Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BIAŁORUŚ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BIAŁORUŚ. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 czerwca 2024

DOMEK Z KART!

 GDZIE MY ŻYJEMY?




 Wybaczcie mi że dzisiaj nie będę dużo pisał, a raczej skupię się na przekazie medialnym, ale przyznam się szczerze że nie mam ani nastroju, ani też nie chce mi się w wielu kwestiach powtarzać o tym, co pisywałem wielokrotnie wcześniej. Oczywiście wiadomo już że temat będzie dotyczył tego, co obecnie się dzieje w naszej kochanej Polsce, a raczej w kraju, który swobodnie możemy już nazwać generalną gubernią pod unijnym zarządem komisarycznym. Ciężko mi o tym pisać i ciężko mi też komentować te kwestie, bo serce mnie boli jak na to patrzę, a jeszcze bardziej przeraża mnie to, że jestem tak bezradny, w sytuacji gdy wewnętrzne marionetki powiązane z zewnętrznymi siłami - no co tu ukrywać - po prostu niszczą mój Kraj, moją Ojczyznę, mój Dom. Od razu też nasuwają mi się skojarzenia nie tylko z okresem okupacji niemieckiej, ale również z rokiem 1939, gdyż obecnie mamy sytuację dokładnie taką samą jak wówczas, z tą różnicą jedynie że granic naszych nie szturmuje regularne wojsko, lecz tabuny migrantów, używane jako broń w wojnie hybrydowej przeciwko mojej Ojczyźnie. Staram się o tym nie mówić, nie pisać, ani nie pokazywać po sobie, ale wewnętrznie spala mnie to do kości. Czuję wręcz fizyczny ból duszy, gdy pomyślę sobie o tym, co przez te pół roku zostało już poczynione przeciwko Polsce i to głównie rękami samych Polaków. W głowie układam różne scenariusze wydarzeń, ale niestety większość z nich sprowadza się do tego, że aby przebudzić to - co by nie mówić - w dużej mierze oszukane społeczeństwo, należy pozwolić tej ekipie która obecnie administruje naszym krajem (bo nie są to nawet rządy) jeszcze przez jakiś czas pozostać u steru. Niestety, wydaje się bowiem że nie ma innego wyjścia jak nauka przez porządny wpi...l, niestety, jeśli ktoś na własnej dupie nie doświadczy tych wszystkich "wspaniałości" które serwuje nam obecna ekipa "uśmiechniętej Polski", jeśli nie doświadczy tego namacalnie tak, aby zabolało, to niestety dalej będzie wchodziło dwa razy do tej samej kałuży z której w 2015 udało się w jakiś sposób wyjść. Dla mnie jest to niepojęte, ale może ja jestem mocno ograniczony w swojej perspektywie pojęciowej. W każdym razie musi boleć, niestety nie ma wyjścia. To społeczeństwo raz jeszcze musi doświadczyć porządnego kopa w tyłek. A poza tym za dobrze nam było, za szybko się rozwijaliśmy, za bezpiecznie było w kraju, nie było gwałtów, nie było niebezpieczeństwa terrorystycznego, no ale był PiS, a jak wiadomo nie ma nic gorszego na tym świecie niż PiS (i Konfederacja przy okazji). 

Uśmiechnięta Polska będzie więc nas raczyła całkowitym cofnięciem wszelkich inwestycji pro-rozwojowych (CPK, atom, port kontenerowy w Świnoujściu, rozbudowa portu w Szczecinie - o tym można zapomnieć). Swoją drogą czy to nie jest żałosne, że sami obywatele muszą wymuszać na rządzie tworzenie inwestycji które służą naszemu krajowi? Przecież to jest jakieś kuriozum, ja tego nie pojmuję i jedyne co mi przychodzi do głowy to jawne działanie na niekorzyść Rzeczypospolitej i w interesie czy to Brukseli czy Berlina, czy Moskwy... to już bez znaczenia. Teraz zaś Polska jest atakowana z dwóch stron od wschodu i od zachodu. Na wschodzie mamy od prawie trzech lat ataki hybrydowe na naszą granicę w celu destabilizacji sytuacji wewnętrznej w naszym kraju, w przypadku jakiegokolwiek poważniejszego konfliktu wojennego. Co zaś z tym robią rządzący? Co robi Kosiniak-Kamysz, co robi Bodnar, i co wreszcie robi Donald Tusk? Zabraniają wojsku (które sami wysłali na granicę) i Straży Granicznej (choć oczywiście w przypadku tej drugiej to wchodzą w grę zupełnie inne procedury) używać broni przeciwko najeźdźcom, którzy chcą się do nas dostać, chcą włamać się do naszego domu, a wojsko ma związane ręce. Nie może strzelać, żołnierze nie mogą się nawet bronić, a co najwyżej mogą ginąć na granicy, bo dla Tuska liczą się aktywiści z grupy granica (i innych temu podobnych c*** wie przez kogo finansowanych), działających przeciwko naszemu państwu jako piąta kurwa kolumna. Śmierć sierżanta Mateusza Sitka, który zginął kilka dni temu na wschodniej granicy w obronie ziemi Najświętszej Matki Polski, dla tych ludzi jest jak splunięcie - wczoraj był, dzisiaj go nie ma, jutro może zginie kto inny - kogo to obchodzi?! A w Moskwie i w Mińsku śmieją się z tych debili z naszego rządu, bo żołnierz polski nie może nawet użyć broni na gumowe kule przeciwko inwazji która cały czas trwa. Jak to skomentować? bo ja nie potrafię. 

To teraz do tego wszystkiego przyszedł również atak ze strony Niemiec, którzy po wprowadzeniu tutaj (jak to się wyraził Rafał Ziemkiewicz) swojego strupla w osobie Donalda Tuska, już na bezczela oficjalnie traktują nas jak swoją podkolonię a niemiecka policja bezczelnie przerzuca do nas imigrantów, którzy teoretycznie zjawili się w Niemczech przechodząc przez Polskę, ale kto to udowodni? Kto to sprawdza? My mamy im wierzyć na słowo? A może pytanie powinno brzmieć zupełnie inaczej, czy mamy w ogóle mamy jakiekolwiek służby, czy to już jest taki kartonowy kraj, coś na kształt domku z kart. Przyznam się szczerze ręce opadają. Nie będę też Was dziś zanudzał swoimi wynurzeniami zbyt długo, być może coś jeszcze napiszę w tym temacie (widząc do jakiej czarnej dziury wkłada wrzuca nas ta ekipa "uśmiechniętej Polski", to raczej pewne że tak się stanie). Chciałbym jednak aby wszyscy politycy (czy to z wewnętrznej piątej kolumny, czy też reprezentujący siły zewnętrzne) którzy myślą że ten naród można ujarzmić i w jakiś sposób znowu podporządkować, żeby wiedzieli że tak się nie stanie. Polska zresztą jest niesamowitym krajem, zobaczcie jaki my mamy niesamowity potencjał wzrostowy, a jesteśmy notorycznie gnębieni przez niekontrolowaną biurokrację i wszelkiego typu ograniczenia jakie są nam narzucane, a i tak nasz kraj ma niesamowity potencjał wzrostowy. Gdyby stworzyć warunki umożliwiające nam swobodny rozwój gospodarczy, gdybyśmy stworzyli potężną armię, stalibyśmy się najsilniejszym krajem w Europie i nikt nie byłby w stanie nas pokonać ani gospodarczo, ani militarnie, ani politycznie (tutaj należałoby totalnie wymienić kadry i zgodnie z powiedzeniem Cejrowskiego "Wszyscy k...a won!"). Wrócilibyśmy do czasów wielkiej Rzeczypospolitej, o której na początku XVII wieku pisał jeden z francuskich podróżników, że gdyby Polacy zaprzestali wzajemnych waśni i zjednoczyli się politycznie pod wspólnym sztandarem, żadna siła w Europie nie byłaby w stanie się im oprzeć, a Azja łatwo stałaby się ich łupem. Dziękuję i przepraszam za zbyt emocjonalne ukazanie tematu.





A TUTAJ ROZWINIĘCIE TEGO O CZYM NAPOMKNĄŁEM














PS: KONIECZNIE NALEŻY ODTWORZYĆ KORPUS OCHRONY POGRANICZA, A POZA TYM ZBUDOWAĆ CPK, ELEKTROWNIĘ ATOMOWĄ... I CO TU DUŻO MÓWIĆ - JA PO PROSTU DOMAGAM SIĘ BUDOWY WIELKIEJ POLSKI.

piątek, 7 czerwca 2024

KRWAWA GRANICA 2.0

GDZIE TERAZ SĄ AKTYWIŚCI, GRUPA GRANICA, OSTASZEWSKIE, STUHRY, A PRZEDE WSZYSTKIM GDZIE JEST AGNIESZKA HOLLAND?




 Przyznam się szczerze że początkowo miałem pominąć ten temat i nawet nie próbować go podejmować. Uznałem bowiem że nie ma sensu pisać o rzeczach które są jak najbardziej oczywiste i które już zostały wypowiedziane tyle razy, a jak na razie nie ma żadnego odzewu i żadnego odzewu też się nie spodziewam - przynajmniej od tego żałosnego rządu. Potem jednak doszedłem do wniosku że głupio tak nic nie powiedzieć, w tym temacie, tym bardziej że - choć staram się oczywiście trzymać je na wodzy - to jednak emocje we mnie pulsują. Pierwotnie bowiem zamierzałem podjąć temat dosyć zabawny, komediowy, rozweselający, no ale w tych okolicznościach oczywiście nie wchodzi to w rachubę. A okoliczności o których wspominam zapewne wszystkim są dobrze znane. W dniu wczorajszym (a w zasadzie to już praktycznie w niedzielę) odszedł z tego świata jeden z żołnierzy strzegących naszej wschodniej granicy na odcinku z Białorusią, szeregowy (obecnie awansowany na sierżanta) Mateusz Sitek. Młody, 21-letni chłopak, który służbę w Wojsku Polskim rozpoczął w grudniu ubiegłego roku. Zginął pół roku później, zamordowany przez jakiegoś bydlaka (prawdopodobnie z Bliskiego Wschodu), który próbował przedrzeć się przez naszą wschodnią granicę... do Europy, po wysoki i łatwy socjal oraz młode kobiety. Mateusz Sitek został ugodzony nożem, przywiązanym (czy przytwierdzonym) do długiego patyka, który to nóż wcześniej został zanurzony w jakiś fekaliach. Młody żołnierz został dwa razy ugodzony w brzuch i w klatkę piersiową. Trafił do szpitala (najpierw na miejscu tuż przy granicy), a potem przewieziony został helikopterem do Warszawy. Chłopak ("chłopak", Bohater - Obrońca Polskich Granic) jednak nie przeżył nie tyle samego ataku, nie tyle owych ciosów (które być może nie były śmiertelne), ale ponieważ nóż był zakażony, więc wystąpiły powikłania, wdało się zakażenie i realnie nie było już możliwości Mateusza ocalić.




Ale przecież żołnierz musi brać pod uwagę również i taki fakt, że może zostać ranny, lub nawet zginąć, bo taka właśnie jest służba, (nie praca, służba dla Ojczyzny). Problem tylko polega na tym, że nie mamy żadnej wojny, bomby nie spadają nam na głowę, a żołnierze nie muszą ryzykować bezpośrednio własnego życia po to tylko, aby odeprzeć agresję nieprzyjaciela (przynajmniej oficjalnie oczywiście). Realnie jednak jak wiadomo, od sierpnia 2021 r. mamy destabilizację naszej wschodniej granicy na odcinku z Białorusią, gdyż setki a nawet tysiące ściągniętych tam przez reżim Łukaszenki szuszfoli, pragnie przejść przez nasz kraj głównie po to, aby dostać się na Zachód (głównie do Niemiec). Czyli ewentualność utraty zdrowia sytuacji atak (i to niekoniecznie ataku z udziałem noża, ale chociażby zaostrzonego patyka którym można uszkodzić oko) jest więc bardzo duże, również duża jest ewentualność utraty życia jak widzimy w przypadku pana Mateusza Sitka. Ale czy możemy mieć pretensje do ludzi którzy (wyszkoleni przez służby specjalne Białorusi, a z pewnością i Rosji), zaprawieni w walkach (chociażby w Afganistanie), starają się sforsować tę granicę, nie patrząc na konsekwencje, tym bardziej jeśli z naszej strony tych konsekwencji nie ma żadnych. I właśnie nad tym chciałbym się teraz pochylić, bo tak naprawdę to nie jakiś muzułmański bandyta odebrał życie Mateuszowi Sitkowi - naszemu Bohaterowi, to nawet nie nóż ani ów patyk którym go dźgnął odebrał Mu życie. Nie! Życie odebrali młodemu żołnierzowi nasi politycy, a szczególnie obecna ekipa - która jeszcze do niedawna otwarcie hańbiła polski mundur i mieszała Polskich Żołnierzy - naszych Obrońców Granic... z gównem (bo już nawet nie z błotem). To tę ekipę wspierali pseudo-celebryci, pseudo-artyści, wszelkiej maści pajace, hochsztaplerzy i cwaniacy. To pan Frasyniuk - "legenda" Solidarności, który ponoć był takim kozakiem, że nie można go było złapać i komuniści mieli problem ze schwytaniem pana Frasyniuka bo tak się dobrze ukrywał (😂). Tylko jakimś cudem Kiszczak stwierdził jeszcze w 1988 czy 1989 roku że z Frasyniuka jest większa korzyść gdy przebywa na wolności, niż gdyby siedział w więzieniu, ale jeśliby chcieli, to nawet godziny dłużej nie byłby on wolny. I ta "legenda" śmiała dwa lata temu obrażać naszych żołnierzy, ten marny człowieczek o mentalności żula śmietnikowego śmiał pluć na mundur Żołnierza Wojska Polskiego. Niech on się cieszy (on i wszyscy jemu podobni) że żyjemy w takim państwie z kartonu, jakim jest III RP, bo gdybyśmy się cofnęli do lat 30-tych, to taki Frasyniuk na drugi dzień po tej swojej wypowiedzi, trafiłby do Brezy, gdzie miałby czas troszeczkę zastanowić nad swoim życiem (w 1930 r aresztowany poseł Libermann - a był to człowiek ideowo zbliżony do komunizmu, choć sam komunistą nie był - w drodze do więzienia w Brześciu nad Bugiem, eskortujący go strażnicy zatrzymali auto, wyciągnęli pana posła na zewnątrz gdzieś w otwartym polu i... kazali mu całować polską ziemię, na którą wcześniej pluł (bo i takie jego sejmowe mowy się zdarzały). Niestety ale w tym przypadku uważam że nie ma innego wyjścia (i możecie mnie nazywać zamordystą czy totalitarystą, mam to gdzieś, powiem nigdy takowym nie byłem i nie będę), lecz jeśli do pewnych ludzi nie dotrą słowa, które tłumaczą im że działają przeciwko interesowi Państwa Polskiego i naszego Narodu, i dopiero wtedy, jak taki jeden z drugim dostanie w ucho, to zastanowi się nad swoim postępowaniem i dojdzie do wniosku, że to co czynił było niewłaściwe. Podpisuję się pod tymi słowami obiema rękoma, choć nie są one moje, a wypowiedziane zostały przez Marszałka Piłsudskiego.

Inną sprawą jest jakość naszych celebrytów. Przecież to co mamy obecnie, to jest jakiś totalny chłam (i nie mówię tutaj o Opolach czy Eurowizjach - czego nie oglądam już od lat). Mówię o jakości, o tym z jakiego budulca ulepieni zostali współcześni celebryci, w porównaniu chociażby do ludzi zajmujących się kulturą i sztuką sto lat wcześniej. Pokażcie mi bowiem takich aktorów jak Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza, Jan Kiepura, Jadwiga Smosarska (w 1932 r. odrzuciła kontrakt w Hollywood bo nie chciała wyjeżdżać z Polski), Ina Benita, Loda Niemirzanka czy Nora Ney. A kogo mamy dzisiaj, panią Jandę (która czuje się jakby ciągle na nią oddawano kał), panią Kurdej-Szatan, Kayah, Wojewódzkiego, Zelta, Żebrowskiego? Powiem kolokwialnie bez jaj. Widać już oficjalnie jak ogromna różnica jakościowa dzieli nas współczesnych, od ludzi, którzy żyli 90, 100 lat temu. I ci wszyscy pseudo-celebryci i pseudo-artyści chórem (jakby ktoś na nich oddawał kał) pluli na polski mundur i polskich Obrońców Granic. I wszyscy oni oczywiście gremialnie (jak banda lemingów) wspierali reżim Donalda Tuska. Pan Sterczewski robił z siebie błazna na granicy biegając z reklamówkami, Filip i Flap - czyli Joński i Budka przynosili pizzę, albo jakieś inne zupki. Pani Jachira (to też jest modelka) konsekwentnie opluwała nie tylko polskich żołnierzy, ale również Polaków jako takich i polskie wartości oraz symbole niesławny: "Bób, hummus, włoszczyzna"). No i oczywiście pani Agnieszka Holland, spiritus movens całej obecnej sytuacji, autorka antypolskiego gniota pod tytułem "Heimkehr" "Zielona granica", w którym przedstawiła Żołnierzy Straży Granicznej i Wojska Polskiego jako... bandytów, po prostu bandytów. Wszyscy ci celebryci (bez wyjątków) mają teraz krew na rękach 21-letniego żołnierza Mateusza Sitka.








Ale to co rzeczywiście może człowieka wyprowadzić z równowagi, to jest fakt, iż przy tym rządzie (za PiS-u, ale nie sądzę żeby były aż tak drastyczne zakazy) zarówno Żołnierze Wojska Polskiego jak Straży Granicznej i Policji mają realnie związane ręce, gdyż nie mogą użyć broni palnej... nawet we własnej obronie. Aresztowanie z końcem marca tego roku dwóch żołnierzy Wojska Polskiego, którzy zmagając się z pięćdziesięcioosobowym tłumem migrantów oddali strzały ostrzegawcze najpierw w powietrze, a następnie pod nogi tych bandytów (oczywiście nikogo nie raniąc) zostali wyprowadzeni znad granicy w kajdankach na rękach przez żandarmerię wojskową podległą oczywiście pod pana "tygryska" Kosiniaka-Kamysza. Żołnierze ci zostali pozostawieni sami sobie, ponieważ partyjne wojsko (a szczególnie kadra oficerska, która woli przymilać się do polityków niż pielęgnować etos oficera Wojska Polskiego i przede wszystkim dbać o własnych żołnierzy) pozostawiła ich zupełnie samych, nawet nie zapewniając im adwokata i gdyby nie zbiórka wśród samych żołnierzy znad granicy, to do dzisiaj ta dwójka siedziałaby w areszcie. Co ciekawe śmierć Mateusza Sitka nastąpiła właśnie w tym miejscu, w którym ponad dwa miesiące wcześniej zostali aresztowani dwaj żołnierze Wojska Polskiego, i teraz powstaje pytanie: Mateusz Sitek zginął dlatego, że nie chciał mieć problemów z prawem, nie chciał zostać wyprowadzony w kajdankach przez żandarmerię wojskową podległą głupim politykom, którzy boją się że im słupki poparcia spadną (szczególnie teraz, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego). Skoro tak, to jedyne co mógł zrobić to dać się zabić! Ewentualnie uciekać lub odwrócić się w inną stronę i nie patrzeć jak bandyci przekraczają nasze granice, ponieważ żołnierz Wojska Polskiego, Straży Granicznej i Policjant realnie na granicy jest tylko marionetką i stoi tam po to, żeby politycy mogli powiedzieć że coś robią. Żeby pan "tygrysek" Kosiniak-Kamysz wyszedł na konferencję prasową i powiedział w blacków fleszczy: "stoimy murem za polskim mundurem". Doprawdy? Tygrysku, kiedy ty stałeś murem za polskim mundurem? Przecież ty nawet w wojsku nie byłeś, a jesteś ministrem Obrony Narodowej. To jest kpina, to jest naplucie żołnierzom w twarz, mało tego to jest naplucie w twarz nam wszystkim.

Ja widzę w tym momencie tylko jedno wyjście z całej tej sytuacji, które i tak będzie tylko połowicznym rozwiązaniem sprawy, ale od czegoś trzeba zacząć. Natychmiastowa dymisja Kosiniaka-Kamysza, Bodnara (czyli takiego tuskowego prokuratora Wyszynskiego) i oczywiście na końcu sam sprawca całych tych nieszczęść naszej Ojczyzny, które niestety nie omijają nas od grudnia zeszłego roku, czyli Donalda Tuska - pełniącego obecnie funkcję premiera rządu Rzeczpospolitej Polskiej. Następnie wszystkich tych prokuratorów wojskowych, którzy stali za aresztowaniem owych dwóch żołnierzy na granicy, wysłałbym bez broni (po co im broń? i tak nie mogą jej użyć) bezpośrednio na granicę żeby zobaczyli jak to jest, jak masz do czynienia z hordą agresywnych bandytów, którzy chcą się dostać do twojego kraju i uczynią to bez względu na środki (tym bardziej jeśli wiedzą - a wiedzą doskonale - że Wojsko Polskie nie może nie tylko do nich strzelać, ale nawet interweniować w żaden zdecydowany sposób, który może zostać potem odebrany jako przekroczenie uprawnień). Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i ciekawe co zrobili by ci świntojebliwi prokuratorkowie, gdyby bandyta z nożem na kiju zamoczonym w fekaliach zbliżyłby się do nich z zamiarem zadania śmiertelnego ciosu. 

To tyle na dzisiaj. To co leżało mi na sercu, napisałem i tak jeszcze się zastanawiam, w zasadzie po jakiego grzyba potrzebni nam są politycy? Przecież oni nie generują żadnego dobra, niczego nie tworzą a jeśli już to durne ustawy które mają nam albo odebrać pieniądze w postaci nowych podatków, albo wprowadzić jakieś inne durnoty administracyjne które też mają nas wydoić z kasy lub też uczynić z nas powolnych i posłusznych, grzecznych niewolników, którzy chodzą na wybory wtedy kiedy się im każe, a poza tym siedzą cicho i wykonują polecenia swoich panów (pamiętacie Kochani zakaz wejścia do lasów w czasie "pomoru" - ja pamiętam). Oczywiście nie oznacza to że nie powinniśmy mieć przywódców, liderów - owszem (których my sami wybierzemy i których będziemy mogli odwołać jeśli nie spełnią naszych oczekiwań), ale politycy jako grupa zawodowo-społeczna są nam potrzebni jak przysłowiowy zeszłoroczny śnieg. Przyznam się szczerze że już nie mogę patrzeć na niektóre twarze z tak zwanego politycznego ogródka i staram się naprawdę przynajmniej neutralnie myśleć o tych ludziach, choć nie jest to wcale łatwe. Pytanie tylko czy przez walkę o słupki poparcia dla takich panów jak Tusk, Bodnar i Kosiniak-Kamysz oraz całej masy tego tałatajstwa które siedzi za biurkami i nigdy nie wąchało nawet prochu, będą ginęli kolejni żołnierze Wojska Polskiego, Straży Granicznej Policji?


PS: w Niemczech również zmarł policjant, który został dźgnięty nożem w plecy przez migranta. Pewnie też nie miał prawa użyć środków przymusu bezpośredniego. Cóż, niestety ale przez polityczną poprawność, głupotę politruków i jeszcze większy debilizm aktywistów wszelkiego typu, popłynie jeszcze wiele krwi niewinnych osób.






środa, 13 września 2023

"FOLKSDOJCZERIA!"

CZYLI KOLEJNA ODSŁONA GNOMIADY



 Duszno mi! Tak, ale o tym za chwilę. W zasadzie miałem darować sobie ten temat, ponieważ nie lubię babrać się w gównie, bo po czymś takim tylko można się uświnić i nic więcej człowiek z tego nie ma. Jednak biorąc pod uwagę moją niechęć do kloacznych praktyk i tematów, to jednak zupełnie nie potrafię się odseparować od całego tego skurwysyństwa z którym obecnie mamy do czynienia. Dlatego też napisałem że duszno mi żyć w kraju, który niestety w swej historii zawsze tolerował mentalność niewolniczą (Piłsudski twierdził, że niestety w części mentalności Polaków jest coś takiego, że są oni w stanie wchodzić naszym największym wrogom w dupę i cieszą się gdy są w tej dupie obsrywani). Piłsudski napisał również kiedyś takie oto słowa: "Walczę i umrę jedynie dlatego, że w wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to ubliża - słyszysz! - ubliża mi jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą. Niech inni się bawią w hodowanie kwiatów czy socjalizmu, czy polskości, czy czego innego w wychodkowej (nawet nie klozetowej) atmosferze - ja nie mogę!" Ja niestety mam tak samo i dlatego też musiałem dać temu wyraz, pisząc przynajmniej że duszno mi w takiej atmosferze. Dusza Polska bowiem w swych dziejach wydała nieprawdopodobną ilość bohaterów, herosów, którym wszyscy supermeni i inni wymyśleni bohaterowie z komiksów i filmów mogliby co najwyżej czyścić buty. Niestety, mieliśmy również pokaźną liczbę zaprzaństwa i sukinsyństwa, o czym też już kiedyś pisałem. I raz jeszcze przytoczę słowa marszałka "Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy" i na tym właśnie dziś chciałbym się skupić.




Rzecz jest dość banalna w swej naturze, a jednocześnie tak parszywa, że odbiera chęci do życia zatruwając zewsząd powietrze którym wszyscy oddychamy. Jak to się mówi -  istnieje banalność zła, ale istnieją też dobrzy ludzie, dzięki którym to zło w ogóle ma szansę się rozwijać, a muszę stwierdzić że w naszym narodzie - który wręcz słynie z pobłażliwości złu - ma ono tutaj najlepsze warunki do istnienia i najbardziej podatną ku temu glebę. Co konkretnie mam na myśli? Tak jak wcześniej napomknąłem, mam tutaj na myśli nasze narodowe zaprzaństwo któremu pozwalamy się rozwijać w imię... (nie wiem, tolerancji? czy w imię tego żeby było miło, bo świadomość że Polacy, jako naród tolerancyjny, zapominają że tolerancja dla zła to nie jest żadna tolerancja tylko głupota, a w dalszej konsekwencji samobójstwo, bo zło wcześniej czy później zacznie wdzierać się we wszystkie aspekty naszego życia i zapragnie je sobie podporządkować). Symboli owego zaprzaństwa we współczesnej Polsce jest mnóstwo, a zauważyłem że od jakiegoś czasu niektóre osoby wręcz prześcigają się w tym, żeby zyskać palmę pierwszeństwa w kategorii "największa narodowa kurwa" (przepraszam za mocne słowa, ale piszę o tym w taki sposób, w jaki uważam za najbardziej właściwy). W ciągu ostatnich kilku dni na podium ten mocno zbliżyła się pani reżyserka Agnieszka Holland i jej najnowsze dzieło filmowe (ponoć oklaskiwane na festiwalu w Wenecji przez 15 minut. Naprawdę aż tyle czasu chciałoby się komukolwiek klaskać w dłonie? Czy my żyjemy w Korei Północnej czy może coś mi umknęło), dzieło to nosi nazwę "Zielona granica" (kurna, mocne! Pamiętam jak jeszcze studiowałem jakieś dwadzieścia lat temu i jeden z kierowców w firmie mojego ojca zauważył pewnego razu że mam jakąś książkę i bardzo chciał ją zobaczyć, a gdybym mu podałem, stwierdził "Uuuu, mocne" 🤣, a była to bodajże historia filozofii chodź już dokładnie nie pamiętam. Przyznam się jednak, że te jego słowa wprawiły mnie wówczas w szczególnie dobry nastrój).

Film ten jeszcze nie miał swojej oficjalnej polskiej premiery (ponoć będzie miał 19 czy 20 września), ale premierę międzynarodową miał już na festiwalu w Wenecji w dniu 5 września i jak wynika ze słów z samej reżyserki - ludzie po seansie ponoć siadali na schodach i płakali rzewnymi łzami, "płakali jak bobry" - jak dodaje sama Holland. Ja się wcale nie dziwię że oni płakali, ja przyznam szczerze też bym się rozpłakał. Nagle bowiem uświadomiłbym sobie, że dwie godziny mojego życia, które spędziłem oglądając film Agnieszki Holland (mówię oczywiście czysto teoretycznie), już nigdy nie wróci i bezpowrotnie jest stracone. Wtedy dopiero bym płakał jak bóbr, bo dałem się namówić na obejrzenie takiego zamulacza umysłowego (zwanego w potocznym języku mózgojebem), wcale więc nie dziwię się tamtym ludziom w Wenecji. A mówiąc już całkiem poważnie, to całą twórczość filmową pani Agnieszki Holland uważam za co najmniej mierną. Spod jej ręki nie wyszło żadne wybitne dzieło i doprawdy zachodzę w głowę, skąd ta kobieta wzięła swoją popularność? Do najsławniejszych jej dzieł mogę zaliczyć: "Pokot" (kiedyś pisałem już o tym filmie, przytaczając słowa nieżyjącego już Krzysztofa Karonia iż jest to po prostu apologia natury, zrównująca ludzi ze zwierzętami i mająca usprawiedliwić mordowanie ludzi w imię neomarksistowskiej ideologii). " W ciemności" - to kolejny film autorstwa pani Holland, opowiadający o losach Leopolda Sochy, lwowskiego kanalarza który w czasie niemieckiej okupacji Polski w kanałach ukrywał kilkunaścioro Żydów (w tym dzieci), przynosząc im jedzenie, opiekując się i ratując przed Niemcami tak długo, aż do Lwowa wkroczyli Sowieci. Film w wykonaniu Holland jest mdły i słaby, a postać Leopolda Sochy szczególnie wręcz z początku negatywna, dopiero z czasem nabiera ludzkich cech. Poza tym - jak na córkę komunisty przystało - Holland całkowicie pomija najistotniejszy w tym wypadku powód, dla którego Socha podjął się pomocy Żydom. Tym powodem była jego ogromna wiara (nie mylić z religią). 




Zresztą tam gdzie nie ma Boga, gdzie w duszy człowieka nie ma wiary, tam bez wątpienia - choćbyśmy mieli najlepsze intencje - wcześniej czy później pojawi się ego, pojawi się myślenie w kategoriach "ja jestem wyjątkowy i najlepszy, więc mnie się należy, a kto nie ze mną... ten niech tu leży" - i taką właśnie myśl powielały wszystkie ateistyczne ideologie świata, na czele z komunizmem i nazizmem. Gdyby nie wiara w Boga, oraz ogromna wiara w to, że ten świat nie jest jedynym (a nawet nie do końca rzeczywisty) to wielu ludzi nie podjęłoby się tego, czego realnie dokonali. Taki Socha, taki rotmistrz Witold Pilecki, kilka dni temu beatyfikowana rodzina Ulmów (również ukrywająca Żydów, za co zostali zamordowani przez Niemców wraz ze swymi małymi dziećmi), czy św. Maksymilian Maria Kolbe (który w Auschwitz oddał swoje życie za życie innego więźnia, co należy uznać za najwyższy rodzaj poświęcenia i jednocześnie najdoskonalszy wyraz miłości do drugiego człowieka, w którym każdy z nas powinien się przeglądać, niczym w obrazie uniwersalnej Miłości Bożej - bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do tego. Wszyscy jesteśmy Dziećmi Bożymi, częścią Bożej Miłości i dopóki nie uświadomimy sobie tego faktu i nie ujrzymy siebie samych w innym człowieku, dopóty skazani będziemy na powtarzanie tego materialistycznego ziemskiego piekła), wszyscy oni godzili się z własnym losem tylko dlatego że byli Niezłomni w swej wierze. Agnieszka Holland w filmach oczywiście to pomija, bowiem w światopoglądzie ateistycznym - jaki cechował wychowanie ludzi tej mentalności, wszelkie odwołania do Boga są, po pierwsze: nienowoczesne (bo wiadomo że nowoczesność, to zapętlenie się w materializmie - to oczywiste, prawda?), A po drugie: trąci to (w rozumieniu ludzi o mentalności podobnej do Agnieszki Holland) jakimś fanatyzmem czy przynajmniej paździerzem i nie może być promowane. Usuwając więc Boga ze swojego życia i otoczenia, tak naprawdę kobieta ta musi wytworzyć jakieś zastępcze erzatze, które - przynajmniej przez jakiś czas - zapewnią jej substytut wiary. Kiedyś takim erzatzem była na przykład wiara w komunizm (gdzie partia dla fanatycznych komunistów była Bogiem i partia nigdy się nie myliła, nawet jeśli dostałeś wyrok śmierci, to przede wszystkim winy szukałeś w sobie samym, w tym, że nie byłeś wystarczająco dobrym komunistą - bo partia NIGDY się nie myliła!) czy w narodowy socjalizm. Dziś zaś wierzy się w inne erzatze - współczesne i nowoczesne, np ekologizm, feminizm, genderyzm, wokizm etc. etc. Człowiek bowiem w swoim życiu zawsze potrzebuje wiary w coś większego niż on sam, dlatego też tworzy sobie swych własnych bożków, swoje własne złote cielce którym oddaje cześć do chwili, aż jego "zabawa" na tym świecie dobiegnie końca.

I taka właśnie jest pani Agnieszka Holland, która aby podbudować własną wiarę w wymyślone przez siebie erzatze (lub też wpojone jej od maleńkości przez tatusia który był zwykłym zdrajcą i komunistycznym agentem, oraz mamusię - która co prawda była najpierw w Armii Krajowej, ale potem skurwiła się podobnie jak jej mąż, pisząc np. donosy na profesora Tatarkiewicza), wydobyła ze swych trzewi nowy film o nazwie "Zielona granica". Ponieważ film ten nie miał jeszcze oficjalnej premiery, a wypuszczony został jedynie 2-minutowy trailer, przeto ciężko podjąć się jakiejkolwiek próby recenzji. W krótkich słowach można jednak powiedzieć że jest to perfidny i typowo komuszy (a nawet bardziej, bo owa komunistyczna, zatechla gnomiada została obecnie wsparta mentalnością folksdojczów) a tak na Polskę,  w sytuacji, gdy kraj nasz jest realnie w stanie hybrydowej wojny z Białorusią, która to sprowadziwszy do siebie muzułmańskich migrantów, stara się teraz przez granice (ale nie przez przejście graniczne oczywiście) przerzucić nielegalnych imigrantów w celu destabilizacji zarówno Polski jak i innych państw Europy (szczególnie Niemiec). Nic dziwnego że drugim miastem (prócz Wenecji) gdzie film Agnieszki Holland został przyjęty z ogromnym uznaniem i zadowoleniem, był Mińsk, a tamtejsza propaganda stwierdziła że ów wysryw na Polskę jest oparty na faktach autentycznych. Ja łukaszenkowcom w ogóle się nie dziwię, oni mają swoją propagandę i muszą tak mówić ponieważ to godzi Polskę którą uważają za swojego wroga (Polska nigdy nie była wrogiem Białorusi i nigdy nie będzie, a reżim który panuje na Białorusi trzeba zakończyć, dla dobra Europy i całego światowego pokoju). Nie pojmuję tylko jakim trzeba być moralnym karłem żeby zrobić film, który z miejsca przysłuży się propagandzie ruskiego miru? Ile trzeba mieć nienawiści do kraju w którym się urodziłaś? ile trzeba mieć żalu (nie wiem czy do rodziców - za to kim byli, czy też do siebie samej - za to kim jestem) żeby tak pluć na własną Ojczyznę? Ja rozumiem że pani Holland ma również pochodzenie żydowskie, ale mimo wszystko to jej nie tłumaczy, ponieważ w polskiej tradycji było wielu Żydów (i jest do dnia dzisiejszego) którzy potrafią zachować się porządnie i którzy nie plują na swoją Ojczyznę jaką była i jest Polska. Ale bez wątpienia pochodzenie, plus silne wychowanie w tradycji komunizmu musiało zrobić swoje - czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci. Od razu przypomina mi się Teatr Telewizji sprzed kilkunastu lat pt.: "Herbatka u Stalina", opowiadająca o wizycie George Bernarda Shaw w Moskwie w 1931 r. W końcowych minutach filmu Stalin (grany przez Janusza Gajosa) wypowiada znamienne słowa o próbującym przypodobać mu się angielskim idiocie: "Sukinsyn! (...) A najbardziej oburza mnie to, że on co chwile krytykuje Anglię, kraj w którym mieszka i na którym zbił olbrzymi majątek - gryzie rękę która go karmi, bydlak! (...) Można chwalić cudzy kraj nie potępiając własnego, są jakieś zasady postępowania".


SHAW: "Marks zrobił ze mnie człowieka, natchnął mnie wiarą, a wiara była podnietą do rebelii i buntu"

STALIN: "Taaa"



Tak więc Agnieszka Holland atakuje w swym filmie żołnierzy Straży Granicznej (i w ogóle żołnierzy Wojska Polskiego), za to, że wykonują swoją pracę, chroniąc granicę przed zalewem nielegalnych, sprowadzonych tu przez reżim Łukaszenki imigrantów, którzy mają za zadanie zdestabilizować Europę (bo wiadomo, że ich celem nie jest Polska tylko przede wszystkim pragną dostać się do Niemiec, ewentualnie do Francji czy Wlk. Brytanii). Żołnierze nie popełniają tam żadnych zbrodni, nikogo nie mordują tak jak głosi propaganda (a niestety jest to propaganda z którą utożsamia się pani Agnieszka Holland), po prostu powstrzymuję zalew Polski i Europy przed ludźmi którzy są kulturowo wrodzy jakiejkolwiek tradycji europejskiej (nie tylko chrześcijańskiej, również tej ateistycznej, również tej lewicowo-liberalnej). Wymyśla się też bzdury o jakimś Ibrahimie, który miał płynąć Bugiem głodny i spragniony, wychodził na brzeg dopiero nocami i dzwonił przez komórkę (zapewne do pani Holland), ale nie mógł złapać zasięgu, to z powrotem wchodził do wody i dalej płynął (prawdopodobnie płynie po dziś dzień, chociaż Ibrahima wymyślono prawie dwa lata temu - to myślę że do dzisiaj jeszcze nie dopłynął do celu, choć zapewne przepłynął już kulę ziemską co najmniej dwa razy. Trzeba też pamiętać że nocami wychodził na brzeg więc musiał się streszczać żeby znaleźć jakiś ład albo jakąś wysepkę, jak Robinson Crusoe 🤭). W filmie Holland jest również obowiązującą typowo lewicowa teza, jakoby przez granicę miały przechodzić kobiety z dziećmi, ewentualnie jacyś starcy, a nie młodzi 20, 30-letni mężczyźni, którzy szturmują granicę niczym wojownicy Allaha. Nie ma co się temu dziwić - kobiety i dzieci potrafią rozmiękczyć każde serduszko, nic więc dziwnego że niektórzy sobie w Wenecji popłakali (w ogóle przy tym nie zastanawiając się nawet nad faktem, że mają do czynienia z czystą propagandą, z jawnym i bezczelnie nam wciskanym fałszem). Ale tak właśnie kształtuje się umysły ludzi którzy nie wiedzą jaka jest prawda, albo nie chcą jej znać, nadal tkwiąc w swoich własnych ideologicznych erzatzach.


OTO TRAILER "ZIELONEJ GRANICY" AGNIESZKI HOLLAND



A TAK WYGLĄDAŁ SZTURM POLSKIEJ GRANICY PRZEZ OWE KOBIETY Z DZIEĆMI NIM POWSTAŁ MUR





A TAK WYGLĄDA TO TERAZ




NA KONIEC JESZCZE KOMENTARZ "DZIKIEGO TRENERA"



środa, 22 marca 2023

DZIŚ NAM POTRZEBA NOWEJ SANACJI!

 POTRZEBA JAK DIABLI




Być może takie hasło mocno zniesmaczy (łagodnie mówiąc) wszelkiej maści libków, komuchów starej i nowej daty, oraz zwolenników dmowszczyzny (czy też jej korwinowskiej odnogi), ale tak, tak właśnie uważam - dziś potrzebujemy silnej partii a raczej silnego stronnictwa kilku partii sanacyjnych, partii reformy i naprawy kraju oraz wykorzystania naszego położenia geopolitycznego i strategicznego w obecnej wojennej sytuacji na naszej wschodniej granicy. Oczywiście są to jak na razie pobożne życzenia, gdyż niczego takiego na politycznym horyzoncie nie widać, a PiS, który jak dotąd pełnił funkcję "naprawiacza" kraju, okazał się co najwyżej (i to w najlepszym tego słowa znaczeniu) grupą rekonstrukcyjną Sanacji (chociaż ja osobiście uważam że to jest bardziej jej parodia). Po Prawie i Sprawiedliwości już niczego szczególnego się nie spodziewam (to znaczy żadnych konkretnych i zdecydowanych reform, aczkolwiek biorąc pod uwagę konkurencję polityczną tej partii, to w zasadzie nie ma wyjścia jeśli chodzi o wybór polityczny na kolejne lata, jak niestety dalej przedłużyć te rządy. Bo tutaj w zasadzie nie ma o czym rozmawiać, gdyż wszelkiego typu opozycyjna, totalna folksdojczeria (mniejsza lub większa) nie nadaje się nawet na to żeby zasiadać w sejmie w roli opozycji a co dopiero rządzić krajem. Jest to jednak sytuacja wybitnie toksyczna, nie może być bowiem tak, aby partia rządząca nie miała dla siebie żadnej pozytywnej alternatywy, w postaci silnej partii opozycyjnej. Nie totalnej a kontrolnej, nie zapatrzonej na obce stolice, a słuchającej głosu obywateli (obywateli, a nie fanatyków, w tym ludzi pełnych nienawiści - co częstokroć można spotkać na różnych forach typu wyborcza.pl czy oko.press). Niestety jak na razie takiej politycznej alternatywy nie ma, i nie widać aby w najbliższej przyszłości miało się pojawić. A silna partia sanacyjna jest bardzo potrzebna. Tym bardziej teraz, kiedy - jak jak to stwierdził ambasador niemiecki w Polsce - mamy swoje 5 minut.

Tak, 5 minut i tylko tyle? Od kilku już ładnych miesięcy intensywnie przyglądam się wypowiedziom (i działaniom) polityków, komentatorów, dziennikarzy oraz ambasadorów niemieckich na temat Polski i zauważyłem jedną ciekawą rzecz. Mianowicie przed 24 lutego 2022 r. sytuacja była w miarę klarowna. Owszem, nasze stosunki z Niemcami po 2015 r. nie należały do łatwych, ale nie powodowało to jakiegoś większego wzburzenia czy też większej aktywności medialnej polityków i publicystów nad Szprewy, panował tam raczej spokój (szczególnie po 2020 roku i zwycięstwie Joe Bidena w wyborach prezydenckich w USA). Ani politycy, ani dziennikarze niemieccy raczej nie zabierali zbyt często głosu na tematy Polski. Wyglądało to tak, jakby nie chcieli wtrącać się w wewnętrzne sprawy naszego kraju, co oczywiście się chwali, choć była druga strona tego medalu. A działano tak, ponieważ interesy niemieckie i tak były zabezpieczone zarówno wewnętrznie, przez rodzimą folksdojczerię, jak i zewnętrznie przez politykę USA Joe Bidena i Demokratów, która oddała kontrolę nad Europą w niemieckie ręce. Tak więc panowie (i panie) znasz Szprewy nie widzieli sensu ani potrzeby zbyt często zabierać głosu na tematy tak oczywiste dla nich, jak niepodważalna pozycja Niemiec w Europie, powiązanych sojuszem surowcowo-politycznym z Moskwą. Nawet kwestia reparacji dla Polski za zbrodnie popełnione przez przodków dzisiejszych Niemców w czasie II Wojny Światowej (choć budziła ich irytację) nie powodowała większego wzmożenia, ani też nerwowości.

Sytuacja jednak nagle zmieniła się po 24 lutego 2022 r. gdy moskowia postanowiła w imperialnym narkotycznym szale napaść na niepodległe państwo Ukrainę. Niesamowita i nigdzie wcześniej niespotykana pomoc, jaką ukraińscy uchodźcy znaleźli w Polsce i wsparcie, jakie udzielone zostało całej Ukrainie przez państwo polskie (zarówno w sprzęcie militarnym jak i politycznym i gospodarczym) doprowadziło do znacznego przetasowania geopolitycznego w Europie, do którego również swoim postępowaniem przyczynili się Niemcy. Ich konformizm, ich dwulicowość i wyczekiwanie na zwycięstwo moskowian, doprowadziło do sytuacji w której cała niemiecka soft power runęła na pysk i nawet Amerykanie (a raczej rządzący w USA demokraci) którzy wiele uczynili żeby dać Niemcom wolną rękę w Europie, zobaczyli że na Berlinie nie mogą polegać, gdyż Niemcy dążą (w taki czy inny sposób) do odnowienia relacji z moskowią, do powrotu do sytuacji sprzed 24 lutego, wyczekują tego momentu i są gotowi wiele poświęcić aby do tego doprowadzić. Amerykanie zauważyli więc, że stawiając na Niemców postawili na konia trojańskiego w Europie, na konia, który bocznymi bramami próbował przycisnąć moskiewskie wpływy na nasz Kontynent i ubrać to w hasło: "Europy od Władywostoku po Lisbonę". A Amerykanie - którzy podjęli się już jawnej (choć jeszcze nie gorącej i otwartej) konfrontacji z Chinami na Dalekim Wschodzie, muszą jednocześnie mieć zabezpieczone swoje wpływy w Europie, zaś stawianie na Niemcy, które widzą jedynie swoją przyszłość w sojuszu z moskowią te wpływy automatycznie niweluje. Nic więc dziwnego że prezydent biden dwa razy w ciągu jednego roku odwiedził Polskę, natomiast całkowicie pominął rusofilskie państwa typu Niemcy i Francja, które pragną jedynie powrotu do tego co było, i co doprowadziło do tej najokrutniejszej od czasów II Wojny Światowej - wojny na Ukrainie.




I tutaj też dochodzimy do zmiany niemieckiego stanowiska co do Polski, bo nagle okazało się, że Berlin do końca nie przewidział politycznych konsekwencji własnych działań. Nagle bowiem po 24 lutego 2022 r. obudzili się Niemcy w świecie, w którym nie oni już bezpośrednio rozdają karty w Europie, w świecie w którym Stany Zjednoczone już nie stawiają tak bezdyskusyjnie na niemiecką kartę i w świecie w którym w sposób nieprawdopodobnie szybki wzrosło geopolityczne znaczenie Polski. Wszystko to razem wzięte (a szczególnie ten ostatni punkt) powoduje bardzo silną niemiecką frustrację i przekłada się ona na wypowiedzi oraz działania niemieckich polityków, komentatorów, dziennikarzy, profesorów i oczywiście niemieckiego ambasadora w Polsce, pana Thomasa Baggera, którego jak widać chyba bardzo boli te nasze 5 minut. Dla Niemiec (i oczywiście dla Moskwy) wzrost znaczenia Polski w polityce europejskiej - nie mówiąc już oświatowej - jest krótko mówiąc nie do zaakceptowania. I ktoś mógłby tutaj powiedzieć że to jest ta typowa niemiecka buta, ten typowy niemiecki szowinizm, wywodzący że naród niemiecki jest zawsze i pod każdym względem lepszy (a ponieważ mam niemieckie korzenie, to i coś na ten temat mogę powiedzieć), zaś to wszystko co mieszka na Wschodzie (z wykluczeniem oczywiście Moskwy której Niemcy się boją), to jest słowiańska hołota z którą nie ma co się liczyć i należy ją wziąć pod but. Kwintesencją tego myślenia jest chociażby oberleutnant von Nogay z filmu "CK Dezerterzy" z 1986 r.), który robiąc musztrę, kazał ustawiać żołnierzy wielce walecznej armii austro-węgierskiej wedle narodowości i był mocno zdziwiony że w oddziale nie ma żadnego Austriaka, natomiast jest wiele narodów takich jak Słowacy, Serbowie, Czesi Morawianie, Polacy. Podsumował to więc krótko: "Czyli jednym słowem cała banda słowiańskich bydląt niezdolnych do samodzielnego życia". Choć jest to tylko filmowa fikcja, dobitnie pokazuje ona realną niemiecką butę i szowinizm.


płk. Wagner też zresztą Austriak - krótko podsumował działalność von Nogaya:
"Barbarzyństwo którym się pan wykazał jest biegunowo odległe od regulaminu. (...) Wie pan że nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić pańskie postępowanie".



Tak niemiecki szowinizm jest bardzo silny w tamtejszym narodzie (dodatkowo uważam że jest odwieczny, a nazizm był jedynie najbardziej ordynarną formą owego odwiecznego niemieckiego szowinizmu), to jednak w niemieckim postępowaniu politycznym (w szczególności zaś w postępowaniu w stosunku do Polski) nie on jest najważniejszy. Tutaj decyduje geopolityka i niestety czy to nam się podoba czy nie realnie rzecz biorąc Niemcy muszą podporządkować sobie Polskę, aby dzięki niej móc kontrolować nie tylko całe Bałkany ale również i państwa bałtyckie (Ukraina i Białoruś uważane były do tej pory za strefę wpływów moskowi). Zbytni bowiem wzrost pozycji Polski natychmiast odbija się na pozycji geopolitycznej oraz gospodarczej Niemiec (oczywiście mówimy tutaj o kwestiach hegemonii i dominacji, a nie o pokojowym współistnieniu i życiu naszych narodów czy w ogóle narodów europejskich). Stąd też podważenie dotychczasowej roli Niemiec na kontynencie natychmiast spowodowało jazgotliwy atak z tamtej strony, czego ostatnim chociażby przejawem była rozdmuchana w mediach niemieckich sprawa masowych grobów na granicy polsko-białoruskiej, jakoby polska Straż Graniczna chowała w masowych grobach (liczonych w setkach a nawet w tysiącach) bliskowschodnich migrantów, ściąganych tutaj przez reżim tego śmiesznego dyktatorka z Białorusi (towarzysza marchewki 😅). Oczywiście kilka zgonów było, ale nie były to ani setki ani tym bardziej tysiące, a ci, którzy przeszli na polską stronę otrzymali pełną pomoc medyczną i humanitarną (nas bowiem nie trzeba uczyć humanitaryzmu, ani zasad wolności czy praworządności. My to mamy w naszym DNA, w naszych genach, tak samo jak niestety i powtórzę to raz jeszcze niestety Niemcy mają w swoim DNA ten cholerny szowinizm w stosunku do Polaków i innych Słowian). Mało tego, część z owych migrantów przedostała się nawet do Niemiec, co też spowodowało że Niemcy - gdy ich wyłapali u siebie - to odesłali ich na polską stronę bo przecież oni ich u siebie nie chcą (i jak twierdzili Polska była pierwszym krajem w którym złożyli oni prośbę o azyl).

Potem przyszły inne medialne ataki ze strony Niemiec, jak choćby twierdzenia że Polska tak naprawdę niewiele pomaga Ukrainie, trochę tam zaczęła - teraz przestała, sprzęt jest słabej jakości i w ogóle to nie ma co liczyć na Polskę, gdyż to przecież Niemcy najbardziej pomagają Ukrainie (szczególnie wysyłając im partie kilkunastu tysięcy nie nadających się do użytku hełmów), a ci masowo zawyżają swoją pomoc, włączając w nią nie tylko ten sprzęt,który zadeklarowali się wysłać ale wciąż nie wysłali, lecz również takie kwestie jak szkolenie Ukraińców czy wysyłanie koców. Realna pomoc polega na umożliwieniu Ukrainie szybkiego zakończenia tej wojny i tylko taka pomoc się liczy. Żadne pieprzenie (za przeproszeniem) o humanitaryzmie, o wysyłaniu jakichś tam koców czy hełmów nie nadających się do użytku niczego nie zmieni. Ukraińcy muszą szybko wygrać z mostowianami te wojnę, wypędzić ich ze swojej ziemi i spowodować żeby na Kremlu żaden następca karzełka Putina nie pomyślał chociażby o podjęciu w przyszłości zbrojnej ofensywy przeciwko jakiemukolwiek państwu w Europie czy w Azji czy gdziekolwiek indziej. A tutaj Niemcy koncertowo dali ciała. Niemcy jako kraj o szowinistycznej mentalności, nie lubią też jak się ich poucza nie lubią jak się im pokazuje ich błędy i jak się ich pogania. Nie są przyzwyczajeni do takiego systemu, a szczególnie już nie są przyzwyczajeni do połejanek ze strony Polaków i to ich bardzo denerwuje, do tego stopnia że odzywają się te głosy w polityce niemieckiej, które do tej pory (czyli do 24 lutego 2022 r.) milczały. Ponieważ jednak Niemcy widzą, że Amerykanie przestawili wajchę bardziej na Wschód i zdając sobie sprawę że bez Polski nie ma Ukrainy (nie ma żadnej możliwości udzielenia pomocy Ukrainie bez Polski), postanowili mimo wszystko zmienić swoje podejście i postawić na Polskę a nie na Niemcy, stąd furia ambasadora, który twierdzi że to nie jest jeszcze takie do końca pewne, że my mamy tylko te 5 minut (uż sam fakt mówienia o 5 minutach pokazuje, że albo ktoś jest niestabilny emocjonalnie, albo jawnie był naszym wrogiem - i nie mówię tutaj o samym ambasadorze a o państwie niemieckim jako takim).

Niemcy teraz próbują pokazać że cokolwiek robią, że zerwali z Rosją i że zrozumieli swoje błędy, jednocześnie atakując Polskę za to, że pomaga najbardziej Ukrainie (biorąc pod uwagę zarówno pomoc humanitarną jak i militarną i ekonomiczną). Niemcy pragną pokazać się Amerykanom jako dobry piesek, ten który już nie gryzie, już zrozumiał że nie może i już teraz przyjaźnie merda ogonkiem. Rzeczywistość jest jednak taka, że to Niemcy i Francuzi najbardziej żałują wybuchu tej wojny (oczywiście ta wojna jest nieszczęściem i jej wybuch był katastrofą, ale jednocześnie tak jak wybuch I Wojny Światowej przyniósł nam Niepodległość, tak wojna na Ukrainie dała nam możliwość zmiany naszego geopolitycznego położenia. Wraz z Ukrainą Polska wraca na swoje miejsce w Europie, przerwane ponad dwieście lat temu rozbiorami i komunistycznym zniewoleniem. Jednak aby wykorzystać tą okazję geopolityczną, jaka kształtuje się przed naszym krajem, należy przywrócić dawną Sanację (oczywiście nową jej wersję, uwspółcześnioną) ale mentalnie tę dawną, tę, która wytworzyła tak wspaniały rodzaj ludzkiego charakteru.



niedziela, 25 września 2022

Z UKRAIŃSKIEGO FRONTU... Cz. I

 FILMY, ZDJĘCIA I MEMY

 
 
DZIŚ ZAPRASZAM NA ZABAWNE PODSUMOWANIE OSTATNICH WYDARZEŃ NA FRONCIE WOJNY Z KACAPIĄ, NA PRZYKŁADZIE ZABAWNYCH MEMÓW, ZDJĘĆ I FILMÓW. ZAPRASZAM:
 
 
 

 
 
"Wojna będzie się przeciągała aż do całkowitej klęski Rosji. 
My już przegraliśmy. Reszta to kwestia czasu"
 
Oto komentarz Igora Girkin-Striełkowa (ps. "Wodka") zbzikowanego na punkcie carskiej "białej Rassji" sowieckiego trepa z Donieckiej Republiki Chujowej Ludowej, na temat obecnej sytuacji na froncie rassjisko-ukraińskim
 
 

 
 
A TERAZ, 
TYSIĄCLETNIE DZIEJE RASSJI 
(AUTORSTWA ALEKSANDRA SIEMIONOWA ps. "LAZY SQUARE") PRZEDSTAWIONE W 50 SEKUND NA PRZYKŁADZIE... JEDNEJ KAŁUŻY 
 

 
 
"RATUJMY KOMUNIZM"
TAKIE DEBILIZMY ODCHODZĄ W TYM ZACZADZONYM WÓDĄ, TĘPĄ IDEOLOGIĄ I WSZECHOGARNIAJĄCĄ BEZNADZIEJĄ "RUSKIM MIRZE"
 

 
 
 "I JAK? WYGRYWAMY?
"JAKBY TO POWIEDZIEĆ, DRUGIE MIEJSCE" 😅
 

 
 
"CZEKALIŚMY NA WAS!"
TAK MIESZKAŃCY WYZWALANYCH OD RUSKIEGO SYFU MIRU UKRAIŃSKICH WIOSEK I MIAST WITAJĄ SWOICH ŻOŁNIERZY
 

 
 
WYZWOLONY IZIUM
MOSKALE UCIEKALI Z TAKĄ SZYBKOŚCIĄ, ŻE ZOSTAWILI ARTYLERIĘ I CZOŁGI, ALE I WIELU WŁASNYCH ŻOŁNIERZY (OFICEROWIE UCIEKLI PIERWSI - JAK TO W ROSJI, GDZIE NIE MA ANI POCZUCIA HONORU, ANI GODNOŚCI LUDZKIEJ ANI NAWET SZACUNKU DLA ŻYCIA. ZRESZTĄ RUSKA SZLACHTA NIE WZIĘŁA SIĘ - TAK JAK W POLSCE CZY EUROPIE ZACHODNIEJ Z TRADYCJI RYCERSKIEJ CZYLI HERBOWEJ, TYLKO ZE... SZLACHTOWANIA I CAŁKOWITEGO POSŁUSZEŃSTWA CAROWI. JUŻ CZAADAJEW PISAŁ W XIX WIEKU, ŻE ROSJA TO KRAJ BEZ HISTORII, TRADYCJI, KULTURY I PRZYSZŁOŚCI. INNYMI SŁOWY - CZASY SIĘ ZMIENIAJĄ, A KAŁUŻA ZOSTAJE TA SAMA)
 

 
 
WYZWOLONA BAŁAKLIJA 
MIESZKAŃCY BAŁAKLIJI WITAJĄ 
SWOICH WYZWOLICIELI
 

 

 
 
 UKRAIŃSKA FLAGA ZNÓW ZAŁOPOTAŁA 
W IWANÓWCE
 

 
 
PREZYDENT WOŁODYMYR ZEŁEŃSKI 
WIZYTUJE WYZWOLONE TERENY
 

 
 
 A TERAZ PRAWDZIWA KOMEDIA. MOSKIEWSCY KAMANDIRZY I PAŁKOWNICY UCIEKALI TAK SZYBKO, ŻE DUŻĄ CZĘŚĆ SWOICH ODDZIAŁÓW POZOSTAWILI W OKRĄŻENIU NA PASTWĘ UKRAIŃCÓW. TUTAJ WIDAĆ JAK ZAŁOGA RUSKIEGO CZOŁGU PRÓBUJE PRZEDRZEĆ SIĘ DO SWOICH, DO RASSJI, I... 
TRAFIA W DRZEWO 😂
 

 
 
RUSCY "Z" - ZBRODNIARZE
ODNAJDYWANE ZWŁOKI POMORDOWANYCH MIESZKAŃCÓW WYZWALANYCH MIEJSCOWOŚCI
 

 

 
 
 A NA KONIEC:
TOWARZYSZ MARCHEWKA...
 
 


 
 
I MOJA DYGRESJA W TYM TEMACIE:
 
 
Ostatnio na Ukrainie (8 września) świętowano (i pamiętano) rocznicę wielkiej, zwycięskiej bitwy pod Orszą z 1514 r. w której to hetman wielki litewski (i święty cerkwi prawosławnej) - Konstanty Ostrogski w pył rozbił prawie trzykrotnie liczniejsze siły moskiewskie - Iwana Czeladnina. Niegdyś pamiętano o tym zwycięstwie również na Białorusi, ale obecnie jest to już moskiewska atrapa państwowa, a towarzysz marchewka już od dłuższego czasu pełni rolę przybocznego kundla Putina. Teraz jednak, gdy przyglądam się postępom armii ukraińskiej na froncie charkowskim i widzę panikę i ucieczkę moskiewskich z-brodniarzy, od razu przypomina mi się rok 1920 i paniczna ucieczka "niezwyciężonej Armii Czerwonej" do Moskwy. 
 
 
"TAM UCIEKLI BOLSZEWICY"
 

 
Widać więc, że historia zatoczyła koło, a historia to dobra nauczycielka życia, tylko trzeba umieć uczyć się na jej przykładach i właściwie wyciągać wnioski. Dawna Rzeczpospolita Polsko-Litewsko-Ruska była potęgą nie do przejścia i nie do pobicia, dopóki nie zaczęła być demoralizowana wewnętrznie (przy wybitnym wsparciu dworu moskiewskiego, wiedeńskiego, berlińskiego i... paryskiego). Ale i to nie dawało gwarancji rozbicia Rzeczpospolitej, gdyż nawet Polska osłabiona, z nieistniejącą armią była groźna dla mocarstw zaborczych. Dopiero wspólne działanie Moskwy, Austrii (Świętego Cesarstwa Rzymskiego) i Prus pozwoliło ostatecznie wymazać ów jedyny kraj, dający bezpieczeństwo i gwarantujący niepodległość krajom Międzymorza. Dopiero wspólna praca "trzech czarnych orłów" dała pożądane rezultaty w postaci rozbiorów Rzeczpospolitej. dziś jesteśmy mądrzejsi i potrafimy przewidzieć i przeciwdziałać niszczycielskim tendencjom w polityce międzynarodowej i geopolityce. a te tendencje to... silne Niemcy i silna Rosja, czyli powrót do gorbaczowowskiej koncepcji Eurazji z 1987 r., potwierdzonej przez Putina w Berlinie (2001 r.) i Paryżu (2005 r.). Nie miejmy więc żadnych złudzeń, że celem Niemiec jest zwycięstwo Ukrainy w wojnie z moskiewską kacapią. Celem Berlina (i Paryża) jest zakończenie tego konfliktu w miarę najszybciej (oczywiście kosztem Ukrainy) lub wymiana przywódcy Kremla (np. na takiego opozycjonistę Nawalnego, który niby to siedzi w kolonii karnej - a każdy rozsądny człowiek powinien się domyślić jak wygląda ruska kolonia karna - ale jednocześnie ma możliwość nagrywania filmików na telefon i... umieszczania ich w sieci. Niczym Lech "Bolesław" Wałęsa w ciężkim więzieniu w Arłamowie, zamawiający sobie kolejne butelki alkoholu i specjalnie przygotowywanego jedzenia do swojej celi. Ciekawe prawda?). Wymiana przywódcy byłaby najbardziej korzystną z punktu widzenia Paryża i Berlina, bo można by było "zacząć od zera", czyli resetujemy to co było dotąd, i zaczynamy od nowa z czystą kartą, deklarując wszem i wobec że Nawalny (lub też jakaś jego odmiana) to rosyjski "liberał i demokrata" a tak w ogóle to trzeba go wspierać, bo przyjdą nacjonaliści i znów będzie wojna. Czyli po zmianie wszystkiego w taki sposób, aby... nic nie zostało zmienione (poza wymianą jednego przywódcy Kremla), powrót do polityki "business as usual". Tak więc, gdy Rosjanie nie mają na Zachodzie jakiegoś Hitlera, Scholtza, czy innego sukinsyna, to potulnie siedzą w swoich syberyjskich norach i nie próbują nawet wychylać głowy, z obawy że mogą je stracić.
 
Coś takiego jest nie do zaakceptowania, gdyż jedynym celem krajów Międzymorza zawsze musi być jak największe osłabienie dwóch potencjalnych agresorów i niszczycieli europejskiego porządku, czyli Rosji i Niemiec. Według mnie, najlepszym rozwiązaniem dla całego Świata, Europy i oczywiście samych zainteresowanych krajów byłby powrót do sytuacji sprzed zjednoczenia i sprzed tzw.: "zbierania ziem ruskich", czyli po prostu do rozpadu Niemiec i Rosji na poszczególne landy, prowincje, regiony, przy jednoczesnym powstaniu większego związku politycznego pod sztandarem dawnej Unii Jagiellońskiej. Przyniosłoby to wreszcie upragniony pokój w Europie na dekady (a być może na stulecia). Wiedzą o tym Ukraińcy (wiedza również Białorusini), pamiętając o triumfie spod Orszy, jako symbolu ponownie jednoczącego wszystkich Rzeczpospolitan.   
 
 
 BITWA POD ORSZĄ
(1514)
 

 
 
A OTO ATAMAN PIOTR KONASZEWICZ-SAHAJDACZNY
JEDEN Z NAJWIĘKSZYCH KOZACKICH WODZÓW DAWNEJ RZECZPOSPOLITEJ, UCZESTNIK WYPRAW NA MOSKWĘ z lat 1610-1612 i 1617-1619
 



ZIEMIE WYZWOLONE PRZEZ UKRAIŃCÓW
(KOLOR JASNO-ŻÓŁTY I JASNO-RÓŻOWY)
 
 
 
CDN.
 

środa, 13 lipca 2022

WOJNA 39 - Cz. X

NA PODSTAWIE RELACJI RZĄDOWYCH,

INSTRUKCJI I ARTYKUŁÓW PRASOWYCH

DZIEŃ PO DNIU

od 5 stycznia do 27 grudnia 1939 r.





NIECHCIANY SOJUSZ

CZYLI RELACJE POLSKO-NIEMIECKIE

(1934-1939)

Cz. VII



 



ZBLIŻENIE POLSKO-SOWIECKIE
(1932)
Cz. VI
 
 
 
NIEPEWNY POKÓJ I NOWA "WOJNA"
(UKRAINA - BIAŁORUŚ - LITWA)
 
 
 Po raz pierwszy niepodległość Białorusi ogłoszona została przez Radę Białoruskiej Republiki Ludowej (powstałej 9 marca 1918 r. z przemianowania Komitetu Wykonawczego Rady I Wszechbiałoruskiego Zjazdu, który 21 lutego ogłosił się najwyższą władzą cywilną na Białorusi) 25 marca 1918 r. Nowe państwo obejmować miało ziemie Mińszczyzny, Witebszczyzny, Mohylewszczyzny, Grodzieńszczyzny (z Białymstokiem), oraz część Wileńszczyzny, Smoleńszczyzny i Czernihowszczyzny, jednak od samego początku nowe państwo napotkało problemy nie tylko z międzynarodowym uznaniem dla Białoruskiej Republiki Ludowej, ale nawet z akceptacją jej granic, czy choćby samego istnienia. Polacy, Litwini czy Rosjanie chcieli budować własne państwa, a teren Białorusi był w ich planach częścią składową odrodzonych republik (w przypadku Rosjan po pokonaniu bolszewików). Realnie więc władza Rady Białoruskiej Republiki Ludowej szybko została zmarginalizowana, tym bardziej gdy na Białoruś wkraczały kolejno wojska bolszewickie i polskie. Po raz drugi odrodzenie Białorusi (w pewnym związku federacyjnym z Polską) próbował stworzyć gen. Stanisław Bułak-Bałachowicz, który (w porozumieniu z Borysem Sawinkowem, a także przy wsparciu dowództwa Wojska Polskiego, które pomagało uzupełnić skład liczebny oddziałów Bułak-Bałachowicza) 25 października 1920 r. przekroczył granicę rozejmu w Wojnie polsko-bolszewickiej, ustaloną w preliminariach ryskich 12 października 1920 r. (zawieszenie broni na froncie weszło w życie 18 października). Od razu też Bułak-Bałachowicz wydał dwie depesze. W Pierwszej - wystosowanej do Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego - powiadamiał, iż przystępuje do walki o niepodległą Białoruś (tak naprawdę bez inicjatywy Piłsudskiego i ludzi z jego otoczenia, sformowanie armii Bułak-Bałachowicza byłoby niemożliwe, a to oznacza że Piłsudski nie godził się z warunkami pokoju uzgadnianymi przez reprezentantów sejmu w Rydze i poprzez fakty dokonane próbował zmienić owe warunki. Tak udało mu się uczynić w Wilnie poprzez akcję "zbuntowanych" wojsk gen. Żeligowskiego i tak samo próbował uczynić w kwestii polskiego Mińska, za sprawą równie "zbuntowanych" formacji gen. Bułak-Bałachowicza); w Drugiej zaś depeszy, skierowanej do gen. Piotra Nikołajewicza Wrangela - dowódcy Armii Ochotniczej (Sił Zbrojnych Południa Rosji) również powiadamiał o tym samym.

Ponieważ znaczną część składu narodowościowego armii Bałachowicza tworzyli Rosjanie (Białorusinów było nieco mniej), to na wyzwalanych od bolszewików terenach wprowadzali oni administrację rosyjską, a ci drudzy białoruską, więc aby zapobiec wzajemnym utarczkom Bułak-Bałachowicz dla rozdzielenia i pilnowania stron musiał zorganizować oddział polskiej żandarmerii. Bałachowicz liczył na wybuch powstania chłopskiego na Białorusi, dzięki czemu planował zająć całą Białoruś aż do Dniepru, co nie było pozbawione sensu, gdyż "zielona armia" chłopska stanowiła poważne zagrożenie dla "czerwonych", którzy masowo dezerterowali z najbardziej zagrożonych garnizonów (np. z Borysowa), a poza tym 15 października dodatkowo Wojsko Polskie zajęło Mińsk (co prawda tylko na prawie pięć godzin i jeszcze tego samego dnia musiano się stąd wycofać zgodnie z zawartymi porozumieniami w Rydze, ale gdyby Bałachowicz nieco podgonił marszu, pewnie miasto zostałoby przekazane w jego ręce, ale nie udało mu się tam wówczas dotrzeć, gdyż przebywał z niepełną jeszcze armią w Turowie). Armia Bułak-Bałachowicza składała się z ok. 20 000 ludzi (1, 2 i 3 Dywizja Piechoty, Pieszej Brygady Włościańskiej, 1 Dywizji Kawalerii, pułku kozaków dońskich, Tubylczego Pułku Kawalerii, prywatnych sotni Bałachowicza i jego brata Józefa, pułku artylerii ciężkiej, pułku kolejowego, eskadry lotniczej oraz jednostek tyłowych; nie wszyscy jednak wzięli udział w walce i realnie udało się przerzucić przez granicę zaledwie ok. 11 000 (dokładnie 10 700) żołnierzy. Dopiero więc 10 listopada zajęto Mozyrz (tamtejszy rosyjski oddział Armii Czerwonej poddał się i przeszedł na stronę wojsk Bułak-Bałachowicza - łącznie ok. 300 bagnetów). Sam baćka Bałachowicz przybył do miasta 12 listopada, gdzie tego samego dnia w otoczeniu biało-czerwono-białych flag białoruskich, proklamował powstanie Białoruskiej Republiki Ludowej. Tam też przeniosły się z Turowa władze Białoruskiego Komitetu Politycznego, będącego najwyższym cywilnym przedstawicielstwem niepodległej Białorusi na wyzwolonych terenach. 14 listopada wybrano pierwsze władze miejskie Mozyrza (w większości złożone z Białorusinów i Żydów) a jako oficjalny język w sądownictwie i urzędach oprócz białoruskiego, uznano język polski i jidysz.

17 listopada ogłoszony został w Mozyrzu Manifest do Narodu Białoruskiego, w którym uznano dalszą walkę o niepodległość Białorusi, zwołanie Konstytuanty, przeprowadzenie reformy rolnej i oddanie chłopom ziemi, oraz budowy niepodległej Białorusi w ścisłym związku z Polską i w sojuszu z państwami Ententy (Francji, Wielkiej Brytanii i USA), o stosunku do post-bolszewickiej Rosji miano zaś zadecydować w przyszłości, w zależności od uznania przez nią niepodległości Białorusi (w owym Manifeście Bułak-Bałachowiczowi przyznano też tytuł Naczelnika Państwa Białoruskiego). W tym samym czasie jednak, bolszewicy podjęli kontrofensywę i już wieczorem 17 listopada sowieckie oddziały podeszły pod Mozyrz. Rozpoczęła się natychmiastowa ewakuacja miasta, lecz nieprzyjaciel nie zdecydował się wejść do Mozyrza wcześniej, niż dopiero 19 listopada. Od tej pory wojska Bułak-Bałachowicza już tylko się cofały w kierunku zachodnim, ku linii rozejmowej polsko-bolszewickiej, uzgodnionej w Rydze. Przekroczył tę granicę, dnia 26 listopada i skierowany został do Łunińca, gdzie zgodnie z warunkami rozejmowymi baćka Bałachowicz został internowany wraz ze swoimi żołnierzami. Do 4 grudnia (czyli do dnia, kiedy ustało przekraczanie granicy przez rozproszone oddziały Bałachowicza), w Łunińcu internowano łącznie 884 oficerów i 6 936 żołnierzy, reszta poległa w walkach z Armią Czerwoną, zdezerterowała lub przeszła na stronę wroga (najwierniejsze okazały się formacje osobiście dowodzone przez Bałachowicza i jego brata, oraz te, złożone z Białorusinów i Polaków, najszybciej zaś dezerterowali lub przechodzili na stronę nieprzyjaciela Rosjanie i... Żydzi). Po polskiej jednak stronie oddziały Bałachowicza nie spotkały się z uznaniem. Odbierano im broń siłą a niekiedy nawet z nich drwiono, co musiało być szczególnie bolesne i przykre. Bałachowicz pragnął ocalić swoje formacje i deklarował włączenie swych żołnierzy w szeregi Wojska Polskiego lub skierowanie ich w rejon Słucka, gdzie już trwało powstanie zbrojne białoruskiej ludowej Armii Zielonego Dębu, ale pomimo starań Marszałka Piłsudskiego, sejm nawet nie chciał o tym słyszeć, stojąc na stanowisku jak najszybszego zawarcia pokoju z bolszewicką Rosją.




Białoruska Włościańska Partia Zielonego Dębu utworzona została w Turowie, w obozie baćki Bałachowicza jesienią 1920 r. Na jej czele stanął Wiaczesław Adamowicz, syn popa ze wsi Widze (północna Białoruś), który w armii carskiej dosłużył się stopnia pułkownika. Symbolem partii była litewsko-białoruska Pogoń i trupia czaszka (symbol walki do końca i gotowości na śmierć), a także (na pieczęciach) trzy dębowe liście. Gdy 12 listopada Bułak-Bałachowicz wkroczył do Mozyrza, wraz z nim przeniósł się tam cały Białoruski Komitet Polityczny, w tym członkowie Partii Zielonego Dębu, zaś Wiaczesław Adamowicz otrzymał stanowisko premiera rządu Białoruskiej Republiki Ludowej. Gdy w połowie listopada nastąpiło załamanie na linii frontu nad Prypecią i musiano pospiesznie ewakuować Mozyrz, rząd Białorusi opuścił miasto wraz z wojskiem baćki Bałachowicza i po przekroczeniu polskiej granicy został internowany w Łunińcu. Tam też syn Wiaczesława Adamowicza - też Wiaczesław ps. "Dziergacz" powołał sztab Armii Zielonego Dębu, na którego czele stanął Włodzimierz Ksieniewicz ps. "Gracz" (Ksieniewicz był Polakiem i katolikiem, a jego ojciec służył w tym czasie jako komendant garnizonu w Słonimiu, ale postanowił zmienić narodowość i stał się Białorusinem, zmienił też wyznanie na baptystyczne). Po fiasku wyprawy poleskiej Bułak-Bałachowicza i internowaniu jego armii w Łunińcu, Józef Piłsudski starał się przynajmniej o przyznanie funduszy na działalność Armii Zielonego Dębu i gdy to się udało, "Dziergacz" i "Gracz" podporządkowali sobie niewielkie chłopskie przygraniczne formacje, z których zamierzali utworzyć armię, mającą wzniecić na Białorusi powstanie ludowe przeciw władzy bolszewików. 24 listopada 1920 r. rozpoczęto rejestrację chętnych do wstępowania do białoruskiego wojska (Armii Zielonego Dębu) i po sformowaniu ok. 2000 chętnych do dalszej walki, 4 grudnia przekroczono granicę i rozpoczęto działania partyzanckie po sowieckiej stronie (początkowo próbowano walczyć otwarcie, ale po porażce, poniesionej pod Jadczycami 6 grudnia i wystrzelaniu całej amunicji, rozproszono się i ukryto w lasach). Sztab Armii Zielonego Dębu przeniesiono do Hrycewicz, ale tamtejsza ludność nie była zbyt przychylnie usposobiona do żołnierzy atamana Dziergacza i ukrywała żywność, co spowodowało konieczność rabunków i konfiskat (mimo to jeszcze wówczas trzymano jaką taką dyscyplinę i nie mordowano niewinnych chłopów), a wójta wsi za ukrywanie żywności ukarano 25 uderzeniami bykowca.

Po dostarczeniu z polskiej strony granicy potrzebnej amunicji (lecz Polacy jednocześnie wycofali transport żywności dla oddziałów białoruskich, co znów zmusiło ich do konfiskat na ludności chłopskiej) Armia Zielonego Dębu podjęła walkę z bolszewikami i 10 grudnia zajęto wsie: Krzywosiółki i Nowosiółki, a nocą 11/12 grudnia wieś Staryń. Kolejnej nocy 12/13 grudnia zdobyto wieś Siemieżowo, skąd ledwie zdążył ewakuować się oddział Armii Czerwonej (zaskoczeni we śnie bolszewicy, stracili tam wielu zabitych i rannych), gdzie zdobyto cały zapas amunicji. Jednak w południe 13 grudnia bolszewicy uzupełnili straty i natarli na wieś, zmuszając białoruskich partyzantów do wycofania się z Siemieżowa. 15 grudnia przeniesiono kwaterę główną wojsk Zielonego Dębu do wsi Morocz na Polesiu. Stamtąd ponownie uderzono na Siemieżowo (17/18 grudnia) i je odbito, zaś 18/19 grudnia zajęto wieś Wizna (obie ponownie utracono 19 grudnia, gdy Armia Czerwona ściągnęła posiłki). Partyzantom znów zaczęło brakować prowiantu i amunicji, a dalsza walka wydawała się beznadziejna przy ogromnej przewadze "czerwonych". Do Morocza przybył Bułak-Bałachowicz - zwolniony z internowania w Łunińcu, gdyż posiadał obywatelstwo polskie i wstąpił w szeregi Wojska Polskiego - aby omówić warunki przejścia wojsk Zielonego Dębu na polską stronę. Dzięki temu w dniach 28-31 grudnia 1500 białoruskich żołnierzy przekroczyło granicę z Polską, zostali oni internowani w obozach w Słonimiu i w Białymstoku (realnie internowano wówczas zaledwie kilkuset oficerów i żołnierzy, większość zaś Białorusinów została zwolniona). Nie wszyscy jednak zdecydowali się zaprzestać dalszej walki. W rejonie Nieświeży wciąż operowało wówczas ok. 2500 żołnierzy pod dowództwem Dziergacza. Dołączyła do nich część oddziałów Bałachowicza (zwolniona za sprawą baćki z Łunińca), tak, iż w połowie stycznia 1921 r. oddziały te liczyły ok. 4000 żołnierzy, a w marcu prawie 6000. Podejmowano ataki i zajmowano Wiznę oraz Kopył, jednak po podpisaniu w Rydze polsko-sowieckiego układu pokojowego (18 marca 1921 r.) wśród Białorusinów zaczęło pojawiać się zniechęcenie i pierwsze większe dezercje. Żołnierze, straciwszy nadzieję na kontynuacje wojny polsko-bolszewickiej, zaczęli przejawiać oznaki niezdyscyplinowania i maruderstwa. Zaczęto napadać i grabić nawet przychylne partyzantom wsie, a tych chłopów, którzy nie chcieli oddać żywności - rozstrzeliwano na miejscu (wiadomo o co najmniej pięciu osobach, zamordowanych tak przez oddział kapitana Tymoteusza Chwiedoszczenię - jednego z dowódców Zielonego Dębu).




Najgorsze w tym wszystkim było uświadomienie sobie bezsensowności dalszej walki, choć w przypadku Białorusinów Bułak-Bałachowicza czy Adamowicza Dziergacza, to konsekwencja zaprzestania dalszej walki nie była jeszcze taka tragiczna, gdyż mimo wszystko mogli wrócić do Polski (przez jakiś czas zapewne byliby internowani, potem zaś zostaliby zwolnieni). Gorzej mieli ci żołnierze, którzy po zakończeniu II Wojny Światowej nadal walczyli z sowieckim najeźdźcą o wolną Polskę. Ci nie mieli już żadnego wyboru - ujawnienie się oznaczało śmierć (wcześniej czy później, a często po nieludzkich przesłuchaniach i torturach), uciec nie było gdzie (chyba że kierować się na południe ku górom i do Czechosłowacji, gdzie przejście jeszcze w latach 40-tych było najłatwiejsze, ale to też nie znaczy że bezpieczne i że granicę udałoby się przekroczyć). Pozostawała więc dalsza walka aż do śmierci z bronią w ręku (alternatywą było samobójstwo, lub... śmierć zadana rękami Sowietów lub ich polskojęzycznych pachołków, ale wówczas należało się przygotować na tortury których nie każdy byłby w stanie wytrzymać). A przecież ci żołnierze też musieli coś jeść, musieli zdobyć amunicję do dalszej walki, ale przede wszystkim żywność i jakieś środki lecznicze. Nic dziwnego, że nachodzili chłopów, którzy traktowali ich jak bandytów (kto bowiem lubi jak konfiskuje mu się żywność), tylko że ogromna większość leśnych brygad Żołnierzy Niezłomnych, żyła w prawdziwej symbiozie z okolicznymi wioskami i mogła liczyć na wsparcie chłopów (co oczywiście tragicznie kończyło się dla owych chłopów, gdy do wsi weszły oddziały Służby Bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej czy NKWD. Wieś była palona, a chłopi często mordowani, jako współwinni pomocy zbrodniarzom - jak w komuszej nowomowie nazywano Żołnierzy walczących o Wolną Polskę). W serialu "Czas Honoru" jest ukazana scena, gdy Żołnierze Drugiej Konspiracji (zwani potocznie "Wyklętymi" lub "Niezłomnymi") wchodzą do wsi i proszą o prowiant. Gospodarz odpowiada im że "Nic już nie ma, wszystko zabrali", "Kto zabrał", "Ja nie wiem, taka banda, czy inna?!". I tutaj padają słowa: "My nie jesteśmy bandytami, my walczymy z bandą, która napadła na nasz kraj!".

W czerwcu 1921 r. Armia Zielonego Dębu rozpoczęła przygotowania do wywołania na Białorusi powszechnego powstania chłopskiego przeciw bolszewikom, i w tym celu zaczęto atakować większe posterunki milicji, punkty poboru rekruta i stacje kolejowe. Sowieci postanowili wówczas ostatecznie położyć kres istnieniu grup partyzanckich (nazywanych "bandyterką") i skierowali na Białoruś większe oddziały wojska i milicji. Palono całe wsie za choćby podejrzenie o wsparcie udzielone "bandytom", stosowano konfiskatę mienia, wieśniaków mordowano lub zsyłano na Sybir; z tego powodu oddziały Zielonego Dębu - aby się ratować - przekraczały polską granicę. W lipcu 1921 r. sytuacja była już bardzo poważna, a zakonspirowane komórki Zielonego Dębu w Mińsku, Homlu i kilku innych miastach Białorusi zostały rozbite. Sytuacja wyglądała coraz gorzej z każdym dniem. W sierpniu wpadła Hanna Dowgiert - najlepsza agentka i jednocześnie narzeczona samego atamana Dziergacza. Szkoda dziewczyny (była bardzo odważna, dziesięciokrotnie przechodziła granicę, niosąc rozkazy i meldunki, przenosząc amunicję i aprowizację dla oddalonych oddziałów), nie udało się jej ocalić, została rozstrzelana wraz z grupką innych konspiratorów po szybkim procesie w Mińsku. Dziergacz ze swoim sztabem we wrześniu 1921 r. musiał się ratować przejściem przez granicę do Polski, gdzie zostali oni internowani w Nowogródku, potem w Strzałkowie, Brześciu, Warszawie i Białymstoku. Rozczarowani konsekwencją, z jaką polska strona wypełniała warunki porozumienia z bolszewikami, niektórzy powstańcy Zielonego Dębu zaczęli przebąkiwać o współpracy z Sowietami i (jak choćby Konstanty Wiedukow ps. "Kruk") oferowali bolszewikom swe usługi w walce z Polską. Walki na Białorusi praktycznie się zakończyły (ostatnie, nieliczne już oddziały Armii Zielonego Dębu zostały rozbite w połowie 1923 r.). Tak zakończyła się próba wzniecenia antybolszewickiego powstania na Białorusi, ale inaczej być nie mogło, gdyż zarówno polski rząd, jak i duża część społeczeństwa marzyła już o pokoju i życiu w wolnym i niepodległym kraju. Niewielu zaś zdawało sobie sprawę, że ta niepodległość jest tylko czasowa, jest jakby wzięta na kredyt, odroczona w czasie, i że wojna o polską niepodległość i suwerenność Narodu jeszcze się nie skończyła.


PS: Swoją drogą pokolenie ludzi, którzy w latach 1914-1918 odbudowali wolną Polskę a potem w latach 1919-1920 obronili Ją i wprowadzili jako jedno z większych państw europejskich na mapę Świata, którzy potem mówili i marzyli o koloniach zamorskich i o polskiej mocarstwowości - ci wszyscy ludzie, to niestety tragiczne pokolenie. Tragiczne, ponieważ na własne oczy - przy nieprawdopodobnym wręcz wysiłku siły i woli - odrodzili Niepodległą Rzeczpospolitą, a potem... na własne oczy widzieli jeszcze Jej upadek. To wszystko bowiem wydarzyło się w ciągu życia jednego pokolenia - I Wojna Światowa (czyli dla wielu wojna o odrodzenie Polski po 123 latach niewoli i 150 latach okupacji wszystkich Jej ziem), potem Wojna z Bolszewikami i wielkie zwycięstwo. Następnie pokój i stabilizacja lat 20-tych i 30-tych, czyli umacnianie wzajemnym wysiłkiem wzniesionego domu - odrodzonej Polski, a wreszcie katastrofa, wspólny najazd hitlerowskich Niemiec i Związku Sowieckiego na nasz kraj. Nie udało się utrzymać tego, co wówczas stworzono i zdołano jedynie wyrwać te dwadzieścia lat wolności. Najlepsze dwadzieścia lat życia.           

  



 KOMEDIA z 1938 r. z "KRÓLEM KOMIKÓW" - 
STANISŁAWEM SIELAŃSKIM W ROLI GŁÓWNEJ, pt.: 

"SZCZĘŚLIWA 13-tka"




CDN.