Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL - "POLSKA LUDOWA". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL - "POLSKA LUDOWA". Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 stycznia 2024

WIZYTA W CIENIU INWAZJI - Cz. III

 CZYLI JAK PRZEBIEGAŁA WIZYTA SOWIECKIEJ DELEGACJI z CHRUSZCZOWEM NA CZELE w POLSCE w PAŹDZIERNIKU 1956 r.





 "- Wyjeżdżamy zatrwożeni. Wy nam plunęliście w twarz. Ale nie jesteśmy niezguły i nie powiemy: dziękuję! Poszukamy wyjścia" - dodał na odchodne Chruszczow.





 Atmosfera rozmów pomiędzy delegacją polską a sowiecką wcale nie słabła, a wręcz przeciwnie, momentami iskrzyła.

- "Chcecie tutaj sprowadzić rząd londyński, Mikołajczyka! Chcecie odwilży i wyrwania Polski z Układu Warszawskiego, a to stanowi dla nas poważne niebezpieczeństwo i na to nigdy się nie zgodzimy!" powiedział Chruszczow.
- "Towarzyszu Chruszczow, gdyby to była prawda, to polscy komuniści sami bałagali by was o pomoc" - odpowiedział Gomułka.

Rzeczywiście, zarzut sprowadzenia do Polski przedstawicieli antykomunistycznego Rządu Londyńskiego, czy chociażby byłego premiera Stanisława Mikołajczyka zakrawały o śmieszność. Ale jednocześnie pokazywały, że Sowieci realnie bali się wybuchu w Polsce jakiejś kontrrewolucji, która pociągnęła by za sobą inne kraje Bloku Wschodniego i realnie odcięła by Związek Sowiecki od wojsk sowieckich stacjonujących w Niemczech Wschodnich. Powrót Mikołajczyka był niemożliwy, jako że raz zdobytej władzy komuniści nie zamierzali oddawać już nigdy (o czym zresztą powiedział sam Gomułka, jeszcze w 1945 r.). Co zaś się tyczy samego Stanisława Mikołajczyka, to nie należy on do moich ulubionych postaci z tamtych czasów, głównie z tego powodu że był żałośnie naiwny i i miał jakąś tam nadzieję że uda się porozumieć z komunistami. Gen. Władysław Anders próbował Mikołajczykowi wyperswadować myśl o powrocie do kraju i próbach porozumienia z "rządem lubelskim" - a tak naprawdę z rządem moskiewskim, ale nie udało mu się tego dokonać (W poniższym fragmencie jest wspomniane właśnie to wydarzenie, podczas rozmowy Andersa z rotmistrzem Witoldem Pileckim w 1945 r. w Ankonie we Włoszech - gdzie mieścił się sztab II Korpusu Polskiego - który to notabene zdobył twierdzę na Monte Cassino i samą Ankonę - pod dowództwem Andersa).




Stanisław Mikołajczyk powrócił do Polski w czerwcu 1945 r. Jako były premier (rządu Rzeczypospolitej na uchodźstwie w Londynie od lipca 1943 do listopada 1944) od razu też wstąpił do reaktywnego w kraju 12 lipca 1945 r. Polskiego Stronnictwa Ludowego. Po śmierci 31 października 1945 r. Wincentego Witosa, Mikołajczyk został prezesem tej partii, która bardzo szybko się rozwijała (przechodziło do niej wielu członków z dotychczasowej, koncesjonowanej przez komunistów formacji ludowej) już w styczniu 1946 r. liczyła 500 tys. członków. Tworzono lokalne struktury partyjne, założono też "Gazetę ludową". O członkach PSL-u zaczęto mówić że są "oficerami bez armii", a rozwój tej partii bardzo niepokoił komunistów, którzy do pierwszego ataku ruszyli w czasie zorganizowanego 30 czerwca 1946 r. referendum na temat przyszłości Polski. Komuniści oczywiście obawiali się klęski wyborczej w wyborach do pierwszego powojennego sejmu, dlatego też zorganizowali akcję referendalną, która miała przede wszystkim pokazać że PSL nie chce współpracować dla dobra Polski, a po drugie i najważniejsze referendum było próbą przed totalnym sfałszowaniem wyborów do sejmu. Tak więc do referendum stanęło z jednej strony Polskie Stronnictwo Ludowe, z drugiej zaś partie podporządkowane komunistom startujące jednym bloku, czyli Polska Partia Robotnicza (komuniści) i przystawki: Polska Partia Socjalistyczna, Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Demokratyczne i Stronnictwo Pracy. Pytania referendalne zostały specjalnie tak ułożone że nie można było na nie odpowiedzieć inaczej, niż "trzy razy tak", czyli tak jak chcieli komuniści. Pierwsze pytanie brzmiało: "Czy jesteś za zniesieniem senatu?" (notabene przed wojną PSL był za zniesieniem senatu i każde wystąpienie w sejmie przedstawiciele PSL-u kończyli stwierdzeniem: "A poza tym jestem za zniesieniem senatu", przywołującym na myśl słowa Katona Starszego, który tak samo mówił o zniszczeniu Kartaginy przed 149 r. p.n.e. Pytanie to było więc tak ułożone, żeby członkowie tej partii nie mogli na nie odpowiedzieć przecząco). Drugie pytanie brzmiało: "Czy chcesz utrwalenia w przyszłej konstytucji ustroju gospodarczego wprowadzonego przez reformę rolną i unarodowienie podstawowych gałęzi gospodarki narodowej z zachowaniem podstawowych uprawnień inicjatywy prywatnej?" (na to pytanie też nie mogli zwolennicy PSL-u odpowiedzieć inaczej, niż tylko "tak", gdyż uchwalenie reformy rolnej - z korzyścią oczywiście dla chłopów - to była podstawa ich politycznej działalności w II Rzeczpospolitej). Ostatnie pytanie referendalne brzmiało zaś: "Czy chcesz utrwalenia zachodnich granic państwa polskiego na Bałtyku, Odrze i Nysie łużyckiej?" I na to pytanie nie można było odpowiedzieć inaczej, niż tylko twierdząco, gdyż po utracie naszych Kresów Wschodnich i włączeniu ich do Związku Sowieckiego (a raczej do Republik sowieckich: ukraińskiej i białoruskiej), w sytuacji gdybyśmy nie otrzymali rekompensaty terytorialnej na Zachodzie, to wrócilibyśmy do czasów Księstwa Warszawskiego, czyli małego kadłubowego państewka. Poza tym ogrom zniszczeń i zbrodni niemieckich na ziemiach polskich był tak wielki, że nikt nawet nie zakładał że ziemie zachodnie mogłyby w tej sytuacji nie przypaść Polsce (zresztą nawet gdybyśmy nie utracili Ziem Wschodnich, to w polskich planach powojennych m.in. w planie "O co toczymy wojnę" było zapisane, że po zwycięstwie nad III Rzeszą Polska nie tylko odrodzi się w granicach sprzed 1939 r. ale otrzyma również całe Prusy Wschodnie, Górny Śląsk, i znaczne tereny na Pomorzu Zachodnim, być może nawet pod samą Odrę). W tej sytuacji PSL nie mógł zagłosować inaczej niż "trzy razy tak" - czyli tak jak chcieli komuniści, ale to by oznaczało że realnie niczym by się od nich nie różnił. Dlatego też zapowiedziano że jedynie na pierwsze pytanie zwolennicy PSL-u powinni odpowiedzieć "nie", ponieważ w nowej sytuacji politycznej senat byłby jednak jakąś przeciwwagą dla wszechwładzy komunistów. Referendum z 30 czerwca zostało sfałszowane (specjalnie w tym celu przyjechała z Moskwy grupa pod dowództwem płk. Arona Pałkina, która zajmowała się "kontrolą" wyborów w Związku Sowieckim, oczywiście przyjechali "z bratnią pomocą"). Według oficjalnych danych na pierwsze pytanie "tak" odpowiedziało 68% biorących udział w referendum, na drugie 77%, a na trzecie 91%. Wiadomo tylko że przedstawicielom PSL-u władze uniemożliwiły udział we wszystkich komisjach wyborczych, a w tych, w których wzięli udział, stanowili mniejszość. Urny wyborcze "zabezpieczała" milicja i Urząd Bezpieczeństwa, w wojsku zaś głosowano jawnie, co oczywiście nie zachęcało do głosowania na "nie". Władzom komunistycznym zależało jednak na poznaniu prawdziwych wyników referendum i dlatego stworzyli oryginalną dokumentację referendum, z której można wywnioskować że na pierwsze pytanie "nie" odpowiedziało 69,5%, na drugie 55,5%, a na trzecie 31,7%.

Jeszcze przed owym referendum władze przypuściły nagonkę na PSL, a Władysław Gomułka nazwał Mikołajczyka "faszystą i zdrajcą". Następowały też aresztowania członków tej partii (przedstawiciel PSL-u w Krajowej Radzie Narodowej - Michał Głowacz również został aresztowany i oskarżony o kolaborację z Niemcami, wypuszczono go po trzech miesiącach). Wiece partyjne PSL-u były atakowane i rozbijane przez milicję i bezpiekę, zamordowano też ok. 140 członków tej partii, aresztowano ok. 10 tys. (w tym 149 kandydatów na posłów), w 10 okręgach wyborczych unieważniono PSL-owskie listy przed wyborami do sejmu, na 6726 obwodów wyborczych, jedynie w 296 dopuszczono mężów zaufania z PSL (mimo to wyglądało to tak, że po zakończeniu głosowania wkraczała milicja i kazała przedstawicielowi PSL-u opuścić budynek, a jeśli nie chciał - wypychano go na siłę. Następnie do woli można było dosypać już przygotowanych głosów wyborczych). W takiej też atmosferze odbyły się 19 stycznia 1947 r wybory do Sejmu Ustawodawczego. Otwarcie w zakładach pracy, w wojsku i wszędzie gdzie to było tylko możliwe agitowano za tzw. "Blokiem Demokratycznym", złożonym z partii które wymieniłem wyżej. Ponownie sprowadzono z Moskwy grupę Pałkina, aby pomogła w "przygotowaniu" wyborów. Liczenie owych głosów trwało prawie dwa tygodnie i ogłoszono je dopiero 31 stycznia 1947 r. Oficjalnie w wyborach wzięło udział 90% uprawnionych, na Blok Demokratyczny (czyli na komunistów i przystawki) głosować miało 80% wyborców, na PSL 10%, na PSL "Nowe Wyzwolenie" 3,5%, na Stronnictwo Pracy 5% i półtora procent na pozostałe niewiele znaczące partyjki. Przekładało się to na 394 posłów dla PPR, PPS, SD i SL, 28 posłów dla PSL, 12 dla Stronnictwa Pracy, 7 dla PSL "Nowe Wyzwolenie" i 3 dla katolickiej grupy "Dziś i Jutro". Po wyborach PSL w dalszym ciągu był atakowany jako "zdrajcy", i "agenci reakcji", ostatecznie też uniemożliwiono jakąkolwiek działalność tej partii. Znów zaczęły się nowe aresztowania i w tej sytuacji Stanisław Mikołajczyk uznał, że jedyną szansą będzie ucieczka z kraju. W przeciwnym razie czeka go aresztowanie, publiczny proces, więzienie albo nawet kara śmierci. 20 października 1947 r. Stanisław Mikołajczyk - przy pomocy przedstawicieli ambasady USA - uciekł z Warszawy ciężarówką ambasady, dotarł do Sopotu i tam ukrył się na brytyjskim statku, którym odpłynął najpierw do Wielkiej Brytanii, a następnie do USA. W kraju oczywiście komuniści uznali go za zdrajcę i odebrali mu obywatelstwo. Organizowano też wśród chłopów masówki, na których potępiać oni mieli "szkodliwą działalność Mikołajczyka". Dlatego też twierdzenie, że mógłby on z powrotem wrócić do Polski, było nie tylko śmieszne, ale wręcz głupie ze strony Chruszczowa i całej tej jego ferajny.


STANISŁAW MIKOŁAJCZYK



Rozmowy oczywiście toczyły się po rosyjsku, ale w pewnym momencie Władysław Gomułka zaczął mówić po polsku i to przemawiał z taką pewnością siebie, z takim zaangażowaniem i przejęciem w głosie, że Chruszczow - choć nie rozumiał polskiego - to był pod wrażeniem jego przemowy. Gomułka mówił że partia potrzebuje odnowy, że potrzebuje nowego składu, przede wszystkim więcej robotników a mniej intelektualistów i inteligentów. W pewnym momencie jednak znów przyszły informacje o postępach wojsk sowieckich w drodze na Warszawę i o organizowaniu obrony przez robotników (szczególnie Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu). Gomułka wtedy powiedział:

- "Towarzyszu Chruszczow, nasze rozmowy tutaj nie mają żadnego sensu, skoro wasze wojska zmierzają ku Warszawie!".
- "Nie przyjechaliśmy do was po to, żeby z wami walczyć, tylko żeby wyjaśnić wam naszą sytuację" - powiedział Mikojan.
- "Skoro nie przyjechaliście żeby z nami walczyć, to dlaczego wasze wojska wciąż idą ku Warszawie?" - zapytał Gomułka.
- "Mówiłem wam, że to tylko jesienne manewry. Zresztą dowodzi nimi marszałek Rokossowski, którego wy chcielibyście się pozbyć z Biura Politycznego. Nie możemy do tego dopuścić, bo to by oznaczało że Polska zerwie z Układem Warszawskim" - stwierdził wzburzony Chruszczow.
- "Jak usunięcie jednego człowieka, albo nawet grupy ludzi może spowodować zerwanie Polski z Układem Warszawskim?" - dopytywał Gomułka.
- "Może!" - butnie stwierdził Chruszczow - "Wy już o tym dobrze wiecie, nie mydlcie mi tutaj oczu".
- "Towarzyszu Chruszczow, nasza rozmowa nie ma sensu, jeśli nadal wasze wojska będą szły ku Warszawie. Jeśli rzeczywiście są to tylko manewry, to możecie je przecież zatrzymać. Jeśli tego nie zrobicie uważam nasze spotkanie za zakończone!" - powiedział Gomułka.

Wzburzony Chruszczow podszedł do telefonu, wykręcił numer, połączył się z Rokossowskim i nakazał mu wstrzymać marsz sowieckich oddziałów na Warszawę. Wówczas zdziwiony Gomułka zapytał:

- "Jak to, przecież Rokossowski jest polskim ministrem obrony, a tutaj chodzi o żołnierzy radzieckich?"
- "Ale z was pedant" - kpiąco odrzekł Chruszczow.

Dalsze rozmowy nie miały już w sobie nic ciekawego i skupiały się na już wcześniej przedstawionych kwestiach które powtarzano do znudzenia, lecz ostatecznie Sowieci uznali, że nie ma sensu dalej się spierać, widząc determinację po polskiej stronie. Gomułka obiecał tylko że o pozostaniu Rokossowskiego w Biurze Politycznym zdecyduje głosowanie, a Chruszczow odebrał to jako zapewnienie że Rokossowski w Biurze Politycznym pozostanie. Rozmowy zakończyły się 20 października 1956 r. gdy zaczęło już świtać i delegacja sowiecka zbierała się do wyjazdu. Na odchodne jednak Chruszczow odwrócił się do Gomułki i reszty polskiej delegacji i rzekł:

- "Wyjeżdżamy zatrwożeni. Wy nam plunęliście w twarz. Ale nie jesteśmy niezguły i nie powiemy: dziękuję! Poszukamy wyjścia".

Sowieci odlecieli w godzinach rannych 20 października, nie uzyskawszy żadnych formalnych ustaleń. Warto zaznaczyć że co prawda wojska sowieckie zatrzymały się, ale wciąż stacjonowały nieopodal Warszawy i nie wracały do swoich koszar. Od 19 października zaś trwały obrady VIII Plenum Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Po zakończeniu rozmów z Sowietami, delegacja Polska wraz z Gomułką wróciła na owe obrady, podczas których Władysław Gomułka wygłosił bodajże najostrzejszą krytykę stalinizmu w dziejach Polski Ludowej. Powiedział on bowiem (przemówienie to było transmitowane przez radio): "System ten gwałcił zasady demokratyczne i praworządność. Przy tym systemie łamano charaktery i sumienia ludzkie, deptano ludzi, opluwano ich cześć. (...) Wielu ludzi poddano bestialskim torturom. Siano strach i demoralizację. Na glebie kultu jednostki wyrastały zjawiska, które naruszały, a nawet przekreślały sens władzy ludowej (...) „Klasa robotnicza dała ostatnio kierownictwu partii i rządowi bolesną nauczkę. Robotnicy Poznania, chwytając za oręż strajku i wychodząc manifestacyjnie na ulice w czarny czwartek czerwcowy, zawołali wielkim głosem: Dosyć! Tak dalej nie można! Zawrócić z fałszywej drogi! Klasa robotnicza nigdy nie chwytała się strajku jako oręża walki o swoje prawa w sposób lekkomyślny. Tym bardziej teraz, w Polsce Ludowej, rządzonej w jej imieniu i w imieniu wszystkich ludzi pracy, nie zrobiła tego kroku lekkomyślnie. Najwidoczniej przebrała się miara. A miary nie można nigdy przebrać bezkarnie". Do głosowania doszło w niedzielę 21 października. I sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR wybrany został Władysław Gomułka, funkcje sekretarzy objęli: Jerzy Albrecht, Edward Gierek, Witold Jarosiński, Władysław Matwin i Edward Ochab. Do Biura Politycznego weszli zaś: Józef Cyrankiewicz, Władysław Gomułka, Stefan Jędrychowski, Ignacy Loga-Sowiński, Jerzy Morawski, Edward Ochab, Adam Rapacki, Roman Zambrowski. Nie weszli zaś: Konstanty Rokossowski (który otrzymał tylko 23 głosy na 75 możliwych), Jakub Berman, Franciszek Mazur, Zenon Nowak (było potem takie powiedzenie: "Tak czy owak Zenon Nowak" 🤭), Franciszek Jóźwiak i Stanisław Radkiewicz. Owe plenum przebiegało w charakterze olbrzymiego poruszenia społeczno-narodowego, w całym kraju organizowano masowe wiece poparcia dla nowych władz, a co ciekawe nie były one organizowane przez władze tylko spontanicznie i oddolnie przez ludzi, którzy naprawdę poczuli że zawiał wiatr zmian i ten wiatr przyniesie wreszcie coś dobrego dla Polski, tak umęczonej nieustannymi atakami, mordami i zniszczeniami od 17 lat. Przede wszystkim liczono - a wręcz domagano się - dalszej demokratyzacji życia społecznego i politycznego w kraju. To wszystko oznaczało że "natolin" ("chamy") rzeczywiście przegrał, natomiast frakcja "puławian" ("żydzi") rosła w siłę. Ale należy pamiętać że wojska sowieckie wciąż wówczas stacjonowały w okolicach Warszawy.




Dopiero 24 października Chruszczow zadzwonił do Gomułki i poinformował go o wycofaniu wojsk sowieckich z powrotem do koszar w zachodniej i północnej Polsce (dzień wcześniej do Moskwy przybył Liu Shaoqi, jeden z prominentnych członków Komunistycznej Partii Chin, który wypowiedział się zdecydowanie negatywnie przeciwko jakiejkolwiek sowieckiej interwencji przeciwko Polsce i zapowiedział że jeżeli do niej dojdzie, to Chiny oficjalnie zaprotestują, a tego akurat Moskwa chciała uniknąć, aby nie dawać Zachodowi satysfakcji z rozbicia wspólnego bloku komunistycznego - byłby to bowiem jawny przykład otwartych podziałów w tym bloku. Jednak o takim stanowisku Chin dowiedział się Gomułka dopiero 27 października od polskiego ambasadora w Chinach, któremu chińskie stanowisko w tej sprawie przekazał sam Mao Zedong). Tego też dnia (24 października) ok. godz. 15:00 na warszawskim Placu Defilad pod Pałacem Kultury i Nauki (imienia Stalina, notabene miesiąc później zlikwidowano ten dopisek), zebrały się ogromne tłumy, mówi się nawet o pół milionie Polaków, w każdym razie była głowa przy głowie. Wszyscy oczekiwali przemówienia nowego I sekretarza partii. Gdy pojawił się Gomułka wszyscy byli podekscytowani, ale nie on. On był blady, on był wręcz przerażony, on dygotał ze strachu. Sama myśl o owych tłumach i rozbudzonych nadziejach przyprawiała go o dreszcze. On tego nie chciał, on wolałby nie mieć takiego poparcia, tym bardziej że był zwykłym partyjnym aparatczykiem, a nie trybunem ludowym. Wolałby poprawiać położenie mas pracujących po cichu i powoli. Wystarczyłaby mu też ich wdzięczność, ich miłości zaś nie pragnął, a ten tłum, ten zebrany na Placu Defilad tłum rzeczywiście go pokochał. Dziś go kochają, a jutro rozbudzone nadzieje zażądają daleko idących zmian, których nie zaakceptuje Moskwa. Sądzę wręcz że ten dzień był jednym z najgorszych dni w jego życiu. Nim na trybunę wszedł Gomułka, stała już tam grupka partyjnych towarzyszy, wśród nich był marszałek Rokossowski, który zaczął przepychać się do przodu. Widząc to Stefan Staszewski poprosił go, żeby ten się cofnął bo to nie jest audytorium dla niego. Rokossowski zacisnął zęby i wrócił na swoje miejsce (Staszewski tak naprawdę obawiał się że ludzie, widząc Rokossowskiego na trybunie czymś w niego nie rzucili, bo to byłoby skandalem i mogłoby ponownie sprowokować Moskwę do kolejnych burzliwych posunięć). Za plecami Gomułki stanął premier Józef Cyrankiewicz, który nerwowo palił papierosa, Gomułka zaczął swoje przemówienie:




"W ciągu ubiegłych lat nagromadziło się w życiu Polski wiele zła, nieprawości i bolesnych rozczarowań. Idee socjalizmu, przeniknięte duchem wolności człowieka i poszanowania praw obywatela, w praktyce uległy wypaczeniom. Słowa nie znajdowały pokrycia w rzeczywistości. Ciężki trud klasy robotniczej i całego narodu nie dawał oczekiwanych owoców. Wierzę głęboko, że te lata minęły bezpowrotnie w przeszłość. Kierownictwo partii nie chce i nie będzie rzucać narodowi pustych obiecanek. Zwracamy się z całym zaufaniem do swojej klasy, do klasy robotniczej, do inteligencji, do chłopów (...) Towarzysze! Nie pozwólmy reakcyjnym podżegaczom i różnym chuliganom stawać w poprzek naszej drogi. Wara im od czystego nurtu walki socjalistycznych i patriotycznych sił narodu! Pędźcie precz prowokatorów i reakcyjnych krzykaczy! (...) Dzisiaj zwracamy się do ludu pracującego Warszawy i całego kraju z wezwaniem: dość wiecowania i manifestacji! Czas przejść do codziennej pracy, ożywionej wiarą i świadomością, że partia zespolona z klasą robotniczą i narodem poprowadzi Polskę po nowej drodze do socjalizmu".

Ostatnie słowa nie spodobały się zebranym. oni chcieli realnie zmian trwałych i zmian coraz dalej idących, natomiast Gomułka oficjalnie już nawoływał do zakończenia tej kontrrewolucji i powrotu do pracy. On naprawdę bał się, że te setki tysięcy ludzi zebranych na placu Defilad w Warszawie i dziesiątki milionów w całej Polsce mogą zażądać od niego rzeczy, które okażą się niemożliwe do realizacji i pragnął aby uznali oni, że zmiana już nastąpiła i trzeba zakończyć dalsze żądania i dalsze próby reform ustrojowych. Tak więc naród - po zakończeniu przemowy Gomułki - zaczął krzyczeć "Spy-chal-ski, Spy-chal-ski!" pragnąc aby teraz on zabrał głos. Spychalski podszedł do mikrofonu na trybunie, ale wypadł fatalnie. Jąkał się, stękał trzy po trzy, także, jak skończył mówić to chyba większość była z tego powodu uradowana. Wreszcie zebrany tłum zaczął krzyczeć: "Wy-szyń-ski do Biura". Sprawy zaczynały wymykać się spod kontroli i to, czego obawiał się na początku Gomułka, jakby zaczynało się sprawdzać. Tłum wysuwał bowiem coraz bardziej absurdalne żądania, bo jakże inaczej uznać owe słowa "Wyszyński do Biura", czyli co, kardynał Stefan Wyszyński do Biura Politycznego KC PZPR, to przecież niedorzeczność, i tak też myślał Gomułka. Polecił więc aby rozwiązano zgromadzenie, bo zabrany tłum coraz bardziej zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością. Sam zaś podziemnym przejściem wrócił do Pałacu Kultury, a potem od Sali Kongresowej odjechał do Komitetu Centralnego. Zgromadzenie zaś co prawda zostało rozwiązane, ale tłum się nie rozszedł, a wręcz przeciwnie, ruszył na ulicę Belwederską, gdzie mieściła się... ambasada sowiecka. Stefan Staszewski wspominał potem, że Gomułka: "Trząsł się przy telefonie. Dzwonił co chwila i pytał, czy ja ręczę, że ta manifestacja nie dojdzie do ambasady i nie skończy się rozruchami w Warszawie. W pewnym momencie wpadł na pomysł, by wezwać wojsko. - Nie ważcie się - powiedziałem - żadnego wojska nie chcę. Ludzie się uspokoją, rozumieją że nie można urządzać żadnych rozrób i demolować ambasady radzieckiej. Znowu pytanie: - Ręczycie?, Ręczę! - odpowiedziałem!". Tłum manifestantów rzeczywiście się uspokoił, a wkrótce uwagę ludzi przykuły wydarzenia dziejące się na Węgrzech i atak sowieckich jednostek pancernych na demonstrujące tłumy ludzi pragnących wolności, demokracji, sprawiedliwości i przede wszystkim niepodległości. 

W Polsce zaczynała się nowa epoka, epoka Władysława Gomułki (która potrwa aż do grudnia 1970 r.). 27 października 1956 r. zlikwidowano tzw. "sklepy za żółtymi firankami", w których sprzedawano specjalne (zachodnie) towary dla elity partyjnej. 28 października kardynał Stefan Wyszyński został zwolniony z internowania (na którym przebywał od 26 września 1953 r.) i powrócił do Warszawy. Od 24 października rozpoczęto w sądach rewizję aktów oskarżeń w procesach poznańskich. Rozpoczęto również akcję rehabilitacji ludzi oskarżonych i skazanych na więzienie, roboty lub karę śmierci w czasach stalinizmu. Ministrowie i wysocy urzędnicy partyjni opuszczali dotychczasowe wille i przenosili się do mniejszych mieszkań (wszystko odtąd miało być skromne i proste, bez zbytku i bez zbytniego przymusu... no chyba że okaże się potrzebny. Gomułka nie lubił zbytku, więc dla niego nie miało to znaczenia. Był też niezwykle punktualnym, trzymał się zawsze określonego rytmu dnia i zawsze przychodził do pracy o tej samej godzinie i zawsze wychodził o tej samej godzinie. Na jego biurku zaś wszystkie dokumenty leżały zawsze w taki sam sposób i jeżeli któraś z sekretarek je ruszyła to bardzo się gniewał). Po październiku 1956 r. zniesiono w Polsce zakaz posiadania zagranicznych walut, złota i platyny. Zaprzestano zagłuszania Radia Wolna Europa (zaczęto je ponownie zagłuszać w 1970 r.). Do pracy na uczelniach wyższych zaczęto ponownie przyjmować zwolnionych wcześniej profesorów (np. Taylora, Górskiego, Elzenberga, Kostrzewskiego). 10 grudnia zniesiono nazwę Stalinogród (przyjętą 7 marca 1953 r.) i powrócono do starej nazwy Katowice. 17 grudnia 1956 r podpisano w Moskwie układ regulujący stacjonowanie wojsk sowieckich w Polsce (wcześniej Sowieci stacjonowali tutaj po prostu, od tak sobie, bo mogli), w którym zapisano że "W niczym nie może ono naruszać suwerenności państwa polskiego i nie może prowadzić do ich ingerencji w wewnętrzne sprawy PRL". Ponownie przywrócono istnienie Związku Harcerstwa Polskiego i zaczęto używać krzyż harcerski, likwidując (istniejącą w czasach stalinizmu) Organizację Harcerską (będącą tylko przybudówką Związku Młodzieży Polskiej). Tak więc zaczynały się nowe czasy, ale rozbudzone ludzkie marzenia i nadzieje z października 1956 r. nigdy nie zostały spełnione.




wtorek, 16 stycznia 2024

WIZYTA W CIENIU INWAZJI - Cz. II

 CZYLI JAK PRZEBIEGAŁA WIZYTA SOWIECKIEJ DELEGACJI z CHRUSZCZOWEM NA CZELE w POLSCE w PAŹDZIERNIKU 1956 r.





" - Chcą nas oderwać od naszych wojsk w Niemczech Wschodnich - powiedział Chruszczow.
- Kto chce? - zapytał Gomułka.
- Polska! (...) Nie możemy do tego dopuścić, jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować".



 Władysław Gomułka nie był wrogiem Związku Sowieckiego. Późniejsza historiografia starała się w nim ujrzeć swoistego "polskiego komunistę", człowieka który przede wszystkim odwoływał się do - swoiście pojmowanego - ale jednak patriotyzmu i który był przeciwny internacjonalizmowi. Rzeczywiście wśród wypowiedzi Gomułki - nawet tych z lat 40-tych - można znaleźć wiele takich smaczków, które mogłyby potwierdzać wyżej przytoczone słowa. Należy jednak pamiętać że "nacjonalizm" Gomułki (jeśli w ogóle można to tak nazwać) opierał się tylko i wyłącznie na tym, aby Sowieci nie wtrącali się do spraw Polski (potem, gdy objął już funkcję pierwszego sekretarza, też przede wszystkim chciał mieć jak największą swobodę wewnętrzną i nie chciał żeby "radzieccy" - jak ich wówczas nazywano -  wtrącali mu się spraw polskich. Tak jak to było wcześniej, za Bieruta czy również za Ochaba, który został I sekretarzem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej po śmierci Bieruta w marcu 1956 r. Zresztą należy pamiętać że wówczas innego komunizmu nie znano jak tylko stalinowski, bo nie było wcześniej żadnych innych precedensów). Tak więc gdy w dniach 18-28 lipca odbyło się VII Plenum Komitetu Centralnego PZPR ("Siódme Plenum spółdzielni Zenum" - zabawne powiedzenie z "Misia"), doszło tam wówczas do starcia owych dwóch frakcji w PZPR-e czyli natolińczyków i puławian, którzy zabiegali o względy Władysława Gomułki (ten wrócił do życia politycznego po okresie uwięzienia, z początkiem maja 1956 r.). Natolińczycy (wspierający chociażby "marszałka" Polski Konstantego Rokossowskiego) w poznańskim Powstaniu (czy też raczej - jak oni mówili - buncie) z 28 czerwca, widzieli przede wszystkim działania o charakterze agenturalnym i kontrrewolucyjnym i to właśnie przedstawiciele tej frakcji dowodzili stłumieniem tego ludowego zrywu. Puławianie zaś (zgodnie z prawdą) twierdzili że w bunt był protestem o charakterze ekonomicznym. Ostatecznie podjęto kompromisową dyrektywę, że owe wydarzenia miały podwójne dno. Pierwszy szeroki, formowany przez robotników i pokojowy protest, przerodził się jednak w bunt, którym kierowali rebelianci i agenci Zachodu (nurt węższy). Podjęto więc decyzję o zwołaniu masówek w zakładach pracy (jak zwykle zresztą) i publicznym potępieniu przez robotników "wydarzeń czerwcowych" w Poznaniu. Na owym VII Plenum podjęto również decyzję o uchyleniu zarzutów i oddaniu legitymacji partyjnych Władysławowi Gomułce, Zenonowi Kliszko i Marianowi Spychalskiemu (wszyscy oni byli uwięzieni wraz z Gomułką, choć oczywiście przebywali w oddzielnych celach). Stało się to 2 sierpnia 1956 r. (choć oficjalnie poinformowano o tym dwa dni później).

Gomułka miał teraz pewien problem, ponieważ zarówno puławianie jak i natolińczycy zaczęli coraz bardziej natarczywie zabiegać o jego "względy". Lepszą dla niego opcją było oczywiście wsparcie natolińczyków, jako że to właśnie wśród puławian znaleźli się ci, którzy potępili go zarówno w 1948 r. (gdy oskarżono go o "odchylenie prawicowo nacjonalistyczne" i usunięto z partii, jak i potem, gdy został uwięziony w 1951 r.). Problem polegał jednak na tym że ci niewiele byli w stanie mu dać, a poza tym nie gwarantowali mu niezależności od "radzieckich" (biorąc pod uwagę że wspierali takie postacie, jak choćby Rokossowski, Nowak czy Jóźwiak - za którymi mocno opowiadała się Moskwa). Znacznie więcej mógłby uzyskać od puławian, ale to znowu byli znienawidzeni przez niego "żydzi", którzy wcześniej doprowadzili do jego upadku. Puławianie zresztą z jednej strony mizdrzyli się do Gomułki, z drugiej się go bali i często go krytykowali (na przykład na Uniwersytecie Warszawskim w rozmowie ze studentami krytykowano różne postępowania "towarzysza Wiesława", a czynili to właśnie przedstawiciele tej frakcji w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Na początku sierpnia Gomułka spotkał się na Pradze z premierem Józefem Cyrankiewiczem (o czym pisałem w poprzedniej części). Poparł go też Edward Ochab (czyli obecny I sekretarz PZPR), też należący do frakcji puławian (a przynajmniej przez nią wspierany). Gdy Ochab we wrześniu 1956 r. wyjeżdżał na VIII zjazd Komunistycznej Partii Chin, spotkał się na lotnisku z Cyrankiewiczem, który stwierdził, że Gomułce należy zaproponować jakieś stanowisko, a Ochab dał Cyrankiewiczowi pod tym względem wolną rękę. Ten na drugi dzień spotkał się z Gomułką i zaproponował mu stanowisko premiera, czyli swoje własne (Cyrankiewicz doskonale wiedział, że ambicje Gomułki są znacznie większe i sięgają I sekretarza i że nie przyjmie on stanowiska premiera. Tym samym doskonale ustawił się w pozycji drugiej osoby w państwie u boku Gomułki). I tak też się stało, Gomułka odrzucił ofiarowaną mu funkcję premiera rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Teraz pragnął już tylko największej władzy, władzy partyjnej (zresztą Ochab też zdawał sobie z tego sprawę i nie trzymał się kurczowo tego stanowiska). Sprawa była rozwojowa, ale żadnych z tych posunięć nie konsultowano z Moskwą - a to wkrótce miało się zemścić.

W kraju coraz bardziej odczuwano nadciągający wiatr zmian. We wrześniu robotnicy Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu przystąpili - jako pierwsi - do oddolnego tworzenia rad robotniczych (wkrótce w ich ślady poszli robotnicy innych zakładów, a zamierzono takie rady wprowadzić w całej Polsce z dniem 1 stycznia 1957 r.). Było to coś wcześniej niespotykanego, jako że teraz to robotnicy sami oddolnie, wybierali rady, a nie jak wcześniej dyrekcja była narzucana z góry. Władze początkowo przez palce patrzyły na taką samowolę, zupełnie niezgodną z komunistyczną teorią partii, jako "przewodniej siły narodu" (w tym okresie o którym obecnie piszę, już tak zapewne nie było - chociaż trudno do końca to sprawdzić, ale w okresie międzywojennym i powojennym wielu ideowych członków partii naprawdę wierzyło w nią jak w Boga i utożsamiało partię z Bogiem. Całe swe życie podporządkowywali partii, całą swą przyszłość, całą walkę z burżuazją, z "sanacją" upatrywali właśnie jako działanie na korzyść partii. Wszystko zaś co mogło doprowadzić do wykluczenia ich z partii, było dla nich katastrofą. Ci ludzie gdy zostawali wykluczeni z partii, targali się na swoje życie, oni nie widzieli sensu dalszego istnienia poza partią, bo jedyne życie było w partii - przynajmniej tak nasrane mieli w głowie. Przytoczę taką anegdotę, pewnego razu Mieczysław Hejman (prawdziwe imię Mordka), jeden z radiotelegrafistów kierownictwa Polskiej Partii Robotniczej, popadł kiedyś w konflikt z wykładowcą szkoły Kominternu. Zamknął się wtedy w pokoju i chciał popełnić samobójstwo z obawy, że zostanie wyrzucony z partii. Jego siostra, Eugenia Brun, wspominała: "Myśmy wywalili drzwi. On leżał na kanapie i jęczał a właściwie łkał. Wyglądał straszliwie. - Jak to - powiedział - ja całe życie, całą młodość oddałem partii. Nie mam nic innego poza partią, to mnie teraz wyrzucą z partii? Ja tego nie przeżyję!" Niezły świr, ale tak to jest jak tworzymy sobie tutaj na ziemi własne bożki, aby zapełniły pustkę jaką mamy w duszy, pustkę odejścia od Boga. Ten okres można by nazwać w dość zabawny sposób określeniem "Kiedy partia była Bogiem" 😂).




Co zaś się tyczy Boga, to w tych właśnie dniach i tygodniach pojawiło się pytanie: co dalej z prymasem Stefanem Wyszyńskim? Wkrótce po śmierci Stalina, 26 września 1953 r. został on internowany przez komunistyczne władze, gdyż nie chciał potępić skazanego przez komunistów w sfingowanym procesie, ordynariusza kieleckiego biskupa Czesława Kaczmarka, któremu zarzucano szpiegostwo, działalność na szkodę Związku Sowieckiego oraz współpracę w czasie wojny z Niemcami. Skazano go na wieloletnie więzienie. Prymas Wyszyński zaś został początkowo osadzony w Rywałdzie, 12 października przewieziono go do Stoczka Warmińskiego, 6 października 1954 r. do Prudnika, a od 27 października 1955 r. znajdował się w klasztorze sióstr nazaretanek w Komańczy. W kwietniu 1956 r. po śmierci Bieruta Episkopat Polski wystosował list do władz partyjnych z prośbą o uwolnienie prymasa, ale komuniści nie odważyli się wówczas na to. 26 sierpnia wokół klasztoru na Jasnej Górze zgromadziło się kilkaset tysięcy wiernych, aby odnowić akt ślubów jasnogórskich króla Jana II Kazimierza z 1656 r. (w których oddawał siebie samego i całą Rzeczpospolitą pod opiekę Matki Bożej). Symbolem nieobecnego prymasa Wyszyńskiego, był tron, ze spoczywającą na nim wiązanką kwiatów. Doszło do odnowienia ślubów, a z kilkuset tysięcy gardeł dało się słyszeć słowa pieśni: "Boże coś Polskę przez tak liczne wieki, otaczał blaskiem potęgi i chwały, coś Ją osłaniał tarczą swej opieki, od nieszczęść które przygnębić Ją miały. Przed twe ołtarze zanosi błaganie, Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie..." Komuniści nie mogli już tego zbagatelizować. Mało tego przestraszyli się tych słów, a przede wszystkim tych tłumów i było oczywiste że zwolnienie Wyszyńskiego to już tylko kwestia tygodni (niekiedy ów strach przybierał formę żartobliwą, jak choćby wówczas gdy na jednym z posiedzeń rządu ktoś zapytał: "A co dalej z towarzyszem Wyszyńskim").




I tak oto nadszedł październik 1956 r. 9 października odsunięta od władzy została dotychczasowa twarz dawnej epoki odpowiedzialna za gospodarkę, czyli Hilary Minc (sam zrezygnował - zapewne nie mając innego wyjścia - z członkostwa w Biurze Politycznym i z funkcji wicepremiera). 12 października rozpoczęło swe posiedzenie Biuro Polityczne KC PZPR na które zaproszony został Władysław Gomułka i na którym już otwarcie zaczął domagać się dla siebie stanowiska I sekretarza partii, jednocześnie żądając usunięcia z jej szeregów dawnych współpracowników Bolesława Bieruta. 15 października (podczas obrad Biura Politycznego) Edward Ochab ogłosił oficjalnie, że gotów jest ustąpić ze stanowiska I sekretarza, jeśli jego następcą zostałby Gomułka. Gomułka określany był jako "prawdziwy komunista" i przeciwstawiany Bierutowi i jego ekipie. Postanowiono też na 19 października zwołać VIII Plenum Komitetu Centralnego, na którym wybrać miano nowe partyjne władze. 16 października Bolesław Piasecki czyli przedwojenny "faszysta", należący do Obozu Narodowo-Radykalnego i Ruchu Narodowo-Radykalnego, a obecnie przewodniczący Stowarzyszenia Pax) opublikował na łamach "Słowa Powszechnego" artykułu pt.: "Instynkt państwowy", w którym ostrzegał, że jeżeli obecny proces demokratyzacji nie zostanie ujęty w jakiejś ramy porozumienia ponad-frakcyjnego, to może się to skończyć wprowadzeniem stanu wyjątkowego, a nawet krwawymi represjami. 17 października sporządzono i rozesłano członkom Komitetu Centralnego listę nowych władz Biura Politycznego, a wiadomość o tym bardzo szybko się rozeszła i na drugi dzień mówiło już o tym Radio Wolna Europa. Oczywiście informacje te szybko dotarły też do Moskwy. Problem polegał na tym, że dotarły tam nie dzięki polskim towarzyszom, ale właśnie przez Wolną Europę. Moskwa była zarówno zaskoczona tempem zmian zachodzących w Polsce, jak i wściekła, okazało się bowiem że na I sekretarza Polacy zamierzali powołać Gomułkę, jakiegoś "nacjonalistę", niebezpiecznego człowieka. Moskwa musiała szybko interweniować. Oczywiście to nie tak że Sowieci nie znali wcześniej Gomułki, znali go. Był przecież przed wojną w Związku Sowieckim, a i w trakcie wojny tam przebywał, i raczej miał stamtąd niezbyt przyjemne wspomnienia (szczególnie że nie mógł się dobrze ubrać, bo nie dano mu środków na ładny garnitur, tylko przyniesiono jakieś zużyte łachy z wytartym kołnierzem. Ta trauma pozostała w nim do końca życia i potem, gdy został już I sekretarzem kazał sobie szyć garnitury na miarę. Ale to była jedyna ekstrawagancja na którą się zdobywał, ogólnie rzecz biorąc był wrogiem wszelkiego zbytku i żył bardzo skromnie. Za niego to przecież zaczęto budować te sławne mieszkania z ciemną kuchnią bez okna i ze wspólną toaletą na korytarzu dla kilku rodzin. Już w latach 60-tych było to żenujące, nie mówiąc już o epoce Gierka. Gomułka lubił też oglądać filmy i czynił to również będąc w Związku Sowieckim, ale nie lubił golizny na ekranie i jak ją widział, to kazał wyłączać film mówiąc że nic ciekawego nie ma do obejrzenia. Pewnego razu zwrócił uwagę aktorce Kalinie Jędrusik - będącej seksbombą lat 60-tych, że ubrała suknię ze zbyt dużym dekoltem. Ponoć na następny raz ubrała się w sukienkę zapiętą pod szyję, ale z takim wycięciem na plecach że sięgało aż do pupy). Tak więc Sowieci znali Gomułkę i nawet przez pewien czas stawiali na niego po śmierci Bieruta. Ale w tamtym czasie, w październiku 1956 r. uznali go za niebezpiecznego nacjonalistę, że pod jego rządami Polska wyjdzie z Bloku Wschodniego i postanowili interweniować.




18 października ambasador sowiecki w Polsce Pantelejmon Ponomarienko zażądał od Edwarda Ochaba przesunięcia terminu zjazdu VIII planu Komitetu Centralnego partii, ten jednak odmówił. Zaś Nikita Chruszczow otrzymał informację, że w warszawskich fabrykach robotnikom rozdawana jest broń (co okazało się nieprawdą) i robotnicy przygotowują się do obrony stolicy przed wojskami sowieckimi, które tego właśnie dnia wyruszyły ze swych koszar w zachodniej i północnej Polsce ku Warszawie. Dowodził nimi - kto jak kto, ale "marszałek" Polski Konstanty Rokossowski. Wśród ludności gruchnęła zaś wiadomość, że są już sporządzone listy proskrypcyjne członków nowych władz Biura Politycznego, którzy mają zostać aresztowani i zapewne wywiezieni do Związku Sowieckiego. Te obawy były coraz silniejsze, tym bardziej że wojska sowieckie rzeczywiście zmierzały ku Warszawie. Gen. Edwin Rozłubirski zaproponował Gomułce i Spychalskiemu ochronę, złożoną z "czwartaków" czyli żołnierzy z jego batalionu, ten jednak odmówił. Gomułka stwierdził bowiem: "Odmawiam i zabraniam wam robić cokolwiek wbrew mojej woli. Moje sprawy partyjne będą załatwione po partyjnemu, a nie pistoletami". Jednak część polskich oficerów podjęła się przygotowania obrony przed Sowietami, np. gen. Wacław Komar wraz z gen. Włodzimierzem Musiem postawili jednostki Wojsk Obrony Wewnętrznej i KBW w stan gotowości bojowej. Gen. Jan Frey-Bielecki nakazał podległej eskadrze bombowej z Poznania, zbombardowanie sowieckich jednostek pancernych, jeśli nie udałoby się doprowadzić do porozumienia. A kontradmirał Jan Wiśniewski nie wpuścił do Zatoki Gdańskiej krążownika "Żdanow" i kilku innych sowieckich okrętów, grożąc otwarciem ognia. W tej atmosferze w godzinach nocnych sowiecki ambasador poinformował członków Biura Politycznego - z Ochabem na czele - że do Polski dnia następnego rano przyjedzie sowiecka delegacja z Nikitą Chruszczowem. Było oczywiste że wizyta ta przebiegać będzie w cieniu już postępującej sowieckiej inwazji na Polskę.

Pierwszy samolot Tu-104 pojawił się na płycie warszawskiego lotniska Okęcie, dnia 19 października ok. 7:30 rano. Wysiedli z niego Mołotow i Mikojan. Ci byli spokojni i milczący, przywitali się z obecną na lotnisku polską delegacją złożoną z Ochaba, Cyrankiewicza i Zawadzkiego. Ok. godziny 8:00 drugim samolotem przyleciał Chruszczow, i tutaj już zaczyna się ciekawie, a żeby nie umniejszyć nic z tamtych chwil, przyjdę teraz do relacji Edwarda Ochaba, który pozostawił taką oto relację z tamtych wydarzeń: "Ledwo wysiadł, zaczął ostentacyjnie, z daleka wygrażać nam pięścią. Podszedł do generałów radzieckich, których stał cały rząd, i z nimi najpierw się witał. Potem dopiero podszedł do nas i znowu zaczął mi wywijać pięścią pod nosem. Był to, oczywiście, afront skierowany nie tylko do mnie, ale do całej polskiej partii. Obok stała spora grupa ludzi: kilkudziesięciu szoferów, funkcjonariuszy Bezpieczeństwa, radzieccy wojskowi, członkowie polskiego kierownictwa. Jasne było że ten incydent stanie się publiczną tajemnicą. Wciąż wymachując mi pięścią pod nosem, nazwał mnie zdrajcą, podchodząc zaś do Gomułki drwiąco zapytał: - a to kto? Gdy powiedziałem że to towarzysz Gomułka i że będzie moim następcą, od tej pory to jemu już wygrażał pięścią. (...) Groził nam interwencją, był zły że nie uzgodniliśmy z nim przyjęcia Gomułki do Biura Politycznego. Przerwałem mu wtedy i powiedziałem, że wy towarzyszu Chruszczow też nie uzgadniacie z nami składu swojego Komitetu Centralnego. Zaczął wtedy rzucać przekleństwami" (to był rzeczywiście chamuś, ten jego słynny but na sesji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku w 1960, gdy chcąc zaprotestować ściągnął z nogi but i zaczął nim uderzać w pulpit - jasno pokazuje że facet był zwykłym chamem). "W pewnym momencie towarzysz Gomułka stwierdził, że lepiej będzie pojechać do Belwederu i nie urządzać publicznie takiego spektaklu". W Belwederze umieszczono "jednostkę informacyjną" pod dowództwem pułkownika Zbigniewa Paszkowskiego, która miała na bieżąco informować przywódców partii i państwa o postępach wojsk sowieckich zmierzających do Warszawy. Miało to wywrzeć na delegacji sowieckiej wrażenie o nieustępliwości strony polskiej i gotowości do zapłacenia przez nią każdej ceny. Nie wiadomo jednak jak wyglądało pierwsze kilkanaście minut owego spotkania, ponieważ nie zachował się żaden na ten temat dokument. Natomiast szyfrogram z tego spotkania zaczęto spisywać dopiero po pół godzinie od rozpoczęcia rozmów, a spisywał go Jan Dzierżyński - syn Feliksa, tego Feliksa.




Oto Jak wyglądała owa "rozmowa":
- "Wasz przyjazd jest ingerencją w nasze sprawy" - stwierdził Władysław Gomułka.
- "Chcą nas oderwać od naszych wojsk w Niemczech Wschodnich" - powiedział Chruszczow.
- "Kto chce? - zapytał Gomułka.
- "Polska! Macie zamiar usunąć z Biura Politycznego towarzyszy Rokossowskiego, Jóźwiaka, Nowaka, Gierka, a wprowadzić Morawskiego. Nie możemy do tego dopuścić. Jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować".
- "Polscy komuniści siedzieli w waszych więzieniach i widocznie znowu będą siedzieć" - stwierdził Ochab.
- "Ja tak nie powiedziałem, nie przekręcajcie" - przerwał Chruszczow - "Zrozumcie, że nie przyjechaliśmy po to, żeby was wykorzystać i coś wam zabrać. Nigdy nie wtrącaliśmy się do waszych spraw". 🤭
- "Chodzi o to, że skoro nie wtrącaliście się, to niech wszystko zostanie po staremu i teraz też się nie wtrącajcie" - powiedział Gomułka.
- "Wasza prasa oskarża nas, właśnie teraz, że pod koniec wojny wywieźliśmy z Polski jakieś drobiazgi, a faktycznie Związek Sowiecki zawsze pomagał i pomaga Polsce Ludowej" (oni naprawdę uwierzyli w tę swoją propagandę i to nie tylko społeczeństwo rosyjskie, ale również władze, czego dowodem jest chociażby Chruszczow. Tak naprawdę to po wojnie w Związku Sowieckim panowała ogromna bieda - ogromna, i żeby to w jakiś sposób usprawiedliwić przed swoimi niewolnikami, - bo tym w rzeczywistości dla Stalina i komunistów byli mieszkańcy Związku Sowieckiego - Stalin kazał rozgłaszać że to dlatego, że Związek Sowiecki musi pomagać innym krajom Bloku Wschodniego: Polsce, Węgrom, Rumunii, Bułgarii nawet Niemcom Wschodnim. Wszystkim pomagali, a sobie odbierali od ust - tak im wmawiano. I w to uwierzyli... a może naprawdę chcieli w to wierzyć?).
- "Mógłbym wręczyć wam, drogi towarzyszu Gomułka, listę osób zjedzonych w latach 1946-1947 podczas głodu na Ukrainie, gdy w tym czasie dawaliśmy wam zboże. Nie nadwyżki, ale odrywaliśmy je od żywego ciała naszego narodu (😂). Oto, jaki jest nasz stosunek do Polski".

Gomułka poprosił wówczas o dwu, trzygodzinną przerwę, w celu narodzenia się. Na odchodne polska delegacja usłyszała jeszcze od Chruszczowa:
- "Towarzyszu Gomułka, taki towarzysz jak Rokossowski zrobił dla wyzwolenia Polski nie mniej od każdego z was, a być może więcej. Odrzućcie emocje, wzburzone w wyniku naszej ostrej rozmowy i porozmawiajmy spokojnie. Zrozumcie, że bez Związku Radzieckiego Polska nie może zapewnić swojej niepodległości i nienaruszalności granic, a rewanżyści z Niemiec Zachodnich są coraz bardziej zuchwali" (to jest to, czego Gomułka bał się przez wszystkie lata swoich rządów w Polsce, czyli przez 14 lat do 1970 r. Zdawał sobie bowiem doskonale sprawę że jeżeli nie będzie się trzymał w Związku Sowieckiego, to może mieć problem z Niemcami, którzy zażądają zwrotu polskich ziem zachodnich czyli Ziem Odzyskanych. Obawiał się że bez wsparcia Moskwy, a wręcz przeciwnie przy poparciu Moskwę dla Niemców, dojdzie do próby przekazania tych ziem Niemcom Wschodnim. Dlatego zawsze kurczowo trzymał się Moskwy i jedyne czego pragnął to swobody w sprawach wewnętrznych). Do dalszych rozmów wrócono po godzinie 12:00:
- "Nasi towarzysze są szczególnie zaniepokojeni uwagą towarzysza Chruszczowa o ingerencji" - zaczął Ochab - "Trzeba wyjaśnić o jakim ingerowaniu jest mowa".
- "Towarzyszu Ochab, wy, wracając z Chin, nie zatrzymaliście się w Moskwie żeby omówić pojawiające się rozbieżności" - stwierdził Mikojan. - "Nie ufacie nam? Poza tym amerykańskie Radio (Wolna Europa) podało komunikat o podziale w polskim Komitecie Centralnym na "stalinowców" i "zwolenników odwilży". (...) Związek Radziecki ekonomicznie nie potrzebuje Polski, ale cały obóz socjalizmu czeka na wasz węgiel. Przekazaliśmy wam nasze tajemnice wojskowe, kupujemy w Polsce statki. W zamian w Polsce uważają towarzysza Chruszczowa niemal za antysemitę. Czego potrzebujemy od Polski? Potrzebna nam jest wieczna polsko-radziecka przyjaźń (😝) którą w obliczu zagrożenia imperialistycznej agresji i wywrotowych działań imperialistów skierowanych przeciwko PRL, należy umacniać. Klęska socjalizmu w Polsce byłaby i naszą klęską" - podsumował swój wywód Mikojan.
- "Wszystkim towarzyszom wiadomo, że minęło zaledwie kilka tygodni od mojego powrotu do aktywnej polityki" - powiedział Gomułka. - "Skoro wróciłem, to właśnie po to, żeby naprawić sytuację. W ostatnim okresie było sporo nieprawidłowych nastrojów wśród niektórych członków partii i pisarzy, skierowanych przeciwko ZSRR. Nie negujemy tego. Rzecz w tym, żeby zjednoczyć partię, żeby odbudować zaufanie członków partii i społeczeństwa do kierownictwa partii. Obecny skład Komitetu Centralnego to sami aparatczycy, a robotników w jego składzie prawie nie ma. Ten skład KC jest odpowiedzialny za obecną sytuację w Polsce. Jeśli byłaby w nim określona liczba robotników, sprawa wyglądałaby inaczej. Ze wszystkich stron słychać żądania, żeby do kierownictwa weszli nowi ludzie. Dłużej czekać nie wolno. Trzeba spróbować zjednoczyć partię, również po to, aby ustanowić taką przyjaźń z ZSRR, o jakiej mówiłem wcześniej. To jest nie tylko mój pogląd, ale wszystkich naszych towarzyszy. O przyczynach sytuacji w Polsce nie będę mówił".

Nie ma sensu przedstawiać kolejnych przekomarzań, bo niewiele to wnosi. Warto tylko dodać że napięcie cały czas rosło, a nie malało. Wreszcie oburzony Chruszczow stwierdził:
- "Tak zaogniliście sytuację, że przyjazd delegacji radzieckiej ocenia się jako zagrożenie dla Polski. Kim jesteśmy, wrogami? Po co podnieśliście szum o radzieckiej ingerencji w sprawy Polski?"
- "Bo to jest ingerencja" - przerwał Gomułka - "Przyjechaliście po to, żeby wpłynąć na decyzję plenum KC i zatwierdzenie nowego składu kierownictwa".
- "Przyjechaliśmy wbrew waszemu życzeniu, jeśli o to chodzi, zgadzam się, że była to pewna ingerencja" - stwierdził Chruszczow - "Ale nie mogliśmy patrzeć spokojnie. Wy w słowach jesteście za przyjaźnią, a w rzeczywistości przeciwko nam".
Znowu ogłoszono przerwę, podczas której Gomułka powiedział coś przykrego o Bierucie, na co Chruszczow rzekł:
- "Towarzyszu Gomułka, nie opluwajcie towarzysza Bieruta. To był uczciwy, wspaniały komunista, jeden z lepszych synów narodu polskiego. Obyście mieli więcej takich Bierutów!"
Na co Mołotow dodał:
- "Pamiętajcie, towarzyszu Gomułka, że to, że jesteście wśród żywych, jest zasługą Bieruta".
- "Można człowieka aresztować i zabić, ale nie można zmusić do mówienia nieprawdy" - powiedział Gomułka.
- "Nie szkalujcie wszystkiego, co było za czasów towarzysza Bieruta" - dodał Mołotow - "Nie myślcie, że wtedy wszystko było złe, a wy teraz macie w kieszeni jakąś cudowną receptę. Za czasów towarzysza Bieruta PRL miał wielkie osiągnięcia, w zdobyciu których decydującą rolę odegrała klasa robotnicza".
W pewnym momencie rozmowy Gomułka stwierdził:
- "Właśnie otrzymałem komunikat o ruchach radzieckich i polskich czołgów. W jednym miejscu czołg zmiażdżył sekretarza terenowej organizacji partyjnej".
- "To tylko zwykłe jesienne manewry" - powiedział Chruszczow. - "Nie macie się czym martwić".
- "Towarzyszu Gomułka, nie bądźcie tacy strachliwi, nie przystoi do komuniście" - dodał Mołotow.
- "Towarzyszu Mołotow, nazywaliście Polskę bękartem, to już lepiej teraz byście się na te tematy nie wypowiadali" - odparł Gomułka (był to prztyczek do przemówienia Mołotowa z 31 października 1939 r. w której stwierdzał m.in.: "Koła rządzące Polski chełpiły się trwałością swego państwa i potęgą swojej armii. Okazało się jednak, że wystarczyło krótkie natarcie najpierw wojsk niemieckich, a następnie Armii Czerwonej, by nic nie pozostało po tym pokracznym bękarcie traktatu wersalskiego, żyjącym z ucisku niepolskich narodowości").




CDN.

sobota, 13 stycznia 2024

WIZYTA W CIENIU INWAZJI - Cz. I

 CZYLI JAK PRZEBIEGAŁA WIZYTA SOWIECKIEJ DELEGACJI z CHRUSZCZOWEM NA CZELE w POLSCE w PAŹDZIERNIKU 1956 r.





"Ledwo wysiadł, zaczął ostentacyjnie, z daleka wygrażać nam pięścią. Podszedł do generałów radzieckich, których stał cały rząd, i z nimi najpierw się witał. Potem dopiero podszedł do nas i znowu zaczął mi wywijać pięścią pod nosem"


 O tym, jak przebiegała w październiku 1956 r. - czyli w najbardziej zapalnym wówczas w Polsce okresie - wizyta sowieckiej delegacji z Nikitą Chruszczowem na czele, powstało wiele mitów i legend jeszcze w czasach PRL-u. Wielu ludzi opowiadało różne, często bardzo dziwne relacje z tego, co działo się na lotnisku rankiem 19 października 1956 r. gdy samolot z pierwszym sekretarzem Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego wylądował na płycie warszawskiego lotniska Okęcie. Relacje te były nie tylko często bardzo futurystyczne, ale również różniły się od siebie pod wieloma względami, ponieważ każdy twierdził że zapamiętał to wydarzenie inaczej, a większość i tak słyszała to z drugiej lub trzeciej ręki. Niewątpliwym jednak jest, że w czasie gdy samolot wylądował na lotnisku, czekało tam już spora grupa ludzi złożona z kilkudziesięciu szoferów, funkcjonariuszy bezpieczeństwa, członków polskiej delegacji oraz sowieckich wojskowych. Tamta wizyta budziła sensację, ponieważ było oczywiste w jakim celu przyjeżdża tutaj Chruszczow i chociaż wszyscy znali odpowiedź na to pytanie, to i tak rodziły się najróżniejsze legendy związane z wizytą i trudno było doprawdy odsiać ziarno od plew i stwierdzić, co jest prawdą a co ubarwioną fikcją. Żyliśmy więc w tym nieuświadomieniu aż do 2008 r. gdy odnalazł się protokół z owej wizyty, w którym jasno jest napisane jak ona przebiegała, chociaż protokół ten spisany został dopiero pół godziny po przyjeździe delegacji sowieckiej do Belwederu. Jednak relacje świadków - takich jak choćby Edward Ochab, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego Polski Zjednoczonej Partii Robotniczej w tamtym czasie i autor wyżej przeze mnie cytowanych słów - zdają się również przybliżać nam informacje o tym co działo się tego poranka na samym lotnisku.

Nim jednak przyjdę do samego zdarzenia, warto tutaj przedstawić kilka słów o powodzie wizyty Chruszczowa i tej całej sowieckiej kamaryli w Polsce, a bezpośrednim powodem tej wizyty był człowiek o imieniu Władysław Gomułka, komunistyczny aparatczyk, urodzony w 1905 r., członek Komunistycznej Partii Polski od 1926 r. Dwukrotnie aresztowany (raz uciekł z więzienia, będąc na urlopie zdrowotnym w 1934 r. i udał się do Związku Sowieckiego, a drugi raz uwolniony został we wrześniu 1939 r. już w czasie wojny). W 1941 r został członkiem Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików), i publikował w lwowskiej gadzinówce wydawanej w języku polskim, czyli "Czerwonym Sztandarze". Latem 1941 r. wyjechał do Polski. Wiosną 1942 r. nawiązał kontakty z Polską Partią Robotniczą (czyli następczynią KPP). Od listopada 1943 do sierpnia 1948 r. pierwszy sekretarz Polskiej Partii Robotniczej (współwinny wszelkim okrucieństwom i bandytyzmowi jaki panował w tamtym czasie, można nawet powiedzieć że Gomułka wówczas był większym zwolennikiem krwawego rozprawiania się z żołnierzami Podziemia Niepodległościowego, niż taki Bierut czy Minc). 1948 r usunięty ze stanowiska, potem z partii i oskarżony o "odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne". W sierpniu 1951 r. aresztowany i przewieziony do więzienia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Miedzeszynie (było to luksusowe więzienie przeznaczone dla komunistów). W więzieniu nie był bity, ani torturowany, a nawet częstokroć krzyczał na przesłuchujących go oficerów. Starano się oskarżyć go o działalność agenturalną na korzyści Zachodu, oskarżono go o to, że był agentem przedwojennego polskiego wywiadu (tzw. "Dwójki" czyli Zarządu II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego), że do KPP wprowadził wielu agentów Dwójki, że potem w czasie okupacji współpracował z gestapo i dążył do rozbicia Polskiej Partii Robotniczej etc. etc. Aby zdobyć te oskarżenia i skazać Gomułkę (prawdopodobnie) na karę śmierci, torturowano ludzi z jego najbliższego otoczenia. Jego sekretarkę Wandę Podgórską zamknięto do celi, z której przez ścianę słyszała krzyki i jęki starej kobiety i młodej dziewczyny i powiedziano jej, że to jej matka i córka, a jeśli nie obciąży Gomułki zeznaniami, to one zostaną zamęczone. Podgórska płakała i kwiliła, co tylko powodowało radość wśród strażników. Myślała że oszaleje, wydawało jej się nawet że jest tukanem, że słyszy symfonię w swojej głowie, która zagłuszała jęki tamtych kobiet. Raz ubrała więzienne spodnie na ręce, a strażnicy śmiali się że właśnie odlatuje i mówili jej: "no pofruń, pofruń". Wreszcie zaczęła chodzić na czworakach, co jednak potęgowało tylko zabawę wśród personelu więzienia. Wreszcie podjęła głodówkę, ale na niewiele się to zdało, gdyż była przymuszana do jedzenia, a pokarm wlewano jej przez nos. Kilkukrotnie próbowała popełnić samobójstwo, próbując podciąć sobie żyły o kant sedesu lub łykając chlorek. Bezskutecznie.




Aresztowano i innych ludzi z bliskiego otoczenia Gomułki, jak choćby ministra aprowizacji Włodzimierza Lechowicza. Nad nim znęcano się w inny, "nowoczesny" sposób. Puszczano mu 24 godziny na dobę z magnetofonu słowa: "W dupę jebany minister aprowizacji", albo "Patrz jak on głośno połyka ślinę", lub "Ale się ślini". Efekt był taki że Lechowicz przestał połykać ślinę i dostawał silnego, kilkudniowego ślinotoku. Nocami zaś mówił do więziennego okna: "Sos, tu Lechowicz, tu minister Lechowicz, przestańcie szeptać". Stanisławę Sowińską wrzucono do karceru i wmawiano że wyrzekł jej się mąż, dawano jej jedną szczoteczkę do zębów wspólną dla innych więźniarek, zęby kruszyły jej się nawet na skórce od chleba. Zaś generałowi Józefowi Kuropiesce kazano w więzieniu stać przez 600 godzin, przez co doznawał halucynacji i majaczył. Gomułka był zaś traktowany o wiele lepiej od swoich współpracowników, miał nawet dostęp do książek, a czytywał bardzo dużo - co najmniej jedną książkę dziennie. Gomułka czasem płakał w celi, czasem dostawał ataków agresji lub szaleństwa. Często wrzeszczał na strażników, mówił że "oni" celowo zamknęli go w celi, że "oni" zakłamują rodowód polskiej lewicy, że "oni" nie rozumieją chłopstwa itd. Skarżył się też na powracające bóle postrzelonej podczas ucieczki przed policją w 1932 r. nogi. Deklarował też że nie popełnił niczego z zarzucanych mu oskarżeń. W latach 80 (jeszcze przed swą śmiercią w 1982 r.) opowiadał Marii Turlejskiej, że w czasie śledztwa trzymano w innej celi policjanta z Zagłębia który go aresztował w 1936 r. i chciano wymóc na nim, aby oskarżył Gomułkę o współpracę z przedwojenną policją. Pomimo tortur mężczyzna jednak nie obciążył go swymi zeznaniami, a Gomułka dodawał: "To był porządny człowiek, chociaż policjant". Władysław Gomułka siedział w więzieniu do grudnia 1954 r. (chociaż ostatni miesiące przebywał w szpitalu, jednak wciąż był pilnowany jak więzień). Przez cały ten czas nie postawiono mu żadnych zarzutów, nie wszczęto procesu, o nic nie oskarżono oficjalnie. Różne są opinie dlaczego tak postąpiono, niektórzy twierdzą że Gomułkę uratował Stalin, który chciał aby w PZPR powstała frakcja przeciwna Bierutowi z którą on musiałby się liczyć (oczywiście i Bierut i Gomułka byliby na pasku Stalina). Wydaje się jednak bardziej prawdopodobne co innego, a mianowicie że to, że sam Bolesław Bierut (wówczas I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej) który osobiście nie znosił (a wręcz nienawidził) Gomułki i ten zresztą odpłacał mu się równą nienawiścią, że to on w przypadku braku ewidentnie obciążających Gomułkę dowodów, nie chciał doprowadzić do kompromitacji partii. Istnieje też i inne wyjaśnienie całej tej sytuacji. Bierut wiedział jaka jest struktura władzy w systemie komunistycznym i zdawał sobie sprawę że każdy komunista w musi wcześniej czy później trafić do więzienia i zostać skazanym (za co, nie miało to już większego znaczenia, zgodnie z hasłem: "Dajcie mi człowieka, a paragraf sam się znajdzie"). Wiedział też, że on będzie następny. Stalin bowiem nie ufał wówczas nikomu i to nie tylko wśród swoich najbliższych towarzyszy, ale również wśród towarzyszy z partii sąsiednich ("bratnich" jak mawiano). Dopóki jednak nie skazano Gomułki, to nie mógł rozpocząć się proces Bieruta i wydaje mi się, że to było głównym powodem przeciągania śledztwa, aż do śmierci generalissimusa Josifa Wissarionowicza w marcu 1953 r. Zresztą słowa, jakie wypowiedział w październiku 1956 r. podczas owego spotkania Nikita Chruszczow, również były znamienne: "Towarzyszu Gomułka, nie opluwajcie towarzysza Bieruta. To był uczciwy, wspaniały komunista, jeden z lepszych synów narodu polskiego. Obyście mieli więcej takich Bierutów", na co Wiaczesław Mołotow dodał: "Pamiętajcie, towarzyszu Gomułka, że to, że zostaliście wśród żywych jest zasługą Bieruta".




Władysław Gomułka został oficjalnie zwolniony z więzienia (a raczej ze szpitala w którym był pilnowany) w Wigilię 1954 r. Trwała wówczas tzw. "odwilż postalinowska", choć nikt z owych komunistów nie wiedział jakie ona przybierze rozmiary i kogo pochłonie, a kogo wyniesie. Ucieczka w grudniu 1953 r do Berlina Zachodniego Józefa Światło - podpułkownika Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (który m.in. aresztował właśnie Gomułkę), i jego cotygodniowe seanse na falach Radia Wolna Europa, demaskujące rzeczywistość panującą w kraju (opowiadał m.in. o przywilejach władzy, o willach nowej komunistycznej elity, o sklepach za żółtymi firankami w których można było nabyć wszystko, w sytuacji gdy w kraju była prawdziwa bieda, ale przede wszystkim opowiadał o nieludzkich torturach i tym czym zajmował się jako funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego). Wszystko to przeraziło ekipę Bieruta. Bolesław Bierut zmarł 12 marca 1956 r. w Moskwie, podczas wizyty na XX zjazd Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego. Mówiono że "zabił go" referat Chruszczowa, potępiający Stalina i stalinizm. Nie wiadomo jaka jest prawda, wiadomo jednak że Bierut do końca pozostał zatwardziałym stalinistą i ten świat który nadchodził, ten nowy świat przerażał go. Nie potrafił się w nim odnaleźć, a do tego dochodziły jeszcze problemy ze zdrowiem, które zapewne spowodowały zgon. Przez ten czas od chwili wyjścia ze szpitala, Gomułka zyskiwał ogromnie na popularności. Jego dawni towarzysze, którzy w latach stalinizmu wyrzekali się go, oczerniali, a jego rządy nazywali "gomułkowszczyzną" lub "odchyleniem prawicowo-nacjonalistycznym", teraz na powrót chcieli być jego dobrymi kolegami, znajomymi, przyjaciółmi. W kwietniu 1956 r. - już po pochowaniu Bieruta - uchwalono w kraju amnestię i wypuszczono z więzienia 5000 osadzonych. Powoli dojrzewała nowa epoka, epoka w której rosło znaczenie Władysława Gomułki. Co ciekawe, to znaczenie Gomułki rosło bardziej wśród Polaków, niż wśród decydentów partyjnych. Polacy doznawali swoistej amnezji i na fali popularności jaką zyskiwał Gomułka, nie chcieli już pamiętać tego, że był on gorliwym współsprawcą tamtej epoki. Nie chciano pamiętać jego zaangażowania w uwięzienie i procesy żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Batalionów Chłopskich czy żołnierzy Drugiej Konspiracji (Żołnierzy Wyklętych, Niezłomnych). Nie chciano w nim widzieć komunisty, choć oczywiście zdawano sobie doskonale sprawę że w tamtych uwarunkowaniach politycznych ktoś, kto nie byłby komunistą, nie miałby żadnych szans zyskać władzy. Wierzono jednak w to, że skoro Gomułka wycierpiał w więzieniu to co inni w czasach gdy był u władzy (choć akurat nie była to prawda, bo był traktowany zupełnie inaczej) to teraz doznał czegoś na wzór katharsis, wewnętrznego oczyszczenia że się zmienił że będzie inny. Że poprowadzi ich do nowego, lepszego świata, że może w ramach sojuszu ze Związkiem Sowieckim (co było oczywiste, bo nawet najwięksi optymiści nie zakładali wówczas że można wyjść z Układu Warszawskiego czy z RWPG) dojdzie do jakiejś głębszej zmiany, np. powstaną inne partie niż te które do tej pory funkcjonowały i które były całkowicie sterowalne z Moskwy (czyli poza PZPR-em Stronnictwo Demokratyczne i Zjednoczone Stronnictwo Ludowe). To były rozbudzone marzenia, które potem Gomułka bezczelnie zgasi. Należy jednak pamiętać że nikt, żaden komunistyczny przywódca w Polsce nigdy nie miał takiego poparcia społecznego, jak Władysław Gomułka w październiku 1956 r.




Społeczeństwo polskie coraz otwarcie domagało się liberalizacji systemu komunistycznego, na co nadzieję pokładano chociażby w referacie wygłoszonym przez Chruszczowa na XX zjeździe KPZS. Szczególnie niezadowoleni byli robotnicy, którym podwyższano normy pracy, przy jednoczesnym pozostawieniu na takim samym poziomie głodowych pensji. 16 czerwca 1956 r. Jako pierwsi przerwali pracę robotnicy Zakładów Przemysłu Maszynowego im. Stalina, a wkrótce dołączyli do nich pracownicy Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego oraz Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Rozpoczął się więc strajk zakładów poznańskich. 14 czerwca do Polski powrócił  z Londynu były premier Stanisław Cat-Mackiewicz, co również użsamiano z nastaniem nowych, bardziej liberalnych czasów i zamierzono przyśpieszyć ich pojawienie się, wymuszając na władzach ustępstwa. Aparat partyjny jednak w zakładach pracy nie zamierzał przychylić się do żądań robotników, a to spowodowało że robotnicy w czwartek 28 czerwca (potem nazwany "czarnym czwartkiem") wyszli na ulice Poznania. Strajkujący nieśli ze sobą flagi narodowe oraz transparenty z napisami "Chcemy chleba, sprawiedliwości i wolności", po drodze też do demonstrujących przyłączały się kolejne osoby, co spowodowało że wkrótce tłum protestujących urósł do 100 000 ludzi. W swym pochodzie tłum ten dotarł do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, gdzie demonstranci zażądali przyjazdu przedstawicieli rządu. Władze partyjne wezwały milicję (co ciekawe, milicja miała prawo otworzyć ogień), ale milicjanci przeszli na stronę protestujących. Następnie robotnicy wysłali delegację na rozmowy z władzami miasta, ale szybko gruchnęła wśród protestujących wiadomość że delegacja ta została aresztowana. Postanowiono więc zdobyć więzienie przy ulicy Młyńskiej, udało się to osiągnąć bez walki, w wyniku czego uwolniono 250 więźniów (zdobyto też pewną ilość broni). Następnie ruszono pod budynek Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, znajdującego się na ulicy Kochanowskiego. Funkcjonariusze tego urzędu zabarykadowali się od środka, więc uczestnicy demonstracji obrzucili ich kamieniami. Ok. godziny 11:00 z budynku tego padły pierwsze strzały do robotników. Żołnierze KBW i ubecy strzelali do bezbronnych ludzi, robotników, tramwajarek niosących transparenty, a nawet do dzieci. Demonstranci zaczęli odpowiadać ze zdobycznej broni i wrzucać do budynku "koktajle Mołotowa". Zaczęto też budować barykady z przewróconych tramwajów i walki zaczęły się na całego. Początkowo na miejsce toczonych walk przybyli żołnierze Oficerskiej Szkoły Wojsk Pancernych i Zmechanizowanych, ale nie chcąc otwierać ognia do robotników, wycofali się do koszar (powstańcy za to - bo tak już należy ich nazywać - opanowali kilka czołgów). Wreszcie ściągnięto do Poznania 2 Korpus Pancerny i walki zaczęły się już w całym mieście. Mimo przeważającej siły ognia, powstańcom udało się opanować i rozbroić kilka posterunków Milicji Obywatelskiej.




Władze za najważniejszy cel postawiły sobie stłumienie tego ludowego powstania, dlatego też w nocy przybyły do miasta nowe posiłki. Łącznie z robotnikami i innymi mieszkańcami Poznania walczyło 2300 milicjantów oraz jakieś 10 000 żołnierzy, mających 360 czołgów i kilkadziesiąt pojazdów opancerzonych. Władze i dowódcy żołnierzom tym wmawiali że walczą przeciwko Niemcom, przeciwko niemieckiej rebelii jaka wybuchła w Poznaniu (swoją drogą to samo mówiono na Pomorzu w grudniu 1970 r.). Dlatego też żołnierze byli tak bezwzględni, bo rzeczywiście uwierzyli że walczą nie przeciwko swoim rodakom, a przeciwko Niemcom - być może nawet hitlerowcom. Pierwszego dnia walk powstańcy zniszczyli 31 czołgów, 8 samochodów pancernych i zdobyli 250 sztuk broni oraz znaczne ilości amunicji. Walki trwały również dnia następnego 29 czerwca, ale już w godzinach wieczornych milicja i ubecja wyciągali ludzi pochwyconych w trakcie walk, i po biciu, pakowali ich do milicyjnych suk i przewozili na posterunki. Tam zaczynał się kolejny etap tortur, a potem ładowano ich do wozów i wywożono do więzień, gdzie tortury rozpoczynała teraz służba więzienna. Do Zakładu Medycyny Sądowej przy ul. Święcickiego, zwożono zwłoki poległych w walce mieszkańców. Rodziny potem nadaremnie szukały swoich bliskich po kostnicach i szpitalach. 29 czerwca do Poznania przybył również premier Józef Cyrankiewicz, który tego samego dnia wygłosił swoje słynne przemówienie przez radio o tym że ktokolwiek podnosi rękę na władzę ludową może być pewien, że mu tą rękę władza ludowa odrąbie... w interesie ludu pracującego oczywiście (potem, gdy na początku sierpnia Cyrankiewicz spotkał się z Gomułką na Pradze - nieopodal dawnego mieszkania Gomułki - i symbolicznie padli sobie w ramiona - bo spotykali się po raz pierwszy od chwili uwięzienia Gomułki, do czego Cyrankiewicz się w pewnym sensie przyczynił - ten właśnie wytknął mu mowę o odrąbywaniu ręki, po czym Cyrankiewicz stwierdził, że musiał tak powiedzieć po to, aby oni mogli się obaj dzisiaj tutaj spotkać. Twierdził że władza w czerwcu musiała pokazać swoją siłę, przede wszystkim aby uspokoić Moskwę). 30 czerwca w Poznaniu było już spokojnie, chociaż aresztowania trwały nadal. Tego dnia na Cytadeli odbył się uroczysty pogrzeb pięciu zabitych w tych dniach żołnierzy KBW i ubeków (w tym pogrzebie uczestniczył Cyrankiewicz, a uroczystą przemowę wygłosił Edward Gierek - sekretarz Komitetu Centralnego PZPR, późniejszy I sekretarz partii). Nie wiadomo ile dokładnie ofiar pochłonęło  Powstanie Poznańskie, szacuje się że między 70 a 100 osób zginęło wówczas (prace na ten temat trwają do dziś). Podczas pogrzebów ludzie również byli legitymowani przez milicję i ubecję, a aresztowania trwały w kolejnych dniach bowiem szukano prowokatorów i agentów imperializmu (aresztowana 1 lipca Stanisława Sobańska tylko cudem przeżyła dwutygodniowe śledztwo i przesłuchanie, a po wyjściu z aresztu nigdy już nie powróciła do zdrowia i otrzymała pierwszą grupę inwalidzką). Śledztwa zaś ciągnęły się miesiącami.

A Gomułkę przez ten czas odwiedzali dawni towarzysze, którzy w czasach stalinizmu nie tylko się go wyrzekli, ale wręcz oskarżali o najróżniejsze agenturalne powiązania. "Towarzysz Wiesław" (bo taki m.in. Gomułka nosił pseudonim) sprawiał wrażenie jakby zapomniał dawne urazy, co tym bardziej powodowało, że stawał się coraz wyraźniejszym kandydatem nie tylko na premiera, ale również na I sekretarza Komitetu Centralnego Partii. Nie wszystkich jednak lubił i niekiedy wybuchał złością jak choćby podczas jednej z rozmów ze swoją przyjaciółką Stanisławą Sowińską.. Ona pytała: "Krążą pogłoski, że nie chcesz pertraktować z delegatami z kierownictwa, którzy przychodzą do ciebie?", na co Gomułka: "Za drzwi ich wyrzucam!", "Przeciąganie struny grozi rozlewem krwi, powinieneś rozmawiać", "Z kim?, z mordercami? Każdy z nich ma ręce we krwi unurzane, A ja mam ręce czyste! Na moich rękach nie ma ani jednej kropli krwi!", "Skoro nie ma lepszych w Biurze, należy mówić z tymi, którzy są", "Bzdury pleciesz! Będę ich wyrzucał za drzwi, tak, jak to zrobiłem przed Twoim przyjściem z Franciszkiem Mazurem. Specjalnie go nasłali, bo dobrze wiedzą że go szczególnie nienawidzę!", "Przecież nie jest gorszy od innych", "Ale Mazur to Żyd!", "Ukrainiec, nie Żyd", "Żaden Ukrainiec, to Żyd! Oszukali wszystkich, a mnie w pierwszym rzędzie. Kazali mu udawać Ukraińca. Chcieli mieć w Biurze Politycznym jeszcze jednego Żyda", do rozmowy wówczas włączyła się żona Gomułki Zofia: "Władek ma rację, Mazur to Żyd!". Franciszek Mazur nie był Żydem i rzeczywiście miał korzenie ukraińskie, natomiast Gomułce bardzo trudno było pewne rzeczy wyperswadować jak się przy czymś uparł. Natomiast tutaj uwidoczniła się niechęć Gomułki do Żydów, która zrodziła się jeszcze z czasów jego działalności w Komunistycznej Partii Polski w większości opanowanej przez Żydów, chociaż jego żona Zofia Szoken (którą poślubił w kwietniu 1951 r.) też była Żydówką.

Popularność Gomułki rosła jednak tak szybko, że przedstawiciele dwóch zwalczających się frakcji w PZPR czyli "natolińczyków" i "puławian" zaczęli zabiegać o jego "względy". Nazwa "natolińczycy" wzięła się od pałacyku w podwarszawskim Natolinie, dokąd zjeżdżali się przedstawiciele tej grupy. W czasach stalinowskich było to zarezerwowane tylko dla elity partyjnej, ale potem zaczęto "demokratyzować" partię i dopuszczać również doły partyjne, co powodowało że w Natolinie spotykali się członkowie partii ze środowisk wiejskich i robotniczych, tacy jak Wiktor Kłosiewicz, Franciszek Jóźwiak, Aleksander Zawadzki czi Kazimierz Mijal. Do nich też przylgnęło określenie "chamy". Uważali oni że nie było czegoś takiego jak stalinizm, a co najwyżej za wszystko zło obwiniali Stalina i Berię, w Polsce zaś Bieruta, Bermana i Minca. Nazwa zaś "puławianie" wywodzi się od ulicy Puławskiej w Warszawie, przy której - w dawnej kamienicy Wedla - mieszkało kilku przedstawicieli tej frakcji. Należeli do niej Leon Kasman, Roman Zambrowski, Julian Kole, Władysław Matwin, Roman Werfel i Jerzy Morawski - a ponieważ większość z nich miała korzenie żydowskie, to nazwano ich "żydami". I tak powstały dwie frakcje: chamy i żydy. O ile tamci jednak byli za utrzymaniem dotychczasowej linii partii, to puławianie nawoływali do liberalizacji systemu, mówili o samorządzie robotniczym, o zapewnieniu obywatelom bezpieczeństwa przed samowolą bezpieki, twierdzili że należy przeprowadzić reformy gospodarcze i uwzględnić przynajmniej częściowe elementy gospodarki kapitalistycznej, że w partii należy przeprowadzić demokratyczne wybory i wyłonić władze w ten właśnie sposób, a nie w sposób odgórny. Wszystko ładnie pięknie, problem polegał tylko na tym, że to właśnie puławianie byli najbardziej umoczeni w zbrodnie stalinizmu. Wtedy byli najbardziej stalinowscy, teraz stali się najbardziej liberalni, nie znali umiaru, ani wtedy ani teraz. Z puławianami utożsamiało się wielu działaczy młodszego pokolenia, studentów i inteligentów, natomiast z natolinem trzymał aparat biurokratyczny i nowy narybek partii pochodzący z awansu społecznego. Te dwie frakcje zaczęły ubiegać się teraz o względy towarzysza Wiesława.




CDN.

środa, 20 grudnia 2023

PIERWSZY SUPERMARKET

 TAKA TAM CIEKAWOSTKA




 Dziś, gdy jesteśmy w szale ostatnich przedświątecznych zakupów (często dokonywanych w dużych dyskontach), warto wspomnieć o pewnej małej ciekawostce odnośnie pierwszego nowoczesnego supermarketu, otworzonego na ziemiach polskich (a konkretnie w Warszawie). Kiedy po raz pierwszy otworzono w Polsce supermarket? Większość źródeł na ten temat twierdzi, że stało się to dopiero po upadku komunizmu, czyli po roku 1989/1990, a jako pierwszy duży supermarket (czy też raczej hipermarket) otwarty zostały w 1993 r. sklep pod szyldem HIT (należący do niemieckiej firmy Dolhe). Pytanie tylko czy rzeczywiście był to pierwszy supermarket na ziemiach polskich, bo z tego co wiem, to nie. I teraz właśnie pragnę opowiedzieć o takim pierwszym, pionierskim supermarkecie, otwartym w Warszawie jeszcze w latach 60-tych.

Otóż po okresie stalinizmu w Polsce, nastała odwilż tzw: "Polskiego Października" 1956 r. Nim jednak do tego doszło, wybuchł konflikt pomiędzy dwoma frakcjami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: dążącymi do odwilży i reform "puławian" - nazwa wzięła się od ulicy Puławskiej w Warszawie, gdzie mieszkało najwięcej członków tej grupy; oraz twardogłowych stalinowców zwanych "natolińczykami" - nazwa wzięła się od osiedla Natolin na Ursynowie w Warszawie, gdzie spotykali się przedstawiciele tej frakcji. Po krwawym stłumieniu w czerwcu 1956 r. buntu mieszkańców Poznania - którego stłumieniem kierowali natolinczycy, we wrześniu i październiku 1956 r. konflikt pomiędzy tymi dwoma grupami przybrał na sile. Już 15 października Biuro Polityczne partii wyznaczyło zebranie VIII plenum na 19 października, z tym że dokooptowano do składu Biura Politycznego dotychczas prześladowanych komunistów, w tym Władysława Gomułkę. Natolińczycy próbowali kontratakować i już 17 października Marszałek Związku Sowieckiego Konstanty Rokossowski, polecił podległym mu dywizjom sowieckim z Pomorza i Dolnego Śląska, marsz w kierunku Warszawy. Do Zatoki Gdańskiej usiłował też wpłynąć krążownik "Żdanow" w asyście trzech kontrtorpedowców i kilku mniejszych okrętów sowieckich, ale kontradmirał Jan Wiśniewski nie wyraził zgody na ich wpłynięcie na polskie wody terytorialne i zagroził użyciem siły w przypadku niepodporządkowania się temu żądaniu, a gen. Jan Frey-Bielecki polecił podporządkowanej sobie eskadrze lotniczej w Poznaniu zbombardować sowieckie kolumny pancerne, jeśli nie udałoby się rozwiązać tego konfliktu polubownie. Poszczególni oficerowie szykowali się do walki z sowietami mobilizując swoje formacje. 19 października rano do Polski przyleciał sam pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego Nikita Chruszczow - a wraz z nim Mołotow, Łazar Kaganowicz, Mikojan i oczywiście dowódca Sił Państw Układu Warszawskiego Iwan Koniew. Rozpoczęły się trudne rozmowy z Gomułką i jego zespołem (notabene w Belwederze gdzie toczyły się rozmowy, Gomułka polecił zainstalować sztab jednostki informacyjnej pułkownika Zbigniewa Paszkowskiego, która na bieżąco miała informować o postępach wojsk sowieckich. Był to element psychologiczny, który miał na sowieckiej delegacji wywrzeć przekonanie o determinacji Polaków do wprowadzenia reform w kraju). Ostatecznie - po dramatycznych nocnych rozmowach - delegacja sowiecka odleciała 20 października rano, wcześniej uzyskała jednak zapewnienie że Gomułka będzie dobrym komunistą i przyjacielem Związku Sowieckiego. Tego dnia Gomułka wygłosił swoje słynne przemówienie przez radio, które przyciągnęło miliony radiosłuchaczy.

Poparcie dla Gomułki sięgnęło zenitu, ludzie bowiem w nim tylko widzieli męża opatrznościowego i jedynego gwaranta dokonywanych zmian. W niedzielę 21 października (obradujące od 19 października) VIII plenum PZPR wybrało Władysława Gomułkę na pierwszego sekretarza partii, jednocześnie dokonując zmian zarówno w Biurze Politycznym jak i w Sekretariacie Komitetu Centralnego. Natolin przegrał i rozpoczynał się krótki bo krótki, ale jakże intensywny czas odwilży i reform. Szczególne poparcie reformatorzy uzyskali w zakładach pracy (jak np. w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu, gdzie przywódcą zmian obrano dotychczasowego pierwszego sekretarza Komitetu Zakładowego PZPR - Lechosława Goździka - takie go ówczesnego Lecha Wałęsę). Dochodziło niekiedy do rozliczeń ze starym kierownictwem, ale ludzie ogólnie byli podekscytowani nowym kierownictwem Partii i mającymi dokonać się zmianami. 24 października 1956 r. na Placu Defilad w Warszawie zebrały się ogromne tłumy (prawdopodobnie było ok. 400, 500 a może nawet więcej tysięcy ludzi). W podniosłej atmosferze najpierw zaśpiewano Gomułce - który przemawiał do tłumu - "Sto lat", a potem odśpiewano hymn narodowy. Gomułka jednak uzyskał już to, co chciał i widząc te ogromne tłumy, przeraził się zapewne tym, do czego może mogą one doprowadzić. A przecież on nie pragnął żadnej rewolucji, pragnął tylko pewnych zmian kadrowych i takowe uzyskał. Dlatego też zaapelował do zebranych osób tymi o to słowo "Dość wiecowania, dość manifestacji, czas przejść do codziennej pracy".




Odwilż październikowa trwała co prawda krótko, ale zmiany bez wątpienia się dokonywały. Zresztą my i tak mieliśmy ogromne szczęście, czego nie można powiedzieć o Węgrach, którzy również podjęli wówczas próbę reform we własnym kraju. 23 października pod pomnikiem Józefa Bema w Budapeszcie odbyła się wielka manifestacja poparcia dla przemian dokonujących się w Polsce. Manifestacja ta została ostrzelana przez siły bezpieczeństwa i wywiązała się walka. 24 października do Budapesztu wkroczyły sowieckie czołgi, chodź tego dnia również na czele węgierskiego rządu stanął Imre Nagy, który (podobnie jak Gomułka) stał się symbolem dokonujących się w tym kraju przemian. I początkowo rzeczywiście nowy rząd radził sobie dosyć dobrze, jeszcze 24 października Sowieci wycofali się z Budapesztu. Szybko też zaczęły odradzać się przedwojenne węgierskie partie polityczne, a co za tym idzie 30 października Nagy ogłosił powrót do systemu wielopartyjnego. 1 listopada Węgierska Partia Pracujących (czyli partia komunistyczna, taka jak u nas PZPR) przekształciła się w Węgierską Socjalistyczną Partię Robotniczą na której czele stanął Janos Kadar. Jednocześnie rząd węgierski ogłosił pełną neutralność swego kraju i wystąpienie z Układu Warszawskiego, zwracając się jednocześnie do Organizacji Narodów Zjednoczonych z prośbą o pomoc w zapewnieniu własnej neutralności. To, co zrobili Węgrzy, to był wyłom, którego Sowieci nie mogli w żaden sposób tolerować, bo doprowadziłoby to na zasadzie domina do rozpadu systemu stworzonego przez Stalina po II Wojnie Światowej (czyli ich strefy wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej). 4 listopada 1956 r. o świcie sowieckie wojska pancerne ponownie wkroczyły do Budapesztu, a Nagy poinformował świat o rozpoczęciu walk sowiecko-węgierskich. Węgrzy nie mieli w tej walce żadnych szans, gdyż Sowieci całkowicie górowali i uzbrojeniem i sprzętem i liczbą żołnierzy. Dokonywali przy tym niezliczonych zbrodni wojennych (np. zbombardowanie z samolotów robotniczej dzielnicy Cepel w Budapeszcie). Powstanie Węgierskie trwało do 10 listopada i zakończyło się klęską i totalną masakrą walczących o swą wolność ludzi. Nagy został aresztowany i potem skazany na śmierć, a Kadar - który już 4 listopada przyłączył się do Sowietów, zdradzając własny naród - stał się nowym pierwszym sekretarzem węgierskiej partii komunistycznej.




Powstanie węgierskie wywołało jednak - szczególnie w Polsce - ogromne pokłady sympatii. Polacy wręcz masowo oddawali krew dla Bratanków i dawali pieniądze na zbiórki, na pomoc dla Węgrów. Poza tym gromadzono i wysyłano lekarstwa, koce, zabawki dla dzieci, wszystko co mogłoby w jakikolwiek sposób przydać się napadniętym bandycko przez Sowietów Bratankom (zgodnie z hasłem "Polak Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki"). USA i państwa Europy Zachodniej nie protestowały, nie mogły. Same bowiem w tym czasie dokonały równie bandyckiego ataku na Bliskim Wschodzie. Gdy bowiem w lipcu 1956 r. rząd egipski dokonał nacjonalizacji Kanału Sueskiego, spotkało się to z krytyką wielu państw zachodnich, zaś 28 października wojsko izraelskie dokonało ataku na Półwysep Synaj, a spadochroniarze brytyjscy i francuscy (przy wsparciu USA) wylądowali w rejonie Kanału Sueskiego i szybko go opanowali. Walki zakończyły się kilka dni później, ale sam fakt że do takiej zbrojnej akcji doszło, zamknął usta politykom i dyplomatom państw zachodnich, którzy mogliby zaprotestować przeciwko krwawemu sowieckiemu zmiażdżeniu Powstania Węgierskiego. To tyle tytułem wstępu otwierającego, który miał przybliżyć nam tamtejszą rzeczywistość i zmiany, jakie dokonywały się w Polsce po październiku 1956 r.

Nowa ekipa Gomułki dobrze wiedziała że szybko stopy życiowej społeczeństwa podnieść się nie da, bowiem Polska była potwornie zniszczona w wyniku II Wojny Światowej, a strat materialnych i ludnościowych nie sposób było szybko odbudować. Jednocześnie ta sama ekipa zdawała sobie sprawę, że znacznie łatwiej trzymać naród w posłuszeństwie wobec władzy polepszeniem codziennego dobrostanu oraz zapewnieniem pożądanych artykułów codziennego użytku, niż terrorem Urzędu Bezpieczeństwa. Jednak centralnie planowana gospodarka komunistycznego kraju była nie tylko nieefektywna, ale skupiała się na zupełnie innych priorytetach do których należała chociażby budowa transporterów opancerzonych, czołgów, samolotów, a także okrętów czy pociągów, jednocześnie przy tym zapominano o takich podstawach jak żyletki, bielizna, materace, czy telewizory. Pierwsze telewizory można było w Polsce kupić dopiero w 1962 r. (inna sprawa jest taka, że "towarzysz Wiesław" czyli Władysław Gomułka zbytku nie lubił i prywatnie nim gardził. Problem tylko polegał na tym, że zbytek w ustroju narzuconym nam przy pomocy sowieckich czołgów, miał bardzo wysoką poprzeczkę i za zbytek mogły uchodzić chociażby lepsze kafelki w łazience, nie mówiąc już o papierze toaletowym - który w tamtym czasie był bardzo pożądanym prezentem, jaki młody chłopak mógł - zamiast kwiatów - ofiarować dziewczynie). Po "sklejki", czyli meblościanki ustawiały się swoiste kolejki, które częstokroć stały po kilka a nawet kilkanaście godzin. Samochód był prawdziwym luksusem, chociaż starano się - przynajmniej deklaratywnie - lansować nowe zachodnie wzorce mody, jak i wyposażenia domów, dlatego też na rynku pojawiało się coraz więcej lodówek, pralek i kuchenek gazowych. Polacy zatem lata 60-te nazwali "Naszą małą stabilizacją".




W 1967 r. w FSO na Żeraniu ruszyła produkcja pierwszego Polskiego Fiata 125p (produkowanego na włoskiej licencji). Samochód był prawdziwym luksusem, na który władza przyznawała talony (taki talon był bowiem najlepszym sposobem egzekwowania posłuszeństwa, któż bowiem nie chciał mieć własnego wozu, a żeby uzyskać taki talon trzeba było być posłusznym). Ogromną popularnością cieszyły się też wszelkie "odrzuty z eksportu" przeznaczone na rynek zachodni. Tamtejsza klientela bowiem wymagała, żeby produkty były wysokiej jakości, dlatego tam produkowano rzeczy dobre (a przynajmniej znacznie lepsze niż te, które przeznaczono na rynek krajowy). Wszystkie miejsca więc, gdzie można było dostać takie "odrzuty", cieszyły się ogromnym powodzeniem i popularnością (a były to wszelakie jarmarki - szczególnie na Podhalu, marynarski import na Pomorzu, rembertowskie ciucholandy itd.). Wszystko wzbudzało ogromną popularność: skąpe kostiumy kąpielowe, ładne sweterki, obcojęzyczne czasopisma, płyty, egzotyczne owoce - to wszystko bowiem pokazywało, że gdzieś dalej istnieje inny, lepszy świat poza tą codzienną szarzyzną i komunistycznym zniewoleniem (chociaż i tak trzeba powiedzieć że Polska była najbardziej liberalnym i najbardziej swobodnym z wszystkich krajów komunistycznych i wszystkich krajów zdominowanych przez Moskwę. U nas bowiem można było pisać i mówić znacznie więcej, niż było to możliwe gdziekolwiek indziej. Ale to też wiąże się z naszym charakterem narodowym, my nigdy bowiem nie byliśmy narodem dążącym do jakichkolwiek większych rewolucji czy temu podobnych zmian, wystarczy bowiem prześledzić nasze rokosze jakie szlachta wszczynała wobec możliwości wzmocnienia władzy królewskiej. Oczywiście pełno było tomtadracji, wszelkiego typu mocnych haseł i zapewnień, a niekiedy nawet dochodziło do krwawych bitew. Tylko że różnica polegała na tym, jak to wszystko się kończyło, w porównaniu z tym co działo się na Zachodzie - nie mówiąc już o tym co działo się w barbarii moskiewskiej. Tam gdzie na zachodzie strona zwycięska z reguły skazywała pokonaną na ścięcie i kat miał pełne ręce roboty, u nas kończyło się ogólną zgodą, rokoszanie przepraszali króla, a król wycofywał się z planów wzmocnienia władzy królewskiej - i to było naturalne. Zresztą dużo też uczyniła ta legendarna wręcz polska tolerancja).

Na fali bowiem zmian które następowały, na fali festiwali muzycznych jakie organizowała nowa władza (w 1961 r. po raz pierwszy odbył się Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, a od 1963 r. Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu), pojawiały się płyty z muzyką pop, jazzem czy rock and rollem. Młodzież po raz pierwszy zaczęła bawić się na dyskotekach, wzorem ich rówieśników z Zachodu. W tej sytuacji nie mogło również zabraknąć pojawienia się w Polsce pierwszego supermarketu (które to np. w USA znane były już w latach 30-tych). Tak oto w 1959 r. Rozpisano projekt pod budowę hali targowej spełniającej wymogi wyżej wymienionego sklepu. Do realizacji tego zadania wybrano ekipę Jerzego Hryniewieckiego, który znany był już chociażby z budowy Stadionu Dziesięciolecia. Wraz z nim za konstrukcję tego budynku odpowiadali inżynierowie: Wacław Zalewski i Andrzej Żórawski (którzy zastosowali specjalny system odciągów i dźwigarów, które to utrzymywały stu tonowy dach budynku). Supermarket ów (zwany po prostu Supersamem), otwarto w 1962 r. Prezentował się on wspaniale i był prawdziwym powiewem zachodniego świata. Były ogromne tablice na których napisano "Wejście" i "Wyjście", poza tym mnóstwo stoisk z działami: napoje, pieczywo, produkty kolonialne, przetwory warzywne, owocowo, koncentraty, makarony, kawy i kilka innych. Mięso i wędliny trzymano w chłodniach, a liczba kas przy wyjściu robiła wrażenie nawet na dziennikarzach, którzy pisali że w Supersamie "towar sam wpada do koszyka". Oczywiście były i mankamenty, jak to w rzeczywistości socjalistycznej, w której "bohatersko rozwiązywało się problemy nieznane nigdzie indziej" 😂. Oczywiście w sklepie notorycznie brakowało produktów, a także ustawiały się przed sklepem kolejki, szczególnie do po mięso. W każdym razie ów Supersam był pierwszym powiewem Zachodu w naszym prl-owskim grajdole, i to nim jeszcze powstały Domy Towarowe "Centrum", czy bary Praha i Wenecja.


A NA KONIEC JEDEN Z ODCINKÓW PIERWSZEGO POLSKIEGO SERIALU "BARBARA I JAN" z 1965 r.