Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROMETEIZM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PROMETEIZM. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lutego 2023

POLSKA IDEA IMPERIALNA - Cz. I

CZYLI BROSZURA WYDANA W 1938 ROKU 

POD EGIDĄ "POLITYKI"





Jej autorami byli Adolf Maria Bocheński -pisarz i publicysta,jeden z najświetniejszych umysłów Międzywojnia (opracował zagadnienia polityki zagranicznej), Aleksander Bocheński, Stanisław Skwarczyński i Kazimierz Studentowicz. Broszura pod nazwą "Polska idea imperialna", wydana we wrześniu 1938 r., Obejmowała szereg zagadnień związanych z polityką międzynarodową, polityką rolną, kwestią mniejszości narodowych oraz kwestiami związanymi z wyborem najlepszego ustroju politycznego dla Polski. Szczególnie ciekawe są też zagadnienia Adolfa Bocheńskiego, odnośnie polityki jaką powinna uprawiać Polska w stosunku do Berlina i Moskwy. Tytuł owej broszury nawiązuje do koncepcji mocarstwowych, do których dążyły elity tamtej Polski, a to oznacza że będzie również odniesienie do kolonii jakie Polska w tamtym czasie chciała zdobyć w (Afryce lub Ameryce Południowej). Oczywiście koncepcja Polski mocarstwowej była tematem dość złożonym i opierała się na kilku filarach. Jednym z nich była wizja federacyjna Józefa Piłsudskiego z lat 1919-1920 która upadła wraz z podpisaniem pokoju z Sowietami w Rydze w marcu 1921 r. Drugim filarem była koncepcja Międzymorza, czyli związku państw Europy Środkowej zjednoczonych pod polskim przewodem (jednak na zasadzie Primus inter pares) w celu wspierania wspólnych interesów tej części Europy. Trzecim filarem była właśnie koncepcja kolonialna, czyli dążenie do zdobycia przez Polskę kolonii zamorskich i rozpoczęcia polskiej emigracji na te nowe ziemie.




Czwartym filarem była koncepcja uczynienia z Wojska Polskiego realnego filaru bezpieczeństwa dla całego regionu (budżet przeznaczony wówczas na Armię dochodził do 30% wydatków, w dzisiejszych czasach rzecz wprost nie do pomyślenia gdy większość państw NATO nie jest w stanie wydać dwóch procent swego budżetu na własne armie), a poza tym pozycja żołnierza i oficera w polskim społeczeństwie była wówczas bardzo wysoka i bardzo ceniona, a wojsko było chlubą całego narodu, było emanacją nie tylko siły państwa ale również przetrwania narodu (również silny szacunek do wojska był wówczas wyznawany w Niemczech, gdzie odrodzenie Wehrmachtu było uważane za zbawienne dla niemieckiego narodu, ale w przeciwieństwie do Polaków Niemcy po utracie armii na polach bitew byli w zasadzie skazani na łup zwycięzców natomiast my poza armią mieliśmy również doświadczenia powstańcze, czego przykładem był fakt że z chwilą ustania walk w październiku 39 roku natychmiast zaczęły się tworzyć podwaliny armii podziemnej). Piątym filarem była koncepcja Prometeizmu i roli Polski jako swoistego Heraklesa, który doprowadzi narody żyjące pod rosyjskim i sowieckim jarzmem (Ukraina, Białoruś, narody Kaukazu, Kazachstan) z powrotem do wolności. Do tego dochodziły jeszcze kwestie związane z bezpieczeństwem europejskim w oparciu o ligę Narodów (mało popularne), oraz koncepcje bezpieczeństwa tworzone przez obóz narodowy (Narodową Demokrację). 


A jak to wyglądało w broszurze z 1938 r.? Oto odpowiedź:






POLSKA IDEA IMPERIALNA

(1938)







I
ZAŁOŻENIA IDEOWE


W dążeniu do możliwie pełnego zaspokojenia swych potrzeb duchowych i fizycznych, łączy się człowiek w organizacje polityczne, gospodarcze i religijno-kulturalne. Nie ma jednak organizacji bez hierarchii i związanej z nią zależności jednych osób od drugich. Rozluźnianie więzów hierarchicznych jest związane z upadkiem organizacji i utratą związanych z nią korzyści. Nie może istnieć państwo bez silnego rządu, kościół bez dogmatów, przedsiębiorstwo bez indywidualnej inicjatywy i odpowiedzialności. Źródłem rozluźnienia organizacyjnego może być jednakże nie tylko niechęć jednostek do poddania się koniecznym rygorom organizacyjnym, ale również nadużycia władzy.

Nie może istnieć państwo bez silnego rządu. Jednym z zasadniczych celów państwa jest zapewnienie społeczeństwu bezpieczeństwa przed gwałtem fizycznym zarówno na zewnątrz, jaki w stosunkach wewnętrznych. Jednostka rezygnuje z cząstki swej wolności żeby tą drogą uzyskać w rezultacie jeszcze większą wolność. Cel zostaje jednak w samym zarodku zniweczony, gdy jednostki sprawujące władzę polityczną, zaczynają jej nadużywać, ograniczając wolność jednostek ponad istotne potrzeby państwa, a nawet wbrew oczywistym tego państwa interesom. Dlatego też równolegle z utworzeniem silnej hierarchii rządowej, muszą istnieć dostateczne gwarancje chroniące wolność jednostki przed niczym nieuzasadnionymi ograniczeniami ze strony tego rządu.

Główną podstawą wzrostu bogactwa społecznego jest podział pracy oraz gromadzenie przez jednostki cieszące się specjalnymi uzdolnieniami większych kapitałów umożliwiających im zakładanie i prowadzenie przedsiębiorstw. Poddanie się jednak rygorom systemu kapitalistycznego ma sens, jak długo przedsiębiorca zużywa rosnące w jego rękach zyski nie na cele luksusowej konsumpcji, lecz na wciąż nowe inwestycje produkujące artykuły pierwszej potrzeby dla szerokich mas ludności i zapewniające tym masom odpowiednie źródło zatrudnienia. Tą drogą dokonuje przedsiębiorca ponownej, społecznie sprawiedliwej repartycji nierównomiernie narastających zysków. System indywidualnej przedsiębiorczości traci jednak sens, gdy przedsiębiorca traktuje swój kapitał nie jako złożony w jego ręce depozyt społeczny, leczy jako swą wyłączną własność, z którą ma prawo postępować w sposób zupełnie dowolny. Dlatego też równolegle z władzą gospodarczą przedsiębiorców muszą istnieć gwarancje chroniące społeczeństwo przed nadużyciem tej władzy.

 
POCZĄTEK lat 90-tych XX wieku
DZIKI KAPITALIZM W POLSCE



Bez silnego rządu nie można sobie wyobrazić sprężystej i zdolnej do trwania organizacji politycznej. Bez indywidualnej inicjatywy i odpowiedzialności nie ma mowy o sprawnej organizacji gospodarczej. Zupełnie inaczej przedstawia się jednak sprawa z gwarancjami, mającymi na celu ochronę jednostki przed nadużyciami władzy politycznej i gospodarczej. System tych gwarancji jest zmienny w zależności od miejsca, czasu oraz tradycji narodowych. Jak sobie ten system wyobrażamy w konkretnych warunkach życia polskiego, nad tym będziemy się zastanawiali w dalszych rozdziałach. W tej chwili pragniemy tylko zwrócić uwagę na okoliczność o decydującym znaczeniu, a mianowicie, że jakikolwiek system gwarancji byśmy sobie wyobrazili, to nie będzie on funkcjonował i w końcu zwyrodnieje, jeżeli nie będzie przepojony światopoglądem zdolnym do utrzymania tego systemu w położeniu równowagi.

Najbardziej istotną cechą dzielącą różnego rodzaju światopoglądy jest ich stosunek do władzy posiadanej przez człowieka nad swym otoczeniem. Cóż pomogą jakiekolwiek gwarancje praw obywatelskich w społeczeństwie przepojonym światopoglądem bizantyjskim, a zatem światopoglądem nie usiłującym w ogóle przeciwstawić się nadużyciem władzy, lecz wpajającym od setek lat zasadę uległego poddania się wszelkim tej władzy kaprysom. W jakiej mierze mogą usunąć wyzysk społeczny ograniczenia inicjatywy gospodarczej jednostek w społeczeństwie przepojonym światopoglądem, który tak czy owak spycha zaspokajanie potrzeb jednostek na szary koniec swych zainteresowań. Martwymi są wszelkie gwarancje przeciwko nadużyciom władzy, za którymi nie stoi idea gwarancje te ożywiająca; idea wytryskująca z tradycji i kultury narodu; idea działająca nie przymusem fizycznym lub materialnym, lecz sprawująca straż nad duszą każdego człowieka i zmuszająca go do odpowiedniego postępowania.

W nicości wszelkich gwarancji przeciwko  nadużyciom siły politycznej i gospodarczej, gwarancji nie popartych wielką ideą moralną, wyraża się prymat ducha nad materią. Dlatego też najwyższą ze wszystkich form władzy jest władza moralna. Panowanie określonych idei moralnych decyduje w ostatnim rzędzie o sposobie sprawowania władzy politycznej i gospodarczej jednych ludzi nad drugimi. Stąd najgroźniejszym objawem, jaki może wystąpić w społeczeństwie, jest wypaczenie tych idei moralnych, od których zawisło funkcjonowanie całokształtu ustroju społecznego. Ideami tymi są poglądy na cele życiowe jednostki oraz narodu, do którego jednostka ta należy.

Istnieją jednostki i obozy myślące i działające w Polsce tak, jakbyś się Ona dopiero wczoraj narodziła, nie bacząc, że posiadamy przecież za sobą tysiącletnią kulturę narodową i że kultura ta jest na wskroś katolicką. Nie wynika stąd, ażeby na kulturze tej nie tworzyły się obce naleciałości, od których należy ją czyścić, jak również ażeby nie podlegała ona schorzeniom, głębokim nawet i bardzo niebezpiecznym. Oznacza jednak, że pragnąc odrodzić polski ruch narodowy nie trzeba tworzyć niczego na nowo, lecz tylko sięgnąć do jego czystych form, zupełnie jasno naszymi dziejami określonych.

Katolickość naszej kultury narodowej decyduje o jej zachodnim charakterze odwracając nas zdecydowanie od kultury Wschodu. W stwierdzeniu, że nasza kultura narodowa jest na wskroś katolicką tkwi jednocześnie całkowita odpowiedź na pytanie światopoglądowe. Szczere stanięcie na gruncie katolicko-narodowym nie pozostawia miejsca na dalsze dyskusje co do przeciwstawności czy też zgodności celów ludzkich interesów jednostki i społeczeństwa, narodu i państwa, czy też w końcu państwa i ludzkości.

Nauka katolicka i tym samym katolicki ruch narodowy stawia bezkompromisowo rozwój osobowości ludzkiej na czele wszelkich celów ludzkich. Nauka katolicka określa równocześnie najwyższe prawo jednostki do rozwoju swej osobowości w sposób harmonizujący to prawo z celami wszelkiego rodzaju zbiorowości ludzkich, obojętnie czy to będzie rodzina, naród, państwo czy też w końcu ludzkość cała. Katolicki światopogląd rozwiązuje wszelkie sprzeczności uznając w człowieku istotę nieśmiertelną, stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, której celem jest stałe dążenie do doskonałości. Budzi on w człowieku sumienie i zmusza do unikania wszystkiego co by to sumienie gwałciło. Tępi wyrachowany egoizm będący płodem ograniczonego rozumu ludzkiego; hartuje wolę w walce z własnymi ułomnościami; tworzy jednym słowem najdoskonalszy z punktu widzenia społecznego typ człowieka, człowieka, który sprawując jakąkolwiek władzę, posiada wewnętrzne hamulce przeciwko jej nadużywaniu; podlegając zaś władzy nie ścierpi obojętnie jej nadużyć, albowiem rodzą one w nim bunt moralny, pobudzający do oporu przeciwko tym nadużyciom; w oporze tym dodaje mu w końcu niespożyte zasoby odwagi i energii działania, wskazując zwalczanie wszelkiego zła jako najwyższy cel życiowy i najprostszą drogę do doskonałości.

Katolicki światopogląd wyłącza sprzeczność celów jednostki i społeczeństwa, ponieważ nakazuje w każdej kolizji stawiać wyżej cele społeczne, poczynając od rodziny a na ludzkości skończywszy. Podobnie jak stawia on rozwój osobowości ludzkiej jako cel najwyższy, tak samo uznaje on prawo każdego narodu do własnego życia państwowego względnie nakazuje narodowi w państwie panującemu szanować obce mu mniejszości. Katolicki światopogląd sprzeczny jest tym samym nie tylko z wszelkim egoizmem prywatnym, ale i z egoizmem narodowym, i przyznając narodowi prawo do własnego państwa, nie uznaje rozszerzenia własnej państwowości kosztem obcych narodów. Przeciwnie, pojmuje własną państwowość jako narzędzie narodowe w podnoszeniu nie tylko bytu własnego, ale i bytu całej ludzkości.




W tym położeniu geograficznym co Polska, może istnieć tylko naród wielki, mocarstwowy, o własnej odrębnej kulturze, promieniującej potężnie na zewnątrz i zdolnej do stworzenia wału ochronnego przeciwko naporowi idącemu równocześnie ze Wschodu i z Zachodu. Dzieje wskazują, że Polska tego rodzaju odrębną kulturę stworzyć potrafiła. Odrębność i atrakcyjność polskiej kultury narodowej polegała właśnie na urzeczywistnianiu nie tylko w prywatnym życiu jednostek, lecz i w działaniu politycznym państwa ideałów chrześcijańskich. Pod tym względem wyprzedziła Polska cały Zachód Europy. Nie ogniem i żelazem, ale tolerancję religijną i narodową budowała Polska swą potęgę na Wschodzie Europy, sięgając od Bałtyku po Morze Czarne. Zupełnie inaczej wyglądałyby dzieje tej części świata, gdyby niestety polska kultura narodowa nie zaczęła ulegać degeneracji, która w końcu doprowadziła państwo do zguby.


CDN

piątek, 19 lutego 2021

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. VIII

CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?

 
 

PLANY I MARZENIA

Cz. VII

 
 
 
 
 

 REWOLUCJA 1905 r.

CZYLI DZIEJE PEWNEJ MISTYFIKACJI

Cz. II

 
 
 
 "Z KAŻDYM DNIEM NARASTAŁY NIEDOLA I NĘDZA CHŁOPÓW. SCENY GŁODU BYŁY SZALENIE PRZYGNĘBIAJĄCE, TYM BARDZIEJ PORUSZAŁ WIDOK ROZLEGŁYCH, WIELKICH POSIADŁOŚCI WŚRÓD CAŁEGO TEGO CIERPIENIA I ŚMIERCI, PIĘKNYCH, Z PRZEPYCHEM URZĄDZONYCH DWORÓW ORAZ WIELKOPAŃSKIEGO ŻYCIA DZIEDZICÓW, BEZTROSKICH POLOWAŃ I BALÓW, BANKIETÓW I KONCERTÓW, ODBYWAJĄCYCH SIĘ JAK ZAWSZE W NIEZMIENIONEJ FORMIE"

LEW TOŁSTOJ
 
 
 
 Co było momentem przełomowym dla wybuchu Rewolucji 1905 r. (a potem dwóch kolejnych z 1917 r. - lutowej i październikowej) w Rosji? Wiele było takich momentów można by rzec, tym bardziej, że terror polityczny jaki panował w Rosji od połowy lat 70-tych do początku 80-tych XIX stulecia stwarzał ku temu wiele okazji (terror został przyduszony w latach 80-tych, jednak nieliczne jego kontynuacje wciąż były jeszcze podejmowane - jak choćby nieudany zamach na cara Aleksandra III z 13 marca 1887 r., który potem stał się jednym z elementów budowania kariery i legendy dwóch ludzi - Włodzimierza Iljicza Uljanowa, zwanego Leninem, którego brat - Aleksander Uljanow - student zoologii na Uniwersytecie w Petersburgu, został wciągnięty do zgromadzenia rewolucjonistów i pod wpływem swoich kolegów ze studiów stał się radykalnym marksistą, który mawiał: "Nie wierzę w terror, wierzę w systematyczny terror!". Został on aresztowany jeszcze przed samym zamachem i skazany wraz z czterema kompanami na karę śmierci - wyrok wykonano w maju 1887 r. Aleksander miał wówczas 21 lat. Lenin zaś nie mógł przeboleć tej śmierci, a mając już wytyczoną przez brata drogę rewolucyjno-terrorystyczną, podążył w tym właśnie kierunku. Drugim człowiekiem, którego legenda również zaczęła się od owego nieudanego zamachu z 1887 r., był Józef Piłsudski. Jego starszy brat - Bronisław był również wtajemniczony w ten spisek, jednak został skazany na 15 lat zesłania na wyspę Sachalin. O współuczestnictwo oskarżono wówczas i młodego 19-letniego Józefa - choć ten akurat o planach zamachu na życie cara nic nie wiedział - i skazano go na pięć lat zesłania na Syberię. Legenda przyszłego Marszałka budowana była właśnie od tego wydarzenia, a we "Wspomnieniach" Jego małżonki - Aleksandry Piłsudskiej można znaleźć taki fragment: "Oto widzę człowieka, którego Syberia złamać nie zdołała. Fizycznie i psychicznie był to człowiek zdrowy, w odróżnieniu od jakże wielu tych, którzy wrócili z zesłania z piętnem klęski. Nie było w nim ani zgorzknienia, ani rezygnacji").
 
Wydaje się jednak że takim prawdziwym początkiem Rewolucji 1905 r. były wydarzenia mające miejsce w Rosji w latach 1891-1892. Były to bowiem ciężkie lata: nieurodzaju, głodu, ubóstwa i epidemii i to one w dużej mierze wyrobiły w kręgach pokornego dotąd prawosławnego chłopstwa i mieszczaństwa, opinię o nieudolności carskiego rządu i niewielkiej skuteczności podejmowanych prób zapobieżenia epidemii głodu na szczeblu centralnym. Na jesieni 1891 r. aż 17 guberni carskiej Rosji było objętych klęską głodu (a to dwukrotnie więcej, niż powierzchnia Francji). Ludzie głodowali lub uciekali do miast (gdzie sytuacja była nieznacznie tylko lepsza), ale największym zmartwieniem były dla nich zwierzęta hodowlane, a szczególnie konie, gdyż należało je nakarmić - inaczej padały z głodu. A jeśli padły konie, chłopi głodowali również i w roku następnym (nie mogąc kontynuować żniw), dlatego też, aby wykarmić konie ściągano nawet słomę z dachów własnych chat, pozostawiając je na pastwę sił natury. Natomiast w roku 1892 nawiedziła Rosję potężna epidemia tyfusu i cholery (przenoszona przez pchły i muchy, które rozmnożyły się przy trupach padłych z głodu zwierząt). Pomoc publiczna była co prawda podejmowana, ale ze względu na wszechobecną biurokrację, często przybierała charakter przeciwny do zamierzonego. Na przykład: kładziono nacisk na wywiązanie się z podpisanych wcześniej umów eksportu zboża do krajów Europy, tym samym potęgując głód i rozpacz, gdyż zboże to nie mogło wówczas trafić do głodujących chłopów. Największe zaś przerażenie budziło na wsi rosyjskiej pojawienie się służb medycznych, gdyż przy stwierdzeniu choć jednego przypadku epidemii, natychmiast nakładano kwarantannę, a ludność zmuszano do przeniesienia się do wyznaczonych ośrodków (często odległych o wiele setek kilometrów). W prasie panowała totalna cenzura i nie wolno było gazetom pisać o rozprzestrzeniającej się klęsce głodu, a co najwyżej o "lokalnym nieurodzaju". Powodowało to frustrację, rozpacz i gniew sporej części rosyjskiego społeczeństwa. Zaczęto też opowiadać sobie przerażające historie o całych wyludnionych wioskach, o pomarłych z głodu dzieciach (np. w dzienniku Aleksandry Bogdanowicz pokojówki pracującej u możnego państwa z Petersburga, pod datą 3 grudnia 1891 r. można przeczytać: "Podobno w guberni symbirskiej wszystkie dzieci pomarły z głodu, wysłano tam ubrania dziecięce, ale zostały zwrócone - nie ma kto ich nosić. Oburzenie narasta we wszystkich kręgach".

W tym trudnym czasie, uwidoczniła się też druga strona ludzkiej natury - ta jasna, chwalebna. "Ludzie najróżniejszych przekonań energicznie wzięli się do pomocy. Wielu zaniechało swoich zwykłych zajęć i przystąpiło do zakładania jadłodajni oraz, podczas epidemii, ruszyło pomagać lekarzom" - jak pisał Wasilij Makłakow. Wśród pomagających nie brakowało ani mieszczan ani szlachty, a nawet książęta rzucili się w wir pomocy i rozdawali zupę w jadłodajniach dla głodujących chłopów (np. książę Gieorgij Jewgieniejewicz Lwow właśnie w garkuchni... poznał swą przyszłą żonę). Ludzie pomagali jak tylko mogli, w miastach organizowano zbiórki ubrań, butów, płaszczy a nawet zabawek dla chłopskich dzieci, zakładano setki komitetów pomocowych, organizowano ochronki, studenci masowo zgłaszali się do akcji pomocowych w ramach wolontariatu. Można zaryzykować stwierdzenie, że w tym właśnie czasie, po raz pierwszy w dziejach, realnie zaczęło kształtować się prawdziwie obywatelskie społeczeństwo w Rosji. Niestety, porównanie tych akcji pomocowych i działań rządu carskiego, wypadało zdecydowanie na niekorzyść tego drugiego, poza tym duża część rosyjskiego możnowładztwa nadal żyła dawnym życiem pełnym polowań i bankietów, oderwana od reszty narodu w swych pałacach i dworach - co tak dobitnie wytknął im Lew Tołstoj. Arystokracja zresztą była niechętna ani wyzwoleniu chłopów z poddaństwa (co nastąpiło ukazem cara Aleksandra II z 1861 r. - notabene ukaz ten przyznawał chłopom jedynie wolność osobistą, ale nie otrzymali już tych samych działek, które do tej pory uprawiali dla siebie, musieli je bowiem wykupić u swego dotychczasowego pana. To spowodowało że wielu opuszczało wieś i przenosiło się do miast, gdzie zapełniało miejskie slumsy, nie mając żadnych perspektyw na podjęcie dobrze płatnej pracy), ani też jakimkolwiek innym zmianom społeczno-politycznym, mającym na celu poprawę położenia ludności najuboższej. Arystokracja rosyjska czuła się zdradzona, była pełna nieskrywanego żalu przed utratą dawnego życia (które dla nich zmieniło się tylko w niewielkim stopniu). Antoni Czechow w "Wiśniowym Sadzie" z 1904 r. doskonale uwypuklił wszystkie te skrywane dotąd żale rosyjskiej arystokracji choćby w osobie dziedziczki Lubow Andriejewny Raniewskiej, która tak kocha swój wiśniowy sad, iż nie jest go w stanie sprzedać, choć jednocześnie zdaje sobie sprawę, że gdyby to uczyniła, to jej rodzina nadal mogłaby żyć "po staremu". Ostatecznie sad zostaje sprzedany, a sztuka kończy się odgłosem ścinania ukochanych drzew Raniewskiej, jakby odgłosem odchodzącego świata rosyjskiej arystokracji.


ROSYJSCY CHŁOPI BYLI PRZED 1861 ROKIEM, TRAKTOWANI PRZEZ SWYCH PANÓW JESZCZE GORZEJ, NIŻ ŻYJĄCY W TYM SAMYM CZASIE AMERYKAŃSCY MURZYNI NA PLANTACJACH. WYKORZYSTYWANI DO WSZELKICH PRAC, BEZ ŻADNYCH PRAW - POZA TYMI, KTÓRE EWENTUALNIE NADAŁ IM ICH PAN - STANOWILI JEGO PRYWATNĄ WŁASNOŚĆ WRAZ ZE SWYMI RODZINAMI I OBEJŚCIEM. ROSYJSCY ARYSTOKRACI TWORZYLI TEŻ SOBIE PRAWDZIWE HAREMY ZŁOŻONE Z CHŁOPSKICH ŻON I CÓREK




Siłą najbardziej rewolucyjną i niebezpieczną dla caratu, nie byli jednak wcale rosyjscy chłopi (którzy w większości wierzyli w dobrego, świętego cara Wszechrusi i jedynie złych bojarów wokół niego), ani też robotnicy (rozwój przemysłowy dopiero w Rosji zaczynał kiełkować, a poza tym duża część robotników to też byli chłopi, którzy emigrowali do miast). Prawdziwym zagrożeniem dla carskiego samodzierżawia byli po pierwsze studenci (w ogromnej większości mocno zrewoltowani i to do tego stopnia że w języku rosyjskim słowo "student" i "rewolucjonista" zaczęło przybierać to samo znaczenie), oraz członkowie ziemstw (organ samorządowy utworzony na wsi po roku 1864). Tak naprawdę jednak, prawdziwie zdeterminowaną siłą rewolucyjną byli jedynie studenci. Samorząd akademicki i dość szeroką autonomię uczelni wprowadzano w Rosji w latach 1863-1864 (jednocześnie ograniczono cenzurę książek, oraz zagwarantowano studentom możliwość zagranicznych wyjazdów). Jednak po pierwszym w dziejach Rosji, publicznym (choć nieudanym) zamachu na życie cara z 1866 r. wszystko się zmieniło (carów mordowano w Rosji od wieków - jako przykład można podać choćby brutalne zabójstwo Dymitra, zwanego Samozwańcem w 1606 r., co też było jednym z powodów późniejszej polskiej interwencji w Rosji i zajęciu Moskwy w 1610 r., zamordowanie obalonego cara Piotra III w 1762 r. z polecenia jego małżonki, nowej carycy Katarzyny zwanej Wielką, czy choćby brutalny mord na carze Pawle I w 1801 r., dokonany przez grupę spiskowców zebranych wokół osoby następcy tronu - Aleksandra Pawłowicza, który w noc zamachu, siedział w pokoju obok i przysłuchiwał się jak spiskowcy mordowali jego ojca, który długo się bronił i nim ostatecznie wyzionął ducha, większość zamachowców była mocno zmęczona a car z twarzy nie przypominał już człowieka i gdy matka Aleksandra - Maria Fiodorowna - ujrzała swego męża w trumnie, podczas pochówku, mimo że mocno podtrzymywana przez syna - zemdlała i trzeba ją było szybko stamtąd wynieść. Jednak te morderstwa były dokonywane w celu zastąpienia starego władcy nowym, natomiast próba zamachu z 1866 r. miała podtekst społeczno-rewolucyjny). Nieudany zamach Karakozowa z 1866 r., otworzył władzy znów drogę do wprowadzenia represji prewencyjnej i już w 1868 r. uniemożliwiono sprowadzanie z zagranicy pewnych publikacji, które władze uznały za niebezpieczne, w 1871 r. ponownie wprowadzono cenzurę na książki (tekst miał być przesłany do biura cenzury na co najmniej cztery dni przed publikacją, a jeśli znalazły się tam treści "antypaństwowe", cenzura natychmiast zgłaszała to policji). W 1873 r. wprowadzono prawo do zawieszania na trzy miesiące polemik prasowych na tematy niewygodne dla władzy. Cenzurę znacznie rozszerzono w 1882 r. (po zabójstwie cara Aleksandra II - 13 marca 1881 r.). Ostatecznie, w 1884 r. po dwudziestu latach względnej autonomii uniwersytetów, prawo to zostało zniesione. Zabroniono również działalności wszelkich studenckich klubów i stowarzyszeń. 
 
Środowisko studenckie w Rosji było bowiem tak bardzo zrewolucjonizowane, że przynależność do grup i kółek rewolucyjnych, bojowych lub marksistowskich, stało się wręcz obowiązkiem każdego studenta, jeśli ten sam nie chciał się wyalienować z grupy. Wielu było zwolenników tajnej organizacji terrorystycznej "Ziemla i Wola" ("Ziemia i Wolność") odnowionej (po raz pierwszy działającej w latach 1861-1864) w 1876 r. przez Michaiła Bakunina, Piotra Ławrowa i Nikołaja Czernyszewskiego. Propagatorzy walki rewolucyjno-bojowej byli uważani za bohaterów (jak choćby rewolucjonistka Wiera Zasulicz, która 24 stycznia 1878 r. dokonała nieudanego zamachu na gubernatora Petersburga - Fiodora Trepowa, ciężko raniąc go z rewolweru w jego własnym biurze. Potem, w wyniku dobrej mowy obrończej, łez i łkań oraz powoływania się na swoją płeć jako "słabej kobiety" która nie wiedziała co ma czynić w wyniku jawnej niesprawiedliwości popełnianej przez Trepowa, Zasulicz została ostatecznie przez sąd uniewinniona. Zresztą w Rosji w latach 1864-1878 istniało bardzo liberalne prawo karne, znacznie łagodniejsze dla przestępców, niż na przykład w tym samym czasie we Francji czy Wielkiej Brytanii (wykonano wówczas tylko jeden wyrok śmierci w 1866 r. - na Dymitrze Karakozowie, owym nieudanym zamachowcy na życie cara). Z reguły sądy skazywały na łagodniejsze kary więzienia lub też (czasami - jak w przypadku Wiery Zasulicz) uniewinniały oskarżonych, a należy pamiętać że była to epoka terroru (tuż po nieudanej próbie zamordowania Trepowa, tylko w samym 1878 r. zwolennicy Zasulicz dokonali udanych zamachów na życie komendantów policji w Petersburgu i Kijowie). Co prawda duża cześć zrewoltowanej młodzieży widziała w terroryzmie metodę skutecznej walki z carskim reżimem, jednak była też i druga, dość duża grupa Rosjan, którzy takich działań nie akceptowali. Sam Tołstoj po wyroku na Wierę Zasulicz ostrzegał społeczeństwo rosyjskie w dość proroczych słowach: "Proces Zasulicz to nie żart. Jest on niczym przepowiednia rewolucji!" Pod wpływem tych narastających emocji, jeszcze w 1878 r. władze carskie przekazały sprawy polityczne (w tym oczywiście te związane z działalnością terrorystyczną) sądom wojskowym. Studenci jednak jeszcze bardziej zradykalizowali swoje przekonania i uznano że jedynie rewolucja może ostatecznie zmieść carat i kapitalizm z powierzchni ziemi (od 1883 r. na rosyjskich uczelniach zaczęto zakładać grupy studenckie, zbierające się dla wspólnego czytania wypociny Marksa).
 
Jak już wspomniałem, nie można było być w tych latach studentem w Rosji, jeśli nie miało się skrajnie rewolucyjnych (lewicowych) poglądów społeczno-politycznych, lub przynajmniej jeśli nie było się "odpowiednio" wrażliwym na ludzką niedolę oraz oburzonym na działalność caratu (czyżbyśmy nie doświadczali deja vu). Aleksander Kiereński - który po Rewolucji Lutowej w 1917 r. stanął na czele Tymczasowego Rządu Rosji, istniejącego do przewrotu bolszewickiego - pisał w swych wspomnieniach (wydanych już na obczyźnie), jak wyglądało studenckie życie w bursach akademickich na przełomie XIX i XX wieku w Rosji. Pisał: "Studenci tworzyli przyjacielską, blisko ze sobą związaną społeczność, mieli swoich ulubieńców, którzy wskazywali im drogę w kwestiach dotyczących wspólnych trosk i interesów (...) Jeśli w kraju wydarzyło się coś wyjątkowego, co poruszało i raniło uczucia moralne młodych, jesli jakiś nakaz władz oświatowych urażał naszą zbiorową dumę, wówczas wszyscy studenci stawali razem jak jeden mąż". Dobrym tego przykładem był Siergiej Zubatow - który w latach studenckich był zagorzałym rewolucjonistą i marksistą, ale gdy tylko ukończył studia, zaczął coraz częściej czytać Biblię i uczęszczać do cerkwi i zapał rewolucyjny szybko mu przeszedł. Ostatecznie zgłosił się do władz, jako znawca środowiska studenckiego i w 1902 r. został mianowany naczelnikiem moskiewskiego oddziału Ochrany (carskiej policji politycznej, powstałej na mocy ukazu cara Aleksandra III z 26 sierpnia 1881 r. - daty dzienne podaję tylko w odniesieniu do kalendarza gregoriańskiego obowiązującego w Europie i Ameryce, natomiast panujący wówczas w Rosji kalendarz juliański, był "opóźniony" do niego o dwanaście dni). To właśnie Siergiej Zubatow był autorem wielu późniejszych prowokacji i zamachów organizowanych przez tzw.: bojowe grupy rewolucyjne. To on zorganizował skuteczną siatkę informatorów-agentów-prowokatorów, mających nie tyle wnikać w dane środowisko rewolucyjne, ale już tam będących i działających od lat. Skutecznie potrafił "przekonywać" ludzi, aby donosili jemu (i jego ludziom) o wszelkich planach zamachów terrorystycznych i akcji bojowych czy nawet ekspropriacyjnych. Oczywiście takie metody były używane przez Ochranę już wcześniej, ale Zubatow znacznie je dopracował i udoskonalił. Będąc wcześniej rewolucjonistą, wiedział dobrze jak myślą i działają tacy ludzie i potrafił to skutecznie wykorzystywać w swej pracy. Stworzył on siatkę szpiegowską, zwaną "Grupą Azefa" która była bardzo skuteczna w działalności szpiegowskiej i pozwoliła zinfiltrować policji i żandarmerii wiele tajnych rosyjskich organizacji.
 
 

 
Jednocześnie Zubatow stał za kilkoma zamachami, które oficjalnie popełniali terroryści-rewolucjoniści, często zaś byli to prowokatorzy na usługach Zubatowa i tajnej policji. Zamachy na ministra Plehwego (do którego jeszcze wrócę), wielkiego księcia Sergiusza, gubernatora Petersburga von der Launitza i jeszcze kilku innych, były (według mnie) właśnie dziełem Zubatowa (oczywiście stuprocentowych dowodów na to nie ma, ale przecież w tych organizacjach byli prowokatorzy i agenci Zubatowa, a on sam i inni naczelnicy "Oddziału Ochrony Porządku i Bezpieczeństwa Publicznego", jak oficjalnie zwano Ochranę - jeśliby tylko chciał - mógłby skutecznie je uniemożliwić. Dlaczego więc nie chciał?). Faktem jest jednak, że agenci nie o wszystkim informowali swych oficerów prowadzących, a ci też nie zawsze wnikali w uzyskanie konkretnych informacji (nie chcieli? a może mieli takie właśnie polecenie?). Warto jednak zaznaczyć, że świadomość "zalania" organizacji rewolucyjnych policyjnymi szpionami, była dość szeroka w kręgach władzy i gdy do jakiegoś zamachu dochodziło, wówczas lokalny naczelnik musiał się srodze tłumaczyć, aby nie zostać oskarżony o współudział w morderstwie (przykład: gdy w 1906 r. doszło do nieudanego zamachu na życie premiera Piotra Stołypina, i gdy dwaj przebrani za oficerów gwardii rewolucjoniści, rzucili bombę w jego kierunku, naczelnik Ochrany w Petersburgu - gen. Gierasimow zbladł na twarzy i przez krótką chwilę nie mógł do siebie dojść, po czym w pierwszych słowach rzekł: "To nie mój agent, to zrobili socjal-rewolucjoniści maksymaliści pułkownika Trusiewicza!". Miał rację, to Trusiewicz nadzorował agenta o nazwisku Res, który działał w partii socjalistów-rewolucjonistów którzy przygotowywali ów zamach, zaś agenci Gierasimowa nic o tym wówczas nie wiedzieli. W samej Ochranie często również dochodziło do konfliktów. Było bowiem kilka wydziałów, które wzajemnie ze sobą walczyły (wydział tajny, wydział śledczy, wydział nadzoru, zaś w 1898 r. powstał jeszcze wydział specjalny, który był bezpośrednim centrum działań Departamentu Policji). Jednak poszczególne wydziały bardzo szybko uniezależniły się od Depo (Departament Policji) i zaczęły z nim konkurować. Ochrana prowadziła także teczki personalne nawet członków rodziny carskiej, a carowi (podczas podróży) zawsze towarzyszył orszak, złożony z 10-30 funkcjonariuszy Ochrany pałacowej.
 
 

 
Do Zubatowa, zamachu na ministra spraw wewnętrznych Wiaczesława Plehwe'go i powołania na jego miejsce Piotra Świętopełka-Mirskiego - co też będzie miało bezpośredni związek z wydarzeniami rozpoczynającymi Rewolucję 1905 r., a także działalnością innych prometeiskich Polaków, jak choćby Stanisława Koziełł-Poklewskiego, który namówił ministra Wittego do sojuszu z Brytyjczykami i opowiedzeniu się przeciwko Niemcom i Austro-Węgrom (a tylko konflikt zaborców mógł doprowadzić do odrodzenia się Polski, notabene do konfliktu z Rosją po stronie niemieckiej dążył inny wpływowy prometejczyk, przyjaciel cesarza Wilhelma II - hrabia Bogdan Hutten-Czapski. Polska sieć prometejska ciągnęła się wówczas od Konstantynopola, poprzez Moskwę, Petersburg, Berlin, Paryż, Londyn, Nowy Jork i Waszyngton - jak sądzicie, dlaczego Ignacy Jan Paderewski zyskał takie uznanie amerykańskiego establishmentu politycznego? Czy tylko swą genialną muzyką? Do odpowiedzi na to pytanie też jeszcze powrócę. Polscy tytani byli wówczas wszędzie i tak właśnie wykuwała się nasza Niepodległość. Natomiast to, co nam zaserwowano po 1989 r., to nie była zmiana prometejska i niepodległościowa, ale postubecka, resortowa transformacja komunizmu w postkomunizm. Ważne jest więc, aby zruzumieć że Niepodległość 1918 i "suwerenność" 1989 r. tworzyli ludzie ulokowani na dwóch zupełnie przeciwstawnych sobie krańcach politycznej sceny i związanych z nią celów), czy gen. Jana Jacynę - oficera armii carskiej, który po odzyskaniu Niepodległości został adiutantem Marszałka Piłsudskiego, związków pani Inessy Armand - sekretarki i kochanki Lenina - z polską (prometejską) rodziną Konstantynowiczów - powrócę i opowiem o tym w kolejnej części. Opowiem również, jak przez plany nowych (w założeniu zwycięskich oczywiście) wojen, reżim carski starał się rozładować napięte społeczne emocje i zamienić studencki bunt, na patriotyczny zapał młodzieży w zdobywanie nowych terenów w Azji i Europie przez mateczkę Rossiję. 
 
 
JÓZEF PIŁSUDSKI - ABY UNIKNĄĆ SKAZANIA, SYMULOWAŁ W LATACH 1900-1901 CHOROBĘ PSYCHICZNĄ, PRZEJAWIAJĄCĄ SIĘ W NIECHĘCI DO WIDOKU ROSYJSKIEGO MUNDURU I OBAW O ZATRUCIE (JADAŁ WIĘC TYLKO UGOTOWANE NA TWARDO JAJKA). OSTATECZNIE, PRZY POMOCY CZŁONKÓW POLSKIEJ PARTII SOCJALISTYCZNEJ, UCIEKŁ ZE SZPITALA PSYCHIATRYCZNEGO W PETERSBURGU I WRÓCIŁ DO KONGRESÓWKI, A NASTĘPNIE PRZEDOSTAŁ SIĘ DO "AUSTRIACKIEJ" GALICJI
 
 
 
 

 
 
 CDN.
  

sobota, 9 stycznia 2021

WOLNOŚĆ KOCHAM I ROZUMIEM...

 CZYLI W POSZUKIWANIU 

"BRONI UTRACONEJ"

 
 
 
 
 Wybory w Stanach Zjednoczonych wreszcie dobiegły końca i stało się jasne to, co było jasne od samego początku tej kampanii (a może nawet od 2016 r.), a mianowicie że wreszcie wygrał ten kandydat, który miał wygrać, a przegrał ten, który - spisany na straty - miał przegrać. Wiceprezydent Mike Pence jeszcze owego pamiętnego 7 stycznia 2021 r. certyfikował Joe Bidena na kolejnego, 46 prezydenta USA i tak oto można powiedzieć zakończyła się przygoda z... amerykańską demokracją. Amerykańskie elity, które przez cztery poprzednie lata musiały znosić u steru polityki znienawidzonego parweniusza, (szowinistę, mizogina i głupka etc. etc.) teraz nareszcie odetchnęły z ulgą - Donald Trump został bowiem oficjalnie uznany za pokonanego, a jego miejsce ma zająć wspaniały Joe Biden, prowadzony o lasce przez feministkę i marksistkę Kamalę Harris. Wreszcie jest tak, jak miało być od początku i tylko pewien problem stanowią te tłumy niezadowolonych zwolenników obalonego prezydenta, otwarcie nazywani przez amerykańskie globalistyczne elity mianem: "white trash". Donald Trump już teraz bowiem stał się czymś więcej, niż tylko kolejnym prezydentem kraju zwanego Stanami Zjednoczonymi Ameryki. Trump stał się symbolem walki wolnych ludzi (obywateli wolnego świata, nie tylko Amerykanów) o wolność, godność, sprawiedliwość i demokrację. Być może brzmi to nieco kuriozalnie, biorąc pod uwagę fakt, że przecież Donald Trump nigdy do tej roli nie aspirował ani też wydawało się że nie ma ku temu żadnych predyspozycji, a jednak tak się stało i to paradoksalnie - niezależnie od woli samego Trumpa. Stało się tak, ponieważ mafia polityczna, jaka obecnie rządzi USA (i nie tylko zresztą tam) od samego początku widziała w Donaldzie Trumpie swego wroga, od samego początku był krytykowany, obrażany, mieszany z błotem, wszystko co powiedział i co zrobił było uważane przez mainstream jedynie za godne pożałowania i potępienia, był nazywany "głupkiem", "mizoginem", "seksistą", "białym suprematystą" i wieloma innymi, równie żenującymi stwierdzeniami. Należałoby tutaj jednak zadać sobie pytanie, dlaczego tak się stało i co spowodowało że amerykański globalistyczny establishment ujrzał w Trumpie swego śmiertelnego wroga? Sprawa wydaje się dosyć żałosna, a jednak ma swoje głębokie uzasadnienie, a mianowicie głównym powodem odrzucenia Donalda Trumpa przez elity, było to, iż bez względu na swój majątek, nie był to "swój", czyli innymi słowy nie wywodził się z jednej z amerykańskich rodzin, które od pokoleń uzurpują sobie prawo (i nie tylko poprzez dziedziczenie a również przez kooptację) do władania Stanami Zjednoczonymi. 
 
Człowiek który nie jest związany pewnym przymierzem, człowiek na którego nie ma (aż tylu) politycznych haków by można było nim sterować - staje się bardzo niebezpieczny dla rządzącej elity. Stąd też brał się ów język pogardy i nienawiści, który nie ustał nawet teraz - gdy już Trump ogłosił że 20 stycznia przekaże władzę Bidenowi. Zresztą wielu amerykańskich patriotów ma do niego o to żal że tak łatwo się poddał i nie próbował dalej walczyć z oczywistym fałszerstwem wyborczym (które jest bezsporne i nie podlegające żadnej dyskusji, choć mainstreamowe media mówią i piszą o "tak zwanych fałszerstwach wyborczych" lub w ogóle nie podejmują tego tematu. O fałszerstwach wyborczych mówią zresztą nie tylko zwolennicy Trumpa, ale wierzy w nie ok. 30 % wrogich obecnemu prezydentowi wyborców Bidena i demokratów). Ja jednak nie zamierzam krytykować Donalda Trumpa za ten krok, gdyż analizując sprawę na chłodno można zrozumieć że tak naprawdę z chwilą zdrady Pence'a i odmowy uznania przez niego protestów wyborczych Amerykanów - Trump realnie nie ma już żadnej możliwości dalej walczyć o sprawiedliwość (został mu już tylko wariant siłowy, czyli użycie wojska, ale jestem przekonany że nie odważy się na ten krok). Gdy 7 stycznia setki tysięcy (mówi się nawet o milionie) Amerykanów zjechało do Waszyngtonu, aby walczyć w obronie umierającej amerykańskiej demokracji, można było wówczas realnie ujrzeć i odczuć strach elit przed własnym narodem, strach elit przed społeczeństwem, które nie zgadza się na kierunek w jakim owe elity to społeczeństwo prowadzą. I tutaj można też poznać i odróżnić protest spontaniczny od sterowalnego - z jakim mieliśmy do czynienia latem 2020 r. w wielu amerykańskich miastach po śmierci (uznawanego za męczennika, przestępcę i narkomana) George'a Floyda. Wtedy elity jakoś się nie obawiały "społecznych protestów", nie żądano wyprowadzenia na ulice Gwardii Narodowej, nie wprowadzano godziny policyjnej ani nie aresztowano bandytów spod znaku Antify i Black Lives Matter, którzy podpalali miasta, strzelali do obywateli i na potęgę okradali (głównie) drobnych przedsiębiorców. Wtedy było wszystko ok., wtedy policja dostawała wręcz odgórny przykaz by klękała przed bandytami (jak bardzo tamte wydarzenia wpłynęły potem na psychikę wielu policjantów, którym ich przełożeni wydali polecenie nie reagowania na burdy bandyckich bojówek marksistów, a nawet upokorzenia się klękając przed nimi - kogo z elit to zresztą obchodzi?). Teraz zaś, gdy tłumy patriotów i obrońców demokracji oraz wolności zjechały się do Waszyngtonu, aby zaprotestować wobec jawnemu bezprawiu sfałszowanych wyborów - nagle bardzo szybko wydano postanowienie o wprowadzeniu godziny policyjnej i wyprowadzeniu Gwardii Narodowej na ulice Waszyngtonu. I tylko dlatego, że nad tymi protestami nie było odgórnej kontroli, nikt tym nie sterował i nie było żadnej pewności kto (oczywiście z elit, gdyż zwykli ludzie ich kompletnie nie obchodzą) może ucierpieć. Nie tak, jak w maju i czerwcu zeszłego roku, gdy zwożone ciężarówkami grupy BLM i Antify miały dostarczane kije bejsbolowe, łomy i inne niebezpieczne narzędzia które potem wykorzystywali przeciw bogu ducha winnym przedsiębiorcom i zwykłym obywatelom.

Ów strach elit, skupił się obecnie jeszcze bardziej na Donaldzie Trumpie, i choć wydał on oświadczenie wzywające do zaprzestania protestów z 7 stycznia (swoją drogą gdy tłum Amerykanów wszedł do budynku Kongresu - w czym zapewne udział mieli również prowokatorzy, ale należy przyznać że wielu spośród tych, którzy weszli do Kongresu, to byli zwykli amerykańscy patrioci - uznano ten krok w mainstreamie za próbę zamachu stanu i niewyobrażalne złamanie zasad demokratycznych, podczas gdy Kongres nie jest własnością ani polityków, ani elit - bez względu na ich ideową konotację. Kongres należy do narodu, do amerykańskiego społeczeństwa i ma ono prawo wejść tam, gdy uzna iż politycy przestali słuchać głosu narodu i prowadzą kraj - tak jak obecnie - na skraj upadku. To jest naturalne prawo demokracji. Podobnie jest też u nas - obywatele polscy też mają prawo wejść do Sejmu, jeśli politycy wiodą kraj ku katastrofie, i tak było od wieków. Już w 1605 r. gdy w sporze między królem Zygmuntem III a hetmanem wielkim koronnym - Janem Zamojskim, monarcha na kilka słów prawdy o sobie oburzył się i począł chwytać za oręż, Zamojski rzekł wówczas: "Królu! Nie rwij się do oręża aby potomność ciebie Cezarem, nas nie nazwała Brutusami. Jesteśmy wyborcami królów, a pognębicielami tyranów; króluj nam, nie panuj!"), to jednak strach elit wobec Trumpa wcale nie osłabł, czego dowodem jest choćby próba pozbawienia go urzędu przed końcem kadencji (impeachment). Dlaczego jednak Donald Trump nakazał swoim zwolennikom rozejść się do domów, a następnie wydał oświadczenie że 20 stycznia przekaże władzę Bidenowi - co poczytuje za zdradę wielu amerykańskich patriotów? Sprawa wydaje się banalnie prosta i uwidacznia ów strach establishmentu USA, czego dowodem była pospieszna ewakuacja kongresmenów i senatorów z budynku i przeniesienie ich do jakichś piwnic lub schronów, znajdujących się w tym samym budynku Kongresu. Wówczas to przecież republikańscy senatorowie, którzy jeszcze przed ewakuacją wnosili protesty przeciwko wyborowi Bidena na prezydenta, po wznowieniu obrad i "oczyszczeniu" budynku z obywateli (swoją drogą mainstreamowe media używają bardzo ciekawej retoryki, która przywołuje na myśl najlepsze lata hitlerowskich Niemiec i Związku Sowieckiego), nagle przestali mieć jakiekolwiek zastrzeżenia i nastąpiło potwierdzenie wyboru Joe Bidena na kolejnego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Wydaje się więc, że taka sama presja - jak ta na senatorów - została wywarta na Donalda Trumpa, którego z pewnością szantażowano możliwością natychmiastowego impeachmentu, jeśli ten nie odwoła swoich zwolenników i nie uzna swej wyborczej "porażki" oraz przekazania władzy Bidenowi (ponoć Nancy Pelosi miała nawet stwierdzić że jest większość i to zarówno w House jak i w Senacie aby taką procedurę usunięcia prezydenta z urzędu natychmiast przeprowadzić). Trump nie mógł sobie na to pozwolić, bowiem przed końcem kadencji ma on z pewnością jeszcze kilka spraw do zrobienia i dlatego też doszło do swoistego dealu politycznego - Trump wygłosił przemówienie do swych zwolenników, wzywające do rozejścia się i deklarujące przekazanie władzy, a cała ta mainstreamowa banda wstrzymała się przed próbą usunięcia Trumpa z urzędu przed końcem kadencji (choć zamiar ten nie został wcale porzucony, a jedynie odłożony w czasie i sądzę że demokraci - i nie tylko oni - wrócą do tego tematu w następnym tygodniu, ponieważ ich strach przed pozostawieniem Trampa u władzy na te niecałe dwa tygodnie jest zbyt wielki i nie mogą oni mieć pewności co też ów ustępujący prezydent może jeszcze uczynić).
 
 
 

 
A Trump - po złożeniu oświadczenia o przekazaniu władzy 20 stycznia - wyjechał do bazy wojskowej w Teksasie i jak na razie tam siedzi, co dla elit jest niepokojącą wizją, podobną do niepokoju senatorów w Starożytnym Rzymie po umieszczeniu cesarza w koszarach pretorianów. Co ciekawe, Teksas jest to jeden z niewielu amerykańskich stanów, który ma wpisane we własną konstytucję możliwość wypowiedzenia posłuszeństwa rządowi federalnemu i dokonania secesji (wyjścia z Unii). Stamtąd Trump wysyła informacje (to znaczy wysyłał, gdy na moment odblokowano mu konto na Twitterze) że jeszcze "nie wszystko stracone" i że "nie damy się uciszyć". Te wszystkie przekazy powodują jeszcze większy strach elit (nie tylko zresztą amerykańskich) i jestem przekonany że Kongres wróci do planu pozbawienia Donalda Trumpa urzędu prezydenta, jeszcze przed końcem jego kadencji. Tramp według mnie popełnił błąd, nie decydując się na użycie wojska jeszcze nim doszło do certyfikowania Bidena na nowego prezydenta. Mając w rękach tak wielką ilość fałszerstw wyborczych (notabene - przeciwnicy Trumpa zorganizowali latem mini-rewolucję, podpalając amerykański miasta po śmierci Floyda, licząc na to, że spowoduje to odwrócenie się wyborców od Donalda Trumpa i jego ewidentną klęskę wyborczą w listopadzie 2020 r. Establishment zlekceważył Trumpa w 2016 r. gdy ten wygrał prawybory w partii republikańskiej i potem konkurował z Hillary Clinton o najwyższy urząd w państwie. Uznano - biorąc pod uwagę sondaże - że Trump i tak przegra, więc całkowicie go zlekceważono, sądząc że Clinton ma już zwycięstwo w kieszeni. Tak się nie stało, Trump zwyciężył i został nowym prezydentem USA - a wówczas rozpacz i strach lewactwa była wprost niewyobrażalna. Doszli więc do wniosku, że nie mogą sobie pozwolić na popełnienie tego samego błędu i dążyli do maksymalnego osłabienia pozycji Trumpa przed wyborami z 2020 r. Niestety, okazało się że spalenie amerykańskich miast i rozkradzenie majątku zwykłych Amerykanów - gdy bandyci BLM i Antify kradli co popadnie - nie wystarczy aby maksymalnie osłabić Trumpa. Dlatego też, obawiając się że mogą ponownie przegrać obecne wybory, rzucili wszystko na jedną kartę i dopuścili się niewyobrażalnych fałszerstw wyborczych, jakich nie pamiętała amerykańska polityka - bowiem mniejsze lub większe fałszerstwa były praktycznie zawsze podczas wyborów w USA, ale nigdy na taką skalę - od dziesięcioleci. Mainstreamowe media - Facebook, Twitter, YouTube - wszystko to działało na korzyść elit oraz przeciw wolności słowa i deomkracji, dlatego też nie zważając na nic, dopuścili się tak oczywistych przekrętów, iż) nawet Sąd Najwyższy uznał że nie będzie tego badał, ponieważ gdyby się tym zajął musiałby wystąpić przeciwko całej amerykańskiej globalistycznej elicie.
 
Warto tutaj rozważyć też dwa elementy. Jeden będzie dotyczył kwestii geopolityczno-praktycznej związanej z realnym układem sił na świecie, a drugi otrze się o sprawy metafizyki a nawet duchowości. Obie dotyczą USA (choć nie tylko) i mają wpływ na realne życie nas wszystkich. Zacznijmy może od tej drugiej kwestii, która nieodłącznie wiąże się zarówno z tym, co obecnie dzieje się w USA, jak i z tym, co się tam działo w lecie ubiegłego roku (gdy Kamala Harris stwierdziła że zamieszki Black Lives Matter nie powinny się kończyć). Otóż rzecz działa się u samych początków Stanów Zjednoczonych, jeszcze podczas trwania Wojny o Niepodległość. Pomimo zwycięstwa Amerykanów pod Saratogą (czerwiec-październik 1777 r.) w czasie której to bitwy wybitnie odznaczył się Tadeusz Kościuszko, projektując umocnienia których Brytyjczycy nie byli w stanie zdobyć - część Armii Kontynentalnej pod dowództwem gen. George Waszyngtona przebywała wówczas w Pensylwanii, gdzie zimą z 1777 na 1778 znaleźli się w dość kiepskim położeniu, otoczeni przez Brytyjczyków (poza tym żołnierzom doskwierał głód). Ponoć sam Waszyngton był załamany ciężkimi warunkami w jakich się znaleziono i obawiał się że zostanie zmuszony (również przez potęgujący się głód) do kapitulacji przed armią króla Jerzego III. I wówczas wydarzyło się coś niezwykłego, coś co przesądziło nie tylko o wyniku wojny, ale pozwoliło również nieco ukazać rąbek przyszłości ludziom, którzy wówczas żyli i budowali zręby amerykańskiej państwowości. O tym co wydarzyło się wówczas w obozie George'a Waszyngtona, opowiedział w 1859 r. (w wieku 99 lat), uczestnik tamtego wydarzenia - leżący już na łożu śmierci Anthony Sherman. Wstąpił on do Armii Kontynentalnej jako młody chłopak i służył w oddziałach dowodzonych bezpośrednio przez Waszyngtona. Pewnego razu, ów młody żółnierz był świadkiem rozmowy swego dowódcy z jednym z oficerów. Rozmowa ta była o tyle niezwykła, że nie dotyczyła żadnej z kwestii militarnych, a stała się raczej opowieścią o swoistym metafizycznym przeżyciu czegoś niezwykłego. Oto bowiem podekscytowany i i nieco poddenerwowany Waszyngton, zaczął opowiadać jednemu z oficerów, że w jego pokoju pojawiła się "piękna istota", która ukazała mu przyszłość.
 
 

 
Owa "świetlista, piękna istota" ukazała przyszłemu pierwszemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych Ameryki trzy wizje przyszłości. W pierwszej ujrzał atlantyckie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i pracujących tam ludzi, by za chwilę znad Atlantyku nadciągnęła potężna chmura burzowa i rozpętała się ulewa, która jednak trwała dość krótko i szybko zza chmur wyszło słońce opromieniając całą dolinę (była to zapewne alegoria 13 kolonii amerykańskich i wojny o Niepodległość USA). W drugiej wizji zostało mu ukazane jak cały ogromny obszar od Atlantyku po Pacyfik zapełnia się miastami i miasteczkami. Co ciekawe, w tej wizji również pojawiło się złowrogie widmo, które tym razem nadciągnęło z Afryki i zalało amerykańskie miasta. Jego nadejście spowodowało wybuch walk pomiędzy mieszkańcami (czyżby alegoria sprowadzenia czarnoskórych niewolników do Ameryki, którzy to potem stali się oficjalnym powodem wybuchu amerykańskiej Wojny Secesyjnej?). Wreszcie na niebie pojawił się anioł dzierżący w ręku miecz i flagę, a na głowie miał świetlistą koronę na której widniał napis "Unia". Rzekł on do walczących: "Pamiętajcie, że wszyscy jesteście braćmi!". Wojna została zakończona a Amerykanie ponownie się zjednoczyli (przykładem zakopania wzajmnej wrogości Północy i Południa były choćby pieśni obu stron, jakie grano w czasie mobilizacji żołnierzy amerykańskich w wojnie z Hiszpanią z 1898 r., czy potem gdy Ameryka weszła do Wojny Światowej w 1917 r.). W trzeciej wizji, która ukazała się Waszyngtonowi - pojawiło się zagrożenie ponownie w postaci (czerwonokrwistej) burzowej chmury, która tym razem składała się z trzech mniejszych chmur, płynących z Europy, Afryki i Azji. Na chmurze tej były legiony uzbrojonych po zęby ludzi, gotowych niszczyć wszystko na swej drodze. Zaczęli oni pusztoszyć Amerykę, lecz wówczas anioł zadął w trąbę i z nieba zstąpiły "legiony białych duchów" które odparły najeźdźców i powstrzymały ich inwazję (wydaje się że była to wizja Zimnej Wojny i konfrontacji USA z komunistyczną Rosją Sowiecką i Chinami, oraz - prawdopodobnie - z rodzimymi marksistami palącymi latem 2020 r. amerykańskie miasta). Należy sobie też uzmysłowić, że dla człowieka żyjącego w XVIII wieku, taka wizja była z pewnością motywowana religijnie i musiała powodować przerażenie (stąd opinia Shermana że Waszyngton był mocno poddenerwowany tym spotkaniem). Była też całkowicie niezrozumiała i tak zawiła, że nie sposób jej było wówczas ogarnąć rozumem. Ale ileż było takich "dziwnych" przepowiedni w historii, które w chwili powstania budzić mogły co najwyżej uśmiech politowania lub też stanowiły jedynie lokalną atrakcję towarzyską (przykładem niech będzie przepowiednia z Tęgoborza, którą prezentowałem już na tym blogu, choćby TUTAJ). Dopiero po kilku, kilkunastu latach okazywało się że te zawiłe przekazy nie są do końca pozbawione sensu a stanowią swoisty "plan Niebios" dla Ziemi (pamiętajmy bowiem że "zło rodzi się tam, gdzie nie ma dobra" - jak pisał papież Benedykt XVI i nawet jeśli wszystko - łącznie z nami samymi - jest swoistym koglem-moglem, to gdy zaczyna dominować nad nami zło, wówczas dobro zostaje schowane, ukryte, ustępuje pola do chwili, aż ponownie zagości ono w naszym sercu).
 
 

 
Na koniec chciałbym jeszcze odnieść się do wspomnianej wyżej kwestii geopolityczno-praktycznej. Otóż wydaje się jakoby omawiając kwestie polityki i geopolityki można popaść w swoisty błąd poznawczy, argumentując za przyznaniem państwom i narodom podmiotowości politycznej (bytu politycznego). Choć oczywiście na pierwszy rzut oka może wydawać się to jak najbardziej poprawne, to jednak - jeśli przyjrzymy się temu zjawisku bliżej - okazuje się całkowicie błędne. Dlaczego? Dlatego że zarówno państwa, narody a nawet klasy społeczne nie są bytami na tyle trwałymi, aby mogły posiąść status ontyczny (bytowy) i to nie one tak naprawdę dominują zarówno w polityce jak i w geopolityce. Co zatem jest ponad tym, co jest trwalszym elementem bytu politycznego dominującym w każdej dziedzinie polityki miedzynarodowej? Otóż jest nim... człowiek! A konkretnie określony typ człowieka. Już Lenin stwierdził rzecz oczywistą: "kadry decydują o wszystkim" i jest to prawda stara jak świat, znacznie starsza niż państwa, narody czy klasy społeczne. To, czy uda się przedsięwziąć jakiekolwiek plany i założenia polityczne i strategiczne, przede wszystkim zależy od odpowiednich ludzi - od ich wykształcenia, determinacji i oczywiście nastawienia do owych projektów. Jest to zasada tak oczywista, że nie ma sensu nawet jej opisywać, warto tylko stwierdzić że gdyby nie było odpowiednich ludzi o odpowiednim nastawieniu i odpowiedniej determinacji, to wiele projektów i planów nie tylko by się załamało, ale w ogóle nie ujrzałoby światła dziennego. Jako przykład podam tylko fakt, iż gdyby nie budowana przez dziesięciolecia, ale wyrosła i zdeterminowana do walki o Niepodległość młodzież uciekająca potem ze swych domów rodzinnych do Kadrówki czy formujących się Legonów Polskich, nie byłoby tej siły czynnej, tej determinacji która doprowadziła do wywalczenia Niepodległości w 1918 r. i następnie jej ocalenia w konfrontacji z nawałą bolszewicką w 1920 r. Kadry decydują o wszystkim! I wiedzieli o tym doskonale nasi wrogowie, gdy po 1939 r. zaczęto skucesywnie, lecz nieprzerwanie mordować tamtą elitę narodową, wyrosłą właśnie na etosie Niepodległości. I mordowali ją skrupulatnie zarówno Niemcy jak i Sowieci, bez względu na ich wzajemne animozje, zdając sobie sprawę, że z tymi ludźmi niczego innego nie uda im się uczynić ani przedsięwziąć. Dlatego też należało czym prędzej się ich pozbyć i na ich miejsce wstawić nowe kadry, nową "elitę" odpowiednio dobraną (najlepiej po specjalnym "szkoleniu" w Małachowce pod Moskwą). I to jest fakt bezsporny. Poza czynnikiem ludzkim kluczowe w geopolityce są również umiejętność kształtowania stałych i długofalowych celów politycznych (np. Międzymorze, działalność prometejska), zdolność realizacji tych celów (np. plan wojny prewencyjnej z Niemcami z 1933 r. czy obalenie - wraz z Amerykanami - proniemieckiego króla Wielkiej Brytanii Edwarda VIII w 1936 r.), umiejętność dostosowania strategii politycznej do zmiennych warunków otoczenia (np. plan wojny prewencyjnej z Niemcami z 1933 r. przy udziale Francji, a w sytuacji odmowy Paryża wsparcia przy obalaniu Hitlera, układ o niestosowaniu przemocy z Niemcami z 1934 r.). Ostatnim elementem całej tej układanki jest zdolność do zapewnienia ciągłości kadrowej i reprodukcji własnych struktur organizacyjnych (w sytuacji wybuchu II Wojny Światowej, niemieckiego a następnie sowieckiego zniewolenia - zapewnienie ciągłości kadrowej spośród potomków Żołnierzy Niepodległości stało się niewykonalne, a to z powodu niemiecko-sowieckich mordów, Katynia, Palmir, Auschwitz oraz hekatomby Powstania Warszawskiego. Ostatnimi elementami ciągłości kadrowej Żołnierzy Niepodległości z lat 1914-1918 i 1920 byli Żołnierze Niezłomni, których ścigano i mordowano jak zwierzęta, wrzucając ich ciała do masowych, nieoznakowanych grobów, aby ludzka pamięć zginęła po nich na zawsze. W zamian została tu zainstalowana nowa ekipa "dzieci Zarubina" prosto po kursach z "ojczyzny światowego proletariatu").
 
 

 
Oczywiście ten ostatni warunek w geopolityce spełniają jedynie służby specjalne (gdyby nie wojna i mordy po dziś dzień przetrwałaby kadrowa ciągłość Żołnierzy Niepodległości w służbach specjalnych na wzór tego, co jest choćby w Turcji, która posiada jedną z najlepszych armii w Europie i jednocześnie dość sprawnie działające służby specjalne, które przecież - bez względu na obecne zmiany - wyrosły na narodowej legendzie Ataturka. Swoją drogą - o czym zapewne wie niewielu - duża część ruchu młodotureckiego została stworzona przez Polaków. To przecież wydana w 1869 r. praca kapitana sztabu generalnego armii tureckiej - Konstantego Borzęckiego (Dżeladdina Paszy) pt.: "Les Turcs ancients et moderns" ("Turcy dawni i współcześni")  było pierwszym w historii Turcji opracowaniem dziejów narodu tureckiego. Po latach ta właśnie książka stała się podstawą ukształtowania tureckiego poczucia narodowego [prof. uniwersytetu w Ankarze - Seraffetin Turan, uznał, że ze wszystkich książek, jakie wpłynęły na rozwój umysłowy Kemala Ataturka, to właśnie książka Borzęckiego wywarła na nim największe wrażenie i miała nań największy wpływ. Notabene Ataturk sprzeciwiał się dołączeniu Imperium Osmańskiego do I Wojny po stronie Niemiec i Austro-Węgier, ale nastawiona proniemiecko klika złożona z Envera Paszy, Talaata Paszy i Dżemala Paszy przeforsowała to i Turcja ostatecznie znalazła się po wojnie w obozie przegranych). Poza tym Tadeusz Oksza-Orzechowski stworzył współczesne tureckie służby specjalne, a także był tu mocno zaangażowany gen. Marian Langiewicz, dyktator Powstania Styczniowego (znany w Turcji jako Langi Bey). Zaangażowanie Polaków w Turcji nie powinno wcale dziwić, jako że Imperium Osmańskie było jednym z kluczowych elementów w prometejskiej układance, blokującym Rosji dostęp na Morze Śródziemne, oraz dostarczanie tą samą drogą jakiejkolwiek dlań pomocy ze strony Zachodu. Tak więc, gdyby nie wojna (a raczej, gdyby nie głupota Francuzów w 1933 r., a nastepnie zdrada naszych "sojuszników" Anglii i Francji w 1939 r.) po dziś dzień mielibyśmy służby specjalne z prawdziwego zdarzenia i to wywodzące się z "korzenia Niepodległości" i wierne legendzie Marszałka Józefa Piłsudskiego, tak samo jak w Turcji istnieje legenda Kemala Ataturka - twórcy nowoczesnego i nowożytnego państwa, zasiedlonego przez naród "szlachetnych Turków, wywodzących się od Ariów" - jak w swej książce pisał Borzęcki.
 
 

 
Prócz służb specjalnych (i podobnych im organizacji inicjacyjnych) zdolność do zapewnienia ciągłości kadrowej i reprodukcji własnych struktur organizacyjnych posiadają jeszcze religie, organizacje ezoteryczne (np. loże masońskie), dynastie królewskie i arystokratyczne oraz ruchy i partie o charakterze ideologiczno-rewolucyjnym. Oczywiście nie trzeba dodawać że również i pewne "elementy", które nie zawsze są oficjalnie uwzględniane, jak np. "Obcy" (jakkolwiek byśmy ich nie definiowali), a także anioły, demony i oczywiście sam Bóg - który jest ciągłością samą w sobie i samą dla siebie. I to właśnie, a nie państwa, narody, klasy społeczne czy rasy - są prawdziwymi podmiotami stosunków geopolitycznych. I na tym zakończmy, jako realnym potwierdzeniem tego, dlaczego tak bardzo obecny amerykański globalistyczny mainstream nienawidzi Donalda Trumpa (być może jeszcze rozwinę ten temat, ale to zależy od tego co się będzie działo w kolejnych dniach w amerykańskiej - i nie tylko amerykańskiej - polityce, oraz jak zchowa się i co powie Trump po opuszczeniu urzędu prezydenta USA). 
 
 
PS: W Kongresie ponoć skradziono laptop Nancy Pelosi 😂. Czy wyjdzie z tego afera na miarę pizzagate? Cóż, wygląda na to że spełniło się chińskie przekleństwo i niestety nasze pokolenie żyje już w "ciekawych czasach" (lecz z drugiej strony to dobrze, bo właśnie takie czasy sprzyjają hartowaniu się prawdziwych społecznych liderów i kształtują nowych, silnych przywódców). Pamiętajmy też o jednym - że ci globaliści, którzy chcą nam zafundować nowy totalitaryzm na miarę betonu, są coraz bardziej poddenerwowani i rozgoryczeni powolnym tempem zmian  społecznych (a przecież ich rewolucja trwa już od kilkudziesięciu lat, co najmniej od połowy lat 60-tych) i teraz nie ma już czasu na kontynuację tego procesu, teraz trzeba czym prędzej przykręcić społeczeństwom śrubę i wprowadzić twardy jak beton totalitaryzm. Tylko jednej rzeczy nie przewidzieli - nawet w betonie mogą powstać wyrwy, a jeśli zaczną się rozszerzać i pękać, ów twardy beton rozpryśnie się na drobne kawałki niczym kruche ciasto, pod społecznym buntem narodów (nie muszą być to wszystkie narody, wystarczy że beton pęknie w kilku miejscach na świecie i już tego nie zdołają poskładać).        
 
 
 

 
 

niedziela, 5 lipca 2020

DRUGA KADROWA - Cz. I

CZYLI - JAK TO KONTYNUATORZY

DZIEŁA MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 

z PROMETEJSKIEJ "HYDRY"

ZAMIERZALI WYRWAĆ KRAJ 

SPOD SOWIECKIEJ OKUPACJI po 1945 r. 






"W ŻYCIU LUDZKOŚCI NIE MA TAKICH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH MOŻNA BY SPOKOJNIE I BEZPIECZNIE WIĆ SOBIE GNIAZDO CICHEGO SZCZĘŚCIA, NIE MA TYCH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH NARÓD MÓGŁBY SOBIE POWIEDZIEĆ: DOŚĆ JUŻ SIĘ NAHAROWAŁEM, DOŚĆ JUŻ TEJ WIECZNEJ SŁUŻBY NA POSTERUNKU, DOŚĆ JUŻ TEGO WYSIŁKU. NARÓD, ZDOLNY DO WYPEŁNIENIA SWEJ MISJI DZIEJOWEJ, WIELKOŚCIĄ SWEGO WYSIŁKU I JEGO DŁUGOTRWAŁOŚCIĄ MIERZY SWE SIŁY ŻYWOTNE (...) TAKI NARÓD WIE, ŻE Z POSTERUNKU NIGDY SIĘ NIE SCHODZI, ŻE MOŻE BYĆ TYLKO MOWA O LUZOWANIU NA TYM POSTERUNKU, O LUZOWANIU JEDNEGO POKOLENIA PRZEZ POKOLENIE NASTĘPNE"


MARSZAŁEK EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY



 Czym był "Ruch Prometejski" i "Prometejska Konspiracja"? Zapewne bardzo niewielu ma o tym zjawisku jakieś większe pojęcie, gdyż określenie to praktycznie nie istnieje w odniesieniu do kluczowych zjawisk historycznych, jakie miały miejsce w Europie (i na Świecie) w ciągu ostatnich stu lat. Praktycznie rzecz biorąc, jeśli w ogóle mówi się o Prometeizmie, to tylko w odniesieniu do koncepcji Józefa Piłsudskiego zrodzonej już po odzyskaniu niepodległości Polski w 1918 r. i kształtowanej dopiero w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia - czyli innymi słowy: Ruch Prometejski był autorstwa Piłsudskiego i dążył do politycznego rozczłonkowania Rosji (a raczej Związku Sowieckiego), poprzez wzmacnianie ruchów odśrodkowych wśród zgnębionych przez Moskali innych narodów wchodzących w skład byłego Imperium Rosyjskiego a potem Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. I w zasadzie nasza wiedza na ten temat w tym miejscu już się kończy. Ruch Prometejski okazuje się nie spełnił swoich zamierzeń politycznych, przez co został zmarginalizowany i ostatecznie przestał istnieć. To tyle - jeśli chodzi o jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Szkoda że jest ona tak płytka i tak powierzchowna, iż opiera się tylko na oficjalnych definicjach, które - co prawda odzwierciedlają pewien stan faktyczny, ale - jednak nie opisują nam całości zagadnienia i nawet nie próbują udawać że na poważnie podchodzą do tematu. Pytanie bowiem nie brzmi tylko i wyłącznie czym był Ruch Prometejski, ale również (a może przede wszystkim) jakie były/są jego prawdziwe korzenie, kiedy tak naprawdę powstał, oraz (co równie ważne) czy istnieje po dziś dzień? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tej właśnie blogowej serii (pewne odniesienia do tematu czyniłem już co prawda kilkukrotnie wcześniej, choć jeszcze na poważnie o tym nigdy nie pisałem). Może więc warto poznać prawdziwe dzieje tej formacji, aby uświadomić sobie że zarówno jej początek jak i koniec wcale nie nastąpiły tam, gdzie chcieliby je widzieć autorzy piszący (choćby w Wikipedii) o tym właśnie pojęciu. Mało tego, Ruch Prometejski nie tylko że nie zakończył swej działalności po roku 1945 i końcu II Wojny Światowej, ale działał jeszcze długie lata - i to często w samym sercu sowieckiego "ula" - mało tego ... on nigdy nie przestał działać!



RUCH PROMETEJSKI - POCZĄTEK

CZYLI 

"BÓG JEST Z NAPOLEONEM, 

NAPOLEON Z NAMI" 

 Cz. I





 Bezpośrednim powodem wykrystalizowania się koncepcji prometejskiej, stał się upadek państwa polskiego w końcu XVIII wieku, upadek do którego w ogromnej mierze przyczyniła się rodzima Targowica. Warto jednak (pokrótce) przypomnieć sobie jak to się w ogóle stało, że pojawili się ludzie, którzy gotowi byli jawnie działać przeciwko interesowi Rzeczpospolitej, żebrząc wręcz o interwencję obcych mocarstw w celu przywrócenia w Polsce "demokracji". Uświadomienie sobie tego aspektu jest o tyle ważne, że żyjąc współcześnie i obserwując historyczne wydarzenia bogatsi o wiedzę kolejnych dziesięcioleci - często ulegamy pewnym kalkom myślowym, które przekładają obecną wiedzę w tamte czasy. Tak dzieje się również wśród historyków, którzy np. twierdzą że lepiej byłoby dla Polski, gdyby król Jan III Sobieski nie wyruszył na odsiecz obleganego przez Turków Wiednia, bo wówczas z gry zostałby wyeliminowany austriacki zaborca. Myślenie to jest o tyle płytkie, że opiera się jedynie o analizę wiedzy historycznej którą posiadamy my, natomiast tej wiedzy nie mieli ludzie żyjący w tamtym czasie i dla nich wówczas ogromnym zagrożeniem była właśnie ekspansja muzułmańska na Europę. Przecież po upadku Wiednia, co prawda Austria Habsburgów przestałaby istnieć i nie stałaby się w sto lat później jednym z zaborców Rzeczpospolitej, ale... jej miejsce mogła równie dobrze zająć Porta Osmańska i dziś zastanawialibyśmy się czy lepiej by było , gdyby Sobieski jednak wyruszył na odsiecz Wiednia. Ta sama kwestia dotyczy i innych aspektów historii, polityki i geopolityki. Ktoś bowiem powie: nie doszłoby do rozbiorów, gdyby w XV lub XVI wieku Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie "usunęło" Rosję z mapy Europy (i Azji), a była wówczas taka możliwość. Gdyby w pierwszych dekadach XVII wieku Rzeczpospolita wykorzystała sprzyjającą sytuację i rozbiła Rosję - również nie doszłoby do rozbiorów. A Prusy Książęce (główna przyczyna późniejszego rozbioru ze strony Brandenburgii), gdyby je włączyć w granice Polski już po sekularyzacji w 1525 r. sprawa byłaby rozwiązana. To prawda, problem polega jednak na tym, że tak wówczas nie rozumowano. Bowiem sądzono iż zarówno zhołdowanie Zakonu Krzyżackiego, jak i wyrwanie Moskwie ogromnych terenów na Wschodzie - jest już wystarczającym sukcesem i rzeczywiście, mimo wszystko na tamte czasy to były bezapelacyjne triumfy. Tyle tylko że my, bogatsi o dzisiejszą wiedzę historyczną, możemy mieć co do tego pewne zastrzeżenia.

Należy też pamiętać że Rzeczpospolita była potęgą, była mocarstwem, ale mocarstwem... pokojowym, w którym siła budowana była nie poprzez miecz i krew, a właśnie poprzez dobrowolne unie polityczne, które przyciągały do nas inne państwa i inne ludy - niczym magnes (wówczas bycie Polakiem, to było coś niesamowicie wręcz nobilitującego). Oczywiście nie znaczy to, że siła Polski opierała się wówczas tylko na uniach, układach i sojuszach - bo to nie prawda. Do dziś w polskiej świadomości historycznej istnieje na przykład mit Grunwaldu - bitwy, w czasie której Korona Polska i Litwa ostatecznie powstrzymały ekspansywną politykę Zakonu Krzyżackiego. Niestety - to bzdura! Grunwald 1410 r. nie był wcale bitwą obronną, bitwą gdzie jedynie broniliśmy się przed teutońską ekspansją. Bitwa to bowiem była początkiem mocarstwa, które następnie dominowało w Europie Środkowej i Wschodniej przez kolejne cztery wieki. Grunwald był więc aktem erekcyjnym przyszłego Imperium Polonorum, a nie żadnym powstrzymaniem ekspansji niemieckiej. To ta właśnie bitwa dała początek państwu o silnej demokracji i samorządności, o posuniętym niekiedy do przesady umiłowaniu wolności, o sile prawa (oczywiście im dalej na wschód, tym oddziaływanie prawa było słabsze), o powszechnej tolerancji religijnej, a jednocześnie państwa przed którym drżały sąsiednie mocarstwa, państwa które (jako jedyne w historii Europy, nie licząc krótkiego epizodu napoleońskiego) zajęło i utrzymało Moskwę, które narzucało swoje prawa i swoje obyczaje okolicznym ludom i które dominowało od Dunaju po Estonię i od granic miasta Moskwy do rzeki Odry. Cztery wieki takiej potęgi, gdzie król miał bardzo słabą pozycję polityczną i gdzie dominowała "wola ludu" wyrażana na sejmach i sejmikach ziemskich (a należy pamiętać że demokracje z reguły są słabsze od dyktatur, jako że podejmowane decyzje muszą tam uwzględniać tzw.: opinię publiczną - która często bywa zmienna, natomiast w dyktaturach i monarchiach absolutnych liczy się tylko wola władcy) i gdzie szlachta bardzo sceptycznie podchodziła do królewskich planów zwiększenia wojska - widząc w tym zamach na własne prawa i na ową demokrację, która wówczas stała się dla nich wręcz nową religią. A mimo to w polu wojsko Rzeczypospolitej było praktycznie nie do zatrzymania (i to nie tylko wojsko zaciężne, ale również pospolite ruszenie szlacheckie, które wielokrotnie - wbrew istniejącym kalkom propagandowym, aplikowanym naszemu społeczeństwu w czasach komunizmu - rozgramiało w bitwach liczniejszą od siebie zawodową armię wroga).




Na czym jednak polegała słabość Rzeczpospolitej, bowiem taka słabość rzeczywiście istniała? Otóż polegała ona na tym, że szlachta (tworząca naród Rzeczpospolitej) była aż do bólu pacyfistyczna i jeżeli istniała możliwość załagodzenia konfliktu na drodze pokojowej, to angażowano się w to, nie myśląc już nawet o wojaczce (tak właśnie zaprzepaszczona została koncepcja wielkiej wojny z Osmanami i wyzwolenia Bałkanów oraz likwidacji muzułmańskiego zagrożenia Europy, jaką chciał w latach 40-tych XVII wieku przeprowadzić król Władysław IV - o czym zresztą pisałem w oddzielnej serii blogowej). Szlachta bowiem bała się wojować nie dlatego że była pacyfistyczna ze swej natury (bo to bzdura), a właśnie dlatego, iż uważała że każda wojna prowadzi do nowych podatków, zaś sformowanie stałego wojska oznaczać może tylko jedno - wzmocnienie władzy królewskiej i wzrost tendencji absolutystycznych, a co za tym idzie powolny upadek demokracji szlacheckiej i odebranie szlachcie przywilejów jej "Złotej Wolności". Żeby to tak ładnie podsumować i dobitnie podkreślić, należałoby stwierdzić - Rzeczpospolita nie chciała się bić będąc bardzo silną i dlatego musiała potem bić się, będąc już bardzo słabą. I to właśnie jest całe podsumowanie naszej szlacheckiej tradycji (która - co bardzo ważne - realnie wykrystalizowała genotyp Polaka i to bez względu na jego pochodzenie społeczne. Przecież oglądając "Potop" czy "Pana Wołodyjowskiego" w kinach w latach 70-tych, potomkowie chłopów i mieszczan polskich przeżywali to w taki sposób, jakby rzeczywiście byli dziedzicami tamtej polskości i potomkami tamtych narodowych bohaterów - wywodzących się przecież w ogromnej większości ze szlachty). Dawna Rzeczpospolita nie padła więc dlatego, że nasi sąsiedzi byli tacy potężni, ale dlatego że my sami zrezygnowaliśmy z naszej potęgi, zaczynając realnie wierzyć że jesteśmy słabi. A skoro już uwierzyliśmy że staliśmy się słabi - to naturalnym stało się, iż musieliśmy mieć nad sobą jakiegoś protektora.

Długo trwały roszady kogo wybrać do tej roli - króla Szwecji - Karola XII, czy też cara Rosji - Piotra I (stąd wzięło się potem powiedzenie "Jedni do Sasa, drudzy do Lasa" - mające być odpowiedzią na kierunek "sojuszu", czy też podległości w czasie toczącej się Wojny Północnej, gdyż dotychczasowego króla Polski i elektora Saksonii - Augusta II Mocnego wspierał car Piotr, natomiast Stanisława Leszczyńskiego - "króla Piasta" - Karol XII). Dopiero 1 lutego 1717 r. na sejmie (który Rysiek Petru nazwał "głuchym" 😅) niemym (nazwa wzięła się stąd, iż żadnego z posłów nie dopuszczono wówczas do głosu, a nową konstytucję sejmową przyjęto jedynie poprzez jej odczytanie). Rzeczpospolita wówczas stawała się realnie "sojusznikiem" Rosji, a car Piotr publicznie deklarował iż: "wolności polskiej nie odstąpi", i przedstawiał się jako jedyny gwarant nienaruszalności ustroju Rzeczpospolitej. Sejm ten obradował w Warszawie pod rosyjskimi bagnetami (wysłany przez cara gen. Roenne wkroczył w granice Rzeczpospolitej z 18 000 żołnierzy już z końcem września roku poprzedniego) i jedynie milcząco potwierdzał warunki podpisanego 3 listopada 1716 r. traktatu warszawskiego. Warunki te sprowadzały się do kategorycznego usunięcia z Polski saskich urzędników króla Augusta II (na tym etapie August i Piotr konkurowali już o nowy model ustrojowy Rzeczpospolitej, przy czym ten pierwszy dążył do umocnienia swej królewskiej władzy w Polsce - również obsadzając stanowiska ministrami z Saksonii, co bardzo drażniło polską szlachtę, zaś ten drugi uznał że utrzymanie dotychczasowego ustroju Rzeczpospolitej - to znaczy decentralizacji państwa [panie Rafale Trzaskowski - mówi to panu coś 😑], liberum veto, oraz postępującej anarchizacji życia politycznego - jest jak najbardziej korzystne z punktu widzenia interesów rosyjskich. Dlatego też ogłosił się obrońcą "polskich swobód" [jak to się powtarza - prawda? Dziś pani Merkel też stoi na straży - choć oczywiście nieoficjalnie, jakże by inaczej - polskiej postkomunistycznej i postubeckiej demokracji oraz konstytucji Kwaśniewskiego z 1997 r. Ktoś już kiedyś powiedział, że wystarczy jedynie nauczyć się historii naszego upadku z XVIII - aby mieć podkładkę również i pod wydarzenia dziejące się współcześnie 😬]). Poza tym zmniejszono wówczas liczbę wojska do 24 000 (choć przeznaczono na jego potrzeby stałe podatki), królowi zabroniono wszczynać wojen bez zgody sejmu i więzić szlachtę bez wyroku sądowego (ale to wszystko obowiązywało już od czasu ustawy "Neminem captivabimus..." z 1425 r.). Wprowadzono także nienaruszalność "praw kardynalnych", czyli artykułów henrykowskich i pacta conventa, wolnej erekcji (😇) elekcji, liberum veto, nietykalności osobistej szlachty oraz dożywotności sprawowanych urzędów. Car Rosji bardzo szybko, gdyż już w lutym 1720 r. zawarł dodatkowo jeszcze układ z Prusami/Brandenburgią, mający na celu utrzymanie w Rzeczpospolitej "Złotej Wolności" i nie dopuszczenie do jakichkolwiek zmian ustrojowych.



"BYŁA DEMOKRACJA, 
WIĘC KAŻDY MÓGŁ PIĆ, ILE CHCIAŁ.
O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, 
WIĘC ICH NIE PŁACILI,
A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH"

"TO SIĘ NAZYWAŁO - WOLNA EREKCJA"
"I ZOSTAŁO CI DO DZISIAJ" 😅

 "I PODCZAS WOLNEJ ELEKCJI, WYBRALI SOBIE KRÓLA STANISŁAWA AUGUSTA, KTÓRY BYŁ TROCHĘ ZNIEWIEŚCIAŁY, ALE ORGANIZOWAŁ BANKIETY - W KAŻDY CZWARTEK"

"GDZIE SA FRANCUSKIE TANCERKI?"

"MIAŁ BYĆ STRIPTIZ" 😄

"A MOŻE BY TAK KUPIĆ TROCHĘ ARMAT... I RAKIETY ZIEMIA-POWIETRZE" 😅 




Wojska rosyjskie opuściły granice Rzeczpospolitej w grudniu 1718 r., jednak nie wyniosły się Kurlandii (będącej od 1561 r. lennem Rzeczypospolitej). Przez długie lata istniał konflikt o opuszczenie Kurlandii przez rosyjskie wojsko (w styczniu 1719 r. zawarto nawet w tej sprawie sojusz między Polską, Austrią i Wielką Brytanią, które to państwa miały zmusić Moskwę do opuszczenia kurlandzkiej ziemi, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Potem jeszcze dwukrotnie w 1726 i 1731 r. wzywano Rosję do przestrzegania granic i opuszczenia zajętego terytorium - bezskutecznie, bowiem władzę w Kurlandii sprawowała od 1711 r. Anna Iwanowna Romanowa - córka cara Iwana V). Po raz kolejny wojska moskiewskie wkroczyły w granice Rzeczpospolitej w październiku 1733 r. (w czasie wojny o sukcesję polską z lat 1733-1735) i przebywały tutaj do końca tej wojny. W 1736 r. sejm ponownie wezwał Moskwę do opuszczenia Kurlandii i wezwanie ponownie okazało się bezskuteczne (dyplomacja bez siły militarnej, jest niczym motyl bez skrzydeł), dodatkowo też w latach 1738 i 1739 wojska rosyjskie dwukrotnie naruszyły granicę z Rzeczpospolitą na Ukrainie, zaś w 1748 r. caryca Elżbieta Piotrowna (córka Piotra I) wysłała wojska, które miały przemaszerować do Niemiec przez terytorium Polski (w czasie wojny o sukcesję austriacką, toczoną w latach 1740-1748) - i tak też się stało. Jednak okres między 1735 a 1757 r. uważany był w Polsce za niezwykle długi czas pokoju i to właśnie wówczas narodziło się powiedzenie: "Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa". Rosjanie ponownie przekroczyli granicę Rzeczpospolitej w lecie 1757 r. na początku wojny siedmioletniej (toczonej w latach 1756-1763) i przeszli przez Litwę, czyniąc tam ogromne szkody (w samych dobrach kanclerza litewskiego - Michała Czartoryskiego, spalono kilkanaście wiosek), zaś w lutym 1759 r. do Wielkopolski wkroczyli także Prusacy Fryderyka Wielkiego - czyniąc kolejne spustoszenia. Prusacy ostatecznie wycofali się jednak do 1763 r. (ostatnie ich większe starcie na ziemiach polskich z Rosjanami miało miejsce w lecie 1761 r.), natomiast Moskale pozostali tu aż do 1789 r.

Warto tutaj również odnotować zgubny wpływ liberum veto na polski parlamentaryzm i skuteczne wykorzystywanie go przez inne państwa do blokowania jakichkolwiek (niekorzystnych z punktu widzenia obcych dworów) zmian ustrojowych w Rzeczpospolitej. Weto po raz pierwszy zostało użyte na sejmie 9 marca 1652 r. przez posła z Upity - Władysława Sicińskiego (który potem był symbolem najgorszych klęsk Rzeczpospolitej. Mówiono też, że za ów postępek trafił go piorun, a ziemia nie chciała przyjąć jego zwłok, dlatego też po 1672 r. zabalsamowano je i pokazywano przez długie lata - jeszcze w XIX wieku - w kościele w Upicie - jako symbol zdrady i upadku dawnej Rzeczpospolitej), zaś w kolejnych dziesięcioleciach stało się tak popularne, że mało który sejm w XVIII wieku doszedł do skutku i zdążył uchwalić konstytucję (niektóre zrywano nawet jeszcze przed wyborem marszałka sejmu). Problem z liberum veto polegał na tym, że w polskim parlamentaryzmie obowiązywała zasada jednomyślności (czyli po staropolsku "ucierania się"), a obrady trwały tak długo, aż osiągnięto  wspólny konsensus. Dlatego też nawet jeden głos zdecydowanego sprzeciwu, oznaczać mógł storpedowanie długo przygotowywanych planów reform ustrojowych i wzmocnienia wojska, co też powodowało że ze zrywania sejmów korzystały szczególnie obce dwory. I tak, Moskwa (przez przekupionych posłów), zerwała sejmy w latach: 1718, 1719, 1720, 1722, 1724, 1726, 1729, 1730, 1732, 1733, 1760 i 1762. Francja zerwała sejmy w latach: 1681, 1698, 1735, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1754 i 1758. O Prusach zaś nie ma co nawet pisać, bo z ich inicjatywy zostały zerwane praktycznie wszystkie sejmy, począwszy od XVIII wieku, więc nie ma sensu ich wymieniać. Warto jeszcze dodać, że sejmy zrywali też polscy magnaci, jak choćby Potoccy, którzy czynili to w latach: 1720, 1729, 1730, 1732, 1738, 1740, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1758 i 1760. Sapiehowie: 1688, 1689, 1695, 1698, 1701, 1729 i 1730. Lubomirscy: 1664, 1665, 1666 i 1754. Warto zauważyć że wiele dat się wzajemnie pokrywa, co oznacza że interes magnaterii częstokroć szedł w parze z interesem obcych mocarstw. W każdym razie Rzeczpospolita stała się pośmiewiskiem Europy, niezdolnym do przyjęcia jakiegokolwiek prawa i podjęcia decyzji, trwała zaś jedynie siłą rozpędu, wpadając coraz bardziej w całkowitą zależność od Moskwy (Wielki Wezyr Osmański - Ali Pasza, żalił się publicznie w 1743 r. - iż system panujący w Rzeczpospolitej przypomina całkowitą anarchię i nic nie można tam uzgodnić - pisał więc: "Cóż mamy czynić z narodem, gdzie dla wykonania jakiejś rzeczy, trzeba najpierw trzydzieści tysięcy głów nakryć jedną czapką"). W takich warunkach wypracowanie wspólnego konsensusu było praktycznie niemożliwe.   


"MUSIMY ZNALEŹĆ KONSENSUS...
POROZMAWIAĆ ZNACZY"  😎 



Inną zupełnie kwestią były projektowane plany rozbiorów tego apatycznego już wówczas i pogrążającego się w coraz większej politycznej anarchii państwa, jakim stała się Rzeczpospolita Obojga Narodów. Pierwszy plan rozbioru Polski został przedstawiony we wrześniu 1392 r. przez księcia Władysława Opolczyka (założyciela klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie i tego, który przewiózł i umieścił w tym klasztorze w 1384 r. cudowny obraz Madonny z Jezusem), proponował on wówczas Krzyżakom rozbiór ziem Korony Polskiej pomiędzy Zakon, Czechy i Węgry (jak oczywiście wiadomo, plany te nie doszły do skutku, gdyż Polska była na drodze ku potędze, a po 1410 r. i bitwie pod Grunwaldem, stała się jednym z największych europejskich mocarstw). Ponownie powrócono do planów rozbiorowych w czasie Potopu szwedzkiego, wojny z Moskwą i agresji księcia siedmiogrodzkiego - Jerzego II Rakoczego w 1657 r., ale i wówczas okazały się one jedynie wydmuszką (Rakoczy został rozbity w bitwach pod Magierowem i Czarnym Ostrowem i to tak, iż musiał podpisać kapitulację, Szwedzi zaś zostali wypędzeni z Rzeczpospolitej do 1658 r. zaś Moskwa - która od 1654 r. zajęła sporą część Litwy, Ukrainy i Białorusi, została rozbita w bitwach pod Lachowiczami, Połonką, Basią i Cudnowem w 1660 r. zaś w roku następnym działania wojenne toczyły się już na terytorium rosyjskim). Wówczas więc, póki Rzeczpospolita była silna, plany rozbiorów mogły co najwyżej powstać na papierze i warte były tyle, co ów papier na którym zostały wydrukowane. Jednak już w XVIII wieku, gdy Korona Polska nie była zdolna do przeprowadzenia podstawowych reform ustrojowych, rozbiory stały się realnym zagrożeniem. Już w styczniu 1733 r. król August II Mocny zaproponował (w rozmowie z pruskim ministrem Fryderykiem Grumbkowem) zajęcie Prus Królewskich wraz z Toruniem (bez Gdańska), zaś Ukrainę, Białoruś i dużą część Litwy (bez Wilna) zamierzał oddać Rosji. Plan ten ostatecznie nie doszedł do skutku, gdyż August Mocny zmarł 1 lutego 1733 r. w Warszawie.

Kolejny plan rozbioru Rzeczpospolitej, opracowała już nowa władczyni Rosji, zaraz po swym wstąpieniu na tron w lipcu 1762 r. - Katarzyna II. Plan ten przewidywał, iż Kurlandia i Inflanty Polskie zostaną włączone do Rosji, w zamian za to Polska miała otrzymać kosztem Prus - Prusy Książęce z Królewcem. Plan ten wciąż przewidywał utrzymanie Rzeczpospolitej w stanie zależności od Moskwy. Nie mógł też się powieść, gdyż po pierwsze został opracowany "na gorąco" (zaraz po obaleniu i zamordowaniu męża Katarzyny - cara Piotra III, który był wielkim miłośnikiem Prus i pruskiego militaryzmu), jako policzek wymierzony w męża carycy, a po drugie Fryderyk II z pewnością nie zgodziłby się na jego realizację i pomimo osłabienia królestwa w długiej wojnie siedmioletniej, toczyłby dalsze walki o Prusy Książęce, a tej wojny Katarzyna już nie zamierzała prowadzić. W 1768 r. opracowano (tym razem w Wiedniu) kolejny plan rozbiorowy. Cesarzowa Austrii - Maria Teresa zaproponowała Katarzynie i Fryderykowi następujący podział ziem polskich: Prusy otrzymają Kurlandię, Semigalię i Warmię, w zamian za co zwrócą Austrii Śląsk (zdobyty przez Fryderyka w roku w 1742 r.). Rosja natomiast miała utrzymać w Rzeczpospolitej w dalszym ciągu stan całkowitej zależności. Plan ten jednak został storpedowany przez Prusaków, gdyż król Fryderyk nie zamierzał oddawać swej najbogatszej prowincji, w zamian za niewiele znaczące ziemie w Prusach i Inflantach. Dlatego też już w 1769 r. opracowany został plan Fryderyka, który zakładał podział ziem polskich: Pomorze i Żmudź miały zostać włączone do Prus (ewentualnie jeszcze Wielkopolska, ale z niej król pruski mógł zrezygnować, gdyby napotkał zbyt duży opór ze strony Rosji), reszta Polski miała zaś zostać włączona bezpośrednio do Rosji. Projekt króla Prus nie spodobał się Katarzynie (zresztą trudno się dziwić i tak kontrolowała całą Polskę, po co więc miała doprowadzać do rozbiorów i dzielić się tymi ziemiami z Prusakami). Jednak jeszcze w tym samym 1769 r. Austria zajęła Spisz i Orawę (ziemie na Węgrzech będące we władaniu Rzeczpospolitej od 1412 r.), zaś w 1770 r. dodatkowo jeszcze Sądecczyznę i Podhale wraz z kopalniami soli w Wieliczce i Bochni, dlatego też stosunek Katarzyny do rozbiorów uległ zmianie. 




Rzeczpospolita była już realnie od 1768 r. (i podpisaniu niekorzystnego układu z Moskwą o "wieczystej przyjaźni", w którym co prawda Katarzyna dawała gwarancje nienaruszalności granic Polski, ale jednak Rosja stawała się gwarantem utrzymania "Złotej Wolności" szlacheckiej i ustroju panującego w Rzeczpospolitej. Tym samym Polska realnie i oficjalnie stawała się rosyjskim protektoratem). Wybuch antyrosyjskiej konfederacji barskiej (z lat 1768-1772) przyspieszył tylko zgodę carycy na rozbiór ziem polskich, do którego doszło ostatecznie 5 sierpnia 1772 r. układem podpisanym przez trzy mocarstwa: Rosję, Prusy i Austrię w Petersburgu. Rosja zajęła 92 tysiące kilometrów kwadratowych i 1 milion 300 tysięcy ludności, były to ziemie województw połockiego, witebskiego i mścisławskiego - tworząc tam gubernię białoruską. Prusy zajęły 36,5 tys. km. kw. i 580 tysięcy ludności - całe Pomorze (bez Gdańska), Warmię, Kujawy i ziemię chełmińską, tworząc tam Okręg Nadnotecki i Prusy Zachodnie. Austrii zaś przypadło 81 tys. km. kw. i 2 miliony 650 tysięcy mieszkańców - czyli województwa krakowskie, ruskie, bełskie i część sandomierskiego. Rzeczpospolita utraciła łącznie 30 procent swego terytorium. Oczywiście zaborcy domagali się, aby rozbiory zatwierdził sejm, jednak aby nie doszło do jego zerwania przez liberum veto (i teraz właśnie weto byłoby bardzo pomocne) caryca domagała się, aby sejm przekształcić w konfederację, gdzie decyzje miały zapadać zwykłą większością głosów i tak właśnie się stało - 18 września 1773 r. sejm przekształcony w konfederację (którego marszałkiem wybrany został kuchmistrz koronny, płatny szpieg Moskwy Adam Koniński) zatwierdził rozbiór. Był to pierwszy w historii rozbiór ziem polskich, dwa kolejne miały nadejść jeszcze w XVIII wieku, zaś do czwartego doszło w... 1939 r. gdy hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki napadły na Polskę i ją sobie wzajemnie podzieliły między siebie (jak również całą Europę Środkową). Lecz prometejska konspiracja, która doprowadziła do odrodzenia Polski w 1918 r., cały czas intensywnie pracowała nad "rwaniem" - owego sowieckiego kolosa - głównie po szwach narodowych, choć nie tylko. I to się udało, w latach 1989-1991 cały blok komunistyczny musiał upaść (inna sprawa, że bolszewicy mieli przygotowane wyjście awaryjne w postaci "transformacji ustrojowej"). Pamiętajcie też że prometejska hydra [w takiej lub innej formie] działa intensywnie po dziś dzień.

PS: Co ciekawe, o ile w czasach panowania Augusta II Mocnego na 13 sejmów zerwano aż 9, za jego syna - Augusta III na 13 sejmów zerwano... 12, natomiast za panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego nie został zerwany żaden sejm, dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, o ile pozycja Rosji, jako hegemona w Rzeczpospolitej nie była wcześniej oficjalna, o tyle Moskwa musiała polegać na sprzedajnych posłach i ich wecie wobec niekorzystnych dla siebie ustaw i propozycji reform. Ale odkąd Rzeczpospolita już realnie stała się rosyjską kolonią, utrzymywanie weta jako politycznej blokady wprowadzanych ustaw, było nie tylko niepotrzebne, ale wręcz stawało się szkodliwe z punktu widzenia Moskwy. Tym bardziej że za króla Stasia i tak głosowano na sejmach to, czego życzyła sobie caryca Katarzyna, dlatego też weto było tylko zagrożeniem i mogło służyć do blokowania korzystnych dla Rosji ustaw. Dlatego też żaden sejm w latach 1764-1795 nie został już zerwany za pomocą tej broni (inna sprawa że liberum veto zostało zniesione przez Konstytucję 3 Maja w 1791 r.). I wszyscy posłowie musieli się temu podporządkować, a kto był oporny, to czekał go los owych nieszczęśników: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna, porwanych na sejmie delegacyjnym na rozkaz rosyjskiego ambasadora - Nikołaja Repnina - 14 października 1767 r. i wywiezionych do Kaługi. 


PS2: W kolejnej części omówię jeszcze dwa pozostałe rozbiory i przejdę już bezpośrednio do prezentacji początków Ruchu Prometejskiego, który (a jakże) najbardziej sprzyjające warunki zyskał u boku korsykańskiego generała, co wkrótce potem stał się cesarzem Francuzów, a w 1812 r. rozpoczął próbę wskrzeszenia dawnej Rzeczypospolitej, najeżdżając Rosję i ogłaszając II Wojnę Polską (stąd potem powstał nawet na ten temat wiersz, który brzmiał: "Głupi Napoleonie, gdybyś za Renem siedział nigdy by się o tobie Hudson Lowe nie dowiedział". Dla przypomnienia - Hudson Lowe był brytyjskim gubernatorem św. Heleny na którą trafił Cesarz Napoleon po swej ostatecznej klęsce pod Waterloo w 1815 r.). Tak więc u boku Bonapartego, zrodziła się konspiracja, która przetrwała potem cały XIX wiek, pracując intensywnie nad jednym celem - rozbicia Rosji i wskrzeszenia Polski (oraz innych ciemiężonych przez Moskali narodów) i to im się ostatecznie udało w listopadzie 1918 r. (nic więc dziwnego, że po klęsce Polski w 1939 r. Stalin z takim zamiłowaniem na przełomie 1939/1940 r. oglądał sztukę Michała Glinki pt.: "Życie za cara", opowiadającej o wypędzeniu Polaków z Moskwy w 1612 r. Szczególnie zaś podobała mu się jedna scena - właściwie oglądał to oglądał tę sztukę tylko dla niej - pokazująca jak Polacy ostatecznie tonęli w bagnie. Potem zaś był Katyń... Czyżby Stalin tak bardzo bał się prometejskiej Hydry, że wydał rozkaz zabicia wziętych do niewoli, ponad 22 000 żołnierzy i oficerów Niepodległej Polski?






CDN.