Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ODKRYWCY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ODKRYWCY. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 maja 2025

AMERICAN STORY - Cz. X

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





JAMESTOWN 
(Jak wyglądało tam życie 400 lat temu)
Cz. II





 Pocahontas została uprowadzona i była przetrzymywana dopóty, dopóki jej ojciec, wódz Indian Powhatan nie zgodził się na pokój z osadnikami. Pokój został przypieczętowany oficjalnym małżeństwem Pocahontas z jednym z osadników z Jamestown, plantatorem tytoniu (tytoń będzie bardzo ważny w tej opowieści, gdyż w kolejnych latach osadnicy z Jamestown kupowali sobie żony, płacąc za nie właśnie tytoniem) Johnem Rolfe'm, do którego doszło w kwietniu roku 1614. A już w styczniu 1615 Pocahontas powiła syna - Thomasa Rolfe'a. Wielkim problemem dla kolonistów z Jamestown był brak w osadzie kobiet. Trudno też się dziwić że perspektywa wyjazdu do odległego i dzikiego kraju - a w zasadzie na inny kontynent - gdzie trzeba w ciężkich warunkach zaczynać życie od nowa, nie mogła być atrakcyjna dla żadnej kobiety. Co prawda pierwsze dwie kobiety zjawiły się w osadzie już w roku 1608 (czyli zaledwie rok po założeniu Jamestown), były to pani Forrest i jej służąca Anna Burras, ale o ich dalszych losach niewiele wiemy, choć przetrwały one wielki głód zimą 1609 r. Od tego czasu do osady przybywali jedynie mężczyźni, ku ogromnemu żalowi osadników. Na czele Kompanii Londyńskiej (która była głównym udziałowcem i pomysłodawcą założenia osady w Jamestown) stał w Londynie sir Thomas Smythe. Ale jego rządy nad firmą były kompletną klapą, osada nie przynosiła żadnych dochodów, a tylko generowała koszty (nic dziwnego że król Hiszpanii Filip III wstrzymywał się od planów ataku na Jamestown, gdyż informatorzy donosili mu że stan kolonistów jest opłakany i wkrótce wszyscy oni sami pozjadają się z głodu {a do przypadków kanibalizmu dochodziło już w trakcie wielkiego głodu w osadzie}, albo pomrą na choroby, albo też wybiją ich Indianie). Smythe niczego nie uczynił aby poprawić życie osadników, ale też i za bardzo nie wiedział jak to zrobić. Co prawda w roku 1612 wydano trzecią kartę, (poprzednie wydawano w latach 1606 i 1609) znacznie zwiększające uprawnienia rady osady. Rządzący realnie Jamestown Thomas Dale (realnie, gdyż mianowany gubernatorem Thomas West, baron De La Warr, odpłynął stąd już w marcu 1611 - o czym było w poprzedniej części - chociaż aż do swej śmierci w 1618 r. uważał się za pełnoprawnego gubernatora osady. Natomiast inny mianowany gubernator - Thomas Gates, praktycznie nie wtrącał się do zarządu osadą). Teraz zawarto co prawda pokój z Indianami Powhatan, ale wciąż brakowało w osadzie zarówno kobiet, jak i wykwalifikowanych rzemieślników.

Tymi drugimi byli bez wątpienia sami Polacy, których liczba zaczęła wzrastać, gdyż Smythe pod tym względem jednak się wykazał. Przed rokiem 1619 przybyły trzy duże transporty Polaków do Jamestown (w 1608, 1610 i 1616). To właśnie oni założyli pierwsze manufaktury w mieście, to oni wyrabiali szkło i mydło (szczególnie szkło było bardzo pożądane i mogło zadecydować o przetrwaniu osady, gdyż wykonywane przez Polaków m.in. szklane koraliki następnie sprzedawano Indianom w zamian za żywność). W 1610 r. do osady przybył polski lekarz - Laurencjusz Bohun (zginął w 1620 r. walcząc z Hiszpanami na jednym ze statków osadników z Jamestown). Mimo to Polacy nadal byli ludźmi drugiej kategorii, byli wręcz traktowani jako - w najlepszym przypadku - pracownicy sezonowi, którzy mieli podpisane kontrakt na kilka lat (z reguły na 10), ale i tak większość została tam później na stałe. Nie mieli prawa głosu, nie mogli uczestniczyć w składzie 13-osobowej rady miejskiej, natomiast całe życie przemysłowe jak i gospodarcze osady spoczywało w ich rękach i przez pierwsze 11 lat byli pogodzeni ze swym losem (jako że w umowie którą podpisali, stało jasno że nie mogą się zbuntować). W każdym razie w latach 1610 i 1616 przybyli nowi rzemieślnicy z Polski, o nazwiskach takich jak: Tomasz Miętus że Lwowa, Karol Źrenica, Ignacy Machowski, Jan Kulawy, Gwidon Stójka, Herman Kromka, Mateusz Gramza, Michał Korczewski, Eustachy Miciński, Włodzimierz Terlecki, Mikołaj Syryński i Jan Pargo. Przybył nawet pewien porucznik, wywodzący się z arystokratycznej rodziny Potockich, którego Anglicy nazywali "Puttocke" (tak jak dzisiaj w niemieckich mediach o Karolu Nawrockim można przeczytać że to jest Karol "Nawroki" 🤭). Ich praca była kluczowa dla przetrwania osady Jamestown i w jakiś czas potem pozostali osadnicy się o tym przekonali. Zresztą nie tylko manufaktury w osadzie były w rękach Polaków, również pierwsze studnie to właśnie oni tam wykopali. Potem studnie stały praktycznie przy każdym domu wbudowanym w Jamestown (w czasie przeprowadzanych wykopalisk archeologicznych latem 1934 r. w jednej ze studni w Jamestown znaleziono ludzką lewą nogę i lewą połowę miednicy). Większość domów w osadzie miała również szyby w oknach (również dzięki Polakom), choć nie wszyscy, im bowiem biedniejszy dom, tym mieszkańców nie było stać na taki luksus. Warto też powiedzieć gdzie w mieście wyrzucano śmieci, bo jakieś miejsce przecież musiało być, nie wszystko bowiem można było wrzucić do rzeki Jakuba. Otóż po prostu wykopywano w ziemi doły i tam wrzucano śmieci, ale takie Doły kopano przede wszystkim przy manufakturach jako miejsce składowania gruzu i gliny ceramicznej, ale podczas wykopalisk archeologicznych z roku 1955 znaleziono w takim dole również dobrze zachowany kordelas (broń ręczna, nieco podobna do szabli), rapier, a także potłuczone gliniane, ceramiczne i szklane naczynia.




1616 r. Pocahontas, John Rolfe' i ich synek Thomas udali się w podróż do Anglii, gdzie młoda indiańska dziewczyna była pokazywana jako przykład "cywilizowanego dzikusa". Ubrano ją w suknie i wzięła udział w maskaradzie, zorganizowanej przez króla Jakuba I w pałacu Whitehall. Jednak gdy zamierzali oni powrócić do Wirginii, Pocahontas nagle zmarła - marzec 1617 r. (nie są znane przyczyny i jej zgonu). Miała zaledwie 20, może 21 lat. Pozostawiła po sobie jednak syna Thomasa, który przeżył lat 65 i był wnukiem wodza plemienia Powhatan - Wahunsunakoka. Natomiast przewodniczący Kompanii Londyńskiej, sir Thomas Smythe starał się pobudzić rozwój osady Jamestown, ale nijak mu to nie wychodziło. Zdał sobie sprawę, że problem leży w zbiorowej własności gruntów, gdyż to co wspólne, jest tak naprawdę... niczyje. Postanowił więc zmienić wspólnotową formę własności na prywatną własność ziemską i ogłosił że każdy, kto przetransportuje do Jamestown choć jedną osobę więcej, otrzyma 50 akrów ziemi na własność. Niestety stary Smythe był utożsamiany z polityką kryzysu, głodu i porażek jakie odnotowali ci, którzy wyłożyli pieniądze na zorganizowanie osady w Jamestown. Dlatego też musiał zrobić miejsce młodszym i w 1618 r. zastąpił go sir Edwin Sandys. To właśnie on zaczął realnie wdrażać w życie prawo własności ziemi, opracowane w ostatnich miesiącach urzędowania Thomasa Smythe'a (notabene jak można było pomyśleć że wspólna własność jest lepsza od własności prywatnej? Przecież każdy człowiek jest tak zbudowany, że lubi mieć coś na własność, coś swojego, wtedy lepiej o to dba i bardziej się do tego przykłada. Natomiast jak coś jest wspólne, to tak naprawdę jest niczyje, czyli można to albo ukraść, albo też czerpać z tego do chwili, aż się nie zużyje). To również właśnie Sandys postanowił wreszcie rozwiązać problem braku kobiet w osadzie Jamestown. W 1619 r. osada Jamestown liczyła 1000 ludzi, (w tym ok. 50 Polaków) z czego kobiety były zaledwie dwie (przepraszam napisałem "kilkanaście" - pomyłka i mój błąd, daty mi się pomyliły 😉). Ten problem należało czym prędzej rozwiązać i temu zadaniu podjął się właśnie nowy przewodniczący Kompani Londyńskiej - Edwin Sandys. Wpadł bowiem na pomysł że każdy mężczyzna - który chce mieć narzeczoną, a następnie żonę - musi za nią zapłacić, a ponieważ jedynym cennym środkiem płatniczym dostępnym praktycznie wszystkim osadnikom w Jamestown był tytoń, dlatego też płacono tytoniem i stąd kobiety - które następnie przypłynęły do osady - nazywano "żonami tytoniowymi".




Koszt sprowadzenia sobie żony do osady wynosił na początku 120 funtów tytoniu, potem wzrósł do 150 funtów. Osadnicy swoje wymarzone partnerki poznawali listownie, pisząc listy (jeżeli umieli pisać, jeśli nie korzystano z pomocy skrybów, którzy za odpowiednią dopłatę mogli nieco podkoloryzować opis kandydata na przyszłego małżonka). Te listy następnie wysyłano do Anglii i tam - za sprawą rozwiniętej przez Sandys'a "akcji promocyjnej" - prezentowano je ewentualnym chętnym do podróży kandydatkom do ożenku. Aby namówić kobiety do podróży (często niebezpiecznej), Sandys zaproponował im nie tylko darmowy transport (za podróż płacili koloniści), ale również odzież i podstawowe sprzęty gospodarstwa domowego. Na miejscu mogły też sobie wybrać partnera jakiego chciały (choć w rzeczywistości ich wybór był bardzo ograniczony). W Anglii było wiele młodych kobiet które nie mogły liczyć na zbyt dobre zamążpójście, a co za tym idzie na lepsze życie, dlatego część z nich zdecydowała się na podróż do Nowego Świata. Nie wszystkie jednak były chętne do tak niebezpiecznej przygody, większość wolała pozostać w kraju i tutaj poszukać sobie męża. Ostatecznie zebrano więc grupę zaledwie 90 kobiet w wieku od 15 do 28 lat, które wiosną 1620 r. wyruszyły po nowe życie do Nowego Świata - Ameryki. Ale nie wyprzedzajmy faktów, bowiem w roku 1619 miały miejsce niezwykle ważne wydarzenia i to nie tylko dla samej osady, ale również dla przyszłych Stanów Zjednoczonych. Oto bowiem w kwietniu 1619 r. nowym gubernatorem Wirginii (a w zasadzie kolonii Jamestown) został sir George Yeardley (który zastąpił na tym stanowisku pełniącego ten urząd od 1617 r. Samuela Agrylla, który to zastąpił Thomasa Dale'a - sprawującego zarząd nad osadą od marca 1611 r.). To właśnie Yeardley 30 lipca 1619 r. zorganizował pierwsze zgromadzenie ustawodawcze mieszkańców Wirginii (Jamestown). Zgromadzenie złożone z gubernatora, 13 radnych i 22 wybranych "burgesów" (wybierano po dwóch kandydatów z 11 istniejących wówczas plantacji Jamestown) odbyło się oczywiście w tamtejszym kościele (pierwszy kościół w Jamestown zbudowano zaraz po założeniu osady w 1607 r. ale spłonął on już w roku następnym. Dopiero ten odbudowany kościół - nadal drewniany, na planie krzyżowym - był miejscem owego zgromadzenia. Notabene tak na marginesie, modlitwy odprawiano w Jamestown dwa razy dziennie: rano i wieczorem).

Tak więc gdy rozpoczęły się obrady pierwszego zgromadzenia Wirginii, okazało się że wśród zasiadających tam delegatów... nie było Polaków, których wszyscy uważali za zwykłych robotników, a tak naprawdę za wyrobników (chociaż już John Smith pisał w swych pamiętnikach że 30 polskich rzemieślników jest bardziej wartościowych niż 1000 angielskich dżentelmenów). Ci, po latach milczenia, wykonywania swojej pracy i nie wychylania się, wreszcie postanowili powiedzieć dość! Zatrzymali pracę wszystkich manufaktur, urządzając pierwszy w dziejach Stanów Zjednoczonych (a tak naprawdę całej Północnej i Południowej Ameryki) strajk. Trwał on tylko dwa dni, ale tak bardzo wystraszył kolonistów, że już 1 sierpnia zgodzili się oni dopuścić do zgromadzenia również polskich delegatów. Mało tego, stworzono wspólne, dwujęzyczne (polsko-angielskie szkoły) w których miano uczyć w tych dwóch językach. Polscy rzemieślnicy w Jamestown otrzymywali również pełne prawa kolonistów i od tej pory mieli być traktowani na równi z innymi. Powiem więcej, ze swymi umiejętnościami wysuwali się wręcz na nową elitę Jamestown. Ostatecznie tak się nie stanie, ale po kolei, do tego również dojdziemy cóż było tego przyczyną. Warto jeszcze powiedzieć o innym doniosłym (dla przyszłych Stanów Zjednoczonych) wydarzeniu, który miał miejsce w roku 1619, a mianowicie w sierpniu tego roku do jamestown przepłynął holenderski statek przywożąc na pokładzie 20 porwanych w Afryce murzyńskich niewolników. Koloniści zakupili ich do pracy i tym samym po raz pierwszy w dziejach  angielskiej Ameryki niewolnictwo czarnoskórych Afrykanów stało się faktem. Latem 1620 r. do Jamestown przybył okręt z 90 pannami na pokładzie i koloniści mogli wreszcie wybrać sobie żony i rozpocząć normalne życie rodzinne. Jednocześnie już wówczas zaczęły tworzyć się większe i mniejsze majątki ziemskie. Więcej akrów (1500) otrzymywali przybyli do Jamestown urzędnicy, kupcy i skarbnicy, nieco mniej (500) lekarze i sekretarze, reszta zaś w zależności od tego jak wywiązała się z prawa Smythe/Sandys'a czyli tyle akrów, ile osób ściągnięto i przewieziono (na własny koszt) do kolonii.


"Wiesz skąd się wzięli murzyni w Ameryce? Handlarze niewolników przywieźli ich z Afryki. A myślisz że to takie proste wysiąść na plaży w Afryce, złapać w siatkę zwinnego, silnego murzyna i wywieźć go za ocean? Oczywiście że nie, udało im się to zrobić, ponieważ łapali tylko takich którzy albo Nie potrafili s********* przed siatką, albo też byli największymi głąbami w plemieniu i wódz sprzedawał ich za paczkę fajek bo i tak nie miałby z nich pożytku" 🤭



Jamestown wciąż się rozrastało, a to nie podobało się okolicznym Indianom Powhatan, tym bardziej że Pocahontas już nie żyła, nie było więc powodów aby utrzymywać pokój. Poza tym w roku 1618 zmarł wódz Wahunsunakok, a następcą został jego rodzony brat Opechankano. Nienawidził on kolonistów, gdyż niszczyli oni tereny łowieckie i stanowili realne zagrożenie dla plemienia, dlatego też przygotowywał się do wielkiego ataku, który miał być realnie eksterminacją wszystkich mieszkańców Jamestown. Taki atak spadł na osadę w marcu 1622 r. i był doprawdy podobny do trąby powietrznej, niszczącej wszystko na swej drodze. W każdym razie bezwzględnie był to największy atak, jaki do tej pory podjęli Indianie na tę osadę od chwili jej założenia, czyli od 15 lat.




CDN.

niedziela, 18 maja 2025

AMERICAN STORY - Cz. IX

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





 Postanowiłem reaktywować tę już nieco zapomnianą serię tematyczną o początkach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Zamierzam ją poprowadzić (oczywiście przy dobrych wiatrach) aż do czasów obecnej prezydentury Donalda Trumpa. Na razie opowiedziałem o powstaniu kolonii Jamestown w roku 1607 i założeniu Wirginii, oraz o przybyciu purytańskich kolonistów z Anglii na statku o nazwie "Mayflower" i założeniu kolonii Plymouth w roku 1620. Teraz skupimy się jeszcze na Jamestown a następnie przeniesiemy się do Nowej Anglii, do Bostonu, który powstał jako jedna z kilku innych kolonii angielskich w rejonie Plymouth



JAMESTOWN 
(Jak wyglądało tam życie 400 lat temu)
Cz. I




 Jamestown, to była pierwsza angielska kolonia w Nowym Świecie (a konkretnie na ziemiach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, bo głównie tego właśnie dotyczy ta seria). Założona 13 mają 1607 r. przez 120 mężczyzn (nie było tam ani jednej kobiety) przybyłych na trzech statkach noszących nazwy: Constant, Godspeed i Discovery, w ramach akcji zasiedlania Nowego Świata przez założoną w roku 1606 przez kilku angielskich dżentelmenów (którym król Jakub I przyznał prawo osiedlania się i kolonizacji na całym obszarze Ameryki leżącym między 34 a 41 stopniem szerokości geograficznej północnej) Kompanię Londyńską. Jakub I jak i większość polityków i przedsiębiorców Królestwa Anglii, zdawała sobie sprawę z postępującej już wówczas hiszpańskiej kolonizacji dzisiejszej Ameryki Łacińskiej, jak również atlantyckich i karaibskich obszarów ziem współczesnych Stanów Zjednoczonych; jak również kolonizacji francuskiej w Ameryce północnej (Acadia, Quebec). Obawiano się więc że Anglia zostanie daleko w tyle za tymi dwoma państwami, a już przecież do kolonialnej eksploracji Ameryki szykowały się i inne kraje europejskie (jak choćby Holandia, czy nawet Szwecja). Po niezwykle owocnym zakończeniu podróży morskiej George'a Weymoutha do ziem Nowej Anglii w 1604, uznano że nadszedł czas aby ponownie rozpocząć zakładanie stałych kolonii w Ameryce (już wcześniej próbowano założyć tam kolonie jeszcze za czasów królowej Elżbiety I, ale los wszystkich angielskich kolonii był dramatyczny, ludność umierała z głodu w ciągu kilku kolejnych miesięcy, gdyż koloniści nastawiali się głównie na poszukiwanie złota, a nie na przetrwanie i gdy tylko kończyły się zapasy przywiezione z Anglii, zaczynał się głód i śmierć - pisałem o tym w poprzednich częściach tej serii). W kwietniu 1606 r. założono więc dwie kompanie, wspomniana wyżej przeze mnie Kompania Londyńska, oraz Kompania Plymouth (która miała zakładać kolonie między 38 a 45 stopniem szerokości geograficznej północnej). Każda z tych kompanii miała kontrolować obszar 50 mil na północ i na południe od pierwotnej osady, oraz 100 mil w głąb morza i 100 mil w głąb lądu. Kolonie te otrzymały królewski przywilej wydobywania złota, srebra i miedzi w Nowym Świecie (król miał otrzymać 1/5 wszystkich tych surowców), a także powołania rady złożonej z 13 przedstawicieli. Przez siedem lat od założenia Kolonii miał nie być pobierane żadne cła importowe, a także kolonistom przyznawano wszystkie prawa i przywileje poddanych króla Anglii. Oczywiście był również punkt w owym przywileju królewskim, w którym zobowiązywano się do nawracania miejscowych pogan na chrześcijaństwo.




Trzy (wymienione wyżej) okręty (wypożyczone przez Kompanię Londyńską od angielskiej Kompanii Moskiewskiej, jako że jedyny okręt tej kompanii "Richard" pod dowództwem Henry'ego Challonsa, został w sierpniu 1606 r przejęty przez flotę hiszpańską u wybrzeży Florydy, a sam Challons przewieziony do Sewilli) pod dowództwem się Christophera Newporta wypłynęły, podążając trasą na Wyspy Kanaryjskie i Indie Zachodnie. U wybrzeży dzisiejszej Wirginii okręty te dostały się w środek burzy, która zagnała je do zatoki Chesapeake. W maju 1607 r. płynąc rzeką Jakuba (nazwaną tak na cześć ich króla), koloniści osiedlili się nie na wyspie (jak początkowo zakładano), lecz na stałym lądzie, na bagiennym półwyspie (co odradzano nawet w instrukcji, którą koloniści mieli przy sobie). 13 maja 1607 r. pierwsi koloniści (którym udało się przeżyć podróż, gdyż 16 spośród 120 zmarło w jej trakcie) postawili stopę na amerykańskiej ziemi. Najpierw odprawiono nabożeństwo dziękczynne, a uczyniono to pod kawałkiem płótna żaglowego. Następnie przystąpiono do budowy osady, którą nazwano (również na cześć króla) Jamestown. Dookoła były nieprzepastne lasy nieznanego kraju, zbudowano więc najpierw drewnianą palisadę otaczającą osadę (na wypadek ataku "dzikusów") i kościół (jako jeden z pierwszych, a prawdopodobnie pierwszy budynek w Jamestown). Oczywiście pierwsze budynki w osadzie były drewniane (jako że tego budulca było pod dostatkiem) i dopiero z biegiem lat pojawiać zaczęły się pierwsze domy budowane z cegły. Otworzono też zapieczętowane instrukcje w których były zapisane nazwiska pierwszych członków 13-osobowej rady, pełniącej funkcję władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, której to przewodniczył prezes. W ciągu miesiąca od założenia kolonii, wybudowano już trójkątny fort otaczający osadę, kościół, magazyn oraz kilka szeregowych domów. W tym czasie Christopher Newport żeglował dalej wzdłuż rzeki Jakuba, aż do dzisiejszego Richmond. Podejmowano też eksploracje lądowe (głównie związane z poszukiwaniem złota, srebra i miedzi) w których m.in. uczestniczył John Smith. Podczas jednej z takich eskapad zasnął on zmęczony pod drzewem, a gdy się obudził, zobaczył nad sobą kilka indiańskich kobiet, które mu się przyglądały. W swych pamiętnikach zanotował że były prawie nagie i zaczęły się do niego przymilać pytając (oczywiście w swoim języku który on potem - dzięki Pocahontas - poznał) "czy mnie chcesz?", "czy mnie kochasz?" Odrzucił ich amory (dziwne, skoro w osadzie nie było kobiet. Może te opowieści były po prostu wytworami jego erotycznych fantazji?). Innym znowu razem Smith wpadł w zasadzkę i został przyprowadzony do wodza miejscowych Indian plemienia Powhatan - Wahunsunakoka (Anglicy nazywali go po prostu Powhatanem od nazwy plemienia). Miał zostać stracony (poprzez rozłupanie mu czaszki maczugą). Ale wówczas wstawiła się za Smithem Pocahontas, córka Wahunsunakoka, ratując mu życie.




Obszar na którym założono kolonię jamestown, Hiszpanie nazywali krajem Axacan, a nieopodal mieściła się hiszpańska misja jezuicka, założona w 1570 r. Badając wybrzeże rzeki Jakuba, spodziewali się koloniści znaleźć drogę do Chin, a być może nawet do Indii, gdyż wówczas sądzono w Europie że ten obszar Ameryki może prowadzić właśnie do Chin. Oczywiście nie znaleziono ani drogi do Chin, ani do Indii, ani też złota czy srebra - tak wyczekiwanego przez kolonistów. Znaleziono zaś nieprzepastne lasy i wrogich Indian, którzy już w czerwcu 1607 r. dokonali pierwszego ataku na osadę. Co prawda została ona odparta, ale koloniści musieli teraz mieć się na baczności i nie mogli sobie pozwolić na tak częste wypady poza osadę, jak wcześniej. W lipcu Christopher Newport wypłynął do Anglii, zabierając ze sobą kilka bezwartościowych skał (w których - jak sądził - znajdowało się złoto). Po jego wyjeździe koloniści zaczęli coraz bardziej cierpieć głód, gdyż zapasy żywności malały (a nikt nic nie uprawiał, wypady zaś poza osadę były coraz rzadsze, ze względu na częste ataki Indian Powhatan). Pojawiła się też malaria, na którą zapadło kilkudziesięciu kolonistów. Coraz więcej ludzi umierało czy to z głodu, czy to z powodu chorób, gdyż racje żywnościowe były ciągle zmniejszane - co bardzo nie podobało się kolonistom. Najgorsza była zima 1607-1608 r. która pochłonęła kolejne ofiary. Rządzący kolonią pierwszy przewodniczący rady - Edward Maria Winkfield, został usunięty ze stanowiska przy wyraźnym niezadowoleniu mieszkańców osady (dochodziło do częstych kłótni między nim, a wymienionym wyżej kapitanem Johnem Smithem). Przewodniczącym rady wybrano teraz Smitha, jako że udało mu się (dzięki zapewne znajomościom z Pocahontas), uzyskać od Indian nieco jedzenia, przez co  osada mogła przetrwać zimę. Ale gdy w styczniu 1608 r. z Anglii przypłynął Newport, w Jamestown zostało już tylko 40 kolonistów. Sytuacja była dramatyczna, osada (podobnie jak wcześniejsze angielskie kolonie w Ameryce) skazana była na wymarcie, a nie minął nawet rok od założenia Jamestown. 




Ci, którzy przybyli z Newportem do osady, nie wnosili tak naprawdę niczego dobrego do życia mieszkańców, oni bowiem również Nie potrafili ani nic hodować, ani też nic wytwarzać, a przybyli głównie z myślą o zdobyciu złota (zupełnie tak jak pierwsi koloniści). Tymczasem w Londynie akcjonariusze Kompanii Londyńskiej zaczęli namawiać kolejnych śmiałków do wypłynięcia do Ameryki. Słysząc od Newporta o trudnym położeniu kolonistów i obawiając się że osada może podzielić los chociażby tej z Roanoke (o której pisałem w poprzednich części tej serii), postanowili oni zatrudnić ludzi, którzy mieli pojęcie nie tylko o sadzeniu warzyw (co było podstawą przetrwania), ale również posiadali fach rzemieślniczy. Skontaktowali się więc z Michałem Łowickim polskim szlachcicem z Gdańska zajmującym się handlem i mieszkającym w Londynie. Zaproponowano mu ściągnięcie do Jamestown fachowców rzemieślników, oferując bliżej nieznane pieniądze za ich ściągnięcie. Łowicki - mając dobre kontakty w Gdańsku - popłynął tam i udało mu się przekonać do podróży za ocean kilku pracujących w stoczni gdańskiej fachowców. Ludzie ci potrafili wytwarzać smołę, zajmować się obróbką drewna i wypalać węgiel drzewny, tak potrzebny do produkcji zarówno mydła jak i szkła. Byli to w większości młodzi ludzie którym przedstawiono wizję wspaniałej przygody w odległym kraju, co spowodowało że podpisali wybitnie niekorzystną dla nich umowę, zobligującą ich do pracy w kolonii praktycznie tylko za wyżywienie i  zamieszkanie. Nie mogli też się zbuntować przez co najmniej 10 lat, nie mogli też zerwać tej umowy. Dziś znamy nazwiska owych Polaków, którzy w październiku 1608 r. na pokładzie angielskiego statku "Mary and Margaret" przypłynęli do kolonii Jamestown, a byli to: Stanisław Sadowski, Zbigniew Stefański, Jan Bogdan i Jur Mata. Towarzyszył im również Michał Łowicki. Po przybyciu do kolonii szybko pobudowali sobie domy, zbudowali piece do wyrobu szkła (zakładając pierwszą w Jamestown manufakturę szkła i w ogóle pierwszy zakład produkcyjny). Wkrótce też odkryli źródło pitnej wody, ale te wszystkie sukcesy nie przekładały się w żaden sposób na ich pozycję społeczną w osadzie. Ze względu na wybitnie niekorzystną umowę jaką podpisali z Kompanią Londyńską, a także ze względu na fakt że nie byli Anglikami i mówili w obcym języku, byli traktowani jako ludzie drugiej kategorii.




Jedynie rządzące wówczas kolonią John Smith miał z Polakami nieco lepsze kontakty, a to ze względu na fakt, że po pierwsze nieco rozumiał język polski, a po drugie poznał Polaków, gby kilka lat wcześniej służył w armii habsburskiej walcząc z Turkami na Węgrzech. Jako młody chłopak (urodził się w 1580 r.) w jednym z pojedynków pokonał trzech tureckich żołnierzy, za co przez księcia siedmiogrodu Zygmunta Batorego został wyniesiony do szlachectwa (Smith urodził się bowiem w Willoughby w rodzinie kupieckiej) i otrzymał herb trzech tureckich głów. Potem jednak w jednym ze starć dostał się do tureckiej niewoli i został sprzedany jako niewolnik tureckiemu paszy i w żelaznej obroży na szyi musiał wykonywać ciężkie prace na roli. Zdołał jednak stamtąd uciec i tułając się przez Bułgarię, Wołoszczyznę i Mołdawię, dotarł na ziemie Rzeczpospolitej. Tam poznał Polaków, a szczególnie polskich rzemieślników i potem wypowiadał się o nich zawsze w samych superlatywach. Jednak w Jamestown (pomimo sympatii Smitha) Polacy mieli gorszą pozycję niż Anglicy. Przekładało się to również na ich zachowanie względem angielskich kolonistów, którym bardzo niechętnie (a często w ogóle) nie udzielali wytworów swojej pracy. Ponieważ oprócz pracy jako rzemieślnicy, polscy koloniści w Jamestown założyli własny ogródek, gdzie hodowali pomidory, marchew, sałatę i kilka innych warzyw. Dzięki temu, gdy Anglicy umierali z głodu, Polacy mieli co jeść (chociaż Smith polecił im podzielić się częścią tych płodów, aczkolwiek czynili to bardzo niechętnie i rzadko). John Smith miał dla Polaków jeszcze jedną sympatię, gdy podczas ataku Indian Powhatan ocalili mu życie. Nie mogę liczyć jednak na wsparcie Polaków, zmusił angielskich kolonistów aby łowili ryby, zbierali ostrygi, a jednemu nawet polecił aby udał się do Indian i żył tam z nimi jak jeden z nich, dzięki czemu od czasu do czasu dostawał od nich coś do jedzenia dla kolonistów z osady. W lipcu 1609 r do Jamestown przybył z Anglii statek z zaopatrzeniem pod dowództwem Samuela Argalla. Oprócz żywności i wody pitnej przywiózł on również wiadomość o cofnięciu karty z 1606 r. i powołaniu nowej. Przywilej królewski Kompanii Londyńskiej z roku 1609 mówił, że koloniści otrzymują na własność ziemię 200 mil na północ i na południe od osady, a także stronę morza i w stronę lądu. Otrzymał także prawo zasiedlenia wysp 100 mil od wybrzeża. Rząd stanowiła również 13-osobowa rada, która  otrzymywała przywilej powoływania własnych urzędników. Akcjonariuszami nowej Kompanii Londyńskiej było 56 cechów Londynu i 659 osób prywatnych, wśród których znalazło się 21 parów, 96 szlachciców, 53 kapitanów i 11 robotników.

Gdy wiosną 1609 r John Smith przypadkowo zranił się bardzo poważnie, musiał niestety opuścić kolonię i wrócić do Anglii na statku kapitana Christophera Newporta, który w czerwcu 1609 r. wypłynął z Anglii w drogę powrotną wraz z nowym gubernatorem się Thomasem Gatesem i ok. 500 nowych kolonistów. Po dwumiesięcznej podróży przez ocean, w sierpniu 1609 r. okręty dotarły do Jamestown, a na pokładzie pozostało zaledwie 400 kolonistów (reszta zmarła w trakcie ciężkiej podróży). Dotarło tam tylko część okrętów, ale główny, ten na którym płynął nowy gubernator - osiadł na mieliźnie na Bermudach i aż do maja 1610 r. Thomas Gates nie przybył do Jamestown. Gdy zaś już mu się to udało, zastał kolonię ponownie w tragicznym położeniu. Wielu z nowych kolonistów nabawiło się już w Ameryce kolejnych chorób (głównie malarii), a poza tym jak zwykle głód, głód i jeszcze raz... śmierć. Nowych grobów w kolonii przybywało szybciej, niż nowych kolonistów. Paradoksalnie o ile społeczność angielska topniała, o tyle społeczność polska w Jamestown... rosła. Widząc jednak opłakany stan kolonistów angielskich, gubernator Gates zdecydował się zawrócić do Anglii, ale gdy tylko wyruszył w dół rzeki Jakuba, napotkał statek z informacją że oto płynie z Anglii Thomas West, baron De La Warr (Delaware) z zaopatrzeniem i 150 nowymi kolonistami. Czas jaki De La Warr spędził w Jamestown (sierpień 1610 - marzec 1611) był okresem, w którym realnie to on rządził kolonią, a nie Gates. W tym czasie doszło też do kilku hiszpańskich podjazdów, co wywołało wśród angielskich osadników przerażenie. Pierwszą próbę zdobycia osady Jamestown podjęli Hiszpanie jeszcze w 1609 r. gdy w lipcu tego roku kapitan Ecija - dowódca fortu w St. Augustine (założonego na Florydzie w 1565 r.) wpłynął do zatoki Chesapeake. Uznał on jednak wówczas że fort jest zbyt dobrze umocniony aby zdołał go zdobyć jeden okręt i odpłynął. Ecija zobowiązał jednak lokalne plemiona indiańskie aby nieustannie szpiegowały i atakowały angielskich kolonistów z Jamestown. To samo polecił Indianom gubernator hiszpańskiej Florydy - Ybarra. Atak Indian zimą 1610 r. był jednym z największych szturmów indiańskich na osadę i choć zakończył się odparciem czerwonoskórych, to jednak zginęło wówczas wielu kolonistów. Latem 1611 r. kilka hiszpańskich okrętów znów pojawiło się w w zatoce Chesapeake. Doszło do niewielkich starć, ale poza schwytaniem kilku ludzi (po jednej i drugiej stronie) niczym więcej ten atak się nie zakończył. Hiszpański ambasador w Londynie Zúñiga, w listach do króla Filipa III radził mu przedsięwziąć większą wyprawę zbrojną i zdobyć Jamestown, likwidując tę "angielską zadrę" w kraju Axacan. Filip jednak nie chciał tego uczynić, jako że liczył na sojusz z Anglią przeciwko Niderlandom.

Tymczasem napływ kolejnych kolonistów (choć śmiertelne żniwo wciąż było wielkie, gdy latem 1611 r. zmarło następnych 150 osób) spowodował, że założono nad zatoką Chesapeake dwa forty: "Karol" i "Henryk", a także zdołano wypędzić lokalnych Indian z ich siedzi w rejonie Kecoughtan. Mimo to powodów do zadowolenia praktycznie nie było żadnych. Wciąż na nowo pojawiały się te same problemy, które praktycznie wcale (lub w niewielkim jedynie zakresie) nie były rozwiązywane. Latem upał i niemiłosierne roje moskitów, zimą piętrzące się zwały śniegu przez które trzeba było się przebijać i trzaskający mróz, który zabrał nie jedno życie. Z powodu tych trudności baron De La Warr w marcu 1611 r. odpłynął do Anglii pozostawiając kolonię Jamestown w rękach sir Thomasa Gates'a, a szczególnie mianowanego przez siebie zastępcę sir Thomasa Dale'a (który realnie rządził kolonią). Dale - żołnierz i oficer, weteran walk w Holandii, natychmiast wprowadził w Jamestown rządy silnej ręki. Wszyscy mężczyźni (kobiet nadal tam nie było - ciekawe jak sobie radzili z tymi sprawami, pewnie polowali na Indianki ☺️) byli zmuszeni do intensywnej pracy dla dobra osady, pracy, która niczym nie różniła się od niewolnictwa, a ci, którzy się buntowali, byli karani z całą surowością (przy czym chłosta należała do najłagodniejszych z kar). Schwytani uciekinierzy byli po prostu paleni żywcem. Ale pomimo tych srogich kar i ciężkiej pracy, istniały też oczywiście rozrywki, którymi hołdowali koloniści. Jednym z najpopularniejszych było łucznictwo, które było zarówno rozrywką, jak i formą walki i obrony i zdobywania pożywienia. Popularne były również gry w kości, szachy oraz karty. Urządzano też zawody sportowe, takie jak zapasy czy boks. Nie mogło oczywiście zabraknąć muzyki a co za tym idzie również tańców koloniści znali przecież angielskie, walijskie, irlandzkie i szkockie ballady, pieśni oraz tańce. Ale w tym wszystkim nie mogło również zabraknąć jednej z największych (choć dopiero rodzących się) przyjemności, a mianowicie palenia tytoniu. Palenie tytoniu w Jamestown rozpoczęło się tak naprawdę w styczniu 1608, gdy do kolonii przybył angielski wytwórca fajek tytoniowych Robert Cotten. W latach 1611-1612 John Rolfe eksperymentował w kolonii z liśćmi tytoniu z Wirginii, Indii Zachodnich i Ameryki Południowej, tworząc nowe liście o słodkim zapachu. Szybko zmonopolizował handel tytoniem w kolonii i dzięki temu stał się pierwszym sprzedawcą papierosów w Nowym Świecie (oczywiście żartuję, Hiszpanie bowiem również palili tytoń i nim handlowali znacznie wcześniej, niż uczynił to Robert Cotten czy John Rolfe).

W roku 1613 wybuchł kolejny konflikt kolonistów z Indianami Powhatan, ale były też i plusy, mimo wszystko kolonia przetrwała już szósty rok (w ogromnej mierze przyczynili się do tego właśnie koloniści z Polski, którzy na razie nadal będą uważani za ludzi drugiej kategorii, chociaż wkrótce się to zmieni). A tymczasem wybuchł kolejny konflikt z Indianami, którego ofiarą padła córka wodza Wahunsunakoka - 17-letnia Pocahontas.



 
CDN.

niedziela, 31 maja 2020

AMERICAN STORY - Cz. VI

DZIEJE

STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI

OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT

KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW






POKOLENIE II

PIONIERSCY PIELGRZYMI

Cz. II





 
 Gdy 6 września 1620 r. z angielskiego portu w Plymouth wypływał okręt (pierwotnie używany do przewozu wina) o nazwie "Mayflower", znaczna część z jego 102 pasażerów - którzy udawali się do Nowego Świata - zapewne nie zdawała sobie sprawy że zostanie oszukana. Pierwotnie bowiem zakładano, że wyprawa skieruje się do już istniejących osad ludzkich, natomiast gdy w początkach listopada okręt dobił wreszcie do brzegów przylądka (które potem otrzymało nazwę "Dorszowego"), okazało się że nie ma tam żadnych ludzkich osiedli, a jedynie dzika plaża i ogromne, ciągnące się w nieskończoność lasy. Nie na to się umawiano, tym bardziej że wyprawa została skierowana nieco na północ, co dało się odczuć zupełnie innym klimatem, niż ten, jaki panował na Bermudach czy nawet w Wirginii. Wyprawa ta jednak, sfinansowana przez - stojącego na czele syndykatu londyńskiego - Tomasza Westona, celowo została skierowana właśnie w te odległe, północne tereny dzisiejszego stanu Massachusetts. Kto jednak stał za tym, aby wyprawa dotarła gdzie indziej niż pierwotnie zakładano? Otóż stało się tak na polecenie mniejszościowej (liczącej zaledwie 35 osób) grupy pielgrzymów, którzy w Ameryce zapragnęli zbudować nowe społeczeństwo na swoich zasadach od początku, społeczeństwo w którym to oni byliby pasterzami, a jednocześnie sprawowaliby tam niepodzielną władzę. Mieli już bowiem dosyć kajania się, uciekania i szantażu utraty ojcowizny, chcieli wreszcie mieć coś swojego na stałe i jednocześnie stworzyć wzorową osadę oddanych Bogu, purytańskich pielgrzymów (przy czym w planowanym przez nich społeczeństwie nie było mowy o żadnej, nawet najmniejszej formie pluralizmu religijnego i każde odstępstwo było publicznie piętnowane oraz karane). Aby zrozumieć motywacje, jakie kierowały tymi ojcami-pielgrzymami, należałoby się cofnąć o kilka lat wstecz, do 1607 r. (tego samego, w którym kapitan John Smith zakładał w Wirginii kolonię Jamestown).

Otóż wówczas pastor John Robinson (wraz z Williamem Brewsterem) wyprowadzili z miasteczka Scrooby w hrabstwie Nottinghamshire, tamtejszą purytańską kongregację wiernych - i skierowali się do protestanckiej Holandii, gdzie osiedli najpierw w Amsterdamie, a następnie przenieśli się do Lejdy. Anglia co prawda również była krajem protestanckim, ale od śmierci królowej Elżbiety I Tudor i nastaniu rządów Jakuba I Stuarta, sytuacja angielskich purytan bardzo się pogorszyła. Król krzyczał w Hampton Court że "gdzie nie ma biskupa, tam nie ma i króla", oraz dodawał: "zmuszę ich do podporządkowania się, albo wygnam z kraju". Jakub I (panujący jednocześnie w Szkocji jako Jakub VI) pozostawał co prawda kalwinistą, ale obawiał się szerszego propagowania tej religii w Anglii, gdyż prowadziłoby to do nieuniknionych konfliktów z monarchią i z całym anglikańskim klerem (dlatego też powtarzał że purytańskie "prezbiterium tak samo dobrze godzi się z monarchią, jak Bóg z diabłem"). Król Jakub faworyzował anglikanizm, a szczególnie wywyższał te postaci, które w swej postawie przypominały katolików (co dla purytan było rzeczą niedopuszczalną i niewybaczalną, gdyż oni uważali że katolicyzm - a raczej "papizm" jak przyzwyczaili się go określać - należy zetrzeć z powierzchni ziemi, a tych, którzy się nie nawrócą, trzeba... wymordować). Dlatego też w czasach arcybiskupstwa Williama Lauda (1633-1641) ogromnie zwiększyła się imigracja purytan do Nowego Świata (Laud zabronił na przykład udzielania wszelkich praktyk ewangelicznych ludziom, którzy nie piastowali żadnych funkcji w Kościele Anglikańskim. Wznowił też działalność sądów duchownych przed które były wzywane także i osoby świeckie, oraz faworyzował biskupów jako kandydatów na członków Izby Gmin i namawiał wiernych by właśnie na nich oddawali swe głosy). W takim świecie - który ortodoksyjnym purytanom przypominał porządki panujące w kraju katolickim - żyć oni nie byli w stanie, gdyż posłuszeństwo wyznawanej doktrynie było dla nich znacznie ważniejsze, niż posłuszeństwo królowi czy też anglikańskiemu klerowi. Dlatego też (choć było to jeszcze przed nastaniem ery Lauda) pastor Robinson wyprowadził swoją "trzódkę" i osiedlił ją w Niderlandach.




W Lejdzie jednak pielgrzymi po prostu klepali biedę, niczego się nie dorabiając (a zdarzały się też, co prawda sporadyczne przypadki ataków na nich, jako "angielskich szpiegów"), a po wybuchu w Europie Wojny Trzydziestoletniej (w 1618 r.), w obawie przed utratą poddaństwa angielskiego (jeszcze wówczas nie można było mówić o obywatelstwie), a co za tym idzie, również i ojcowizny pozostawionej w Anglii - postanowili powrócić do kraju. Ale ponieważ w samej Anglii nic się nie zmieniło, podjęli decyzję o osiedleniu się w angielskiej kolonii w Nowym Świecie (zastanawiano się nad Gujaną albo Barbadosem, który od 1615 r. stał się miejscem kolejnej angielskiej kolonizacji z chwilą powstania Kompanii Plantacji Wysp Sommersa - jak początkowo zwano Bermudy). Udało im się znaleźć majętnych sponsorów (zainteresowanych handlem futrami i rybołówstwem w Nowym Świecie) i zobowiązali się spłacić dług wraz z procentem, w ciągu siedmiu lat od przybycia do Ameryki (zabezpieczeniem było mienie kolonistów). Nic zatem dziwnego, że ogromna większość pasażerów okrętu Mayflower nie zamierzała mozolnie karczować lasów i tworzyć nowe, niepewne osiedle, skoro mogli wylądować tam, gdzie już te osiedla istniały i była - jaka taka, ale zawsze - cywilizacja. Zaczęto więc oskarżać pielgrzymów o celową zmianę miejsca lądowania tylko po to, aby tam łatwiej było im odprawiać swe modły. Do walk wewnętrznych na okręcie jednak nie doszło, gdyż (być może za sprawą Johna Carvera - obranego gubernatorem osady, lub Williama Bradforda - kronikarza wyprawy i początków nowej kolonii), postanowiono spisać umowę społeczną, która miała zagwarantować wszystkim pasażerom Mayflower, jednakowe prawa. Umowa ta (zwana "Umową z Mayflower"), spisana została 11 listopada 1620 r., a podpisało się pod nią 41 mężczyzn, którzy - uznając nad sobą władzę króla Anglii - zobowiązywali się ustanowić równe prawa i podporządkować woli wybranych przez większość przywódców. Tekst owej umowy, brzmiał: "W imię Boże, amen. My, których imiona widnieją poniżej, wierni poddani naszego władcy, Króla Jakuba, przedsięwziąwszy dla większej chwały Pana i dla poszerzenia wiary chrześcijańskiej, a także dla pożytku Króla i ojczyzny tę podróż dla założenia pierwszej kolonii w północnych częściach Wirginii, zawiązujemy wspólnie i uroczyście w obliczu Boga i wzajemnie wobec siebie samych, tę umowę, aby połączyć się w jedną wspólnotę obywatelską dla lepszego porządku, zachowania i wspomożenia powyższych naszych celów; a zaś na mocy powyższego postanawiać, układać i stanowić sprawiedliwe i równe dla wszystkich prawa zarządzania, ustawy, konstytucje i urzędy, kiedy tylko zajdzie taka potrzeba dla ogólnego dobra kolonii; a też postanawiamy okazać im nasze poddanie i posłuszeństwo".

Pielgrzymi jednak nie od razu opuścili okręt. Zeszli na ląd po raz pierwszy dopiero miesiąc po podpisaniu "Umowy z Mayflower" - 16 grudnia 1620 r., a 21 grudnia rozpoczęli budowę nowej osady. Nie było to wcale łatwe, gdyż zaśnieżone stoki i gęsty mróz uniemożliwiały wielu z nich wykonanie nałożonych zadań, mimo to prace trwały dalej. Zdarzały się jednak niesnaski, były też przypadki defetyzmu i jawnego nawoływania do porzucenia tych nieprzystępnych ziem i powrotu do Anglii lub Holandii. Ludzie zaczęli też umierać i to zarówno z powodu zimna, jak i z powodu głodu - który coraz bardziej zaczął doskwierać członkom nowej kolonii. W ciągu zimy zmarły prawie wszystkie kobiety (14 z ogólnej liczby 18), które przypłynęły wraz ze swymi mężami, ojcami i synami do Nowego Świata - sytuacja zaczęła się więc komplikować, gdyż brak kobiet równałby się automatycznie niemożności dalszego zaludniania osady (jak to mówiły ptaki dodo w "Epoce Lodowcowej" bijąc się o melona: "I po ostatniej samicy!" 😄).




Gdy zapasy były już na wyczerpaniu, głód zmobilizował śmiałków, do wykradzenia zasobów jednego z lokalnych indiańskich plemion. I tak koloniści mieli sporo szczęścia, gdyż w tym czasie, gdy Mayflower przybił do brzegów dzisiejszego stanu Massachusetts, tamtejsze plemiona indiańskie zostały zdziesiątkowane przez zarazę (zawleczoną przez Anglików i Francuzów ze statków rybackich) i tylko z tego powodu koloniści nie musieli zmagać się z ich napadami (William Bradford pisał potem w swej kronice kolonii Plymouth - jak nazwana została owa osada - "Cudowne przygotowanie nasz Pan Chrystus swoją opatrznością uczynił na dom dla swego ludu w tym świecie zachodnim". A czym było owe "cudowne przygotowanie?" Cóż, jakby to prosto ująć, żeby dobitnie podkreślić odpowiedź? Może tak - były to wigwamy pełne trupów Indian pomarłych na tyfus i to dosłownie, bowiem takie wigwamy odkryli koloniści na wiosnę roku następnego). Udało się też wreszcie nawiązać przyjazne stosunki z miejscowym plemieniem Wampanoag, a to za sprawą pewnego Indianina z plemienia Patuxent o imieniu - Squanto, który niegdyś porwany przez Anglików ze swej rodzinnej ziemi, został zabrany do Anglii, gdzie nauczył się języka angielskiego (a potem powrócił do Ameryki). To on właśnie stał się teraz tłumaczem i przewodnikiem kolonistów po świecie Indian - który to bezwzględnie musieli poznać, jeśli chcieli przeżyć w tych surowych, dzikich warunkach. To właśnie owi Indianie dostarczyli pielgrzymom żywność i słodką wodę i to tylko dzięki nim osada przetrwała srogą zimę.




Na wiosnę 1621 r., gdy osadzie udało się przetrwać najgorsze, podpisano pierwsze porozumienie z Indianami Wampanoaq, które zapewniało kolonii przetrwanie i jednocześnie otwierało drogę pod intratny handel futrami. Osada Plymouth (osada o tej samej nazwie powstała w Wirginii w 1607 r. wraz z Jamestown, ale przetrwała jedynie niecałe trzy lata) już w tym czasie liczyła dwie, krzyżujące się ze sobą ulice, kilkanaście drewnianych domostw, dom gubernatora (Carver zmarł jeszcze zimą 1620 r. i nowym gubernatorem kolonii wybrany został William Bradford) i oczywiście purytański zbór, który dominował nad całą osadą. Zbudowano też palisadę, mającą chronić kolonistów przed atakami Indian. Mieszkańcy trudnili się głównie uprawą zboża i rybołówstwem (a co poniektórzy również handlem skórami i "wodą ognistą", jaką sprzedawali Indianom w zamian za żywność). Pierwsze zbiory z lata 1621 r. były tak obfite, że z początkiem października urządzono w osadzie dożynki i zaproszono na nie Indian z plemienia Wampanoaq (wraz z ich wodzem - Massasoitem). Podano wówczas przyniesione przez czerwonoskórych indyki, dając tym samym początek święta, zwanego w USA Świętem Dziękczynienia. Owe przyjazne stosunki (plemię Wampanoaq liczyło na pomoc kolonistów w walce z konkurencyjnym plemieniem Naragansett), jednak nie trwały długo. Do pierwszych poważnych konfliktów, doszło już w 1622 r. gdy do kolonii Plymouth dotarła nowa grupa pielgrzymów z Anglii, która pod przywództwem Tomasza Mortona, planowała utworzyć nową osadę na "Wesołej Górze" (Merrymount). Indianie, choć zdecydowanie się temu sprzeciwili, ostatecznie ustąpili i nowej kolonia powstała na ich ziemi. W tym też roku, dotarła do Plymouth wiadomość o wymordowaniu w Jamestown ponad trzystu Anglików (dokładnie 347 czyli 1/3 wszystkich tamtejszych kolonistów). Ta masakra stała się katastrofą dla kolonii z Wirginii i na długie lata zahamowała jej aktywność gospodarczą (szczególnie intratny handel tytoniem). Niechęć Indian do "Białych-Obcych" została spotęgowała, gdy ci zaczęli przekraczać granice swoich osad i zapuszczać się głębiej na ziemie indiańskich plemion. Wówczas to początkowo przyjazne relacje (jak choćby ta, która była udziałem kapitana Johna Smitha, gdy Pocahontas zabrała go do swego plemienia i - jak to potem opisywał w swych książkach: "Historia Wirginii, Nowej Anglii i Wysp Sommersa", oraz "Opisanie Nowej Anglii" - powitały go wychodzące kolejno z lasu, nagie dziewczęta, które śpiewały i tańczyły, jednocześnie zapraszając Smitha do swego wigwamu. Jedna od drugiej wyrywała sobie Anglika i gdy znajdowali się sam na sam, Indianki zaczęły go wręcz molestować, pytając: "Czy mnie nie kochasz?" Smithowi jednak niezbyt przypadło do gustu takie powitanie i z niesmakiem opuścił wówczas plemię Paspegów - z którego to pochodziła Pocahontas - przy niezwykle zdziwionych i zaskoczonych minach Indian z tejże osady, którzy tak właśnie okazali mu swoją przyjaźń), obróciły się w trwającą dziesiątki lat wrogość.




Masakra osadników z Jamestown spowodowała następnie, że Kompania Wirginii (zarządzająca kolonią) została poddana zmasowanemu atakowi za nieudolne administrowanie i ostatecznie w 1624 r. król Jakub I przejął kolonię Jamestown pod swoje osobiste zwierzchnictwo (Kompania Wirginii zaraz potem została rozwiązana. Istniała zaledwie piętnaście lat od 1609 r. a wcześniej kupiecki patent nad Jamestown posiadała Kompania Londyńska, założona wraz z Kompanią Plymouth w 1606 r.). Od 1612 r. (kiedy po raz pierwszy zebrano i wysłano do Anglii tytoń) do 1622 r. Jamestown z roku na rok rozwijało się coraz lepiej. W 1619 r. wprowadzono tam przymusową niewolniczą pracę Murzynów na plantacjach tytoniu, oraz kierowano tam również tzw.: "białych niewolników" (czyli wszelkich skazańców, więźniów i rzezimieszków, wysłanych z Anglii w ramach "resocjalizacji" do niewolniczej pracy za Ocean), gdzie ich los niczym nie różnił się od losu murzyńskich niewolników (z jednym małym wyjątkiem - jeśli ci przestępcy nie zostali skazani na dożywocie i jeśli tam nie pomarli przy ciężkiej pracy, co było dość częste - to przebywali na plantacjach tylko do momentu wygaśnięcia kary, natomiast czarnoskórzy Afrykanie byli tam dostarczani jako niewolnicy przymusowi, bez możliwości zmiany swego stanu położenia. Należy jednak pamiętać, że wbrew temu co dziś sądzą wszelkiej maści lewicowi "poprawiacze historii" - rasizm osadników angielskich w koloniach nie był niczym szczególnym i nie był on jakoś wyjątkowo negatywnie nastawiony do czarnoskórych. Tak samo bowiem odnosili się oni do Indian czy do białych niewolników i nie tyle chodziło tu o rasizm, co bardziej o chęć zysku - i wyzysku - drugiego człowieka. Przecież z Indianami często zawierano układy i wcale specjalnie nie próbowano zdobywać ich ziemi na siłę, chyba że odkryto tam złoto lub inne cenne surowce, wówczas ludzi opętywała chęć zysku i gotowi byli bić się o zdobycie choćby najmniejszego kawałka cudzej własności własności. Co prawda z biegiem czasu rzeczywiście kolor skóry stał się dość ważnym czynnikiem określającym Cywilizację Białego Człowieka od innych, w tym murzyńskich kultur w Ameryce. Szczególnie w XIX wieku stało się to niezwykle istotne, ale pierwotnie kolor skóry nie miał większego znaczenia dla kolonistów i to czy smagali batem białego człowieka czy Murzyna, było im doprawdy zupełnie obojętne). Po masakrze z 1622 r. i przejęciu władzy nad Jamestown przez Koronę, odbudowa tamtejszej plantacji tytoniu trwała jeszcze przez jakiś czas (o dalszych losach kolonii Jamestown opowiem w kolejnych tematach, dotyczących kompleksowego angielskiego osadnictwa w Ameryce Północnej). 

A tymczasem do spójnej i jednolitej (szczególnie religijnie) osady Plymouth, zaczęli przybywać z Anglii kolejni koloniści, szczególnie gdy w 1628 r. William Laud został biskupem Londynu. W 1629 r. było już 8 kolejnych osad wokół kolonii Plymouth (choć żadna z nich nie posiadała oddzielnych królewskich patentów i podlegała Kompanii Zatoki Massachusetts, powołanej przez króla Karola I w 1629 r.). Udziałowcy Kompanii Zatoki Massachusetts na spotkaniu w Cambridge, postanowili przenieść spółkę za Ocean i w 1630 r. pod przywództwem pobożnego purytanina i jednocześnie prawnika z Suffolk - Johna Winthropa, przybyli do Massachusetts, zakładając w tym samym roku kolonię, której następnie nadano nazwę - Boston (szybko stał się on głównym miastem całej prowincji a potem całego stanu). Boston od chwili swego powstania, stał się niezwykle zaborczą kolonią i bardzo szybko wcielił 8 pozostałych wcześniej osad z kolonii Massachusetts. Początki jak zwykle były niezwykle ciężkie, w ciągu pierwszego roku zmarło ok. 200 osób a pozostałe 100 wróciło do Anglii. Zarząd nad miastem skupiony był w rękach purytańskiej oligarchii - 12 głównych udziałowców Kompanii Zatoki Massachusetts - którzy mieli jedyne prawo wyboru gubernatora i tylko oni tworzyli lokalną administrację. Gubernatorem Bostonu został John Winthrop, który zarządzał miastem (z niewielkimi przerwami) aż do swej śmierci w 1649 r. Jego rządy były dobitnym przykładem purytańskiego jedynowładztwa, gdyż nigdzie (we włączanych do Bostonu osadach) nie tolerował jakiegokolwiek odstępstwa od wyznawanej religijnej doktryny. W 1633 r. przeciwko tyranii Winthropa i jednocześnie przeciw rządom purytańskiej oligarchii, protestował pastor Roger Williams, który jednak po trzech latach walki o bardziej demokratyczny ustrój w kolonii, został skazany na banicję i przymusowy powrót do Anglii. Uciekł wówczas z Bostonu i (wraz ze swymi zwolennikami) w 1636 r. założył nową osadę o nazwie "Opatrzność" (Providence). W 1638 r. z Bostonu wyjechała także (sprzeciwiająca się dyktaturze Winthropa) Anna Hutchinson, która przybyła na Rhode Island i tam (wraz z mężem - Williamem Hutchinsonem) założyła niewielką osadę Aquidneck, którą opuściła po śmierci męża w 1642 r., a wkrótce potem została pojmana i zabita przez Indian (1643 r.).





O dalszym rozwoju angielskich kolonii na ziemiach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, oraz o pierwszych walkach z Francuzami i Hiszpanami w Nowym Świecie (a także o walkach toczonych z Indianami), opowiem już w kolejnej części tej serii.


        

 
 CDN.

piątek, 3 kwietnia 2020

AMERICAN STORY - Cz. V

DZIEJE

STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI

OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT

KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





POKOLENIE II

PIONIERSCY PIELGRZYMI

Cz. I



 "KTÓRY Z KRÓLÓW TEGO KRAJU PRZED JEJ KRÓLEWSKĄ MOŚCIĄ WIDZIAŁ KIEDYKOLWIEK SWE FLAGI NA MORZU KASPIJSKIM? KTÓRY Z NICH TRAKTOWAŁ Z CESARZEM PERSJI (...) KTO PRZED OBECNYM PANOWANIEM WIDZIAŁ KIEDY ANGIELSKIEGO AMBASADORA NA WSPANIAŁYM KRUŻGANKU WIELKIEGO WŁADCY KONSTANTYNOPOLA? KTO KIEDYKOLWIEK ZNAJDOWAŁ ANGIELSKICH KONSULÓW I AGENTÓW W TRYPOLISIE SYRYJSKIM, W ALEPPO, W BABILONIE, W BALSORZE, I - CO WIĘCEJ - KTO KIEDYKOLWIEK SŁYSZAŁ DAWNIEJ O ANGLII W GOA"

RICHARD HAKLUYT

"GŁÓWNE KIERUNKI NAWIGACJI, PODRÓŻE I ODKRYCIA NARODU ANGIELSKIEGO"

(1589 r.)



 

 
 Bez wątpienia Anglia przystąpiła do wielkiej ekspansji kolonialnej stosunkowo późno (można nawet rzec że jako jedno z ostatnich państw Zachodniej Europy). Od czasów średniowiecza, próbowała mała Anglia narzucić swoją wizję świata i polityki, a także swój język Europie kontynentalnej, ze szczególnym uwzględnieniem Niderlandów, Burgundii, Akwitanii i innych ziem dzisiejszej Francji. Pod panowaniem swych wielkich monarchów, takich jak: Henryk II, Ryszard I Lwie Serce, Henryk III, Edward I, Edward III, Henryk IV i Henryk V - przeżywała okres swej największej kontynentalnej świetności. Ale po Wojnie Stuletniej i Wojnie Dwóch Róż, dotychczasowa potęga Korony Anglii zaczęła blaknąć, a w czasach Henryka VII i pierwszych dziesięcioleciach panowania jego syna Henryka VIII, Anglia stała się jedynie przedmiotem ogólnoeuropejskiej polityki wielkich mocarstw. Skazani na wyspiarską egzystencję i obawiający się ekspansji na swą Wyspę potężnej Hiszpanii czy Francji, żyli Anglicy zamknięci - we własnych zamkach - wiodąc prowincjonalną egzystencję i rozpamiętując dawno minioną chwałę rycerską z czasów Edwarda Czarnego Księcia i Henryka V. Gdy Hiszpanie i Portugalczycy rozpoczęli, zakrojoną na wielką skalę kolonizację nowo odkrytych ziem w Nowym Świecie, Anglicy wciąż jeszcze pozostawali bierni. Jedynym pocieszeniem było dla nich to, że również i Francuzi - ich odwieczni konkurenci - zbytnio nie angażowali się w zamorską ekspansję kontynentalną, a to głównie z powodu trwających we Francji wojen religijnych. Dopiero właśnie od czasów Elżbiety I, a szczególnie po pokonaniu hiszpańskiej Armady w 1588 r., rozpoczął się coraz bardziej intensywny kurs ku Nowemu Światu i tamtejszym bogactwom. O pierwszych angielskich próbach kolonizatorskich pisałem już w poprzednich częściach tego tematu, w każdym razie początkowo jedynym udanym przedsięwzięciem Anglików, okazało się założenie w 1607 r. kolonii Jamestown w dzisiejszej Wirginii. Kolonia ta (o czym też już pisałem) nie przetrwałaby jednak, bez sprowadzonych tam przez Johna Smitha rzemieślników z Polski (1608 r.) i przez kilkanaście pierwszych lat, ta właśnie ekspansja włóczęgów, piratów i rzemieślników - stanowiła podstawę angielskiej kolonizacji Północnej Ameryki.

Jednak determinacja Anglików i zmiana ich myślenia o świecie, otworzyła im drogę do chwały i potęgi, jakiej nigdy wcześniej nie zdobyli na kontynencie europejskim, a podstawą owej zmiany myślenia, było postawienie na handel i żeglugę. To spowodowało, że ich konkurenci - Hiszpanie, Portugalczycy i Francuzi - bardzo szybko spadli na dalsze pozycje w owym europejskim "wyścigu szczurów" do Nowego Świata. W Anglii oczywiście wciąż panował feudalizm w epoce królowej Elżbiety I Tudor i Jakuba I Stuarta, ale był on znacznie mniejszy niż we Francji, a we Francji jeszcze mniejszy niż w Hiszpanii czy Portugalii. To powodowało, że co prawda Hiszpanie byli wspaniałymi żołnierzami i konkwistadorami, za to słabymi żeglarzami, a już w ogóle mało przedsiębiorczymi kupcami i beznadziejnymi politykami. Natomiast Anglicy postępowali inaczej. Przede wszystkim, od czasów wygnania z Anglii Żydów w 1290 r. (którzy to całkowicie - podobnie zresztą jak w Polsce - zdominowali angielską bankowość w średniowieczu), Anglicy - nie mając innego wyjścia, sami musieli przejąć dotychczasowe obowiązki, związane z bankowością i handlem i bardzo szybko zdominowali ten sektor. Gdy więc Żydzi powrócili do Anglii (w drugiej połowie XVII wieku), napotkali tutaj bardzo silną, angielską konkurencję i nie byli już w stanie ponownie zdominować tutejszego rynku usług finansowych. Inaczej było w Hiszpanii, gdzie Żydzi długo pełnili role pożyczkodawców i pełnomocników hiszpańskiej Korony, aż do czasów, gdy po zdobyciu Grenady w 1492 r. Ferdynand II Aragoński i Izabella I Kastylijska - wygnali ich z Hiszpanii. We Francji zaś przepędzano Żydów dwukrotnie w 1306 i 1394 r. (co powodowało że ci udawali się albo do muzułmańskich państw w Afryce Północnej, albo też do Polski. Pisał o tym w 1885 r. chociażby duński historyk Georg Brandes: "Żydów mieszka w Polsce bardzo dużo, bo Polacy dali im gościnę, kiedy cała Europa prześladowała ten naród. I Polska wolna jest od ksenofobii tak typowej u Niemców zwanej antysemityzmem"), ale silny w tych krajach feudalizm, nie sprzyjał rozwojowi handlu i bankowości na większą skalę (szlachcic bowiem, pod groźbą utraty szlachectwa - bez pośredników - nie mógł zajmować się tak niewdzięcznym zajęciem, jak np. udzielanie pożyczek na procent, czy też handel towarami). Szlachta uważała się za prawdziwych "wybrańców bogów", jedynych przeznaczonych do panowania nad całą resztą społeczeństwa (mieszczanami i chłopami), przez chwałę swego rodu i własne wielkie osiągnięcia.

To właśnie myślenie przenosili częstokroć szlachetnie urodzeni na morze, gdzie panowały zupełnie inne zasady niż te, obowiązujące na lądzie. Na przykład hiszpańscy caballeros, zaokrętowani na statkach, czuli głęboką pogardę do marynarzy, każąc im wykonywać wszelkie, najbardziej niewdzięczne i upokarzające zajęcia (podobnie postępowali hiszpańscy żołnierze, uważając się za znacznie lepszych i wartościowszych od zwykłych marynarzy). Zapędzali ich na przykład do wioseł jak niewolników, oraz zabraniali schodzić pod pokład w czasie deszczu lub na nocny odpoczynek. Angielscy gentlemani początkowo zachowywali się podobnie co ich francuscy i hiszpańscy "kuzyni krwi", ale szybko wybił im to z głowy sir Francis Drake, który stwierdził (w swej broszurze z 1578 r.) że na morzu nie ma już podziału na szlachtę i nie szlachtę, na gentlemanów i marynarzy od brudnej roboty. Na morzu wszyscy jesteśmy marynarzami i tak właśnie musimy się zachowywać. Nie można było bowiem doprowadzić do sytuacji, że liny okrętowe ciągną tylko marynarze, a szlachetnie urodzeni stoją i się przyglądają - jak pisał Drake: "Muszę mieć gentlemanów, którzy będą holować i ciągnąć z marynarzem" i tak właśnie postępował. Z czasem stało się to normą w angielskiej flocie i zaczęło powszechnie obowiązywać (co oczywiście nie znaczy, że oficerowie nie mieli nad żeglarzami władzy absolutnej, często prowadzącej do ich śmierci - np. za nieposłuszeństwo było przeciąganie pod kilem lub batożenie do omdlenia - co wcale też nie należało do wynalazków piratów, jak się dziś powszechnie uważa - były to bowiem "wynalazki"... Anglików, a raczej angielskich oficerów, którzy w ten właśnie sposób traktowali własną załogę. Często bunty angielskich marynarzy z końca XVIII i początku XIX wieku - może kiedyś jeszcze je opiszę - były spowodowane właśnie okrucieństwem oficerów Jego Królewskiej Mości).

 


Należy jednak stwierdzić, że Anglia była krajem prawa (podobnie jak Rzeczpospolita), gdzie bez wyroku sądowego, nawet monarcha nie mógł skazać na śmierć zwykłego rzezimieszka (a tak postąpił król Szkocji Jakub VI - który w 1603 r. obrany został królem Anglii i panował tam jako Jakub I - jadąc do Londynu, w Newark kazał stracić bez sądu pewnego drobnego złodziejaszka, złapanego na gorącym uczynku). Monarcha angielski panował w tym kraju nie na zasadzie despotyzmu (gdyż król Anglii - w zasadzie prócz straży pałacowej - nie posiadał wojska), lecz poważania i uwielbienia poddanych. Nie mogąc ich do niczego zmusić siłą, musiał bazować zarówno na swej religijnej pozycji "Bożego Pomazańca" i "Głowy Kościoła Anglii", jak i na autorytecie jaki miał wśród swych poddanych. Analogiczna sytuacja występowała w Rzeczpospolitej, gdzie jak pisał hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski: "W innych narodach pany swe kozikami kolą, a u nas z łaski Bożej nigdy nic takiego przeciw panu nie było zamyślone", zaś hetman wielki koronny Jan Zamojski dodawał: "Miłujemy i Ojczyznę, i pany swe miłujemy". Jednak, gdy na Sejmie (styczeń-marzec 1605 r.) poróżnił się z królem Zygmuntem III, rzekł do niego: "Na imię Boga, zaklinamy cię więc królu! Nie zapominaj, że Szwecyja cię zrodziła, Polska przyjęła i karmi; Polska twoją matką i blaskiem twoim; kochaj ją, kochaj twoich poddanych, jeżeli chcesz zestarzeć się pomiędzy nami", gdy zaś wzburzony król, chwycił rękojeść szabli, Zamojski dodał: "Królu! Nie rwij się do oręża aby potomność ciebie Cezarem, nas nie nazwała Brutusami. Jesteśmy wyborcami królów, a pognębicielami tyranów; króluj nam, nie panuj!" W Anglii co prawda nikt tak śmiele nie odważyłby się zwrócić do swego monarchy, ale miłość i szacunek ludu angielskiego była w stosunku do króla, powszechnie znana (W 1616 r. Andrzej Łubieniecki też pisał o stosunku narodu polskiego - Rzeczpospolitan - do króla: "Taką miłość ma u poddanych i tak im ufa, że głowę swoją na każdego łonie (może) położyć, a jednym uchyleniem czapki  może 100 000 wojska w Polszcze i na Litwie zebrać".

Pomimo tak powszechnego uwielbienia dla władcy, lud angielski pod koniec życia królowej Elżbiety I, był już w ogromnej większości wyznania protestanckiego (anglikańskiego), a ich życie opierało się na Biblii i Modlitewniku. Od 14 maja 1532 r. król Anglii stał się jednocześnie głową Kościoła. 23 marca 1534 r. wydano "Akt Zdrady" - nazywający zdrajcami tych wszystkich, którzy nie uznawali w królu przywódcy religijnego, zaś od 18 kwietnia 1534 r. - wszyscy poddani musieli złożyć publiczną przysięgę na wierność królowi, potwierdzając tym samym ostateczne zerwanie z katolicyzmem i Rzymem, choć sam "Akt Supremacji" został uchwalony przez Parlament dopiero 3 listopada 1534 r. W czasach krótkich, sześcioletnich rządów syna Henryka VIII - Edwarda VI, wydany został (1549 r.) Modlitewnik Powszechny arcybiskupa Canterbury - Thomasa Cranmera, który stał się (szczególnie jego drugie, poprawione wydanie z 1552 r.) wykładnią religii anglikańskiej w całym kraju. Ten pierwszy okres protestantyzmu, zakończył się w Anglii wraz z wstąpieniem na tron córki Henryka VIII i Katarzyny Aragońskiej - Marii Tudor, która rozpoczęła swe (też krótkie) panowanie, po śmierci jej piętnastoletniego brata Edwarda VI w lipcu 1553 r. Nowa królowa, żyjąc przez lata w strachu przed humorami swego ojca, który skazał na śmierć także i dwie ze swych sześciu żon (a ostatnią - Katarzynę Parr tak sterroryzował, że ta bała się czytać jakiekolwiek książki bez jego zgody, aby tylko nie zostać posądzoną o innowierstwo i uleganie katolicyzmowi). Została ona również zmuszona do złożenia przysięgi na wierność ojcu i uznała go głową Kościoła w Anglii (choć w sercu pozostała katoliczką). Uczyniła tak, aby ratować życie, gdyż ojciec mógł w każdej chwili przysłać jej wyrok śmierci (a znane były jego zmiany nastroju, gdy jednego dnia potrafił nadawać tytuły i posiadłości swym dworakom, by następnego dnia oddać ich w ręce kata. Nic więc dziwnego, że Katarzyna Parr przeraziła się nie na żarty, gdy Henryk specjalnie urządził prowokację, podczas której Lord Kanclerz miał aresztować królową wraz z dwórkami i odstawić je do Tower. Oczywiście Henryk do tego nie dopuścił i przepędził halabardników, ale było to jawne ostrzeżenie w stosunku do wykształconej i lubującej się w czytaniu Pisma Świętego oraz zgłębianiu jego tajemnic - królowej, która od tego momentu wyrzuciła wszystkie książki jakie miała, prócz Biblii zatwierdzonej przez samego króla).




Teraz, gdy została już królową, mogła wreszcie dać pomstę za cierpienia swej matki (która musiała znosić królewską kochankę - Annę Boleyn - u boku swego męża), jak również za swoje własne, spędzone w strachu i niepewności dni. Ów żal i nienawiść, jaka przez dziesięciolecia narastała w tej 36-letniej kobiecie, stała się jednakże przyczyną jej upadku i klęski misji ponownej rekatolizacji kraju. Maria - która przeszła do historii pod nazwą "Krwawej" (ze względu na skazywanie na śmierć zagorzałych protestantów i zwolenników Anny Boleyn), miała szansę ponownie przywrócić w Anglii katolicyzm, tylko że poprzez swój upór i dążenie do jak najszybszego doprowadzenia do tego celu, po prostu przedobrzyła. Maria odniosłaby znacznie większy sukces, gdyby powróciła do religijnego kompromisu z czasów jej ojca (jeszcze sprzed wydania Modlitewnika Cranmera), polegającego na przywróceniu łacińskiej mszy i stopniowym "likwidowaniu" opornych protestantów (tak czyniła na przykład Elżbieta I, paląc na stosie zaprzysięgłych katolików), ale poprzez swój upór i głupie polityczne decyzje (jak choćby plany małżeństwa z synem króla Hiszpanii Karola V - księciem Asturii i Girony oraz przyszłym królem Hiszpanii - Filipem II, do którego doszło w 1554 r., choć obaj małżonkowie nigdy się nie spotkali), utraciła poparcie swego ludu. Poza tym, konsekwentnie dążyła też do przywrócenia papieskiej jurysdykcji w Anglii (co stało się faktem w 1555 r.), oraz brutalnie rozprawiała się z wszelką opozycją, paląc na stosach w ciągu pięciu lat swego panowania - ponad 300 protestantów (wychodzi mniej więcej - jedna egzekucja na tydzień), czym pobiła prawdziwy rekord i bez wątpienia przydomek "Bloody Mary" jest jak najbardziej właściwy w jej przypadku. Anglia za jej rządów, realnie stała się hiszpańską kolonią, co w oczach angielskiego ludu było jawną zdradą, a ponieważ Maria upierała się jednocześnie przy katolicyzmie, zaczęto utożsamiać tę religię z Hiszpanią, a tym samym ze zdradą królowej. Zaczęto upatrywać w katolicyzmie religię obcą, wrogą, krwawą - stąd też takie problemy miał każdy kolejny król, który był choćby tylko podejrzewany o ciche sprzyjanie Rzymowi.




Po śmierci Marii, na tron wstąpiła jej młodsza siostra Elżbieta (listopad 1558 r.), która doprowadziła dzieło swego ojca do końca. Ta młoda, 25-letnia osoba, wstępując na tron oznajmiła: "Chociaż jestem tylko kobietą, posiadam odwagę odpowiednią memu stanowisku, równie dobrą jak miał mój ojciec" i rzeczywiście, konsekwentnie, a zarazem mądrze i przenikliwie dążyła do celu, doprowadzając 27 lutego 1559 r. do uchwalenia przez Parlament drugiego "Aktu Supremacji" - i to właśnie ta data jest uważana za narodziny protestanckiej, nowożytnej, współczesnej Anglii. Należy też dodać, że Elżbieta podchodziła z rozwagą do katolicyzmu i nie zamierzała zbytnio prześladować wyznawców tej religii (choć prawo - wprowadzające karę 12 pensów za nieobecność na mszy Kościoła Anglikańskiego - było bardzo uciążliwe), jednak, gdy w 1570 r., papież - Pius V - rzucił na Elżbietę klątwę, to wówczas ta zaczęła się okrutnie mścić na rodzimych katolikach, którzy nie uznawali jej władzy nad Kościołem. Papież zaczął również wysyłać do Anglii straceńcze misje zagorzałych zakonników, którzy wierzyli że z pomocą Boga, zdołają namówić angielski lud do opamiętania i powrotu na drogę religii katolickiej, oraz wystąpienia przeciwko swej królowej (większość z nich jednak, jeśli w porę stamtąd nie uciekła, kończyła na stosach). Jedną z takich samobójczych misji, była wyprawa Edmunda Campiona, który został złapany i skazany na okrutną śmierć wyprucia wnętrzności i ścięcia głowy (wcześniej jednak królowa, aby ośmieszyć Campiona i cały katolicyzm, urządziła ustawkę, polegającą na debacie teologicznej pomiędzy zakonnikiem, a specjalnie dobranymi znawcami Pisma Świętego. Odbyły się cztery takie debaty i wszystkie je wygrał Campion, jednocześnie ośmieszając tym samym monarchinię. Tego już było za wiele - został więc skazany na śmierć, a wyrok wykonano 1 grudnia 1581 r. Pisałem już o tym tutaj).

Lecz nie tylko z katolikami przyszło mierzyć się córce Henryka VIII. Powstał bowiem w łonie Kościoła Anglikańskiego bardzo silny nurt religijno-polityczny, zwany purytanizmem. Jego zwolennicy uważali, że reformacja idzie bardzo powoli, a w anglikanizmie wciąż jest jeszcze wiele katolickich pozostałości i przez to nawoływali do oczyszczenia religii z wszystkiego, co przypominało dawny kult katolicki, przy czym nie chodziło im tylko o doktrynę religijną czy obrzędy. Oni uważali, że samo istnienie na Ziemi katolików, jest obrazą Boga, a każdy dzień, w którym oni wyznają swoją religię - jest dniem bezpowrotnie straconym i oddalającym ludzi od Raju. Innymi słowy - purytanie dążyli do... fizycznej eliminacji wszystkich katolików na wszelkie możliwe sposoby. Byli to ludzie zarówno głęboko wierzący jak i totalnie sfanatyzowani (gdyby żyli w XX wieku, zapewne wrzucaliby Cyklon B do komór gazowych w obozach koncentracyjnych dla katolików) i właśnie ta zwłoka monarchii w masowym ludobójstwie katolików, bardzo ich oburzała, a to znów powodowało, że szybko stali się krytykami samej monarchii. Zresztą purytanie (wśród nich głównie zwolennicy Kalwina) uważali wszelkie ziemskie rozrywki, takie jak choćby: gra w karty, gra w szachy, oglądanie sztuk teatralnych, słuchanie muzyki, noszenie kolorowych strojów, czy uprawianie sportu - za rzeczy godne najwyższego potępienia. Uważali że ludzie nie powinni nie tylko żegnać się i klękać przy modlitwie, ale również cieszyć wzrok pięknymi rzeźbami i obrazami liturgicznymi, a jedynie cały tydzień pracować, zaś w niedziele czytać Biblię. Purytanie dzielili się na dwa odłamy: prezbiterian (wspólnota religijna, która sama wybierała członków własnej gminy jako kapłanów-seniorów, czyli prezbiterów kierujących całą gminą i niezależnych pod względem religijnym od Korony), oraz independentów (domagających się całkowitego uniezależnienia się od monarchii, również pod względem prawnym i politycznym). Od momentu wstąpienia na angielski tron króla Szkocji - Jakuba VI (koronowanego w Anglii jako Jakub I), powstała przedziwna sytuacja, a mianowicie jeden monarcha władał dwoma krajami, w których to panowała zupełnie inna religia.




Szkocja przyjęła bowiem kalwińskie wyznanie wiary (1560 r.) i stała się krajem purytańskim, podczas gdy w Anglii zwyciężyła religia państwowa, zwana anglikanizmem. Wzajemna niechęć tych dwóch narodów do siebie (i ich zazdrość o króla oraz niechęć do tego by Szkoci "panoszyli się po Londynie", przy czym czasem podawano tutaj przykład Polski i dużej obecności Szkotów w Rzeczypospolitej: "Jeśli przyznamy im nasze swobody, to zlecą się do nas jak bydło do zielonej paszy (...) czego świadectwem jest mnogość Szkotów w Polsce") została jeszcze wzmocniona różnicami religijnymi, które były niezwykle istotne dla ludzi żyjących w tamtym czasie. Król Jakub nie próbował niszczyć ani podporządkowywać sobie prezbiteriańskiej organizacji w parafiach szkockich, ale w Anglii postępował już zupełnie inaczej. Ów syn królowej Szkotów - Marii I Stuart, nigdy nie rozumiał i nigdy nie zrozumiał Anglii. Przyzwyczajony i wychowany w Szkocji, nie mógł zaakceptować pewnych form ograniczających królewską władzę (jak choćby podatki uchwalane przez Parlament) i nie rozumiał co też ci angielscy poddani do niego mówią o jakichś "przywilejach" i "precedensach" (tak samo monarchowie z dynastii francuskich Walezjuszy, węgierskich Batorych czy szwedzkich Wazów, nie pojmowali specyfiki ustroju Rzeczpospolitej, opartej na prawie wprowadzanym w życie przez naród - czyli szlachtę - na Sejmach Wielkich lub sejmikach ziemskich). Rozpoczął więc prześladowania angielskich purytan, usuwając w 1604 r. 300 prezbiteriańskich duchownych z ich parafii i zabraniając im odprawiania mszy. To otworzyło puszkę niezgody pomiędzy królem a angielskimi purytanami, którzy to ostatecznie znajdą się na statku Mayflower i w 1620 r. przybędą do Ameryki, stając się jednocześnie Ojcami Założycielami nowego kraju (potomkowie tych prezbiteriańskich kolonistów - którzy notabene okazali się niezwykle płodni - rządzili bezpośrednio USA, mniej więcej do lat 70-tych XIX wieku, a nawet i po dziś wciąż jeszcze odciskają na tym kraju swe piętno). 






CDN.

piątek, 18 października 2019

AMERICAN STORY - Cz. IV

DZIEJE

STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI

OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT

KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW


POKOLENIE I

WŁÓCZĘDZY I PIRACI

Cz. IV






PIERWSZE PRÓBY

ANGIELSKIEJ KOLONIZACJI AMERYKI

Cz. III





 

PONIEWAŻ TEMAT TEN WYSTARCZAJĄCO DOKŁADNIE OPISAŁEM 
POD INNYM TYTUŁEM:


POZWOLĘ SOBIE GO POMINĄĆ (ABY SIĘ NIEPOTRZEBNIE NIE POWTARZAĆ) I PRZYTOCZYĆ JEDYNIE KILKA WYBRANYCH FRAGMENTÓW, ABY PRZEJŚĆ JUŻ DO KOLEJNEJ Z OMAWIANYCH CZĘŚCI 



Pierwszą próbę założenia stałej osady w Nowym Świecie, podjął Humprey Gilbert, który w 1548 r. tak pisał o możliwościach, jakie stwarza dla Anglii kolonizacja i eksploatacja nowych terenów zamorskich w Ameryce: "Jest to jedyny sposób pozyskania przez naszych królów całego bogactwa Wschodu (...) które jest niewyczerpalne (...) i które przyniosłoby wielki postęp naszemu krajowi, naszemu królowi cudowne wzbogacenie, a wszystkim mieszkańcom Europy niewypowiedzianą ilość dóbr (...) Będziemy także mogli zasiedlić niektóre części tych ziem, umieszczając tam ubogich naszego kraju, którzy są obecnie kłopotem dla państwa i którzy nędzą zmuszeni popełniają ciężkie przestępstwa, za które codziennie giną na szubienicach". Gilbert w czerwcu 1583 r. dopłynął do Nowej Fundlandii i założył tam pierwszą stałą angielską osadę. Osada ta, założona na miejscu dzisiejszego Saint John's nie przetrwała nawet trzech miesięcy. (...) W rok później, angielski podróżnik - Walter Raleigh, otrzymał od królowej Elżbiety I, przywilej, na założenie stałej angielskiej kolonii o nazwie - Wirginia (na cześć królowej). Pierwsza ekspedycja, miała na celu jedynie wybór odpowiedniego miejsca pod przyszłą kolonię i przyjazne nastawienie lokalnych Indian do nowych przybyszów z Europy. Gdy wydawało się że to już osiągnięto, 9 kwietnia 1585 r. z portu w Plymouth, wyruszyło pięć statków, na których pokładzie było 600 osób (prawie sami mężczyźni). 17 sierpnia dotarli do brzegów dzisiejszej Wirginii i rozpoczęli wznoszenie kolonii - Roanoke. Część kolonistów pozostała w forcie, natomiast sir Richard Grenville (który dowodził tą druga wyprawą), postanowił odpłynąć do Anglii, by przywieść zaopatrzenie, potrzebne do umocnienia fortu, oraz dowieźć większą ilość kobiet. Obiecał że powróci w kwietniu roku następnego - nie powrócił. A tymczasem w forcie kończyły się zapasy żywności. Mało tego, koloniści zaczęli kraść i napadać pobliskich Indian, co spowodowało w czerwcu 1586 r. atak Indian na fort Roanoke. Co prawda atak odparto, ale stało się jasne, że dalsze przebywanie w forcie to pewna śmierć. Dlatego też, gdy w lipcu do fortu dopłynął sir Francis Drake, koloniści postanowili zabrać się z nim w drogę powrotną do Anglii. 

22 lipca 1587 r. okręty powróciły dowożąc 115 kolonistów, pod wodzą Johna White'a, który został mianowany gubernatorem Wirginii. Fort był jednak opustoszały. Wkrótce odnaleziono szkielety 15 pozostałych wcześniej w obozie osób. White zostawił kolonistów w forcie, a sam powrócił do Anglii po dostawy i kolejnych ochotników. Ponieważ trwała wojna hiszpańsko-angielska, White nie mógł powrócić do fortu przez kolejne trzy lata. Powrócił dopiero 18 sierpnia 1590 r. ale...osada była zupełnie opustoszała. Nie znaleziono nikogo z pozostawionych wcześniej kolonistów. Nie było tez żadnych śladów walki, czy ciał pomordowanych - nie było żywego ducha. Odnaleziono jedynie wyskrobany napis na drzewie - "CROATAN". Była to nazwa sąsiedniej wyspy i White sądził że koloniści przenieśli się właśnie tam, ale nie mógł tego sprawdzić, ponieważ szybko skończył się prowiant i woda. Musiano wracać do Anglii. Tak oto po pięciu latach przestała istnieć druga stała angielska kolonia w Ameryce. (...) Przez kolejnych szesnaście lat, Anglia nie podejmowała dalszych prób stworzenia stałej osady i wysyłania kolonistów do Nowego Świata. Dopiero wraz z powstaniem w 1606 r. handlowej spółki - Kompanii Wirginii,  w grudniu 1606 r. wysłano trzy okręty w kierunku Ameryki (a konkretnie Wirginii), z misją założenia stałej osady. Co ciekawe, wśród kolonistów, mających założyć osadę, nie było żadnej kobiety, sami mężczyźni (145 - jeden zmarł podczas podróży), co świadczy że nie planowano osiedlać ich tam na stałe i rozwijać osady. Prawdopodobnie Kompania Wirginii traktowała tę misję jako tymczasową, która miała przynieść pewne wymierne (krótkotrwałe), korzyści. (...) Koloniści dotarli do Ameryki i zeszli na brzeg 26 kwietnia 1607 r. 14 maja przeniesiono się na wyspę Jamestown z zamiarem zbudowania tutaj stałego fortu obronnego. Wzniesiono go w przeciągu miesiąca. No i...się zaczęło.

Większość przybyłych nie zamierzała pracować, byli to bowiem ludzie, wywodzący się albo z angielskiej szlachty (a tym samym nienawykli do pracy fizycznej), albo też z angielskiego marginesu społecznego - przestępcy, złodzieje etc. Oni również nie zamierzali pracować. Przybyli tu bowiem z nadzieją szybkiego wzbogacenia się. Ponieważ jednak zapasy prowiantu i wody, które koloniści przywieźli ze sobą - szybko się kończyły, a nowych nie było, postanowiono poprosić o żywność lokalnych Indian z plemienia Paspegów (których wodzem był sławny Powatan - ojciec Pokahontas). Początkowo Indianie dokarmiali przybyszów, ale gdy zaczęły szerzyć się pierwsze kradzieże, natychmiast tego zaprzestano. Ponieważ Anglicy nie zamierzali uprawiać ziemi i pracować w polu, bardzo szybko pojawił się głód. Jedynym wyjściem pozostawały dostawy prowiantu z Anglii i tak pierwsza dostawa przybyła do Jamestown 2 stycznia 1608r. Kolejna 1 października tego roku. Wraz z prowiantem, przywieziono następnych kolonistów. Szczególnie ta druga wyprawa była ozdrowieńcza dla osady, choć nie nastąpiło to od razu. W tą drugą ekspedycją pomocową dla kolonistów z Jamestown przybyli (zwerbowani osobiście przez przywódcę Jamestown i gubernatora Wirginii - Johna Smitha), koloniści z Polski. (...) W maju 1609 r. przybyli następni koloniści (m.in.: również Polski). Odtąd dały się zauważyć dwa oddzielne światy. Pierwszym światem - był świat angielskich kolonistów, którzy nie potrafili zmobilizować się do działania i jak pisał potem John Smith trzydziestu ludzi nie potrafiło wyhodować tyle kukurydzy, co troje Polaków miało dla siebie. Polacy (choć początkowo obiecano im równe prawa z Anglikami - w tym prawo głosu), byli traktowani jak ludzie drugiej kategorii, choć pobudowali sobie domy i zaczęli uprawiać rolę, hodując kukurydzę i ziemniaki. Polacy nie głodowali, a tymczasem na przełomie 1609 i 1610 r. pojawił się w "angielskiej osadzie" głód, który przeszedł do historii pod nazwą "Wielkiego Głodu" i o mały włos nie doprowadził do upadku osady, podobnie zresztą jak stało się to w przypadku Roanoke i osady Humpreya Gilberta z 1583 r. Bo to właśnie niechęć do podjęcia pracy fizycznej i przekonanie o łatwym zdobyciu ogromnego bogactwa (liczono na odkrycie pokładów złota), spowodowało że tamte osady nie przetrwały.

Tutaj pozwolę sobie zrobić małą przerwę we fragmentach z poprzedniego tematu o osadzie Jamestown i przedstawię opinię pewnego angielskiego kolonisty z tejże osady, który tak oto opisywał "Wielki Głód" przełomu 1609 i 1610 r.: "Jeśli chodzi o zaopatrzenie i dostawy od dzikich otrzymywaliśmy jedynie śmiertelne rany od pałek i strzał. Co do naszych świń, kur, kóz, owiec, koni i wszystkiego, co żywe, nasi dowódcy, oficerowie oraz dzicy spożywali je codziennie. Pewne ilości zostały zmarnowane, aż wreszcie wszystko zostało zużyte. Wtedy handlowaliśmy z dzikimi, których ręce tak często splamione były naszą krwią, wymieniając szable, broń, cokolwiek. Przez ich okrucieństwo, niedbalstwo naszego gubernatora i utratę naszych statków pozostało nas nie więcej niż sześćdziesiąt osób, mężczyzn, kobiet i dzieci, większość w żałosnym niezmiernie stanie. A i ci zachowani zostali jedynie dzięki korzonkom, orzechom, jagodom i czasami niewielkiej rybie... Tak wielki był nasz głód, że gdy zabito i pochowano pewnego dzikiego, najubożsi wykopali go i zjedli".   





Jamestown - przetrwało właśnie dzięki Polakom. To właśnie John Smith, widząc jak doskonale sobie radzą z problemem głodu - Polacy, zmienił diametralnie organizację osady na początku 1610 r. Odtąd wprowadzono zasadę: "Kto nie pracuje, ten nie je" i jeśli ktoś brzydził się pracy fizycznej (a nie miał za co kupić jedzenia - bo pieniądze i kosztowności szybko się rozeszły w trakcie "Wielkiego Głodu", gdy Anglicy kupowali jedzenie najpierw od Indian, a gdy Powatan, a potem także od Polaków), ten był z góry skazany na śmierć głodową. A śmierć zebrała ogromne żniwo - w samym tylko roku 1608 zmarło z głodu 91 osób (ze 144 założycieli Jamestown), a w czasie "wielkiego Głodu", mimo kolejnych dostaw z Anglii - zmarło aż 840 Anglików. Sytuacja była zatrważająca i bez radykalnych zmian, wprowadzonych za przykładem Polaków przez Johna Smitha - osada Jamestown podzieliłaby los swych dwóch wcześniejszych angielskich poprzedniczek. W 1630 r. w wydanej przez Smitha książce, opisującej losy osady i kolonistów, Smith tak pisze o ratunku, jakim było dla osady sprowadzenie do Jamestown Polaków: "Przybycie w 1608 r. do Wirginii rzemieślników z katolickiej Polski, uratowało od upadku pierwsze angielskie osiedle w Ameryce". 

Co by się jednak stało, gdyby Jamestown upadło w 1610 r.? Według prof. Luisa B. Wrighta: "Jeśliby upadło Jamestown Hiszpania i Francja ostatecznie podzieliłyby całą Amerykę Północną między siebie i nigdy nie powstałyby Stany Zjednoczone". Zaś w 1973 r. przywódca republikanów Gerard Ford, (późniejszy prezydent USA), przemawiając w Kongresie, stwierdził przywołując pamięć kolonistów z Jamestown: "Historia jak pierwsi polscy imigranci pomagali w założeniu kolonii w Jamestown jest niezwykle barwna. Pomysłowość i kwalifikacje, jakie zaprezentowali ci polscy imigranci napawają wszystkich Amerykanów polskiego pochodzenia wielką dumą. Te właśnie cechy uczyniły Amerykę wielkim krajem. Przybycie pierwszych Polaków do Ameryki jest ważne z wielu powodów - ponieważ oznacza początek polskiej emigracji do tego kraju i ponieważ praca tych pierwszych imigrantów miała zasadnicze znaczenie dla przetrwania kolonii Jamestown". 






Znane są imiona pięciu polskich osadników z kolonii Jamestown z roku 1608 (choć nie ma stuprocentowej pewności że tak się właśnie nazywali, gdyż informacje o tym podaje jedynie amerykański historyk - Arthur Waldo) i mieli to być: Michał Łowicki z Londynu (zapewne polski kupiec zamieszkały na stałe w Londynie), Zbigniew Stefański z Włocławka (specjalista od wyrobu szkła), Jan Mata z Krakowa (znał się na produkcji mydła), Stanisław Sadowski z Radomia (cieśla) i Jan Bogdan z Kołomyi (smolarz), który osobiście poznał Johna Smitha w 1603 r., gdy ten przebywał w Polsce po powrocie ze swej wojaczki w Turcji (John Smith był najemnikiem i awanturnikiem - zaciągał się na służbę tam, gdzie można było dobrze zarobić - kierując się starą sentencją niemieckich lancknechtów: "Dobry Boże, daj nam sto lat wojny" - i w jednej z bitew dostał się do niewoli tatarskiej, skąd zbiegł na ziemie Rzeczypospolitej). W 1629 r. w Londynie, kapitan Smith wydał książkę pod wdzięcznym tytułem: "Prawdziwe podróże, przygody i obserwacje kapitana Johna Smitha", w której opisywał (m.in.) swój pobyt w Polsce (pisząc w trzeciej osobie): "Udał się on (Smith) pod zbrojną strażą do Rzeczycy nad rzeką Dniepr, w granicach Litwy, a stamtąd z równą grzecznością został przewieziony przez Kołocko, Dobrzesko, Dużybył, Drohobycz i Ostróg na Wołyniu, Zasław i Olesko na Podolu, Halicz i Kołomyję w Polsce i tak aż do Sybina w Siedmiogrodzie. W całym swym życiu rzadko kiedy doświadczał większej czci, radości i zabawy, i każdy wojewoda, do którego przyszedł, nie tylko użyczył mu gościny, ale i dał mu coś w darze". John Smith był zarządcą osady w Jamestown (jeszcze nie gubernatorem) zaledwie kilka miesięcy w latach 1608-1609. Dopiero w roku 1609 (dwa lata po założeniu i pierwszym przetrwaniu osady Jamestown), król Anglii - Jakub I Stuart powołał pierwszego gubernatora Wirginia (której jedynym wówczas terenem był obszar niewielkiej osady w Jamestown), nie zmieniło to jednak w żadnej mierze położenia osadników.

W 1609 r. i 1610 r. na osadę spadły dwa kolejne ciosy, które mogły doprowadzić do jej unicestwienia - pierwszym było pojawienie się owego "Wielkiego Głodu", a drugim - wybuch wojny z okolicznym plemieniem Indian Powhatan. W tych walkach Polacy również się wyróżnili (szczególnie jeden o imieniu Robert), a informacje na ten temat znalazły się w opublikowanej w Londynie w 1624 r. pracy pt.: "Ogólna historia Wirginii". W roku 1610 przybyli z Anglii nowi koloniści (w tym pierwsze angielskie kobiety), którzy jednak bardzo szybko zapełniali miejscowy cmentarz (z przybyłych w latach 1610-1611, 1 100 nowych kolonistów, przeżyło zaledwie kilkudziesięciu, gdyż dziesiątkował ich zarówno głód, choroby jak i ataki Indian, które trwały nieprzerwanie aż do 1614 r.). W 1611 r. gubernator - Thomas West wprowadził stan wyjątkowy i dyscyplinę wojskową, na niewiele to się jednak zdało, gdyż przybywający do Jamestown nowi koloniści bardzo szybko przenosili się na tamten świat. W 1614 r. zawarto wreszcie pokój z Indianami plemienia Powhatan, który został przypieczętowany małżeństwem kolonisty - Johna Rolfe z córką wodza tego plemienia - Wahunsenacawha (zwanego również po prostu Powhatan) - sławną Pocahontas, która odtąd nosiła imię - Rebeka Rolfe (i która w 1616 r. wyjechała wraz z mężem do Anglii, gdzie została nawet przyjęta na dworze królewskim, ale zmiana otoczenia spowodowała że ta młoda, zaledwie 22-letnia dziewczyna zmarła już w marcu 1617 r. W styczniu 1615 r. urodziła syna - Thomasa Rolfe).


POCAHONTAS Z SYNEM THOMASEM

 

W 1618 r. nowy gubernator Wirginii - Samuel Agryll wprowadził reformy, mające na celu ponowne zaludnienie osady Jamestown, gdyż w tym czasie mieszkało tam niecałe 350 osób. Nowe prawo przyznawało każdej osobie, która sprowadzi do kolonii nowego osadnika lub służącego - przydział ziemi o powierzchni 50 akrów (pod warunkiem wszakże wzięcia tych gruntów pod uprawę i opłacania z nich 1 szylinga rocznie za każde 50 akrów). Najbardziej jednak cierpiano w osadzie na brak kobiet (wszystkie kobiety, które przybyły do Jamestown w roku 1610, bardzo szybko zmarły w przeciągu kilku kolejnych lat, tak iż już w 1616 r. w osadzie nie było żadnej przedstawicielki płci pięknej). Próby porwań i gwałtów na Indiankach, spowodowały że w 1616 r. nastąpił kolejny atak plemienia Powhatanów na osadę, odparty z dużymi stratami wśród kolonistów (to właśnie w tej walce mieli się szczególnie wyróżnić Polacy, zwłaszcza ów przytoczony wcześniej Robert). Gubernator Wirginii Samuel Agryll pisał więc listy do Kompanii Wirginii w Londynie i prócz próśb o prowiant, broń i kolejnych kolonistów, apelował: "Przyślijcie nam tu kobiety! (...) Cierpimy niezmiernie i odchodzimy od zmysłów z powodu ich braku". Ich prośby zostały wysłuchane w 1619 r. gdy do osady przybył pierwszy (holenderski) statek z... Afryki, wioząc na swym pokładzie sporą liczbę, bo aż 90 młodych, czarnoskórych niewolnic. 

Jak opisywał przybycie tego okrętu czarnoskóry pisarz - Jay Saunders Redding: "Był to zaiste ze wszech miar dziwny statek - statek przerażający, statek tajemnica. (...) Powiewała na nim bandera holenderska, lecz jego załoga składała się z różnych nacji. Zmierzał do angielskiej osady Jamestown, w kolonii zwanej Wirginią. Zawinął do portu i po dokonaniu transakcji szybko odpłynął. Zapewne żaden statek w dziejach nowożytnych nie przewoził bardziej złowieszczego ładunku". Wiózł na swym pokładzie 20 czarnoskórych mężczyzn i 90 czarnoskórych kobiet. Jak pisał Redding: "Posłuszne, młode i nietknięte (...) z własnej woli sprzedane osadnikom jako żony za cenę transportu". Zarówno dla osadników jak i dla tych kobiet było to wybawienie - zawsze przecież mogły trafić znacznie gorzej, zaś koloniści zaczęli już z braku cipek kobiet dopuszczać się aktów sodomickich (zgodnie z teorią Arystotelesa: "Jeśli żołnierze nie mają kobiet, wykorzystują mężczyzn"). Owe czarnoskóre "żony" bardzo szybko jednak wróciły do stanu niewolnic, gdy (jeszcze w tymże 1619 r.) do Jamestown przybył okręt wysłany przez Kompanię Wirginii, na którego pokładzie prócz zaopatrzenia, znajdowało się kilkanaście angielskich kobiet, które bardzo szybko zyskały w osadzie powodzenie (zgodnie z tym co pisał potem Guy de Maupassant, iż: "Ładne Angielki mają wygląd delikatnych owoców morza. (...) Wszystkie one, dzięki swojej wyjątkowej świeżości, przywodzą na myśl delikatne kolory różowych muszli morskich i lśniących pereł ukrytych w nieznanych głębinach oceanu").  Tak oto w owym 1619 r. do pierwszej angielskiej kolonii przybyły zarówno białe jak i czarnoskóre kobiety - czyli można by rzec że w tym roku właśnie przypada 400 rocznica pojawienia się pierwszej Angielki (która przetrwała i porodziła dzieci) oraz pierwszej Murzynki w Stanach Zjednoczonych.


     

 W maju 1619 r. przypadała też dwunasta rocznica założenia (i co ważne - przetrwania) kolonii Jamestown (Wirginii). W tym też roku powołano pierwsze wybieralne zgromadzenie obywateli, złożone z 22 przedstawicieli, którzy mogli tworzyć lokalne prawo (jednak gubernator - mianowany przez Londyn - miał każdorazowo prawo weta, a wszystkie ustawy musiały być zaakceptowane przez władze Kompanii Wirginii). Pierwsze posiedzenie owej rady zebrało się w czerwcu 1619 r. Już na początku powstały pierwsze konflikty, gdy angielscy osadnicy zaczęli domagać się od władz Kompanii w Londynie, prawa do zatwierdzania zarządzeń londyńskich na miejscu (czyli prawa do samorządu), na co początkowo władze londyńskie nie chciały się zgodzić (wyrażono na to zgodę dopiero w 1621 r.), oraz zaistniał też inny, wewnętrzny konflikt wśród samych kolonistów. Otóż w skład władz osady Jamestown mogli wchodzić jedynie Anglicy (oczywiście nie muszę też dodawać że sami mężczyźni). Niezadowoleni z tego faktu polscy osadnicy - którzy przecież nie tylko zbudowali pierwszą hutę szkła w anglojęzycznym Nowym Świecie, ale byli też pionierami amerykańskiego przemysłu, oraz przelewali swą krew w walkach z Indianami w obronie osady - właśnie 21 lipca 1619 r. zorganizowali pierwszy w historii USA - strajk, który trwał prawie dziesięć miesięcy (do 17 maja 1620 r.). Anglicy uznali że zaprzestanie pracy w hucie szkła spowoduje poważne zagrożenie dla interesów gospodarczych osady, dlatego też bardzo szybko, bo już 31 lipca 1619 r. przyznali Polakom pełne prawa głosu z możliwością kandydowania w wyborach do zgromadzenia Jamestown (polscy osadnicy nie wrócili jednak do pracy aż do maja 1620 r., gdyż nie ufali Anglikom i dopiero gdy wybrano nowe przedstawicielstwo, w skład którego weszli też Polacy - praca w hucie znów ruszyła). 

Należy tutaj jeszcze dodać jedną rzecz - koloniści coraz bardziej uzależniali się od nieznanego w Europie "indiańskiego ziela", który dziś nazywamy tytoniem - i palili go często oraz chętnie, sporą część eksportując do Anglii i innych europejskich krajów. Niestety, nie podobało się to Indianom, którzy tylko czekali stosownej chwili aby wreszcie pozbyć się nieproszonych gości zza "Wielkiego Morza" i gdy taka okazja się nadarzyła w 1622 r. dokonali ataku i prawdziwej rzezi osadników  Jamestown.






CDN.