Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA 7 - OKRES NACJONALIZMU I SOCJALIZMU (1848 - 1871). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA 7 - OKRES NACJONALIZMU I SOCJALIZMU (1848 - 1871). Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 stycznia 2023

CZYM BYŁO POWSTANIE STYCZNIOWE?

 KU PAMIĘCI




W związku z przypadającą w dniu wczorajszym 160-rocznicą wybuchu Powstania Styczniowego (jednego z największych powstań w naszych dziejach, a jednocześnie z góry skazanego na porażkę ze względu na przewagę liczebną Moskali oraz brak dostatecznej ilości broni dla Powstańców i tak naprawdę jedynym powstaniem, które miało szansę na zwycięstwo, było to Listopadowe z lat 1830-1831), pragnę zaprezentować opinie, jaką o Powstaniu Styczniowym wygłosił Marszałek Józef Piłsudski w dniu 22 stycznia 1924 r., czyli prawie sto lat temu. Należy pamiętać, że Powstanie Styczniowe było tym, które ukształtowało Piłsudskiego jako bojownika o Niepodległość Polski, a ludzie, walczący w tym Powstaniu, byli dla pokolenia Marszałka i późniejszych pokoleń bohaterami tragicznymi, romantycznymi wojownikami o Niepodległość, poświęcającymi dla odrodzenia Polski swoje młode zdrowie i życie. Byli to ówcześni Żołnierze Wyklęci/Niezłomni dla pokolenia twórców wskrzeszonej, Niepodległej Rzeczpospolitej. To z ich krwi i cierpienia narodzili się Ojcowie polskiej Niepodległości i dlatego byli uważani za pra-tworców polskiego odrodzenia w listopadzie 1918 r. W Powstaniu Styczniowym u boku Polaków po raz ostatni po dziś dzień walczyli zarówno Litwini, Białorusini jak i oczywiście Ukraińscy, narody Rzeczpospolitan wzięły wspólny udział w tej styczniowej batalii lat 1863-1864, utopionej w krwi przez takich bydlaków, jak Michaił Murawiow "Wieszatiel" który na Litwie wieszał obok siebie Powstańców, księży katolickich i Żydów, i był tak znienawidzony, że nawet Rosjanie nie chcieli mu podać ręki. Przejdźmy zatem do odczytu, wygłodzonego przez Marszałka w Warszawie 99 lat temu.





MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI O POWSTANIU STYCZNIOWYM
(22 stycznia 1924 r.)


 Odczyt, jako forma wypowiadania myśli, staje nieraz w sprzeczności z dokładnością i sumiennością w stosunku do treści. Sam czas, zwykle ograniczony, oraz konstrukcja, wymagana od przemówienia, są często ramami, dla których poświęcić trzeba ścisłość określeń, dostateczność dowodów i jasność argumentów. Dlatego też wydając odczyt mój o powstaniu 63 r., prosiłem wydawców, aby zechcieli poprzedzić go wstępem, który, nie mając pretensji do wyczerpania treści, pogłębiłby jednak u czytelników odczucie wagi i znaczenia takiego właśnie a nie innego ujęcia przeze mnie tematu.

Mówiłem o legendach, w których chowaliśmy się wszyscy my, pogrobowcy ostatniego powstania naszego narodu. Wybrałem jako temat dwie główne legendy, te, które bodaj każdy człowiek musiał w siebie wchłaniać, tak bowiem były powszechne, działały tak sugestyjnie, a zatem tak silnie skaziły przez swój fałsz nie tylko samą historję 63 r., lecz i dusze ludzkie następnych po powstaniu pokoleń.

Fałsz bowiem był tak jaskrawy, tak rzucający się w oczy, że tylko trwożliwa niechęć do powtórzenia eksperymentu dziejowego powstania wytłumaczyć zdoła ten dziwoląg psychiczny i myślowy.

Dwie te bowiem legendy uczuciowo, psychicznie były sobie sprzeczne, natomiast skwapliwie były łączone ze sobą, jako czynnik moralnego wychowania tysięcy i tysięcy ludzi, którzy się byli urodzili po powstaniu 63 r. Z jednej strony więc prowadzono dziecko lub młodzieńca gdzieś w gęstwę lasu, by go wzruszyć zapomnianą mogiłą powstańca, by mu szeptem w ukryciu, nieraz z wyrzutem, mówić, jak jest niepodobny do swych ojców, gdy kłótnią przysparza domowi kłopotu, gdy nieopatrznem słowem zaczepia jakiś autorytet parafjalny czy powiatowy. A obok tego głośno i nieustannie stwierdzano słowem, wzruszaniem ramion, pogardliwem lub niechętnem burknięciem wszystko, co było drugą legendą, legendą głupoty, szaleństwa, często wprost legendą zbrodni r. 63 i jego ludzi w stosunku do nas, następnych pokoleń.

Osobiście tak często słyszałem te dwie legendy z jednych i tych samych ust, mieszczące się swobodnie w jednej i tej samej głowie, że nie wiem, czy jest bardziej powszechny i jednolity sąd o jakimkolwiek wypadku historycznym, jak właśnie te zjednoczone a tak sprzeczne w sobie legendy o 63 r. Więc szanować - szaleństwo? Więc czcić - głupotę? Więc kochać - zbrodnię? Taki byłby wywód prosty i jasny z tego dziwoląga logiki uczuciowej i moralnej. Któż z nas nie nasłuchał się kazań z powołaniem się na r. 63, czy to o niebezpieczeństwie młodego piwka, które się nie wyszumiało, czy to o złośliwej sprzeczności, jaka istnieje zawsze pomiędzy rzeczami szlachetnemi a temi, które są rozumne i praktyczne.

Wcześnie też w mojem życiu, może przez przekorność mojej natury, ciągnęło mnie do prób rozwiązania tej dziwnej dla mnie sprzeczności, jaka istniała w stosunku do wypadków 63 r. W najdrobniejszym zakątku życia społecznego Polski, w każdej kwestji poważniejszej, gdym ją chciał badać genetycznie, znajdowałem olbrzymi wpływ wypadków 63 r. Tymczasem w odpowiedziach, rzucanych o tych wydarzeniach, spotykałem zawsze, z wyjątkiem bardzo nielicznym, tę potworną sprzeczność legendy, wyznawaną publicznie. Niekiedy w odpowiedziach brzmiała jakaś niema trwoga, która mi mówiła: "nie pytaj, jest to szlachetne i piękne, ale zarazem głupie, nienawistnie przeklęte i tak już oczywiście niepraktyczne". Sąd ten, tak powszechny, zostawił swój głęboki ślad nie tylko w duszy tych, którzy nie byli świadkami powstania, lecz i w duszy wielu uczestników walk tej epoki. Spotkałem ich jeszcze w wielkiej ilości na wygnaniu na Syberji, spotkałem ich i potem, i nieraz wyczuwałem w nich wyraźną niechęć do rozmów na temat powstania, a często jakąś nieuleczalną gorycz w stosunku do samych siebie, a jeszcze bardziej w stosunku do nas, nowego po nich pokolenia.

Niechże te moje głębokie przeżycia w związku z wypadkami 63 r., przeżycia, które wznieciły we mnie namiętną potrzebę poszukiwania prawdy, usprawiedliwią w oczach czytelnika odbicie tej namiętności, którą może odczuje w słowach i określeniach mojego odczytu. I niech na podstawie sugestyj i legend popowstaniowych nie zechce zgóry przesądzać, że to, co jest odczute, jest z zasady nierozumne lub nierozsądne.

Starałem się oddzelić od siebie te dwie legendy i ocenić ich istotną wartość na podstawie pamiętników świadków i uczestników powstania 63 r. Ograniczony czasem i strukturą przemówienia, nie byłem w stanie wyczerpać ogromnej ilości faktów, które zbierałem był skrzętnie. Dla potwierdzenia tez swoich chcę przytoczyć we wstępie kilka zdarzeń podkreślających słuszność moich dowodzeń.

Naprzód rozbijałem legendę o "treuga Dei", legendę zgody narodowej, przedstawiając, jak namiętne były ówczesne spory polityczne. Jako skutek tych namiętności ujawnić się musiała wielka chwiejność w tej najliczniejszej zwykle w społeczeństwach rzeszy, która nie bierze bezpośredniego udziału w sporach politycznych. Tę też chwiejność istotnie spotykałem przy wszystkich swoich studjach nad pamiętnikami. Stąd ogromna ilość wybitnych ludzi w powstaniu, którzy przychodzą do pracy i zajmują w tej pracy nieraz wysokie stanowisko dopiero w drugiej połowie 63 r., podczas gdy powstanie rozpoczęło się na samym jego początku.

Ba, w opisach spotykałem ot takich sobie, przeciętnych oficerów powstania, którzy w jego początku, służąc w armji rosyjskiej, nawet z powstańcami bezpośrednio walczyli.

Gdym zaś mówił o wielkim cudzie Rządu Narodowego i panowaniu pieczątki, nie chcąc psuć wrażenia przemówienia, nie dodałem, że w samym rządzie oraz w najbliższem jego otoczeniu spory były tak namiętne i tak silne, że wskutek nich następowały częste zmiany, i że w historji samego Rządu Narodowego nie brak nawet zamachów stanu. Niechybnie świadczyło to o braku wśród kierowników tych wielkich, którzy samą wielkością własną zdobywają autorytet i imieniem swojem znaczą epokę, lecz tem bardziej fakty te podkreślają ogromną siłę zbiorowej energji i moralnej chęci poddania się woli swego własnego polskiego rządu. Bo chyba nikt nie zechce tłumaczyć tego niezwykłego faktu przystosowaniem się do charakteru polskiego i koniecznością dla powagi rządu ukrycia go przed oczami ciekawych.

Z powodu zakreślonego sobie celu nie dotknąłem wcale jeszcze jednej legendy, która ciążyła nad naszemi losami bardzo silnie, a której wyraźne ślady spotykałem jeszcze w nowej, niepodległej Polsce. Mówię o legendzie, że ją tak nazwę, włościańskiej, związanej z taką samą legendą carskiego i obcego demokratyzmu. Wyrządziła ona życiu naszemu po powstaniu głęboko sięgające, niezabliźnione poniekąd rany. Obszerny to temat, nad którym niejedna ślęczała głowa, z powodu którego niejedno męczyło się serce. Zasługuje ten temat na badanie ściślejsze i dokładniejsze, niż to mogłem uczynić w odczycie albo w niniejszym wstępie. Tutaj mogę zaledwie zlekka dotknąć tego tematu. Zwrócę więc przedewszystkiem uwagę na jeden z wyników moich badań, do których doszedłem również na podstawie pamiętników, a mianowicie, że udział włościan w powstaniu zwiększał się z każdym miesiącem jego trwania. Można powiedzieć, iż z rozpoczęciem zimowej kampanji z r. 63 na 64 w wielu miejscach powstanie opierało się jedynie na włościanach i na ich życzliwej opiece nad oddziałami.

Spotkałem nawet próby przymusowego poboru do wojska przez oddziały po wsiach w Kieleckiem (ówczesnem województwie Krakowskiem), przyczem pamiętnikarz, sam oficer powstania, stwierdzał, że próby tego przymusowego poboru, robione siłą, nie czyniły z wziętego z poboru parobczaka złego lub niechętnego żołnierza. Następnie zaznaczyć chciałbym niedostatecznie szeroko znany fakt, że uwłaszczenie włościan na całej przestrzeni, objętej powstaniem, uprzywilejowało stan włościański pod względem materjalnym w znacznie wyższym stopniu, niż to się stało w rdzennej Rosji. Jeżeli więc mówić o zmianach w strukturze socjalnej olbrzymiego państwa carów, to powstanie i konieczność konkurencji z dekretami Rządu Narodowego zmieniły tę strukturę znacznie poważniej u nas niż w Rosji. Walka o duszę włościanina i konkurencja carska z tradycjami powstania stanowiły przez cały czas panowania u nas Rosji niezwykle poważny czynnik życia politycznego i społecznego. Oddziaływanie tego czynnika dałoby się zauważyć i dzisiaj. Na potwierdzenie zaś przytoczę zabawny już teraz na szczęście fakt, na który się natknąłem w początkach nowej Polski.

W samym końcu r. 1918 dałem urlop świąteczny jednemu z wyższych oficerów mego sztabu. Były już wtedy rozpisane wybory do pierwszego sejmu Rzeczypospolitej. Gdy oficer ten w drugiej połowie stycznia r. 1919 wrócił z urlopu, pytałem go o wrażenia, jakie wypadki dziejowe wywarły wśród ludności wiejskiej jednego z zapadłych kątów t. zw. Królestwa. Opowiadał mi o przeróżnych rzeczach, lecz dodał pomiędzy innemi, że włościanie zamierzają powstrzymać się od wyborów, gdyż się boją - bo, jak powiadali: "przyjdą tu kozacy, to dopiero dadzą nam Polskę".

Powstanie 63 r. wraz z całą jego epoką czeka dotąd jeszcze na swoją historję. Nieliczne prace, dotykające tego tematu, są zaledwie próbami. Wobec olbrzymiego wpływu, jaki miały wypadki 63 r. na losy naszego narodu, jestem przekonany, iż teraz, gdy wszelkie trwogi przed próbą walki o niepodległość już chyba minęły, znajdą się historycy, którzy tej epoce poświęcą swoje siły i pracę. Gdy więc który z nich zechce rzucić łaskawie okiem na moje próby walki z legendami, będę szczęśliwy, gdy mu usunę z drogi w pewnej mierze najważniejszą, zdaniem mojem, przeszkodę. Nic bowiem trudniejszego dla historycznej prawdy, jak ogarnąć wielkość epoki. Wielkie były wypadki 63 r., wielkie ich wpływy, wielkie namiętności, wielkie są również i braki źródeł dla studjów nad wydarzeniami, odchodzącemi gdzieś w dal przeszłości.

Lecz dla dziejów powstania 63 r. również wielkie znaczenie ma trwoga oraz sprzeczność myśli i uczuć następnych pokoleń polskich w stosunku do swych ojców i dziadów z 63 r., a niema lepszej pożywki chorobotwórczej dla bakteryj fałszu i legend, jak strach przed prawdą i brak woli.





Jeszcze chciałabym na moment wrócić do osoby pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Informacje, jakie przekazał on Amerykanom, były na wagę złamania przez polskich kryptologów kodów niemieckiej maszyny szyfrującej Enigmy w grudniu 1932 r., która skróciła II Wojnę Światową o kilka lat; czy też rozszyfrowania sowieckich kodów wojskowych w 1920 r. (w 1932 r. podczas wizyty w Polsce szefa sztabu Armii USA gen. Douglasa MacArthura, amerykańska delegacja otrzymała wówczas specjalny prezent, rozszyfrowane przez polski kontrwywiad sowieckie kody armijne: "Rewolucja" i " Fiałka", których Sowieci używali aż do... 1954 r.). Płk. Kukliński nie był żadnym zdrajcą (jak twierdzą rodzime komusze popłuczyny) nie był też szpiegiem, gdyż nie pobierał za przekazywane przez siebie informacje żadnych pieniędzy. Działał bowiem z pobudek patriotycznych i humanistycznych, jego celem było niedopuszczenie do wybuchu wojny nuklearnej i ocalenie w ten sposób Polski i innych narodów Europy. Dlatego też właściwym określeniem jego osoby i działalności, było nazwanie go po prostu Aliantem.



niedziela, 13 grudnia 2020

MIEJSKIE LEGENDY, OPOWIADANIA I NIEZWYKŁOŚCI - Cz. IV

CZYLI MAŁO ZNANE TAJEMNICE

I AUTENTYCZNE WYDARZENIA,

KTÓRE OSNUWA AURA BAJKOWOŚCI

I NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWA

 
 

 
 

I

SADYSTYCZNA HRABINA

KTÓRA BAŁA SIĘ LUSTER

Cz. IV

 
 
 
MADAME de CASTIGLIONE
(obraz z 1862 r.)
 

 
 
 
"NAJISTOTNIEJSZE TO UZNAĆ WYŻSZOŚĆ MĘŻA PO PROSTU DLATEGO, ŻE JEST MĘŻCZYZNĄ (...) ŻADNE SŁOWA NIE SĄ W STANIE WYRAZIĆ PODZIWU I SZACUNKU, JAKIE SAMA MYŚL O NIM POWINNA WYWOŁYWAĆ"
 
 
SARAH ELLIS
(W PORADNIKU DLA MŁODYCH KOBIET)
1842 r.
 
 
 
 Wirginia de Castiglione po rozstaniu z cesarzem Napoleonem III wyjechała i przez pewien czas osiadła w Italii, gdyż zakończenie związku z cesarzem było dla niej ogromnym wstrząsem psychicznym, a to dlatego, iż w ogóle nie brała nawet pod uwagę faktu, że cesarz (który zmieniał kobiety jak rękawiczki) może kiedykolwiek przestać ją kochać. Co prawda godziła się na to, iż nie jest jedyną nałożnicą Napoleona, ale jednocześnie zawsze podkreślała że jest jego osobistą metresą - dając tym samym do zrozumienia że tak naprawdę to jedynie ona jest tą pierwszą i naturalną wybranką. Po zakończeniu romansu (który notabene trwał zaledwie rok) Wirginia długo musiała do siebie dochodzić, gdyż sądziła że zarówno jej uroda jak i temperament (obyczajowy - gdzie potrafiła pokazywać się w sukniach z głębokimi dekoltami - jak i seksualny) nie pozwolą Napoleonowi kiedykolwiek z niej zrezygnować. Teraz zaś owe rozstanie tak silnie odbiło się na jej psychice, że stała się mizoandryczką (zaś z biegiem lat nienawiść do mężczyzn ustąpiła potęgującej obawie o utratę urody, dlatego też w swym domu kazała wyrzucić wszystkie lustra, aby nie musieć oglądać swej starzejącej się twarzy. Żyła samotnie, chodząc w czarnych sukniach i mieszkając tylko z jedną starą służącą, opłacaną z kurczących się oszczędności, które zgromadziła w latach swej młodości). Trzeba bowiem pamiętać że cesarz Napoleon III nie należał do ludzi, którzy zbytnio przywiązywali się do swych byłych kochanek. Coś na ten temat wiedziała choćby angielska śpiewaczka operowa i jednocześnie kobieta o szerokich ramionach (niektórzy twierdzili że miała posturę żołnierza cesarskiej gwardii szwajcarskiej) Eleonora Gordon. Gdy Ludwik Napoleon przebywał jeszcze w Wielkiej Brytanii była tam przez jakiś czas jego kochanką, która zapewniała go iż pomoże mu odzyskać władzę cesarską (nie wiadomo tylko w jaki sposób). Napoleonowi jednak szybko się znudziła, tym bardziej że on (idąc w ślady swego wielkiego stryja - z którym dzielił bodajże zaledwie jedynie tę cechę wspólną) nie znosił zbyt rozbudzonego damskiego libido. Kobieta była po to, aby to mężczyzna mógł zrzucić z siebie seksualne napięcie (Napoleon Wielki oddawał się miłostkom dopiero po wielogodzinnej pracy, zaś pewnego razu oczekiwała na niego w pałacu Tuileries młoda aktorka z Théâtre-Français i kamerdyner przypomniał Cesarzowi iż dziewczyna czeka na niego już od godziny, na co ten odparł: "No to co, każ jej się rozebrać i położyć do łóżka, wkrótce  dołączę", ale gdy po kolejnej godzinie spędzonej samotnie w łóżku Cesarz nie przyszedł, kamerdyner ponownie dał mu znak, że dziewczyna leży tam i czeka na niego, na co ten rzekł: "Każ jej iść do domu, dziś już z niczym nie zdążę" 😉). 
 
Dlatego też Ludwik Napoleon po kilku wieczorach spędzonych z Eleonorą Gordon, szybko zakończył tę znajomość i pod pozorem wyjazdu, uciekł z jej ramion (pewnego wieczoru - według rosyjskiego historyka Andrieja Neymana - miała nawet dokonać na nim prawdziwego gwałtu, rzucając go na sofę i przygniatając swym ciałem). Tak więc gdy pani Gordon przybyła do Paryża po objęciu władzy cesarskiej przez Napoleona III, starając się odnowić dawną znajomość i uzyskać jakieś finansowe zabezpieczenie, cesarz nawet się z nią nie spotkał i odesłał z pałacu (potem wyznaczył jej skromną jednorazową zapomogę i nakazał opuścić Paryż). Takich przypadków było znacznie więcej, jako że Napoleon III uważał, że nic nie zawdzięcza żadnej z kobiet, nawet owej sławnej Harriet Howard - która dość długo utrzymywała swój wpływ na cesarza i która mocno go wspierała (przede wszystkim finansowo, jako że praktykując wcześniej profesję luksusowej damy do towarzystwa, zbiła na tym niezły kapitał, a Napoleonowi wówczas bardzo potrzebne były pieniądze) w planach odzyskania tronu Francji (licząc zapewne na to, że może wystąpić u jego boku, jako żona). Cesarz kupił jej kamienicę przy Rue du Ciraue, oraz ofiarował apartament w pałacu Saint-Cloud, jednak gdy ta zaczęła nalegać na małżeństwo, Napoleon odmówił (Harriet Howard urodziła się na wsi, jako córka szewca, byłby to więc mezalians). Ostatecznie cesarz postanowił się jej pozbyć i wysłał ją do Anglii (pisałem już o tym) w 1853 r., a w tym czasie ogłosił swoje zaręczyny z hiszpańską arystokratką (której rodzinne korzenie sięgały królów Kastylii z XIII wieku) Eugenią de Montijo, i jednocześnie polecił przeszukać dom panny Howard przy Rue du Ciraue w poszukiwaniu listów miłosnych które niegdyś do niej pisał. Jednak Harriet nie opuściła Francji (z powodu złej pogody przeprawa przez Kanał La Manche nie była możliwa przez kilkanaście dni) i dowiedziawszy się o oszustwie cesarza, oraz o przeszukaniu jej domu, napisała doń list, w którym wręcz żądała by Napoleon do niej przyjechał. Ten zjawił się osobiście i ofiarował swej kochance (w zamian za rezygnację z roli żony i zamknięcie ust, by nie prowokować skandali obyczajowych) sześć milionów franków (tym samym spłacił - mniej więcej - kwotę, którą ona wcześniej na niego wydała) i przyznał jej tytuł hrabiny von Beauregard oraz zamek o tej właśnie nazwie, uzgadniając że po ślubie z Eugenią, pozostanie z nią jedynie w "przyjacielskich stosunkach".
 
 

 
Co zaś się tyczy Wirginii de Castiglione, to po przyjeździe do Włoch zaczęła trudnić się prostytucją, jednak prawdziwą sławę zdobyła dopiero po swym powrocie do Francji (w 1861 r.), gdzie zamieszkała w Paryżu, w dzielnicy Passy. Cztery lata spędzone we Włoszech pozwoliły jej już zdobyć pewną renomę, a poza tym "sława" kochanki cesarza również robiła swoje i do jej apartamentów napływali chętni na miłosne igraszki. Jednak rozstanie z Napoleonem wciąż mocno tkwiło w Wirginii i gniew jaki czuła do niego, postanowiła następnie przenieść na innych mężczyzn. Postanowiła więc karać ich za winy cesarza, wymierzając razy i zmuszając do wykonywania jej upokarzających poleceń. Jednocześnie zdawała sobie dokładnie sprawę ze swego położenia, czyli takiego w którym ona tylko udaje "królową" a w rzeczywistości jest całkowicie uzależniona od pieniędzy, które owi mężczyźni jej przynosili. wiedziała też, że w takim układzie nie jest ważne to, co jej się podoba, ale to czy ona podoba się innym, a wówczas sprawa była jasna - to kobieta musiała podobać się mężczyźnie (nawet jako kandydatka na żonę), a nie na odwrót. Dlatego też swych klientów przyjmowała w negliżu (co oczywiście nie znaczy że była całkiem naga, wręcz przeciwnie), czyli w swoim toilette de boudoir (w szlafroku), powoli i skrupulatnie odsłaniając im swoją nagość (ponoć nosiła też odmienny strój dla każdego kochanka). Jednocześnie jej praktyki, to był czysty sadyzm graniczący wręcz z nienawiścią do wszystkich mężczyzn. Jej praktyki był dosyć okrutne (potrafiła nie tylko smagać swych "niewolników" batem lub kańczugą aż do krwi, ale również używała całej masy innych, okrutnych przyrządów, jak choćby: igły czy druciane szczotki, którymi pocierała ciała klientów). Ponoć była bardzo okrutna, jednak nikogo nie zabiła (a nie było to wcale takie oczywiste, o czym świadczą notatki komisarza policji Paryża z czasów Ludwika XIV - Nicolasa de la Mare, który pisał choćby tak w jednym ze swych raportów: "Byłem wezwany do umierającego bibliotekarza, którego dwie kobiety na jego życzenie chłostały miotełkami. A gdy już zużyły te dwie miotełki, rozpruły trzcinowy chodniczek i chłostały go nim. Zastałem bibliotekarza w straszliwym stanie: był prawie w agonii i cały we krwi" Ciekawe też czy tak je rozwścieczyły kary za nieterminowe oddawanie książek? 😂. W innym przypadku John Cleland - autor "Pamiętników Fanny Hill" żyjący w XVIII wieku, pisał: "Na ławce w parku leży kobieta, wystawiając nagi tyłek spod zadartej sukni. Między jej nogami stoi dobrze ubrany pan i chłoszcze ją biczem, aż na pośladkach pojawia się pierwsza struga krwi").
 
Tak wyglądały praktyki Wirginii de Castiglione, ale wiadomo też, że każdą taką "sesję" z klientami potem bardzo mocno przeżywała (fizycznie i emocjonalnie) i przez kolejne trzy dni leżała w łóżku w osłabieniu. Zarabiała jednak na tym ogromne pieniądze (znacznie większe niż za klasyczny seks), tak że bardzo szybko zaczęła prowadzić ponownie dość wystawny tryb życia (jednocześnie napędzając sobie kolejnych klientów do swych "sesji"). Mężczyźni wręcz ustawiali się w kolejce do jej drzwi, tylu było chętnych na bicie tyłka przez byłą kochanicę cesarza. Niektórzy z tych mężczyzn podczas jednej nocy zostawiali u niej całe majątki (np. markiz Herford za jedną noc, ofiarował jej milion franków - w tamtych czasach suma wręcz niebotyczna), więc bez wątpienia był popyt, tylko gorzej z podażą, gdyż niewiele było wówczas takich miejsc w Paryżu (i nie tylko tam), w których mężczyźni decydujący o losach świata, mogli się poczuć niczym słudzy czy niewolnicy. Stąd też brała się popularność salonu madame de Castiglione. Najwidoczniej w ludzkiej naturze drzemie potrzeba dążenia do równowagi (choć może nie w każdym człowieku jednakowo) i gdy jest ona zbytnio zachwiana, wówczas pojawiają się takie właśnie pragnienia oraz chęci ich realizacji, jednak należy się też zastanowić czy nie ma trochę racji w tym, co twierdził Ryszard von Krafft-Ebing, który pisał że: "Spotyka się dużo ludzi, którym dla pobudzenia zmysłów jest potrzebna flagellacja. Bez wątpienia są to chorzy, patologiczni osobnicy" (niestety, ja również zaliczam się poniekąd to tego grona miłośników flagellacji, gdyż uważam że nic tak nie poprawia pożycia i nie buduje więzi, jak porządne lanie kobiecego tyłeczka 😋. Nie będę też się rozwodził nad tym, czy to jest chore, czy nie - być może do pewnego stopnia tak, ale wszystko zależy też od wzajemnego zaufania, skali oraz natężenia "wydawanych" klapsów). Tak mijały lata, a wraz z nimi rosła "sława" Wirginii de Castiglione, jedyną zaś relikwią którą naprawdę czciła, była owa podarta koszula nocna, w którą się przyodziała, gdy wraz z cesarzem przebywali w Compiegne i nocą popłynęli łódką na drugi brzeg rzeki Oise (podczas gdy w tym samym czasie cesarzowa Eugenia oczekiwała na męża na oficjalnym balu). Tę koszulę pokazywała publicznie i traktowała jako żywą relikwię, deklarując jednocześnie, iż pragnie być w niej pochowana.
 
 
PRZYKŁAD PRAWDZIWEGO MASOCHIZMU
ZAWSZE BAWI MNIE TEN FRAGMENT "AKADEMII POLICYJNEJ"
MINA TACKLEBERRY'EGO BEZCENNA
 

 
W 1870 r. wybuchła wojna francusko-pruska i cesarz Napoleon III skapitulował wraz ze swą 100 tysięczną armią pod Sedanem (1 września 1870 - znamienna data) i dostał się do pruskiej niewoli (podczas tych walk głupota gen. Wimpffena była przeogromna, szczególnie gdy na ostatnią chwilę pozmieniał rozważne - choć też nie wiadomo czy skuteczne - plany gen. Ducrot'a przebicia się do Mezieres i to tylko po to, aby postawić na swoim. Zresztą atmosfera panująca wówczas we francuskim sztabie generalnym pod Sedanem, była tak "toksyczna" - że posłużę się modnym obecnie słowem - iż tam aż prosiło się o klęskę) i madame de Castiglione po raz ostatni użyła swych wielkich wpływów (co też świadczy o jej popularności) ocalając Paryż przed wkroczeniem doń armii pruskiej (po prostu poprosiła kanclerza Bismarcka o oszczędzenie Francji tego upokorzenia, a Bismarck przychylił się do jej prośby. Odmówił natomiast prośbie cesarzowej Eugenii, która chciała dołączyć do swego męża, będącego w niewoli. Zresztą ta kobieta, przez lata zdradzana, teraz była przykładem poświęcenia i oddania, starając się dołączyć do męża, a gdy to okazało się niemożliwe, pocieszając go listami, np. takimi: "Nasze cierpienia i nasze nadzieje leżą nad głową małego Ludwika. Im bardziej ponura przyszłość, tym mocniej odczuwamy potrzebę wspierania się jedno o drugie". Napoleon przyznawał jej rację i ponoć całował listy które mu przysyłała, jednak młody książę - Ludwik Eugeniusz Napoleon (IV) nie okazał się nadzieją dla swych rodziców i dynastii Bonaparte, gdyż zginął w młodym wieku 23 lat w 1879 r., w Afryce Południowej, podczas walk Brytyjczyków z Zulusami, przebity włócznią jakiegoś czarnoskórego wojownika, który to położył kres nadziejom tak świetnie rozpoczętej przed osiemdziesięcioma laty napoleońskiej baśni). 
 
Po roku 1871 znaczenie madame de Castiglione spadło, a jej popularność znacznie zmniejszyła się w dobie Republiki. Nadal jeszcze prowadziła swój salon, ale z biegiem lat miała coraz mniej klientów i chętnych do zadawania im bólu. Co prawda zdobyła (i odłożyła) spory majątek, jednak bez wsparcia życzliwych jej osób, szybko by go utraciła. Dlatego też, to ona teraz chodziła po prośbie do swych dawnych "niewolników", starając się uzyskać od nich jakieś fundusze. I tutaj dochodzimy do pewnej konkluzji, bowiem ani Paryż (który ocaliła przez wkroczeniem obcej armii okupacyjnej) ani też ludzie, którzy przez lata wystawali u klamki jej salonu, teraz - gdy utraciła swe wpływy i zaczęła tracić młodość oraz urodę - nie kwapili się by jej pomóc. Markiz Hertford - który niegdyś zapłacił milion franków tylko za to, aby wysmagała go batem w swym salonie, teraz nie chciał jej widzieć i nie wpuścił nawet za próg swego apartamentu. Jedynie dzięki nielicznym dawnym klientom, mogła przestać pracować jako prostytutka (co oczywiście było jak najbardziej naturalne, gdyż z biegiem lat i tak musiałaby porzucić ten zawód). Przeprowadziła się jednak do małego mieszkania przy Placu Vendome 26 i żyła tam - unikając ludzkich spojrzeń - za zasuniętymi, czarnymi firankami, w towarzystwie jednej tylko służącej, nosząc czarne suknie i pielęgnując swą podartą "koszulę z Compiegne", która przywodziła jej z pewnością pamięć radosnych chwil jakie spędziła u boku cesarza w czasie ich krótkiego romansu. Ze swego domu wychodziła tylko wieczorem lub w nocy, aby unikać ludzi i ich spojrzeń i nie musieć z nimi rozmawiać (zapewne zraziła się do ludzi, gdyż oczekiwała że oni widzą w niej ową "królową", którą była, gdy biła ich batem po plecach lub pośladkach, zaś w rzeczywistości była dla nich po prostu tylko jedną z wielu - choć bardziej ekskluzywnych - prostytutek. I ta myśl z pewnością odsuwała ją od ludzi). Pozbyła się też wszystkich luster, które stały się wręcz jej obsesją. Miała obsesję upływającego czasu i rosnących zmarszczek na twarzy, wolała więc zachować w pamięci obraz młodej dziewczyny, która w objęciach cesarza Francji poczuła się wyjątkowo, a potem spadła w przepaść i musiała zarabiać na życie w upokarzający sposób (choć jej samej wówczas wydawało się to atrakcyjne). Zmarła w 1899 r. w Paryżu w wieku 62 lat. Dziś praktycznie jest zapomniana, nawet jeśli idzie o kochanki Napoleona III (musiałem przewinąć się przez dziesiątki jego nałożnic, nim udało mi się dotrzeć do postaci Wirginii de Castiglione - kobiety, która swym życiem stworzyła prawdziwą legendę).      
 
 
 
 
 
 
 CDN.
 

wtorek, 12 maja 2020

MIEJSKIE LEGENDY, OPOWIADANIA I NIEZWYKŁOŚCI - Cz. III

CZYLI MAŁO ZNANE TAJEMNICE

I AUTENTYCZNE WYDARZENIA,

KTÓRE OSNUWA AURA BAJKOWOŚCI

I NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWA




I

SADYSTYCZNA HRABINA

KTÓRA BAŁA SIĘ LUSTER

Cz. III





 
"TAŃCZYLIŚMY RANO, TAŃCZYLIŚMY WIECZOREM, TAŃCZYLIŚMY W NOCY, W KOŃCU WSZYSTKO TAŃCZYŁO W DOMU, MĘŻCZYŹNI, KOBIETY, PIENIĄDZE"

Z PAMIĘTNIKA CORY PEARL
(ANGIELSKIEJ KURTYZANY, RÓWIEŚNICZKI VIRGINII de  CASTIGLIONE)



 Romans hrabiny de Castiglione z cesarzem Francuzów - Napoleonem III trwał ponad rok i zakończył się w drugiej połowie 1857 r. Wówczas to Napoleon pozbył się wszystkich swoich konkubin, które utrzymywał w jednym z domów przy ulicy Bac, a były to: madame de La Bedoyere, madame Walewska i właśnie owa madame de Castiglione. Cesarz wyrzucił te wszystkie kobiety z dnia na dzień, gdy tylko mu się znudziły i dalej "kolekcjonował" kolejne niewieście serca. Miał ogromny apetyt seksualny (choć może nie aż taki, jak ów mężczyzna, na którego w XV wieku skarżyła się królowi Aragonii - Alfonsowi V - jego małżonka, która upadłszy przed władcą na kolana - gdy ten wjeżdżał do Saragossy - prosiła go o pomoc, twierdząc że jej mąż od lat bierze ją po trzydzieści razy na dobę. Król kazał przywołać małżonka i choć ten bronił się słowami: "Jest moją żoną, moją własnością. Ile razy chcę, tyle razy ją biorę, nie popełniam żadnego niegodnego czynu", nakazał mu spółkować z żoną tylko sześć razy dziennie, a jednocześnie wyraził uznanie dla jego witalności. Równie spory apetyt seksualny miał amerykański pisarz - Henry Miller, który pisał: "Zbliża się wieczór, a ja jak idiota paraduję ze wzwodem, i żadnej nadziei. Rozsadza mi rozporek i żadnej nadziei". Czy też ów anonimowy górnik ze Śląska, który po powrocie do domu miał powiedzieć do żony: "Nie będę już nic jadł, nie będę się mył, tylko cię wyr...am i idę spać!" 😊). Alfred Lebfield pisał tak o Napoleonie III: "Wyczerpała jego siły chroniczna erotomania" i rzeczywiście cesarz Francuzów zmieniał kolejne kochanki niczym kapelusze i choć starał się je ukrywać - umieszczając w różnych częściach Paryża - wiadomości o tym i tak docierały do jego małżonki, cesarzowej Eugenii de Montijo, która za każdym razem żądała od niego wyjaśnień, gdy dowiadywała się o kolejnej nałożnicy. Zwykła przy tym mawiać: "Niedługo cała Francja będzie zapchana waszymi bękartami". Trudno też dziwić się jej rozgoryczeniu. Była młodsza od swego męża o 18 lat i wychodząc za niego, była już zakochana w innym mężczyźnie, o którym miała rzec w dzień swojego ślubu (29 stycznia 1853 r.): "Gdyby d'Alcanises po mnie przybył, uciekłabym z nim". Zaś po urodzeniu jedynego syna - Ludwika Napoleona (16 marca 1856 r.), konsekwentnie odmawiała Napoleonowi zbliżeń, twierdząc że po krótkiej chwili przyjemności, ona potem musi cierpieć z bólu w chwili porodu. I choć Eugenia była Hiszpanką, nie miała nic z gorącego, hiszpańskiego temperamentu, a jej małżonek zwykł mawiać: "Jest zimna, jak hiszpański marmur". Nic więc dziwnego że Napoleon III szukał "rozrywek" z dala od jej alkowy.

Można wręcz powiedzieć, że Napoleon III ożenił się z Eugenią tylko dlatego, aby... ją posiąść. Gdy bowiem jesienią 1852 r. markiza de Montijo przybyła do Paryża, od razu wpadła mu w oko. Wysłał więc do niej wiadomość, aby się spotkali, gdyż pokarze jej popiersie Karola Wielkiego, a gdy już Eugenia pojawiła się w umówionym miejscu, cesarz usilnie starał się nie tylko skraść jej pocałunek, ale także zaciągnąć na kanapę. Przerażona dziewczyna czym prędzej stamtąd uciekła, lecz to wcale nie zniechęciło Napoleona, wręcz przeciwnie - tylko pobudziło jego zainteresowanie. Zaprosił więc ją (wraz z jej siostrą - Marią Franciszką - która również odwiedziła wówczas Paryż), do zamieszkania w pałacu Compiegne. Zaś pokój, który Eugenia otrzymała, miał przebitą ścianę, która była zasłonięta wielkim lustrem. Nocą, gdy Eugenia spała, przeszedł przez otwór w ścianie i... wszedł do jej łoża. Przebudziwszy się, dziewczyna nie wiedziała początkowo co ma uczynić i ostatecznie rzekła: "Myślałam, że mam do czynienia z dżentelmenem". Napoleon zapytał wówczas: "Jak mam się do pani dobrać?", na co ona odparła: "Tylko przez ołtarz, sire". Te słowa spowodowały, że Napoleon zapałał do Eugenii miłością (a raczej namiętnością), której nie mógł inaczej zaspokoić (aby nie czynić jej uszczerbku na honorze), postanowił więc że się z nią ożenić (Eugenia postąpiła podobnie jak owa Anna Boleyn, która tak długo namawiała Henryka VIII do małżeństwa, mamiąc go narodzinami syna, iż ten uczynił wszystko, by do tego właśnie doszło, ale gdy okazało się że Anna nie jest w stanie spełnić swojej obietnicy, jego stosunek natychmiast się zmienił. Tak też było z małżeństwem Napoleona III i Eugenii de Montijo, który gdy już ją posiadł i spłodził syna, zapewne pożałował tego kroku, musząc wysłuchiwać jej ciągłych narzekań o kolejne nałożnice i jednocześnie zmagać się z jej pobożnością - którą to motywowała swą wstrzemięźliwość seksualną - oraz nawrotami migreny). Publicznie para cesarska wypadała olśniewająco zgodnie, cesarzowa grała swą rolę -najbardziej eleganckiej, życzliwej (swemu małżonkowi i innym ludziom) władczyni, prywatnie jednak on przeskakiwał z łoża jednej kochanki do drugiej, zaś ona urozmaicała sobie czas projektowaniem nowych sukien, konnymi przejażdżkami po Lasku Bulońskim, dysputami ze swymi damami dworu oraz modlitwą.




Zdarzało się bowiem gdy cesarzowa wchodziła do gabinetu, w którym narady odbywał cesarz i nakrywała go obcałowującego wyjęte z dekoltu sukni piersi jakiejś jej kolejnej damy dworu. Można sobie jedynie wyobrazić jak musiała wówczas reagować ta ognista Hiszpanka, dla której jednak seks był jedynie prawdziwym skaraniem boskim i służył jedynie prokreacji. Ale przecież zdarzało się, że do cesarskiego gabinetu wkraczali ministrowie, którzy odkrywali tam właśnie swoje - na półnagie - małżonki. Jeśli przy tym byli mądrzy, to ich tam nie zauważali (np. odwracając się w stronę okna, aby dać im czas na opuszczenie gabinetu i doprowadzenie się do porządku), dzięki czemu zachowywali swoje stanowiska, a często powiększali majątki. Zresztą trudno było zachować powściągliwość, gdy co dwa tygodnie na dworze cesarskim urządzano jakiś bal, festyn lub bankiet, na którym oczywiście nie mogło zabraknąć pięknych kobiet. Już Franciszek I (król Francji w latach 1515-1547), zwykł mawiać: "Dwór bez pięknych kobiet, jest jak ogród bez kwiatów", a Napoleon III uważał dokładnie tak samo. Lecz również dwór cesarzowej nie był tak do końca wolny od libertyńskich zachowań, czego przykładem choćby niejaki Prosper Merimee (znajdujący się w osobistym orszaku cesarzowej), który aby nieco rozluźnić Eugenię, zaczął pokazywać jej erotyczne (a nawet pornograficzne) ryciny. Efekt był taki, że cesarzowa boleśnie uderzyła go swą parasolką i już nigdy więcej nie pozwolił sobie na taką poufałość (gdy zaś oprowadzał cesarzową po dawnym pałacu markizy de Pompadour, poprosił ją by zamknęła oczy, gdy przechodzili przez korytarz usiany erotycznymi rycinami). Inny przykład dotyczył dwórki Eugenii -  madame de Cossette, którą cesarzowa ujrzała pewnego razu (podczas letniej podróży nad morze), gdy ta stała nieruchomo, wpatrując się w bezkresny horyzont Oceanu Atlantyckiego. Na pytanie Eugenii, dlaczego tu stoi, dziewczyna speszyła się, a wkrótce potem okazało się że spod jej bufiastej spódnicy (krynoliny) wyszedł pewien mężczyzna, który ukłonił się, pożegnał i sobie poszedł. Zniesmaczona cesarzowa czym prędzej oddaliła się, a wieczorem poleciła wytłumaczyć się owej damie, która nie wiedząc co powiedzieć, rzekła: "Był wiatr, kawaler wszedł pod suknię, żeby zapalić cygaro". Cesarzowa przyjęła to tłumaczenie, dodając tylko aby więcej tego nie robiła, gdyż można w ten sposób zaprószyć ogień 😋.

Doprawdy dziwne to było małżeństwo - seksoholik i erotoman w jednym, oraz oziębła seksualnie kobieta, która na widok erotycznych rysunków dostawała furii. Bez wątpienia ciężko im było znaleźć ze sobą jakiś wspólny cel. Może poza tym jednym - dobrem dynastii i przetrwaniem Cesarstwa, które to uosabiał jedyny syn cesarskiej pary - następca tronu, książę Ludwik Napoleon (od maleńkości przygotowywany do roli przyszłego władcy). Para cesarska publicznie również dawała przykład powszechnej zgody i szczęścia jakie panowało w rodzinie, ale cesarzowa nic nie mogła poradzić na erotyczne zapędy swego małżonka, który dostawał wręcz szału, na widok niewieścich ciał (a nawet nie tyle ciał - wystarczył mu rąbek halki, czy choćby szelest sukni). Nie było takiej kobiety w pałacu Tuileries, której by nie uszczypnął, nie włożył ręki w biust lub nie pogładził po włosach (Eugenia ponoć podejrzewała że wszystkie jej dwórki albo już spały z jej mężem, albo też dopiero mu ulegną), a to jego zamiłowanie, doprowadziło też do zabawnej pomyłki, gdy pewnego razu cesarz spacerując korytarzami pałacu, ujrzał w ciemnym salonie odpoczywającą na kanapie postać w sukni. Podszedł do niej i włożywszy rękę pod jej fałdy, nagle usłyszał krzyk. Okazało się że na kanapie zdrzemnął się biskup Nancy - a ponieważ był w sutannie, cesarz przez pomyłkę wziął go za damę 😆. Przerażony zaistniałą sytuacją duchowny zapytał: "Sire, czy ty nie masz sumienia?", na co cesarz odrzekł: "Ja sumienie oczywiście mam, lecz mój stojący kutas już nie". Niestety, cesarz bardzo szybko nudził się kolejnymi metresami i jeśli dana kobieta zdołała utrzymać przy sobie jego względy przez rok - to już było naprawdę coś, ale nie wszystkie dobrze znosiły odtrącenie. Do takich właśnie dam zaliczała się hrabina de Castiglione, która sądziła że romans z Napoleonem trwał będzie jeszcze bardzo długo. Wiedząc jak cesarz lubi jędrne, kształtne piersi, nosiła tylko takie suknie, które odsłaniały je całkowicie (były przesłonięte jedynie lekką gazą) i starała się w każdym aspekcie dogadzać mu, aby tylko utrzymać jego zainteresowanie swoją osobą (ponoć lubiła jak nazywał ją najbardziej sprośnymi a często wulgarnymi epitetami). Oczywiście cesarz odpłacał się jej, ofiarowując najdroższe suknie (np. taką o ogromnym dekolcie - którą, gdy ujrzała cesarzowa Eugenia, miała rzec: "Pozwalam moim damom nosić dekolty, ale przecież nie do pępka"), najkosztowniejszą biżuterię, oraz najpiękniejsze klejnoty. Lecz Napoleon nie zamierzał długo "zapylać" jednej róży, gdy wokół miał ogród pełen najpiękniejszych kwiatów, więc po ponad roku, romans ten ostatecznie dobiegł końca. Virginia de Castiglione bardzo przeżyła to rozstanie i długo nie mogła się pogodzić że oto została odtrącona.




Ok. 1857 r. (tuż po rozstaniu z hrabiną Castiglione) cesarz Napoleon III wpadł na nietypowy pomysł - postanowił bowiem założyć sobie... prywatny harem, na wzór sułtanów tureckich. Ponoć zadawał pytania - po co mam narażać na nieprzyjemności dwórki swej żony, lub jeździć w przebraniu na ulicę Bac (gdzie urządził dom schadzek), skoro mogę mieć prywatny harem, tuż przy boku - taki sam, jaki miał Ludwik XV w "Jelenim Parku", do którego to dziewczęta sprowadzała mu madame de Pompadour. Uznał że może założyć podobny park, w którym przebywałyby specjalnie przyuczone nałożnice a nawet niewolnice. W tym też celu polecił Napoleon jednemu ze swych dworaków, aby ten udał się do Konstantynopola i zakupił tam dla niego młode dziewczęta (szczególnie słynne z urody Czerkieski, Ormianki i Greczynki). Plan założenia haremu jednak nie wypalił, bowiem poseł zaraził się w Konstantynopolu kiłą i wrócił z niczym (mało tego - potem śmiano się z niego na dworze, pytając: cóż to za cenny nabytek przywiózł ze sobą z Turcji. A do tego jeszcze opuściła go żona 😅). Cesarz więc musiał poprzestać na dotychczasowych praktykach erotycznych. Potem doszło na dworze do jeszcze większego skandalu, niż plany założenia cesarskiego haremu. Oto bowiem okazało się że dwie damy dworu cesarzowej, goniły po łące za... kozłem, aby sprawdzić czy ma większego penisa niż mąż jednej z nich (😂). Próbowały założyć mu na fallusa bransoletkę, aby sprawdzić objętość, niestety, zwierzę tak się przestraszyło, że zaczęło uciekać, a owe damy (wysiadłszy z powozu) biegły za nim (😄). Doprawdy, komicznie musiało to wyglądać. Ostatecznie kozioł uciekł do chłopskiej zagrody, a jego właściciel uznał że damy nagrodziły go cennym bransoletą i nie chciał jej im oddać. Oddał dopiero wówczas, gdy zagroziły mu że oddadzą sprawę pod królewski sąd. Mimo to i tak nie udało się zachować całej sprawy w tajemnicy, a oburzenie z tego powodu na cesarskim dworze było ogromne.

Powróćmy jednak do hrabiny de Castiglione. Po rozstaniu z cesarzem początkowo sądziła że jej życie całkowicie się rozpadło. Przeżyła przecież szczęśliwe, upojne chwile, otoczona przepychem i ekstrawagancją cesarskiego dworu, na którym brylowała niczym prawdziwa cesarzowa (w miejsce Eugenii), a teraz to wszystko nagle dobiegło końca. Ciężko było jej to zaakceptować. Wspominała więc radosne chwile spędzone w objęciach Napoleona, a niekiedy nawet przypominały jej się zabawne anegdoty z życia cesarskiego dworu, którego - przez kilkanaście miesięcy - była nieodłączną częścią. Jak choćby ta, gdy siedząc w salonie pałacu Tuileries naprzeciw pewnego arystokraty, który miał przy sobie landrynki i chcąc okazać szacunek hrabinie, podał je z pytaniem: "Possie Pani?", na co ona odparła "Zależy komu, monsieur" (😉). Przyjaciółką Virginii de Castiglione była na dworze kuzynka cesarza Napoleona III - Matylda Letycja Bonaparte (choć przyjaźń to może zbyt duże słowo - po prostu panie często się ze sobą spotykały). Nie znosiła ona starej kochanki brata - Harriet Howard i starała się znaleźć dla niej "zastępstwo". To właśnie ona sprowadziła hrabinę (wraz z jej mężem Francesco Verasisem de Castiglione) z Turynu do Paryża (1856 r.) i to ona zadbała, aby kochanka jej brata miała wszystko, co będzie jej tutaj potrzebne. Matylda Bonaparte była starsza od Virginii o prawie 17 lat, a sama też nie miała szczęścia w małżeństwie. Jej małżonek - Anatol Demidow - rosyjski bogacz zamieszkały we Florencji - był sadystą, pijakiem i awanturnikiem, który znęcał się zarówno nad służbąm jak i nad własną żoną. Miał ponoć nawet specjalny bat, którym karał Matyldę za najdrobniejsze nieposłuszeństwo, a krzyki bitej (maltretowanej żony) dobiegały prawie każdej nocy z jej pokoi. Demidow dodatkowo zażądał, aby Matylda wyraziła zgodę na zamieszkanie z nimi jego kochanki, a ponieważ ta nie chciała się na to zgodzić, więc aby to na niej wymusić - bił ją niemiłosiernie. Gdy wyjechali w podróż do Rosji, Demidow zabronił żonie udania się na oficjalny bal, organizowany przez cara Mikołaja I i zabrał tam ze sobą swą kochankę. Żonę zaś zbił tak, że całe jej plecy pokryte były krwawymi pręgami. Mimo to, dumna kobieta ubrała się (okryła plecy szalikiem) i przybyła na ów bal (z którego Demidow chciał ją wyrzucić siłą), ale gdy wszedł na salę Mikołaj I, ona upadła mu do stóp, prosząc aby anulował jej małżeństwo z tym człowiekiem i odkrywszy plecy, pokazała swe rany. Car unieważnił to małżeństwo i w 1846 r. (po sześciu latach małżeństwa) Matylda zostawiwszy byłego męża, powróciła do Paryża, w którym wkrótce potem (grudzień 1848 r.) do władzy doszedł jej kuzyn i koronował się na Cesarza Francuzów (2 grudnia 1852 r.).


MATYLDA BONAPARTE

 

Jednak z chwilą gdy Napoleon III odtrącił hrabinę Castiglione, skończyła się również jej przyjaźń z Matyldą Bonaparte (to właśnie Matylda miała wypowiedzieć owe słynne słowa, zapytana niegdyś dlaczego wciąż celebruje pamięć o swym stryju - Napoleonie Wielkim - którego cała Europa uważa za dyktatora i uzurpatora, odrzekła z wyjątkową sobie szczerością: "Gdyby nie mój stryj, dziś pewnie sprzedawałabym kapary na jakimś straganie w Ajaccio". Prawda że niezwykle szczere wyznanie?). Postawiona pod ścianą i zmuszona do powrotu do Turynu (czego chciała za wszelka cenę uniknąć) postanowiła hrabina Castiglione uruchomić kilka starych kontaktów wśród mężczyzn, którzy wcześniej byli łakomi na jej wdzięki i w zamian za oddanie im swego ciała, liczyła na wsparcie finansowe. Obawiała się jednak że takiej porzuconej przez cesarza kobiety, nikt nie będzie chciał. Myliła się! Chętnych było więcej, niż mogła przypuszczać w najśmielszych snach i wkrótce postanowiła że teraz to ona stanie się tą, która wybiera i porzuca, czyniąc z reszty swych adoratorów - prywatnych niewolników (i to dosłownie). Zaczęła nowy etap swojego życia, pojawiając się teraz jako sroga i wymagająca Madame, a jej nieodłącznym atrybutem stał się bat, którym smagała swych adoratorów - zbijając na tym prawdziwą fortunę.


 



CDN.  

sobota, 8 lutego 2020

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI I EUROPY WEDŁUG OBJAWIEŃ I PRZEPOWIEDNI - Cz. VI

STANY ZJEDNOCZONE CZASÓW

WOJNY SECESYJNEJ,

"WIELKIEJ REKONSTRUKCJI"

I "WIEKU POZŁACANEGO"





PROGNOZY I PRZEPOWIEDNIE

ABRAHAMA LINCOLNA

(1861 r.)

Cz. III






"CO BY SIĘ STAŁO, GDYBY PRZEZ TRZY LATA NIE DOSTARCZAĆ BAWEŁNY? ANGLIA WYWRÓCIŁABY SIĘ DO GÓRY NOGAMI I POCIĄGNĘŁA ZA SOBĄ CAŁY CYWILIZOWANY ŚWIAT Z WYJĄTKIEM POŁUDNIA. NIE, NIE WAŻCIE SIĘ WSZCZYNAĆ WOJNY PRZECIWKO BAWEŁNIE. ŻADNA SIŁA NA ZIEMI NIE POWAŻY SIĘ NA TO. BAWEŁNA JEST POTĘGĄ"

JAMES HENRY HAMMOND z KAROLINY POŁUDNIOWEJ
W CZASIE SWEGO WYSTĄPIENIA PRZED SENATEM USA
(1858 r.)

 
 6 listopada 1860 r. Abraham Lincoln wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Ten mało znany prawnik z Kentucky, pomimo tego iż zdobył tylko 40 procent głosów wyborczych w całym kraju, to jednak uzyskał przewagę w kolegium elektorskim (poparło go 180 z 303 elektorów) i pokonał takich politycznych wyjadaczy jak kandydat demokratów - John Cabell Breckinridge, kandydat Konstytucyjnej Partii Unii (poprzedniczki m.in.: Partii "Nic nie Wiedzących", która powstała początkowo jako organizacja broniąca "rodowitych" Amerykanów przed imigracją [głównie katolików - Irlandczyków, Włochów i Polaków] z Europy. Ponieważ jej charakter był wybitnie rasistowski. Partia ta działała częściowo w sposób tajny, a na pytania tyczące się jej organizacji, członkowie odpowiadali krótko: "I know nothing", stąd właśnie wzięła się nazwa "Nic nie Wiedzący") - John Bell, czy też doskonały mówca i dobry prawnik, kandydat Partii Północnych Demokratów - Stephen Arnold Douglas. Lincoln urodził się 12 lutego 1809 r. w Hodgenville w stanie Kentucky. Wychowywał się jednak na farmie swoich rodziców: Thomasa i Nancy Lincolnów w Indianie, dokąd jego rodzina się przeniosła w grudniu 1816 r. Tam pomagał ojcu w pracy na farmie, lub wynajmował się za pieniądze do pomocy okolicznym sąsiadom, stąd potem (gdy już rozpoczął karierą prawniczą i polityczną) uważano go za: "wieśniaka, który jedyne co potrafi, to rąbać drzewo". Z drugiej jednak strony, fakt, że w ogóle potrafił rąbać drzewo na opał, budził też i szacunek, gdyż wielu jego współpracowników czy kontrkandydatów po prostu nigdy tego nie robiła i stąd nie miała o tym pojęcia. Lincoln był człowiekiem bezpośrednim (niektórzy mogliby powiedzieć że wręcz prostackim), często opowiadał dowcipy i sam się z nich śmiał (co również budziło doń niechęć ze strony elit Wschodniego Wybrzeża). Swoją karierę polityczną rozpoczął w wieku 25 lat, kandydując do legislatury stanu Illinois. Był też dobrym mówcą wiecowym, co wykorzystywał również podczas swojej praktyki adwokackiej (wyrażał się np. w sposób prosty i zrozumiały dla wielu ludzi, nie tylko dla elit, co tworzyło też jego popularność). Jednak wybór na prezydenta kandydata Partii Republikańskiej (która opowiadała się np. za zniesieniem niewolnictwa) i człowieka, który opowiadał się za wyborem albo: "Stany Zjednoczone muszą się stać (...) narodem opartym na pracy niewolniczej, albo też wyłącznie na pracy wolnej" i twierdził że nie do przyjęcia jest istnienie zarówno stanów niewolniczych, jak i stanów wolnych - Ameryka musi się zdecydować czy przyjmie jeden, czy też drugi model społeczno-gospodarczy. To oczywiście mocno drażniło Południowców i prowokowało kolejne nieporozumienia i starcia.

Oczywiście Abraham Lincoln wcale nie był zwolennikiem całkowitego zniesienia niewolnictwa, a przynajmniej nie uważał Murzynów za równych sobie. Twierdził jednak: "Murzyn nie jest mi równy pod wielu względami, z pewnością nie pod względem koloru i może nie pod względem poziomu moralnego lub intelektualnego. Ale w prawie jedzenia chleba (...), na który zapracuje własnymi rękami, jest mi równy (...) oraz równy każdemu żyjącemu człowiekowi". Lincoln nie mógł jednak zaakceptować "podzielonego domu" i twierdził że istnienie dwóch systemów: północnego oraz południowego, jest na dłuższą metę zabójcze dla jedności kraju i stabilności Unii. To jednak budziło niechęć ze strony Południa, gdzie silne były tendencje decentralizacyjne (wolne i suwerenne stany, luźno zaledwie zespolone w tzw.: Unię Amerykańską). Pojawiły się także głosy sugerujące że stany południowe tworzą tak naprawdę odrębny naród, który natychmiast doszedłby do ekonomicznej i politycznej potęgi, gdyby tylko zdołał wyzwolić się spod nadzoru Północy. Dlatego też w tej konkurencji przedstawiciele stanów południowych i północnych w Kongresie USA, wzajemnie rzucali sobie najróżniejsze przeszkody pod nogi: jak choćby (co uczynili kongresmeni z Południa) blokując wprowadzenie taryf celnych, które miały chronić rynek amerykański przed zalewem towarów z Europy, oraz uniemożliwiając powstanie północnej linii transkontynentalnej, która miała dopomóc w eksporcie towarów przemysłowych (ze stanów północnych) na wciąż jeszcze słabo zaludnione (i zasiedlone przez Indian), stany północno-zachodnie. Jankesi odpłacili się za to Kawalerom ("Cavaliers" - tak o sobie mówiła elita Południa) zablokowaniem w Kongresie ustawy o nadaniu bezpłatnych parcel na farmy z gruntów państwowych, oraz wprowadzaniem w stanach północnych, tzw.: "praw wolności osobistej", zapewniających zbiegłym z Południa niewolnikom, bezpieczne schronienie na Północy - co było złamaniem "Kompromisu roku 1850", nakazującego odesłanie zbiegłego niewolnika do jego pana.




Duży ferment spowodowała też książka, wydana po raz pierwszy w 1857 r. (a po raz drugi w 1859 r.) niejakiego Hintona Helpera, pt.: "Grożący kryzys Południa", w której autor udowadniał że przyczyną ubóstwa białych plantatorów na Południu, są właśnie wielkie latyfundia lokalnych właścicieli ziemskich, posiadających na swe rozkazy tysiące czarnoskórych niewolników. Co ciekawe, według danych z 1850 r. jedynie 11 (dosłownie jedenastu) właścicieli ziemskich z Południa, posiadało więcej niż 500 niewolników, 56 od 300 do 499, a 187 od 100 do 299. Prawie 69 tysięcy Południowców miało tylko jednego niewolnika, zaś 105 683 od 2 do 4. Przeważająca zaś liczba farmerów nie miała żadnego niewolnika i musiała opierać się na pracy własnych rąk. To była właśnie prawdziwa siła Południa, choć oczywiście elita ziemska nadawała ton zupełnie inny, wyrabiając przekonanie o powszechnym gnębieniu Murzynów na Południu (co oczywiście też nie znaczy że ich praca była łatwa i przyjemna). Książka Helpera była oliwą która rozpaliła ogień, gdyż ukazywała ona elity Południa, jako "despotyczną oligarchię", której należy położyć ostateczny kres. Było to realne wypowiedzenie wojny, gdyż oficjalnie (pomimo tych wszystkich wzajemnych ataków) panowało porozumienie pomiędzy politykami z Północy, którzy co prawda krytykowali niewolnictwo, ale jedynie w dopiero tworzących się stanach południowych tzw.: "Dzikiego Zachodu", natomiast realnie nie podważali systemu niewolniczego, jaki już istniał na niewolniczym Południu. A książka przecież (co ciekawe, finansowana przez republikanów) wprost nawoływała do walki z południową oligarchią i zniesienia niewolnictwa w całym kraju. Spowodowała ona swoistą mobilizację Kawalerów na Południu, która nasiliła się szczególnie po ataku szalonego (może właściwszym słowem byłoby nazwanie go po prostu fanatycznym zjebem) Johna Browna na federalny arsenał w Harpers Ferry w Wirginii, w październiku 1859 r. Jego celem było bowiem wywołanie powszechnego powstania Murzynów na całym Południu, połączonego z... wymordowaniem wszystkich białych mieszkańców (to był taki współczesny aktywista lewacki. Swoją drogą wcale nie zdziwiłbym się, gdyby Brown przeczytał: "Manifest Komunistyczny" Karola Marksa. Ten sam fanatyzm i to samo dążenie do budowy nowego, wspaniałego świata na krwi mieszkańców "przeznaczonych do utylizacji", a takimi dla Browna byli bez wątpienia biali Południowcy). Ostatecznie po dwóch dniach swego "powstania", zawiadomiona przez okoliczną ludność, policja stanowa poradziła sobie z szaleńcem, który półtora miesiąca później - 2 grudnia 1859 r. został zgodnie z wyrokiem sądu powieszony w Charles Town w Wirginii (swoją drogą na Wikipedii piszą o nim że był "idealistą". Ja bym nawet dodał że zapewne również był wielkim humanistą, takim jak Karol Marks, Fryderyk Engels czy Alfred Kinsey. Cóż, totalitarni bandyci, degeneraci i zboczeńcy - to są właśnie prawdziwi humaniści). 

Nic więc dziwnego że takie działania powodowały wzmożenie obaw i mobilizacji ludności Południa, a gdy ostatecznie Lincoln wygrał wybory prezydenckie (6 listopada 1860 r.), czara goryczy została przepełniona i doszło do rozpadu Unii. "Unia zostaje rozwiązana" - jak głosił "Charleston Mercury" z 20 grudnia 1860 r. Tego bowiem dnia legislatura stanowa Karoliny Południowej przegłosowała wystąpienie stanu z Unii. Teraz dopiero nastąpił efekt kuli śnieżnej, który zmienił się w ogromną lawinę i wkrótce potem za Karoliną Południową podążyły stany: Missisipi - 9 stycznia 1861 r., Floryda - 10 stycznia, Alabama - 11 stycznia, Georgia - 19 stycznia, Luizjana - 26 stycznia i Teksas - 1 lutego (następne stany dołączały w kolejnych miesiącach, a jako ostatni z Unii wystąpił stan Tennessee w czerwcu 1861 r. jednocześnie przyłączając się do Skonfederowanych Stanów Ameryki - czyli nowego państwa, powstałego na Południu). To był efekt owej "głębszej od piekła" (jak wyraził się jeden z przedstawicieli Alabamy w Kongresie USA) wrogości pomiędzy Północą a Południem. Jak wówczas powinna postąpić Północ? A może inaczej, jak powinny postąpić władze Stanów Zjednoczonych? Swoją drogą zakrawa nieco na żart stwierdzenie, że przez ostatnie 72 lata zjednoczonego państwa amerykańskiego (licząc od zebrania pierwszego Kongresu: 4 marca 1789 r. w dniu wejścia w życie Konstytucji USA z 17 września 1787r., a nie od Deklaracji Niepodległości z 4 lipca 1776 r. czy zwycięstwa pod Yorktown z 17 października 1781 r., będącego realnym zakończeniem Wojny o Niepodległość i wyparciem z kraju Brytyjczyków) rządy w Waszyngtonie politycy Północy sprawowali jedynie przez zaledwie... dwanaście lat. Natomiast Południe rządziło krajem przez łącznie lat sześćdziesiąt. Teraz to wszystko przestało już mieć jakiekolwiek znaczenie, a przepaść pomiędzy Północą a Południem była już tak wielka, że nie dało się jej zakopać w inny, niż militarny sposób. Były jednak pomysły by pozwolić stanom, które ogłosiły secesję - "pójść swoją drogą". Problem tylko polegał na tym, że gdyby się na to zdecydowano, natychmiast narosłoby wiele nowych problemów, które musiały zostać szybko rozwiązane. A do podstawowych należały kwestie uregulowania wspólnych dróg (w tym dróg rzecznych), kolei oraz szlaków przepędzania bydła (np. szlak Szaunisów z Kansas i Missouri przez Oklahomę do Teksasu), jak również fortów i umocnień. Poza tym powstanie skonfederowanego państwa na południu Stanów Zjednoczonych stwarzało istotne zagrożenie zarówno dla bezpieczeństwa, jak również dla dalszego trwania Unii (wyobraźmy sobie taką sytuację, że Południe ulega wpływom mocarstw europejskich, np. Wielkiej Brytanii, Francji czy... Rosji. Czy Waszyngton zgodziłby się na utrzymywanie obcych wojsk nie tylko tuż przy swoich granicach, ale i w bliskiej odległości samej stolicy - Waszyngtonu? Byłoby to z pewnością złamanie Doktryny Monroe'a z 1823 r., zakazującej mocarstwom europejskim jakiejkolwiek dalszej kolonizacji na kontynencie amerykańskim i bezpośrednio zagrażałoby suwerenności całego kraju).




W tych dniach realnego rozpadu Unii, Abraham Lincoln przeżywał wewnętrzne rozterki. Wsiadając do pociągu jadącego ze Springfield (Illinois) do Waszyngtonu, powiedział: "Wyjeżdżam nie wiedząc, kiedy, i czy w ogóle, tu wrócę, i mając przed sobą zadanie donioślejsze niż to, które spoczywało na Waszyngtonie". Wkrótce potem miał też przedstawić swe katastroficzne wizje tyczące się dalszej przyszłości USA (nie ma pewności kiedy owe przepowiednie, lub też obawy Lincolna, były wygłoszone. Zapewne pod koniec wojny, a może nawet już po jej zakończeniu, w każdym razie jako datę ogólną przyjąłem rok 1861 - początek Wojny Secesyjnej) i tego, co dalej miało nastąpić w tym kraju. Stwierdził bowiem:


"Widzę w najbliższej przyszłości nadchodzący kryzys, który mnie drażni i powoduje, że drżę o bezpieczeństwo mojego kraju. W wyniku wojny korporacje zostały intronizowane i nadejdzie era korupcji na wysokich szczeblach, a potęga pieniądza w kraju będzie starała się przedłużyć swoje panowanie, pracując nad przesądami ludzi, aż całe bogactwo zostanie zebrane w kilku zaledwie rękach i wtedy Republika zostanie zniszczona. W tej chwili odczuwam większy niepokój o bezpieczeństwo mojego kraju niż kiedykolwiek wcześniej, nawet w trakcie wojny".              


Tak brzmiała przepowiednia Abrahama Lincolna odnośnie Stanów Zjednoczonych Ameryki i należy powiedzieć że sprawdziła się ona w 100 procentach. Rzeczywiście bogactwo USA zostało zebrane i skumulowane w rękach zaledwie kilku (kilkunastu) "możnych", których majątki są takie same, jak... całej pozostałej reszty ludności świata. Z chwilą zaś, gdy 22 grudnia 1913 r. Stany Zjednoczone przegrały "bitwę o pieniądz" i Kongres głosami 298 do 60, a następnie Senat (43 do 25, przy 27 nieobecnych senatorach) przegłosowuje "Federal Reserve Act" ("Akt Rezerwy Federalnej"), powołującej do życia Bank Rezerwy Federalnej, który przyznał całkowitą kontrolę nad prawem do emisji amerykańskiej waluty - kilku najpotężniejszym banksterskim rodzinom (Rockefeller, Rotschild, Morgan, Warburg i jeszcze kilku innym). Efekt był i jest taki, że USA nie mają obecnie żadnego wpływu na emisję własnego pieniądza, a co za tym idzie realnie nie mają kontroli nad własną gospodarką. Kto ma i kto zarządza pieniędzmi (oraz je produkuje, bo dziś pieniądze produkuje się z pieniędzy - jest to więc jedynie tzw." umowa" pomiędzy nami a "nimi", która pozwala nam sądzić że są one warte więcej, niż papier na którym zostały wydrukowane. Nie mają już bowiem żadnego pokrycia w złocie i gdyby doszło do jakiegoś większego kryzysu finansowego, moglibyśmy nimi spokojnie palić w piecu, bo ich wartość - bez względu na nominał - byłaby mniejsza od paczki zapałek lub kawałka bułki), ten ma wpływ na media, polityków, a co za tym idzie na stanowienie prawa i władzę nad światem. Bank Rezerwy Federalnej obecnie zarządzany jest w sumie przez 127 osób. Siedmiu członków Zarządu, dwunastu prezesów, ośmiu dyrektorów i dwunastu prezesów Banków Rezerw Federalnych. Realny wpływ jednak posiada zaledwie dwanaście osób i to oni rządzą dziś zarówno Stanami Zjednoczonymi, jak i poprzez nie - całym światem. 

Wszelkie górnolotne hasła, które możemy wypowiadać, pozostaną w formie niezrealizowanych planów i marzeń, jeśli nie będziemy w stanie wcielić ich w życie. Aby je zrealizować, potrzebne są oczywiście pieniądze. W obecnym więc systemie, po 1913 r., Stany Zjednoczone są bankrutem, który każdorazowo musi prosić o pieniądze prywatny bank, który to (co też ciekawe) zupełnie nie podlega amerykańskiemu prawodawstwu. Jest to swoiste państwo w państwie, narzucające swą wolę całemu amerykańskiemu narodowi i zmuszające go do podejmowania wyzwań, które nie zawsze są zgodne z interesami Ameryki. Można nawet pokusić się o takie stwierdzenie, że USA są obecnie pod całkowitą okupacją prywatnych rodzin banksterskich, które całkowicie cynicznie wykorzystują zarówno pracę, jak i poświęcenie amerykańskich obywateli na własną korzyść, niczym niewolników z czasów Abrahama Lincolna. Kto sfinansował bowiem powstanie komunizmu? Kto sfinansował niemiecki nazizm? Kto doprowadził do tego aby imperium zła, jakim w praktyce był Związek Sowiecki, przetrwał tyle dekad, a następnie przepoczwarzył się w sterowaną demokrację? Kto jest współwinny śmierci i cierpienia setek milionów ludzi, ofiar owych totalitaryzmów? Jeżeli powiedziałbym że wszystkie odpowiedzi wiodą do FED-u (Banku Rezerwy Federalnej) to w zasadzie tak, jakbym nic nie powiedział. Na pewno jeszcze powrócę do tych tematów, gdyż ich poznanie jest ważne dla zrozumienia wielu mechanizmów działań i decyzji, jakie już zostały podjęte w XX i XXI wieku.

Postanowiłem jednak na tym zakończyć temat Abrahama Lincolna i owych proroczych słów, jakie wypowiedział on (zapewne już pod koniec Wojny Secesyjnej). co prawda w podtytule umieściłem również odniesienie do czasów Wielkiej Rekonstrukcji i "Wieku Pozłacanego", ale darujmy sobie na razie te tematy, tym bardziej że temat główny skupiać się ma na przepowiedniach odnośnie przyszłości Polski i Europy, zaś Ameryka została dodana jako swoisty bonus (może dlatego że jestem wielkim miłośnikiem tej "starej" Ameryki, jeszcze nim całe to finansowane przez FED - i powiązanymi z nim bankami, jak i przez najróżniejsze NGO-sy - lewactwo nie zdobyło tak przemożnego wpływu na ten kraj). Nie należę też do optymistów co do przyszłości USA. Uważam że jeszcze w XXI wieku kraj ten się podzieli lub rozpadnie (pytanie tylko brzmi w jakich okolicznościach to nastapi). Cóż, imperia nie mogą przecież trwać wiecznie - prawda? Podobnie nie przewiduję przyszłości dla istnienia Rosji w obecnym kształcie i sądzę że za jakieś góra trzydzieści lat kraj ten rozpadnie się na (co najmniej) dwie, lub trzy części. O Niemczech, Francji i Szwecji nawet nie zamierzam się wypowiadać, gdyż to co wkrótce tam się będzie działo, odepchnie na dalszy plan wszelkie znane nam z historii informacje o ludobójstwie (w tym o Holokauście). Ale uważam że nie należy być pesymistą. Wręcz przeciwnie - dlatego kolejny raz napiszę to, co piszę, twierdzę (i o co się modlę) już od dawna i co w końcu się ziści (wcześniej czy później):



DAJ NAM BOŻE MIĘDZYMORZE!!!     



PS: Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę wprowadzającą reformę sądów. Powiem krótko - gdyby tego nie uczynił, straciłby zapewne nie tylko mój głos (gdyż postanowiłem już nie głosować) w majowych wyborach, ale i ogromnej liczby wyborców, którzy dotąd trwali w swoistym zawieszeniu, patrząc na ostatnie wybryki małpki fiki miki jaką stał się zarówno sam PiS, jak i prezydent. Ten podpis zapewnił Andrzejowi Dudzie drugą kadencję. Zobaczymy tylko jak dalej zdecydowany będzie PiS w kolejnych działaniach i to zarówno odnośnie sądownictwa, repolonizacji mediów, przekopu Mierzei Wiślanej i położenia tamy rozprzestrzenianiu się ideologii lgbt. Jedno zaś mnie cieszy (choć przyznam się szczerze, bliżej nie wgłębiałem się w ten temat). Otóż, jak pisał ostatnio w ostrzegawczym tonie niemiecki "Die Welt", już wkrótce: "Polska będzie dysponować liczbą nowoczesnych czołgów większą niż Niemcy i Francja razem wzięte". Polska bez wątpienia powraca na swój odwieczny mocarstwowy szlak (choć może z polskiej perspektywy jeszcze tego nie widać), przerwany ledwie trzysta lat temu. Teraz może i czas pomyśleć również o...  broni atomowej dla Polski? O matko i córko, co to się porobiło z tym światem?





 



CDN.
 

poniedziałek, 23 września 2019

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI I EUROPY WEDŁUG OBJAWIEŃ I PRZEPOWIEDNI - Cz. V

STANY ZJEDNOCZONE CZASÓW

WOJNY SECESYJNEJ,

"WIELKIEJ REKONSTRUKCJI"

I "WIEKU POZŁACANEGO"






 PROGNOZY I PRZEPOWIEDNIE

ABRAHAMA LINCOLNA

(1861 r.)

Cz. II






 SPOŁECZEŃSTWO AMERYKAŃSKIE
lat 50-tych XIX wieku



 Historia jest jedną z najbardziej poszkodowanych dziedzin nauki, bowiem zawsze i w każdym momencie ma służyć określonej (państwowej lub partyjnej) propagandzie. Oczywiście, ta propaganda serwowana jest społeczeństwu w mniejszej lub większej formie, lecz zawsze ma przynajmniej wspomagać obecnie rządzących, dlatego też niewygodne karty historii się usuwa, a eksponuje tylko to, co może służyć podkreśleniu sukcesów danego establishmentu lub reżimu politycznego. Na przykład w Związku Sowieckim do 1939 r. można było (w prasie, radiu i kinie) ostro krytykować niemiecki nazizm (zwany w Rosji "faszyzmem") i tak się działo, ale po zawarciu układu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r., "wajcha" się odwróciła i nie sposób było znaleźć w sowieckiej prasie, żadnych "antyfaszystowskich" stwierdzeń. Po napaści Niemiec na Związek Sowiecki znów to się zmieniło. Podobnie było w Niemczech. Tam dziennikarze otrzymywali odgórne "instrukcje dla prasy" i też mieli jasno przykazane co, o czym i jak należy pisać. Przykład jak zmieniała się oficjalna medialna narracja, pięknie zostało pokazane w nagłówkach francuskiej gazety "Le Moniteur Universel" z marca 1815 r., w której informowano o opuszczeniu przez Cesarza Napoleona Elby i powrocie do Francji. Nagłówki mówią same za siebie: 9.III.1815 - "Potwór uciekł ze swojego miejsca wygnania". 10.III.1815 - "Ogr wylądował na przylądku Juan". 12.III.1815 - "Potwór naprawdę dotarł aż do Grenoble". 13.III.1815 - "Tyran znajduje się obecnie w Lyonie. Strach ogarnął wszystkich na jego widok". 19.III.1815 - "Bonaparte zbliża się forsownym marszem, ale nie ma szans, żeby dotarł do Paryża". 20.III.1815 - "Napoleon przybędzie jutro pod mury Paryża". 21.III.1815 - "Cesarz Napoleon znajduje się w Fontainebleau". 22.III.1815 - "Wczoraj wieczorem Jego Cesarska Mość wjechał publicznie i przybył do Tuileries. Powszechna radość była nieporównana".

Posługujemy się więc pewnymi mitami (informacyjnymi lub historycznymi), które jednak (paradoksalnie) nie zawsze mają negatywne konsekwencje. Pewne mity historyczne są ważne i pożądane, gdyż np. budują wspólnotę, która bez tego rozpadłaby się na szereg zatomizowanych części, znacznie łatwiejszych do zagospodarowania przez tych, którzy niekoniecznie mają na myśli nasze dobro. Tak więc mity historyczne nie są złe, ale, należy rozumieć i potrafić wskazać co jest prawdą a co narosłą przez lata legendą. Dobrym przykładem są Amerykanie. Wychowywani są od dziecka i uczą się w szkołach że "Ojcowie Założyciele" Stanów Zjednoczonych zbudowali ustrój demokratyczny, w którym "wszyscy ludzie są równi". Problem polega na tym że ten piękny przekaz (który ja sam uważam za korzystny, bowiem kształtuje obywatelskie postawy w społeczeństwie amerykańskim, które przecież nie jest jednolite etnicznie ani kulturowo i potrzebuje swoistego mitu założycielskiego opartego na Konstytucji i Demokracji) nie odpowiada prawdzie. Prawda jest bowiem dość "ciężkostrawna" i zapewne dla dzisiejszego Amerykanina raczej niezrozumiała (tak mi się wydaje, ale mogę się mylić). Niestety Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych nie tylko że nie uważali ustroju demokratycznego za ustrój dobry i pożądany, to wręcz jawnie nim pogardzali. Mało tego, oni nawet nie zamierzali budować Republiki. Konstytucja zaś i jej republikański charakter była wymierzona nie tyle przeciwko instytucji monarchii, ile przeciw samemu królowi Wielkiej Brytanii - Jerzemu III, który traktował Amerykanów niczym ludność skolonizowaną. O tym że Amerykanie pierwotnie nie zamierzali budować republiki demokratycznej, świadczy fakt, iż złożono nawet (w 1787 r.) propozycję księciu Henrykowi Pruskiemu, aby ten objął władzę w Stanach Zjednoczonych jako namiestnik, w żadnym razie nie mogło więc chodzić o budowanie ustroju republikańsko-demokratycznego. 

Mało tego, określenie które znalazło się w preambule Deklaracji Niepodległości z 4 lipca 1776 r. mówiące: "Oczywistym jest, że ludzkie istoty są stworzone równymi" - ograniczało się jedynie do  Amerykanów i Anglików na tej zasadzie iż jedni i drudzy powinni być sobie równi, więc jedni nie powinni wykorzystywać drugich i uważać ich za ludność podporządkowaną. W żadnym jednak razie sformułowanie to nie dotyczyło ani Hiszpanów, ani Francuzów, ani Indian, ani czarnoskórych niewolników ani tym bardziej... kobiet. To jeszcze nic, Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych wprost brzydzili się tłumem określanym jako naród czy społeczeństwo. Thomas Jefferson - jeden z autorów Deklaracji Niepodległości i trzeci prezydent Stanów Zjednoczonych w latach 1801-1809, wprost mówił o: "świńskich masach", które chcą współdecydować o polityce państwa i uważał że krajem powinna kierować odpowiednia grupa ludzi, których on określał słowem: "aristoi" czyli elit arystokratyczno-przemysłowych. Żaden z Ojców Założycieli dzisiejszych Stanów Zjednoczonych nie chciał ani nie dążył do wprowadzenia ustroju demokratycznego i ówczesne USA nie były takim państwem. Demokratą nie był Jefferson, ani Waszyngton (notabene - to też jest ciekawa postać, generał który przegrał więcej bitew niż wygrał, a mimo to zwyciężył ówczesne mocarstwo jakim była Wielka Brytania), ani James Madison (czwarty prezydent USA w latach 1809-1817, autor konstytucji Stanów Zjednoczonych i notabene zwolennik społeczeństwa... czystego rasowo), ani John Adams (drugi prezydent USA w latach 1797-1801), ani Alexander Hamilton (pierwszy sekretarz skarbu USA w latach 1789-1795, który miał się wyrazić do prezydenta Waszyngtona tymi słowy: "Naród! Sir, naród jest wielką bestią"), ani żaden inny. Wojna o Niepodległość Stanów Zjednoczonych była prowadzona tylko w imię wolności i równości kolonialnej arystokracji amerykańskiej z arystokracją brytyjską. Nie chodziło zaś o wolność i równość dla całego, kształtującego się już wówczas narodu amerykańskiego.

Pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, którego z całą pewnością można uznać za szczerego demokratę, rzeczywiście wierzącego iż "Wola ludu jest władzą" i to lud ma rządzić - był "dzikus z zachodu" i "król motłochu" (jakimi to inwektywami obrzucali go przedstawiciele establishmentu politycznego Wschodniego Wybrzeża, dla których był on zwykłym "świniopasem" z prowincji), żołnierz, oficer i awanturnik (którego przygody miłosne i pojedynki zebrać by można w niejeden ciekawy film przygodowo-historyczny z gatunku "płaszcza i szpady") Andrew Jackson. Ten człowiek był nie tylko pierwszym jawnym demokratą (który publicznie deklarował swe przywiązanie do idei "rządów ludu"), ale również to właśnie dzięki niemu stworzono taki system polityczny, który umożliwiał wyborcom amerykańskim większy wpływ na politykę własnego kraju. To właśnie zwolennicy Jacksona, wywalczyli w Kongresie w 1828 r. zmianę ordynacji wyborczej, która... obowiązuje po dziś dzień w Ameryce, a która polega na bezpośrednim wyborze elektorów - którzy to ostatecznie decydują kto zostanie prezydentem - w każdym stanie przez obywateli, czyli amerykańskie społeczeństwo. Jackson, tak doświadczony przez los (w czasie Wojny o Niepodległość był świadkiem śmierci obu swoich starszych braci Hucka i Roberta, przeżył śmierć matki Elizabeth, sam został poważnie ranny w ramię i głowę, gdy jako 13-letni ochotnik w Armii Kontynentalnej, wzięty do brytyjskiej niewoli pod Hanging Rock w 1780 r., odmówił angielskiemu oficerowi wyczyszczenia mu butów, za co ten ciął go szablą), który stał się - po niesamowitej obronie Nowego Orleanu w 1815 r. przed regularną armią brytyjską w sile 10 000 weteranów wojen napoleońskich, (sam dysponując zaledwie 4 500 milicji stanowej i garstki Indian Choctaw) - bohaterem narodowym. Swą kampanię wyborczą na prezydenta zainaugurował w waszyngtońskiej tawernie Gadsby'ego, otoczony przez takich jak on kolonistów (jego ojciec, matka i bracia urodzili się jeszcze w Irlandii) i zwykłych ludzi, którzy wznosili na jego cześć okrzyki radości i kufle pełne piwa. Po zwycięstwie zaś, na jego inaugurację do Białego Domu (4 marca 1829 r.), przybyło z całego kraju aż 20 000 ludzi, którzy tak bardzo napierali na siebie, chcąc uścisnąć dłoń "prezydentowi z ludu" że omal nie doszło wówczas do dewastacji całego budynku.




Tak więc nie 1776 czy 1787 r. rok należy uważać za początek współczesnej amerykańskiej demokracji, ale dopiero właśnie rok 1828. Andrew Jackson był pierwszym prezydentem, który zdemokratyzował amerykański system polityczny i którego kompletnie nie akceptowała i nie znosiła amerykańska "aristoi" Wschodniego Wybrzeża (złożona zarówno z przemysłowców Północy, jak i "gentlemanów" z Południa). Ta niechęć do Jacksona jest powszechna w amerykańskim establishmencie po dziś dzień (pomimo upływu ponad 170 lat od jego śmierci). Jakiś czas temu planowano nawet zastąpienie jego podobizny, figurującej na 20-dolarowym banknocie, afroamerykańską abolicjonistką - Harriet Tubman (plan ten został zmieniony w maju tego roku i ponoć Tubman już nie zastąpi Jacksona na banknocie. Stać się tak miało po krytyce, jaką wygłosił prezydent Donald Trump odnośnie tych planów). Wcześniej "arystokratów" amerykańskich doprowadzała do furii jego "plebejskość" oraz sukcesy wojskowe (choć był samoukiem i nie skończył żadnej szkoły wojskowej - to miał więcej zwycięstw na koncie niż taki podziwiany przez elity George Waszyngton), dziś zaś razi, jego niezwykle silny rasizm (Jackson wręcz organicznie nienawidził Brytyjczyków za krzywdy doznane swej rodzinie, starej ojczyźnie - Irlandii i tej "krainie łez" jaką stały się dla niego w młodości Stany Zjednoczone, i dążył do ciągłej z nimi walki oraz konfrontacji. Ale jeszcze bardziej niż Brytyjczyków nienawidził Jackson Indian - też ze względu na problemy, jakie wyrządzali oni jego ojcu - ledwie usiłującemu wyżywić rodzinę i uczynić zalesioną i zarosłą trawą ziemię - zdatną do upraw. Nie wytrzymał tego wysiłku, umarł na serce w wieku 29 lat, na dwa miesiące przed narodzinami Andrew. Najlżejszym słowem, jakiego używał Jackson w odniesieniu do Indian było: "obrzydliwe dzikusy" i to właśnie on wcielał w życie hasło, które potem jedynie wyartykułował publicznie gen. Philip Henry Sheridan, iż: "dobry Indianin to martwy Indianin". Za to właśnie współczesne amerykańskie elity tak bardzo nienawidzą Andrew Jacksona - pierwszego prezydenta który zdemokratyzował amerykański ustrój).

Wracając jednak do tematu, chciałbym pokazać jak wyglądało ówczesne społeczeństwo amerykańskie w latach 50-tych XIX wieku, tuż przed wybuchem krwawiej Wojny Secesyjnej. Zacznijmy może od tego, co jest najważniejsze, czyli od wychowania i stosunków wyrosłych z domu - gdyż to one pierwotnie (na drugim miejscu jest szkoła) kształtują (lub nie kształtują) postawy prorodzinne, obywatelskie i patriotyczne. Rozpocznijmy więc od pozycji kobiet i mężczyzn w domu i społeczeństwie amerykańskim. Otóż niejaka Lucy Stone w swym liście do Antoinette Brown Blackwell z 9 czerwca 1850 r. napisała m.in. takie zdanie: "Tylko o stopień wyżej niż bycie niewolnicą stoi bycie prawowitą żoną". Niektórzy powiedzą że było to doskonałe credo tamtejszej epoki, a ja powiem i tak i nie. Na początku należy bowiem wyjaśnić pewną niezwykle ważną kwestię. Mianowicie Ameryka, która wyzwoliła się spod politycznej i finansowej kurateli Wielkiej Brytanii, wciąż pozostawała brytyjską kolonią pod względem zarówno kultury jak i stosunków społecznych. Amerykańska kultura praktycznie nie istniała do lat 20-tych i 30-tych XIX wieku (mniej więcej od opublikowania "Ostatniego Mohikanina" w 1826 r. autorstwa Jamesa Coopera, można mówić o bardzo powolnej emancypacji kulturowej Stanów Zjednoczonych, która trwać będzie w zasadzie do lat 50-tych i 60-tych XIX wieku. Wcześniej po prostu przepisywano dzieła autorów europejskich - głównie brytyjskich - a próby stworzenia własnej, amerykańskiej literatury były dalekie od doskonałości). Natomiast jeśli chodzi o relacje między kobietami a mężczyznami, to (przez dekady po odzyskaniu niepodległości) w USA obowiązywało brytyjskie prawo z 1632 r. ( mówiące iż kobieta i mężczyzna w świetle prawa stanowią jedno ciało, jedną osobę, co znaczyło że byt prawny żony łączył się z bytem prawnym jej małżonka (innymi słowy żona poddaje się pod opiekę i ochronę męża, pod którego protekcją robi ona wszystko), co oznaczało że "mąż i żona są jedną osobą, a tą osobą jest mąż".

Dawało to również mężowi prawo karania swą połowicę (istnieją dane mówiące że Amerykanie pierwszej połowy XIX wieku dość często karali swe żony, wymierzając im "kije" i wcale nie było to zjawisko marginalne, lub odnoszące się jedynie do plebsu - jak powszechnie uważało wielu amerykańskich snobów. Wręcz przeciwnie, znacznie rzadziej karali swe żony ubodzy koloniści Dzikiego Zachodu i poszukiwacze złota, niż elita Wschodniego czy potem również Zachodniego Wybrzeża). Do tradycyjnych metod należało bicie żony cienkim kijem i "targanie za włosy". Wielu brytyjskich podróżników (jak choćby James Silk Buckingham, czy lady Trallope) twierdziło jednak że amerykańskie społeczeństwo jest bardziej liberalne w stosunku do kobiet, niż społeczeństwo brytyjskie. Dziewczęta mają tu więcej swobody, zarówno w szkołach i koledżach, jak i domach rodzinnych. Mogą decydować nie tylko o własnym stroju, ale również o kandydacie na przyszłego męża, podczas gdy rodzice z reguły podporządkowują się zdaniu córek. Jednak już po zamążpójściu, na kobietę spadały wszystkie codzienne obowiązki utrzymania domu oraz wychowania dzieci. Oczywiście w lepszej sytuacji były zamożne rodziny z Północy i Południa, przy czym ci pierwsi z reguły zatrudniali do pracy białą i czarnoskórą służbę, a ci drudzy po prostu mieli swoich niewolników, którzy dbali o dom i plantację. Jak piszą w swej książce "Kobiety pracujące Ameryki" - Rosalyn Baxandall, Linda Gordon i Susan Reverby - służące, które pracowały w zamożnych amerykańskich domach na Północy: "Były źle opłacane i często traktowane brutalnie oraz surowo, pozbawione przyzwoitego jedzenia oraz prywatności". Elizabeth Springs biała służąca, która przyjechała do Ameryki z Wielkiej Brytanii, tak pisała o swym losie do ojca w 1756 r.: "Niemożliwością jest, abyście wy w Anglii mogli pojąć, co my, nieszczęsny lud angielski, cierpimy tutaj. Niech wystarczy, że opowiem, jak ja (...) trudzę się niemal dzień i noc (...) słysząc tylko obelgi, jestem wiązana i chłostana, traktowana gorzej niż zwierzę; do jedzenia dostaję tylko kukurydzę i sól, nawet czarnych traktuje się lepiej, niemal naga, nie mam butów ani pończoch".

 



Gwałty na niewolnicach były zaś powszechną praktyką na Południu Stanów Zjednoczonych. Gdy niewolnica zaczęła dojrzewać, było pewne że wcześniej czy później znajdzie się w łożu swego pana. Czarnoskóra Linda Brent tak opisywała swoje doświadczenia na plantacji, na której była niewolnicą: "Teraz jednak zaczęłam piętnasty rok życia - smutna to epoka w życiu niewolnicy. Mój pan zaczął szeptać mi do ucha plugawe słowa. (...) Mój pan nie odstępował mnie na krok, przypominając mi, że należę do niego, i przysięgając na niebo i ziemię, że zmusi mnie, bym mu uległa. (...) Straciłam daną mi z natury lekkość ducha i posmutniałam od ponurych przeczuć". Murzyni stanowili własność tych, którzy za nich zapłacili, więc sprzedawano i kupowano ich niczym towar, nie patrząc ani na więzi rodzinne, ani na wiek, ani na płeć. Rozdzielano rodziców od dzieci jednym stuknięciem młotka, mężów od żon, braci od sióstr. Pewien czarnoskóry niewolnik tak pisał do swej żony, która została sprzedana innemu panu: "Wyślij mi choć kilka kosmyków włosów naszych dzieci, zawiniętych w osobną kartkę, z ich imionami. (...) Nic gorszego niż oddzielenie od Ciebie i dzieci nie mogłoby mi się w życiu przydarzyć". Pewna matka zaś pisała do syna: "Tak bardzo pragnęłabym zobaczyć cię na starość. (...) Mój drogi synu, modlę się, abyś mógł tu przybyć i ujrzeć swoją starą kochaną matkę". Inny niewolnik Abream Scriven po rozdzieleniu z żoną pisał: "Przekaż ojcu i matce moją miłość i powiedz im ode mnie "żegnajcie", a jeśli nie będzie nam dane zobaczyć się na tym świecie, mam nadzieję, że spotkamy się w niebie". Zaś jeszcze inny niewolnik o imieniu "Mały John" pisał: "Mówi się, że niewolnicy są szczęśliwi, bo się śmieją i weselą. Ja sam, wspólnie z trzema czy czterema innymi, dostawałem po dwieście batów dziennie, na nogach mieliśmy kajdany, a jednak wieczorami śpiewaliśmy i tańczyliśmy (...) Czy byliśmy szczęśliwi? Robiliśmy to, aby stłumić nasz smutek, aby nasze serca całkiem nie pękły z żalu".

Wracając jednak do żon, to w małżeństwie co prawda wciąż obowiązywało powiedzenie, które przyświecało także kolonistom angielskim z XVII wieku: "Szczera rada, jakiej mógłbym udzielić mężatce, brzmi: twoim nowym "ja" jest twój zwierzchnik, twój towarzysz, twój pan", jednak nie było ono respektowane w sposób ortodoksyjny. Wręcz przeciwnie, im dalej od bogatego Wschodniego Wybrzeża, tym większe prawa zyskiwała kobieta, żona i matka. Tam, na bezkresnych terenach Wielkich Równin kobieta musiała wykazywać się taką samą odwagą jak mężczyzna, czyli nie tylko zajmować się domem i obejściem oraz wychowaniem dzieci, ale jeśli zaszła taka potrzeba, również musiała umieć chwycić za broń i walczyć np. z Indianami czy Meksykanami (a gdy mąż zginął, to właśnie żona przejmowała wszystkie jego obowiązki). Nic zatem dziwnego że pierwsze prawa wyborcze uzyskały kobiety w stanach "Dzikiego Zachodu" a nie "cywilizowanego" Wschodu. To właśnie w Wyoming w 1869 r. po raz pierwszy kobiety uzyskały równe z mężczyznami prawa wyborcze. Choć nie znaczy to oczywiście że obyło się bez problemów w ich wprowadzeniu. Wręcz przeciwnie, wielu farmerów żywo protestowało twierdząc że ich żony całkowicie teraz porzucą swoje obowiązki domowe i zupełnie im się w głowach poprzestawia. Niektórzy twierdzili wręcz że kobiety chcą (o zgrozo) przywdziać spodnie (a należy pamiętać że w Wielkiej Brytanii, Francji a nawet USA noszenie spodni przez kobiety do lat 20-tych XX wieku, było karane wysoką grzywną lub więzieniem). Aby ich uspokoić, w magazynie "Woman's Journal" pewna mężatka (o nieznanym imieniu) zachęcała inne kobiety do udowodnienia mężom iż prawa wyborcze dla kobiet nic nie zmienią w ich codziennym życiu. Pisała więc że w interesie każdej żony jest przekonać swego męża do tego, że prawa wyborcze dla niej, nie zagrażają w niczym jego pozycji jako głowy rodziny. Gdy więc wróci z codziennej pracy do domu, będzie tam na niego czekało: "ciepłe miejsce przy kominku i smaczny obiad przyrządzony przez czyniącą honory domu i kochającą, elegancką, kobiecą żonę".




Żony przekonały swych mężów że z uzyskaniem praw wyborczych wciąć pozostaną kobiece i wciąż będą się troszczyły o ciepło domowego ogniska i że nie zamierzają wcale ubierać spodni (czego tak się obawiano - skądś przecież wzięło się pytanie: "Kto w twojej rodzinie nosi spodnie?"). Stanowisko amerykańskich mężczyzn wyrażała wówczas gazeta: "The Spectator" na którego łamach można było przeczytać: "Nic nie zapewnia umysłowi mężczyzny większej satysfakcji niż władza (...) odkąd zostałem ojcem rodziny (...), wciąż jestem zajęty, wydając rozkazy, wyznaczając obowiązki (...) rozstrzygając spory, wymierzając nagrody i kary. (...) Krótko mówiąc, patrzę na moją rodzinę jak na moje udzielne patriarchalne państwo, w którym ja sam pełnię rolę zarówno króla, jak i kapłana". Matki uczyły córki z poradników dla kobiet, takich jak choćby angielska broszurka zatytułowana "Porady dla córki", w której można przeczytać: "Musisz przyjąć jako podstawę, że płci nie są równe i jest tak dla dobra gospodarki świata. Mężczyźni, stworzeni, aby być prawodawcami, otrzymali nadwyżkę rozumu; oznacza to, że wasza płeć jest lepiej przygotowana do uległości, niezbędnej do wykonywania tych obowiązków, które zdają się owej płci najwłaściwiej przeznaczone (...) Wasza płeć potrzebuje naszego rozumu, aby działać, i naszej siły dla waszej ochrony; nasza płeć potrzebuje waszej łagodności, by nas poskramiała i zabawiała". Niejaka Sarah Grimke w swych "Listach o równości płci" (1837 r.) twierdziła że jedynie edukacja kobiet może spowodować iż przestaną uważać się za istoty gorsze od mężczyzn i zachwalała zalety wykształconej żony, jako również "interesującej towarzyszki" dla jej męża. 

W latach 30-tych i 40-tych XIX wieku edukacja kobiet w Stanach Zjednoczonych zaczęła być uważana za korzystną, jednak, jak pisał wielebny Burnap, precyzując w jakich kierunkach kobiety powinny się kształcić: "Dla kobiet jest (...) zajmowanie się domem, przygotowywanie żywności, szycie ubrań i opieka nad dziećmi oraz ich kształcenie". Nieco dalej posuwały się Sarah Hale i Catherine Beecher, które w latach 40-tych XIX wieku pisały że kobiety powinny uczyć się nie tylko gramatyki, ortografii, kaligrafii, arytmetyki, geografii, języków obcych, ale także innych przydatnych nauk jak robótki ręczne, muzyka i malarstwo. Ale (co ważne) nauka nie może przeszkadzać im w wypełnianiu obowiązków domowych, dlatego najlepsza jest dla dziewcząt i kobiet nauka w domu, którą mogą podjąć po wypełnieniu wszystkich swoich obowiązków jako żony i gospodyni domowe. Amerykańska dziennikarka - Barbara Walters pisała że amerykańska żona w XIX wieku: "miała być tak nieskończenie urocza i uwodzicielska, że zdrowy mężczyzna z trudem mógł nad sobą zapanować, przebywając z nią sam na sam w jednym pomieszczeniu". Ideałem kobiecości w połowie XIX wieku była: "delikatność, nieśmiałość, cnotliwość i... zależność". Im kobieta była bardziej niezależna, tym miała niewielkie powodzenie na znalezienie sobie męża - a staropanieństwo (szczególnie na Południu Stanów Zjednoczonych) było również publicznie piętnowane (dziewczyny wręcz biły się o kandydatów na mężów bo staropanieństwo oznaczało dyshonor i wytykanie palcami na ulicy). Nic dziwnego że kobiety deklarowały swą bezradność i uległość wobec przyszłego męża a nawet i po ślubie, aby nie odszedł do łoża innej. Niejaka Gertrude Thomas pisała w 1855 r. w swym dzienniku iż dziękuje Bogu za swego męża, który jest silnym i władczym mężczyzną i którego dominująca natura: "odpowiada mej kobiecej naturze, zgodnej z moją płcią, z rozkoszą spoglądam w górę i uwielbiam czuć, że moją kobiecą słabość otacza szaniec zwierzchniej męskiej siły". 




Nie była ona wcale jedyną kobietą, która pozostawiła pamiętniki i która wychwalała męską, dominującą władzę, podobnie pisała też Marie Howard Schoolcraft, chwaląc stan Karoliny Południowej, gdyż: "Wszystkie tutejsze damy są tak wychowane, by być posłusznymi mężom", a Catherine Edmondston twierdziła bezdyskusyjnie: "Całkowite posłuszeństwo jest pierwszym obowiązkiem żony". Mąż zapewniał ochronę i dawał bezpieczeństwo finansowe a w zamian żądał posłuszeństwa, uległości i wypełniania kobiecych obowiązków domowych (jeśli dom był majętny to Pani Domu otaczała się służbą lub niewolnikami i musiała jedynie wydać im odpowiednie polecenia, nadzorować pracę i karać za lenistwo lub niechlujność. Jednak Pani Domu nie powinna karać męskich służących, nawet gdyby okazali się krnąbrni i leniwi, powinna poskarżyć się na nich mężowi i to on mógłby ich ukarać. Należy jednak dodać że niektóre młode żony załamywały się widząc iloma niewolnikami muszą teraz nadzorować. Pewna 16-letnia dziewczyna z Wirginii ze łzami w oczach skarżyła się swemu niedawno poślubionemu mężowi "że nie wie co ma z nimi robić"). Flirt i kokieteryjność w salonach miejskich domostw lub rozległych plantacji, dotyczył głównie osób zamożnych, o tzw.: "arystokratycznym korzeniu" (co ciekawe to właśnie w Stanach Zjednoczonych w XIX i jeszcze XX wieku znacznie częściej wśród elit można było usłyszeć napomknięcia co do urodzenia, pozycji społecznej, genealogii, herbów i tradycji rodzinnych. Z USA mogły pod tym względem konkurować w Europie jedynie: Wielka Brytania, Francja, Szwajcaria, Hiszpania, Rosja no i może jeszcze polska szlachta, żyjąca pod zaborami), ludzie z warstw niższych nie bawili się w takie konwenanse, a kobiety w dniu ślubu nie tylko że nie były już dziewicami, ale często znajdowały się w zaawansowanej ciąży. Pary zawiązywały znajomość także poprzez ogłoszenia w gazetach, jak choćby to z 1841 r. w którym pewien młody mężczyzna pragnie poznać kandydatkę na żonę i przedstawia swoje oczekiwania co do jej osoby: "Każda dziewczyna mająca łóżko, kretonową sukienkę, dzbanek do kawy i rondel, umiejąca skroić spodnie, uszyć koszulę myśliwską i znająca się na opiece nad dziećmi, będzie mieć zapewnioną moją opiekę do śmierci nas obojga".

Często kobiety przelewały swoją złość na mężów lub dzieci, na służące lub niewolnice, bijąc je okrutnie (niejednokrotnie aż do krwi). Czasem robiły sobie przerwy i ponownie je biły. Panie Domu wybierały też mężów dla swych niewolnic (tych, które pracowały w domu), niejednokrotnie besztając swe służki za niewłaściwe wybory, jak pewna dama z Karoliny Południowej, która rzec miała do swej niewolnicy, gdy przyłapała ją na miłosnym tête-à-tête: "Kim był ten młody człowiek? Jak możesz się z nim prowadzać? Nigdy nie dopuść do tego, bym znowu zobaczyła cię z tą małpą. Jeśli nie umiesz znaleźć nikogo lepszego, ja ci go znajdę "("Mistresses and Slaves" str. 85). Inna pytała się swej niewolnicy co robi jak dostanie całusa, a następnie instruowała ją jak się zachowywać, by odwzajemnić umizgi "gacha". W niektórych domach nie ograniczano się tylko do zdawkowego udzielenia ślubu niewolnikom (Pan Domu czytał Biblię i po zakończeniu mówił: "Teraz ty mąż, a ty żona. A jutro rano do roboty"). Zdarzało się też że urządzano niewolnikom prawdziwe ceremonie zaślubin, z białą suknię (którą dziewczyna sama musiała sobie uszyć, ale materiał dostawała od pani) z kapłanem, a dzień następny dla młodej pary był z dniem wolnym od pracy. Różnica jednak pomiędzy ślubami białych i czarnych Amerykanów była taka, że czarni jeszcze dodatkowo... przeskakiwali nad miotłą w dniu ślubu (to nie żart - taka była tradycja na Południu odnośnie niewolników). Jeśli Pan Domu był dobrym człowiekiem, przystawał na prośby niewolników odnośnie małżeństwa (jak wspominała jedna z czarnoskórych niewolnic z Teksasu: "Mój mąż nazywał się David Henderson (...) należeliśmy do jednego pana. (...) Pokochaliśmy się i David poprosił pana o mnie. Mieliśmy wesele w domu pana, a ślub dał nam kolorowy pastor baptystów. Miałam białą bawełnianą sukienkę (...) Pan dał nam osobny dom. Mąż był dla mnie dobry". Tak właśnie wyglądało społeczeństwo amerykańskie lat 50-tych XIX wieku, zarówno wśród białych kolonistów, plantatorów i elity przemysłowej Wschodniego Wybrzeża, jak również czarnych niewolników i białej służby domowej w USA.

          

            





 CDN.