyć dużo do wstępowania w szeregi Wehrmachtu {bo przecież te jednostki nosiły mundury niemieckie i jedynie ich naszywki różniły je od siebie}. Z tym że w roku 1943 to nawet nie tyle czynnik ludzki był dla Niemiec istotny na Wschodzie - bo tego wbrew pozorom nie brakowało - a kluczowe zaopatrzenie w paliwo, czyli to "czarne złoto" którego Niemcom zawsze brakowało, a także Niemcy nie nadążali w produkcji czołgów i artylerii. Sowieci byli w stanie miesięcznie wystawić samych czołgów T-34 kilkaset, podczas Niemcy produkując ciężkie "Tygrysy" czy "Pantery" mogli ich wyprodukować co najwyżej od kilkunastu do kilkudziesięciu sztuk). Zaowocowało to ludobójstwem i utrzymaniem - w okupowanych częściach państwa sowieckiego - "bratniego" socjalistycznego porządku gospodarczego z kołchozami, sowchozami i komisarzami. (Niemcy na ogromnych obszarach Związku Sowieckiego mieli ogromne trudności z aprowizacją, to znaczy oni wkraczając do Rosji sowieckiej od razu zakładali, że tamtejsza ludność nie będzie żywiona. To znaczy, będzie zdana na śmierć głodową, co było oczywiście zgodne z narodowosocjalistyczną ideologią słowiańskich podludzi przeznaczonych do eksterminacji. I to właśnie ta polityka, połączona jeszcze z represjami, doprowadziła do radykalnej zmiany nastrojów ludów Związku Sowieckiego, które jeszcze w czerwcu i lipcu 1941 r. witały wkraczający Wehrmacht kwiatami, a nawet niekiedy chlebem i solą).




Gdyby w wojnie przeciwko Sowietom walczyło państwo polskie, można przyjąć za pewnik, że przyjęto by ideę prometeizmu, czyli wykorzystania tendencji odśrodkowych w imperium bolszewickim. Obywatelom sowieckim oddano by prawo wolności do ziemi, pamiętano bowiem doskonale co leżało u podstaw polskich sukcesów i porażek w walkach z Rosjanami w roku 1863 i 1920. Polski chłop występował po stronie tej władzy, która gwarantowała mu prawo własności do ziemi. A przy zachowaniu życzliwości obywateli Związku Sowieckiego to zbrodnicze państwo upadłoby bardzo szybko. Można też przyjąć, że nastąpiłyby okresy pokojowego rozwoju Europy. Nie musiałoby dojść do żadnych wojen. Francuzi skupiliby się na swoich koloniach, Niemcy Hitlera i Rosja Stalina utrzymywałyby pokojowe stosunki  scementowane wspólną socjalistyczną ideologią. Mogłoby to trwać kilkadziesiąt lat po których nastąpiłaby destalinizacja i dehitleryzacja, a Europa rosła by w siłę i ludziom żyłoby się dostatnio. (Z tym się nie zgodzę, to jest kompletny miraż, i to nie tylko dlatego że zarówno Hitler jak i Stalin dążyli do wojny bez względu na wszystko, tylko że do wojny rozsądnej -  takiej, z której wyjdą zwycięsko. Ale nawet jeżeli założymy że do wojny nie doszłoby, to taki sojusz - czy to ideologiczny, czy polityczny, czy jakikolwiek inny pomiędzy Niemcami a Rosją - byłby z góry zagładą dla Polski. Po prostu w żadnym takim wariancie Europy rosnącej w siłę istnienie Polski nie byłoby możliwe. Polski nie było na mapie Europy 123 lata, i przyznam się szczerze nikomu na Zachodzie to nie przeszkadzało, a w Europie Środkowej Rosja i Niemcy wpływami by się podzieliły. Zresztą w takiej konfiguracji po zagładzie Polski nie byłoby możliwe również istnienie państw w bałtyckich, a także Czechosłowacji - chyba że w jakiejś kadłubkowej formie protektoratu. Czy to by oznaczało europejski pokój? Śmiem wątpić)




Czy Polska mogła zaakceptować sojusz z Niemcami? Technicznie nic nie stało na przeszkodzie. Związanie się Polski z Niemcami nie stanowiłoby też chyba większego problemu moralnego. Przez większą część wspólnej historii Polacy i Niemcy pozostawali w stosunkach pokojowych, a nawet przyjacielskich. Oprócz kilku średniowiecznych awantur dynastycznych, wojen nie prowadzono (w okresie PRL duży nacisk propagandowy położono na konflikty polsko-krzyżackie, nie zwracając uwagi ani na fakt, że państwa krzyżackiego nie można w pełni utożsamiać z państwem niemieckim, ani na to, że każda niemal wojna rozpoczynała się od polskiej agresji). Co więcej, najlepszym i najwierniejszym sojusznikiem Rzeczpospolitej było Cesarstwo Niemieckie - to dzięki niemu odbudowano państwo polskie po Potopie. Polska i Saksonia były związane unią personalną, którą oceniano na tyle dobrze, że regularnie wracano do tej idei (zarówno w Konstytucji 3 Maja, jak i w konstytucji z 1807 roku). Cieniem na wzajemne stosunki kładła się oczywiście polityka pruska. Warto jednak zauważyć, że Hitler był Austriakiem, a NSDAP - jako socjalistyczna partia robotnicza - zwracała uwagę na interesy przemysłowe, a nie agrarne. Poza tym w czasach wielkiej wojny najbliższymi sojusznikami żołnierzy polskich - a także ich nauczycielami i wychowawcami - byli żołnierze państw centralnych: Niemcy i Austriacy. Wreszcie III Rzesza u progu 1939 roku nie była wcale ohydnym i zbrodniczym organizmem planującym masowe ludobójstwa. Oczywiście obrzydzenie w Polakach mogły wzbudzać i ustawy norymberskie, i krwawe porachunki towarzyszy partyjnych, i obozy koncentracyjne, ale nie były one niczym wyjątkowym: rasistowskie prawo funkcjonowało w "kulturalnych" Stanach Zjednoczonych do 1965 roku (jeszcze w latach 50-tych XX wieku na południu USA murzyn, który był chociażby podejrzany o stosunek z białą kobietą, mógł zawisnąć na stryczku. I nie było to wcale rzadkie zjawisko), pogromy zdarzały się na terenach kontrolowanych przez "kulturalnych" Brytyjczyków (m.in. w 1929 roku w Hebronie dopuścili do śmierci 67 Żydów, w 1919 roku w Amristarze żołnierze króla zastrzelili co najmniej 379 Hindusów), obozy koncentracyjne zakładali "kulturalni" Czesi (w Letach i Hodoninie), a przeciwników politycznych brutalnie eliminowali także "kulturalni" Rumunii (mordując przetrzymywanych w więzieniach setki wrogów politycznych).

Polacy mogli patrzeć z wyższością na Niemców, ale inni sąsiedzi Rzeczypospolitej nie byli lepsi. W porównaniu zaś ze Związkiem Sowieckim i Stalinem - mającym na sumieniu miliony ofiar - Hitler wydawał się świętoszkiem. I to sowiecka Rosja była wrogiem numer jeden dla Polaków, Europy i świata -  przynajmniej przed 1939 rokiem. (...) Racjonalne argumenty mogą wskazywać, że skutki kapitulacji Polski przed III Rzeszą i przyjęcie jej dyktatu byłyby lepsze niż danie im odporu. Jest jednak pewne "ale" - Hitler był niegodnym zaufania głupcem. Sam zresztą tak siebie określił w początkach 1939 roku: "Musiałbym być idiotą, gdybym rozpoczął kolejną wojnę światową z powodu Polski". Jako że niedaleko pada jabłko od jabłoni, to inni przywódcy niemieccy byli równie "stabilni" emocjonalnie i "godni zaufania" jak Hitler. Niemal wszyscy sojusznicy Niemców - czy z I, czy z II wojny światowej - stracili na tym związku. Jedynie ci, którzy odpowiednio wcześnie zerwali alians z Berlinem, nie zostali zniszczeni. Wystarczy porównać sobie pierwszowojenne losy Bułgarii i Grecji, albo drugowojenne losy Italii - pierwszego odstępcy - oraz Węgier - państwa wiernego Niemcom do ostatka. Jeszcze lepszym materiałem porównawczym dla Warszawy, były pierwsze lata państw oddzielonych Zbruczem: stworzone przez Niemców Królestwo Polskie latem 1917 roku zlikwidowało militarne stosunki z Berlinem, a w październiku 1918 roku ogłosiło niepodległość (mowa tutaj oczywiście o rejonie Krakowa i Galicji, które to pierwsze się oderwały od okupacji austriackiej, dopiero potem, w listopadzie przyszła kolej na Warszawę. Należy jednak powiedzieć że owych listopadowych dniach, szczególnie po 11 listopada 1918 r. gdy rozpoczęto w Warszawie rozbrajanie wojsk niemieckich, zaczęło krążyć takie powiedzenie: "Ni to z tego, ni z owego, mamy Polskę na pierwszego". Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę że te słowa nie były wcale od tak rzucone na wiatr, a oddawały rzeczywistość jaka wówczas zaistniała. Rzeczywiście 11 listopada była Polska ponieważ wcześniej Niemcy dekretem z 5 listopada 1916 r. stworzyli administrację Królestwa Polskiego, czyli my mieliśmy już pełne kadry administracyjne rodzącego się państwa, co prawda nadal podzielonego, ale jednak administracja już była. Wojsko też już było, choć podlegało różnym wodzom i wciąż jeszcze było nieliczne. Dopiero Piłsudski zebrał to wszystko w karby i w kolejnych miesiącach rozpoczęto rozbudowę Wojska Polskiego, głównie stawiając nacisk nie na ilość a na jakość, co było powodem późniejszych zwycięstw w wojnie z Ukraińcami w roku 1919 i w wojnie polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920). Objęta protektoratem niemieckim Ukraińska Republika Ludowa do 11 listopada 1918 roku pozostawała wierna Kajzerowi. Polska pozostała państwem suwerennym, Ukraina nie zdołała obronić swej niepodległości.




CDN.
 

czwartek, 17 października 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. VI

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY? 
Cz. II




 Zmniejszenie niebezpieczeństwa że strony ZSRS zostało okupione niewielkim pogorszeniem polskiej pozycji wobec Niemców. Dopóki Czechosłowacja była nieżyczliwa wobec III Rzeszy, Wehrmacht nie mógł wyprowadzić głównego uderzenia na Warszawę ze Śląska, narażonego na ewentualne uderzenie armii czechosłowackiej. Możliwości zamiany Śląska w niemiecki place d'armes Polacy nie mogli zapobiec, udało się natomiast przygotować do ewentualnego militarnego wykorzystania Słowacji przez Niemców. Wyzwalając Zaolzie i przejmując wkrótce potem Czadczyznę, Polacy przerwali linie kolejowe biegnące na wschód Słowacji i na Zakarpacie. Następnie wspólnie z Węgrami rozpoczęli operacje dywersyjne opatrzone kryptonimem "Łom". Mimo że nie przyniosły błyskawicznego sukcesu, sprawiły jednak, że druga linia kolejowa biegnąca na wschód Słowacji i Zakarpacie została opanowana przez Węgrów. Gdy się patrzy na mapę, może się wydawać, że późniejsze - z marca 1939 roku - podporządkowanie Słowacji III Rzeszy doprowadziło do "głębokiego oskrzydlenia Rzeczypospolitej od południa" i do znacznego osłabienia polskiego potencjału obronnego, nie jest to jednak prawdą. W planowaniu działań militarnych nie liczy się długość wspólnej granicy, a jedynie dostępność linii kolejowych, a te były w rękach Polaków i Węgrów. W rękach Niemców, Słowaków, Czechów - właściciele zmieniali się kilkukrotnie w ciągu roku - pozostała tylko jedna linia kolejowa, a na takiej kruchej podstawie nie można planować działań zbrojnych.

Dla Czechów umowa monachijska okazała się prawdziwym szokiem. Władze państwowe przekonywały ich obywateli, że są jedynym demokratycznym państwem w Europie Środkowej, że ich armia jest potężna, bitna i dobrze wyposażona; że fortyfikacje - na które płacili olbrzymie podatki - nie mają w sobie równych, a zresztą Praga prowadzi rozsądną politykę zagraniczną: ma przyjaciół wśród mocarstw i gardzi słabszymi. Wszystko to okazało się kłamstwem. Czechosłowacja nie stosowała zasad demokratycznych wobec mniejszości narodowych, w wywołanym przez to konflikcie nie mogła liczyć na własną armię, a fortyfikacje okazały się bezużyteczne. Polityka zagraniczna okazała się katastrofą - pogardzani do niedawna zachodni sąsiedzi urośli w siłę, a kontakty z państwem Stalina zamiast pomocy przyniosły niechęć Europy. Czesi poczuli się zdradzeni - przede wszystkim przez swojego prezydenta, który szybko opuścił kraj. W kolejnych latach niechęć do Benešia została przekierowana - postarali się o to zarówno propagandyści "beneszowcy", jak i komunistyczni - w niechęć do Zachodu (charakterystyczne jest to - chociażby ze względu na pytanie przeciwko komu wymierzony był alians Moskwy i Pragi - że nie zwraca się uwagi na niewypełnienie zobowiązań sojuszniczych przez Moskwę, a jedynie przez Francję i Wielką Brytanię, która notabene sojusznikiem Czechosłowacji nie była!). Wydarzenia jesieni 1938 roku powszechnie określa się więc w Czechach jako: "zrada Zapadu", "Mnichovska zrada", czy też "zrada spojencü" (zdrada sojuszników). W rzeczywistości właśnie sojusznicy mogli czuć się zdradzeni przez Pragę. Nie chodzi nawet o to, że państwo to prowadziło awanturniczą - stojącą na granicy bolszewizmu - politykę wewnętrzną i zagraniczną, ale o to, że nie miało dość sił, żeby ponieść jej konsekwencje. 

Kapitulacja Czechosłowacji oznaczała utratę kontroli nad czeskim przemysłem zbrojeniowym, w który Francuzi wpompowali olbrzymią ilość pieniędzy oraz technicznego know-how. Niemcy nie tylko dostali fabryki produkujące doskonałe uzbrojenie, ale mieli możliwość zapoznania się z najnowszymi francuskimi technologiami (i brytyjskimi - to huty czeskie produkowały płyty pancerne dla najnowszych okrętów liniowych Royal Navy). Co więcej, sojusznicy Francji - m.in. Jugosławia i Rumunia - miały armie uzbrojone głównie w sprzęt produkowany na terenie Czech - na terenie kontrolowanym przez Niemców. Bardzo często historykom umyka fakt, że kapitulując przed niemieckim dyktatorem, to właśnie Czechosłowacja zdradziła swoich aliantów (a nie na odwrót). Nie tylko zerwała wszystkie dotychczasowe układy sojusznicze, ale związała się z Hitlerem. Przyjęła bowiem od III Rzeszy gwarancje bezpieczeństwa. Oznaczało to faktyczne powstanie sojuszu wojskowego pomiędzy Pragą a Berlinem - tak samo jak późniejsze przyjęcie przez Polskę gwarancji brytyjskich oznaczało sojusz Warszawy i Londynu. Stanięcie po stronie Berlina armii czechosłowackiej (...) wymusiło na Francuzach i Brytyjczykach rozbudowę ich własnych sił zbrojnych. Niemieckie zwycięstwo na konferencji w Monachium - pomimo okazywania entuzjazmu przez zachodnich polityków -  zostało odebrane w Paryżu i Londynie jako bardzo wyraźny sygnał alarmowy. Do września 1938 roku III Rzesza była cenionym członkiem europejskiej społeczności. Może nie najbardziej godnym, ale znów nie tak najgorszym - w końcu obozy koncentracyjne wymyślili Brytyjczycy (w czasie wojny z holenderskimi Afrykanerami zasiedlającymi państwa południowej Afryki: Transwal i Oranię w latach 1899-1902), rasistowskie prawodawstwo zostało zniesione w Stanach Zjednoczonych dopiero w 1965 roku, a krwawe walki o władzę zdarzały się i w kulturalnej Francji (podczas "kryzysu 6 lutego" w 1934 roku na ulicach Paryża zginęło 17 osób, a 2329 było rannych). To konferencja w Monachium - i następująca wkrótce po tym noc kryształowa - udowodniły, że Niemcy nie zamierzają spocząć na laurach i usatysfakcjonować się dotychczasowymi sukcesami, ale występują przeciwko porządkowi europejskiemu. 

I Brytyjczycy, i Francuzi zaczęli działać. Neville Chamberlain mógł krzyczeć do tłumów: "Przywiozłem wam pokój na miarę naszych czasów", ale gdy zasiadł tylko w fotelu premiera, jego główną troską były zbrojenia. Wielka Brytania rozpoczęła rozbudowę sił lądowych o ponad 20 dywizji, zainicjowała rozbudowę floty i lotnictwa (wciąż kiepsko to wyglądało we wrześniu roku 1939, można powiedzieć że Brytyjczycy uważali, że co najmniej do końca roku 1940 - a w zasadzie do 1941 - będą dopiero gotowi do realnego użycia swoich sił zbrojnych w tej wojnie). Francuzi czynili podobnie - być może nawet nieco jawniej, bo samoloty bojowe zamawiali za granicą. I choć większość kontraktów zgarnęły wytwórnie amerykańskie, to samoloty dla Francji produkowali też Belgowie i Holendrzy. Zapytania ofertowe wysyłano nawet do Związku Sowieckiego - ten nie dysponował jednak nowoczesnymi samolotami (trzeba też powiedzieć że ogromną rolę w ponownym uzbrojeniu zarówno III Rzeszy jak i Związku Sowieckiego odegrały Stany Zjednoczone. Amerykańscy inżynierowie modernizowali Związek Sowiecki w latach 30-tych, unowocześnili też Armię Czerwoną. Jedynie sowieckie lotnictwo - a szczególnie marynarka wojenna - została przez Amerykanów pominięta i trudno się temu dziwić. W końcu oni doskonale wiedzieli że zmodernizowany sprzęt - w tym silna flota wojenna - zostanie wcześniej czy później wykorzystana przeciwko nim samym. W czasie II Wojny Światowej sowieckie lotnictwo było bardzo mało skuteczne, a jeszcze mniej skuteczna była sowiecka marynarka wojenna - która przez większość wojny pozostała w portach. Natomiast wojnę wygrała Armia Czerwona stworzona przez Amerykanów. Należy też dodać że amerykańskie banki również finansowały modernizację Wojska Polskiego, aczkolwiek w porównaniu z tym co dano Niemcom, to była prawdziwa kropla w morzu, a stosunek ten można przedstawić co najmniej jako 20-1). W gruncie rzeczy oznaczało to obniżenie pozycji Moskwy - i to nie tylko ze względu na zapóźnienia techniczne. Po klęsce w Hiszpanii, po porażkach na Dalekim Wschodzie, po bankructwie idei frontów ludowych, po wielkiej czystce, po wymordowaniu kadry dowódczej, po upadku Czechosłowacji - Związek Sowiecki przestawał być odbierany jako jasne i oczywiste zagrożenie. A to oznaczało, że antybolszewickie Niemcy nie są potrzebne Europie. Dyplomatyczna hossa Berlina się skończyła. 






Co więcej, gorączkowe zbrojenia Francuzów i Brytyjczyków były tajemnicą poliszynela. Doskonale zdawali sobie z nich sprawę Niemcy. Niestety, rozumieli je w sposób paranoidalny - nie widzieli w nich reakcji na niemieckie poczynania, a akcję wymierzoną w III Rzeszę. Co gorsza, władzę w Berlinie sprawowali ludzie niewykształceni, niewykwalifikowani, niedoświadczeni i niezrównoważeni emocjonalnie. Brak kompetencji niemieckich decydentów wynikał z wielu czynników. Przede wszystkim z partyjnego charakteru państwa, przestrzegania zasady wodzowskiej oraz postanowień układu wersalskiego. Urzędnicy państwowi awansowali nie ze względu na kwalifikacje, ale ze względu na poparcie partii, a w skrajnych przypadkach byli zastępowani przez funkcjonariuszy partyjnych (albo nawet partyjnych sponsorów - jak to miało miejsce w wypadku zastąpienia po konferencji monachijskiej ministra spraw zagranicznych od roku 1932 Konstantina von Neuratha przez Joachima von Ribbentropa - handlarza win i mecenasa partii nazistowskiej, wynagrodzonego w 1935 roku stanowiskiem ambasadora w Londynie). Istotne jest również i to, że większość polityków i urzędników III Rzeszy była ludźmi młodymi - nie tylko pozbawionymi edukacji i doświadczenia, lecz także niecierpliwymi. Chcieli sukcesów i chcieli ich natychmiast. Równie niewykształcone i niedoświadczone były kadry wojskowe. Dowódcy alianccy - dla przykładu Edmund Ironside, Maurice Gamelain i Edward Śmigły-Rydz - szlify generalskie otrzymali w czasach wielkiej wojny. Dowódcy niemieccy byli zaś w czasie tamtej wojny oficerami młodszymi, rzadko majorami. Po traktacie wersalskim przez długie 15 lat nie mogli zdobywać doświadczenia sztabowego, rozwijać zdolności przywódczych czy nawet poznawać problemów dowodzenia wielkimi jednostkami - nie w armii, której liczebność ograniczono do 7 dywizji. Gdy natomiast odbudowano niemiecki sztab generalny, młodym niemieckim generałom nie miał kto przekazywać doświadczeń i wiedzy: większość sztabowców z czasów wielkiej wojny straciła - w czasie wymuszonego rozbratu z wojskiem - kontakt z nowoczesną wiedzą wojskową. 

Najważniejszym czynnikiem był jednak Adolf Hitler. Wiązało się to z pruskim umiłowaniem dyscypliny i ścisłym przestrzeganiem führerprinzip - zasady wodzostwa, polegającej na bezwzględnym podporządkowaniu się poleceniom przełożonych, przekonaniem o ich nieomylności, oraz niemal religijnym kulcie przywódcy (to wszystko prawda, ale należy pamiętać że już Wehrmacht w 1939 roku przyjął zasadę, że w przypadku śmierci wyższego dowódcy, każdy żołnierz szczebel niżej wie co ma dalej robić i nie musi automatycznie pytać się o zdanie przełożonych w sytuacji braku z nimi kontaktu lub konieczności podjęcia szybkich decyzji. Niestety w Wojsku Polskim zasada była jednak bardziej wodzowska, a mniej skierowana na innowacyjność szybkim podejmowaniu decyzji w przypadku utraty dowództwa). Gdyby jeszcze "wódz" wyróżniał się na tle swoich podkomendnych... Niestety dla Europy - a przede wszystkim dla Niemców - Adolf Hitler był niewykształcony, jego kwalifikacje dotyczące dyplomacji były mizerne, odpowiednie dla pięcioletniego jedynie doświadczenia, które zdobył od 1933 roku. Był osobą bardzo emocjonalną, wprost irracjonalną. Co gorsza, odniósł właśnie pasmo sukcesów - więc czuł się niezwyciężony, a żaden z doświadczonych dyplomatów nie miał wystarczającego prestiżu - czy może odwagi - żeby wyjaśnić mu oczywistą prawdę: europejskie mocarstwo osiągające sukcesy zraża do siebie inne mocarstwa...

Czy dałoby się uniknąć wojny, gdyby Hitler spasował w tej licytacji i wybrał politykę obłaskawienia swoich sąsiadów zaniepokojonych nadmiernym wzrostem potęgi III Rzeszy? (...) Wydaje się że tak (my musimy pamiętać również, że nasze położenie było tragiczne nie tylko z punktu widzenia geopolitycznego i militarnego, ale również politycznego. Europa za wszelką cenę chciała uniknąć wojny - oczywiście my też - problem polegał tylko na tym, że oni w zamian za udobruchanie Hitlera byli gotowi zapłacić mu naszymi ziemiami zachodnimi, i to nie tylko Brytyjczycy, ale również Francuzi, a także - a może przede wszystkim w tym wariancie - Amerykanie. Gdyby Hitler nie doszedł do władzy w Niemczech, człowiek który totalnie rozbił budowaną skrupulatnie przez ministra spraw zagranicznych Rzeszy Gustava Stresemanna politykę udobruchania mocarstw zachodnich i wejścia w tyłek Amerykanom - głównie poprzez umożliwienie im inwestycji na niemieckim rynku - to sytuacja byłaby taka, że wojna i tak by wybuchła, bo jak pisał Ignacy Matuszewski w 1932 r. "nie damy oderwać od Polski choćby skrawka polskiej ziemi", więc albo byśmy musieli zgodzić się na międzynarodowy arbitraż w tej kwestii, albo na wojnę z Niemcami, z tym że nie byłyby to Niemcy hitlerowskie. Hitler jednak zdobywając władzę po prostu kopnął ten stolik, wywracając wszystkie figury i zaczął w sposób brutalny i podlany ideologicznym sosem rasizmu realizować swoją politykę, co automatycznie zraziło do Niemiec zarówno Francuzów jak i Brytyjczyków, a także Amerykanów). Przede wszystkim Francja i Wielka Brytania nie były aż tak zainteresowane ani obroną status quo - o wojnie prewencyjnej nie wspominając - żeby zdecydować się na agresję przeciwko Niemcom. Rzeczpospolita była zadowolona z pokojowych stosunków z Rzeszą, poza tym dbała o zachowanie równowagi w stosunkach ze wschodnim i zachodnim sąsiadem. Państwa europejskie właśnie wychodziły z kryzysu i wolały się skupić na rozwoju gospodarczym, a nie militarnym. 




Ekonomia wskazywała zresztą na sukces aliantów - Niemcy w pewnym momencie musiałyby spłacać kredyty zaciągnięte na rozbudowę Wehrmachtu (warto tutaj wspomnieć że już w roku 1939 ceny w Niemczech poszły znacznie w górę o jakieś 25%, przy czym pensje pozostały na niezmienionym poziomie. Dziś przyjęło się uważać że sześcioletnie rządy Hitlera to była prosperita gospodarcza. Owszem, w dużej mierze tak, ale była ona podobna do tej, jaka nastąpiła w Polsce w czasach Edwarda Gierka w pierwszej połowie lat 70-tych - czyli prosperita na kredyt. Rok 1939 był bodajże pierwszym rokiem, w którym Rzesza nie odnotowała wzrostu gospodarczego, a zaczynała się stagnacja. Tym bardziej że trzeba było zacząć spłacać kredyty, a to oznaczało dramatyczne pogorszenie stopy życiowej społeczeństwa niemieckiego. Hitler oczywiście nie mógł sobie na to pozwolić, dlatego wybuch wojny był przez niego wypatrywany z nadzieją, tym bardziej że w jego przekonaniu to miała być "szybka, zwycięska wojna" ze "słowiańskimi małpami" i "francuskimi obłudnikami", a po tych zwycięstwach Wielka Brytania miała otrzymać od Niemiec propozycję pokojową, czyli miał nastąpić podział wpływów: Europa do Niemiec, kolonie i świat dla Wielkiej Brytanii). Swego czasu propagowany był nawet pogląd, że III Rzesza weszła na ścieżkę wojenną w chwili rozpoczęcia zbrojeń. Nikomu chyba nie przyszło do głowy, że koszty wojny byłyby najprawdopodobniej większe niż cena kryzysu gospodarczego wywołanego brakiem wojny.


CDN.
 

piątek, 5 lipca 2024

ZEMSTA! - Cz. I

CZYLI O TYM, JAK TO ROSJANIE, CZESI, ŻYDZI I POLACY MŚCILI SIĘ PO WOJNIE NA NIEMCACH




"Wojna kończyła się strasznie. 12 stycznia 1945 roku Sowieci rozpoczęli ofensywę. (…) Ja sam jako ostatni opuściłem Zamek w Krakowie z moimi ludźmi w momencie, gdy Rosjanie prawie otoczyli miasto i już zaczęli wkraczać na przedmieścia na północ od Wisły. Była druga po południu w środę 17 stycznia 1945 r. Za mną pozostał tylko słaby oddział Wehrmachtu i policji, który odszedł w kilka godzin później. We wtorek, 16 stycznia 1945 roku, dzień wcześniej, po raz kolejny przeszedłem przez sale tego Zamku, które starannie chroniłem i remontowałem. Stałem sam w wielkiej komnacie przeznaczonej dla koronacji i posiedzeń rady, z jej wspaniałym widokiem na cudowne stare miasto, i zastanawiałem się nad drogą, która nas tu zaprowadziła. Kto to nie panował w tym Zamku od tysiąca lat! Kto też nie napadał wciąż na ten Zamek! Mongołowie, Tatarzy, Litwini, Rosjanie, Polacy, Austriacy, potem znowu Polacy, potem Niemcy, a teraz znowu Rosjanie. Węgrzy, Francuzi, Szwedzi wprowadzali się i wyprowadzili, Karol XII i August Mocny oraz… oraz… oraz… Mimo to, Zamek górował nad wiecznie młodą Wisłą beznamiętnie, z dumą i uporem.

Poszedłem jeszcze samotnie do Katedry Zamkowej tego świętego miejsca dla Polski. Tam przez wieki koronowano królów polskich, a ich groby stały w długich rzędach w szerokich kryptach tej katedry. Ze względu na niebezpieczeństwo nalotów nakazałem je starannie umocnić, a następnie stanąłem przed ołtarzem z czarnym welonem, który Polacy powiesili tam, gdy stracili wolność, prawie sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Ten welon też mnie teraz oskarżał. Ostatni raz stanąłem przed zamkniętym marmurowym grobowcem ostatniego Jagiellona autorstwa Wita Stwosza w pierwszej bocznej niszy obok głównego portalu i przypomniałem sobie, że kiedy 7 listopada 1939 roku zająłem Zamek na oficjalną rezydencję, przez długi czas byłem szczególnie poruszony mistrzowsko wykutymi rysami starego polskiego króla na tym sarkofagu. Oprowadzający mnie wówczas Polak, profesor Cybichowski długo milczał przy mnie, patrząc na tę marmurową twarz. Król spał. Jego twarz wyrażała straszne męki jego życia, a jednocześnie spokój ostatecznego uwolnienia się od istnienia. W tym czasie ten Polak powiedział do mnie w sposób dystyngowany i cichy: "Tak umierali w cierpieniu nasi królowie, zdecydowana większość z nich. Ciężko jest być królem w Polsce." A kiedy znów stanąłem pod podwyższeniem sarkofagu, by się pożegnać, pomyślałem, że to naprawdę był ciężki urząd, podczas gdy rezydowałem na Zamku".


 Oto fragment z pamiętników Hansa Franka (od października 1939 do stycznia 1945 r. pełniącego funkcję "Generalnego Gubernatora Okupowanych Ziem Polskich", czyli po prostu niemieckiego naczelnika z ramienia Hitlera) spisanych w więzieniu w Norymberdze i opublikowanych w 1955 r. Frank uciekł z Krakowa (z Wawelskiego Zamku) 17 stycznia 194 5 r. o godz. 13:25 przy pięknej zimowej pogodzie i jasno świecącym słońcu. Uciekł stąd, by już nigdy tutaj nie powrócić, tak jak tysiące Niemców który zostali sprowadzeni na ziemie polskie w czasie II Wojny Światowej. Wszyscy teraz uciekali niczym szczury z tonącego krętu, w obawie przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Wszyscy oni wiedzieli że wpadnięcie w ręce Sowietów, czy choćby nawet Polaków, oznaczało niechybną karę śmierci, dlatego też ratując się woleli poddać się Amerykanom lub nawet Brytyjczykom, co mogłoby im zgwarantować ocalenie życia. Ale nie wszyscy Niemcy uciekali, bardzo wielu z nich (szczególnie na przedwojennych ziemiach niemieckich na Górnym i Dolnym Śląsku czy na Pomorzu) pozostawało w swych domach, starając się przeczekać ten okres okupacji (jak oni to nazywali). Byli to najczęściej zwykli rolnicy, lub mieszkańcy miast, którzy nie byli zaangażowani w zbrodnie narodowego socjalizmu (wiadomo bowiem że zbrodniarze uciekali pierwsi, gdyż wiedzieli co ich spotka jeśli szybko nie uciekną. Potem albo ukrywali się pod zmienionym nazwiskiem, albo wracali do swoich środowisk, albo też uciekali za granicę - szczególnie do Ameryki Południowej - dlatego tak trudno było potem dopaść ich aby wymierzyć sprawiedliwość). Ci ludzie oczywiście również zdawali sobie sprawę że nadejście sowietów będzie równoznaczny z wywróceniem ich dotychczasowego życia do góry nogami, ale nawet jeśli niemiecka propaganda ostrzegała ich przed falą zbrodni i gwałtów jakie popełniali Sowieci chociażby w Prusach Wschodnich, o tyle ucieczka i pozostawienie własnego dobytku (po to tylko żeby błąkać się po drogach bez jedzenia i kąta do spania, często z małymi dziećmi) była odpychająca dla wielu z nich. Pocieszali się też myślą że nie będzie tak źle, że wcześniej czy później Sowieci i Polacy stąd odejdą i znów wrócą niemieckie rządy. Trzeba tylko przeczekać ten jak dla nich "ciężki czas".




Wielu z nich jednak albo nie zdawało sobie sprawy z ogromu niemieckich zbrodni popełnionych w Polsce, Rosji, na Ukrainie, Białorusia, na Litwie i w wielu innych okupowanego przez nich Wschodu (chociaż listy niemieckich żołnierzy pisane z Frontu Wschodniego temu przeczą, bowiem propaganda niemiecka nie była w stanie wyłapać wszystkich tych listów które szły z frontu do Rzeszy, a dziennie szło tamtędy jakieś 20 do 25 milionów listów. To była nieprawdopodobna liczba i nie starczało nawet cenzorów żeby to przejrzeć, gdyż ludzie do tego zaangażowani potrzebni byli albo na froncie, albo w fabrykach zbrojeniowych, albo jeszcze gdzie indziej. A w owych listach niemieccy żołnierze otwarcie pisali o zbrodniach, jakie widzieli albo na własne oczy, albo które sami popełniali, często przy tym śmieszkując że "oczyszczają teren". Potem jednak - po roku 1943 - gdy przyszły wielkie klęski, ton listów się zmieniał. Dominowało przerażenie wojną i ogromna chęć porzucenia walki i powrotu do domu nawet na piechotę. Gdy jeden z żołnierzy dostał list od swojej dziewczyny, która prosiła go aby przywiózł jej pończochy ze zdobytej Moskwy, ten jej odpisał: "Przyszliśmy tu na rozkaz, walczymy tu na rozkaz i zdechniemy tu na rozkaz (...) jest tak potwornie zimno, że boimy się nawet otworzyć oczu, żeby nie zamarzły nam gałki oczne. (...) Ja tu zdycham, powoli zdycham, a ty piszesz o pończochach". Inny żołnierz Wehrmachtu pisał, że ci, którzy twierdzą że wojna potrwa do lata 1943 r. i Związek Sowiecki zostanie rzucony na kolana, powinni natychmiast udać się do psychiatry, a najlepiej zamknąć się w szpitalu bez klamek, ponieważ nie mają w ogóle pojęcia co się tutaj dzieje. "Nieustannie się cofamy. Ciągle przechodzą nowe rozkazy aby się cofnąć", twierdził dalej że ziemie te zdobyte zostały ogromną daniną niemieckiej krwi, a teraz oddawane są od tak po prostu. Wielu jednak pisało (i taki jest dominujący przekaz w listach płynących ze Wschodu po roku 1943), że nie chcą już więcej walczyć, że pragną porzucić broń i wrócić do kraju, a ci którzy zostali poważnie ranni (na przykład w obie nogi i te nogi będą im amputowane), są niesamowitymi szczęściarzami, ponieważ "zostaną wywiezieni z tego piekła, a my tu zostaniemy i tutaj zdechniemy!"

Wielu też Niemców na obszarach etnicznie mieszanych (takich jak choćby Górny Śląsk), wraz ze zbliżaniem się Frontu Wschodniego do granic Rzeszy, zmieniało swój stosunek do ludności polskiej. W raporcie Sekcji Zachodniej Delegatury Rządu na Kraj (w okresie od marca do czerwca 1944 r.) można przeczytać: "Generalnie stosunek do Polaków cechuje nienawiść. Jest to dość zrozumiałe. Narodowy socjalizm jest ruchem mas, wyniesionych z powojennej nędzy. Dał im pracę, płacę, opiekę społeczną, wyższość nad feudalnymi tradycjami. Przez udział w partii, mają udział i decyzję w państwie, przez mit rasy - wyższość nad ludami świata, przed zawojowanie Europy i barbarię - udział i pełne wyżycie się najprostszych instynktów. Te masy prostych Niemców (...) rzemieślnik czy zdeklasowany wojną światową półinteligent (...). W klęsce widzi powrót na ławkę parkową i tego się boi, bo system zabił w nim inicjatywę własną i czuje, że w rumowisku walącej się Rzeszy zginie. Jest to element, który pójdzie na hasła rzucone już dziś przez propagandę niemiecką (...) "Jeżeli zginiemy, to z nami wszyscy". (...) Hasła totalnego wyniszczenia Polaków głosi się zwłaszcza w Wielkopolsce i na Pomorzu, stąd każdy raport przynosi nowe szczegóły tej wojny nerwów. (...) Na Pomorzu np przez jakiś czas głoszono, że do wiosny nikt z Polaków opornych nie pozostanie przy życiu. (...) W kołach inteligenckich choć w stosunku do zagadnień polskich zawsze myślących po niemiecku - nurtują głębokie obawy i lęk przed katastrofą Rzeszy i lęk przed Rosją. Mając do wyboru okupacją rosyjską czy anglosaską, koła te wolałoby wybrać tę drugą. Wobec Polaków próbują zrzucać odpowiedzialność za gwałty i zbrodnie zwalając winę na reżim, głównie na Himmlera i Gestapo, które zdaniem ich jest równie bezwzględne wobec wszystkich. Führera osłaniają".


RUINY WARSZAWY 
(1945)



Stopień zbydlęcenia niemieckiej okupacji w Polsce był tak ogromny i tak bandycki, że poziom wyrosłej z niej potrzeby (czy też żądzy) sprawiedliwości zamienił się w żądzę odwetu i to odwetu bez względu na wszystko. Na jednej ze ścian na stacji kolejowej w okupowanej Bydgoszczy pojawił się wiosną roku 1944 taki napis: "Pakujcie walizki, wasz koniec już bliski!". Komendant stacji kazał napis zamalować i nie zgłaszać sprawę na Gestapo, co było nie do pomyślenia jeszcze do niedawna. Wkrótce potem pojawił się drugi napis: "Złodzieje i mordercy - nie uciekniecie nam!" Zbliżanie się frontu i świadomość niechybnej klęski zmieniała również postawę wielu partyjnych aparatczyków NSDAP. Taki przykład - w pociągu na jednej ze stacji kolejowej, do przedziału w którym siedział jakiś urzędnik partyjny, wszedł żołnierz wraz ze swoją dziewczyną. Para ta zaczęła rozmawiać ze sobą po polsku (zapewne żołnierz był Polakiem wcielonym przymusowo do Wehrmachtu), a rzecz miała się na ziemiach polskich, oficjalnie przyłączonych do Rzeszy. Tam rozmawianie w języku polskim, a już w ogóle żołnierza Wehrmachtu było nie do pomyślenia i było natychmiast karane. Ten urzędnik też zwrócił im uwagę, że para nie powinna ze sobą rozmawiać po polsku (notabene "zwrócił im uwagę", natomiast w innej sytuacji pewnie kazałby aresztować tego żołnierza i powiadomił jego przełożonego), na co tamten odpowiedział mu w dość opryskliwy i nieprzyjemny sposób. Partyjniak zamknął się i już do końca podróży nie powiedziała ani słowa. Inny przykład: w pewnej wiosce na Górnym Śląsku niemiecki rolnik przywiózł furmanką tonę węgla na zimę Polakowi. Tamten był bardzo zdziwiony ponieważ nigdy wcześniej nic takiego się nie działo, a wyjaśniło się gdy Niemiec odjeżdżał, gdyż rzekł  mu wówczas na pożegnanie: "Tylko jakby co, to pamiętaj że ja ci pomogłem". Była zima 1944 na 1945.

Gdy wojna dobiegła kresu gdy Niemcy zostały zmiażdżone, a Hitler (prawdopodobnie) strzelił sobie w łeb, po tym morzu krwi, cierpień, łez i zniewag jakich podczas tej wojny doświadczyli Polacy, Żydzi i Rosjanie, skumulowałaś się w wielu ludziach podskórna wręcz ale kipiąca żądza zemsty. Gdy w lipcu 1945 r. na odzyskane Ziemie Zachodnie (czyli byłe niemieckie ziemie wschodnie) przybywać zaczęli pierwsi Polacy, był wśród nich pewien Warszawiak, który w Powstaniu stracił swoje dzieci. To znaczy Niemiec kazał mu wybierać które jego dziecko przeżyje, resztę zamierzał zabić. Ten mężczyzna upadł mu do stóp i błagał aby oszczędził jego dzieci ale nic nie pomogło, tamten odbezpieczył broń i zabił wszystkie jego dzieci, pozostawiając jedynie ojca żywego. Ten myślał że oszaleje, nie był w stanie żyć w gruzach zniszczonej Warszawy i zdecydował się zacząć jakoś nowe życie na Ziemiach Odzyskanych. Przybył do jakiegoś niemieckiego miasteczka które teraz należało już do Polski i tam pragnął odnaleźć spokój. Tak się jednak zdarzyło że do tego miasteczka powrócił niemiecki sołtys. Próbował uciec na Zachód ale mu się nie udało i ostatecznie został zawrócony. Był to jednak dobry i porządny człowiek, tylko że jego błędem było iż przybył w nieodpowiednim czasie. W czasie zemsty, kiedy ta zemsta w ludziach - którzy przybyli na Ziemie Odzyskane i którzy przeżyli traumę okupacji, widzieli niemieckie bestialstwo i codzienną niepewność jutra, zemsta w nich wręcz kipiała. Ten sołtys został ukamienowany na śmierć, nikt bowiem nie patrzył na to czy on był członkiem NSDAP czy nie, czy był dobrym czy złym człowiekiem, to nie miało żadnego znaczenia, był po prostu Niemcem i to wystarczyło. W jakiś czas potem do tego samego miasteczka przybył inny Niemiec wraz z dwoma swymi synami. Ten był szowinistą i nie cierpiał Polaków, ale nie miał gdzie się podziać, więc wrócił do miejsca skąd wcześniej uciekł. I jemu nie spadł już włos z głowy, po prostu potrzeba zemsty już się w ludziach wypaliła, i tak to właśnie działało. Błędem niemieckiego sołtysa była więc nieumiejętność doboru czasu i nieświadomość panującej wśród Polaków żądzy pomszczenia wyrządzonych im wcześniej zniewag.




W czasie wojny, aby uzupełnić ubytek rąk do pracy (potrzebnych na froncie), wprowadzono na ziemiach polskich (a raczej w Generalnej Guberni jak Niemcy zwali ten twór) konieczność pracy dla Polaków w Niemczech. Oczywiście ta "konieczność" bardzo szybko przerodziła się w obowiązek, ponieważ Polacy nie chcieli tam jeździć, więc trzeba ich było do tego przymusić na różne możliwe sposoby, a jeśli to nie działało to po prostu urządzało się łapanki. Polegało to na tym, że Niemcy odcinali jakiś odcinek ulicy - po obu jej krańcach - i wszystkich którzy byli na tej ulicy pakowali do wojskowych ciężarówek a potem przewozili do więzień gdzie też dokonywano selekcji. Część trafiała jako przymusowi niewolnicy do pracy w Rzeszy, a jakaś część trafiała na Szucha (gdzie mieściło się w więzienie śledcze i katownia) lub do innych więzień na terenie okupowanej Polski, a następnie do obozów koncentracyjnych. Do jednego z takich gospodarstw w Rzeszy trafiła pewna młoda Polka, która szybko stała się zabawką dla niemieckiego gospodarza i jego trzech synów. Wszyscy zbiorowo gwałcili ją przez co najmniej trzy lata. Żona owego Niemca wiedziała doskonale co się dzieje, ale nie reagowała, a wręcz przeciwnie, im bardziej oni poniżali ową dziewczynę, tym ona była dla niej okrutniejsza, ograniczała jej na przykład porcje żywnościowe. Gdy wojna zbliżała się do końca i wioskę tę zajęli Sowieci, owa dziewczyna poszła do sowieckiego komendanta i poprosiła go aby związał tych mężczyzn (co też zostało uczynione) i aby ich zastrzelił (opowiedziała mu również co z nią robili i jak bestialsko ją traktowali). Ten stwierdził że wehrmachtowca albo esesmana może zabić, ale nie jest w stanie zabić cywila (wśród Sowietów też zdarzały się takie przypadki). Natomiast ci mężczyźni nie służyli w wojsku z powodów zdrowotnych (jeden był ranny, inni też byli w jakiś tam sposób zwolnieni z wojska). Komandir dodał jednak że dziewczyna może sama ich zabić. Dał jej swoją broń, pokazał jak się odbezpiecza i gdy przystawiła pistolet ojcu rodziny pod serce, jego żona upadła przed nią na kolana i zaczęła ją prosić aby nie zabijała jej męża. Pociągnęła za spust i tamten padł martwy, następnie przystawiła pistolet pod serce jednego z synów - matka w tym momencie straciła przytomność. Wystrzeliła. Drugiego syna zabiła w ten sam sposób, a trzeciemu (który najbardziej się nad nią znęcał i był najokrutniejszy), kazała otworzyć usta i włożyła mu lufę do buzi. Trochę trzęsła jej się ręka, więc ta lufa nieco się ruszała w jego ustach. Ostatecznie pociągnęła za spust i jego głowa się rozpadła. W tym momencie rzuciła pistolet w stronę matki która leżała na ziemi ze słowami: "A ty sobie żyj, więcej już nie będę zabijać".

Szczególnie wielka była żądza zemsty wśród Rosjan, którzy również doznali niesamowitych cierpień w czasie wojny z rąk Niemców. Łącznie zginęło 26 milionów Rosjan (żołnierzy i cywilów), Niemcy zniszczyli 1700 miast w Związku Sowieckim, 40 parę tysięcy wsi. Nic dziwnego że nie tylko propaganda sowiecka, ale sami Rosjanie żyli rządzą zemsty. W prasie, radiu, nawet na pisanych na murach ogłoszeniach powtarzało się jedno hasło: "Czy zabiłeś już dziś jakiegoś Niemca? Jeśli nie, to straciłeś dzień i natychmiast to napraw". Nic dziwnego więc że ludzie którzy doświadczyli śmierci swoich bliskich, nie mieli w sobie krzty litości wobec "niemieckich morderców". Są przypadki że Sowieci czołgami wjeżdżali w kolumnę cywilnych Niemców, tratując ludzi lub spychając ich w przepaść. Jeden z takich czołgistów gdy wjechał w wóz ciągnięty przez konia, miażdżąc go i spychając ku przepaści, stwierdził potem że zupełnie nie interesowało go czy jadący na tym wozie Niemcy (głównie kobiety i dzieci) żyją czy nie, dla niego liczyła się bowiem tylko sama zemsta. W czasie wojny zaś zginęło co najmniej 8, a prawdopodobnie około 10 milionów Polaków (twierdzenie że było to 6 milionów jest błędne i znacznie zaniżone, oczywiście wliczyć w to należy jakieś 3 miliony Żydów), w ogromnej większości (w ponad 90%) była to ludność cywilna. Zniszczenia miast i wsi są równie wielkie (choć nieco mniejsze niż w Związku Sowieckim, biorąc pod uwagę jego obszar). Polska była więc najbardziej zniszczonym krajem świata w czasie II Wojny Światowej (biorąc pod uwagę przedwojenną liczbą ludności - 35 milionów). Zniszczenia zaś kraju były potworne, Warszawa zamieniona w jedno wielkie gruzowisko, rozkradzione dzieła sztuki. Niemcy polowali nawet na polskie dzieci które odbierano rodzicom i przewożono do Niemiec w celu ich germanizacji (po wojnie do swych rodzin wróciło tylko kilka procent wywiezionych w ten sposób polskich dzieci). Niemcy realnie cofnęli nas o co najmniej jedno stulecie jeśli nie więcej. Więc dziwnego że nienawiść do okupantów była tak wielka.




W pewnej miejscowości na Śląsku grupa polskich żołnierzy napotkała niemieckich cywilów zdążającą na zachód. Czterech z tych żołnierzy starało się odebrać rodzicom ich małą córkę, ci jednak przylgnęli do dziecka tak bardzo, że nie można było ich od niej odciągnąć. Zaczęli więc bić kolbami ojca po karku i głowie, aż ten upadł na ziemię, a następnie został zastrzelony. Matka i córka zaczęły płakać i wówczas dano im już spokój. W byłym niemieckim obozie w Łambinowicach na Śląsku, urządzono zaraz po wojnie obóz wysiedleńczy dla okolicznej ludności niemieckiej. Co się tam wyprawiało pisałem już jakiś czas temu, teraz jedynie przypomnę: ludzie których tam umieszczano (bez znaczenia czy to byli Niemcy czy Polacy, bo nikt tego nie sprawdzał, wystarczało że byli tutejsi) zmuszano do potwornych rzeczy. Kazano im np wchodzić na drzewa po czym strzelano do nich jak do małp, zaprzągano ich dowozów niczym konie i kazano ciągnąć po drodze maltretując a nawet zabijając część z nich. Za najmniejsze przewinienie groziła kara śmierci i bez względu na to czy żyłeś, czy nie wrzucenie do dołu i zakopanie. Było to oczywiście zwykłe zbydlęcenie, należy jednak pamiętać że ludzie którzy to uczynili (a to byli z reguły młodzi mężczyźni, większość z nich nie miała nawet 20 lat), którzy przeszli potworną traumę wojenną widzieli śmierć swoich najbliższych, byli w obozach koncentracyjnych widzieli niemieckie bestialstwo i teraz, gdy dano im możliwość kierowania takim obozem, te wszystkie traumy dały o sobie znać i zemsta stała się naturalną potrzebą, a wręcz koniecznością. Mimo to należy pamiętać że zemsta jaką na Niemcach dokonywali Polacy, była niczym w porównaniu z tym, co Niemcom (głównie sudeckim) zgotowali Czesi. My mieliśmy prawie 6 lat potwornej okupacji niemieckiej, a mimo wszystko nie było takiego zbydlęcenia jakie dokonało się w Czechach, gdzie była zupełnie inna okupacja, o zupełnie innym natężeniu terroru. A tam Niemców wręcz palono żywcem, i to nie od razu, a powoli, systematycznie...


BERLIN 
(1945)



CDN.

środa, 19 czerwca 2024

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. XV

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ SOWIECKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. XV


 Komuniści nie odegrali żadnej roli w wypadkach krakowskich (opisanych przeze mnie w poprzedniej części), co niezwykle ich frustrowało. Zresztą nie tylko tam, również podczas wielkich strajków w Zagłębiu Dąbrowskim na Śląsku (w dniach 15 października - 9 listopada 1923 r.) także byli niewidoczni. Dominowali tam socjaliści szczególnie partia Niezależnych Socjalistów w Polsce dr. Drobnera, w 1924 r. przekształcona w Niezależną Socjalistyczną Partię Pracy - która notabene z czasem dążyła ku komunizmowi). Dając ujście swojej niechęci do socjalistów a jednocześnie tłumacząc nieobecność Komunistycznej Partii Robotniczej Polski w czasie wypadków krakowskich, w grudniu 1923 r. na łamach "Nowego Przeglądu" Adolf Warszawski-Warski pisał: "Z tego wynika, że Polska wraz ze strajkiem powszechnym i powstaniem zbrojnym w Krakowie wchodzi w nowy okres walk rewolucyjnych, które w związku z walkami robotników niemieckich mogą stosunkowo szybko rozwinąć się w zwycięską rewolucję proletariatu Europy Centralnej". Natomiast jego kolega z Komitetu centralnego Maksymilian Horowitz "Walecki" (z tzw. zarządu 3W "Warski- Walecki-Wera" Kostrzewa czyli Maria Koszutska) również w grudniu i również na łamach "Nowego Przeglądu" dał wyraz swej nienawiści do socjalizmu, pisząc: "Albowiem trzeba to powiedzieć dziś z mocą większą, niż kiedykolwiek: droga do rewolucji proletariackiej prowadzi przez trupa kierownictwa "socjalistycznego", nie może być i nie będzie rewolucji dopóki dzisiejsze partie socjalistyczne nie będą wyrzucone poza obręb klasy robotniczej, dopóki ich paraliżujące, zabójcze wpływy nie zostaną zniszczone, dopóki olbrzymia większość klasy robotniczej nie skupi się pod sztandarami bezwzględnej walki, to jest - komunizmu". Komuniści bezwzględnie zwalczali socjalistów, ponieważ zgodnie z zasadą Lenina i Bucharina: "Najgroźniejszym wrogiem jest zawsze najbliższy, albo ten, który sobą zasłania głównego wroga". Socjaliści byli więc zwalczani, gdyż zasłaniali sobą głównego wroga tzw. "polskich" komunistów, czyli niepodległe Państwo Polskie i polskie społeczeństwo. Wrogiem był Naród polski, gdyż był dla owych komunistów czymś obcym, zupełnie niezrozumiałym. Oni występowali w roli adwokatów ludu pracującego, natomiast 99,9% z nich (jeśli nie 100%) nigdy w życiu nie pracowała fizycznie, nie miała też pojęcia co to znaczy praca fizyczna. Mało tego, oni byli niezdolni do efektywnej, cierpliwej i skutecznej pracy, a potrafili tylko niszczyć. Natomiast nienawiść do socjalizmu skupiała się u komunistów na tym, że partie socjalistyczne wspierali najczęściej robotnicy wykwalifikowani, czyli tacy którzy mieli jakiś fach w ręku i własną pracą potrafili wydobyć się z biedy, własną pracą potrafili wykarmić rodzinę i nie potrzebowali do tego żadnych haseł w stylu rewolucji bolszewickiej i wymordowania ciemiężycieli (kapitalistów, obszarników czy szlachty), bo to głupie i do niczego nie prowadzi, a generuje tylko nieprawdopodobną ilość cierpień która nikomu dobra nie przyniesie. Dlaczego hasła rewolucji komunistycznej nie przyjęły się wówczas w Europie Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych? Ponieważ tamtejsi robotnicy, własną pracą (w ogromnej większości) byli w stanie wyjść z biedy. 

Np. robotnicy pracujący w zakładach Forda już od roku 1919 byli w stanie za 4 kolejne miesięczne pensje kupić sobie własny samochód - Ford model "T" który sami składali, to po co im była rewolucja bolszewicka, do czego? skoro oni sami własną pracą byli w stanie wejść do klasy średniej i żyć jak ludzie, zarobić na radio, lodówkę elektryczną, rower, samochód. A komuniści doskonale o tym wiedzieli i stąd rodziła się ta ich nienawiść do socjalizmu i do tych robotników, którzy odrzucili rewolucję, bowiem zarówno Marksowi jak i potem Leninowi czy Trockiemu robotnicy byli potrzebni tylko i wyłącznie jako masa która dokona mordów, masowych mordów na tych, których komuniści chcieli się pozbyć żeby sami zdobyć władzę i wprowadzić totalitarny terror (a terror wprowadzić musieliby, bez względu na to, czy by chcieli czy nie. Pisał o tym już Marks, że rewolucja komunistyczna nie może utrzymać się w systemie demokratycznym, gdyż wygeneruje ona ogromne pokłady niedoborów - w końcu w czasie rewolucji nikt nie będzie chciał pracować, a każdy będzie myślał tylko o tym żeby gdzieś się ukryć lub walczyć - a co za tym idzie pojawi się głód. Wówczas te same zrewoltowane masy, które dokonały wcześniej mordów na kapitalistach i obszernikach, teraz ( gdy będą cierpieli głód i nie będą mieli co do garnka włożyć) zwrócą się przeciwko komunistom i dlatego muszą oni mieć gotowy system "oświatowo-policyjny" jak to nazywano, czyli innymi słowy system terroru policyjno-administracyjnego. Jako ciekawostkę jeszcze dodam że w owym 1923 r. na drogach Francji pojawia się coraz więcej "cytryn", czyli Citroenów. I podobnie jak amerykańskie Fordy można było kupić w każdym kolorze, pod warunkiem że był to kolor czarny, tak również producent i konstruktor Citroenów - Andre Citröen produkował je tylko w kolorze żółtym (oczywiście po latach dodano również inne barwy, ale ta popularna nazwa przetrwała).




W nocy 8/9 listopada 1923 r. w Monachium Adolf Hitler i gen. Erich Ludendorff obwieszczają w monachijskiej piwiarni Bürgerbräukeller "narodową rewolucję" i wzywają do marszu na Berlin. Wcześniej Hitler wielokrotnie przesiadywał w monachijskich piwiarniach, gdyż było to doskonałe miejsce aby poznać nastroje społeczeństwa niemieckiego (Niemcy bowiem przy piwku wśród kolegów otwierali się i wygłaszali co im leży na wątrobie), wsłuchać się w nie i potem umiejętnie to wykorzystać. Plan "rewolucji narodowej" został opracowany w czasie jednej ze spotkań narodowych socjalistów w kawiarni Neumaiera w Monachium. Wieczorem 8 listopada w piwiarni Bürgerbräukeller panowała wzburzona atmosfera. Zgromadzeni tam ludzie (nie tylko naziści), sprzeciwiali się polityce Berlina i opowiadali się za stworzeniem w Monachium narodowego rządu niemieckiego, który doprowadzi do usunięcia "berlińskich zdrajców". W owej piwiarni przemawiał wówczas premier Bawarii - Gustaw von Kahr (przeciwnik rządu Rzeszy w Berlinie), wspierał go dowódca bawarskiej Reichswehry gen. Otto von Lossow. Hitler otoczył całą salę SA-manami uzbrojonymi w broń maszynową którymi dowodził Herman Goering. Następnie wszedł na mównicę i ogłosił tam wybuch "narodowej rewolucji", jednocześnie nie pozwolił nikomu opuścić sali. SA-mani skierowali broń w kierunku miejsc gdzie siedzieli Kahr i Lossow, natomiast Hitler zaprosił ich do rozmów na temat stworzenia przyszłego rządu na którego czele stanie on sam - Adolf Hitler. Ci dwaj pozornie zgadzali się z Hitlerem, ale starali się maksymalnie opóźnić rozmowy, aby pod salą zgromadziło się wierne im wojsko i policja. Natomiast zgromadzeni w sali ludzie zaczęli się niecierpliwić, gdyż rozmowy trwały już kilka godzin i nie było żadnych rezultatów. Wreszcie Hitler zakomunikował że doszli wreszcie do porozumienia i zarówno Kahr jak i Lossow zgodzili się na utworzenie rządu pod jego przewodnictwem, a następnie pozwolił im opuścić salę (ponoć Lossow miał przekonać do tego Ludendorffa, któremu dał oficerskie słowo honoru, a dla Ludendorffa honor oficera znaczył więcej niż cokolwiek innego). To był poważny błąd Hitlera, gdyż tracił automatycznie zakładników którymi mógłby się posłużyć i prócz garstki zwolenników jaka pozostała wówczas w piwiarni, nie miał już nikogo. Tymczasem zaczęły pojawiać się informacje, że na placu Mariackim zgromadzono kordony policyjne i zaczęły pojawiać się pierwsze oddziały Reichswehry. Do Hitlera zaczęło docierać że przegrał tę rozgrywkę i nawet do swoich współpracowników wyrzekł słowa: "Jutro będziemy zwycięzcami i panami zjednoczonej Rzeszy, albo wisielcami na latarniach". Rankiem 9 listopada Hitler wreszcie postanowił nie czekać, a ruszyć po władzę. Nie widziano tylko w którym kierunku uderzyć, Goering twierdził że należy zdobyć przedmieścia Monachium, natomiast Ludendorff był za opanowaniem centrum miasta - wkrótce się wyjaśniło, gdy okazało się że w centrum jest już policja i wojsko zebrane tam przez Kahra i Lossow'a którzy nie mogli darować Hitlerowi że ich uwięził. Gdy zapadła decyzja o wymarszu na Feldherrnhalle (Portyk Feldmarszałków) była już godzina 11:00 i szanse puczu zmalały praktycznie do zera. Goering w tej sytuacji radził aby się wycofać się z miasta, ale wówczas Ludendorff ostro zaprotestował i pociągnął Hitlera za sobą. Wyprowadzono więc ludzi na ulicę i oddziały SA maszerowały w kierunku Portyku Feldmarszałków. Ludzie widząc to zmykali do domów. Ci, którzy jeszcze wczoraj oklaskiwali Hitlera w Bürgerbräukeller, dzisiaj zaciągali rolety w oknach i zamykali drzwi na klucz. 




Na placu Odeon rozegrała się masakra, gdy wojsko i policja otworzyły ogień. Padło 16 zabitych nazistów a kilkudziesięciu odniosło rany (zginęło też 3 policjantów), oddziały SA szybko zostały rozproszone, przywódcy rebelii szukali wyjścia w ucieczce, lub też zostali schwytani przez policję. Herman Goering został ciężko ranny, ale udało mu się zbiec do Austrii, skąd też przedostał się do Sztokholmu - gdzie mieszkała jego żona Karin, szwedzka baronówna. Ludendorff został aresztowany, ale wypuszczono go na "oficerskie słowo honoru" (w końcu wraz z marszałkiem Hindenburgiem był autorem niemieckiego zwycięstwa w bitwie pod Tannenbergiem w sierpniu 1914 r. i wraz z nim dzielił przydomek "Obrońcy Prus Wschodnich"). Natomiast co się stało z Hitlerem? Według szefa prasowego NSDAP Ernsta Hanfstaengla (a jego relacja wydaje się najbardziej prawdopodobna ze wszystkich które powstały): "Ze złamanym obojczykiem Hitler pojawił się nagle w domu mojej żony w Uffing, w pobliżu Monachium, błagając o schronienie do czasu przybycia specjalnego samochodu, który miała mu załatwić pani Bechstein, jego dawna wielbicielka, żona znanego fabrykanta fortepianów. Moja żona była w ciąży i na widok Hitlera, zupełnie załamanego, sama zdenerwowała się w najwyższym stopniu. Przywołany lekarz opatrzył jego ramię. Samochodu wciąż nie było. Natomiast 11 listopada nadjechały dwa zielone ciężarowe wozy policyjne. Hitler kończył właśnie pisanie swego politycznego testamentu. Rosenberga mianował swoim następcą, Maxa Amanna - zastępcą, a Herman Esser oraz Julius Streicher mieli uzupełnić ów kwadrumwirat NSDAP. Za stan finansów odpowiadać będzie Ernst Hanfstaengl - dopisał jeszcze Hitler, kiedy w pokoju pojawił się porucznik Belleville z żandarmami. Oficerowi było nieco przykro, gdyż obaj z Hitlerem służyli podczas wojny w tym samym batalionie. W tym momencie Hitler wyciągnął niespodziewanie pistolet i krzycząc: "Nie dam się tym świniom aresztować, przenigdy! Już lepiej śmierć" - długo nim wymachiwał, aż go obezwładniono, odebrano broń i spokojnie aresztowano. Ledwie Hitler odjechał z żandarmami, na horyzoncie pojawił się samochód wysłany przez panią Bechstein..." Potem odbył się sąd, który w większości był szopką. Hitler bowiem przemawiając przed sądem oczarowywał zebranych, deklarując, że gotów jest zapłacić nie tylko więzieniem, ale najwyższą cenę życia za Naród Niemiecki, który cierpi zniewagę i upokorzenie w narzuconym mu "dyktacie wersalskim". A Hitler potrafił przemawiać, oczarował nie tylko zebranych w sali sądowej gapiów, ale również samego sędziego, który co prawda skazał go na pięć lat pobytu w twierdzy Landsberg, ale Hitler wyszedł już z więzienia na Boże Narodzenie 1924 r. Poza tym w Landsbergu żył w komfortowych warunkach (podobnie jak Lech Wałęsa w Arłamowie).  Miał własną prywatną salę, dostęp do biblioteki, dobre jedzenie, a nawet prawo do trunków (chociaż nie pijał wiele). Innymi słowy, Hitler nigdy przedtem nie żył tak wygodnie, spokojnie i beztrosko jak właśnie w Landsbergu. Tam też zaczął pisać dzieło swego życia "Mein Kampf".


SPÓJRZCIE JAKIE NA LUDZI SPŁYNĘŁO ZBIOROWE OPĘTANIE  I JEDYNIE ÓW STARUSZEK ZACHOWAŁ OSTATNIE PRZEJAWY NORMALNOŚCI



9 listopada 1923 r. wybuchła rewolucja komunistyczna, ale okazała się ona totalnym niewypałem (podobnie jak pucz Hitlera). Moskwa wiele sobie obiecywała po tych walkach w Niemczech. Snuto już wizje powstania drugiego w Europie państwa komunistycznego, a wówczas można by było chociażby zgnieść Polskę zarówno ze wschodu jak i z zachodu. Pomimo jednak zakrojonej na szeroką skalę akcji wsparcia komunistów niemieckich (poprzez szkolenia bojowników, dostarczanie broni i tym podobne) pucz komunistyczny zakończył się bardzo szybko - walki wybuchły jedynie w Hamburgu pod przywództwem Ernsta Thälmanna, ale ich intensywność była niewielka i szybko zostały stłumione. Potem, gdy Stalin przejął całkowitą władzę w Związku Sowieckim, Trocki i jego poplecznicy zaczęli rozgłaszać na Zachodzie, iż rewolucja w Niemczech zakończyła się klęską poprzez dywersję Stalina, któremu nie w smak było zwycięstwo odniesione przez komunistów niemieckich bez wsparcia Armii Czerwonej. Taki kraj - choćby nawet komunistyczny - byłby jednak już niezależny od Moskwy (a przynajmniej znacznie bardziej niezależny, niż gdyby został wyzwolony przez Czerwoną Armię). Nie wiadomo czy to prawda, aczkolwiek przemawiają za tym silne argumenty, Stalin bowiem pragnął być przywódcą (a wręcz dyktatorem) całego ruchu komunistycznego i wszędzie eksport komunizmu rozumiał właśnie poprzez inwazję na dany kraj Armii Czerwonej i "wyzwolenie" tego kraju spod władzy "obszarników i kapitalistów", a innymi słowy całkowitą kontrolę i dominację Moskwy. Dlatego też rewolucja dokonana rękoma lokalnych komunistów bez wsparcia Armii Czerwonej, nie mogła mu się podobać.

12 listopada - tym razem w Spirze - ruch separatystów nadreńskich Adama Dortena po raz trzeci w ciągu sześciu miesięcy proklamował powstanie Republiki Nadreńskiej, będącej pod całkowitą kontrolą Paryża. Oczywiście ta próba - podobnie jak i wcześniejsze z Akwizgranu i Trewiru -  zakończyła się bardzo szybko klęską separatystów.

Niemcami wstrząsają nie tylko pucze i ruchy separatystyczne, ale również niemiecką gospodarkę dobija galopująca inflacja, która realnie czyni z niemieckiej marki świstek papieru. 16 listopada 1923 r rząd kanclerza Gustawa Stresemanna (istniejący od 13 sierpnia) wprowadza w życie tzw. markę rentową która ma odpowiadać relacji jedna nowa marka za bilion starych. Ma to zatrzymać galopującą inflację i wyprowadzić Niemcy z problemów gospodarczych, jednak należy pamiętać że nowy pieniądz jest tak naprawdę w ogromnej większości kredytowany przez zagraniczne (głównie brytyjskie i amerykańskie banki) , czyli owa reforma walutowa nie została przeprowadzona zasobami finansowymi samych Niemców, a kredyty oczywiście trzeba będzie spłacić. W każdym razie nowy pieniądz przynosi stabilizację gospodarczą, inflacja spada (powoli ale spada), chociaż zaufanie do nowej waluty jest w Niemczech wciąż bardzo małe. Wyrazem tego jest upadek konserwatywno-liberalnego rządu Stresemanna (30 listopada). Nowym kanclerzem zostaje przedstawiciel katolickiej Partii Centrum - Wilhelm Marx.




W grudniu 1923 r. nie wyczuwając nowego kierunku zmian, jaki zachodził na szczytach władzy w Moskwie, członkowie Biura Politycznego Komunistycznej Partii Robotniczej Polski - Warski, Koszutska i Horowitz napisali list, w którym stawali w obronie "towarzysza Trockiego", uznając go za niezbędnego w szeregach Partii i Międzynarodówki komunistycznej. To podważy wiarygodność grupy 3W w oczach Stalina i szybko się oni o tym przekonają.

Przegrana wojna z Polską w roku 1920 i zatrzymanie "eksportu rewolucji" na Zachód, a jeszcze bardziej nieudana próba puczu komunistycznego w Niemczech w listopadzie 1923 r. spowodowała że ogromna część niemieckich marksistowskich ideologów zaczęła się zastanawiać nad przyczynami owej klęski. Aby to wyjaśnić i opisać ów problem i aby dobrze przygotować się do kolejnej walki o "Nowy Wspaniały Świat", przy Uniwersytecie we Frankfurcie nad Menem powołano do życia Instytut Badań Społecznych (Institut fur Sozialforschung) jako pierwszy marksistowski ośrodek akademicki i kolebka tzw. "szkoły frankfurckiej" z której potem wywodzi ci się będą tacy szkodnicy jak Max Horkheimer, Wilhelm Reich, Theodor Adorno czy Herbert Marcuse. Instytut realnie zaczął funkcjonować dopiero na początku 1924 r. ale pierwsze 7 lat istnienia to okres prawdziwej intelektualnej posuchy i dopiero od roku 1931 (na krótko przed dojściem Hitlera do władzy, który to zlikwidował ów marksistowski instytut) zaczęło się to powoli zmieniać (oczywiście po powstaniu III Rzeszy wielu owych intelektualistów marksistowskich kontynuowało swoje prace w USA, a po 1945 ponownie powrócili do Niemiec i Europy Zachodniej głosić swoje toksyczne teorie, z którymi niestety zmagamy się po dziś dzień).

A tymczasem 14 grudnia doszło do przesilenia rządowego w Polsce. Głównym tego powodem był spór w koalicji na temat reformy rolnej, parcelacji gruntów i ustawy o osadnikach. Z z PSL "Piast" wyszła grupa 15 posłów (tworząc opozycyjny blok Związek Chłopski), co doprowadziło do zachwiania większości rządowej i w konsekwencji 16 grudnia 1923 r. rząd Wincentego Witosa musiał podać się do dymisji. Teraz lewica starała się sformować rząd, ale wyznaczony do roli premiera Stanisław Thugutt nie zdołał tego uczynić i 19 grudnia prezydent Stanisław Wojciechowski desygnował na nowego premiera Władysława Grabskiego który stworzył rząd pozaparlamentarny (Grabski oprócz teki premiera objął również Ministerstwo Skarbu). Przed Polską stało teraz wiele wyzwań. Przede wszystkim należało zbić inflację, stworzyć nową, silną walutę, no i oczywiście zabezpieczyć Kresy Wschodnie, gdyż przenikały tam wszelkiego typu bolszewickie bandy (tak jak dzisiaj przenikają przez granicę z Białorusią, bo rząd Tuska nic z tym nie robi, gdyż boi się organizacji finansowanych między innymi przez George'a Sorosa, a teraz jego syna). Tak wtedy jak i teraz należało więc powołać na Wschodzie Korpus Ochrony Pogranicza, i tak też się stanie w owym roku 1924.




PS: Na zakończenie zabawna ciekawostka. Otóż gdy w kwietniu 1957 r. pierwszy sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej - Władysław Gomułka pojechał do Chin, to podczas spotkania z Mao Zedongiem zapytał się go: "Ilu u was jest przeciwników komunizmu?", na co tamten odparł: "Jakieś 40 milionów". "To mniej więcej tyle, co u nas" - dodał Gomułka po krótkim zastanowieniu. Oczywiście wiadomym jest że Polska w tamtym czasie liczyła właśnie jakieś 40 milionów mieszkańców.




CDN.

sobota, 27 kwietnia 2024

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. X

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ SOWIECKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. X


 15 marca 1923 r. Konferencja Ambasadorów Rady Ligii Narodów ostatecznie uznała wschodnią granicę Rzeczpospolitej na odcinku z Rosją sowiecką i z Litwą. Było to ostateczne dopełnienie naszych starań o odzyskanie dawnych polskich ziem na Wschodzie. Było to też ostateczne pogrzebanie traktatów rozbiorowych i chociaż tereny które wytyczone zostały w traktacie ryskim z marca 1921 r. nie odpowiadały realnie polskiemu osadnictwu na Wschodzie (sięgało ono bowiem znacznie dalej), to jednak można z całą pewnością stwierdzić, że dopełniła się wówczas dziejowa sprawiedliwość - Rzeczypospolita Polska wracała na swe odwieczne ziemie. Był to również wielki triumf rządu gen. Władysława Sikorskiego, który już 16 marca w Sejmie stwierdził: "Uchwała stanowi uwieńczenie dzieła wskrzeszenia Polski niepodległej (...) stwierdza fakty, dobrze Polakom znane i sercu polskiemu tak drogie, bo polską krwią okupione, stwierdza, że polskie Wilno, dwukrotnie wysiłkiem naszego żołnierza wyrwane barbarzyństwu, także i ze stanowiska międzynarodowego należy odtąd na zawsze do Macierzy - stwierdza, że obroniony piersiami własnych synów prastary polski Lwów wraz z Małopolską Wschodnią, dzielić będzie z państwem polskim na wieki wieków dolę i rozkwit". Wkrótce potem skomponowano piosenkę, której słowa brzmiały: "Nie damy morza ani Pomorza, skoro wróciła je ręka Boża, nie damy Śląska bo to piastowska ziemia ojcowska, nie damy Wilna nie damy Lwowa, bo to też nasza scheda ojcowa. Nie chcem cudzego, nie damy swego!" Amen.




A tymczasem kotłuje się na Zachodzie. 13 lutego zachodnia granica celna Rzeszy, zostaje przesunięta na wschodnią granicę okupowanego przez Francję i Belgię Zagłębia Ruhry. Wcześniej zaś, 24 stycznia za odmowę dostarczenia węgla do Francji, właściciel kopalni Fritz Thyssen zostaje skazany przez francuski sąd wojskowy w Moguncji na wysoką karę finansową. Bierny opór społeczeństwa niemieckiego w Zagłębiu Ruhry i w całej Nadrenii postępuje, Francuzi i Belgowie nie mają więc z owej okupacji (która rozpoczęła się 11 stycznia 1923 r., 15 stycznia Francuzi zajęli Bochum, Witten, Recklinghausen i Dortmund, a 4 lutego Offenburg i Appenweier) zbyt wiele pożytku. Sytuacja zaognia się z każdym kolejnym tygodniem i 20 lutego dowódca francuskich wojsk okupacyjnych w Zagłębiu Ruhry, wydaje zakaz wjazdu i pobytu na teren Zagłębia członków rządu niemieckiego, a 1 marca Francuzi grożą karą śmierci każdemu Niemcowi, który dokona aktów sabotażu, lub będzie kontynuował bierny opór w transporcie kolejowym. Premier Rajmond Poincaré jest głodny sukcesu, a poza tym chce złamać upór Niemców w Zagłębiu i zmusić ich do wypłat zaległych reparacji, których Francja bardzo potrzebuje. Władze niemieckie odpowiadają jednak równie konfrontacyjnym tonem. 3 marca prezydent Rzeszy - Friedrich Ebert podpisuje dekret o szpiegostwie, na mocy którego każda współpraca z francuskimi i belgijskimi siłami okupacyjnymi w Zagłębiu Ruhry będzie karana długoletnim więzieniem. Sytuacja się zaognia jeszcze bardziej, gdy tego samego dnia wojska francuskie okupują warsztaty kolejowe w Darmstadt i obiekty portowe w Karlsruhe.




18 marca w Moskwie zostaje utworzona Międzynarodowa Organizacja Pomocy Rewolucjonistom, zwana również (szczególnie w Polsce) "Czerwoną Pomocą". Pierwszym przewodniczącym MOPR został Julian Marchlewski. Pamiętam te filmowe hasła takich prl-owskich "dzieł" z lat 50-tych, jak "Żołnierz Zwycięstwa" czy "Pod gwiazdą frygijską", gdzie padały hasła: "Towarzysze! nie dawać na kopiec Piłsudskiego, wszyscy dajemy na więźniów politycznych, na Czerwoną Pomoc" itd. itp.

W dniach 21-26 marca 1923 r. odbył się w Moskwie pokazowy proces arcybiskupa sufragana mohylowskiego - Jana Cieplaka i 14 innych księży katolickich (Polaków). Arcybiskup Cieplak i prałat Konstanty Budkiewicz zostali skazani na karę śmierci, a pozostali księża na długoletnie więzienie na Wyspach Sołowieckich. Oczywiście zarzuty były takie same jak zawsze, szpiegostwo na korzyści Polski, podburzanie do kontrrewolucji i tym podobne. W sprawie Cieplaka i Budkiewicza interweniował rząd Rzeczypospolitej. Premier Władysław Sikorski osobiście zajął się tą sprawą i ostatecznie doprowadził do zmiany wyroku na arcybiskupa, którego wyrok został teraz zamieniony na dożywotnie więzienie, jednak prałata Budkiewicza uratować się nie udało i został rozstrzelany przez Sowietów. Stanowisko rządu polskiego utrudniał również fakt, że owi skazani na śmierć kapłani byli obywatelami sowieckimi, a nie polskimi. Natomiast powoływanie się na zapisy traktatu ryskiego odnośnie mniejszości narodowych też były niebezpieczną praktyką, gdyż w drugą stronę pozwalały Sowietom na ingerencje w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej

W ogóle antyreligijna paranoja w Związku Sowieckim nabiera wówczas rozpędu. Dla bolszewików bowiem religia była "opium dla mas" (a raczej konkurencją dla ich własnej religii totalnej kontroli, tyranii i mordu). Cerkwia prawosławna na terenach kontrolowanych przez bolszewików została rozwiązana już 20 stycznia 1918 r. a wielu duchownych stało się teraz ludźmi drugiej kategorii (wraz z kapitalistami, obszarnikami, kupcami, funkcjonariuszami dawnej carskiej policji, kryminalistami i "imbecylami" - jak głosiło sowieckie prawodawstwo). Wielu prawosławnych popów i księży katolickich zostało zabitych w czasie Rewolucji I Wojny Domowej, wielu innych trafiło do więzień i wciąż było prześladowanych po zwycięstwie bolszewików. Komuniści jednak zdawali sobie sprawę że nie wystarczy zabić paru księży, nie wystarczy rozwiązać Cerkwi, gdyż lud jest w dalszym ciągu przywiązany do religii. Należy więc "uświadamiać" ciemne masy, jakim niebezpieczeństwem i głupotą jest religijność oraz wiara w Boga. Symbole religijne oczywiście były wyszydzane lub niszczone w czasie Rewolucji, ale po jej zakończeniu sądzono, że okres prześladowań dobiegnie już końca - a przynajmniej mocno złagodnieje. Oczywiście ci którzy tak sądzili byli w błędzie, bowiem komuniści nie mogli pozwolić sobie na utrzymywanie konkurencyjnej ideologii (jak oni to określali) w państwie socjalistycznym. Już 6 stycznia 1923 r. odbyło się pierwsze komsomolskie Boże Narodzenie (Komsomoł to komunistyczny Związek Młodzieży). Wówczas to odbyła się karnawałowa parada studentów i młodzieży (z klasy robotniczej) przebranych za klaunów, którzy śpiewali "Międzynarodówkę" i palili wizerunki świętych oraz postaci biblijnych. Tym sposobem miano przekonać wiernych do porzucenia religii (🤭). Jednak taki pokaz spowodował tylko, że ludzie wierzący byli bardzo zniesmaczeni owym cyrkiem, a oburzenie było tak duże, że Komitet Centralny Partii bolszewickiej stwierdził, że kolejne komsomolskie Boże Narodzenie powinno już przebiegać inaczej, a młodzież skupiać się ma na wykładach, filmach i sztukach teatralnych pokazujących szkodliwość religii. Już wkrótce (bo w roku następnym - 1924) zacznie ukazywać się gazeta "Bezbożnik" i powstaną też kółka przyjaciół "Bezbożnika", złożone z czytelników i nowych "nawróconych" na bolszewizm ateistów.

Jednak sowiecka prasa oczywiście znacznie wcześniej podjęła się zdecydowanej walki z ciemnotą. Oto 15 maja 1923 r. "Moskiewska Prawda" zaprezentowała taki tekst: "Komitet Gubernatorski Iwanowo-Woźnieseńska Rosyjskiej Partii Komunistycznej poświęca wystarczającą uwagę propagandzie antyreligijnej. W ostatnim okresie prowadzono zakrojoną na szeroką skalę akcję antyreligijną, Odbywały się dysputy i wykłady, składano sprawozdania i referencje, w czym czynny udział brała Gubernatorska Administracja Edukacji Politycznej. Ale rezultaty nie zawsze były takie same: spory toczone w okręgach przemysłowych i między robotnikami dawały wspaniałe rezultaty, natomiast wśród chłopów i drobnej burżuazji rezultaty nie zawsze były pozytywne, a w niektórych przypadkach nawet negatywne. Duchowni rosyjscy, korzystając z prostoty audiencji, stosowali z bardzo dobrym skutkiem wszelkiego rodzaju zabiegi demagogiczne. Na przykład w Boniachalu podczas sporu, gdzie obecni byli chłopi, starsze kobiety i mężczyźni, duchowny wzruszył zgromadzenie do łez, narzekając na obecne i przeszłe prześladowania Kościoła. Wrażenie i efekt tego wzruszającego dyskursu były ogromne. Jest rzeczą oczywistą, że spory wśród prostych chłopów wzbudzą uczucia na korzyść Kościoła i papieży. Zdarzały się przypadki, gdy mówca nie mógł dokończyć swoich wniosków. Ale takie spory wywarły zupełnie inne wrażenie wśród robotników, a zwłaszcza wśród młodzieży. Publiczność stanęła całkowicie po stronie komunistów, a spory odniosły prawdziwy sukces we wszystkich fabrykach i w mieście. Wykłady cieszyły się większym powodzeniem wśród chłopów, nie mówiąc już o ludności miasta. To prawda, czasem słychać od starego chłopa: "Ale miejmy Boga, nie dotykajmy tego". Ale to wszystko. Stosunek do duchowieństwa staje się zdecydowanie niekorzystny. Środowiska antyreligijne Komitetu Gubernalnego wzięły pod uwagę te doświadczenia i zdecydowały się trzymać następujących metod: Każdy wykładowca musi przede wszystkim wziąć pod uwagę swoją publiczność, a sposób i treść sprawozdania lub wykładu musi być zgodna z odpowiednimi przepisami publiczność. Jest jeden sposób dla Czerwonej Gwardii i dla młodzieży; inne metody należy stosować wobec chłopów i robotników. Nie należy już prowadzić sporów pomiędzy prostymi chłopami i niewykształconymi klasami ludności, lecz poważne raporty i wykłady, nie raniąc uczuć religijnych słuchaczy. Świetne rezultaty dają antyreligijne wieczorne spotkania poświęcone Brunonowi, Galileuszowi i Kopernikowi. Spotkania takie organizował Komitet Związku Młodzieży i uczestniczyły w nich tysiące członków młodzieżowych kół robotniczo-chłopskich i Gwardii Czerwonej. Nie ma już wątpliwości, że młodzież wymknęła się ze sfery mistyfikacji religijnej i klerykalnej".

Czyli jak zwykle: starzy ludzie to ciemnota i zabobon, a młodzi to nowoczesność i przyszłość. Problem tylko polega na tym, że starych już trudniej do czegoś głupiego namówić, a młodych można kształtować od zera, jak czystą kartę i stąd ta propaganda która miała wbić klin między pokolenia (Hitler przecież też mówił, że najbardziej lubi "psy i dzieci" 🤪). Wszystkie reżimy totalitarne zawsze zaczynają od dzieci, bo tylko tak mogą zapewnić sobie fanatycznych zwolenników i oddanych żołnierzy. Jednak biorąc pod uwagę samą kwestię wiary, to muszę powiedzieć, że choć oczywiście szanuję ludzi którym wiara jest potrzebna i którzy muszą wierzyć, to jednak ja sam wiary już nie potrzebuję. Może zabrzmi to trochę cynicznie, może trochę pysznie, ale ja skupiam się na wiedzy, nie na wierze. Wiara (szczególnie ta wiara która jest w obecnych religiach na świecie) jest tak prymitywna, że na dłuższą metę trudno pogodzić ją z moją wrażliwością, aczkolwiek uważam że jest ona potrzebna, szczególnie biorąc pod uwagę korzenie na których wyrośliśmy i na których powinniśmy nadal chować nasze dzieci. Nie ma bowiem możliwości porzucić wiary religijnej i nagle stwierdzić że ateizm to jest ta droga, którą ja wybieram (choć oczywiście nie potępiam ateistów, każdy może sobie żyć jak chce, to nie ma żadnego znaczenia w co wierzysz, czy w co nie wierzysz, znaczenie ma tylko wiedza. Wiedza, że przyszliśmy tutaj w jakimś celu i wrócimy wcześniej czy później do Domu i że Świat do którego wrócimy jest tak niesamowicie cudowny, że brakuje nam słów aby choć w drobnej części próbować to opisać). Większość ludzi potrzebuje wiary, potrzebuję jej jak powietrza, bowiem nie jest w stanie pewnych rzeczy sobie uświadomić i przypomnieć (mnie akurat było to dane, i nie chodzi już tylko o to, że przypomniałem sobie poprzednie wcielenie - o czym wielokrotnie pisałem. Zapewne było to mi potrzebne do rozwoju tutaj, w tym życiu, inaczej nie zachowałbym tej pamięci). W każdym razie strach przed śmiercią powoduje to, że ludzie potrzebują wiary w Siłę Wyższą, nawet przedstawianej w tak prymitywny sposób, w jaki czynią tą religie na świecie. Nie chciałbym znów się powtarzać, ale warto rozmawiać z ludźmi i przekonywać ich, że pewne utarte schematy które tutaj zostały im wpojone do głów (jak choćby strach przed śmiercią) są głupotą (bez obrazy oczywiście). Śmierć tak naprawdę nie istnieje, jedyne co istnieje to My, a skoro My istniejemy bez początku i bez końca i jesteśmy częścią Bożej Miłości (a raczej częścią tej energii Bożej Miłości) to ta energia nie może cały czas być jednorodna i ona musi co jakiś czas się zmieniać. A wówczas następuje coś takiego jak śmierć, choć to jest tylko zmiana energetyczna - wyzwalamy się z pewnego materialnego obciążenia, które było nam potrzebne tutaj, aby się czegoś nauczyć i czegoś doświadczyć i tyle. Dlatego też nie myślmy sobie że Bóg jest tak bardzo niesprawiedliwy że odbiera dzieci które niczemu nie zawiniły, w młodym wieku, często w chorobie, w okropnych bólach, a innym (często ludziom o bardzo podejrzanej reputacji) daje długie życie i finansową wolność. To są tylko nasze karmiczne naleciałości, każdy zbiera to, co zasiał. A poza tym musimy się wciąż rozwijać i jeżeli dziecko umiera w wieku 6 lat (chodzi dla nas jest to tragedią - bo jest), to on wybrał sobie takie życie, on sam (widocznie takie właśnie życie było mu potrzebne, ani dłuższe, ani krótsze). Póki my uświadomimy sobie że jesteśmy częścią niesamowitego oceanu życia, które tutaj pulsuje i które potrzebuje tego świata materialnego po to, aby się kształcić i rozwijać, dopóki będziemy naprawdę potrzebowali ciemnych religijnych zaklęć, które będą nam wmawiać że jak oddamy pokłon temu Bogu to będzie dobrze, a tamtemu to będzie źle, a jak złożymy temu ofiarę (np. krwawą) to wtedy urośniemy w siłę i w ogóle osiągniemy wszelkie możliwe łaski. Jedyne co mamy sobie przypomnieć i do czego powinniśmy dążyć - to jest Miłość i to Miłość Boża, Bezinteresowna - choć rzeczywiście jest to cholernie trudne. Kończąc ten długi wykład nie na temat, zacytuję słowa papieża Jana Pawła II który często powtarzał: "Nie lękajcie się!" Ja bym dodał jeszcze: Nie lękajcie się! Istniejecie! Śmierci nie ma a jedynie po trudach nauki wracacie do Domu który jest niesamowite miejsce z którego najchętniej nigdy byśmy nie wyszli gdybyśmy nie musieli się kształcić. 




W Rosji sowieckiej w latach 20-tych wyraźnie zaznaczyła się przepaść pokoleniowa pomiędzy starszymi (rodzicami a szczególnie dziadkami, wychowanymi w innej rzeczywistości), a młodzieżą przesiąkniętą komunistyczną propagandą. W rodzinach pojawiał się dylemat, bo z jednej strony starano się wdrażać dzieciom stare tradycje i przekonania, z drugiej strony dzieci musiały być kształcone na dobrych komunistów, a do tego również przyczynić miało się wychowanie domowe - nie tylko szkolne i pozaszkolne. Jelena Bonner (wychowywana przez babcię, bo rodzice byli albo w pracy albo na masówkach partyjnych), wspominała po latach w swych pamiętnikach: "Istniał kolosalny spór co do naszego wychowania. Babcia przynosiła do domu książki ze Złotej Biblioteki Dziecięcej, rozmaite głupstwa, i mama z dezaprobatą
sznurowała usta, choć nigdy nie śmiała zwrócić babci uwagi. Mama dawała mi do
czytania inne książki, na przykład o Pawce Korczaginie którą przyniosła mi jeszcze w maszynopisie. Nie wiedziałam, które książki bardziej mi się podobają". Jelena pisała dalej: "Zawsze uważałam przyjaciół mamy i taty za ludzi mojego pokroju, a przyjaciół Batanii (babci) za obcych. W gruncie rzeczy już wtedy należałam do partii". Anatolij Gołowni (późniejszy operator filmowy) wspominał zaś, że jego mama - Lidija uczęszczała przed Rewolucją do szkoły panien z dobrych domów, mieszczącym się w petersburskim Instytucie Smolnym i przez całe życie miała maniery arystokratki, chodź ubierała się skromnie. Dbała ona również o to, aby dzieci jej syna były ochrzczone (uczyniła to bez wiedzy i zgody Anatolija), z wnukami chodziła do cerkwi i uczyła je religijnych obrzędów. Tak było w sporej części rosyjskich domów, ale rodzice dzieci najczęściej starali się aby wpływ babć i dziadków był jak najmniejszy na ich pociechy. Jeśli dziecko bowiem przyznałoby się do swojej wiary, mogło to mieć poważne konsekwencje dla kariery rodziców (a w okresie późniejszym również dla ich bezpieczeństwa). Jewginija Jewangułowa (urodzona w 1918 r.) wspominała zaś, że gdy babcia dała jej krzyżyk który nosiła na szyi pod ubraniem, i gdy koledzy w szkole się o tym dowiedzieli, to robili jej przykrości, krzycząc wszem i wobec "Patrzcie ona wierzy w Boga!". Wiele więc rosyjskich rodzin - by dalej praktykować swoją wiarę, w niedziele i święta paliło świece i modliło się do ikon (które następnie chowano do szuflad lub w inne zakamarki, aby tylko nie wydało się że są wierzący). 




Z takich ciekawostek warto też dodać, że w dniach 27-29 stycznia 1923 r. w Monachium (w Circus Krone) odbyła się pierwsza konferencja Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników - czyli kierowanej przez Adolfa Hitlera NSDAP. Założona 5 stycznia 1919 r przez Antona Drexlera Niemiecka Partia Robotników, do której jesienią 1919 r. przyłączył się Adolf Hitler - 24 lutego 1920 r podczas masowej imprezy w monachijskim Hofbraühaus - zmieniła nazwę na NSDAP. Doskonały mówca - Hitler (którego bano się utracić) wygrał walkę o przewodnictwo w partii i na walnym zgromadzeniu 29 lipca 1921 r. uzyskał władzę dyktatorską w partii.


"HITLER PRZEMAWIA"
MONACHIUM - CIRCUS KRONE
(27-29 stycznia 1923 r.)



20 marca 1923 r bawarskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych odrzuca wniosek Socialdemokratycznej Partii Niemiec (SPD) i Niemieckiej Partii Demokratycznej (DDP) o rozwiązanie Brygad Szturmowych SA. Hitler jak na razie skupia się głównie na Bawarii. Tutaj czuje się dobrze, tutaj jego ludzie zawierają kontakty z przedstawicielami wojska, policji a także częściowo rządu, i tutaj wreszcie czuje się w miarę bezpieczny, planując swój wielki zamach. W tych latach bowiem Hitler brzydził się parlamentaryzmem i planował zdobycie władzy w sposób siłowy. Dopiero później dojdzie do wniosku, że równie dobrze władzę może zdobyć w sposób parlamentarny - i tak też się stanie.

Tymczasem w Prusach, minister spraw wewnętrznych tego kraju - Carl Severing (z SPD), obawiając się próby zamachu stanu, której dokonać miała prawicowa Niemiecka Partia Wolności Narodowej (DVFT), 22 marca nakazuje zakaz działalności tej partii.

31 marca zaś w Zagłębiu Ruhry dochodzi do rozlewu krwi, gdy francuscy żołnierze zabijają 13 niemieckich robotników z zakładów Kruppa w Essen, którzy protestują przeciwko konfiskacie samochodów należących do fabryki. Europa krótko żyje tym wydarzeniem (choć początkowo europejskie gazety - szczególnie brytyjskie - wypowiadają się dosyć ostro na temat francuskiego okrucieństwa). Natomiast 7 kwietnia również w Essen francuska żandarmeria aresztowała byłego żołnierza Freikorpsu - 28-letniego Alberta Leo Schlagetera, oskarżonego o udział w ataku na linię kolejową Dortmund-Duisburg (i tym samym zapobieżenie transportowi węgla do Francji). Schlageter już w 1914 r. na początku I Wojny Światowej zgłosił się na ochotnika do Armii (do 76 Pułku Artylerii Polowej), a w 1918 r został odznaczony Krzyżem Żelaznym I klasy. W latach 1919-1920 wstąpił do Freikorpsu, a następnie wyjechał do Prus Wschodnich gdzie pracował jako robotnik rolny. W styczniu 1921 r. wyjeżdża na Górny Śląsk, gdzie w maju-lipcu tego roku bierze udział w walkach z polskimi powstańcami na Górnym Śląsku. W 1922 r. zapisuje się do NSDAP i w styczniu 1923 r. bierze udział w pierwszym zjeździe tej partii w Monachium. Potem wyjeżdża do Nadrenii gdzie dokonuje kilku aktów sabotażu. 7 kwietnia zostaje aresztowany przez Francuzów, a miesiąc później francuski sąd wojskowy skazuje go na śmierć. Wyrok zostaje wykonany 26 maja 1923 r. w Dusseldorfie. Od tej pory Schlageter staje się jednym z męczenników ruchu narodowosocjalistycznego. Akty sabotażu w Nadrenii jednak nie ustają. Tego samego 7 kwietnia (gdy aresztowano Schlagetera), dokonany został akt sabotażu na kanale Ren-Herne, co znacznie utrudniło wydobycie dużych ilości węgla przez Francuzów.

10 kwietnia w berlińskim Reichstagu (z udziałem prezydenta Rzeszy Friedricha Eberta) odbyło się nabożeństwo żałobne za robotników rozstrzelanych w Essen. Problem jednak pozostał i doskwiera on zarówno Niemcom jak i Francuzom, którzy niewiele osiągnęli po zajęciu Zagłębia Ruhry. Rząd niemiecki zaś ma o tyle problem, że musi rekompensować straty przedsiębiorcom, których namawia do stosowania biernego oporu wobec wojsk francuskich, a co za tym idzie, ponoszą oni straty finansowe z tego tytułu. W takiej sytuacji - aby sprostać wypłatom odszkodowań dla przedsiębiorców z Nadrenii - rząd drukuje coraz więcej pieniędzy, co jeszcze bardziej napędza już tak szalejącą hiperinflację. Ktoś będzie musiał ustąpić w sprawie tego konfliktu, pytanie tylko kto będzie pierwszy?

Ale żeby nie było nam tak różowo, przenieśmy się teraz do naszego Sejmu i przyjrzyjmy się wypowiedzią jakie padają z trybuny sejmowej. Otóż w kierunku Witosa i Dąbskiego padają takie epitety: "Bandyto! Nie parobkuj! Kulka w łeb! Jak wam zęby wybiją, będziecie inaczej patrzeć! Cicho, fornalu! Taki kretyn był prezydentem ministrów! Był pan lalką, pociąganą za czerwony sznurek z Belwederu! Marionetka belwederska! Oszukujecie cały świat! Fałszujecie Konstytucję, wszystko fałszujecie! Wariat wyrabia sceny!" itp. Konstanty Ildefons Gałczyński dodaje do tego jeszcze taki oto wierszyk: "Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie! Chcieliście Polski, no to ją macie!" I dzięki Bogu, bowiem jaka by Ona nie była - jest święta i jest Nasza.




CDN.