Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RUMUNIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RUMUNIA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 października 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. VII

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)



DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY? 
Cz. III





 Hitler wybrał drogę konfrontacji, czy też - jak rozumowano w Berlinie - zabezpieczenia sobie tyłów. W niespełna miesiąc po konferencji monachijskiej, 24 października 1938 roku, Joachim von Ribbentrop - nowy minister spraw zagranicznych Rzeszy - przedstawił ambasadorowi Polski w Berlinie Józefowi Lipskiemu propozycję "uporządkowania istniejących między obydwoma krajami punktów spornych". Chodziło przede wszystkim o przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego. Był to dziwny sojusz podpisany przez Niemcy i Japonię 25 listopada 1936 roku w Tokio, do którego 6 listopada 1937 roku dołączyły Włochy. Sojusz był dziwny dlatego, że choć nominalnie wymierzony przeciwko Kominternowi - a więc w Związku Sowieckiego - faktycznie grupował państwa wrogie Wielkiej Brytanii i Francji. Oprócz zerwania z Francją Warszawa miała wykonać gesty dobrej woli wobec Berlina - przedłużyć polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy na 25 lat, wyrazić zgodę na przyłączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy, oraz na przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich.

Czy Polska mogła zaakceptować takie rozwiązania? Kwestie, na które przez długi czas zwracali uwagę historycy, publicyści - a przede wszystkim propagandyści - czyli "oddanie Gdańska i budowa eksterytorialnej autostrady", były w gruncie rzeczy zmianami kosmetycznymi. Gdańsk nie był częścią terytorium Rzeczypospolitej, tylko państwem pod protektoratem Ligii Narodów. W drugiej połowie lat 30-tych - po wybudowaniu portu w Gdyni - miasto to nie miało dla Rzeczpospolitej większego znaczenia gospodarczego (zresztą Berlin gwarantował utrzymanie polskich przywilejów). Miało jednak znaczenie propagandowe - i to przede wszystkim na arenie międzynarodowej. Polska zgoda na jego połączenie z Rzeszą byłaby prztyczkiem w nos Lidzie Narodów, a przede wszystkim publicznym upokorzeniem Francji. Eksterytorialna autostrada i linia kolejowa miała również symboliczne znaczenie, tym razem jednak pozytywne. Czemu zaprzyjaźnione państwo miałoby utrudniać kontakty pomiędzy poszczególnymi częściami Niemiec? (Od czasu pierwszego konsula generalnego Rzeczpospolitej Polskiej w Królewcu - Stanisława Srokowskiego, który piastował tę funkcję od 24 IV 1920 do 16 XI 1921 r. polska polityka wobec Prus Wschodnich polegała na maksymalnym osłabieniu wpływu tej prowincji od Berlina i w miarę możliwości uzależnić go od Polski. Srokowski pisał bowiem: "Sąsiada w rodzaju Prus Wschodnich należy przeto za każdą cenę albo pozyskać, albo przeistoczyć. Inaczej przy nadarzającej się sposobności zgotuje on nam los fatalny. I to wtedy, kiedy sąsiedzkiej lojalności jak najbardziej będzie nam potrzeba. Robota zmierzająca do uzgodnienia dążności Prus Wschodnich z interesami polskimi winna być (...) wykonywana z niezłomną, choćby wieki trwającą stanowczością i wytrwałością. Celem jej ostatecznym musi być zniszczenie ekspansji wschodniopruskiej". Polska polityka wobec Prus Wschodnich polegała więc na stopniowym przechodzeniu z płaszczyzny rozważań gospodarczych głównie z handlu drewnem, na płaszczyznę militarną i stopniowym uzależnianiu ziemi pruskiej od Polski. Nie brano jednak pod uwagę faktu, że prowincja ta -  paradoksalnie oderwana od reszty Niemiec polskim Pomorzem - już w latach 20-tych była znacznie bardziej podporządkowana Berlinowi, niż miało to miejsce przed rokiem 1918, gdyż odebrano tej ziemi, posiadane przez nią wcześniej autonomiczne prerogatywy).

Poza tym rozwiązanie takie było proponowane już od lat 20-tych - i to nie przez kręgi niemieckie (pisałem już o tym, że to właśnie polska strona proponowała stworzenie sieci kolejowej, biegnącej przez Pomorze do Prus Wschodnich. Aczkolwiek wydaje mi się że jeszcze tego tematu nie zakończyłem) ponieważ było symbolem porzucenia przez Berlin planów inkorporacji całego polskiego Pomorza. (...) Wydaje się, że przyjęcie takich rozwiązań terytorialnych rzeczywiście zakończyłoby spory terytorialne pomiędzy Berlinem a Warszawą. Najważniejszym postulatem było jednak przyłączenie się Polski do paktu antykominternowskiego, a więc zerwanie sojuszu z Francją. Byłby to na pewno wielki dyplomatyczny sukces Berlina, bowiem za Rzeczpospolitą akces do bloku niemieckiego ogłosiłyby zapewne państwa bałtyckie, a przede wszystkim Rumunia. Królestwo to związane było dość ogólnikowym sojuszem z Francją (poza tym niemiecka ekspansja gospodarcza w tym kraju była bardzo intensywna), oraz sojuszem z Jugosławią i Czechosłowacją (tzw. Mała Ententa) wymierzonym w państwa "reakcyjne": Węgry, Bułgarię i Austrię w rozumieniu "habsburskim"). Po konferencji monachijskiej Mała Ententa (...) przestała istnieć. Mała Ententa była sojuszem podwójnie, a nawet potrójnie egzotycznym (rzeczywiście, jak się na to patrzy, to trzeba sobie powiedzieć jasno, że poszczególne interesy państw sygnatariuszy tego układu były ze sobą często sprzeczne - to znaczy nie w pełni jednakowe. Podam przykład: Czechosłowacja obawiała się przede wszystkim Niemiec i Węgier i to przeciwko nim głównie się zbroiła, natomiast za sojusznika uznawała Związek Sowiecki. Rumunia na odwrót, za wroga uznawała Związek Sowiecki {z tego powodu zawarła również sojusz z Polską w roku 1921} i Węgry, natomiast Niemcy za partnera handlowego, a również i politycznego. Jugosławia zaś nie miała żadnych pretensji ani do Niemiec, ani do Związku Sowieckiego, a za głównego wroga upatrywała... Włochy {w mniejszym stopniu Węgry}, czyli tak naprawdę jedynym państwem które łączyło te trzy kraje, to była obawa węgierskiej irredenty za rozbiór tego kraju dokonany w czerwcu 1920 r w Trianon). (...) Każdy kraj miał bowiem wrogiego sobie sąsiada, z którym jego alianci mieli bardzo dobre stosunki. (...)




Jedynym lojalnym sojusznikiem Rumunii była Rzeczpospolita, gdyby więc Warszawa związała się z Berlinem, Bukareszt uczyniłby podobny krok (przemawiał też za tym fakt, że uzbrojenie armii rumuńskiej było produkcji czeskiej i francuskiej. Niemcy kontrolowali po Monachium przemysł czeski, a Polacy - także używając sprzętu pochodzącego znad Sekwany i Loary - samodzielnie produkowali do niego i części zamienne, i amunicję). Nowy układ sojuszy w Europie Środkowej - Niemców z Polską, Rumunią i państwami bałtyckimi - wzmocniłby pozycję Berlina wobec Paryża i Londynu. Spowodowałby jednocześnie powstanie silnego bloku antysowieckiego. Racjonalne wydaje się założenie, że w takiej konfiguracji wojna pomiędzy Niemcami a Francją nie wybuchłaby. Nie leżałaby ani w interesie Francji, ani samych Niemiec. A tym bardziej niemieckich sojuszników, tzn. Polski i Rumunii. Rzecz nie w tym, że Polacy i Rumunii jakoś szczególnie kochali Francuzów - takie "uczucia" ulicy łatwo zmienić akcją propagandową. Rzecz nawet nie w tym, że Polacy i Rumunii obawiali się uderzenia sowieckiego. Rzecz w tym, że zwycięstwo Niemiec oznaczałoby wzmocnienie pozycji Berlina wobec Warszawy i Bukaresztu, a zwycięstwo Francji - katastrofę polityczną i gospodarczą. Dla człowieka myślącego realistycznie to właśnie z sukces Francuzów był bardziej prawdopodobny -  otrzymaliby oni wsparcie ze swych kolonii, od imperium brytyjskiego, a nawet Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego. III Rzesza mogłaby korzystać z ograniczonych zasobów kontynentalnych (i nie ma powodów w podejrzewać, że scenariusz wojny niemiecko-francuskiej różniłby się znacznie od tego z lat 1914-1918 czy 1939-1945). 

Dużo bardziej prawdopodobne było podjęcie - w bliższej lub dalszej przyszłości - "krucjaty antybolszewickiej". Jeśli doszłoby do niej, to najprawdopodobniej zakończyłaby się sukcesem państw europejskich. Przeciwko kontynentalnemu mocarstwu bolszewickiemu - wrogiemu nie tylko sąsiadom, lecz także swoim obywatelom - wystąpiłyby państwa wspierane przez niemal cały wolny świat. Co więcej, jedną z głównych przyczyn klęski III Rzeszy w wojnie przeciwko Związkowi Sowieckiemu w latach 1941-1945 było kurczowe trzymanie się ideologii narodowosocjalistycznej (to prawda, Hitler popełnił totalną głupotę pod tym względem. Chociaż należy też pamiętać, że Niemcy częściowo przynajmniej korygowali tę politykę od roku 1943, dopuszczają również uczestnictwo narodów takich jak Kozacy, Ukraińcy, a  nawet oddziały Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej gen. Własowa - czyli chętnych mimo bandyckiej niemieckiej polityki na Wschodzie było dosyć dużo do wstępowania w szeregi Wehrmachtu {bo przecież te jednostki nosiły mundury niemieckie i jedynie ich naszywki różniły je od siebie}. Z tym że w roku 1943 to nawet nie tyle czynnik ludzki był dla Niemiec istotny na Wschodzie - bo tego wbrew pozorom nie brakowało - a kluczowe zaopatrzenie w paliwo, czyli to "czarne złoto" którego Niemcom zawsze brakowało, a także Niemcy nie nadążali w produkcji czołgów i artylerii. Sowieci byli w stanie miesięcznie wystawić samych czołgów T-34 kilkaset, podczas Niemcy produkując ciężkie "Tygrysy" czy "Pantery" mogli ich wyprodukować co najwyżej od kilkunastu do kilkudziesięciu sztuk). Zaowocowało to ludobójstwem i utrzymaniem - w okupowanych częściach państwa sowieckiego - "bratniego" socjalistycznego porządku gospodarczego z kołchozami, sowchozami i komisarzami. (Niemcy na ogromnych obszarach Związku Sowieckiego mieli ogromne trudności z aprowizacją, to znaczy oni wkraczając do Rosji sowieckiej od razu zakładali, że tamtejsza ludność nie będzie żywiona. To znaczy, będzie zdana na śmierć głodową, co było oczywiście zgodne z narodowosocjalistyczną ideologią słowiańskich podludzi przeznaczonych do eksterminacji. I to właśnie ta polityka, połączona jeszcze z represjami, doprowadziła do radykalnej zmiany nastrojów ludów Związku Sowieckiego, które jeszcze w czerwcu i lipcu 1941 r. witały wkraczający Wehrmacht kwiatami, a nawet niekiedy chlebem i solą).




Gdyby w wojnie przeciwko Sowietom walczyło państwo polskie, można przyjąć za pewnik, że przyjęto by ideę prometeizmu, czyli wykorzystania tendencji odśrodkowych w imperium bolszewickim. Obywatelom sowieckim oddano by prawo wolności do ziemi, pamiętano bowiem doskonale co leżało u podstaw polskich sukcesów i porażek w walkach z Rosjanami w roku 1863 i 1920. Polski chłop występował po stronie tej władzy, która gwarantowała mu prawo własności do ziemi. A przy zachowaniu życzliwości obywateli Związku Sowieckiego to zbrodnicze państwo upadłoby bardzo szybko. Można też przyjąć, że nastąpiłyby okresy pokojowego rozwoju Europy. Nie musiałoby dojść do żadnych wojen. Francuzi skupiliby się na swoich koloniach, Niemcy Hitlera i Rosja Stalina utrzymywałyby pokojowe stosunki  scementowane wspólną socjalistyczną ideologią. Mogłoby to trwać kilkadziesiąt lat po których nastąpiłaby destalinizacja i dehitleryzacja, a Europa rosła by w siłę i ludziom żyłoby się dostatnio. (Z tym się nie zgodzę, to jest kompletny miraż, i to nie tylko dlatego że zarówno Hitler jak i Stalin dążyli do wojny bez względu na wszystko, tylko że do wojny rozsądnej -  takiej, z której wyjdą zwycięsko. Ale nawet jeżeli założymy że do wojny nie doszłoby, to taki sojusz - czy to ideologiczny, czy polityczny, czy jakikolwiek inny pomiędzy Niemcami a Rosją - byłby z góry zagładą dla Polski. Po prostu w żadnym takim wariancie Europy rosnącej w siłę istnienie Polski nie byłoby możliwe. Polski nie było na mapie Europy 123 lata, i przyznam się szczerze nikomu na Zachodzie to nie przeszkadzało, a w Europie Środkowej Rosja i Niemcy wpływami by się podzieliły. Zresztą w takiej konfiguracji po zagładzie Polski nie byłoby możliwe również istnienie państw w bałtyckich, a także Czechosłowacji - chyba że w jakiejś kadłubkowej formie protektoratu. Czy to by oznaczało europejski pokój? Śmiem wątpić)




Czy Polska mogła zaakceptować sojusz z Niemcami? Technicznie nic nie stało na przeszkodzie. Związanie się Polski z Niemcami nie stanowiłoby też chyba większego problemu moralnego. Przez większą część wspólnej historii Polacy i Niemcy pozostawali w stosunkach pokojowych, a nawet przyjacielskich. Oprócz kilku średniowiecznych awantur dynastycznych, wojen nie prowadzono (w okresie PRL duży nacisk propagandowy położono na konflikty polsko-krzyżackie, nie zwracając uwagi ani na fakt, że państwa krzyżackiego nie można w pełni utożsamiać z państwem niemieckim, ani na to, że każda niemal wojna rozpoczynała się od polskiej agresji). Co więcej, najlepszym i najwierniejszym sojusznikiem Rzeczpospolitej było Cesarstwo Niemieckie - to dzięki niemu odbudowano państwo polskie po Potopie. Polska i Saksonia były związane unią personalną, którą oceniano na tyle dobrze, że regularnie wracano do tej idei (zarówno w Konstytucji 3 Maja, jak i w konstytucji z 1807 roku). Cieniem na wzajemne stosunki kładła się oczywiście polityka pruska. Warto jednak zauważyć, że Hitler był Austriakiem, a NSDAP - jako socjalistyczna partia robotnicza - zwracała uwagę na interesy przemysłowe, a nie agrarne. Poza tym w czasach wielkiej wojny najbliższymi sojusznikami żołnierzy polskich - a także ich nauczycielami i wychowawcami - byli żołnierze państw centralnych: Niemcy i Austriacy. Wreszcie III Rzesza u progu 1939 roku nie była wcale ohydnym i zbrodniczym organizmem planującym masowe ludobójstwa. Oczywiście obrzydzenie w Polakach mogły wzbudzać i ustawy norymberskie, i krwawe porachunki towarzyszy partyjnych, i obozy koncentracyjne, ale nie były one niczym wyjątkowym: rasistowskie prawo funkcjonowało w "kulturalnych" Stanach Zjednoczonych do 1965 roku (jeszcze w latach 50-tych XX wieku na południu USA murzyn, który był chociażby podejrzany o stosunek z białą kobietą, mógł zawisnąć na stryczku. I nie było to wcale rzadkie zjawisko), pogromy zdarzały się na terenach kontrolowanych przez "kulturalnych" Brytyjczyków (m.in. w 1929 roku w Hebronie dopuścili do śmierci 67 Żydów, w 1919 roku w Amristarze żołnierze króla zastrzelili co najmniej 379 Hindusów), obozy koncentracyjne zakładali "kulturalni" Czesi (w Letach i Hodoninie), a przeciwników politycznych brutalnie eliminowali także "kulturalni" Rumunii (mordując przetrzymywanych w więzieniach setki wrogów politycznych).

Polacy mogli patrzeć z wyższością na Niemców, ale inni sąsiedzi Rzeczypospolitej nie byli lepsi. W porównaniu zaś ze Związkiem Sowieckim i Stalinem - mającym na sumieniu miliony ofiar - Hitler wydawał się świętoszkiem. I to sowiecka Rosja była wrogiem numer jeden dla Polaków, Europy i świata -  przynajmniej przed 1939 rokiem. (...) Racjonalne argumenty mogą wskazywać, że skutki kapitulacji Polski przed III Rzeszą i przyjęcie jej dyktatu byłyby lepsze niż danie im odporu. Jest jednak pewne "ale" - Hitler był niegodnym zaufania głupcem. Sam zresztą tak siebie określił w początkach 1939 roku: "Musiałbym być idiotą, gdybym rozpoczął kolejną wojnę światową z powodu Polski". Jako że niedaleko pada jabłko od jabłoni, to inni przywódcy niemieccy byli równie "stabilni" emocjonalnie i "godni zaufania" jak Hitler. Niemal wszyscy sojusznicy Niemców - czy z I, czy z II wojny światowej - stracili na tym związku. Jedynie ci, którzy odpowiednio wcześnie zerwali alians z Berlinem, nie zostali zniszczeni. Wystarczy porównać sobie pierwszowojenne losy Bułgarii i Grecji, albo drugowojenne losy Italii - pierwszego odstępcy - oraz Węgier - państwa wiernego Niemcom do ostatka. Jeszcze lepszym materiałem porównawczym dla Warszawy, były pierwsze lata państw oddzielonych Zbruczem: stworzone przez Niemców Królestwo Polskie latem 1917 roku zlikwidowało militarne stosunki z Berlinem, a w październiku 1918 roku ogłosiło niepodległość (mowa tutaj oczywiście o rejonie Krakowa i Galicji, które to pierwsze się oderwały od okupacji austriackiej, dopiero potem, w listopadzie przyszła kolej na Warszawę. Należy jednak powiedzieć że owych listopadowych dniach, szczególnie po 11 listopada 1918 r. gdy rozpoczęto w Warszawie rozbrajanie wojsk niemieckich, zaczęło krążyć takie powiedzenie: "Ni to z tego, ni z owego, mamy Polskę na pierwszego". Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę że te słowa nie były wcale od tak rzucone na wiatr, a oddawały rzeczywistość jaka wówczas zaistniała. Rzeczywiście 11 listopada była Polska ponieważ wcześniej Niemcy dekretem z 5 listopada 1916 r. stworzyli administrację Królestwa Polskiego, czyli my mieliśmy już pełne kadry administracyjne rodzącego się państwa, co prawda nadal podzielonego, ale jednak administracja już była. Wojsko też już było, choć podlegało różnym wodzom i wciąż jeszcze było nieliczne. Dopiero Piłsudski zebrał to wszystko w karby i w kolejnych miesiącach rozpoczęto rozbudowę Wojska Polskiego, głównie stawiając nacisk nie na ilość a na jakość, co było powodem późniejszych zwycięstw w wojnie z Ukraińcami w roku 1919 i w wojnie polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920). Objęta protektoratem niemieckim Ukraińska Republika Ludowa do 11 listopada 1918 roku pozostawała wierna Kajzerowi. Polska pozostała państwem suwerennym, Ukraina nie zdołała obronić swej niepodległości.




CDN.
 

czwartek, 19 września 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. III

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





"SOWIECI NIE WCHODZĄ"
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DOŚWIADCZENIA I INSPIRACJE 
Cz. II


 Rumunia weszła do walki dopiero w trzecim roku wielkiej wojny, w którym ententa spodziewała się odnieść zwycięstwo (wcześniej Rumunii byli "molestowani" przez obie strony konfliktu koniecznością wejścia do wojny, na co długo nie zamierzali się zgadzać. Niemcy i Austro-Węgry nalegały na wejście Rumunii do konfliktu zbrojnego ze względu na zabezpieczenie swych dróg komunikacji z Imperium Osmańskim, gdyż jak mówiono w Berlinie: "Rumunia to klucz do wschodu", a podstawą tych planów był traktat sojuszniczy zawarty przez Rumunię z Austro-Węgrami - 30 października 1883 r. i skierowany był wyraźnie przeciwko Rosji. Układ ten - odnawiany cyklicznie co 5 lat, ostatni raz 5 lutego 1913 r. - przez cały ten czas pozostawał tajny. Król Rumunii - który przechowywał traktat w swej własnej skrytce - pokazywał go jedynie mianowanemu przez siebie premierowi na okres jego kadencji, tak więc do wybuchu I Wojny Światowej o owym traktacie w Rumunii wiedziało tylko kilkanaście osób. Gdy więc w 1913 r. Austro-Węgierski poseł w Bukareszcie zaproponował aby traktat ten poddać pod głosowanie parlamentom w Wiedniu, Budapeszcie i Bukareszcie, król Rumunii Karol I (z niemieckiego rodu Hohenzollern-Sigmaringen) wpadł w panikę. Poseł Ottokar Czernin zanotował potem: "Przerażenie jakie ogarnęło króla na samą myśl, że tak surowo strzeżona tajemnica (...) mogłaby wyjść na światło dzienne, pokazało mi, że przywrócić do życia martwy traktat byłoby niemożliwością". Rzeczywiście, na początku I Wojny Światowej traktat ten był już martwy, powstał bowiem w innych czasach i w innych okolicznościach które się zestarzały. Społeczeństwo Rumunii było zaś bardzo prozachodnie, a król Karol, chociaż wolałby stanąć po stronie Państw Centralnych, nie mógł postąpić wbrew woli narodu. Podstawą przyłączenia się Rumunii do I Wojny Światowej było pewność uzyskania nabytków terytorialnych, jakie mogłyby im ofiarować strony tego konfliktu. Niemcy, w zamian za przystąpienie Rumunii do wojny ofiarowały jej Besarabię (zajętą przez Rosję na Turcji w 1812 i potem w 1878 r. a utraconą na rzecz Rumunii w 1856 r.) i należący do Serbii okręg Negotin, leżący na prawym brzegu Dunaju. Rosja, w zamian za życzliwą neutralność, ofiarowała Rumunii Siedmiogród i Bukowinę (wchodzące w skład Monarchii Austro-Węgierskiej). Jak już wspomniałem nastroje społeczeństwa rumuńskiego były pro-zachodnie (a w szczególności pro-francuskie), oraz anty-astriackie, a z całą pewnością anty-węgierskie. Tym bardziej zdobycie Siedmiogrodu i Bukowiny było znacznie korzystniejsze niż opanowanie Besarabii, chociaż za przyłączeniem się do ententy przemawiała również obawa o powojennej dominacji Słowian na Bałkanach. Mimo to Rumunii postanowili podążać drogą Włoch, tak jak Włochy uczynią, tak zrobi również Rumunia i gdy Włochy ogłosiły neutralność, neutralność ogłosiła Rumunia (na początku wojny), ale gdy 23 maja 1915 r. Włochy wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom, Rumunia pozostała neutralna. Trudno się temu dziwić, Włochy mogły sobie na to pozwolić gdyż realnie nie miały śmiertelnego wroga (chociaż pragnęły opanować zarówno Trydent, Tyrol i Istrię należące do Austro-Węgier, jak i Korsykę, Niceę, Sabaudię a być może również Tulon i Marsylię, nie mówiąc już o Tunezji - na Francji). Rumunia była otoczona śmiertelnymi wrogami z trzech stron, od północy Rosją, od północnego-zachodu Monarchią Austro-Węgierską (szczególnie zaś Węgrami) i od południa Bułgarią. Każdy krok musiałby być więc przemyślany, jeśli nie chciano zniszczyć kraju (tym bardziej że po październiku 1915 r. i w wejściu do wojny Bułgarii, tragiczny los Serbii był tutaj szczególnie dobitnym memento). Politycy rumuńscy domagali się zarówno od jednej jak i drugiej strony jasnej deklaracji na piśmie, że dane terytoria przypadną Rumunii po zakończeniu wojny, na co większość państw nie chciała się zgodzić. Ostatecznie państwa ententy zgodziły się nie zakończyć wojny, dopóki cele Rumunii nie zostaną spełnione, a gdy 4 czerwca 1916 r. ruszyła rosyjska ofensywa gen. Brusiłowa (wydaje mi się że był to bodajże najlepszy generał rosyjski I Wojny Światowej, choć otoczony bandą niekompetentnych durniów i ludzi celowo rzucających mu kłody pod nogi), przeważyło to szalę na korzyść ententy i 27 sierpnia 1916 r. (o 20:30) Rumunia wypowiedziała wojnę Austro-Węgrom. Dnia następnego wojnę Rumunii wypowiedziały Niemcy, Imperium Osmańskie wypowiedziało wojnę Rumunii 30 sierpnia, a Bułgaria 1 września i tak to się zaczęło).

Jeszcze lepiej - chociażby na bliskie związki rumuńsko-polskie - znano w Polsce losy Królestwa Rumunii. Francuzi walczyli pod Verdun, Brytyjczycy nad Sommą, Włosi o Gorycję, a Rosjanie przeprowadzili na południowym odcinku frontu wschodniego ofensywę pod dowództwem generała Aleksieja Brusiłowa (wówczas to m.in. w krwawej bitwie pod Kostiuchnówką zatrzymały marsz Moskali trzy brygady Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego, a ostatecznie ofensywa Brusiłowa zakończyła się zdobyciem jedynie Łucka, części Galicji Wschodniej i Bukowiny. Pewnie ofensywa ta osiągnęłaby więcej gdyby nie fakt, że zazdrośni o sukces Brusłowa inni rosyjscy oficerowie donosili na niego do cara że oszczędza ludzi - nie rzucając ich do huraganowych ataków - i marnuje (a raczej rozkrada) sprzęt, którego wciąż mu brakuje. Tak naprawdę jednak za brakiem sprzętu stały ogromne zapóźnienia rosyjskiego Imperium i trudności w dostawach sprzętu na front, oczywiście nie licząc celowych działań, mających na celu udowodnienie niekompetencji Brusłowa).




(...) Rumuńska armia była dość silna, po mobilizacji liczyła 23 dywizje, a więc więcej niż serbskie i bułgarskie wojska razem wzięte - jednak lekceważona przez przeciwników. Carscy generałowie złośliwie mówili, że jeśli Rumunii ruszyliby przeciwko nim, to potrzeba by było 40 rosyjskich dywizji do zatrzymania ataku; jeśli jednak Rumunii uderzyliby na Austro-Węgry, to i tak trzeba by rosyjskich 40 dywizji - dla uratowania rządu w Bukareszcie przed spodziewanym kontratakiem. Siedmiogrodu broniła świeżo zorganizowana austro-węgierska 1 armia. 27 sierpnia 1916 roku uderzyła na nią od południa (a właściwie to był już 28 sierpnia o godzinie 9:00 rano) 1 Armia rumuńska, od południowego wschodu - 2 Armia, a od północnego wschodu - Armia Północna (przemianowana następnie na 4). Wojska te sforsowały wysokie Karpaty - co samo w sobie było wyczynem - i powoli spychały na zachód wojska Habsburgów.


FRONT SIERPIEŃ 1916



3 Armia rumuńska miała osłaniać królestwo od południa - przed spodziewanym uderzeniem Bułgarów. I to właśnie ona zawiodła, bo już 1 września spadło na nią uderzenie bułgarskiej 3 Armii - czego spodziewali się rumuńscy generałowie - oraz VI Korpus tureckiej i niemieckiej brygady - co było dla Bukaresztu zaskoczeniem. Zawiedli też Rosjanie, bowiem generał Andriej Zajonczkowski - dowodzący XXX Korpusem Armijnym, mającym stanowić zabezpieczenie południowej granicy Rumunii - nie tylko maszerował zbyt wolno, aby dotrzeć na czas, ale niezbyt chciał podporządkować się rozkazom Rumunów. Już 6 września Bułgarzy odcięli i zmusili do kapitulacji dwie rumuńskie dywizje, osamotnione w twierdzy Tutrakan - co okazało się później mieć decydujące znaczenie dla całej kampanii.


FRONT WRZESIEŃ-PAŹDZIERNIK 1916 



15 września rumuński sztab generalny postanowił wstrzymać ofensywę w Siedmiogrodzie, a zwolnione w ten sposób siły i środki przeznaczyć na powstrzymanie Bułgarów i Turków. Plan się nie powiódł, w dodatku siły austro-węgierskie broniące Siedmiogrodu zostały wzmocnione przez dywizje ściągnięte z innych frontów. W walkach wziął udział także elitarny bawarski Alpenkorps, który podporządkowano 9 Armii dowodzonej przez Ericha von Falkenhayna. 10 listopada uderzył on na karpackie przełęcze, wszedł na równiny i jeszcze przed końcem roku opanował całą Wołoszczyznę wraz z Bukaresztem.


FRONT LISTOPAD 1916 - STYCZEŃ 1917



Pomimo klęsk poniesionych jesienią 1916 roku zrąb rumuńskich sił zbrojnych udało się ewakuować na wschód, do Mołdawii, gdzie - dzięki pomocy sojuszników - zostały zreorganizowane i odbudowane. (Szczególnie zasłużył się szef francuskiej misji wojskowej generał Henri Barthelot). 22 czerwca 1917 roku formacje rumuńskie były zdolne - wspólnie z Rosjanami - do podjęcia ofensywy przeciwko austro-węgierskiej 1 Armii nad dolnym Seretem, a nawet odniesienia lokalnego sukcesu w bitwie pod Mârâsti. Ważniejsze było jednak samodzielne zatrzymanie kontrataku państw centralnych, znane jako bitwa pod Mârâsesti, we wrześniu 1917 roku. Uratowało to niepodległość Rumunii.

Nie na długo jednak, bowiem 7 listopada 1917 roku w Rosji wybuchła rewolucja październikowa, a jej skutkiem był rozpad armii carskiej. Pozbawiona wsparcia Rumunia musiała podpisać w grudniu zawieszenie broni, a 7 maja 1918 roku została zmuszona do zawarcia upokarzającego pokoju bukareszteńskiego. W zamian za zwrot Besarabii (...) Rumunia "zgodziła się" na "korektury graniczne", oddanie administracji wybrzeża Morza Czarnego w kondominium czterech państw centralnych (ziemie te miały jednak pozostać rumuńskie), oraz bardzo niekorzystne układy gospodarcze. Traktat bukareszteński został ratyfikowany przez parlament, ale król Rumunii nie podpisał go, co po kilku miesiącach okazało się bardzo istotne. 

W listopadzie 1918 roku do Bukaresztu dotarł bowiem - na czele symbolicznej armii składającej się z kilkunastu batalionów, szwadronów i baterii - generał Henri Barthelot. Miał on namówić Rumunów do antyniemieckiego wystąpienia. Nie było to trudne zadanie, Rumunii chętnie stanęli po stronie ententy, oficjalnie przywracając stan wojny z Niemcami 10 listopada. Jako że król nie podpisał traktatu pokojowego z Niemcami, Rumunia wciąż mogła być uznawana za jedno z państw ententy. Znalazło to odbicie w ustaleniach kończących wojnę: naddunajskie królestwo powiększyło się dwukrotnie - o Besarabię i Siedmiogród - stając się najsilniejszym państwem bałkanów (bez wątpienia Rumunia i poniekąd Serbia były największymi beneficjentami I Wojny Światowej. Oczywiście nie mówiąc o nas, gdyby bowiem nie ta wojna, nie byłoby naszej niepodległości).




Paradoksalnie najczęściej przytaczanym w powojennej Polsce przykładem politycznym, są losy Belgii. Państwo to zostało najechane przez Niemców w 1914 roku. W rękach Belgów pozostał skrawek ich ojczyzny, a rząd i armia funkcjonowały na terenie Francji. Przykład ten był bardzo wygodny, pokazywał bowiem że możliwe jest funkcjonowanie rządu na terenie obcego państwa, jednocześnie sugerując, że możliwość ta związana jest z geograficzną bliskością i uzyskaniem bezpośredniego wsparcia. Dlaczego w PRL-u przypominano Belgię, a nie Serbię? Przypominanie losów Serbii było bowiem dla krytyków II Rzeczpospolitej bardzo niewygodne. Serbia walczyła osamotniona i w pierwszych dniach wojny poniosła porażki, utraciła nawet stolicę - ale odzyskała ją i przez wiele kolejnych miesięcy była w stanie trwać, pomimo zniszczonej armii, rozbitego przemysłu i dostaw prowadzonych tranzytem przez neutralne państwo. Skoro udało się to Serbii w latach 1914-1915, dlaczego nie miało się udać Polsce w 1939 roku? Polska też walczyła osamotniona i w pierwszych dniach wojny poniosła porażki, utraciła nawet stolicę - ale mogłaby ją odzyskać i przez wiele kolejnych miesięcy trwać, pomimo zniszczonej armii, rozbitego przemysłu i dostaw prowadzonych tranzytem przez neutralne państwo.




Równie niewygodny był przykład Rumunii, najechanej i rozbitej przez wrogów, która przez wiele miesięcy kontynuowała opór na skrawku swego terytorium. Na czymś w rodzaju przedmościa rumuńskiego. Pierwszowojenne losy Rumunii sugerowały także i inne możliwości rozwiązania konfliktu wojennego: podpisanie separatystycznego pokoju i ponowne wkroczenie do wojny, gdy ta zbliżała się do zwycięskiego dla jej sojuszników końca. Wreszcie trzeba zwrócić uwagę, że decydująca ofensywa ententy była przeprowadzona na Bałkanach, i chociaż nie przyniosła rozbicia armii żadnego z przeciwników, to wszystkie państwa centralne zostały pokonane. Gniew społeczeństwa obalił stare władze, a nowe natychmiast podpisały zawieszenie broni. (I uczyniły to nawet Niemcy, które w chwili zakończenia wojny okupowały ziemie swoich wrogów). "Bezwarunkowa kapitulacja wrogów" która zakończyła II wojnę światową, była zjawiskiem bez precedensu na kontynencie europejskim. Był to bowiem pomysł administracji Stanów Zjednoczonych, które do tej pory w taki właśnie sposób kończyły większość wojen. Wojna między III Rzeszą a Rzeczpospolitą - która zamieniła się w II wojnę światową - nie musiałaby zakończyć się rozbiciem Wehrmachtu i podbiciem Niemiec. Mogłaby zakończyć się rozwiązaniem politycznym - najprawdopodobniej wymuszonym - jak ćwierć wieku wcześniej. 

(...) W Polsce po 1945 roku nie poświęcano wiele uwagi wydarzeniom wielkiej wojny (...) Najważniejsze dla Polaków były wojny toczone przez Rosję bolszewicką: zarówno wojna domowa z białymi, wojna przeciwko "obcym interwentom" - w tym wojny z Japonią - jak i późniejszy zabór państw zakaukaskich. Zmagania te trwały od 1918 do 1922 roku, a były prowadzone przez państwo wyczerpane wcześniejszą wojną i rewolucją, armiami bardzo źle wyekwipowanymi i jeszcze gorzej zaopatrywanymi w amunicję, paliwo i żywność. 




Podobne były zresztą i własne doświadczenia polskie z lat 1918-1920. Władze II Rzeczpospolitej zdecydowały, że pierwszeństwo przed doraźnymi działaniami zbrojnymi będzie miało zorganizowanie, wyszkolenie i wyekwipowanie Wojska Polskiego. Obrona granic była prowadzona siłami prowizorycznymi. Co prawda decyzja taka skutkowała na początku porażkami - najbardziej dotkliwa to utrata Zaolzia na rzecz Czechów - jednak była decyzją słuszną. Jeszcze wiosną 1919 roku udało się rozbić armie ukraińskie. (...) Następnie prowadzono zakrojone na szeroką skalę, choć ze zmiennym szczęściem, działania wojenne przeciwko Rosji. Podczas nich Wojsko Polskie utraciło wiele jednostek i znaczną część wyposażenia. Latem 1920 roku gros polskich sił udało się jednak wycofać na zachód, odbudować siły, zmobilizować nowe formacje i przeprowadzić nową kampanię. O wyniku wojny 1920 roku zdecydował nie tyle wynik Bitwy Warszawskiej, ile większy od rosyjskiego polski potencjał organizacyjny.






CDN.

piątek, 25 listopada 2022

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! Cz. XIV

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA

KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO

 


 

CZĘŚĆ PIERWSZA

WOJNA OBRONNA

(VARIA)

 
 



 
ZAMACH STANU I SOJUSZNICZA ZDRADA
(CZYLI Z NIEZNANYCH DZIEJÓW WRZEŚNIA 1939)
Cz. I
 
  
 Zaleszczyki! Nazwa tej miejscowości stała się samoistnie symbolem nie tylko upadku II Rzeczpospolitej, ale ucieczki władz oraz klęski i długiej, ciężkiej ponad pięcioletniej okupacji ziem polskich przez hitlerowskie Niemcy (w latach 1939-1941 do spółki z Sowietami). To tam ponoć przekroczyć granicę z Rumunią miały polskie władze: prezydent, rząd i Naczelny Wódz - piszę "ponoć", ponieważ dla ludzi niemających pojęcia nie tylko o historii własnego kraju, ale wprost o zwykłej przyzwoitości, hasło "droga na Zaleszczyki" stała się symbolem upadku "sanacyjnej Polski". Wiele złego w tej mentalności wyrządziły lata komuny i powojennego zniewolenia, oraz indoktrynacji, jaką młodzież przechodziła w szkołach "Polski Ludowej", ale duża część tych, którzy powielają te jawne bzdury ma po prostu złą wolę (część nawet porównuje czasy współczesne z tamtymi), a na to już poradzić nie można, co najwyżej należy takie postawy pokazywać, mówić o nich i po prostu je obśmiewać (gdyż żadne argumenty na fanatyków nie działają). Jakim bowiem trzeba być bezmózgiem, aby twierdzić że polskie władze we wrześniu 1939 r. przekroczyły granicę polsko-rumuńską właśnie w Zaleszczykach? Może nazwa tego kurortu jakoś bardziej pasuje do narracji tworzonej przez ludzi, którzy takie debilizmy (bo nie można tego inaczej nazwać) powielają, gdyż miejscowość Kuty jakoś wydaje się mniej znana i cały ten przekaz nie brzmi już tak wzniośle; a to przecież w tej właśnie miejscowości polskie władze i Naczelny Wódz przekroczyły granicę - ale to szczegół, który dla oszczerców nie zmienia faktu, że "sanacyjne" władze uciekły z kraju.

Jak już wspomniałem wyżej, argumenty nie mają dla oszczerców żadnego znaczenia, przeto nie do nich się zwracam, a do ludzi, którzy mają otwarty umysł i pragną poznać mało znane tajemnice Września 1939 r. Otóż, oddając głos gen. Sosnkowskiemu, należy stwierdzić: "W ówczesnych warunkach przekroczenie granicy było smutną koniecznością podyktowaną przez interes Państwa, który wymagał aby została zachowana legalna ciągłość jego najwyższej instytucji, a także utrzymana była ciągłość polskiego wysiłku zbrojnego przez odtworzenie armii na obczyźnie dla kontynuowania walki razem z Francją i Wielką Brytanią. Nikt nie mógł wówczas przewidzieć, że Rząd Rumuński... złamie przyrzeczenie, złożone przed niespełna dziesięciu dniami w sprawie wolnego przejazdu dla państwowych władz polskich oraz przekraczających granicę resztek Wojska Polskiego". W polskiej kulturze odwrót nigdy nie był powodem do wstydu czy hańby, wręcz przeciwnie, był to raczej dowód roztropności i militarnego rozsądku. Książę Józef Poniatowski po nierozstrzygniętej bitwie pod Raszynem nie upierał się żeby kurczowo bronić Warszawy przed Austriakami, tylko oddał miasto zadowolonemu arcyksięciu Ferdynandowi d'Este, a sam przekroczył Wisłę i zajął ziemie trzeciego rozbioru, odcinając Austriaków od zaplecza (1809), a kropkę nad i postawił Napoleon Wielki, niszcząc pod Wagram austriacką armię arcyksięcia Karola Ludwika Habsburga. Podobnie po klęsce Powstania Listopadowego (1831 r.) pozostałe jeszcze oddziały liniowe kierowały się ku granicom z nadzieją przekroczenia jej, dotarcia do Francji i... powrotu, by dalej kontynuować walkę (nieudana akcja płk. Józefa Zaliwskiego z 1833 r.). Celem podstawowym dowództwa było bowiem utrzymanie jedności i spoistości armii w sytuacji niemożności dalszego prowadzenia wojny w kraju, wyprowadzenie tych oddziałów w takiej formie, aby można je było ponownie sprowadzić w stosownej chwili dziejowej. I tak właśnie miało być we Wrześniu 1939 r.

To, że spodziewano się odwrotu, nie ulega żadnej wątpliwości, to że przewidywano również inwazję sowiecką też nie ulega wątpliwości (wywiad dostarczał informacje o sowieckich przygotowaniach zarówno przed, jak i już w trakcie wojny z Niemcami), jedyne czego nie przewidziano, to postawa naszych zachodnich sojuszników, którym (szczególnie Francuzom) odechciało się walczyć. Skąd jednak wiadomo, że polskie władze przygotowywały się do ewakuacji jeszcze przed wybuchem wojny? Ciekawą informację na ten temat podaje Dariusz Baliszewski w jednym z numerów "Uważam Rze. Historia", otóż pisze on że już w lipcu 1939 r. dyrektor Prezydium Rady Ministrów - Józef Ołpiński wizytował miejscowości na Kresach, dokąd przewidywano ewakuację rządu i urzędów centralnych. Plan ewakuacji na Kresy (potem na Przedmoście Rumuńskie a następnie po inwazji sowieckiej wyprowadzenie urzędów, armii i skarbu przez Rumunię i Węgry do Francji ) był gotowy na długo przed Wrześniem 1939 r. Nasze tak krytykowane "sanacyjne władze", doskonale zdawały sobie sprawę z konieczności utrzymania ciągłości istnienia państwa polskiego, nawet w sytuacji utraty terytorium (tak też było długo po trzecim rozbiorze Polski w 1795 r., gdy zaraz potem zaczęły się tworzyć we Włoszech grupki patriotów, którzy u boku rewolucyjnej Francji - a realnie gen. Napoleona Bonaparte - formowali armię [Legiony Polskie] z myślą o powrocie do kraju i wypędzeniu stamtąd zaborców. Realnie rzecz biorąc więc, Polska pomimo upadku trwała dalej - był co prawda ten krótki, dwunastoletni okres upadku państwowości, ale w tym czasie powstały najpierw Legiony Polskie, potem Legia Naddunajska i wreszcie Wojsko Księstwa Warszawskiego, czyli Armia Polska w tym czasie realnie istniała. Powstało Księstwo Warszawskie a potem w 1815 r. Królestwo Polskie z carem Rosji jako królem, czyli znów instytucje państwa przetrwały, była ciągłość władzy. I dopiero po klęsce Powstania Listopadowego mamy po raz pierwszy w polskich dziejach okres upadku państwowości, po raz pierwszy zabrakło instytucji, która - w takiej lub innej formie zawsze istniała, po raz pierwszy więc od 1832 r. zabrakło i państwa i wojska i dopiero ten okres powinien być oficjalnie uznawany za upadek polskiej państwowości, bo to była rzecz całkowicie nowa. Emigranci, którzy zgromadzili się we Francji, Wlk. Brytanii, Włoszech, Niemczech - nie dysponowali żadną siłą zbrojną, żadnym politycznym przedstawicielstwem, gdyż tzw. Hotel Lambert i tego typu twory służyły jedynie podtrzymaniu ducha polskości w coraz szybciej przyzwyczajającej się Europy do braku Polski na mapie - jeszcze w latach 40-tych XIX wieku na anglo- i francuskojęzycznych mapach Europy, oprócz współczesnych granic, były przedstawione kontury przedrozbiorowej Polski z 1772 r. Zabrakło tego już w kolejnych dziesięcioleciach a Europa coraz bardziej przyzwyczajała się do faktu, że Polski nie ma, nie będzie i... nie potrzeba).


PRZEDMOŚCIE RUMUŃSKIE
(zaznaczone żółtą linią)



Dlatego też myślano nie tylko o ewakuacji, ale przedwojenne władze opracowały nawet... plan powojennej okupacji Niemiec, także brano pod uwagę bardzo wiele czynników i dziejowych okoliczności. Dlatego też ewakuacja wojska i rządu do Rumunii miała być zaledwie etapem w kolejnej fazie, przybliżającej Rzeszę Niemiecką i Związek Sowiecki do ostatecznej klęski. Płk. Józef Jaklicz pisał: "Można z całą pewnością przyjąć, ze Marszałek (Edward Rydz-Śmigły) był nieustraszonym żołnierzem. Dał tego dowody w okresie Legionów, następnie w czasie wojny polsko-sowieckiej 1919-1920 r. Dnia 8 września, w czasie bombardowania Brześcia, z trudem udało mi się go nakłonić, aby schronił się do wykopu, ubezpieczającego od odłamków. Ustąpił pod naciskiem argumentu - kto pokieruje losami wojny, gdy jego braknie. Niezależnie od osobistej odwagi, cechowało go w najwyższym stopniu, poczucie odpowiedzialności za włożony na niego obowiązek. W czasie ofensywy Budiennego i mającego się rozpocząć odwrotu w 1920 r., towarzyszyłem gen. Romerowi, dcy świeżo stworzonej Grupy Operacyjnej, udającemu się po instrukcje do Dcy Frontu Południowego, gen. Listowskiego. W rozdrażnieniu informował gen. Listowski mego dcę, o dwukrotnym wysłaniu rozkazu gen. Rydz-Śmigłemu odwrotu z Kijowa, a Śmigły dwukrotnie odpowiedział, że opuści Kijów tylko na pisemny rozkaz Piłsudskiego. Dlaczego Śmigły nie wykonał rozkazu Dcy Frontu Płd., któremu podlegał? Albowiem jeszcze przed stworzeniem Frontu Południowego, otrzymał decyzję Piłsudskiego: Kijów wolno opuścić tylko na jego pisemny rozkaz. I opuścił Kijów dopiero wtedy, gdy lotnik zrzucił mu rozkaz podpisany przez Naczelnego Wodza. (...) Marszałek powziął decyzję wykonawczą przejścia do Rumunii w Kołomyi przedpołudniem. Potwierdził mi ją osobiście w Kosowie. Następnie, a może już uprzednio, toczył w swoim wnętrzu niedostrzegalną dla otoczenia walkę. Nie mógł się pogodzić z błyskawicznym rozwojem wypadków tego dnia, z wynikającymi z niego konsekwencjami, nie nadążał za nimi psychicznie. Pragnął ten rozwój zahamować, powstrzymać lub przynajmniej opóźnić. Zapadały się w jego umyśle i w jego duszy elementy, które przygotował, przemyślał, zdecydował, a które w wykonaniu nie przyjęły formy, jaką im nakazał. Toczył walkę między powziętą i wydaną już decyzją a osobistym jej wykonaniem. Dowódcą kierowało szlachetne uczucie dzielenia losu walczącego jeszcze żołnierza. Żołnierza, artystę, pociągała romantyczna śmierć na polu chwały. Lecz ta śmierć zwalniała go równocześnie ze straszliwej odpowiedzialności, jaką przyjął na siebie wobec Państwa, wobec Narodu, wobec Żołnierza. Pod Kijowem, żołnierskie poczucie spełnienia włożonego na niego obowiązku, nakazało mu odmówić wykonania rozkazu Dcy Frontu. W Kosowie, tęsknotę za romantyczną śmiercią na polu chwały, pokonało poczucie odpowiedzialności Naczelnego Wodza, którego rola nie kończyła się na tragicznym zakończeniu Kampanii Wrześniowej w Polsce".

Rząd i prezydent Ignacy Mościcki przekroczyli granicę polsko-rumuńską w Kutach dopiero o godz. 00:30, 18 września 1939 r. Naczelny Wódz, marszałek Edward Rydz-Śmigły uczynił to tego samego dnia o godz. 23:00, czyli prawie dobę później. Jak pisał Bogdan Konstantynowicz: "Przez cały dzień 18 września w Kutach stał drugi rzut Sztabu Naczelnego Wodza, mając kontakt z całym byłym Przedmościem Rumuńskim i organizując skuteczna obronę przed Armią Czerwoną, mimo utraty Kołomyi o godzinie 16.00 dnia 18 września 1939 roku. Utrzymaliśmy dnia 18 września łączność z Wilnem, Grodnem, Piaskiem, Warszawą i pośrednio z Modlinem, także z Frontem Północnym generała Dęba Biernackiego, a radiodepesza Stachiewicza dotarła do generała Piskora oraz rozkazy do walki z sowietami - nawet do placówki w litewskim Kownie. Tym samym przeciwdziałano zgubnym skutkom wysłanej z Kut o godzinie 21.30 dnia 17 września 1939 roku "okrojonej" Dyrektywy Naczelnego Wodza. Odzyskaliśmy Śniatyń i Horodenke - były w polskich rękach przed południem 18 września 1939 roku. Zorganizowano obronę wschodniego przedpola Stanisławowa, tak aby w dniu 19 września przed południem mogły tamtędy wycofywać się polskie oddziały na Węgry", a płk. Józef Jaklicz tak pisał o przekroczeniu przez Naczelnego Wodza granicy rumuńskiej: "Marszałek zmęczony, odpoczywał w samochodzie. Miał prosić, aby go nie niepokoić. Po przejeździe przez most stwierdził, że warty rumuńskie rozbrajają naszych wojskowych. Interweniował gwałtownie, zaprzestano rozbrajania. Ruszyliśmy na Starożyniec, do którego przybyliśmy w godzinach przedpołudniowych. Na rynku zastaliśmy stłoczone dziesiątki samochodów, których pasażerowie nie orientowali się dokąd się kierować. W porozumieniu z miejscowymi władzami i przybyłym wkrótce z Bukaresztu, niezwykle nam życzliwym senatorem, który potwierdził mi znane już instrukcje kierowania wozów, rozładowywaliśmy Starożyniec. Mniej więcej do godz. 14 wszystko szło składnie i spokojnie. Lecz popołudniu zjawił się oddział żandarmerii z oficerem rumuńskim. Otrzymaliśmy polecenie składania na miejscu sprzętu wojskowego. Żandarmeria zaczęła rozbrajać oficerów i żołnierzy. Gdy szukaliśmy senatora, okazało się, że nagle gdzieś znikł. Dzięki naszej interwencji, uzyskaliśmy pozostawienie oficerom broni bocznej, żołnierzom pasów. Cały sprzęt składany był początkowo w najbliższych domach, następnie, gdy brakło tam miejsca, wprost na rynku. Odbierano kompaniom telegraficznym aparaty telefoniczne, juzy, aparaty radiowe. Zdejmowano z wozów motocykle, nawet rowery. Nie odbywało się to jednak spokojnie. Żołnierze z wściekłością rozbijali sprzęt. Wobec stałego, licznego napływu wozów, rozbrajanie początkowo dokładne, stawało się coraz więcej powierzchowne i większość sprzętu jechała dalej. Około godz. 17 znudziło się żandarmerii szczegółowe sprawdzanie samochodów, operacja stawała się formalnością".


ARMAND CĂLINESCU



W tym też czasie (17-18 września) Niemcy naciskają na rząd rumuński i króla Karola II, aby Rumunia (wbrew sojuszowi polsko-rumuńskiemu z 1921 r.) rozpoczęła internowanie władz i rozbrajanie żołnierzy oraz oficerów Wojska Polskiego. W dniu 18 września 1939 r. rano, ambasador Związku Sowieckiego w Bukareszcie zagroził sowiecką "interwencją" w Rumunii, jeśli rząd rumuński przepuści polskie władze i wojsko (zgodnie z umową wynegocjowaną wcześniej przez Becka) do portu w Konstancy (a stamtąd morzem miano przedostać się do Francji). Rząd Rumuński premiera Armanda Călinescu ulega temu szantażowi. Călinescu jednak jest bardzo przychylny Polakom (pozwala np. na transport polskiego złota przez Rumunię), za co zostaje zamordowany już 21 września 1939 r. przez członków rumuńskiej Żelaznej Gwardii - faszystowskiej organizacji działającej na zlecenie nazistowskich Niemiec. Tego samego dnia, 18 września, brytyjski poseł w Rumunii - sir Reginald Hoare wręczył notę rządowi rumuńskiemu, z prośbą o umożliwienie kontynuowania podróży polskim władzom dalej na Zachód. Dnia 20 września (dopiero) dołącza do niego ambasador Francji w Rumunii - Adrien Thierry, interweniując u Călinescu który realnie ma związane ręce (obawiając się interwencji sowieckiej i... niemieckiej). Francuska zwłoka nie była wcale przypadkowa (choć akurat francuski ambasador w Rumunii nie był wtajemniczony), bowiem oto zawiązuje się nieprawdopodobna wręcz intryga, która ma na celu obalenie legalnych polskich władz i zastąpienie ich posłusznymi klientami Paryża z gen. Władysławem Sikorskim i całym tym Komitetem Obrony Demokracji Frontem Morges na czele. Ale o tym w drugiej części.  
 


A TAK MOGŁA WYGLĄDAĆ CAŁA II WOJNA ŚWIATOWA ZAKOŃCZONA JESZCZE PRZED KOŃCEM 1939 r. GDYBY FRANCUZI ZGODNIE Z UKŁADEM SOJUSZNICZYM Z POLSKĄ UDERZYLI NA NIEMCY


 
 CDN.
  

niedziela, 19 grudnia 2021

"JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. X

CZYLI, JAK TO W POLSCE

NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?

 



 

KRÓL HENRICUS

Cz. VI


 
 Po otwarciu obrad sejmu konwokacyjnego (senatorowie przyjechali do Warszawy znacznie wcześniej, szlachta zaś zjeżdżała się od 30 sierpnia, a sejm otwarto dopiero 10 września 1574 r.) prócz najważniejszej sprawy - czyli ustalenia czy Henryk Walezy wciąż panuje w Polsce, czy też należy w kraju ogłosić bezkrólewie - uradzono najpierw nad "bezpieczeństwem pospolitym", obierając sądy kapturowe (bowiem sądy królewskie po śmierci monarchy lub też w okresie bezkrólewia - a za taki stan poczytano właśnie wyjazd Henryka Walezego do Francji - przestawały orzekać, co stwarzało dogodną okazję dla tych wszystkich którzy pragnęli swawoli lub uprawiali bandycki proceder), a także wprowadzono kary dla spekulantów cen, którzy w czasach zamętu lubili podwyższać ceny wartości towarów. 10 września odczytano też listy przysłanych poselstw: od księcia pruskiego - Albrechta Fryderyka Hohenzollerna (notabene, ów jedyny syn Albrechta I otrzymał bardzo staranne wykształcenie w duchu polskim, nie tylko biegle mówił i pisał po polsku, ale w młodości wychowywał się też w gronie chłopców z możnych polskich rodów - m.in. z jednym z synów Mikołaja Reja. Niestety, zaledwie w cztery lata po objęciu władzy, w roku 1572 władca ten zaczął objawiać pierwsze symptomy choroby umysłowej, która ostatecznie w 1578 r. doprowadziła do przejęcia nad nim opieki przez jego kuzyna z Brandenburgii - Jerzego Fryderyka Hohenzollerna) oraz od cesarza Maksymiliana II Habsburga. Wysłuchano również kolejnego listu od Henryka Walezego, w którym ponownie pisał, że niezbędną jest teraz jego obecność we Francji i że przybędzie do Polski, gdy tylko rozwiąże swoje francuskie sprawy. Do Warszawy zjechało jeszcze poselstwo sułtana tureckiego, które to odradzało wybór Habsburga na nowego króla Rzeczypospolitej, gdyż taki wybór oznaczałby zerwanie polsko-osmańskiego pokoju, zawartego czterdzieści lat wcześniej (styczeń 1533 r.). Osmański poseł radził zaś, aby "Panowie Polacy" obrali sobie królem któregoś ze swoich, lub też króla Szwecji - Jana III Wazę, ewentualnie zaś hospodara Siedmiogrodu - Stefana Batorego. Poseł ten, dostarczył też senatowi dwa listy: jeden od wielkiego wezyra - Mehmeda Paszy, drugi zaś od samego sułtana - Selima II. W obu tych listach - prócz zapewnień o przyjaźni i dyplomatycznych kurtuazji - znalazła się również skarga na pomoc, jakiej Polacy udzielili wcześniej hospodarowi Mołdawii - Janowi III Walecznemu, którego w Rzeczpospolitej zwano po prostu Iwonem.

Sprawa ta była wówczas jeszcze "gorąca" i rozpalała umysły po obu stronach Dniestru, rzecz zaś sprowadzała się do zarzutów nieuprawnionej polskiej interwencji w kraju, który był osmańskim lennem. Chodziło o to, że po usunięciu przez sułtana Selima II z hospodarskiego stolca Bogdana IV z rodu Muszatowiczów (który w 1569 r. uznał się lennikiem Rzeczpospolitej, a w 1572 r. musiał do Polski uciekać przed gniewem sułtana), nowym władcą Mołdawii został teraz właśnie Iwon (lub Iwona - różne są odmiany jego imienia). Podobnie wywodził się on z dynastii Muszatowiczów, ale nikt tak naprawdę nie znał jego przeszłości. Objawił się nagle, jako dojrzały mężczyzna w sile wieku, wysoki i odznaczający się dużą siłą fizyczną. Podobno twierdził, że został pochwycony przez Turków jako dziecko i młodość spędził na Rodos, potem zaś parał się handlem kosztownościami i dużo podróżował. Znał też kilka języków, w tym grecki, turecki, ormiański, polski (podobno mówił "jak Lach"), rosyjski i niemiecki. Przez pewien czas przebywał w Moskwie, na Krymie, w Wiedniu i w Konstantynopolu. Obejmując władzę w 1572 r. z nadania sułtana, jednocześnie od razu uznał się lennikiem Polski (pewnie by zneutralizować silną polonofilską opozycję bojarską w Jassach, na której czele stał wpływowy wielmoża - Ionascu Sbierea). Jednocześnie, aby objąć władzę Iwona przyjął islam. Szybko też przeprowadził w całym kraju krwawe czystki, mordując (głównie wbijając na pal i obdzierając ich ze skóry) dotychczasowych stronników hospodara Bogdana, a ich ziemie i zamki oddawał w ręce swoich przyjaciół. Umocniwszy się w Mołdawii, ponownie powrócił do chrześcijaństwa, czym zjednał sobie wrogów nie tylko na dworze sułtana, ale nawet w pobliskiej Wołoszczyźnie (hospodar tego kraju - Aleksander II Mircza z rodu Drakula, wciąż pisał bowiem na niego skargi do sułtana, pragnąc, aby mołdawski stolec zajął jego kuzyn - Piotr Kulawy). Odrzucenie islamu i powrót do chrześcijaństwa było bowiem dla muzułmanów najgorszą zbrodnią, która równała się natychmiastowej karze śmierci. Selim II wysłał więc do Mołdawii swego posła, który przekazał Iwonie wolę sułtana, a wyglądała ona następująco: jeśli Iwonie zależało na zachowaniu życia i władzy, miał odtąd płacić dwukrotnie większy haracz, niż to było dotychczas (a dotychczas płacił sułtanowi 60 000 czerwonych złotych rocznie), jeśli zaś odmówi, musi udać się na sułtański proces do Konstantynopola. Poseł ostrzegł również Iwonę, że lepiej będzie, jeśli uczyni to po dobroci - a nie będą musieli go siłą przymuszać - bo wtedy zachowa przynajmniej życie.

Po wysłuchaniu warunków sułtana, Iwona zebrał radę bojarską i zapowiedział im że gotów jest poświęcić swe życie jeśli taka jest ich wola, ale jednocześnie ostrzegał że ich kłopoty wcale się nie skończą z jego śmiercią, a tyran - jakim jest sułtan wciąż będzie ich okradał i niewolił. Zaproponował więc w ogóle zaprzestanie płacenia daniny ("Dając, zawsze będziecie pod służebnictwem; odmówiwszy, jest jeszcze nadzieja w wojennej fortunie, iż unikniemy niewoli"). Postulował więc zawiązanie sojuszu z Polską w celu odparcia tureckiego najazdu ("Nie chcieliście być pod panowaniem Polaków, którym my, Wojewodowie Wołoscy, hołdowaliśmy od dawna, ale jeśli pragniecie pozbyć się ciężkiego jarzma, raczej ulegać należy ludowi i Królowi Polskiemu, niż tyranowi Tureckiemu"). Twierdził też, że jeśli przyjdzie im zginąć, to jakże pięknie jest zginąć w walce za wolność ("Nie masz świętszej sprawy do zaofiarowania życia, jak ginąć za swobodę. Jeden spokojną śmiercią na łożu umiera, owego skała przytłoczy, owego przepaść pochłonie, słowem, bacząc na wszystkie rodzaje zgonu, ileż to śmierci bez chwały i nagrody! My zaś, umierając z chęcią obrony ojczyzny, zasłużymy na wiekuistą zapłatę (...) Bóg jest naszej sprawy mścicielem, z nami jest sprawiedliwość, wielka rękojmia zwycięstwa"). Bojarzy podzielili jego zapał, wołając że już od dawna "wzdychali do swobody, jeno brakło im przywódcy". Iwona posłał tedy posłów do Krakowa z prośbą pomocy w walce z Turkami, akurat dotarło ono zaraz po koronacji Henryka Walezego na króla Rzeczpospolitej i właśnie odbywały się zabawy oraz turnieje rycerskie mające uświetnić to wydarzenie. Posłowie ukłoniwszy się przed królewskim majestatem i senatorami stwierdzili, że hospodarowie mołdawscy (wówczas kraj ten nazywany był Wołochami, zaś Wołoszczyznę zakarpacką nazywano - szczególnie w Polsce - Multanami), od dawna byli lennikami monarchów polskich i "zaprzysięgali wiarę Polakom", tak więc teraz Polacy powinni udowodnić że potrafią być przyjaciółmi nie tylko w pokoju, ale również w czasie wojny. Dodawano również przezornie słowa: "Niechaj Polska nie zaniedba zręczności obrócenia sprawy Wołoskiej na swą korzyść, bo wygodniej dla niej dać Wołoszczyźnie jakowe małe posiłki, niż potem, mając za sąsiada Turka, większymi siłami opierać się nieprzyjaznej potędze. (...) Szczęśliwy ów gospodarz, który gasi pożar na domu sąsiada; bo nie myśląc o jego obronie, własny dach w niebezpieczeństwo podaje".




Senatorowie odparli wówczas, że król nie może wezwać pospolitego ruszenia, ani też skierować do Mołdawii innych sił, ponieważ godziłoby to w przymierze z Osmanami (z 1533 r.). Stwierdzono więc: "Polacy dalecy są od zdrady i kłamliwych wykrętów i nic u siebie nie mają świętszego nad zachowanie wiary, nic bardziej nienawistnego nad jej pogwałcenie; w wojnach więcej polegać zwykli na słuszności swej sprawy, niż na własnych siłach", dodawano jednak iż: "Król wszakże i Senat ubolewają nad dolą Wołochów i życzą im fortunnych powodzeń". Odpowiedź taka była potem krytykowana, ale z drugiej strony zastanawiano się, czy warto łamać traktaty tylko po to, aby wspierać ludy takie jak Wołosi, czyli ludy "słabej wiary" (chodziło tutaj o częste zmiany stron i ciągłe szukanie nowych sojuszników - jak nie Osmanie, to Polacy, jak nie Polacy, to Habsburgowie itd.). Po tej odmowie Iwona nie wiedział co ma czynić dalej, gdyż jego własne siły były zbyt słabe i niewystarczające aby zmierzyć się nie tylko z potęgą sułtana, ale choćby nawet bejlerbeja Silistrii (leżącej niedaleko, bo tuż za Dunajem). Lecz wtedy właśnie otrzymał on informację, że na Ukrainę powraca oddział kozacki pod dowództwem niejakiego Świerczowskiego (spolonizowanego Rusina) w sile ok 1200 konnych. Wracali oni z nieudanej wyprawy na Krym (nieudanej - ponieważ nie zdobyli prawie żadnych łupów) i teraz on wysłał posła do Świerczowskiego, zapraszając go do swego kraju i obiecując bogate łupy na Turkach, a także sowity żołd dla żołnierzy i podarki dla starszyzny. Tak też się stało, Kozacy udali się do Mołdawii i będąc ugoszczonymi przez Iwonę, zadeklarowali że czynami, a nie żądzą zysku pragną udowodnić jacy z nich chrześcijanie i że radują się ze sposobności "okazania swej odwagi naprzeciw niewiernym".

Sułtan Selim II wyprawił na Mołdawię 30 000 Turków i 2000 Węgrów, dowódcą zaś całej wyprawy mianował hospodara Wołoszczyzny - Aleksandra Mirczę, który do tych sił dołożył jeszcze swoje wojsko. Wiosną 1574 r. ruszyła wyprawa, mająca na celu obalenie Iwony i wprowadzenie na stolec Piotra Kulawego (kuzyn Aleksandra Mirczy, który bardzo chciał się go pozbyć z Bukaresztu i dlatego szukał dla niego jakiegoś księstwa lub hospodarstwa, gdyż tamten ciągle knuł przeciwko niemu spiski i dążył do jego obalenia. Aleksander wyszedł więc z założenia, że o wiele lepiej będzie znaleźć mu jakiś inny tron, niż mieć go cały czas na głowie. A jednocześnie zamordować go - co było wówczas naturalnym sposobem rozwiązywania takich "problemów" - najwidoczniej nie pragnął). Iwona zebrał swoje siły w obozie pomiędzy Jassami a Husią, w którym zgromadził oprócz 1200 Kozaków także ok. 15000 swoich żołnierzy. Wojska osmańsko-wołoskie posuwały się wolno, często robiąc sobie dłuższe postoje. Ich liczebność była tak duża, że w zasadzie przestali obawiać się jakiegokolwiek ataku i czuli się w Mołdawii już jak u siebie, zaprzestając nawet wystawiania wart przy obozach (co było totalną głupotą i wielką nieodpowiedzialnością). Był to jednak błąd, który wykorzystał Świerczowski. Natknął się on na 300 jeźdźców wroga, wysłanych na rekonesans, oskrzydlił ich i zmusił do poddania się. Następnie zażądał, aby wyjawili mu miejsce postoju i dokładną liczebność głównych sił osmańskich, a gdy ci zarzekali się że nie wiedzą, zagroził im torturami, co spowodowało że wyjawili miejsce postoju Turków. Świerczowski posłał kilku obserwatorów, którzy pełzając w wysokiej trawie wypatrzyli obóz, jego umocnienia oraz liczebność nieprzyjacielskiego wojska, po czym dał sygnał Iwonie, by czym prędzej podążał w to miejsce ze swoim wojskiem. Gdy ten przybył, od razu chciał atakować, ale Świerczowski - wychodząc z założenia hetmanów (którzy często toczyli bitwy z wrogiem kilkukrotnie liczniejszym od siebie) że ważniejsze jest nie tyle samo zwycięstwo, ile to, aby nie być zwyciężonym, przeto polecił najpierw postawić w odwodzie w upatrzonym miejscu ciężką jazdę, która byłaby osłoną na wypadek niepowodzenia pierwszego ataku. Najpierw należy pomyśleć o zabezpieczeniu samego siebie, a dopiero potem można myśleć o zadaniu klęski nieprzyjacielowi - mówił Świerczowski i opracował plan bitwy, w którym on zaatakuje pierwszy ze swoimi wojskami, a Mołdawianie niech uderzą z drugiej strony, gdy zaskoczony nieprzyjaciel będzie się przygotowywał do obrony lub cofał w tamto właśnie miejsce.




Do bitwy pod Jilisteą doszło 24 kwietnia 1574 r. Zaskoczenie sił osmańskich było totalne i armia ta szybko poszła w rozsypkę. Niewielu udało się wymknąć (w tym Aleksandrowi Mirczy i jego kuzynowi), pozostali padli w boju, w ucieczce lub skapitulowali. Było też mnóstwo rannych, którym nie można było w tamtych warunkach udzielić pomocy (byli np. tacy z przeciętym brzuchem spod którego wypływały jelita, a ci jęcząc z bólu wciąż żyli próbując je włożyć do środka). Zdobyto też w tureckim obozie wielkie łupy, które Świerczowski podzielił pomiędzy żołnierzy, większą cześć ofiarowując - zgodnie z umową - swoim Kozakom, jako głównym sprawcom zwycięstwa. Cała duża turecka armia została rozbita przez zaledwie garstkę Kozaków i Mołdawian, dużo potem pojawiła się więc plotka, że dowiedziawszy się o tym, sułtan Selim II zwany Pijakiem, wpadł w taki gniew że zapił się na śmierć (nie jest to prawda - Selim, syn Sulejmana Wspaniałego zmarł dopiero w grudniu 1574 r., czyli osiem miesięcy po bitwie). Pomimo wspaniałego zwycięstwa, Iwona nie był zadowolony, gdyż wśród zabitych nie odnalazł ciał swych wrogów (Aleksandra i Piotra), dlatego też postanowił teraz... najechać Wołoszczyznę. Wyprawa "na Multany" nastąpiła niezwłocznie, a wojska Iwony postępowały bardzo okrutnie, rabując okoliczną ludność i paląc wszystkie napotkane wioski. Wojsko jego podeszło wreszcie pod twierdzę Brajłow, leżącą nad brzegiem Dunaju. Była ona obsadzona przez turecki oddział, lecz Iwona dowiedział się że to tu właśnie schronili się Aleksander i Piotr. Zażądał więc od dowódcy twierdzy wydania tej dwójki, twierdząc że są oni zdrajcami sułtana, których należy ukarać. Osmański dowódca odmówił i kazał oddać kilka strzał armatnich na przestrogę dla atakujących. Posłał też do Iwony posła, domagając się w imieniu sułtana odstąpienia od twierdzy i powrotu do Mołdawii. Iwona słysząc te słowa wpadł w taki gniew, że kazał posłowi obciąć nos, uszy i wargi, oraz połamać nogi i przykuć go łańcuchami do wysokiego rusztowania, wskazując, że taki właśnie los czeka dowódcę twierdzy, jeśli ten nie wyda hospodara Wołoszczyzny oraz jego kuzyna. Turek ponownie odmówił, więc przystąpiono do ataku i jeszcze tego samego dnia wojsko Iwony wyłamało bramy, wdzierając się do twierdzy i mordując kogo popadnie. Turcy wycofali się do zamku, który odcięty, nie mógł jednak długo się bronić. Mimo to załoga broniła się dzielnie, wiedząc że jeśli się poddadzą, czeka ich okrutna śmierć w męczarniach, woleli więc zginąć w walce z bronią w ręku.




A tymczasem do Iwony dotarła wieść, że bejlerbej Silistrii wysłał pomoc zagrożonym Multanom i wojsko osmańskie w sile 16 000 żołnierzy kieruje się na odsiecz brajłowskiej twierdzy. Iwona pytał się więc Świerczowskiego co dalej czynić, a ten radził kontynuować oblężenie zamku, a jednocześnie część sił wyprawić na spotkanie z tamtą armią. Zadeklarował że osobiście może dowodzić wyprawą na armię, która maszeruje tu z Silistrii. Iwona zgodził się i dołożył mu 9000 swoich żołnierzy, którzy mieli maszerować na południe, na spotkanie sił nieprzyjaciela. Do bitwy doszło w rejonie Lapusny i zakończyła się ona zwycięstwem sił kozacko-mołdawskich. Poległo w boju (lub w ucieczce - co bardziej prawdopodobne, gdyż największe straty zawsze ponosi się podczas bezładnego odwrotu) 7000 Turków, reszta zbiegła lub dostała się do niewoli. Świerczowski posłał wiadomość do Iwony z informacją o zwycięstwie i o szybkim marszu na południe, gdyż ze wschodu wkroczyli już do Mołdawii - przysłani tutaj przez chana - Tatarzy Krymscy. Brajłowski zamek wciąż pozostawał niezdobyty gdy Iwona ściągał oblężenie aby dołączyć do sił Świerczowskiego i razem wrócili do Mołdawii, a następnie dopadli Tatarów pod Benderem (Tehinią) i... ponownie rozbili (wycofujące się niedobitki dopadli Kozacy na swych czajkach pod Akermanem nad brzegiem Morza Czarnego i wybili ich do nogi). W tym czasie zaś Aleksander Mircza i Piotr Kulawy uciekli do Bukaresztu. Iwona tak się już przyzwyczaił do zwycięstw, że traktował je jako coś naturalnego, dlatego też ponownie poszedł "na Multany" z zamiarem pojmania braci Drakula. Gdy podszedł z wojskiem pod Bukareszt, tamci zbiegli za Dunaj do Silistrii, a Iwona wkroczył do stolicy Wołoszczyzny, zajmując oba hospodarstwa (Aleksander pragnął osadzić na stolcu mołdawskim kuzyna, a teraz stracił także i swój kraj). Szaleństwem jednak było sądzić, że Iwona zdoła utrzymać się w Bukareszcie bez zgody i przyzwolenia sułtana i bez wsparcia większych sił polskich, dlatego też musiał się stamtąd wycofać (maj 1574 r.), poza tym Kozacy też już chcieli wracać do siebie (w końcu zdobyli wielkie łupy, po co więc mieli dalej niepotrzebnie narażać swoje życie), a Iwona wiedział, że po ich odejściu jego siły znacznie się skurczą (i nie chodziło nawet o liczebność, a po prostu o doświadczenie wojskowe - przecież wszystkie bitwy, które dotąd Iwona wygrał, wygrał tylko i wyłącznie dzięki polskim Kozakom i on doskonale zdawał sobie z tego sprawę).

Z Silistrii jednak nadeszła nowa armia. Tym razem z woli sułtana hospodarem Wołoszczyzny mianowany został Piotr Kulawy (Aleksander Mircza za swoją nieudolność pozbawiony został władzy). Iwona wyprosił więc na Świerczowskim, aby jego żołnierze zostali jeszcze na tę jedną, decydującą bitwę. Przemówił doń takimi oto słowy: "Opiekunowie moi, gdyż żołnierzami was nie nazywam. Winienem być troskliwym o całość waszą, którzyście mnie z tylu niebezpieczeństw wyprowadzili. (...) Wrodzone wam są, nie przeczę, odwaga, siła i zapał, ale los wojny nie zawsze jednakowy. (...) Byliście początkiem moich zwycięstw, na was polega dalsza ich nadzieja; jeśli wam się co złego przytrafi, cóż mi więcej pozostanie?". Świerczowski zgodził się wziąć udział w tej ostatniej już bitwie, po czym zamierzał wrócić do Rzeczpospolitej (może on sam nie tyle, ile bardziej żołnierze na nim to wymusili). Do bitwy tej doszło pod Braiłą na granicy z Mołdawią. Kozacy ustawili się szykiem zastępowym w trzy linie, Mołdawianie stanęli obok, a Turcy bardziej liczyli na swą liczebność, niż na szyk wojskowy. Niestety, armia turecka liczyła prawie 50 000 żołnierzy i Kozacy wręcz tonęli w odmętach ich liczebności. Pierwsza linia turecka poszła w rozsypkę po ataku Kozaków, ale zaraz stawali nowi żołnierze, do tego do walki skierowano wypróbowanych janczarów. Świerczowski - który co prawda nie był hetmanem, ale miał szarżę rotmistrza wojsk kozackich, brał udział w wielu bitwach z Tatarami u boku hetmana polnego litewskiego Romana Sanguszko i jego następcy Krzysztofa Radziwiłła "Pioruna", gdzie poznał ich taktyki prowadzenia walki. W normalnej sytuacji nakazałby więc atak pierwszej linii, przełamanie obrony i wycofanie się na tył, po czym atak drugiej linii, przełamanie kolejnego oporu nieprzyjaciela i odwrót, następnie atak trzeciej linii i po zmianie koni ponownie uderzyłaby pierwsza linia itd. Ale w Multanach nie było możliwości wymienić koni, trzeba więc było atakować tym co było pod ręką, problem jednak polegał na tym, że w czasie walk ginęły również od ran konie (ale rany te musiały być poważne, bowiem czytałem opis walk, w których konie nawet z mocno poranionymi nogami i z przebitym udem dalej parły na nieprzyjaciela), co uziemiało jeźdźców, których nie można było ponownie użyć w walce. Wydawało się więc że morze Turków zaleje Iwonę i jego sojuszników, ale nie, okazało się że determinacja Świerczowskiego w tej bitwie była nad wyraz godna podziwu. Gdy pierwsze dwa szyki nie zdołały już przebić się przez linie nieprzyjaciela, Świerczowski ruszył z trzecim uderzeniem (oczywiście łącznie było to już kilku dziesiętne w tej bitwie) jednocześnie wciąż atakował Iwona i... udało się (jeśli to słowo jest w tym momencie adekwatne), Turcy ponownie poszli w rozsypkę (doszło do tego, że uciekający żołnierze tureccy z pierwszych linii, tratowali się wzajemnie, sami łamiąc pozostałe szyki).




Iwona, któremu po raz pierwszy w tej wojnie zaświeciła wizja klęski, okrutnie mścił się potem na pokonanych i wziętych do niewoli żołnierzach tureckich. Kazał ich bowiem nago pędzić związanych pomiędzy szeregami swego wojska, które uderzało ich mieczami, ale tak, aby nie od razu zabić i by dłużej się męczyli. Osmański wódz też dostał się do niewoli, ale zwrócił się on bezpośrednio do Świerczowskiego, ofiarowując mu za swoje życie tyle złota, ile sam ważył, trzy razy tyle srebra i wagę pełną pereł. Świerczowski jednak odmówił i przekazał go Iwonie, a ten najpierw zaprosił go do swego namiotu, poczęstował jadłem i rozmawiał z nim o tureckiej taktyce, po czym... kazał go swoim żołnierzom posiekać na kawałki (to dopiero było okrucieństwo, i to czynione na zimno, z pełną premedytacją). Selim gdy dowiedział się o klęsce, wpadł w gniew i nakazał publiczne modły we wszystkich meczetach a jednocześnie gromadzić zaczął nową armię, gdyż dotychczasowy lennik tak długo grał mu na nosie, że przestało to być już nawet irytujące a stało się wręcz niebezpieczne. Za przykładem Iwony mogli pójść przecież inni, dlatego też zdławienie tego buntu uznał on za najważniejszy cel ze wszystkich dotychczasowych. W Grecji, Anatolii, Azji i Afryce nakazał wielki pobór rekruta, kierując nowe siły właśnie na Mołdawię. Poważnym osłabieniem sił Iwony było odejście Kozaków Świerczewskiego, których sporo poległo w ostatniej bitwie, a jeszcze więcej było rannych i nie zamierzali oni raz jeszcze narażać swego życia i wystawiać fortunę na próbę - wrócili więc do Rzeczpospolitej obładowani łupami. Armia Iwony liczyła teraz 12 000 żołnierzy, których dowództwo objął Weremiasz - dowódca twierdzy w Chocimiu (Chocim wówczas należał do Mołdawii). Nowa armia turecka liczyła ok. 100 000 żołnierzy i z końcem czerwca 1574 r. pod Oblucitą nad Dunajem starła się z siłami hospodara Iwony. Przy takiej sile, armia Mołdawian, pozbawiona wsparcia polskich Kozaków, wyglądała jak garstka zbirów. Weremiasz wiedząc że nie ma szans na zwycięstwo, porozumiał się tajemnie z tureckim wodzem i pozwolił Turkom swobodnie przejść przez Dunaj, a jednocześnie zwodził Iwonę, mówiąc że Turków jest może z 30 000, ale ich liczba wzrośnie, jeśli szybko nie przerzuci się nowych sił nad Dunaj i nie zepchnie stamtąd sił tureckich. Iwona uległ jego namowom i posłał tam kilka tysięcy swego wojska, które zostało otoczone i rozbite przez Turków. W tej sytuacji jedyne co jeszcze można było zrobić, to czym prędzej wycofać się na północ.

Ostateczna, rozstrzygająca bitwa miała miejsce nad jeziorem Cahul w południowej Besarabii (14 czerwca 1574 r.) a szczególnie na polach Roscanti, gdzie siły Iwony zostały dosłownie zmiażdżone przez nacierających Osmanów. Do tego na polu bitwy zjawili się jeszcze Tatarzy, którzy przyszli Turkom z odsieczą - klęska Iwony była więc całkowita, opuścili go też wszyscy bojarzy (jeszcze w trakcie bitwy szukali możliwości porozumienia z Turkami, aby ocalić własne życie). Iwona dostał się do niewoli, ale buńczucznie twierdził, że jako hospodar o jego życiu może zadecydować tylko sam sułtan, przeto powinien zostać odwieziony do Konstantynopola, gdzie będzie mógł się bronić. Turecki dowódca nie słuchał go wcale, tylko wyciągnął swój miecz i poważnie zranił Iwonę w pierś, następnie nakazał przywiązać go za ręce i nogi do dwóch wielbłądów, które pognano w przeciwnym kierunku. W taki oto (przerażający) sposób zakończył swe życie hospodar Iwona, zwany też przez Rumunów Janem III Walecznym (jego głowę janczarzy odcięli i długo jeszcze kopali po ziemi, aż przestała w ogóle przypominać ludzki kształt). Tak więc teraz, na sejmie konwokacyjnym w Warszawie sułtan turecki miał pretensje do Rzeczpospolitej, że posłano Iwonie posiłki, ale senatorowie odpowiedzieli, że stało się tak nie z poparcia Rzeczpospolitej, więc urazy żadnej między naszymi krajami być nie może. Postanowiono też wysłać posła - Jędrzeja Taranowskiego - aby ten osobiście wyjaśnił to sułtanowi Selimowi. Tymczasem radzono również nad tym, czy należy w ogóle ogłosić bezkrólewie, czy też Henryk - tak jak zapowiadał w swych listach - wróci do Polski i należałoby na niego zaczekać. Jednak przerażenie, jakie wynikło z owej ucieczki króla z kraju, spowodowało żądanie szlachty, aby zapisać w konstytucji sejmowej, że król odtąd nie ma już prawa bez zgody sejmu opuszczać kraju, a do Prus i nawet na Litwę może wyjechać tylko po wcześniejszym porozumieniu się z Senatem. I tak też się stało.         
 



CDN.