Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RECENZJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RECENZJA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 listopada 2024

POLSKA NA WOJNIE! - Cz. V

CZYLI JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?





Kolejna część wybranych przeze mnie fragmentów z książki Zbigniewa Parafianowicza: "Polska na wojnie. Nieznane fakty, kulisy rozmów. Wielkość i małość polskiej polityki".



AMERYKANIE
Cz. II




Zbigniew Parafianowicz: A kwestia lex TVN

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Dzwonili. Chcieli w tej sprawie umówić spotkanie Dudy z byłym szefem CIA z czasów Donalda Trumpa - Mikiem Pompeo. Zaproponowałem Sullivanowi aby zadzwonił dzień po upływie terminu na podpisanie lub zawetowanie ustawy, czyli po 16 stycznia (prezydent Andrzej Duda ustawę zawetował 26 grudnia 2021 r.).

Dyplomata B: Gdy próbowali wywierać presję, Kumoch powiedział ambasadorowi USA Markowi Brzezinskiemu, że - cytuję: "Skoro Amerykanie uważają Polaków za nacjonalistów, to niech zaczną ich w końcu traktować jak nacjonalistów". Dodał, że Polska nie włącza się w ich sprawy wewnętrzne. Nie komentuje ultrakonserwatywnego prawa antyaborcyjnego w Teksasie i wolelibyśmy, aby Amerykanie nie komentowali naszych rozwiązań. Żebyśmy rozmawiali o bezpieczeństwie. Nie o lex TVN.

Minister X: Amerykanie są poważni. Ustaliliśmy z nimi, że nie ma kwestii ideologicznych. My ich nie określamy mianem antycywilizacji, a oni nie wnikają w nasze sprawy. Dalej nas nie lubią moim zdaniem. Biden wierzy w co innego niż Duda. Ale jesteśmy sojusznikami. Bijemy się właśnie o zwycięstwo nad Putinem, a nie o sprawy wiary. 




Zbigniew Parafianowicz: A dlaczego wybrano akurat Rzeszów jako hub do przekazywania uzbrojenia?

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Amerykanie poprosili nas o wskazanie miejsca, w którym mógłby powstać taki hub. W grze na pewno był też Lublin. Prezydent powiedział, że to musi być miasto, w którym są Amerykanie. Sprawa była oczywista: hubem będzie miejsce, gdzie jest amerykańska 82 Dywizja Powietrznodesantowa. Rosjanie wiedzą, że do Amerykanów się nie strzela. Dyskusja była w zasadzie zamknięta. 

Minister Y: Na początku Amerykanie sami się szwędali po lotniskach na wschodzie Polski i sprawdzali, które się nadaje. W końcu ktoś przytomny pomyślał, że może byłoby lepiej, gdybyśmy oddelegowali tam też któregoś z naszych wojskowych. Amerykanie chcieli, aby baza była eksterytorialna i nie połączona z lotniskiem cywilnym. My chcieliśmy - to zabrzmi brutalnie - aby była obok tej bazy tarcza ludzka. Czyli lotnisko cywilne. I by nie była to baza eksterytorialna, w której nie obowiązuje polskie prawo. Nie chcieliśmy powtórki z tajnych więzień CIA na Mazurach. Nie mogło być tak, że nie wiemy, co się w takim miejscu dzieje, i że Amerykanie rozpoczną z naszego terytorium III wojnę światową bez naszej wiedzy.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Kluczowe było podzielenie się ryzykiem. Nie chcieliśmy wchodzić w buty z przeszłości i wystawiać się dla pochwały i kilku miłych słów. Musiało być jasne, że bezpieczeństwo Polski jest na pierwszym planie. Dlatego wybrano Rzeszów. Nie chcieliśmy aby pod Lublinem spadały rosyjskie pociski. Choć początkowo właśnie Lublin był w grze. 

Dyplomata B: W pierwszych dniach wojny polski prezydent na zamkniętym spotkaniu przywódców państw NATO powiedział, że Polska gotowa jest zorganizować bazę logistyczną na potrzeby wojny. Później powtórzył to na spotkaniu bukareszteńskiej dziewiątki (powołany z inicjatywy Polski i Rumunii w 2014 r. format współpracy państw Europy Środkowo-Wschodniej w zakresie bezpieczeństwa). Podchwycił to Josep Borrell, szef unijnej dyplomacji, który wprowadził pojęcie Polski jako hubu do międzynarodowego obiegu. 



WOJNA O MIGI





Minister Y: Amerykanie wręcz napuścili na nas Żełenskiego. On dzwonił do Dudy i miał do niego pretensje, że nie chce przekazać migów. Pytał: "Andrzej, dlaczego mi to robisz?". Przekonywał że sytuacja jest krytyczna i on musi mieć te maszyny jak najszybciej. 

Minister X: Gdy po wybuchu wojny stało się jasne, że Zełenski zostaje w Kijowie, a Ukraina się nie poddaje, pojawiło się pytanie o broń. Każdy kolejny dzień oporu dawał bardziej precyzyjne informacje na temat tego, co ma docierać do Ukraińców. O ile na początku sami nie wiedzieli, czego chcą, o tyle z każdym tygodniem byli lepiej przygotowani. Pierwszego lub drugiego dnia wojny dostawałem za pośrednictwem WhatsAppa informacje od zastępcy szefa biura Zełenskiego, że potrzebne są im paliwo i zestawy przeciwlotnicze. Później wszedł temat ciężkiego uzbrojenia. Również samolotów.

Minister Z: Planowaliśmy dostarczyć Ukraińcom migi-29. Chcieliśmy jedynie znaleźć sposób na ich bezpieczne przekazanie. Tak, aby nie narażać Polski. To był marzec. Wczesny etap wojny. Jeszcze bez wiedzy, jak słaba jest Rosja. Musieliśmy działać ostrożnie. Nie okazywać lęku, ale być ostrożnym.

Minister X: Stanowisko Amerykanów w sprawie migów było niejednoznaczne. Co innego mówił Departament Stanu, a co innego Pentagon.

Minister Z: Pojawił się pomysł, aby maszyny przekazać przez Ramstein. Pomysł świetny, wymyślił go Kaczyński. Oświadczenie, że jesteśmy gotowi przekazać migi przez Ramstein, opublikowaliśmy 8 marca.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Oświadczenie powstało w czasie obiadu. Pisali je Kumoch i Dworczyk. Powstało w sumie sześć kolejnych wersji. Problemem byli niektórzy politycy starego PiS. Sam Kaczyński był na tak, ale oni są zawsze zachowawczy. Powtarzają: "Trzeba to racjonalizować", oni zawsze racjonalizują. Chyba że prezes coś powie. Wtedy traktują to jak świętość. Pamiętam taką sytuację -  prezes mówi: "A możemy tutaj dać takie coś, napisać że..." I wszyscy się z tym zgadzają i wszyscy przytakują, że takie genialne. Prezes powiedziałby: "A może tutaj wpiszemy że damy modele migów z miesięcznika Ligi Obrony Kraju "Młody Modelarz" i frakcja dziadów by przytaknęła. Powiedzieliby, że to genialny pomysł. Racjonalizacja w wykonaniu starego PiS musi potrwać co najmniej tydzień, jak nie dwa. Musi nabrać w ten sposób mocy. Najczęściej kończy się to niczym. 

Minister Y: Za migami byli na pewno Morawiecki, Błaszczak, Kumoch i Dworczyk. Oni jednoznacznie poparli migi. Wojsko jak zawsze: było za, a nawet przeciw. Chociaż w sprawie migów i czołgów byli jednak bardziej za. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: W tym oświadczeniu do państw NATO, a przede wszystkim do Amerykanów, była mowa o tym, że my bardzo chętnie oddamy te migi. W każdej chwili. Nasi piloci lecą nimi do Ramstein. Wysiadają i wracają do Polski samolotem rejsowym albo casą i załatwione. Nie obchodzi nas, kto tam do tych migów wejdzie, kto siądzie za sterami i dokąd poleci. Nie nasza sprawa. Nie wiemy, czy to Ukraińcy wsiądą w te migi, czy obywatele Paragwaju. Nic nie wiemy. Ale Amerykanie zaczęli nas dojeżdżać. Pytali, w co gramy. My też pytaliśmy, w co oni grają. Skoro nasz pomysł im się nie podoba, to jak mamy rozumieć ich stanowisko. Czy baza w Ramstein jest w innej kategorii NATO niż Rzeszów czy Lublin? Czy Niemcy mają większą ochronę niż Polska? Nie odpowiedzieli na to pytanie. 

Minister X: Blinken (Anthony Blinken -  sekretarz stanu USA w czasach Joe Bidena), 9 marca wydał oświadczenie, w którym coś tam ogólnie pisał, że powstały pewne trudności. Zapewniał, że każde państwo ma prawo decydować o tym, w jaki sposób pomaga. Trochę zrzucał na nas winę. Ale pole do ciśnięcia nas było niewielkie. Uważam, że nasza deklaracja była sukcesem. Ona zmieniła postrzeganie Polski. Amerykanie zrozumieli, że nie mogą wszystkiego. Nie mogą zdecydować, jak przekażemy samoloty. 

Minister Z: Blinken powiedział, że polska propozycja pokazuje stopień skomplikowania problemu. Takich słów użył. Mówił też, że to decyzja rządu i oni nie będą się mieszać. A z drugiej strony Zełenski naciskał i mówił, że migi to decyzja techniczna i tylko logistyka jest problemem.

Minister X: Rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA z kolei oficjalnie skrytykował naszą decyzję (no tak, Amerykanie tacy potężni a boją się Rosji i rosyjski rakiet nuklearnych? Skoro tacy potężni, to niech idą przodem - zapraszamy, my już się pchaliśmy na pierwszego w 1939 i skończyliśmy jako zniszczony, wyludniony kraj w sowieckiej niewoli, gdy zarówno Amerykanie jak i Brytyjczycy perfidnie nas zdradzili i oddali w łapy Stalinowi. Dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, chociaż w tamtej sytuacji geopolitycznej nie mieliśmy innego wyjścia i to jest jedyne nasze wytłumaczenie). Mówił, że nie widzi sensu, byśmy przekazywali migi do Ramstein. Gdy Zełenski zaczął ostro komentować, że nie ma czasu na takie dyskusje, Amerykanie zaczęli na nas przerzucać winę i odpowiedzialność za opóźnienia, choć nie mieliśmy nawet pewności, że oni chcą te migi przekazać. Wyraźnie było widać, że problem jest po ich stronie. Każdy mówił co innego. My mieliśmy spóźniony komunikat. Amerykanie - nie.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Oczywiście po cichu i tak szykowaliśmy się do przekazania tych maszyn. Powstał pewien plan. Spytano Ukraińców, od czego pochodzi nazwa Ukraina. Milczeli. Padła odpowiedź, że od słowa "ukraść". Kumoch spytał, czy na Ukrainie już nikt nie wie, jak się tworzy nielegalne schematy. I może Achmetow by pomógł.

Zbigniew Parafianowicz: Naprawdę? Powiedział im to?

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Tak było. Kumoch jechał po bandzie. Ale jemu było wolno. Dla każdego, kto choć trochę zna ukraińską politykę, jest jasne, że złodziejstwo i uwłaszczanie się na państwie to tam norma od trzech dekad. Nie powstrzymała tego nawet wojna. Przyznaję, wypowiedź niezbyt dyplomatyczna i na granicy akceptowalności czarnego humoru. Ale między nimi była chemia. Lubili Kumocha, jego ostrość, twardość, brutalność, poza tym on płynnie mówi po rosyjsku i ukraińsku. Potem oświadczono, że migi będą stały w pasie przy granicy ukraińskiej. I zostawimy je tam, dla ułatwienia rozłożone na części.




Minister Y: Później się okazało, że te części zniknęły... Amerykanie pytali, czy się dało je poskładać. Odpowiedziałem, że chyba się dało. Sullivan dopytywał, jak i gdzie je poskładali. Odpowiedziałem: "W lesie". Jak się później okazało, nawet za bardzo nie nakłamałem. W lasach te samoloty były ukrywane. Startują z autostrad. Oni dostosowali swoje autostrady do standardu drogowych pasów startowych z zatokami dla myśliwców. Są takie drogi w okolicach Kijowa i pod Odessą. Pewnie znacznie więcej jest takich miejsc. 

Minister Z: Nasi wojskowi mówili, że tych samolotów nie da się złożyć po rozebraniu na części. Okazało się jednak, że Ukraińcy to potrafią. Dla nich nie ma granic. Są kreatywni. 

Minister Y: W zasadzie od początku wojny Ukraińcy trzymali samoloty zaledwie dobę w jednym punkcie. Aby nie stracić maszyn, przerzucali je codziennie w inne miejsca. 

Minister Z: Podobny numer do migów zrobiliśmy z ukraińskimi samolotami transportowymi, które znalazły się na terenie Polski tuż po wybuchu wojny. Ukraińcy skądś wracali. Wieźli broń antonowami. Wylądowali na Okęciu. Teoretycznie powinniśmy trzymać te maszyny w Polsce. Tak mówi prawo wojny. No i tak siedzimy, gadamy, co z tym zrobić, i w końcu mówię: "Słuchajcie, przecież Putin oficjalnie wojny Ukrainie nie wypowiedział. Prowadzi operację specjalną. Trzeba te samoloty przemalować w barwy cywilne i odesłać na Ukrainę". Daliśmy ciuchy cywilne Ukraińcom. Nawet już nie malowaliśmy tych maszyn. Poleciały.




CDN.
 

piątek, 15 listopada 2024

POLSKA NA WOJNIE! - Cz. IV

CZYLI JAK TO SIĘ ZACZĘŁO? 





Kolejna część wybranych przeze mnie fragmentów z książki Zbigniewa Parafianowicza: "Polska na wojnie. Nieznane fakty, kulisy rozmów. Wielkość i małość polskiej polityki".



AWARIA PREZYDENCKIEGO SAMOLOTU
Cz. II




Zbigniew Parafianowicz: Jaka była reakcja na to wszystko prezydenta?

Minister Y: Podczas lotu dostawał na bieżąco informacje o tym, co się dzieje. Nie widać było po nim zdenerwowania. Nic nie mówił. Nie komentował. Nie wtrącał się.

Minister X: Nie wiem czy się bał. Na pewno nie dał tego po sobie poznać. Przecież nie będzie panikował w takiej sytuacji. On zresztą miał 10 kwietnia 2010 lecieć tupolewem do Smoleńska. Ma to gdzieś z tyłu głowy. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Po lądowaniu zmieniliśmy samolot na drugiego rządowego boeinga 737. Nie było czasu na komentowanie i dyskusje. Widziałem jednak, że prezydent był mocno zdenerwowany. Ponaglał ludzi. Przeklinał. Duda sporo przeklina. Nie gardzi przekleństwami. Nie jestem w stanie dziś powiedzieć, czy klął z powodu awarii samolotu, czy dlatego że mieliśmy poważne spóźnienie. Mieliśmy witać Bidena. Tymczasem przywitał go szef Ministerstwa Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak.

Wojskowy: Wszyscy karnie wsiedli do drugiej maszyny. Nie było rozmów o tym, co się stało nad Warką. Lot do Rzeszowa przebiegał już bez problemów. Na miejscu pozwoliłem sobie na żart, że powinniśmy tego zepsutego boeinga ochrzcić jako 737 "Warka".




Minister Y: Amerykanie nie pytali o spóźnienie. Chyba ktoś ich poinformował, że jest problem z naszą maszyną. Możliwe, że sami się poinformowali. Zdaje się, że oni prowadzą nasłuch łączności ze swojego z samolotu bezzałogowego Global Hawk na całej długości wschodniej granicy NATO. Przed 24 lutego 2022 latali nim nawet nad Ukrainą, sięgając Donbasu. Zbierają nim dane dotyczące łączności. Musieli mieć informacje o tym, co się działo między wieżą a boeingiem, który lądował w Warszawie awaryjnie. Nie wiem, może ich przeceniam. Zakładam jednak, że musieli coś wiedzieć, bo w Rzeszowie byli ekstremalnie mili i nie nawiązywali w żaden sposób do naszego znacznego spóźnienia. 

Minister X: Pamiętam, że opozycja zachowała się wtedy w porządku. Nawet Radek Sikorski nie hejtował nas za spóźnienie po tym, gdy ogłoszono, że boeing miał awaryjne lądowanie. Nie było nic o lataniu na drzwiach od stodoły czy komentarzy w stylu jaki prezydent, taki zamach. My też nie naciskaliśmy na Amerykanów w tej sprawie. Choć mogliśmy. Maszyna była ich. Kupiliśmy ją niedawno. Co więcej, oni dopiero co wyplątali się z zamieszania wokół boeingów 737 Max, które spadały z powodu problemów technicznych. Chyba podobnych, bo miały problemy z tak zwanym przeciągnięciem. Gdybyśmy chcieli nagłośnić tę sprawę, ich koncern miałby poważne problemy. 

Wojskowy: Zapadła decyzja o śledztwie w sprawie tego incydentu. Prowadziły je prokuratura i Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych. Wiem, że interesował się tym też minister do spraw służb Mariusz Kamiński. Także MON prowadził własne postępowanie wyjaśniające w bazie odpowiedzialnej za transport VIP-ów. Zaprosiliśmy do śledztwa również Amerykanów z Boeinga. Dla nich ten incydent był sporym upokorzeniem. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Prezydent interesował się tą sprawą przez kolejne miesiące. Pytał mnie co jakiś czas, jaki jest rezultat wyjaśnień. Ja nie widziałem raportu końcowego. Wiem jednak, że w bazie, która lata według instrukcji HEAD, miało dojść do zmian personalnych. Nie nagłaśniano tego. Nie wracano do sprawy, aby nie podgrzewać atmosfery i nie karmić zwolenników spiskowych teorii.

Minister X: Badano też wątek dywersji i celowego uszkodzenia samolotu. Lecieliśmy na spotkanie z Bidenem zaledwie miesiąc po rozpoczęciu wojny. Nie można było wykluczyć niczego. 

Minister Y: Lecieliśmy na spotkanie z Bidenem, którego chcieliśmy przekonać do przekazania Ukrainie pierwszej partii czołgów T-72. Dziś niewielu o tym pamięta, ale Amerykanie w tamtym czasie byli przeciwni dostarczaniu Ukraińcom jakiegokolwiek ciężkiego sprzętu. Biden dopiero po spotkaniu w Rzeszowie dał zielone światło na czołgi dla Ukrainy. Wcześniej Amerykanie skalowali pomoc. Nie chcieli doprowadzić do zaognienia konfliktu. Dopiero po Rzeszowie i spotkaniu w Warszawie w cztery oczy Duda-Biden amerykański prezydent podjął decyzję, że na Ukrainę pojadą polskie T-72. W tym sensie awaria boeinga miała znaczenie. Jeśli samolot by spadł, nie byłoby żadnej dyskusji o czołgach. Byłby chaos i lawina oskarżeń, a nie myślenie o wojnie.




Wojskowy: Dziś wiadomo, że doszło do usterki trymera stabilizatora. Był problem ze sterem wysokości i elementami, które odpowiadają za to, że samolot gwałtownie nie nurkuje albo gwałtownie się nie wznosi. Po stronie polskiej nie doszło do złamania procedur opisanych w instrukcji HEAD. Nie było problemu po stronie pilotów. Jeśli trymer nie działa, pilot walczy z maszyną. Stąd odczucie niektórych pasażerów, że trwało "siłowanie się" z samolotem. Dziś też wiadomo, że pilot nie miał wyboru, musiał przerwać lot, bo było niebezpiecznie. Przy usterce trymera ląduje się w asyście straży pożarnej. Lotnisko się wtedy zamyka. Inne maszyny czekają w powietrzu. 

Minister X: Jak na skalę problemu skończyło się nieźle. Byliśmy w Rzeszowie o piętnastej. Godzinę po lądowaniu Bidena, który chyba trochę posiedział w Air Force One, bo zakładano, że może jednak się wyrobimy. No nie wyrobiliśmy się. Przywitał go Błaszczak, a później Biden pojechał na spotkanie z amerykańskimi żołnierzami stacjonującymi w Jasionce. To byli spadochroniarze z 82 Dywizji Powietrznodesantowej. Duda spotkał się z żołnierzami polskimi z 18 Dywizji Zmechanizowanej, której patronem jest generał Tadeusz Buk. Ten, który 10 kwietnia 2010 zginął w Smoleńsku. Taki był początek dwudniowej wizyty Bidena w Polsce.

Wojskowy: Taka awaria może się zdarzyć w dowolnym samolocie, ale nie w trzyletnim boeingu, w którym lata prezydent. To nie miało prawa się wydarzyć.



AMERYKANIE




Minister Y: Było jasne, że demokratyczna administracja Joe Bidena nie będzie chciała z nami współpracować tak, jak wcześniej Donald Trump. To był paradoks, bo przecież z punktu widzenia polityki wschodniej korzystniejsze dla nas było zwycięstwo Bidena. On nie miał prorosyjskich sentymentów. Racjonalnie kalkulował. Niemniej jednak traktował Polskę jak Teksas. Dla demokraty Teksas to zło. Mówią o Południu jak o jakimś zjawisku zoologicznym. Tak też mówili o Polsce. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: W listopadzie 2021 roku do Warszawy przyjechała szefowa amerykańskiej wspólnoty wywiadowczej Avril Haines, która nadzoruje wszystkie agencje wywiadowcze w USA. Przedstawiła nam informacje na temat planów Rosji. Nie chcę mówić o szczegółach, ale w zasadzie przekazano nam informacje o tym, że na początku 2022 na Ukrainie wybuchnie wojna. Haines mówiła o kilku scenariuszach. Jednym z nich była wojna pełnowymiarowa. Inwazja. 

Minister Y: Amerykanie mówili nam, że chcą w razie wojny ewakuować do czterdziestu tysięcy obywateli USA. Zaczęliśmy to liczyć i zastanawialiśmy się, skąd niby jest tylu Amerykanów na Ukrainie. Nawet zakładając ludzi z podwójnym obywatelstwem plus Ukraińców z kanadyjskim paszportem, nie kalkulowało się to. Stało się jasne, że oni szykują się do wywiezienia ukraińskich władz. Całej ukraińskiej administracji. Czy też szerzej, do ewakuacji elit ukraińskich. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Pamiętam, jak pierwszego albo drugiego dnia wojny zorganizowano łączenie z amerykanami i rozmowę Duda-Biden. Sullivan (Jake Sullivan - doradca do spraw bezpieczeństwa, zwolennik resetu z Rosją i "oddania" Europy pod niemiecki "zarząd komisaryczny") przekonywał że zaraz będzie koniec wojny. Ukraińcy mieli być zmieceni z planszy w ciągu trzech dni. Maksymalnie tygodnia. Sullivan szykował się na wojnę partyzancką, ale już po upadku państwa ukraińskiego. Opór w lasach, ale bez kontroli nad stolicą. Rozmowy kierował w takim kierunku. Jak możemy pomóc w dozbrajaniu Ukraińców do wojny partyzanckiej. (...)





PS: Dziś jak to się czyta, to ma się takie dziwne wrażenie, że w tamtym czasie popełniliśmy wiele błędów. Polska pomoc dla Ukrainy do dzisiaj jest największa ze wszystkich państw, które tej pomocy Ukrainie udzieliły (wliczam w to oczywiście utrzymywanie setek tysięcy, a być może milionów Ukraińców w Polsce, a także bezpośrednie finansowe wsparcie dla Ukrainy - która bez Polski realnie nie istnieje), ale po zachowaniu przywódców tego kraju widać, że oni nie mają najmniejszych nawet oznak wdzięczności z tego powodu. Oni w ogóle uważają (szczególnie Zełenski) że to, że im cokolwiek dajemy, to się należy jak psu kość, a poza tym... to i tak za mało dajemy. Ja w ogóle nie rozumiem jak można (i tutaj odnoszę się do prezydenta Dudy) tak mocno wspierać obce państwo, kosztem własnego? Nie rozumiem postępowania prezydenta Dudy i przyznam się szczerze że ja się przy tym zupełnie gubię, nie rozumiem tego człowieka i jego postępowania. Pomagać oczywiście trzeba i należy, ale na zasadzie coś za coś. My dajemy wam czołgi, wy dajecie nam polskie dzieła sztuki które pozostały we Lwowie, albo zgodę na rozpoczęcie przez polski Instytut Pamięci Narodowej (polski, nie ukraiński) ekshumacji bestialsko pomordowanych Polaków na Wołyniu w latach 1943-1944, których kości do dzisiaj nie zostały pochowane. Nic w życiu nie ma za darmo i nawet na wojnie trzeba płacić. 

PS2: Druga kwestia to porażająca wręcz murzyńskość naszych polityków, którzy zawsze szukają sobie jakiegoś szefa, jakiegoś zewnętrznego silnego protektora, który zapewni bezpieczeństwo, który w razie czego powie co i jak zrobić. I to jest straszne. Ja czuję się tak, jakbym był żył w jakimś skundlonym kraju i pół biedy gdyby tyczyło się to tylko pewnych polityków (czy z prawicy czy z lewicy - bez znaczenia, ale polityków). Problem polega na tym, że tak myśli co najmniej 20 parę procent moich rodaków i to jest dla mnie straszne, to jest niesamowicie osłabiające. Jedynym pocieszeniem jest to, że drugie tyle (a myślę że spokojnie 30 parę, być może nawet 40 parę) procent Polaków pragnie Polski wielkiej. Polski która nie musi się pytać o zgodę, tylko robi tak, jak uważa za stosowne. Jak trzeba zbudować Centralny Port Komunikacyjny, to to trzeba zrobić, bez względu na to czy politycy w Berlinie, Brukseli, Waszyngtonie i Moskwie się z tego powodu zesrają, czy nie. I tutaj widzę niesamowity potencjał dla stworzenia naszego własnego polskiego deep state (którego niestety nie mamy z powodu wojny, potem długoletniej sowieckiej realnej okupacji i potem budowy skundlonej III RP) opartego właśnie na rozwoju i polskiej sile (notabene Brytyjczycy też nie mają swojego deep state, ale oni akurat zupełnie innych powodów).

PS3: Każdy naród ma jakieś swoje traumy, jakieś swoje fobie i jakieś swoje plany (np. Niemcy według mnie wciąż żyją mentalnie w okresie I Wojny Światowej, która dla nich jest nie przebytą traumą, dlatego dziś próbują stworzyć mitteleuropę w projekcie gospodarczym, czyli to, czego nie udało im dokonać w latach 1914-18). Ja uważam że my, Polacy cierpimy na syndrom utraty państwa (jakkolwiek by to nazwać). Straciliśmy bowiem Pierwszą Rzeczpospolitą w końcu XVIII wieku i tak naprawdę od tego czasu realnie jesteśmy do tyłu. Zawsze bowiem w ciągu tych ponad 200 lat byliśmy albo pod zaborami, albo pod okupacją, albo pod dominacją innych potęg  i tylko ten jeden krótki, bo 20-letni okres Niepodległości, to za mało żeby wykształcić gen wiary we własne możliwości i własną siłę. Oczywiście pomimo istnienia polityków o mentalności sprzedajnych pań stojących pod latarnią, po roku 1989 społeczeństwo nabrało jednak przekonania że można budować potęgę gospodarczą, jeśli tylko ktoś obcy nie będzie nam przy tym przeszkadzał i tak się właśnie stało. W ciągu 35 lat - jakie minęły po tej tak zwanej transformacji ustrojowej - Polska odniosła niesamowity sukces. Staliśmy się drugim państwem na świecie, które przez ten czas rozwijało się w sposób niesamowicie dynamiczny, a przebiły nas pod tym względem tylko Chiny. I to jest właśnie to podglebie na którym według mnie należy budować oddolnie polską siłę, bo odgórnie widać że kundlizm panuje w najlepsze bez względu na opcję polityczną - czy to na lewicy (co naturalne według mnie), czy też na prawicy.

PS4: Problemem jest jednak spadek dzietności, ale gdybym ja był premierem rządu Rzeczpospolitej, to myślę że miałbym na to pewną radę. Oczywiście mówienie, że to kwestia żłobków, czy też braku pieniędzy powoduje, że pary nie chcą mieć dzieci - jest totalną bzdurą. Oczywiście te wszystkie problemy są ważne i na pewno składają się również na decyzję o odłożeniu albo o rezygnacji z potomstwa, ale nie jest on determinujący. Kiedy bowiem rodziło się najwięcej dzieci? Wtedy kiedy społeczeństwo było syte, bezpieczne i bogate, czy wtedy kiedy było biedne, zniszczone i słabe? Bo wydaje mi się (a raczej jest to pewność) że właściwą odpowiedzią jest ta druga opcja. W biednej Afryce rodzi się mnóstwo dzieci, w bogatych krajach tych dzieci jest coraz mniej, więc kwestii finansowe nie są wcale determinujące (są ważne ale nie najważniejsze) i to nie one decydują o braku lub posiadaniu potomstwa. Ważny jest przede wszystkim aspekt kulturowy. Zauważyłem bowiem że społeczeństwa w których religia wciąż jest bardzo ważnym aspektem życia społecznego, mają znacznie więcej dzieci, niż te, które się zlaicyzowały. Ciekawym przykładem jest tutaj państwo Izrael, które jest państwem realnie religijnym, choć na zewnątrz wydaje się być zupełnie inaczej - ale to tylko pozory. W Izraelu nie ma bowiem czegoś takiego jak świeckie państwo. Mało tego, w Izraelu nie ma ślubów cywilnych, tam są tylko i wyłącznie śluby rabiniczne, a wszyscy (dosłownie wszyscy) politycy izraelscy są jahwistami (a co za tym idzie szowinistami i fanatykami religijnymi). Oni naprawdę do dziś wierzą, że Bóg Jahwe dał im nie tylko tę ziemię którą posiadają obecnie, ale również tę, którą chcą zdobyć - czyli Strefę Gazy, Jordanię, wschodni Egipt do Nilu, Irak, Syrię i Liban. To jest tak zwana ziemia Wielkiego Izraela, którego naszywki żołnierze izraelscy noszą na mundurach. Co ciekawe gdy Palestyńczycy pytają się Żydów (którzy wypędzają ich z ich domów) dlaczego to robią, dlaczego pozbawiają ich domu, ci odpowiadają z całkowitą pewnością siebie, mówiąc: "To nie jest wasza ziemia i to nie jest wasz dom. Tę ziemię dał nam Pan i ona należy do nas" (😬). Wyobrażacie sobie aby obecnie coś takiego powiedział którykolwiek przedstawiciel europejskiego narodu? A u nas pewnym ludziom i środowiskom (i to wcale nie marginalnym) krzyż się w Sejmie nie podoba i w instytucjach publicznych, bo co, bo świeckie państwo tak? Otóż powiem tak - świeckie państwo polega na tym, że biskupi, kardynałowie i w ogóle klerycy nie zasiadają w Sejmie, nie pełnią funkcji publicznych i nie decydują bezpośrednio o naszym życiu (tak jak to czynią politycy), a krzyż nie tylko jest symbolem religijnym, ale również symbolem kulturowym. Jest częścią tradycji w której wyrośliśmy częścią naszych korzeni z drzewa naszych przodków. Wielu zaś pragnie, aby to drzewo straciło swoje korzenie. A drzewo które nie ma korzeni, nadaje się... tylko na opał. 

Wracając jednak do kwestii dzietności, to ciekawym pomysłem według mnie byłoby utrzymanie programu 500 plus, ale ja bym zrobił to trochę inaczej, bo te pieniądze realnie nie mogą doprowadzić do zwiększenia dzietności w kraju. Ja wprowadziłbym 500 złotych (nie 800) od drugiego dziecka, jak również od trzeciego i czwartego. Ale już za piąte dziecko byłoby 10 000, podobnie za szóste, siódme, ósme i dziewiąte, natomiast za dziesiąte dziecko wypłacono by już 100 000 złotych. Jestem przekonany, że to by był motywator który znacznie bardziej poprawiłby dzietność w naszym kraju, niż to co wprowadził wcześniej PiS.




CDN.

środa, 30 października 2024

POLSKA NA WOJNIE! - Cz. III

CZYLI JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?





Kolejna część wybranych przeze mnie fragmentów z książki Zbigniewa Parafianowicza: "Polska na wojnie. Nieznane fakty, kulisy rozmów. Wielkość i małość polskiej polityki".





INWAZJA 
Cz. III


Zbigniew Parafianowicz: Czy Kaczyński albo Duda zakładali, że Ukraina może upaść?

Minister X: Nie było takich rozważań. Jesteśmy na wojnie i nie zajmujemy się tym, czy wygramy, czy przegramy, tylko walczymy.

Zbigniew Parafianowicz: Kto podjął decyzję o otwarciu granic?

Minister X: Sama się podjęła. I nie pamiętam, żeby ta decyzja była przez kogokolwiek kwestionowana. Duda na parę dni przed wybuchem wojny rozmawiał z Justinem Trudeau i powiedział, że Polska granice otworzy. Obiecał to zresztą Zełenskiemu w Wiśle. Trudeau mówił, że dziękuje, bo to jest takie ważne dla nich. Drugiego czy trzeciego dnia wojny dostaliśmy informację, że jest problem, bo pociąg z czterystoma osobami utknął. Był siedem godzin sprawdzany przez ukraińskie służby. Ktoś poprosił, czy możemy to udrożnić. Zadzwoniliśmy do Ukraińców. I tak się zaczął wielki exodus. Dochodziło oczywiście do incydentów. Hindusi jacyś dostali po łbie, bo kobiety wywalali z kolejki. Nie miało to nic wspólnego z kwestiami rasowymi. Tylko jak ktoś drze japę i popycha kobiety, po prostu dostaje.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Przez pierwsze tygodnie wojny każdy dzień zaczynaliśmy naradą koło ósmej rano, potem były kolejne. Po jakimś czasie była już tylko jedna narada. Po półtora miesiąca chyba przyszedł dzień, w którym nie mieliśmy żadnego gabinetu wojennego. 

Minister X: Struktura nart była zawsze taka: najpierw występowały służby i sucho przedstawiały, jaki jest stan gry na frontach. Wywiad miał dobre informacje. Wychodziłem mądrzejszy z tych spotkań. Służby zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym relacjonowały, czy jest zagrożenie infiltracją. Ich informacje były uspokajające. Po nich dochodziło do generacji, która się chwaliła. Oni tak mają. Mundury, lampasy, te sprawy. Nie wierzyli, że Ukraina przetrwa. My studziliśmy te ponure emocje. Mnie irytuje osobiście taka ekspertyza generalska. Nauczyłem się tego, żeby w to nie wierzyć. Oni siadają i zaczyna się jazda. "Proszę państwa, przewaga tutaj jest jednak tak duża, że proszę. Tutaj nie ulegajmy też złudzeniom". No i co z tego. Była przewaga, nie ma przewagi. Ukraina stoi. Nie doceniali tego, że od pierwszego dnia nie było żadnej zdrady w wojsku ukraińskim. Nie było powtórki z Krymu. Stawili opór. Nie poszli w rozsypkę. (...)

Minister Y: Nie rozumiałem podejścia generalicji. Wiedziałem, że trzeba prowadzić wojnę do zwycięstwa. Trzeba tak zakładać, bo jak się nie wierzy w zwycięstwo i cały czas prowadzi wojnę, kwestionując, czy ma to sens, przegrywa się. I tak jesteśmy w luksusowej sytuacji. Żaden Polak nie musi walczyć. Walczą z za nas. My tylko mamy robić zaplecze. 





 AWARIA PREZYDENCKIEGO SAMOLOTU
 

Wojskowy: Siedziałem blisko szefa sztabu generalnego generała Rajmunda Andrzejczaka. Na początku był wyluzowany. Ale tylko na początku. Zapytałem go, czy jest źle. Potwierdził. Nie był w dobrym nastroju. Wiedziałem, że jesteśmy w dupie. Ktoś wyszedł z kokpitu od pilotów. Był zielony i przerażony. Nic nie powiedział. Prezydencki boeing 737-800 NG 25 marca o godzinie 12:50 wystartował z warszawskiego Okęcia. Lot do Rzeszowa miał potrwać czterdzieści pięć minut. Na lotnisku w Jasionce Andrzej Duda miał witać Joe Bidena, który składał pierwszą wizytę w Polsce. Duda dotarł jednak spóźniony. Maszyna po kilkudziesięciu kilometrach zawróciła. Pilot zgłosił awarię. 

Minister X: Gdy wyłączono sygnalizację zapiąć pasy, wstałem z fotela. Szedłem do toalety, kiedy poczułem silne przeciążenie. Tak, jakby pilot walczył z maszyną. Próbował ją za wszelką cenę poderwać do góry, żeby nie spadła. Nogi miałem strasznie ciężkie. W zasadzie nie mogłem iść. Na miejsce wracałem, trzymając się foteli. 

Minister Y: To było strasznie dziwne. Na początku nie wiedziałem, o co chodzi. Załoga zaczęła ponaglać pasażerów, żeby ponownie zajęli swoje miejsca. Zrobiło się nerwowo, zanim znów włączyła się sygnalizacja, aby zapiąć pasy. Najpierw trzęsło. Później czuć było silne przeciążenie. Nikt nie wiedział, o co chodzi. 

Minister X: Stewardesa pogoniła mnie z powrotem na miejsce. Wiedziałem, że coś niedobrego się dzieje. Usiadłem. Zapiąłem pasy. Czekaliśmy, co dalej.




Wojskowy: Jeszcze na początku tego dziwnego wydarzenia ktoś sobie żartował. Takie klasyczne heheszki, gdy samolotem mocno trzęsie. Jak w locie czarterem do Egiptu. Ktoś rzucił, że jak to minie, nagrodzimy pilota oklaskami. Żołnierze śmiali się, że zrzucamy paliwo, choć chyba go nie zrzucaliśmy. Możliwe, że padły wtedy słowa nawiązujące do Smoleńska. Coś na wzór czarnego humoru. Szybko jednak te heheszki się skończyły. Było jasne, że dzieje się coś bardzo złego. Nie widziałem prezydenta. (...)

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Trzęsło jak cholera. Wszyscy patrzyli na wojskowych. Ich reakcje były papierkiem lakmusowym tego, co się dzieje. Zdawało nam się, że oni wiedzą najlepiej. (...) Maszyna należy do Pierwszej Bazy Lotnictwa Transportowego, która zajmuje się wożeniem VIP-ów. Wojskowi wiedzieli najlepiej, jak się sprawy mają. Ich koszarowy humor szybko jednak ustąpił miejsca powadze. To mogło oznaczać tylko jedno, będziemy lądować awaryjnie. (...)

Minister X: Wysłałem sms-a do żony, że jest problem z maszyną. Pożegnałem się. Całym samolotem telepało. 

Wojskowy: Zapadła decyzja, że wracamy do Warszawy. Po walce pilota o kontrolę nad maszyną, boeing zaczął obniżać lot. (...) Maszyna miała priorytet w awaryjnym lądowaniu w Warszawie.




Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Zawróciliśmy nad Warką i krążyliśmy w okolicach Warszawy. Pilot musiał podjąć decyzję, gdzie będzie lądował awaryjnie. Zdecydował, że optymalne będzie Okęcie. Załoga argumentowała, że to najlepiej wyposażone lotnisko. Tam też jest baza, z której pochodziła maszyna. Było jednak jasne od początku, że chodzi o potencjalną pomoc dla pasażerów. Przede wszystkim pasażera numer 1 - gdyby okazało się, że grozi nam katastrofa.

Wojskowy: Pilot ustalał, jaka jest kondycja maszyny. Stabilizował ją. Przestało trząść. Wydawało się, że wyjdziemy z tego cali. Na pokładzie panowała jednak grobowa cisza. Nie było rzucania kurwami. Nie było paniki. Była cisza. Pustka.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Każdy wiedział, że w przypadku lotów o statusie HEAD w Polsce nie ma tabu. 10 kwietnia 2010 spadł samolot z prezydentem. Skoro to się wydarzyło, dlaczego my mielibyśmy nie spaść. To rujnowało morale. Myślałem: "Jak to, powtórka z tego będzie? Przecież to niedorzeczne".

Minister X: Po wysłaniu wiadomości do rodziny po prostu się modliłem.

Wojskowy: To był najdłuższy lot w moim życiu. Nie chciałem dołączyć do grona kolejnych żołnierzy, którzy zginęli w katastrofach. Wolę na wojnie. Smoleńsk jest jednak pewną hańbą. Porażką państwa. Niezależnie od tego, czy jesteś w gronie zwolenników teorii o zamachu, czy tych, którzy są przekonani o zaniedbaniach rosyjskich i polskich. No nie może być tak, że drugi raz, po dwunastu latach, znów dochodzi do takiej kompromitacji. Po Smoleńsku transport VIP-ów przekazano LOT-owi. Niedawno znów wrócił do wojska. Wojsko zaczęło odzyskiwać autorytet w tej dziedzinie. Kupiono nowe maszyny za astronomiczne sumy. Po tupolewizmie w Londynie i próbie zapakowania do jednego samolotu dwóch, napisano nawet nową, zupełnie sensowną instrukcję HEAD. Katastrofa doprowadziłaby do utraty wiary w to, że państwo może takie rzeczy ogarniać.
Po Smoleńsku była zgoda co do tego, że to nie może się powtórzyć. (...)




Minister X: Lądowaliśmy w grobowej ciszy. Nikt nic nie mówił. To był zupełnie surrealistyczny obrazek. Gdy schodziliśmy do lądowania, nie było czuć już żadnych problemów technicznych. Samolot usiadł normalnie. Nic nadzwyczajnego się nie działo.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Po lądowaniu, gdy emocje opadły, byłem na najzwyczajniej wściekły. Boeing miał być nowoczesny. To nie Tupolew czy Jak, w którym były popielniczki z PKS-u i koce na fotelach. Tamte maszyny były postrzegane jako stary złom. Boeing zmieniał wszystko. Nie śmierdziało w nim paliwem. Nie było głośno. Siedzenia się same nie składały. Był wygodny. Dlaczego się zepsuł? Dlaczego znów mieliśmy przed oczami kompromitację? 

Wojskowy: Na Okęciu vis-a-vis terminala pasażerskiego jest budynek z poczekalnią dla VIP-ów i dziennikarzy. W salonce dla dziennikarzy kiedyś był alkohol. Miałem ochotę po prostu się napić.




CDN.
 

wtorek, 22 października 2024

POLSKA NA WOJNIE! - Cz. II

 CZYLI JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?



Kolejna część wybranych przeze mnie fragmentów z książki Zbigniewa Parafianowicza: "Polska na wojnie. Nieznane fakty, kulisy rozmów. Wielkość i małość polskiej polityki".



INWAZJA
Cz. II




Zbigniew Parafianowicz: "Czy Polska dowiedziała się o inwazji na swojego sąsiada w porę, czy później niż wszyscy?"

Dyplomata A: Zacznijmy od tego, że nikt w Europie nie wierzył w wojnę na pełną skalę i w marsz na Kijów. Ten, kto twierdzi, że wiedział, kłamie. Wszyscy dowiedzieliśmy się 23 lutego 2022 wieczorem, czyli na kilka godzin przed inwazją. Dwa, może trzy dni przed tą datą Amerykanie przekazali nam precyzyjne informacje wywiadowcze o tym, że do grup taktycznych na Białorusi i w obwodach graniczących z Rosją zostały wysłane rozkazy z datą ataku. Ale to nie było wcale potwierdzenie, że wojna wybuchnie. Wówczas nie wierzyliśmy Amerykanom. Pamiętaliśmy o kłamstwach w sprawie broni masowego rażenia Saddama Husajna. Prawda jest więc taka, że wiedzę wyprzedzającą o ataku mieli tylko Amerykanie i Brytyjczycy. Szczególnie Brytyjczycy są dobrze zorientowani. Mają dobre źródła. Prowadzą zaawansowane operacje wywiadowcze. Pozostałe kraje mają specjalizacje wywiadowcze. Mają wiedzę wycinkową. My też. Amerykanie i Brytyjczycy składają w całość. My mamy fragmenty. 

Oficer wywiadu: Pewność ostateczną, na kilka godzin przed atakiem, dały nam nasze służby. Prowadzimy nasłuch tego, co się dzieje na Wschodzie. Nie chodzi o to, że wiemy o czym oni rozmawiają. Chodzi o śledzenie sygnału. Wywiad podał nam informację, że została wprowadzona cisza radiowa. Na całej długości potencjalnego frontu wprowadzono ciszę radiową. Również od strony Białorusi. Co to oznacza? Tylko tyle, że łączność nie odbywała się za pomocą urządzeń. Przyszły rozkazy w zalakowanych kopertach na piśmie poprzez kurierów z zadaniami do realizacji. Jak to się mówi, jazda w starym stylu. (...) Wiedzieliśmy, że mamy od kilku do kilkunastu godzin.




Ważny urzędnik Kancelarii Premiera: Poszedłem z tym do premiera i wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego, który wówczas odpowiadał za bezpieczeństwo. Obaj nie byli szczególnie zaskoczeni. Kaczyński był jednym z nielicznych, którzy wierzyli w wojnę na pełną skalę. My kierowaliśmy się analizami naszych służb i wojska, że owszem dojdzie do wojny, ale będzie ona prowadzona na Donbasie i na południu Ukrainy. Byliśmy pewni, że Rosja chce przebić korytarz lądowy na Krym, zająć Donbas. Markowanie uderzenia z Białorusi traktowaliśmy jako odciąganie uwagi. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Brak wiary w wojnę na pełną skalę nas nie kompromituje. Nikt w Europie nie wierzył w ten wariant. Na krótko przed wybuchem Morawiecki miał taki duży objazd po Europie, aby przekonywać, że idą ciężkie czasy i że zaraz może rozpocząć się atak. Wrócił przerażony, że nikt nie bierze tego na serio. "Szok. Oni nie wierzą w żadną wojnę" mówił.

Ważny urzędnik Kancelarii Premiera: Informacja o ciszy radiowej natychmiast trafiła do Kaczyńskiego i Morawieckiego. Wiedzieliśmy, że Rosjanie wychodzą na pozycje. Nad ranem zorganizowaliśmy pierwsze posiedzenie zespołu kryzysowego. (...)

Dyplomata B: Ministerstwo Spraw Zagranicznych było 24 lutego zaskoczone. Kaczyński i Morawiecki nie podzielili się informacjami z Rauem (Zbigniew Rau - polski minister spraw zagranicznych). Minister informacje miał z prasy. 

Ważny urzędnik Kancelarii Premiera: 23 lutego wyszliśmy z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przed północą. Powołaliśmy zespół zarządzania kryzysowego i uruchomiliśmy komitet bezpieczeństwa państwa. Nad ranem odbyły się pierwsze posiedzenia. Później było spotkanie u prezydenta w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Wojskowi byli bardzo sceptyczni wobec rozwoju wydarzeń. Wojsko, ale też i większość polityków i ludzi służb nie wierzyli, że Kijów się utrzyma. Wielokilometrowa kolumna rosyjskich wojsk szła później na stolicę. Nie było mądrych, którzy mogliby powiedzieć, jak rozwinie się sytuacja. Uczyliśmy się wszystkiego. To była wojna bez precedensu. 




Oficer wywiadu: Intuicyjnie za pomocą polskiego wywiadu elektronicznego ustaliliśmy położenie jednostek rosyjskich i ukraińskich. Nie mieliśmy jednak pełnej wiedzy na temat tego, w jakim zakresie Kijów jest otoczony i czy został zamknięty dostęp do miasta. Przynajmniej na początku tego nie wiedzieliśmy. Mieliśmy swoje źródła na Ukrainie, które ekspresowo musiały przestawić się na tryb wojenny. Nie trwało to długo. Mieliśmy ludzi z wywiadu w Kijowie, którzy zbierali dane na temat sytuacji w mieście i wokół miasta. Od początku tam byli. Od początku dostarczali wiedzę. Tylko że to były suche fakty, których ani politycy, ani wojskowi nie potrafili jeszcze właściwie interpretować. Gdy otrząsnęliśmy się z szoku, te informacje były naprawdę wysokiej jakości. To, co dziś wydaje się nieważne, wtedy było kluczowe. Musieliśmy wiedzieć, jak wygląda miasto od środka. Ile jest blokpostów i jakie siły będą broniły miasta. Musieliśmy wiedzieć, czy jest wola walki i jaka taktyka będzie stosowana. Czy Ukraińcy będą bronili miasta, czy się rozejdą. Nasi ludzie z wywiadu mapowali miasto. Jest prosty sposób na ustalanie miejsc, w których są na przykład blokposty czy większe punkty oporu. W kieszeni spodni wystarczy zrobić puste zdjęcie iPhonem. Takie foto natychmiast trafia do IClouda z podaniem precyzyjnej pozycji ukraińskiej czy rosyjskiej. Taką daną nanosi się na mapie miasta. W Kijowie działał internet. Skoro działał internet, to i podstawowe komunikatory z niezłymi zabezpieczeniami i maile szyfrowane - Signal, ProtonMail czy Tutanota. Wszystko działało, a jeśli ktoś to czytał, to co najwyżej sojusznik. Można było pracować. (...)

Minister X: Wojsko i służby dostarczały na bieżąco informacje o postępach ofensywy. W pierwszym dniu, mimo telefonu Zełenskiego do Dudy, nie było jasne, gdzie on jest. Czy został w Kijowie, czy na przykład wyjechał do Lwowa. Później się okazało, że pod swoją siedzibą ma bunkier głęboko pod ziemią, połączony systemem przejść z metrem. Tam urzędowali. Niektórzy siedzieli tam przez kilka tygodni. Zastępca szefa administracji Zełenskiego Andrij Sybiha mówił później, że zapomniał, jak wygląda światło dzienne. Z czasem przywykli, ale pierwszego dnia Sybiha był roztrzęsiony. Prosił o pociski przeciwlotnicze i dostawy paliwa. Mówił chaotycznie. Widać było, że sami Ukraińcy nie wiedzą, w jakiej sytuacji się znajdują.




Minister Y: Atmosfera była raczej grobowa. Wojsko pesymistyczne. Mówili: "Cudu nad Dnieprem raczej nie będzie".

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: 26 lutego zaczęliśmy też analizować zasady sukcesji władzy na Ukrainie w razie śmierci Zełenskiego. Jaka będzie rola premiera i przewodniczącego Rady Najwyższej? Jakie to zrodzi spory? W drugim dniu wojny niemal wszyscy byli pewni, że Ukraina nie przetrwa. Choć pojawił się pogląd, że jeśli utrzyma część terytorium, to stanie się powojenną Chorwacją na sterydach. Na poważnie zastanawialiśmy się też nad tym, jakie jest prawdopodobieństwo dołączenia Białorusi do inwazji. Gdyby tak się stało, rozpatrywaliśmy powołanie grup dywersyjnych złożonych z przedstawicieli diaspory białoruskiej, które działałyby na zapleczu armii Łukaszenki i utrudniały mu wojnę. Rozmawialiśmy o tym z Amerykanami. Nasze obawy o Białoruś okazały się przesadzone. Łukaszenka sam bał się o swoje życie. Na początku marca sondował ucieczkę z Mińska. Utrzymywał z nami kontakt i badał, czy pozwolimy mu przyjechać do Polski i stąd odlecieć w świat. On wiedział, że z Mińska samolotem nigdzie bez zgody Putina nie wyleci. Bo Putin ma go w zasięgu rosyjskiej obrony powietrznej. Na całej Białorusi były już obecne oddziały rosyjskie, w tym zestawy S-300 czy Buk.

Minister X: Szczerze mówiąc, te analizy wojskowych z pierwszych dni wojny były bardzo rozczarowujące. Generalicja się nie popisała. Prawdziwe jest powiedzenie, że generałom nie można oddać prowadzenia spraw wojennych. Nie chciałem się tego wszystkiego dowiedzieć o polskiej armii, czego dowiedziałem się w pierwszych dniach wojny. Gdyby to na nas padło, nie wiem, czy byśmy się utrzymali tak jak Ukraińcy. Raczej przeciętne analizy i wszechobecny niedasizm panowały w wojsku. Nic się nie da. Zawsze milion przeszkód. (...) Tymczasem Ukraińcy trzymali się. Nie oddawali miast. Okazało się, że zagrożeniem była nie słabość militarna, ale pojawiające się na Zachodzie, ale też i w Polsce dogadywactwo - dążenie na siłę do rozejmu.

Dyplomata A: Pierwszego dnia wojny musieliśmy też podjąć decyzję, co dalej z naszą ambasadą w Kijowie. Kumoch upierał się, aby ambasador został. Bartosz Cichocki też nie chciał wyjeżdżać. Kłócił się jednak z Pałacem o personel ambasady. Chciał, żeby jak najwięcej osób zjechało. Żeby zostali tylko ochotnicy. Ale nie tacy ochotnicy, na których ktoś naciska. 

Minister Y: Efekt był taki, że został ambasador i dwóch oficerów. Jeden jest pułkownikiem Agencji Wywiadu, drugi zastępcą attaché wojskowego. Pułkownik Agencji Wywiadu był łącznikiem naszych służb. Miał kontakt z agencjami ukraińskimi. Pierwszego dnia musiał nauczyć się tego, jak zorganizować system kamer wokół ambasady. W kolejnych dniach musiał załatwić broń na mieście. Centrala Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie zadbała o to, by przygotować placówkę na wojnę. Kijowa nie traktowano jako placówki wojennej. Oni w pustych butelkach gromadzili wodę, gdyby okazało się, że kurek został zakręcony. Ten pułkownik wszystko pozałatwiał. To taki typ gangusa. Obrotny. Doskonale nadający się na takie okazje. Cała trójka z ambasady: Cichocki, wojskowy i oficer Agencji Wywiadu znacznie powyżej przeciętnej, jeśli chodzi o odwagę. Cichocki w pewnym momencie naprawdę w czasie alarmów powietrznych oglądał mecze Legii w swoim gabinecie. 

Minister X: Pierwszego dnia ukraińska ochrona ambasady gdzieś zniknęła. Wrócili dopiero, gdy było bardziej klarowne, że Kijów może się utrzymać. (...)

Minister Y: Nikt z nich nie schodził do schronu w czasie alarmów. Kozaczyli.


BARTOSZ CICHOCKI 
(Jedyny ambasador który pozostał w Kijowie po rozpoczęciu rosyjskiej agresji na Ukrainę) 



Dyplomata A: Drugiego albo trzeciego dnia wojny dostaliśmy informację, że ma być zmasowany atak rakietowy na Kijów. Kumoch poprosił prezydenta, aby osobiście zadzwonił do Cichockiego i kazał mu zejść do schronu. Prezydent kazał, ale on i tak robił, co chciał. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Praktycznie nie wychodziłem z biura. Cały czas trwała wielka narada. Przyleciał Kułeba, szef MSZ. Przywiózł rodzinę. Schroniła się u naszego szefa MSZ, u Raua. On się tym nie chwali, ale bardzo mu pomógł. Cała rodzina plus pies mieszkała u niego. Inni zresztą też. Kumoch zaproponował schronienie rodzinie Sybihy, tak jak Soloch swojemu odpowiednikowi Daniłowowi. On podziękował i powiedział, że rodzina jest już w Polsce. Jego córka miała rodzić w okolicach 24 lutego. Chyba urodziła w Polsce jakoś na początku inwazji. Dziś Kułeba mało mówi o roli Polski. Jest fanem Borisa Johnsona. "Nie no, największe wrażenie to Borys na mnie zrobił. To jest bohater" - tak gadał. O Dudzie nie wspominał. Oni uważali za oczywistość to, że im pomagamy. No i w sumie tak trochę było. Cały naród ruszył do powstania. Sławomir Dębski, szef Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, tak to nazwał. Ten nasz zryw pomocy dla Ukraińców nazwał powstaniem przeciwko Rosji.






Minister X: Kułeba w Polsce spotkał się wtedy z całym kierownictwem państwa. Z Dudą, Morawieckim, Kaczyńskim. Duda powiedział mu: "Dopóki się bijecie, jesteśmy z wami".

Minister Y: Ze strony Kaczyńskiego od pierwszego dnia wojny nie było żadnego kombinowania wokół Ukrainy. Nie było żadnego gadania o Lwowie. Te bzdury Giertycha można wsadzić sobie... Oczywiście cały PiS patrzył, co powie prezes. Jak się zachowa. Stanowisko Dudy ich nie interesowało. Kaczyński słuchał. Nigdy nie podważył sensu pomagania Ukrainie.




CDN.

poniedziałek, 21 października 2024

POLSKA NA WOJNIE! - Cz. I

CZYLI JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?





 Ponieważ obecna sytuacja wykluczenia Polski z kręgu decyzyjnego na temat przyszłości Ukrainy i ewentualnego zakończenia konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, jest dla mnie wyjątkowo nie do przyjęcia (pojawiają się oczywiście głosy, że kto miałby tam pojechać? Ja uważam że mógłby tam pojechać prezydent Andrzej Duda, ale równie dobrze mógłby pojechać premier Donald Tusk. Co prawda nie głosowałem na niego i nie popieram ani jego, ani jego polityki, uważam go też za zwykłego cwaniaczka, kłamczucha i człowieka który działa na niekorzyść mojego Państwa, a związane to jest z jego wcześniejszymi zależnościami jeszcze z czasów Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a także wciąż nie zastygły mi pragnieniami powrotu do Brukseli. Mimo to, to jest premier mojego kraju i jeśli tylko "odważyłby" się działać zgodnie z interesem naszego Państwa i Narodu, to miałby we mnie pełne wsparcie, bez względu na różnice polityczne). Dlatego też postanowiłem jeszcze dzisiaj zaprezentować wybrane fragmenty z książki Zbigniewa Parafianowicza "Polska na wojnie. Nieznane fakty, kulisy rozmów. Wielkość i małość polskiej polityki", opowiadającej o wydarzeniach dziejących się od roku 2021, czyli jeszcze sprzed wybuchu wojny na Ukrainie, aż do roku 2023 i konfliktu, jaki wybuchł wówczas między Polską a Ukrainą z powodu sporu o transport ukraińskiego zboża przez polskie terytorium. Ciekawie opisane są tam różne niuanse spotkań poszczególnych polityków - zarówno polskich, ukraińskich jak i niemieckich, francuskich, brytyjskich i amerykańskich. Ciekawa lekcja dla nas, aby wiedzieć jak działać w przyszłości i jak nie dać się ogrywać takim indywiduom jak Scholz czy Biden.



SPOTKANIE W WIŚLE




Dyplomata: (...) Na miesiąc przed wojną Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski spędzili razem w Wiśle dwa dni. Spotkanie było zaplanowane wiele miesięcy wcześniej i nie miało nic wspólnego z wojną. Chodziło o "projekt przyjaźń", który miał polegać na wejściu w buty Aleksandra Kwaśniewskiego z czasów pomarańczowej rewolucji, czyli zbudowaniu półprywatnych relacji pomiędzy Dudą a Zełenskim.

Dyplomata A zaangażowany w sprawy ukraińskie: Pomysł nieformalnego spotkania rzucił Jakub Kumoch, minister w Kancelarii Prezydenta, a potem kluczowa postać u boku Dudy w pierwszym roku wojny. Duda z początku miał wątpliwości. Bo zdawał sobie sprawę, że był już raz oszukiwany przez Poroszenkę. "Umówiłem się z nim na wiele rzeczy. Niemal żadnej nie spełnił" - miał mówić.

Dyplomata B: Chodziło o spór wokół Wołynia, ale nie tylko. Poroszenko nie wywiązał się z pomysłu wprowadzenia Polaka do rządu ukraińskiego. Co prawda zaproponował coś więcej, stanowisko szefa rządu, ale Balcerowiczowi, arcyprzeciwnikowi PiS. Duda potraktował to jako policzek. 

Minister X: Ustaliliśmy, że trzeba się z Zełenskim spotkać w cztery oczy i po prostu po męsku napić się wódki.

Dyplomata A: "Duda powiedział, że najbardziej nadaje się Wisła. "Tam jest taka dobra karczma" - stwierdził. Miał na myśli obiekt w dyspozycji Kancelarii Prezydenta. (...) Spotkanie odbyło się w czwartek i piątek 20-21 stycznia 2022. I faktycznie było przełomowe w późniejszych stosunkach. Udział wzięły kluczowe postaci. Zełenskiemu towarzyszył Andrij Jermak, numer dwa ukraińskiej polityki. Oraz Andrij Sybiha, zastępca Jermaka odpowiedzialny za sprawy międzynarodowe. Po stronie polskiej byli główni "wojenni" doradcy prezydenta - Kumoch, oraz z ramienia rządu wiceszef MSZ Marcin Przydacz.

Minister X: Nie było planu że w Wiśle podpiszemy jakieś konkretne umowy. Obie strony były zainteresowane uruchomieniem stałego kanału komunikacji. Mniej formalnego. Bez ograniczeń protokolarnych. Bez straty czasu. Po rozmowach w Wiśle wieczór spędziliśmy, jedząc i pijąc. 

Dyplomata B: Duda plus wóda równa się nienuda. Bez alkoholu Duda jest strasznym nudziarzem, po alkoholu odwrotnie. Wisła to była regularna impreza. Dyplomacja alkoholowa z bardzo satysfakcjonującym rezultatem. Duda jest świetnym opowiadaczem kawałów po rosyjsku. Nie wiem, skąd je zna, ale opowiadał je z dobrym akcentem. 




Dyplomata A: Nikt nie spił się w trupa. Prezydenci testowali się. Żaden nie gadał głupot. Nikt nie odpadł. Może Zełenski trochę wolniej mówił, ale żaden głupot czy bełkotu. Zełenski nie wygląda, ale może sporo przyjąć. Nie zmienia się po alkoholu. Zachowuje pełną kontrolę. (...) Odniosłem wrażenie, że jest znacznie silniejszym politykiem, niż mógłby wskazywać kreowany jego obraz na Ukrainie przed wojną. (...) Nie kreuje się na wschodniego mużyka i bandytę. Nie przeklina nadmiernie. (...) Cwany i zawsze wychodzący na swoje. Mimo że nie prezentuje siły i nie pręży muskułów.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Pytałem w Wiśle, czy nie rozważają wariant ataku Rosjan na pełną skalę. Krążyły daty inwazji. Pisano też o wariancie zakładającym atak na Kijów. Zełenski nie dał jednoznacznej odpowiedzi. Mówił, że liczy się z każdym scenariuszem, ale obawia się, że jest w tym dużo przesady. Mówił, że każde doniesienie o dacie ataku to dla niego poważny problem, bo po takim newsie z Ukrainy uciekają miliony dolarów kapitału zagranicznego. Sugerował, że jego otoczenie będzie oficjalnie przekonywało, że do wojny nie dojdzie. Nie planował też mobilizacji. Chodziło o to, by nie uciekały pieniądze, ale też o zachowanie spokoju i powstrzymanie paniki wśród ludności.

Polityk ukraiński, obecny w Wiśle: Wisła była najlepszym spotkaniem, jakie na tym szczeblu odbyliśmy z Polakami. Wcześniej miewaliśmy problem z tym, czego właściwie oczekują od nas. Nie było jasności celów polskiej polityki wobec Kijowa. Poza ogólnikami, że jesteśmy dla Warszawy strategicznym partnerem. Dowiedzieliśmy się, że teraz jest wola na najwyższym szczeblu, aby współpracę napełnić treścią. Dowiedzieliśmy się, że chce tego też Jarosław Kaczyński, który od zawsze był wobec Ukrainy podejrzliwy. (...) Mieliśmy podstawę do nowej współpracy - zaufanie.

Dyplomata B: Rano po tej naszej alkodyplomacji wszyscy jedli śniadanie i byli dla siebie bardzo mili. (...) Wisła odbyła się w atmosferze biwaku na studiach. Pamiętam, że minister Przydacz puszczał Kumochowi utwór zespołu Braci Figo Fagot pod tytułem "Wóda zryje banie" (🤭).

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Wisła była kluczowa dla stosunków polsko-ukraińskich w pierwszych stu dniach wojny. To był strzał w dziesiątkę. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jaki będzie efekt. Ale jak patrzę na to z perspektywy czasu, to nie wiem, czy tam narodziła się autentyczna przyjaźń. Nikt tego nie powie wprost, ale te misie Duda-Zełenski są trochę wyreżyserowane. Zełenski radzi sobie z tym dobrze. To w końcu aktor. Duda trochę gorzej. Oni są od siebie bardzo różni (nic dziwnego Zełenski to przecież blokers z Krzywego Rogu, a Duda to inteligent z Krakowa). Zełenski zamknięty. Duda to typ harcerza. (...) No ale tyle, ile było można, wyciągnęli z tej znajomości. Była okazja, wykorzystali ją, udając wielką przyjaźń. Później, po tym karnawale przyjaźni, gdy Zełenski uwierzył, że jest Mahatmą Gandhim (pycha zawsze kroczy tuż przed upadkiem, a obecne poparcie prezydenta Zełenskiego na Ukrainie szoruje po dnie), Duda jako asystent Gandhiego nie był mu już potrzebny.


INWAZJA




Minister X: Nasi generałowie codziennie mówili: "Następne 72 godziny będą decydujące". Cały czas tak gadali przez kilka tygodni do znudzenia. Po kolejnej deklaracji, że kolejne 72 godziny zadecydują o losach wojny, ktoś ze służb rzucił: "Proszę państwa, z naszych informacji wynika, że na granicy z Ukrainą powróciła korupcja, która zniknęła całkowicie po 24 lutego". Skoro jest korupcja, to znaczy, że na Ukrainie wraca normalność (🥴). To było chyba na początku kwietnia. Ktoś wtedy powiedział: "Ukraina się obroniła". Wszyscy się śmiali. Nawet Kaczyński się śmiał. W poniedziałek 21 lutego 2022 Putin ogłosił niepodległość separatystycznych republik donieckiej i ługańskiej. Było jasne, że odwołujemy wszystko i jedziemy do Kijowa. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Duda był spokojny, ale czuł powagę sytuacji. Nie pozwolił jechać Solochowi, szefowi BBN. Prezydent powiedział przed wyjazdem do Kijowa, że ma zostać w Polsce. Ma zostać na wypadek wybuchu wojny. Co ciekawe, Soloch sam się zgłosił na ochotnika, chciał jechać. Prezydent powiedział mu, że ma zostać i pilnować spraw, gdyby coś się nam stało. 

Minister Y: Wyjechaliśmy w środę 23 lutego. Bez rozgłosu. Samochodami. Z ochroną. Duda powiedział, że nie polecimy samolotem, bo jak się coś stanie, damy przeciwnikom argument, że Polska to państwo z dykty. On ma obsesję na tym punkcie. Syndrom smoleński. Duda boi się ośmieszenia państwa. (...) W Kijowie wtedy też był Nausèda (prezydent Litwy - Gitanas Nausèda). Na Litwę wrócił swoją casą. Samolotem wojskowym. Wszystkie loty cywilne zachodnich linii lotniczych były już odwołane. 




Minister X: Wszystko niby było ekstra, ale plan wyjazdu i tak wyciekł do prasy. Szukaliśmy przecieku. Pojawiły się wzajemne oskarżenia. Litwinów do nas. Nas do Ukraińców i Litwinów. Nic się nie dało przeprowadzić w tajemnicy. To jest jakieś przekleństwo. Zbyt wiele osób jeszcze przed wydarzeniem chce mieć sukces.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Po drodze, gdzieś za Łuckiem zatrzymaliśmy się na ukraińskiej stacji benzynowej. Zabawna sytuacja miała miejsce. Na tym cpn-ie ukraińskim stał karnie w kolejce do kibla, żeby się wysikać. Jakaś pani stała. Jakiś pan. I on. Prezydent Nausèda potem mówi do Dudy: "Ale numer. Stałeś normalnie w kolejce do kibla na stacji benzynowej?" Oni tak ze sobą rozmawiają. Jest między nimi chemia. Między Dudą a Zełenskim jest dziwna przyjaźń. Z Nausèdą jest inaczej.

Minister Y: W Kijowie mieliśmy rozmowy w Pałacu Maryjskim. Tam Zełenski poinformował Dudę i Nausèdę że wybuchnie wojna.




Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Duda nie wyglądał na zdenerwowanego. Sytuacja była absurdalna. Wiedział, że nazajutrz wybuchnie wojna. Ale z drugiej strony był w mieście, w którym nie było żadnej paniki. Wszystko normalnie działało. Nikt z Kijowa nie uciekał. Nie było sznura aut korkujących wylotowe trasy ze stolicy. Normalne życie.

Minister X: Na do widzenia Zełenski powiedział Dudzie, że najprawdopodobniej widzą się po raz ostatni. On był przekonany, że zginie. Amerykanie proponowali mu ewakuację. (...) Odmówił.

Dyplomata A: Biden chciał wywieźć nie tylko Zełenskiego, ale też cały jego rząd, łącznie ze wszystkimi klientami tego systemu władzy. Amerykanie szykowali się na całkowity kollaps państwa.

Minister X: Podczas rozmów Duda-Nausèda-Zełenski panowała raczej schyłkowa atmosfera. Nie było miejsca na żarty. 

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: W Kijowie ciągle poganiały nas polskie służby. Żebyśmy jak najszybciej wyjeżdżali z miasta. Że już czas. Po wizycie w Pałacu Maryjskim zapakowaliśmy się w samochody i odjazd. Po drodze dzwonił wiceszef Agencji Wywiadu Dominik Duda. Pytał, gdzie jesteśmy, bo się zaczęło. Prezydent powiedział tylko, że jakby co, to on sobie nie wyobraża tego, że trafia do niewoli. Powiedział, że nie ma opcji, że polski prezydent jest pokazywany na rosyjskich kanałach jako zakładnik. Oświadczył nam, że jak gdzieś na drodze wylądują Rosjanie, trzeba będzie się bić aż do nadejścia odsieczy. Mieliśmy wtedy obstawę GROM-u. I myślę, że naprawdę byśmy się bili.




Minister Y: Dziwny był ten wybuch wojny, bardzo abstrakcyjny. Ktoś z Agencji Wywiadu dzwoni do nas i mówi, że "już się zaczęło", że wybuchła wojna, ale po drodze żadnych śladów żadnej wojny nie było. Nikt nie budował blokpostów. Barykad nie wznoszono. Zwyczajne życie. Na granicy byliśmy przed godziną 24 czasu kijowskiego, czyli o 23 naszego. W Polsce w McDonaldzie jeszcze zestaw zjedliśmy.

Minister X: Po tym wyjeździe strasznie byłem zmęczony. Poszedłem od razu spać. Wybuch wojny przespałem. Budzę się, patrzę na telefon, dwadzieścia połączeń. (...) W tym czasie trwała już narada. To były te gabinety wojenne, które trwały przez kilka kolejnych tygodni czy nawet miesięcy. Prezydent, premier, najważniejsi ministrowie, szefowie służb. Pojechałem do Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Grzecznie przeprosiłem, usiadłem. Myślałem, że Duda mnie rozszarpie, byłem spanikowany. (...) Poprosiłem o głos i sam zaatakowałem: "Niech mnie budzą następnym razem". A Duda do mnie: "Przestań, uspokój się, wszyscy jesteśmy zdenerwowani, co ty robisz?"

Minister Y: Duda był jednym z pierwszych, do których po wybuchu wojny dzwonił Zełenski. A możliwe że to był jego pierwszy zagraniczny telefon. Moim zdaniem w tych dniach on chciał z Dudą po prostu pogadać. Pożalić się. "Stary, jestem tutaj, a ten c*** atakuje"




CDN.