Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
Dziś chciałbym rozpocząć temat, do którego napisania przymierzałem się już od pewnego czasu, ale nie posiadałem odpowiednio dużo materiału lub też po prostu zajęty byłem innymi sprawami. Temat "Światy Równoległe" jest tak naprawdę trzecim tematem tego bloga (dwa pozostałe to oczywiście: "Historia Życia - Wszechświata - Wszelkiej Cywilizacji" oraz "Umieramy i co dalej? - czyli co się z nami dzieje po śmierci?"), w którym skupiam się na rzeczach niezdefiniowanych, nieudowodnionych i pozostających w kręgu czegoś co można nazwać "wytworem fantazji", choć oczywiście jest to tylko opinia jednej strony ludzi, którzy sądzą że świat zbudowany jest ot tak po prostu na zasadzie ewolucyjnej, a ludzkość zawsze dąży do rozwoju, od epoki prehistorycznej do czasów współczesnych. Nie biorą oni w ogóle pod uwagę faktu, że tak jak ludzkość może się rozwijać i wznosić na wyższy poziom umysłu i duchowości, tak też może się cofać w rozwoju i wracać do form bardziej prymitywnych (tak przecież było już wielokrotnie w historii, np. po wielkich wojnach, po których ludzkość musiała od nowa budować stary świat, czego dowodem jest choćby fakt, że w takiej Anglii dopiero w kilka lat po wojnie zniesiono reglamentację towarów i bony na artykuły luksusowe, a w 1948 r. podczas pierwszych powojennych Igrzysk Olimpijskich, organizowanych w Londynie - część sportowców musiała... żywić się na własną rękę, gdyż władze Wielkiej Brytanii nie były w stanie zapewnić wyżywienia dla wszystkich uczestników Igrzysk. Dziś to jest nie do pomyślenia, a wówczas była to rzeczywistość dnia codziennego). Wielokrotnie ludzkość wznosiła się i upadała na swej drodze rozwoju duchowego i cywilizacyjnego, a część tych wydarzeń zamieściłem w przytoczonych wyżej tematach. Teraz jednak pragnę otworzyć drzwi do jeszcze bardziej nieznanej rzeczywistości, ale czy możemy jednoznacznie stwierdzić że jest ona nieprawdziwa? Tego uczynić nie możemy, gdyż nie mamy dowodów ani na potwierdzenie, ani też na zaprzeczenie tym relacjom, faktom lub konfabulacjom.
Pytanie podstawowe brzmi jednak - skąd czerpię źródła do opisu poszczególnych alternatywnych światów, bo właśnie to zamierzam uczynić? Podobnie jak w przypadku "Historii Wszechświata" opierałem się głównie na channelingach, zaś w temacie "Życia po Życiu" na hipnozie regresyjnej, tak w tym przypadku źródeł mam jeszcze mniej. 😉 Gros tego co mam, pochodzi (niestety) z czeluści "mrocznej strony internetu" zwanego darknetem, do którego prawie nie zaglądam, ale niekiedy, gdy potrzebuję informacji jakiej nie sposób uzyskać w "górnych pokładach internetu", czasami schodzę do tych (niebezpiecznych) "podziemi". Ale mniejsza o to. W każdym razie udało mi się znaleźć (po też długich poszukiwaniach) dość ciekawe informacje na temat ewentualności (co bardzo ważne, gdyż nie mamy żadnej pewności, czy to co jest tam przedstawione, można uznać za prawdziwe, dlatego też tę serię tematyczną zamierzam traktować jedynie w kategoriach czysto rozrywkowych) istnienia światów równoległych. Na razie (i myślę że nic więcej chyba tu już nie dodam) zebrałem pewne informacje o zaledwie kilku światach równoległych, które przypominają naszą Ziemię, ale funkcjonują w innej rzeczywistości - czyli innym wymiarze. Raz jeszcze zaznaczam, że o ile w przypadku wcześniejszych serii tematycznych, byłem mniej sceptycznie nastawiony co do prezentowanych tam informacji, o tyle tutaj w większości traktuję to jako wytwór wyobraźni, lub zwykłą fałszywkę - co oczywiście nie znaczy że mogę się mylić, wykluczyć niestety niczego nie można w tym przypadku. Tak więc zaprezentuję przykłady alternatywnej Ziemi opierające się na założeniach (prawie) całkowitego nuklearnego zniszczenia życia na naszej planecie po zakończeniu "Zimnej Wojny", która to przerodziła się w wojnę "gorącą", świat w którym zwyciężyli niemieccy naziści, świat opanowany przez komunizm, świat zarządzany przez korporacje, w którym ludzkość również sprowadzona została do roli niewolników (np. wprowadzono tam obowiązek cyklicznych szczepień - to naprawdę nie jest mój wymysł - gdyż ludzkość notorycznie zapada na różne choroby i aby przeżyć, przynajmniej raz w miesiącu należy się poddać szczepieniu). Jest świat w którym wciąż panuje średniowiecze i świat w którym ludzie muszą ukrywać się przed ogromnymi i krwiożerczymi zwierzętami. Jednak w tym temacie zaprezentuję świat odwróconej rzeczywistości, w którym to kobiety są dominującą płcią i pełnią niepodzielną władzę nad całą (alternatywną) planetą Ziemią. Jest też świat zupełnie przeciwny, podobny do tego, przedstawionego w twórczości Johna Normana o cywilizacji Gor, w którym kobiety w większości sprowadzone zostały do roli niewolnic, zwanych kajira. Przejdźmy zatem do tematu:
CYWILIZACJA MATRIARCHATU
Na tej alternatywnej Ziemi kobiety nie tylko dominują w sferze polityki i ekonomii, ale są również fizycznie znacznie silniejsze od żyjących w tym świecie mężczyzn. Kobieca dominacja w tym społeczeństwie polega na tym, co jest najlepsze dla kobiet, ponieważ to, co jest najlepsze dla kobiet, jest również najlepsze dla społeczeństwa i samej ludzkości. Oznacza to że mężczyźni muszą okazywać kobietom szacunek i pokorę, zarówno na poziomie społecznym, jak i osobistym. Kobiety powinny zawsze mieć prawo do szacunku, na jaki zasługują od mężczyzn, za pomocą wszelkich środków, które kobieta uzna za stosowne. Nie powinno mieć znaczenia, czy te środki są upokarzające, czy poniżające dla mężczyzn, w rzeczywistości zwykle lepiej, jeśli tak jest. Mężczyźni nie mogą pełnić żadnych stanowisk kierowniczych, choć jednocześnie mogą być artystami, naukowcami, mechanikami, inżynierami etc. etc. tylko nie mogą sprawować żadnej władzy nad kobietami, ani też nad innymi mężczyznami, jeśli jest ich zbyt dużo. Mężczyźni nie mają też praw politycznych, gdyż cała polityka, prawo i ekonomia znajdują się całkowicie w rękach kobiet.
Rodzina jest taką samą komórką społeczną jak w naszym świecie, z tym że tam również panuje całkowita dominacja kobiet, zaś mężczyźni od najmłodszych lat uczeni są szacunku, miłości i oddania w stosunku do "płci pięknej". Najważniejsze jest posłuszeństwo, którego chłopców uczy się już od młodości. Dziewczęta uczą się odgrywać bardziej aktywną rolę w bezpośrednim przewodzeniu i rządzeniu chłopcami, a chłopcy uczą się odgrywać bardziej aktywną rolę w służbie i zapewnianiu rozrywki dziewczętom. Właściwie jest to świat skrajnie odwrócony, gdzie kontrolowana jest nawet płodność i rozmnażanie mężczyzn. Kobiety w małżeństwach są w większości pełnoprawnymi właścicielami swoich mężów i cieszą się szeregiem przywilejów w odniesieniu do ich męskiego majątku. Każda kobieta jest panią swojego związku i absolutną władczynią we własnym domu. Żony mogą dyktować mężom takie reguły zachowania, jakie im się podobają. W istocie żonaty mężczyzna jest aktywnym przedłużeniem życia i osoby swojej żony i oczekuje się od niego, że będzie działał zgodnie z jej upodobaniami, osobowością, poleceniami i życzeniami.
Mężczyźni będą mogli pracować w dowolnej dziedzinie, chociaż nie będą mogli sprawować żadnego stanowiska zarządzającego. Mężczyźni mogą nadal posiadać własne firmy lub być niezależni finansowo, jednak przedsiębiorcom płci męskiej zostaje przydzielony urzędnik z Departamentu Pracy, który będzie śledził ogólne działania, zgodność z prawem i zdrowiem oraz upewniał się, że firma jest odpowiedzialna społecznie. Mężczyźni jako słabsi fizycznie od kobiet, nie są też zatrudniani do ciężkich prac fizycznych, choć pod tym względem istnieją pewne wyjątki. W większości przypadków jednak mężowie zostają w domach i zajmują się dziećmi. I to w zasadzie na tyle, jeśli chodzi o tamtą równoległą Ziemię (nie ma tego dużo), a w następnym temacie przejdziemy do świata opanowanego przez nazistów.
PS: Jak dla mnie niezła bajka, ale przecież świat alternatywny ma to do siebie, że stanowi (znacznie lub tylko częściowo) odmienną rzeczywistość od tej, w której żyjemy. Swoją drogą może wyjdę na strasznego seksistę, ale również uważam że... kobiety nie przetrwałyby bez mężczyzn nawet roku, a cywilizacja upadłaby już w tydzień po zniknięciu męskiej części populacji, a te kobiety, które by jeszcze przetrwały, bez wątpienia cofnęłyby się do stanu prymitywnego, choć i w tych warunkach nie miałyby szansy długo przetrwać. Warto się nad tym zastanowić.
Keith szybko przeszedł przez etapy utraty przytomności. Przebudzony do rzeczywistości, znalazł oślepiający promień światła na swojej twarzy i sznur na szyi. Oczyma, które nie były w stanie prawidłowo się skupić, zobaczył nogi kilku osób w kręgu światła latarki. Ich górne części ciała i głowy ginęły w półmroku, ale rozpoznał młodą kobietę, która stała obok budki poboru opłat po jej czarnych butach i krwistoczerwonej sukience. Albo jego rozstrojony układ nerwowy zagłuszył wszystkie dźwięki, albo cała mała grupka w ciszy obserwowała jak został uwięziony. Zacisnął się na sznurze wokół szyi, kiedy wbijał się on głęboko w jego ciało, ale nie był w stanie włożyć pod niego palców. Nie mógł złapać tchu i przerażenie pełzało po jego ciele niczym kubeł lodowatej wody. Jego płuca domagały się powietrza. Musiał oddychać, nic innego nie miało znaczenia, poza tym że reagował ślepym instynktem. Wygiął ciało w łuk i szybko uniósł nogi wbijając stopy w twarz pochylającej się nad nim ciemnej postaci.Rozległ się jęk, zimno ustąpiło, a ciemna postać cofnęła się do tyłu. Gdy wielkie podmuchy piekącego powietrza wypełniły jego płuca, Keith podniósł się do łokci a jego siła prawie całkowicie zmalała. W uszach dzwoniło, a serce waliło mu dziko w piersi.
- Dlaczego? - zapytał.
Umysł podpowiedział mu jednak że nie stał się ofiarą strażników ulicznych, gdyż w owej grupie byli zarówno mężczyźni jak i kobiety, lecz nie pojmował powodów dla których chcieli go udusić. Po jego pytaniu zapanowała cisza. Mężczyzna, zakrył twarz rękami. Jego konwulsyjne ciało i krzyki agonii zwróciły na niego uwagę całej grupy. Promień światła został przesunięty tak, że leżał w słabym, zewnętrznym kręgu światła. Przez moment fragmenty z jego przeszłości przemknęły mu przez umysł. Całe jego życie przeleciało mu przed oczami tuż przed śmiercią. Widział Mariannę taką, jaka była tego dnia w magazynie w Archiwum, jej mundur był rozpięty tak, że gładkie, aksamitne sutki jej piersi były dla niego dostępne. Znowu poczuł strach po ich nielegalnym spotkaniu i na nowo przeżył ucieczkę przed strażnikami ulicznymi oraz ukrycie się w opuszczonym metrze. Wszystko to przemknęło mu przez głowę w ciągu kilku sekund, zanim udało mu się uwolnić od kata. Kobieta wyszła z kręgu obserwatorów i pochyliła się nad umęczonym napastnikiem. Jej głowa była odwrócona, więc Keith mógł dostrzec jedynie jej plecy. Uderzyła go skrajna kruchość jej ciała. Chwyciła dłonie mężczyzny i próbowała odepchnąć je od jego twarzy.
- Pozwól że ci pomogę! - rzekła.
"Uciekaj" - pomyślał Keith i rozejrzał się szukając drogi ucieczki. Betonowa platforma na której leżał, znajdowała się zaledwie kilka cali od czarnej dziury, którą wziął za dół pod tory kolejowe. Gdyby nagle potoczył się w jej kierunku i mógł wylądować na nogach, mógłby zaryzykować przebiegnięcie po torach w ciemności. Kimkolwiek bowiem byli napastnicy, mieli światło i przewyższali go liczebnie. Jego szansa na ucieczkę była zatem nikła, ale musiał ją podjąć. Przetoczył się szybko na lewy bok i poczuł jak jego ciało rzuca się w dół. Jego stopy opadły gotowe do biegu w kontakcie z twardą ziemią. Cała nadzieja zniknęła jednak, gdy wślizgnął się w błoto, które wessało mu stopy i kostki i pociągnął go w dół aż po kolana. Walka była bezużyteczna. Stał teraz bezradnie, gdy promień światła padał na jego twarz.
- Zabij go! - histerycznie krzyknęła kobieta.
Jego głowa znajdowała się na poziomie platformy, a kiedy członkowie grupy ruszyli naprzód w kierunku krawędzi, zauważył, że wpatruje się na ich buty, obliczając że było ich siedmiu - dwie kobiety i pięciu mężczyzn. Jego spojrzenie spoczęło na czarnych butach które rozpoznał, gdy oczy kobiety i jego oczy ponownie razem się spotkały. W jego oczach była błagalna prośba, choć sam nic nie rzekł.
- Zabij go - powtórzyła kobieta.
Po cienkich nogach jak zapałki wiedział, że była kobiet, która pochyliła się nad stojącym nieopodal mężczyzną. Blask światła mignął lekko, w chwili gdy mężczyzna szukał w ubraniu jakiegoś przedmiotu. Przedmiotem był rewolwer. Gdy go wyjął, wycelował lufę w jego głowę, a wtedy blask światła latarek błysnął po metalu. Keith zamknął oczy i się nie poruszył. Jego usta drżały lekko i czuł że kolana mu się uginają. Zapewne runąłby na ziemię, gdyby nie otaczające go błoto. Był świadomy zimna i bicia swojego serca. Pomyślał sobie że oba te problemy już wkrótce całkowicie przestaną go niepokoić.
- Nie, czekaj! - był to głos kobiety w czerwieni, niski, gardłowy głos zabarwiony niewątpliwym współczuciem. - Nie zabijaj go - powiedziała.
Keith otworzył oczy i spojrzał na nią przez słabe odbicie światła latarki. Do jego głowy zaczęła powracać nadzieja.
- Jest silny - kontynuowała. - Możemy go wykorzystać.
- A co, jeśli on jest szpiegiem? - zapytał jeden z mężczyzn.
- Wysłanie mężczyzny byłoby dla nich nie do pomyślenia - odrzekła kobieta w czerwieni.
- Mogli uczynić wyjątek, aby schwytać całą naszą grupę - kontynuował mężczyzna.
- To prawda - zgodziła się podekscytowana starsza kobieta. - Jestem za tym żeby go zabić!
- Nie! - kobieta w czerwieni nie ustępowała.
Chociaż Keith nie widział wyraźnie jej twarzy, był świadomy jej spojrzenia wpatrzonego w jego osobę.
- Zatrzymamy go do jutra - powiedziała. - Jeśli naprawdę jest poszukiwany przez feministki, otrzyma nagrodę.
- A jeśli nie? - zapytała starsza kobieta.
- Wtedy go zabijemy.
Na platformie zapanowała przez kilka sekund grobowa cisza; cisza, w której Keith ponownie usłyszał dźwięk deszczu wlewającego się przez otwory wentylacyjne metra. Coś pluskało w pobliskiej wodzie, po piskach uznał że to szczur. Nie mógł jednak nic powiedzieć na swoją obronę; błaganie byłoby bezużyteczne. Musiał tylko czekać aż najważniejsza decyzja co do jego życia i śmierci zostanie podjęta przez grupę. Decyzja została ogłoszona jednym słowem.
- Zgoda! - powiedział mężczyzna z bronią. - Gdybyśmy go teraz zabili, nie bylibyśmy lepsi od tych, z którymi walczymy. - Pistolet został wyciągnięty z kręgu światła i wrócił do jego kieszeni.
Keith poczuł ogarniającą go ulgę. Był jednak świadomy nagłego odpływu własnych sił i całkowitego wyczerpania, a jego głowa opadła na klatkę piersiową. Nie tylko zdołał uciec żołnierzom i strażniczkom ulicznym, ale także uniknął smutnego losu zaplanowanego dla niego przez tę dziwną grupę mieszkańców metra. Nim całkowicie stracił przytomność, poczuł jak silne ramiona wyciągają go z błota w którym stał.
Dziś chciałbym zaprezentować książkę (mało znanego) amerykańskiego pisarza, o nazwisku - Parley J. Cooper, który jest autorem futurystycznej opowieści z gatunku fantasy, o świecie opanowanym przez kobiety (a właściwie feministki - bo jednak jest to znacząca różnica), w którym mężczyźni zostali sprowadzeni do roli "ruchomej własności nadającej się tylko do prokreacji". Książka pt.: "The Feminists" została wydana już dość dawno temu, w 1971 r. i opowiada o post-apokaliptycznym świecie, w którym teraz dominują kobiety (feministki), a mężczyźni nie mogą nawet zbliżyć się do kobiet, bez specjalnego pozwolenia - w przeciwnym razie czeka ich kara śmierci. Jeden z mężczyzn (główny bohater tej książki), który łamie to prawo, musi teraz uciekać aby ocalić swoje życie i po drodze wpada na tajną męską organizację, która - ukrywając się w podziemiach nowojorskiego metra - toczy partyzancką wojnę o wyzwolenie męskich niewolników. Akcja wydarzeń rozgrywa się w roku 1992 i pokazuje jak totalitarny system społecznej kontroli i zniewolenia jednostki (w tym przypadku wyobrażony w postaci reżimu feministek), prowadzi do upadku wszelkich wartości, upodlenia ludzkiej godności i w konsekwencji zawsze kończy się tak samo - zbrodnią i (jak w przypadku wszelkich marksizmów) masowymi mordami.
Futurystyczna i utopijna wizja Cooper'a przypomina nieco film Juliusza Machulskiego pt.: "Seksmisja" z 1983 r. (o którym już kilka razy pisałem na tym blogu), ukazującym bardzo podobne żeńskie społeczeństwo, powstałe po atomowej zagładzie ludzkości i wymarciu męskich genów na skutek specjalnie skonstruowanej (przez prof. Kuppelweisera) Bomby M. Jedyna różnica polega na tym, że w świecie Machulskiego wszyscy mężczyźni (poza głównymi bohaterami - dwoma ochotnikami poddanymi hibernacji jeszcze przed wybuchem III wojny światowej i jednym mężczyzną ukrywającym się pod żeńską postacią i sprawującym władzę nad tym babińcem w postaci "Jej Ekscelencji") wyginęli, natomiast w świecie Cooper'a mężczyźni sprowadzeni zostali do roli niewolników i "dawców spermy". Nie wiadomo która wizja jest gorsza i właśnie dlatego w tym temacie pozwolę sobie tę utopijną pozycję zaprezentować, lecz ponieważ książka Cooper'a nie została przetłumaczona na język polski, tłumaczenie będzie również mojego autorstwa).
"FEMINISTKI"
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Było już późno po północy i padał deszcz. Strażnicy uliczni, kobiety, których zadaniem było zapobieganie przestępczości mężczyzn, porzucili swoje posterunki i siedzieli skuleni w drzwiach, z karabinami schowanymi pod prochowcami, a ich głowy schowane były wewnątrz wielkich kołnierzy w celu ochrony przed wiatrem. Na wschodzie Central Park wyglądał niczym cmentarz przyrody, gdyż w wyniku porzucenia programu ekologii na początku lat siedemdziesiątych, nie było już liści ani źdźbła trawy, które mogłyby wchłonąć padające krople deszczu, by zapobiec gromadzeniu się ulewnych strumieni i jezior; na południu wysokie budynki biurowe Manhattanu wyłaniały się jak czarne olbrzymy na ciemnym niebie.
Keith Montalvo, pozbawiony płaszcza i przemoczony, pospiesznie ruszył w stronę Broadwayu, zbliżając się do budynków, aby ukryć się w cieniu. Miał około dwudziestu lat, silną twarz i solidne, potężne ciało. Jego ciemne włosy były spłaszczone na wysokim czole, a oczy błyszczały strachem i determinacją.Każde przejście, które musiał minąć, stanowiło zagrożenie. Mężczyzna na ulicy w nocy bez autoryzowanej przepustki musiał zostać natychmiast aresztowany i uwięziony. Opierając się o szorstką cegłę budynków, otarł deszcz z twarzy i spojrzał na ciemną ulicę przed sobą. Udało mu się uniknąć dwóch budzących grozę strażników ulicznych, zbyt zajętych ich osobistym dyskomfortem, aby go zauważyć, ale przed nim stały jeszcze cztery długie przecznice, aż cztery długie przecznice.
Niespełna pół godziny wcześniej spał spokojnie w cieple swojego pokoju na poddaszu. Przebudzony stukotem butów na dolnym podeście, otworzył oczy na oślepiający blask nagiej żarówki i leżał drżąc, wstrzymał oddech i zacisnął pięść, czekając na dźwięk, którego obawiał się od czasu poddania się fizycznej spełnieniu z Marianną, dziewczyną, która pracowała z nim w Archiwum. Te chwile, zanim usłyszał skrzypienie schodów prowadzących do jego pokoju, wydawały się wiecznością, ale kiedy nadeszły, strach zastąpił instynkt przetrwania. Seks między mężczyzną i kobietą bez zgody Komitetu był karany śmiercią. Musiał więc uciec jeśli nie chciał zginąć. Wyskoczył z łóżka i wspiął się przez okno, zanim schody wydały drugie ostrzeżenie. Gdy biegł przez dach, usłyszał walenie w drzwi i przenikliwy głos kobiet-żołnierzy domagających się wejścia. Teraz jednak dopadła go beznadziejność jego położenia. Nawet bowiem gdyby dotarł do mieszkania swojego przyjaciela, nie mógł być pewien, że Graham przyjąłby uciekiniera. Tym bardziej że zagroziłby swojemu bezpieczeństwu i zostałby aresztowany za współudział w przestępstwie. Grzmot rozległ się na zachodzie, a pierwszy błysk pioruna oświetlił opustoszałe ulice. Niemal natychmiast przenikliwy dźwięk gwizdka rozległ się po jego prawej stronie i strażnik uliczny wyszedł zza drzwi, usiłując uwolnić karabin ze swego ubrania.
- Męska świnio! - krzyknęła - Stój!
Ulica nagle wypełniła się ogłuszającym gwizdkiem. Kolejna strażniczka podeszła do chodnika zza drzwi w następnym bloku. Biegła do przodu z karabinem podniesionym w pozycji do strzału. Decyzja Keitha była natychmiastowa. Lepiej, pomyślał, zginąć podczas próby ucieczki niż umrzeć jak baranek prowadzony na rzeź. Wyskoczył z budynku i pobiegł przed siebie. Jego celem była boczna ulica, a jego silne nogi dawały mu przewagę nad prześladowcami. Nastąpiła eksplozja i coś szarpnęło mu ucho. Biegł zygzakiem, dopóki nie minął ostatnich latarni i nie dotarł do krawędzi parku. Tutaj, schowany przy pniu bezlistnego drzewa, zatrzymał się, przycisnął dłonie do piersi, by uciszyć bicie serca, i rozejrzał się wokoło. Wszystkie budynki w Zachodnim Central Parku były ciemne. Wyobraził sobie zaciekawione twarze przyciśnięte do tamtejszych okien. W 1992 roku nikt nie angażował się w takie incydenty; nawet inny sympatyczny mężczyzna, którego instynkt podpowiadał mu, iż ów ścigany przez strażników ulicznych jest zbiegiem, nie ośmieliłby się mu pomóc. To było całkowicie matriarchalne społeczeństwo, a on złamał jedno z jego najsurowszych praw. Dwie strażniczki minęły latarnię uliczną na środku bloku. Szły powoli, sprawdzając każde możliwe miejsca kryjówek. Keith spojrzał na sękate cienie drzew w parku. Trująca atmosfera całkowicie zniszczyła roślinność; powodując iż nie można było ukryć się na całej wielkiej przestrzeni parku.
- Jest w parku - usłyszał krzyk kobiety z jednego z ciemnych okien.
W panice rozejrzał się za miejscem, w którym mógł się ukryć, a jego oczy padły na ciemną dziurę nie dalej niż trzy stopy dalej. Nie zastanawiając się nawet co to jest, rzucił się do przodu i zszedł po betonowych schodach zaśmieconych gruzem. Kiedy dotarł do dolnej części i odkrył zgniłe deski przybite do drzwi, wiedział, że natknął się na opuszczone wejście do metra. Cały podziemny system tranzytowy został zamknięty przez pierwszą damę jako niebezpieczny. Obracając się, Keith zobaczył promienie latarek przecinające ciemność nocy. Wiedział, że strażniczki, choć mogły zapomnieć o metrze, nie przegapią otwartej czarnej dziury. Uwięził się jak przestraszony królik. W gniewie i frustracji zaczął rozrywać deski i poczuł, jak się poddają. Jedna, a potem druga puściły, a on wdrapał się przez wąski otwór. Wewnątrz zszedł kilka kroków, poruszając się powoli z wyciągniętymi rękami. Stęchły zapach kłuł go w nozdrza, a coś małego ocierało się o jego stopę, gdy uciekało przed siebie. Dysząc, przykucnął przy wilgotnej betonowej ścianie. Usłyszał, jak obcasy butów uderzają o szczyt zewnętrznych schodów. W opuszczonym metrze usłyszał krzyk jednej ze strażniczek.
- Myślisz, że wszedł do środka?
Wymamrotana odpowiedź utonęła w grzmocie błyskawic. Promienie latarki przesuwały się powoli nad zabitym deskami wejściem i oświetlały wnętrze podłogi. Na zniszczonych przez lata użytkowania schodach leżały kałuże wody, a na górze unosiły się gruz. Oczy szczura zabłysły, a gdy trafiło w nie światło latarek, pisnął, odwrócił się i zniknął w szczelinie betonu. Keith nadal kucał, czekając. Widział metalową rurę na podłodze w pobliżu schodów. Gdyby strażnicy zaczęli schodzić, użyłby jej jako broni. Posunął się za daleko, by teraz poddać się schwytaniu bez walki.
- Założę się, że uciekł do parku - usłyszał.
Głos kobiety miał autorytarny ton; miała prawdopodobnie wyższą rangę niż jej towarzyszka. Było więcej bełkotania, jakby obje debatowały nad drogą jego ucieczki. Potem światła zgasły i otoczyła go ciemność. Przez kilka chwil się nie ruszał. Bolała go klatka piersiowa, a prawe ramię zostało przecięte na gwoździu, gdy przeciskał się przez wąski otwór. Czuł ciepły przepływ krwi na swoim zimnym ciele. Jego zęby szczękały bardziej ze strachu niż z zimna. Wiedział, że strażnicy wrócą do metra, gdy ich próby odnalezienia go w parku zawiodą. Prawdopodobnie dołączyliby do nich inni, a liczna grupa, zeszłaby wówczas do opuszczonego tunelu. Nie miał wyboru, musiał spróbować ruszyć drogą wzdłuż torów, przynajmniej póki nie zgubi swoich prześladowców. Kiedy wstał, błyskawica oświetliła ciemną jaskinię z betonu i stali. Miał jasnoszary, choć krótki, widok bramek obrotowych, podążył w ich kierunku i opuszczonego pociągu leżącego jak czarna gąsienica na wewnętrznych torach. Kiedy ciemność znów się zbliżyła, ruszył naprzód z większą pewnością, pierwsze kroki jego drogi zapadły mu w pamięć. Poruszał się tylko kilka kroków, gdy dosięgnęły go z tyłu ostre dźwięki. Odwrócił się, gotowy do walki i spojrzał w ciemność.
- Wiem, że tam jesteś - powiedział. Nigdy nie weźmiesz mnie żywego!
Nie było odpowiedzi, tylko odgłos spadających kropli deszczu, zmieniających się w kałuże. Keith Cofnął się powoli w kierunku bramek obrotowych, sądząc, że jeśli uda mu się dotrzeć do torów, może zaryzykować ucieczkę w ciemności. Gdy błyskawica po raz kolejny oświetliła wnętrze, w mgnieniu oka zobaczył młodą kobietę stojącą w pobliżu dawnego stanowiska poboru opłat. Miała na sobie krwistoczerwoną sukienkę i wysokie czarne buty. Włosy miała zupełnie nieuporządkowane, rozrzucone wokół jej twarzy, a jej usta rozchyliły się w uśmiechu. Widok tej kobiety był bardziej przerażający niż widok strażniczek ulicznych. Keith uniósł jedną nogę i upadł na ziemię po przeciwnej stronie. Jej śmiech przerwał ciszę, odbijając się echem ze wszystkich stron niczym śmiech szalonej kobiety.
- Jesteś uwięziony - rzekła - witamy w podziemnym domu.
Keith odwrócił się aby uciec w stronę toru, ale coś twardego uderzyło go w czaszkę i opadł na kolana, pogrążając się w otchłani nieświadomości, a jej śmiech wypełnił mu głowę.
Jest 6 grudnia 1989 r. Do budynku Politechniki w Montrealu wchodzi 25-letni mężczyzna - Marc Lépine. Nikt nie wie że jest on uzbrojony w broń palną i nóż myśliwski, nikt go też nie sprawdza. Na uczelni spędził on ponad godzinę, nim ostatecznie wszedł do klasy inżynierii mechanicznej i od razu nakazał chłopakom oddzielić się od dziewczyn i przejść na przeciwległe strony sali. Z początku wszyscy myśleli że to jakiś żart, ale gdy Lépine wyciągnął broń i strzelił w sufit, było wiadomo że to nie przelewki. Gdy już chłopcy oddzielili się od dziewcząt, mężczyzna nakazał im wszystkim (w liczbie ok. 50) opuścić salę, podczas gdy wciąż nakazał pozostać tam pozostałym 9 kobietom. Żaden z tych chłopaków nie interweniował, chociaż mieli znaczną przewagę liczebną nad zamachowcem i wszyscy posłusznie opuścili salę. Następnie Lépine zapytał się owych dziewcząt, czy wiedzą dlaczego je tu uwięził, a gdy odpowiedziały przecząco, odparł: "Walczę z feminizmem". Jedna z dziewcząt - Nathalie Provost powiedziała wówczas: "Słuchaj, my tylko studiujemy inżynierię, nie jesteśmy feministkami i nie walczymy z mężczyznami". Wtedy napastnik rzekł: "Jesteście kobietami i wszystkie jesteście grupą feministek, a ja nienawidzę feministek", po czym otworzył ogień do znajdujących się na sali dziewcząt, zabijając na miejscu sześć z nich a trzy poważnie raniąc. Nim ostatecznie popełnił samobójstwo, zabił 14 dziewcząt - wszystkie tylko dlatego że uważał je (jako studiujące inżynierię) za feministki. Żaden chłopak im nie pomógł, żaden nie stanął w ich obronie. W swym liście Lépine napisał: "Postanowiłem odesłać do Stwórcy te wszystkie feministki, które zawsze rujnowały mi życie. Przez ostatnie siedem lat życie nie sprawiało mi żadnej radości i będąc całkowicie zdecydowanym, postanowiłem położyć kres życiu tych jędz". Tak oto przez feminizm życie straciło 14 dziewcząt, a przy tym żaden chłopak nie stanął w ich obronie i nie udzielił im pomocy. Oczywiście feministki wykorzystały tę tragedię jako kolejny atak na mężczyzn, organizując w 1991 r. "Narodowy Dzień Pamięci Przeciwko Przemocy wobec Kobiet" i znów odwracając kota ogonem.
Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że przypadek Marca Lépine'a (który prawdopodobnie był albo bardzo słaby psychicznie, albo też miał nierówno pod sufitem), wcale nie jest odosobniony i to nie dlatego że każdy mężczyzna pragnie poniżać, gwałcić, upokarzać lub zabijać kobiety, ale dlatego że prawdziwym problemem dzisiejszego świata stało się już jawne szczucie kobiet na mężczyzn, a do tego właśnie zadania najlepiej nadają się feministki - szczególnie radykalne - a przy tym często lesbijski. Jest wiele powodów dlaczego zdeklarowane lesbijski stały się radykalnymi feministkami, ale najważniejszym z nich jest wciąż sączona do ich główek propaganda, mówiąca o tym, że każdy mężczyzna jest potencjalnym gwałcicielem i oprawcą kobiety, że dobrowolny seks pomiędzy kobietą a mężczyzną nie istnieje i zawsze jest wymuszany, a to oznacza że z definicji musi być gwałtem. Nim rozwinę ten temat, chciałbym jeszcze na moment opowiedzieć o moim doświadczeniu z radykalnymi feministkami, którego doświadczyłem w ostatnich dniach. Otóż, ponieważ ta koronowirusowa pandemia nieco ograniczyła moje relacje zawodowe (choć już powoli wracamy do pracy), przeto z nudów coraz częściej szukałem w internecie najdziwniejszych i najbardziej kontrowersyjnych aspektów wzajemnych damsko-męskich relacji i rzeczywiście kilka z nich udało mi się znaleźć i poznać, jak to wygląda od strony tych, którzy dany model relacji dwustronnych praktykują. A znalazłem naprawdę dziwne związki, jak choćby środowiska opartego na relacji goreańskiej. Chodzi tutaj o pewien styl życia, polegający na tym że istnieje relacja oparta na... rzeczywistym, choć całkowicie dobrowolnym niewolnictwie kobiet, które nazywane są kajirami (opartym na motywach powieści o fantastycznym świecie Gor, autorstwa Johna Normana z lat 60-tych, 70-tych i 80-tych). Ich model związku, oparty na relacji Pan-niewolnica, jest co prawda w pewien sposób podniecający, ale jednocześnie całkowicie upokarzający dla kobiety (przynajmniej ja tak uważam, są jednak kobiety które to lubią). Bo jak inaczej nazwać prowadzenie niewolnicy na smyczy po ulicy, lub inne tego typu podobne fetysze. Ja też oczywiście przyznaję się - lubię spanking (ale bez wiązania i tego typu dodatków z repertuaru BDSM, ja raczej wolę relację na zasadzie dominacji mentalnej a nie fizycznej, zaś sam spanking jest jedynie dodatkiem i nie zawsze musi być stosowany - ale piękne jest już samo zdominowanie kobiety w taki sposób, aby zawsze była gotowa na lanie, bez względu na to czy do niego dojdzie, czy też nie), jednak takie upodlenie (wybaczcie, ale inaczej tego nie nazwę) kobiety, po prostu mnie odrzuca, choć na tym forum bardzo przyjemnie mi się konwersowało.
Innym, bardzo podobnym, aczkolwiek odwróconym o 180 stopni, było forum feministyczne, ale skupione bardziej na nietypowych relacjach. Ok. ja jestem osobą tolerancyjną (oczywiście do pewnego stopnia) i ci, którzy czytają to forum zdążyli się już o tym przekonać (😋). Dlatego też podchodzę z pewną dozą akceptacji do (prawie) każdego urozmaicenia relacji dwustronnych, dwojga dorosłych osób odmiennej płci (homoseksualistów zostawmy w spokoju bo mnie ten temat zupełnie nie interesuje). Dlatego też, wchodząc na owe feministyczne forum, które było poświęcone... zamianie mężczyzn w kobiety - że tak to kolokwialnie ujmę - również podchodziłem do tego co prawda z przymrużeniem oka, ale przecież każdy zdrowy, dorosły człowiek kontroluje własne odruchy i własne ekscytacje i ma prawo praktykować taki styl życia, jaki chce (pod warunkiem oczywiście że przy tym nie krzywdzi drugiej osoby) i tak właśnie początkowo było (oczywiście oba fora były anglojęzyczne, bowiem u nas w Polsce nie jesteśmy jeszcze na takim stopniu zdeprawowania, żeby praktykować jawną niewolę kobiet lub feminizację mężczyzn - tak mi się przynajmniej wydaje), lecz gdy poczytałem sobie posty na owym forum (do którego linków podawał nie zamierzam), przyznam się szczerze że złapałem się za głowę. Oto bowiem owe radykalne feministki (swoją drogą forum było zdominowane przez facetów lubiących przebierać się za kobiety, a prawdziwych kobiet było tam zaledwie... dwie), postulowały bowiem jakąś rewolucję, trwającą co prawda chyba przez dekady, a polegającą na radykalnym odwróceniu relacji kobiet i mężczyzn o 180 stopni. Chodziło tam o to, że kobiety przejmą męskie zawody a faceci żeńskie i że oczywiście wszyscy mężczyźni będą zmuszeni nosić sukienki etc. etc. Początkowo traktowałem to forum, jako dobrą okazję do rozładowania nastroju, czyli po prostu do beki (a że lubię się pośmiać, to tego nigdy nie ukrywałem 😇). Z czasem jednak zacząłem się zastanawiać nad tym co one (i oni) tam radzą i ogarnął mnie... smutek. Nie dlatego abym uważał te brednie za możliwe do urzeczywistnienia (bo to jest oczywiste), ale dlatego że w ich sposobie myślenia zobaczyłem typowe totalitarne myślenie człowieka, który pragnie Nowego, Lepszego Świata i który oczywiście zawsze musi powstać na gruzach starego.
Twórcy "Encyklopedii" z 1751 r., też chcieli przecież tylko uczynić świat lepszym, a ostatecznie to dzieło dało asumpt dla jednej z najkrwawszych wydarzeń w dziejach świata - Rewolucji Francuskiej, która z mordowania ludzi uczyniła wręcz sztukę. Sztukę tę następnie znacznie rozbudowali marksistowscy myśliciele, którzy mamili świat wizją Nowych, Wspaniałych Czasów po Rewolucji bolszewickiej i nastaniu komunizmu, w którym każdy będzie mógł mieć tyle, ile mu potrzeba (jedyna zaś równość, jaką naprawdę wprowadzili komuniści to była równość cmentarna - każdy, bez względu na stan społeczny, materialny, rasę czy płeć - każdy był równy... w umieraniu). To samo było z idealistami nazizmu i faszyzmu - którzy także śnili o lepszym świecie, a zgotowali temu światu prawdziwe piekło. Ponieważ ja należę do ludzi, którzy nie lubią stać z boku, lub milczeć, gdy głupota triumfuje, przeto zalogowałem się na to forum i wyznając oczywiście moje zrozumienie dla ich zabaw (już sam fakt że nazwałem to "zabawą", bardzo ich oburzył), zacząłem skrupulatnie tłumaczyć (jak Urban w tym skeczu Tadeusza Drozdy z 1988 r.: "Wiecie co mi się nie podoba? Korespondenci zagraniczni. Przyjeżdża taki do kraju, węszy, szuka, pyta i całe szczęście że tera w naszym roku, co wtorek zgarnia ich minister Urban i im "tłuumaczy". Wiecie, jak takiemu raz na tydzień prawdę wyłożyć, to on z czasem znormalnieje. Oni mają tam przygotowane pytania na tę konferencję prasową, typu: "Panie ministrze, dlaczego to i to i to i to i to?", a minister im mówi: "Bo to i to!". A oni wtedy: "Achaaa"). Tak mniej więcej wyglądały nasze konwersacje na tym forum, gdy próbowałem im wytłumaczyć że myślenie typu "coś się narzuci i coś się przymusi" - jest myśleniem osób o światopoglądzie TOTALITARNYM! Oczywiście nikogo nikt nie obrażał i obie strony zachowywały daleko posuniętą grzeczność, ale ostatecznie po zaledwie dwóch (może trzech dniach) tej naszej konwersacji, otrzymałem dożywotniego bana 😂. Coś już zresztą przeczuwałem, gdy na moje argumenty brak było odpowiedzi, a jedynie pojawiały się sformułowania typu "Wielkie Nieba", "Niesamowite" itd. Gdy zaś zacząłem im (w ogromnym skrócie) opisywać historię marksizmu i feminizmu - to chyba ich cierpliwość nie wytrzymała i dali mi bana. Cóż, od pierwszego dnia się z tym liczyłem, bo wiedziałem że tak to się właśnie skończy (nie po to się zresztą tam logowałem, aby dzielić się z nimi swoimi "doświadczeniami").
Ale to, co mnie zaskoczyło, to takie bezrozumne przekonanie, że kobiety są w stanie cokolwiek uczynić bez zgody i poparcia mężczyzn - a przecież nawet na tamtym forum dominowali faceci i to w ogromnej większości, gdyż normalnych kobiet takie kwestie jak feminizacja - do tego przymusowa co szczególnie było komiczne - mężczyzn, zupełnie nie interesują). Wszystkie prawa jakie osiągnęły kobiety, nie zostały im przyznane przez inne kobiety, ale właśnie przez mężczyzn, przez tych znienawidzonych samców. I to wcale nie dlatego (jak głosi współczesna feministyczna propaganda), że wywalczyły to sobie swoimi protestami (czy jakkolwiek nazwać to co robiły sufrażystki - które notabene wcale nie były feministkami, a gdyby ujrzały co też wyczyniają ich dzisiejsze potomkinie, złapałyby się z przerażeniem za głowy), tylko dlatego że taka stawała się konieczność dziejowa, zaś kobiety własną pracą i poświęceniem w czasie dwóch wielkich Wojen Światowych - udowodniły, że nie tylko należy im przyznać prawo do głosowania, ale i do pracy takiej, jaką zapragną. I wcale stopień rozwoju ruchu sufrażystek w danym kraju, nie miał najmniejszego przełożenia na szybkość przyznawania kobietom praw (głównie wyborczych), gdyż weźmy sobie na przykład taką Polskę, która w 1918 r. po 123 latach (oficjalnie, realnie zaś po 150, licząc od pierwszego rozbioru w 1772 r. do zjednoczenia ziem polskich w 1922 r.) odzyskała niepodległość i która od razu w tym samym roku przyznała kobietom równe z mężczyznami prawa wyborcze. U nas natomiast ruch sufrażystek praktycznie (poza jakimiś marginalnymi "kółkami gospodyń wiejskich") nie istniał. Natomiast w Wielkiej Brytanii, we Francji czy w USA był to ruch dość duży. A w tych krajach kobiety otrzymały prawa wyborcze znacznie później: USA - 1920, Wielka Brytania - 1928, Francja - 1944 r. Natomiast w takiej bogatej Szwajcarii, w części kantonów dopuszczono kobiety do głosowania w 1971 r. (natomiast we wszystkich kantonach dopiero w 1990 r.). Spójrzcie, tyle dekad walk sufrażystek i feministek i nic, większość państw miało zupełnie gdzieś ich postulaty i dopiero z czasem (cezurą była tu szczególnie I a potem II Wojna Światowa) przyznano im prawa wyborcze na równi z mężczyznami. I to mężczyźni ofiarowali im te prawa, nie sufrażystki ani nie feministki - one niczego nie wywalczyły, one wielokrotnie poniżały same siebie i swoją płeć, co tylko budziło efekt przeciwny przyznaniu im jakimkolwiek praw (jak na przykład współczesne paradowanie z gołymi cyckami tych ogłupionych propagandą i wykorzystywanych dziewcząt z "Femenu", czy też "marsze szmat" - co jak wiadomo przybliżają one kobiecą godność i wyrabiają w mężczyznach poczucie, że kobiety są im równe - z pewnością tak jest 😅).
Nie tylko prawa wyborcze (i jakiekolwiek inne) ofiarowali kobietom mężczyźni, ale nawet sam feminizm (tzw.: "drugiej fali"), został wymyślony nie przez kobiety, tylko właśnie przez mężczyzn. Kobiety (szczególnie te radykalne feministki-lesbijski, którym się wydaje że coś mogą zrobić) są tam jedynie w roli "mięsa armatniego" i taką tylko pełnią funkcję, jako przystawki atakujące normalnych facetów i wmawiające im że pocałunek to gwałt lub molestowanie, że seks kobiety z mężczyzną jest zawsze wymuszony i że istnieje jakaś "kultura gwałtu", oraz "toksyczna męskość". To bardzo pięknie wpasowuje się w teorie feministek-lesbijek, które przecież (szczególnie te radykalne) nie znoszą mężczyzn i najchętniej (jak ta idiotka Valerie Solanas) poddaliby ich masowej eksterminacji. A atakowani z każdej strony (szczególnie przez media, filmy, seriale, prasę i nawiedzone aktywistki z gołymi cyckami) faceci, którym ciągle się wmawia że są "głupi", "niepotrzebni" i że tylko "myślą o tym aby swój sprzęt włożyć do jakiejś dziury" (jak mi powiedziała jedna z pań feministek na wyżej wspomnianym forum), wreszcie zaczną odwracać się od kobiet. Już teraz powstają (coraz liczniejsze) grupy mężczyzn zwane (przez feministki) incelami - którzy właśnie zaczynają obwiniać kobiety za to, że nie wychodzi im w związkach z kobietami i będą za to owe kobiety nienawidzić (to naturalna reakcja każdego zagonionego w pułapkę stworzenia, które nie mając już gdzie uciec, będzie się bronić i atakować), lub - równie popularne - ruchy MGTOW (Men Going Their Own Way - Mężczyźni, Którzy Poszli Własną Drogą), nie dbające o kobiety i wykorzystujące je przedmiotowo jedynie dla zaspokojenia własnych popędów, bez konieczności wchodzenia w jakieś relacje typu małżeństwo. Wiele kobiet zadaje sobie pytanie: "Gdzie ci mężczyźni?"i nie znajduje na nie odpowiedzi. A odpowiedź jest prosta - zostali poniżeni przez feministki (często lesbijki - co jest ważne) i uznani za potencjalnych gwałcicieli, oskarżeni o molestowanie za to tylko, że powiedzieli kobiecie komplement, zaś ich uczucie w stosunku do kobiet określone zostało "toksyczną męskością". Po co więc mają się męczyć w domu z kobietami, które chcą ciągle z nimi walczyć? Mają to gdzieś i idą własną drogą, która jednak nie spodoba się kobietom (już się nie podoba, wystarczy poczytać co na forach piszą kobiety o owych grupach "inceli" lub właśnie tych MGTOW-ach). Jeśli wszystko, co robią od wieków jest złe, to może kobiety zrobią to lepiej? Niech robią, ciekawe jak długo wytrzymają (a te osoby z męskich grup naprawdę są zdeterminowane, prawie tak bardzo jak ów nieszczęsny Marc Lépine, który zamordował bezbronne dziewczęta tylko dlatego że uznał je za feministki które zniszczyły mu życie, więc oni z pewnością nie popuszczą, a to odbije się tylko na kobietach. Już teraz nazywanie kobiet "świniami" lub "małpami" jest czymś naturalnym na tych grupach).
Oczywiście jest to celowy zabieg, ustawiony specjalnie aby uderzyć w mężczyzn - gdyż to właśnie na ich barkach istnieje ten świat od tysięcy lat i od tysięcy lat to właśnie faceci są największymi obrońcami i opiekunami kobiet (feministki tego nie akceptują, ale prawda jest taka, że największym wrogiem kobiety jest właśnie druga kobieta). Ale feministkom zależy właśnie na tym aby te wzajemne relacje na trwale zniszczyć. Zapewne sądzą że większość kobiet stanie się wtedy lesbijkami i wreszcie będzie można przeprowadzić eksterminację wszystkich "samców". Problemem jednak dla feministek są te kobiety, które nie myślą jak zaprojektowane roboty, tylko mają gdzieś feministyczne ględzenie i kochają swoich mężczyzn. To właśnie dzięki nim świat nabiera piękna, a poranna rosa zamienia się w prawdziwy nektar bogów. Nie ma bowiem na tym świecie niczego piękniejszego od kobiety, która pielęgnuje swoją kobiecość i ofiarowuje ją swojemu mężczyźnie jak prawdziwy dar. To właśnie dla takich chwil chce się żyć i tworzyć, to stąd faceci czerpią swoją moc do działania i upiększania tego świata. I to właśnie te miliony normalnych kobiet są największymi przeciwniczkami "feministyczno-lesbijskiego raju". Czyż bowiem ikona feminizmu, autorka "Drugiej płci" - Simone de Beauvior w rozmowie z inną "ikoną" Andreą Dworkin (zdeklarowaną lesbijką - uważającą każdy męsko-żeński akt seksualny za gwałt na kobiecie) w 1975 r. nie powiedziała wprost: "Nie, nie wierzę, że każda kobieta powinna mieć wolny wybór. Żadna kobieta nie powinna mieć możliwości pozostania w domu, aby wychowywać swoje dzieci. Społeczeństwo powinno być zupełnie inne. Kobiety nie powinny mieć takiego wyboru, właśnie dlatego, że jeśli posiadają taki wybór, zbyt wiele kobiet zdecyduje się na niego. Należy więc im tego zabronić, a jest to jedyny sposób na zmuszanie kobiet do podążania w określonym kierunku". Oczywiście nie muszę tu dodawać, że ta "ikona feminizmu" była tak zafascynowana swoim partnerem - zdeklarowanym komunistą - Jean-Paulem Sartre, że dla niego... molestowała swoje uczennice i niektóre z nich przyprowadzała aby i on z nich skorzystał. Wmawiała tym dziewczętom że tworzą swoiste "trio", a prywatnie twierdziła że uwodzi dziewczęta, aby Sartre mógł posiąść ich dziewictwo. To właśnie taka była ta ikona. Inna radykalna feministka - Valerie Solanas stwierdziła zaś że prawdziwym problemem dla stworzenia nowego, feministycznego społeczeństwa, nie są wcale mężczyźni, tylko kobiety, te (jak je nazwała) "córeczki tatusia" zapatrzone w facetów, z którymi niczego nie da się zbudować. Należy więc je w jakiś sposób zmusić do współpracy (tak samo mówiły kobiety na owym forum).
Zaś inna feministka-lesbijska (również ikona - tam bowiem są same ikony które cały czas walczą... tylko wroga na razie nie widać 😂) Alice Schwarzer - zwana "papieżycą niemieckiego feminizmu", uważała, że tradycyjny seks pochwowy zawsze jest gwałtem mężczyzny na kobiecie, gdyż - jak twierdziła: "Orgazm pochwowy nie istnieje. Jest fizjologicznym absurdem, bowiem pochwa ma tyle zakończeń nerwowych co jelito grube, a to znaczy: prawie wcale. Jej główna część może być operowana bez znieczulenia". Nie wiem co papieżyca-ikona brała i czy kiedykolwiek cokolwiek wsadzała sobie w tylny otwór - aby sprawdzić czy rzeczywiście jelito grube nie ma żadnych zakończeń nerwowych i nic to nie boli, ale już sam fakt że stwierdziła iż pochwa może być operowana bez znieczulenia - jest wybitnym przykładem jej potwornej wręcz nienawiści do kobiet, które nie podzielają jej lesbijsko-feministycznych mrzonek. Ciekawe co by powiedziała dziewczynkom z Afryki, które przymusowo się obrzezuje. To zapewne w ogóle nie boli, bo tak właśnie powiedziała feministyczna ikona. To że ona sama nigdy nie miała przyjemności ze stosunku pochwowego, uznała za pewnik, iż wszystkie kobiety nie posiadają z takiego seksu przyjemności, zatem - idąc logicznym tropem dalej - każdy stosunek pochwowy jest automatycznie gwałtem mężczyzny na kobiecie. Można by - parafrazując i nieco modyfikując słowa mości Zagłoby - rzecz: "sama żem to wymyśliła, bom taka ikona" 😂. To tyle na dzisiaj, a od następnego tematu rozpocznę właśnie od Simone de Beauvoir i jej "Drugiej płci", a następnie wyjaśnię kto, po co i dlaczego w ogóle założył ruch feministyczny i jedynie dodam że nie była to żadna kobieta. Tak więc drogie panie, feminizm jest takim samym rakiem, jakim był komunizm, nazizm czy faszyzm, zresztą nie jedyny w swoim czasie. Obok niego powstał tzw.: ruch wyzwolenia czarnoskórych Amerykanów "Black Power" i "Czarne Pantery", a potem został mocno napompowany ruch gejowski i genderowy, a wszystko po to aby zniszczyć stare społeczeństwo, starą kulturę i pognębić jej jedynego obrońcę - białego, heteroseksualnego mężczyznę, który od wieków stoi na straży tej cywilizacji i przede wszystkim jest prawdziwym, a nie wydumanym obrońcą kobiety.
Oby ta księga sprawiła, że stanę się jaśniejszy na umyśle, prostszy w myśleniu, potężniejszy w miłości, bardziej wytrwały w nadziei, żarliwszy w wierze i skromniejszy w mowie!
Franz Herwig Sankt Sebastian vom Wedding (Święty Sebastian z Weddingu). Chrystusowa nowela. Muszę wiele myśleć o (powieści) Jakoba Wassermanna Christian Wahnschaffe. Ale ten Sankt Sebastian jest przecież czystszy, bardziej przekonujący, słowem - bardziej chrześcijański. Coś na kształt prawdziwego ducha katolicyzmu przenika tę książeczkę. Coś jakby od Franciszka z Asyżu. Jak daleko oficjalny Kościół oddalił się od tego ducha! Te wszystkie książki pochodzą z ducha prachrześcijaństwa, to nic innego jak emanacja silnej tęsknoty do Chrystusa. Hauptmanna Der Narr in Christo("Szaleniec Boży Emanuel Quint" z 1910 r.). Na razie jeszcze to pierwsza książka w języku niemieckim, wywodząca się z tej myśli. Ale jak daleko znajduje się Der Narr w tyle za Idiotą Dostojewskiego! Rosja odnajdzie nową wiarę Chrystusową z tą całą młodzieńczą żarliwością i z tą całą dziecinną ufnością, całym religijnym cierpieniem i fanatyzmem.
Rozmyślam wiele w tych dniach nad przyszłością Niemiec i Europy. Jak będzie wyglądał obraz tej części ziemi za 50 lat? Prawdopodobnie całkiem inaczej. Dzisiaj mamy nowego człowieka, przynajmniej początek jego. Ludzkie społeczeństwo pozostało bez zmian. Tak długo nie będzie spokoju w Europie, jak długo nie zostanie zlikwidowana ta forma ludzkiego społeczeństwa. Nowe społeczeństwo stworzy sobie samo nową, jemu tylko właściwą formę. Biegu historii nie można zatrzymać. Nowy człowiek ma zawsze i wszędzie tylko jedną tęsknotę: do nowego świata.
Else jest dla mnie letnio dobra. Chciałbym z nią pojechać w podróż poślubną, z dużą ilością pieniędzy, miłości, bez trosk, w dół do Włoch i Grecji!
Czytałem dzisiaj Die Kunst des Dirigierens (Sztuka dyrygentury) Richarda Wagnera. Dla muzyka to niewyczerpane źródło subtelności. Lektura: Prozesse (Procesy) (Nagłówki, część 3) Maximiliana Hardena (alias Isidor Witkowski). Cóż to za obłudna świnia ten przeklęty Żyd. Lumpy, szubrawcy, zdrajcy. Wysysają nam krew z żył. Wampiry!
Siedzę w nowo postawionej altance i raduję się pięknym dniem lata. Słońce! Ciepłe, cudowne powietrze! Zapach kwiatów! Jaki piękny jest ten świat!
30 CZERWCA 1924 r.
Wczoraj w Elberfeldzie. To są więc przywódcy ruchu volkistowskiego na okupowanym obszarze. Wy Żydzi oraz wy, panowie Francuzi i Belgowie, nie musicie się obawiać. Wobec nich jesteście bezpieczni. Rzadko kiedy brałem udział w zgromadzeniu, podczas którego gadałoby się tak wiele głupstw jak wczoraj. A przy tym najczęściej w stosunku do własnych towarzyszy. Na obszarze nieokupowanym walka rozgorzała na dobre, i tak jak już od dawna tego oczekiwałem, między volkistowską Partią Wolnościową i narodowosocjalistyczną Partią Robotniczą. Obie do siebie zupełnie nie pasują. Ci pierwsi chcą pruskiego protestantyzmu (nazywają to Kościołem niemieckim), ci drudzy opowiadają się za wielkoniemieckim kompromisem - trochę chyba z domieszką katolicyzmu. Monachium i Berlin stanęły do walki. Można także powiedzieć, Hitler i Ludendorff. Dokąd pójdę, co do tego nie ma w ogóle wątpliwości. Do młodych, którzy faktycznie chcą nowych ludzi. Starzy bojownicy Niemiecko-Volkistowskiego Związku Obronno-Zaczepnego (istniejącego w latach 1919-1935 w Bawarii), chcą odsunąć młodzież. Możliwe, że sukcesy młodzieży budzą w nich zgrozę. Jestem za skrupulatnym rozwodem - również w Reichstagu. Tam, gdzie mogą wspólnie występować, niech to czynią, tam gdzie nie mogą - niech nie przesłaniają tego zakłamaną jednością. Jak żałosne było to wczorajsze popołudnie. Tylko małostkowość. Personalne utarczki. Żadnego zbawczego słowa, żadnej opromieniającej myśli. Mieszanka tchórzostwa, podłości, manii wielkości i karierowiczostwa. Jakże to przykre wrażenie, które zabrałem ze sobą do domu. Muszę czym prędzej jechać do Monachium, a potem do Berlina. Gdyby tak Hitler wyszedł na wolność! (Hitler wyszedł na wolność w grudniu 1924 r. po zaledwie 9 miesiącach twierdzy w Landsbergu nad Lechem, mimo że w procesie, jaki się odbywał w dniach 24 luty - 1 kwietnia 1924 r., sąd skazał go na 5 lat więzienia).
2 LIPCA 1924 r.
Maximilian Harden, ten tak zakłamany polski, chamski Żyd (Maximilian Harden czyli Felix Ernst Witkowski, był polskim pisarzem pochodzenia żydowskiego tworzącym w Niemczech). Czasami jakże podły. I to tchórzostwo ukryte pod pseudopatriotyczną dzielnością. To działające na nerwy żydowskie krętactwo. To czułe semickie kadzenie sobie. "Działam jedynie z najczystszych pobudek patriotycznych". "Możecie mnie skazać, jeśli tylko to uratuje naród". (...). Na przykładzie Hardena można studiować cały problem rasy. Najbardziej podłe jest przy tym to, że te goje na prowincji niczego nie zauważają. "Pańskie nazwisko?". "Ernst Felix Maximilian Harden, wyznania protestanckiego". Cha, cha! Prawdziwy patriota! Człowiek, który kocha prawdę. Nie babrzę się w błocie. Nie uganiam się za sensacją. Maximilian Harden! Pisarz o określonej renomie. Potem sztuczne podniecenie. Sędzia kuli ogon pod siebie. (Prawdopodobnie także jakiś żydowski nicpoń, nazwiskiem Lehmann, prokurator nazywa się Preuß). To łowienie naiwnych na patriotyczne hasła. "Zmagałem się ze sobą siedem lat". Ale potem przelałem to z rozkoszą na niemiecką opinię publiczną. Boże, co za szwindel. Pan Maximilian Harden = Isidor Witkowski, protestanckiego = żydowskiego wyznania, niemieckiej = polskiej = semickiej narodowości, Panie patrioto, Panie dzielny bojowniku o prawdę i prawo, jest Pan prostakiem, łotrem i największym oszustem XX wieku. Udowodnił Pan to po wojnie nawet najgłupszym ludziom za pomocą oszczerczych artykułów przeciwko Pańskiej niemieckiej "ojczyźnie". Potem mógł Pan zerwać maskę ze swojej żydowskiej mordy - i zrobił to Pan z rozkoszą.Assez! ("Dość!"). Próżny trud! Gdybym ja miał coś do powiedzenia w Niemczech, to jeszcze dzisiaj zostałby Pan w towarzystwie panów Warburga, Louisa Hagena, Nathana i kilku innych żółtych chamów wywieziony w bydlęcym wagonie przez granicę (może do Auschwitz? Tylko że wtedy jeszcze obóz ten nie istniał, a zbudują go dopiero koledzy pana Goebbelsa za jakieś szesnaście lat. Swoją drogą, jakże to przewidywalne).
W TEJ PARODII pt.: "19 POŁUDNIK", RÓWNIEŻ JEST CIEKAWY DIALOG Z NIEMIECKIM AMBASADOREM:
"JESTEŚMY SOJUSZNIKAMI - TAK?"
"NATURALNIE, SOJUSZNIKAMI W NATO"
"PRZYJACIÓŁMI NA ŚMIERĆ I ŻYCIE?"
"PRZYJACIÓŁMI TEŻ, BARDZO"
"JEŻELI WIĘC PRZYJACIEL, SĄSIAD - ZROBI DRUGIEMU COŚ BARDZO BRZYDKIEGO (...) POWIEDZMY ŻE NIECHCĄCY. TO CO POWINIEN ZROBIĆ?"
"PRZEPROSIĆ?!"
"TAK JEST - PRZEPROSIĆ. I CO JESZCZE?"
"NAPRAWIĆ WINĘ"
"TAK, NAPRAWIĆ WINĘ LABO SZKODĘ. A JAK SZYBKO POWINIEN ZAPRAWIĆ TĘ SZKODĘ?"
"NAJSZYBCIEJ JAK SIĘ DA. NATYCHMIAST!"
"KLAUS, NA CO TY JESZCZE CZEKASZ? KLAUS, MÓJ PRZYJACIELU Z NATO, KTÓRY WYRZĄDZIŁEŚ MI KRZYWDĘ, NA CO TY JESZCZE CZEKASZ?"
"NIE ROZUMIEM?"
"KIEDY ZAMIERZASZ ODBUDOWAĆ NAM WARSZAWĘ? (...) TWOI KOLEDZY SWEGO CZASU ZBURZYLI NAM WARSZAWĘ!"
"MOI KOLEDZY ZBURZYLI WARSZAWĘ?"
"A CO, MOI?"
"TO NIE TAK"
"NIE TAK? A JAK? SAMA SIĘ ROZLECIAŁA?"
Duch stanowi dla nas niebezpieczeństwo. Musimy przezwyciężyć ducha. Ten duch dręczy nas i pcha od katastrofy do katastrofy. Tylko w czystym sercu znajduje udręczony człowiek wybawienie od nieszczęścia. Ponad duchem ku czystemu człowiekowi!
"Listy z więzienia do Karla Liebknechta" Róży Luxemburg. Możliwe, że to idealistka (jak wszyscy komuniści - idealistka z naganem w dłoniach). Czasem zaskakująca w swojej intymności, w ciepłym, drogim tonie przyjaźni (oj, bo się rozczulę). Zresztą listy są skierowane do Sonji, żony Liebknechta, a nigdy do niego. W każdym razie Róża cierpiała za swoje idee, za nie siedziała przez wiele lat w więzieniu i w końcu - za nie umarła. O tym wszystkim nie można zapomnieć. Lecz ci żydowscy ideolodzy nie zauważają tego, co w sercach ludzi z Zachodu zapisane jest jako wieczne prawo: miłość do ojczyzny. Dlatego zwalczamy ten fantastyczny i kłamliwy - bo nienaturalny - świat idei.(kolejny dowód jak blisko było nazistom nie tylko do komunistów pokroju Lenina czy Stalina, ale nawet dzisiejszych zamordystów i dewiantów spod znaku Spinellego, Horkheimera, Marcuse, Adorno, Kinseya, oraz gender, lgbt, ekoterroryzmu i zwolenników masowej depopulacji ludności. Tak się czasem zastanawiam - człowiek jest istotą ułomną i słabą. Wiele nas ogranicza, wiele rzeczy jest przeciwko nam, nawet nasze własne ciało stanowi swoistą barierę uniemożliwiającą nam podejmowanie wielu działań. Poza tym wciąż umysłowo jesteśmy na poziomie przedszkolaków, bawiących się w piaskownicy. Tak, my Ludzie, którzy żeśmy oderwali się od ziemi, wymyśliliśmy samochody, samoloty, dotarliśmy na Księżyc, zdobywamy najodleglejsze miejsca globu, zarówno te podwodne jak i te górskie, odkryliśmy fizykę kwantową, tworzymy niesamowite dzieła sztuki i nauki, niesamowitą muzykę - a mimo to ciągle jeszcze jesteśmy dziećmi, którzy bawią się w swojej piaskownicy, nie wiedząc nic o otaczającym ich dalej świecie. Do tego wymyślamy wciąż nowe teorie, które skutecznie potrafią spieprzyć nam życie jeszcze bardziej i myślimy że dzięki temu zbawimy świat. Nie! Nie zbawimy niczego ani nikogo, nawet siebie samego, jeśli nie uświadomimy sobie że każdy dogmat, którego nie wolno krytykować, staje się - wcześniej czy później - totalitarną religią, która prowadzi tylko i wyłącznie do cierpienia i śmierci milionów istnień. Dziś na publicznych uczelniach wykładają ludzie, którzy - podobnie jak niegdyś komuniści czy naziści - oficjalnie dążą do uśmiercenia ogromnej ilości ludzi i to na wiele sposobów - z których najważniejszym wydaje się namawianie ludzi by przestali się rozmnażać - a aby to osiągnąć powiela się i pochwala w mass mediach i w kulturze wszelkie anomalie, czyli: aborcję, homoseksualizm i eutanazję. Ostatnio na jednym z anglojęzycznych portali trafiłem na feministkę, która oficjalnie postuluje wprowadzenie totalitarnego ustroju, na zasadzie: to faceci są winni całemu złu świata, więc należy ich po pierwsze wysterylizować - zostawiając niewielką liczbę tych, od których można będzie pobrać nasienie. Kobiety powinny rządzić światem i całkowicie kontrolować wszystkich mężczyzn pod każdym względem. Było tam jeszcze wiele innych, naprawdę ciekawych - pod względem umysłowego zapętlenia się - i niedorzecznych pomysłów, w których co prawda oficjalnie nie napisała ona jeszcze, że należy część mężczyzn fizycznie wyeliminować, ale w sposób zawoalowany tak to właśnie brzmiało i było to całkiem czytelne przesłanie. Tak samo było z Karolem Marksem czy Różą Luksemburg - których dziś się wynosi na ołtarze - dosłownie, w 2018 r. przewodniczący Komisji Europejskiej - Jean-Claude Juncker oddał hołd Marksowi w... Katedrze w Trewirze, a kardynał, przewodniczący Episkopatu Niemiec - Reinhard Marx (😯) stwierdził: "Manifest komunistyczny zrobił na mnie wrażenie". I cóż tu więcej dodać, skoro na jednym z przywódców Kościoła, kardynale "Manifest Komunistyczny" zrobił wrażenie, to znaczy że ów człowiek - i wielu podobnie myślących - pochwala masowe morderstwa i tworzenie niewydolnego gospodarczo, a całkowicie odgórnie sterowanego społeczeństwa totalitarnego, w którym ludzi poddaje się permanentnej inwigilacji, jak to już teraz ma miejsce choćby w Chinach. Wielu ludzi z tytułami profesorskimi, kardynalskimi oraz książęcymi zamyśla cały czas jak by tu nas wszystkich... wymordować! I to jest jedyna rzecz, jaka przyświeca każdym rewolucjom, nawet tym, które - dla niepoznaki - rozłożone są w czasie w sposób ewolucyjny. Co prawda wiele z nich to zwykłe fantasmagorie, jak choćby próba podporządkowania mężczyzn kobietom itd. Przecież te wszystkie panie feministki kompletnie nie zdają sobie sprawy, że cały ten feminizm jest od początku do końca finansowany przez ponadnarodowe koncerny, których zarząd składa się prawie w 100 % z samych mężczyzn. To oni decydują o przyznaniu pieniędzy na feministyczne czy genderowe "eventy" i wszystko rozbija się zawsze o pieniądze. Wystarczy że tylko pstrykną palcem, a cały ten feminizm w jednej chwili się skończy, bo nie będzie po prostu zabraknie pieniędzy. Dlaczego komunizm i nazizm przetrwały? Bo dostawały grubą kasę z międzynarodowych banków i trustów, które zainteresowane były w powstaniu takich właśnie eksperymentów. Tak więc ci mężczyźni, tam na górze - finansują durne feministki aby te podburzały kobiety przeciwko mężczyznom. Po co? Cóż, nikt nie lubi konkurencji, prawda? Po co władcy zakładali sobie haremy, złożone z setek a nawet tysięcy kobiet, skoro i tak z większością z nich nigdy nie spali? Po to aby udowodnić innym "samcom" że jestem najlepszy i mogę posiąść wszystkie "samiczki" z okolicy jeśli tylko tego zapragnę. Reszta męskiej populacji musi zaś się obejść samkiem. To jest tak samo, jak w stadzie lwów, gdzie dominuje jeden samiec, który całymi dniami śpi i je - nic więcej nie robi. Polują tylko lwice i to one dbają by stado miało co jeść. Ale wystarczy by na horyzoncie pojawił się jakiś inny samiec i wówczas ten ospały lew zamienia się w mordercę i z taką furią naciera na przeciwnika, że tamten musi albo uciec, albo go pokonać. Jeśli konkurent zwycięrzy, lwi harem przechodzi na niego, a młode lwy z poprzedniego miotu zostaną uśmiercone. Zresztą tak samo jest, gdy dorosną młode lwy, wówczas ojciec wypędza synów ze stada, aby założyli sobie swój własny lwi harem. To samo myslenie działa w świecie ludzi, gdzie stosuje się starą, wypróbowaną zasadę "Dziel i rządź", dzięki której komuniści najpierw podzielili ludzi na lepszych i gorszych, to samo potem zrobili naziści, a dziś dokładnie to samo robią ruchy lgbt - domagające się dla siebie coraz więcej przywilejów, oraz oczywiście feministki. I tak się kręci ten nasz świat - od jednej masowej zbrodni, do drugiej i tylko my - małe misie - musimy znaleźć dla siebie jakieś miejsce w tych "ciekawych czasach").
FEMINISTKI I STARA DOBRA PYTA
7:35 - PRZEPRASZAM, A JAKIEJ PETYCJI PANIE KONKRETNIE SZUKAJĄ?
PRZECIW USTAWIE ANTY-ABORCYJNEJ
(...)
TO MY MOŻEMY PRZYJĄĆ JAKIEŚ PODPISY EWENTUALNIE, MASZ JAKIŚ DŁUGOPIS?
8:10 - CO MAM NAPISAĆ?
IMIĘ, NAZWISKO I CO PANI POPIERA 😂
8:50 - ŻEBY PAN MNIE NIE WPISAŁ NA TĘ DRUGĄ LISTĘ"
NIE, MY TO MAMY ODDZIELNE FOLDERY 😅
4 LIPCA 1924 r.
(...) Czytałem "Von Kiel bis Kapp" (Od Kilonii do Kappa) Gustava Noskego (gubernator Kilonii, który stłumił komunistyczne Powstanie Spartakusa w styczniu 1919r.). Jak bardzo wstrząsnęła tym socjaldemokratą sławetna rewolucja. Cóż za suma tchórzostwa, podłości i wyświechtanych frazesów w okresie od Kilonii do Kappa. Brakuje nam w Niemczech silnej ręki. Trzeba zrobić koniec z eksperymentem i frazesem. Zacząć od powagi i pracy. Wysadzić w powietrze tę żydowską zgraję (tak, właśnie - uśmierćmy wszystkich innych i wtedy nam będzie dobrze, ocalimy rasę, klasę społeczną, płeć i planetę. A sumienie? A co to takiego, czy ktoś w ogóle widział sumienie? Już Gagarin powiedział kiedyś że w kosmosie nie ma Boga, a skoro nie ma Boga to nie ma też sumienia - proste, prawda?), która nie chce zastosować się do odpowiedzialnych myśli o wspólnocie narodowej. Również przetrzepać skórę. Wysadzić w powietrze awanturników finansowych. Gustav Noske miał coś z człowieka o silnej ręce. Gdybyż ten człowiek, dysponujący takimi środkami władzy, podjął walkę z niebezpieczeństwem żydowskim! Dzisiaj bylibyśmy dalej.
Niemcy tęsknią za tym jedynym człowiekiem niczym ziemia za deszczem w lecie. Uratuje nas tylko ostateczna koncentracja sił, zapał i bezgraniczne oddanie. To jest wszystko na miarę cudu. Ale czyż nie może nas uratować tylko cud? Panie, spraw niemieckiemu narodowi cud! Cud!! Mężczyznę!!! Bismarcku, powstań! Rozum i serce wyschły we mnie z rozpaczy nade mną samym i moją ojczyzną. Jakiś ciężar dławi Niemcy. Trzeba spodziewać się najgorszego. Chciałem pomagać przy odbudowie, ale wszędzie mnie odtrącano. Dzisiejsza walka o oblicze Niemiec to odwieczne zmagania między ojcem i synem. Rozpacz! Rozpacz! Nie chce mi się dłużej żyć, patrząc na to całe bezprawie. Muszę włączyć się do walki o prawo i wolność! Rozpacz! Pomóż mi, wielki Boże! Jestem u kresu moich sił!
7 LIPCA 1924 r.
Sytuacja polityczna w Europie, szczególnie w relacjach niemiecko-francuskich, popycha w stronę gwałtownego wstrząsu. To niepojęte, jak ogólne nastroje społeczne mogły tak szybko po 1918 roku obrócić się o 180 stopni. Jeszcze dzisiaj działają złe siły. Jak długo jeszcze? Kto to może powiedzieć? W końcu jednak któregoś dnia zaświeci wielki promień naszej wolności. Nie wolno tylko stracić odwagi. Myśl żyje i maszeruje ku przyszłości. Niech żyje i zwycięża! Dla nowych ludzi!
Czytam wspomnienia Bebla (August Bebel - jeden z założycieli w 1869 r. Socjaldemokratycznej Partii Robotników. Niemiecki marksista). Ten człowiek zaczął od niczego i stał się później wielkim, budzącym respekt przywódcą socjalistycznym. Sądzę, że w młodości był ambitnym idealistą, potem zrobiło się na odwrót, to znaczy został socjalistycznym kapitalistą. Przywódcy, którzy wywodzą się z ludu! O Boże, ci osławieni autodydaktycy! I tyle się kręci wokół nich hołoty. Mielenie frazesów! Przez to czcze gadanie niedouczków zejdziemy na psy. Niebawem człowiek będzie się obawiał prezentować swoje myśli publicznie: po paru dniach odnajdzie je jako najbardziej trywialne frazesy. Beblowski socjalizm oznaczał zdrowy rozwój w stosunku do wszechmocnego wówczas liberalizmu. Był również nastawiony patriotycznie. Dowód: walka przeciwko Lassalle’owi (Ferdynand Lassalle - również niemiecki marskista, tyle że pochodzenia żydowskiego), możliwe, że instynktowna. Później ten socjalizm został zażydzony. Jak pasują do niemieckiego kołtuna krwiożercze idee światowej katastrofy niejakiego Karola Marksa czy też Lenina i Trockiego? Rosjanin jest dostatecznie zanurzony w fantazjach, jemu bolszewizm może się mieszać z obszarem myśli o mistyce, fantazji i ekstazie itd.; możliwe, że bez woli i wiedzy przywódców. Już choćby z tego powodu bolszewizm może się tak długo utrzymywać w Rosji. Tu w Niemczech byłby on od dawna rozpoznany i osądzony. Bolszewizm jest zdrowy w swoim jądrze. To, co my widzimy w nim dzisiaj, to polowanie na żłób, brak efektywności, niedojrzałość i tchórzostwo. Ci fantastycznie ekstremistyczni przywódcy niemieckiego komunizmu giną przy niemieckim kołtunie. Przy niemieckiej głupocie albo - jak kto woli - rozsądku. Bebel ma sympatyczne cechy. Szanuje się go za prostolinijny i otwarty charakter. Ale on nic nie daje ludziom na pewnym poziomie duchowym. Nie ma żadnej kultury, pisze okropnym stylem, mówi chętnie i w sposób działający na nerwy (podobnie jak Noske, wygląda więc, że taka jest moda u różowo-czerwonych), jest więc zupełnie nie do zaakceptowania dla subtelnych umysłów. (...)
11 LIPCA 1924 r.
Czytam wspomnienia Bebla po części z zainteresowaniem i przyjemnością, po części z przykrym uczuciem niedosytu. Przyjemności dostarcza mi jego natura poszukiwacza, jego odwaga i wytrzymałość. Przykre są natomiast jego wspomnienia osobiste. Wszystko to brzmi tak podniośle i dumnie, a w rzeczywistości to czcze i niewiele mówiące słowa. (...)
Rozmyślam ciągle jeszcze nad planem wydawania tygodnika w Elberfeldzie. W teorii zgadza się wszystko. Brakuje tylko 2 tysięcy marek kapitału początkowego. Ta praktyka, przeklęta praktyka!
Piękne letnie dni! Gorąco niczym w Afryce. Gdybyż tak można było gdzieś wyskoczyć, nad morze czy w góry. Najchętniej nad morze.
W polityce dnia codziennego mieszają się konwulsje z bzdurną gadaniną. Francja pogodziła się z Anglią, naturalnie kosztem Niemiec. Herriot to podstępny łajdak. Poincaré jest mi sympatyczniejszy. Angielski premier MacDonald - o tak - to apostoł pokoju z gałązką oliwną, angielski świętoszek, hipokryta, tego nie lubi się w Niemczech, mój panie.
Czekam - na co, nie wiem. Na coś niepewnego, ale na co? (...) Czyż natura nie jest potwornie okrutna? Czyż walka o przetrwanie - między ludźmi, państwami, rasami i częściami kuli ziemskiej - nie jest najokrutniejszym procesem, jaki zna świat? Prawo silniejszego - musimy to prawo natury znowu ujrzeć jaśniej, a wtedy ulotnią się wszelkie fantazje dotyczące pacyfizmu i wiecznego pokoju. Co mówicie dzisiaj o pacyfizmie! Chcecie cmentarnego spokoju? Dzisiejszy pokój na świecie został zawarty kosztem Niemiec. Możecie mówić o pokoju światowym, kiedy 60 milionów żyje w niewoli. Czyż te 60 milionów nie zrzuci jarzma, jak tylko poczuje w sobie dostateczną siłę? Co wtedy powiecie o pacyfizmie! Czy nie chcemy powrotu do natury? Czy nie jest to ciągle nasza wielka przewodniczka i nauczycielka? Idźcie pomiędzy lwy i tygrysy i rozprawiajcie tam o pacyfizmie! Pacyfizm to zawsze narzędzie zwycięzcy przeciwko pokonanemu. Jeśli mówię o wiecznym pokoju, a jednocześnie łupię cię do ostatniej koszuli, Boże - ciągle jeszcze są tacy, co wierzą moim słowom.
19 LIPCA 1924 r.
(...) Lektura: "Unterhaltungen mit Friedrich dem Grossem. Tagebücher des Herrn de Catt 1758–1760" ("Rozmowy z Fryderykiem Wielkim. Dzienniki Pana de Catt 1758-1760"). Pewien bardzo wówczas błyskotliwy człowiek otrzymywał co wieczór "rozkaz" od króla prowadzenia z nim rozmowy o świecie, życiu, sztuce, filozofii i poezji. Wiele czczej gadaniny Francuza, ale przebijają przez to cudowne słowa tego jedynego w swoim rodzaju monarchy. Każdemu staje się bliski przez swoje człowieczeństwo. Widać, jak cierpi i umiera. Ten największy z ludzi toczy za dnia swoje wielkie bitwy, a wieczorem rozprawia z przyjacielem o nieśmiertelności duszy, o Bogu, obowiązkach, o sztukach i nauce. To najwybitniejszy przedstawiciel rodu Hohenzollernów. "Życie to hańba, umieranie to obowiązek", powie on w związku z bitwą, która jest nieodwołalnie przegrana. Cóż to za słowo, które brzmi niczym sygnał do ataku w uszach jego niegodnych następców. Tak, monarchia pod rządami starego Fryca to byłaby najlepsza forma państwa. Ale to tylko iluzja. Skąd wziąć wielkiego Fryca? Taki człowiek zdarza się jedynie raz na 100 lat w historii świata. (...) Ten wielki dowódca nazywa wojnę jedynie "udręką". Jego ideał to Sanssouci (letnia rezydencja władców Prus a potem niemieckich cesarzy, wzniesiony na polecenie króla Fryderyka II w latach 1745-1747), filozoficzne dysputy przy stole i (...) koncert na flecie. Wojnę prowadzi on jedynie z poczucia obowiązku i służby dla własnego narodu. Wielcy ludzie tworzą wielkie czasy - ale wielkie czasy nie tworzą wielkich ludzi. Co to znaczy wielkie czasy? Są czasy spokojne i niespokojne. Nasze należą do tych ostatnich. Czasy jednak stają się wielkie dzięki człowiekowi. Aleksander, Cezar, Barbarossa, Napoleon, Fryderyk, Bismarck. A jak żałosne były ich czasy, chciałoby się o nich nie myśleć. A tak w ogóle czas i człowiek są w organicznym związku. Gdy brakuje wielkiego człowieka, to oznacza, że czas jeszcze nie dojrzał. (...) Decyduje nie rozprzestrzenianie się na strony, lecz w dół i do góry. Już nasze dojrzałe czasy wydadzą wielkiego człowieka. Fryc to świetlisty wzorzec dla naszej słabej generacji. (...)
23 LIPCA 1924 r.
(...) Polityka to kwaśny owoc. Konferencji londyńskiej znowu grozi impas (w czasie tej konferencji, mającej miejsce w lipcu i sierpniu 1924 r. amerykański finansista Charles Gates Dawes - przedłożył plan zmniejszenia i rozłożenia na dogodne raty reparacji wojennych, jakie miały zapłacić pokonane w I Wojnie Światowej Niemcy. Pomogło to ożywić niemiecką gospodarkę, ale jednocześnie nabiło bańkę spekulacyjną, która wybuchła w październiku 1929 r. i skończyła sie krachem na Wall Street, a nastepnie Wielkim Kryzysem finansowym). Żydzi nie chcą pieniędzy, nie mając pewności. A znowu Francuzi chcą innej formy zabezpieczenia. Przypadek, w którym nakładają się interesy niemieckie i żydowskie. Wyzyskiwacze nie będą więc zgodni. Walka między pieniądzem a narodem. Ostatnia walka o formę naszej kultury. Być może wkrótce będziemy tymi, którzy się śmieją ostatni. Francuski instynkt jest taki pewny i właściwy. Trzeba podziwiać ten uparty naród za jego narodową jednorodność. Francja ponad wszystko. Trudno wprost uwierzyć, że ten chory kraj stać jeszcze na takie narodowe uniesienie. (...)
28 LIPCA 1924 r.
"Mein Leben" ("Moje życie") Richarda Wagnera. Tę książkę musi czytać co roku każdy młody artysta, który chciałby zwątpić w ten świat. To jest źródło odwagi, wytrwałości i siły przetrwania. Dlaczego mielibyśmy zwątpić, gdy w tym rozchwianym czasie akurat nam nie wiedzie się najlepiej, jeśli taki geniusz jak Wagner nie stracił odwagi. W tym czasie, który upływa przecież pod znakiem wyraźnie lepszych uwarunkowań zewnętrznych?
Niemcy udają się do Londynu na konferencję. Złożyć podpis. Nie ma mowy o ewakuacji Zagłębia Ruhry (okupacja Nadrenii, w tym Zagłębia Ruhry przez Francuzów i Belgów, trwała od 1 grudnia 1918 r. do końca czerwca 1930 r.). Chcą nas wystrychnąć na dudka. W okresie pacyfizmu i demokracji. W tym świecie chce się wyć, można pęknąć ze śmiechu.
Żyję stale w nerwowym niepokoju. Ta nędza pasożytnictwa. Łamię sobie głowę, jak mógłbym położyć kres tej niegodnej sytuacji. Jeśli się niczego nie chce - nic nie może się udać. Najpierw trzeba wszystko odrzucić: własny pogląd, odwagę cywilną, osobowość, charakter, aby stać się jakąś liczbą w tym świecie protekcji i kariery. Ja jeszcze tą liczbą nie jestem. Jestem wielkim zerem. I pewnie trudno mi będzie nią zostać. (...)
Młodzież akademicka. Przyszli przywódcy narodu. Narybek burżuazji. Nie można brać komunistom za złe, że nienawidzą oni tej burżuazji niczym zarazy. Rozmowa na tematy duchowe jest dla nich nudna i nieprzyjemna. Lubią natomiast sprośne kawały i paplaninę przy piwie. Są nawet zbyt leniwi, aby zagrać w skata. Wielu twierdzi, że także aby spółkować. Nic dziwnego, że stają się grubi, okrągli i tłuści. Entuzjazm - to przeżytek. Ci młodzi ludzie są starzy jak Matuzalem (biblijny Matuzalem - dziadek Noego, miał żyć 969 lat). To jest typ niemieckiego, małomiasteczkowego mieszczanina. Z takim nie rozprawimy się do końca. Tego rodzaju obywatel ma swoją wielką organizację w Reichstagu. Ten sam gatunek, tyle tylko że w powiększeniu i uzbrojony w bezpłatny bilet kolejowy pierwszej klasy. (...) Hasło: wyleźć z bagna. Niech żyje stowarzyszenie życzliwych. Niech żyje międzynarodowa swojskość. Co ma być, to będzie. Nic przecież nie możemy na to poradzić.
Czy szkoda utracić takich "przyjaciół"? Biedny Richard (Flisges - najlepszy przyjaciel Goebbelsa, zginął w kopalni w 1923 r.)! Do jakiego towarzystwa chce się ciebie zaliczyć! Po stracie Anki i śmierci Richarda nie mam już prawdziwych przyjaciół i towarzyszy. Ale i tak muszę być wdzięczny losowi, że przez kilka lat wskazywał mi, co to jest prawdziwa miłość i takaż przyjaźń.Skąd wezmę inspirację i zachętę, jeśli nie z siebie samego? Czerpać z własnych zapasów oznacza jednak na dłuższą metę bezpłodność i zubożenie. Tęsknię za nowym człowiekiem. Mój eros jest chory. Nawet nie wolno mi o nim myśleć. W miłości my, ludzie, jesteśmy przecież wszyscy bezwstydnymi egoistami. Za fallusa ofiaruje się hekatombę nieśmiertelnych dusz. Przemawia przeze mnie rozpacz, ale przecież takie uczucie nie może zatriumfować. Negatywne myślenie prowadzi do zmęczenia, poczucia beznadziejności i rozpaczy. Z powrotem więc do rzeczy pozytywnych.