Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
"Adrian wróbel. Dzień dobry panie Adrianie, mam na imię Patryk i mam zamiar dzisiaj zmienić pańskie życie, co pan na to?" 🤔 Następny grobik. Pani Wanda Gołąb, no nie wierzę, co oni, ptactwo tutaj chowali". 😙 Co z tobą Kasia, twardym trzeba być, pamiętaj albo oni, albo my 😂
"O Boże, Emilka Kapustka"
"O, czyli zaczynamy sekcję warzywną i bardzo mi się to podoba" 🤭
"Szczęście zaskoczyło starego, gdy w kolejce na wybory spotkaliśmy jakiegoś dawnego ministra. Wyczuł że to życiowa szansa więc pierwsze lody postanowił przebić na grubo"
"Ale nam tą kochaną Polskę rozkradli, co nie, panie ministrze?!"
"Niestety zapomniał że minister swą kadencję zakończył przedwcześnie, między innymi za rozkradanie rzeczonej Polski"
"Cukrownictwo leży..."
"Odp...ol się ch...u!!!" 🤭
"Co było tym bardziej niezręczne, że musieliśmy potem jeszcze z nim stać 15 minut"
"Powiem ci że ja to się myszy brzydzę. Nie powiedziałbyś co, kawał chłopa się myszy boi? Ale to właśnie o to chodzi że one są takie małe jakby coś większego było to wiadomo kolano pięta i nie ma klienta" 😂
"Stary, ja po prostu nie lubię zamkniętych pomieszczeń i jak jest duszno, tyle!"
"Przepraszam, byłaby pani uprzejma odsunąć się kawałek, tak trochę przestrzeni życiowej dać, to nawet nie o mnie chodzi ale kolega jest miły kulturalny ale jak c*** go strzeli to ja za niego nie ręczę" 😆
Ten temat nie będzie tematem mojego autorstwa (a przyznam się szczerze, że przyjemnie jest czerpać z pracy innych ludzi i patrzeć jak to oni muszą się męczyć żeby cokolwiek napisać, a ty tylko to... skopiujesz 🤭. Oczywiście żartuję, a może i nie 🤔). W każdym razie dziś chciałbym podjąć temat amerykańskiej "fabryki snów" czyli Hollywood w okresie II Wojny Światowej i tego, jak prezentowano tam Polskę i Polaków. Ponieważ jednak nie jest to mój temat autorski, a jeden z ciekawszych tematów jakie znalazłem na X-ie (dawniej Twitter), pozwoliłem sobie go tutaj umieścić. Autorem tej nitki (jak można to nazwać), jest x-owicz posługujący się profilem "Wojna w kolorze", a konkretnie Andrzej Matowski, którego to stronę na Twitterze zachęcam do obserwowania i wspierania (oczywiście całkowicie bezinteresownie, podobnie jak bezinteresowny jest mój blog Grota Ragnara 😙 gdzie nie uświadczycie żadnych reklam, gdyż jest to taka moja oaza odpoczynku i pewnego rodzaju relaksu, chodź często bardzo pracochłonnego 🧐). Temat który to zaprezentował Andrzej Matowski, bardzo przypadł mi do gustu i postanowiłem go tutaj również zaprezentować, a jak wspomniałem wyżej dotyczy filmów jakie powstawały w Hollywood o Polsce i Polakach w czasie II wojny światowej.
Warto bowiem zapoznać się z czym mieliśmy do czynienia i czy komisja Josepha McCarty'ego z lat 50-tych rzeczywiście była taka demoniczna (jak próbują nam to wmówić współcześni neomarksiści i wszelkiego typu libkowie), czy po prostu McCarty "miał twarde karty" aby ujawnić i ukarać tych wszystkich pro-sowieckich gogusiów z Hollywood i z wielu innych kluczowych branż w polityce, gospodarce i dyplomacji USA.
Zapraszam zatem na wątek.
HOLLYWOOD A POLSKA
(AUTORSTWA ANDRZEJA MATOWSKIEGO
X-owy PROFIL "WOJNA W KOLORZE")
II Wojna Światowa była pierwszą prawdziwie nowoczesną wojną, w której żadna dziedzina życia nie mogła pozostać obojętna. To samo dotyczyło ogromnego amerykańskiego przemysłu filmowego, zrzeszający tysiące aktorów, scenarzystów, reżyserów - ludzi bardzo bogatych i wypływowych. Hollywood wypluwało z siebie 500 filmów rocznie. Do kin chodziło w 1939 roku tygodniowo 74 % Amerykanów, zostawiając astronomiczne 85 milionów dolarów w kasach. Jak ujął to historyk Robert Fyne: "większość widzów wierzyła w to, co pokazano im na ekranie, niczym w Ewangelię".
W czerwcu 1942 roku "fabryka snów" została objęta nadzorem Urzędu ds. Informacji Wojennej (Office of War Information), konkretnie agencji Bureau of Motion Pictures (Biuro Filmowe). Odtąd BMP opiniowało scenariusze filmów i decydowało, czy i jaki film trafi do produkcji. Filmy miały spełniać podstawową zasadę: pomóc wygrać wojnę z diabolicznym Hitlerem i jego mrocznymi zastępami. Od tego uzależniano zgodę na produkcję. Do końca wojny BMP zrecenzowało 1652 scenariusze, nierzadko wprowadzając własne uwagi i dodając swoje własne sceny.
Wielu z Was zna niektóre filmy z tego okresu. Najsłynniejszym jest bowiem "Casablanca" z 1942 r. z Humphreyem Bogartem i Ingrid Bergman, która zwróciła uwagę społeczeństwa USA na okupację Europy przez Niemców i temat ruchu oporu. Uzasadniła też amerykańską inwazję na Algierię.
Propaganda Hollywood kręciła wiele kasowych filmów oddających hołd europejskiemu ruchowi oporu. Zamach na Protektora SS-Obergruppenführera Reinharda Heydricha przez czeskich komandosów w Pradze doczekał się aż dwóch filmów w 1943 r.: "Hitler's madman" i "Hangmen also die!"
Czesi byli lubiani w Hollywood i doczekali się aż sześciu dużych produkcji, sławiących ich udział w wojnie. Ale nie byli jedyni. Z europejskim ruchem oporu utożsamiano Norwegów, którzy tylko w 1943 roku doczekali się aż pięciu dużych produkcji, na czele z "Edge of Darkness".
Nie można było zapomnieć o wielkiej roli Francuzów w walce z Hitlerem. Poza wspomnianą wyżej "Casablanką", w której do historii przeszła scena ze śpiewaniem "Marsylianki", Francuzi doczekali się jeszcze 14 wielkich produkcji, na czele z frankofilską "Joan of Paris" z 1942 r.
No i przede wszystkim, nie można było w żaden sposób zapomnieć o największym przyjacielu "dobrych" Aliantów, sojuszniku pierwszej klasy - masowym mordercy Józefie Stalinie i jego zbrodniczym imperium sowieckim, które od III Rzeszy różniło się jedynie brakiem komór gazowych.
Film "Mission to Moscow" z 1943 r. miał zdemaskować wszelkie nikczemne oskarżenia pod adresem Związku Radzieckiego i pokazać, że Stalin i jego państwo to jedynie "trochę inna demokracja" od USA. Film oparto o wspomnienia byłego ambasadora USA w Moskwie Josepha Daviesa.
"Mission to Moscow" był jedynym amerykańskim filmem wyświetlanym w ZSRR w czasie wojny (co pokazuje stopień jego zakłamania), ale nie był jedyny. Nakręcono szereg innych, na czele z "The Days of Glory" i "The Boy from Stalingrad". Konsultantami byli... radzieccy dyplomaci!
Wszystkie te filmy były pompatyczne i doniosłe. Nikomu nie przyszło do głowy żartować z cierpienia ww. narodów. Scenariusze konsultowano z dyplomatami alianckimi. Wszystkie były poważne i miały uwypuklić wkład narodów w walce z nazizmem. Wszystkich, poza jednym. Polakami. Polacy nigdy nie byli w centrum zainteresowania Hollywood. Przed II WŚ doczekali się właściwie tylko dwóch filmów "As The Earth Turns" i "The Wedding Night". Generalnie traktowano ich z lekceważeniem jako "Hunyaków" - bliżej niezidentyfikowanych imigrantów z Europy Wschodniej.
Oba filmy to całkowicie niedorzeczne koszmarki, stworzone przez ludzi, niemających pojęcia o Polsce. Przedstawiały one Polaków jako nieokrzesanych, pijanych i głupich prymitywów, jedzących z podłogi, porozumiewających się dziwnymi dźwiękami i zbitkami przypadkowych słów.
Polska także nie była w centrum zainteresowania Hollywood. Przed wojną umiejscowiono w niej tylko jeden film - napoleoński romans "Maria Walewska". Dla porównania, małe Węgry były miejscem akcji aż siedmiu filmów, a filmy o Rosjanach, czy Żydach miały swoje odrębne gatunki.
A po 1939 r.? Generalnie w działaniach BMP nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że Polska... była w zasadzie jedynym pomijanym krajem alianckim w Hollywood. A wydawałoby się, że historia napadniętego przez potężnych sąsiadów kraju, pierwszej ofiary Hitlera byłaby doskonała.
Tymczasem zainteresowanie Hollywood Polską w czasie wojny można przedstawić tak - toczącym się kłaczkiem arizońskim. Polska doczekała się tylko trzech (!) filmów w czasie wojny. Komedii "To Be or Not To Be", romansu "In our Time" i niskobudżetowego "None shall escape". Chronologicznie pierwszym filmem była komedia (!) "To Be or Not To Be" Ernsta Lubitscha z grudnia 1942 r. Powstała więc po ponad 3 latach bestialskiej niemieckiej okupacji, w momencie, gdy w Polsce trwał w najlepsze Holocaust Żydów, egzekucje i wysiedlenia z Zamojszczyzny...
Chociaż film ten jest bardzo sympatyczną komedią (i doczekał się remake'u w reżyserii Mela Brooksa), to niezamierzenie spłycał i ośmieszał realia brutalnej okupacji Polski. Nikomu w USA nie przyszło do głowy robić komedii o żadnym innym okupowanym przez Niemców kraju.
"To Be or Not To Be" opowiada historię trupy teatralnej z Warszawy, która wplątuje się przypadkowo w akcje ruchu oporu. Niewiele w nim powiedziano o roli Polski w wojnie, a dość smutnym aspektem jest zrobienie z Profesora - autorytetu dla Polaków z filmu - agenta Gestapo...
Chronologicznie drugim filmem był niskobudżetowy "None shall escape" ze stycznia 1943 r. Opowiadał on o procesie fikcyjnego niemieckiego zbrodniarza Wilhelma Grimma. Polska jest jedynie miejscem akcji, a film dotyczył głównie zbrodni na Żydach. Przeleżał na półce ponad rok.
"None shall escape" swoją premierę miał dopiero 3 lutego 1944 r. i nie zapadł on nikomu w pamięci. Uznano go za zbyt pospiesznie i niedbale zrealizowany. O roli Polski w wojnie nie pada w nim ani jedno słowo, choć pokazuje on dość pozytywnie relacje polsko-żydowskie.
I - wisienka na naszym zgniłym, hollywoodzkim torcie. Największy film poświęcony Polsce, nakręcony w USA w czasie wojny - "In our Time", który premierę miał 19 lutego 1944 roku. Film absolutnie obrzydliwy, czerpiący garściami z nazistowskiej i sowieckiej propagandy o Polsce.
Wypust studia Warner Bros. opowiada historię londyńskiej ekspedientki Jennifer, która trafia do Polski latem 1939 roku i poznaje tam w Warszawie hr. Stefana Orvida. Para się w sobie zakochuje, ale na drodze zakochanym staje rodzina hrabiego (uwaga, jest coraz śmieszniej).
Rodzina Orvidów to banda arystokratycznych, fanatycznie religijnych snobów - generalnie uosobienie ciemnogrodu. Najgorszy z nich jest wuj Pavel, pracownik polskiego ministerstwa, jawnie prohitlerowski bufon, do ostatnich minut filmu nawołujący do porozumienia z Niemcami.
Choć akcja filmu dzieje się tuż pod Warszawą (i to kilka kilometrów od niej!), to majątek Orvidów wygląda jak wyjęty z XVII wieku - panuje poddaństwo chłopów - jak jeden mąż ciemnych, głupich, bojących się traktorów i elektryczności, a zysk przeliczają na... butelki wina.
Dopiero Jennifer wprowadza odrobinę nowoczesności w tym zatęchłym zaścianku. Londyńska sprzedawczyni (!) edukuje ciemne chłopstwo o nowoczesnym rolnictwie, wujowi Pavelowi mówi, że nie wolno ustępować Niemcom, a z kawalerii - w której służy Stefan - szydzi jako przestarzałej.
Agresja Niemców na Polskę zastaje Orvidów podczas całonocnej, szlacheckiej libacji. Podczas gdy rodzina hrabiego tchórzliwie ucieka z majątkiem, on sam idzie walczyć. Jego dumny pułk kawalerii zostaje rozbity po - a jakże! - szarży z szablami na niemieckie czołgi (!).
Pod wpływem wszechwiedzącej feministki Jennifer Orvid doznaje objawienia. Przeistacza się w ludowego bohatera. Nakazuje spalić pola i posiadłość, by wróg nie miał z nich pożytku. Wymowa jest jasna: Polska może odrodzić się po wojnie tylko, jeśli zmieni się w niej władza.
Cały ten film to powtarzanie sowiecko-niemieckiej propagandy, na czele z szarżami kawalerii na czołgi. Premiera także była nieprzypadkowa. 4 stycznia 1944 r. Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, a 22 lutego W. Churchill przyznał, że Polska będzie okrojona po wojnie.
Reżyser filmu wprost przyznawał, że Polska kojarzyła mu się z państwem niewolniczym, rodem z amerykańskiego Południa sprzed wojny secesyjnej. Wytwórnia Warner Bros. przyznała zaś, że miała problem z przedstawieniem ulicy w Warszawie, bo nie wiedziano... jak wyglądają Polacy.
Warto tu jeszcze wspomnieć o kilku innych filmach, w których Polacy powinni być, a ich nie było. W kasowej superprodukcji "The Story of G.I. Joe" z 1945 r. o froncie włoskim i bitwie o Monte Cassino o Polakach nie padło ani jedno zdanie, choć ci zdobywali klasztorne wzgórze.
Z kolei w filmach "Eagle Squadron" i "International Squadron" (w tym główną rolę zagrał Ronald Reagan) o amerykańskich w bitwie o Anglię (których było tylko kilku, ok. 11), o Polakach pada dosłownie jedno krótkie zdanie, wymienionych pomiędzy innymi narodami.
Na wiosnę 1944 r. wytwórnia Twenieth Century Fox planowała premierę komedii "Jakobowsky i pułkownik", opowiadającej o uciekającym przed antysemityzmem z Polski Żydzie i nadętym polskim oficerze. Film jednak ostatecznie wówczas nie powstał i nakręcono go dopiero w 1958 r.
ŻADEN z ww filmów nie był konsultowany nigdy z nikim z polskiego rządu emigracyjnego. W żadnym nie zagrał żaden Polak. Nigdy nie pozwolono Polakom opiniować scenariuszy, w odróżnieniu od innych Aliantów. Polacy jako JEDYNI byli przedstawiani negatywnie. A czemu? Cóż... Hollywood nie lubiło Polski z różnych względów. Głównym powodem były polityczne zapatrywania reżyserów i scenarzystów, nierzadko sowieckiej agentury na pasku Moskwy. Przedstawianie Polski w dobrym świetle oznaczałoby oczernianie ZSRR - a na to nikt w USA nie chciał pozwolić.
ZSRR nigdy nie był obiektem ataków Hollywood. Sowietów - sojuszników Hitlera z lat 1939-40 - jako "wrogów" przedstawiono w raptem trzech filmach, z czego dwa to komedie - "Ninoczka" i "Towarzysz X". Po 1941 r., gdy Sowieci stali się Aliantami, przestano je w ogóle wyświetlać.
W Hollywood w 1935 r. powstała "Anti-Nazi League", kierowana przez agenta Kominternu, Otto Katza, zrzeszająca lewicowych reżyserów i scenarzystów (a nie aktorów, bo tych uznano za... zbyt głupich). Zwłaszcza Żydów. Jej stałym członkiem było bogate i wpływowe Warner Bros. Jednocześnie, sekcją BMP w Hollywood kierował Nelson Poynter - publicysta powiązany z polityką Roosevelta. Rooseveltowcy i lewicowcy mieli jeden wspólny cel: pokonanie Hitlera. A za najważniejszego sojusznika w walce z Hitlerem uznano Sowietów, których nie można było drażnić.
Przypominanie więc losu Polski - napadniętej przez Niemców i Sowietów - byłoby nie na rękę Moskwie. Dlatego Hollywood pomijało rolę Polski w wojnie, a jeśli już musiało mówić - to robiło to oczerniając ją zgodnie z duchem sowieckiej propagandy, przygotowując oddanie jej ZSRR.
Moda na komunizm w Hollywood była powszechna i to tak, że po wojnie wielu filmowców trafiło przed oblicze amerykańskich komisji śledczych jako potencjalni agenci wpływu ZSRR. Działalność OWI/BMP uznano za tak szkodliwą, że w 1944 r. obcięto jej budżet, a potem zamknięto. Wśród przesłuchiwanych znalazł się m. in. Jack Warner, właściciel studia Warner Bros., który srogo pocił się przed komisją Kongresu i komisją senatora Josepha McCarthy'ego. Do dziś zresztą znienawidzonego w Hollywood za łapanie pożytecznych idiotów Kremla.
Tu przypomina mi się, jak parę lat temu polski internet ekscytował się, że założyciele Warner Bros. byli Żydami z Polski, och, ach, jaka duma. Spieszę przypomnieć, że Warner Bros. miało stałą manierę oczerniania Polaków za każdym razem, gdy było to możliwe. Warner Bros. odpowiada za trzy najobrzydliwsze wymienione tu filmy - "In our Time", "Mission to Moscow" (który miał premierę tuż po odnalezieniu polskich grobów w Katyniu - w maju 1943 r.) i "The Wedding Night". W swoich filmach nierzadko nadawali filmowym oprychom imiona polskich bohaterów: Sobieski czy Kościuszko - znanych Amerykanom. Nigdy nie nakręcili ani jednego pozytywnego filmu o Polsce. Kłamstwa o Polsce i Polakach, które rozsiewali prawie 100 lat temu, przetrwały właściwie do dzisiaj.
Bracia Warner byli bowiem skrajnie lewicowymi Żydami - jak wielu filmowców Hollywood - których z Polską łączyło jedynie miejsce urodzenia, a którzy w niepodległej Polsce nigdy się nie pojawili. Wyemigrowali jeszcze w czasach carskiego zaboru. I jak wielu innych ówczesnych celebrytów, chętnie poddali się propagandzie komunistycznej, szczególnie, że ta kreowała się na przeciwników antysemickiego nazizmu. Warto to mieć w pamięci, gdy znowu usłyszycie ekscytację o "polskich śladach" w Hollywood.
DZIŚ KRÓTKO ALE TREŚCIWIE. DWA CIEKAWE, KRÓTKOMETRAŻOWE FILMY KONRADA ŁĘCKIEGO OPOWIADAJĄCE O WYDARZENIACH ZWIĄZANYCH Z WPROWADZENIEM W POLSCE STANU WOJENNEGO - 13 GRUDNIA 1981 - PRZEZ MOSKIEWSKIEGO PACHOŁKA - WOJCIECHA JARUZELSKIEGO, MAJĄCY ZA ZADANIE STŁUMIĆ RUCH "SOLIDARNOŚCI". HISTORIA TA OPOWIEDZIANA JEST Z PUNKTU WIDZENIA ZWYKŁYCH ŻOŁNIERZY, MUSZĄCYCH BRAĆ UDZIAŁ W TYCH TRAGICZNYCH WYDARZENIACH. NOTABENE ROK 1981, TO BYŁ RÓWNIEŻ ROK MOICH NARODZIN
"GRUDNIOWE ROZMOWY"
"ZOMOZA"
"BLUZG"
CZYLI ŻYCZENIA DLA gen. JARUZELSKIEGO W WYKONANIU EMILIANA KAMIŃSKIEGO
DZIŚ KILKA ZABAWNYCH FRAGMENTÓW Z FILMU JACKA BROMSKIEGO pt.: "U PANA BOGA W OGRÓDKU" ZAPRASZAM.
Film Jacka Bromskiego z 2007 r. pod tytułem "U Pana Boga w ogródku"jest kontynuacją filmu tego samego reżysera z 1998 r. pt.: "U Pana Boga za miedzą". Opowiada on historię młodego policjanta, który zostaje zesłany do jednej z podlaskich miejscowości o nazwie Królowy Most. Tutaj czas płynie inaczej, wolniej, spokojniej. Ludzie też mają zupełnie inne problemy niż w dużym mieście. Zostaje tu również przywieziony przez Centralne Biuro Śledcze skruszony gangster o nazwisku Józef Czapla (w tej roli nieżyjący już Emilian Kamiński), który na mocy programu ochrony świadków otrzymuje nowe życie i nowe nazwisko - Jerzy Bocian. Powoduje to szereg zabawnych problemów która ostatecznie kończą się happy endem.
0:11 - "Od razu po szkole go do mnie przysłali, do terminu - Terminator" 🥴
0:37 - "Chcę ja u nas na komisariacie założyć wydział zabójstw"
"To tu są jakieś zabójstwa?"
"Jeszcze by tylko tego brakowało" 🤭
0:50 - "To ksiądz tutaj bimber pędzi, tak?" 😂
1:00 - "Żebym ja jego na mszy w niedzielę zobaczył!"
"Kogo proszę księdza?"
"Jego, jego samego, co ludzkiej mowy nie rozumie - tak?" 😄
1:05 - "Chyba pan po tym raczej nie wsiądzie do samochodu, co?"
"Zobaczę, piechotę raczej nie będę szedł po pijaku" 😭👍
(Niesamowity Emilian Kamiński)
1:12 - "Skoro pan żonaty, życie już pana ukarało"
1:15 - (Ksiądz złapany na rowerze za przekroczenie prędkości) "75 km. na godzinę ja jechał? To ten grat tyle wyciąga?" 😀
1:23 - "Ty ciemna, on ciemny, a wszystkie wasze dzieci blondyny" 😉
Policjanci "podrasowali" miernik prędkości żeby zawsze pokazywał 120 km/h
"O proszę, kobieta za kierownicą od razu kłopoty"
0:50 - "Adaś, gazu! Aparatkę nam zabrała" 🤣😂😭
"Byłam w kościele kilka razy i słyszałam co co też ksiądz wygaduje"
"A co ja takiego wygaduję?"
"A nic tylko tradycyjne wartości, co my tu z dziada, pradziada wiemy i to jest dobre, a to co nowe - podejrzane. A świat tymczasem do przodu pędzi, tylko tego ksiądz nie uczy"
"Do przodu - tak?! Wiadomo że świat dokąd idzie, ale czy do przodu? A może do tyłu, albo w bok? To nie lepiej rozsądnie poczekać i przekonać się czy to jest dobry kierunek, a nie iść, byle się poruszać, jak jakie takie barany, wpakować się w pułapke moralne..." 👍👍👍
Zabawny moment jest również wówczas, gdy policjanci z drogówki w Królowym Moście zatrzymują przyjeżdżającego tam Józefa Czaplę, znanego teraz jako Jerzy Bocian (czyli Emiliana Kamińskiego) byłego gangstera, który zeznaje w procesie przeciwko mafii i otrzymał nowe życie na mocy programu ochrony świadków. O to komiczny dialog policjantów i Bociana 😉:
"Dobry. Czy zdaje pan sobie sprawę z jaką szybkością pan jechał?"
"No, ciekawe"
"220 km/h"
"Niezły wynik. Nie wiedziałem że ta fura tyle wyciąga"
"Będę musiał obejrzeć pana dokumenty. Prawo jazdy proszę!"
"Nie mam kochany, dopiero będę zdawał na prawko. Egzamin mam za dwa tygodnie, więc teraz trochę ćwiczę" 😂
"Co tam jest Rysiu?" (Pyta drugi policjant)
"Chodź no tu, facet prawo jazdy nie ma. Dowód rejestracyjny!"
"W domu zostawiłem, żeby po pijaku nie zgubić" 😭
"A ten samochód to w ogóle pana? Jaki numer rejestracyjny ma?"
"Zabij, nie wiem"
"Numeru własnego samochodu nie pamięta?!"
"A co, ja do niego dzwonię?" 👍😂
"Wysiadać i ręce na maskę!"
"Człowieku, człowieku bądź rozsądny. Jak ja wysiądę jak ja się ledwo trzymam na nogach. Kierownicy nie mogę puścić"
"Wysiadasz, czy mam ci pomóc?!"
"Ręce opadają"
(Po czym Bocian odjeżdża, zostawiając zdziwionych policjantów)