Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOLOKAUST. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HOLOKAUST. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 lutego 2024

MÓJ OJCIEC "KRÓL POLSKI" - Cz. III

CZYLI HISTORIA NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA, OPOWIEDZIANA PRZEZ JEGO SYNA





TYSIĄC LAT WINY
HANS FRANK - GENERALNY GUBERNATOR POLSKI, I JEGO SYNOWIE NIKLAS I NORMAN






DALSZA CZĘŚĆ HISTORII NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA HANSA FRANKA - GENERALNEGO GUBERNATORA ZIEM POLSKICH, OPOWIEDZIANA USTAMI JEGO SYNÓW - NIKLASA I NORMANA, Z KSIĄŻKI GERALDA POSNERA "DZIECI HITLERA. JAK ŻYĆ Z PIĘTNEM OJCA NAZISTY". (KOLOREM NIEBIESKIM ZAMIESZCZAM WŁASNE UWAGI).



Frank żywił głęboką niechęć do SS, bo nie akceptował rozwiązań siłowych. W czerwcu i lipcu 1942 roku wygłosił w Niemczech zaskakujące przemowy, w których nawoływał do powrotu do rządów konstytucyjnych, niezależnego systemu sądownictwa i zaprzestania nieuzasadnionych aresztowań i zatrzymań przez SS. Norman słuchał jednego z tych uniwersyteckich wystąpień. Przemówienia zostały wprawdzie przyjęte entuzjastycznie przez niemieckich studentów, lecz nazistowscy przywódcy byli wściekli. Hitler odebrał Frankowi partyjne stanowiska i od tej pory mógł się wypowiadać wyłącznie na terytorium Polski. Próba osłabienia pozycji popularnego w partii i darzonego poparciem Himmlera przyniosła odwrotny skutek. Frank od razu zaproponował, że zrezygnuje ze stanowiska generalnego gubernatora, jeżeli Hitler stracił do niego zaufanie, ale Führer pozwolił mu zostać. "To bardzo uszczęśliwiło ojca" - mówił Niklas. "Tak powiedział matce". Norman wierzył, że ojciec wygłaszał "odważne" perory, ponieważ "był przeciwny terrorowi SS, a jako prawnik wiedział, że państwo nie może istnieć bez prawa". Nie postrzegał tych przemówień jako kulminacyjnego punktu rywalizacji z Himmlerem o władzę. Nawet Niklas przyznał, że były wyjątkowo mocne, ale potępiał ojca za to, że miał "czelność opuścić zgwałcony kraj, mówić o sprawiedliwości w Niemczech, a następnie wrócić do Polski i znów uruchomić morderczą machinę. Powinien był po prostu zrezygnować, a nie zostawać, jak chciał Hitler". Niklas twierdził, że te cztery wystąpienia ojca dotyczące sprawiedliwości były niczym w porównaniu z jednym, które wygłosił kilka dni później, 1 sierpnia 1942 roku, w Polsce. Przemawiał wtedy do żołnierzy oraz delegacji ukraińskiej oraz polskiej. Podziękował Hitlerowi za powierzenie mu kontroli nad "tym dawnym gniazdem Żydów", dzięki czemu, uzbrojony w łopatę i proszek na robactwo, umożliwił "Niemcom komfortowe życie". "Żydzi, tak, wciąż paru ich tu jeszcze mamy, ale zajmiemy się tym" - mówił. Żartował, jak to miasto, w którym się znalazł, dawało niegdyś schronienie tysiącom "niewiarygodnie obrzydliwych (...) i obmierzłych Żydów", a teraz nie może żadnego znaleźć. "Tylko nie mówcie, że źle ich traktowaliście!" - dodał. Notatki stenograficzne z tego spotkania wskazują, że publiczność zareagowała "ogromnym rozbawieniem". Niklasowi nie mieści się w głowie, że ojciec mógł to wtedy powiedzieć, zaledwie kilka dni po swoich niemieckich apelach o powrót do praworządności i porządku.

Sierpniowe przemówienie nie było jednak niczym szczególnym. Frank w dalszym ciągu rozpędzał morderczą machinę. Pod koniec 1942 roku powiedział policji: "Za kilka lat Polacy przestaną istnieć". Następnej wiosny wciąż nazywał Żydów "największym zagrożeniem", jednocześnie stanowczo twierdząc, że za każdego zabitego Niemca on pozbawi życia setkę Polaków. Narzekał przy tym, że ma za mało ludzi, by dokonać eksterminacji: "Gdy bolszewicy planują ludobójstwo, wysyłają przynajmniej dwa tysiące oddziałów Armii Czerwonej do każdej wioski, w której należy przeprowadzić taką akcję. A tu przysyła się zaledwie dziesięć tysięcy oddziałów policji na całą Polskę i oczekuje, że pozbędziemy się piętnastu milionów ludzi (...), tego się po prostu nie da zrobić". W pałacu Belwederskim w Warszawie Frank powiedział nazistowskim oficjelom: "Nie ma powodu, by mdleć, kiedy słyszymy o rozstrzelaniu siedemnastu tysięcy ludzi. Pozwólcie, że przypomnę wszystkim tu zgromadzonym, że każdy z nas zdobył już sobie miejsce na liście zbrodniarzy wojennych Roosevelta. Ja mam zaszczyt być numerem pierwszym. Wszyscy jesteśmy, bądź co bądź, wspólnikami w tej zbrodni, jeśli spojrzeć z perspektywy historii światowej". "To tego rodzaju wypowiedzi sprowadziły na niego śmierć" - mówił Niklas. "A ja muszę wciąż z nimi żyć". W czasie gdy Hans Frank zachęcał nazistów do popełniania zbrodni w Polsce, Norman nie zdawał sobie sprawy z istnienia mrocznej strony osobowości ojca. "Wiedziałem jedynie, że zajmował ważne wojskowe
stanowisko, pracował przez większość dnia i zawsze miał mnóstwo służbowych obowiązków. Wciąż był dla mnie ojcem, jakiego znałem, nadal dobrze mnie traktował. Poza tym że zamknął się w sobie, nie dostrzegałem niczego niezwykłego w jego zachowaniu". Zdaniem Niklasa istniał powód, dla którego ojciec się zmienił. "Wszystko wskazywało na to, że ta wojna będzie przegrana" - mówił. "Wielu nazistów, którzy tak chętnie maszerowali przez Europę, teraz, kiedy sytuacja zmieniała się na ich niekorzyść, było przerażonych".


NIEMIECKA KRONIKA FILMOWA W OKUPOWANEJ POLSCE
(Wiosna 1941)



6 czerwca 1944 roku alianci wylądowali w Normandii. Rosjanie przesuwali się na zachód coraz szybciej. Norman przebywał
w Krzeszowicach, drugim zamku Franka, kiedy alianci zaatakowali francuskie wybrzeże. Sam Hans Frank był wtedy w Krakowie. "Wszyscy tak naprawdę się tego spodziewaliśmy. Wiedzieliśmy, że w pewnym momencie się pojawią, nie byliśmy tylko pewni kiedy i gdzie". Na jesieni 1944 roku Normana wysłano do niemieckiej szkoły w Czechosłowacji, dalej od postępującego frontu. "Ale ojciec kazał mi przyjechać z powrotem do
Krakowa na Boże Narodzenie tamtego roku. Wtedy był już pogodzony z porażką. Jeśli ktoś kilka miesięcy po wylądowaniu aliantów nie rozumiał, że to koniec, był idiotą. Dla mojego ojca wojna została przegrana kilka lat wcześniej. Tamte wydarzenia tylko potwierdzały porażkę".
Być może Frank podzielił się swoim defetyzmem z Normanem, ale
publicznie emanował pewnością siebie i zaciekłością. Gdy w sierpniu upadły
Włochy, powiedział: "Wreszcie realia tej batalii zostały wyraźnie nakreślone: po jednej stronie swastyka, po drugiej Żydzi". W ostatnich miesiącach 1944
roku wypowiedział kilka wyjątkowo zjadliwych zdań. Przyrzekł, że partia
nazistowska przetrwa dłużej niż Żydzi. "Kiedy tu zaczynaliśmy, było ich trzy
i pół miliona, teraz pozostało jedynie kilka grup żydowskich robotników. Wszyscy pozostali, jak by to ująć, wyemigrowali". W innym przemówieniu stwierdził: "będę mógł triumfalnie oznajmić, że zabiłem dwa miliony Polaków", i w razie militarnej porażki ten fakt miał być dla niego pociechą. Przez część swojego ostatniego roku w roli generalnego gubernatora
bezskutecznie próbował zorganizować w Krakowie antyżydowski kongres pod nazwą Antisemitropolis.

Hans Frank nigdy nie pokazał się Normanowi z tej strony. Ze swoim
najstarszym synem czuł się najswobodniej i zbliżył się do niego, gdy jego rząd się sypał. "Wyjechałem z Krakowa 6 stycznia" - wspominał Norman. "Mój ojciec opuścił miasto jedenaście dni później, kiedy przeszło w ręce Rosjan". 17 stycznia 1945 roku, po kilku tygodniach niszczenia dokumentów, Hans Frank wyruszył do Schliersee. Jego prywatny samochód podczepiono do pociągu, który wiózł także dzieła sztuki skradzione z polskich muzeów narodowych oraz siedzib arystokratycznych rodów. Wśród tych skarbów znalazły się: Dama z łasiczką, obraz olejny Leonarda da Vinci, Portret młodzieńca, olej na drewnie, autoportret włoskiego mistrza Rafaela, a także mroczny Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem Rembrandta. Niklas
zapamiętał, że da Vinci wisiał w gabinecie ojca na zamku. "Uważałem, że obraz jest brzydki" - wspominał. "Myślałem, że ona trzyma szczura. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że to da Vinci". Frank powiedział później przesłuchującym go Amerykanom, że zabrał obrazy, aby nikt ich nie zrabował, kiedy jego nie będzie. Armia Stanów Zjednoczonych odzyskała
dzieła da Vinci i Rembrandta i zwróciła je Polsce. Obrazu Rafaela, który stał się najcenniejszym zaginionym dziełem sztuki zagrabionym w czasie wojny,
nigdy nie odnaleziono. "Prawdopodobnie wisi w domu jakiegoś rolnika w Bawarii" - stwierdził Niklas sarkastycznie. "Może moja matka wymieniła go po wojnie na trochę masła i kilka jajek. Znała się na sztuce tak, jak mój ojciec znał się na prawdzie". Podczas ucieczki na zachód Frank wydał wystawne, trzydniowe przyjęcie w śląskim zamku, co rozwścieczyło nazistowskich hierarchów w Berlinie. Takie zachowanie nie podnosiło morale głodnych żołnierzy, którym w dodatku brakowało amunicji. Norman zobaczył ojca 25 stycznia w rodzinnym domu w Schliersee. "Dla mnie był taki sam jak zawsze" - opowiadał. "Matka po prostu czekała na
Amerykanów. Była przekonana, że nastanie pokój, a oni przecież nie zrobili
nic złego. Naprawdę spodziewała się, że wkrótce znów będą wieść normalne życie".




Według Normana jego ojciec wracał na noc do domu, ale miał tymczasową kwaterę główną w dawnej kawiarni w sąsiednim Neuhaus. Niklas zapamiętał wyraźnie tylko jedną sytuację z okresu przed aresztowaniem Franka. Cała rodzina, łącznie z ojcem, stała przed domem i patrzyła na setki alianckich samolotów lecących bombardować pobliskie Monachium. "W milczeniu patrzyliśmy na niebo pełne srebrnych maszyn. Zdawało się, że to nie będzie mieć końca". Norman, wówczas siedemnastoletni, wspominał dzień aresztowania ojca. "Widywałem się z ojcem co noc. 4 maja odwiedziłem go razem z siostrą zaledwie godzinę przed aresztowaniem. Pojechaliśmy do niego na rowerach i wypiliśmy z nim kawę. Amerykanie byli już wtedy bardzo blisko, ale on pozostawał spokojny. Zostało z nim trzech jego współpracowników. Ojciec
miał przy sobie swoje dzienniki i był przekonany, że dowiodą one jego
niewinności. Kiedy piliśmy kawę, powiedział: "Myślę, że jestem już
jedynym ministrem, który wciąż pozostaje na wolności i może siedzieć
i popijać kawę". "Wiedział, że wkrótce go aresztują" - mówił Niklas. "Wcześniej tego
dnia dał matce gruby zwitek pieniędzy (pięćdziesiąt tysięcy reichsmarek). Nie było żadnego pocałunku, żadnego okazywania uczuć. Wyglądało to jak
płacenie dziwce". Godzinę po wizycie Normana zjawił się Amerykanin, pułkownik Stein, i aresztował generalnego gubernatora. Norman wcale się nie zdziwił. "Nie zaskoczyło mnie to. Zatrzymano całe mnóstwo Niemców, a mój ojciec zajmował wysokie stanowisko, więc się tego spodziewałem. Nie
wiedzieliśmy, gdzie przebywa, aż do września, przez prawie pięć miesięcy.
To wtedy przenieśli go do Norymbergi, a my usłyszeliśmy w radiu, że będzie
proces". 


NIEMIECKA KRONIKA FILMOWA W OKUPOWANEJ POLSCE
(Marzec 1944)



Kiedy Franka aresztowano, dobrowolnie oddał wszystkie czterdzieści dwa tomy dzienników, które prowadził jako generalny gubernator. Zawierały one transkrypcje wszystkich jego przemów, informacje o wyjazdach, przyjęciach, spotkaniach rządu i konferencjach. Nieświadomie dostarczył norymberskim oskarżycielom całą masę dowodów przeciwko sobie. Naiwnie sądził, że księgi pokażą, że sprzeciwiał się Himmlerowi, i w ten sposób pomogą mu się oczyścić z zarzutów. Nawet on był zaskoczony, kiedy podczas procesu usłyszał wiele ze swoich
najwstrętniejszych wypowiedzi, przytoczonych w charakterze dowodów.
"Niektóre z nich są okropne" - mówił do Trybunału. "Muszę przyznać, że sam jestem zszokowany wieloma słowami, których użyłem. To był dziki i burzliwy okres, pełen złych emocji, a kiedy cały kraj płonie i trwa walka na śmierć i życie, łatwo o takie sformułowania". Niklas powiedział, że jest "dozgonnie wdzięczny", że ojciec oddał dzienniki. "Przywracają mi pamięć za każdym razem, kiedy gniew zaczyna słabnąć. Jedyne, co muszę wtedy zrobić, to przez chwilę je kartkować". Po aresztowaniu Frank został zabrany do więzienia w Miesbach. Amerykańscy żołnierze właśnie zobaczyli zdjęcia z obozów koncentracyjnych i pragnęli zemsty. Mogli jej dokonać symbolicznie na
Franku, to między innymi przez niego musieli oglądać w kronikach filmowych owe powykręcane szkielety. Uformowali dwa szeregi, długie na niemal dwadzieścia dwa metry, i bili go, gdy wchodził do więzienia. Tej nocy próbował popełnić samobójstwo, podcinając sobie gardło ostrym narzędziem pozostawionym w jego celi. Gdy kilka dni później przeniesiono
go do Berchtesgaden, wyglądał, zdaniem świadków, jak "krwawa miazga". Kolejny raz próbował się zabić, otwierając sobie żyły w lewym ramieniu. 

Do tego czasu rodzina Franków również zdążyła zobaczyć w gazetach fotografie obozów koncentracyjnych. "Wszystko się wtedy zmieniło" - twierdził Norman. "W tym momencie uznaliśmy, że przegraliśmy wojnę, że nasz ojciec był przegranym człowiekiem. Wcześniej nikt z nas nie myślał, że zrobiliśmy coś złego. Wiedziałem, że zdjęcia w gazetach są prawdziwe. Nigdy nie sądziłem, że to rosyjska propaganda, jak wielu innych. Taka była prawda i ja zdawałem sobie z tego sprawę. Po tym, jak nasz dom splądrowali jacyś wysiedleńcy, pilnowali go amerykańscy żołnierze. Po zobaczeniu zdjęć z Auschwitz uznałem, że ten czyn był usprawiedliwiony. To nie była wojna.
To było coś gorszego. Te zbrodnie wszystko zmieniły". Na Niklasie fotografie stosów ciał także odcisnęły olbrzymie piętno. "Jedno z moich najwyraźniejszych odczuć i wspomnień ma związek z pierwszymi gazetowymi zdjęciami, na których ujrzałem tysiące nagich ciał
w obozie koncentracyjnym. Nie miałem wtedy nawet siedmiu lat, ale to
zostało ze mną na całe życie. Te zdjęcia pokazujące śmierć i niezliczone ciała, małych chłopców i małych dziewczynek, zupełnie nagich. Wiedziałem, że ojciec był w Polsce bardzo ważny i że te obozy leżały na Wschodzie. Od początku zakładałem, że miał z tym coś wspólnego. Nie upłynęło dużo czasu i poznałem określenie "rzeźnik Polski". Wkrótce po obejrzeniu obozowych fotografii Norman dowiedział się o pierwszej próbie samobójczej ojca. "Jakieś trzy dni później mówili o tym w wiadomościach. Ktoś przybiegł i powiedział: "Twój ojciec nie żyje!" Wtedy usłyszałem o tym po raz pierwszy. Nic nie poczułem. Zginęły
miliony. Ojciec rozmawiał ze mną o tym, co zamierza zrobić. Niemal się tego
spodziewałem. Później dowiedziałem się, że jednak żyje i że próbował jeszcze raz. Umiałem sobie wyobrazić, jak bardzo chciał umrzeć".

19 października 1945 roku alianci przedstawili w Norymberdze akt
oskarżenia o zbrodnie wojenne. Frank, któremu postawiono wszystkie cztery
zarzuty, wybuchnął płaczem. Jego rodzina usłyszała o tym w radiu. Kiedy 20
listopada proces się rozpoczął, krewni zebrali się, by słuchać doniesień w wiadomościach. "Wiedziałem, że to bardzo poważna sprawa, bo wszyscy dorośli wokół mnie byli smutni i często płakali" - wspominał Niklas.
"Pamiętam, że słuchaliśmy niemal wszystkich radiowych transmisji
z procesu. Panowała wtedy bardzo smutna atmosfera. Matka gromadziła nas wówczas wszystkich wokół radia, nie mogliśmy się spóźnić na transmisję.
Ojca sądzili dopiero na wiosnę 1946 roku, ale matka i tak była zainteresowana procesem, ponieważ znała wielu oskarżonych". Frank bronił się zaciekle, obwiniając o wszystko Himmlera i SS
i umniejszając zakres swojej władzy. Jednocześnie próbował przypodobać się
Trybunałowi, krytykując narodowy socjalizm i Hitlera. Twierdził, że
zeznawanie w procesie "nim wstrząsnęło", i ponownie ochrzcił się
w obrządku katolickim. To właśnie z powodu religijnej żarliwości wziął na
siebie "potworną odpowiedzialność" za obozy zagłady, mimo że "nigdy żadnego nie założył". Powiedział sędziom, że Hitler "reprezentował szatana na Ziemi", zaś Trybunał pochwalił jako "wypełniający wolę Boga światowy sąd, którego przeznaczeniem jest zbadać okropną erę cierpienia pod rządami Adolfa Hitlera i położyć jej kres". W ostentacyjnym zakończeniu przemowy skierowanej do Trybunału Frank oświadczył: "Minie tysiąc lat, a ta wina Niemiec nie zostanie wymazana". Francis Biddle, prokurator generalny Stanów Zjednoczonych i główny amerykański sędzia w Norymberdze,
nazwał to wystąpienie "tanią, udramatyzowaną spowiedzią". Pozostali
sędziowie przytaknęli mu i jednomyślnie skazali Franka, uznając go winnym
dwóch z czterech zarzutów z aktu oskarżenia.


PROCES ZAŁOGI OBOZU KONCENTRACYJNEGO W STUTTHOFIE
(1946)



CDN.


PS: OCZYWIŚCIE CAŁYM SERCEM POPIERAM OBECNE DZIAŁANIA ROLNIKÓW W POLSCE I W WIELU KRAJACH EUROPY. DOSYĆ JUŻ TEGO UNIJNEGO SZALEŃSTWA (KTÓRE OCZYWIŚCIE SAMO W SOBIE SZALEŃSTWEM NIE JEST, TYLKO ŚCIŚLE OPRACOWANYM PLANEM STWORZENIA KASTY "BOGÓW" - BO TAK TO WŁAŚNIE TRZEBA NAZWAĆ KTÓRZY BĘDĄ DECYDOWAĆ O WSZYSTKIM CO DZIEJE SIĘ W EUROPIE I BĘDĄ ZUPEŁNIE NIEZALEŻNI OD OBYWATELI PAŃSTW TEGO KONTYNENTU). OCZYWIŚCIE NALEŻAŁOBY NA TEN TEMAT NAPISAĆ NIECO WIĘCEJ, ALE OBECNIE TAK BARDZO BRAKUJE MI CZASU, ŻE NIE MAM KIEDY TEGO ZROBIĆ. 

W KAŻDYM RAZIE ZAPRASZAM NA KOMENTARZ "DZIKIEGO TRENERA".




wtorek, 23 stycznia 2024

MÓJ OJCIEC "KRÓL POLSKI" - Cz. II

CZYLI HISTORIA NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA, OPOWIEDZIANA PRZEZ JEGO SYNA



TYSIĄC LAT WINY
HANS FRANK - GENERALNY GUBERNATOR POLSKI, I JEGO SYNOWIE NIKLAS I NORMAN






DALSZA CZĘŚĆ HISTORII NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA HANSA FRANKA - GENERALNEGO GUBERNATORA ZIEM POLSKICH, OPOWIEDZIANA USTAMI JEGO SYNÓW - NIKLASA I NORMANA, Z KSIĄŻKI GERALDA POSNERA "DZIECI HITLERA. JAK ŻYĆ Z PIĘTNEM OJCA NAZISTY". (KOLOREM NIEBIESKIM BĘDĘ ZAMIESZCZAŁ WŁASNE UWAGI).



W czasie niemal sześcioletnich rządów Hans Frank zniszczył doszczętnie państwowość Polski, wykorzystywał jej obywateli i zrujnował ją materialnie. Ogłosił niemiecki językiem urzędowym, przywłaszczył sobie liczne dzieła sztuki
uznawane za narodowe skarby i postarał się, by do jego domu w Schliersee
wysyłano ogromne ilości jedzenia, w tym prawdziwych przysmaków,
podczas gdy niemal cała Europa głodowała. Polskich robotników
przymusowo wywożono statkami do Niemiec, by zaangażowali się w pracę
na rzecz działań zbrojnych. Ogromną część zbiorów naziści też wysłali do
siebie, podczas gdy przeciętnemu Polakowi musiało wystarczyć sześćset
kalorii dziennie. Frank usiłował zmienić Kościół katolicki w nazistowski
organ. Twierdził, że "księża będą głosić, cokolwiek sobie zażyczymy,
a z każdym księdzem, który postąpi inaczej, prędko się rozprawimy.
Zadaniem księży jest sprawić, by Polacy siedzieli cicho i pozostali głupi
i nierozgarnięci". Aresztowano wówczas tysiące polskich księży, a ośmiuset
piętnastu zginęło w Dachau. (Nie mówiąc już o tym, ilu zginęło w Auschwitz).

Bezduszny ton Franka trafiał do największych sadystów w SS i policji.
Gubernator oświadczył pewnego razu: "Jeżeli o mnie chodzi, po wojnie
możecie zrobić z Polaków, Ukraińców i wszystkich, którzy się tu jeszcze
kręcą, mielonkę". Chwalił się berlińskiemu dziennikarzowi: "Gdybym chciał wydrukować plakat o zamiarze rozstrzelania każdej siódemki Polaków,
w Polsce nie wystarczyłoby drzew na wyprodukowanie papieru".
Szczególnie brutalnie wprowadzał w życie hitlerowską politykę wobec Żydów. Na wiosnę 1940 roku na spotkaniu dowódców oddziałów oznajmił, że "nasi generałowie nie mogą dłużej znosić mieszkania w domach, gdzie jedynymi lokatorami poza nimi są ludzkie szkodniki, czyli Żydzi". Obiecał oczyścić Kraków z Żydów, zdezynfekować getto i zbudować dla Niemców lokale mieszkalne, w których będzie można oddychać "dobrym, niemieckim powietrzem". W ciągu kilku następnych lat zawsze pilnował, by wobec
Żydów stosowano wszystkie najsurowsze nazistowskie metody.

W pierwszą rocznicę przejęcia władzy w Polsce (Niemcy wkroczyli do Krakowa 6 września 1939 r. po wycofaniu się na wschód oddziałów Armii Kraków, do miasta wkroczyły niemieckie jednostki 14 Armii. 23 września rozpoczął urzędowanie niemiecki komisarz miasta - Ernst Zörner. 12 października Hitler podpisał dekret o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa dla zajętych terenów Polski ze stolicą w Krakowie i z Hansem Frankiem jako Generalnym Gubernatorem. 26 października 1939 r. dekret wszedł w życie i tego dnia władze w Krakowie przyjęła niemiecka administracja cywilna, a Hans Frank objął urzędowanie. Dwa dni później zajął Wawel który od tej pory kazał nazywać "Krakauer Burg") przekonywał swoich
oficerów, że ich rodziny w Niemczech nie powinny się o nich niepokoić.
Warunki bardzo się poprawiły, odkąd tak wiele "wszy i Żydów" zostało zlikwidowanych. To doniosłe oświadczenie padło podczas posiedzenia rządu na Wawelu. W zagrzewającej do walki przemowie Frank mówił: "A co do
Żydów, to mówię zupełnie otwarcie, że trzeba z nimi skończyć, w taki czy
inny sposób. Jeśli więc chodzi o Żydów, będę się od tej pory kierował jedną
tylko wytyczną: założeniem, że muszą zniknąć (...). Musimy unicestwiać
Żydów, gdziekolwiek ich znajdziemy i gdzie jest to możliwe (...). Nie
możemy zastrzelić trzech i pół miliona Żydów, nie możemy ich otruć, ale
możemy poczynić konieczne kroki, które w ten czy inny sposób doprowadzą do ich całkowitej eksterminacji". Do grudnia 1942 roku osiemdziesiąt pięć
procent polskich Żydów zostało przetransportowanych do obozów
koncentracyjnych, z których większość podlegała pod jurysdykcję Franka.




Niklasowi najtrudniej żyje się właśnie z tymi wypowiedziami ojca. "Nie
sądzę nawet, żeby był antysemitą"- mówi Niklas. - Tego po nim oczekiwano, więc natychmiast się nim stał. W tym czasie był oportunistą, człowiekiem bardzo słabym. Chciał grać wielkiego twardziela przed Hitlerem i resztą. Trudno mi czytać te oświadczenia, bo czuję wtedy złość i gorzki wstyd, a jednak wciąż do nich wracam. To niewiarygodne, że osoba, która kochała Chopina, Beethovena, była przyjacielem Richarda Straussa, miała
łzy w oczach przy czytaniu bożonarodzeniowych opowieści, mogła
wypowiedzieć te słowa. Dla mnie te stwierdzenia są równie złe jak
morderstwa popełnione przez SS".
Norman nie może się pozbyć wrażenia, że te przemowy musiał wygłosić
ktoś inny. "Nigdy nie mówił tak przy rodzinie. Nie wychowywałem się
w atmosferze antysemityzmu, nie chcieli tego ani rodzice, ani nikt inny.
W domu nie rozmawialiśmy o Żydach, ale w oficjalnych mediach bardzo
dużo się o tym mówiło. W młodym wieku człowiek nie interesuje się takimi
rzeczami. Te antysemickie uprzedzenia i wyidealizowana wizja eksterminacji
Żydów, o której ojciec niejednokrotnie opowiadał, ale zawsze tylko przed
dużą publiką, nie pochodziły z jego wnętrza. Były raczej wynikiem jego
zaangażowania w oficjalną politykę, dzięki temu mógł być postrzegany jako
narodowy socjalista. Nienawiść do Żydów stała się substytutem programu politycznego. Kiedy po wojnie przeczytałem słowa ojca, byłem po prostu
zawstydzony. Tego nie mógł powiedzieć człowiek, którego kochałem. Był
pełen sprzeczności, nie umiem tego zrozumieć. Jak mógł być taki kulturalny
i dobry dla mnie, a potem mówić tak głupie i pełne nienawiści rzeczy?". Norman potrząsał głową, bliski łez, gdy to wspominał.

Niektórzy z kolegów Hansa Franka próbowali go później bronić,
obwiniając o zbrodnie, które popełnił, Heinricha Himmlera i SS. Twierdzili,
że Frank wygłaszał "twarde" mowy tylko wtedy, gdy wśród słuchaczy
znajdowali się esesmani, żeby nie wydać się za miękkim w kwestii polityki
eksterminacyjnej. Argumentowali, że nie miał bezpośredniej kontroli nad
obozami koncentracyjnymi, które podlegały pod jurysdykcję SS. Chętnie
wskazywali na fakt, że największy obóz, Auschwitz, leżał poza granicami
Generalnego Gubernatorstwa. Nie ma raczej wątpliwości co do tego, że
Frank nie lubił Himmlera i jego pełnomocnika w Polsce Friedricha Krügera. Często próbował przeciwstawiać się rozkazom SS i krytykował arbitralne
i "bezprawne" aresztowania dokonywane przez tę organizację. Jednakże
konflikt Franka z SS wynikał w dużej mierze nie z jego moralnych obiekcji,
ale był raczej sporem o kontrolowanie Generalnej Guberni. Podgrzewały go
także próby zdyskredytowania przez Franka i jego żonę prowadzonego przez
SS śledztwa w sprawie korupcji.
SS prowadziła dochodzenie w ich sprawie w związku z kupowaniem rzeczy od Żydów w getcie. Ci byli zmuszeni do sprzedawania swojego
majątku po bardzo niskich cenach lub wręcz oddawania jako "prezentów".
"Matka mawiała, że Żydzi w getcie robią najpiękniejsze podkoszulki" -
wspominał Niklas. Frankowie zabierali więźniom jedzenie, dzieła sztuki,
ikony, rosyjską biżuterię, futra, złoto, marmur, antyki i rzadkie dywany.
Część z tych dóbr lądowała w ich bawarskim domu w Schliersee. Frank
zatrudniał tego samego marszanda ("specjalistę od kradzieży sztuki", uściślił
Niklas) co nienasycony Göring. Gdy dowiedział się o dochodzeniu SS,
sfałszował faktury, by zatrzeć za sobą ślady, ale SS doszła ostatecznie do
wniosku, że cała administracja w Krakowie jest przeżarta korupcją.
Jednak śledztwo w sprawie korupcji osiągnęło punkt kulminacyjny dopiero w 1942 roku. Do tego czasu Franka pochłaniało niełatwe zadanie
zarządzania największą strefą spośród wszystkich okupowanych przez
nazistowskie Niemcy. 




Na początku był sam, rodzina wciąż przebywała w Niemczech. Kiedy wyjechał do Polski w 1939 roku, Norman wrócił do
Bawarii. W latach 1939-1940 widywali się tylko sporadycznie, choć w czasie świąt ojciec przyjeżdżał do domu. "Podczas pobytu w Bawarii poznałem moją przyszłą żonę, tyle że ożeniłem się z nią dopiero po dwudziestu latach" - opowiadał Norman. W marcu 1940 roku Normana wysłano do szkoły z internatem. Jako introwertyk miał w nowej szkole trudności z nawiązywaniem przyjaźni.
"Siostra przebywała teraz z dala ode mnie. Chociaż nas rozdzielono, nie
byłem przez to bardziej samotny. Przy niej też tak się czułem". Podczas gdy jego ojciec wydawał dekrety mające przekształcić Polskę w kraj niewolniczo poddany Niemcom, Norman uczył się o wojnie w szkole. "Mówili nam o wojnie, zwłaszcza o niemieckich zwycięstwach. Pamiętam, że upadek Francji był wielkim wydarzeniem. Ale mnie nigdy nie
interesowały sprawy militarne. Wielu kolegów ze szkoły marzyło o wstąpieniu do armii, ale nie ja. Nie uczestniczyłem w ich zabawach. Dla mnie dużo bardziej ekscytująca była ładna bramka w hokeju albo jedna z moich książek. Zamiast iść na wojnę, wolałbym popłynąć w dół rzeki
Missisipi z Huckleberrym Finnem".
W marcu 1941 roku naziści ukończyli budowę szkoły w Krakowie i Hans
Frank mógł sprowadzić swojego trzynastoletniego syna do siebie (6 marca 1941 r. pojawił się komunikat o utworzeniu getta w Krakowie. 20 marca zakończono przesiedlać tam ludność żydowską i od tej pory getto rozpoczęło działalność). "Wolałbym zostać w Bawarii, ale przynajmniej mogłem znowu przebywać z ojcem. Dla mnie to, że był generalnym gubernatorem, było tylko kolejną rangą wojskową". 

Ale Kraków okazał się inny, niż Norman się spodziewał. "Było dużo cieplej, niż sobie wyobrażałem. Myślałem, że w Polsce ludzie nigdy nie rozstają się z futrami. Mimo moich obaw dobrze się tam czułem. Kraków to bardzo ładne miasto, ale życie w zamku okazało się nudne i bezbarwne z powodu wojny. Berlin, który pamiętałem z czasów pokoju, był według mnie dużo bardziej ekscytujący. Zamek okazał się świetny, ale
wolałbym mieszkać w Berlinie".
Choć Polska zaskoczyła Normana, największą niespodzianką okazał się
dla niego sam ojciec. "Minęło sześć miesięcy, odkąd go ostatni raz
widziałem, to było najdłuższe jak dotąd rozstanie. Kiedy go zobaczyłem,
wiedziałem, że żyje pod ogromną presją. Zdrowie mu dopisywało, ale był
dużo poważniejszy, dużo mniej skłonny do żartów. Dla mojego ojca wszystko się zmieniło. Był martwy, tyle że jeszcze tego nie wiedział". Chociaż Brigitte odwiedzała ich czasem z Niklasem i pozostałymi
dziećmi, przez większość pobytu w Krakowie Norman był z ojcem sam.
"Ponieważ matka niezbyt lubiła podróżować z małymi dziećmi, nie
przyjeżdżała zbyt często. Byliśmy więc tylko ojciec i ja, i służba, ale tych
ludzi nigdy nie widywaliśmy. Ojciec pragnął mojej obecności, by na nowo
poczuć, że ma rodzinę. Moja starsza siostra też czasem się zjawiała, ale
ciągle wychodziła z jakimiś chłopakami i prawie jej nie widywaliśmy".

Norman uczęszczał do liceum dla Niemców i volksdeutschów (Polaków,
w których żyłach płynęła niemiecka krew). Miał tu znacznie gorsze oceny,
szybko przeistoczył się z dobrego ucznia w "ucznia fatalnego". "Tylko sport
się dla mnie liczył" - opowiadał. Każdego dnia jeździł do szkoły na rowerze.
"Bardzo dobrze znałem miasto, pokazano mi też getto. Dla mnie była to jeszcze jedna dzielnica. Nie pamiętam żadnych murów czy płotów, jak wokół tego w Warszawie. Nie sądziłem, że to coś nadzwyczajnego, bo powiedziano
mi, że getto było tam, zanim zjawił się mój ojciec, i że Polacy chcieli, żeby
tak się stało (😝). Nie zawieszono żadnej tablicy z napisem "getto" czy
czegokolwiek takiego". Norman miał też okazję zobaczyć getto warszawskie. Zapamiętał, że "że wszyscy się przepychali i potrącali nawzajem. Żydzi będący nadzorcami nosili mundury. Istniały dwie, wyraźnie od siebie oddzielone klasy. Jedna
wciąż coś miała, podczas gdy druga żyła już w nędzy".

Niklas, jedenaście lat młodszy od Normana, również miał dwa wyraźne,
gnębiące go wspomnienia z wycieczek do getta. "Siedziałem z tyłu w mercedesie, towarzysząc matce w jednej z jej kupieckich wypraw. W samochodzie był też jej sekretarz, kierowca i moja niania. Tkwiłem z nosem przy szybie, nie mogąc oderwać wzroku. Pamiętam, że wszyscy
dorośli wyglądali na przestraszonych, a dzieci gapiły się na nasz wóz. Spytałem matkę, dlaczego są tacy wściekli i dlaczego mają gwiazdy na ubraniach, a także kim są mężczyźni z biczami. - "Och, nieważne, i tak byś nie zrozumiał. Ciesz się przejażdżką" - tak mi powiedziała. A kiedy samochód się zatrzymał, wyjrzałem przez okno, a za nim stał starszy ode
mnie chłopiec i gapił się na mnie. Musiał mieć dziesięć lat albo więcej, bo na
prawym ramieniu nosił gwiazdę, a potem dowiedziałem się, że wszystkie
dzieci powyżej dziesiątego roku życia musiały ją zakładać. Zacząłem robić
do niego miny, ale on wydawał się bardzo smutny i w końcu uciekł. Pamiętam, że poczułem się tak, jakbym pokonał tego starszego i większego ode mnie chłopca. Dopiero później zdałem sobie sprawę, w jak kiepskiej był sytuacji i że prawdopodobnie nie przeżył. Wtedy poczułem wstyd. Innym razem byłem tam ze swoją nianią. Pamiętam dom, słabo
oświetlony korytarz i to, że jeden z mężczyzn, którzy byli z nami, podniósł
mnie, żebym mógł zajrzeć przez judasza. Przy ścianie stała młoda kobieta i wbijała wzrok w podłogę. - "Spójrz na tę wstrętną czarownicę" - powiedział mężczyzna, a ja zacząłem płakać. "Nie zrobi ci krzywdy" - zapewnił i dodał: "I tak wkrótce będzie martwa". Wiele lat później odkryłem, że była sławną członkinią ruchu oporu, która uciekła z obozu koncentracyjnego. Została zabita. To są obrazy, które w sobie noszę".




Normana również dręczyły mrożące krew w żyłach wspomnienia. Doskonale pamiętał to, co wydarzyło się krótko po jego przyjeździe do Krakowa. Grał w piłkę nożną, gdy nagle usłyszał mężczyzn głośno
śpiewających zakazany polski hymn narodowy, a potem niedaleki odgłos
strzałów. Zapytał opiekuna, co się dzieje. "Rozstrzeliwują Polaków" - oznajmił mi". Później Norman spytał o to ojca, ale Hans Frank wpadł w furię i od razu uciął rozmowę. "Powiedział, że trwa wojna i nie powinienem się tym zajmować" - wspominał ze smutkiem Norman.
Nie wszystkie wspomnienia są dla braci tak przygnębiające. W Krakowie,
tak samo jak w Berlinie, Hans Frank podejmował najznaczniejszych oficjeli
Trzeciej Rzeszy i obaj jego synowie pamiętają przyjęcia na zamku. Wśród
gości znaleźli się minister propagandy Joseph Goebbels i partyjny ideolog
Alfred Rosenberg. "Były także gwiazdy filmowe, muzycy, śpiewacy operowi
i różnoracy artyści z Niemiec, Norwegii, Szwecji, mnóstwo ludzi z różnych
krajów" - wspominał Norman. "W Krakowie nie toczyły się żadne walki
i tam było bezpieczniej występować. Dla mojego ojca, który kochał kulturę,
było to ważne. Ja też się z tego cieszyłem".
Norman podróżował także z ojcem po Polsce. Ich prywatny sedan często mijał jeden z obozów koncentracyjnych, którymi usiany był wiejski krajobraz. "Wracając z Wiednia, zawsze przejeżdżaliśmy obok Auschwitz" -
zapamiętał. "Wtedy tego nie wiedziałem, ale później zdałem sobie z tego sprawę, bo z Krakowa jechało się tam godzinę, a obóz był bardzo wielki. Nie zastanawiałem się nad tym, jak jest w obozach, w ogóle nie rejestrowałem ich istnienia. Sądziłem, że to normalne w czasie wojny. Wiedziałem, że to KZ (Konzentrationslager - Obóz Koncentracyjny), z drutem kolczastym
i całą resztą, ale myślałem, że to obozy jenieckie. Dopiero po wojnie odkryłem, co się tam działo". Raz tylko pojawiła się myśl, że może jednak jest inaczej. W szkole kolega narysował obrazek, na którym Żyd wchodził do fabryki, a z drugiej strony wyjeżdżały kostki mydła (robienie abażurów z ludzkiej skóry i mydła z ludzkiego tłuszczu Niemcy w czasie Wojny opracowali do perfekcji, jak prawdziwi barbarzyńcy i zbrodniarze) Nauczyciel uznał rysunek za tak dobry, że
puścił go po klasie (😯)Ponieważ ojciec już wcześniej zganił Normana za próbę wypytywania o rozstrzeliwanie Polaków, chłopiec nie wspomniał mu o tym rysunku. "Ale czułem, że dzieje się coś strasznego" -przyznał. Niklas zapamiętał jedną jedyną wyprawę na ogrodzony drutem kolczastym teren będący, jak się po latach zorientował, obwodem obozu koncentracyjnego. "Chudych mężczyzn zmuszano tam, by wdrapywali się na grzbiet osła, który za każdym razem ich zrzucał. Uważałem, że to przezabawne. Umundurowany mężczyzna był dla mnie miły, dał mi gorącej czekolady. To wszystko, co mi zostało w pamięci".

Ale Hans Frank nie zawsze zabierał dzieci, nawet Normana, gdy wyjeżdżał z Krakowa. Oficjalne dane pokazują, że w dwunastomiesięcznym okresie (od połowy 1942 do połowy 1943 roku) gubernator spędził w rozjazdach sto siedemdziesiąt dni. "Często zostawałem w zamku sam, jedynie ze służbą. Tak samo jak w Berlinie czułem się tam samotny, choć wtedy byłem już dorosły (miał piętnaście lat). Trzymałem się na uboczu.
Wszystko mnie zawstydzało, nigdy się nie wypowiadałem, zawsze byłem bardzo cichy". Norman nie wiedział, że jego ojciec kobieciarz znów zaczął się
w Niemczech spotykać ze swoją sympatią z dzieciństwa. Korzystał z każdej
okazji, by odwiedzić swoją "ukochaną Lilly". Syn miał świadomość, że
stosunki między rodzicami "się ochłodziły". Nie zdawał sobie jednak sprawy, że ojciec chciał zakończyć małżeństwo. W 1942 roku Hans Frank napisał do Brigitte list, w którym napomknął o "krwi i górach trupów". Był to jego sposób na wyznanie, że wie o eksterminacji Żydów. Aby oszczędzić jej
wynikających z tego przykrości, proponował "największe poświęcenie, na
jakie może się zdobyć mąż - rozwód". Brigitte jednak przejrzała jego zamiary i odmówiła. Żadne z dzieci nie miało pojęcia, że rodzice toczą zażartą bitwę w sądzie. Brigitte twierdziła, że jej mąż jest "schizofrenikiem" cierpiącym na "psychozę, rezultat jego seksualnych przygód". Pisała listy do osób z otoczenia Hitlera, w których skarżyła się na Hansa i sugerowała, że dyskredytuje on Himmlera. Z kolei Frank rozsiewał plotki o tym, że żona wraz ze swoim kochankiem, bliskim przyjacielem Franków, gubernatorem dystryktu radomskiego doktorem Karlem Laschem, są wplątani w przemyt futer. Dawał również do zrozumienia, że Niklas jest tak naprawdę synem Lascha. Niklas potwierdził, że jego matka faktycznie zgromadziła mnóstwo futer, że Lasch był jej kochankiem i że często zastanawiał się, czy jest jego dzieckiem. Choć rozwodowa batalia bawiła wrogów Franka, Brigitte w końcu zwróciła się bezpośrednio do Hitlera i ten nakazał zakończyć sprawę. Małżeństwo wciąż trwało, mimo że Hans i Brigitte niemal całkowicie zerwali kontakty. Norman, gdy się nad tym zastanawiał,
postrzegał ojca jako ofiarę. "Miał kilka kobiet, ale one nie były dla niego zbyt
miłe" - twierdził. "Tylko jego matka zawsze dobrze go traktowała. Nawet ta
dziewczyna, z którą spotykał się w czasie wojny, nie była dla niego dobra".

Dzieckiem, które najdotkliwiej odczuwało napięcie w małżeństwie Franków, był Niklas, który miał zaledwie pięć lat. Zapamiętał podróż pociągiem do Polski, salonką ojca. "Do zamku zabierał nas samochód, widzę siebie siedzącego w środku. Pamiętam, jak pewnego razu w Kressendorfie (Krzeszowice pod Krakowem), ojciec stał u szczytu schodów i czekał, aż wejdziemy z matką do zamku. Stał tam jak jakiś król i czułem, że matka jest wściekła, że nie zszedł na dół, żeby się z nią przywitać. W tamtej chwili bałem się ojca". Na zamku w Krakowie Niklas i jego brat Michael bawili się w chowanego "pomiędzy grobami królów Polski. To dla mnie bardzo miłe wspomnienie. Choć teraz wydaje mi się niewiarygodne, że nam na to pozwolono, i czuję wstyd". Inną zabawą, której się tam oddawał, było
jeżdżenie autem na pedały i wpadanie na polskich służących. "Czekałem za
rogiem, a kiedy słyszałem, że idą, odpychałem się tak mocno i tak szybko jak umiałem, i waliłem ich w nogi. Chociaż byli wściekli, uśmiechali się do
mnie, bo byłem synem generalnego gubernatora. Stałem się bardzo agresywny. Dziś powiedziałbym, że zachowywałem się tak w reakcji na
atmosferę wynikającą z małżeńskich kłopotów rodziców. Nie pamiętam, żeby
się kłócili, ale wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie potrafię dokładnie tego opisać, ale nigdy nie czułem się szczęśliwy czy coś w tym stylu. Próbowałem przywołać wspomnienia z tamtego czasu, wszystkie moje odczucia. Nie przychodzi mi do głowy żadna konkretna sytuacja, ale wiem, że nie było dobrze". Gdy Niklas pozbywał się frustracji wynikłej z rodzinnych kłopotów w agresywnych zabawach, Norman stawał się coraz bardziej introwertyczny. "Nigdy nie bawiliśmy się z Normanem" - wspominał Niklas. "Dla nas był już zupełnie dorosły. Pamiętam, jak mniej więcej w tamtym okresie udawał starca: chodził z laską, garbił się i poruszał jak bardzo stary człowiek. Lubił wychodzić zupełnie sam, nie było go całymi godzinami. Myślę, że robił to zarówno w czasie wojny, jak i po niej. To była jego rozrywka".

Niklas nie przypominał sobie, by ojciec okazywał jemu lub reszcie rodziny uczucia. "Nie pamiętam nic takiego z tamtego okresu" - twierdził. "Żadnych uścisków, żadnego "kocham cię". Przypomniał sobie za to, jak pewnego razu ojciec się z nim droczył: "Mówił: "Kim jesteś, mały nieznajomy? Co tu robisz?". Jeden z nielicznych zapamiętanych przez Niklasa wybuchów złości miał miejsce, gdy przypadkiem zepsuł okulary ojca. Wtedy nawet lekko go spoliczkował. Norman przeciwnie, uważał, że ojciec co prawda nigdy nie okazywał uczuć demonstracyjnie, ale był osobą bardzo ciepłą. Nie pamiętał żadnych kar cielesnych. "Czuł się winny, że na tak długi czas mnie zostawia, więc kiedy przebywał w zamku, próbował mi
to wynagrodzić. Nigdy mnie nie uderzył, nawet nie umiał się na mnie mocno
gniewać. Po 1942 roku w ogóle przestały go zajmować rodzinne sprawy,
przejmował się tylko swoją pracą. Stał się zamknięty w sobie i wycofany".
Rok 1942 był ważnym rokiem dla rodziny Franków. Norman miał prawie czternaście lat i musiał wstąpić do Hitlerjugend. "Na szczęście mieszkałem to w Krakowie, to w Berlinie, to w Schliersee, więc dowódcy nigdy nie wiedzieli, gdzie jestem, i nie dostawałem żadnych rozkazów" - opowiadał. - "Musiałem tylko nosić mundur, to wystarczyło. Nie miałem porównania, więc myślałem, że to normalne podczas wojny".




Ale niedogodności związane
z byciem członkiem Hitlerjugend były niczym w porównaniu z problemami,
którym stawiał czoła jego ojciec. 5 marca 1942 roku Hans Frank został wezwany do prywatnego wagonu kolejowego Himmlera, który przyjechał do
Polski specjalnie po to, by z nim porozmawiać. Przybyli z nim również
znienawidzony przez Franka Obergruppenführer Hans
Lammers i sekretarz Hitlera Martin Bormann. Podczas spotkania Himmler
robił notatki. Trzej nazistowscy dygnitarze przedstawili Frankowi dowody na korupcję w jego administracji. W zamian za przerwanie śledztwa Frank oddał SS kontrolę nad policją, zapewniając im swobodę działania w Generalnej Guberni. W ten sposób przekazał dużą część swojej władzy w Polsce Himmlerowi. Norman widział, że ojciec szuka ucieczki od politycznych problemów w muzyce i literaturze. "Znów zaczął komponować, grał na fortepianie
prawie każdej nocy, nieraz godzinami. Ja siedziałem i patrzyłem na niego. Byliśmy tylko my dwaj".



PROPAGANDOWY MATERIAŁ NIEMIECKI WYŚWIETLANY W KINACH GENERALNEJ GUBERNI Z 1941, O TYM JAK TO ŻYDZI PRZENOSZĄ ZARAZKI I CHOROBY, BO GENETYCZNIE NIE SĄ ZDOLNI DO UTRZYMANIA CZYSTOŚCI
(SWOJĄ DROGĄ WYJĄTKOWE GÓWNO, ALE WARTE DO OBEJRZENIA ZE WZGLĘDÓW EDUKACYJNYCH - CHODŹ UWAGA RÓWNIEŻ NA DRASTYCZNE SCENY)



CDN.

czwartek, 1 czerwca 2023

SZOŁ!

 CZYLI GRZEGORZ BRAUN W "AKCJI"




 30 maja 2023 r. w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie (placówce należącej do ambasady Niemiec, a podległej fundacji prawa publicznego im. Maxa Webera Niemieckie Instytuty Humanistyczne za Granicą, finansowany z budżetu niemieckiego Ministerstwa Edukacji i Badań) miał się odbyć wykład prof. Jana Grabowskiego pod dosyć ciekawym tytułem: "Polski (narastający) problem z historią Holokaustu". Wykład ten się rozpoczął, ale trwał zaledwie kilka minut, gdyż poseł na sejm Rzeczpospolitej Grzegorz Braun (obecny na sali) w pewnym momencie wstał ze swojego miejsca, podszedł do mównicy na której przemawiał Grabowski, zabrał mu mikrofon i rozbił go ze słowami: "Dość tego!", po czym zniszczył jeszcze sprzęt nagłaśniający. Od cały show pana posła Brauna, który potem tłumaczył się że działał pod wpływem wyższej konieczności i uczynił to co uczynił, aby położyć kres szerzącemu się w Polsce i wspieranemu przez Niemcy antypolonizmowi.

To że Niemcy jawnie (coraz bardziej jawnie, co też świadczy o pewnym zagubieniu z ich strony na zmieniające się realia polityczne po 24 lutego 2022 r.) wspierają wszelkie antypolskie działania (jednocześnie publicznie deklarując że przecież jesteśmy sojusznikami, prawie przyjaciółmi, że jesteśmy razem w NATO i w Unii Europejskiej itd. itp.) jest faktem znanym nie od roku, nie od dwóch, nie od ośmiu lat, tylko od początku całej tzw. transformacji ustrojowej, czyli od ponad 30 lat, nie licząc oczywiście dekad wcześniejszych. Ja sam mając korzenie niemieckie i pewne kontakty z ludźmi, którzy należą do mojej rodziny (tej od niemieckiej strony) nigdy, nawet przez moment nie przyszłoby mi do głowy pomyśleć, iż Niemcy mogą być naszym sojusznikiem czy tym bardziej przyjacielem (należy przecież pamiętać że w polityce nie ma przyjaciół, są tylko interesy), oczywiście pomijając tutaj stronę deklaratywną i fakt że razem jesteśmy w NATO i Unii Europejskiej, co oczywiście nie ma większego znaczenia w kwestii zasad które tyczą się geopolityki). Mając niemieckie korzenie (co jeszcze raz chciałbym podkreślić) nigdy nie wierzyłem w dobre intencje Niemiec wobec Nas, NIGDY! Wystarczy bowiem przyjrzeć się całej polityce najpierw Prus, a potem zjednoczonych Niemiec względem Polski, aby dojść do wniosku że realnie siła Niemiec budowana jest na słabości Polski (nie tylko zresztą Polski, ale nasz kraj jest główną barierą przed ekonomiczną, polityczną a wcześniej również i militarną ekspansją Niemiec na wschód, jesteśmy największym, najludniejszym i najsilniejszym krajem na wschodzie przed Rosją, a to powoduje że trudno nas sobie podporządkować, a jednocześnie jesteśmy zbyt słabi aby z samodzielnie przeciwstawić się Niemcom). 

Po II wojnie światowej społeczeństwo Niemiec przeszło swoiste programowanie na nowo, oczywiście o ile kwestie denazyfikacji zostały tam poczynione po macoszemu (o czym zresztą już wielokrotnie pisałem, ilu nazistów po wojnie znajdowało ciepłe posadzki w różnych niemieckich instytucjach nowych "wyzwolonych" jak mówi Scholz a wcześniej Merkel - Niemiec. Aż by się chciało zapytać - wyzwolonych od kogo? od nazistowskiego reżimu, który Niemcy sami sobie wybrali i któremu służyli wiernie praktycznie do końca jego istnienia? Ale to tylko taki szczegół, jak stopniowa likwidacja obozów koncentracyjnych w Niemczech, tak, aby kraj ten przestano utożsamiać z ludobójczą polityką wymyśloną przez przedstawicieli tego narodu), to kwestie związane z demilitaryzacją przeprowadzono w Niemczech dosyć skutecznie, o czym świadczy obecny stan uzbrojenia i bojowego przygotowania Bundeswehry (o tym że rząd niemiecki celowo doprowadza do rozkładu tę formację nie dofinansowując jej, również już kiedyś pisałem i również dlaczego tak się dzieje też pisałem, więc nie będę teraz do tego wracał). Oczywiście nie spowodowało to upadku niemieckich pragnień hegemonii w Europie, a jedynie zastąpiono ekspansję militarną innymi rodzajami dominacji, (ekspansją polityczną i softpower - dlatego też utożsamianie Niemiec z dawnym nazistowskim reżimem tak bardzo im przeszkadza) oraz oczywiście ekspansją gospodarczą. Te więzy są często skuteczniejsze niż działania militarne, gdyż tamte nie tylko łączą się ze stratami i zniszczeniami wojennymi, to jeszcze generują potrzebę wygenerowania ogromnych środków przeznaczonych na okupację danych terenów, co w dzisiejszych czasach jest bezproduktywne i oznacza raczej element desperacji (patrz - Rosja, która mogłaby połknąć Ukrainę w sposób pokojowy, ale Putin i cała ta klika moskalskich sukinsynów wymyśliła sobie "specjalną operację wojskową", która wykopała tak głęboki rów pomiędzy Ukraińcami a moskalami, że trudno go będzie zasypać w ciągu kolejnych dziesięcioleci a jednocześnie wygenerowała problemy które widać obecnie w Unii Europejskiej). Ekspansja militarna jest więc najmniej opłacalna i jest wyrazem albo desperacji albo głupoty.




Podporządkować sobie inny kraj można przecież na wiele sposobów, np w Niemczech do 2001 (a być może do 2002 już teraz nie pamiętam) roku istniał specjalny fundusz federalny, przeznaczony bezpośrednio na... korumpowanie polskich polityków. To się zaczęło zaraz po okresie tej całej transformacji ustrojowej, czyli na początku lat 90-tych, kiedy Polska wychodziła z komunizmu jako gospodarczy bankrut. Wiele państw (a co za tym idzie koncernów i firm z tych krajów) walczyło wtedy o wpływy w rodzącym się kapitalizmie polskim. Do 1995/6 r. bardzo aktywni nad Wisłą byli np. Francuzi, ale po tej dacie ustąpili miejsca Niemcom, uznając ostatecznie, że cały Wschód należy do nich (a piszę o tym nieco z autopsji, jako że zajmowałem się tym tematem pisząc swoją pracę licencjacką, więc wiem o czym mówię. Tak, tak - licencjat pisałem z geopolitycznych stosunków francusko-niemiecko-polskich w pierwszej dekadzie po 1989 r., pracę magisterską zaś ze relacji polsko-żydowskich w całym okresie naszych dziejów). Polska stała się więc jednym z wagoników napędzającym niemiecką lokomotywę gospodarczą, która od lat 90-tych zaczęła przekładać się na znaczenie Niemiec w Unii Europejskiej (wówczas jeszcze Wspólnoty Europejskiej). W 2004 r. Polska (wraz z dziewięcioma innymi państwami Europy) weszła do Wspólnoty Europejskiej i wówczas było to dla nas bardzo korzystne, gdyż podczepieni pod niemiecką lokomotywę i uzależnieni gospodarczo od Niemiec, jednocześnie pobudziliśmy naszą własną gospodarkę by stała się bardziej konkurencyjna. Ten model zależności trwał przez dłuższy czas, aż do chwili kiedy rozwój polskiej gospodarki znacznie przyspieszył i to do tego stopnia, że staliśmy się konkurentem a nie jednym z wagoników niemieckiej gospodarki (o tym jak szybki jest wzrost polskiej gospodarki - oczywiście pomijam tutaj inflację - świadczą słowa lidera brytyjskiej Partii Pracy - Keir'a Starmera, które w lutym tego roku powiedział: "Jeśli obecna polityka gospodarcza się nie zmieni, Wielkiej Brytanii grozi to, że do 2030 r. pod względem PKB na osobę zostanie wyprzedzona przez Polskę. Brytyjczycy zostają w tyle, podczas gdy nasi europejscy sąsiedzi się bogacą, zarówno na wschodzie, jak i w krajach takich jak Francja i Niemcy. Nie czuję się z tym komfortowo; nie czuję się komfortowo z trajektorią, na której wkrótce Wielka Brytania zostanie wyprzedzona przez Polskę. Nie jestem też gotów zaakceptować tego, co oznaczałyby konsekwencje tej porażki. Nie chcę Wielkiej Brytanii, w której młodzi ludzie w naszych wielkich miastach i miasteczkach nie mają innego wyjścia, jak tylko wyjechać. Drenaż mózgów, nie tylko do Londynu lub Edynburga, ale do Lyonu, Monachium i Warszawy — to nie jest przyszłość, na którą zasługuje nasz kraj". Chodź w tych słowach pobrzmiewa nieco dawnych rasistowskich odniesień do typowo brytyjskich kolonialnych wyobrażeń, to jednak należy odczytać te słowa jako jawne przyznanie się do porażki.

W latach 2010-2021 średni roczny wzrost gospodarczy Wielkiej Brytanii wynosił 0,5 proc., podczas gdy Polski - 3,6 proc., zaś wartość PKB na jednego mieszkańca w 2021 r. wynosiła w obu krajach odpowiednio 44 tys. 979 dol. i 34 tys. 915 dol. Brytyjczycy, Francuzi i oczywiście Niemcy przyzwyczaili się bowiem do świata, w którym to na Zachodzie generuje się wszelkie bogactwo, a Wschód to jest zapyziała dziura, biedny skansen gdzie po ulicach chodzą białe niedźwiedzie a na drogach jeżdżą furmanki zaprzężone w konie (pamiętam kilka lat temu wielkie zdziwienie pewnej holenderskiej dziennikarki, która przyjechała do Polski i była bardzo zaskoczona tym, że w naszym kraju żyje się tak samo, jak na Zachodzie, a w wielu kwestiach nawet lepiej. Ona się bowiem spodziewała, że przyjeżdża do jakiegoś biednego wschodniego kraju, gdzie nie ma infrastruktury a ludzie żyją pewnie tak, jak w XIX a może w XVIII wieku. To też jednak pokazuje tępotę tych ludzi, bo przecież w dzisiejszych czasach wystarczy wejść w internet i mamy wszelkie informacje na temat danego kraju. Ale stereotypy są jednak silniejsze od inteligencji). Tak więc przeświadczenie Brytyjczyków, Francuzów, Niemców a nawet i Włochów czy Hiszpanów o tym, że na Zachodzie żyje się lepiej niż na Wschodzie, wzięło się stąd, że przez co najmniej 300 ostatnich lat Europa Środkowo-Wschodnia praktycznie nie istniała, była bowiem totalnie zdominowana przez prądy moskiewsko-germańskie które narzuciły żyjącym tutaj ludom totalną niewolę. Oczywiście rozwój gospodarczy Zachodu zaczął szybko postępować od XVI wieku, gdy zaczęło napływać złoto z Nowego Świata a koloniści europejscy zasiedlali obie Ameryki. Jednak nie stało się tak od razu i były okresy w historii gdzie Wschód (mówiąc "Wschód" Mam na myśli Europę Środkowo-Wschodnią a nie to moskiewskie badziewie) był znacznie bogatszy i to zarówno gospodarczo (wystarczy sobie chociażby poczytać relacje z wjazdu do Paryża panów polskich w 1573 r. i w 1645 r. czy z wjazdu do Rzymu orszaku Jerzego Ossolińskiego z 1633 r., aby sobie to uzmysłowić) jak i kulturowo (o wpływie jaki odegrały relacje autorów polskich na powstanie angielskich dzieł światowej sławy, jak choćby twórczości Szekspira, też już wcześniej trochę pisałem). Teraz po prostu wracamy do tego okresu, który został już dawno zapomniany, ale to nie znaczy że nigdy nie istniał.




Rozwój gospodarki polskiej jest faktem i faktem jest również, że to stwarza ogromne niebezpieczeństwo dla Niemiec, dla niemieckiej gospodarki, ponieważ nie może być sytuacji w której nagle pojawiają się dwie lokomotywy pędzące w różnych kierunkach. A tak właśnie się dzieje gdy nagle polski wagonik - który był przytwierdzony do niemieckiej lokomotywy - teraz awansował do roli co prawda nieco mniejszej, ale jednak silnej i rozpędzonej lokomotywy która prze w przeciwnym kierunku. No i pojawia się problem. A do tego dochodzą jeszcze inne kwestie związane z wojną na Ukrainie, z rosnącą polityczną rolą Warszawy w tym konflikcie (notabene, pamiętam 2014 r. i pierwszy atak Rosji na Ukrainę, zabranie Krymu i Donbasu. Wówczas to Niemcy i Francja stworzyły dziwny twór zwany "formatem normandzkim", w w ramach którego oba te państwa obradowały razem z Rosją i Ukrainą starając się doprowadzić do jakiegoś kompromisu. Co z tego wyszło, widać dziś bardzo czytelnie. Ale zauważmy, w tamtym czasie ani Rosja (co oczywiste i zrozumiałe) ale również Niemcy, nie wyraziły zgody na to, aby do tego formatu dołączyć Polskę, która jest kluczowym krajem na drodze do Ukrainy i bez Polski nie ma pomocy dla Ukrainy (chciałbym aby to wybrzmiało jasno - bez Polski nie ma Ukrainy, tyle). I to w sytuacji gdy w Polsce wówczas rządził bardzo pro-niemiecki rząd Donalda Tuska a potem Ewy Kopacz. Nawet wówczas Niemcy nie odważyły się uznać Polski za równoważnego partnera w tak kluczowej kwestii, jak kwestia Ukrainy. To tyle jeżeli chodzi o naszego drogiego sąsiada i przyjaciela zza Odry). Dziś już pominięcie Polski jest niemożliwe, dziś to Polska stawia warunki - mówi Niemcom co źle robią, czego nie robią i jak powinny się zachować. To jest po prostu nieprawdopodobne i ja to rozumiem, bo kraj który do tej pory był traktowany jak pod-kolonia, nagle urósł do takiej pozycji, że z niemieckiej perspektywy staje się to już nawet nie tyle frustrujące i denerwujące co po prostu jest niebezpieczne. Niebezpieczne dla niemieckiej softpower i dla niemieckich planów zdominowania Europy (w tym przypadku Unii Europejskiej), czego głównym celem jest doprowadzenie do likwidacji prawa weta. Niemcy którzy zawsze uważali się za lepszych od Polaków, nagle muszą słuchać połajanek jakichś "biedaków" ze Wschodu, których oni do tej pory mordowali (w najgorszym przypadku), a w najlepszym traktowali jak tanią siłę roboczą. Czy to nie rodzi frustracji? Czyż to nie powoduje nerwowości a nawet pewnego zagubienia, w które to wpadła niemiecka polityka po 24 lutego 2022 r. i jak widać z której próbuje, ale nie może się otrząsnąć. 

Rafał Ziemkiewicz stwierdził kiedyś że Niemcy są jak maszyna a Polska jest jak roślina, i jest w tych słowach sporo prawdy, gdyż Niemcy rzeczywiście działają jak taka dobrze naoliwiona, sprawna i szybka maszyna - nawet jak mordują to działają kompleksowo jak roboty, jak maszyny. Ale wystarczy że coś się w tym mechanizmie popsuje, kilka śrubek wypadnie, odkręci się i zaczyna się problem, zaczyna się marazm, zaczyna się zastój taki jak widzimy to obecnie. I wtedy Niemcy szybko potrzebują naprawy, bo nie wiedzą co dalej mają czynić i w którym kierunku podążać. Polska zaś jest jak roślina, gdyż w naszej historii byliśmy wielokrotnie mordowani, wynaradawiani, wysiedlani, traktowani jak niewolnicy, jak ludność podległa etc. etc. Zaborcy i okupanci zabraniali nam mówić po polsku nie tylko w szkołach i urzędach, ale również na ulicach. Mordowano nasze elity, tak aby naród pozostał bez ludzi wybitnych i wykształconych, którzy wskazywali by kierunek rozwoju. Na 123 lata państwo nasze przestało istnieć, zostało wykreślone z mapy świata, potem przyszła okupacja niemiecka i sowiecka, a potem sowieckie "wyzwolenie", które zamieniło się w 45-letnią podległość Moskwie. A potem była transformacja ustrojowa i znowu wpadliśmy pod ekonomiczną zależność Zachodu (głównie Niemiec i USA). A mimo to wciąż się odradzamy jak ten Feniks z popiołów powstajemy na nowo, dlatego też jesteśmy jak roślina, która gdy się ją wytnie, to odrodzi się na nowo w innym miejscu, wypuści nowe pędy i znów zacznie się rozwijać. Dlatego też nie należy się dziwić że Niemcy czynią wszystko, aby ten rozwój zarówno polskiej gospodarki jak i siły politycznej - odradzającej się siły politycznej - zahamować, stłamsić i znów podporządkować pod swój własny but.

Co się zaś tyczy osoby znanej jako prof. Jan Grabowski, będący kimś w rodzaju historyka Holokaustu (o tym kim są historycy Holokaustu szczególnie na amerykańskich uczelniach wyższych, pisał kiedyś Richard C. Lukas, mówiąc że w USA historycy dzielą się na historyków II Wojny Światowej i historyków Holokaustu, jedni starają się opierać swoje badania na faktach i szukają źródeł z których czerpią swoje informacje, inni zaś szukają potwierdzenia już istniejących zasad i twierdzeń, czyli szukają źródeł "pod tezę", a jeśli takowych nie ma, to należy je stworzyć. I tym właśnie m.in. zajmuje się prof. Jan Grabowski. Jeśli zaś tezą jest, że trzeba mówić o tym, że Polacy mordowali Żydów w czasie Holokaustu, albo że współpracowali z Niemcami w mordowaniu Żydów - bo taka narracja na razie panuje, ale już coraz bardziej przechodzi się w narrację że to Polacy sami mordowali Żydów, natomiast Niemcy się przypatrywali, biernie patrzyli jak ta "wschodnia dzicz" morduje - to wówczas trzeba zrobić wszystko żeby taką tezę uprawomocnić, a żeby to uczynić to można nawet zmieniać fakty, zastępować je kłamstwami,mitami, wyrwanymi z kontekstu słowami które zupełnie odwracają znaczenie danych wydarzeń. 


JAN GRABOWSKI



Pięknie wyjaśnił to dr. Piotr Gontarczyk, który od lat śledzi "naukową" działalność Grabowskiego, Engelking i Grossa. Podczas niedawnego wywiadu stwierdził iż: "On (Grabowski) zabiera głos jako historyk, badacz Holocaustu. Problem o uzasadnienie jego uczestnictwa w debacie publicznej, to kwestia jego prac naukowych. Dla mnie jego publikacje są kompletnie niewiarygodne. Dopuszcza on się tam takich rzeczy, które się filozofom nie śniły. Gdybym u studentów znalazł takie rzeczy, jakie robi pan Grabowski ze źródłami, to niestety skończyłoby się natychmiastowym "wylotem" ze studiów. To są rzeczy w nauce niedopuszczalne: skracanie cytatów w sposób całkowicie zmieniający ich treść; są cytaty, które pan Grabowski skleja z różnych źródeł; są cytaty, które w publikacjach pana Grabowskiego mają charakter zmieniony na taką wersję historii, jaka mu się podoba. Żebym znalazł jeden, dwa, trzy takie przypadki. Niestety ta kolekcja to są dziesiątki, gdzie nawet w cytatach są pozmieniane pojedyncze poszczególne słowa. Oczywiście to wszystko w jedną stronę, niekorzystnie dla Polaków. Pan Grabowski nie jest wiarygodnym naukowcem. W swoich publikacjach robi rzeczy, które nigdy nie powinny się w nauce zdarzyć". W innym zaś w wywiadzie przyznaje: "Publikacje prof. Grabowskiego nie kwalifikują go do udziału w poważnej debacie. (...) Publikacje Jana Grabowskiego z ostatnich lat, które prześledziłem, nie mieszczą się w żadnych ramach poważnego piśmiennictwa naukowego. Dysponuję pokaźną kolekcją cytatów jego prac, które mają inną treść niż w oryginale. Są one zniekształcane, przeredagowywane, zamieniane są w nich pojedyncze, acz kluczowe słowa, jeszcze inne są "docinane nożyczkami" tak, że mają zupełnie inną treść i sens niż w oryginale. To są rzeczy w nauce kompletnie niedopuszczalne. Publikacje tego autora nie kwalifikują go do udziału w żadnej poważnej debacie. Przywiązywanie jakiejkolwiek wagi do wygłaszanych przez niego opinii i sądów jest po prostu nieuzasadnione i niecelowe. Intencji tego rodzaju działań mogę się tylko domyślać, ponieważ te zmiany poczynione w źródłach przez samego Grabowskiego oraz prezentowaną przez niego tzw. nową polską szkołę badań Holokaustu (Barbara Engelking et consortes) idą w jednoznacznym kierunku. Z jednej strony systematycznie znikają ze źródeł informacje niekorzystne dla Żydów, a z drugiej strony, i to wydaje się tu najważniejsze, wszystko jest tu "poprawiane" w źródłach tak, że wychodzi skrajnie negatywny fałszywy obraz postaw Polaków. Dosłownie tysiące żydowskich ofiar zamordowanych przez Niemców są tu "przepisywane" (lub z nich czyni się współwinnymi ich śmierci bez żadnych merytorycznych postaw) na Polaków. Tu widać prostą zasadę: im gorzej się Polaków opisze, tym lepiej. To jest bardzo wyraźne celowe działanie. Nie można się pomylić kilkaset razy tylko w jedną stronę. (...) Jedną z ostatnich książek pan Jan Grabowski poświęcił tematyce tzw. policji granatowej. Ta książka jest już sumą galopującego systemu przekręcania i fałszywego relacjonowania źródeł historycznych a nawet własnych, poprzednich publikacji. To zupełnie ekstremalny przypadek, jaki analizowałem. Książka ta została wydana przez pana Jana Grabowskiego jako stypendystę niemieckiej fundacji. Zwracam uwagę na to, że publikacje Grabowskiego, wydawane pod jego redakcją, w sposób nieuprawniony, jak już wspomniałem, przepisują winę za liczne zbrodnie dokonane przez Niemców na konto Polaków. Zachodzi tu pytanie, czy Niemiecki Instytut Historyczny działał w ramach nauki i działań otwartego społeczeństwa czy jest to jednak promocja karykaturalnej, zupełnie nieprawdziwej wizji historii przez niemieckie instytucje w Polsce. To jest pytanie do tejże instytucji".

Cóż tutaj dodać sprawa jest jasna i nad wyraz czytelna. Zarówno Niemcom jak i członkom społeczności żydowskiej, którzy myślą że coś ugrają na antypolonizmie (i przypisywaniu Polakom zbrodni na Żydach, podczas gdy z naszego kraju pochodzi najwięcej ludzi ratujących Żydów w czasie niemieckiej okupacji i jest to jedyny kraj - tak, JEDYNY KRAJ, gdzie realnie za pomoc Żydom groziła kara śmierci i to dla całej rodziny, nie tylko dlatego kto go ukrywał, a czasem nawet i dla całej wsi) jest ze sobą po drodze. Zresztą Grabowski, Engelking czy Gross (i im podobni na uniwersytetach w USA czy w Europie Zachodniej, tak zwani "historycy Holokaustu"), to często ludzie o mentalności rasistowskiej, czego dowodem jest choćby przykład Barbary Engelking, która kilka lat temu stwierdziła podczas jednego z wywiadów, że śmierć Polaka to była "kwestia biologiczna, śmierć jak śmierć", coś naturalnego, normalnego (prawie jak bydło - choć tego nie dodała), ale śmierć Żyda to coś niezwykłego, to spotkanie z najwyższym, to wzniosła chwilą itd. jeśli to nie jest rasizm w czystej postaci, to cóż nim jeszcze może być?


BARBARA ENGELKING



Zatem do pewnego stopnia rozumiem Grzegorza Brauna, który wziął udział w tym spędzie nienawistników, ludzi często wręcz genetycznie nienawidzących Polaków, iż mogły puścić mu hamulce i się po prostu zdenerwował, czyniąc to co uczynił. Ale Grzegorz Braun to jednocześnie człowiek bardzo spokojny, dosyć inteligentny i jeśli czyni takie eventy (pamiętam jak odwiedzał Ministerstwo Zdrowia w czasie pandemii i celowo nie zakrywał twarzy maseczką -  notabene ja również tak czyniłem, ale to nie znaczy że jesteśmy tutaj z Grzegorzem Braunem w jakiejś komitywie ideologicznej) to czyni to zapewne w jakimś celu, A cel jest raczej jasny -  dobrze mu się żyje jako posłowi i chciałby przedłużyć swoją karierę poselską w Sejmie, a ponieważ zbliżają się wybory na jesieni tego roku, to takie akcje zapewnią mu zwolenników i pozwolą ponownie zdobyć mandat, i to według mnie jest głównym powodem owego show które uczynił Braun w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie podczas tak zwanego wykładu tak zwanego profesora Jana Grabowskiego.





A TUTAJ DŁUŻSZY FRAGMENT TEGO INCYDENTU 




wtorek, 21 lutego 2023

POLSKA IDEA IMPERIALNA - Cz. II

CZYLI BROSZURA WYDANA W 1938 ROKU
POD EGIDĄ "POLITYKI"





POLSKA IDEA IMPERIALNA

Cz II.







I
ZAŁOŻENIA IDEOWE
Cz. II


Wspomnieliśmy już, że najgroźniejszym objawem, jaki może wystąpić w społeczeństwie, jest wypaczenie tych idei moralnych, od których zawisło funkcjonowanie całokształtu ustroju społecznego. Jednym z najbardziej tragicznych przykładów tej wielkiej prawdy stały się losy państwa polskiego. Od chwili bowiem kiedy Polska zaczęła się sprzeniewierzać swej misji dziejowej na Wschodzie Europy, na skutek zwyrodnienia idei narodowej i katolickiej w społeczeństwie, zaczął się jej upadek. Odrzucane przez nacjonalizm poglądy słabości, bierności, egoizmu i bezwładu, zostały z biegiem czasu najbezwstydniej wyzwolone właśnie w nacjonalistycznych formach i pozorach. Z nadmiaru troski o wolność szlachecką doprowadzono do poniewierki władzy królewskiej. Przywiązanie do ziemi ojczystej i pracy na niej zaczęto wyrażać w pogardzie dla innych stanów oraz przez uporczywe odmawianie wszelkich praw do tej ziemi chłopom. Oddanie idei katolickiej posunięto do ciasnej bigoterii i niewyrozumiałości dla obcych przekonań religijnych. Na naszą korzyść trzeba tylko przyznać, że objawy degeneracji kulturalnej nie posunęły się w Polsce tak daleko, jak w wielu innych krajach. Fatalne jej następstwa były w znacznej mierze wynikiem naszego specyficznego położenia pomiędzy dwoma stale rosnącymi w potęgę imperiami. Tak samo długa agonia państwa polskiego świadczy o spoistości jego pierwotnych więzadeł oraz sile atrakcyjnej jego zasadniczych cech kulturalnych.

W długiej walce o niepodległość musiał naród polski przejść proces oczyszczający jego kulturę od czynników rozkładu. 
Szereg pokoleń musiało pędzić swe życie w rozpamiętywaniu błędów swych ojców, aż w końcu obecnie żyjącemu pokoleniu było dane doczekać się spełnienia marzeń o wolnym bycie państwowym. Odzyskanie najdroższego dobra narodowego, jakim jest własne państwo, jak gdyby zamknęło epokę heroizmu narodowego. Ale jest to złudzenie. Pod pozorną szarzyzną codziennego życia biją siły nowe, młode, niespożyte, który dawny ideał odzyskania niepodległości potrafią zastąpić ideałem utrwalenia bytu i rozszerzenia potęgi Rzeczypospolitej. Jesteśmy skazani na wielkość i albo wielkość tę zdobędziemy lub się w niwecz obrócimy (podobnie twierdził Marszałek Piłsudski że "Polska może być albo wielka, albo nie będzie jej wcale - wszelki stan pośredni jest tymczasowy"). 

Musimy dlatego być narodem imperialnym, prężnym inicjatywą i wolą ekspansji. Tak jak niegdyś stoją przed nami nieograniczone wprost możliwości. Ale Imperium Polskie może powstać w tym punkcie geograficznym, w którym nas Opatrzność postawiła, tylko pod warunkiem nadania mu absolutnie odmiennego charakteru od dwu sąsiadujących z nami imperiów. Tak jak przed setkami lat zaczniemy rosnąć w siłę i znaczenie, kiedy wrócimy do czystej krynicy naszej kultury narodowej; kultury wnoszącej do atmosfery przepojonej pruską butą i rosyjskim barbarzyństwem świeży powiew wielkiego posłannictwa dziejowego; posłannictwa polegającego na ułożeniu współżycia ludów Europy środkowo-wschodniej na podstawach chrześcijańskiej kultury narodowej. Musimy podjąć naszą dawną misję historyczną w odmiennych wprawdzie warunkach i wymagających odmiennych form politycznych, ale opierających się na tych samych założeniach ideowych i kierując się duchem tej samej tolerancji narodowej i religijnej. Nasze wielkie posłannictwo dziejowe rozbiło się już raz w przeszłości na skutek nieumiejętności do zorganizowania siły zdolnej do odparcia obcego najazdu. Błędu tego po raz drugi nam powtórzyć nie wolno.

[Dlatego też w II Rzeczpospolitej wojsko stało się emanacją narodu, było uważane za siłę państwa i naturalnych praw Narodu do życia i do istnienia zgodnie z własną wolą; nic więc dziwnego że wojsko było bardzo liczne i do lat trzydziestych XX wieku zajmowało czwartą pozycję w Europie i siódmą na Świecie pod względem liczby dywizji. Zupełnie inaczej było w czasach Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów, gdy wojsko było nieliczne, gdyż szlachta niechętnie płaciła na jego pobór i wyposażenie; czyniła to tylko wówczas, gdy zachodziła jakaś istotna potrzeba wojenna - zagrożenie najazdem lub chęć odzyskania utraconych ziem. W XVIII wieku doszło zaś do takiej patologii i paraliżu państwa, że wojska praktycznie nie było w ogóle a sejm nie był w stanie uchwalać praw dotyczących całego kraju, gdyż liberum veto blokowało wszelkie tego typu zamierzenia. Ustawy wprowadzono tylko na sejmikach, gdzie veto nie obowiązywało, ale dotyczyło to tylko danej ziemi lub ewentualnie województwa czyli mieliśmy do czynienia z powrotem do rozbicia dzielnicowego; zaś obrady sejmu ochraniało wojsko rosyjskie a posłowie niby niepodległego kraju -przysięgali wierność carycy Katarzyny II. Jeśli to nie była patologia to doprawdy nie wiem co mogłoby nią być. Aby uniknąć więc tych samych błędów II Rzeczpospolitą zbudowano na odmiennych fundamentach, na idei niepodległego bytu utożsamianego z wybudzeniem Narodu z 50-letniego letargu (lata 1864-1914 były bowiem powolną próbą rusyfikacji Polski częściowo niestety udaną o czym świadczyła niechęć ludności Kongresówki wobec wkraczających z Galicji Legunów) i z ogromną daniną krwi, jaką Naród ów zapłacił najpierw służąc w Legionach a następnie w odtworzonym po 1918 r. w Wojsku Polskim i w wojnie z bolszewikami o przetrwanie].






Tylko w umiejętnym pogodzeniu ideałów katolickiej kultury narodowej z potęgą ramienia potrafimy stworzyć niezwyciężony wał, w oparciu o który mniejsze względnie młodsze narody tej części świata, w której żyjemy, znajdą warunki bezpiecznego bytowania. Najgłębiej zrozumiał i najgenialniej w życie zaczął wdrażać idę tę Józef Piłsudski. Dlatego też po zrealizowaniu pierwszego celu swego życia, jakim było odzyskanie niepodległości, cały swój geniusz poświęcił stworzeniu tych dwu absolutnie nieodzownych warunków bytowania i ekspansji: ładu wewnątrz kraju oraz siły na zewnątrz. W realizacji tych dwu zadań dbał jednak o to, aby równocześnie zachowane zostały warunki rozwoju dla wszystkich wartościowych elementów naszej kultury narodowej. Swe dyktatorskie stanowisko wykorzystywał tylko o tyle, o ile to było koniecznym dla rzucenia nowych fundamentów pod budowę państwa, działając poza tym w granicach prawa i odwołując się do honoru narodu. Przykładem swym uczył, że państwem nie może rządzić niczyj kaprys ani też żądza zemsty, ale honor i prawo. Tę świętą spuściznę musimy podjąć w zbiorowym wysiłku po Nim dziś, kiedy Go już nie stało między nami. Z rzuconego Jego ręką ziarna musi wzrosnąć wspaniałe drzewo odrodzonego polskiego nacjonalizmu, zdolnego zbudować nowe Polskie Imperium (Marszałek Józef Piłsudski nigdy nie był nacjonalistą i daleko mu było do takich stwierdzeń, aczkolwiek rozumiem że słowo: "odrodzony polski nacjonalizm" zostało użyte tutaj w innym kontekście niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Piłsudski zaś był reprezentantem idei dawnej Rzeczpospolitej, w której łączono w sobie wiele elementów narodowych aby powstał jeden element państwowy: Rzeczpospolitanin). Imperium niosące z ludom z nami sąsiadującym wolność i braterstwo w miejsce ucisku i strachu.




W tym też celu Polska musi mieć silną armię stojącą z dala od rozgrywek politycznych oraz niezależną politykę zagraniczną - niezależną zarówno od przetargów partyjnych jak i od zakusów obcych potęg. Siłę zaś wewnętrzną może Polsce zapewnić jedynie realizacja następujących haseł:

  1. Etyki katolickiej w życiu publicznym i prywatnym.
  2. Dopuszczenia najszerszych mas ludowych do współudziału w ustawodawstwie i kontroli rządu, przy jednoczesnym zachowaniu silnej i sprężystej władzy wykonawczej.
  3. Tępienia egoizmów klasowych. Polityka gospodarcza winna zmierzać do unarodowienia i pełnego wyzyskania wszystkich sił produkcyjnych Polski, w szczególności wszystkich zdolnych do pracy rąk ludzkich oraz usunięcia rażących różnic społecznych. Zadanie to nie jest możliwe do spełnienia bez ingerencji państwa, zmierzającej do podporządkowania tak ujętej polityce wszystkich partykularnych grup interesów.
  4. Zgodnego współżycia z mniejszościami słowiańskimi.
  5. Stopniowego usuwania nadwyżki mniejszości żydowskiej bez pogromów (temu chociażby celowi służył program odrodzenia państwowości żydowskiej w Palestynie - wówczas zdominowanej przez ludność arabską i kontrolowanej przez Brytyjczyków. Strona Polska w latach 30-tych mocno naciskała na Brytyjczyków, aby ci zezwolili ludności żydowskiej na przebywanie do Palestyny i tworzyli dla niej autonomiczne sektory w których tamci mogliby kultywować swoją tradycję i religię. Wspierano również tworzenie żydowskich organizacji paramilitarnych, jak choćby Betaru Władimira Żabotyńskiego, który był sformowany dokładnie na kształt Legionów Piłsudskiego (wysyłano do Palestyny również ogromne ilości uzbrojenia). Poza tym polsko-żydowska komisja w 1937 r szukała dogodnego miejsca pod ewentualną przyszłą kolonizację żydowską i na ten cel wybrano Madagaskar, który który wówczas należał do Francji. Nie udało się jednak doprowadzić do masowej emigracji Żydów ani do Palestyny ani na Madagaskar przed 1939 r. (Żydzi nie chcieli wówczas wyjeżdżać ani z Polski ani z Europy), a szkoda bo gdyby to się udało, to nie doszłoby do Holokaustu i potwornych niemieckich zbrodni na ludności żydowskiej).

Tutaj jednak należy wyjaśnić pewną kwestię, a mianowicie fakt że w taki oto sposób zwożeni do obozów koncentracyjnych byli Żydzi dopiero od stycznia 1942 r i dopiero wówczas byli mordowani na skale przemysłową, wcześniej przebywali zaś w gettach. Natomiast Polacy byli w ten sposób mordowani i wywożeni do obozów koncentracyjnych od września 1939 r.




PS. Kilka razy już pisałem o tym, że współczesna Polska jest czymś na kształt Italii sprzed wybuchu I Wojny Punickiej. Przyjazd prezydenta USA Joe bidena na Ukrainę i do Polski jest tego najlepszym dowodem. Pominięcie takich krajów jak Niemcy czy Francja do tej pory się nie zdarzało amerykańskim prezydentom odwiedzającym Europę Środkowo-Wschodnią, a nawet jeżeli by się zdarzyło, to pominięcie Wielkiej Brytanii już było jawnym sygnałem, że coś tutaj zaczyna się zmieniać. Ktoś kiedyś powiedział że nasze położenie geograficzne jest przekleństwem, ponieważ Polska leży pomiędzy dwoma wielkimi państwami - Niemcami i Rosją, leży w strefie zgniotu. To prawda, nasze położenie bywa przekleństwem, ale ale jednocześnie może stać się i staje się błogosławieństwem tak jak to ma miejsce obecnie. Położenie Polski i Ukrainy staje się przekleństwem kiedy Niemcy i Rosja są potężne i dążą do ekspansji, jest zaś błogosławieństwem gdy kraje te słabną, a my rośniemy w siłę i tworzymy wspólną ideę Międzymorza (jakkolwiek by ona nie wyglądała, czy to jako Unia Jagiellońska czy jako związek sojuszniczy państw naszego regionu). I tak właśnie dzieje się teraz. Jesteśmy Italią przed wybuchem Wojny Punickiej, a w zasadzie wojna to już wybuchła i czas znacznie przyspieszył do tego stopnia, że to, co wówczas trwało lat 20 - 30 teraz może trwać 5 najwyżej 10. 




USA bardzo nam w tym pomogą ponieważ mamy wspólne interesy. Amerykanom zależy na powstrzymaniu Chin i takim osłabieniu Rosji, aby nie była zdolna udzielić Chińczykom jakiejkolwiek pomocy w przypadku wybuchu poważnego konfliktu amerykańsko-chińskiego, a w tej kwestii Amerykanie zauważyli, że nie mogą liczyć ani na Francuzów ani na Niemców, a jedynym państwem który jest w stanie realnie sprzeciwić się Rosji i realnie dopomóc Ukrainie w toczącej się wojnie jest właśnie Polska. Przecież bez Polski Ukrainy już by nie było, nie byłoby bo wiem żadnej możliwości dostarczenia Ukrainie wsparcia w takiej ilości w jakiej to się odbywa obecnie. Gdyby Polska zachowała się zupełnie inaczej, gdyby dostarczała pomoc w takiej ilości, w jakiej dostarcza Francja czy Niemcy, gdyby udawała że pomaga a tak naprawdę przyglądała się jedynie jak ginie sąsiedni kraj, to Ukrainy już dawno by nie było. I znów wracamy do tej samej sytuacji o której pisałem jakiś czas temu, a mianowicie że bez Polski nie ma ani niepodległej Ukrainy ani Białorusi ani Litwy ani też Łotwy czy Estonii, natomiast utrata tych krajów i podbój ich przez Moskwę oznacza sprowadzenie Polski do roli małego kraju, pozbawionego jakichkolwiek ambicji i płynącego w głównym ścieku ruskiego miru. Brrr... niedobrze mi na samą myśl.

PS2: I jeszcze jedna niezwykle ważna rzecz, a mianowicie że po raz pierwszy od 500 lat Polacy nie muszą toczyć wojny o naszą wielkość własnymi rękoma, gdyż walczą za nas w tym momencie Ukraińcy. Jest to sytuacja która nie zaistniała od 500 lat (czyli od czasów wojen litewsko-moskiewskich w czasie których Koroniarze udzielali pomocy Litwinom w takiej tylko ilości, w jakiej byli gotowi to uczynić i ilu chętnych do takich wypraw zebrano). I to również pokazuje zmianę naszego paradygmatu geopolitycznego.Czas przyśpiesza, wojna punicka niedługo dobiegnie końca a Kartagina (Moskwa) już nigdy nie powróci do dawnej wielkości. Amen.





CDN.