Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
Musiałem dzisiaj to napisać, bo przyznam się szczerze sytuacja zaczęła się zmieniać diametralnie od chwili, kiedy pan Sławomir Mentzen uznał, że tak po prostu może sobie wyjść do swojego własnego pubu na "piwo z Mentzenem" z panem "bążurem" Trzaskowskim i panem Radosławem "mężem swojej żony" Sikorskim (notabene zastanawiam się dlaczego pani Applebaum wstydzi się nosić nazwisko swego męża 🤔, ale to już jest ich prywatna sprawa). Zastanawia mnie bowiem, co takiego pan Mentzen miał w głowie, że zdecydował się na taki krok i nasuwają mi się tylko dwie możliwości. A mianowicie, albo pan Sławomir Mentzen jest chodzącym geniuszem, który doskonale przewidział jak jego decyzja (pójścia na wspólne piwo z ludźmi, którzy uosabiają cały ten otaczający nas syf - mówiąc oczywiście w wielkim uproszczeniu) wpłynie na jego własnych wyborców i celowo zdecydował się na taki właśnie krok, co znaczyłoby że pan Mentzen jest mężem stanu przewidującym kilka politycznych ruchów do przodu; albo też pan Mentzen uczynił to z własnej głupoty. Naprawdę chciałbym uwierzyć w pierwszą wersję wydarzeń, ale niestety coś mi podpowiada (chyba bebech, a jak mówił Skipper "zawsze ufaj swojemu bebechowi") 😉) że autentyczna jest ta druga wersja. Nie rozumiem, doprawdy nie pojmuje jak można było popełnić taką głupotę i czytając zarówno komentarze wyborców pana Sławomira Mentzena jak i widząc to, jak oni teraz reagują, dochodzę do wniosku że albo mamy do czynienia ze spektakularnym upadkiem tego polityka, albo też... niekoniecznie. Według mnie bowiem pan Mentzen może ten swój błąd jeszcze przekuć w sukces, ale tutaj trzeba zdrowego rozsądku i determinacji. Mianowicie powinien w swoich mediach społecznościowych ogłosić, że to spotkanie było celowym zabiegiem, mającym przekonać jego wyborców do głosowania na Karola Nawrockiego, a przynajmniej przeciw Rafałowi Trzaskowskiemu i zacząć powielać hashtag: "Nie dla Trzaskowskiego". To byłoby bowiem bardzo rozsądne nawet w sytuacji gdy popełnił zwykłą gafę i zrobił się z tego smrodzik, który teraz trzeba posprzątać. Nie wiem jak zachować się pan Sławomir Mentzen, ale to byłoby jak najbardziej dla niego korzystne wyjście z tej "sytuacji bez wyjścia".
Poza tym zobaczmy jak wygląda sytuacja wśród wyborców pana Mentzena, którzy do tej pory w jakiś 70% w drugiej turze wyborów prezydenckich zamierzali oddać głos na Karola Nawrockiego. Otóż tym swoim wypadem na "piwo z Mentzenem" pan Sławomir zmobilizował do tego (myślę że spokojnie) jakieś 90% swoich wyborców. Do tego to, co opowiadał w czasie ostatniej debaty Rafał Trzaskowski na temat Sorosa (że woli go bardziej niż Orbana), oraz to, co mówił na spotkaniu u Mentzena, myślę również że przekonało jakieś 70 może nawet 80% wyborców Grzegorza Brauna do zagłosowania przeciwko "bążurowi". Oczywiście najgorsi zawsze są radykałowie, ci których bardzo ciężko do czegokolwiek przekonać, a tacy są niestety wszędzie we wszystkich partiach, zarówno w Platformie Obywatelskiej (czy szerzej w Koalicji Obywatelskiej) w Prawie i Sprawiedliwości (czy szerzej w Zjednoczonej Prawicy) jak i oczywiście w Konfederacji czy w Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Beton to jest beton, czy to są "Silni razem", czy "Prawi kochani", czy jakieś inne grupy odchyleńców, wydaje się niemożliwe aby cokolwiek do nich dotarło, jakiekolwiek merytoryczne argumenty, poza... własnymi negatywnymi bodźcami, takimi właśnie jak piwo z Mentzenem w towarzystwie Trzaskowskiego i Sikorskiego. Oczywiście nie sądzę aby to przekonało wszystkich, może nawet nie większość z grup radykałów Mentzena i Brauna, ale myślę że jakiś tam procent pomyśli wreszcie logicznie i zobaczy że na szali leży przyszłość Polski - Polski takie koło jaką znamy, bezpieczną, piękną, Polski która ma ambicje. Po drugiej stronie bowiem mamy już tylko podporządkowanie Brukseli, a co za tym idzie Berlinowi, bo to przecież Niemcy rządzą Unią Europejską i tylko idiota powie że jest inaczej, stworzenie armii europejskiej (oczywiście głównie naszym kosztem, bo to my będziemy na to płacić, ponieważ Unii brakuje już pieniędzy praktycznie na wszystko, więc potrzebują nowych podatków, oraz oczywiście euro w Polsce, żeby nas do reszty wydrenować z zasobów, co pozwoli przez jakiś czas odetchnąć niemieckiej gospodarce, która funkcjonuje na zasadzie pasożyta).
Oczywiście wejdą wszelkie "Zielone i Niebieskie Łady", wszelkie ets-y, będziemy kupować niemieckie wiatraczki i stawiać je sobie 500 m. od zabudowań, będziemy ratować niemiecki i francuski przemysł zbrojeniowy (oczywiście naszymi pieniędzmi, bo Polska za bardzo urosła i trzeba ją sprowadzić do parteru, tak jak powiedział prezydent Francji Jacques Chirac jeszcze w 2003 r. {te słowa pamiętam bardzo dobrze i nigdy ich nie zapomnę do końca życia}, a mianowicie: "Polska straciła okazję żeby siedzieć cicho". To było na początku konfliktu w Iraku i wysłania tam również polskich żołnierzy w tym jednostki specjalnej "Grom" i jednostki specjalnej "Formoza" - o których sami amerykańscy żołnierze mówili że to są specjaliści światowej klasy. Oczywiście można się teraz wspierać czy interwencji amerykańska w Iraku była potrzebna, czy nie {według mnie nie była potrzebna, była wręcz szkodliwa, ale interesy koncernów zbrojeniowych jak również paliwowych zaważyły}. W każdym razie sam fakt że Chirac użył wówczas takich słów, pokazuje stosunek Europy Zachodniej nie tylko do krajów Europy Środkowo-Wschodniej, ale przede wszystkim ich stosunek do Polski, jako największego z tych krajów. Zostaliśmy bowiem przyjęci do Unii Europejskiej w 2004 r. tylko i wyłącznie w celu łatwiejszej eksploracji naszego rynku i ewentualnego przenoszenia tam zachodnich firm aby pozyskać tańszą "siłę roboczą", a co za tym idzie zbijania kosztów, i oczywiście nie płacenia żadnych podatków. Innym powodem było również drenowanie zasobów ludzkich krajów kolonizowanych, czyli takich jak Polska, a więc ściąganie informatyków, lekarzy, budowlańców, specjalistów wszelkich branż do Niemiec, do Francji, do Wielkiej Brytanii itd. itp. Natomiast w żadnym razie nie zostaliśmy przyjęci do UE aby wyrównać dziejową niesprawiedliwość roku 1939 i 1945. Nigdy bowiem nie chodziło o wspólną Europę, zawsze chodziło o ich Europę, a konkretnie o niemiecką, ewentualnie niemiecko-francuską Europę. Inne państwa - szczególnie te na wschód od Odry - miały siedzieć cicho, pokornie przyjmować to, co ześlą nam "starsi i mądrzejsi" z Zachodu i wykonywać polecenia - tyle. Dlatego też poparcie w 2003 r. Stanów Zjednoczonych przez Polskę było takim szokiem dla tzw krajów "Starej Europy", a w zasadzie ich elit i dlatego Chirac wówczas powiedział to, co powiedział).
Tak więc albo się obudzimy teraz, póki nie jest jeszcze za późno, albo wszyscy skończymy w niemiecko-francuskim sosie zwanym Europą, w którym Polska - jeżeli w ogóle przetrwa - to co najwyżej z nazwy, bo wszystkie inne instytucje naszego państwa (łącznie z wojskiem) zostaną podporządkowane zewnętrznej władzy Brukseli/Berlina. Tak więc póki nie jest za późno powiedzmy razem: "Rafałowi Trzaskowskiemu mówimy goodbye!"
PS: Jeszcze jedno. Podobno ostatnio widziano prawdziwego zombie, który wstał z grobu? Nie wiem czy to prawda, tak tylko słyszałem że jakieś ruchy tektoniczne obudziły z krypty grobowej Erikę Steinbach zwaną też "Wypędzoną". Na ten temat postaram się napisać nieco dłużej, w każdym razie teraz powiem tylko że jeżeli Niemcy, obecni Niemcy nie zapłacą reparacji za zbrodnie swoich przodków, jeżeli nie uregulują i ostatecznie nie zamkną tej haniebnej sprawy, to jakiekolwiek zbliżenie polsko-niemieckie nigdy nie dojdzie do skutku i nie ma na nie najmniejszych nawet szans. Nie interesują mnie teksty w stylu "współcześni Niemcy to już inne pokolenie, nie pamiętają wojny, nic złego nie uczyniły" itd. Wasi przodkowie (zwracam się tutaj do przedstawicieli narodu "wąsacza" - bo chociaż był on Austriakiem, to przecież uważał się za Niemca) zniszczyli mój kraj, wymordowali 6 milionów Polaków (w tym 3 miliony polskich Żydów). Totalnie zniszczyli Warszawę, szereg miast i niezliczoną ilość wsi. Wywołali do tego wojnę światową, aby połechtać własne ego o byciu "narodem panów". Gdyby wygrali to byłaby katastrofa nie tylko dla mojego narodu, ale dla całej Europy - bo przecież Hitler walczył również (a może przede wszystkim) o nową Europę (tak jak Unia Europejska dzisiaj). Wszystkie narody Europy miały znaleźć w niej swoje "szczęśliwe miejsce", wszystkie, oprócz Polaków, bo my (podobnie jak Rosjanie, Ukraińcy, białorusini, zapewne także Litwini) zostaliśmy podzieleni na trzy kategorie w "Nowej Europie". Te kategorie to: przeznaczeni (i zdatni) do germanizacji, niewolnicy pracujący w wielkich niemieckich latyfundiach na Wschodzie (po zwycięstwie nad Związkiem Sowieckim), oraz ci, którzy przeznaczeni zostali do fizycznej eksterminacji. Ciekawe w której grupie znalazłbym się ja sam? Być może w pierwszej z racji moich korzeni, ale z racji wyboru trafiłbym do trzeciej, podobnie jak mój pradziadek, który sam podjął taki wybór. Tak więc najpierw reparacje, a potem wrócimy do czasów polsko-niemieckiego pojednania, który już istniał między naszymi narodami przez co najmniej 300 lat. Zresztą Niemcy w Polsce zawsze byli utożsamiani ze spokojem, kulturą i filozofią, zawsze, aż do drugiej połowy XIX wieku, a tak naprawdę do roku 1939.
POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)
KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. XXI
(RETROSPEKCJA)
Rok 863 to również czas drugiego buntu Karlomana - najstarszego syna Ludwika II "Niemca" - przeciwko swemu ojcu. Dążący do niepodzielnej władzy Karloman, chciał pozbyć się ojca i nie tylko uniezależnić prowincję którą władał - czyli Karyntię (zwaną wówczas Karantanią), ale przede wszystkim zdobyć koronę Królestwa Franków Wschodnich. Ludwik II z ciężkim sercem ponownie musiał wyprawić się przeciwko swemu synowi. Karlomana zdradził i opuścił hrabia Gunakar, który otworzył jego ojcu drogę do Karyntii, poddając gród Schwarzafurt leżący przy przełęczy Semmering (uzyskał za to tytuł margrabiego), a to spowodowało że nieprzygotowany jeszcze do walki Karloman musiał ponownie przed ojcem kapitulować. Ponownie złożył więc przysięgę wierności, le cz tym razem ojciec był bardziej czujny i umieścił go w areszcie domowym w Ratyzbonie (skąd wkrótce potem ucieknie i... wznieci trzeci bunt 🤭). Drugi zaś syn Ludwika "Niemca" Ludwik III zwany "Młodszym", na razie też dotrzymał ojcu wierności (zbuntuje się dopiero w 866 r.). W drugim buncie Karlomana również poparł go władca Wielkich Moraw - Rościsław I co ponownie zagrażało wschodniofrankijej dominacji na Wschodzie, ale okazało się że Morawianie wcale nie są najgorszą zmorą, z jaką mogli spotkać Frankowie. Oto bowiem w roku 863 po raz pierwszy w historii na Królestwo Franków Wschodnich (czyli ziemie dzisiejszych Niemiec) swój najazd skierowali Madziarzy. Jest to pierwszy poświadczony historycznie najazd tego przybyłego z Azji plemienia, które realnie osiądzie w Europie (na nizinie węgierskiej) dopiero w roku 896 (w Monarchii Austro-Węgierskiej, a raczej w samym Królestwie Węgier w roku 1896 obchodzono 1000-lecie węgierskiej bytności w Europie). Madziarzy zachowywali się niczym Hunowie, Normanowie a nawet Saraceni, niszczyli na swej drodze wszystko, co napotkali. Był to jednak dopiero przedsmak tego, co czeka Europę w pierwszej połowie X wieku, gdy węgierskie zagony dotrą do Italii i Burgundii (a nawet do północnej Hiszpanii i dopiero klęska w bitwie nad rzeką Lech w Bawarii {notabene skąd się wzięła lechicka nazwa rzeki w tamtym "germańskim" kraju 🤔}, położyła kres węgierskim najazdom i pozwoliła ucywilizować to plemię, które jako pierwsze - przed nami - stało się królestwem, gdyż już w roku 1001 {ponoć Węgrzy mieli ukraść koronę, która pierwotnie była przeznaczona przez papieża Sylwestra II dla Bolesława Chrobrego).
Problemów nie brakowało również bratu Ludwika "Niemca" Karolowi II "Łysemu". Najbardziej palącym z nich, była obecnie kwestia Normanów, osiadłych na wyspie Oissel, na Sekwanie. Nijak nie można było się ich stamtąd pozbyć, tym bardziej że spodobała im się praktyka wymuszania okupu w zamian za spokój i ułudę bezpieczeństwa. Jedyne do czego doprowadził Karol, to zabezpieczenie tego terenu na tyle, aby ataki Wikingów nie były zbyt dokuczliwe i nie rozlewały się zbyt daleko poza Sekwanę, przeto na południe od tej rzeki obroną regionu dowodził Robert Mocny - późniejszy założyciel rodu Robertyngów, którzy na krótko przejmą królewską władzę we Francji; na północy zaś obroną dowodził Baldwin "Żelazne Ramię" z Flandrii (choć jego ród wywodził się pierwotnie ze środkowej Nadrenii i Alzacji. W Królestwie Lotaryngii zaś Lotar II cierpiał z powodu wymuszonego (przez papieża Mikołaja I i poniekąd również swych stryjów Ludwika "Niemca" i Karola "Łysego") rozstania ze swą ukochaną Waldradą i ponownego przyjęcia na dwór swej małżonki Teutbergi. Już wkrótce jego miłość do nałożnicy (która urodziła mu syna z którego on chciał uczynić swego następcę) stanie się silniejsza niż papieski zakaz i ponownie przywoła ją do siebie, a oddali Teutbergę, czym ponownie rozpęta małżeński konflikt (865 r.). W Królestwie Italii cesarz Ludwik II (zwany pogardliwie przez Hinkmara - arcybiskupa Reims i sojusznika Karola Łysego - "cesarzem Italii") kontynuuje swoją pracę objeżdżania królestwa i osobistego rozwiązywania spraw ludu. Dodatkowo miał on problem ze swoimi możnowładcami, a szczególnie z dążącym ku suwerenności księciem Benewentu Radelchisem (który tytułował się księciem Longobardów i był nadzieją tych wszystkich, którzy widzieli odrodzenie Italii w wypędzeniu stamtąd Franków). Aby osłabić władzę Benewentu, dzięki osobistej interwencji Ludwika II Italskiego jeszcze w 844 r. powstało księstwo Salerno, które zarówno w walce z Radelchisem jak i Saracenami z Bari, Brindisi i Tarentu, a także muzułmańskimi korsarzami z Sycylii, musiało orientować się właśnie na pomoc Ludwika. Podobnie jak rządzący Kapuą (leżącą w księstwie Benewentu) Gastaldowie (notabene starożytna Kapua, miasto w którym w 73 r. p.n.e. swe sławne powstanie wzniecił Spartakus, zostało całkowicie zniszczone przez Saracenów w roku 841 i ród Gastaldów odbudował nową Kapuę nad Volturno). Najwięcej jednak problemów sprawiają Saraceni z Bari (miasto to opanowali w roku 841, zaś Brindisi i Tarent w 840). Ich ciągłe wypady powodują, że tamtejsze klasztory są nieustannie grabione, albo muszą się opłacać muzułmanom. Pierwsza kampania zorganizowana przez Ludwika II przeciwko Bari w latach 851-852 zakończyła się fiaskiem, do drugiej dojdzie w roku 866, w czasie której cesarz wezwie pod swe sztandary wszystkich wolnych i zdolnych do noszenia broni mężczyzn w Italii. Ta kampania też nie przyniesie sukcesu, ale nieustanne walki trwające przez kolejne pięć lat, w roku 871 zaowocują zdobyciem Bari przez italskich chrześcijan.
W styczniu roku 863 w Królestwie Burgundii umiera prawie 18-letni najmłodszy syn Lotara I - Karol Prowansalski. Ten młody chłopak (cierpiący na epilepsję) nie tylko nie zdążył spłodzić potomstwa, ale również realnie nigdy nie rządził swym królestwem.
Czynił to w jego imieniu hrabia Girard, który był prawdziwe władcą Burgundii. W roku 861 ów były hrabia Paryża, a obecnie hrabia Vienne, pan Avallonu, Vézelay i Pothiéres zwyciężył pod Camarque Wikingów, którzy dotarli aż do Arles. Ów potężny możnowładca (żonaty z Bertą - córką Hugona Trwożliwego z rodu Eutychonidów) i mający oparcie w Rzymie u samego papieża Mikołaja, dąży do zjednoczenia Burgundii z Lotaryngią, tak, aby ponownie (jak za czasów Lotara I) połączyć ze sobą dolinę Rodanu i dolinę Renu, umożliwiając tym samym odrodzenie handlu w tym regionie. Jednak jego plany podporządkowania Burgundii Lotarowi II, wywołują sprzeciw cesarza Ludwika II Italskiego (który dotąd pomagał bratu w kwestii jego rozwodu z Teutbergą, a nawet rozpoczął marsz na Rzym - o którym pisałem w poprzedniej części). Ludwik bowiem również pragnie dostać swoją "działkę" po najmłodszym z braci. Ale oto pojawia się kolejny trzeci, konkurent w postaci Karola Łysego, który najeżdża Burgundię (863 r.) pragnąc przyłączyć ją do Królestwa Franków Zachodnich. Jego interwencja jednak kończy się fiaskiem (dociera tylko do Mačon) i musi zawrócić niczego nie zyskawszy. Wiedząc jednak że Burgundia może być teraz przedmiotem kolejnych wojennych zabiegów braci i stryjów zmarłego króla Karola, Girard postanawia rozwiązać tę sprawę raz na zawsze (oczywiście również z korzyścią dla siebie) i zaprasza obu braci na wielki zjazd do swego pałacu Mantaille, nieopodal Vienne. W wyniku tego spotkania (863 r.) Burgundia zostaje podzielona na dwie części: część zachodnia (z Lyonem, Vienne i Grenoble) przypada w udziale Lotarowi II a rządzi nią dalej Girard; część wschodnia zaś (Arles, Aix, Embrun) zostaje przyłączona do Królestwa Italii Ludwika II (jednak cesarz, tak bardzo pochłonięty sprawami swego królestwa, nigdy nie odwiedzi tych ziem, w zasadzie cały okres po roku 863 spędzając na południu Italii, gdzie organizuje albo obronę, albo też ataki na Saracenów z Bari Tarentu czy Brindisi).
Nadchodzi rok 864 i od razu wybucha wielki skandal związany z usuniętymi biskupami Kolonii i Trewiru - Guntara i Teutgauda (o których pisałem w poprzedniej części). Oto bowiem oni (wraz z również wyrzuconym ze swego biskupstwa Hilduinem z Cambrai) nie zyskawszy nic na interwencji Ludwika II Italskiego w Rzymie, postanawiają sami wziąć sprawy w swoje ręce i przy akompaniamencie jawnych złorzeczeń na papieża Mikołaja I ("podstępny tyran") zebrawszy przy sobie grupę zbrojnych (a raczej wydaje się zwykłych rzeźmieszków) na grobie św. Piotra na Lateranie piszą ordynarny list do papieża, którego pierwsze słowa rozpoczynają od: "Słuchaj, panie papieżu, Mikołaju...!" Wywołują tym ogromny skandal, a ponieważ cały czas są w Rzymie, papież nakazuje ich aresztowanie. Oni jednak zabijają jednego ze strażników który przyszedł ich aresztować, a pozostałych zmuszają do złożenia broni, a następnie zasileni ich mieczami, uciekają z miasta. Od tej pory żyli jak wygnańcy i zbiedzy (choć oczywiście słali listy do królów - głównie Ludwika II Italskiego, w których prosili o wsparcie we własnej sprawie, lecz zawsze bezskutecznie) i zmarli też na wygnaniu w Italii (Teutgaud w 868 r. a Guntar w 871 r.). Na północy, w Bawarii zbiegły ze swego aresztu domowego w Ratyzbonie Karloman, ponownie wznieca trzeci już bunt przeciw swemu ojcu (861, 863, 864) - Ludwikowi II "Niemcowi". Ponownie też kończy się on fiaskiem, ale po raz trzeci ojciec wybacza swemu wyrodnemu synowi. W tym samym czasie, w miejscowości Tulln nad Dunajem, dochodzi do spotkania Ludwika II "Niemca" z carem Bułgarów - Borysem I. Spotkanie to ma dwa cele. Pierwszym i najważniejszym jest zawiązanie sojuszu z Bułgarami w planowanej inwazji na państwo Wielkich Moraw Rościsława I; drugim celem zaś jest przygotowywana już przez duchowieństwo bawarskie misja chrystianizacji Bułgarii. Wielka ofensywa Ludwika II przeciwko Morawianom, rusza w sierpniu 864 r. właśnie z obozu pod miastem Tulln (jest to bowiem obszar na którym znajdują się dawne rzymskie drogi, ułatwiające szybki przemarsz wojsk). Celem tej inwazji był podbój Wielkich Moraw i zamiana tego słowiańskiego kraju we frankijską marchię. Uderzenie następowało od południowego-wschodu, ale Rościsław nie zdecydował się na przyjęcie walnej bitwy i wycofał się do twierdzy Devin (koło Bratysławy), gdzie został oblężony i gdzie musiał przyjąć warunki Ludwika II. Wielkie Morawy ponownie więc stawały się wasalem Cesarstwa, a książę zobowiązywał się "wiernie dochować wierności królowi". Sukces Ludwika "Niemca" był jednak tak krótkotrwały, jak jego kampania. Po wycofaniu się wojsk frankijskich z Moraw, Rościsław ponownie zrzucił wszelką zależność od Franków. Dodatkowo w tym właśnie czasie na Morawy przybyło dwóch misjonarzy z Konstantynopola: Cyryl (Konstantyn) i Metody. A od tej właśnie chwili my również powracamy nad Bosfor.
Jak już wcześniej wspominałem w jednej z wcześniejszych części tej serii, Morawianie przyjęli chrzest od Franków Wschodnich w roku 831 (a konkretnie z Bawarii, ustanawiając jednocześnie podległość diecezjalną - a co za tym idzie również polityczną - arcybiskupstwu w Ratyzbonie), gdy biskup Reginhart miał ochrzcić "wszystkich Morawian". Przez lata jednak, w wyniku ciągłych niepokojów i jawnych wojen morawsko-frankońskich wzrastała wśród słowiańskiego ludu niechęć wobec duchowieństwa bawarskiego, które ostatecznie zostało usunięte z wielkich Moraw w latach 853-854. Do dziś jednak pokutuje przekonanie, że usunięcie kleru frankijskiego (głównie bawarskiego, ale silne są również wpływy Iro-Szkotów na chrystianizację Morawian,) i przyjęcie chrztu z Konstantynopola za przykładem ojców misjonarzy Cyryla i Metodego, związane było z niechęcią odprawiania przez duchownych frankijskich mszy świętej w języku starosłowiańskim. Nie jest to prawda i pisałem już o tym wcześniej, gdyż Frankowie w celu chrystianizacji Słowian (a głównie Morawian) założyli co najmniej trzy ośrodki misyjne w których uczono języka starosłowiańskiego i w tym właśnie języku odprawiano liturgię. Były to miejscowości: Tulln, Maria Saal i Mosaburg (w Tulln mieściła się również sławna biblioteka Madalwina, stanowiącą bazę wykładowczą dla działającej tam szkoły nauki języka starosłowiańskiego). Dlatego też twierdzenie że Morawianie nie mogli odprawiać mszy w swem własnym języku, tylko w języku staro-dolnoniemieckim, jest fałszywe. Dlatego też wypędzenie duchowieństwa frankijskiego z Wielkich Moraw i przyjęcie misjonarzy bizantyjskich, związane było przede wszystkim z polityką, czyli z niechęcią podporządkowania się zarówno arcybiskupstwu w Ratyzbonie jak i bezpośrednio królowi Ludwikowi II "Niemcowi". Zagrożenie ze strony Konstantynopola było niewielkie, dlatego też wybranie tamtej drogi misyjnej, chociaż Rościsław I szukał dróg porozumienia z Papiestwem już od roku 854/855, kiedy wysłano pierwsze morawskie poselstwo do Rzymu. Papież Mikołaj I jednak zwodził Morawian, niechcąc udzielić im jasnego wsparcia, lub też potępić za usunięcie frankijskiego kleru. Ostatnie poselstwo Rościsława przybyło do Rzymu w roku 861, potem stracono nadzieję na jakiekolwiek pozytywne rozwiązanie w tej kwestii.
W 863 r. na dwór cesarza Michała III w Konstantynopolu zjawiło się poselstwo Morawian, prosząc władcę Rzymian (mówiących po grecku 😉) o przysłanie im... i tutaj dokładnie nie wiadomo czy Rościsław prosił o przesłanie im "biskupa i nauczyciela", czy tylko z samego "nauczyciela" - gdyż opinie na ten temat są bardzo różne. Wydaje się jednak że to pierwsze, gdyż Rościsławowi bardziej zależało na przysłaniu osoby posiadającej wyższe święcenia duchowne, który byłby w stanie wyświęcić lokalnych kapłanów, którymi to możnaby było zastąpić duchownych z kraju Franków. Oczywiście warunkiem koniecznym była również znajomość języka słowiańskiego, aby mogli się swobodnie porozumiewać z wiernymi. Cesarz Michał jednak postanowił wysłać na Morawy nie biskupa, ale dwóch braci, którzy nie posiadali jeszcze święceń kapłańskich (Konstantyn był diakonem, a Metody mnichem). Pytanie dlaczego cesarz nie zdecydował się na wysłanie tam biskupa, wydaje się dosyć oczywiste - Morawy leżały daleko na północy, poza obrębem diecezjalnych wpływów Konstantynopola, natomiast bezpośrednio w sferze wpływów arcybiskupstwa bawarskiego, gdyby więc posłano tam biskupa, doszłoby do bezpośredniego zatargu nie tylko z duchowieństwem bawarskim, ale również z Rzymem. Natomiast wysłanie dwóch kleryków było najbardziej optymalną opcją, cesarz bowiem w każdej sytuacji umywał ręce, a jednocześnie zyskiwał na tym politycznie (Morawy wchodziły - choć nieoficjalnie a realnie - w obszar wpływów Konstantynopola). Ponieważ dodatkowo zarówno Konstantyn jak i Metody uzyskali poparcie papieża dla swej misji w kraju słowiańskim dzięki "odnalezieniu" na Chersonezie szczątków jednego z pierwszych papieży - św. Klemensa i wysłaniu ich do Rzymu, gdzie służyły za relikwie; przeto zgoda została udzielona i można było ruszać w daleką i niebezpieczną podróż. Obaj bracia misjonarze ruszyli w pierwszej połowie roku 864, a ich podróż trwała ok. 7 tygodni. Przebyli 1700 km na trasie Konstantynopol-Serdica-Nisz-Belgrad-Sirmium-Carnuntum. Tam też rozpoczęła się ich trzyletnia misja chrystianizacyjna, która przyniosła nadspodziewane efekty. Przez te trzy lata Konstantyn (zwany Cyrylem) i Metody wyświęcili więcej kapłanów spośród Słowian morawskich, niż duchowni bawarscy przez ponad 20 lat swej posługi kapłańskiej. Do tej sprawy jeszcze powrócimy, a tymczasem wróćmy do Konstantynopola.
O ile książę Rościsław Morawski wolał Bizantyjczyków od Franków, o tyle (panujący od 852 r.) car Bułgarów - Borys I wolał przyjąć chrześcijaństwo z Rzymu, a nie z Konstantynopola. Co prawda Borys jeszcze w 863 r wysłał poselstwo do Konstantynopola deklarując iż pragnie przyjąć stamtąd chrzest, pod warunkiem jednak, że zarówno patriarcha Focjusz jak i cesarz Michał zgodzą się na utworzenie niezależnej od Konstantynopola diecezji Kościoła bułgarskiego. Focjusz (który sprawował swój patriarchat od grudnia 858 r. wcześniej bowiem był człowiekiem świeckim, dlatego też na szybko, tuż przed Bożym Narodzeniem roku 858 musiał przyjąć wszystkie święcenia kapłańskie) co prawda wysłał do Pliski biskupa z misją nawracania Bułgarów na chrześcijaństwo, to jednak nie zgodził się na oddzielną metropolię diecezjalną. Car Borys podziękował więc mu za przybycie i nakazał wracać z powrotem, a sam wysłał poselstwo do Rzymu, do papieża Mikołaja, prosząc o przesyłanie misjonarzy, a jednocześnie o zgodę na autokefalię. Papież oczywiście zgodził się wysłać biskupów do Bułgarii, ale ze zgodą na utworzenie samodzielnej diecezji bułgarskiej wstrzymywał się. Trwało to kilka miesięcy i nadszedł rok 864, a do Bułgarii nie przybył jeszcze żaden biskup, ani mnich z Rzymu. Mimo to sam fakt zgody na wysłanie swego przedstawiciela przez papieża do Bułgarii, którą Konstantynopol bezpośrednio uważał za swoją strefę wpływów zarówno politycznych jak i misyjnych, wzbudził niezadowolenie w Konstantynopolu. Wspólnie cesarz i patriarcha postanowili więc przeprowadzić wielką demonstrację wojskową, która w przypadku niepowodzenia miała zakończyć się inwazją na Bułgarię, a ponieważ armia bizantyjska w tym właśnie okresie zaczęła ponownie przeżywać swoje odrodzenie, przeto nie były to jedynie czcze pogróżki. Dowodem tego była kampania roku 863, podczas której to emir Melitene - Omar (działając za zgodą i wiedzą kalifa al-Mustaina) przedsięwziął wielką inwazję na Anatolię. Pomocy udzieliły mu liczne formacje mnichów wojowników zwanych paulicjanami (o których już kiedyś pisałem w tym temacie) a którymi w tamtym czasie przewodził niejaki Karbeas. Był on niegdyś bizantyjskim oficerem, który jednak porzucił służbę w armii i zbiegł do Kalifatu po tym, jak na rozkaz cesarzowej Teodory (matki Michała III) rozpoczęto w roku 843 wielkie prześladowania heretyków (głównie paulicjan) zakończone wymordowaniem większości z nich (reszta uciekła na Wschód). Podczas tych rzezi zginął również ojciec Karbeasa, który był paulicjaninem. W Kalifacie (a raczej w emiracie Melitene) Karbeas napotkał dwa rozproszone siedliska paulicjan, złożone z mnichów wojowników - w Argaoun i Amarze. Szybko zdobył nad nimi kontrolę, a następnie wyprowadził ich w górę Eufratu, do miejscowości Tefrike - gdzie założono nową siedzibę Zakonu i wzniesiono potężną twierdzę. Emirowie Melitene pozwalali paulicjanom przebywać na swym terytorium, gdyż wykorzystywali ich podobnie jak mrówki mszyce, do ataków na Bizancjum. Karbeas miał też bardzo dobre stosunki z emiratem (mówiło się nawet, że potajemnie przeszedł na islam). W czasie inwazji na Anatolię z roku 863 paulicjanie byli jedną z kluczowych formacji armii emira Omara z Melitene.
CESARZOWA TEODORA
Inwazja ta rozpoczęła się nadzwyczaj dobrze dla muzułmanów. Spustoszyli oni tem Armeniakon - biorąc tam licznych jeńców, a następnie zdobyli potężną twierdzę, leżącą nad brzegami Morza Czarnego - Amisos. Następnie skierowali się dalej na zachód, ale na granicy temu Paflagonii, drogę zastąpiła im armia rzymska (bizantyjska) dowodzona przez Petronasa - stryja cesarza Michała III i młodszego brata realnie władającego wówczas Cesarstwem Bardasa. Tam właśnie, 3 września 863 r. w bitwie pod Lalakon w pobliżu Kastamonu, armia rzymska pokazała swoją odnowioną skuteczność bojową (po latach zastoju), zadając muzułmanom z emiratu Melitene i paulicjanom całkowitą klęskę. W bitwie polegli zarówno Karbeas jak i emir Omar, a Bizantyjczycy odzyskali wszystkie łupy i jeńców wcześniej pochwyconych (w tym oczywiście miasto Amisos). W bitwie tej poległo wielu mnichów wojowników paulicjan, a bitwa pod Lalakon jest punktem zwrotnym w dziejach Bizancjum, gdyż od tej chwili zaczyna się ich kontrofensywa we wszystkich kierunkach, zarówno przeciwko Kalifatowi, jak i Bułgarom, Słowianom czy Saracenom w Italii (swoją drogą jako ciekawostkę dodam, że gdy Bolesław I Chrobry zdobył Kijów w 1018 r. to wysłał list do cesarza bizantyjskiego Bazylego II Bułgarobójcy do Konstantynopola, w którym zapowiadał że jeśli cesarz nie złoży mu hołdu, to ruszy na Konstantynopol, zdobędzie miasto i sam koronuje się na cesarza). Bizantyjczycy przystąpili więc do ofensywy i wkroczyli na ziemie Kalifatu, gdzie w listopadzie tego samego 863 r. w bitwie pod Mayafaraqin rozbili armię muzułmańską dowodzoną przez Ali ibn-Jahię "Ormianina" (byłego chrześcijanina który przyjął islam) i Ostikana z Azerbejdżanu (a w zasadzie to z temu Armeniakon), którzy dostali się do niewoli, a następnie - wzorem dawnych rzymskich wodzów - szli w triumfalnym marszu Petronasa przez ulice Konstantynopola, a następnie z rozkazu cesarza Michała III zostali straceni. Paulicjanie zaś wybrali sobie na nowego przywódcę Chryzocheirosa, który był równie zaprawionym w boju wojownikiem jak i wodzem. Po tej kampanii Kalifat został skutecznie spacyfikowany na przynajmniej kilka lat, dlatego też można było przeprowadzić demonstrację wojskową przeciwko Bułgarom na północy.
POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)
KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. XX
(RETROSPEKCJA)
Powracającemu (z końcem 860 r.) z Królestwa Franków Zachodnich (które zajął na swym bracie Karolu II "Łysym") po prawie dwuletniej nieobecności we własnej domenie, Ludwik II "Niemiec" zastał tutaj sytuację, której się nie spodziewał. Mianowicie jego 30-letni syn Karloman (władający dotąd Bawarią i Karyntią), bardzo szybko wszedł w buty króla Franków Wschodnich i to na tyle skutecznie, że powrót ojca nie był mu na rękę. Poślubiwszy córkę bawarskiego hrabiego Ernesta ("pierwszego wśród możnych") i mając wsparcie opata Waldo, Karloman postanowił usunąć ojca z tronu i sam koronować się na nowego króla wschodniej domeny Franków. Zebrawszy liczne wojsko, wiosną 861 r. ruszył na południowy-wschód, odbierając ojcu znaczne tereny aż do rzeki Inn. Nie był jednak w stanie opanować całego kraju, a i Ludwik "Niemiec" niezbyt chętnie pragnął walczyć ze swym pierworodnym. Zdając sobie sprawę że niczego więcej nie wskóra, późną wiosną 862 r. Karloman postanowił pojednać się z ojcem na zasadzie ponownego złożenia mu przysięgi wierności, a jednocześnie zatrzymał przy sobie wszystkie nabytki terytorialne, jakie uzyskał w trakcie swojego buntu. Dzięki temu sama Bawaria znacznie poszerzyła się terytorialnie. W tym buncie przeciwko ojcu wspierał Karlomana i hrabiego Ernesta książę Wielkich Moraw - Rościsław, dzięki czemu Karloman (jeszcze w 860 r.) wydał w jego ręce - ukrywającego się dotąd w Bawarii - obalonego władcę Nitry - Prywinę (którego Rościsław kazał zamordować, chociaż istnieją też przekazy że Priwina, dowiedziawszy się o zdradzie Karlomana i zamiarze wydania go w ręce Rościsława, uciekł, lecz szybko dopadła go pogoń i wówczas zginął w walce. Nie wiadomo jaka wersja jest prawdziwa, lecz fakt pozostaje bezsporny - Priwina stracił wówczas życie). Teraz następstwo nitrzańskiego stolca przeszło w ręce (również ukrywającego się u Franków) syna Prywiny - Kocela. Natomiast hrabia Ernest i jego bracia: Uton i Berengar (a także opat Waldo) utracili swoje ziemie i musieli ratować się ucieczką na Zachód, do Karola Łysego.
Gdy jeden bunt został zażegnany, nagle okazało się że... wybuchł drugi, gdyż oto zarządzający (w imieniu ojca oczywiście) wschodnią Frankonią, Saksonią i Turyngią, młodszy syn Ludwika Niemca - Ludwik III, pozazdrościł bratu separatystycznych ciągotek i postanowił owe prowincje też wykroić spod władzy swego królewskiego ojca (862 r.). Jednak po porozumieniu się Karlomana z ojcem, znalazł się Ludwik III w nieciekawej sytuacji i natychmiast zrezygnował z planów suwerennościowych, udał się do ojca, padł przed nim na kolana i podobnie jak starszy brat złożył mu przysięgę wierności (byle tylko zachować władzę nad zarządzanymi przez siebie prowincjami). Cóż, można powiedzieć że Ludwik Niemiec nie miał szczęścia do synów, którzy albo chcieli pozbawić go władzy i usunąć w cień (najlepiej do jakiegoś klasztoru), albo wykroić sobie swoje własne domeny 🥴. Również szczęścia do własnych synów nie miał młodszy brat Ludwika Niemca, Karol II Łysy, który zarządzał Królestwem Franków Zachodnich (czyli ziemiami dzisiejszej Francji). Jego najstarszy (urodzony w 846 r.) syn Ludwik, był dzieckiem niezwykle wrażliwym i delikatnym, często też zapadał na zdrowiu. Szybko też się denerwował (szczególnie gdy miał podjąć jakąś decyzję,) a gdy to następowało, zaczynał się jąkać, co spowodowało że przeszedł do historii pod nazwą Ludwika Jąkały. Młodszy od niego o rok, Karol zwany Dzieciątkiem, był szalony (stało się to zapewne w wyniku odniesionej jeszcze we wczesnym dzieciństwie rany mieczem, co kompletnie pomieszało mu zmysły). Ojciec co prawda uczynił go księciem Akwitanii, ale realnie ani tam nie panował, ani też nie podejmował żadnych decyzji, nawet tych, dotyczących siebie samego. Trzeci, urodzony ok. 848 r. syn Karola Łysego - Lotar, był natomiast kulawy, co spowodowało że ojciec przeznaczył go do stanu duchownego. Jedynym zdrowym synem Karola Łysego był jego czwarty, najmłodszy potomek - Karloman (urodzony ok. 849 r.) który jednak również musiał przywdziać strój zakonny i w 860 r. (w wieku zaledwie 12 lat) został opatem klasztoru Świętego Medarda (bardzo mu to jednak nie pasowało i gdy tylko trochę podrośnie zbierze wokół siebie różnych rzeźmieszków i zbójców, stanie na ich czele i stworzy z nich prawdziwą łotrowską bandę, a następnie zbuntuje się przeciwko ojcu i wypowie mu posłuszeństwo).
Po odzyskaniu władzy nad domeną zachodnią (860 r.)Karol Łysy musiał wprowadzić tutaj nowe porządki, usunąć ludzi którzy wypowiedzieli mu posłuszeństwo i poparli jego brata Ludwika Niemca, a poprzeć tych, co do których mógł mieć zaufanie. Mając oparcie w arcybiskupie Reims Hinkmarze, Karol Łysy początkowo-planował zrobić totalną czystkę wśród możnych którzy go zdradzili. Ostatecznie jednak postanowił ukarać zaledwie kilku dla przykładu, a większości przebaczyć, gdyż w przeciwnym razie taki bunt mógł się bardzo szybko ponownie powtórzyć. Problem stanowiły dwie prowincje: Akwitania i Bretania. W tej pierwszej (wypuszczony z klasztoru Świętego Medarda) bratanek Karola - Pepin II Akwitański, miał znaczne poparcie zarówno możnych jak i ludu. Co prawda był to król obecnie bardziej "partyzancki" (gdyż często zmieniał miejsce pobytu, aby tylko ponownie nie wpaść w ręce swego wuja), mimo to dla Karola jego obecność była niezwykle dokuczliwa (samą bowiem swą obecnością podważał władzę Karola Łysego nad Akwitanią). Dodatkowo największym miastem Akwitanii - Tuluzą zarządzał ród Rajmundytów (hrabia Rajmund dowodził obroną miasta przed wojskami Karola Łysego w roku 844 - o czym już pisałem), który lawirował pomiędzy wiernością Karolowi a Pepinowi (raczej wspierał tego drugiego). Septymanią zarządzał hrabia Bernard "Kosmata Stopa" (miał bowiem niezwykle owłosione nogi) marzący o niezależności i oderwaniu się od domeny Karola Łysego. Owernią zarządza inny Bernard (łącznie w tym czasie było 11 hrabiów o tym imieniu, co bardzo komplikuje rozróżnienie który naprawdę zarządzał jakimi ziemiami). Wszyscy oni myślą tylko o tym, jak tu ostatecznie uniezależnić się od wnuka Karola Wielkiego i przestać uznawać go za swego króla. Karol usuwa kilku wielmożów, aczkolwiek czyni to niezwykle delikatnie, aby nie sprowokować kolejnego buntu możnych (np. ród Rorgonidów traci swoje wpływy jedynie na parę lat). oficjalnie przebacza Robertowi Mocnemu (założycielowi rodu Robertyngów) którego w 861 r. mianuje diukiem ziem pomiędzy Sekwaną a Loarą, z zadaniem obrony tych terenów przed atakami Normanów i Bretończyków. W ogóle całe Królestwo podzielone jest na większe i mniejsze mini domeny, zarządzane przez poszczególne rody, a Karol jako wasal musi znaleźć złoty środek żeby ponownie nie zrazić do siebie swoich lenników.
Na odcinku bretońskim zaś udało się Karolowi dojść do porozumienia z królem Erispoë i wydać swego syna Ludwika Jąkałę za córkę tego władcy. Niestety Bretończykom nie w smak była ugoda z Frankami i w 857 r. Erispoë zostaje przez nich zamordowany, a władzę obejmuje jego krewniak - Salomon, który prowadzi anty-frankońską politykę, spiskując z możnymi Królestwa, którzy gotowi byliby podjąć się ponownej próby obalenia Karola Łysego. Udało mu się przekabacić na swoją stronę również syna Karola - Ludwika Jąkałę (który przebywał wówczas w Bretanii jako mąż córki Erispoë). W 861 r. wybucha więc kolejna wojna frankońsko-bretońska (przy czym Ludwik Jąkała walczy po stronie Bretończyków przeciwko swemu ojcu). Wojskami Franków dowodzi (wspomniany wyżej) Robert Mocny, któremu udaje się pokonać Bretończyków w kilku starciach. Zapomnieć o sobie nie dają również Wikingowie z Oissel (wyspa na Sekwanie z której od 858 r. zrobili swoje mini państewko). Dokonują kolejnych ataków, podpaleń i zniszczeń. Atakują głównie klasztory, ale także domy wielmożów (podczas jednego z takich ataków uprowadzają świeżo poślubioną żonę pewnego hrabiego, który zdążył wcześniej uciec, a następnie każą mu zapłacić za nią ogromną kwotę. Ten musi się zapożyczyć u krewnych, gdyż nie ma takiej sumy, a gdy ostatecznie gdy dochodzi do transakcji i odzyskuje swoją małżonkę, wkrótce porzuca ją, oskarżając że w tym czasie mogła nie dochować mu wierności - ponoć wystąpił również o zgodę na rozwód do papieża, ale ostatecznego werdyktu w tej sprawie nie znam). Robert Mocny zwraca się do Wikingów z propozycją walki w jego szeregach przeciwko Bretończykom, przez co mogliby zdobyć bogate łupy po spacyfikowaniu tego kraju. Znaczna ich część zaciąga się pod jego sztandary, ale szybko okazuje się, że zapanowanie nad nimi nie jest wcale proste. Zamiast atakować Bretończyków wolą napadać na pobliskie klasztory, mordować księży i rabować tamtejsze kosztowności. Do tego dochodziły częste konflikty pomiędzy chrześcijańskimi wojownikami, a wyznawcami Odyna i Thora. Pomimo tych trudności (w 863 r.) ostatecznie Salomon bretoński musi prosić o pokój. Jeden sukces powoduje jednak kolejne problemy, gdyż zwolnieni ze służby Normanowie ponownie rozlewają się na tereny Loary rabując, mordując i grabiąc.
Jak widzimy więc, każdy z braci miał swoje własne problemy. Nie ominęły one również władcy Austrazji i Lotaryngii - Lotara II (syna zmarłego w 855 r. Lotara I). Ten (jak pisałem we wcześniejszych częściach) miał problem z żoną Teutbergą. Mianowicie chciał się z nią rozwieść, aby poślubić swoją kochankę Waldradę, z którą miał jednego syna Hugona i bardzo pragnął aby to on po nim dziedziczył (a było to niemożliwe dla dzieci ze związków pozamałżeńskich). Był ku temu tak zdeterminowany, że oskarżył brata swej małżonki (opata klasztoru Świętego Maurycego w Alpach Julijskich) Huberta, o gwałt na siostrze - czemu zarówno on, jak i ona zaprzeczali (860 r.). Hubert, aby oczyścić swoje imię, podjął się nawet "Sądu Bożego" który przeszedł z powodzeniem (pisałem o tym w poprzednich częściach). Mimo tego prośbą i groźbą, szantażem i obietnicami, zdołał Lotar przekonać Teutbergę do potwierdzenia faktu owego gwałtu i umieścił ją w klasztorze. Ale na krótko, gdyż tam wszystkiemu ponownie zaprzeczyła, poddała się badaniu stwierdzającemu posiadanie błony dziewiczej, a z pomocą swych braci wysłała list do papieża, przedstawiając mu swoje położenie i zarzekają że jest dziewicą, a następnie udała się na dwór Karola Łysego. Lotar nie zamierzał jednak jej tego darować. Słał listy do swych wujów: Karola i Ludwika Niemca, prosząc ich o wsparcie w sprawie rozwodu z Teutbergą i podkreślając, że to właśnie on doprowadził do pojednania pomiędzy nimi dwoma. Również zwrócił się do swych braci, władającego Italią Ludwika II i zarządzającego Prowansją młodego Karola (realnie tą ziemią władał preceptor Karola prowansalskiego, dawny hrabia Paryża i hrabia Vienne - Girard), czyniąc im pewne cesje terytorialne w zamian za poparcie jego sprawy. Ludwik II co prawda obiecał poparcie, ale było ono tylko deklaratywne, sprawy małżeńskie Lotara zupełnie go nie obchodziły, tym bardziej że był to człowiek niezwykle energiczny, bardzo pracowity, dokonujący częstych inspekcji swojego italskiego Królestwa i osobiście przeglądający zarówno akta sądowe, jak i skarbowe (w zasadzie można zaryzykować stwierdzenie, że ten człowiek chyba wcale nie odpoczywał 😉). Karol prowansalski zaś był zbyt młody aby o czymkolwiek decydować i był całkowitą kontrolą Girarda, który nawet dobierał mu osobistych opiekunów. Ssłał więc Lotar również listy do Rzymu (deklarując w nich, że Teutberga została zhańbiona przez brata) a jednocześnie (nieoficjalnie wszakże) namawiał swoich hrabiów, aby ci najeżdżali i atakowali opactwo Huberta - brata jego żony (który notabene był hersztem grupy przestępczej i stworzył sobie ze swego opactwa prawdziwe mini księstwo, grabiąc podróżnych i kupców).
Nie czekając na decyzję papieża, w 862 r. Lotar oficjalnie poślubił swoją kochankę Waldradę i uznał swego synka za następcę tronu, pragnąc tym samym wymusić korzystne dla siebie orzeczenie papieża Mikołaja I. Problem tylko polegał na tym, że Mikołaj uważał, iż jako głowa Kościoła Chrystusowego, to do niego należy ostatnie słowo w kwestii religii i nie tylko religii (a sprawa rozwodu była z tym ściśle związana). Mikołaj wezwał więc biskupów do osądzenia Lotara za jego czyn, ogłaszając synod w Metzu, który miał się zebrać jeszcze w tym samym 862 r. Jednak ze względów proceduralnych, biskupi zjechali się tam dopiero w czerwcu 863 r. Ponieważ miasto to znajdowało się w domenie Lotara, przeto biskupi (z dala od Rzymu), czuli że muszą wydać taki werdykt, jaki spodoba się władcy. Tym bardziej że widzieli jego determinację i niejeden z nich obawiał się że jeśli wyrok nie będzie pomyśli króla, to... różnie z nimi może być. Ostatecznie więc zgodzono się potwierdzić synodalnie rozwiązanie małżeństwa Lotara z Teutbergą i zgodę na małżeństwo z Waldradą. Wiadomość tej treści zawieźli do Rzymu arcybiskupi Guntar z Kolonii i Teutgaud z Trewiru. Papież Mikołaj wpadł w gniew, obaj też natychmiast stracili swoje arcybiskupstwa (a papież zabronił wyznaczania zastępców bez swojej zgody). Natychmiast też zwołał do Rzymu nowy synod, który unieważnił postanowienia synodu z Metzu, a na usilne listowne prośby Lotara, aby ze względu na jego synka, zgodził się na rozwód z Teutbergą i małżeństwo z Waldradą, papież odpowiedział, że gotów jest to uczynić, ale ma jeden warunek: Waldrada musiałaby zostać dziewicą do ślubu (co ze względu na fakt urodzenia przez nią syna, było niemożliwe). Widząc że papież stawia mu żądania niemożliwe do spełnienia (czyli nie zamierza dobrowolnie zgodzić się na ślub i uznanie Hugona za jego następcę), Lotar zaczął pisać do swego brata, cesarza Ludwika II - króla Italii, prosząc go aby... coś zrobił z papieżem (🤔). Ten otrzymał list, będąc akurat w miejscowości Bobbio pod Pawią, gdzie rozsądzał spór ludności przeciwko samowoli lokalnego hrabiego. Bardzo, ale to bardzo było mu to nie na rękę i najchętniej w ogóle by się nie odnosił, do sprawy ożenku swego brata, ale słali do niego listy również usunięci arcybiskupi, którzy również prosili go o podjęcie działania "wpłynięcia" na papieża. Nie było wyjścia, Ludwik II zebrał więc wojsko i ruszył na południe, w stronę Rzymu.
W Wiecznym Mieście na wiadomość o tym wybuchła panika, chociaż większość ludzi nie wiedziała czy ma uciekać, czy zostać - w końcu katolicki władca nie powinien uczynić im nic złego, nie jest przecież barbarzyńcą, tak jak Saraceni czy Normanowie. Cesarz Ludwik stanął z wojskiem pod miastem i wysłał delegację do papieża, prosząc o spotkanie. Papież Mikołaj miał się zapytać dlaczego cesarz przybył do bram miasta Świętego Piotra z mieczem przy boku, tak jakby widział tutaj wrogów? Ludwik ponowił propozycję spotkania i rozmowy cztery oczy, bez mieczy i wojska. Ostatecznie do tego doszło, a efekt tych rozmów był następujący: wojsko cesarskie nie weszło do miasta i miało wraz z samym Ludwikiem wkrótce zawrócić na północ, papież godził się pozostawić u swego boku na stałe cesarskiego posła ("oczy i uszy" Ludwika), natomiast w sprawie rozwodu Lotara papież był niegięty. Wręcz zażądał aby ten opuścił Waldradę i wrócił do swej małżonki Teutbergi, Ludwik ustąpił (nie miał w tym żadnego interesu, więc nie chciał naciskać). Gdy wiadomość o tym dotarła do Lotara, ten był załamany, tym bardziej że jego wujowie (zarówno Karol Łysy jak i Ludwik Niemiec) listownie namawiali go, aby podporządkował się papieskiemu wyrokowi. Sprawa była więc przegrana, ze łzami w oczach Lotar oddalił Waldradę (i swego synka Hugona), i polecił ponownie przybyć Teutberdze. Miał już jednak plan zemsty, a skupi się on na osobie Hugona brata Teutbergi, który wkrótce potem zostanie zamordowany (864 r.).
Dzisiaj dosłownie parę słów odnośnie zbliżających się 18 maja wyborów prezydenckich. Przyznam się szczerze że czekam tego dnia, aby ostatecznie przekonać się na ile mądrość naszego Narodu przetrwała przez te wszystkie potransformacyjne i wszelkie inne zmiany. Ciekawe ile jest Polaka w Polaku? Zadaję sobie to pytanie nie bez przyczyny, gdyż to co obecnie dzieje się w naszym kraju (totalny rozkład aparatu państwowego i próba rozmontowanie również więzów narodowych, a co za tym idzie także społecznych i rodzinnych - bo do tego wszystko zmierza). Poza tym "nasz" tak zwany premier wyjątkowo umiejętnie potrafi stawać na baczność i kłaniać się przed Niemcami. Nie wiem jak Was, ale mnie osobiście to upokarza i dlatego zadaję to pytanie: "Ile w nas jest Polaka?"
Za niecały miesiąc wybory prezydenckie które zdecydują tak naprawdę o naszej przyszłości, gdyż będą to wybory o to, czy Polska w ogóle ma istnieć, a nie wybory czy podoba mi się Nawrocki, Trzaskowski, Jakubiak, Mentzen, Biejat czy ktokolwiek inny. Tu już walka toczy się o sprawy fundamentalne o nasze być albo nie być, i o to czy będziemy żyli w kraju bezpiecznym, silnym, stabilnym gospodarczo, czy też staniemy się landem europejskim, nową generalną gubernią, w której w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Łodzi i Gdańsku będzie tak samo jak w Paryżu, Londynie, Berlinie czy Mediolanie - brud smród i ubóstwo na ulicach, a wokół ludzie z Trzeciego Świata.
Niektórzy regionalni prezydenci miast straszą już swoich obywateli że nieprzyjęcie migrantów (a raczej brak zgody na budowę "Centrum Integracji" - cokolwiek by to miało oznaczać, bo wiadomo że z integracją nie ma to nic wspólnego, gdyż tylko idiota może sądzić, że wpuszczając setki tysięcy obcych kulturowo ludzi nie znających języka, kultury kraju do którego zmierzają, ani nie będących w jakikolwiek sposób chętnymi do pracy, że oni się zasymilują z lokalną ludnością. Naprawdę albo trzeba być kompletnym debilem żeby tak sądzić, albo człowiekiem, który z premedytacją i na zimno realizuje pewien plan) że będzie się to wiązało z wstrzymaniem unijnych dotacji. To się pytam - czego!? Od kiedy to Unia Europejska ma swoje pieniądze? Przecież to inne kraje zrzucają się na to brukselskie pasożytnictwo, które może sobie dzięki temu roić o neo komunistycznej Europie bez państw narodowych i w społeczeństwach wzajemnie wymiksowanych, niezdolnych do podjęcia jakiegokolwiek buntu przeciwko owym panom.
Polska praktycznie już jest płatnikiem netto, czyli wpłaca do unijnego budżetu więcej niż z niego wyjmuje, ale jeżeli miałbym stawiać na szali bezpieczeństwo mojej kobiety, czy ewentualnie dzieci (których co prawda "jeszcze" nie posiadam) to mówię otwarcie: nie chcemy żadnych "pieniędzy brukselskich", a jednocześnie sami przestaniemy wpłacać do tego komuszego grajdołka i zobaczymy kogo to bardziej zaboli (po wypowiedzeniu ets-ów, zielonego ładu, niebieskiego ładu i oczywiście paktu migracyjnego), a jednocześnie nasi najbliżsi będą bezpieczni, a nasz kraj, nasza piękna Polska nie zostanie zamieniona w chlew, tak jak większość krajów Europy Zachodniej.
Nigdy nie byłem, nie będę ,nie jestem nawet w tym momencie w którym to piszę - rasistą, moje poglądy są dalekie od jakiegokolwiek uznawania wielkości jednej czy drugiej rasy, ale powiedzmy sobie otwarcie - murzyni są rasą niezwykle agresywną, to po pierwsze; po drugie, rasą która praktycznie nie wytworzyła żadnej cywilizacji (z drobnymi wyjątkami, które jednak były zapożyczeniami z zewnątrz). Natomiast cały rozwój cywilizacyjny naszej Planety odbywał się głównie dzięki rasie białej (kaukaskiej jak kto woli) i rasie azjatyckiej (chińskiej, japońskiej, koreańskiej). To jest smutna prawda, ale tak właśnie jest i nie zmieni tego ani propaganda, ani narzucone nam kalki, które sugerują że "murzyni tworzyli Cywilizację Europejską". Boże kochany, uwierzą w to tylko idioci, albo przerobieni na niewolników ludzie pozbawieni własnych korzeni. To już prędzej uwierzyłbym że taką cywilizację w Europie stworzyli Azjaci.
I właśnie takich ludzi trzeciego świata próbuję się nam tutaj implementować. Problem właśnie polega na tym, że nie mamy polskiego rządu, mamy rząd mianowańców brukselskich i (choć zabrzmi to wyjątkowo mocno) kundli niemieckich. Nie dziwmy się zatem że będziemy broczyć w tej brei, póki ten rząd nie przestanie istnieć. I dlatego tutaj nie chodzi o to czy podoba mi się ten czy tamten kandydat. Chodzi o to, czy my dalej będziemy mogli żyć w naszym kraju i tylko o to chodzi - to jest kluczowa sprawa. Dzisiaj bowiem jak patrzę na Wielką Brytanię i co się zrobiło z tym krajem to mam wręcz przekonanie graniczące z pewnością że to będzie pierwszy w Europie islamski kraj już wkrótce zaraz potem dołączy Francja i Niemcy. A tubylcy? No cóż, albo się dostosują i będą płacić dżizję za to, żeby w ogóle istnieć, albo przejdą na islam, albo... 🔪
MAPA MECZETÓW W EUROPIE
(Zielony - aktywne meczety
Czerwony - porzucone meczety
Biały - brak meczetów)
Zastanówmy się nad tym, bo jest jeszcze czas żeby pewne rzeczy poukładać i zmienić
Dziś w Warszawie odbył się Wielki Marsz na pamiątkę 1000-lecia koronacji pierwszego, oficjalnie koronowanego króla Polski Bolesława I Chrobrego, oraz 500-lecia Hołdu Pruskiego, który doprowadził do sekularyzacji ziem Zakonu Krzyżackiego w Prusach, tworząc tam Księstwo Pruskie pod rządami dynastii Hohenzollernów, a po wygaśnięciu tego rodu ziemie te miały zostać bezpośrednio przyłączone do Królestwa Polskiego.
Bolesław I był wielkim władcą, politykiem i wodzem. Prowadził z Cesarstwem Rzymskim (czyli z istniejącą już wówczas Rzeszą Niemiecką) trzy wojny o Milsko i Łużyce. Pierwsza wojna (toczona w latach 1002-1005) zakończyła się początkowo zajęciem Czech i Moraw przez Bolesława (1003-1004) i nieudanej inwazji króla (bo jeszcze nie został koronowany na cesarza) Henryka II na Polskę (1005), w wyniku czego zawarto pokój, na mocy którego Chrobry zrzekł się Milska i Łużyc oraz Czech. Druga wojna z Henrykiem II wybuchła już w 1007 r. i trwała do 1013 r. Bolesław przygotował się do niej gruntownie, zyskując sojusz Czechów i Wieletów (którzy do tej pory wspierali Niemców). W 1007 r. zorganizował najazd na Niemcy i dotarł do Magdeburga, które to okolice spustoszył, a Budziszyn (główne miasto Milska) zdobył, podobnie jak ziemie Milska i Łużyc. W 1009 r. Chrobry wyprawił się ponownie na Niemcy, próbując zdobyć Miśnię (i pragnąc zlikwidować Marchię Miśnieńską), ale ta wyprawa nie powiodła się. Teraz Henryk II przygotował się do ataku i w 1010 r. wyruszył z wyprawą odwetową na Polskę. Wały Śląskie i twierdze Krosno oraz Głogów skutecznie zatrzymały królewską armię niemiecką. Jedyne co, to król Henryk w tej kampanii odzyskał północną część Łużyc. W 1012 r. Henryk II przygotowywał się do kolejnego ataku, ale ostatecznie do niego nie doszło ze względu na sprzeciw niemieckich feudałów, oraz sojusz Polski z Czechami i Wieletami. Natomiast Bolesław wykorzystał ten moment i zdobył oraz spalił gród Lubuszę. 1013 r zawarty został pokój w Merseburgu, na mocy którego Bolesław odzyskiwał Milsko i Łużyce, ale jako lenno cesarskie.
Trzecia wojna nie dała na siebie długo czekać i wybuchła już w 1015 r. Koronowany w lutym 1014 r. w Rzymie na cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Henryk II, rozpoczął kolejną inwazję na Polskę. Tym razem to on przygotował się do wojny, zyskując szereg sojuszników - w tym Czechów i Wieletów. Planował uderzenie na Polskę z trzech stron: od północy, z zachodu i południa. Na odcinku południowym Czesi dotarli tylko do grodu Busine koło Zgorzelca i musieli zawrócić, ze względu na dywersyjny atak Morawian (sprzymierzonych z Bolesławem) na Marchię Wschodnią (czyli dzisiejszą Austrię). Na północy Bolesław skutecznie poradził sobie z Wieletami i Sasami i przeszedł do ofensywy, jedynie w centrum wojska cesarskie Henryka II forsowały Odrę. Tutaj wojskami dowodził Mieszko - syn Bolesława, który w bitwie z Henrykiem w rejonie Krosna Odrzańskiego doszczętnie zniszczył jedną z dwu części cesarskiej armii Henryka II na odcinku zachodnim, którą dowodził poległy tam margrabia Geron (1 września 1015 r.). Zaś główne siły Henryka zostały zaatakowane na bagnach odrzańskich w kraju Dziadoszan, gdy próbowały przekroczyć rzekę. Bitwa zakończyła się klęską wojsk cesarskich i ucieczką Henryka, w wyprawie odwetowej wojska polskie pod wodzą Mieszka dotarły aż pod Miśnię. 1017 r Henryk postanowił raz jeszcze zorganizować wyprawę na Polskę, ale tym razem połączoną z akcją dywersyjną na Wschodzie ze strony Rusi Kijowskiej Jarosława I Mądrego (bodajże pierwszy w historii sojusz niemiecko-rusiński). Z cesarskimi szli również Czesi. Nie udało im się zdobyć ani Krosna, ani Głogowa, ani też twierdzy Niemcza - gdzie trwało długie oblężenie. Zakończyło się ono niepowodzeniem dla strony niemieckiej, chociaż obrońcom brakowało już żywności. W tym czasie Bolesław Chrobry plądrował Czechy. W zawartym w 1018 r. pokoju w Budziszynie, Milsko i Łużyce pozostały przy Polsce, ale już nie jako lenno cesarskie, tylko bezpośrednie ziemie piastowskie. Henryk zobowiązał się również do udzielenia Bolesławowi pomocy w toczonych przez niego wojnach.
Do takiej wojny z Rusią Kijowską doszło w roku 1018. Po nieudanej inwazji Jarosława Mądrego na Polskę w 1017 r. Bolesław rozpoczął atak na Ruś. Celem Chrobrego było nie tylko odzyskanie utraconych jeszcze przez jego ojca Mieszka I w 981 r. tzw. Grodów Czerwieńskich z Przemyślem, Czerwieniem, Sanokiem i Brześciem nad Bugiem, ale również zdobycie Kijowa i zainstalowanie tam Świętopełka - księcia turowskiego, jednego z pretendentów do władzy nad Rusią. 22 lipca nad Bugiem przekraczającym rzekę Polakom zastąpili drogę Rusini. Wedle legendy, Jarosław miał się zwrócić do Bolesława tymi oto słowy: "Czego tu szukasz? Wracaj do siebie, bo inaczej tą oto włócznią przebiję brzuch twój tłusty!" (rzeczywiście wtedy już Bolesław był mocno ociężały). W tzw. bitwie nad Bugiem (lub też w bitwie pod Wołyniem - jak nazywają to starcie inni historycy) Bolesław odniósł całkowite zwycięstwo, a wojsko rusińskie poszło w rozsypkę (w tej inwazji na Ruś wspierał Bolesława wysłany przez Henryka oddział rycerzy niemieckich). Jarosław uciekł do Nowogrodu Wielkiego, a Bolesław 15 sierpnia 1018 r. wkroczył do Kijowa (którego mieszkańcy skapitulowali). Należy też pamiętać że Bolesław był wytworem swoich czasów, nie tylko wodzem i królem, ale mężczyzną (co by nie mówić) dosyć okrutnym. Po zajęciu Kijowa zmusił do uległości i zgwałcił Przedsławę - siostrę Jarosława Mądrego, o której rękę się starał, lecz która go nie chciała. Gdy wiosną 1019 r. wracał do siebie, zabrał ją ze sobą, jako swoją nałożnicę (wraz z licznymi łupami i jeńcami). W drodze powrotnej przyłączył do Polski Grody Czerwieńskie, (lecz w 1022 r. twierdzę w Brześciu nad Bugiem odbił mu Jarosław Mądry).
Bolesław był bez wątpienia silnym władcą, ale jednocześnie okrutnikiem. Bezwzględnie egzekwował wydawane przez siebie zarządzenia, jednym z nich było to, że ktokolwiek z jego poddanych spożył mięso w dzień postny, temu wybijano zęby kamieniami. Inną ciekawostką jest fakt, że Bolesław (jak zresztą jego ojciec, a także synowie i ich następcy) był wielkim czyściochem. Uwielbiał się kąpać, nacierać śniegiem, lub wypocić w saunie. Szczególnie to ostatnie miejsce upodobał sobie jako pole rozmów politycznych. Zwykł też tam chłostać trzcinową rózgą tych wielmożów, z których był niezadowolony.
Bolesław był tak potężnym władcą, a jego Królestwo tak bogatym krajem (był nawet oddział polskich Amazonek, czyli kobiet jeżdżących konno i noszących łuki oraz miecze u pasa, które widzieli wjeżdżający do Gniezna cesarscy wielmoże), że cesarz Otton III w czasie wizyty w Gnieźnie w roku 1000, symbolicznie koronował Bolesława swoją własną cesarską koroną i uznał go za równego sobie (co potem mocno wypominał mu kronikarz Thietmar z Merseburga). Pisałem już kiedyś że Otton III pragnął stworzyć uniwersalistyczne Cesarstwo Chrystusowe, czyli odrodzone Cesarstwo Rzymskie na modłę Chrystusową, składające się z czterech części: Galii (czyli Francji), Italii, Germanii i Sklavinii (czyli kraju Słowian, innymi słowy Polski, Czech i Moraw). Mocno w tym zamierzeniu wspierał go jeden z najgenialniejszych papieży w całych dziejach następców św. Piotra - Sylwester II (według legendy ten papież w podziemiach Watykanu miał uwięzić smoka, który symbolizował Lucyfera. Był też autorem wielu praktycznych wynalazków). Śmierć Ottona III w 1002 r. i wstąpienie na tron Henryka II, oraz Sylwestra II w 1003 r. pokrzyżowało te plany i zakończyło pokojowy okres stosunków polsko-niemieckich.
18 kwietnia 1025 r w archikatedrze gnieźnieńskiej za zgodą papieża Jana XIX, Bolesław I Chrobry (nie pytając się o pozwolenie nowego cesarza Konrada II) koronował się na pierwszego w historii króla Polski. Zmarł wkrótce potem - 17 czerwca 1025 r. Ale jeszcze w tym samym roku na króla koronował się jego syn i następca - Mieszko II Lambert (czyli rok 1025 był nie tylko rokiem pierwszej królewskiej koronacji w Polsce, ale również rokiem podwójnej koronacji).
Co się zaś tyczy 500-lecia Hołdu Pruskiego, to też już kilkukrotnie o tym wydarzeniu pisałem. Zakon Krzyżacki (a w zasadzie Zakon rycerzy "Najświętszej Marii Panny domu Niemieckiego w Jerozolimie" - bo tak brzmiała ich pełna nazwa), od czasu klęski na polach Grunwaldu w 1410 r. powoli, ale konsekwentnie kroczył ku upadkowi. Wojna 13-letnia z lat 1454-1466 zakończyła się odzyskaniem przez Królestwo Polskie dostępu do Bałtyku, czyli Prus Królewskich (innymi słowy Pomorza) wraz z Gdańskiem, Malborkiem i Elblągiem. Od tej pory (1466 r.) wielcy mistrzowie stali się lennikami króla polskiego, ale ponieważ mieli poparcie cesarza i papieża, często odsuwali w czasie złożenie hołdu lennego, lub też jawnie się mu sprzeciwiali. Wojna z lat 1519-1521 która co prawda zakończyła się zbrojnym remisem, postawiła zakon przed tragiczną konsekwencją co robić dalej. Obiecana pomoc z Rzeszy nie nadchodziła, nie można było też się długo bronić przeciwko coraz silniejszemu naporowi Polaków. I tutaj z pomocą wielkiemu mistrzowi Albrechtowi Hohenzollernowi przyszedł Marcin Luter ze swoją reformacją. Wielki mistrz miał przyjąć luteranizm, i od tej pory stać się księciem świeckim, w zamian składał hołd lenny królowi polskiemu (swemu dalekiemu stryjowi notabene) i oddawał Prusy Książęce w przyszłe władanie Korony Polskiej. Przeciwko hołdowi bezwzględnie była małżonka króla Zygmunta I Jagiellończyka (zwanego też "Starym") Włoszka Bona Sforza, która nienawidząc ani Habsburgów, ani Hohenzollernów (jako że ci pierwsi przejęli jej dobra rodowe w italskim Bari) mocno się temu sprzeciwiała. Ostatecznie likwidacja zagrażającego non stop Pomorzu - Zakonu Krzyżackiego była dobrym posunięciem (to następcy Zygmunta I spartolili sprawę, przyznając możliwość dziedziczenia w Prusach Książęcych linii brandenburskiej). Wreszcie bowiem nastawał pokój i choć królowa Bona wciąż działała na niekorzyść Albrechtowi (on zresztą też starał się w ten czy inny sposób podkreślać swoją niezależność, miał np. prawo zasiadać w polskim Senacie, co nigdy ostatecznie się nie urzeczywistniło - ku jego rozpaczy). Jednak po likwidacji Zakonu w Królestwie Polskim nastąpił okres długiego pokoju, który przerywany był tylko zaciągami chętnych na wojny toczone daleko na Wschodzie, przeciwko Moskwie, atakującej najpierw sprzymierzoną z Polską Litwę (Wielkie Księstwo Litewskie), a potem (po Unii Lubelskiej 1569 r.) zjednoczoną Rzeczpospolitą Dwóch Państw i co najmniej czterech Narodów). Dziś polscy patrioci świętowali rocznice tych wydarzeń.
"BĘDĘ TAK KOCHAĆ ELŻBIETĘ, JAK ONI ISABELĘ"
(Te słowa Bony były niezwykle prawdziwe. Jej uparty charakter spowodował że Elżbieta Haburzanka - żona Zygmunta II Augusta, miała totalnie "przerąbane" u swojej teściowej, albowiem ta upokarzała ją na każdy możliwy sposób i to do tego stopnia, że dziewczyna praktycznie bała się opuszczać swoje komnaty i prawie cały czas płakała. Do tego dochodziła oziębłość męża, który nie chciał jej dotykać, ani nawet przebywać w jej towarzystwie)
POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)
KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. XIX
(RETROSPEKCJA)
Coraz bardziej tracący popularność wśród swych poddanych Karol II "Łysy", zmuszony był do podjęcia zdecydowanych działań przeciwko zagrażającym jego królestwu wikingom, osiadłym na wyspie Oissel na Sekwanie i latem 858 r. wyruszył przeciwko nim z zebraną przez siebie armią. Pokonał ich w jednym ze starć i zamknął w okrążeniu na wyspie, nie był jednak w stanie przepuścić frontalnego ataku i zdobyć Oissel szturmem. W tym samym czasie jego starszy brat Ludwik II "Niemiec" przygotowywał przy arnie do jednoczesnego ataku na słowiańskie plemiona Morawian, Serbów, Obodrytów i Linianów. Przeciw Wielkim Morawom wyruszał najstarszy syn Ludwika "Niemca" - Karloman, na północ, ku plemionom Obodrytów skierował się młodszy syn - Ludwik, zaś przeciwko Serbom wyruszył jeden z wodzów króla Ludwika - Takulfa. Miała to być kampania zarówno karna, jak i zdobywcza. Miano posiąść ogromne łupy i nowych słowiańskich niewolników, a jednocześnie przymusić lokalnych książąt do całkowitej uległości wobec zachodniofrankijskiego władcy. Niepowodzenia poprzednich lat miały zostać zmazane tą jedną, zwycięską kampanią. Jednak nim jeszcze te wyprawy ruszyły, na dwór Ludwika "Niemca" przybyli poddani jego brata Karola "Łysego", prosząc go, aby ukrócił samowolę ich władcy, obalił go i sam zasiadł na tronie Franków Zachodnich, albo wyznaczył tam jednego ze swych synów, gdyż oni nie mogą już dłużej zdzierżyć samowoli i okrucieństwa Karola. Ludwik przyjął ich życzliwie i obiecał "z Bożą pomocą" wesprzeć ich czym prędzej w kolejnych miesiącach. Tymczasem ruszyła wyprawa przeciwko Słowianom i choć "Kroniki Fuldajskie" nie opisują jej dokładnego przebiegu, wiadomo o pewnych jej osiągnięciach. Na odcinku południowym przeciwko Serbom Takulf odniósł sukcesy, zmuszając tamtejsze plemiona do uległości wobec Franków i zakładając nową marchię - "Sorabici limitis", która miała pilnować owej zależności i nie dopuścić do ponownego oderwania się Serbów od zwierzchnictwa Ludwika. Kampania Północna przeciwko Obodrytom zakończyła się połowicznym sukcesem, wzięciem zakładników i uznaniem nominalnej zwierzchności Franków Wschodnich. Najgorzej poszło Karlomanowi w kampanii przeciwko Morawianom, która to zakończyła się porażką, choć nie odnotowano zbyt intensywnych walk. W zasadzie można powiedzieć że Karloman został stamtąd wycofany na polecenie ojca i skierowany na Zachód, w celu obalenia Karola "Łysego".
Był początek sierpnia 858 r. W Królestwie Franków Zachodnich wrzało już na dobre, przeciwko Karolowi zbuntowali się (m.in.) opat Adalhard z St. Bertin, hrabia Otton i opat klasztoru Marmourier, hrabia Andegawenii i Turenii - Robert Mocny (protoplasta dynastii Kapetyngów, która obejmie władzę w Królestwie Franków Zachodnich w roku 987 i tak naprawdę panować będzie - a przynajmniej jej różne linie dynastyczne - aż do czasów Ludwika XVI, XVIII, Karola X i Ludwika Filipa Orleańskiego, czyli do 1848 r. Nic dziwnego że rewolucjoniści francuscy po obaleniu monarchii w 1792 r. nazwali króla Ludwika XVI "obywatelem Kapetem"). Spora część możnowładztwa zachodniofrankijskiego opowiedziała się przeciwko Karolowi, zdecydowanie wsparł go bodajże jedynie biskup Reims Hinkmar (był to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych metropolitów duchownych i jeden z najbardziej płodnych pisarzy swych czasów. Wspierał Karola "Łysego" od czas objęcia arcybiskupstwa w Reims (845 r.). Często wchodził też w konflikty z papieżami, biskupami i teologami, ale wiernie stawał po stronie swego króla). Wystosował on wobec Ludwika "Niemca" ostrzeżenie, że atakując brata "kroczy ku potępieniu". Zabronił też innym biskupom przyłączania się do buntu możnych przeciwko Karolowi. Tymczasem Ludwik "Niemiec" osobiście stanął na czele wyprawy, która miała obalić jego brata w Królestwie zachodniofrankijskim i wkroczył tam od strony Alzacji. Wojska jego posuwały się bardzo wolno, starając się bardziej zyskać poparcie możnych i biskupów, niż od razu uderzyć na armię Karola. Ten zaś cały czas oblegał Wikingów na wyspie Oissel, jednak gdy dowiedział się iż zdradził go biskup Wenilo z Sens (który dziesięć lat wcześniej w Orleanie koronował go na króla Akwitanii), postanowił zwinąć oblężenie Oissel i wyruszyć przeciwko bratu. Do spotkania obu armii doszło 12 listopada 858 r. w okolicach Brienne nad rzeką Aube. Karol pragnął przed bitwą rozmówić się z bratem, ale ten odmówił. Potem starał się przekonać "swoich" biskupów do rzucenia klątwy na Ludwika, ale ci nie byli skorzy aby to uczynić. W tej sytuacji - wraz z najbliższymi współpracownikami - opuścił obóz nocą, pozostawiając swą armię na pastwę losu. Żołnierze, gdy uświadomili sobie że król ich zostawił, przyłączyli się do Ludwika. Stał się on więc zwycięzcą bitwy, bez bitwy. W tej sytuacji sprzymierzony z Karolem jego bratanek Lotar II - władca Lotaryngii, również przyłączył się do Ludwika.
Cały kraj wydawał się teraz uznawać zwierzchność nowego króla Ludwika, a ten triumfalnie kroczył od miasta do miasta, przyjmując hołdy poddanych, obdarowując ich ziemią i domenami, zwalniając klasztory z dziesięcin i nadając nowe hrabstwa swym zwolennikom. Gdy wkroczył do Reims, arcybiskup Hinkmar powitał go bardzo ozięble. Zamknął przed nim katedrę i zagroził że występując przeciwko bratu, tak naprawdę występuje przeciwko woli Boga, który to powołał Karola jako jednego z królów. Ludwik jednak nie przejął się tymi ostrzeżeniami i ruszył dalej do St. Quentin, gdzie hucznie spędził Boże Narodzenie w klasztorze św. Kwintusa męczennika. Ludwik już czuł się królem Franków Zachodnich i przygotowywał się do swej koronacji, ale ani arcybiskup Reims, ani też biskup Rouen nie zamierzali mu jej udzielić. Wręcz przeciwnie, Hinkmar przybył do St. Quentin i napominał Ludwika, że to co czyni jest niemiłe Bogu, gdyż występuje przeciwko chrześcijanom, swym braciom i tym samym postępuje niczym poganin. A poza tym Królestwo jest rozdarte, poganie wciąż okupują Oissel dokonując gwałtów i grabieży, jak więc nowy król zamierza temu sprostać? Tym bardziej że pewny siebie Ludwik, na wiosnę 859 r. rozpuścił swoją armię, wierząc że ma oparcie w możnych i poddanych Królestwa. Jeszcze latem 858 r. inna grupa normańskich najeźdźców pustoszy klasztor Saint-Martin w Tours. Ludzie są przerażeni, opuszczają obszary wielkich rzek i zbiegają na tereny położone dalej. W kościołach trwają modlitwy: "Od okrutnego ludu, od Normanów, którzy pustoszą nasz kraj, wybaw nas Panie!" Ludwik nie podejmuje żadnych przeciwko nim działań. Mało tego, Wikingowie z Oissel domagają się "upominków" i Ludwik musi im zapłacić aby nie dokonali kolejnych gwałtów. Hinkmar zapytuje się Ludwika: "Co czynisz, występując przeciwko bożemu pomazańcowi, występujesz przeciwko Chrystusowi, królowi wszystkich pomazańców!" Nawołuje go aby opuścił Królestwo Franków Zachodnich i zwołał synod, który zadecyduje o przyszłości tych ziem. W tym czasie Wikingowie (którzy zdobyli Tours) porwali również opata Saint-Denis Ludwika (858), którego matka Rotruda była córką Karola Wielkiego. Ludwik musi więc wyłożyć złoto i kosztowności na jego uwolnienie z rąk morskich piratów, władców Muchomorza.
Tymczasem w brytańskim Królestwie Wessexu 13 stycznia 858 r. zmarł król Æthelwulf. W testamencie podzielił cały kraj pomiędzy swoich synów, lecz głównym następcą został Ethelbald. Æthelwulf ofiarował również 12,5 funtów srebra na zakup olejów do świateł św. Piotra w Rzymie, oraz taką samą sumę na zakup olejów do świateł św. Pawła (poza Rzymem), aby "Wieczne Miasto" było (w najważniejszych jego częściach) nocą oświetlone. Ofiarował również 100 funtów srebra na prywatny użytek papieża, a poza tym nakazał swym następcom aby wybrali jednego człowieka w swoim Królestwie (bez znaczenia na to, czy ich poddanego czy obcokrajowca) i aż do "Dnia Sądu" (czyli do końca jego życia) zapewnili mu darmowe mięso, napoje i ubrania. A po jego śmierci aby wybrali kolejną taką osobę, i tak dalej, i tak dalej. Ot, taka ciekawostka z Królestwa Wessexu. A w italskim Królestwie Ludwika II (syna zmarłego Lotara I) pierwsze miesiące 858 r. przyniosły śmierć papieża Benedykta III, po jego krótkim, zaledwie trzyletnim pontyfikacie. Nowym papieżem (z poparciem cesarza Ludwika II) zostaje syn znanego urzędnika, miłośnik literatury, człowiek gruntownie wykształcony, niespełna 40-letni Mikołaj I. Ludwikowi wydaje się że będzie mógł go łatwo kontrolować, ale tylko tak mu się wydaje, gdyż Mikołaj I będzie wyjątkowo niezależnym papieżem. Stało się to jasne już w kolejnych miesiącach po jego konsekracji (24 kwietnia 858 r.). Mimo to spokojne panowanie cesarza Ludwika II, jego częste inspekcyjne podróże po Italii (związane z kontrolą poczynań możnych oraz opatów), zapewniły bodajże w tamtym czasie najlepszą władzę dla poddanych Cesarstwa, ze wszystkich ziem podzielonych pomiędzy potomków Ludwika I Pobożnego. Bezwzględnie młody Ludwik II italskim był tym, któremu się chciało coś uczynić dla swych poddanych, a nie tylko przebywać na zamku wśród dworaków lub też podejmować kolejne kampanie (czy to przeciwko wrogom zewnętrznym, czy też pomiędzy braćmi).
Latem 859 r. w Savonniéres niedaleko Toul Ludwik "Niemiec" zwołuje synod biskupi. Przybywa 45 prałatów Neustrii, Akwitanii, Lotaryngii i Prowansji, aby zadecydować nad przeszłością Królestwa Franków Zachodnich. Obecny tam Lotar II z Lotaryngii (młodszy syn Lotara I i brat Ludwika II italskiego) stara się przekonać swego wuja Ludwika "Niemca", aby spotkał się z Karolem "Łysym" i przynajmniej z nim porozmawiał. Arcybiskup Reims Hinkmar namawia jednocześnie Ludwika aby opuścił Królestwo Franków Zachodnich i wrócił do siebie, na co ten ostatecznie - pod wpływem wielu głosów wspierających to Hinkmara, to Lotara - ostatecznie się godzi. Ale przez kilka kolejnych miesięcy do tego spotkania jeszcze nie dochodzi. Ludwik jednak ewidentnie nie radzi sobie z problemami Zachodnich Franków. Wikingowie robią w zasadzie co chcą (ci z Oissel dokonują kolejnych rabunków, żądając jednocześnie kolejnych "upominków"). Ludwik jednak coraz mniej przejmuje się tymi sprawami, głównie skupiając się na modlitwie i kontemplacji. Ale również obecny w Savonniéres Lotar II ma też i swoje kłopoty. W poprzedniej części pisałem o jego nieudanym małżeństwie z Teutbergą, którą konsekwentnie chciał się pozbyć, aby poślubić swą kochankę Waldradę (która urodziła mu jednego, lecz nieślubnego syna - Hugona, a on pragnął uczynić go swym następcą). Starał się więc prośbą i groźbą przekonać małżonkę, aby zgodziła się na rozwód i pozwoliła mu poślubić kobietę, którą kochał. Ta jednak była uparta, a poza tym miała wsparcie tej rodziny, szczególnie zaś swego brata, opata klasztoru św. Maurycego w Valais - Huberta. Był on opatem tylko z nazwy, tak naprawdę był zwykłym rzezimieszkiem, gdyż napadał na podróżnych, rabował ich, a kosztowności znosił do swego opactwa. Nie wahał się również przed popełnianiem najróżniejszych zbrodni i gwałtów, był więc swoistym utrapieniem dla Lotara. Ten, nie wiedząc jak przekonać żonę do rozwodu, uległ namowom biskupa Kolonii - Gunthara, który zaproponował takie rozwiązanie: Teutberga miała zostać jeszcze przed ślubem z Lotarem (855 r.) zgwałcona przez swego brata Huberta i wystarczyło aby kobieta to potwierdziła. Ta jednak kategorycznie zaprzeczyła by doszło do gwałtu ze strony jej brata. Lotar jednak nie ustępował, ofiarowywał Teutberdze "złote góry" jeśli tylko zgodzi się na rozwód i potwierdzi że została zgwałcona przez brata. Odmówiła.
Jednak zakochany mężczyzna jest zdolny do wszystkiego i nie patrząc na zdanie żony, oskarżył Huberta o gwałt na siostrze. Ten został aresztowany i wtrącony do lochu, ale przysięgał że jest niewinny i na potwierdzenie tych słów zgodził się na "Sąd boży". Polegało to na tym że przywiązanego do kija obwinionego, wrzucano do wcześniej poświęconej przez księdza rzeki lub jeziora i jeśli nie tonął, oznaczało to że jest winny, bowiem woda - żywioł czysty stworzony przez Boga - nie przyjmie przestępcy. Jeśli zaś tonął, uznawano go za niewinnego i wyciągano z wody za przywiązany w pasie powróz. Jak się można domyśleć Hubert zaczął tonąć, przez co uznano go... niewinnym. Werdykt Sądu Bożego nie spodobał się Lotarowi i zaczął on jeszcze bardziej dojeżdżać swoją małżonkę, aby ta przyznała się do popełnionego na niej przez Huberta gwałtu. Zaczął ją publicznie upokarzać, twierdząc że chroni brata ze wstydu i dodawał że nigdy nie będzie z nią dzielił łoża, gdyż go okłamuje. Presja jaką na nią wywierał ostatecznie poskutkowała i w początkach 860 r. młoda dziewczyna przyznała się do popełnionego na niej gwałtu. Zadowolony Lotar wezwał biskupów na sąd, aby oficjalnie to potwierdziła, co też uczyniła, a następnie wysłał ją do jednego z klasztorów, ciesząc się że wreszcie ma rozwiązane ręce. Gdy trwały przygotowania do ślubu z Waldradą, okazało się że nic z tego nie będzie, gdyż Teutberga (będąc już w klasztorze) odwołała swoje wcześniejsze zeznania (860 r.), na niej wymuszone. Aby zapewnić o swej i brata swego niewinności, stwierdziła że nie mogła zostać zgwałcona, skoro nadal jest dziewicą. Aby to udowodnić wezwano zakonnice które miały potwierdzić lub zaprzeczyć jej słowom. Potwierdziły, mówiąc że królowa Teutberga rzeczywiście jest dziewicą. Lotar wpadł w szał, zabronił żonie powrotu na dwór, a jej bracia (w tym Hubert) przedłożyli sprawę papieżowi Mikołajowi I pod jego osąd (Teutberga zaś wyjechała na dwór Karola "Łysego" gdzie znalazła schronienie). Sprawa ta toczyła się jeszcze kilka kolejnych lat i ostatecznie Lotar nie mógł się rozwieść, ani też zapewnić swemu nieślubnemu synkowi następstwa tronu.
Wiosną 860 r. w Warq koło Mezierés spotkali się ze sobą Lotar II i Karol "Łysy" (był to wstęp do późniejszego spotkania Karola z Ludwikiem "Niemcem"). Potwierdzono wcześniejszy sojusz pomiędzy oboma częściami cesarstwa (Lotaryngią i Neustrią oraz Akwitanią). W czerwcu 860 r. w Koblencji, w kościele św. Kastora wreszcie spotkali się (będący ze sobą w stanie wojny od dwóch lat) bracia Ludwik i Karol. Ludwik zgadza się opuścić Królestwo Franków Zachodnich i oddać je ponownie w ręce brata, a 7 czerwca składają oni przysięgę (podobną do tej z Mersen sprzed dziewięciu lat), wzajemnie potwierdzając swoje dominia i obiecując że każdemu z poddanych w swych królestwach zapewnią prawo, sprawiedliwość i bezpieczeństwo. Tym razem (w przeciwieństwie do tego co było w Mersen) Ludwik zwraca się do swych poddanych w języku germańskim, a Karol w romańskim. Ludwik wyjeżdża do siebie, tym bardziej że od czasu gdy bezczynnie przebywał na Zachodzie, cały wasalny system plemion słowiańskich na Wschodzie ponownie się posypał. Jeszcze bowiem w 858 r. zaraz po odwrocie Franków, zamordowany został książę serbski - Cieścibor, który został wprowadzony na tron jako lennik Franków. Wkrótce potem Serbowie zrzucili zależność od Franków i sprzymierzyli się z księciem Rościsławem I - władcą Wielkich Moraw (859 r.). Powoli przybliżamy się do roku 864, gdy dwaj bracia-misjonarze wysłani z Konstantynopola do Wielkich Moraw: Cyryl (Konstantyn) i Metody, staną się następnie apostołami Słowian i twórcami prawosławnej liturgii słowiańskiej. Jednocześnie będziemy mogli opuścić ziemię Franków i ponownie przenieść się nad Bosfor. Tymczasem powrót Ludwika do kraju nie był przyjemny, szybko bowiem przekonał się, że nie jest już tam mile widziany.