Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FASZYZM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FASZYZM. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 lutego 2024

PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. IV

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





HALFDAN JASNOWŁOSY
Cz. III





 Na zjeździe w Paderborn (777 r.) Karol Wielki nie tylko doprowadził do złożenia mu hołdu przez większość saskich rodów i przyjęcia przez nich chrześcijaństwa, ale tam właśnie ustanowił Marchię Wschodnią (lub Saską) która miała być pierwszym krokiem do opanowania całej Saksonii, oraz do wypraw na ziemie innych ludów słowiańskich. Warto też nadmienić że w tym czasie, na ziemiach, które obecnie należą do państwa polskiego, najpotężniejszym władcą lechickich plemion, był książę plemienia Lędzian - Lech VI (zwany pierwotnie Przemysławem). Trzeba bowiem tutaj podkreślić, że rzeczywiście Imperium Lechickie jako scentralizowany podmiot polityczny nie istniało, natomiast było szereg mniejszych plemion, które w pewnych okresach czasu dominowały nad resztą i których władcy byli kimś w rodzaju pierwotnych pogańskich władców Polski. W okresie o którym opowiadam najsilniejszym takowym władcą był właśnie Przemysław, zwany następnie Lechem, który rozpoczął swą władzę ok. 760 r. po zakończeniu tzw. "drugiej anarchii" politycznej lechickich plemion, która trwała też ok. dwudziestu lat i nastąpiła po śmierci ostatniej wielkiej władczyni plemienia Wiślan (z głównym grodem w Krakowie) Wandy Amazonki (miała ona panować w latach 735-740). Lech VI (oczywiście numeracja poszczególnych władców jest już późniejsza) panował z miasta Przemyśla nad Sanem - które sam założył - przenosząc swą stolicę z Sandomierza. 

W każdym razie Marchia Wschodnia którą w Paderborn założył Karol, miała być wstępem pod dalszą ekspansję Franków, najpierw na tereny Obodrytów i Wieletów, a potem zapewne Serbów i Czechów. Była to jednak pieśń przyszłości, teraz przede wszystkim należało podporządkować Sasów, a to wcale nie było łatwe i to nie tylko ze względu na silną opozycję zwolenników Widukinda, ale również na błędy które popełnił sam Karol. Do owego Paderborn przybyła bowiem delegacja z odległej Hiszpanii, na której czele stał zarządca muzułmańskiej wówczas Saragossy - Ibn al-Arabi i jego syn Józef. Al-Arabii stał na czele buntu przeciwko emirowi Kordoby (z rodu Omajadów) - Abd al-Rahmanowi i starał się pozyskać Karola do interwencji w Hiszpanii. Ten uznał bowiem, że wyprawa przeciwko Sasom zakończyła się sukcesem i kraj został spacyfikowany, dlatego można rozpocząć nową kampanię na Południu. Poza tym zapewne marzył również o sławie swego dziada Karola Młota, który w bitwie pod Poitiers (732) rozbił arabskich najeźdźców, co to planowali podbić Królestwo Franków, podobnie jak dwadzieścia lat wcześniej uczynił to z Hiszpanią Tarik ibn Zijad. Ponowne zdobycie i rechrystianizacja Hiszpanii zapewne wówczas leżała na sercu Karola i pragnął on sławy podobnej do tej, jaką niegdyś zyskał Aleksander Macedoński.



 
Swoją drogą zbyt duża pewność siebie i pycha która się z tym wiąże, przekonanie o własnej nieomylności które jakże często dotyka rządzących, poddanych nieustannym pochlebstwom, to jest gwóźdź do trumny każdego władcy, ba, każdego człowieka. Od razu mi się przypomina postać Benito Mussoliniego, który bez wątpienia szczyt swojej popularności osiągnął dnia 9 maja 1936 r. gdy z balkonu Palazzo Venezia w Rzymie ogłaszał powstanie "Nowego Imperium Rzymskiego" po zwycięstwie i podboju Etiopii (Abisynii). Rzeczywiście w tamtym czasie gdy oznajmiał - najpierw 5 maja - o zakończeniu wojny i przywróceniu pokoju, a potem o odrodzeniu Imperium, był u szczytu swej sławy i popularności, a ok. 200-tysięczny tłum zgromadzony pod Palazzo Venezia doznawał wręcz euforycznej ekstazy - podobnej do tej, którą czuje się po zwycięskim meczu własnej drużyny. Ów starszy pan - bowiem już 54-letni, teraz dopiero stawał się bogiem i realnie w tym momencie mógł uczynić wszystko w polityce wewnętrznej Włoch. Mógł usunąć króla, wprowadzić republikę, samemu uznać się za imperatora, mógł również doprowadzić do wolnych wyborów które faszyści w tamtym czasie wygraliby w cuglach i mieliby całkowitą demokratyczną podbudowę swoich rządów. Dopiero teraz słowa, które w 1925 r. wypowiedział pewien dziennikarz włoski, iż Mussolini "ma zawsze rację" stawały się rzeczywistością. Zwycięstwo i podbój Etiopii zjednoczyły kraj w sposób nieprawdopodobny (i to naprawdę do tego stopnia, że dotychczasowi przeciwnicy polityczni Mussoliniego teraz chcieli pławić się w jego blasku. Mało tego, włoscy komuniści i liberałowie namawiali wręcz swoich zwolenników aby ci wspierali faszystów Mussoliniego, bo idą oni w dobrym kierunku) a Mussoliniego wywyższyło tak, jak później Hitlera wywyższyło zwycięstwo nad Francją w 1940 r. Mussolini wówczas otrzymał również tytuł "Twórcy Cesarstwa", który był pewnym substytutem dla tytułu "Imperatora" - cesarzem został bowiem król Wiktor Emanuel III, dla którego znowu wymyślono dziwną formułę w typie "królewskiego cesarza". Mussolini był wówczas także bardzo popularnym politykiem w Europie, do którego łasili się inni politycy - jak Winston Churchill, czy premier Francji Leon Blum - próbując przekonać go do sojuszu przeciwko Hitlerowi. Wyobraźcie sobie co by było, gdyby Włochy przystąpiły do sojuszu przeciwko Niemcom. Przecież ustrój faszystowski mógłby spokojnie dalej funkcjonować po Wojnie, a Mussolini zapewne byłby jednym z bohaterów zwycięstwa nad Niemcami. 

Ale tutaj właśnie nastąpiła pewna zmiana, która przesądziła o jego losie, jak i o losie całych Włoch. A mianowicie Mussolini - do tej pory polityk w miarę rozsądnie myślący, chociaż jego przemówienia bez wątpienia ekstatyczne, jednocześnie pozbawione były treści i potrafił czarować jedynie siłą swego głosu - przestał rozumować logicznie. Po 9 maja 1936 r. wszystkie jego decyzje były błędne, pozbawione sensu a wręcz głupie, tak jakby nastąpiła w nim jakaś zmiana osobowości. Skąd to się wzięło? Otóż odpowiedź jest bardzo prosta, z potoku, a wręcz z oceanu pochlebstw, jakie w tamtym czasie na niego spadały. Spowodowało to, że nawet logicznie myślący człowiek przestaje w końcu rozumować logicznie i skoro inni uważają cię za boga, w końcu ty sam uznasz się za boga - bardzo niewiele osób zdoła się oprzeć tej pokusie. Ponoć w owym 1936 r. żona Mussoliniego (o czym pisała w swoich pamiętnikach) namawiała go, aby wycofał się z polityki i przeszedł na emeryturę, gdzie mógłby hodować kury w ciszy i spokoju z dala od zgiełku polityki - nawet się nad tym zastanawiał - ale pochlebstwa zrobiły swoje. Odebrały mu zdolność logicznego myślenia i uczyniły zeń ofiarę własnej propagandy. Zaczął też wkrótce pieprzyć coś o gwieździe pod którą się zrodził i o tym, że jest w stanie przewidywać przyszłość i to było już wiadomo, że to koniec. Rok 1936 dzieli zaledwie 7 lat od roku 1943 gdzie Mussolini stracił władzę i został aresztowany, oraz 9 lat od roku 1945 gdy włoscy partyzanci zabili go i powiesili na szubienicy nogami do góry. Tak kończy pycha (jako ciekawostkę dodam jeszcze tylko, że tego samego dnia gdy ogłosił odrodzenie Imperium Rzymskiego, czyli 9 maja 1936 r. wywiad z nim chciała zrobić pewna francuska dziennikarka, ale nie do końca jej się to udało. Mussolini bowiem zerwał z niej ubranie i po prostu odbyli stosunek. Zresztą popularność dawała również i to, że dziewczyny były na każde jego skinienie - ale to już inna sprawa).




Karol uważał że łatwo zdobędzie Hiszpanię, tym bardziej gdy zbuntowała się Saragossa swoista brama do Kordoby, gdzie urzędował emir (który zwał się również malikiem - czyli królem) Abd al-Rahman. Władca ten był jednym z ostatnich - a bodajże ostatnim wielkim przedstawicielem rodu Omajadów. Pierwszym przedstawicielem tej dynastii był trzeci kalif i bliski współpracownik oraz zięć Mahometa - Osman (sprawował swe rządy w latach 644-656). I chodź pochodził on z bocznej gałęzi tego rodu, to za jego kalifatu dynastia Omajadów przejęła wiele kluczowych stanowisk w arabskiej ummie. Za jego czasów nepotyzm stał się tak naturalny, jak powietrze którym oddychano, a jednocześnie Osman zabraniał bogatym rodom arabskim z Mekki oraz wyróżniającym się dowódcom wojskowym, zakładania prywatnych posiadłości na zdobytych terenach (np. w Iraku czy w Syrii). Ostatecznie doprowadziło to do tego, że został zamordowany. Zdążył jednak mianować namiestnikiem Syrii bezpośredniego przodka Abd al-Rahmana -  Muawiję (który oczywiście również wywodził się z rodu Omajadów). Po krótkich rządach kalifa Alego (656-661) ostatniego z "raszidun" (czyli "sprawiedliwych") jak uważają muzułmanie (a szyici nie uznają innych kalifów którzy przejęli władzę po śmierci Alego, a tymi innymi byli właśnie Omajadzi). Władzy Alego nie uznał Muawija rezydujący w Damaszku. Wsparli go przedstawicielem możnych rodów z Mekki i Medyny którzy liczyli że w zamian zmieni się dotychczasowa polityka i będą mogli opanować żyzne tereny Persji, Syrii i Egiptu. Muawija ogłosił się kalifem już w 657 r. i w tym czasie rozpoczęła się tzw "Pierwsza Fitna" (czyli konflikt pomiędzy Arabami). Ostatecznie Ali zamordowany został w swym obozie w Al-Kufie przez członka sekty charydżytów (ugrupowania religijnego, które nie wspierało ani Alego ani Muawiji, twierdzili bowiem, że nowym kalifem powinien zostać nie ten, kto jest najpotężniejszy, ale ten, kto najbardziej wielbi Allaha. Nie dostrzegali kogoś takiego ani w Alim, ani w Muawiji i twierdzili że Allah ukaże owych nikczemników. Jeden z takich wyznawców odebrał życie Alemu). Jego następcą został syn - Al-Hasan, który szybko porozumiał się z Muawiją, zrezygnował z władzy i w zamian za bezpieczne i wygodne życie przeniósł się do Medyny, gdzie zmarł w kwietniu 670 r. (prawdopodobnie otruty na polecenie Muawiji, jako że w chwili śmierci Hasan miał jakieś 45 lat, Muawija był starszy o co najmniej dwadzieścia i chciał swym następcą uczynić swego syna - Jazyda. Hasan w tym momencie uważany przez dużą część wyznawców Allaha za "sprawiedliwego" był więc niezwykle niebezpieczny). Tak oto od 661 r. nowym i jedynym kalifem wszystkich muzułmanów stał się Muawija, a nową stolicą Damaszek.

Ogłosił on również że zabójstwo pierwszego mężczyzny, który pod wpływem nauk Mahometa przyjął islam (czyli jego krewniaka Osmana), było czynem haniebnym i bezbożnym i na tym też budowano legendę rodu Omajadów. Muawija stworzył system, w którym oddzielano Arabów od przedstawicieli innych nacji, wprowadził też ograniczenia dla nowych wyznawców islamu, a także jego dwór w Damaszku zaczął się coraz bardziej bizantynizować, oddalając się od pierwotnej ubogiej ummy z Mekki czy Medyny (np. jego harem był jeszcze wówczas dosyć nieliczny, ale już jego następcy coraz bardziej rozszerzali liczbę swoich żon, jak i tych kobiet, które trzymali w haram). Muawija nadal rozszerzał Imperium Arabskie, w 664 r. zajął Kabul, w 670 r. Kairuan (rozpoczynając tym samym podbój Ifrikij -  Afryki, a konkretnie dzisiejszej Tunezji, tyle że bez regionu Kartaginy), 669 r jego flota dotarła do wybrzeży Sycylii, a w latach 674- 678 rozpoczął ciężką wojnę z Bizancjum, którego ukoronowaniem było czteroletnie nieudane oblężenie Konstantynopola (nieudane chociażby z powodu tego, że Bizantyjczycy zastosowali w walce nową broń - ogień grecki, dzięki któremu zatapiali arabskie okręty jeden po drugim, plując na nich ogniem - niczym z miotacza ognia. Swoją drogą takie nowinki techniczne były bardzo ciekawe np. Archimedes - obywatel Syrakuz, wspierał swoje miasto podczas rzymskiego oblężenia w latach 214-212 p.n.e. stosując najróżniejsze nowinki techniczne, między innymi dźwig, który przypominał łapę i który chwytał okręty i je miażdżył. Ostatecznie Syrakuzy zostały zdobyte, a Archimedes tak był zajęty nowym wynalazkiem, że nie zauważył rzymskiego żołnierza który wdarł się do jego komnaty, żołnierz ten rozłupał mu czaszkę na dwoje. Swoją drogą mało brakowało a ogień grecki nie zostałby w Konstantynopolu, bowiem jego wynalazca nie uzyskał odpowiedniej ceny i początkowo nie spotkał się z uznaniem ze strony cesarza rzymskiego/bizantyjskiego i był nawet gotów sprzedać swój patent Arabom. Ostatecznie jednak tak się nie stało i wynalazek ten pozostał w Bizancjum, a stał się sławny właśnie jako "ogień grecki").






Muawija zmarł w 680 r. Wcześniej jednak wyznaczył swego syna Jazyda I na nowego kalifa i swego następcę. Nie spotkało się to z uznaniem zwolenników rodu Alego, a ponieważ po śmierci Hasana teraz to w jego młodszym bracie Husajnie widziano kolejnego z raszidun, przeto namówiono go aby ruszył z Medyny i na czele wiernych sobie oddziałów odzyskał to, co należało się jego ojcu i co jest zgodne z wolą Allacha. Na równinie Karbala doszło do bitwy (680 r.) w której oddziały Husajna (w tym kobiety i dzieci, bo przecież wyruszono całym dobytkiem), otoczone zostały przez przeważające siły Jazyda. Doszło do prawdziwej rzezi, ostatni zginął sam Husajn, tuląc w ramionach swego synka. Tak też rozpoczęła się Druga Fitna, która trwała dwanaście lat. Za czasów Jazyda Arabowie rozpoczęli długi rekonesans po wybrzeżu Afryki Północnej, dochodząc do Cieśniny Gibraltarskiej (682-683), ostatecznie jednak zostali oni rozbici przez oddziały Berberów z Maghrebu w bitwie pod Tahudha (683 r.). W tym też roku w Hidżazie (czyli na ziemiach arabskich, na których znajdowały się miasta Mekka i Medyna), doszło do kolejnego buntu przeciwko dynastii Omajadów. Jego inicjatorem był niejaki Abd Allah Ibn az-Zubajr - syn Al-Zubajra Ibn al-Awwama, który w 657 r. walczył przeciwko Alemu w przegranej "Bitwie Wielbłądów" nieopodal Basry. On również nie pałał sympatią do rodu Omajadów i pragnął powrotu do dawnej ummy w Mekce. Nie podobało mu się przeniesienie stolicy do Damaszku i coraz większe rozluźnienie moralne społeczności arabskiej (choć jeszcze w tamtym czasie mimo wszystko słabo dostrzegane, sam przecież Muawija był przede wszystkim wiernym muzułmaninem, a dopiero potem kalifem i częściej się modlił niż sprawował władzę, rozkładając swój dywan i kierując wzrok w stronę drugiej kibli - czyli Mekki, pierwszą kiblą była Jerozolima, w stronę której pierwotnie modlił się Mahomet). W 683 r. wojska Omajadów zdobyły Medynę, lecz Mekka wciąż się broniła. W międzyczasie zmarł Jazyd I (683) oraz jego syn i następca Muawija II (684). 


KARBALA 
ŚMIERĆ HUSAJNA I JEGO SYNKA
(680)



Nowym kalifem obrano az-Zubajra, ale ten wciąż był odcięty w Mekce. Dodatkowo zbuntowali się charydżyci w środkowej Arabii i w Persji (684), dodatkowo w Al-Kufie zbuntowali się szyici, pragnący pomścić śmierć Husajna. W tych warunkach w czerwcu 684 r. nowym kalifem został kuzyn Muawiji I - Marwan. Wywodził się on z bocznej linii rodu Omajadów, którego członkowie pochodzili od al-Hakama bin Abu al-Asy (przyrodniego brata Abu Sufiana, ojca Muawiji I). Marwanidzi - bo tak należy ich nazwać - być dumni z tego, że nie pochodzą od Abu Sufiana, czyli tego, który początkowo wyparł się Mahometa i traktowali gałąź linii Muawiji z wyższością. Marwan I zmarł już w 685 r. a władzę po nim przejął jego syn Abd al-Malik. W ciągu kolejnych sześciu lat zdołał on całkowicie ujarzmić szyitów i charydżytów, a w 692 r. zdobył Mekkę i skazał na śmierć Ibn az-Zubajra, kończąc tym samym Drugą Fitnę. Był to bodajże pierwszy władca który realnie dążył do centralizacji swojej władzy. Wprowadził język arabski jako oficjalny język administracji (do tej pory był to tylko język Koranu i język poezji) natomiast w administracji na Wschodzie wciąż posługiwano się językiem perskim, na Zachodzie zaś, czyli w Syrii, Palestynie i Egipcie - greckim). W 691 r. ukończył budowę wielkiego (i istniejącego do dziś) meczetu Kopuły na Skale w Jerozolimie. Zaczął też bić pierwszą arabską monetę, ozdobioną cytatami z Koranu. Ostatnie trzynaście lat jego rządów upłynęły w spokoju i dobrobycie. Za rządów al-Malika zajęto prawie cały Maghreb (690-709), zdobyto Kartaginę 698 r. (i potem 699, gdy Bizantyjczycy na krótko ponownie opanowali miasto). Rozpoczęto też zmasowaną eksplorację wybrzeży Sycylii. Nie był to jeszcze złoty wiek kultury arabskiej (jaki zapanuje za kalifa Haruna ar-Raszida sto lat później - notabene jest to ten kalif, za którego powstały sławne dzieła takie jak: opowieść o Dżinie z lampy Aladyna, czy Alibabie i 40 rozbójnikach), ale był to bez wątpienia przedsmak tego, co miało nastąpić.




Już za al-Malika (a nawet wcześniej, choć za jego rządów stało się to szczególnie popularne) zaczęły powstawać szkoły religijne, interpretujące z pozycji islamu to, jak człowiek powinien zachowywać się aby pozostać wiernym Bogu. Piszę o tym, ponieważ z punktu widzenia Omajadów było ważne, czy dani kadaryci (interpretujący boskie wyroki) są im przychylni czy też nie. Chadżyryci nie byli, uważali wręcz że Omajadzi zasłużyli na śmierć, ponieważ wyrzekli się Allaha i nie wypełniają jego woli. Ruch kadarytów jaki zrodził się wokół Al-Hasana al-Basri w Basrze, co prawda wspierał Omajadów - jako tych którzy przywracają porządek i niszczą chaos - ale pozostawił sobie furtkę umożliwiającą ich krytykę. Twierdzili oni bowiem że kalifowie - podobnie jak i inni ludzie - są odpowiedzialni za swe uczynki, a Bóg nigdy nie nakłada na człowieka więcej, niż ten jest w stanie unieść, dlatego też jeśli człowiek nie byłby zdolny do uczciwego i cnotliwego życia, to Allah by tego od niego nie wymagał. Jeśli więc kalif sprzeniewierza się bożym wymogom, spieniewierza się jednocześnie swojej naturze. Uczeni Al-Hasana Wasil Ibn Ata w ogóle potępiał wszelki zbytek panujący na dworach kalifów, twierdząc że wszyscy ludzie są sobie równi, i równi jesteśmy w oczach Boga. Nie ma bowiem wyższych i ważniejszych od innych, chociażby jedni byli kalifami, a inni żebrakami, choćby jedni byli mędrcami a inni głupcami - wszyscy jesteśmy sobie równi (wyrażając własne zdanie pragnę potwierdzić, nie ma znaczenia czy ktoś jest inteligentny czy nie, czy ktoś jest władcą czy niewolnikiem, wszyscy jesteśmy równi, i póki tego nie zaakceptujemy, nie będziemy mogli niczego więcej osiągnąć, a jeżeli wpadniemy w pychę, to będzie koniec balu panno Lalu w tym życiu. Przykład Mussoliniego jest tutaj niezwykle jaskrawy). Było to trochę niebezpieczne dla Omajadów, ale akceptowali te ruchy, tym bardziej że nie podważały one ich władzy.




Kalif al-Malik zdołał w sposób pokojowy przekazać swą władzę na ręce syna i następcy al-Walida i po raz pierwszy w dziejach muzułmańskiej ummy dziedziczenie z ojca na syna zostało zaakceptowane bez sprzeciwu, co też potwierdzało, iż czasy się zmieniają i pierwotne arabskie tradycje nomadyczne odchodzą w niepamięć na korzyść bardziej zjednoczonej i zurbanizowanej cywilizacji, w której rządy władcy absolutnego - tej tradycji wcześniej Arabowie nie znali - jest naturalną konsekwencją stworzenia Imperium. Tak więc gdy al-Malik zmarł (705 r.) al-Walid został nowym kalifem. To właśnie za jego rządów Arabowie osiągnęli swój największy terytorialny obszar, zdobywając Kaganat Zachodnioturecki z miastami z Samarkanda i Bachara (710), Sind i Multan (713) na Wschodzie, oraz wizygocką Hiszpanię na Zachodzie (711-719). Ale za tego władcy zaczęły pojawiać się też i pierwsze poważne trudności, które w przyszłości stały się powodem rozpadu owego Imperium. Mianowicie Omajadzi władali terenami rozciągającymi się od rzeki Indus na Wschodzie i od Jeziora Aralskiego na Północy po Jemen i Saharę na Południu, aż do gór Kaukazu i Pirenejów na Zachodzie. Był to tak olbrzymi teren, że zarządzanie nim z maleńkiej Syrii to było co najmniej zadanie karkołomne. Już Rzymianie po wielkich podbojach Trajana na Wschodzie w latach 113-117 zdali sobie sprawę że Imperium Rzymskie staje się zbyt rozległe, a co za tym idzie zbyt odległe od centrum, czyli od Rzymu. Zarządzanie takim molochem przez jednego człowieka który rezydował w Italii było niemożliwe, dlatego też następca Trajana - Hadrian zrezygnował ze zdobycznych terenów Mezopotamii, Asyrii i Armenii jakie w czasie wojny zdobyto na Partach. Potem Dioklecjan zdając sobie sprawę z niemożności zarządzania takim imperium w sytuacji upadku władzy centralnej w czasie anarchii III wieku, postanowił podzielić się władzą z dobranymi sobie współpracownikami i każdy z nich przejął określony odcinek. Oficjalnie było dwóch cesarzy, jeden na Wschodzie a drugi na Zachodzie, ale każdy z nich miał jeszcze po jednym cezarze, który odpowiadał za utrzymanie bezpieczeństwa na granicach w sytuacji gdy cesarz potrzebny był gdzie indziej. System tetrarchii dioklecjańskiej wprowadzony oficjalnie 287 r. (pierwsi cezarowie - czyli pomocnicy i następcy władców - pojawili się w 293 r.), działał od tej pory w miarę bezbłędnie (oczywiście poza drobnymi wypaczeniami, na które podatny był ustrój ówczesnego Rzymu). Tak też było z Arabami, ale tutaj nikt nie wpadł na pomysł żeby władzą się podzielić i jednocześnie utrzymać jedność w wielości. Syria była za mała i za biedna żeby mogła utrzymać takiego kolosa, dlatego też rozpad był nieunikniony.

A Syria była biedna, ponieważ dotychczasowy rozwój gospodarczy tego regionu został zahamowany z chwilą zdobycia go przez Arabów, jako że szlaki handlowe wiodące do Anatolii i Konstantynopola zostały przerwane i jedynie utrzymywano te, istniejące w kierunku południowym, czyli do Egiptu, oraz na Wschód, do Persji i dalej do Indii. Dzięki temu rozwijały się miasta dzisiejszego Iraku i Iranu oraz Chorasanu (czyli regionu wschodniej Persji i zachodniego Afganistanu). Tam napływała ludność arabska, tam rozbudowywały się miasta, tam zaczynała się tworzyć nowa kultura, Syria zaś coraz bardziej przypominała prowincję, a Damaszek zapyziałą dziurę. Po śmierci al-Walida (715 r.) władzę na krótko przejął jego brat Sulejman (do 717). Po jego śmierci kolejnym kalifem został Omar, który również wywodził się z rodu Omajadów (dodatkowo jego matka była wnuczką kalifa Omara, z zabitego w 644 r.), a on sam znalazł się na damasceńskim dworze al-Malika i następnie Sulejmana, z którym mocno się zaprzyjaźnił. To spowodowało że po śmierci Sulejmana został jego następcą. Za czasów Omara II uwidoczniły się już pierwsze poważniejsze problemy w polityce zagranicznej, Arabowie zostali pokonani przez Basków pod Cowadonga (718), co oznaczało koniec podboju Hiszpanii. Jednocześnie rozpoczęte jeszcze za Sulejmana oblężenie Konstantynopola (drugie takie wielkie w dziejach wojen z Arabami) z lat 717-718 zakończyło się ponownie klęską (również dzięki technice ognia greckiego). Niepowodzenia militarne i polityczne to jedno, natomiast pod względem kultury to rzeczywiście czasy Omara są wyjątkowe. Przede wszystkim nakazał spisanie wszystkich hadisów, a także wydał polecenie aby wszyscy jego obywatele (oczywiście mężczyźni) umieli czytać i pisać, co powodowało że Arabowie znacznie bardziej dominowali kulturowo nad chrześcijańskimi Europejczykami (których władcy częstokroć sami byli niepiśmienni, nie mówiąc już o zadbaniu o analfabetyzację swego ludu). I Omar krótko panował, zmarł w 720 r., a nowym klifem został teraz syn al-Malika Jazyd II. Zmarły Omar cieszył się bardzo dobrą reputacją wśród swych poddanych. Przede wszystkim dlatego, że na równi traktował wszystkie swoje prowincje i jako człowiek głęboko religijny namawiał mieszkających w jego państwa chrześcijan, Żydów czy mitraistow do przyjęcia islamu. Czynił to niestety również na swoją niekorzyść, bowiem ci, którzy przyjmowali islam, zwalniani byli z podatku (dzizji) który musieli płacić niewierni. A to powodowało że skarbiec Omajadów topniał w oczach, a przecież koszty wcale nie malały, a wręcz przeciwnie, nieustannie rosły. Jazyd II z pewnością się tym nie przejmował. Był on bowiem człowiekiem, który przede wszystkim skupiał się na doczesnych przyjemnościach. Uwielbiam bowiem osobiście kupować na targu niewolnice do swego haremu, a także był miłośnikiem wszelkiego rodzaju wykwintnych potraw. Większość dnia leżał w swym pałacu otoczony poduszkami, kobietami i przepychem. Budziło to niechęć nie tylko wśród szyitów, ale również wśród radykalnych uczniów szkół muzułmańskich (o których wspomniałem wyżej).

Panowanie Jazyda II nie trwało długo. Zakończył swe życie już w styczniu 724 r. a nowym kalifem został jego młodszy brat (syn al-Malika) Hiszam. On przywrócił muzułmańską religijność i prostotę na dworze damasceńskim, chociaż władał jak prawdziwy despota i za to również był krytykowany przez wyznawców Allaha, którzy nie byli przyzwyczajeni do despotycznych rządów swoich kalifów. Starał się też Hiszam zwiększyć swą kontrolę nad poddanymi, aby uniknąć ewentualnych buntów, które zawsze wybuchały pod hasłami odnowy religijnej. Szczególnie niebezpieczni byli szyici (którzy nadal dążyli do wyniesienia rodu Alego do władzy), ale i inne odłamy islamu były podejrzane. W tym czasie dla szyitów prawdziwym kalifem był potomek Alego - Ali Abd Allah, który ze swą rodziną i zwolennikami mieszkał w oazie al-Humajma, leżącej na południe od Morza Martwego. Szybko stała się ona kryjówką wszelkich przeciwników rodu Omajadów. Za rządów Hiszama Karol Młot na polach Poitiers rozbił arabski najazd na Królestwo Franków (732 r.). Arabowie później już nie próbowali ponownych ataków. Oficjalnie twierdzono, że stało się tak z powodu małej wartości Europy jako nabytku dla muzułmanów. Europa bowiem miała być zwykłym zadupiem, które nie warto w ogóle zdobywać, poza tym na Północy panował okropny klimat dla Arabów, a śniegi i mrozy było tym, z czym oni sobie nie radzili. Ale to nie wróg zewnętrzny był tym, z czym najciężej musieli zmagać się Omajadzi. W Al-Kufie bowiem członkowie klanu Banu Haszim (z którego wywodził się również Mahomet) i potomkowie Abbasa ibn Abd al- Muttaliba (wujka Mahometa), uważali że mają znacznie większe prawo do władzy, niż członkowie klanu Omajadów. Przewodził im wówczas Muhammad ibn Ali. Zawarli oni sojusz z szyjkami Abd Allaha (który scedować miał na ibn Alego swoje prawo do władzy - potem okazało się że nie jest to prawda). Słysząc te pogłoski Biszam miał ponoć skontaktować się z Muhammadem i w formie ustnej lub pisemnej (w każdym razie dokumenty te nie zachowały się) przekazał mu władzę po swej śmierci. Tak się jednak złożyło że Hiszam zmarł w roku 743 a władzę przejął syn Jazyda II - al-Walid II. Muhammad zmarł zaś w roku 744 i prawo do imamatu przeszło na jego syna - Ibrahima (zwanego "Imamem"), który teraz wysłał do Chorosanu (gdzie zaistniały najbardziej anty-omajadzkie nastroje) swego zaufanego człowieka Abu Muslima, aby ten pod czarnym sztandarem rodu Abbasa wzniecił bunt przeciwko występującym pod białym sztandarem Omajadom. Karty zostały rzucone, a los rodziny Abd al-Rahmana został przypieczętowany. Nastał bowiem dla nich teraz okrutny i krwawy czas.




CDN.

czwartek, 19 października 2023

TAJNE PRZEZ... SZALONE - Cz. II

CZYLI NAJDZIWNIEJSZE (I CZĘSTO PRZERAŻAJĄCE) POMYSŁY XX STULECIA





PSY STRAŻNICY OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH 





 Dziś dalsza część szalonych planów prowadzonych w państwach totalitarnych, w celu stworzenia jakichś hybryd, które mogłyby być wykorzystane do walki w wojnie o triumf określonej ideologii. Dziś zapraszam do nazistowskich Niemiec i do specjalnie stworzonej w tym celu szkoły dla psów, której jednym z zadań było... nauczenie ich ludzkiej mowy.


"SPÓJRZ BLONDI, TO WSZYSTKO KIEDYŚ BĘDZIE TWOJE" 😄



Adolf Hitler był wielkim miłośnikiem zwierząt... i dzieci. Zawsze powtarzał "Najbardziej lubię psy i dzieci", choć niektórzy potem wkładali mu w usta słowa że to "dlatego, iż łatwo ich wyszkolić". Nie wiadomo do końca czy te ostatnie słowa były rzeczywiście wypowiedziane przez Hitlera, wiadomo jednak że führer III Rzeszy rzeczywiście był zwolennikiem odpowiedniego wyszkolenia zwierząt, szczególnie zaś psów. Sam miał dwa wilczury - Blondi i Belli i spędzał z nimi czas gdy tylko mógł, szczególnie w swej górskiej rezydencji w Obersalzbergu. Na wielu  zdjęciach z czasów zarówno przedwojennych jak i wojennych, Hitler znajduje się w otoczeniu swoich psów (szczególnie Blondie), ale takie propagandowe zdjęcia czy filmy były konieczne, ponieważ budowały wizerunek wodza, jako zarówno opiekuna zwierząt, jak również ojca narodu czy protektora danych zawodów czy grup społecznych (w mojej kolekcji znajdują się zdjęcia Hitlera w otoczeniu robotników niemieckich, w otoczeniu niemieckich dziewcząt, chłopców z hitlerjugend i wielu podobnych. Jest też jeden jak przebywa w towarzystwie małej Helgi - córki Goebbelsa, a zdjęcie zatytułowane jest "Na molo z małą Helgą" - zdjęcie to znalazło się również w "Völkischer Beobachter").






Wielu dyktatorów robiło sobie zdjęcia z różnymi grupami społecznymi, z dziećmi czy też zwierzętami i do dzisiaj za mistrzów propagandy w tej kwestii uchodzą szczególnie Józef Stalin oraz Adolf Hitler, ale jest to błędne spostrzeżenie. Prawdziwym mistrzem propagandy swoich czasów, którego ci dwaj wyżej wymienieni nie byli jednak w stanie dogonić, był... Benito ("Finito" 😄) Mussolini. Ten robił sobie bardzo wiele zdjęć dla faszystowskiej propagandowej prasy, a ponieważ był też sportowcem i pracował wcześniej jako robotnik budowlany (a konkretnie murarz), to bardzo często również i w tych zawodach pojawiał się np. bez ubrania w samych tylko spodniach lub nawet w spodenkach (Hitler był mocno zdegustowany jak pewnego razu zobaczył zdjęcie duce bez koszuli, przemawiającego do Włochów po zakończeniu akcji żniwnej w 1925 r. Benito pracował tam rzeczywiście podczas zbierania zboża jak zwykły chłop, czym przyciągał do siebie społeczeństwo, które powszechnie już powtarzało słowa wypowiedziane przez włoskiego dziennikarza w 1925 r. "Mussolini ma zawsze rację!" - a należy pamiętać że jeszcze wówczas władza faszystów nie była w pełni domknięta). Zresztą zdjęcia Mussoliniego bez koszuli, czy nawet bez spodni (oczywiście nie był zupełnie na golasa, co też trzeba podkreślić), były we Włoszech popularne, i często duce pokazywał się albo przy pracy fizycznej (np. właśnie akcja żniwna, która miała - według propagandy - uniezależnić wówczas Włochy od dostaw zboża z zagranicy), albo podczas wykonywania różnych sportów (np. ,siłowych albo biegów długodystansowych, w których pomimo lekkiej nadwagi Benito uczestniczył). Natomiast Hitler czy Stalin nigdy nie zostali w taki właśnie sposób sportretowani w swojej propagandzie dla ludu (nic dziwnego że otaczał się prawdziwym tabunem kochanek, chodź w propagandzie uchodził za wiernego męża i dobrego ojca, a jego żona przyznała publicznie, że po raz pierwszy dowiedziała się o romansach męża dopiero w 1943 r.)




Wróćmy jednak do nazistowskich Niemiec i Adolfa Hitlera, który rzeczywiście wierzył że odpowiednim treningiem psy mogą uzyskać świadomość kilkuletniego dziecka i mogą nauczyć się prymitywnych ludzkich słów. Zafascynowany tym pomysłem był również szef Gestapo i SS - Heinrich Himmler (który bardzo lubił tego typu projekty). Nakazał on bowiem przejrzeć niemieckie archiwa i gdy okazało się, że niemieccy naukowcy sporo pisali o nadzwyczajnej inteligencji psów którą możnaby wykorzystać dla potrzeb ludzkości, postanowił wyznaczyć ich do roli strażników w obozach koncentracyjnych, odciążając tym samym oficerów SS. W 1935 r. Nieopodal Leutenburga (w pobliżu Hanoweru) z polecenia Himmlera i za zgodą Hitlera, otworzono specjalną szkołę dla psów, w której miano nauczyć ich podstawowych ludzkich wyrazów i wyszkolić do roli strażników w obozach koncentracyjnych (Himmler osobiście dostarczył do tej szkoły swojego własnego czworonoga). Ośrodek ten nosił nazwę Tier-Sprechschule ASRA ("Szkoła Mowy dla Zwierząt"). Kierowniczką tej szkoły została Margarete Schmidt, która otrzymała za zadanie "umocnić więź człowieka ze zwierzętami" (w tym przypadku z psami). Do szkoły tej ściągano z całych Niemiec najbardziej inteligentne czworonogi, gdzie uczono ich odpowiednich zachowań i komend. 




Miały na przykład wystukiwać określone sygnały łapą, szczekać gdy ujrzą coś niepokojącego, a także uczono ich tam podstawowych ludzkich słów (polegało to na tym że każda litera alfabetu,była przyporządkowana do liczby szczeknięć, chodź najbardziej inteligentne psy uczono takiej artykulacji szczeknięć, aby przypominały ludzkie słowo - ponoć niektóre psy potrafiły w ten sposób poprosić o jedzenie lub smakołyki). Często też organizowano wycieczki szkolne, czy też wycieczki młodzieży z hitlerjugend do tego ośrodka, i dzieciaki przygotowywały dla psów różne wiersze lub nawet poezje (podczas jednej z takich wycieczek, pies wabiący się Lumpi zaczął szczekać na chłopców z hitlerjugend, a jego trener stwierdził, że pies powiedział iż "ma dosyć na dziś poezji"). Gdy w listopadzie 1938 r. rozpoczęła się tzw Noc Kryształowa, wymierzona w niemieckich i polskich Żydów którzy znaleźli się w Niemczech (ok. 30 000 z nich osadzono w obozach koncentracyjnych, a jakieś 17 000 wypchnięto przez granicę do Polski), wówczas w niemieckich mediach pojawiły się głosy zatroskanych Niemców, którzy martwili się, co teraz stanie się z czworonogami pozostawionymi przez Żydów. Ostentacyjnie domagano się też od władz opieki nad tymi zwierzętami - część z nich trafiła właśnie do ośrodka prowadzonego przez Margarete Schmitd.




Wkrótce potem prasę obiegła wiadomość o wielkim zwycięstwie w rozwoju więzi człowieka z psem. O to bowiem pewna mieszkanka Berlina zapytała się swego psa, kim jest Adolf Hitler i uzyskała odpowiedź "Mein Führer". Prasa niemiecka z ekspiacją rozpisywała się nad tym niesamowitym wydarzeniem (😱😄), do którego jednak doszło poza szkołą nauki mowy dla psów. Po wybuchu II Wojny Światowej projekt rozwinięcia umiejętności ludzkiej mowy wśród psów był w dalszym ciągu kontynuowany, ale ze względu na coraz bardziej wymagające potrzeby wojenne, szkoła ta coraz częściej miała ograniczane środki finansowe, ale istniała aż do końca Trzeciej Rzeszy, czyli do maja 1945 r. Projekt ostatecznie zakończył się totalną klapą, chociaż niektóre przypadki owych psów były rzeczywiście niezwykłe.




W następnej części kolejny niesamowity projekt, tym razem opracowany przez brytyjskie tajne służby, a miał on na celu sfeminizowanie Adolfa Hitlera i... zamienienie go w kobietę 😭




A CO SIĘ TYCZY OSTATNICH WYBORÓW, TO POWIEM TYLKO TYLE - CHYBA NACZELNIK MUSI COŚ WIEDZIEĆ, SKORO STWIERDZIŁ ŻE CZEKA NAS CIEKAWY CZAS 👍



CDN.

piątek, 29 listopada 2019

GIOVINEZZA - SEKS, ZABAWY I PRZEMOC W CIENIU PORTYKÓW RZYMSKICH CEZARÓW - Cz. II

CZYLI WŁOCHY POD RZĄDAMI

BENITO MUSSOLINIEGO

I PARTII FASZYSTOWSKIEJ





IL COMANDANTE

Cz. II


"BŁOGOSŁAWIENI NIECHAJ BĘDĄ MŁODZI LUDZIE GŁODNI I SPRAGNIENI CHWAŁY, ALBOWIEM BĘDĄ NASYCENI"

GABRIELE d'ANNUNZIO





 23 maja 1915 r. Włochy wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom (Niemcom dopiero 27 sierpnia 1916 r.). Armia włoska była kompletnie nieprzygotowana do tej wojny, ani pod względem wyposażenia, ani wyszkolenia, ani dowodzenia ani też pod względem morale panującego wówczas w wojsku. O wartości bojowej armii włoskiej wypowiedział się jeszcze w maju 1914 r. (na konferencji w Karlowych Warach), szef sztabu armii Austro-Węgier gen. Conrad von Hotzendorff, odpowiadając na apel swego niemieckiego kolegi - gen. Helmutha von Moltke, który rzekł iż Włosi są gotowi, w wypadku wojny, oddać do dyspozycji Wiednia większe siły militarne, ten miał wówczas stwierdzić: "Pięknie! Ale wolałbym aby to Pan zabrał wojska włoskie". Armia włoska w chwili wybuchu wojny, liczyła 850 tys. żołnierzy i posiadała 406 baterii artylerii polowej, 28 baterii haubic oraz 12 baterii moździerzy. Flota wojenna dysponowała zaś ogółem 155 okrętami (w tym 20 łodziami podwodnymi), co jednak, zważywszy na szerokość wybrzeża włoskiego "buta", nie było pokaźną liczbą. Poza tym w armii dominowały raczej nastroje pacyfistyczne, a korpus oficerski w ogromnej większości był zdecydowanie niechętny wojnie. Niechętny jej był też premier Włoch - Giovanni Giloitti, który przekonywał króla - Wiktora Emanuela III że rozkład Monarchii Austro-Węgierskiej wcale nie jest taki pewny, a poza tym Rosjanie już ponieśli klęskę w Galicji, zaś Niemcy prą do przodu zarówno na Mazurach jak i w Kongresówce, przystąpienie więc do wojny w takiej chwili stanowi ogromne niebezpieczeństwo, gdyż należy się liczyć z ofensywą austriacko-niemiecką w północnych Włoszech, utratą Wenecji, a nawet cofnięciem się za linię Padu, co automatycznie musiałoby spowodować niepokoje wewnętrzne i groźbę rewolucji socjalistycznej. Gilotiego wspierał włoski parlament, ale ulica była zdecydowanie za wojną (choć oczywiście większość społeczeństwa włoskiego również chciała utrzymań neutralność). Żywiołowe manifestacje polityczne, domagające się Tyrolu i Triestu i okrzyki za wojną interwencyjną przeciwko Austrii, były dość częste na ulicach wielu włoskich miast w owym czasie, widząc w tej wojnie ostatnią odsłonę idei Risorgimento (italskich wojen zjednoczeniowych, trwających od 1859 r. ).

Jednym z największych agitatorów prowojennych, był (wspomniany już w poprzedniej części) włoski poeta, mówca, lotnik i awanturnik (oraz miłośnik kobiecej urody, ze szczególnym uwzględnieniem sinych od bata niewieścich pośladków, jako że należał do zwolenników miłości w klimacie spankingu) Gabrielle d'Annunzio. To właśnie on potrafił elektryzować tłumy, gdy tylko pojawiał się na placach, przemawiając do zebranych z żądaniem poparcia "sprawiedliwej, łacińskiej wojny". Gdy więc Włochy do wojny przystąpiły, ten 52-letni mężczyzna, przywdziawszy mundur porucznika kawalerii, stawił się w sztabie księcia Aosty z prośbą o skierowanie go na linię frontu. Jako legenda włoskiego pióra (jak zwykł mawiać, było tylko trzech największych włoskich pisarzy w historii literatury: "Dante, Leopardi i ja. Wszyscy pozostali to gitarzyści"), otrzymał przywilej uczestniczenia w wybranych przez siebie akcjach bojowych i skwapliwie z tego przywileju korzystał (choć, co należy podkreślić - nie oszczędzał się w atakach, przeprowadzając częstokroć brawurowe naloty na austriackie pozycje nad Gorycją, Isonzo i Triestem). Był kilkukrotnie poważnie ranny (stracił nawet wzrok w jednym oku na kilka miesięcy, co nie przeszkodziło mu dokończyć jedną ze swych najpopularniejszych książek: "Notturno") ale zawsze ponownie rwał się na front, uważając czas spędzony w szpitalu za "stracony dla siebie i dla Italii". Brał udział w brawurowych nalotach (jako pilot bombowca - z tym że wówczas bombowce niczym nie różniły się od myśliwców, a bomby piloci zrzucali z samolotów... ręcznie, niczym granaty. Początkowo wystąpił też problem skoordynowania działka pokładowego z ruchem śmigła samolotu, ale poprzez zamontowanie specjalnej linki przewodzącej - która zsynchronizowała strzał oddawany z karabinu z ruchem obrotowym śmigła - wyeliminowano niebezpieczeństwo... zestrzelenia własnego śmigła w powietrzu) i był wielokrotnie odznaczany za odwagę. Był też ekscentrykiem we wszystkim co robił. Potrafił zarówno z odwagą, przechodzącą w brawurę atakować pozycje armii austriackiej pod ogniem baterii przeciwlotniczych , bo po powrocie do swojej bazy, zatopić się w miłosnych eskapadach ze swoimi panienkami. A utrzymywał w swej kwaterze prawdziwy harem czekających na niego i rozkochanych w nim dziewcząt (na co zresztą uzyskał zgodę przełożonych).

Włosi od maja 1915 r. do marca 1916 r. rozegrali nad rzeką Isonzo (jedynym miejscem, gdzie można było przeprowadzić skuteczny atak lądowy i wyjść w kierunku Gorycji i Triestu) pięć bitew. Żadna z nich nie doprowadziła nie tylko do przerwania austriackiego frontu, ale nawet do osiągnięcia jakichkolwiek większych zdobyczy terytorialnych. Włochom nie udało się opanować ani Triestu, ani Gorycji - miasta leżącego zaledwie kilka kilometrów od samej granicy, będącej w zasadzie linią frontu. Ponoszono przy tym ogromne straty, a sukcesów nie było żadnych - dosłownie ŻADNYCH! Żołnierze ginęli w morderczych bojach na bagnety, lub w ostrzałach artyleryjskich, niczego przy tym nie osiągając (i to zarówno jedna jak i druga strona, bowiem Austriacy także nie potrafili przełamać włoskich pozycji nad Isonzo i wzajemnie się tam tylko wykrwawiali). Włoski plan minimum, opracowany 1 kwietnia 1915 r., przewidywał opanowanie Gorycji, Lublany, Villach, Toblach i Triestu - przez 4 Armię i tzw.: "grupę karnicką" (wspartą 2 i 3 Armią), a 1 Armia miała opanować twierdzę w Trydencie i Tyrol Południowy. Szybko okazało się że są to plany nierealne i nie do wykonania, nawet pomimo faktu znacznej przewagi liczebnej Włochów na tym froncie (a francuski generał, późniejszy marszałek - Joseph Joffre marzył o zajęciu przez Włochów i Serbów nie tylko Istrii i Tyrolu, ale również Wiednia oraz Budapesztu - co już w ogóle było majakami z gatunku s-f). Natomiast sztab austro-niemiecki zakładał przeprowadzenie wielkiej ofensywy na Włochy - zajęciem Wenecji, Lombardii, Piemontu i Genui (gdzie znajdowały się znaczne włoskie zapasy amunicji, sprzętu wojennego i aprowizacji), oraz wyjściem na linię Padu. Szybko okazało się jednak że i te plany są nierealne, gdyż brakowało na ich wykonanie odpowiedniej liczby jednostek, użytych albo na froncie wschodnim przeciwko Rosji, albo na froncie zachodnim, we Francji. Oczywiście w austriackiej propagandzie nieustannie podkreślano że "Niemcy wkrótce będą pili Burbona na Champs Élysées w Paryżu, a Austriacy uraczą się Chianti w cieniu Koloseum" - ale były to jedynie mrzonki.

 


Większa ofensywa austro-węgierska rozpoczęła się dopiero w maju 1916 r. (gdy Niemcy nacierali na Verdun na froncie zachodnim - aby skoordynował atak i zadać wrogom jednoczesną klęskę). Ofensywa ta, zwana "wyprawą karną za włoską niegodziwość", uderzyła z rejonu rzeki Adyga z zamiarem wyjścia na tyły frontu włoskiego nad Isonzo. Pomimo znacznego zaangażowania ludzi i sprzętu (łącznie z gazami bojowymi, które rozpylono na płaskowyżu Asiago), ofensywa ta również zakończyła się niepowodzeniem i nie doprowadziła do istotnej zmiany na froncie włoskim. W sierpniu 1916 r. ruszyła kolejna, szósta już wielka włoska ofensywa na froncie nad Isonzo, która zaowocowała wreszcie zdobyciem Gorycji (9 sierpnia). Pomimo wielkich strat, wreszcie osiągnięto jakiś sukces, zajęto duże miasto, skąd można było wyprowadzić ofensywę w kierunku zarówno Triestu jak i Lublany. Niestety, kolejne ofensywy (siódma, ósma i dziewiąta) przeprowadzone od września do listopada 1916 r. ponownie kończyły się jedynie stosami tysięcy poległych i rannych włoskich żołnierzy, bez żadnych widocznych terytorialnych nabytków. Kolejna ofensywa ruszyła na tym froncie dopiero w maju (dziesiąta bitwa nad Isonzo) i w sierpniu 1917 r. (jedenasta bitwa nad Isonzo), ale Włosi nawet nie zbliżyli się do Triestu. Przez ten czas straty wyniosły ponad 700 tys. zabitych, rannych i wziętych do niewoli, (nie licząc ok. 100 tysięcy dezerterów). Nie należy się dziwić dezerterom, którzy opuszczali szeregi (nie tylko włoskiej armii), jeśli poczyta się choćby wspomnienia świadków spod Verdun, jak choćby to: "Wychodzimy z koszar Bevaux i mijamy oddział wojska, które idzie na front. "Jesteście kompanią z 405 pułku?" - zapytujemy. "Jesteśmy pułkiem" - odpowiadają", albo ta: "Nie ma grobów, jedynie szczątki grobów i leje po granatach najczęściej wypełnione wodą i trupami. Ociekaliśmy wilgocią. Na całym ciele drżeliśmy z zimna, a musieliśmy tkwić nieruchomo. Gdy się nieco rozwidniło, rozpoczynała się strzelanina. (...) Można było oszaleć. W niemym poddaniu się oczekiwaliśmy na kulę, która nam była przeznaczona (...) Zewsząd wrzaski i jęki, wycia i huki, kał i krew, umarli i umierający".

Wiadomo że wojna na Zachodzie znacząco różniła się od wojny na Wschodzie. Na Wschodzie bowiem wojna miała charakter szybki, manewrowy i oskrzydlający, gdzie duże znaczenia miały jednostki mobilne (wówczas głównie kawaleria), natomiast na Zachodzie, w tym również w dużej mierze na froncie włoskim, wojna miała zupełnie inny charakter. Jak śpiewali żołnierze niemieccy z frontu wschodniego: "Na wschodzie stoi prawdziwa armia, na zachodzie tylko straż ogniowa" - i rzeczywiście, pozycyjny (okopowy) sposób prowadzenia walki na froncie zachodnim, przypominał bardziej wzajemne ostrzeliwanie się dwóch grup "gangsterów" niż prowadzenie regularnych działań militarnych. Według relacji świadków, najgorsze co mogło spotkać żołnierza na froncie zachodnim, to wcale nie była kula wroga, a... szczury, błoto, pchły, smród i odór rozkładających się ciał. Bród i smród była tak wszechobecny, że żołnierze często całymi tygodniami nie zdejmowali munduru, nie mówiąc już o bieliźnie. Poza tym pchły i szczury były ich nieodłącznymi towarzyszami niedoli, jak pisał jeden z francuskich żołnierzy: "Straszne są noce: całkowicie okryty kołdrą i płaszczem czuję mimo to te plugawe bestie, jak grasują po moim ciele (...) Nie sposób spać w takich warunkach", jego przeciwnik z niemieckiego okopu dodawał zaś: "Móc się raz wreszcie oczyścić. (...) Raz wreszcie zdjąć kurtkę i spodnie i owinąć się odwszonym kocem. Raz wreszcie gruntownie oczyścić buty i wyszczotkować płaszcz. Raz wreszcie usiąść wieczorem na ławie przed barakiem, palić fajkę i patrzeć na północ na nizinę". Może nie aż w takiej skali, ale bardzo podobne problemy przechodziła wówczas również i armia włoska. Szczególnie jednak dały się odczuć trudności ekonomiczne, spowodowane przez wojnę wobec narodu włoskiego. Brak opału, brak żywności, trudności w imporcie drogą morską wielu artykułów przemysłowych - uruchomiły natychmiast we Włoszech strajki i uliczne manifestacje. Do tego dochodziły jeszcze częste dezercje i braki w utrzymaniu dyscypliny w armii.

Nie polepszał sprawy głównodowodzący włoską armią - gen. Luigi Cadorna, który bez wątpienia okazał się zwykłym dyletantem (żeby nie powiedzieć głupcem). Jednym z kluczowych powodów do takiego twierdzenia jest fakt, iż mając wiedzę (od austriackich dezerterów a także od włoskiego wywiadu) o spodziewanej wielkiej austro-niemieckiej ofensywie nad Isonzo - całkowicie zbagatelizował sprawę i nie przedsięwziął koniecznych środków bezpieczeństwa. Wielka ofensywa 160 tysięcznej armii, ruszyła 24 października 1917 r. i pod miejscowością Caporetto spowodowała przerwanie włoskiego frontu nad Isonzo. W ciągu kolejnych dziesięciu dni, dwie włoskie armie wycofały się na południe w panicznym odwrocie, tracąc 10 tys. zabitych, 30 tys. rannych i 300 tys. jeńców oraz 400 tys. dezerterów. Była to największa włoska klęska tej wojny i największa od czasu zwycięskiego marszu austriackiego gen. Josepha Radetzkyego (notabene, dziś marsz weselny, grany podczas ślubów, jest właśnie triumfalnym marszem Radetzkyego po Italii) w 1848/49 i bitew pod Novarą, Mortarą, Custozzą i Lissą. Cadorna natychmiast stwierdził że winny klęski nie jest żołnierz włoski a już w żadnym razie włoskie dowództwo, tylko "wróg wewnętrzny", owi "czerwoni" (socjaliści) i "czarni" (księża) nawołujący do zakończenia tej światowej rzezi. Przerwanie frontu doprowadziło do wybuchu paniki na wielu odcinkach, również ludność cywilna uciekała przed Austro-Niemcami, cofając się wraz z wojskiem, a dla wielu Włochów (w tym żołnierzy), utrata tak znacznych terenów prowincji Wenecji - równała się końcu wojny, gdyż trud, jaki poświęcili w zdobywanie skrawków ziem nad Isonzo był tak wielki, iż teraz próba zdobycia utraconych terenów, w świadomości wielu stawała się wręcz niemożliwa. Doszło do tego że król Wiktor Emanuel III zastanawiał się nad abdykacją, a Cadorna rozważał szybkie zawarcie separatystycznego pokoju, gdyż front niebezpiecznie zbliżał się do Wenecji, a stamtąd mógł dojść do Werony i Mediolanu (a francuski sztab generalny słusznie zakładał że upadek Mediolanu oznacza wycofanie się Włoch z wojny i zawarcie separatystycznego pokoju). Również w Wenecji wybuchła panika, ale tutaj ludność zamiast uciekać, przystąpiła na lądzie do kopania rowów przeciwpiechotnych. Ponieważ jednak zarówno Niemcy jak i Austriacy nie mieli rezerw, a ich żołnierze również byli wymęczeni ciężką walką, udało się Włochom zatrzymać front na linii rzeki Piawy i górskiego masywu Grappa nieopodal jeziora Garda.




Mimo to, po pierwszych oznakach paniki, naród włoski w przedziwny sposób zdołał się zmobilizować. Powstał Rząd Jedności Narodowej (30 października 1917 r.) z premierem Vittorio Emanuele Orlando, który to usunął z funkcji głównodowodzącego armią Luigi Cadornę i powołał w to miejsce gen. Armando Vittorio Diaza, który gruntownie przygotował obronę na linii Piawy. Mimo to międzynarodowa pozycja Włoch znacznie ucierpiała po Caporetto i stało się jasne że Włosi wcale nie są nadzieją (na którą liczono w celu odciążenia głównie frontu wschodniego, choć nie tylko, bowiem powstały plany wspólnego frontu zachodniego, ciągnącego się od Kanału La Manche przez Szwajcarię po Adriatyk, tylko aby on mógł zaistnieć, Niemcy musiały najechać Szwajcarię. Spodziewano się w alianckim sztabie że tak właśnie może się stać, jako że przez Szwajcarię jest najbliżej zarówno do Mediolanu, jak i Genui czy Florencji - do tego jednak nie doszło) koalicji, a wręcz stają się obciążeniem i kłopotem (ciągła czujność przed przerwaniem frontu włoskiego, słabość militarna włoskiej armii, braki w artylerii i amunicji oraz żywności, opału i stali). Tak oto sojusznik, który miał być wybawieniem i spowodować zwrot w tej wojnie, sam stał się utrapieniem i kłopotem na który należało zważać, by przypadkiem nie pociągnął za sobą w przepaść inne kraje. Nic więc dziwnego że Francuzi skierowali na włoski front kilka własnych dywizji (potem dołączyli do nich Brytyjczycy), celem wzmocnienia oporu Włochów (jakieś 2 dywizje, choć Włosi liczyli na... 20). Dzięki tym wzmocnieniom (choć dywizje francuskie przybyły na front już po powstrzymaniu ofensywy) i narodowej mobilizacji, udało się Włochom zatrzymać kolejny wielki atak austro-niemiecki, tym razem przeprowadzony nad Piawą (listopad-grudzień 1917 r.).

W połowie czerwca 1918 r. Austriacy przeprowadzili jeszcze jedną, ostatnią już ofensywę na froncie włoskim od Asiago do Adriatyku, która także została zatrzymana. Był to nieunikniony wstęp do rozpadu Monarchii Austro-Węgierskiej i należało to ostatecznie wykorzystać. 24 października 1918 r. ruszyła włoska ofensywa nad Piawą. Przy wsparciu 2 francuskich i 3 brytyjskich dywizji, przełamano front pod Vittorio Veneto i do 3 listopada zajęto Trydent, Udine i Triest. To, co przez trzy lata ciężkich walk nie udało się żołnierzom włoskim w bitwach nad Isonzo, teraz osiągnęli w przeciągu niecałych dwóch tygodni. 3 listopada 1918 r. zawarto rozejm w Villa Giusti pod Padwą, na mocy którego Austriacy zobowiązali się ewakuować zamieszkałe przez Włochów tereny, wydać im całą flotę i broń, wypuścić jeńców i umożliwić aliantom swobodny przemarsz przez swoje terytorium. 11 listopada skapitulowały Niemcy i ostatecznie po czterech latach i trzech miesiącach, I Wojna Światowa dobiegła końca. Bilans wniesionego przez Włochy udziału był spory pod względem ilościowym, natomiast całkiem mierny pod względem jakościowym. Włosi ostatecznie powołali pod broń 5,2 mln. żołnierzy z czego na froncie poległo ponad 600 tys. 950 tys. odniosło rany (z czego 200 tys. pozostało inwalidami do końca życia). Dług państwowy wzrósł z 14 mld. lirów w 1910 r. do 95 mld, w 1920 r. Jedyną nadzieją Włoch, jako zwycięskiego mocarstwa, było zadośćuczynienie terytorialne (głównie kosztem byłej już Monarchii Austro-Węgierskiej) w Trieście, Trydencie, Tyrolu, Dalmacji, Albanii, Czarnogóry, wysp Dodekanezu i ewentualnych nabytków terytorialnych w Afryce. Okazało się jednak że wysoki koszt strat ludnościowych i materialnych Włoch, ma się nijak na wniesiony przez nie udział we wspólne zwycięstwo i koalicja aliantów na konferencji pokojowej w Wersalu, miała zupełnie inne plany co do ziem, jakie zamierzali przyłączyć do swego kraju Włosi. Zostanie to potem odebrane, jako upokorzenie wśród ludzi takich jak d'Annunzio czy Benito Mussolini i ostatecznie doprowadzi do powstania a następnie zdobycia władzy we Włoszech przez partię faszystowską.

 





  
CDN.

sobota, 5 października 2019

GIOVINEZZA - SEKS, ZABAWY I PRZEMOC W CIENIU PORTYKÓW RZYMSKICH CEZARÓW - Cz. I

CZYLI WŁOCHY POD RZĄDAMI 

BENITO MUSSOLINIEGO 

I PARTII FASZYSTOWSKIEJ





IL COMANDANTE 

Cz. I




 
 Żołnierze strzegący przejścia granicznego pod Castuą wycelowali swoje karabiny w zmierzającą ku nim postać mężczyzny. Oficer dowodzący wydał komendę by byli gotowi do oddania strzału i jednocześnie zaapelował do idącemu ku oddziałowi mężczyzny, aby ten się zatrzymał i zawrócił, w przeciwnym razie zostanie zastrzelony. Mężczyzna jednak zdawał się być głuchy na te wezwania, dalej zmierzając w kierunku szpaleru straży granicznej, usiłującej właśnie uniemożliwić mu dalsze przejście. Mężczyzna ubrany był w mundur podpułkownika lansjerów z Novary, na który miał narzucony gruby wojskowy płaszcz. Zbliżył się do żołnierzy - których karabiny wycelowane były prosto w niego - stanął i chwilę przyglądał się temu widokowi. Następnie szybkim ruchem odwinął poły płaszcza i niczym Cesarz Napoleon powracający z Elby, ukazał żołnierzom pierś udekorowaną medalami, po czym zwrócił się do nich w krótkich, żołnierskich słowach: "Żołnierze! Znacie mnie wszyscy, wiecie kim jestem! Żołnierze, zwracam się do was, jako wasz towarzysz broni, jak wasz druh. Wszyscy wiecie przez co przeszliśmy podczas Wielkiej Wojny, jakie wyrzeczenia i trudy musieliśmy ścierpieć. Stanęliśmy do walki w tej "łacińskiej wojnie" po stronie Francji i Wielkiej Brytanii, które jednak nas oszukały. Obiecano nam znaczne nabytki nad Adriatykiem, obiecano Zadar, obiecano wreszcie Fiume. Nie dotrzymano tych obietnic - oszukano nas. Żołnierze! Zwracam się do was jako wasz towarzysz broni, zwracam się do was w imieniu zhańbionej Italii! Jeśli wasz honor żołnierski wam na to pozwoli, to strzelajcie prosto w serce, to serce, które umiłowało Włochy ponad wszystko i które idzie naprawić jawną niesprawiedliwość wyrządzoną nam przez sojuszników" - mówiąc to, zrobił krok do przodu, potem kolejny i jeszcze jeden. Oficer strzegący przejścia granicznego pod Castuą próbował jeszcze apelować by się powstrzymał, szybko jednak zamilkł zadziwiony jego odwagą.

Niektórzy żołnierze zaczęli odkładać broń, widząc to dowódca kazał spisywać nazwiska tych, którzy odmawiają wykonania rozkazu, oskarżając ich jednocześnie o dezercję. W oddziałach doszło do buntu, żołnierze nie chcieli i nie zamierzali strzelać do sławnego bohatera wojennego, którego pierś świeciła się od medali a twarz wciąż nosiła ślady niedawnych ran. Nie wiadomo jak by się skończyła cała ta awantura, która miała miejsce dnia 11 września 1919 r. około godziny 11:00, gdyby nie jeden z samochodów pancernych, który po prostu przejechał przez szlaban graniczny, całkowicie go rozbijając. Wówczas Oddziały graniczne spod Castuy przyłączyły się do owego bohaterskiego oficera, podobnie jak nieco wcześniej pułk bersalierów i oddziały arditi, dysponował więc teraz armią w liczbie 2 500 żołnierzy (na początku wyprawy, czyli nad ranem 11 września, dowodził jedynie 196 sardyńskimi grenadierami z Ronchi). O godzinie 11:45 oddziały te wkroczyły do Fiume nad Adriatykiem, zaprowadzając tam nowe, włoskie porządki. Kim jednak był ów bohater wojenny przeciw któremu żołnierze odmówili wykonania rozkazu swego dowódcy? Był to człowiek, będący połączeniem oszałamiającego talentu literackiego, bohaterstwa (graniczącego niekiedy z brawurą), umiłowania piękna kobiecego ciała (swoim licznym kochankom nadawał specjalne pseudonimy, segregując je niczym w katalogu) i wreszcie niesamowitej pychy. Nazywał się - Gabriele d'Annunzio. Zacznijmy może od pychy, która była nieodłącznym symbolem jego działań. Nie widział w sobie żadnych, nawet najmniejszych wad, twierdząc wszem i wobec że jest ponad to. Zapytany niegdyś który z włoskich pisarzy i poetów był największym w dziejach, odparł: "Dante, Leopardi i ja. Wszyscy pozostali to gitarzyści". 

Choć nie miał w sobie cienia powściągliwości i samokrytyki, należy powiedzieć że miał rację, był bowiem diabelnie utalentowanym gościem, już w wieku szesnastu lat (urodził się w marcu 1863 r.), zadebiutował tomikiem wierszy na kanwie powieści antycznej pod nazwą "Primo vere" ("Pierwsza prawda"). Późniejsze jego dzieła również były bestsellerami (niestety, jego dorobek literacki jest prawie nieznany zarówno w Polsce, jak i w takich krajach jak Niemcy, Francji, Wielka Brytania czy USA). Był też jednak próżny i szukał łatwego zarobku i spokojnego życia, bez konieczności zapracowania na nie. Miał też zabójczy wpływ na kobiety, które wręcz za nim szalały (choć nie był ani zbyt przystojny, ani też zbyt wysoki). Jego kochanki były tak liczne, że zaczął je wreszcie... katalogować. Był też sadystą i lubił chłostać lub dawać klapsy swym kochankom w łóżku i nie tylko (np. z włoską aktorką - Eleonorą Duse, urządzali trójkąty erotyczne w czasie których ona sprowadzała dla niego młode aktoreczki, z którymi potem się zabawiali w stylu S/M). Był takim typowym macho, choć jednocześnie potrafił też zachowywać się z galanterią i estymą w stosunku do płci pięknej i do końca życia nie mógł opędzić się od kobiet. Pojedynkował się też (choć raczej nie o kobiety, których miał wręcz niekiedy nadmiar) a o politykę. Nie istniał dla niego podział na "prawicę" i "lewicę", natomiast był gorącym włoskim patriotą. Często przyrównywał naturę do piękna kobiecego ciała, porównując nabrzmiałe piersi swych kochanek z Alpami, otaczającymi "umiłowaną Italię", zaś ich łona z korytami rzek takich jak Pad czy Tyber, w których "słodko jest się zanurzyć" (oczywiście nie wszystkie jego prace odnosiły się do takich skojarzeń, potrafił w każdym  razie zarówno pięknie pisać o swoim kraju, o niewieściej urodzie jak i o historiach nie związanych zupełnie z seksem czy naturą, jak choćby jego wrażenia z kursów pilotażu - jakich się podjął w 1909 r. oczarowany postępującą nowoczesnością).



 


 Największą jednak jego pasją (prócz kobiet) była polityka i wojskowość. Dziś zapewne nikt już nie pamięta, że to właśnie d'Annunzio był autorem pozdrowienia - które zrobiło niesamowitą karierę w faszystowskich Włoszech i nazistowskich Niemczech - czyli wyciągnięta ku górze, wyprostowana prawa dłoń. To właśnie on był twórcą "Rzymskiego Salutu" i pozdrowienia "Heil Hitler". Po raz pierwszy ów gest został przedstawiony we włoskim filmie z 1914 r. pt.: "Cabiria" - opowiadającym o wojnie Rzymu z Kartaginą, do którego scenariusz napisał (i przesłał, gdyż przebywał wówczas we Francji, jako że w 1910 r. musiał uciekać z Włoch przed wierzycielami którym był winien ogromne pieniądze, a sprzedaż jego majątku pozostawionego w Italii nie pokryła całości ciążących na nim długów) właśnie Gabriele d'Annunzio. Był zafascynowany antykiem i potęgą, jaką w tym czasie było Imperium Rzymskie (podobnie jak żyjący w XIV wieku Cola di Rienzi, który idealizował czasy starożytnego Rzymu twierdząc że wówczas panowała prawdziwa harmonia pomiędzy władzą a ludem - lud wybierał władcę a ten panował w zgodzie i w interesie ludu - jednocześnie porównywał te swoje idealizacje z czasami sobie współczesnymi, gdy Rzym pełen był mściwych i myślących jedynie o własnym dobru oligarchach, którzy stosowali przemoc i mord dla poparcia swoich interesów - twierdził też że Bóg ukarał Włochów wewnętrznym rozbiciem i słabością, właśnie za to że stali się niegodziwi oraz marzył o zaprowadzeniu ustroju opartego o antyczne wzorce). W swej twórczości a szczególnie w listach był bardzo antyniemiecki i uważał że Włochy powinny przyłączyć się do wojny (jaka wybuchła w sierpniu 1914 r.), właśnie po stronie "koalicji łacińskiej" czyli Francji, Wielkiej Brytanii i Rosji, przeciw Niemcom i Austro-Węgrom. Jako Włoch, czyli obywatel neutralnego w wojnie państwa, wielokrotnie objeżdżał linię frontu nad Marną i uczył się wojennego rzemiosła. Miał już wówczas 51 lat, ale umysł jego wciąż chłonął nowych doznań, szczególnie wojennych, a ciało rwało się do walki. Marzył o stworzeniu nowego Imperium Rzymskiego kosztem ziem Austro-Węgier, Czarnogóry, Albanii i Grecji. Z końcem kwietnia 1915 r. uzyskał zgodę na powrót do Italii, do której to przybył 4 maja tego roku (a 5 maja w Genui wziął udział w patriotycznej uroczystości z okazji 55-rocznicy rozpoczęcia Risorgimento Giuseppe Gabibaldiego i jego Czeronych Koszul, którego efektem było zjednoczenie Włoch). Od razu też zaczął wygłaszać mowy, agitując za przystąpieniem Italii do wojny przeciw "germańskim barbarzyńcom" i zaangażował się w to na całego. Po wybuchu wojny zaś, pierwszy zgłaszał się do działań wymagających zarówno dużego bohaterstwa jak i sporej inteligencji. 


3 sierpnia 1914 r. rząd włoski Antonio Salandry ogłosił politykę neutralności. Stało się tak, po wysłaniu przez rząd Austro-Węgier do Rzymu tekstu austriackiej noty ultymatywnej, skierowanej przeciwko Serbii (z 23 lipca 1914 r.). Minister spraw zagranicznych Włoch - markiz Antonio San Giuliano był wstrząśnięty jej tekstem. Przede wszystkim dlatego, iż Austro-Węgry miały omawiać z Włochami każdą ewentualną próbę zmiany status quo na Bałkanach, zgodnie z umową z 1887 r. Tego jednak Wiedeń nie uczynił (zresztą Austriacy mieli bardzo lekceważące opinie odnośnie Włoch i włoskiej armii oraz jej ewentualnej pomocy dla Państw Centralnych w czasie wojny, do której to Włochy były zobowiązane układem z maja 1882 r.). Ponieważ jednak umowa o wzajemnej pomocy militarnej z 1882 r. tworząca Trójprzymierze (Niemcy - Austro-Węgry i Włochy), realnie wygasła już w 1902 r. po zawarciu układu o podziale terenów afrykańskich z Francją (zaś w 1908 r. było to szczególnie widoczne, gdy Włochy ostro zaprotestowały przeciwko aneksji przez Monarchię Austro-Węgierską Bośni i Hercegowiny), choć formalnie umowa ta, została przedłużona jeszcze w 1912 r. i miała obowiązywać do 1920 r. Realnie już jednak jej zapisy pozostały martwe i kierując się tymi względami minister San Giuliano ogłosił 3 sierpnia 1914 r. politykę "świętego egoizmu", która sprowadzała się mniej więcej do tego, że Włochy będą wspierać tę stronę europejskiego konfliktu, która da, lub obieca im więcej.  Nie chodziło tutaj o to, że Włochy do wojny nie przystąpią w ogóle - tylko że nie zamierzają przystępować do niej od razu. Nie chcą też zrywać swych sojuszniczych zobowiązań z Berlinem i Wiedniem (markiz San Giuliano pisał do premiera Salandry jeszcze 16 sierpnia 1914 r. "Włochy nie mogą zerwać z Austrią i Niemcami, jeżeli nie będą miały pewności zwycięstwa"), jednocześnie Italia bała się potęgi brytyjskiej floty i tego, że włoskie wybrzeże jest wobec niej praktycznie bezbronne.

Celem Włoch było odzyskanie Trydentu, Tyrolu, Triestu, całej Istrii i Gorycji oraz Dalmacji by uczynić Morze Adriatyckie morzem wewnętrznym Włoch ("Mare Nostro" - "Nasze Morze"). To był jednak plan skierowany przeciwko Austro-Węgrom, ale były również przygotowywane żądania wobec Turcji (wyspy Dodekanezu, posiadłości w zachodniej i południowej Azji Mniejszej oraz na Bliskim Wschodzie), a także wobec Francji (w przypadku wystąpienia militarnego po stronie Państw Centralnych), czyli cała Korsyka, Nicea, Sabaudia, być może nawet Tulon i Marsylia). Jednak żądania skierowane w stronę Francji czy Turcji były niczym, wobec tych, jakie zamierzały zdobyć Włochy na Austro-Węgrach i to zarówno gdyby wystąpiły po ich stronie jak i przeciwko nim. Jak to miało wyglądać? Otóż w umowie z 1887 r. był zapis iż Cesarsko-Królewska Monarchia zobowiązuje się przekazać Włochom nabytki terytorialne z własnych ziem, jako zadośćuczynienie za uzyskane na Rosji zdobycze. W tym przypadku Rzymowi zależało szczególnie na Tyrolu, Trieście, Istrii i Dalmacji i od tego uzależniali przystąpienie do wojny po jednej ze stron konfliktu. Wiedeń jednak nie mógł się zgodzić na oddanie Włochom ani Tyrolu, ani Istrii o Dalmacji nawet nie wspominając. Po pierwsze, Monarchia Austro-Węgierska była tyglem różnych narodów, wśród których zaczęły się odzywać dążenia do suwerenności a nawet niepodległości politycznej. Największą podporą Monarchii Habsburgów byli Niemcy, szczególnie zaś Niemcy z Austrii, Karyntii i Tyrolu. Oddanie tej ostatniej ziemi było więc niebezpieczne dla dalszej spoistości Monarchii. Po drugie - oddanie zaś Istrii i Dalmacji, zasiedlonych w dużej części przez słowiańskich Chorwatów i Słoweńców, doprowadziłoby do wewnętrznego wrzenia i uniemożliwiło skuteczne prowadzenie działań wojennych. Po trzecie wreszcie, jakiekolwiek oddanie własnego terytorium obcemu państwu, byłoby potężnym uszczerbkiem na międzynarodowym autorytecie Austro-Węgier i samej monarchii Habsburgów. Dlatego też oczywistym był fakt, iż Wiedeń nie może się zgodzić na żadne włoskie żądania, nawet jeśli wynikały one z układu sojuszniczego.




Obie strony konfliktu nie zrezygnowały jednak z Włoch i na rożne sposoby starały się przekonać Rzym do opowiedzenia się po ich stronie. Dużą rolę odegrały w tym wszystkim banki. Niemiecki kapitał był bardzo silny we Włoszech przed I Wojną Światową i kontrolował zarówno Banca Commerciale Italiana z siedzibą w Mediolanie, jak i (w dużej części) Credito Italiano. Francuski kapitał zaś kontrolował fabryki wielkich pieców w Piombino i spółki tramwajowe w niektórych miastach Italii, poza tym miał spore udziały w Bancarii (bank) i i częściowo w Credito Italiano. Jednak po 1914 r. znacznie wzmogła się we Włoszech ofensywa francuskich pieniędzy i francuskiej propagandy. Włoscy katolicy na przykład, byli negatywnie ustosunkowani do Francji, szczególnie po wydarzeniach roku 1905. Bowiem w grudniu tego roku francuski parlament (zdominowany przez socjalistów i radykalną lewicę), uchwalił rozdział państwa od Kościoła, a co za tym idzie wypowiedzenie konkordatu, laickość państwa (która stała się wręcz ideologią polityczną i trwa - przynajmniej oficjalnie - po dziś dzień, choć dziś już jest wypierana przez islam), oraz upaństwowienie majątku kościelnego. Spowodowało to poważne konflikty wewnętrzne w samej Francji. Pod kościołami i klasztorami toczyły się istne bitwy wiernych z policją. Do tego dochodził konflikt ze Stolicą Apostolską (trwający od lipca 1904 r. i zerwania stosunków dyplomatycznych, pomiędzy Francją a Papiestwem). Ta antykościelna polityka Francji, uwidoczniła się po roku 1902 i wygranych przez blok lewicowo-radykalny wyborach parlamentarnych. Premierem został wówczas były absolwent seminarium duchownego w Castres i nauczyciel katolicki, który porzucił wiarę i stał się wojującym antyklerykałem - Emil Combes (nazywany zawadiacko "ojczulkiem"). Swoje rządy rozpoczął od masowego zamykania klasztorów (które nie zostały autoryzowane zgodnie z ustawą o stowarzyszeniach z 1901 r.). To prowadziło do masowych protestów i walk ulicznych z wiernymi (szczególnie krwawe incydenty miały miejsce w Bretanii) jeszcze w 1902 r. Combes był postrzegany jako prawdziwy antyreligijny (a szczególnie antykatolicki) "sekciarz", nic więc dziwnego że włoscy katolicy byli mu przeciwni i woleli zbliżyć się do niemieckiej, katolickiej Partii Centrum (ale i na tej niwie Francuzi nie pozostawali bierni. Szybko nawiązano kontakty pomiędzy katolikami francuskimi i włoskimi i opracowano wzajemną współpracę, opartą o nauczanie Ojców Kościoła).

Również socjaliści niemieccy i francuscy rozpoczęli bój o pozyskanie socjalistów włoskich ku sobie. I na tym polu Francuzi zaczęli zyskiwać przewagę, jedynie redaktor naczelny największego we Włoszech pisma socjalistycznego - "Avanti" - Benito Mussolini początkowo sprzeciwiał się sojuszowi socjalistów włoskich z francuskimi (w swej gazecie drukował długie wstępniaki, które jednak przyciągały czytelników). Jednak w artykule z 18 października 1914 r. oficjalnie głosił już konieczność zawarcia sojuszu Włoch z Francją i Wielką Brytanią. Twierdził że socjaliści włoscy powinni nie tylko związać się z socjalistami Francji, Wielkiej Brytanii i Belgii, ale również tymi z ziem polskich, spod znaku PPS-u (po latach okazało się, że do zmiany poglądów namówił Mussoliniego rząd francuski, a raczej francuskie pieniądze, jakie przywiózł ze sobą minister Jules Guesde - też socjalista), został jednak usunięty z redakcji "Avanti" i wydalony z partii socjalistycznej (kierownictwo partyjne - m.in.: Giacinto Serrati i Angelika Bałabanowa opowiadali się za neutralnością w wojnie). Ale już 15 listopada 1914 r. (zapewne za francuskie, i nie tylko francuskie pieniądze, bowiem w tym czasie Mussolini był również opłacany przez genueńskich armatorów oraz przemysłowców), założył dziennik socjalistyczny "Il Popolo d'Italia", w którym już jawnie nawoływał za opowiedzeniem się w tej wojnie po stronie państw Trójporozumienia (Francja, Wielka Brytania i Rosja). I rzeczywiście, sympatia społeczeństwa włoskiego powoli, ale konsekwentnie ewoluowała z postawy neutralnej przyjaźni wobec Państw Centralnych, ku jawnemu zbliżeniu z Ententą. Włoscy narodowcy i patrioci (pod przewodnictwem Gabriele d'Annunzio i Ricciotti Garibaldiego - syna bohatera walk zjednoczeniowych z czasów Risorgimento - Giuseppe Garibaldiego, który organizował - podobnie jak ojciec 43 lata wcześniej - legion włoskich ochotników, mających walczyć po stronie Francji przeciwko Niemcom), włoscy katolicy a nawet włoscy socjaliści coraz częściej zaczęli optować ku wojnie z Niemcami i Austro-Węgrami w celu odzyskania Trydentu, Istrii i Dalmacji. Propaganda aliancka (głównie francuska) była pod tym względem znacznie skuteczniejsza od niemieckiej. 

Ale wywiad niemiecki i austro-węgierski nie spał. Oto 23 stycznia 1915 r. na łamach wiedeńskiego dziennika "Neue Freie Presse" ukazał się artykuł, który ewidentnie nie był skierowany do austriackich czytelników, a do włoskiej opinii publicznej. Z tego tekstu wynikało iż zadane w tytule pytanie: "Czy klęska Austro-Węgier i Niemiec przyniosłaby korzyść Włochom?", brzmiało zdecydowanie negatywnie. Co by się bowiem (według autora czy autorów tego tekstu) mogło stać, gdyby Państwa Centralne przegrały wojnę? Otóż ziemie Dalmacji i Istrii przejąłby żywioł słowiański, będący pod kontrolą Wielkiej Serbii, który rozpocząłby zdecydowaną walkę z żywiołem włoskim, czego (jak sugerował autor) Austro-Węgry nie czynią. Poza tym wraz z opanowaniem Galicji, całe Bałkany znalazłby się w rosyjskiej strefie wpływów, co by jednocześnie oznaczało powstanie wielkiego, słowiańskiego imperium tuż przy granicy z Włochami. Artykuł kończył się pytaniem: "Czyż w Rzymie nie widzą, że przymierze z Włochami ma znaczenie dla Austro-Węgier, ale byłoby zupełnie zbędne dla zwycięskiego caratu, który z bezwzględną energią przystąpiłby do likwidowania wpływów włoskich na wschodnim brzegu Adriatyku?" Niewiele to jednak dawało, potrzebna była jasna deklaracja rządu austro-węgierskiego, aby przekonać do siebie społeczeństwo włoskie. Ale rząd w Wiedniu nie zmierzał pójść na żadne ustępstwa terytorialne względem Włoch. I tutaj do działania weszli Niemcy. Ambasada niemiecka w Wiedniu naciskała na rząd Monarchii by jednak poczyniono pewne cesje terytorialne na korzyść Włoch, gdyż wejście trzeciego dużego gracza (Bułgaria i Imperium Osmańskie nie wyczerpywały pełnego znaczenia tego określenia, leżały zresztą daleko od głównego frontu) stało się konieczne, aby zmusić Francuzów do wycofania kilku kluczowych dywizji z frontu północnego do Sabaudii i Prowansji, co umożliwiłoby zajęcie Paryża i koniec wojny. Dodatkowo działała niemiecka wielka finansjera w kręgach dworskich i niemieckie dowództwo w kręgach oficerskich Austro-Węgier.




Rząd austro-węgierski czuł ciążącą na nim coraz bardziej niemiecką presję. Jednocześnie Niemcy, aby ostatecznie przełamać opór swego austro-węgierskiego sojusznika, zadeklarowali, iż za poniesione straty gotowi są oddać Monarchii - całe Dąbrowskie Zagłębie Węglowe w południowo-zachodniej części zajętych ziem polskich (tzw.: Królestwa Kongresowego). Austriacy uznali to za żart, mówiąc iż rzeczywiście Niemcy ponoszą równy udział w owej ofierze terytorialnej, oddając ziemie, które... wcześniej do nich nie należały. Ostatecznie jednak 8 marca 1915 r. Rada Koronna Austro-Węgier wyraziła zgodę na przekazanie Włochom po wojnie południowego Tyrolu, w zamian za zachowanie przez Rzym neutralności. Był tylko jeden warunek tej deklaracji - umowa miała pozostać tajna i nie mogła być upubliczniona, co stało w jawnym sprzeciwie do zamierzeń włoskich. Rząd Italii bowiem, pragnął natychmiast poinformować naród o odniesionym sukcesie dyplomatycznym, który i tak w rozumieniu Włochów był zaledwie początkiem tego, co zamierzali uzyskać. Oferta Wiednia była więc nie tylko wybitnie niewystarczająca, ale w rzeczywistości zamykająca jakikolwiek dalszy dialog na temat cesji pozostałych ziem. Podjęto więc rokowania z Ententą, które też toczyły się opornie (Francuzi na przykład uważali włoskie żądania za zbyt wygórowane), głównie ze względu na sprzeciw Rosji, która - jako protektorka Słowian Bałkańskich, nie godziła się na uszczuplenie władztwa Serbów na Bałkanach. Minister spraw zagranicznych Cesarstwa Rosyjskiego - Siergiej Sazonow, w rozmowie z ambasadorem Francji w Petersburgu, dnia 31 marca 1915 r., miał powiedzieć: "Pretensje Włoch są wyzwaniem rzuconym sumieniu słowiańskiemu. Niech Pan pamięta, że św. Izaak Dalmata jest jednym z największych świętych liturgii prawosławnej". Na te słowa ambasador francuski miał odpowiedzieć: "Chwyciliśmy za broń, aby ratować Serbię, gdyż zagłada Serbii oznaczałaby hegemonię mocarstw germańskich, ale nie walczymy dla realizacji chimer slawizmu. Oddanie Konstantynopola wystarczy" - tym samym stwierdzał, że w zamian za rosyjską zgodę na włączenie do Włoch ziem słowiańskich w Dalmacji i Istrii, Rosja po zwycięskiej wojnie otrzyma Konstantynopol wraz z kontrolą cieśnin. 

Tajny układ włosko-aliancki (Francja, Wielka Brytania i Rosja) podpisany został 26 kwietnia 1915 r. w Londynie. Na jego mocy Włochy miały uzyskać po wojnie zarówno Tyrol do Przełęczy Brenner, Trydent, Triest i całą Istrię, Gorycję, Gradaskę oraz Dalmację z wyspami i portem w Valonie. Poza tym wyspy Dodekanezu (południowo-wschodni rejon Morza Egejskiego) i kontrolę nad Adalią w Azji Mniejszej (w razie powojennego podziału terytorialnego Imperium Osmańskiego). Politycznie Włochy zyskały wiec bardzo wiele, więcej niż mogłyby uzyskać nie tylko od Państw Centralnych, ale nawet własnym wysiłkiem zbrojnym. Dodatkowo Rzym otrzymywał pożyczkę wojenną w wysokości 50 milionów funtów na modernizację armii, w zamian za co Włochy miały wypowiedzieć wojnę Państwom Centralnym w miesiąc od zawarcia tego układu (w grę wchodziły jeszcze kwestie techniczne, związane z włoskimi obawami o konkretną ilość sił rzuconych przez Rosję na front austro-węgierski podczas kolejnej ofensywy, tak aby Wiedeń nie mógł przerzucić znacznych sił na front włoski). Sukces dyplomatyczny miał jednak gorzki posmak - układ był tajny i rząd nie mógł go przedstawić ani w parlamencie, ani włoskiej opinii publicznej. Rząd Antonio Salandry miał więc pewien problem jak przekonać do nagłej wojny własne społeczeństwo, skoro nie można ogłosić tekstu tajnego układy londyńskiego? Tym bardziej że parlament był za neutralnością. Cóż, sypnięto groszem to tu, to tam i nagle na ulicach miast włoskich zaczęły się tworzyć "spontaniczne demonstracje" nawołujące do wojny z "germańskimi barbarzyńcami". W te akcje żywo włączyli się (jak już pisałem) zarówno d'Annunzio (który chyba głównie dlatego uzyskał zgodę rządu na powrót do kraju, aby właśnie przekonać naród do wojny) oraz młodszy Garibaldi. W patriotycznych manifestacjach przywoływano czasy Risorgimento i chwalono bohaterów walk zjednoczeniowych (szczególnie Czerwone Koszule Giuseppe Garibaldiego). To spowodowało że parlament uchwalił 20 maja kredyty wojenne, a 23 maja 1915 r. Włochy wypowiedziały wojnę Austro-Węgrom. 

Ostatecznie jednak wojna ta nie zakończyła się ani dla Włochów, ani dla Rosjan tym, co im obiecywano (Włosi mogli poczuć się oszukani i działać irracjonalnie, choć jednocześnie poprzez projekcję politycznych faktów dokonanych, do czego zmierzał właśnie d'Annunzio zajmując Fiume). Dlatego też we Włoszech do władzy doszły grupy faszystowskie Benito Mussoliniego, w Rosji zaś wybuchła krwawa rewolucja i wojna domowa (stymulowana przez ruch prometejski, do którego prócz Garibaldiego należeli m.in.: Hutten-Czapski, Parvus, Dzierżyński, Piłsudski i wielu innych), która wszystko utopiła w potokach krwi (ale jednocześnie przyniosła wolność i niepodległość ciemiężonym przez Rosję narodom Europy Środkowej). Jednak nie wyprzedzajmy zbytnio faktów i prześledzmy cały proces kiełkowania ustroju faszystowskiego we Włoszech. 






 PS: Temat ten stanowi odrębną część składową już kontynuowanych tematów o niemieckim nazizmie i rosyjskim  bolszewizmie.
    
 


    

 CDN.