Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AZTEKOWIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AZTEKOWIE. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 maja 2025

SUŁTANAT KOBIET - Cz. L

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXIX







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XXIII



"WIATR, KTÓRY PCHA DO WOJNY Z PERSJĄ - WIEJE Z HAREMU!"
Cz. III


 Co prawda osoba Babura, a szczególnie jego syna Humajuna - który schronił się na dworze szacha perskiego Tahmaspa  w 1544 r. - niewiele wnosi do wzajemnej osmańsko-safawidzkiej konfrontacji militarnej (do której bez wątpienia dążyła sułtanka Hurrem, mając ku temu swoje własne powody związane oczywiście z wysunięciem na tron - po śmierci Sulejmana - jednego ze swoich synów, kosztem najstarszego potomka sułtana, czyli księcia Mustafy. Jeszcze do tego powrócę), jednak - tak jak wspomniałem poprzednio - wydaje mi się, że postać Babura oraz jego syna (praktycznie kompletnie nieznana) może zaciekawić, a poza tym w końcu stworzyli oni muzułmańskie Imperium Wielkich Mogołów, które panowało nad Indiami przez ponad dwa stulecia, i dlatego postanowiłem przytoczyć ich historię i kontynuować ją w dzisiejszej części






 Kampania Babura zmierzająca do zdobycia Kabulu (którym wcześniej rządził jego stryj Ulug Beg II, a po jego śmierci władzę tam przejął uzurpator - Mukin Beg, odsuwając niemowlęcego synka poprzedniego władcy) była jedną z najgorzej przygotowanych w dziejach. Młody, 21-letni Zahir ud-Din Mahomet Babur prowadził ze sobą 200 obdarciuchów, którzy często nie mieli nawet butów na nogach i musieli iść boso. Pozbawiony swojej ojcowizny - Królestwa Fergany, zmuszony był Babur (z krótką przerwą) tułać się po górach Hindukuszu już od siedmiu lat, nieprzerwanie zaś od lat dwóch. Na tej drodze musiał opuścić zarówno swoją matkę (której zostawił jedyną cenną rzecz jaką posiadał - swój własny namiot), oraz siostrę, którą wydał za mąż za swego wroga Muhammada Szajbaniego, aby zyskać jego przychylność. Ów młody potomek Timura Kulawego i Czyngis-chana (który notabene gardził Mongołami i Tatarami i wolał być nazwany Turkiem) właśnie w tym okresie swego wygnania przeżywał bodajże najciekawsze przygody. W sym pamiętniku opisywał, jak kąpał się w zamarzniętym tuż przy brzegu strumieniu, który jednak (ze względu na wartki nurt) nie był zamarznięty na środku, i jak przeszywało go zimno ("zanurzam się i nurkuję szesnaście razy, ale gryzący chłód wody przecina mnie"). W tych spartańskich iście warunkach, sypiając pod gołym niebem i mając u boku jedynie trzech przyjaciół, dzięki którym udało mu się zebrać kilkudziesięciu, a następnie kilkuset okolicznych chłopów (którzy jednak nie znali takiego pojęcia jak dyscyplina i w swych pamiętnikach Babur opisuje jak trudno było ich przekonać chociażby do tego, aby stanęli prosto w jednym szeregu, lub też aby maszerowali jak żołnierze). Babur był jednym z tych osób, którzy optymistycznie patrzyli w przyszłość i nawet gdy inni załamywali ręce (jak choćby jego matka), on pocieszał ich nawet w sytuacji gdy nie mieli niczego tracąc Ferganę i Samarkandę, mówiąc że przynajmniej mają melony do jedzenia, więc nie jest jeszcze tak źle. Ale i on miał słabsze dni. Widząc swoje wojsko złożone z chłopów - praktycznie niezdolnych do walki, o dyscyplinie nie wspominając - będąc w Tabal udał się do tamtejszego ogrodu, gdzie położył się na ziemi i poprosił Boga (ponieważ był muzułmaninem to Allaha) o śmierć. Leżał tam prawie cały dzień, a gdy zaczęło się ściemniać, zachodzące słońce oświetliło mu twarz, a tuż koło niego usiadł ptaszek, który nie bojąc się go, zaczął mu się przypatrywać. Babur zrozumiał - jak zanotował w swym pamiętniku - że przyszedł tu po śmierć, a odnalazł życie i nadzieję. Był też młody i zwinny, umiał się dobrze wspinać po górach i ukrywać tam przed strzałami swych wrogów. 

Tak więc teraz (ze swymi chłopami przemianowanymi na żołnierzy), maszerował na Kabul, będąc diabelnie zdeterminowanym aby zająć to miasto (a ten jego entuzjazm udzielał się również innym). Stwierdził że albo zdobędzie Kabul, albo tam zginie, nie ma innej drogi, na pewno już nie będzie uciekał. Problem co prawda stanowiło jego wojsko, które przypominało raczej bandę żebraków uzbrojonych w co popadnie, ale i tak był dobrej myśli, nie miał już nic do stracenia, a nie chciał do końca życia tułać się po górach. Atak na Kabul z garstką słabo uzbrojonych chłopów wydawał się szaleństwem, ale okazało się że niechęć okolicznych mieszkańców do Mukin Bega była znacznie większa i po drodze zaczęli oni przyłączać się do armii Barbura, a gdy rozpoczęło się oblężenie Kabulu, również w samym mieście wybuchło powstanie przeciwko Mukinowi. Musiał więc zgodzić się na pertraktacje z Baburem i w zamian za bezpieczne wyjście z miasta dla siebie, swej rodziny oraz sprzymierzeńców, pozostawiał miasto młodemu księciu. Teraz (1504 r.), po raz pierwszy od dłuższego czasu Babur stał się władcą dużego miasta i był z tego powodu tak szczęśliwy, że nauczył się nie tylko nazw wszystkich klanów jakie były w mieście, ale również znał na pamięć imiona poszczególnych osób, a także ich historię. Uczył się również jakie zwierzęta żyją w okolicy, a także założył ogród złożony z tulipanów, w którym były aż 33 różne ich gatunki i osobiście się nim zajmował. Posłał też natychmiast po swą matkę Nigar, aby przybyła i ponownie - jak niegdyś - została królową na jaką zasługiwała. Tak się stało, ale ku jego rozpaczy Nigar bardzo szybko zmarła po przyjeździe do Kabulu (1505 r.). Jej trumnę pomagał dźwigać osobiście na szczyt wzgórza, gdzie założył piękny ogród, nazwany "Ogrodem Nowego Roku", o którym pisał że jest to "najsłodsze miejsce w całej okolicy". Wkrótce potem udał się w odwiedziny do Heratu, do swoich kuzynów, gdzie został pięknie powitany, a jednocześnie po raz pierwszy w życiu spotkał się tam z niespotykanym wcześniej zbytkiem, o którym w swych pamiętnikach pisze że cały ten luksus był sprzeczny "z zasadami stworzonymi przez Czyngis-chana". Ale chyba mu się spodobało, bo dodaje zaraz że synowie mają prawo korygować błędne decyzje swoich ojców -  jakkolwiek by tego nie tłumaczyć. W drodze powrotnej z Heratu on, jego towarzysze i żołnierze którzy go ochraniali, przeżyli prawdziwe piekło. Spotkała ich bowiem taka zamieć śnieżna, że przez tydzień brodzili w śniegu po pas, nie mogą znaleźć drogi do Kabulu. Babur zanotował w swym pamiętniku: "Przez około tydzień dreptaliśmy w śniegu. Pomagałem Kasimowi Begowi, jego synom i kilku służącym. Z każdym krokiem zapadaliśmy się do pasa lub piersi; ale mimo to szliśmy dalej. (...) Po  trzech lub czterech dniach dotarliśmy do jaskini u podnóża przełęczy Yerrin. Tego dnia burza była straszna, a śnieg padał tak obficie, że wszyscy baliśmy się że tam razem pomżemy. Kiedy dotarliśmy do jaskini (...) wydawała się mała, więc wziąłem motykę i odgarniając śnieg zrobiłem sobie miejsce odpoczynku wielkości dywanu modlitewnego i znalazłem w nim schronienie przed wiatrem. (...) Uważałem, że dla mnie przebywanie w środku w względnym komforcie, podczas gdy moi żołnierze byli w śniegu i zaspie, byłoby sprzeczne z tym braterstwem i cierpieniem, które im się należały. Tak więc pamiętając przysłowie: "Śmierć w towarzystwie przyjaciół to uczta", dalej siedziałem w zaspie".




Sytuacja wyglądała tak, że nie chcąc sam schronić się w małej jaskini, Babur - podobnie jak reszta jego towarzyszy - przypominała mroźne bałwany, gdyż śnieg i lód były praktycznie wszędzie na ich uszach, ustach, nosie i powiekach. Babur pisze w pamiętniku że w tym czasie poważnie przeziębił sobie uszy. Gdy wreszcie dotarli do Kabulu, byli ledwo żywi. Tak oto zakończyła się podróż do Heratu, który olśnił ich blaskiem luksusu, a zakończyła się prawie ich śmiercią w śnieżnej zamieci. Wkrótce potem, w roku 1507 Babur - który do tej pory stronił od kobiet (wydaje się być osobą aseksualną), zadurzył się w pewnej dziewczynie, noszącej imię Maham Begum. Będzie ona matką Humajuna i jego trzech córek, które nazwie: "Różana twarz", "Różany rumieniec" i "Różane ciało". Jednak rok 1507 jest też specyficzny pod jednym jeszcze względem, a mianowicie w tym właśnie roku Babur przerywa pisanie swojego pamiętnika na dokładnie... 12 lat. Nie wiadomo co było podyktowane ową przerwą, wiadomo jednak że przez to realnie tracimy wiele (zapewne ciekawych) przygód, które się w tym czasie działy, a o których nie mamy pojęcia. Wiadomo wszakże że w roku następnym, czyli 1508 urodził się syn i następca Babura - Humajun - ten, który jakże łaskawie zostanie powitany na dworze szacha Tahmaspa w Isfahanie w 1544 r. Tak więc żegnamy 24-letniego młodzieńca popijającego wino na przyjęciu w ogrodzie w Kabulu (bo ten właśnie opis jest ostatnim opisem w pamiętniku Babura z roku 1507) i ponownie witamy go jako 36-letniego mężczyznę w roku 1519, (prawie nałogowego) pijaka - jak sam przyznaje. Swoją drogą ciekawe czy owa 12-letnia przerwa w opisywaniu swojego życia wzięła się stąd, że Babur uznał, iż jest ono tak już monotonne i nudne - w porównaniu z tym co przeżył w młodości - że nie warte jest odnotowania? Można taką okoliczność również założyć. Jak na muzułmańskiego władcę przystało, założył też swój własny harem i poślubił (oprócz Maham Begum) jeszcze trzy swoje kuzynki (ostatnią właśnie w 1519 r.), ale najwidoczniej nie uznał za właściwe aby o tym napisać. Spokojne i ustabilizowane życie jakie teraz wiódł, zapewne mocno mu doskwierało i pragnął wrócić do dawnych przygód, ucieczek i górskich kryjówek, przez co swe smutki topił w winie. Nie był już jednak chłopcem, tylko mężczyzną, miał też syna i musiał pomyśleć o jego dziedzictwie. Już w roku 1519 pisał tak w swym pamiętniku: "Patrząc w dół z mojego namiotu na dolinę poniżej, ogniska strażnicze były cudownie piękne; myślę że to może być główny powód, dla którego wypiłem za dużo wina podczas kolacji tego wieczoru". Tak więc (jak widać) Babur fascynował się nawet rozpalanymi przez żołnierzy ogniskami które rozświetlały noc, tęskniąc do dawnych czasów. W innym zaś miejscu bez ogródek pisze: "Byłem żałośnie pijany!", komentując nocne hulanki w gronie swych przyjaciół, spędzone gdzieś za murami Kabulu.




Jego pijaństwo trwało przez kilka kolejnych lat, chociaż Babur sam przyznaje że zamierza rzucić ten nałóg w wieku lat 40 (czyli gdzieś w roku 1523), aczkolwiek jeszcze w 1521 wciąż pisze że pije na umór. Najwidoczniej alkohol stał się substytutem topienia jego żali za skończoną młodością i za ustabilizowanym życiem, które go najwidoczniej męczyło, wręcz można powiedzieć że usychał, tęskniąc do przygód i pragnąc raz jeszcze przeżyć coś takiego, czego doświadczał w młodości. Wydaje się jednak że mówienie o tym, że był alkoholikiem być może jest nieco na wyrost, tym bardziej że Babur prowadził dosyć intensywny tryb życia. Wstawał rano - jeszcze przed świtem - by doglądać kwiatów w swym ogrodzie, potem odbywał przejażdżkę konną w towarzystwie swych przyjaciół lub samemu i dopiero przy śniadaniu wypijał pierwsze hausty wina (jak to mówił Nikoś Dyzma: "Dżentelmen nie pije przed 12:00" 😂). Ale nawet pijąc wino potrafił pięknie rozprawiać o otaczającej przyrodzie (szczególnie kwiatach) i zwierzętach, jakie widywał, pamiętał też imiona wielu ludzi którzy nie należeli do jego dworu. Widać jednak było że spokojny i ustabilizowany świat w jakim żył obecnie, bardzo go męczył. Portrety z tego okresu przedstawiają go jako wysokiego, silnego mężczyznę z długim prostym nosem i wysokim czołem, zaś rok 1519 jest pierwszym, w którym rozpoczął on swoje kampanie wojenne w celu podbicia Pendżabu i odzyskania ojcowizny - czyli Fergany. Zainteresował się też bronią palną, coraz bardziej popularną w Europie (chociaż w tamtym czasie wszelkiego typu prymitywne arkabuzy i różnice powodowały więcej hałasu płosząc konie, niż szkód w szeregach przeciwnika). Mimo to ich celność i znaczenie szybko rosły (już 1519 r. gdy Hernan Cortez po raz pierwszy starł się z wojownikami Azteków w Nowym Świecie, to właśnie broń palna i konie były powodem tego, że garstka Hiszpanów {zaledwie 200 osób} zdołała pokonać setki tysięcy dobrze przygotowanych do walki {choć oczywiście nieznających europejskiego systemu walki, bo tamten system był inny, Indianie mezoamerykańscy walczyli nie po to, żeby zabić, tylko po to, żeby wziąć przeciwnika do niewoli, a następnie złożyć go w ofierze swemu krwawemu bogu Huitzilipochtli - było to bowiem związane z ich religią: krew jeńców i tyc,h którzy dobrowolnie godzili się na taką śmierć, miała zapobiec światowej katastrofie, zagładzie Słońca, a tym samym Ziemi i ludzi. Należy pamiętać że Indianie byli potomkami osiedleńców z kontynentu Mu, który doznał takiej właśnie katastrofy po wojnie z Atlantami, jeżeli więc w mitach azteckich coś takiego przetrwało, to nie należy się dziwić że bardzo się obawiali podobnej katastrofy i uznali że tylko krew jeńców może wystarczająco nasycić bogów, aby nie niszczyli tego świata} wojowników ze szkół wojskowych orła i jaguara. Ponieważ na kontynencie amerykańskim konie wymarły bardzo dawno temu - jeszcze w okresie zlodowacenia - tamtejsi Indianie nie znali takich zwierząt i widząc je z przerażeniem uciekali, traktując jako potwory. Mawiano że "biali, brodaci bogowie, którzy przybyli na wielkich łodziach zza Wielkiego Morza, dosiadają okrakiem potwory, które plują i kąsają". Oczywiście broń palna również budziła w nich przerażenie).




Babur zainteresował się szczególnie armatami i kazał odlewać takie działa sprowadzonemu z Turcji rusznikarzowi. Gdy ruszył ze swoją armią (zaopatrzoną w działa) przeciwko miastu Bajaur i wystawił swoje armaty do walki, przeciwnik szydził z nich i z samego babura nazywając go szaleńcem. Ale po pierwszych wystrzałach zmienili zdanie, nikt już się nie wychylał zzamurów i bano się, że latające kule mogą ich dosięgnąć. Bajaur zostało zdobyte przez Babura (1519) i tutaj odezwał się w nim jego przodek Timur Kulawy, którym - co sam wielokrotnie podkreślał - gardził, ze względu na jego okrucieństwo (ten potrafił bowiem budować piramidy z głów pomordowanych przez siebie żołnierzy i mieszkańców zdobytych miast). W Bajaur wymordowani zostali wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci zaś poszły w niewolę. Ale taki przykład okrucieństwa wydaje się opętał Babura bodajże raz (no, może dwa razy) w jego życiu. Po zdobyciu bowiem Bajaur ogłosił on wszem i wobec że cały Pendżab już należy do niego i z tego powodu: "nie pozwoliłem na żadne grabieże ani rabunki". Po zdobyciu Bajaur powrócił Babur w glorii zwycięzcy do Kabulu. W ciągu kolejnych pięciu lat podejmował jeszcze trzy kolejne wyprawy do Pendżabu, ale jego pamiętniki na ten temat milczą, aż do roku 1524. W tym właśnie roku do Kabulu przybył wygnany prawowity dziedzic dynastii Lodi z Królestwa Delhi, który został pozbawiony tronu przez swego bratanka, nowego króla Ibrahima. Prosił teraz Babura o wsparcie w odzyskaniu korony. Jednocześnie gubernator Babura w Pendżabie pisał o rosnących buntach i prosił go o wsparcie. Babur najpierw ruszył na miasto Lahore które zdobył, następnie zaś poinformowany że jego gubernator (nie mogąc doczekać się posiłków) po prostu się zbuntował i przywdział u pasa dwa miecze (tak jakby był królem). Ruszył więc na niego, ale do bitwy nie doszło, gdyż wojsko przeszło na stronę Babura, a gubernator (stary Afgańczyk), przyprowadzony został przed jego oblicze z dwoma mieczami wiszącymi teraz u jego szyi. Ze względu na jego sędziwy wiek Babur darował mu winę (1525 r.). Teraz skierował się na Delhi. Ostatni atak na to miasto z północnego zachodu miał miejsce w roku 1398 i dokonał tego przodek Babura Timur Kulawy,  zdobywając Delhi. Wcześniej takie ataki prowadzili z tego kierunku Mahomet Szahab ud-din Gori i Mahmud z Gazni. Do decydującego starcia armii Babura z armią sułtana Ibrahima z Delhi doszło 21 kwietnia 1526 r. na równinach Panipatu. Oba wojska zresztą stały naprzeciwko siebie już od tygodnia, przypatrując się sobie nawzajem. Armia Delhi liczyła jakieś 70 000 żołnierzy i kilkadziesiąt (do nawet kilkuset) słoni bojowych. Wojsko Babura zaś stawiło się w liczbie 12 000, przeto posiadał on coś, czego nie posiadał sułtan Ibrahim - armaty i to w znacznej liczbie 70 dział (Babur pisze o 700, co jest zwykłą według mnie przechwałką).



BITWA POD PANIPATEM 
(21 kwietnia 1526)



Bitwa rozpoczęła się rankiem 21 kwietnia i przez kilka kolejnych godzin toczyła się za zmiennym szczęściem (przy czym Mongołowie Babura mieli lepszą konnicę, choć Hindusów było za to znacznie więcej). Dopiero po południu przewagę zaczęli odnosić wojownicy Babura, a kilka minut po 12:00 w południe sułtan Ibrahim otrzymał śmiertelną strzałę i legł na placu boju, a obok niego 15 000 jego wojowników. Reszta zaczęła się nieskładnie wycofywać z bitwy. Zwycięstwo było więc całkowite, cała indyjska armia poszła w rozsypkę, a Babur idąc za ciosem zajął Delhi i Agrę. Następnie podzielił zdobyte skarby sułtana Ibrahima pomiędzy swoich żołnierzy, część jednak rezerwując dla siebie (w znaczeniu że dla państwa, natomiast osobiście Babur nie wziął stamtąd niczego, gdyż złoto samo w sobie go nie cieszyło, a poza tym Delhi nie miało nic takiego, co mogłoby mu się spodobać), a część wysyłając do Kabulu, tak aby wybić z tego złota monetę, którą otrzyma każdy mieszkaniec Kabulu - bez względu na to czy wolny, czy niewolnik. W swym pamiętniku pisał Babur o byłym już sułtanacie Delhi: "To kraj, który ma niewiele przyjemności, które można by polecić. Jest niezwykle brzydki. Wszystkie jego wieże i ziemie mają jednolity wygląd. Jego ogrody nie mają murów; większa część jest płaska. A ludzie nie są przystojni. Nie mają pojęcia o urokach przyjaznego społeczeństwa. Nie mają dobrych koni, dobrego mięsa, dobrych winogron ani melonów, lodu ani zimnej wody, dobrego jedzenia ani chleba na swoich bazarach, łaźni ani szkół, świec ani pochodni - nigdzie nawet świecznika!" Dla Babura szczególnie brak łaźni był niezwykle uciążliwy, tym bardziej że lato roku 1526 było niezwykle upalne na tych terenach. Mimo to denerwowały go głosy jego doradców i żołnierzy, postulujących aby jak najszybciej wycofać się z Delhi i wrócić do Kabulu, gdyż ten upał jest nie do zniesienia a ci, którzy tu żyją "jak wolą, niech się gotują". Ponieważ celem Babura było teraz ogłoszenie się sułtanem Indii, napisał w swym pamiętniku o tych właśnie malkontentach: "Gdzie jest poczucie przyzwoitości? (...) Czy mamy się wycofać ze wszystkiego, co żeśmy osiągnęli i lecieć do Kabulu jak ludzie zdezorientowani?! Niech żaden człowiek, który nazywa się być moim przyjacielem, nigdy nie wypowiada takich słów!" Na murach miasta Delhi Babur kazał wyryć takie oto słowa: "Babur dziękuje Allahowi, który dał mu Sind i Ind, upał równin i chłód gór. Czyż upał Delhi nie przywodzi mu na myśl gorzkiego ukąszenia mrozu w dawnym Ghuzni?" Do swoich towarzyszy zaś rzekł, mówiąc zarówno o tym wpisie na murach, jak również o słowach poezji, które układał po zdobyciu miasta: "Na miłość boską, nie myślcie o mnie źle z ich powodu!" Teraz był panem dawnego sułtanatu Delhi, ale aby utrzymać swoje pozycje, musiał jeszcze zawalczyć z kilkoma innymi pretendentami w podzielonych wówczas na szereg mniejszych państewek Indiach. Celem było bowiem stworzenie sułtanatu Indii i przekazanie tego tytułu w dziedzictwie 18-letniemu już wówczas Humajunowi.



CDN.

wtorek, 16 sierpnia 2022

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XXXVIII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II

 


 

SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXVII

 





 ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XII


 
VIVA ESPANIA


Śmierć cesarzowej Izabeli Portugalskiej (1 maja 1539 r.), stała się swoistą cezurą dla hiszpańskiego dworu. Pogrążony w bólu cesarz Karol V zamknął się na dwa miesiące w toledańskim klasztorze Sisla, gdzie modlił się, odprawiał pokutę i usychał z żalu za swą ukochaną. Dwór oczywiście okrył się żałobą, a czerń stała się powszechna na królewskim dworze przez ponad rok. Śmierć cesarzowej małżonki odcisnęła swe piętno również i na dworzanach Karola V (np. Franciszek Borgia, markiz de Lombay - gdy w Grenadzie otwarto trumnę z ciałem cesarzowej - nie był w stanie jej rozpoznać, gdyż rozkład ciała postępował już wówczas w bardzo szybkim tempie, szczególnie w promieniach majowego iberyjskiego słońca. Ten fakt tak bardzo go zasmucił, iż wkrótce potem opuścił on dwór i rozmyślawszy nad "znikomością chwały ludzkiej" przyjął święcenia kapłańskie i wstąpił do zakonu jezuitów gdzie został jednym z generałów zakonu, a po swej śmierci w 1572 r. został kanonizowany (1670 r.) jako święty Franciszek Borgia). W czasie, gdy król był niedysponowany i odcięty w klasztorze Sisla, krajem rządził sędziwy kardynał, biskup Toledo i wielki inkwizytor - Juan Pardo de Tavera, lecz coraz więcej obowiązków przejmował już wówczas 14-letni następca tronu - Don Felipe. Młody książę miał więcej z Hiszpana niż jego ojciec, przejawiał też więcej wdzięku przynależnego monarchom, ale za życia matki (zmarła, gdy Don Felipe miał dwanaście lat) zaniedbano nieco jego edukację i to do tego stopnia, że do 1535 r. książę wciąż nie potrafił ani czytać ani pisać. Wydaje się, jakoby Izabela nie przykładała zbytniej uwagi sprawie edukacji swych dzieci, a ponieważ ojciec był często nieobecny, pozwalała im na wiele (choć potrafiła również ukarać ich osobiście, bijąc pasem Filipa, Marię czy nawet Joannę - jeśli na to zasłużyli ). Dopiero w roku 1535 gdy Don Felipe miał prawie osiem lat, matka wybrała mu nauczyciela - był nim ojciec Juan Martinez de Siliceo.

Ten wybór bardzo nie podobał się Karolowi, który starał się przekonać swą małżonkę do zmiany wychowawcy syna, a to z tego powodu, iż ojciec Martinez de Siliceo nazbyt pobłażał w nauce młodemu księciu. Don Felipe przywiązał się jednak do Siliceo, który potem został jego spowiednikiem. Po śmierci Izabeli (gdzie Filip szedł w kondukcie żałobnym jak wymagała tradycja, a potem, już w Grenadzie również nie był w stanie rozpoznać twarzy swej matki), Karol ostatecznie usunął de Siliceo i powołał nowych nauczycieli syna (miało to miejsce właśnie w owym 1541 r.). Byli nimi: Cristobal Calvete de Estrella - miał uczyć chłopca łaciny i greki a także zapoznawać go z dziełami Renesansu; Honorato Juan - nauczał matematyki i architektury a Juan Gines de Sepulveda - historii i geografii. Cesarz Karol V pominął jednak nauczanie obcych języków współczesnych, co spowodowało że Don Felipe (późniejszy król Filip II) nigdy nie nauczył się ani włoskiego, ani francuskiego, ani portugalskiego ani niemieckiego - choć potem w tych trzech pierwszych językach wiele rozumiał, nigdy nie nauczył się płynnie w nich mówić, co do końca życia stało się jego kompleksem (dlatego jako król sam pilnował, aby jego syn - Filip III nauczył się przynajmniej języka francuskiego). Od 1 marca 1535 r. Don Felipe miał też swój własny dwór, złożony ze 191 osób (w tym 51 paziów wywodzących się z najznakomitszych hiszpańskich rodów, oraz ośmiu kapelanów). Zarządzał nim surowy Don Juan de Zuniga, który zajmował się również rozwojem fizycznym, nauką fechtunku, jazdą konną i nauką manier. Młody książę często skarżył się u ojca na postępowanie wychowawcy, ale Karol zawsze brał stronę Zunigi, mówiąc że gdyby ten pobłażał Filipowi zbyt często, nic dobrego by z niego nie wyrosło; a wyrosnąć miał przecież nie tylko przyszły król Hiszpanii, ale również (jak sądzono) cesarz rzymsko-niemiecki i wódz całego europejskiego chrześcijaństwa. Tak więc Zuniga niekiedy sięgał po kary fizyczne - a ponieważ hiszpańscy książęta (w przeciwieństwie do angielskich) byli karani sami, a nie przez podstawionych "chłopców do bicia", którzy za błędy książąt musieli przyjmować razy od nauczycieli - przeto młody Don Felipe nie znosił Zunigi. Ten bowiem z laską w ręku chodził za księciem i kazał mu odpowiednio siadać, jeść, pić, ubierać się i w ogóle postępować jak prawdziwy hiszpański grand.

Oczywiście Zuniga kształcił też młodego księcia ze sztuki panowania nad sobą i ukrywania emocji, ale dawał mu również nieco wolnego czasu, podczas którego Filip zajmował się swymi zwierzakami i spędzał czas na świeżym powietrzu. Lubił też Don Felipe zabawy w wojnę ołowianymi żołnierzykami - co było jedną z nielicznych jego rozrywek w murach pałacu, gdyż jak pisał Zuniga do cesarza Karola: "Książę najszczęśliwszy jest na świeżym powietrzu i chętnie zajmuje się czymkolwiek, jeśli tylko może to robić na otwartej przestrzeni". Od roku 1540 - gdy sam po raz pierwszy zakupił "Wojnę żydowską" Józefa Flawiusza, "Metamorfozy" Owidiusza oraz Pismo Święte - jego pasją do końca życia stały się książki. Innymi rozrywkami młodego następcy hiszpańskiego tronu, były: muzyka (miał swój własny chór), oraz jazda konna i polowania (wciąż kupował i zmieniał nowe kusze i oszczepy na niedźwiedzie, wilki, jelenie i zające) - ponoć tak uwielbiał polowania, że sam cesarz zabronił mu zbyt częstych tego typu wypadów, aby syn... nie zdziesiątkował okolicznej zwierzyny. Przejawiał też Filip upodobanie do klejnotów oraz dzieł, misternie wykonanych na zamówienie (takich jak szczoteczka do zębów z hebanu wykładanego złotem, złota wykałaczka, liczne pierścienie z drogimi kamieniami, ale także specjalne przyrządy do skrobania języka, gąbki do czyszczenia i łagodzenia bólu zębów, produkty do czyszczenia uszu, specjalna miseczka na ciepłą wodę do golenia, specjalne nożyczki do paznokci, złoty kielich na środki przeczyszczające i wiele innych, jak róg nosorożca czy orzech kokosowy). Ojciec często też przypominał synowi o kruchości ludzkiego żywota, mówiąc: "Memento mori" (czyli "Pamiętaj o śmierci"), a sam już w wieku 22 lat (czyli w 1522 r.) sporządził testament, mówiąc iż: "Nic nie jest bardziej pewne niż śmierć i nic mniej pewne niż jej pora". Zresztą trudno się temu dziwić, jako że cesarz Karol V już od młodości był otoczony widokiem śmierci lub szaleństwa swych najbliższych. Gdy miał sześć lat, zmarł jego ojciec - król Kastylii Filip I, zaś matka - Joanna (zwana potem Szaloną) nie pozwoliła pochować ciała swego ukochanego małżonka i zabierała je ze sobą wszędzie, gdzie tylko się udawała; spała przy zwłokach męża, jadła i nie odstępowała ich praktycznie na krok. Młody Karol to widział i dojrzewał w nieutulonych oparach żalu swej matki za zmarłym ojcem, co wytworzyło w nim taki właśnie stosunek do świata - Memento mori.                 




MIASTO SZCZĘŚCIA


 Plany wielkiej wyprawy na Konstantynopol co prawda okazały się mrzonką, ale nie oznaczało to, iż cesarz zrezygnował z kolejnej interwencji w krajach Maurów. Myśl o inwazji na Afrykę Północną, podobna do tej sprzed sześciu lat, wciąż bardzo silnie oddziaływała na postępowanie Karola V, a pragnienie nowej sławy - podobnej do tej spod Tunisu - okazało się decydujące w tym okresie w polityce Hiszpanii. Aby jednak zabezpieczyć sobie tyły, Karol V na początku kwietnia 1541 r. zwołał sejm Rzeszy do Ratyzbony. Cesarz miał nadzieję że dojdzie tam do wielkiego przełomu, który ostatecznie zasypie wszelkie doktrynalne różnice pomiędzy chrześcijańskimi wyznaniami i dobiegnie końca - rozpoczęta przez Marcina Lutra w 1517 r. - religijna reformacja. Mógł żywić taką nadzieję, gdyż już od kilkunastu miesięcy trwały ożywione dysputy pomiędzy katolikami i protestantami w Hagenau a potem w Wormacji. Teraz rozmowy te miały zostać przeniesione do Ratyzbony, gdzie cesarz liczył na ostateczny sukces w ponownym zjednoczeniu Chrystusowej wiary. Szczególnie mocno Karol liczył tu na pomoc Gasparo Contariniego, który - jako częsty bywalec kręgów spirytualistów - szukał punktów wspólnych pomiędzy wyznaniami. Wydawało się, że porozumienie jest możliwe, szczególnie gdy Contarini stwierdził, iż luterańska koncepcja "usprawiedliwienia przez wiarę", jest zgodna z nauką katolicką, gdyż w książkach teologa - Johanna Groppera znalazł stwierdzenie "podwójnego usprawiedliwienia" i uznał, że nie jest ono zbyt odległe od tego, co głosił Luter. Ale sam Marcin Luter - na pytanie czy zaakceptuje takowe porozumienie - odparł że już jest na to za późno, zbyt wiele się wydarzyło, zbyt dużo krwi popłynęło i gdyby propozycja takowa padła dwadzieścia lat wcześniej, zapewne nie byłoby z tym problemu, ale teraz jest to niemożliwe (tym bardziej, że 27 maja 1541 r. w Anglii została stracona 67-letnia Margaret Pole, hrabina Salisbury, spokrewniona z ostatnimi królami Anglii z rodu Yorków. Oskarżono ją o potajemne wyznawanie wiary katolickiej i z tego powodu skazano na karę śmierci. Jej syn - kardynał Reginald Pole przebywał wówczas w Rzymie u boku papieża Pawła III, zaś w Anglii w styczniu 1539 r. skazano go zaocznie na karę śmierci, co było spowodowane również tym, iż Reginald Pole - jako potomek Yorków, miał większe prawo do tronu Anglii, niż król Henryk VIII Tudor).




W owym 1541 r. wiele się wydarzyło w Europie. Pod wpływem obradujących na sejmie Rzeszy w Ratyzbonie wyznawców katolicyzmu i protestantyzmu oraz rady biskupów obradujących wówczas w Lyonie, Jan Kalwin mógł ponownie wrócić do Genewy - gdzie pozostał już do końca swego życia (zmarł w maju 1564 r.), bowiem wcześniej przebywał w tym mieście zaledwie kilkanaście miesięcy, po czym został stamtąd wypędzony w listopadzie 1537 r. (wraz z innym kaznodzieją reformacyjnym - Wilhelmem Farelem) decyzją rady miejskiej. Teraz jego powrót był spowodowany listem, jaki wystosował do rady miejskiej Genewy kardynał Jakub Sadoleto w imię jedności Kościoła Chrystusowego. Kalwin wyjechał więc ze Strasburga (gdzie przebywał prawie trzy lata), ale swój wyjazd i tak traktował jako tymczasowy, a przyszło mu pozostać w Genewie aż do śmierci. Przybył do Genewy we wrześniu 1541 r. a już w dwa miesiące później, rada miejska uznała jego "Zarządzenia kościelne" oraz "Porządek nabożeństw" i "Katechizm" w wyniku czego wprowadzono cztery urzędy: pastorów (ministrów) do głoszenia Słowa Bożego, nauczycieli (doktorów) do publicznego nauczania, starszych (seniorów) do czuwania nad obyczajami i diakonów do opieki nad szpitalami i ubogimi. Władze miasta (wbrew woli Jana Kalwina) nie zgodziły się jednak oddzielić dyscypliny kościelnej od jej świeckiej jurysdykcji, tak więc seniorzy byli zobowiązani do odwiedzania prywatnych domów celem nauk moralnych, a postępujących niewłaściwie kierowano na posiedzenia konsystorza, gdzie stosowano kary: upomnienie, naganę, publiczne przepraszanie, wykluczenie ze społeczności a w ostateczności karę śmierci (oczywiście podczas przesłuchań konsystorza - któremu przewodził burmistrz miasta - dozwolone były tortury). Kalwin wprowadził bardzo surowy tryb życia: zakazane były wszelkie zabawy, tańce, towarzyskie przyjęcia, noszenie biżuterii i oglądanie sztuk teatralnych. Nie spodobało się to części mieszkańców miasta, tym bardziej że protestancki konsystorz (zwany już wówczas kalwińskim) zaczął postępować dokładnie tak, jak w Hiszpanii postępowała katolicka inkwizycja (gdzie akurat nie było tak drastycznych ograniczeń jak w Genewie), co powodowało niezadowolenie a z niego zaczął się rodzić opór. Na czele przeciwników Kalwina stanął jego dawny przyjaciel, genewski syndyk - Ami Perrin, który dwukrotnie próbował obalić teokratyczne władze Genewy (1547 i 1555) ale jego działania tylko intensyfikowały kary, jakie na ludność nakładał konsystorz (w latach 1541-1564: 78 osób ukarano wygnaniem a 56 karą śmierci). Zwolennicy Perrina zwali się "patriotami" zaś Kalwina nazywali "przybłędą z Francji"; on zaś nie pozostawał im dłużny i określał ich mianem "libertynów".


IGNACY LOYOLA POD PAMPELUNĄ (1521 r.)
(Po tej bitwie Loyola doznał objawienia 
i ostatecznie porzucił wojaczkę na rzecz głoszenia Słowa Bożego)



W 1541 r. ukazały się drukiem dwa doniosłe dzieła. Pierwsze to było "Ćwiczenie duchowe" Ignacego Loyoli (który wraz z sześcioma towarzyszami z paryskich studiów: Piotrem Favre, Franciszkiem Ksawerym, Szymonem Rodriguezem, Mikołajem Alfonsem Bobadillą, Jakubem Lainezem i Alfonsem Salmeronem złożyli 15 sierpnia 1534 r. śluby czystości, ubóstwa i odbycia pielgrzymki do Ziemi Świętej co stało się początkiem Towarzystwa Jezusowego, zwanego potocznie zakonem jezuitów, który założony został we Frascati w 1539 r. a zatwierdzony przez papieża Pawła III bullą "Rimini militantis eclesiae" - 27 września 1540 r.). Drugim ważnym dziełem, było wydane w Hiszpanii: "Brevisima relacion de la destruction de las Indias" ("Krótka relacja o wyniszczeniu Indian") napisana przez dominikanina Bartolome de las Casas specjalnie dla młodego następcy hiszpańskiego tronu Don Felipe, w której autor prosił księcia o położenie kresu odrażającym praktykom hiszpańskich konkwistadorów w Nowym Świecie, którzy byli odpowiedzialni za śmierć milionów Indian (głównie umierali oni na przywleczone z Europy choroby, ale również byli zamieniani w niewolników i zmuszani do pracy ponad siły, do której nie byli nigdy przyzwyczajeni, dlatego też masowo umierali z głodu, pragnienia, ciężkiej pracy i chorób). Bartolomeo de las Casas pisał tam, iż wszyscy ludzie zostali stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, dlatego też nie wolno ich zniewalać i zabijać, a należy intensywnie pracować nad tym, aby nawrócić ich na chrześcijaństwo. Gdy "Krótka relacja..." ukazała się drukiem, de las Casas stał się obiektem zmasowanego ataku tych wszystkich, których interesom zagroził, ale swoje ostatecznie osiągnął. Cesarz Karol V (pod wpływem swego syna) wydał w roku następnym (1542) specjalne prawo, na mocy którego Korona zobowiązywała się do poprawy życia ludności indiańskiej w Ameryce (należy tutaj dodać, że w "Nowych Prawach" jak zwał się królewski dokument Karola V, oficjalnie nie potępiono ani niewolnictwa, ani też nie zamierzano ukarać sprawców już popełnionych zbrodni, deklarowano jedynie "poprawę położenia ludności tubylczej" w przyszłości. Natomiast zupełnie inaczej podszedł do sprawy Kościół, który bullą papieską "Sublimus Deus" z 1537 r. oficjalnie potępił niewolnictwo i uznał wszystkich ludzi, bez względu na kolor skóry czy wyznawaną wiarę za "dzieci Bożych" i zrównał ze sobą wszystkich ludzi. Niestety jednak, w Nowym Świecie niewielu respektowało papieskie dokumenty, a tam gdzie liczyły się złoto, srebro, klejnoty i pieniądze, życie ludzkie nie miało żadnego znaczenia).

Na sejmie Rzeszy w Ratyzbonie osiągnięto jednak pewne porozumienie w sprawach dość trudnych, a mianowicie w kwestii małżeństw osób duchownych oraz przyjmowania komunii pod dwiema postaciami. Mimo to opór protestantów (m.in. Filipa Melanchtona) wobec pojednania z katolikami był zbyt silny i ostatecznie sejm zakończył się porażką Karola V, gdyż niczego nie udało się wprowadzić w życie. Cesarz coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że kwestii niemieckiej nie rozwiąże poprzez dysputy religijno-polityczne, a jedynie siłą swego oręża może wymusić na niemieckich poddanych i książętach Rzeszy uległość. Ale, aby zebrać armię i ponownie zmusić Kastylię (która najwięcej łożyła na królewskie wojenne wyprawy) do nowych świadczeń, należało coś tej Kastylii dać. A cóż mógł dać król Hiszpanii Kastylii? Wolność od ataków Maurów, od ciągłego niepokoju najazdami piratów na kastylijskie (i aragońskie) wybrzeże. A prawdziwą mekką muzułmańskiego piractwa był wówczas właśnie Algier. Zdobycie tego miasta, oznaczałoby zadanie muzułmanom podwójnej klęski - po pierwsze znacznie ograniczyłoby możliwość pirackich rajdów, a po drugie zadano by poważny cios Turkom, którzy już stracili jedną dużą bazę morską w Tunisie (1535 r.), utrata więc Algieru równałaby się wycofaniu ich z zachodniej części Morza Śródziemnego. Dlatego też po powrocie z Ratyzbony (cesarz wyjechał stamtąd w końcu maja 1541 r.) Karol V przybył do włoskiego portu La Spezia, gdzie zarządził koncentrację swych sił. To tutaj dotrzeć mieli zwerbowani w Niemczech lancknechci, włoscy kondotierzy i hiszpańscy tercios (głównie ci stacjonujący we Włoszech). Z Hiszpanii przybyć miała flota wraz z nowymi zaciągami (organizowanymi często na własną rękę przez miejscową szlachtę, chłopów i rzemieślników), gdyż tę wyprawę zaczęto nazywać "Świętą Wojną z "gwałcicielami praw boskich i ludzkich", dlatego też pod królewskie sztandary zaciągało się wielu awanturników i ludzi nie mających zajęcia. Wyprawa na Algier miała okazać się żyłą złota i doprowadzić do znacznego wzbogacenia się owych uczestników wyprawy.

Jednak mobilizacja trwała nieco dłużej niż się spodziewano, przeto cesarz wypłyną z La Spezii i dopiero 15 października napotkał eskadrę hiszpańską w pobliżu Palma de Mallorca u wybrzeży Balearów. Łącznie ku Afryce Karol V prowadził ze sobą 56 galer i 30 dodatkowych okrętów różnej wielkości obładowanych wojskiem. W wyprawie tej udział wziął również Hernan Cortez, który dokładnie dwadzieścia lat wcześniej doprowadził do zdobycia i upadku stolicy Azteków - miasta Tenochtitlan, a tym samym dla Hiszpanów podbił dużą część dzisiejszego Meksyku. Cortez jednak był traktowany w Hiszpanii jako nuworysz i buntownik (w końcu aby podbić kraj Azteków zbuntował się w 1519 r. wobec hiszpańskiego gubernatora Kuby - Diego Valezqueza i wyruszył przed siebie z garstką ludzi i paroma armatami - a mimo to podbił milionowe ludy indiańskie, które jednak nie znały ani broni palnej, ani koni, ani zbroi, a poza tym wierzyły że Cortez jest ich wcielonym bogiem - Quatzalcoatlem, który niegdyś odpłynął na Wschód, lecz zapowiedział że powróci) i pomijano jego rady jako jednego z wodzów wyprawy. Cortez jednak odradzał wypłynięcie ku Algierowi o tej porze roku (podobnie twierdził wódz wyprawy, admirał Andrea Doria), ale cesarz nie chciał o tym słyszeć, był przekonany że "pogoda jest w rękach Boga" a "Bóg jest z nami" w "Świętej Wojnie" przeciw niewiernym (a poza tym gdyby zawrócił, to już poczynione przygotowania i wydane pieniądze poszłyby na marne, dlatego też należało wbrew radom dowódców, a nawet wbrew rozsądkowi kontynuować wyprawę na Algier w zimie). Eskadra królewska wyruszyła więc w drogę ku "Miastu Szczęścia" - jak nazwał je kronikarz wyprawy Sandoval, i z nadzieją oraz rządzą zysku kierowano się ku wybrzeżom, które miały okazać się śmiertelną pułapką.    


OSTATNI KRÓL AZTEKÓW - GUATIMOZIN



CDN.
  

wtorek, 3 sierpnia 2021

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. VII

 W POSZUKIWANIU ELDORADO





 

NAJWIĘKSZY WŁADCA ŚWIATA 






 
 Im dłużej Hiszpanie przemierzali tę dziwną krainę, tym bardziej nie mogli nadziwić się dwóm sprzecznym ze sobą wrażeniom, które wśród nich dominowały. Bowiem z jednej strony, od czasu gdy postawili swą stopę w kraju Tabasków, nieodłącznie towarzyszyło im uczucie pogardy dla tych, tak bardzo zacofanych ludów, które nie tylko nie znały koła, a co za tym idzie nie posiadały wozów nawet ciągniętych siłą ludzkich mięśni, ale nie było tam również koni, nie było bydła - czyli ludy te nie tylko nie znały smaku wołowiny, ale i mleka. Z drugiej zaś strony zadziwiała hiszpańskich przybyszów monumentalna zabudowa miast tych indiańskich plemion, która często była piękniejsza i bardziej użyteczna, niż to, co znali z własnego kraju lub w ogóle z Europy. Poza tym biła ich w oczy czystość tamtejszych miast i osiedli, czego nie było ani w Sewilli, ani w Toledo, ani też w Nowej Kartagenie. Nie byli to więc tacy barbarzyńcy, jak się to mogło na pierwszy rzut oka Hiszpanom wydawać, gdyż stworzyli swój własny kodeks karny, pisali kroniki używając do tego dość dziwnego pisma obrazkowego, potrafili wznosić mosty, akwedukty i groble, a przede wszystkim byli doskonałymi rzeźbiarzami. Cały swój geniusz jednak kierowali ku złej sprawie, jak choćby oddając cześć demonom, składając im krwawe ofiary z ludzi i jedząc ludzkie mięso. Co prawda czasami udawało się ich ucywilizować, jak np. wtedy, gdy w Wielki Czwartek roku 1519, tuż po wylądowaniu u ujścia rzeki Tabasco i przymuszeniu tamtejszych ludów do uległości (choć Tabaskowie mieli zdecydowaną przewagę liczebną nad Hiszpanami, to jednak nigdy wcześniej nie widząc na oczy koni, brali je za okrutne potwory i uciekali przed nimi, podobnie było z arkebuzami, muszkietami i armatami, które tym ludom przypominały pioruny ciskane w ich stronę, przy olbrzymim huku jaki powodowały) Cortez zorganizował dla wodzów i szlachty ludu tej krainy - pokazową mszę, podczas której rozdano im gałęzie palmowe na pamiątkę wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Mszę odprawiało trzech hiszpańskich kapłanów, ubranych w szaty liturgiczne, a wszyscy ci "Indianie" przyglądali się temu z ogromnym zainteresowaniem i zaciekawieniem. Gdy Cortez i reszta Hiszpanów z uszanowaniem ucałowała krzyż, a następnie gdy ukazano im obraz Panny Marii z Dzieciątkiem na rękach, byli pod ogromnym wrażeniem i mieli stwierdzić, że owa dama wydaje im się bardzo piękna. Admirał polecił im, aby utrzymywali wzniesiony ołtarz w czystości i codziennie kładli na nim nowe kwiaty, ale gdy Hiszpanie popłynęli dalej, te ludy natychmiast złożyły kilka krwawych ofiar z ludzi, aby tym ułagodzić swoich bogów za to, iż dali się przekonać do uznania owej "wielkiej pani" za boginię im równą. Z tego wychodzi więc morał taki, że jedynie siłą uda się przymusić te ludy do zaprzestania wielbienia istot demonicznych i przyjęcia wiary Chrystusowej w celu ocalenia ich dusz - jak twierdził Bernal Diaz de Castillo, będąc jednocześnie wyrazicielem opinii wielu innych swoich rodaków.

Montezuma obudził się ponownie zlany potem. Jak długo? - pomyślał, jak długo ma to jeszcze trwać? Czy bogowie rzeczywiście są z niego tak niezadowoleni, że skażą na zagładę cały lud Mechikanów? Jeśli przybysze rzeczywiście są bogami, jeśli brodaty wódz jest Pierzastym Wężem - Quatzelcoatlem, to dlaczego są tak okrutni. Dlaczego zniszczyli wielką świątynię w Choluli dedykowaną temu bogu i dokonali rzezi mieszkańców miasta, mordując przede wszystkim tamtejszych kapłanów? Dlaczego obalili posąg boga i zniszczyli kamienne pierzaste węże, strzegące wejścia do świątyni? Myśli te trapiły Montezumę, siedzącego teraz w Ciemnym Domu Sznura (tak zwał się "uniwersytet", znajdujący się przy świątyni Huitzilopochtli w Wielkiej Piramidzie w Tenochtitlan), gdzie skrył się nie tylko przed owymi przybyszami, ale również przed własnymi myślami i obawami. Starał się uzyskać odpowiedź bogów na dręczące go pytania, co chwila wzywał do siebie kapłanów, wieszczów i magów, kazał puszczać sobie krew z małżowin usznych i skrapiał nią posagi bogów, a nawet osobiście składał ofiary z ludzi, pragnąc uzyskać jakiś pozytywny znak od bogów, który przyniósłby jemu samemu i jego ludowi jakąś nadzieję. Wiedział dobrze, że po zniszczeniu Choluli, przybysze idą teraz na Tenochtitlan, i że już wkrótce tutaj dotrą. Mimo przerażenia i niepewności, Montezuma postanowił raz jeszcze wysłać poselstwo do "białych bogów", aby przekonać ich o zaprzestaniu dalszego marszu do Miasta na Wyspie, jednocześnie ofiarowując im to, czego sobie życzyli. A ponieważ z wcześniejszych kontaktów z przybyszami znad Wielkiego Morza było wiadome, iż przede wszystkim pragną oni złota, które wręcz pochłaniają oczyma, postanowił tym właśnie ich obdarować. Nic bowiem tak bardzo nie cieszyło owych "bogów", jak właśnie złoto i srebro, dlatego też Montezuma po raz kolejny wysłał im taki podarek, który niosło na swych plecach w wiklinowych koszach (przewiązanych liną do czoła) kilkuset niewolników. Montezuma miał wielką nadzieję, że jeśli przybysze naprawdę są bogami, to taki dar spowoduje iż nasycą swe oczy blaskiem srebrnych i złotych naczyń, pucharów, obręczy oraz liturgicznych czepców i zawrócą tam, skąd przyszli. Zapomniał tylko o jednym - o ludzkiej chciwości i zwykłej dedukcji, którą należałoby zamknąć w słowach: skoro Montezuma obdarza nas taką ilością złota, to jedynie oznacza, że w swej stolicy ma on po stokroć więcej tego szlachetnego kruszcu. Czyli dla Corteza i jego podkomendnych dalszy marsz na Tenochtitlan był już przesądzony.




Cortez oczywiście przyjął złoto, ale rzekł do posłów, że będąc już tak blisko Tenochtitlanu nie może zawrócić, nie zwiedziwszy miasta władcy, który deklaruje się jako przyjaciel i jako lennik króla Hiszpanii oraz cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego - Karola V Habsburga. Odprawił więc posłów i ruszył w dalszą drogę do Miasta na Wyspie. Gdy do Montezumy dotarła odpowiedź Corteza i jego zamiar dalszego kontynuowania marszu na  Tenochtitlan stał się faktem, ten, nie wiedząc co dalej czynić, zwołał wszystkich swoich kapłanów, którzy mieli połączyć się z wielkim bogiem Huitzilopochtli - Kolibrem Południa i tym samym uzyskać informację jakie dalej należy podjąć kroki. Dwa dni trwały narady w ścisłym gronie Montezumy, a decyzji wciąż nie było. Wówczas kapłan Tetzatlipoki - Dymiącego Zwierciadła, Pana Wszechrzeczy, zaproponował wielkiemu tlatoani, by ten wpuścił przybyszy do miasta, oddał im swoją fortecę, a następnie podniósł mosty zwodzone na groblach, by ci nie mogli stamtąd uciec i zagłodził ich. - To są ludzie! - przekonywał - krwawią jak ludzie, to nie bogowie. Drugi zaś, kapłan Tlaloca rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu: - Według gwiazd to Quatzelcoatl, a gwiazdy się nie mylą. Nie możemy walczyć z bogiem. Dlatego o boski tlacatecuhtli ("panie wszystkich ludzi") złóż mu dary raz jeszcze, a jeśli trzeba, wpuść go do miasta. Gdy bowiem rozgniewamy bogów, gotowi będą nas unicestwić, a kres ludzkości to kres istnienia, nie możemy do tego dopuścić! Spór trwał całe dwa dni i ostatecznie Montezuma postanowił przystać na radę kapłana Tlaloca i raz jeszcze wyprawić poselstwo do tych przedziwnych istot, przybyłych ze Wschodu, zza Wielkiego Morza. Tym razem na czele poselstwa postawił wielki tlatoani swego bratanka - władcę miasta Texcoco - Cacamatzina, a sam, wraz ze swym bratem, panującym w mieście Iztapalapan - Cuitlahuacą, postanowił dalej radzić co jeszcze można uczynić. Cuitlahuaca był zdecydowanie przeciwny wpuszczaniu obcych do Tenochtitlanu, twierdząc że na otwartej przestrzeni znacznie łatwiej będzie można z nimi walczyć, a w mieście pełnym krętych ulic, domostw i świątyń będzie to utrudnione. Skoro jednak wysłano poselstwo Cacamatzina nie było już wyjścia, należało przygotować się na nieuniknione nadejście "białych bogów". 

Jakże dziwne i niepokojące było milczenie oraz niepewność Montezumy, który, choć oficjalnie deklarował chęć uczynienia wszystkiego (łącznie z militarnym powstrzymaniem najeźdźców), by przybysze jednak nie weszli do stolicy, to widać było po nim, że mentalnie już się poddał. Jego własny brat - Cuitlahuaca, żegnając się z nim, rzekł doń te oto słowa: "Pamiętaj, obyś nie wpuścił do swego domu kogoś, kto wygna cię i zabierze ci władzę". A mimo to tlatoani z Miasta na Wyspie nie chciał już walczyć i gotów był na każde ustępstwo, nawet każde upokorzenie, byle tylko nie musieć walczyć z tymi, których sam uznał za bóstwa (swoją drogą, hiszpański historyk - Orozco y Berra, dosadnie podsumował Montezumę, mówiąc o nim krótko: "najgłupszy idiota"). A tymczasem Cacamatzin przybył na czele wyśmienitego poselstwa - niesiony w lektyce - do obozu Hiszpanów. Lektykę niosło ośmiu wielkich panów (altapetl) mających włości w jego królestwie, a była ona przyozdobiona klejnotami, drogimi kamieniami i wspaniałymi, zielonymi i błękitnymi piórami quetzala. Gdy władca wstał, owi dostojnicy dokładnie zamietli ziemię, zbierając wszelki większy pyłek spod jego stóp. Gdy zbliżył się do Corteza, rzekł: "Oto przybyłem, a wraz ze mną ci mężowie, aby dostarczyć tobie, wszystkiego czego zapragniesz i zaprosić cię do Tenochtitlanu, do naszych domostw. Tak bowiem rozkazał nasz wielki pan, największy władca świata - Montezuma, który jednocześnie prosi, abyś przebaczył mu, iż nie przybywa osobiście by cię powitać, ale tak się dzieje, ponieważ niedomaga, a nie dlatego, że nie pragnie czym prędzej zobaczyć się z tobą". Cortez był zadowolony. Obawiał się bowiem, że przyjdzie mu militarnie torować sobie drogę do Tenochtitlanu, a następnie walczyć tam o każdy kamień, co byłoby prawdziwą katastrofą dla jego żołnierzy, nawet jeśli w jego armii byli również Tlaxcalanie i Totonakowie jako sojusznicy. Teraz wiedział że droga do Eldorado - Krainy Złota stoi otworem, więc serdecznie uściskał i ucałował Cacamatzina. Teraz droga na Tenochtitlan stała otworem, a już wkrótce sam Montezuma przekona się, który władca jest tak naprawdę najpotężniejszy na świecie.




Montezuma tymczasem ponownie zamknął się w Ciemnym Domu Sznura i rozmyślał nad przyszłością swoją oraz swego ludu. Czy dobrze postąpił, zapraszając obcych przybyszy do swego miasta? Ale czy było inne wyjście? Jak postąpiliby w takiej sytuacji jego przodkowie? Co uczyniłby zwycięski Itzcoatl, sławny Montezuma Ilhuicamina czy mądry Tlacaelel? Myśląc o tym, wielki tlatoani znów zagłębił się w medytacji o początkach swego ludu.

Zebrani teraz w Tenochtitlan (1428 r.) trzej zwycięzcy władcy koalicji wymierzonej w Azcapotzalco: Itzcoatl z Miasta na Wyspie, Nezahualcoyotl władca ludu Acolhuakanów z Texcoco i król Tepaneków z Tlacopan (zwanego też Tacubą), zawarli wspólny sojusz, mający stać na straży tych wszystkich zdobyczy "wojny tepaneckiej" z Azcapotzalco. Podzielono pomiędzy siebie ziemskie posiadłości Miasta-Mrowiska (jak nazywano Azcapotzalco) i tak Tenochtitlan przejął rozległe obszary na południu i północy Doliny Anahuac, Texcoco zajęło żyzne ziemie po wschodniej stronie Jeziora Texcoco, zaś Tlacopanowi przypadły tereny po zachodniej stronie. Miasta założyciele Trójprzymierza, wzajemnie zadeklarowali sobie pomoc w przypadku ataku kogoś z zewnątrz, a każde z owych miast, miało także zapewniony trybut pobierany z podatków narzucanych podbitym ludom. Najsłabszym członkiem owego Trójprzymierza, było Tlacopan, które po pierwsze nie uczestniczyło czynnie w wojnie z Azcapotzalco, a po drugie zasiedlone było przez ten sam, pokonany niedawno lud - Tepaneków. Realnie więc o palmę pierwszeństwa rywalizowały dwa miasta: Texcoco - posiadające bogatą tradycję konfederacji Acolhuakanów, znacznie starszą niż istnienie samego Tenochtitlanu, oraz właśnie Mechikanie, którzy to bardzo szybko objęli przewodnictwo w owym "związku", z biegiem lat zdobywając prawie całkowitą dominację. Teraz głównym celem Trójprzymierza stała się likwidacja dotychczasowego "tepanackiego porządku" w Dolinie Anahuac i ustanowienie tam nowego, porządku Trójprzymierza. Aby to jednak można było osiągnąć, należało podporządkować sobie wszystkie dotychczasowe "sieroty po Azcapotzalco", szczególnie na kierunku południowym i południowo-zachodnim. Tylko wówczas można było myśleć o trwałym uzyskaniu dominacji zwycięskiej koalicji.

Lecz miasta-państwa, leżące po zachodniej stronie Jeziora Texcoco postanowiły przeciwdziałać takiej ewentualności i podjęły kroki ku zawiązaniu sojuszu wymierzonego w Trójprzymierze. Głównymi prowodyrami nowego sojuszu, stali się teraz Tepanakowie z Coyohuacanu, którzy wysłali nawet poselstwo do Azcapotzalco, namawiając ich do zrzucenia zależności i podjęcia nowej walki z Mechikanami i Acolhuakanami. Deklarowali zawiązanie wielkiego sojuszu miast: Xochimilco, Chalco, Cuitlahuac (czyli miast zasiedlonych przez Tepanaków), a nawet liczyli na przeciągnięcie na swoją stronę Texcoco, poprzez obalenie w nim władzy Nezahualcoyotla i oddanie rządów w ręce jego braci lub kuzynów. W wielu z tych tepanackich miast, rządziło potomstwo wielkiego Tezozomoca z Azcapotzalco, króla budzącego grozę wśród wrogów i szacunek wśród przyjaciół, za którego to rządów Tepanakowie całkowicie zdominowali Dolinę Anahuac, a Azcapotzalco, owe Miasto-Mrowisko, stało się pierwszą potęgą militarną i ekonomiczną w całym rejonie (środkowego Meksyku). Niestety, na wezwania Coyohuacanu nikt nie odpowiedział, nawet Azcapotzalco, którego możni odmówili udziału w nowej wojnie, pytając wysłanników Coyohuacanu: "Dlaczego nie udzieliliście nam pomocy wcześniej? Czy myślicie, że znów pragniemy ujrzeć nasze ulice zasłane głowami i wnętrznościami poległych?" Inne z miast odpowiadały podobnie, lub deklarowały że na razie "przeczekają" i zobaczą komu bardziej sprzyjają bogowie. Bardzo podobnie zachował się również Nezahualcoyotl z Texcoco (będący już członkiem Trójprzymierza), deklarując że nie przystąpi do wojny przeciwko ludziom, którzy nie wyrządzili mu żadnej krzywdy, ale jeśli Mechikanie z Tenochtitlanu zostaną pokonani przez inny lud, on nie będzie nad tym rozpaczał.




Wreszcie, po intensywnych zabiegach prowadzonych ze strony Coyohuacanu, udało się zebrać miasta, posiadające i uprawiające żyzne działki rolnicze zwane chinampas (ogrody powstałe na ziemi, ułożonej pomiędzy kanałami tuż przy brzegu jeziora - były to tak zwane "pływające ogrody"), w Chalco, aby wspólnie naradzić się nad ewentualnym wystąpieniem przeciw Trójprzymierzu, a przede wszystkim przeciwko Mechikanom (członkowie tego zgromadzenia płynęli łodziami nocą, starając się nie robić zamieszania, tak, aby w Tenochtitlan nie dowiedziano się o ich spotkaniu). Za wojną głośno radzili Coyohuacanie oraz przedstawiciele nieodległego Culhuacanu, ale zdecydowanie przeciwny wojnie był władca Chalco - Coateotl. Mówił on, że wojna z Mechikanami nikomu z tu obecnych nic nie przyniesie, nawet jeśli okazałaby się zwycięska. Kto bowiem będzie ściągał daniny z pokonanego Tenochtitlanu? Komu przypadnie największy udział w zwycięstwie? Zapewne każdy uzna się za tego, któremu najwięcej należy się łupów, a owe niesnaski zrodzą kolejne wojny pomiędzy miastami uprawiającymi chinampas i całe to rolnictwo ulegnie zagładzie. Pytał więc - Po co nam to? Możemy przecież żyć w zgodzie z Mechikanami, tym bardziej że nasze córki już są żonami wielu z nich. Rzeczywiście, nawet sam Tlacaelel - brat Montezumy Ilhuicaminy, również wziął sobie żonę z Chalco. Tak więc stanęło na tym, że miasta Południa nie zdecydowały się na wojnę z Tenochtitlanem i udało się ostatecznie odwieść od tego również i Culhuacanów. Pozostali jednie Coyohuacanie, którzy byli zdeterminowani i żądni krwi. Tę nową wojnę musieli teraz jednak toczyć w osamotnieniu.

Aby ją sprowokować, postanowili uniemożliwić kobietom plemienia Mechikanów przychodzić do siebie na targowisko. Zamknięto więc drogi wiodące z grobli Tenochtitlanu i obstawiono strażą południowe wejście. Gdy z grobli zeszły pierwsze niewiasty, obładowane towarami na wymianę i zdążające na targowisko w Coyohuacanie, strażnicy owi napadli na nie i... zabrali im cały towar (wodne ptactwo, jaja, ryby). Uciekły one więc z płaczem do swego miasta i poskarżyły się swemu królowi. Itzcoatl uznał to za "wypadek przy pracy" oraz kazał im zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu i raz jeszcze udać się na rynek do Coyohuacanu. Ponownie wróciły ograbione. Itzcoatl polecił im więc teraz, by ustawiły kamienne piecyki, na których smażyły ryby i ptactwo wodne, w stronę Coyohuacanu, tak, aby zapachy pieczonych potraw docierały bezpośrednio do mieszkańców miasta. Gdy woń pieczonych kaczek i smażonych ryb dotarła do Coyohuacanu, część ludności zaczęła się buntować wobec polityce całkowitego wstrzymania handlu wymiennego z Mechikanami, ale ponieważ w przeważającej większości były to kobiety i starcy, przeto ich zdanie nie miało większego znaczenia. Lecz gdy kobiety zaczęły unikać dotyku swych mężów, a starcy żalili się, że przed śmiercią pragną skosztować pieczonych potraw z Tenochtitlanu, mężczyźni Coyohuacanu wpadli na pomysł przeprowadzenia zasadzki, która zakończyłaby tę "handlową wojnę" i pozwoliła im wziąć górę nad Mechikanami. Planowali bowiem zaprosić przedstawicieli Miasta na Wodzie do siebie, a następnie otoczyć ich i wymordować (ostatecznie z tego ostatniego zrezygnowano, jako niegodnego wojowników). 

Wysłano jednak posłów do Tenochtitlanu z zaproszeniem na ucztę ku czci Bardzo Starego Boga (zapewne Xiutecutli - Turkusowego Pana, najstarszego z bogów), aby wyjaśnić wzajemne niesnaski związane z urwaniem się handlu pomiędzy oboma miastami. Mechikanie przyjęli zaproszenie, ale przeczuwając podstęp, udali się na spotkanie jedynie w kilka osób (przybyli m.in.: Montezuma i jego brat Tlacaelel), ale już król Itzcoatl pozostał w swej stolicy. Możni ruszyli z darami (głównie ptactwem, jajkami, owadami itp.:), które zostały przyjęte. Uroczystości trwały do późnej nocy, a ich kulminacją było złożenie w ofierze niewolników (których przed wydarciem im serc, rozciągnięto na rozgrzanych do czerwoności i żarzących się kamieniach). Teraz rozpoczynały się tańce i nadeszła pora na wręczenie przybyłym gościom podarunków przez mieszkańców miasta. Coyohuacanie wyjęli więc przygotowane wcześniej podarki, następnie rozłożyli je na ziemi i rzekli: Wolą naszą jest, abyście to przywdziali i odtąd nosili. Na ziemi zaś, tuż przed przykucniętymi Mechikanami rozłożono ubogie stroje kobiece (bluzki i spódnice z szorstkich włókien agawy), oraz motyki oraz drewniane narzędzia do rozpalania ognia, będące symbolem poddaństwa. A nie było niczego bardziej upokarzającego dla wojownika, niż sprowadzenie go do roli kobiety i przesłanie mu kobiecych sukni. Wojna stała się więc faktem, a miało to miejsce (ok.) 1435 r.  

 




CDN.
 

czwartek, 25 lutego 2021

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. VI

W POSZUKIWANIU ELDORADO

 
 

 
 
POD GWIAZDĄ PORANNĄ
 
 
 
 
 
 
"RZEKLIŚCIE, PANOWIE, ŻE NIGDY ŻADEN Z NAJSŁYNNIEJSZYCH WODZÓW RZYMSKICH NIE DOKONAŁ TEGO, COŚMY DOKONALI I RZEKLIŚCIE PRAWDĘ, OTO TERAZ I W PRZYSZŁOŚCI, ZA WOLĄ BOŻĄ, HISTORIA OPOWIADAĆ BĘDZIE ZNACZNIE WIĘCEJ O NAS ANIŻELI O TAMTYCH"
 
HERNAN CORTEZ
 (WRZESIEŃ 1519 r.)
 
 
 Montezuma długo nie mógł zasnąć tej nocy. Cały czas rozmyślał nad przyszłością swego ludu. Czyżby bogowie rzeczywiście zapragnęli sprowadzić koniec świata? Zewsząd dobiegały go odgłosy płaczu i wielkiego żalu mieszkańców Miasta na Wyspie, które to dotąd było niezwyciężone wśród mrowia nieprzyjaciół i wiedzione pewną ręką Kolibra Południa (Huitlzilopochtli), wybrane przez Wężową Matkę (Cihuacoatl), dostępowało zaszczytu napojenia naszego Pana krwią ofiarników, dzięki czemu słońce codziennie rozpraszało mroki nocy. Czy świat który znamy przestanie istnieć? Ponoć biali bogowie nie chcieli przyjąć mięsa zroszonego krwią ofiarników, które wysłane im zostały w dowód naszej czci i uznania. "Biali bogowie". A może to nie są wcale bogowie, może to tylko ludzie - dziwni, niebezpieczni, dosiadający potwory przypominające jelenie, mający przy sobie duże psy i czyniący sporo huku i dymu z przedmiotów przypominających kije i wielkie skały. A jeśli jednak to są bogowie? Przecież wielki Quetzalcoatl - Gwiazda Poranna, nim przepędzony został przez wszechpotężnego Tezcatlipoca (Dymiące Zwierciadło), sam również nie przyjmował ani krwi, ani mięsa złożonych mu w ofierze jeńców. Ponoć wódz owych przybyszów zza Wielkiego Morza, podobnie jak Quetzalcoatl nosi brodę. Czyżby więc to był on? Przecież zapowiedział swój powrót, gdy wsiadłszy na tratwę udał się na wschód, wyrzekł te oto złowróżbne słowa: "Powrócę w roku jednej trzciny i wówczas przywrócę swoje panowanie. Nastanie wtedy czas wielkiego cierpienia ludzi". Ani za Tenocha Prawodawcy (1363) ani też za mego stryja - Montezumy Ilhuicaminy (1467) gdy wypadał Rok Jednej Trzciny - Quetzalcoatl się nie objawił. Aż do teraz, gdy ponownie rok ten nadszedł (1519). Czy mogę więc być spokojny, gdy brodaty wódz "białych bogów" dopytywał się o mnie mych posłańców. A może powinienem się ukryć, schować tak, aby mnie nie odnaleźli - rozmyślał Montezuma - skoro nawet wysłani przeciw nim czarownicy - mający odwieść ich od przybycia do Tenochtitlan - nie dali sobie z nimi rady?  Zbiec do Domu Słońca na zachód, lub do Domu Cintli na południe? A może do Ziemi Tlaloca, póki jeszcze wschodnie przejścia są bezpieczne?

Te rozważania zostały nagle przerwane, gdy słudzy donieśli wielkiemu tlatoani o powrocie wysłanych przez niego wcześniej posłów do "białych bogów" ze wschodu. Montezuma poderwał się na równe nogi i czym prędzej polecił przysłać posłów do wielkiej sali tronowej Pałacu Quetzalpapalotl. Montezuma tak był zafascynowany przybyciem posłów, że nie zdążył się nawet przebrać, a dworska etykieta wymagała by tlatoani ludu Mechikas (Mexicas - inaczej Azteków) zmieniał swój strój cztery razy dziennie, po czym nigdy nie wkładał go już ponownie, a był on uroczyście palony w pałacowym piecu (szyciem kolejnych ubrań dla władcy zajmowała się jego oficjalna małżonka, siostry i inne damy z królewskiego haremu). Gdy więc Montezuma wszedł do sali, znajdował się w niej już spory tłum zebranej pałacowej szlachty (pipiltin) w różnej formie spokrewnionej z panującym monarchą. Posłowie, nim zbliżyli się do władcy, musieli zdjąć swe bogate szaty i przywdziać ubogie stroje pospólstwa (calpultin), zdjąć buty i boso w pewnej odległości od tronu, upaść przed władcą na twarz (nie wolno im było spojrzeć królowi w oczy). Gdy wreszcie Montezuma pozwolił im mówić, jeden z zebranych posłów rzekł: "O Panie i Królu nasz. Ty, co rozświetlasz mroki Południa i Północy, ty co niesiesz przed sobą pióra Quetzalcoatla i cieniem jesteś Tetzalipoca - pana ludzkiego przeznaczenia, o drogo wiodąca do Tlalocan, o pierworodny czcigodnej Tonantzin", gdy poseł skończył swą mowę, Montezuma zadał mu pytanie: "Czy przybysze ze wschodu są bogami?". "O synu Miclantecutli, prawa ręko Dostojnego Węża z Tlailotlac, przesławny wśród wielkich Montezumo - doprawdy trudno pojąć rozumem czym, lub kim są owi biali przybysze. Spotkaliśmy ich na Przełęczy Orła pomiędzy ośnieżonymi szczytami gór Popocatepetl i Iztactepetl gdy powracali z Choluli. Wręczyliśmy im złote chorągiewki z piór quetzala, złote naszyjniki, obręcze i inne przedmioty, które poleciłeś nam przekazać, Ty, który stoisz z Huitzilopochtli w jednym szeregu. Wtenczas oczy jakby się im zaświeciły, twarze ich pojaśniały od uśmiechów i uradowali się bardzo rozkoszując się owym złotem. Jednak, jeśli zapytasz mnie - pokornego niewolnika - czy są to bogowie, powiem że nie! O Panie nasz, niczym małpy podnosili to złoto, siadali na znak zadowolenia i wciąż dopytywali się o więcej, jeszcze więcej złota, wymieniając nazwę Eldorado. Widać że niczym wygłodniałe świnie łakną oni złota, wyrywają je sobie z rąk, potrząsają nim, oglądają je z każdej strony. Niestety, nie wiadomo co mówią, gdyż posługują się językiem nam nieznanym, o barbarzyńskim dźwięku. Doprawdy więc, nie są to bogowie, a jeśli się mylę, to oznacza że bogowie są zupełnie inni, niż nam się zdaje". "A czy biały wódz, czy..." - Montezuma zamyślił się chwilę - "...czy to jest Quetzalcoatl - Pierzasty Wąż ze Wschodu?", "Doprawdy nie wiem o nadziejo Huehueteotla, wygląda jak człowiek, oni wszyscy wyglądają jak ludzie, poza tym że są biali, niczym z wapna".
 
 

 
Dalsza rozmowa zeszła na temat zagrożenia, jakie biali przybysze mogą sprowadzić na Mechikanów i czy rzeczywiście takie niebezpieczeństwo istnieje. "Dosiadają okrakiem potwory i jeżdżą na nich, a te się ich słuchają, plują ogniem na odległość, odziani są w żelazo, nie walczą tak jak ludzie, tak jak my!" - odrzekł ów poseł o imieniu Tzihuacpopoca, "potrafią być niebezpieczni, a morderstwa, jakich dopuścili się w Choluli, powinny być potwierdzeniem mych słów. A poza tym idą z nimi Tlaxcallanie, a ci tchórze oddadzą się każdemu, niczym kobiety w zamian za obronę i zawsze gotowi są wystąpić przeciwko nam. Aby się przypodobać przybyszom, zaczęli nawet powtarzać słowo, które tamci wykrzykują podczas walki, a brzmi ono... Santiago. Chodzą też słuchy, że przybysze rozbili posągi bóstw w Zempoali i że prócz wielkiego zamiłowania do złota, odznaczają się również wielką potrzebą do polewania głów wodą. Ludzie z okolic Zempoali poinformowali nas, że jest wśród nich pewna kobieta, której ojcem był jeden z Mechikanów, a nazywają ją Malintzin. Ona to właśnie miała powiedzieć, że przybysze praktykują coś, co zwą "chrztem" - cokolwiek by to miało znaczyć. Przykładają jednak do tego ogromne znaczenie i żądają by okoliczni mieszkańcy dali sobie polać głowę wodą - cokolwiek by to miało znaczyć. Nie wiem zatem, o Dostojny Panie Gór, czy są to bogowie, czy też nie". Powrót posłów wcale nie uspokoił Montezumy, gdyż o "białych bogach ze wschodu" wciąż niewiele wiedział. Obawiał się też co będzie, jak dotrą do Tenochtitlanu, a ponoć byli już w Tetzcoco - jednym z miast Trójprzymierza, gdzie zostali powitani jak bogowie. Zaniepokojenie Montezumy jeszcze wzrosło, gdy przybyli posłowie opowiedzieli mu historię o pijanym człowieku, jakiego spotkali krótko po tym, gdy ofiarowali złoto przybyszom. Otóż schodzący z góry pijak zaczął lżyć posłów Montezumy, pytając: "Czego tu chcecie?Po co tu przychodzicie? co zamierza uczynić Montezuma? Czy jeszcze nie odzyskał rozumu? Czy nawet teraz jest tchórzliwym nieszczęśnikiem? Popełnił błędy: poprowadził daleko swoich poddanych, spowodował śmierć wielu ludzi. Jedni z drugimi się zwarli, jedni z drugich się naśmiewają". Początkowo posłowie starali się podejść do pijaka, aby go uciszyć, ale ich zamierzenia nie zrobiły na nim żadnego wrażenia i dalej kontynuował swój wywód: "Na próżno przybyliście tutaj! Mechikanie już więcej nie będą istnieć! Na zawsze skończył się wasz czas! Tenochtitlan stanie w ogniu! Odejdźcie stąd, to co miało się zdarzyć, już się zdarzyło!"  Przeraziły posłów te słowa i sparaliżowały ich, a gdy pijak wreszcie zniknął, przekonani że oto sam wielki bóg Tezcatlipoki przemówił do nich, wznieśli mu ołtarz i ruszyli do stolicy. Myśl o płonącym Tenochtitlanie i końcu imperium ponownie pojawiła się w głowie Montezumy, oblewając go zimnym potem. Zmęczony zasnął snem głębokim, śniąc o tym, jak to się wszystko zaczęło.

Walkę rozpoczęli wojownicy Itzcoatla na grobli wiodącej ku Tlacopan. Potem przyłączyli się przebrani na biało Acolhuakanie z Tetzcoco pod wodzą Nezahualcoyotla, atakujący z rejonu Tepanac na północ od Tenochtitlanu i Tlatelolco. Na południu stał zaś ze swoimi wojownikami Montezuma Ilhuicamina, wiedząc że Tepanakowie z Azcapotzalco stoją również w Colhuacan i Xochimilco. Bitwa rozpoczęła się od uderzeń bębna i trwała długo, mijały godziny, potem dni, a wojownicy obu walczących stron wciąż się ze sobą pojedynkowali, używając do walki głównie obsydianowych mieczy, których długie, ale płytkie i nieco stępione ostrza, nie tyle miały zabijać przeciwnika, co go ranić, osłabiać i tym samym umożliwiać zwycięzcy wzięcie jeńców na ofiary (Hiszpanie po pierwszych walkach z Aztekami i ich sojusznikami, zaprzestali nawet noszenia swych metalowych zbroi, poprzestając na zwykłych ubiorach, co może dowodzić że zarówno miotana broń Azteków, jak też ich miecze nie wyrządzały im większych szkód. Celem bowiem dla Azteków i innych ludów z doliny Anahuac było zyskanie sławy poprzez zdobycie w boju jeńca, którego potem można byłoby złożyć w ofierze, dlatego też zadawano śmierć na polu walki jedynie w ostateczności). Podczas walki każdy wojownik walczył indywidualnie, a nie zbiorowo, dlatego też jakakolwiek pomoc druhowi w starciu z przeciwnikiem, mogła być przez niego źle zrozumiana, jako chęć odebrania mu jeńca. To nie wodzowie armii dowodzili w boju (ich rola sprowadzała się jedynie do dbania o uporządkowanie szyku przed walką  utrzymania jakiej takiej dyscypliny, ale już po rozpoczęciu bitwy ich jedynym zadaniem było rozsądzanie sporów o jeńców), a ci najdzielniejsi wojownicy, zwani quauchic, którzy pierwsi rzucali się na przeciwnika (jeśli wojownik zdobył w bitwie piątego jeńca - i to spośród ludów Doliny Anahuac, gdyż inni byli uważani za mniej godnych tego zaszczytu - otrzymywał tytuł quauchic, a na plecy zarzucano mu jaskrawoczerwony, pleciony płaszcz z błękitną przetyczką oraz golono mu głowy, pozostawiając jedynie przewiązany czerwonym sznurem czub na jej szczycie). Największym upokorzeniem wojownika, było porównanie go do kobiety, poprzez ofiarowanie mu kobiecych strojów i przyborów tkackich, a za takiego można było być uznanym, jeśli się np. uciekło podczas walki w obawie przed przeciwnikiem (uciekających z pola walki mieli więc obowiązek zabić na miejscu inni wojownicy z ich calpulli - czyli braterskiego związku). Podobnie, jeśli wojownik utracił jeńca podczas walki, lub sam odniósł ranę i wycofał się z boju - był wówczas sprowadzany właśnie do roli kobiety i nie mógł potem opuścić swego domu (gdzie przebywał z żoną i z dziećmi), aby nie pokazywać się innym mężczyznom na oczy, póki nie uzyskał przebaczenia od samego tlatoani - który jako żyjący bóg, mógł cofnąć jego niesławę. Podczas kampanii wojennej wojownikom towarzyszyły też ich kochanki (dlatego, gdy Hiszpanie przybyli do Tlaxcalli - stolicy Tlaxcallanów, ci, ujrzawszy że nie mają ze sobą kobiet - "ofiarowali im swoje córki", co akurat nie spodobało się Cortezowi).
 
 

 
Walka toczyła się więc już kilka dni, jednak koalicjanci coraz intensywniej spychali siły Tepaneków w stronę ich miasta. Ostatecznie Maxtla - wielki król Azcapotzalco, wycofał się do swojego umocnionego grodu. Tam również, u wrót Miasta Mrowiska (jak wówczas zwano stolicę Tepaneków) toczyły się intensywne i zażarte walki. Dumni wojownicy z Azcapotzalco o barwnych piuropuszach i o twarzach pomalowanych na czerwono - wcale nie zamierzali się poddać, lecz gdy mijał już czwarty miesiąc walk, w oblężonym mieście pojawił się głód. Postawieni w obliczu niehonorowej i okrutnej śmierci głodowej Tepanakowie, odstąpili od swego władcy, który tymczasem schronił się w łaźni. Wyciągnięto go stamtąd i lżąc oraz złorzecząc mu, zaprowadzili go Tepanakowie przed oblicze Nezahualcoyotla z Tetzcoco (któremu Maxtla wcześniej zabił ojca, a jego samego także próbował uprowadzić i złożyć w ofierze). Zarzekali się Tapanakowie, że oni zawsze pragnęli pokoju, a wszelkie nieszczęścia i wojny były powodowane jedynie przez Maxtlę i jego przodków - którzy zawsze mieli skłonność do tyranii. Nezahualcoyotl dał teraz upust swojej pomsty wobec Maxtli, osobiście składając go w ofierze i wyrywając mu serce, a jego krew rozpryskując "na cztery strony świata". Azcapotzalco było zdobyte, a po ulicach Miasta Mrowiska tańczyli rozradowani wojownicy z ludu Mechikanów z Tenochtitlan prowadzonych przez Itzcoatla, Tepaneków z Tlatelolco pod Cuauhtlatoatlem, Acolhuacanów z Tetzcoco króla Nezahualcoyotla, oraz nielicznych wojowników Tlaxcallan, tych z Xuexotzinco czy opozycjonistów z Tacuby. Montezuma Ilhuicamina (bratanek Itzcoatla) stał jeszcze ze swoimi wojownikami w Acozac, gdy doszły go wieści że Maxtla nie żyje, a Azcapotzalco padło. Wiadomości były jednak bardzo niespójne, niektórzy mawiali że Maxtla zabity został przez Nezahualcoyotla, inni że przez Cuauhtlatoatla, jeszcze inni że zdążył zbiec brzegiem jeziora Texcoco na południe do Coyohuacanu i jest teraz w niewoli u tamtejszych rybaków. W każdym razie Azcapotzalco zostało zdobyte. Z Wielkiej Świątyni wyniesiono posąg wielkiego boga Tepaneków, patrona Azcapotzalco - Turkusowego Pana (Huehueteotla), bardzo starego boga, ponoć starszego niż świat, starszego niż czas. Przewieziono go do Tenochtitlanu, a świątynię w Azcapotzalco spalono (jako symbol zwycięstwa i uwięzienia boga pokonanego miasta). Huitzilopochtli triumfował i żądał teraz ofiar na swe ołtarze, które niezwłocznie mu złożono, gdy zwycięzcy wojownicy powrócili do swych domostw.

W Mieście na Wyspie przyjęto ich niezwykle uroczyście i nazwano "Założycielami Tenochtitlanu", których "sława trwać będzie aż do skończenia świata". Miasto bowiem teraz przygotowywało się do zupełnie nowego życia, wolnego od nieustannych danin, od strachu i niepewności ze strony potężnych Tepaneków z Azcapotzalco. Ci bowiem okrutnie postępowali z pokonanymi przez siebie miastami (np. po zdobyciu leżącego na północy Cuauhtitlanu [ok. 1400 r.], wielki władca Tepaneków Tezozomoc - ojciec Maxtli - nakazał posadzić agawę na placu targowym w tym mieście, jako dowód że zostało ono ostatecznie zwyciężone i stało się teraz polem uprawnym). Mechikanie i ich sojusznicy nie byli jednak tak okrutni, pozwolili nawet utrzymać w Azcapotzalco targ niewolników - będący ostatnim symbolem dawnej wielkości tego grodu. Prawdziwym zwycięzcą tejże wojny nie był jednak ani Itzcoatl, ani Montezuma, ani też żaden z wodzów sprzymierzonych armii, gdyż autorem zwycięskiego planu wojny z Azcapotzalco był przyrodni brat tego ostatniego - Tlacaelel. On to, wyznając głęboką wiarę w ostateczne zwycięstwo dane Mechikanom od bogów, a szczególnie od samego Huitzilopohtli, otrzymał teraz od swego stryja dostojny tytuł tlacochcalcatla ("Pana domu oszczepów"), mając odtąd pieczę nad miejskim arsenałem. Zwycięzcy rozdzielili teraz między siebie ziemie Tepaneków (najwieksze działki oczywiście przyznali sobie członkowie domu królewskiego, a Itzcoatl wziął swoją część w samym Azcapotzalco). Wkrótce cała ziemia od Tenayocanu aż do Tlacopanu i Popotlanu została rozdana. Nastała teraz nowa epoka dla Miasta na Wyspie, a rok ów (1428) miał się zapisać w pamięci kolejnych pokoleń Mechikanów, jako rok ostatecznego zwycięstwa, zaś każdy mieszkaniec Tenochtitlanu mógł z dumą powiedzieć - "Zdobyłem tę ziemię własnym mieczem". Niestety, nie był to koniec kłopotów dla zwycięzców, którzy szybko doszli do wniosku że bardziej opłaca im się dalej trwać w przymierzu, niż żyć i walczyć samodzielnie, tym bardziej że na horyzoncie znów poczęły gromadzić się czarne chmury.
 
 
 

 
 
CDN.