Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POWSTANIE STYCZNIOWE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POWSTANIE STYCZNIOWE. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 listopada 2024

RÓŻNOŚCI...

CZYLI MOJE PRZEMYŚLENIA PRZED 

ŚWIĘTEM ZMARŁYCH





 Postanowiłem napisać kilka słów na tematy, które od dłuższego czasu też chodzą mi po głowie, a o których nie było okazji wcześniej napisać. Jednak ten dzień, czyli 1 listopada (dzień Wszystkich Świętych w kalendarzu Kościoła katolickiego), jest dniem który szczególnie sprzyja takim właśnie swobodnym, może nieco nieuporządkowanym - ale w każdym razie wciąż twardo stąpającym po ziemi - myślom.

Wszystkich Świętych i Zaduszki (2 listopada - czyli prawdziwy dzień zmarłych), to dni szczególne, przynajmniej dla mnie. Nie to żebym miał jakieś myśli samobójcze, czy coś w tym stylu - w żadnym razie. Wielokrotnie już na tym blogu pisałem że samobójstwo (jeśli nie jest podyktowane ogromnym bólem, lub też możliwością doświadczenia jakichś poważniejszych cierpień), jest głupotą i to głupotą totalną. Nic nam nie daje, tylko chwilę wytchnienia od kłopotów, a potem i tak trzeba będzie do tego wrócić i to raz jeszcze (niestety w znacznie cięższy dla nas sposób) przepracować. To prawda że ten świat w którym żyjemy... musi być piekłem, bowiem realnie ten świat powstał na gównie i wszystkim, co ono sobą reprezentuje (przykładem niech będzie chociażby fakt, że wszystko co wielkie na tym świecie zawsze rodziło się w bólu, zawsze w cierpieniu, zawsze - a przynajmniej w ogromnej większości przypadków - jedni ludzie wykorzystywali drugich po to, żeby albo zarobić wielkie pieniądze, albo też stworzyć wygodne życie dla siebie i swych pryncypałów. Losem zaś tych, którzy na to pracowali, nikt zupełnie się nie przejmował i nie przyjmuje do dziś dnia). Więc uświadommy sobie fakt że żyjemy w piekle, ale nie jest to - jak widzimy - klasyczne piekło, którym straszy się nas w przekazach religijnych. Ten świat - mimo tego że jest stworzony na gównie - ma również w sobie wiele pozytywnych aspektów. Jest tu miłość, radość, szczęście, również ludzkie dobro, choć może nie ma go aż tak dużo jak zawiści, nieszczerości, nienawiści i żądzy posiadania. Ale mimo to istnieją te pozytywne aspekty, A to oznacza że nigdy nie byliśmy i nigdy nie będziemy tutaj sami. Można nawet się pokusić o stwierdzenie (choć zabrzmi to trochę komicznie) że tak naprawdę jesteśmy awatarami samych siebie, którzy rozgrywają pewną partię bardzo potrzebną dla nas, i potrzebują doświadczeń które odczuwamy i które często bardzo silnie przeżywamy. Śmierć jest więc w tym wypadku zakończeniem gry i wybawieniem ze świata, który nigdy nie był nasz. Ale żyjemy tu i teraz i ten świat niestety jest nasz, choćbyśmy bardzo tego nie chcieli. Stąd też rodzi się wiele nieporozumień i konfliktów. 

Bogactwo pochodzi z pracy! Ta stara, można powiedzieć odwieczna prawda jest tak naprawdę coraz częściej zapominana - szczególnie przez młode pokolenie, które zupełnie już nie szanuje pracy, a szczególnie pracy efektywnej. Jakże różne jest podejście ludzi wychowanych w dobrobycie i ludzi, którzy całe życie musieli walczyć o to, aby cokolwiek zdobyć, cokolwiek, chociażby było to "tylko" jedzenie. Ilu jest bezdomnych, ludzi odtrąconych przez społeczeństwo, ludzi którym powinęła się noga, którym coś w życiu nie wyszło i wylądowali na ulicy bez dachu nad głową. Ostatnio czytałem statystyki ilu jest obecnie bezdomnych w Stanach Zjednoczonych, tym całym supermocarstwie światowym i przyznam się szczerze że jestem przerażony. Europa (która konsekwentnie idzie w tym samym kierunku) w ogóle nie umywa się do Ameryki pod tym względem (zresztą nie tylko pod tym). Ktoś powie że w ogromnej większości są to patentowane lenie, którym się po prostu nie chce pracować - niekoniecznie. Przejdźmy bowiem teraz na nasze własne podwórko, cofnijmy się o jakieś 90/100 lat i spójrzmy jak wielka bieda była w czasie rodzącej się Niepodległości... i potem. Oczywiście było to związane z wieloma czynnikami: I Wojną Światową, epidemiami (głównie epidemią "hiszpanki" -  która akurat w Polsce nie była najsilniejsza pod względem swej intensywności), rabunkami wojennymi, zmieniającym się frontem i praktycznie całkowitym zniszczeniem jakiegokolwiek przemysłu. Po odrodzeniu Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, z chwilą gdy "nagle" w listopadzie 1918 r. wybuchła Polska, trzeba było zmierzyć się z tym jakże ważkim problemem społecznym i narodowym. Potem po krachu na Wall Street w październiku 1929 r. mieliśmy drugą odsłonę tego samego nieszczęścia, czyli braku pracy, bezrobocia i beznadziei jaka wówczas trapiła ludzi (spora część odbierała sobie z tego powodu życie). Przykład jednej z takich osób, Zofii Fularówny (która w swym liście do dyrektora jednego z zakładów prosiła o jakąkolwiek pracę) jest szczególnie dojmujący. A oto jego treść: "Nie mając już od dłuższego czasu żadnego zajęcia, a znajdując się w krytycznym położeniu pragnęłabym, przez otrzymanie jakiejkolwiek pracy stałej, zarobić na moje życie i na wyjście z tego smutnego obecnie mego położenia. Mam 20 lat, pragnę pracować i żyć uczciwie. Od dwóch lat nie mam już stałej pracy, pracuję dorywczo, w każdej pracy, jaką mi kto oferuje z łaski, niczym nie gardzę i żadnej pracy się nie wstydzę, wszak praca nie hańbi. Ostatnio nie mam nic, nie mogę nawet znaleźć jakiejś posługi, ażeby móc parę złotych zarobić, chociażby na mieszkanie, pominąwszy już życie i ubranie. Dowiedziawszy się, że w fabryce jest przyjęcie, postanowiłam złożyć podanie, lecz oświadczono mi, że nie warto się fatygować, wszak podanie i tak zostanie spalone. (...) Przez kilka dni namyślałam się, czy napisać do Pana list, czy to wypada i czy nie zostanie spalony tak, jak moje podanie. Lecz dziś w nocy miałam sen, który mi dodał otuchy do napisania". Odpowiedź dyrektora nie przyszła, Fularówna odebrała sobie życie. Był rok 1933. 


KOLEJKA DO URZĘDU PRACY 
KRAKÓW - 1933 



Było wiele odcieni tej naszej odrodzonej Ojczyzny i niestety nie każdy mógł znaleźć w Niej swoje miejsce. Mówię to ze smutkiem, bo myślę tutaj o sytuacji gdybym ja sam urodził się w tamtym czasie, np. w rodzinie chłopskiej, gdzie edukacja kończyła się bardzo wcześnie (jeśli w ogóle posyłano dzieci do szkoły), a przecież w szkole nie tylko zdobywano wiedzę, również uczono się języka, uczono się historii, a szczególnie tam krzewiono polskość. Tak sobie myślę czy pozbawiony tych nauk byłbym naprawdę Polakiem, czy mógłbym nie tylko mówić o sobie że mam polskie obywatelstwo, ale przede wszystkim myśleć po polsku - bo to uważam jest bardzo ważne (dziś bowiem ludzie popełniają ten błąd, że co prawda na pytanie czy jesteś patriotą 70% Polaków odpowiada "tak", ale jeśli nie ma tak sprecyzowanego pytania, jeżeli zapytamy po prostu "kim jesteś", to już ta odpowiedź jest bardzo różna i zaledwie 30% odpowiada z przekonaniem "jestem Polakiem", a to oznacza że nie ma w głowie tego przekonania że to jest podstawa, fundament. Mówię tu oczywiście o teraźniejszości, ale czy ja sam mógłbym poczuć się Polakiem, gdybym nie zdobył wiedzy jaką dała szkoła?). Oczywiście praca, jaką poczyniono w Dwudziestoleciu Międzywojennym jeśli chodzi o likwidację analfabetyzmu (szczególnie na wsi), była naprawdę pracą tytaniczną (przyznam się szczerze że sam nie znałem skali tego, co wówczas osiągnięto i dopiero potem, jak badałem ten temat, przekonałem się jak bardzo w ciągu tych 20 lat wyrugowano analfabetyzm - oczywiście nie w stu procentach - szczególnie wśród najbiedniejszych i na prowincji). Późniejsza prl-owska propaganda twierdziła że to socjalizm doprowadził do likwidacji analfabetyzmu w Polsce - bzdura totalna. W każdym razie to prawda, były dwie Polski. Jedna majętna, dostatnia, często arystokratyczna lub związana z bankowością, finansjerą etc. etc., a druga, no cóż...


PREZYDENT IGNACY MOŚCICKI W MAJĄTKU ORDYNATA ALFREDA POTOCKIEGO 



CHŁOPSKIE DZIECI



BEZROBOTNY WOŹNICA ZE LWOWA, MIESZKAJĄCY WRAZ Z ŻONĄ W WAGONIE KOLEJOWYM 
(1934)



Oczywiście nie tylko sama szkoła krzywiła polskość. Bowiem w XIX wieku gdy nie było polskiej szkoły, pierwszą osobą z którą dziecko miało styczność i od której uczyło się słów "Ojcze nasz któryś jest w niebie" w języku polskim, a następnie poznawało ojczyste dzieje, to była matka. Kobieta, na której barkach stanęło niezwykle trudne zadanie przekazania pamięci genetycznej kolejnym pokoleniom. To właśnie kobieta doprowadziła do tego, że ta ciągłość nie została zerwana przez 123 lata niewoli (a tak naprawdę 150 licząc od pierwszego rozbioru, do ostatecznego zjednoczenia ziem polskich w roku 1922). Tak, zadanie pań było niezwykle ważne i jak wspaniale wywiązały się one z tego obowiązku. Przecież to nie mężczyźni przekazywali pamięć swoim dzieciom, gdyż ci albo walczyli (i ginęli) w powstaniach, albo gnani byli przez zaborców na Sybir, do więzień i kazamatów, gdzie zdarzało się musieli spędzić wiele lat swego życia aż do śmierci (jak to było w przypadku chociażby majora Waleriana Łukasińskiego, aresztowanego 1824 r. za założenie patriotycznej organizacji Wolnomularstwa Narodowego, który zmarł w twierdzy szlisselburskiej w Petersburgu w roku 1868. Moskale nigdy nie pozwolili mu już opuścić tego więzienia i przez 44 lata celowo trzymali go ciemnej, małej celi - tragedia), albo też uciekali za granicę, by gdzieś na wzgórzu Montmartre "śnić" o wolnej Polsce. Oczywiście byłbym tutaj niedokładny mówiąc, że jedynie Matka-Polka była jedynym przekaźnikiem pamięci genetycznej Narodu dla przyszłych pokoleń, gdyż takowym był również ksiądz. Ksiądz i kobieta, a raczej kobieta i ksiądz - bo tak wyglądała kolejność - to właśnie oni spowodowali, że pamięć polskości i dawnej świetności Rzeczypospolitej (tak upadlanej przez zaborców) nie umarła. Do dzisiaj spotkałem się z opiniami Rosjan, że oni właśnie bardzo zazdroszczą nam tego, że polskie kobiety potrafiły uczynić coś, co naprawdę nie mieści się w słowach, gdyż dla nich jest to rzecz niewyobrażalna. Oni mówią otwarcie, że Rosjanki nie byłyby do tego zdolne. Nie wiem czy to prawda - tak słyszałem.




Przykładem niech będzie chociażby Marszałek Józef Piłsudski, który stał się tym, kim się stał, właśnie dzięki swojej matce - Marii. To nie jego ojciec (notabene uczestnik Powstania Styczniowego z lat 1863-64, ale właśnie matka była krzewicielką polskości. W swym testamencie z roku 1935 Marszałek napisał "Nie wiem, czy nie zechcą pochować mnie na Wawelu? Tedy niech tylko moje serce schowają we Wilnie. Tam leżą moi żołnierze, co w kwietniu 1919 mnie jako wodzowi Wilno pod nogi w prezencie rzucili. Sprowadźcie zwłoki mej matki z Sugint, wiłkomirskiego powiatu, do Wilna, pochowajcie je z wojskowymi honorami. Matka mnie, do tej roli jaka mnie wypadła, chowała". Do 1939 r. przed grobem "Matki i serca Syna" stała warta honorowa, ale później, jak nastały czasy sowieckie i jak Wilno stało się litewską stolicą (po roku 1990) to się skończyło. Notabene Maria Piłsudska zmarła w roku 1884 gdy Józef nie miał nawet 17 lat. Mimo to zakorzeniony w latach dziecięcych przekaz o potrzebie odrodzenia Ojczyzny, pamięć czytanych wówczas dzieł wieszczów narodowych: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego (który był ulubionym pisarzem Marszałka) i innych, wydała swoje owoce.


MARIA PIŁSUDSKA Z SYNAMI 



Polska odrodzona wysiłkiem swych najlepszych synów i córek, nie była jednak krajem sprawiedliwości społecznej (zresztą nie ma takiego kraju na świecie, o którym z pełnym przekonaniem można powiedzieć iż był czy jest rajem dla wszystkich swych obywateli). Wielki kryzys początku lat 30-tych jeszcze bardziej przyspieszył pauperyzację społeczeństwa, choć oczywiście nie wszędzie tak było. Ziemiaństwo - wywodzące się z dawnej szlachty, które nie utraciło swych majątków (co nie było takie proste po Powstaniu Styczniowym, gdy odbierano majątki polskiej szlachcie podejrzanej o wspieranie Powstania i sprzedawano je Moskalom) lub też nabyło je potem, a także przedsiębiorcy i ludzie wywodzący się z kręgów finansjery (częściowo również z kręgów artystycznych) żyli najczęściej na bardzo wysokim poziomie. Dopiero wielkie programy rządowe (Jak choćby budować Centralnego Okręgu Przemysłowego) rozpoczęte po roku 1937 doprowadziły do gwałtownego spadku bezrobocia. A ambitny plan ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego, przedstawiony w Sejmie w w końcu 1938 r. zakładał gwałtowną modernizację kraju w ciągu kolejnych 15 lat i zasypanie tym samym stulecia niewoli, oraz wszelkich innych gospodarczych różnic pomiędzy Polską, a krajami Europy Zachodniej, takimi jak: Francja, Wielka Brytania czy nawet Niemcy. Polska do roku 1954 miała stać się jedną z największych potęg europejskich i to zarówno gospodarczo, jak i militarnie. Ale przyszedł Hitler i Stalin i... sen się skończył (choć tak naprawdę nie był to sen, gdyż z naszym potencjałem byliśmy w stanie osiągnąć naprawdę wiele. Ale zawsze tak jakoś się dzieje, że jak Polska rośnie w siłę, to nasi sąsiedzi muszą ją sprowadzić do parteru. Czy to bezpośrednią agresją militarną, czy też działaniami niszczącymi wewnętrzną spójność naszego państwa, jak to było w wieku XVIII).


TUTAJ ZOSTAŁO POKAZANE POLSKIE ZIEMIAŃSTWO CO PRAWDA W WIEKU XIX, ALE RÓWNIEŻ I W ODRODZONEJ POLSCE BYŁO PODOBNIE

Zabawny moment:

4:25 - "Jak się Pani tutaj czuje?"

"Nie najlepiej, szczerze mówiąc nie znam tu nikogo"

"Ja też się czuję nie najlepiej, może dlatego że znam tu wszystkich" 🤭

5:20 - "Panno Rito, zostanie Pani moją żoną?"

"Mam lichy posag"

"Nie zależy mi na posagu, zależy mi na Pani"

"Wzruszające, w naszym zmaterializowanym świecie, powiedzmy że mnie zależałoby na posagu, a nie na Panu"

"Udam, że tego nie dostrzegam"

"Powiedzmy że bym Pana zdradzała"

"Zabiję Panią, jego i siebie"

"Zachęcające...." 🤣


 
To właściwie tyle co chciałem dzisiaj napisać. Takie trochę różności i myśli niezharmonizowane. Chciałem też trochę napisać o USA, o zbliżających się w wyborach, o tym dlaczego ten kraj umiera, o tym że prawdopodobnie Amerykanie chcą nas wciągnąć w wojnę na Ukrainie, na co w żadnym wypadku pozwolić sobie nie możemy - W ŻADNYM WYPADKU! Oraz o pewnych różnicach które nie dla wszystkich są oczywiste. Ale zajęłoby mi to chyba pół dnia. Postaram się jeszcze wrócić do tych tematów, zobaczymy. W każdym razie przed Wszystkimi Świętymi takie mnie myśli nawiedziły. Na zakończenie prezentuję zabawne momenty związane z pracą, jej brakiem i poszukiwaniem z serialu "Kariera Nikodema Dyzmy", opowiadającym właśnie o cwanym bezrobotnym (szukającym pracy chociażby jako fordanser w klubie nocnym), który przez wyjątkowy przypadek staje się przyjacielem polityków i wojskowych, którzy uważają go za "silnego człowieka na trudne czasy", a na którym poznaje się jedynie uznawany za chorego psychicznie brat Niny, Ponimirskiej, kobiety którą Dyzma poślubił.








poniedziałek, 23 stycznia 2023

CZYM BYŁO POWSTANIE STYCZNIOWE?

 KU PAMIĘCI




W związku z przypadającą w dniu wczorajszym 160-rocznicą wybuchu Powstania Styczniowego (jednego z największych powstań w naszych dziejach, a jednocześnie z góry skazanego na porażkę ze względu na przewagę liczebną Moskali oraz brak dostatecznej ilości broni dla Powstańców i tak naprawdę jedynym powstaniem, które miało szansę na zwycięstwo, było to Listopadowe z lat 1830-1831), pragnę zaprezentować opinie, jaką o Powstaniu Styczniowym wygłosił Marszałek Józef Piłsudski w dniu 22 stycznia 1924 r., czyli prawie sto lat temu. Należy pamiętać, że Powstanie Styczniowe było tym, które ukształtowało Piłsudskiego jako bojownika o Niepodległość Polski, a ludzie, walczący w tym Powstaniu, byli dla pokolenia Marszałka i późniejszych pokoleń bohaterami tragicznymi, romantycznymi wojownikami o Niepodległość, poświęcającymi dla odrodzenia Polski swoje młode zdrowie i życie. Byli to ówcześni Żołnierze Wyklęci/Niezłomni dla pokolenia twórców wskrzeszonej, Niepodległej Rzeczpospolitej. To z ich krwi i cierpienia narodzili się Ojcowie polskiej Niepodległości i dlatego byli uważani za pra-tworców polskiego odrodzenia w listopadzie 1918 r. W Powstaniu Styczniowym u boku Polaków po raz ostatni po dziś dzień walczyli zarówno Litwini, Białorusini jak i oczywiście Ukraińscy, narody Rzeczpospolitan wzięły wspólny udział w tej styczniowej batalii lat 1863-1864, utopionej w krwi przez takich bydlaków, jak Michaił Murawiow "Wieszatiel" który na Litwie wieszał obok siebie Powstańców, księży katolickich i Żydów, i był tak znienawidzony, że nawet Rosjanie nie chcieli mu podać ręki. Przejdźmy zatem do odczytu, wygłodzonego przez Marszałka w Warszawie 99 lat temu.





MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI O POWSTANIU STYCZNIOWYM
(22 stycznia 1924 r.)


 Odczyt, jako forma wypowiadania myśli, staje nieraz w sprzeczności z dokładnością i sumiennością w stosunku do treści. Sam czas, zwykle ograniczony, oraz konstrukcja, wymagana od przemówienia, są często ramami, dla których poświęcić trzeba ścisłość określeń, dostateczność dowodów i jasność argumentów. Dlatego też wydając odczyt mój o powstaniu 63 r., prosiłem wydawców, aby zechcieli poprzedzić go wstępem, który, nie mając pretensji do wyczerpania treści, pogłębiłby jednak u czytelników odczucie wagi i znaczenia takiego właśnie a nie innego ujęcia przeze mnie tematu.

Mówiłem o legendach, w których chowaliśmy się wszyscy my, pogrobowcy ostatniego powstania naszego narodu. Wybrałem jako temat dwie główne legendy, te, które bodaj każdy człowiek musiał w siebie wchłaniać, tak bowiem były powszechne, działały tak sugestyjnie, a zatem tak silnie skaziły przez swój fałsz nie tylko samą historję 63 r., lecz i dusze ludzkie następnych po powstaniu pokoleń.

Fałsz bowiem był tak jaskrawy, tak rzucający się w oczy, że tylko trwożliwa niechęć do powtórzenia eksperymentu dziejowego powstania wytłumaczyć zdoła ten dziwoląg psychiczny i myślowy.

Dwie te bowiem legendy uczuciowo, psychicznie były sobie sprzeczne, natomiast skwapliwie były łączone ze sobą, jako czynnik moralnego wychowania tysięcy i tysięcy ludzi, którzy się byli urodzili po powstaniu 63 r. Z jednej strony więc prowadzono dziecko lub młodzieńca gdzieś w gęstwę lasu, by go wzruszyć zapomnianą mogiłą powstańca, by mu szeptem w ukryciu, nieraz z wyrzutem, mówić, jak jest niepodobny do swych ojców, gdy kłótnią przysparza domowi kłopotu, gdy nieopatrznem słowem zaczepia jakiś autorytet parafjalny czy powiatowy. A obok tego głośno i nieustannie stwierdzano słowem, wzruszaniem ramion, pogardliwem lub niechętnem burknięciem wszystko, co było drugą legendą, legendą głupoty, szaleństwa, często wprost legendą zbrodni r. 63 i jego ludzi w stosunku do nas, następnych pokoleń.

Osobiście tak często słyszałem te dwie legendy z jednych i tych samych ust, mieszczące się swobodnie w jednej i tej samej głowie, że nie wiem, czy jest bardziej powszechny i jednolity sąd o jakimkolwiek wypadku historycznym, jak właśnie te zjednoczone a tak sprzeczne w sobie legendy o 63 r. Więc szanować - szaleństwo? Więc czcić - głupotę? Więc kochać - zbrodnię? Taki byłby wywód prosty i jasny z tego dziwoląga logiki uczuciowej i moralnej. Któż z nas nie nasłuchał się kazań z powołaniem się na r. 63, czy to o niebezpieczeństwie młodego piwka, które się nie wyszumiało, czy to o złośliwej sprzeczności, jaka istnieje zawsze pomiędzy rzeczami szlachetnemi a temi, które są rozumne i praktyczne.

Wcześnie też w mojem życiu, może przez przekorność mojej natury, ciągnęło mnie do prób rozwiązania tej dziwnej dla mnie sprzeczności, jaka istniała w stosunku do wypadków 63 r. W najdrobniejszym zakątku życia społecznego Polski, w każdej kwestji poważniejszej, gdym ją chciał badać genetycznie, znajdowałem olbrzymi wpływ wypadków 63 r. Tymczasem w odpowiedziach, rzucanych o tych wydarzeniach, spotykałem zawsze, z wyjątkiem bardzo nielicznym, tę potworną sprzeczność legendy, wyznawaną publicznie. Niekiedy w odpowiedziach brzmiała jakaś niema trwoga, która mi mówiła: "nie pytaj, jest to szlachetne i piękne, ale zarazem głupie, nienawistnie przeklęte i tak już oczywiście niepraktyczne". Sąd ten, tak powszechny, zostawił swój głęboki ślad nie tylko w duszy tych, którzy nie byli świadkami powstania, lecz i w duszy wielu uczestników walk tej epoki. Spotkałem ich jeszcze w wielkiej ilości na wygnaniu na Syberji, spotkałem ich i potem, i nieraz wyczuwałem w nich wyraźną niechęć do rozmów na temat powstania, a często jakąś nieuleczalną gorycz w stosunku do samych siebie, a jeszcze bardziej w stosunku do nas, nowego po nich pokolenia.

Niechże te moje głębokie przeżycia w związku z wypadkami 63 r., przeżycia, które wznieciły we mnie namiętną potrzebę poszukiwania prawdy, usprawiedliwią w oczach czytelnika odbicie tej namiętności, którą może odczuje w słowach i określeniach mojego odczytu. I niech na podstawie sugestyj i legend popowstaniowych nie zechce zgóry przesądzać, że to, co jest odczute, jest z zasady nierozumne lub nierozsądne.

Starałem się oddzelić od siebie te dwie legendy i ocenić ich istotną wartość na podstawie pamiętników świadków i uczestników powstania 63 r. Ograniczony czasem i strukturą przemówienia, nie byłem w stanie wyczerpać ogromnej ilości faktów, które zbierałem był skrzętnie. Dla potwierdzenia tez swoich chcę przytoczyć we wstępie kilka zdarzeń podkreślających słuszność moich dowodzeń.

Naprzód rozbijałem legendę o "treuga Dei", legendę zgody narodowej, przedstawiając, jak namiętne były ówczesne spory polityczne. Jako skutek tych namiętności ujawnić się musiała wielka chwiejność w tej najliczniejszej zwykle w społeczeństwach rzeszy, która nie bierze bezpośredniego udziału w sporach politycznych. Tę też chwiejność istotnie spotykałem przy wszystkich swoich studjach nad pamiętnikami. Stąd ogromna ilość wybitnych ludzi w powstaniu, którzy przychodzą do pracy i zajmują w tej pracy nieraz wysokie stanowisko dopiero w drugiej połowie 63 r., podczas gdy powstanie rozpoczęło się na samym jego początku.

Ba, w opisach spotykałem ot takich sobie, przeciętnych oficerów powstania, którzy w jego początku, służąc w armji rosyjskiej, nawet z powstańcami bezpośrednio walczyli.

Gdym zaś mówił o wielkim cudzie Rządu Narodowego i panowaniu pieczątki, nie chcąc psuć wrażenia przemówienia, nie dodałem, że w samym rządzie oraz w najbliższem jego otoczeniu spory były tak namiętne i tak silne, że wskutek nich następowały częste zmiany, i że w historji samego Rządu Narodowego nie brak nawet zamachów stanu. Niechybnie świadczyło to o braku wśród kierowników tych wielkich, którzy samą wielkością własną zdobywają autorytet i imieniem swojem znaczą epokę, lecz tem bardziej fakty te podkreślają ogromną siłę zbiorowej energji i moralnej chęci poddania się woli swego własnego polskiego rządu. Bo chyba nikt nie zechce tłumaczyć tego niezwykłego faktu przystosowaniem się do charakteru polskiego i koniecznością dla powagi rządu ukrycia go przed oczami ciekawych.

Z powodu zakreślonego sobie celu nie dotknąłem wcale jeszcze jednej legendy, która ciążyła nad naszemi losami bardzo silnie, a której wyraźne ślady spotykałem jeszcze w nowej, niepodległej Polsce. Mówię o legendzie, że ją tak nazwę, włościańskiej, związanej z taką samą legendą carskiego i obcego demokratyzmu. Wyrządziła ona życiu naszemu po powstaniu głęboko sięgające, niezabliźnione poniekąd rany. Obszerny to temat, nad którym niejedna ślęczała głowa, z powodu którego niejedno męczyło się serce. Zasługuje ten temat na badanie ściślejsze i dokładniejsze, niż to mogłem uczynić w odczycie albo w niniejszym wstępie. Tutaj mogę zaledwie zlekka dotknąć tego tematu. Zwrócę więc przedewszystkiem uwagę na jeden z wyników moich badań, do których doszedłem również na podstawie pamiętników, a mianowicie, że udział włościan w powstaniu zwiększał się z każdym miesiącem jego trwania. Można powiedzieć, iż z rozpoczęciem zimowej kampanji z r. 63 na 64 w wielu miejscach powstanie opierało się jedynie na włościanach i na ich życzliwej opiece nad oddziałami.

Spotkałem nawet próby przymusowego poboru do wojska przez oddziały po wsiach w Kieleckiem (ówczesnem województwie Krakowskiem), przyczem pamiętnikarz, sam oficer powstania, stwierdzał, że próby tego przymusowego poboru, robione siłą, nie czyniły z wziętego z poboru parobczaka złego lub niechętnego żołnierza. Następnie zaznaczyć chciałbym niedostatecznie szeroko znany fakt, że uwłaszczenie włościan na całej przestrzeni, objętej powstaniem, uprzywilejowało stan włościański pod względem materjalnym w znacznie wyższym stopniu, niż to się stało w rdzennej Rosji. Jeżeli więc mówić o zmianach w strukturze socjalnej olbrzymiego państwa carów, to powstanie i konieczność konkurencji z dekretami Rządu Narodowego zmieniły tę strukturę znacznie poważniej u nas niż w Rosji. Walka o duszę włościanina i konkurencja carska z tradycjami powstania stanowiły przez cały czas panowania u nas Rosji niezwykle poważny czynnik życia politycznego i społecznego. Oddziaływanie tego czynnika dałoby się zauważyć i dzisiaj. Na potwierdzenie zaś przytoczę zabawny już teraz na szczęście fakt, na który się natknąłem w początkach nowej Polski.

W samym końcu r. 1918 dałem urlop świąteczny jednemu z wyższych oficerów mego sztabu. Były już wtedy rozpisane wybory do pierwszego sejmu Rzeczypospolitej. Gdy oficer ten w drugiej połowie stycznia r. 1919 wrócił z urlopu, pytałem go o wrażenia, jakie wypadki dziejowe wywarły wśród ludności wiejskiej jednego z zapadłych kątów t. zw. Królestwa. Opowiadał mi o przeróżnych rzeczach, lecz dodał pomiędzy innemi, że włościanie zamierzają powstrzymać się od wyborów, gdyż się boją - bo, jak powiadali: "przyjdą tu kozacy, to dopiero dadzą nam Polskę".

Powstanie 63 r. wraz z całą jego epoką czeka dotąd jeszcze na swoją historję. Nieliczne prace, dotykające tego tematu, są zaledwie próbami. Wobec olbrzymiego wpływu, jaki miały wypadki 63 r. na losy naszego narodu, jestem przekonany, iż teraz, gdy wszelkie trwogi przed próbą walki o niepodległość już chyba minęły, znajdą się historycy, którzy tej epoce poświęcą swoje siły i pracę. Gdy więc który z nich zechce rzucić łaskawie okiem na moje próby walki z legendami, będę szczęśliwy, gdy mu usunę z drogi w pewnej mierze najważniejszą, zdaniem mojem, przeszkodę. Nic bowiem trudniejszego dla historycznej prawdy, jak ogarnąć wielkość epoki. Wielkie były wypadki 63 r., wielkie ich wpływy, wielkie namiętności, wielkie są również i braki źródeł dla studjów nad wydarzeniami, odchodzącemi gdzieś w dal przeszłości.

Lecz dla dziejów powstania 63 r. również wielkie znaczenie ma trwoga oraz sprzeczność myśli i uczuć następnych pokoleń polskich w stosunku do swych ojców i dziadów z 63 r., a niema lepszej pożywki chorobotwórczej dla bakteryj fałszu i legend, jak strach przed prawdą i brak woli.





Jeszcze chciałabym na moment wrócić do osoby pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Informacje, jakie przekazał on Amerykanom, były na wagę złamania przez polskich kryptologów kodów niemieckiej maszyny szyfrującej Enigmy w grudniu 1932 r., która skróciła II Wojnę Światową o kilka lat; czy też rozszyfrowania sowieckich kodów wojskowych w 1920 r. (w 1932 r. podczas wizyty w Polsce szefa sztabu Armii USA gen. Douglasa MacArthura, amerykańska delegacja otrzymała wówczas specjalny prezent, rozszyfrowane przez polski kontrwywiad sowieckie kody armijne: "Rewolucja" i " Fiałka", których Sowieci używali aż do... 1954 r.). Płk. Kukliński nie był żadnym zdrajcą (jak twierdzą rodzime komusze popłuczyny) nie był też szpiegiem, gdyż nie pobierał za przekazywane przez siebie informacje żadnych pieniędzy. Działał bowiem z pobudek patriotycznych i humanistycznych, jego celem było niedopuszczenie do wybuchu wojny nuklearnej i ocalenie w ten sposób Polski i innych narodów Europy. Dlatego też właściwym określeniem jego osoby i działalności, było nazwanie go po prostu Aliantem.



niedziela, 1 stycznia 2023

MIKOŁAJ NIE ŚWIĘTY I SIEDMIU ŁAJDAKÓW

Z DZIEJÓW

PRIWISLENIJE






"OSIEM LWÓW, CZTERECH PTAKÓW PILNUJE SIEDMIU ŁAJDAKÓW"





Dziś, jeszcze w starym roku, pragnę na krótko powrócić do tematyki rosyjskiej, ale pomijając współczesność,przenoszę się (wraz z Wami, czytelnikami tego bloga) do XIX wieku. Chciałbym bowiem poruszyć temat stosunków polsko-rosyjskich na przykładzie trzech wizyt cara Rosji - Mikołaja I Romanowa w Królestwie Kongresowym (Priwislinskim Kraju - czyli tej części ziem dawnej Rzeczpospolitej, które znalazły się pod moskiewskim zaborem), z lat 1838, 1840 i 1841, ze szczególnym uwzględnieniem tej ostatniej daty, jako że wówczas doszło do otwarcia pomnika tzw. "Siedmiu oficerów lojalnych wobec swego króla" (którym w latach 1815-1831 był właśnie car Mikołaj I). Oficerowie ci, zostali zamordowani na początku Powstania Listopadowego w listopadzie 1830 r. za odmowę przyłączenia się do owej insurekcji. Od razu też pragnę wyjaśnić (biorąc pod uwagę tytuł) że ja takich mordów nie pochwalam, tym bardziej, że ci oficerowie (Potocki, Siemiątkowski, Trębicki, Hauke, Blumer, Nowicki i Mecieszewski) zasłużyli się znacznie w czasach Napoleońskich, podobnie jak np. Józef Zajączek, w latach 1815-1826 carski namiestnik Królestwa Polskiego. Zarówno on, jak i oni są bowiem doskonałym przykładem, jak piękną kartę swego życiorysu można zamienić w... gówno). Ci zaś, którzy ich zamordowali, niekoniecznie musieli być ludźmi o szlachetnych intencjach, mimo to jednak ich postawa była wybitnie demotywująca i podobnie jak postawa późniejszych dowódców powstańczych, nie sprzyjała szybkiemu wygraniu Wojny o Niepodległość w roku 1831 i przeniesieniu walk na tereny Ukrainy, Litwy i Białorusi - ludzie ci myśleli bowiem tylko o szybkim zakończeniu walk i dogadaniu się z carem, co powodowało spory dysonans pomiędzy niezwykle bojowo usposobionym korpusem oficerskim średniego i niższego szczebla jak również całym ówczesnym Wojskiem Polskim oraz patriotycznie zmotywowaną młodzieżą (jak bowiem pisał w 1839 r. brytyjski konsul w Warszawie - John Charles Barnett: "Surowość kary (...) zwiększa tylko z każdym dniem niepopularność Rosjan, zwłaszcza w szkole silny duch narodowy ujawnia się nieustannie, a każdy dwunastoletni chłopiec ma się za patriotę"). Dlatego też postawa owych siedmiu oficerów nie mogła być powszechnie akceptowalne.

Świadczą o tym również dzieje owego monumentu, postawionego na Placu Saskim w Warszawie w listopadzie 1841 r. Wypisano na nim nazwiska siedmiu oficerów, dodając że zginęli za wierność swojemu królowi (co ciekawe, wdowa po generale Potockim, prosiła listownie cara Mikołaja, aby ten nie umieszczał nazwiska jej męża na owym cokole, twierdząc iż "nie zasłużył na taki zaszczyt", car jednak odrzucił jej prośbę). Pomnik w formie małego obelisku, miał u swej podstawy osiem spiżowych lwów, a nieco wyżej umieszczone zostały cztery dwugłowe rosyjskie orły, stąd bardzo szybko monument ów otrzymał prześmiewczą nazwę, nadaną mu przez mieszkańców Warszawy, a brzmiała ona właśnie tak: "Osiem lwów, czterech ptaków pilnuje siedmiu łajdaków". Pomnik znajdował się pod ciągłą obserwacją (zawsze przy nim stacjonował jakuś ruski sołdat), gdyż ciągle dochodziło na nim do różnych aktów wandalizmu. Przylepiano na nim kartki (tzw.: paskiewiczówki, od nazwiska carskiego namiestnika Królestwa - Iwana Paskiewicza) z prześmiewczym przesłaniem (raz nawet taką kartkę przyklejono na plecach owego żandarma pilnujacego pomnika). Kilka razy próbowano go wysadzić w powietrze, ale ostatecznie przetrwał te wszystkie ataki i został rozebrany dopiero w 1917 r. (po abdykacji cara Mikołaja II) oczywiście za zgodą okupujących wówczas miasto władz niemieckich. Był to przedsmak tego, co miało nastąpić już po odzyskaniu Niepodległości i swoistej derusyfikacji Warszawy, prowadzonej od początku lat 20-tych XX wieku w czasie której usunięto większość rosyjskich cerkwi lub ponownie zamieniono je na katolickie Kościoły .




Tak to zatem wyglądało, ale wracając do XIX stulecia słów jeszcze parę powiem na temat wizyt cara Mikołaja w  wyżej wspomnianych latach. Otóż Powstanie w Królestwie Polskim wybuchło w listopadzie 1830 r. Był to rewolucyjny czas w całej Europie, niedawno zakończyła się Wojna o Niepodległość Grecji (1821-1829), która dzięki Wielkiej Brytanii i Francji, wyzwoliła się z tureckiego jarzma. Sama zaś Turcja popadła w długotrwały konflikt z Egiptem paszy Mohameda Alego (1831-1839). We Francji Rewolucja Lipcowa zrzuciła z tronu króla Karola X, a w jego miejsce wprowadzono Ludwika Filipa z orleańskiej linii Burbonów (1830). Belgia wyzwoliła się od Holandii (1830, choć niepodległość tego kraju uznana została dopiero w 1839 r.). W Wielkiej Brytanii trwał konflikt o nowe ułożenie reprezentacji miast i rozkładu głosów w parlamencie  (zakończony ostatecznie w 1832 r.). W Hiszpanii narastała wrogość zwolenników księżniczki Izabeli - córki Ferdynanda VII i jego brata don Carlosa, zakończonej wybuchem trzech wojen karlistowskich, toczonych z przerwami w latach 1833-1876. W Italii zyskiwała popularność idea Risorgimento - zjednoczenia Włoch (Garibaldii, Mazzini). Zaś w krajach języka niemieckiego trwała zimna wojna o dominację Prus i Austrii. A poza tym jak zwykle, codzienne problemy ludzi tamtych czasów  (np. walka o ograniczenie zatrudniania dzieci w przemyśle i w kopalniach - w Wielkiej Brytanii takie prawo weszło w 1833 r. jako pierwsze w Europie) i rozbudowa sieci kolejowej (pierwsza linia kolejowa została otwarta w Wielkiej Brytanii w 1825 r. między Stockton a Darlington, w Niemczech w Bawarii w 1835, we Francji w 1837 między Paryżem i Saint- Germain, a na ziemiach polskich Kolej Warszawsko-Wiedeńska powstała w latach 1846-1847. Taka była ówczesna rzeczywistość.

Car Mikołaj I nie ufał Polakom po Powstaniu Listopadowym, które to o mały włos zakonczyloby się klęską Rosji (Armia rosyjska mając ponad trzykrotną przewagę nie była w stanie pokonać w polu Wojska Polskiego, co doprowadzało cara do furii, natomiast jego brat, wielki książę Konstanty - choć musiał uciekać przed powstańcami, cieszył się z sukcesów Polaków). Dlatego też po stłumieniu Powstania, car odebrał Królestwu Polskiemu konstytucję i zniósł jego samodzielność i odrębność od Rosji, powołując tzw. Statut Organiczny (1832 r.). Wielu Polaków sądziło, że przyjazd cara do Królestwa spowoduje pewne łaski dla kraju, jak choćby zniesienie stanu wyjątkowego, wprowadzonego w 1833 r. Jego przyjazd w lipcu 1838 r. był jednak jednym wielkim rozczarowaniem. Brytyjski poseł - Barnett tak oto pisał o polskim społeczeństwie w raporcie z 1838 r.: "Towarzystwo warszawskie, które przed rewolucją składało się ze wszystkich prawie głównych rodzin polskich, obecnie ogranicza się do niewielu, które tu jeszcze rezydują, raczej z obawy, że ich nieobecność byłaby poczytania za niechęć do rosyjskiego rządu i podany ich w podejrzenie, aniżeli z chęci włączenia się do towarzystwa w jego obecnym składzie. Rosjanie i Polacy spotykają się w towarzystwie, na pozór po przyjacielsku. (...) Rosjanie są to albo oficerowie, albo wyżsi urzędnicy cywilni. Bardzo zwraca uwagę prawie całkowity brak młodych ludzi cokolwiek znaczących (...) budzi satysfakcję obserwowanie ich właściwej postawy, która ich skłania do obchodzenia się bez zabaw w stolicy (...) z ludźmi, w których upatrują najzaciętszych wrogów swego kraju. Wiele znanych mi rodzin, osiadłych w Warszawie, żyje bardzo w odosobnieniu i nie ukazuje się nigdy publicznie - takich ludzi obserwuje bacznie policja". W takiej atmosferze przyjazd cara (i króla) była nadzieją na nowe otwarcie i nastanie lepszych czasów. Wszystko to okazało się jednak  mrzonkom.

Car przyjechał, lecz swoje kontakty ograniczył do minimum i ku powszechnemu rozczarowaniu nie spotkał się z nikim - wcześniej apelującym o audiencję, a jedynie z przedstawicielami wojska, Rady Stanu i duchowieństwa. Nie odwiedził nawet specjalnie dla niego przygotowanej wystawy wyrobów przemysłu krajowego, nie pokazał się też publiczności w czasie uroczystego przedstawienia w Łazienkach. Ogólne wrażenie tej wizyty zostało bardzo negatywnie odebrane przez mieszkańców Warszawy i jeszcze bardziej pogłębiło ich niechęć do osoby Mikołaja.

Kolejna wizyta, do której doszło we wrześniu 1840 r. też okazała się nieudana. Tym razem jednak car przyjechał z małżonką- Aleksandrą Fiodorowną. Wiele też sobie obiecywano po tej wizycie, a zakończyło się skandalem. Otóż para cesarska urządziła przyjęcie w Pałacu w Łazienkach, na które m.in. zaproszono rosyjskie i polskie damy z warszawskich rodów. Spodziewano się że oto wreszcie dojdzie do przełamania impasu i polepszenia stosunków polsko-rosyjskich i przyznania pewnych ulg dla Królestwa. Okazało się jednak że nie oto chodziło moskiewskiemu monarsze. Wszystkie damy zostały zmuszone do przystrojenia się w rosyjskie stroje, a następnie wzięły udział w uroczystości dziewiątej rocznicy zdobycia przez Rosjan Woli (na szańcach Woli w obronie Warszawy zginął we wrześniu 1831 r. gen. Józef Sowiński. Wdowa po nim, generałowa Katarzyna Sowińska była postacią bardzo szanowaną w mieście, a jej śmierć w czerwcu 1860 stała się podstawą do zorganizowania wielkiej patriotycznej manifestacji, której brutalne stłumienie, było jednym z powodów wybuchu w 1863 r.  Powstania Styczniowego). Wizyta więc pary cesarskiej zakończyła się ponownie całkowitym rozczarowaniem.






Do kolejnej wizyty cara w Warszawie doszło w listopadzie 1841 r. i było związane właśnie z odsłonięciem pomnika "siedmiu łajdaków". Początkowo planowano huczną uroczystość, połączoną z wystrzałami artyleryjskimi (przywołującymi w pamieci szturm Warszawy sprzed dziesięciu lat) oraz z iluminacjami świetnymi (fajerwerkami), ostatecznie jednak z tego zrezygnowano. 
Ograniczono się jedynie do parady wojskowej 8 tys. żołnierzy przed pomnikiem i mszy pontyfikalnej na Placu Saskim. Mikołaj bowiem nie ufał Polakom, twierdził wręcz otwarcie że nasz naród jest jawnie rusofobiczny i że powodem tego było przede wszystkim katolickie wychowanie polskiej młodzieży, dlatego też włączył budynek dawnej szkoły pijarów Collegium Nobilium w obręb wznoszonej od 1832 r. Cytadeli warszawskiej, symbolu moskiewskiego zniewolenia kraju.


BÓG WYRZEKŁ SŁOWO "STAŃ SIĘ".
BÓG I "ZGIŃ" WYRZECZE,
KIEDY OD LUDZI 
WIARA I WOLNOŚĆ UCIECZE,
KIEDY ZIEMIĘ 
DESPOTYZM I DUMA SZALONA,
OBLEJĄ JAK MOSKALE
 REDUTĘ ORDONA
KARZĄC PLEMIĘ ZWYCIĘZCÓW 
ZBRODNIAMI ZATRUTE,
BÓG WYSADZI TĘ ZIEMIĘ,
JAK ON SWĄ REDUTĘ



To tyle na dziś. Wybaczcie mi tę i kilkunastodniową absencję, ale niestety muszę jeszcze trochę odpocząć. Ja bowiem tak już mam, że jak pracuję, to pracuję - nawet parę lat bez przerwy, ale przychodzi taki czas, że potrzebuję przerwy i wtedy biorę dłuższy urlop. Wkrótce wracam z nowymi pomysłami i planami, tak więc czekajcie cierpliwie. I oczywiście:


WSZYSTKIM CZYTELNIKOM MOJEGO BLOGA ŻYCZĘ SZCZĘŚLIWEGO, RADOSNEGO I SPOKOJNEGO 2023 ROKU


PS: Bardzo przepraszam za literówki,  ale związane to było z faktem iż pisałem na szybko z telefonu i nie przeprowadziłem korekty. Teraz to wszystko naprawiłem i tak też wygląda moją myśl (a pisałem to głównie z pamięci) już po korekcie.


piątek, 17 czerwca 2022

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! Cz. I

 CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA

KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO

 
 
KILKA ZDJĘĆ PREZENTUJĄCYCH OBRAZY ŚWIATA, KTÓREGO JUŻ NIE MA, KTÓRY POCHŁONĘŁA LUDZKA NIENAWIŚĆ, CHORE IDEOLOGIE I MNÓSTWO CIERPIENIA. ŚWIAT TEN PRZETRWAŁ JEDNAK NIE TYLKO W PAMIĘCI OSTATNICH ŻYJĄCYCH JESZCZE ŚWIADKÓW TAMTYCH DNI, ALE RÓWNIEŻ W POSTACI ZDJĘĆ, OBRAZÓW A NIEKIEDY AUDYCJI RADIOWYCH LUB FILMÓW. DZIĘKI TEMU MOŻEMY DZIŚ UJRZEĆ NA WŁASNE OCZY ŻYCIE LUDZI W CZASACH NIE TAK ODLEGŁYCH JESZCZE, ALE ZE WZGLĘDU NA TRAGEDIE WOJENNE XX WIEKU I ZMIANY SPOŁECZNO-MENTALNE POWSTAŁE W ICH WYNIKU, WYDAJE SIĘ JAKOBY POWSTAŁY ONE W INNYM ŚWIECIE. DLATEGO TEŻ TERAZ PRAGNĄŁBYM KILKA Z OWYCH ZDJĘĆ ZAPREZENTOWAĆ JAKO DOWÓD ŻE POMIMO UPŁYWU LAT I WCIĄŻ ZMIENIAJĄCYCH SIĘ RZECZYWISTOŚCI - MY, POLACY
 
 
BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY!
 
 
 

 
 
 POWRÓT WOJSKA PO MANEWRACH DO RZESZOWA
(1938)
 

 
 
HANNA ROZWADOWSKA I ZBIGNIEW SAWAN 
NA PLANIE FILMU "SERCE NA ULICY"
(1930)
 

 
 
WYPOCZYNEK WARSZAWSKIEJ MŁODZIEŻY 
NA BIELANACH
(1929)
 

 

 
 
NORA NEY I EUGENIUSZ BODO 
NA PLANIE FILMU "CZERWONY BŁAZEN"
(1926)
 

 
 
 OBCHODY 400-ej ROCZNICY URODZIN 
KRÓLA STEFANA BATOREGO
(1933)
 

 
 
OSTATNIE DNI LETNIEGO WYPOCZYNKU W PIENINACH
(1939)
 
(WKRÓTCE POTEM PIEKŁO WESZŁO DO RAJU)
 
 
 

 
 
WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO 1863-1864
OJCOWIE A CZĘSTO DZIADOWIE TWÓRCÓW NAJJAŚNIEJSZEJ RZECZPOSPOLITEJ
 
 
(WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO BYLI UWAŻANI ZA DUCHOWYCH TWÓRCÓW POLSKIEJ NIEPODLEGŁOŚCI, DLATEGO TEŻ OTACZANO ICH NIESAMOWITYM MIREM I CZCIĄ. DZIECI W DOMACH I SZKOŁACH UCZONO ŻE "DZIADKÓW" NIEPODLEGŁOŚCI NALEŻY CAŁOWAĆ W RĘKĘ I OKAZYWAĆ IM WIELKI SZACUNEK. DOSTAWALI TEŻ SPECJALNE DODATKI EMERYTALNE, BĘDĄCE EKWIWALENTEM NP. NA ZAKUP POTRZEBNYCH LEKÓW, USTĘPOWANO IM MIEJSCA W ŚRODKACH KOMUNIKACJI MIEJSKIEJ I WSZĘDZIE GDZIE SIĘ POJAWIALI. TAK II RZECZPOSPOLITA HONOROWAŁA SWOICH DUCHOWYCH TWÓRCÓW, A JAK III RZECZPOSPOLITA HONORUJE SWOICH DUCHOWYCH TWÓRCÓW - NIEZŁOMNYCH ŻOŁNIERZY POWSTANIA ANTYKOMUNISTYCZNEGO? SZKODA NA TEN TEMAT STRZĘPIĆ JĘZYK) 
 
 
WETERAN POWSTANIA - JÓZEF DRAGUN
(1929)
 

 
WETERAN POWSTANIA - WALENTY BĘTKOWSKI
(1929) 
 

 
 WETERAN POWSTANIA - LUDWIK NOWAKOWSKI
(1939)
 

 
 WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO PODCZAS ZWIEDZANIA ZAMKU KRÓLEWSKIEGO W WARSZAWIE
(LATA 20-te)
 

 
WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO 
NA PLACU PIŁSUDSKIEGO W WARSZAWIE
(1929)
 

 
WETERANI POWSTANIA STYCZNIOWEGO - WARSZAWA
(1936)
 
 

 
CZEŚĆ I CHWAŁA BOHATEROM
 POLSKIEJ ZIEMI CZEŚĆ!
 

 
DO KRWI OSTATNIEJ - CZYLI:
 "NIM HITLER RUNIE, ŚMIERĆ KOMUNIE"
 
BOHATEROWIE III RZECZPOSPOLITEJ - 
ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI/WYKLĘCI
 
 
 

 
"NIE CHCEMY KOMUNY, NIE CHCEMY I JUŻ! NIE CHCEMY NI SIERPA, NI MŁOTA! ZA KATYŃ, ZA GRODNO, ZA WILNO I LWÓW ZAPŁACI CZERWONA HOŁOTA"
 

 
 
PRZEDSZKOLE DLA DZIECI KOLEJARZY W RADOMIU
(Początek lat 30-tych)
 

 
 
 BOŻE NARODZENIE W SZPITALU ŚW. ANTONIEGO ZGROMADZENIA SIÓSTR ELŻBIETANEK W WARSZAWIE
(1931)
 

 
 
SPRZEDAŻ CHOINEK W KRAKOWIE
(1932)
 

 
 
 REKLAMA PIWA LWOWSKIEGO 
TOWARZYSTWA AKCYJNEGO BROWARÓW
(LATA 30-te)
 

 
 
OBCHODY 100 ROCZNICY WYBUCHU 
POWSTANIA LISTOPADOWEGO PRZED BELWEDEREM -
SIEDZIBĄ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO
(1930)
 

 
 
SKAUCI FRANCUSCY ODDAJĄ HONORY PRZED 
GROBEM NIEZNANEGO ŻOŁNIERZA W WARSZAWIE
(1938)
 

 
 
13 WILEŃSKA DRUŻYNA HARCERSKA 
im. ZAWISZY CZARNEGO 
W DRODZE DO KAZIMIERZA DOLNEGO
(1927)
 

 
UROCZYSTOŚĆ WRĘCZENIA 
BUŁAWY MARSZAŁKOWSKIEJ 
gen. EDWARDOWI RYDZOWI-ŚMIGŁEMU 
PRZEZ PREZYDENTA RZECZPOSPOLITEJ
IGNACEGO MOŚCICKIEGO
(1936)
 
 


 
 DRUGI MARSZAŁEK - EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY
(1936-1939)
 

 

 
 
 PIERWSZY MARSZAŁEK
 
 
 
 CDN. 
 

środa, 30 grudnia 2020

JAKI POWINIEN BYĆ MĘŻCZYZNA PRZYSZŁOŚCI? - Cz. I

CZYLI RADY ORAZ PROPOZYCJE PAŃ 

NA TEMAT PRZYSZŁOŚCI 

MĘŻCZYZN I MĘSKOŚCI 

z 1932 r.

 
 
  

 W 1930 r. w jednej z genewskich szkół dla dziewcząt, przeprowadzono ankietę na temat zadowolenia z bycia kobietą, a dokładnie zaś tytuł ankiety brzmiał: "Czyś zadowolona, że jesteś dziewczyną?". W owej ankiecie wypowiedziały się 34 uczennice, z czego aż 22 z nich nie były zadowolone że urodziły się dziewczynami i jeśli tylko miałyby możliwość, to "wolałyby stokroć urodzić się chłopcami, do których przecież należy cały świat". 11 uczennic stwierdziło zaś że bycie kobietą jest równie dobre co bycie mężczyzną i cieszyły się ze swojej płci, gdyż: "jest rzeczą bardzo przyjemną posiadać dzieci", "jest bardzo miło prowadzić dom" oraz że "kobieta nie potrzebuje tyle pracować co nieszczęsny mężczyzna". Tylko jedna z dziewcząt zdecydowanie w ankiecie stwierdziła że być dziewczyną jest znacznie lepiej, niż być chłopcem, gdyż tak naprawdę to kobiety rządzą światem i "mogą chłopcom pokazać do czego dziewczęta są zdolne". I rzeczywiście, twierdzenie że to mężczyźni od wieków rządzą światem, jest nie do końca prawdziwe, gdyż nawet jeśli tak założymy, to powstaje pytanie: "kto w takim razie rządzi mężczyznami?" Podział ról płciowych jest tak banalnie prosty i tak dziecinnie banalny, że aż śmiesznym jest by to wyjaśniać. Owszem, to mężczyźni ze względu na fizyczne i (często) intelektualne predyspozycje związane ze swoją płcią - są bez wątpienia stworzeni do działania, przewodzenia, tworzenia oraz niestety niszczenia. To bez wątpienia mężczyźni byli twórcami cywilizacji, to ich pot, krew i poświęcenie dawało gwarancję przetrwania ludzkości jako społeczeństwa (mężczyźni z reguły są tak skonstruowani, że dążą do osiągnięcia często najbardziej odległych i wydawałoby się niemożliwych do zdobycia celów, w tym również władzy - a to automatycznie powoduje likwidację stanu pierwotnej anarchii i stworzenia praw formujących cywilizację. Bez tych praw i bez tej stworzonej przez mężczyzn cywilizacji, los najsłabszych - czyli kobiet, dzieci oraz starców - w stanie pierwotnej anarchii byłby prawdziwym piekłem). Wszystkie wielkie cywilizacje w dziejach świata - i to zarówno wielkie imperia, jak i mniejsze, a stabilniejsze organizmy państwowe - zostały stworzone przez mężczyzn i nigdzie, w żadnej kulturze, w żadnej tradycji nie znajdziemy cywilizacji stworzonej ręką kobiet. To mężczyźni stanowili prawo (czasem godzące również w płeć piękną, ale bez wątpienia prawo to było fundamentem rozwoju ludzkich cywilizacji), to oni tworzyli niesamowite dzieła sztuki (co nie znaczy oczywiście że nie było kobiet artystek - mówię jednak o proporcjach które nie są ze sobą porównywalne) to oni również byli obrońcami swych rodzin, swych kobiet, swych miast i swych ojczyzn, to oni ginęli na polach bitew i to oni byli mordowani oraz najdotkliwiej prześladowani przez wrogów w przypadku klęski. Oczywiście mężczyźni to również często niepohamowana agresja i chęć niszczenia - jednak wydaje się, iż w tym akurat przypadku nie różnią się wiele od kobiet, a jedynie tym, że męska agresja jest bezpośrednia, widoczna i przez to postrzegana jako dominująca w męskiej naturze (kobiety - nie będąc wcale mniej agresywne od mężczyzn - działają bardziej subtelnie i potrafią niszczyć swych wrogów na o wiele więcej sposobów niż faceci, choć ich agresja pozostaje w cieniu i często jest niezauważalna).

Tak, to mężczyźni byli i są twórcami cywilizacji. To mężczyźni są gnębicielami anarchii i dawcami (małej) stabilizacji dla swych społeczeństw. Jednak bądźmy szczerzy - czy komukolwiek wydaje się, że faceci kiwnęliby palcem w jakiejkolwiek dziedzinie, gdyby nie posiadali silnej motywacji w postaci... kobiet? Przecież to wszystko, co powstaje i co wychodzi spod męskiej ręki, tworzone jest głównie dla kobiet. Naprawdę komukolwiek wydaje się że faceci w jakiejkolwiek sprawie kiwnęliby palcem, gdyby nie było kobiet jako bodźca i często podniety (zarówno intelektualnej jak i erotycznej). Gdyby zabrakło kobiet, wszelka cywilizacja by się rozpadła, gdyż mężczyźni po prostu przestaliby się starać. Staliby się swoistymi Elojami, niezdolnymi do podjęcia jakiejkolwiek decyzji i biernie oczekującymi na swój los. Ale mechanizm ten działa w dwie strony, jako że gdyby zabrakło mężczyzn, społeczność kobiet bardzo szybko również by zanikła (kiedyś swojej dobrej znajomej zadałem pytanie, co by było, gdyby na świecie zabrakło mężczyzn. Odpowiedziała bez chwili namysłu: "Baby same by się powybijały!" - i to zdanie wydaje mi się bardzo dobrze oddawać rzeczywistość). I choć większość kobiet akceptuje zalety i wady swej płci, wydaje się że przynajmniej część kobiecego rodu opanował swoisty "kompleks penisa", który sprowadza się do małpowania na siłę męskich zachowań i chęci dorównania facetom w każdej dziedzinie życia. Ostatnio przeczytałem na jednym z portali, opinię pewnej kobiety, która stwierdziła: "Wydaje mi się, że mężczyźni boją się silnych i niezależnych kobiet!" co miało też być dowodem pewnych męskich kompleksów. To stwierdzenie jest niepełne, gdyż można powiedzieć że faceci w ogóle boją się kobiet - a szczególnie ładnych kobiet. Trudno się temu dziwić, wiedząc że kobiety z racji swej płci, już na wstępie mają ułatwione życie, gdyż nawet jeśli nie są zbyt ładne, wcześniej czy później znajdą swego amatora, zaś ładna dziewczyna w ogóle nie ma żadnych problemów ze zdobyciem "samca", gdyż wokół niej co chwila trwają swoiste "tańce godowe" i to ona wybiera kandydata na swego partnera i swego męża. Facet natomiast już na wstępie ma pod górkę (mam tutaj na myśli większość mężczyzn, choć są też i tacy, do których panienki lgną niczym magnez, a oni niezbyt przywiązują się do tych związków, traktując je jak coś zupełnie naturalnego) gdyż aby zaimponować kobiecie, musi najpierw się czymś wykazać, czymś jej zainteresować - tak, aby to właśnie jego wybrała. Dlatego też faceci boją się kobiet zdając sobie sprawę z siły jaką owe kobiety posiadają i jak mogą owego faceta zniszczyć, uznając go za niegodnego ich kobiecej "boskości". 
 
Co zaś się tyczy niezależnych kobiet, to rzeczywiście odstraszają oni męską brać (choć oczywiście nie wszystkich), a to głównie dlatego, że posiadając naturalnie kobiecą przewagę swej seksualności, pragną również wejść w naturalnie męski świat wzajemnej konkurencji i wyzwań, w którym to świecie mężczyzna kształtuje swoją wyjątkowość w oczach kobiety (władza - pieniądze - przebojowość - siła etc. etc.). Musząc co chwila zmagać się z konkurencją i wyznaniami dominującymi w "naturalnym świecie" mężczyzn, jedyne czego pragną faceci po zakończeniu takiego dnia, to powrót do domu, do słodkiej żony, do dzieci i do spokoju oraz rodzinnej atmosfery swego domostwa. Naprawdę nie chcą oni jeszcze w domu konkurować o władzę ze swoją żoną, której nagle wyskoczyła potrzeba "dorównania mężczyźnie" i zaczyna wchodzić w typowo męski świat, zaniedbując jednocześnie swoje obowiązki jako żony i matki. A gdy kobiety nie znajdują w tym zrozumienia u swoich mężów czy partnerów, pojawiają się takie właśnie refleksje, jak wyżej wymieniona i stwierdzenia że "mężczyźni boją się silnych i niezależnych kobiet". Dziwię się, że istnieją kobiety, które nie pojmują iż facet może nie mieć ochoty nieustannie konkurować ze swoją kobietą również w domu, że jego męskość może ucierpieć na tym, iż ta na przykład zarabia więcej niż on, bo przecież utrzymanie rodziny należy do mężczyzny i jeśli ona (całkiem nieświadomie) ostentacyjnie podkreśla swoją przewagę (również finansową) to działa na faceta tak, jakby próbowała pozbawić go męskości. To nowa forma konkurencji, z tym że teraz facet musi walczyć nie z innym samcem o kobietę, lecz z kobietą o swoją męskość. A to przecież kobiety są owym męskim bodźcem, popychającym facetów do działania. Niestety, takie sytuacje powtarzają się co chwila w różnych okresach historycznych, w których kobiety zaczynają odczuwać "zazdrość o penisa" i próbują wkraczać w męski świat, jednocześnie całkowicie zapominając o swym własnym kobiecym świecie. To rodzi frustrację i niepewność wśród mężczyzn, którzy wcale nie pragną konkurować ze swoimi kobietami, a jedyne czego chcą, to po intensywnym dniu zmagań z innymi samcami - spokoju i akceptacji w oczach swej kobiety. Należy też pamiętać, że zawsze, gdy w grę wchodziła powszechna świadomość zbiorowej emancypacji kobiet, kończyło się to bardzo źle dla cywilizacji, a co za tym idzie ostatecznie dla samych kobiet. Przykłady można mnożyć - Grecja była silna, jak była ojczyzną polis zarządzanych i bronionych przez mężczyzn, gdy zaś w epoce hellenistycznej znacznie wzrosła emancypacja kobiet, nastąpił rozkład tej cywilizacji, a co za tym idzie podbój greckiego świata przez Rzym. Rzymianie również byli silni, gdy dominowała wola "pater familias", lecz w I, a szczególnie II i III wieku naszej ery, gdy kobiety uzyskały znaczną niezależność, nastąpił szybki rozkład społeczny, a co za tym idzie zagłada rzymskiego świata i podbój przez dzikie (męskie) plemiona z Północy.
 
 

 
Zawsze, w każdej cywilizacji, w której kobiety zaczynały dominować, następował powolny, acz całkowicie nieunikniony upadek cywilizacyjny i rozkład moralny a w ostatecznej konsekwencji podbój przez lepiej zorganizowane "męskie" społeczności najeźdźców. I bierze się to jedynie stąd, iż kobiety pragną "tylko" emancypacji, "tylko" równouprawnienia z mężczyznami. Owe "tylko" jest tu bardzo ważne, gdyż należy pamiętać, że ze względu na swoją seksualność kobiety od wieków dominowały nad mężczyznami, a jeśli dodatkowo uzyskują z nimi równe prawa, to bez wątpienia przejmują całkowitą dominację (już Sokrates zwykł mawiać - mając zapewne doświadczenie swej żony Ksantypy, iż: "Kobieta, zrównana z mężczyzną, zostaje jego przełożoną", zaś William Golding pisał: "Myślę, że kobiety są głupie, udając, że są równe mężczyznom. Są o wiele lepsze i zawsze były"). Naturalna równowaga pomiędzy płciami zostaje zachwiana, a to oznacza koniec tej (sfeminizowanej) cywilizacji i zastąpienie jej, kolejną "męską" wersją. Tak było od wieków i tak dzieje się non stop. Głównym tego powodem są (według mnie) te kobiety, które nie pojmując siły swej seksualności, pragną jeszcze walczyć z mężczyznami o kontrolę nad "połową świata". I takie kobiety były i są zawsze, a ich pomysły (np. na temat mężczyzn i męskości) prowadzą bezpośrednio do cywilizacyjnego upadku i ponownej społecznej degradacji. Kobiety bowiem mają naturalną skłonność do uległości i póki uznają przewodnictwo swego mężczyzny, póty rozwój cywilizacyjny postępuje. Ale gdy zapragną "zawalczyć o penisa" - niczym mitologiczna Pandora, która wypuściła na świat wszelkie nieszczęścia i choroby - doprowadzają każdą cywilizację do upadku, anarchii, wojen i kolejnego "piekła kobiet". I właśnie w tym temacie pragnę zaprezentować takie pomysły wyemancypowanych pań, które na łamach popularnego przed wojną, polskiego tygodnika dla kobiet o nazwie "Bluszcz" (ukazywał się on w latach 1865-1918, 1921-1939 i potem jeszcze w 2008-2012), debatowały nad nową formą męskości i nowym typem mężczyzny przyszłości. Było to pismo bardzo popularne i żadne inne pisma kobiece Dwudziestolecia Międzywojennego nie mogły się z nim równać ("Bluszcz" przejmował czytelniczki z innych pism kobiecych, jak np. ukazującego się w latach 1927-1934 magazynu "Kobieta współczesna" - zdecydowanie stawiającego na równouprawnienie kobiet z mężczyznami pod każdym względem).
 
 

 
"Bluszcz" był również najstarszym pismem kobiecym na ziemiach polskich. Założony został przez poetkę Marię Ilnicką niedługo po zakończeniu Powstania Styczniowego (1863-1864), które to było prawdziwym zrywem niewolników, pragnącym wolności i nie godzącym się dalej żyć pod siermiężnym jarzmem rosyjskiego cara. Nie miało ono co prawda żadnych szans na zwycięstwo, a było jedynie formą sprzeciwu Polaków wobec zaborcy, formą szaleńczego zrywu na znacznie silniejszego (i lepiej uzbrojonego) przeciwnika. Mimo jednak swej klęki, Powstanie Styczniowe zasiało ziarno, z którego potem wyrosło pokolenie które odzyskało Niepodległość i przywróciło Polskę na należne jej miejsce na mapie Świata. Gdy Powstanie zakończyło się klęską, to i wielu mężczyzn poległo w walce lub zostało zesłanych na Syberię, w kraju zaś pozostały kobiety - matki, żony, siostry, córki - często wdowy które teraz musiały jakoś poradzić sobie z wychowaniem dzieci. "Bluszcz" od samego początku kierowany przez redaktor naczelną - Marię Ilnicką, w pierwszych dwóch dekadach swego istnienia propagował model kobiety zaradnej a jednocześnie pokornej, pełnej poświęcenia dla męża i dzieci, której obowiązkiem było przekazanie swemu potomstwu patriotycznych wzorców i wiary chrześcijańskiej (sławna pieśń "Płynie Wisła, płynie", ze słowami: "Nad moją kolebką matka się schylała, matka się schylała, i mówić pacierza wcześnie nauczała. "Ojcze nasz" i "Zdrowaś" i Skład Apostolski i Skład Apostolski, bym do samej śmierci kochał naród polski, bym do samej śmierci kochał naród polski. Bo ten naród polski ma ten urok w sobie, ma ten urok w sobie - kto go raz pokocha, nie zapomni w grobie").
 
 

 
Na przykład matka Józefa i Bronisława Piłsudskich czytywała im dzieła Juliusza Słowackiego, Adama Mickiewicza, Juliana Ursyna Niemcewicza, Zygmunta Krasińskiego (Marszałek pisał po latach o swej matce: "Nieprzejednana patriotka nie starała się przed nami ukrywać bólu i zawodów z powodu upadku powstania, owszem, wychowywała nas, kładąc zwłaszcza nacisk na konieczność dalszej walki z wrogiem ojczyzny. Od najwcześniejszego dzieciństwa zaznajamiano nas z utworami naszych wieszczów ze specjalnym uwzględnieniem utworów zakazanych, uczono historii Polski, kupowano książki wyłącznie polskie. (...) Matka najbardziej lubiła z naszych wieszczów Krasińskiego, mnie zaś od dzieciństwa zachwycał zawsze Słowacki, który też był dla mnie pierwszym nauczycielem zasad demokratycznych". 9 listopada 1931 r. w liście do Artura Śliwińskiego, Piłsudski pisał: "Jako dziecko często fantazjowałem i nieraz zadawałem sobie dziwne pytania: czy jest ktoś na świecie, dla kogo mógłbym umrzeć (...) Mógłbym na to zdobyć się jedynie dla matki (...) Dzisiaj spokojnie umarłbym dla dobra swych dzieci", zaś w swym testamencie z maja 1935 r. Marszałek pisał tak: "Nie wiem, czy nie zechcą pochować mnie na Wawelu? Wtedy niech tylko moje serce schowają we Wilnie. Tam leżą moi żołnierze, co w kwietniu 1919 r. mnie jako wodzowi Wilno pod nogi w prezencie rzucili. Sprowadźcie zwłoki mej matki z Sugint, wiłkomirskiego powiatu do Wilna. Pochowajcie ją z wojskowymi honorami. Matka mnie - do tej roli, jaka mnie wypadła - chowała"). Maria z Billewiczów Piłsudska (w "Potopie" Henryka Sienkiewicza, Oleńka - narzeczona Andrzeja Kmicica - również pochodzi z rodu Billewiczów), matka Marszałka, zmarła w 1884 r. w wieku 42 lat.
 
 
 
 
Tematyka "Bluszczu" zmieniła się dopiero z początkiem lat 80-tych XIX stulecia i tutaj zaczął dominować temat głównie pracy zarobkowej kobiet oraz ich wykształcenia. Pismo to skierowane było głównie do średniozamożnych kobiet z rodzin szlacheckich i mieszczańskich. Ilnicka stała na gruncie emancypacji kobiet, ale bez żadnych rewolucyjnych (dziś powiedzielibyśmy feministycznych) zmian, propagując przede wszystkim życie rodzinne i kobietę, jako podporę domowego ogniska (na łamach pisma krytykowano często sufrażystki, widząc w ich działalności element rozkładu niszczący rodzinę i wspólnotę społeczną). Po rezygnacji Ilnickiej z dalszego kierowania pismem w 1896 r. (po ponad trzydziestu latach), "Bluszcz" do 1918 r. miał jeszcze dwie redaktorki naczelne i jednego redaktora, ale wszyscy (w mniejszym lub większym stopniu) kontynuowali tematykę zapoczątkowaną przez Marię Ilnicką. W 1918 r. na fali radości z odzyskanej po zakończeniu I Wojny Światowej Niepodległości, redaktor Zofia Seidlerowa na łamach pisma, namawiała kobiety do aktywnego włączania się w budowę nowoczesnych struktur odradzającej się polskiej państwowości. Owe czasopismo jednak przestało się ukazywać w tymże 1918 r. i odrodziło się dopiero w dwa i pół roku później pod kierownictwem Stefani Podhorskiej-Okołów. Pismo nadal koncentrowało się na emancypacji zawodowej kobiet, na rolach kobiet i mężczyzn w życiu rodzinnym, wychowaniu dzieci, nauce etc. W 1928 r. wprowadzono kącik "Nasza mównica", w którym oddawano głos czytelniczkom, pragnącym wyrazić swe zdanie w najważniejszych tematach (np. w kwestii zjawiska prostytucji, chorób alkoholowych, analfabetyzmu, aborcji. Już w latach 20-tych zaczęto propagować nowy model kobiecości: "idealnego typu kobiety polskiej zarówno pod względem jej wewnętrznego doskonalenia, jak i umiejętnego wykorzystania przysługujących jej praw i obowiązków". Gdy już ustalono jak powinna wyglądać kobieta przyszłości, wzięto się za mężczyzn i od początku lat 30-tych, zaczęto debatować na łamach pisma nad nowym modelem męskości. W 1932 r. pismo (w kilku kolejnych numerach) przeprowadziło ankietę zatytuowaną: "O nowy typ mężczyzny", oddając pole czytelniczkom jak powinien ów nowy model wyglądać (notabene, starano się też włączyć do dyskusji mężczyzn, ale wynik tego był mizerny i niewielu panów wysyłało listy do redakcji ze swoimi propozycjami).
 
 
 
 

 
 
O tym jednak jakie owe czytelniczki "Bluszczu" miały propozycje na temat przyszłości mężczyzn, oraz pojęcia męskości, opowiem w kolejnej części.
 
 
 
 
 
 
CDN.