Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BRUNEI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BRUNEI. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2017

NIEWOLNICE - Cz.XXI

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI


HISTORIA PIERWSZA

LAUREN

AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI

Cz. XXI






Wszystko się odwlekało, gdyż Robin udał się na pielgrzymkę do Mekki. To było wielkie wydarzenie. Codziennie na pierwszej stronie "The Brunei Times" zamieszczano nowe zdjęcie księcia w białych szatach. Towarzyszyli mu najbliżsi przyjaciele. Pielgrzymka wydawała mi się świętym szaleństwem, uważałam, że do wielu rzeczy Robin jest zdolny, ale nigdy do pobożności. Sprawa mnie nurtowała. Byłam w Brunei podczas ramadanu i wiedziałam, że mężczyźni pościli w ciągu dnia, więc ich wiara nie była czystym pozorem. Czy Robin musiał odbywać pielgrzymkę z uwagi na swój publiczny wizerunek, czy też miała dla niego głębszy sens? Zastanawiałam się, o co się modli. Zastanawiałam się, w co tak naprawdę wierzy. W Allaha? Czy w ogóle w cokolwiek? Rozmawialiśmy ze sobą raczej swobodnie i starałam się wykazywać zainteresowanie polityką, finansami i brytyjską rodziną królewską, ale temat religii nigdy nie wypłynął. Czy modlił się o zdrowy sen? Czy modlił się o przyjaciela, którego nie będzie musiał opłacać? A ja? O co ja się modliłam? Podczas jego nieobecności przyjęcia odbywały się w dalszym ciągu, ale były krótsze. Książę Sufri zakochał się w Malajce, która studiowała w Londynie. Zwierzył mi się, że zamierza się oświadczyć, i sprawiał wrażenie uszczęśliwionego. Próbował jeszcze organizować imprezy połączone z badmintonem, ale stracił do tego serce, tak że chodziłyśmy wcześniej spać. 

Przed wyjazdem do Brunei wielokrotnie składałam sobie solenne przyrzeczenia, że nie będę piła. Postanowiłam zrezygnować z alkoholu i innych szkodliwych rzeczy, między innymi z cukru i kawy. Podpisałam ze sobą długoterminowy kontrakt. Kiedy jednak znalazłam się na miejscu, z muru moich postanowień zaczęły się wykruszać cegły, jedna po drugiej. Po paru tygodniach upijałam się codziennie i zażywałam tabletki na odchudzanie. Tamten kontrakt był pierwszą z wielokrotnie ponawianych prób uwolnienia się od uzależnień. Niepowodzenie złożyłam wtedy na karb niesprzyjających okoliczności. Jeżeli mam z czegoś rezygnować, nie może się to odbywać w Brunei. Robin był na pielgrzymce, a ja na anty-pielgrzymce. Co noc, w parze z Delią, robiłam z siebie na parkiecie wariatkę, rozchichotana przy akrobacjach w boogie-woogie i salsie, gdy obok szalały w hip-hopie tajskie dziewczęta. Delia i ja potrafiłyśmy upić się do tego stopnia, że zdarzało się, iż jedna drugą niemal niosła do naszego pawilonu. Którejś nocy potknęłyśmy się na schodach i stoczyłyśmy się po stopniach aż na sam dół. Na szczęście schody pałacowe były wyłożone grubą wykładziną dywanową i miały płaskie stopnie. Wylądowałyśmy jednak z podartymi kieckami, tak że uczestnicy party niemal umierali ze śmiechu.

Noc w noc piłam i siadałam za kółkiem. Szczęśliwie tylko za kierownicą wózka golfowego. Pewnego razu wcisnęłam pedał gazu zamiast hamulca i przywaliłam wózkiem w ścianę garażu. Siłą bezwładu poleciałam do przodu, uderzając nosem w lusterko wsteczne. Nosa nie złamałam, ale był spuchnięty i skaleczony, wyglądałam okropnie. Dziękowałam Bogu, że Robina nie ma w mieście, póki się kuruję. Permanentny stan upojenia alkoholowego przyniósł jeden pozytywny skutek. Pewnej nocy, rozżalona nad sobą, wypłakiwałam się na ramieniu jakiejś gwiazdki "Penthouse'a", dupiastej blondynki z szarozielonymi oczami, która miała na imię Melody. Nosiła pierścionek zaręczynowy, który rzekomo dostała jak Brittany od Vince'a Neila i bez przerwy gadała do dyktafonu, gdyż pracowała, jak mówiła, nad książką pod tytułem "Jak ja to widzę", w której zamierzała przekazać swoją mądrość życiową w sposób humorystyczny i całkiem serio też. Nigdy jej nie skończyła. Słyszałam, że ostatecznie postanowiła poświęcić życie Jezusowi. Noc zwierzeń miała miejsce w tygodniu poprzedzającym moje urodziny. Zapraszane do Brunei dziewczyny planowały tak przyjazd, żeby być na miejscu w dniu urodzin, bo w prezencie dostawało się drogą biżuterię, ale ta perspektywa nie wystarczyła, żeby zawrócić mnie z drogi ku nieuchronnej urodzinowej katastrofie. Nie radziłam sobie z obojętnością księcia i piciem. Zsuwałam się z pochylni, lecz nie z godnością. Znalazłam się w gronie tych, które się na przyjęciach upijają i użalają nad sobą.




Przestałam być nastolatką. A co osiągnęłam? Nie chciałabym przez resztę życia pić odchudzających ziółek i nie kończyć niczego, co zaczynam. Dziewczyny przewracały oczami, słuchając moich wynurzeń przed Melody na temat nieszczęść, jakie mnie spotkały ostatniego roku. Byłam potwornie zawstydzona tym, że otworzyłam się przed Melody nieporównywalnie bardziej niż wylądowaniem na dole schodów z kiecką na głowie. Podczas nieobecności Robina rozwarło się niebo i zsyłało burzę za burzą, ulewy przeradzały się niemal w biblijny potop, przypominając, że za murami pałacu jest Borneo, wyspa lasów deszczowych, podziemnych rzek i niesamowitych jaskiń. Monsuny biły w okna sypialni, każąc myśleć o świecie poza naszymi złotymi klatkami. Właśnie na początku pory deszczowej postanowiłam spróbować swoich sił w innych formach niż dziennik. Deszcz bębnił w świetlik, gdy kończyłam pierwsze opowiadanie, oczywiście straszne, które wysłałam do Colina. Odpowiedział, przesyłając własne, i tak zaczęliśmy wymianę twórczości. Początkowo opatrywałam opowiadania adresowanym do Colina prologiem, przepraszając za horrenda, jakie w nich były, póki nie napisał, że odmawia czytania opowiadań poprzedzanych autoironicznymi komentarzami. Dodał, że jeśli nawet robię coś marnie, nie muszę się usprawiedliwiać. 

Pierwsze opowiadanie było o dziewczynce, która musiała pójść z matką do domu zmarłej babki, żeby spakować porcelanę. Byłam z matką w domu babki, żeby spakować porcelanę i na tym oparłam to opowiadanie. Drugie opisywało historię striptizerki, która sprzedała duszę diabłu za obietnicę występu w Las Vegas. Miała to być wielka metafora, ale już nie pamiętam, na czym polegało przesłanie. Ja zajmowałam się pisaniem, książę pielgrzymował w Mekce, a w tym czasie na imprezach objawiła się nowa piosenkarka klubowa, Iyen, śliczna filipińska dziewczyna, która stylizowała się na bohaterkę "I Dream of Jeannie", nosiła wysoko upięty koński ogon i przezroczyste haremowe spodnie. Kiedy Robin wrócił, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Po dwóch tygodniach miała na palcu pierścień wielkości Brunei. Próbowałam później ustalić, czy połączyli się węzłem małżeńskim, a jeżeli tak, czy nadal są razem, niestety zasłona tajemnicy okrywa tę sprawę i w ogóle nie wiadomo, ile żon ma książę i które z nich są "oficjalne". Według byłego reportera "Washington Post", z którym rozmawiałam, ich liczba daleko przekracza cztery, a tyle dopuszcza brunejskie prawo. Robin był dla mnie miły i kiedy usiadł przy mnie, żeby porozmawiać, nie zdradzał zachowaniem jakiegoś tajonego gniewu. Nie bałam się zresztą kary. Przeszłam kolejne etapy: rozpieszczał mnie, potem karał, teraz mu spowszedniałam. I w tym momencie zrozumiałam, że z głuchym odgłosem wylądowałam na dole pochylni.

Robin spał ze mnę jeszcze kilka razy, narzeczeństwo mu nie przeszkadzało, wziął mnie nawet na przejażdżkę nowym astonem martinem którejś nocy, ale przestało iskrzyć między nami. Wśród dziewcząt zapanowała atmosfera rezygnacji. Zmienił się. Rzadko przychodził nawet na przyjęcia, z wyjątkiem tych okazji, kiedy śpiewała Iyen. Przesiadywali obydwoje przez całą noc na schodach, pogrążeni w rozmowie, podczas gdy my na sali wyśmiewałyśmy się z jej strojów, wyobrażając sobie, że w kwestiach mody jesteśmy bardzo wyrafinowane, bo całymi godzinami oglądałyśmy program "Style with Elsa Klensch". I dziwiłyśmy się, że mając taki wybór eleganckich, ubranych w drogie ciuchy, stylowo uczesanych i cholernie szczupłych dziewczyn, upodobał sobie pulchną, wyglądem urągającą modzie klubową piosenkarkę. Dwudzieste urodziny spędziłam w Brunei i dostałam nie jeden, lecz dwa niewiarygodne zegarki, które rzucił mi na kolana Eddie. Po oficjalnym przyjęciu urodzinowym skrzyknęłyśmy się w pawilonie na nieformalne party w koszulach nocnych, przy ciastach i szampanie przyniesionym przez mały orszak uśmiechniętych dziewcząt z obsługi. Współtowarzyszki zdjęły ze mnie anatemę, bo przestałam się liczyć. Mogłam cieszyć się przyjaciółkami, ale szczerze mówiąc, wolałam władzę. Donna, z którą się zaprzyjaźniłam, wspaniała filipińsko-amerykańska kick bokserka i modelka, uniosła kieliszek z szampanem i naśladując wcale nieźle meksykański akcent Ricarda Montalbana wypowiedziała toast: 
- Witam na Wyspie Fantazji, gdzie spełniają się wszystkie marzenia. Powiedzmy.




Miałam trudności ze snem. Zaczynałam pisać zaraz po przyjęciu i noc w noc siedziałam do rana, póki pierwszy brzask nie zaczynał rzucać na tamtą część planety setek odcieni błękitu i purpury, czystych i napawających nadzieją. Napisałam do Colina, że zwyczajnie chciałabym czegoś chcieć. Przestałam chcieć czegokolwiek i tam, gdzie widniały jakieś cele, ziała pustka. Odpowiedział następującym e-mailem: "Kiedy wsiadałem do kajaka przed samym bystrzem rzeki, a było to w Kanadzie, odwróciłem się i zapytałem brata: "Czy zginę?". On na to: "Skądże, szykuje się zabawa. Patrz przed siebie, stąd nawet nie wygląda to tak groźnie". Więc patrz przed siebie, bo wygląda na to, że wkrótce zaczniesz chcieć czegoś na serio. Przyślij następne opowiadanie". Upłynęły cztery miesiące, napisałam jeszcze pięć opowiadań i wróciłam do Nowego Jorku. Wyjeżdżałam z kopertą bardziej pękatą niż poprzednio i klejnotami, które powinny podróżować z obstawą. Jest coś takiego w tych twardych, zimnych, błyszczących sygnałach wzrokowych potęgi, że nawet ja - quasi-socjalistka, sezonowa wegetarianka i artystyczna dusza - chciałam krzyczeć do ludzi: "Patrzcie, skurwysyny. Mam skarby od samego księcia. Jestem piękna". 

Skarby tracą jednak swą moc, ego przetrawia je szybko i zostaje się z jeszcze jednym zegarkiem, jeszcze jedną parą kolczyków, krzykliwymi błyskotkami, które kłują w oczy tak, jakby zostały kupione w butiku Patricii Field. Na koniec klejnoty całkowicie gubią wartość sentymentalną i sprzedajesz je pośrednikowi w handlu wyrobami jubilerskimi w jego biurze na drugim piętrze jakiegoś gmachu w dzielnicy diamentów. Siedząc po drugiej stronie małego stołu i patrząc, jak drobny staruszek ocenia twoją biżuterię pod lupą jubilerską, przypominasz sobie, co twoja babka mówiła, gdy do ostatniej chwili zwlekałaś z wypracowaniem z angielskiego: "Diamenty formują się pod wysokim ciśnieniem". Nie wiedziałam dokładnie, że to miał być mój ostatni pobyt w Brunei. Jednak gdy żegnałam się z Robinem, błysnęła mi intuicyjna myśl, że tak będzie. Patrzyłam na niego w skupieniu, starając się zapamiętać jego twarz. A jeżeli już nigdy go nie zobaczę? Skończyłam z użyczaniem siebie za pieniądze i chociaż wynajem był krótkoterminowy, nadwerężyłam więź pomiędzy moim ciałem i duszą na tyle poważnie, iż ledwie czułam własną skórę. Mogłam się uwolnić i odzyskać siebie pod warunkiem, że już nigdy nie zobaczę Robina. Czekała mnie długa droga powrotna.

Wyobraziłam sobie scenę z filmu młodzieżowego: bohaterkę w pokoju, gdzie na ścianach wiszą zdjęcia gwiazd filmowych, a lustro na komodzie ozdabiają niebieskie kokardki. Leży na łóżku i rozmawia przez telefon z przyjaciółką, stopy ma oparte o wezgłowie. Scenerię zalewa maślany blask słońca. Zdawałam sobie sprawę, że to śmieszne i żenujące, pozwoliłam sobie jednak puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie środowisko, oferujące inne możliwości niż to, w którym żyłam, środowisko, które by mnie lepiej przygotowało do dokonywania właściwych wyborów. Byłam ogromnie niezależna i łatwo mi przychodziło brać sprawy w swoje ręce. Jako młoda kobieta rzadko kiedy odczuwałam satysfakcję z tego, co robiłam, i wciąż oczekiwałam, że życie przyniesie więcej.  Miałam zaledwie dwadzieścia lat gdy zrobiłam rejestr własnych skandalicznych ekscesów z ostatnich dwóch lat, kiedy przebiegłam myślą ponure cmentarzysko pogrzebanych aspiracji, kiedy spojrzałam na tyle rzeczy wdeptanych przeze mnie w ziemię. Piętnaście lat później, w apartamencie z otwartymi na ocean oknami, przez które wlatywała morska bryza, leżałam na kanapie w półmroku ogarniającym pokój. Patrzyliśmy z mężem, jak morze wsysa ostatnie promienie bladego słońca. Minęło siedemnaście lat od czasu, gdy wsiadałam do samolotu, lecąc do Singapuru po raz pierwszy. 


    

Wkrótce po powrocie z Brunei wyjechałam do San Francisco, by nigdy do Nowego Jorku nie wrócić. Opuszczasz Nowy Jork i to miasto natychmiast cię zapomina. Jest jak kochanek, od którego ty odchodzisz, a to on wciąż dominuje. Natykasz się na niego na ulicy i rozpoznajesz go, zanim on rozpozna ciebie. Będziesz czytać o nim w gazetach i twoje ciało będzie pamiętało. Gdy zobaczysz w telewizji czarne słupy dymu wznoszące się w górę, przeżyjesz to, jakby samolot wbił się w twoje, a nie w jego serce. Za to Nowy Jork, nawet w chwilach największego cierpienia, nie będzie o tobie pamiętał. Mimo że przed oczami mam teraz o wiele piękniejsze widoki, czasami odczuwam ból, że zostałam zapomniana. Wyszłam za mąż, zapuściłam korzenie w zamożne życie, pijam rano zieloną herbatę, patrząc przez panoramiczne okno na bujne kamforowce i lukrowane fioletem jakarandy, stojące wzdłuż mojej podmiejskiej kalifornijskiej ulicy. W chwili zadumy dopada mnie nieznane uczucie przemykające gdzieś na obrzeżach świadomości. Gości tam przez moment i znika. Potrzebuję sekundy namysłu, by je nazwać. Wierzę, iż to może być szczęście. Gdy coraz głębiej wsiąkam w codzienność, gęsta sieć tatuażu na moich ramionach daje do myślenia sąsiadom, że miałam inne życie. Patrzą na mnie z niewyraźnymi minami, kiedy staję przed ich drzwiami z bożonarodzeniowymi ciasteczkami własnego wypieku, bo coś im się w tym obrazku nie zgadza. 

Jestem przekonana, że Robin również prowadzi życie, jakiego się nie spodziewał. W 1997 roku była miss piękności USA wytoczyła mu proces, domagając się dziewięćdziesięciu milionów dolarów odszkodowania za rzekomy gwałt po podaniu narkotyków. Uniknął odpowiedzialności, bo chronił go immunitet dyplomatyczny, ale skandal miał zasięg międzynarodowy. Niedługo po tym rozeszły się drogi sułtana i księcia, gdy ten został oskarżony o sprzeniewierzenie trzydziestu miliardów dolarów z królewskiego skarbca. Sprawa wciąż jest umarzana i wznawiana przez sądy, a wiele jego aktywów zostało przejętych i sprzedanych na aukcjach. Ostatnio nie stawił się przed Sądem Najwyższym Anglii, jest aktualnie objęty nakazem aresztowania. Śledzę jego perypetie z pewnym zainteresowaniem, zastanawiam się, jak z tego wybrnie i co stanie się z jego żonami i dziećmi. Historia Szeherezady to opowieść o bajarce. Mój synek ma na imię Tariku, znaczy to: "jesteś moją historią".





TO BYŁA OSTATNIA CZĘŚĆ OPOWIADANIA O AMERYKANCE IMIENIEM LAUREN, KTÓRA W MŁODOŚCI TRAFIŁA DO HAREMU BRATA SUŁTANA BRUNEI I KTÓRA PO LATACH OPOWIEDZIAŁA SWOJĄ HISTORIĘ.


W KOLEJNEJ, DRUGIEJ OPOWIEŚCI, ZAPREZENTUJĘ HISTORIĘ ANGIELSKIEJ DZIEWCZYNY, KTÓRA ZOSTAŁA PORWANA I SPRZEDANA DO DOMU PUBLICZNEGO W HOLANDII.


PS: ZAGINĘŁA MI BARDZO CIEKAWA HISTORIA O POLCE, KTÓRA ZOSTAŁA PORWANA W PEWNYM AFRYKAŃSKIM KRAJU I PRZEZ KILKANAŚCIE MIESIĘCY ŻYŁA JAKO OSOBISTA NIEWOLNICA/ŻONA LOKALNEGO MURZYŃSKIEGO BANDYTY, KTÓRY OGŁOSIŁ SIĘ NOWYM PREZYDENTEM KRAJU, PO TYM JAK OSOBIŚCIE (W BARDZO BRUTALNY SPOSÓB) ZAMORDOWAŁ SWEGO POPRZEDNIKA. CIEKAWE BYŁY ICH RELACJE, JAK np. GDY KAZAŁ JEJ BY ŚCIĄGAŁA MU BUTY, GDY WRACAŁ DO "ICH DOMU", A ZA KAŻDĄ ODMOWĘ LUB NIEWYKONANIE POLECENIA CZEKAŁY JĄ KARY (m.in.: KARA CHŁOSTY), LUB GDY STARAŁA SIĘ GO PRZEKONAĆ, BY OGRANICZYŁ (A NAWET CAŁKOWICIE ZAPRZESTAŁ) STOSUNKÓW Z INNYMI DZIEWCZĘTAMI, GDYŻ OBAWIAŁA SIĘ ŻE MOŻE JĄ PRZEZ TO ZARAZIĆ JAKĄŚ CHOROBĄ np. AIDS. PEWNEGO RAZU, GDY POPROSIŁA GO, BY ODDALIŁ PEWNĄ MŁODĄ MURZYNKĘ, SIEDZĄCĄ MU NA KOLANACH, ARGUMENTUJĄC TO WŁAŚNIE WZGLĘDAMI ZDROWOTNYMI, TEN UŚMIECHNĄŁ SIĘ, PO CZYM WRĘCZYŁ POLCE PISTOLET ZE SŁOWAMI: "SKORO JEJ NIE LUBISZ, TO MOŻESZ JĄ SOBIE ZASTRZELIĆ", PO CZYM KAZAŁ JEJ WYMIERZYĆ DO PRZERAŻONEJ DZIEWCZYNY. OCZYWIŚCIE JEJ NIE ZASTRZELIŁA, PONIEWAŻ PRZEKONAŁA SWEGO "MĘŻA I PANA", ŻE SKORO DAŁ JEJ DZIEWCZYNĘ "W PREZENCIE", TO ONA MOŻE Z NIĄ ZROBIĆ CO ZECHCE - KAZAŁA WIĘC JEJ WYJŚĆ I NIGDY SIĘ TU NIE POKAZYWAĆ, CO DZIEWCZYNA UCZYNIŁA Z NIEWĄTPLIWĄ ULGĄ I RADOŚCIĄ. 

BYĆ MOŻE ODNAJDĘ TĘ HISTORIĘ, TO WÓWCZAS JĄ TUTAJ ZAPREZENTUJĘ.  






CDN.
 

środa, 18 stycznia 2017

NIEWOLNICE - Cz.XX

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI


HISTORIA PIERWSZA
LAUREN
AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI
Cz. XX
 
 
 
 
 
Przemieszczałam się jak we śnie: Nowy Jork - Frankfurt - Singapur, hotel Westin Stamford i kolejnego dnia lot do Bandar Seri Begawan. Ari powiedziała, że w Westin spotkam trzy nowicjuszki i będziemy miały cały dzień na przystosowanie się do zmiany czasu przed ostatnim etapem podróży. Ponieważ Ari mogła przylecieć dopiero za tydzień, zobowiązała mnie do pokazania dziewczynom co i jak. Prosiła mnie o zaopiekowanie się nimi na lotnisku w Bandar Seri Begawan i dopilnowanie, żeby nic im się nie stało. Nadal mi ufała. To dobrze, pomyślałam. Poprzednim razem padłam ze zmęczenia, jak tylko znalazłam się w Westinie. Tym razem uznałam, że poświęcę się i będę towarzyska w ramach pokuty za długą nieobecność. Zeszłam do hotelowej restauracji na spotkanie z nowymi dziewczynami. Gdy podchodziłam do ich stolika, taksowały wzrokiem mój ubiór. Jedyną luksusową rzeczą, jaką miałam, była torebka. W tamtym czasie zgromadziłam w szufladach mnóstwo markowych torebek, tylko Chanel i Hermes. Mogłam nosić inną każdego dnia miesiąca. Na podróż ubrałam się natomiast w dżinsy i zrezygnowałam z makijażu. Z min dziewcząt rozczarowanie aż biło. Wszystkie trzy miały na sobie sukienki i wytapetowane twarze. 
 
Kiedy ściskałam się z nimi na powitanie, zaczynałam rozumieć, co sugerowała Ari, mówiąc, że w Brunei wiele się zmieniło. Te dziewuchy były kute na cztery nogi, wyczułam to jednocześnie z silnym zapachem perfum. Wyglądały, jakby właśnie wyszły z przymierzalni w Rampage, a pachniały jak dział kosmetyczny w Bloomingdale. Natychmiast zapytały o pieniądze. Ledwie zdążyłyśmy przedstawić się sobie nawzajem, a już zaczęły się prześcigać w pytaniach o zarobki. Ile tygodniowo? Ile będzie wszystkiego razem? Czy dostaje się biżuterię? Powiedziałam im to samo, co mówiono mnie: "Nie martwcie się, zawiedzione nie będziecie". Sheila była najbarwniejszą z dziewczyn. Miała skrzekliwy głos i złachaną torebkę. Kiedy wyjmowała zdjęcia rocznego synka, wylazła na wierzch postrzępiona podszewka.
- To mój syn - powiedziała, pokazując je nad półmiskiem niezastąpionych szaszłyków satay z sosem orzechowym. Jeżeli o mnie chodzi, to sos orzechowy jest jednym z największych wkładów Azji Południowo-Wschodniej w dorobek ludzkości. - Jesteś singlem? - spytała, gdy podawano nam trzecią kolejkę drinków. 
- Tak.
 
- Nie wiem, czy ktoś wam już powiedział, że byłam dziewczyną roku magazynu "Penthouse". Mieszkałam w rezydencji Guccione'ów. Są jak moja druga rodzina. Nie jest mi obce takie życie. 
- Czy oni też są dynastią?
- Rozumiem. Żartujesz sobie. Bob junior by cię oczarował. Zorganizuję ci z nim spotkanie, jak wrócisz do domu. Mieszka w Nowym Jorku. Jesteś bystra jak on. Spodobasz mu się.
Raczyła nas opowieściami o tym, co dzieje się na słynnym krytym basenie Guccione'ów, póki nie uznałyśmy, że pora kończyć wieczór. Następnego dnia z zapuchniętymi oczami ruszyłyśmy w miasto. Poszłyśmy zwiedzić singapurskie zoo, słynące z tego, że zapewnia zwierzętom rzekomo w pełni humanitarne, naturalne warunki i tak dalej. Wlokłyśmy się noga za nogą w tropikalnym upale, głaskałyśmy słoniątka. Singapurczycy i bladzi turyści z Zachodu z jednakowym zainteresowaniem gapili się na kusą bluzkę i obcisłe szorty Sheili. Dziewczyny były zachwycone zoo, ja nie. Zawsze robiło mi się smutno, gdy patrzyłam na goryle z ludzkimi rękami. Kiedy następnego dnia wsiadałyśmy do samolotu Royal Brunei Airlines, wmawiałam sobie, że ściskanie w żołądku i miękkie nogi to następstwo długiego lotu.
 
Znalazłszy się w pawilonie gościnnym, stwierdziłam, że Sheila, Gina i ta trzecia, której imienia nie pamiętam, to zaledwie cząstka nowego stada piękności. Z poprzedniego tylko Delia była tu jeszcze po roku, pogodna i asertywna jak zawsze, na zimno podliczająca rosnące konto bankowe i po cichu snująca plany na przyszłość. Minęły czasy jednoosobowych pokoi i nielimitowanych rozmów telefonicznych. Dwa pawilony były pełne Amerykanek, ja i Sheila zostałyśmy ulokowane razem. Już w pierwszej godzinie zorientowałam się, że jest hałaśliwiej, tłoczniej i panuje atmosfera większej swobody. Wkrótce dowiedziałam się również, że nie tylko Sheila może się chełpić tym, iż jest dziewczyną z rozkładówki. Takich nie brakowało i nie brakowało miss piękności ani modelek reklamujących kostiumy kąpielowe. Gdy tłoczyłyśmy się przy marmurowym stole podczas lunchu, rozglądałam się i zadawałam sobie pytanie: czy to możliwe? Zebrane do kupy dziewczęta z rozkładówek i kalendarzy, modelki i króliczki "Playboya", fantazja dorosłego mężczyzny wcielona w życie, ale czy naprawdę? To były po prostu żywe i niedoskonałe dziewczyny, a ich wizerunki zapełniające strony ilustrowanych magazynów starannie podretuszowano, żeby wyglądały nieskazitelnie i ponętnie. Być może Robin miał taką samą jak ja refleksję. Dlatego wciąż zamawiał nowe okazy i w trybie przyspieszonym się ich pozbywał.
 
 
 
 
Wzrost populacji Amerykanek w haremie był oznaką postępującej zachłanności i nasilania się dekadenckich zachowań Robina. Byłam świadkiem zbierania się pierwszych chmur śniegowych nad jego głową, a lawina pochłonęła go lata później. Kiedy to się stało, mnie już od dawna tam nie było i dowiadywałam się o tym z gazet. Siedziałam w Los Angeles na kanapie u przyjaciółki i nie wierząc własnym oczom, patrzyłam na Sheilę, która paplała do reporterów tabloidów, a na ekranie telewizora pojawiałam się ja w stroju topless z zamazanymi cyfrowo oczami i cyckami, ale nieskutecznie, więc uprzejmy gest ukrycia mojej tożsamości był pozorny. Tamtego jednak dnia po przylocie miałam zaledwie cień podejrzenia, że świat za bramami pałacu ulega transformacji. Omamił mnie. Wydawał się tak ściśle zaprogramowany, że odrzuciłam myśl, iż kiedykolwiek może się zmienić. Prawie wszystko toczyło się po staremu. Minęła zaledwie godzina od mojego przyjazdu, leżałam na kanapie, gapiąc się na jaszczurkę rozpłaszczoną na świetliku, kiedy pojawił się ochroniarz i polecił Delii i mnie włożyć kostiumy bikini i pójść na górny basen się opalać. Nałożyłam grubą warstwę kremu z filtrem na nowojorską bladą skórę i w biegu chwyciłam ręcznik. Poprułyśmy wózkiem golfowym w górę znajomego wzgórza. W popołudniowym słońcu lśniłam purpurą. Wyglądałam jak pod lampą UV.
 
- Gdzie jest Fiona?
- Och, widać, że długo cię tu nie było. 
Historia Fiony wyglądała następująco: po blisko roku rezydowania w Brunei Fiona miała szafy pełne designerskich ciuchów, domy dla siebie i rodziny na Filipinach, skąd przyjechała, oraz precjoza dorównujące klejnotom królowej angielskiej. W Boże Narodzenie książę Jefri podarował jej milion dolarów gotówką i pierścionek zaręczynowy. To była ta główna wygrana, po którą wszystkie próbowałyśmy sięgnąć. Wszystkie oprócz niej. Fiona odrzuciła oświadczyny Robina, zebrała swoje szmatki oraz pieniądze i odleciała pierwszym samolotem do domu, wybierając wolność. Tym aktem niewierności daleko prześcignęła Serenę. Nikt nie wiedział, gdzie Fiona dokładnie mieszka ani jak się z nią skontaktować. Nigdy więcej jej nie widziałam, ale czasem o niej myślę. Przypomina mi się, że to od niej nauczyłam się chodzić z gracją. Na party pierwszego wieczoru ubrałam się w minisukienkę w kolorze kości słoniowej. Przez jedwabną tkaninę prześwitywały stringi, marki Cosabella, i był lekko widoczny zarys tatuażu. Oglądałam się na wszystkie strony w lustrze i po raz pierwszy ogarnęły mnie wątpliwości, czy potrzebnie się wytatuowałam. Tatuaż na cipce, na Boga, kto się na coś takiego porywa? Co ja wtedy myślałam? Czy Robin będzie zniesmaczony?
 
Na sali okazało się, że nasze ksiąstewko zrobiło się za małe dla tłumu dziewcząt. Obsiadałyśmy pufy, balansowałyśmy na oparciach foteli. Drobne dziewczyny wciskały się po dwie na jeden fotel, bacząc, by nie zsunąć się z poduszek. Nasza amerykańska część sali wyglądała kiedyś jak pierwsza klasa w samolocie w odróżnieniu od tej gorszej, ekonomicznej. Teraz się wyrównało. Wzbudziłam ciekawość nowych dziewcząt nie na dłużej niż trzy sekundy. Byłam tutaj aż rok temu? To ich nie interesowało. Każda z nich skupiała uwagę na sobie. Nie wyłapywałam wszystkich wątków rozmów, ale gadały z ożywieniem. Przerywały sobie nawzajem, podtrzymując temat tylko wtedy, gdy mógł mieć praktyczne zastosowanie.
- Moja kuzynka poszła do takiego specjalisty od medycyny holistycznej i powiedział, że od napojów gazowanych ma się cellulit, bo komórki tłuszczowe wyłapują bąbelki powietrza. Czy ten szampan nie szkodzi?
- Chyba nie. Wszystkie modelki piją szampana i nie mają cellulitu.
- Raz byłam z Dave'em Navarro w Sunset Marquis chyba o szóstej rano i chyba było nas czworo w jego pokoju i zdaje się, że oglądaliśmy "The Doors" czy coś takiego, i byliśmy okropnie upaleni i wypiliśmy butelkę crystalu, takiego za sześćset dolarów i fajnie smakował.
- Czy wiecie o tej dziewczynie Francuzce, która przemycała do Singapuru marihuanę pod podszewką walizki i skazali ją na karę śmierci i wszystkie rządy próbowały ich powstrzymać, ale się nie przejmowali i ścięli jej głowę?
- Wiem. Tak było. To faszyści. Nawet gumy nie wolno żuć na lotnisku w Singapurze.
 
Coś się we mnie zmieniło. Słuchałam ich i wcale nie miałam ochoty ich udusić. Nawet siebie nie miałam ochoty udusić paskiem od torebki. Zdecydowałam się wrócić i warować tu na krześle, chociaż miałam inne możliwości. W swojej klatce w tym zoo czułam się lepiej niż w nowojorskiej betonowej dżungli. Coś tu działało orzeźwiająco. I gdy licznik odmierzał godziny mojego życia na tej sali, miałam coraz lepszy nastrój. Przestała mnie dręczyć iluzja, że mam wspaniałe perspektywy życiowe, do których warto wracać. Sen o gwiazdorstwie wygasał, ledwie się tlił. Niemal czuć było zapach dymu. Zbliżała się godzina nadejścia Robina. Ogarniało mnie zdenerwowanie. Bezwiednie przygarbiłam się, skuliłam, jakbym chciała uciszyć trzepotanie serca w klatce piersiowej. Musiałam przywołać się do porządku, wyprostowałam ramiona, skrzyżowałam nogi pod atrakcyjnym kątem, udawałam, że się świetnie bawię. Widziałam wyraźne poruszenie wśród azjatyckich dziewczyn, ale bardziej rzucała się w oczy reakcja Amerykanek. Cieszyłam się, widząc stare przyjaciółki: Yoyę, Tootie i Liii, ale nawet one odnosiły się do mnie z rezerwą. Tootie, promienna jak zawsze, nie wyglądała, że jest o rok starsza. Yoya przytyła w biodrach, za to twarz jej troszkę wyszczuplała, jakby naddatek wagi inaczej się rozłożył. Wydoroślała. Skończyła już chyba szesnaście lat. Miała na sobie pomarańczowy kostium Chanel, a jej nieprawdopodobny warkocz jeszcze się wydłużył.
 
 
 
 
Wszedł Robin i wyglądał dokładnie tak samo. Te same tenisowe buty, te same gęste włosy starannie zaczesane do tyłu. Wkroczył, rzucił tu i tam słowo powitania, ostentacyjnie nie patrząc w kierunku "amerykańskiej prowincji". Za nim szli Winston, Dan, dr Gordon i reszta świty. Wiedziałam, że oni nie raczą mnie zauważyć, póki on tego nie zrobi. Kiedy wreszcie się odwrócił i nasze oczy się spotkały, udawał wielce zdziwionego. 
- Więc jesteś - powiedział, ściskając mi rękę i całując w policzek. 
Dziewczyny się ścieśniły, żeby zrobić mu miejsce, ale nie było takiej potrzeby. Nie przysiadł się. Demonstracja zdziwienia zmroziła mnie. Zawsze kryło się pod nią zawoalowane napomnienie: zrobiłaś coś, czego robić nie należało. Kiedy siadał na swoim miejscu, zauważyłam, że żadna z dziewcząt nie zajmuje fotela ani z jego prawej, ani z lewej strony. Usiedli przy nim kumple, porozmawiał z nimi krótko i ruszył na wędrówkę od stolika do stolika. Eddie powitał mnie gorącym uściskiem, po czym wywabił z sali i zaprowadził do jadalni, przygotowanej do nieoficjalnej kolacji. Wokół stołu zastawionego platerami z mnóstwem jedzenia przygotowano miejsca dla dwunastu osób. 
 
Nadeszli przyjaciele Robina i zaraz dołączył do nas i on. Siedziałam z jego prawej strony podczas posiłku, przy którym oglądaliśmy wyświetlany na wielkim ekranie film hollywoodzki z malajskimi napisami. Mężczyźni byli rozbawieni niczym studenci, bezlitośnie dokuczając Danowi aluzjami do jednej z aktorek filmu. 
- Kocha się w niej - wyjaśnił mi Robin. 
Wszędzie indziej zadurzenie w gwieździe filmowej nie wykracza poza sferę fantazji, ale byłam w Brunei, więc spodziewałam się, że za kilka dni zobaczę tę aktorkę, na wpół oszołomioną, jakby właśnie wyszła tylnym wyjściem z garderoby w Bombaju i po drugiej stronie drzwi znalazła się w Brunei. Przy kolacji Robin zadał mi kilka pytań na temat pobytu w domu. Podkreślałam, że strasznie się nudziłam i bardzo za nim tęskniłam. Opowiadałam o ciężkiej chorobie ojca, która zatrzymała mnie na tak długo. Skwitował to niby współczującym mruknięciem i zmienił temat. Albo był niezdolny do empatii, albo wiedział, że kłamię. Nie wierzę w piekło ani karzących bogów, ani karę niebios, ani nawet w karmę. Kiedy jednak kłamliwie usprawiedliwiam się chorobą rodziców, spodziewam się, że zostanie wydany na mnie surowy wyrok. Być może samo kłamstwo jest już tym wyrokiem. Nie potrzeba dodatkowej kary, bo wystarczy dręcząca świadomość, że jesteś osobą zdolną do opowiadania o zagrażającej życiu chorobie matki czy ojca. Bez uprzedzenia Robin wstał w środku tej dziwnej kolacji i wziął mnie za rękę. Wszyscy wstali, gdy wychodziliśmy.
 
Z powodu tatuażu poczułam się skrępowana, gdy przyszło się rozebrać. Czy powinnam coś wyjaśniać, czy lepiej nic nie mówić? Największy problem związany z tatuażem widziałam w tym, że zaprzeczał odgrywaniu dotąd naiwnej uczennicy, reagującej zdumieniem na jego najbłahszą uwagę. Siedział na krawędzi łóżka, gdy wychodziłam z łazienki. 
- Mam małą niespodziankę. 
Ściągnęłam przez głowę śliską jedwabną sukienkę. 
- Piękny - powiedział i pociągnął mnie na siebie na łóżko. 
Nawet okiem nie mrugnął i to mnie zdziwiło. Czy dlatego, że o rzut kamieniem żyły plemiona praktykujące tatuaż? A może dlatego, że oglądał miliony filmów pornograficznych i przeleciał tysiące kobiet? Niewykluczone, że już nic nie robiło na nim wrażenia. Niewykluczone, że nic nie widział, bo nie umiał patrzeć. Miał w oczach większy głód, niż kiedy widywałam go poprzednim razem. Wprawił mnie w stan szoku, gdy zaczął dotykać mojego ciała. Zupełnie jakby powłócząc nogami, badał fakturę dywanu przez skarpetki. Czułam się bardzo naga, dziewicza. To było jak prawdziwy seks z prawdziwym facetem, poruszający i krępujący. Wszystko wewnątrz mnie zadygotało, każdy organ kulił się, szukając u mnie obrony. Wyobraziłam sobie, jak zareaguje Robin, gdy mu się odsłonię. Nie miałam wątpliwości, że całkowicie straci dla mnie szacunek. 
 
Wracając na przyjęcie, zatrzymałam się w drzwiach, żeby porozmawiać z Madge, która wydawała się szczerze ucieszona, że mnie znowu widzi, chociaż jak zawsze zachowała brytyjską powściągliwość, jakby nie było mnie tylko przez weekend. W momentach stresu twarz Madge tchnęła spokojem jak oblicze Buddy, ale na ręce zaciśniętej na walkie-talkie bielały kostki. Nie odniosłam wrażenia, że tym razem jest bardzo zestresowana, tylko dość spięta i czujna. Zapytałam, co się dzieje. 
- Przecież wiesz. Pracowity dzień, król Husajn w mieście. Słyszałam, że go dziś poznałaś.
- Jak to? 
- A nie? Podejmowany był lunchem. 
Nie zdarzało się, żeby coś jej się wypsnęło z ust. Nie była to oczywiście żadna ważna sprawa, ale Madge zdradzała mi, kto patrzył przez okno na widoki przy basenie. 
- A w ogóle to sympatyczny facet. 
Wróciłam do świata, gdzie kamera jest ukryta za każdym lustrem i na każdym rogu można się natknąć na króla.
 
 
 
 
Rodzina królewska zaczęła używać pałacu imprezowego do wydawania lunchów, a nawet jako pomieszczeń dla gości innych niż dziewczęta, tak więc nieraz przez kilka dni z rzędu kazano nam siedzieć w pawilonach i w ogóle się nie pokazywać. Nie wychodźcie poza drzwi, nie wychodźcie na balkon, nie korzystajcie w ciągu dnia z siłowni ani z basenu. Praktycznie był to areszt domowy z oglądaniem filmów, kąpielami w pianie i gimnastykowaniem się przy instruktażach wideo. Moje taśmy do nauki francuskiego zostały w domu. Patrzyłam jednak na to, co przywiozłam zamiast nich - na mój laptop. Nie byłam jeszcze zdecydowana, jaki rodzaj pisarstwa by mi odpowiadał. Opowiadania? Poezje? Sztuki? Dawno zrezygnowałam z performance'u, więc szeroko otwierało się pole aktywności. System poczty elektronicznej zainstalowany przez Colina działał bez zarzutu. Podłączałam laptop do linii telefonicznej i codziennie rano wysyłałam listy napisane w nocy. Uchodziło mi to bezkarnie, rzecz była nowością i nikt tak naprawdę nie wiedział, co robię. Gdyby się zorientowali, na pewno by mi zabronili. Areszt domowy wykluczył z programu grę w tenisa, więc nasz salon przez cały dzień zatłoczony był jazgoczącymi dziewczynami, ja wobec tego ukrywałam się w sypialni i spędzałam czas na łóżku, pisząc z laptopem na kolanach. Prowadziłam dziennik od najmłodszych lat, okresami bardzo skrupulatnie, a czasami zapisując tylko niektóre zdarzenia bądź sny, ale dzienniczek zawsze leżał na stoliku nocnym.
 
Postanowiłam prowadzić dziennik na komputerze i to okazało się dla mnie ratunkiem. Pochłonął mnie bez reszty. Nie mogłam wychodzić i nie miałam nic do roboty, więc wystukiwałam stronę za stroną, opisując, jak to jest w Brunei. Kopiowałam kolejne porcje tekstu do skrzynki i wysyłałam do Colina. Zaczął robić to samo, opisując na wielu stronach rodzinną letnią posiadłość w Kanadzie, przekazując na bieżąco domowe plotki i biadolenia swojej dziewczyny. Miałam na co czekać każdego dnia. Zaczęłam utrwalać rozmowy, drobiazgi, spostrzeżenia. Zostałam zmotywowana do uważnej obserwacji otoczenia i od razu przestałam się nudzić. Nagle znalazł się nowy argument za pobytem w Brunei, bardziej ważki niż moja zaburzona osobowość i niezdrowy afekt do zdemoralizowanego księcia, i skądinąd zrozumiały sentyment do jego rachunku bankowego. Robin w dalszym ciągu co noc wyprowadzał jakąś dziewczynę z przyjęcia, od czasu do czasu również mnie i zachowywał się wtedy, jakby nic się między nami nie zmieniło. W ciągu dnia wezwał mnie jednak tylko raz. Zajmowałam jego uwagę w takim stopniu, że mogłam uznać, iż nadal mnie lubi, lecz nie na tyle, żebym mogła zasiąść w fotelu po jego lewej stronie, jak było dawniej. 
 
Nie miałam większych oczekiwań, wobec tego mi to nie doskwierało, póki porannym pukaniem do drzwi nie została zaszczycona Gina. Gina miała dobroduszną, śliczną buzię i tytuł zdobywczyni drugiego miejsca w konkursie na królową dorocznego zjazdu obywateli jakiegoś miasteczka z Indiany. Zależało jej na tym, żebym wiedziała, iż ona nie należy do tych, co obnażają cycki na kolorowych rozkładówkach, ona jest "poważną" modelką. Cerę miała kiepską i albo chodziła z toną make-upu na twarzy, albo z maseczką błotną. Była niewysoka, szczupła w pasie, z wielkim biustem, który jak zawsze wystarczy za wszystko. Jej styl budził kontrowersje: nosiła na przykład brązowe klasyczne czółenka, odpowiednie na spotkanie komitetu rodzicielskiego, do sukienki w kwiatki o dwa rozmiary za małej. Czytałam akurat przy stole w kuchni, kiedy stanęła w drzwiach, wracając z pierwszej dziennej randki z Robinem. Usiadła obok mnie, odłożyłam książkę. 
- Czy możemy porozmawiać? - spytała szeptem. 
- Jasne. 
- Właśnie widziałam się z Robinem. 
Miała oczy pełne łez. O nie, oszczędź mi tego, westchnęłam w duchu. Pogłaskałam ją na pociechę po plecach. Co innego możesz zrobić, kiedy dziewczyna zaczyna płakać? Oddychała nierówno, pociągając nosem.
 
- Nie wiedziałam, gdzie idę, i zdziwiłam się, naprawdę, i ... Wiem, że ty też ... no ... jesteś jego dziewczyną. Więc ... nie chcę, żebyś była na mnie wściekła. Ja ... nie wiedziałam, jak powiedzieć nie. Jesteś wściekła? 
Zapewniłam ją, że nie jestem. Powiedziałam, że wszystko będzie okay i że on jest uroczy. — 
- Nie jest? - spytałam.
Dodałam jeszcze, że pewnie robiła to już wiele razy, i to nawet nie z księciem. I nagle usłyszałam z własnych ust dokładnie to samo, co powiedziała do mnie Serena: "Nie martw się. Prawdopodobnie nie będzie cię więcej wzywał". Myliłam się. Wezwał ją po raz drugi. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Skończyły się zwierzenia od serca. Przybrała postawę wszystkowiedzącej, okraszoną miną fałszywej skromnisi, na co chciało mi się rzygać. Przyszło mi do głowy, że jestem Sereną, a Gina mną. Patrząc wstecz, myślałam ze współczuciem, że Serena przechodziła gehennę, gdy widziała, że dzień w dzień wracam do pawilonu świeżo po pieprzonku, obnoszę nowe ciuchy i klejnoty. To bolało, przedtem ją, teraz mnie. Z tego powodu nie robiłam jednak z siebie żałosnej cipy. Widziałam w Brunei wystarczająco dużo, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że tak jak kiedyś wspięłam się wysoko po długiej drabinie, teraz znalazłam się na równie długiej pochylni. Zamierzałam zsuwać się z niej z godnością. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
CDN.

niedziela, 15 stycznia 2017

NIEWOLNICE - Cz.XIX

CZYLI CZTERY HISTORIE 

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI



 HISTORIA PIERWSZA
LAUREN
AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI
Cz. XIX





Tego dnia, kiedy rankiem Mark wlazł mi do łóżka, poszłam do pracowni Lindsaya, żeby palić trawę i się wypłakać. Lindsay też potrzebował pociechy z powodu sercowego zawodu. Wyprowadził się od niego przyjaciel, z którym żył od dziesięciu lat, i Lindsay żalił się na ciche ranki, porządek w łazience i nadprogramowego jointa wieczorem, żeby móc zasnąć. Uświadomiłam sobie, że chociaż mogę się skarżyć na to samo, wciąż mieszkam z kochankiem, który być może jest gejem, a na pewno facetem zaburzonym i zagubionym. Rozwiązanie wydało mi się oczywiste - powinnam wyzwolić się z niesatysfakcjonującego związku z Andym i zostać nowym współlokatorem Lindsaya. Kiedy się wyprowadzałam, nie próbowałam być sympatyczna. Nie mogłam się doczekać pożegnania z białym pudełkiem, jakim było nasze mieszkanie, którego nie potrafiłam ładnie urządzić. Kto chce patrzeć na własne błędy, niepowodzenia, niefortunny wybór kafelków do łazienki i potem mieć je przed oczami przy każdym siusianiu? Dwie drogi się rozchodziły i ja poszłam tą prowadzącą w moim mniemaniu do wolności. Któregoś dnia Andy przyszedł do domu i zastał mnie pakującą pudła. Siadł na kanapie i objął rękami głowę. Zadziwił mnie. Spodziewałam się, że otworzy butelkę budweisera i zacznie grać na komputerze w "Sonic the Hedgehog". Przestałam go znać, bo tak dalece się od niego oddaliłam. W moim pojęciu dystans między nami był wyłącznie jego winą. To on był wciąż nieobecny. Własnej nieobecności nie zauważałam.

To, czego mi obecnie brakuje z powodu rozstania się z teatrem, nie jest tęsknotą za oklaskami. Na scenie w pełni zaznaczam swoją obecność, swoje ja. Zamknięta przestrzeń, adrenalina i światła reflektorów całkowicie mnie odblokowują. Opróżnia się mój umysł, ciało nabiera harmonii, otwiera się serce. Nigdy nie opanowałam technik profesjonalnego aktorstwa, nie musiałam myśleć o głodujących dzieciach i krwawiących foczkach czy zmarłej babci, żeby płakać. Jestem dobra na scenie, kiedy w ogóle nie myślę, i to właśnie kocham najbardziej. Prawda jest taka, że nigdy nie rozstaniesz się z teatrem na dobre. W "Samuel's Major Problems" cała scena była spowita pajęczyną nici biegnących od regału z książkami do nogi krzesła, od kandelabra do stojaka ze szkolną tablicą. W prawdziwym życiu też są nici, chociaż niewidoczne. Twoje ciało zejdzie ze sceny za kurtynę z gracją (lub bez gracji), ale z teatru wyjdziesz z nicią podwiązaną do serca. I przez resztę życia, gdy wkroczysz na złą drogę, gdy będziesz się tego najmniej spodziewać, poczujesz szarpnięcie tej nici. Nie dotyczy to tylko teatru. Wyobrażam sobie, że moje serce pulsuje w samym środku pajęczej sieci, a jej jedwabne nici rozchodzą się promieniście we wszystkich kierunkach i czepiają każdej rzeczy, którą kiedykolwiek kochałam i od której oderwałam się wyłącznie w mojej imaginacji.

Obejrzałam "Post Porn Modernist", spektakl jednej aktorki, performerki, przedtem słynnej gwiazdy porno, i wkrótce ją poznałam. Byłam pod wrażeniem prowokujących błazenad Annie Sprinkle, ozdabiała się bindi, publicznie odsłaniała waginę i zachęcała do oglądania jej przez wziernik. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Annie to prawdziwa rewolucjonistka. Otworzyła przede mnę nowy horyzont - pozbycie się wszelkiego wstydu. Wpływa tak na wiele osób. Spotykałam się z nią na brunchach i poznawałam ludzi, którzy lawirowali między prawdziwą sztuką i seksbiznesem. Większość miała daleko głośniejsze nazwiska od mojego (wyrabiali je sobie podobnie jak ci, którzy sprzedawali się jako naśladowcy Roberta Mapplethorpe'a), ale ja również posiadałam kilka rzadkich klejnotów w koronie. Byłam zaledwie dziewiętnastolatką. Miałam tatuaż na cipce. Wróciłam właśnie z haremu księcia Brunei. Te wszystkie atuty wymieniała Annie, gdy mnie przedstawiała. Pozowałam do jej słynnej talii erotycznych kart do gry, którą nazwała "Post Modem Pin-Up Pleasure Activist Playing Cards" i to dało początek mojej karierze fotomodelki pozującej do zdjęć fetyszystycznych, przy czym pracowałam czasem z wybitnymi fotografikami. Wyniosłam z tego okresu doświadczenia wspaniałe, które mnie dowartościowały, chociaż zdarzało się, iż czułam się wykorzystywana i przeżywałam to podobnie, jak w szkole średniej sytuację, kiedy nauczyciel głaskał mnie po ramieniu, a ja nie potrafiłam się zdobyć na powiedzenie mu, żeby przestał. Niektóre z tych zdjęć budzą teraz we mnie obrzydzenie, ale większość jest piękna i jestem zadowolona, że je mam. Polecam każdemu w wieku lat dziewiętnastu, żeby odważył się stanąć nago przed kamerą. Zróbcie to. Nawet jeżeli uważacie się za osoby brzydkie. Kiedy po piętnastu latach spojrzycie na siebie na tych zdjęciach, przekonacie się, że wcale nie byliście brzydcy. 




Budowałam własną tożsamość, łącząc sztukę performance'u, aktywizm społeczny i seksbiznes. Pytana przez ludzi, odpowiadałam, że jestem aktywnie działającą feministką i porno-artystką performerką. Odbyłam nawet kilka randek z Camille Paglią, zwiedziona tym, iż rzekomo opowiadała się za koncepcją "świętej dziwki", czyli postrzeganiem prostytutki jako bogini seksu. Nie chciałam scementować związku, zrażona jej gruboskórnością i agresywnością. Wycofała się rozsierdzona, a potem w wywiadzie dla "Playboya" opisała jakąś randkę niemal identyczną jak nasza, dodając komentarz, że gdyby była mężczyzną, mogłaby zadźgać kobietę za perfidne prowokowanie. W następstwie takiej próby leczenia się z miłosnego zawodu uczyniła siebie samą ilustracją tezy, że mężczyźni bywają prowokowani przez kobiety do stosowania przemocy. A ja uważałam po prostu, że ta randka była najzwyczajniej kiepska. Scenariusz mojego performance'u się rozrastał i nawet kilka fragmentów utrwaliłam na wideo. Niestety przedsięwzięcie summa summarum szło topornie i przypominało mi, jak to kiedyś pomagałam koleżance striptizerce nieść ze sklepu futon. Gdy podniosłam jeden róg materaca, drugi opadał na ziemię. Już myślałyśmy, że trzymamy go mocno i znowu wyślizgiwał nam się z rąk. Przejście kilku przecznic i pokonanie jednego piętra zajęło nam trzy godziny. Z moim scenariuszem było podobnie. Wzmacniałam koniec, zawalał się początek. Wiedziałam, że nie trzyma się kupy, ale nie miałam pojęcia, jak go poprawić. Piętro niżej pod nami podobny loft zajmował Penn Jillette, wyższy partner duetu magików "Penn & Teller". Zaprzyjaźniłam się z nim na długo przed wprowadzeniem się do Lindsaya. 

Fakt, że zamieszkałam w tej samej kamienicy co Penn, to jeden z dowodów na to, jaki świat jest mały. Przyjaciel Penna, Colin, komputerowy geniusz, odbywał regularne wędrówki do nas na górę. Z nim też się zaprzyjaźniłam. Czułam się, jakbym mieszkała w akademiku. Zjeżdżałam windą z komputerowym problemem i kanapkami z tuńczykiem, a po powrocie na górę odsuwałam dywan w pokoju dziennym i pobierałam lekcje tańca od Lindsaya. 
- Rozluźnij ramiona, księżniczko - upominał mnie Lindsay. - Niech nie mam wrażenia, że zwarłem się w zapasach z aligatorem. 
Lindsay stał się substytutem ojca. Nie tylko uczył mnie tańca, ale udzielał również pierwszej pomocy w kwestiach mody, tępiąc mój jarmarczny gust. Nazwał moją garderobę "szafą Victorii flądry", nawiązując do nazwy "Victoria's Secret", i stale powtarzał, że Jackie Kennedy nie dałaby się zaskoczyć śmierci w takich butach, jakie noszę. Przypominałam mu, że kupowałam ciuchy z myślą o karierze prostytutki, a nie pierwszej damy. Odpowiadał, że tego typu skrajne rozróżnienie to niedostatek wyobraźni. Nadal zdarza mi się wkładać kiczowate buty, ale nauki Lindsaya radykalnie poprawiły mój gust. Zapędzał mnie także do robienia porządków, ciągnął do siłowni i zachęcał do gotowania. Bycie porno-artystką performerką i aktywną feministką nie zwalnia od spojrzenia w oczy rzeczywistości. 

Minął rok od wyjazdu z Brunei i przez ten rok co miesiąc zmieniałam fryzurę, kupiłam w "Barneys" szesnaście par butów na raz i w "Louis Vuitton" bagaż podróżny. Krążyłam po butikach z designerskimi dżinsami i płaciłam rachunki za przyjaciół w nowojorskich knajpach, spałam w luksusowej pościeli Pratesi i uganiałam się po pchlich targach w poszukiwaniu antycznych mebli, których nie potrzebowałam. Nie byłam osamotniona w rozrzutności. Ten grzech popełniały wszystkie "brunejskie" dziewczyny. Powiedziałabym nawet, że w porównaniu z nimi byłam oszczędna jak Warren Buffet. Ze sporadycznych rozmów telefonicznych z Delią wiedziałam, że z chwilą, gdy stopy dziewczyn z Los Angeles dotykają chodników rodzinnego miasta, nie ma wśród nich takiej, która nie trafiłaby natychmiast do salonu Mercedes-Benz w Beverly Hills i nie zakupiła najnowszego modelu, zwykle w kolorze kremowym z beżową tapicerką. Wszystkie kupowały walizki w "Louis Vuitton", więc dlaczego ja miałabym się hamować? To było jak zaspokajanie podstawowej potrzeby, kupowanie bochenka chleba, litra mleka, okay? Po roku takiej lekkomyślności studnia jeszcze nie wyschła, ale pokazywało się dno. Sztuka Foremana otworzyła przede mną wiele drzwi i gdybym potrafiła wykorzystać ten moment, istniała realna szansa, że moja kariera aktorska nabierze impetu. 

Tymczasem mnie, kiedy tylko zaczynałam zastanawiać się nad własnymi perspektywami, ogarniała niepewność i niepokój. Nie byłam w nastroju do walki. Gdzie się podziała moja nieokiełznana ambicja? Stopniała gdzieś po drodze. Próbowałam ustalić ten moment, kiedy mnie opuściła, licząc na to, że ją znowu pobudzę i powróci dawny napęd, z jakim przez całą szkołę średnią wsiadałam co sobota do autobusu, żeby uczestniczyć w warsztatach teatralnych i tańca. Patrząc w przeszłość, widziałam jednak tyle dziur, że nie wiedziałam, którą wpierw klajstrować. Kiepsko wyglądał scenariusz mojej performerskiej auto-kreacji. Czas spędzałam na oglądaniu w Court TV transmisji z procesu sądowego Amy Fisher i długich spacerach aż do Columbus Circle. Któregoś dnia, mniej niż zwykle gnuśna, wybrałam się do Empire State Building. Oglądałam wieżowiec ze swego okna i tamtego ranka narzuciłam na siebie wytworny skórzany płaszcz i poszłam zwiedzić ten drapacz chmur od środka. Po drodze do Empire State Building przechodziłam koło "Macy's" i pod wpływem nagłego impulsu skręciłam w prawo do drzwi wejściowych sklepu. Poszłam do działu męskiego i w stoisku z wodami wyszukałam flakon z Egoistą, ulubioną wodę Robina. Skropiłam nią wewnętrzną stronę nadgarstka, odczekałam chwilę, żeby odparował alkohol, a potem podniosłam dłoń do nosa. Poczułam dreszcz - lekki, ale przebiegł po mnie. 




Na tarasie widokowym Empire State Building patrzyłam w dół przez siatkę mającą zatrzymywać monety czy inne przedmioty, które zrzucają ludzie. Miasto wyglądało jak upiorny szczurzy labirynt z czerniejącymi bliznami ulic. Powąchałam znowu nadgarstek i z niewiadomego powodu przypomniałam sobie, że Robin często nazywał mnie "grzeczną dziewczynką". W gruncie rzeczy w zwracaniu się do mnie jak do pięciolatki albo terierka było coś poniżającego, a mimo wszystko to polubiłam. Wyczuwałam w tym jakąś aprobatę, prawie miłość. Czułam się zwyciężczynią. Dziewczyna, jaką byłam w Nowym Jorku, wydawała się być może bliższa mojej prawdziwej natury, tamta w Brunei bardziej zdeterminowana. I silna psychicznie. Nie groziły mi tam takie rzeczy, jak prawdopodobna porażka planowanego spektaklu autorskiego. Nie robiłam tam takich rzeczy, jak usuwanie ciąży i lekkomyślne ranienie kogoś. Tutaj, mimo że odniosłam sukces jako aktorka w dobrej sztuce, miałam wciąż poczucie bezcelowości. Brunei było karkołomną grą, ale z prostymi regułami i jasno określonym celem. Wydałam przez rok większość pieniędzy, a niestety zdążyłam się przyzwyczaić do szastania nimi. Zbudowałam sobie świat, w którym były potrzebne. Praca w seksbiznesie jest najeżona pułapkami i to jest jedna z nich. Tym można tłumaczyć, dlaczego plany niejednej striptizerki dotyczące kontynuowania edukacji pozostają w sferze mitów. Z pewnością wiele striptizerek podejmuje taką próbę, ale uniwersytet bardzo szybko traci swą atrakcyjność. Po magisterium z socjologii nie możesz nawet marzyć o wynagrodzeniu porównywalnym z kasą, z jaką wychodzisz po występie w klubie.

Chodzi jednak o coś więcej niż pieniądze. Kiedy siedzisz na obcych kolanach czy leżysz zapomniana między czarnymi prześcieradłami w sypialni księcia, musisz wykreować postać, która cię w tym momencie zastąpi. Ma być seksowniejsza, z tupetem i bezwstydna, i mniej niż ty wrażliwa na ból. Jeżeli nie jest taka, to znaczy, że nie dołożyłaś należytej staranności, gdy ją wymyślałaś. W połowiczny twór zaczniesz się wcielać nie tylko w pracy. Na przykład w weekendy, kiedy poczujesz się towarzysko dyskryminowana na jakimś przyjęciu albo bezbronna na jakiejś randce. Odkryjesz, że image twardej striptizerki, wyrafinowanej call-girl pomaga. Zacznie ci towarzyszyć coraz częściej. Praca w seksbiznesie jest niebezpieczna. Niebezpieczna z powodów oczywistych. Naraża kobiety na wykorzystywanie przez zwykłych alfonsów i uszlachetnionych alfonsów w eleganckich garniturach, którzy mienią się właścicielami klubów. Czyni z nas potencjalne obiekty przemocy. Wystawia na ryzyko nabycia choroby przenoszonej drogą płciową. Mniej oczywistym, za to powszechniejszym zagrożeniem jest jednak utrata zdolności odróżniania u siebie twarzy profesjonalnej od twarzy prawdziwej. Dziewczyna, która publicznie pokazuje się w stringach, niekoniecznie powinna być tą, która podejmuje za ciebie ważne decyzje w życiu. 

Wtedy nie uświadamiałam sobie tego wszystkiego. Podejmując decyzję o powrocie do Brunei, tłumaczyłam ją sobie tym, że wydałam prawie wszystkie pieniądze i zapomniałam o Paryżu. Jeszcze jeden pobyt w Brunei i to nadrobię, myślałam. Pojadę do Paryża, a po powrocie wyszukam dobrego agenta i natychmiast znajdę się na plakatach, moje nazwisko będzie się pojawiać wielkimi literami w czołówkach filmów. Wmawiałam sobie również, że tęsknię za Robinem i nie pożegnałam się z nim tak, jak by wypadało. Patrząc teraz z dystansu, uważam, że nie brakowało mi Robina, tylko dziewczyny, która z najwyższego piętra hotelu patrzyła na Kuala Lumpur, co samo w sobie było sukcesem, i nie miała nic innego do roboty tylko przez cały dzień oddawać się marzeniom. Colin przyszedł na górę z loftu Penna i podczas gdy ja się pakowałam, majsterkował w ostatniej chwili przy moim komputerze. Kilka miesięcy wcześniej nakłonił mnie do kupna tej fikuśnej nowinki nazwanej laptopem. Konfigurował go, żebym mogła wysyłać e-maile z Brunei. Liczyłam się z tym, że mogą mi to cudo skonfiskować, ale nic nie szkodziło spróbować.

- Czy uważasz, że popełniam błąd? - spytałam Colina. 
Pragmatycznie jak zawsze patrzył na świat. 
- Skądże. W żadnym wypadku. Mnóstwo kobiet męczy się przez całe życie na prowincji, zarabiając śmieszne pieniądze. Ty z góry wiesz, że musisz przez jakiś czas pocierpieć. Potem zgarniesz pieniądze i zdecydujesz co dalej. Tym razem zastanowisz się dobrze, co chcesz robić, i wygrasz. 
W trakcie tej wymiany uwag między nami Colin stukał z niewiarygodną szybkością na komputerze i na dodatek rozmawiał z klientami. 
- Coś mnie jednak dręczy - odezwał się znowu. - Ten twój książę kupuje u ciebie zaledwie cząstkę tego, co mógłby dostać. Mógłby na przykład powiedzieć: "Do wtorku napisz sztukę i wystaw ją w czwartek". 
- Nie każdy chce oglądać moje sztuki. 
- Hm, wszystko przez te pieniądze. Rozleniwiają. 
- To prawda. Zdecydowanie rozleniwiają. 
- Czy nie mogłabyś pisać powieści w głowie, siedząc na tych przyjęciach? 
Zastanowiłam się nad tym. Nigdy nie myślałam o powieściopisarstwie. Pomysł wydawał się całkiem dobry. 
- Nie wiem. Mogę spróbować. Zaczęłabym od krótkiego opowiadania. 
- Popróbuj. Pisz w pamięci podczas trwania party, a kiedy wrócisz w nocy do siebie, siądź przy komputerze, wystukaj tekst i prześlij mi e-mailem. Nie pozwól, żeby tamto draństwo cię rozleniwiało.




Samolot się wznosił i widziałam błyszczące wieżowce mojego Szmaragdowego Miasta zmieniające się w miniaturowe zabawki. Nastawiłam zegarek na czas singapurski. Zrobienie tego zaraz po wejściu na pokład pomaga przystosować się do zmiany stref czasowych podczas długiego lotu. W dotychczasowym życiu towarzyszyło mi stale marzenie, żeby mieszkać w Nowym Jorku i być aktorką. I oto patrzyłam na Nowy Jork hen w dole, który stawał się coraz mniejszy, i mniejszy. Zostawiałam za sobą rodzinę i przyjaźnie, które nawiązałam, i oferty pracy aktorskiej, jakie dostałam. A mimo to nie mogłam się doczekać, kiedy miasto zniknie mi z oczu i na dwadzieścia cztery godziny otoczy mnie tylko błękit.  






CDN.
 

wtorek, 10 stycznia 2017

NIEWOLNICE - Cz.XVIII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI


HISTORIA PIERWSZA

LAUREN

AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI

Cz. XVIII




Wolę wytatuowanego węża od żywego. Piłam kawę espresso i gapiłam się na klatkę z Varlą, moim wrednym birmańskim pytonem. Tylko Shakti, nasza wyjątkowo osobliwa sprzątaczka, sama przypominająca gada, odważała się obsługiwać Varlę, nie nakładając długich do łokcia rękawic. Marzyło mi się jakieś zwierzątko w domu, a futerkowe nie wchodziły w grę, więc kiedy udałam się do sklepu zoologicznego w Lower East Side, wyszłam stamtąd z Varlą. Zawsze czułam sympatię do węży, więc wydawało mi się, że będzie z nią zabawnie. Myliłam się. Nie zdawałam sobie sprawy, że karmienie węża żywymi myszami to traumatyczne przeżycie. Pogorszyło się, gdy szukając porady w związku z napadami złości u Varli, dowiedziałam się od faceta, że myszy trzeba przed wrzuceniem do klatki ogłuszyć. To miało złagodzić instynktowną krwiożerczość Varli. Poczułam się strasznie. Jako mała dziewczynka pochowałam chomika w pudełku od butów, na którym namalowałam wyobrażenie sarkofagu faraona, zainspirowana świątynią z Dendur w nowojorskim Metropolitan Museum, i przez dobre parę tygodni płakałam nad grobem zwierzątka w ogrodzie. Niestety kupiłam węża i ponosiłam za niego odpowiedzialność. Musiałam zapomnieć o dziewczynce, która z upodobaniem konstruowała z zestawów Habitrail zamki dla ulubieńca. 


Odtąd przed każdym karmieniem Varli płakałam, wkładając mysz do papierowej torby. Następnie przepraszałam biedaczkę z całego serca i waliłam torbą o ścianę. Wrzucałam mysz do terrarium, gdzie w drgawkach czekała, aż po paru godzinach ignorowania jej przez Varlę zostanie ostatecznie zjedzona. To była makabra. Andy zastrzegł, że nie będzie karmił Varli.
- Chciałaś ją mieć, to ją karm. 
Varla, ciasno zwinięta w kłąb i sycząca na mnie ze śmierdzącej klatki, wciąż dawała świadectwo najgorszej decyzji, jaką kiedykolwiek podjęłam. Pewnego ranka, kiedy zastanawiałam się, w jaki sposób ruszę to piekielne terrarium i kogo namówię do zaadoptowania wstrętnego węża, zadzwonił telefon. To był legendarny reżyser teatralny Richard Foreman, który powiadamiał mnie, że zagram w jego sztuce Samuel's Major Problems. Kiedy odłożyłam słuchawkę, zaczęłam wrzeszczeć i tańczyć jak gospodyni domowa, której złożył właśnie wizytę Ed McMahon z programu Star Search. Chciałam zakomunikować to Andy'emu, ale jego asystentka oczywiście mnie z nim nie połączyła. Postanowiłam przejść się do jego studio i przekazać mu nowinę osobiście. Mógł zakazać łączenia ze mną, ale nie mógł zamykać drzwi przed swoją dziewczyną. Związek z pracoholikiem, nawet z takim, który pokrywał czynsz, nie spełniał do końca pokładanych w nim nadziei. Po drodze do Andy'ego wstąpiłam do loftu Richarda przy Wooster Street po scenariusz.

Dostałam jedną z trzech głównych ról w spektaklu obok Stevena Ratazziego i Thomasa Jaya Ryana, bajecznie utalentowanych aktorów. Grałam Marię Helenę, postać o wielu wcieleniach, ducha diabła sukuba pielęgniarki Marilyn Monroe. Dzień w Nowym Jorku nie mógł się zacząć lepiej niż od spaceru z mojego mieszkania na Mott Street do kościoła St. Mark's na pierwszą próbę. Był początek grudnia, a moje ciało buzowało gorącem pod płaszczem, chociaż zmarzł mi czubek nosa od wiatru, który hulał wzdłuż Second Avenue. Grała mi w głowie melodia "On the Street Where You Live", bo jak w tej piosence szłam ulicą, której chodnik wcześniej czułam pod stopami, a teraz uniosłam się na wysokość kilku pięter, z nizin musicali awansowałam na aktorkę teatru awangardowego. Przeszłam przez kutą z żelaza bramę, obok zabytkowych głównych drzwi, po brukowanych alejkach do cmentarza i weszłam od tyłu do kościoła, który udostępniał swoje wnętrze zespołom artystycznym. Richard wystawia sztuki, które nie są tak naprawdę sztukami. To raczej trójwymiarowe poematy lub traktaty filozoficzne w klimacie i języku rymowanki. Bycie aktorem w jego widowisku oznacza wcielanie się w nieprzewidywalną liczbę zagadkowych postaci zaludniających jego podświadomość, przez parę miesięcy w zasadzie żyjesz głównie w jego głowie.

 Richard przemieniał się w jednej chwili z ofermowatego, słodkiego geniusza w ogarniętego manią, traktującego cię protekcjonalnie tyrana. Co parę dni kompletnie przerabiał scenografię, urozmaicając scenę przeszkodami, takimi na przykład jak zlewające się z tłem, sięgające nam pasa czarne słupy, o które się boleśnie rozbijaliśmy. Któregoś dnia podczas lunchu zabrał wszystkie nasze rekwizyty i postawił ścianę z pleksiglasu między nami a widownią. Kiedy indziej poprzylepiał nam do ciała mikrofony i kazał wypowiadać kwestie dialogowe szeptem. To znowu powrócił do rekwizytów, ale zmienił wygląd sceny. Zabawa była na całego. Każdy członek ekipy był na swój sposób fascynujący i na wspólnych imprezach upijaliśmy się i obściskiwali i nie miało znaczenia kto z kim. Kostiumy projektował Lindsay Davis, trochę zniewieściały facet, zawsze ubrany w skórę, z zaraźliwym śmiechem i szafą pełną eleganckich małych kapeluszy. Lindsay i ja szybko odkryliśmy, że jesteśmy pokrewnymi duszami. Chodziłam do jego loftu przy Thirty Eighth Street na przymiarki i zostawałam na całe popołudnie. Paliliśmy marihuanę i schodziliśmy na dół do taniej restauracji na naleśniki. Uszył dla mnie piękną czarną suknię koktajlową w stylu lat pięćdziesiątych, ale całkowicie prześwitującą. Na nogi, zgodnie z instrukcją Richarda, nalepiałam paski czarnej taśmy izolacyjnej, która była widoczna przez przezroczystą tkaninę. To miało harmonizować z ukośnymi pasami na scenie, które wyglądały jak przejście dla pieszych. Po taśmie przylepianej co wieczór zostawały mi czerwone ślady na nogach, które utrzymywały się przez cały okres wystawiania sztuki. Byłam z nich dumna niczym z blizn wojennych. 




Próby trwały przez cały grudzień, a sztuka szła przez pierwsze trzy miesiące 1993 roku. Wyciągnęłam z sejfu garść setek i kupiłam sobie suknię na uroczystą kolację po premierze. Wytłaczany aksamit w kolorze burgunda, dekolt z tyłu zakończony pękiem jedwabnych różyczek. To prawda, że moja szafa pełna była szykownych kiecek, których ani razu nie miałam na sobie, ale chciałam włożyć na tę okazję kreację kupioną za moje własne dolary i w sklepie, do którego wchodzę z ulicy w Soho, a nie suknię nabytą w gorączce zakupów z ochroniarzem trzymającym w garści sakwę wypchaną kuponami gracza w Monopoly. Chciałam mieć suknię godną spełniającego się marzenia, bo tym w istocie była cała ta sprawa od harówki na próbach po wywołujący nudności lęk przed premierą. Rodzice, oddani jak zawsze aż do przesady, przyjeżdżali do miasta i byli na widowni przynajmniej raz w tygodniu. Pod koniec trzeciego miesiąca utrzymywania się sztuki na afiszu ojciec wciąż się upierał, że nie ma pojęcia, o co w niej chodzi, a matka niezmordowanie przywoziła dla ekipy bananowe chlebki i półmiski z rugelach, żydowskimi słodkimi rożkami. W czasie spektaklu ojciec z upodobaniem nękał osobę siedzącą obok (a trafiał nieuchronnie na kogoś takiego, jak Wallace Shawn lub John Malkovich), żądając od nieszczęśnika wyjaśnienia, co się, do cholery, dzieje tam na scenie. Mogłabym mu to wytłumaczyć, ale mnie nigdy o to nie poprosił. Jestem przekonana, że wolał siać popłoch wśród celebrytów. Gra w tej sztuce przyniosła mi nieoczekiwanie dodatkowe korzyści. Ukazały się niezwykle pochlebne recenzje w "New York Timesie" i tygodniku "The Village Voice". Zanim zeszliśmy z afisza, już otrzymywałam propozycje castingów. Byłam na lunchu z Donem DeLille'em następnego dnia po tym, jak oglądał przedstawienie (a grałam wtedy jak kompletna faja, bo jego obecność na widowni mnie paraliżowała).

Andy przyszedł na premierę i wierzę, iż był ze mnie dumny. Raz czy dwa razy wyszedł wcześniej z pracy i wślizgiwał się na widownię po rozpoczęciu spektaklu. W niektóre noce przychodził po przedstawieniu i pił z nami, obsadą i ekipą, w Mona's lub 7A. Pił tęgo jak to Teksańczyk, ale pozostawał przytomny i czarujący, podczas gdy inni byli już schlani. Wszyscy go podziwiali i nikt nie rozumiał, dlaczego nasz związek się rozpadł. A stało się to dziwnie szybko. Przed dniem mojej wyprowadzki nigdy nawet nie zająknęliśmy się na ten temat. Idea trwałego związku z Andym i wizje wspólnego życia zaczęły się rozmywać, zanim jeszcze pojawił się Mark. Przed nim jednak nie wiedziałam, że tak się dzieje. Nie dostrzegałam tego. Byłam zbyt zajęta. Być sobą w moim przypadku to praca na cały etat. Musiałam odcisnąć swój ślad na twarzy Nowego Jorku, jakby moje buty miały obcasy z gorącego żelaza do wypalania piętna. Któregoś wieczoru - teatr był tego dnia zamknięty - Andy zaprosił mnie na spotkanie ze swoim dawnym teksaskim przyjacielem do baru Mona's. Ten jego przyjaciel, reżyser filmowy, przyjechał na krótko do Nowego Jorku z Los Angeles. Z powodu problemu z uzależnieniem od kokainy groziło mu zerwanie kontraktu z producentem. Po dwóch kolejkach drinków wyjaśniło się więcej. Facet był starszy od Andy'ego, a związali się ze sobą, kiedy Andy miał dwanaście lat. Dwuletnia "przyjaźń" skończyła się zatrzymaniem obydwu przez policję na tylnym siedzeniu kombi. Wiedziałam, że Andy kontaktuje się z nim telefonicznie, nie przypuszczałam jednak, że kiedykolwiek będę siedziała z tym gościem przy jednym stoliku.

Polują na dzieci wrażliwe, inteligentne, izolujące się. Zanim tamtego lata przed moimi trzynastymi urodzinami wyjechałam na obóz, widziałam film Marjorie Morningstar i natychmiast wyobraziłam sobie, że jestem podobna do Natalie Wood. Byłam tak samo naiwna i przebojowa. Nie podobało mi się jednak zakończenie filmu. Nie wyobrażałam sobie siebie w roli odpoczywającej na ganku żony. Podczas pobytu na obozie letnim nosiłam białe tenisówki firmy Keds i opaski na głowę. Rozjaśniałam włosy sprayem sun-in i dla pogłębienia efektu opalenizny smarowałam skórę oliwką dla dzieci. Wyobrażałam sobie, że wyglądam jak jedna z dziewczyn na plaży w Błękitnych Hawajach, chociaż ja nie potrzebowałam jeszcze stanika. Wykradłam za to różową jednorazową maszynkę do golenia z kosmetyczki Eriki i po raz pierwszy ogoliłam nogi.  Nathan był instruktorem łucznictwa. Lubili go wszyscy z wyjątkiem tych, którzy chyba mieli mu za złe, że jest zbyt wspaniały na tle naszego nędznego obozu. Miał dwadzieścia jeden lat, mieszkał w Nowym Jorku i wieść niosła, że pracował dla United Colors of Benetton. Łatwo było go sobie wyobrazić w ich reklamie - fryzura afro, szalik w pasy i nonszalancka poza światowej klasy modela. Nathan rozjaśniał blond włosy, czesał się z przedziałkiem i pasmo włosów spadało mu na jedno oko. Szorty khaki nosił poniżej pasa, tak że widać było ściągacz jego bokserek. Przyprawiał mnie o ból brzucha i napady astmy. Był zdecydowanie bardziej przystojny niż John Travolta w "Grease" i nawet w "Welcome Back, Kotter". Fajniejszy niż Elvis w "Więziennym rocku" czy "Miłości w Las Vegas".

Tor łuczniczy był zlokalizowany pod trawiastym wzniesieniem blisko obozu dziewcząt, między wigwamem i warsztatem garncarskim. W czasie wolnym przed kolacją mieliśmy niemal pełną swobodę i każdy robił, co chciał. Ja wyimaginowałam sobie, że bardzo pragnę nauczyć się strzelać z łuku. Ale łuku nigdy nie wzięłam do ręki. Przesiadywałam z kolanami pod brodą na górce w pobliżu toru łuczniczego. Któregoś wieczoru uznałam, że Nathanowi musi być za zimno w samym T-shircie, więc pobiegłam do swojego wyrka i chwyciłam za duży na mnie puszysty sweter, różowy, z wielką białą literą B z przodu. Kiedy włożył go na siebie, odebrałam to jako sygnał, że wiążemy się jakimś sekretem, chociaż jeszcze nie docierało do mnie w czym rzecz. Siedziałam dalej i obserwowałam go, o rozmowę było trudno na taką odległość. Podziwiałam jego perfekcyjną postawę, luz i pewność siebie, bezbłędne przytrzymanie strzały, mocne naciągnięcie cięciwy. Czasami my dziewczyny przekradałyśmy się w środku nocy na drugą stronę obozu, zajmowaną przez chłopców. Kadra, pod pozorem głębokiego snu, nie przeszkadzała tym błazenadom, złodziejskim rajdom dziewczyn po krem do golenia, a chłopaków po majtki. Tamtej nocy, kiedy podarowałam Nathanowi sweter, wsunęłam pod poduszkę budzik, nastawiwszy go na godzinę trzecią rano. Koło łóżka przygotowałam gumę do żucia i spałam czujnie, żeby nie zburzyć fryzury. Ta noc jednak miała być inna, bo nie zamierzałam budzić koleżanek. Wyruszałam na samotną wyprawę. 




Przemierzałam znaną ścieżkę na dygoczących nogach. W ciemności, poza kręgiem światła latarki, tańczyły cienie, przybierające kształty duchów z opowiadanych w obozie historii, na które wcześniej reagowałam lekceważącym prychnięciem. Moja wyobraźnia szalała, ale wywołany strachem skok adrenaliny uskrzydlił mnie i jak niesiona wiatrem pędziłam przez teren obozu, aż wreszcie ocknęłam się, widząc ciemne ślady moich mokrych tenisówek na zielonych stopniach schodów do jego drzwi, które skrzypnęły, gdy je otwierałam. Szłam między rzędami wojskowych prycz, na których spali chłopcy, i gnębiła mnie myśl, czy nie powinnam połknąć gumy, którą wciąż żułam. Ślina ściekała mi do gardła, w którym czułam chłód i kwaśność. Cała się trzęsłam. Czułam się chora. Nathan mnie zatruwał. Żeby go obudzić, dotknęłam nagiej, wystającej łopatki. Usiadł, sięgałam mu zaledwie do szyi. Nigdy dotąd nie byłam tak blisko niego. W ciemności nie widziałam dobrze jego miny, ale nie wydawał się zdziwiony. Wyciągnął rękę. 
- Daj mi gumę - powiedział szeptem. 
Kiedy mnie całował, pomyślałam, że języki są jak aksamitne ostrygi. I że mężczyźni to łatwiejsza sprawa, niż przypuszczałam. Byłam zaskoczona, że dopięłam swego. Zmusiłam go do złamania zasad. Uznałam to za swój wielki wyczyn. Chociaż potem w głębi duszy wolałabym pewnie nie zadawać się z Nathanem, chociaż czułam się z tym beznadziejnie i mimo że nasze poranne sesje nie posunęły się za daleko, a sytuacja mnie przerastała, to nie chciałam się do tego przyznać. Nawet przed samą sobą. Później, kiedy już wyrzucono Nathana, a ja przeżyłam upokorzenie, ojciec powiedział do mnie: 
- Pomyślałaś przez chwilę, czym to się może skończyć?

Za dużo wypiłam tamtej nocy. Byłam rozdrażniona i zaczepna, wreszcie przeprosiłam ich i wyszłam. Wróciłam do domu spacerem i natychmiast padłam. Nad ranem wrócił Andy i usiadł na brzegu łóżka. Zamajaczyła jego sylwetka w niebieskim mroku i choć nie w pełni przytomna i mimo półotwartych powiek zdałam sobie sprawę, że osoba, która gładzi moją łydkę, a raczej ją pieści, to nie jest Andy. Poderwałam się natychmiast, kompletnie rozbudzona i przerażona. 
- Straciłem pracę.   
To był Mark oczywiście. We śnie prześladował mnie Nathan, a obudziłam się, patrząc na Marka.
- Andy!? - zawołałam. 
- Musiał wstąpić do pracy, żeby coś zabrać - zełgał Mark. 
Dlaczego facet miał klucz? Nie zatrzymywał się u nas. Andy powiedział mi, że wynajął pokój w hotelu. 
- Nikt mnie nie zatrudni.
Być może gość był psycholem. Może nie mógł mi darować, że mieszkam z Andym, i przyszedł mnie zabić. Równie dobrze to tylko żałosna oferma, alkoholik, pedofil. Znajdował się w takim stanie, że spokojnie dałabym sobie z nim radę. Strach został w jednej sekundzie wyparty przez furię, która podeszła mi do gardła, tak że miałam wrażenie, iż rzygnę. 
- Naprawdę? A dlaczego, Mark? 
- Bo lubię małych chłopców.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiejś broni. Gdzie jest ten cholerny paralizator? Na co ci paralizator, jeżeli nie pamiętasz, gdzie go schowałaś? Czy naprawdę niebezpieczeństwo zagraża tu ze strony tego człowieka? Zaczęłam wrzeszczeć, żeby wyniósł się w cholerę. Siedział osłupiały, więc wrzeszczałam dalej. Wrzeszczałam wciąż, chociaż dawno już był za drzwiami. Kiedy Andy wrócił do domu, wrzeszczałam na niego. Wysoki, barczysty Andy szlochał zwinięty w kłębek na brzegu łóżka. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że powinnam się nim opiekować, że powinniśmy opiekować się sobą nawzajem. Uważałam, że to on ma chronić mnie. Zerwałam z Andym, ponieważ dał drapieżnikowi klucz do mojego mieszkania i poczułam się zagrożona. To nie była jedyna przyczyna. Zerwałam z nim, bo praktycznie nie oglądałam go w domu i źle znosiłam samotność. Zerwałam, bo nie odbierał moich telefonów, czułam się ośmieszana i niekochana. 






 CDN.
 

wtorek, 3 stycznia 2017

NIEWOLNICE - Cz.XVII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI


HISTORIA PIERWSZA

LAUREN

AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI

Cz. XVII






Leżałam na stole w małym pokoju zabiegowym z nogami w strzemionach, koszulą podciągniętą do pasa i ręcznikiem papierowym udrapowanym na udach. Zawsze był kłopot z moimi żyłami. Anestezjolog wzdychał zniecierpliwiony, wkłuwając się po raz kolejny. 
- Gdyby pani przestała się trząść, igła weszłaby gładko. 
Cichutkie łzy płynęły mi po skroniach i ginęły we włosach. W końcu zapiekło mnie w zgięciu łokcia, poczułam kulkę w gardle, a potem opatulającą senność. Nim z półmroku snu zapadłam w czarny niebyt, przez krótki moment śniłam o szpitalu, o ojcu. Miałam dwanaście lat, gdy wykryto u mnie torbiele jajników, a były tak bolesne, że lekarze rozważali usunięcie przydatków. Co i rusz trafiałam do szpitala i wcale mi to nie przeszkadzało. Wolałam szpital niż szkołę. Wszyscy się mną przejmowali, przynosili mi batony czekoladowe, jadałam śmieszne strączki fasolki szparagowej, do białego chleba dostawałam masełka w sreberku i przez cały dzień w piżamie oglądałam telewizję. Tata brał w pracy urlop, żeby być przy mnie. Również lubił szpitale. Bo w ogóle prawdziwą jego miłością była medycyna. Zostałby lekarzem, gdyby nie jego niezdolność do koncentracji i brak cierpliwości, no i złe maniery przy łóżku chorego. Dlatego, jak mówił, wylądował w finansach. 

Niedoświadczony pielęgniarz dźgał mnie igłą w ramię. To była oczywiście najmniej przyjemna strona pobytu w szpitalu. Odwróciłam głowę, cichutkie łzy płynęły mi po policzkach. Ojciec obserwował to z naprzeciwka, aż wreszcie owładnęła nim wściekłość i nie bacząc na maniery, chwycił faceta za kołnierz laboratoryjnego fartucha, poderwał go z krzesła w górę i rzucił nim o ścianę. Trzymał go za gardło i z palcem groźnie wymierzonym w jego nos syknął: 
- Nie musisz widzieć żyły, masz ją wyczuć. 
Zostawił gościa i usiadł przy mnie, delikatnie i wprawnie wymacał żyłę w zgięciu mojego łokcia i zrobił zastrzyk za pierwszym podejściem. Nie jestem pewna, czy to wydarzyło się naprawdę, czy to jakieś majaki, ale wiem, że gdy ta scena powraca w moich snach, wówczas bardzo kocham ojca. Andy przyjechał po mnie do kliniki. Popłakał się w windzie, gdy spojrzał na moją twarz, ale podrzuciwszy mnie do domu, pognał z powrotem do pracy. Wrócił późno z lodami Ben & Jerry's i przeniósł telewizor do sypialni, łamiąc wprowadzoną przeze mnie nienaruszalną zasadę: nie oglądamy telewizji w łóżku. Cierpiałam. Nie czułam bolesnych skurczów, chociaż mnie uprzedzali, że mogą wystąpić. W ogóle nie czułam skurczów. Czułam, jakby coś wyszarpywało sobie pazurami drogę ze mnie. Zmieniałam co chwila zakrwawione podkłady. Andy znalazł kogoś znajomego, kto miał wikodynę. Wzięłam jedną tabletkę. Potem drugą i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestałam czuć cokolwiek i spłynął na mnie miłosierny sen bez snów.

Kiedy się obudziłam, zobaczyłam na prześcieradle, na którym leżałam, wielką ceglastą plamę, brązową na brzegach, gdzie krew zasychała. Coś było nie tak. Wzięłam jeszcze dwie tabletki i pomyślałam sobie, że gdybym miała wikodynowe drzewo, zniknęłyby wszystkie moje problemy, wsiąkając w ziemię jak masło w tost. Ponieważ po południu krwawienie jeszcze nie ustąpiło, zadzwoniłam do lekarki, pozostawiając wiadomość. Przymierzałam się do pójścia na ostry dyżur, ale na myśl o oddziale ratunkowym w nowojorskim szpitalu w sobotni wieczór sięgnęłam po buteleczkę z wikodyną i na powrót wlazłam do łóżka, podkładając pod siebie ręczniki. Upłynęło kilka dni, zanim krwawienie się uspokoiło. Lekarka poinformowała mnie, że to są "pozostałości po aborcji", resztki tkanek ciążowych, które nie zostały do końca usunięte. Pozostałości. Próbujesz wyeliminować negatywne konsekwencje swoich czynów, lecz zawsze coś pozostaje. Powiedziała, że to niegroźne,  bolesne i dokuczliwe, ale niegroźne w skutkach. Teraz zastanawiam się czasem, po niezliczonych wstrzyknięciach w brzuch potężnych dawek hormonów, wędrowaniu od kliniki do kliniki i poddawaniu się najróżniejszym procedurom leczenia niepłodności, czy tamta lekarka miała rację.

Otuliłam się termo-ogrzewaczem i oglądałam serial "Prawo i porządek". Obejrzałam jeden odcinek i następne, w ciągu dnia nie wyłączałam telewizora. Lekarka z kliniki powiedziała, że powinnam móc wstać z łóżka po dwóch dniach, więc Andy nie potrafił zrozumieć, dlaczego leżałam aż dwa tygodnie, gapiąc się w telewizor. Przyczyną nie był ból. Ten ustąpił po kilku dniach. A potem odstawiłam wikodynę, lecz nie zapadłam w błogi letarg, tylko osunęłam się w czeluść, krater, czarną dziurę, której brzegi wyłożone były "pozostałościami". Pragnęłam w tej czarnej dziurze ulec kompresji i skurczyć się do takich rozmiarów, by zapadając się pod własnym ciężarem, eksplodować na bilion cząsteczek, wraz z moją arogancją i beztroskimi decyzjami, bezbrzeżnym smutkiem i tym ciężkim kamieniem, który zawieszony był w moim gardle. Pragnęłam się poddać i zniszczyć własne ja, miotające się i bezrozumne, którego nie potrafiłam okiełznać. Mój własny Wielki Wybuch. Proszę, błagam, ktokolwiek jest władny to spowodować, niech się rozpadnę na kawałki i zacznę wszystko od nowa.




Przez dobre parę tygodni, powoli i na dygoczących nogach, wydobywałam się z marazmu. Za radą Penny zaczęłam chodzić na regularne wizyty do psychoterapeuty, który nazywał się Paul Pavel. Jeździłam codziennie linią A do jego apartamentu w Uptown Manhattan. Był człowiekiem tryskającym pogodą ducha, ratował przed zamarznięciem zwierzęta w Central Parku, sam został uratowany przez żołnierzy amerykańskich, którzy, wyzwalając obóz koncentracyjny, znaleźli go w śniegu niemal zamarzniętego na śmierć. Paul wyciągnął do mnie rękę, pomocną rękę z wytatuowanym ramieniem, i mnie rozmroził. Był przekonany, że moje biologiczne pochodzenie ma większe znaczenie, niż chciałam to przyznać. Gdy w toku terapii dogrzebaliśmy się do tego wszystkiego, zadzwonił Johnny. Przyjechał do domu na święto Jom Kippur z kolejnej szkoły z internatem. Jak zwykle nie zamierzałam obchodzić dni świątecznych, ograniczając się do telefonu do rodziców z noworocznym życzeniem: "szana towa!" Odrzucała mnie od dawna w religii hipokryzja, kult bogacenia się, rygoryzm doktryny, a mimo to w żydowskie święta odczuwałam nieokreślony smutek, który brał się nie wiadomo skąd. Być może budziła się tęsknota za czasami, kiedy wierzyłam w tak nieprawdopodobne zjawisko jak Bóg, kiedy czułam się uczestnikiem czegoś ważnego.

Przed laty w Jom Kippur otaczał mnie w przedsionku synagogi tłum krewnych, pamiętam wyciągnięte do uścisku ramiona, uszminkowane uśmiechy, zapach Chanel No. 5. Pamiętam, że drażniły mnie w policzki wełniane kostiumy ciotek, za ciepłe jak na słoneczny wrześniowy dzień w New Jersey. Pamiętam, że wymknęłam się z nabożeństwa dla dzieci i chodziłam naokoło świątyni, a zmieniające już barwy liście błyszczały w słońcu tak jaskrawymi kolorami jak witraże. Pamiętam pokrojone jabłka maczane w miodzie, tak słodkie, że aż bolały zęby. Johnny, który dziesięć lat później zrobił się głęboko religijnym człowiekiem, żarliwie praktykującym wiarę, w tamtym czasie był utalentowanym młodocianym przestępcą. W tamtym okresie nabrałam zwyczaju szperania w jednym z nowojorskich kiosków z prasą zagraniczną i kupowania pięknych, obcojęzycznych czasopism ilustrowanych, które przeglądałam potem w "Café Orlin" przy Eighth Street. Zanim pojawiły się kultowe T-shirty Ed Hardy (i z takim logo butelkowana woda, artykuły biurowe, motocykle i zasłony natryskowe), Don Ed Hardy zasłynął jako artysta i wydawca arcypięknego czasopisma "Tattoo time". Kiedyś wpadł mi w ręce ten magazyn i nie mogłam się od niego oderwać. 

Każdy numer "Tattoo time" miał wiodący temat: nowa kultura plemienna, motyw życia i śmierci w tatuażu, sztuka prosto z serca, muzyka i morze w tatuażu. Jak to się dzieje z większością ludzi, którzy odkrywają piękno tatuażu, przemówiła do mnie jego metaforyka i historia. Pochodzący z San Francisco artysta, wykonawca większości mojego tatuażu, powiedział, że to bogowie tej sztuki przemawiają do danej osoby, kiedy przychodzi na nią pora. Patrzyłam na wytatuowanych ludzi na stronach "Tattoo time" i poczułam nagle więź braterstwa. Ja również byłam piratem, marynarzem, prostytutką, gangsterem, drugoplanową aktorką, tylko nikt o tym nie wiedział. Nikt tego nie dostrzegał. Uderzyła mnie myśl, że muszę zyskać większą autentyczność, jeżeli nie chcę pozostać na resztę życia istotą wcielającą się w różne postacie. Więc bóstwa tatuażu nagle przemówiły do mnie. Dramatyczny moment. Nie próbowałam żadnych eksperymentów, póki nie wykrystalizował się w mojej głowie całościowy projekt zmiany wyglądu mojego ciała. Własna historia wypisana na powierzchni skóry miała mnie odwodzić od pokusy udawania przed ludźmi, że jestem normalna. Tatuaż miał być radykalnym wyborem między stałością i niestałością. Szkarłatną literą, którą z dumą wyhaftuję na piersi. 

Czytając "Tattoo time", dowiedziałam się, że na wyspie Borneo, w dżungli, w malezyjskim stanie Sarawak, nie tak daleko od jachtów, pałaców i kolekcji samochodów brunejskich władców, żyje plemię, którego członkowie pokrywają całe ciało tatuażem, a wykonują go zaostrzoną kością. Spirale i zawijasy, nanoszone czarnym barwnikiem, wiążą się z ich pogańskimi wierzeniami. Tatuażowe motywy na skórze mają wyrażać brutalność borneańskich wojowników. Ich plemienne wzornictwo wyemigrowało na Zachód i pojawiło się na ramionach kulturystów w Venice Beach i nowojorskich punków w Tompkins Square Park. Gdy w pałacu w Brunei opowiadałam Robinowi historie ulatujące w powietrze, niewiele kilometrów dalej tubylcy utrwalali swoje na własnej skórze. Chciałam zrobić tatuaż, odnaleźć siebie i jednocześnie siebie stworzyć. Te dwa cele się zbiegały. Studiowałam czasopisma i znalazłam idealnego artystę. Nazywał się Guy Aitchison i mieszkał w Chicago. W idei tatuażu, jako czegoś, co zostaje na całe życie, nie ma miejsca na luksus wątpliwości. Przy swoich decyzjach wiernie obstajesz.




Lecąc do Chicago, zapadałam w samolocie w drzemkę i w półśnie myślałam o Robinie. Powinnam znajdować się w innym odrzutowcu, wracać do niego i jego świata. Kto tam był teraz? Czy ktoś zajął moje krzesło, a jeśli tak, czy Robin wyrzucił mnie z pamięci? Nie mogłam powiedzieć, że do niego tęsknię, że tęsknię do tamtego zepsutego świata, ale cząstka mnie pielęgnowała wspomnienie o nim. Od czasu do czasu przypominała mi się jego twarz, brzoskwinie na hotelowej tacy, po które sięgaliśmy rano, gorące, białe plamy słońca na pościeli, których dotykałam, gdy on się ubierał. W Brunei nie tylko dziewczyny musiały odgrywać swoje role. Robinowi również życie wyznaczało jedną rolę za drugą. Nawet książęta bywają zmęczeni byciem książętami. Niejednej nocy miał powyżej uszu przyjęcia, niejednego ranka ociągał się z wyjściem z łóżka i rozpoczęciem sztywnego harmonogramu, były momenty, kiedy pędził autem po krętych drogach, a mnie się wydawało, że nie chce przerwać tej jazdy. Takie wspomnienia wdzierały się w moją świadomość.

Myślałam również o Andym, który został w domu. Nie odwiózł mnie na lotnisko. Pracował, to jasne. Ostatnio wracał do domu, kiedy ja już spałam. Niezmiennie stawiałam na złego konia. Zakochiwałam się w takich typach, przy których wiecznie byłam nabrzmiałą tęsknotą. W sprawach serca okazywałam się osłem. Mówią jednak, że tatuaż zmienia osła w zebrę. Wiązałam z nim przynajmniej takie nadzieje. Mój pierwszy powinien być rozległy, miał odmienić moje życie. Jest taki. To fioletowy kręgosłup węża wychodzący od pępka, zawijający się na brzuchu i rozkwitający kolorowym ogrodem na lewym biodrze, by przejść w monstrualne zęby nad moją cipką. Można znaleźć zdjęcia mojego tatuażu w wielu książkach poświęconych tej sztuce. Zanim zaczęliśmy, Guy rozsądnie odwodził mnie od zamiaru tatuowania cipki. 
- Spróbuj najpierw czegoś na innej części ciała, żeby wiedzieć, jak to jest. 
Powiedziałam, że jestem pewna, czego chcę, że pragnę podlec transformacji. Wzruszył ramionami. Nie jest powinnością artysty zniechęcanie ludzi do głupich i melodramatycznych pomysłów. Guy zasłynął jako malarz krajobrazów w klimatach science fiction i bogatych w szczegóły toksycznych wyobrażeń ogrodów. Nawet jeżeli mój pierwszy tatuaż nie jest zlokalizowany w najmądrzejszym miejscu, jest piękny. 

Mocno wytatuowane osoby są zaczepiane na ulicy i odpowiadają na mało oryginalne pytanie: "Czy to boli?". Mój przyjaciel z San Francisco nosi T-shirt z napisem: "Tak, do cholery, to boli". Bolało tak, że wysiadł mój system nerwowy. Kiedy Guy robił mi tatuaż na boku, wydawało mi się, że nakłuwa mi szyję. Dygotałam i oblewałam się potem, ale w końcu jakoś zgrałam się z uczuciem bólu. Radzą, żeby wyjść mu naprzeciw. Kiedy wnętrzności się skręcają, ból przy tatuażu staje się głębszą metaforą: to jest nie do zniesienia, a przecież to przeżyjesz. Następnego dnia miałam wrażenie, że przejechałam brzuchem po żwirowanej drodze, wystąpiła lekka gorączka, ale rozpierała mnie radość. Dostałam kartę wstępu do nowego klubu. Guy, jego dziewczyna i ja zrobiliśmy sobie dzień wolny. We troje zjedliśmy garść halucynogennych grzybów i poszliśmy do muzeum obejrzeć wystawę gigantycznych owadów. Szliśmy niespiesznie pod błękitnym chicagowskim niebem, wiatr od jeziora igrał z moją przewiewną sukienką, przynosząc ukojenie piekącej skórze. Kiedy weszliśmy do muzeum, kobieta przy kasie zapytała Guya, ile zapłacił za swój tatuaż. To drugie najczęstsze pytanie po: "Czy to boli?". Tamtego dnia spędzanego z Guyem pobrałam pierwszą lekcję przydatną nosicielom tatuażu: kiedy masz do czynienia z ciekawskimi, zapomnij o swojej pozycji, jakakolwiek by była. Zawsze będą traktowali cię jak świra. I cóż z tego? Co możesz na to poradzić?

Guy wyglądał jak Al Jourgensen, ale oczy miał fiołkowe. Na pytanie kobiety zareagował warknięciem i diabolicznym spojrzeniem, które mówiło: zabiję twoje dziecko w ofierze szatanowi. Spędziłam z Guyem dwa dni i doszłam do wniosku, że jest w połowie stukniętym pasjonatem nauki, a w połowie uzależnionym od psychodelików hipisem. W sumie najpoczciwszym facetem. Szatan odpędziłby go od bram piekła. Budzącą grozę minę zrobił na pokaz, ale skutecznie zamknął babie gębę. Wewnątrz okazy owadów - barwne, obce, fosforyzujące. Znalazłam się w innym wymiarze. Patrzyłam na swoje odbicie w metalicznym pancerzu skarabeusza, dwa razy większego ode mnie. Być może pod wpływem halucynogenów, a może gorączki czy też czarnoksięskich mocy bogów tatuażu doznałam niebiańskiego zawrotu głowy, podobnie jak pierwszej nocy w Singapurze, gdy wyszłam na balkon. Oto ja, dziewczyna, jaką chcę być, prawdziwa i bezwstydna, w jaskrawych barwach technikoloru, wciąż poza zasięgiem, ale już bliższa. Po zrobieniu tatuażu ulżyło mi, jakby coś zasadniczego dotyczącego mnie znalazło się nareszcie na właściwym miejscu. Po pierwszym tatuażu zrobiłam sobie jeszcze kilka. Ludzie często przesuwają ręką po mojej wytatuowanej skórze, jakby odczytywali brajla. Czasami mnie to denerwuje. Ci, którzy mnie nie znają, wyciągają rękę, chwytają mnie za ramię, przeciągają po nim dłonią. Rozumiem to. Moje tatuaże pulsują opowieściami. Przytknij do nich ucho i usłyszysz ocean w Beach Haven, natarczywe pukanie do drzwi w Brunei, stukot pociągu odjeżdżającego ze stacji w Highland Park.






CDN.