Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
Dziś w Warszawie odbył się Wielki Marsz na pamiątkę 1000-lecia koronacji pierwszego, oficjalnie koronowanego króla Polski Bolesława I Chrobrego, oraz 500-lecia Hołdu Pruskiego, który doprowadził do sekularyzacji ziem Zakonu Krzyżackiego w Prusach, tworząc tam Księstwo Pruskie pod rządami dynastii Hohenzollernów, a po wygaśnięciu tego rodu ziemie te miały zostać bezpośrednio przyłączone do Królestwa Polskiego.
Bolesław I był wielkim władcą, politykiem i wodzem. Prowadził z Cesarstwem Rzymskim (czyli z istniejącą już wówczas Rzeszą Niemiecką) trzy wojny o Milsko i Łużyce. Pierwsza wojna (toczona w latach 1002-1005) zakończyła się początkowo zajęciem Czech i Moraw przez Bolesława (1003-1004) i nieudanej inwazji króla (bo jeszcze nie został koronowany na cesarza) Henryka II na Polskę (1005), w wyniku czego zawarto pokój, na mocy którego Chrobry zrzekł się Milska i Łużyc oraz Czech. Druga wojna z Henrykiem II wybuchła już w 1007 r. i trwała do 1013 r. Bolesław przygotował się do niej gruntownie, zyskując sojusz Czechów i Wieletów (którzy do tej pory wspierali Niemców). W 1007 r. zorganizował najazd na Niemcy i dotarł do Magdeburga, które to okolice spustoszył, a Budziszyn (główne miasto Milska) zdobył, podobnie jak ziemie Milska i Łużyc. W 1009 r. Chrobry wyprawił się ponownie na Niemcy, próbując zdobyć Miśnię (i pragnąc zlikwidować Marchię Miśnieńską), ale ta wyprawa nie powiodła się. Teraz Henryk II przygotował się do ataku i w 1010 r. wyruszył z wyprawą odwetową na Polskę. Wały Śląskie i twierdze Krosno oraz Głogów skutecznie zatrzymały królewską armię niemiecką. Jedyne co, to król Henryk w tej kampanii odzyskał północną część Łużyc. W 1012 r. Henryk II przygotowywał się do kolejnego ataku, ale ostatecznie do niego nie doszło ze względu na sprzeciw niemieckich feudałów, oraz sojusz Polski z Czechami i Wieletami. Natomiast Bolesław wykorzystał ten moment i zdobył oraz spalił gród Lubuszę. 1013 r zawarty został pokój w Merseburgu, na mocy którego Bolesław odzyskiwał Milsko i Łużyce, ale jako lenno cesarskie.
Trzecia wojna nie dała na siebie długo czekać i wybuchła już w 1015 r. Koronowany w lutym 1014 r. w Rzymie na cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Henryk II, rozpoczął kolejną inwazję na Polskę. Tym razem to on przygotował się do wojny, zyskując szereg sojuszników - w tym Czechów i Wieletów. Planował uderzenie na Polskę z trzech stron: od północy, z zachodu i południa. Na odcinku południowym Czesi dotarli tylko do grodu Busine koło Zgorzelca i musieli zawrócić, ze względu na dywersyjny atak Morawian (sprzymierzonych z Bolesławem) na Marchię Wschodnią (czyli dzisiejszą Austrię). Na północy Bolesław skutecznie poradził sobie z Wieletami i Sasami i przeszedł do ofensywy, jedynie w centrum wojska cesarskie Henryka II forsowały Odrę. Tutaj wojskami dowodził Mieszko - syn Bolesława, który w bitwie z Henrykiem w rejonie Krosna Odrzańskiego doszczętnie zniszczył jedną z dwu części cesarskiej armii Henryka II na odcinku zachodnim, którą dowodził poległy tam margrabia Geron (1 września 1015 r.). Zaś główne siły Henryka zostały zaatakowane na bagnach odrzańskich w kraju Dziadoszan, gdy próbowały przekroczyć rzekę. Bitwa zakończyła się klęską wojsk cesarskich i ucieczką Henryka, w wyprawie odwetowej wojska polskie pod wodzą Mieszka dotarły aż pod Miśnię. 1017 r Henryk postanowił raz jeszcze zorganizować wyprawę na Polskę, ale tym razem połączoną z akcją dywersyjną na Wschodzie ze strony Rusi Kijowskiej Jarosława I Mądrego (bodajże pierwszy w historii sojusz niemiecko-rusiński). Z cesarskimi szli również Czesi. Nie udało im się zdobyć ani Krosna, ani Głogowa, ani też twierdzy Niemcza - gdzie trwało długie oblężenie. Zakończyło się ono niepowodzeniem dla strony niemieckiej, chociaż obrońcom brakowało już żywności. W tym czasie Bolesław Chrobry plądrował Czechy. W zawartym w 1018 r. pokoju w Budziszynie, Milsko i Łużyce pozostały przy Polsce, ale już nie jako lenno cesarskie, tylko bezpośrednie ziemie piastowskie. Henryk zobowiązał się również do udzielenia Bolesławowi pomocy w toczonych przez niego wojnach.
Do takiej wojny z Rusią Kijowską doszło w roku 1018. Po nieudanej inwazji Jarosława Mądrego na Polskę w 1017 r. Bolesław rozpoczął atak na Ruś. Celem Chrobrego było nie tylko odzyskanie utraconych jeszcze przez jego ojca Mieszka I w 981 r. tzw. Grodów Czerwieńskich z Przemyślem, Czerwieniem, Sanokiem i Brześciem nad Bugiem, ale również zdobycie Kijowa i zainstalowanie tam Świętopełka - księcia turowskiego, jednego z pretendentów do władzy nad Rusią. 22 lipca nad Bugiem przekraczającym rzekę Polakom zastąpili drogę Rusini. Wedle legendy, Jarosław miał się zwrócić do Bolesława tymi oto słowy: "Czego tu szukasz? Wracaj do siebie, bo inaczej tą oto włócznią przebiję brzuch twój tłusty!" (rzeczywiście wtedy już Bolesław był mocno ociężały). W tzw. bitwie nad Bugiem (lub też w bitwie pod Wołyniem - jak nazywają to starcie inni historycy) Bolesław odniósł całkowite zwycięstwo, a wojsko rusińskie poszło w rozsypkę (w tej inwazji na Ruś wspierał Bolesława wysłany przez Henryka oddział rycerzy niemieckich). Jarosław uciekł do Nowogrodu Wielkiego, a Bolesław 15 sierpnia 1018 r. wkroczył do Kijowa (którego mieszkańcy skapitulowali). Należy też pamiętać że Bolesław był wytworem swoich czasów, nie tylko wodzem i królem, ale mężczyzną (co by nie mówić) dosyć okrutnym. Po zajęciu Kijowa zmusił do uległości i zgwałcił Przedsławę - siostrę Jarosława Mądrego, o której rękę się starał, lecz która go nie chciała. Gdy wiosną 1019 r. wracał do siebie, zabrał ją ze sobą, jako swoją nałożnicę (wraz z licznymi łupami i jeńcami). W drodze powrotnej przyłączył do Polski Grody Czerwieńskie, (lecz w 1022 r. twierdzę w Brześciu nad Bugiem odbił mu Jarosław Mądry).
Bolesław był bez wątpienia silnym władcą, ale jednocześnie okrutnikiem. Bezwzględnie egzekwował wydawane przez siebie zarządzenia, jednym z nich było to, że ktokolwiek z jego poddanych spożył mięso w dzień postny, temu wybijano zęby kamieniami. Inną ciekawostką jest fakt, że Bolesław (jak zresztą jego ojciec, a także synowie i ich następcy) był wielkim czyściochem. Uwielbiał się kąpać, nacierać śniegiem, lub wypocić w saunie. Szczególnie to ostatnie miejsce upodobał sobie jako pole rozmów politycznych. Zwykł też tam chłostać trzcinową rózgą tych wielmożów, z których był niezadowolony.
Bolesław był tak potężnym władcą, a jego Królestwo tak bogatym krajem (był nawet oddział polskich Amazonek, czyli kobiet jeżdżących konno i noszących łuki oraz miecze u pasa, które widzieli wjeżdżający do Gniezna cesarscy wielmoże), że cesarz Otton III w czasie wizyty w Gnieźnie w roku 1000, symbolicznie koronował Bolesława swoją własną cesarską koroną i uznał go za równego sobie (co potem mocno wypominał mu kronikarz Thietmar z Merseburga). Pisałem już kiedyś że Otton III pragnął stworzyć uniwersalistyczne Cesarstwo Chrystusowe, czyli odrodzone Cesarstwo Rzymskie na modłę Chrystusową, składające się z czterech części: Galii (czyli Francji), Italii, Germanii i Sklavinii (czyli kraju Słowian, innymi słowy Polski, Czech i Moraw). Mocno w tym zamierzeniu wspierał go jeden z najgenialniejszych papieży w całych dziejach następców św. Piotra - Sylwester II (według legendy ten papież w podziemiach Watykanu miał uwięzić smoka, który symbolizował Lucyfera. Był też autorem wielu praktycznych wynalazków). Śmierć Ottona III w 1002 r. i wstąpienie na tron Henryka II, oraz Sylwestra II w 1003 r. pokrzyżowało te plany i zakończyło pokojowy okres stosunków polsko-niemieckich.
18 kwietnia 1025 r w archikatedrze gnieźnieńskiej za zgodą papieża Jana XIX, Bolesław I Chrobry (nie pytając się o pozwolenie nowego cesarza Konrada II) koronował się na pierwszego w historii króla Polski. Zmarł wkrótce potem - 17 czerwca 1025 r. Ale jeszcze w tym samym roku na króla koronował się jego syn i następca - Mieszko II Lambert (czyli rok 1025 był nie tylko rokiem pierwszej królewskiej koronacji w Polsce, ale również rokiem podwójnej koronacji).
Co się zaś tyczy 500-lecia Hołdu Pruskiego, to też już kilkukrotnie o tym wydarzeniu pisałem. Zakon Krzyżacki (a w zasadzie Zakon rycerzy "Najświętszej Marii Panny domu Niemieckiego w Jerozolimie" - bo tak brzmiała ich pełna nazwa), od czasu klęski na polach Grunwaldu w 1410 r. powoli, ale konsekwentnie kroczył ku upadkowi. Wojna 13-letnia z lat 1454-1466 zakończyła się odzyskaniem przez Królestwo Polskie dostępu do Bałtyku, czyli Prus Królewskich (innymi słowy Pomorza) wraz z Gdańskiem, Malborkiem i Elblągiem. Od tej pory (1466 r.) wielcy mistrzowie stali się lennikami króla polskiego, ale ponieważ mieli poparcie cesarza i papieża, często odsuwali w czasie złożenie hołdu lennego, lub też jawnie się mu sprzeciwiali. Wojna z lat 1519-1521 która co prawda zakończyła się zbrojnym remisem, postawiła zakon przed tragiczną konsekwencją co robić dalej. Obiecana pomoc z Rzeszy nie nadchodziła, nie można było też się długo bronić przeciwko coraz silniejszemu naporowi Polaków. I tutaj z pomocą wielkiemu mistrzowi Albrechtowi Hohenzollernowi przyszedł Marcin Luter ze swoją reformacją. Wielki mistrz miał przyjąć luteranizm, i od tej pory stać się księciem świeckim, w zamian składał hołd lenny królowi polskiemu (swemu dalekiemu stryjowi notabene) i oddawał Prusy Książęce w przyszłe władanie Korony Polskiej. Przeciwko hołdowi bezwzględnie była małżonka króla Zygmunta I Jagiellończyka (zwanego też "Starym") Włoszka Bona Sforza, która nienawidząc ani Habsburgów, ani Hohenzollernów (jako że ci pierwsi przejęli jej dobra rodowe w italskim Bari) mocno się temu sprzeciwiała. Ostatecznie likwidacja zagrażającego non stop Pomorzu - Zakonu Krzyżackiego była dobrym posunięciem (to następcy Zygmunta I spartolili sprawę, przyznając możliwość dziedziczenia w Prusach Książęcych linii brandenburskiej). Wreszcie bowiem nastawał pokój i choć królowa Bona wciąż działała na niekorzyść Albrechtowi (on zresztą też starał się w ten czy inny sposób podkreślać swoją niezależność, miał np. prawo zasiadać w polskim Senacie, co nigdy ostatecznie się nie urzeczywistniło - ku jego rozpaczy). Jednak po likwidacji Zakonu w Królestwie Polskim nastąpił okres długiego pokoju, który przerywany był tylko zaciągami chętnych na wojny toczone daleko na Wschodzie, przeciwko Moskwie, atakującej najpierw sprzymierzoną z Polską Litwę (Wielkie Księstwo Litewskie), a potem (po Unii Lubelskiej 1569 r.) zjednoczoną Rzeczpospolitą Dwóch Państw i co najmniej czterech Narodów). Dziś polscy patrioci świętowali rocznice tych wydarzeń.
"BĘDĘ TAK KOCHAĆ ELŻBIETĘ, JAK ONI ISABELĘ"
(Te słowa Bony były niezwykle prawdziwe. Jej uparty charakter spowodował że Elżbieta Haburzanka - żona Zygmunta II Augusta, miała totalnie "przerąbane" u swojej teściowej, albowiem ta upokarzała ją na każdy możliwy sposób i to do tego stopnia, że dziewczyna praktycznie bała się opuszczać swoje komnaty i prawie cały czas płakała. Do tego dochodziła oziębłość męża, który nie chciał jej dotykać, ani nawet przebywać w jej towarzystwie)
7 sierpnia 1577 r. król Stefan Batory z 16 000 żołnierzy ponownie podchodzi pod Latarnię (ową gdańską twierdzę którą już wcześniej zamierzał zdobyć, ale musiał się wycofać). Szybko wyrastają szańce na których stają armaty i zaczynają pluć ogniem w mury twierdzy. Po kilku dniach nieustannego ostrzału, wali się w gruzy wieża Latarni, a w murach twierdzy powstaje wyłom. Gdańszczanie wycofują się na wcześniej przyszykowane szańce, do których jednak król nie ma jak się dostać, ze względu na idącą w poprzek rzekę. Batory nakazuje przerzucić tratwy przez Wisłę, ale zamiar ten udaremniają Gdańszczanie. 23 sierpnia król Batory każe powiązać ze sobą łódki, na których umieszcza piechotę polską, węgierską i częściowo najemną piechotę niemiecką - żołnierze docierają do szańców i rozpoczyna się tam zażarta bitwa. Pierwszego dnia jednak obrońcom udaje się udaremnić atak wojsk królewskich, ale dnia następnego bitwa rozpoczyna się na nowo. Zewsząd słychać chrząszcz szabel i huk wystrzałów z broni palnej. Tego dnia pada martwy Jan Winkelbruch - dowódca obrony twierdzy (ugodzony kulą między oczy), ale obrońcom wciąż udaje się powstrzymywać atakujących. Sytuacja ta powtarza się w ciągu kilku kolejnych dni, aż wreszcie 1 września Gdańszczanie dokonują wypadu na most powiązany ze sobą liniami z tratew i łódek, rąbią go i tym samym odcinają jakieś 600 żołnierzy królewskich rot piechoty. Gdańszczanom pomagają duńskie okręty wojenne, ostrzeliwujące Polaków z morza, a ich dowódca Klaus Ungern (który w tych dniach stał się bohaterem gdańskiej ulicy i był na ustach praktycznie wszystkich Gdańszczan), oficjalnie już zaczyna dążyć do podporządkowania miasta królowi duńskiemu - Fryderykowi II Oldenburgowi. Senat miejski jest zaniepokojony tymi planami, ale tak naprawdę ma związane ręce, gdyż należy najpierw zmusić króla do odstąpienia od miasta.
Batory widząc, że wysiłki jego żołnierzy są niweczone nie tylko przez obrońców Latarni, ale również przez zmasowany ogień floty duńskiej, nakazuje okrętom stworzonym w Elblągu przez Kłoczowskiego (o czym pisałem w poprzedniej części) uderzyć na Duńczyków. Jednak 6 okrętów, mających na swym pokładzie łącznie zaledwie 8 armat, nie było w stanie sprostać sile Duńczyków i po pierwszej wymianie ognia flota Kłoczowskiego rozstąpiła się. Królowi Batoremu znowu los nie sprzyjał i widząc że niewiele już zdziała pod Latarnią, 3 września nakazał stamtąd odwrót. Teraz to Duńczycy postanowili wykonać kontruderzenie i 10 września 22 okręty (z 2500 żołnierzami na pokładzie) pod wodzą admirała Eryka Munka wpadły do Zatoki Fryskiej, ostrzelały Frombork, ograbili okoliczne wioski i przejęły bądź zatopiły część okrętów handlowych stojących w portach we Fromborku i Elblągu (przyjęto aż 60 okrętów, zaś kilkanaście zatopiono). Nocny atak Duńczyków (16-17 września), był tak szybki i niespodziewany, że o mało nie zdobyli oni szturmem Elbląga. Jednak miasto ocalił przybyły tam Kasper Bekiesz, na czele 300 osobowego oddziału Węgrów (notabene Bekiesz niegdyś walczył o władzę nad Siedmiogrodem z Batorym i przegrał. Batory jednak darował mu życie i wybaczył, a ten stał się następnie wiernym zwolennikiem nowego króla Rzeczypospolitej). W obozie królewskim zaczęły kończyć się proch i kule, mimo to Batory wciąż był zdeterminowany by zdobyć Gdańsk i powtarzał, że "tym złym ludziom ani rzeki, ani wody, ani błota nie pomogą". Jednak wciąż do tej pory niewiele król osiągnął, a nadal potrzebował nowych armat prochu i kolejnych żołnierzy. Jednak trudna sytuacja była również po stronie Gdańszczan. W mieście zaczęło brakować żywności, ceny poszły horendalnie w górę i ludzie coraz częściej zaczęli się burzyć. Gdańsk żył i bogacił się przecież dzięki jedności z Polską. Teraz zaś pozbawiony tej łączności poprzez blokadę i odmowę uznania nowego monarchy, popadał coraz większe tarapaty. Poza tym miasto traciło ogromne pieniądze na przerwaniu handlu morskiego. Do tego jeszcze nałożyli się Duńczycy, ze swoimi planami podporządkowania miasta Fryderykowi Oldenburgowi, co w ogóle doprowadziłoby do finansowej zapaści Gdańska, poprzez odcięcie go od rynku polskiego.
ALEGORIA ŁĄCZNOŚCI GDAŃSKA Z POLSKĄ
Coraz częściej więc po stronie gdańskiej zaczęły pojawiać się głosy, że tę wojnę należy zakończyć, należy ją zakończyć w interesie miasta i jego przetrwania. 28 września wystrzelono po raz ostatni kule z armatnich dział i od tego czasu trwała przerwa w działaniach zbrojnych, przy czym każda ze stron liczyła na jak najszybsze zakończenie tego konfliktu. Powody Gdańska już przedstawiłem, natomiast królowi śpieszno było do Inflant, gdzie car Iwan IV Groźny poczynał sobie coraz bezczelniej. I chodź król - jako choleryk - nadal pragnął podporządkować sobie miasto siłą, to coraz bardziej musiało do niego docierać, że ta wojna jest bez sensu i zajmuje tylko czas, pieniądze oraz żołnierzy, którzy potrzebni są zupełnie gdzie indziej (jak choćby na Podolu, które w marcu 1577 r. zostało najechane przez czambuły tatarskie i dotkliwie spustoszone). Obie strony realnie nie miały powodu żeby ze sobą walczyć, a jedynym powodem były kwestie ambicjonalne. Żadna ze stron nie chciała ustąpić z powodów godnościowych, chociaż Gdańszczanie szukali sposobu, aby król zgodził się na zniesienie Statutów Karnkowskiego (wprowadzonych w życie w 1570 r. i mocno ograniczających autonomię miasta) na czym im bardzo zależało, a wtedy z pewnością szybko uznaliby go jako swojego króla. Król przebywał wówczas (początek października 1577 r.) w Malborku, gdzie przybyli również posłowie z Brandenburgii od elektora Jerzego Fryderyka z Ansbachu, któremu kilka miesięcy wcześniej Batory (w zamian za 200 tys. złotych) obiecał opiekę nad chorym umysłowo jego kuzynem, księciem pruskim - Fryderykiem Albrechtem Hohenzollernem. Teraz posłowie pruscy w imieniu swego pana, przybyli do Malborka aby zrealizować tamtejszą obietnicę. Małżonka chorego władcy - Maria Eleonora oraz stany pruskie prosiły króla Batorego aby czym prędzej wyznaczył odpowiedniego opiekuna. Najchętniej widzieliby takowego spośród dworzan królewskich, bowiem Jerzy Fryderyk elektor Brandenburgii był w Prusach bardzo niepopularny (zresztą Prusacy uważali się za lepszych od Brandenburczyków i nie chcieli być od nich zależni, woleli nawet zostać włączeni do Królestwa Polskiego niż przejść pod władzę margrabiego Ansbach. Zresztą było to widać nawet w kształcie najważniejszych miast. Królewiec był wówczas jednym z najbardziej rozwiniętych miast Bałtyku, Berlin w większości był miastem na wpół chłopskim, drewnianym i małym - jeszcze w 1680 r. czyli w sto lat później, Berlin był w większości miastem drewnianym okrytych słomą dachach - dlatego też Prusacy nie chcieli podlegać "chłopskiemu elektorowi" i prosili króla aby wyznaczył jakiegoś polskiego opiekuna).
Król zapewne doskonale zdawał sobie sprawę, że oto nadarza się okazja do cofnięcia niefortunnej decyzji Zygmunta I Jagiellończyka z 1525 r. i po śmierci Fryderyka Albrechta całe Prusy Książęce włączone zostałyby teraz do Korony Polskiej (zgodnie z umową z 1525 r.). Ale zapewne dając wcześniej słowo Jerzemu Fryderykowi, nie chciał teraz uchodzić za krzywoprzysiężcę, dlatego też przyznał opiekę nad chorym umysłowo księciem właśnie margrabiemu z Ansbach. Król uczynił to bez zgody i woli sejmu, a jedynie uzgodniwszy to z kilkoma senatorami. Wkrótce potem szlachta wypomni mu ten właśnie czyn, gdy król będzie potrzebował pieniędzy na wojnę z Moskalami. Batory uczynił tak zapewne po pierwsze aby nie tracić czasu (gdyż zwołanie sejmu trwałoby co najmniej tydzień lub dwa, a potem kilka a często kilkanaście następnych tygodni trwałyby obrady). Po drugie zaś Batory uczynił tak z przyzwyczajenia, bowiem będąc władcą Siedmiogrodu, tak naprawdę nie musiał się liczyć z wolą tamtejszych możnych i mógł prowadzić - w większości - samodzielną politykę. W Polsce było inaczej, tutaj bez zgody sejmu król mógł niewiele uczynić. Tutaj rządził naród, a król był jedynie kimś w rodzaju "Primus Inter Pares", tylko że uświęcony koroną królewską. Król był niezwykle szanowany, jego osoba otaczana czcią i poważaniem (w obecności króla nikt nie mógł nosić nakrycia głowy, o wyciągnięciu szabli nawet nie wspominając. Choć raz zdarzyło się że to król wyciągnął szablę przeciwko szlachcie, było to na sejmie 1605 r gdy do Zygmunta III przemawiał Jan Zamoyski - wówczas już stojący nad grobem, dlatego też w obecności monarchy siedział na krześle. Zamoyski ozwał się wówczas tymi oto słowy: "Nie spiesz się do szabli królu, aby potomność ciebie Cezarem, nas nie nazwała Brutusami"), ale król nie mógł podejmować samodzielnie decyzji politycznych bez zgody i woli narodu - czyli szlacheckiej braci. Na tym polegała różnica pomiędzy rządami w Polsce, a rządami w jakimkolwiek innym europejskim kraju, w którym rządy sprawował monarcha (w filmie "Kanclerz" z 1989 r. Samuel Zborowski podczas koronacji Henryka Walezego w lutym 1574 r. wypowiada do Jana Zamoyskiego takie oto słowa: "To jest właśnie Rzeczpospolita Janie. Na całym świecie nie ma takiego kraju, gdzie ktoś odważyłby się podejść do ołtarza i dotknąć Korony").
Tak więc król Batory zgodził się przekazać prawo do opieki nad księciem pruskim na ręce elektora Brandenburgii, czym wywołał ogromny smutek stanów pruskich. Ale właśnie wtedy w Malborku posłowie z Brandenburgii przekazali królowi list od senatu Gdańska, który w pokornych słowach prosił o zakończenie tej niefortunnej wojny i wznowienie rozmów mających przywrócić pokój. Miało to miejsce 4 października 1577 r. Po tym jak król wyraził zgodę na przysłanie posłów, Gdańsk tak właśnie uczynił i przez kolejne dwa miesiące trwały intensywne rozmowy nad kształtem i warunkami pokoju, pomiędzy zbuntowanym miastem a Rzeczpospolitą. Rozmowy te jednak miały różną intensywność. Gdy np. król Batory wypuścił z więzienia w Malborku, trzymanych tam już od kilku miesięcy posłów gdańskich Konstantego Febera i Jerzego Rosenberga (25 września), senat Gdańska głosował przeciwko dalszym porozumieniom pokojowym z królem, uznając ten gest za królewską słabość. Dopiero interwencja posła saskiego - Abrahama Bocka doprowadziła do zmiany ich decyzji i przekazania owego listu do króla delegacji z Brandenburgii. Wreszcie 12 grudnia 1577 r. obie strony podpisały układ pokojowy, na mocy którego miasto Gdańsk miało przeprosić króla za swój bunt, złożyć przysięgę wierności w obecności jego komisarzy i wypłacić należne podatki. Dodatkowo obciążone zostało karą za bunt w wysokości 200 000 złotych (płatnych w ciągu czterech lat) i 20 000 złotych za zniszczenie klasztoru w Oliwie. W zamian król znosił interdykt - którym wcześniej obłożył miasto, potwierdził przywileje Gdańszczan i wolność wyznania augsburskiego. Sprawa zniesienia Statutów Karnkowskiego nie została wówczas uzgodniona, odłożono ją na czas obrad sejmu. W układzie tym przewidziano jeszcze triumfalny wjazd króla do miasta, ale Batory (zapewne za radą Zamoyskiego) odłożył ów wjazd, który niewątpliwie byłby upokarzający dla Gdańszczan na inną, "stosowniejszą porę" (ta stosowniejsza pora za życia Batorego już nigdy nie nastąpiła).
Zamiast króla do miasta 16 grudnia wjechali jego reprezentanci, czyli królewscy komisarze: podkanclerzy litewski Eustachy Wołłowicz, kasztelan lubelski Andrzej Firlej i sekretarz królewski ksiądz Hieronim Rozrażewski. Przyjęli oni przysięgę wierności władz miasta w budynku senatu (dwór Artusa). Batory chciał mieć odtąd spokój nad Bałtykiem, dlatego też nie zważał ani na prośby stanów pruskich (które już w maju 1577 r. gotowe były zapłacić 100 000 złotych, w zamian za nie przysyłanie do nich elektora brandenburskiego - Jerzego Fryderyka), ani na wzrost pozycji Elbląga, jako portu konkurencyjnego dla Gdańska (z chwilą bowiem zawarcia układu z Gdańskiem, pozycja Elbląga słabła z każdym rokiem, gdyż król przestał się tym miastem interesować). Król przestał też się interesować rozwojem polskiej floty i już nigdy więcej do tego pomysłu i tych planów z czasów wojny z Gdańskiem nie powrócił. Od tej chwili królewskie zainteresowanie biegło tylko w dwóch kierunkach: Wschód i Południe. Na wschodzie należało wreszcie utemperować cara Iwana, na południu zaś - po szczęśliwym zakończeniu wojny z Moskwą - plany Batorego opierały się o wyzwolenie Węgier, a nawet zdobycie Konstantynopola. Co prawda jego polityka swe ostrze opierała również przeciwko Habsburgom, ale na pewno już nie przeciw Hohenzellernom, a poza tym dość intensywne kontakty króla z książętami i elektorami krajów Rzeszy też musiały mieć wpływ na jego politykę bałtycką, szczególnie w odniesieniu do Prus Książęcych. Cóż, czy można winić Węgra o to, że pragnął wyzwolić swoją ojczyznę, wcześniej bijąc Moskali? Na Bałtyku Batory chciał mieć spokój, a spokój zapewniał mu tu właśnie elektor Brandenburgii, który otrzymał od króla prawo do opieki nad swym cierpiącym na manię prześladowczą kuzynem. Ale przecież jeżeli dobrze się przyjrzymy, to wśród najbliższych doradców Batorego, znajdziemy ludzi o bardzo podobnej mentalności, jak choćby królewski kronikarz i poseł do wielu krajów Rzeszy - Niemiec z urodzenia, Polak z obyczaju i wychowania - Reinhold Heidenstein, czy też jego protektor i przyjaciel kanclerz Jan Zamoyski (anty-niemieckość Zamoyskiego godziła bowiem tylko w Habsburgów, Hohenzellernowie i inni książęta Rzeszy, byli już przez niego uważani za godnych zaufania a często hołubieni).
Przenieśmy się teraz na Wschód, bo tam właśnie będzie odtąd spoglądał wzrok i zainteresowanie króla Batorego.
Ostatnio w Saloniku Politycznym na antenie Telewizji Republika Rafał Ziemkiewicz wyraził się o próbach narzucenia przez Brukselę zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości, mówiąc, że jest to zamysł wprowadzenia do polskiego sądownictwa zasady liberum veto, czyli innymi słowy anarchizacji całego wymiaru sprawiedliwości (oto ten fragment - od 1:45). Zastanowiwszy się, doszedłem do wniosku że w zasadzie jest to bardzo trafne spostrzeżenie, gdyż zasada liberum veto, która oficjalnie zaczęła obowiązywać od roku 1652 (a w praktyce była obecna od początku istnienia zasady jednomyślności, czyli od początku polskiego parlamentaryzmu - choć wtedy jeszcze nie stanowiła problemu i nie zagrażała bezpieczeństwu państwa), realnie doprowadziła do upadku nie tylko polskiej demokracji i parlamentaryzmu w XVIII wieku, ale przede wszystkim była kluczowym powodem bezsiły państwa, którego nie stać było na wystawienie 24 000 armii (w sytuacji gdy rosnące w siłę sąsiednie monarchie: Austria Habsburgów, Prusy Hohenzollernów i Rosja Romanowów utrzymywały 100, 200 a nawet 300 tysięczne armie), a mówimy tutaj o kraju, który jeszcze niedawno rozbijał kilku (a nawet kilkunasto) krotnie liczniejsze wojska, który zajął i okupował Moskwę, a na Kremlu zasiadał polski gubernator, który wyprawiał się bezkarnie za Dunaj, a nawet na Morze Czarne.Co więc doprowadziło do takiego pomieszania umysłów, że uznano za zbawienne podtrzymywanie toksyny, która powoli wypalała zdrową i twórczą tkankę narodu, czyniąc z Rzeczpospolitej nie tylko igraszkę losu, ale wręcz pośmiewisko całej Europy (sejmy w końcu XVII i początku XVIII wieku zbierały się nie po to, aby uchwalić jakąś ustawę, czy zmienić prawo na lepsze, ale aby nie dopuścić do wzrostu przeciwnej magnackiej frakcji i zablokowania wszelkich - nawet zbawiennych dla kraju - projektów królewskich, jako z góry podejrzanych, gdyż jedyne czego naprawdę obawiała się wówczas szlachta, to było wzmocnienie władzy królewskiej kosztem "Złotej Wolności" która z czasem stała się symbolem Polski i polskiego parlamentaryzmu, a realnie wiodła kraj, naród i zamieszkałe Rzeczpospolitą ludy do zguby).
Czymże bowiem było liberum veto? Czy miało jakikolwiek pozytywny, twórczy aspekt w systemie parlamentarnym? Otóż nie, liberum veto polegało jedynie na negacji wszystkiego (zarówno pozytywnych jak i negatywnych tendencji ustrojowych, choć w przypadku tych drugich, veto nagle przestawało działać, gdy trzeba je było uchwalać w czasach, gdy Rzeczpospolita stała się realnie wycieraczką pod buty carycy Rosji - Katarzyny II), co zaproponowała strona przeciwna. A ponieważ trzymając się zasady jednomyślności (jaka obowiązywała podczas obrad sejmów i sejmików) otwarte zadeklarowanie sprzeciwu, realnie kończyło dyskusję nad danym projektem i było wymarzone dla sąsiednich mocarstw w celu trzymania Polski w stanie chronicznej drętwoty, całkowitego politycznego paraliżu i niemożności podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Wystarczyło bowiem przekupić jednego posła (JEDNEGO) aby propozycje lub plany reform, niewygodne czy też wrogie wobec ościennych dworów, spuścić do wychodka. Oczywiście nie było to też takie proste, istniała bowiem obawa że przekupionego posła będzie można podkupić (zresztą w polskim parlamentaryzmie istniała też zasada "ucierania się" - czyli przekonywania do skutku. Nie oznaczało to oczywiście pełnej jednomyślności, ale wystarczył brak sprzeciwu, czyli w tym przypadku wycofanie swego veta). Stanowiło to problem dla magnatów lub ambasadorów obcych państw, gdyż poseł który zgłosił veto, musiał natychmiast opuścić miejsce obrad sejmu i wyjechać z miasta. Jeśli tego nie zrobił, istniała obawa jego podkupienia a nawet... śmierci, gdyż niejednokrotnie takowemu grożono pozbawieniem życia, wyzywano na szable itd. (między obradami sejmów wielokrotnie się pojedynkowano i często posłowie ginęli od szabel lub samopałów [pistoletów] chociaż używanie tych drugich było uważane za niehonorowe). Musiał on więc szybko się stamtąd ewakuować (pewnemu posłowi, opłaconemu przez Francję, tamtejszy ambasador specjalnie sprowadził meble z Lotaryngii, gdyż ten nie spieszył się z wyjazdem po złożeniu veta, ponieważ twierdził iż musi jeszcze zakupić dla małżonki meble, które ona sobie wybrała; a pośpiech był niezbędny, gdyż istniało zagrożenie podkupienia owego posła, na co ten zapewne liczył, długo nie opuszczając miejsca obrad sejmowych).
Parlamentaryzm nasz bowiem od swych początków na wielką skrojony był miarę i ogarniał szybko takie przestrzenie, jakich niepodobna było szukać w całej Europie. Województwa nasze były bowiem często rozleglejsze od kilku europejskich księstw czy królestw razem wziętych i tam też rodził się samorząd, tam rodziła się oddolna władza lokalnych mieszkańców, która przejmowała kompetencje władzy monarszej. Ale kraj był zbyt duży, aby można w nim było długo rządzić się w sposób demokratyczny. Granice nasze na Wschodzie dosięgały bram Moskwy, a tereny te okazywały się łakomym kąskiem dla kolonizacji nie tylko dla magnatów i szlachty, ale również dla wszelkiego typu malkontentów, zbiegów i maruderów, którzy w Koronie popełnili jakoweś przestępstwa. Uciekali oni więc na Wschód (a częściej na południowy wschód) ku Dzikim Polom, gdzie przestrzenie były rozległe, w lasach mnóstwo zwierzyny, a w rzekach mrowie ryb. Tam można było zacząć od nowa, gdyż ziemie te były praktycznie dziewicze (niewielu się tam osiedlało głównie z powodu cyklicznych - corocznych - najazdów tatarskich, które szły właśnie przez Dzikie Pola), dlatego odważni ludzie (a takowymi bywali z reguły wszelkiej maści watażkowie) z szablą przy boku i samopałem w ręku - byli niczym amerykańscy kowboje, kolonizatorzy Dzikiego Zachodu. Tak było na Wschodzie, natomiast granice zachodnie i północne należały do... najspokojniejszych i najbezpieczniejszych w całej Europie (szczególnie po ostatecznym rozprawieniu się ze zmorą krzyżactwa po roku 1525) i stan taki trwał (nie licząc drobnych, nieistotnych incydentów w XV i XVI wieku na granicy węgierskiej i czeskiej) prawie 300 lat.
W TAMTYM CZASIE POTĘGA RZECZPOSPOLITEJ BYŁA TAK WIELKA, ŻE NAWET NIEMCY (PODDANI CESARZA) MUSIELI UZNAĆ TEN PRYMAT. BYŁ TO SWOISTY TRIUMF BIAŁEGO ORŁA NAD CZARNYM ORŁEM PRUS - KTÓRY JEST GODŁEM NIEMIEC - ORAZ CZERWONYM ORŁEM BRANDENBURGII (NA KTÓREJ TO ZNAJDUJE SIĘ BERLIN)
System sejmowy był u nas stosowany praktycznie "od zawsze" (jeszcze w czasach lechickich, czyli słowiańskich) na zasadzie wiecu wszystkich wolnych obywateli (mężczyzn). Od sejmu piotrkowskiego z 1493 r. ukształtował się "modelowy parlament" złożony z trzech stanów: króla, senatu (czyli rady królewskiej) i posłów ("zastępców ziemskich" czyli szlachty, będącej wówczas jedynym narodem politycznym; pierwszy zaś wybór "zastępców ziemskich" czyli posłów na sejm miał miejsce w województwie kaliskim w roku 1485, a potem zasada ta stała się powszechna dla wszystkich województw i prowincji). Demokracja szlachecka została oficjalnie potwierdzona i umocniona w roku 1505, gdy na sejmie radomskim uchwalono zasadę wspólnego rządzenia krajem przez szlachtę i magnaterię ("Odtąd na potomne czasy nic nowego stanowionem być nie ma przez nas i naszych następców bez wspólnego zezwolenia senatorów i posłów ziemskich"). Trzy więc stany sejmujące miały odtąd władać Rzeczpospolitą, ale nie oznaczało to wcale paraliżu państwa, wręcz przeciwnie - pomimo antagonistycznych często planów magnaterii i szlachty, pomimo waśni dzielnicowych i rywalizacji Małopolan z Wielkopolanami, a potem jeszcze z Mazowszanami, Rusinami i Prusakami (Pomorzanami) osiągano konsensus, a mądry władca mógł przy pomocy sejmu władać tak, jakby realnie miał władzę absolutną (mówię mądry władca), gdyż to, czego nie udawało się uzyskać na sejmach, można było przegłosować na sejmikach (posługując się wybranymi przez króla posłami danych ziem, zaliczanymi do tzw. "partii dworskiej"). Tak też postępował np. król Stefan Batory, jeden z najskuteczniejszych władców XVI-wiecznej Europy, a do tego doskonały wódz i polityk.
Król bowiem miał w swym ręku potężny oręż, jakim było jedyne prawo do nadawania urzędów i majątków ziemskich (czy to w formie królewszczyzn czy też majątków bez-spadkowych) i mógł dzięki temu tworzyć własne stronnictwo wśród osób mających wpływ na ogół szlachty. Tacy ludzie byli niezbędni w systemie demokracji szlacheckiej, gdyż król sam nie mógł wpłynąć na ogół "narodu", ale poprzez swoich trybunów (jednym z takich "trybunów szlachty" był ukazany w powyższym fragmencie filmu - Jan Zamoyski), tak więc władza królewska nie musiała być słaba i nieudolna, gdyż wszystko zależało od osobowości monarchy, jego mądrości i konsekwencji w działaniu. Ale też inny bywał "materiał ludzki" w epoce Renesansu i Baroku niż potem w tzw. epoce Oświecenia (XVIII wiek). Przecież zasada jednomyślności i zasada veta obowiązywała w polskim parlamentaryzmie od jego początków, a mimo to ową jednomyślność często pomijano (podawano do publicznej wiadomości odmienne poglądy części posłów, ale z powodu braku ich sprzeciwu ustawy normalnym trybem parlamentarnym wchodziły w życie, zaś veta praktycznie nie stosowano przed 1652 r. a nawet jeśli, to takiego delikwenta udawało się przekonać do zmiany decyzji). Pewnym problemem dla władzy królewskiej były instrukcje sejmikowe, które wywodziły się z tradycji polskiego samorządu lokalnego i miały silne umocowanie w interesie mieszkańców danej ziemi, województwa lub prowincji (poseł składał przysięgę że będzie głosował na sejmie zgodnie z wolą uzgodnioną wcześniej na sejmiku). Powodowały one jednak pewne problemy (np. podczas głosowania nad nowymi podatkami, a wystarczyło że jeden sejmik zagłosował przeciwko, a już inny - który zbierał się kilka dni później głosował podobnie). Stosowano więc pewne triki (które jednak w przypadku podatków rzadko się udawały, chyba że król potrafił przekonać do tego szlachtę przez swoich przedstawicieli lub też szlachta sama widziała w tym korzyść, ewentualnie klęska militarna - jak ta poniesiona od Turków pod Cecorą w 1620 r. - była prawdziwym kubłem zimnej wody i orzeźwiła zacietrzewione szlacheckie głowy - uchwalone wówczas na sejmie podatki pozwoliły wystawić nową armię, która w roku 1621 pod Chocimiem zadała przeważającym siłom tureckim pod osobistym dowództwem sułtana Osmana II - sporą klęskę. Osman zaś w kilkanaście miesięcy potem został obalony i zamordowany przez janczarów).
Jednym z owych trików było stosowanie pozornej jednomyślności, to znaczy ustawy przechodziły bez sprzeciwu, ale każdy poseł który miał inne zdanie, mógł po zakończeniu obrad zaprotestować przeciwko poszczególnym uchwałom (było to zapisywane w każdej konstytucji sejmowej). Działało to na zasadzie "i wilk syty i owca cała", czyli potrzebne ustawy zostały uchwalone, ale posłowie (zgodnie z instrukcjami sejmikowymi) składali oficjalny protest, a że było to już po zakończeniu obrad i nie miało to już znaczenia - to nic, ważne że postąpili w zgodzie z instrukcjami, czyli nie było podstaw do ich odwołania - a można było odwołać ich również w trakcie obrad sejmu). Co prawda podejmowano też próby wprowadzenia zasady głosowania większościowego, ale nie udawało się obalić tradycji jednomyślności (w 1605 r. zapisano wręcz że: "Większość jest szkodliwa w trudnych sprawach Rzeczpospolitej, gdzie nie kresek [głosów] ale zgody pełnej wszystkich Rzeczpospolita potrzebuje"). Ale pojawiały się i takie głosy, jak choćby wojewody podlaskiego - Zbigniewa Ossolińskiego, wygłoszone na sejmie w 1606 r.: "Wielka to hańba Rzeczypospolitej z takowym rządem, żeby ją jeden bądź z głupstwa, bądź z uporu o upadek mógł przywieść". Takich głosów wcale nie było mało i pojawiały się dość cyklicznie, ale nie znajdowały szerszego posłuchu wśród szlachty, a to z tego powodu, że każdy szlachcic zobowiązany był instrukcjami sejmikowymi uchwalonymi przez tysiące lokalnych panów-braci, tak więc - jak uważano - nie można ich przegłosować; a poza tym zakładano z góry, że każdy poseł kieruje się dobrem Rzeczpospolitej (hasło: "Salus Rei Publicae" - "Dobro Rzeczpospolitej" w domyśle "Najwyższym Prawem"), czyli zakładano że gdyby jakiś projekt był korzystny dla Ojczyzny, poseł dałby się przekonać i zagłosował za nim (lub też protestował podczas obrad milcząc, a po zakończeniu sejmu wystosował skargę poselską). I rzeczywiście, przez długi czas tak się właśnie działo, ale potem nadeszły trudne czasy - liczne wojny i powstania, a co za tym idzie zubożenie społeczeństwa odmieniło ludzi. Nadal oczywiście uznawano zasadę "Salus Rei Publicae" ale interpretowano ją teraz po swojemu, czyli co dobre dla mnie i moich ziomków, to jest i dobre dla Ojczyzny).
I stało się, już w 1639 r. po raz pierwszy użyta została zasada liberom veto. Wówczas to starosta sądecki - Jerzy Lubomirski, aby udaremnić sąd sejmowy nad podkanclerzym koronnym - Jerzym Ossolińskim za obrazę jednego z posłów, nie wyraził zgody na przedłużenie obrad sejmu. Wówczas nie doprowadziło to do większej katastrofy, ale wywołało w świadomości wielu współczesnych prawdziwą trwogę, której upust dał poseł inflancki - Jerzy Obuchowicz: "Niebezpieczny to przykład w Rzeczpospolitej. Boże, racz wewnętrzną nienawiść uspokoić, harde animusze skrócić!" Potem przyszło Powstanie Chmielnickiego (1648-1649 i znów od 1651 r.) a wraz z nim trudne położenie jakie spadło na Rzeczpospolitą. Rok 1651 r. pomimo świetnego zwycięstwa nad Kozakami Chmielnickiego i Tatarami Islam III Gireja pod Beresteczkiem (była to jedna z największych bitew ówczesnej Europy), doprowadził również do wybuchu powstań chłopskich: na Podolu pod wodzą Aleksandra Kostki-Napierskiego i w Wielkopolsce pod przewodem Piotra Grzybowskiego. Można oczywiście pomstować na propagandowy wymiar tych powstań (szczególnie Kostki-Napierskiego) używany potem przez komunistów, ale nie ulega wątpliwości że prawo stanowione na sejmach coraz bardziej się degenerowało i w coraz mniejszym stopniu obejmowało inne niż szlachta klasy społeczne. Mało tego, szlachta - uważając się za jedyny naród polityczny w kraju oraz deklarując iż tylko ona "gardła swe za Ojczyznę nadstawia" - była coraz mniej chętna do udziału w zwoływanym na polecenie króla pospolitym ruszeniu i starała się jak tylko mogła "wymiksować" z tego (jedynego bodajże) obowiązku, jaki jej jeszcze pozostał. Żądano więc, by król zwoływał pospolite ruszenie tylko w wypadku realnego zagrożenia militarnego z zewnątrz i to tylko na dwa lub trzy tygodnie, a także zabraniano królowi wyprowadzania pospolitego ruszenia szlachty poza granice kraju (a jeśli już, kazano sobie za to płacić za każdy dzień pobytu na obcej ziemi). Realna więc wartość bojowa pospolitego ruszenia szybko spadała (co też nie znaczy że pospolite ruszenie było zupełnie do kitu, wręcz przeciwnie, mogę bowiem podać bitwy w których do właśnie męstwo szlachty na polu walki przesądzało o wyniku starcia i to często ze znacznie liczebniejszym wrogiem), a jednocześnie szlachta nie chciała płacić na wystawienie wojska zaciężnego, sama zaś dążyła do obłożenia podatkami samych chłopów lub mieszczan (którzy również płacić musieli datki na potrzeby obrony kraju). To powodowało niezadowolenie wśród chłopstwa, szczególnie jeśli magnaci i szlachta poczęli bezprawnie zwiększać sobie liczbę dni wymaganych do odrabiania pańszczyzny. Jednym z takowych chłopskich protestów było powstanie Aleksandra Kostki-Napierskiego (notabene film z 1955 r. pt.: "Podhale w ogniu" choć początkowo uważałem za jeden z przejawów socrealizmu w polskim kinie powojennych - szczególnie w epoce stalinowskiej - to jednak po głębszym namyśle doszedłem do przekonania że ów film nie jest li tylko komunistyczną agitką propagandową - choć jest tam również nieco antypolskiego łajna, jakie musiało oczywiście pojawić się w kraju odgórnie zarządzanym przez Moskwę - ale są tam też ukazane podstawy chłopskiego niezadowolenia i to właśnie uważam za autentyczny obraz ówczesnej szlacheckiej braci, która w coraz większym stopniu zaczęła się degenerować. Sam zaś Kostka-Napierski był człowiekiem który nie tyle wystąpił przeciwko królowi i Rzeczpospolitej, co przeciwko władzy magnatów i lokalnej szlachty, tworzącej sobie mniejsze i większe "państewka" na obszarze Rzeczpospolitej).
I wtedy, gdy cała Rzeczpospolita żyła triumfem beresteckim, przyszedł cios dotkliwy i poważny, pierwsze realnie dotkliwe użycie zasady veta w Rzeczpospolitej szlacheckiej, której autorem był poseł upicki - Władysław Siciński. Było to drugie zerwanie sejmu w historii, chociaż zostało zapamiętane jako pierwsze, gdyż realnie otwarło bramy piekieł nie tylko parlamentaryzmu polskiego, ale stało się schodami wiodącymi ku czeluści upadku całego kraju. Świetne dzieje kraju odrodzonego staraniem króla Kazimierza III Wielkiego, poprzez Unię z Litwą, dalej przez blaski Renesansu ku potędze o której nie śniło się ani władcom Francji, Hiszpanii czy Anglii, a potem (w dużej mierze na własne życzenie) powolny upadek do chwili, gdy państwo realnie przestało funkcjonować i stało się wydmuszką, igraszką i błahostką dziejów. Nic dziwnego że byli tacy, którzy twierdzili wprost: "Niech już nastanie ta obca władza, byle nas uwolniła od tej polskiej niemocy i niepewności".
PS: W drugiej i ostatniej części, którą zamierzam zakończyć w dniu jutrzejszym (jeśli wszystko dobrze pójdzie i nie będę miał żadnych innych planów) dokończę temat liberum veto i jego przełożenie na los kraju w wieku XVIII a także na to, od czego zacząłem, czyli na próbie zamontowania takowej zasady w polskim sądownictwie przez coraz bardziej słabnącą Brukselę i Berlin (Niemcy bowiem się skompromitowali surowcowym uzależnieniem od Rosji, więc teraz próbują przykryć katastrofę okrzykami większej federalizacji Unii Europejskiej. Cóż, jak to się mówi duży i silny pies nie musi szczekać, wystarczy że jest i każdy się boi, pinczerek zaś, aby o sobie przypomnieć że w ogóle istnieje musi każdego obszczekać, inaczej nikt się go bał nie będzie. I tę zasadę można przełożyć na dzisiejsze Niemcy - potężne gospodarczo Niemcy w czasach prosperity nie musiały się nawet odzywać i wszyscy i tak wiedzieli kto realnie rządzi Unią, ale przyszła wojna na Ukrainie i rosyjskie blokady przesyła gazu i ropy co wywróciło niemiecką politykę przynajmniej o sto kilkadziesiąt stopni i spowodowało osłabienie niemieckiej pozycji tak gospodarczej jak i politycznej. Nic więc dziwnego że Berlin coraz głośniej zaczyna szczekać o potrzebie federalizacji i zamiany Unii w jedną wielką IV Rzeszę Europejską. Jak to się mówi - tonący i brzytwy się chwyta, szkoda tylko że plany odrodzenia hitlerowskich mrzonek rodzą się w głowach niemieckich polityków wówczas, kiedy same Niemcy nie rozliczyły się z poprzedniej wojny i mordów oraz zniszczeń jakich dokonali, ale to pewnie taka niemiecka specyfika.
PS2: Ostatnio oglądałem film pt. "Der Hauptmann" oparty na prawdziwych wydarzeniach i muszę powiedzieć że widząc co tam się wyprawia i jak Niemcy traktują swoich własnych ludzi, muszę stwierdzić że nie dziwię się już dlaczego całą resztę (a przynajmniej Polaków, Rosjan, Białorusinów i Ukraińców) uważali za podludzi. W ogóle oglądając ten film pomyślałem sobie że Niemcy to chyba nie są ludzie. W każdym razie (choć sam mam niemieckie korzenie) uważam że ten kraj należy bacznie obserwować, bo Niemcom co jakiś czas poważnie odbija szajba i wtedy są nieobliczalni. Najlepszym wyjściem więc i dla nich samych i dla Europy byłby powrót do czasów sprzed 1871 r. i bismarckowskiego zjednoczenia "Krwią i Żelazem". Warto się nad tym poważnie zastanowić.
Prusowie należeli do grona ludów aryjskich, posiadających jednak mieszane haplogrupy krwi (celtycko-bałtyjsko-słowiańskie). Zasiedlali oni tereny dzisiejszego Obwodu Kaliningradzkiego, Warmii i Mazur, a podzieleni byli na szereg plemion. Posiadali również swoją własną, specyficzną kulturę, język i obyczaje. Przez setki lat utrzymywali swą niezależność, walcząc z najeźdźcami pragnącymi zdobyć ich ziemie oraz nawrócić ich na chrześcijaństwo. Najeźdźcami tymi bywały plemiona polskie (np. Mazowszanie, Pomorzanie, Goplanie), Wikingowie (np. Duńczycy) i Rusini, choć Prusowie również potrafili przeprowadzać skuteczne ataki na ziemie swoich sąsiadów (głównie Polaków, Rusinów a nawet Litwinów). W przypadku jednak większego zagrożenia, stosowali metodę uników, chroniąc się całymi rodzinami w lasach i czekając aż nieprzyjaciel sam odejdzie objuczony łupami (miało to ważne znaczenie polityczne, gdyż pozwalało zachować niezależność i prócz straty pewnej ilości dobytku oraz spalonych domostw, niczego więcej nie musieli oddawać, a przypadku wydania walnej bitwy w której ponieśliby klęskę, musieliby wówczas podpisać układy pokojowe, a te nieodzownie wiązałyby się z koniecznością płacenia danin, ofiarowania jeńców, oraz - co zdaje się było tego najważniejszym powodem - konieczności przyjęcia chrześcijaństwa i wyrzeczenia się wiary przodków). Sami jednak byli również sporym utrapieniem dla swych sąsiadów, dokonując częstych napadów, zniszczeń i uprowadzeń ludności, przez co granica z Prusami to była prawdziwa ostatnia rubież chrześcijaństwa na północnym-wschodzie Europy, przez co wymagała ciągłej ochrony. Nie wszyscy władcy byli jednak zdolni taką ochronę zapewnić i dlatego też gdy pojawiła się możliwość przygarnięcia (wygnanego z Transylwanii w 1225 r. - wówczas leżącej na wschodnich rubieżach Węgier) zakonu rycerskiego, powołanego do walki z Saracenami w Palestynie - Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, przeto wydawało się, że oto sama Opatrzność zsyła tych mnichów-rycerzy dla ochrony chrześcijańskich królestw na ziemiach graniczących z Prusami. Jeden z tych władców - Konrad I, książę Mazowsza już w 1226 r. zawarł z Zakonem Krzyżackim umowę, na mocy której ofiarowywał im (tymczasowo) ziemię chełmińską jako miejsce osiedleńcze, celem dokonania podboju Prus i tym samym zlikwidowania niebezpieczeństwa, jakie z tamtej strony groziło chrześcijaństwu. Dwa lata później trzej pierwsi rycerze zakonni pojawili się w ziemi chełmińskiej, a wkrótce potem przybyły pozostałe komturie zakonne i tym samym rozpoczął się okres krwawych walk o ujarzmienie pogańskich plemion Prusów.
Do 1295 r. wygasły ostatnie punkty oporu tego ludu, a Zakon stał się niepodzielnym właścicielem zdobytych terenów (nie zwrócił też Mazowszu ziemi chełmińskiej, którą otrzymał jedynie na czas kontynuowania walk w Prusach). Zachęcony tymi sukcesami Krzyżacy, kontynuowali dalszy podbój ziem na Wschodzie, tym razem występując przeciw (spokrewnionym z Prusami) plemionom Żmudzinów i Litwinów. W 1308 r. Gdańszczanie (wówczas miasto, jak i cała kraina Pomorza, należała do księcia polskiego - Władysława I Łokietka) zaatakowani przez Brandenburczyków z zachodu, zwrócili się z prośbą o pomoc do Krzyżaków, którzy co prawda przegonili najeźdźców, ale jednocześnie wyznaczyli wysoką zapłatę za udzieloną pomoc, która znacznie przewyższała możliwości zarówno Gdańska, jak i księcia Władysława. Zniecierpliwieni czekaniem na pieniądze, "bracia zakonni" w 1309 r. rozbroili polską załogę Gdańska i zajęli miasto (jednocześnie dokonując rzezi wielu mieszkańców miasta - w tym kobiet i dzieci) a wkrótce potem opanowali całe Pomorze. Walka o odzyskanie Pomorza trwała bardzo długo (bo aż 157 lat), a Zakon Krzyżacki już w pierwszej połowie XIV wieku stał się jedną z największych militarnych potęg Europy. W 1343 r. król Polski - Kazimierz III Wielki (syn i następca Władysława Łokietka), po długim okresie sporów prawnych z Zakonem, zawarł ostatecznie z Krzyżakami pokój w Kaliszu (dzięki czemu wychodzące z rozbicia dzielnicowego królestwo, mogło skupić się na zjednoczeniu, odbudowie handlu i gospodarki oraz umocnieniu politycznemu, co też się stało). Ów pokój był prawdziwym błogosławieństwem dla kraju i pozwolił słabemu państwu, ledwie zespolonemu z poszczególnych dzielnic (mających często własne interesy i oddzielną politykę), zamienić w gospodarczą potęgę już w latach 50-tych i 60-tych XIV wieku. Kraj zalany też został całą masą większych i mniejszych twierdz oraz zamków, ujednolicono prawo, rozbudowywano miasta - np. nieopodal Krakowa powstało w 1335 r. zupełnie nowe miasto o nazwie Kazimierz, dziś jedna z krakowskich dzielnic). Założono drugi w Europie Środkowej (po Uniwersytecie Karola w Pradze z 1348 r.) Uniwersytet w Krakowie w 1364 r. (a należy pamiętać że pierwszy Uniwersytet w Niemczech, w Heidelbergu założony został dopiero w 1386 r.). To umocnione przez siebie Królestwo, nie miał jednak Kazimierz Wielki możliwości przekazać swemu potomkowi, gdyż z czterech żon doczekał się jedynie pięciu córek, dlatego też zawarł układ ze swym siostrzeńcem, królem Węgier - Ludwikiem I Wielkim, który po jego śmierci miał objąć dwa trony. Jednak do końca Kazimierz liczył jeszcze na spłodzenie syna, a nawet próbował posadzić na tronie swego wnuka - Kazimierza (Kaźka) Słupskiego - co ostatecznie po śmierci króla nie doszło do skutku i tron objął Ludwik Wielki.
KAZIMIERZ WIELKI - ROZMOWA Z WNUKIEM
"KOBIETY, TAŃCE, ŚPIEWY, TURNIEJE I TY CHCESZ BYĆ KRÓLEM?"
(SWOJĄ DROGĄ DZIWNIE PRZYJMOWAĆ MORALIZATORSKIE WYKŁADY OD DWUKROTNEGO BIGAMISTY I CZŁOWIEKA KTÓRY W ZAMKACH UTRZYMYWAŁ PRAWDZIWE HAREMY)
Pokój z Krzyżakami przetrwał 66 lat, przez całe panowanie Ludwika Wielkiego, jego córki, królowej Jadwigi, aż do czasów Władysława II Jagiełły, gdy w 1409 r. wybuchła Wielka Wojna z Zakonem Krzyżackim. Wojna ta została rozstrzygnięta w dwóch bitwach stoczonych w roku 1410, z czego ta pierwsza nabrała wielkiego znaczenia dziejowego i stała się podwaliną przyszłego polsko-litewsko-ruskiego mocarstwa, ale ta druga wcale jej nie ustępowała (a nawet niektórzy historycy twierdzą, że była ważniejsza od tej pierwszej). Chodzi oczywiście o bitwę pod Grunwaldem z 15 lipca i bitwę pod Koronowem z 10 października. W obu bitwach rycerstwo Zakonu Krzyżackiego (wspomagane ochotnikami z Niemiec, Francji, Anglii i Włoch) zostało rozbite w pył, a pod Grunwaldem poległ też wielki mistrz Zakonu - Ulryk von Jungingen. Z różnych względów wówczas jednak nie udało się odzyskać Pomorza, ale od tej chwili Zakon Krzyżacki mógł już się jedynie bronić, gdyż przestał być zdolny do podejmowania jakichkolwiek akcji ofensywnych. Ostatecznie Pomorze i dostęp do Bałtyku (tak niezbędnego dla handlu zbożem) odzyskał dopiero syn i następca Władysława Jagiełły - Kazimierz IV Jagiellończyk (jeden z najbardziej energicznych monarchów na polskim tronie, który podobnie jak ojciec nie pijał wina ani piwa a raczył się tylko czystą wodą i może dlatego też obaj żyli dość długo - Jagiełło zmarł w wieku ok. 80 lat, zaś Kazimierz IV w wieku 65 lat). Wojna Trzynastoletnia (1454-1466) która w początkowym okresie zaczęła się niepomyślnie dla strony polskiej (klęska pod Chojnicami we wrześniu 1454 r. - notabene była to największa klęska jaką rycerstwo polskie poniosło ze strony Zakonu Krzyżackiego i bodajże największa polska klęska w całym średniowieczu), jednak Zakon nie był już zdolny do wygrania wojny i to pomimo posiłków jakie napływały doń z Niemiec, Austrii, Czech i innych krajów zachodniej Europy. Natomiast Królestwo Polskie, pomimo początkowej klęski, miało ogromne zasoby ludnościowe i było znacznie lepiej przygotowane do długotrwałej wojny, jaka się wówczas toczyła. W 1457 r. król Polski wkroczył do Malborka - stolicy Zakonu Krzyżackiego i jednej z najpotężniejszych (a z pewnością największej) twierdzy w Europie. Po zwycięstwach z 1462 r. (pod Świecinem) i z 1463 r. (bitwa morska na Zalewie Wiślanym), wielki mistrz Zakonu - Ludwig von Erlichshausen, nie mając już pieniędzy na opłacenie najemników, musiał poprosić o rozejm. 19 października 1466 r. podpisano w Toruniu pokój, na mocy którego całe Pomorze wraz z Gdańskiem, Tczewem, Elblągiem, Malborkiem i Fromborkiem i wieloma innymi miastami, zostało ponownie przyłączone do Królestwa Polskiego, zaś pozostałe ziemie zakonne miały od tej chwili stanowić lenno Korony. Tak oto Polska odzyskała dostęp do morza bałtyckiego dla swego handlu, zaś w 1525 r. ostatni wielki mistrz Zakonu Krzyżackiego - Albrecht Hohenzollern złożył hołd lenny swemu stryjowi - królowi Polski i Litwy - Zygmuntowi I Jagiellończykowi (synowi Kazimierza IV), definitywnie likwidując państwo zakonne i otwierając jednocześnie XVI-wieczną epokę Złotego Wieku Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów.
Zależność lenna nowego państwa pruskiego (w tzw.: Prusach Książęcych, w odróżnieniu od Pomorza, które zwano Prusami Królewskimi) miała trwać do czasu wymarcia pruskiej linii Hohenzollernów, a potem całe Prusy Książęce miały zostać włączone do Korony Polskiej. Jednak nigdy tak się nie stało, gdyż polscy władcy zgodzili się na dziedziczenie w Prusach brandenburskiej linii rodu Hohenzollernów (1618 r.), łącząc tym samym dwa państwa, które odgradzało od siebie jedynie polskie Pomorze. Gdy Rzeczpospolita była silna, jakiekolwiek próby połączenia tych państw nie mogły dojść do skutku, jednak gdy w wyniku ciągłych wojen (z Kozakami w latach 1648-1657, Moskwą 1654-1660/1667, Szwecją 1655-1660, Siedmiogrodem 1657 r. i Brandenburgią 1656-1657) Rzeczpospolita osłabła, musiała zrzec się swej zwierzchności nad Prusami Książęcymi na korzyść Brandenburczyków. W 1701 r. elektor Brandenburgii - Fryderyk I Hohenzollern, koronował się w Królewcu na pierwszego króla Prus, rozpoczynając tym samym dzieje niemieckiego państwa pruskiego, które w wyniku zwycięskiej wojny z Francją w latach 1870-1871 zjednoczyło pozostałe kraje Rzeszy ("krwią i żelazem" jak mawiał Otto von Bismarck) w Cesarstwo Niemieckie, które to w 1914 r. było jednym z głównych prowodyrów I Wojny Światowej - a resztę tej historii już znamy. Tymczasem Rzeczpospolita wdała się (od lat 60-tych do 90-tych XVII stulecia) w długie i wyczerpujące wojny z Turkami i Tatarami, jednocześnie będąc osłabiana od środka przez potęgującą się anarchię polityczną, w którą kraj został wpędzony przez nieodpowiedzialność szlachty i magnaterii, oraz zabójcze dla ustroju prawo weta (liberum veto), które realnie uniemożliwiało przeprowadzenie jakiejkolwiek decyzji na sejmach (np. nad wzmocnieniem wojska czy nowymi podatkami) gdyż do podjęcia ustawy wymagana była jednomyślność wszystkich posłów (zasada "ucierania się"), wystarczył więc sprzeciw jednego z nich (np. przekupionego przez obce dwory, lub też będącego na usługach wielkich rodów magnackich, niechętnych wzmocnieniu władzy królewskiej), aby sejm został rozwiązany i posłowie rozjechali się do domów niczego nie uzgodniwszy. Takich "pustych" sejmów było mnóstwo w drugiej połowie XVII wieku i w pierwszej połowie wieku XVIII (od 1652 r. do 1764 r.). W tym ostatnim stuleciu, słabnąca Rzeczpospolita - coraz bardziej przypominająca "chorego człowieka Europy" - popadała w zależność od rosnącej w siłę Rosji, tej samej Rosji, w której to stolicy jeszcze wiek wcześniej słychać było odgłos kopyt husarskich rumaków, a język polski był oficjalnym językiem moskiewskich władców.
W 1772 r. nastąpił pierwszy rozbiór ziem Rzeczypospolitej i tym samym Brandenburgia oraz Prusy Książęce uzyskały bezpośrednie połączenie przez polskie Pomorze (Prusy Królewskie), które to ziemie zostały przyłączone w pierwszym rozbiorze do Królestwa Prus (jednak bez miasta Gdańsk i Zalewu Wiślanego). W drugim rozbiorze z 1793 r. Prusy zyskały całą Wielkopolskę, Ziemię Sieradzką, Gdańsk oraz zachodnią część Mazowsza, zaś dwa lata później północno-zachodnie Mazowsze (wraz z Warszawą), Podlasie i Suwalszczyznę aż do rzeki Niemen. Rosja, Prusy i Austria w 1795 r. dokonały ostatecznego rozbioru ziem polskich, który to miał już być "wieczny" - zgodnie z decyzjami monarchów tychże krajów, jednak zaangażowanie Polaków w wojnach napoleońskich u boku Cesarza z którym biliśmy zarówno Prusaków, jak Austriaków i Rosjan, doprowadziło do zmian terytorialnych po 1815 r. choć Polska nadal pozostała zniewolona i dopiero w sto lat później (m.in.) czynem legionowym tych młodych chłopaków od Komendanta Piłsudskiego, udało się ostatecznie w 1918 r. wywalczyć Niepodległość Ojczyzny i obronić ją w 1920 r. przed bolszewicką inwazją na Europę. Po okresie historycznych zawirowań dziejowych (agresji niemiecko-sowieckiej z września 1939 r. rozpoczynającej II Wojnę Światową, a następnie krwawej niemieckiej okupacji, oraz sowieckiego wyzwolenia zniewolenia ziem polskich po 1944 r., południowa część ziem dawnych Prusów przypadła Polsce, zaś północna Związkowi Sowieckiemu/Rosji. Cóż, po tylu wiekach uważam że i reszta tych ziem, które zgodnie z traktatem krakowskim z 1525 r. miały przypaść Koronie, również w przyszłości znajdzie się w granicach naszego kraju. A tymczasem przejdźmy już do omawiania poszczególnych pruskich plemion, oraz kultury, jaka panowała na tych ziemiach przed militarną agresją niemieckiego Zakonu Krzyżackiego...
Jak wyglądała Rzeczpospolita Obojga (Trojga) Narodów w roku 1568? Tego bowiem roku, po zaledwie trzech miesiącach swego pobytu na ziemiach polskich, powrócił (17 lutego 1568 r.) do Rzymu nuncjusz papieski w Polsce i na Litwie Juliusz Ruggieri (zwany również Rogeriusem). Na to stanowisko mianował go jeszcze w lipcu 1565 r. (choć funkcję tę objął dopiero w grudniu) papież Pius IV. Do Rzeczpospolitej przyjechał Ruggieri dopiero 15 listopada 1567 r. i przebywał tam przez prawie trzy miesiące. Ze swego (krótkiego) pobytu, sporządził ciekawą relację dla papieża Piusa V. Poniżej zaprezentuję jej treść (którą, ze względu na jej obszerność, będę niestety zmuszony podzielić na dwie części) i postaram się ją skomentować, choć wydaje mi się że sama relacja wystarczająco dużo i ciekawie opowiada o realiach tamtej Rzeczpospolitej i tego jak owe polsko-litewskie mocarstwo było postrzegane w ówczesnym świecie.
Zapraszam zatem do lektury:
"Aczkolwiek, Najbłogosławieńszy Ojcze, nie przestawałem moimi listami zawiadamiać Świątobliwości Waszej, tak o układach prowadzonych w Jego imieniu w Polsce, jako też o każdodziennych wypadkach, które zdarzały się w tym Królestwie przez dwuletni ciąg mojego poselstwa, sądzę, iż nie będzie zbytnim ani niewdzięcznym z mojej strony trudem, jeżeli przy wielokrotnych sposobnościach, jakie miewałem, poznawszy stopniowo stan i położenie tego państwa, a teraz zbierając i porządkując powzięte o nim wiadomości, przedstawię je w całkowitym i wiernym odbiciu Świątobliwości Waszej, abyś je Świątobliwość Wasza zdołał objąć jednym rzutem oka i w nieskończonej swej mądrości, wyrobić sobie o nim sąd gruntowny, wszechstronny, uważając je tak dobrze w sobie, jako i w stosunku do reszty Chrześcijaństwa, i do całego świata. Chcąc zaś to przedstawienie uczynić, ile możności porządnym i jasnym, zastanowię się naprzód nad trzema głównymi tego państwa częściami, to jest nad krajem, mieszkańcami i królem, rozważając następnie skład, styczności i zależności, jakie takowe części mają pomiędzy sobą, a nareszcie wykazując ich stosunek i stanowisko względem obcych krajów i narodów.
Kraj podległy Królowi Polskiemu, ze Wschodu na Zachód może mieć długości 900 mil włoskich, z południa zaś na północ 700 mil szerokości. Jest on czworokątnego prawie kształtu, a przedniejsze jego granice są, na północ: morze Bałtyckie, czyli zatoka Wenedów, na południe rzeka Dniestr, na wschód Borystenes, czyli Dniepr, na zachód zaś Wisła. Takowe atoli granice nie są dokładne i stale w kraju tym płaskim i ograniczonym sprawą trafu, a nie własnej przyrody, jak Włochy toż inne państwa. Mieści on w sobie Wielką i Małą Polskę, Mazowsze, Prusy, Pomorze, Ruś wraz z Podolem i Wołyniem, Litwę, Żmudź i Inflanty. Wszystkie te prowincje są płaskie, wyjąwszy Małopolskę zawierającą wiele wzgórz i gór od strony, która graniczy z Węgrami. Prusy nareszcie są pełne pagórków i dolin, ale nie mają znacznych wyżyn.
Kraj cały obfituje podobnież w żeglowne rzeki, w liczbie których Wisła jest w ciągu 400 mil spławną dla wielkich statków i wpada w Gdańsku do Bałtyckiego Morza. Borystenes, wielka również rzeka, po dłuższym obiegu, wpada do Czarnego Morza. Był on żeglownym dla wielkich okrętów, ale teraz z powodu opadnięcia wód zaledwie drobne może na sobie unosić. Dniestr, znamienitej też wielkości, ma podobnie ujście w Czarne Morze; lecz nie mała ilość skał napełniających jego koryto utrudnia żeglugę na wielu miejscach. Jest i tam taka rzeka Wilia i inne mniejsze równie spławne, i wielką przynoszące wygodę temu krajowi, który oprócz rzek, cieszy się dobrodziejstwem dwojga mórz; a lubo na Czarnym nie ma żadnej przystani, na drugim przecież, to jest na zatoce Wenedyckiej, liczy ich kilka, a z tych najważniejszą jest Gdańska, pewna, wygodna i zmieścić w sobie mogąca kilkaset okrętów. Inne przystanie znajdują się w Inflantach, ale nie są ani tyle uczęszczane ani tak sposobne, jak rzeczona.Polska ma niezliczoną ilość jezior, ale po większej części małych i nieprzydatnych do żeglugi, lubo wielce potrzebnych do ryb połowu. Największym z tych jest jezioro położone w Prusach, niedaleko morza, które dla wielkości i świeżego powstania swego, ile że to miejsce było niegdyś częścią suszy, zwane jest od krajowców "Nowym Morzem", chociaż ma słodkie wody. Może ono liczyć około stu mil długości i jest przy tym żeglowne. Mnogość rzek i jezior sprawia, iż to państwo opływa w ryby żyjące w słodkiej wodzie; ale z morskich nie miewa żadnego lub najgorsze tylko gatunki. Atoli przy takim dostatku wód, daje się czuć w tym kraju znaczny brak wody do picia, która bywa najczęściej wielce gęstą, mętną i nieprzyjemnego smaku i zapachu.
Powietrze jest ciężkie, wilgotne, i dla odległości słońca zimne; skąd się bierze niesłychana ilość śniegu i lody takie, iż utrzymują wozy na rzekach i dozwalają jeździć po samym morzu opodal od brzegu. Wiatry nie panują tam jak we Francji i we Włoszech; są one wszystkie podobne do siebie i jednakowego rodzaju, i przeto ludy te nie zwykły badać ich różnice i zmiany dla pożytku zdrowia swego. Grunt przy cieplejszym słońcu mógłby się nazywać wielce żyznym, ale dla srogich mrozów pozbawiony jest wina, oliwy i wszystkich zgoła ziemiopłodów potrzebujących gorąca, przynajmniej umiarkowanego do wyradzania się i dojrzewania, aczkolwiek w Inflantach oraz w niezliczonych miejscach zbliżonych ku Wschodowi rodzi się trochę winogradu, a w niewielu innych znowu stronach Polski pokazują jako osobliwość kilka pni winorośli, które są utrzymywane ze szczególną pieczołowitością, a wydają tylko odrobinę bardzo słabego i kwaśnego wina.Za to jednak kraj obfituje w pszenicę, żyto, zboże wszelkiego rodzaju, pastwiska, len, miód i wosk, i opływa w owoce wytrzymujące zimno, jakimi są gruszki, jabłka, śliwki, jujuby i tym podobne. Dla wielkości zaś i dobroci pastwisk, hoduje nieskończoną ilość koni, wołów i domowych zwierząt wszelkiego rzec można rodzaju.
Dostatek i ogrom lasów sprawiają także obfitość zwierzyny, której Polska posiada gatunki nader rzadkie i mało znane innym narodom, i przeto pokrótce natracę tu o nich: i tak naprzód wspomnę o gatunku, który się nazywa "wielkim zwierzem", i którego kopyto jest głośnym lekarstwem na mnogie niemoce. Jest to stworzenie roślejsze, ale mające sierść zupełnie podobną do oślej i dlatego zapewne wielu je brało za dzikiego osła, co być jednak nie może, skoro ma rozdwojone kopyto i rogi podobne do jelenich, acz nierównie większe. Są i tam takoż dzikie konie, które wzięte źrebiętami, dają się wychowywać i ujeżdżać, ale zostają zawsze bardzo mdłymi i przeto dosiadane, od jeźdźca potnieją za najmniejszym harcowaniem. Dalej są żubry, o których nic więcej nie dołożę, gdyż znajdują się podobnież w Czechach i Niemczech. Ale nie wypada mi przemilczeć o innym rodzaju żubrów, czyli turów różniących się od pierwszych, które mogą się zwać właściwie "dzikimi wołami"; te zaś są całkowicie podobne do gospodarskich wołów, z tą tylko różnicą, że bywają czarnej maści, bardzo rosłe, okrutne i nieposkromione. Widać je tylko w jednym mazowieckim lesie, gdzie przechowuje się ich kilka setek razem, a okoliczne wsie z rozkazu królewskiego mają o nich pilność. Zdaniem powszechnym, w tym tylko lesie żyć mogą, a wywiedzione stamtąd zdychają co rychłe. Te woły są tak zdziczałe, iż ośmielają się walczyć z żubrami roślejszymi od siebie i bywały przykłady, że je pokonywały.
Polska posiada kilka żup solnych nader obfitych, jako też różne kopalnie srebra wciąż skopywane i przynoszące znaczne korzyści, które by były jeszcze większe, gdyby wody ustawicznie przeciekające nie utrudniały robót i nie powiększały nakładu ciążącego na prywatnych, tak krajowcach, jako i cudzoziemcach, którzy składają za to rządowi dziesięcinę ze srebra przez siebie dobytego.
Teraz należy dodać słowo o mieszkańcach samych. Polacy przywędrowali z obcych krajów do Polski, ale skąd i kiedy, nie można się jasno dowiedzieć; według najprawdopodobniejszego atoli podania, zdaje się, iż wyszedłszy z Bosforu Cymejskiego razem ze Słowianami, którzy się później osiedlili w Iliryku, ale inną, jak ci ostatni, puściwszy się drogą, stanęli o jednym czasie w nadwiślańskiej Sarmacji, kraju opuszczonym wtedy przez Wandalów, co go niedawno przedtem zamieszkiwali i nazwali "Polską", od "płaszczyzny", która się w ich języku nazywa "polem". Najpierwszy władca tameczny, którego się pamięć dochowała, był Lech, starszy brat Czecha, pierwszego pana Czeskiego, który jednocześnie i z jednego miejsca zawitał był do Czech. Polacy w tym pierwotnym okresie byli nader nieokrzesanymi i dzikimi, a obyczaje mieli podobne do tureckich, ale z postępem czasu złagodzeni i za sprawą chrześcijańskiej wiary przywiedzeni do sforności, stali się nareszcie oświeconymi i rządnymi, i poddali się pod przystojną formę rządu, lubo zatrzymują do dziś dnia wiele praw nagannych.
Polacy są z natury dość łagodni, a chętnie oddając próżnowaniu i rozkoszom nie znoszą surowości i ostrości; jakoż mają prawa wielce szerokie i sprzyjające wyuzdaniu, ale i te nawet mało, są zachowywane między nimi. Za to na wojnie są nadzwyczaj mężni przy niepospolitej czerstwości i olbrzymiej ciała budowie, a ta ich tęgość sprawia, iż żyją czas długi ilekroć ich opilstwo nie zabija, gdyż wszyscy prawie chętnie jadają i pijają nad miarę, uważając upijanie się za rzecz chwalebną i za oczywistą oznakę dobrej i serdecznej natury jak, skądinąd wstrzemięźliwość poczytują za prostactwo a czasami za skrytą złość. Mają też umysł otwarty i pojętny, ale przez lenistwo nie ćwiczą go w naukach, wyjąwszy duchowieństwo, między którym znajdują się niezrównanie uczeni mężowie; wszyscy zaś lubują w łacinie, tłumacząc się nią z osobliwą łatwością; w ogóle zaś mają niepospolitą zdolność do obcych języków i do przejmowania obcych obyczajów, ba, do całkowitego przeistaczania się w cudzoziemców, tak co do stroju, jako co do zwyczajów.
NA KIJÓW BRATEŃKI - TAM KOLEJNA IMPREZA
1:20 - "A GDZIE MÓJ PAN?"
"TWÓJ PAN, W KIJOWIE, PANNY SZUKA"
"W JAKIM KIJOWIE?"
"A BO TO KIJOWA NIE ZNASZ?" 😂
W układach i rokowaniu są bardzo wykrętni i płodni w wybiegi i wymysły, słowem skryci i podstępni. Zazwyczaj także bywają wielce rozmiłowani w sobie samych i przywiązują niesłychaną wartość do swoich rzeczy pospolitych i prywatnych, skąd pochodzi, iż niezmierne mają upodobanie w pochlebstwie i są wielce uprzejmi, i wylani dla tych, co chwalą ich czynności i osoby, a przeciwnie, otwarcie gardzą każdym, ktokolwiek im nie okazuje szczególnego poważania. Są nadto dziwnie hojni, w czym częstokroć przechodzą własną możność, gości po swoich domach z taką podejmując gotowością, iż łatwo poznać uciechę, jaką im sprawiają każde odwiedziny. Są wyśmienicie zaopatrzeni w pieniądz i w sprzęty domowe. Noszą się bogato i różnobarwnie, najczęściej z węgierska lub z włoska. Te zaś obyczaje i tryb pożycia są wspólne Litwinom, więc innym ludem podległym królowi Polskiemu: u wszystkich zaś zwykło się czynić wielką różnicę między szlachtą, a plebejuszami, uważając za szlachtę tych tylko, którzy pochodzą z domów uprzywilejowanych i dawnym obdarzonych szlachectwem, a przeto wolnych od podatków i posiadających jurysdykcje, które lubo się nawet innym dostaną, nie już przeto utracą się szlachectwo; jak skądinąd plebejusze, przez nabycie onych, nie zostają szlachtą, jeżeli przez wzgląd jaki osobisty nie są uszlachceni od króla, czego częste bywają przykłady, a wtedy szlachta nigdy już nie traci raz danego sobie przywileju, jedno przez popełnienie występku przewidzianego w statutach, którymi się rządzą wspólnie z plebejuszami; ale ci w zajściach pomiędzy sobą uciekają się niemal wyłącznie do prawa magdeburskiego. I tyle o mieszkańcach.
Co zaś do języka, nie wszyscy jednym mówią, bowiem słychać w tym państwie trzy języki całkiem od siebie różne, z których pierwszy dzieli się na dwa odmienne co do pisma, lecz jednakowe co do wymowy, a tymi są języki polski i ruski: ten się pisze głoskami łacińskimi, ów zaś greckimi, które wszakże zostały pomnożone przez Rusinów aż do 48. Język ten jest wspólny Czechom, Chorwatom i Słowakom, z małymi tylko odmianami. Innymi dwoma są niemiecki i litewski. Po niemiecku mówią pospolicie w Prusach, jako też po niektórych wielkopolskich i małopolskich miastach, tudzież w Krakowie i Poznaniu, gdzie od dawna zamieszkało wielu Niemców. W Inflantach także szlachta używa języka niemieckiego, jako pochodząca od kawalerów Teutońskich. Co zaś do języka litewskiego, ten całkowicie różni się od dwóch poprzednich i ma wiele zepsutych wyrazów łacińskich, a nigdy w nim dotąd nie pisano. Jakoż kancelaria królewska na Litwie używa ruskiego, co więc czynią i prywatni, z których wielu zwykło także pisywać po polsku. Na Żmudzi mówią tym samym litewskim lubo znacznie przeistoczonym językiem, który z małymi jeszcze odmianami, wspólny jest kilka innym pruskim miastom, kędy istnieją dotąd potomkowie dawnych Pomorzan podbitych i niemal wytępionych orężem walecznych krzyżaków. Żyją oni po swoich drobnych mieścinach, ledwo zachowując starożytną swą mowę. To samo zaś dzieje się z Inflantczykami, których kraj był podobnież opanowany przez pomienionych krzyżaków i dlatego dawny tam język przechowuje się tylko pomiędzy pospólstwem, a jest podobny do litewskiego, acz odmienny w mnogich wyrazach, tak iż cztery te języki są w gruncie jednym i tym samym, lubo koleje, przez jakie każdy z nich przechodził, czynią je na pozór różnymi.
Przechodząc do formy rządu należy uprzedzić, iż lubo wszystkie te kraje i ludy zostają dziś pod władzą jednego króla, z natury jednak dzielą się między sobą na trzy osobne członki, mające odmienną formę rządu; a tymi są Korona, Wielkie Księstwo Litewskie i Inflanty. Zastanowię się najprzód nad pierwszym członkiem, do którego krom właściwej Polski należą także Prusy, Pomorze, Mazowsze i część Rusi.
Wielu szlachty polskiej twierdzi, iż ich rząd ma formę Rzeczypospolitej, przeto iż sami w radzie i na sejmach używają osobliwej powagi, iż król bywa obierany przez nich i że mu się udziela ograniczoną tylko władzę nad tym państwem, które tym sposobem miałoby formę rządu przypominającą Rzeczpospolitą Lacedemońską. Atoli takowe zdanie żadną się miarą ostać nie potrafi, dlatego iż Rzeczpospolita nie może być udziałem całego kraju, ale winna się koniecznie ograniczać na mieście. Nadto ani elekcja nie jest tak swobodną ani tak ograniczonym jego zwierzchnictwo, jak to się niżej objaśni, iż by się rząd jego nie miał raczej zwać królestwem i umiarkowaną monarchią niż Rzeczpospolitą, która to forma rządu utrzymywała się niemal zawsze w tym kraju, bowiem dwa razy tylko po wygaśnięciu królewskiego rodu władza znalazła się w ręku kilku możnowładców, jakimi było dwunastu wojewodów; lecz ci bardzo chętnie potem ustępowali miejsca swego królom, będąc powołani do urzędu, nie obowiązkiem poddaństwa ani prawem następstwa, ale głosem narodu. Raz tylko, jak widzę, odsądzili potomstwo królewskie od tronu dla obrania króla z innej rodziny, a miało to miejsce przy elekcji Wieńczysława czeskiego [zapewne nuncjuszowi chodziło o Wacława II - panującego w Czechach jako Wacław III w latach 1305-1306], kiedy wyłączono Władysława, który był z krwi królewskiej. Ten atoli osiadł powtórnie na tronie, na którym chwalebnie dokonał żywota.
Jakoż te ludy w podobnych elekcjach szły zawsze ochoczo za głosem natury i krwi, zdobywając się, w niedostatku prawych potomków i następców, na przenoszenie królewskiej władzy do innej rodziny za pomocą nowej elekcji, której wszakże nie znajduje się żadna oznaczona forma ani na piśmie, ani w praktyce, jakkolwiek zdarzały się mnogie wypadki, w których należało się nią zastawić, i lubo forma ta winna by się stać głównym prawem w kraju szczycącym się głośno, iż ma moc obierania swoich książąt. Z tych pierwszym, ile wiadomo, był Lech, ale o elekcji jego żadna nie pozostała pamiątka, a ród jego wygasł od dawna. Następnie, po powtórnym panowaniu wojewodów, był jednomyślnie obrany Krakus, po nim zaś z równą jednomyślnością Przemysław, a gdy już nie stawało potomków tego ostatniego, uchwalono, iż ten będzie pozdrowiony królem, kto pędząc konno pierwszy stanie u kresu. Owoż jednego ze współzawodników, który metę podstępnie ubiegał, skarano na gardle, a natomiast obrano tego, co wykrył był zdradę. Lecz potomstwo nowego władcy ustało także wkrótce, a wtedy jednogłośnie obwołano księciem Piasta, człeka ubogiego i z kmiecego stanu, w którego to rodzinie zdarzył się ów pomieniony wypadek Wieńczysława Czeskiego. Potem, gdy wymarła linia Piastowa, nastąpił Ludwik król Węgierski, obrany przez Kazimierza Wielkiego, a po nim, w niedostatku potomstwa po mieczu, córka jego Jadwiga. Ta wyszła za Jagiełłę, księcia Litewskiego, którego wszystkie stany państwa zgodnie obrały i obwołały królem, i jego to potomstwo panuje dzisiaj.
MAŁŻEŃSTWO KRÓLOWEJ POLSKI - JADWIGI
I WIELKIEGO KSIĘCIA LITWY - JOGAIŁY w 1386 r. ZAPOCZĄTKOWAŁO NARODZINY POTĘGI,
KTÓRA PRZETRWAŁA CZTERY WIEKI
Te są więc rodziny, które dotychczas rządziły Polską; ale z tym wszystkim nie wiadomo, jakiej się formy trzymano przy takowych obiorach; czytamy tylko wszędzie wzmiankę o jednomyślności, jaka na nich panowała; ale z takowej nie możemy się dorozumiewać jacy są, którzy miewają głos stanowczy na elekcjach, ani też liczby głosów potrzebnej do uprawnienia onych w razie, gdyby się elektorowie nie zgodzili na jednego kandydata. A jednak krom tego należałoby jeszcze wiedzieć, jakim porządkiem i trybem postępowali elektorowie, o czym te ludy nie posiadają pisanego prawa ani tradycji ani żadnego pewnego prawidła; wiadomo tylko w tym względzie, iż biskupi, wojewodowie i kasztelanowie uczestniczą w elekcji. Co zaś do mnie, nie pomału się doprawdy dziwuję podobnemu niedostatkowi reguł, a mniej dziwną zdaje mi się rzeczą, iż one ludy mogły w danych okolicznościach i pomimo to wszystko zgadzać się na obiór pana swego, nie mając żadnego w tej rzeczy przepisu, co by je obowiązywał lub kierował w przeprowadzeniu i utwierdzeniu takowej przeważnej elekcji, która zostaje prawomocną przez całe życie obranego króla i utrzymuje się w skutek zwyczaju w potomstwie i rodzinie jego.
Forma tedy tego Rządu jest monarchiczna, a elekcja króla taka, jak rzekliśmy powyżej. Z początku panujący nie nosił królewskiego tytułu, ale w roku 1001 [dokładnie w 1000] otrzymał tę godność od Ottona Cesarza po różnych z początku zabiegach, by one uzyskać od Papieża, który w r. 1079 pozbawił ich tego miana za słuszną zbrodni karę [chodzi o morderstwo, dokonane na biskupie Stanisławie, na polecenie króla Bolesława II Śmiałego. Ciało biskupa miano następnie porąbać na części, a części te potem miały się ponoć cudownie zrosnąć w jedno. W czasach zaborów wierzono też że poszczególne ziemie polskie zrosną się w jedno, tak jak zrosło się ciało owego biskupa. Moja prywatna opinia o biskupie Stanisławie jest następująca - ów święty Kościoła Katolickiego był po prostu zdrajcą, wspierającym Cesarza i Czechów]. Jakoż nie śmieli go używać aż do roku 1295, w którym odzyskali utracone dostojeństwo i utrzymują się przy nim koronowani i pomazywani przez arcybiskupa gnieźnieńskiego [koronacja Przemysła II w 1295 r. była tylko krótkim, kilkumiesięcznym epizodem, dopiero od 1320 r. władcy Polski byli każdorazowo koronowani na królów w Katedrze na Wawelu w Krakowie]. Ażeby zaś ich panowanie w tęższych utrzymać karbach i nie dać mu się przerzucić w nieokiełznane samowładztwo, ograniczono je Radą najpierwszych mężów królestwa, których roztropność wspiera, a powaga powściąga króla. Takowa Rada królewska składa się z duchowieństwa i szlachty. Duchowni są to biskupi wszystkich krajów podległych Koronie Polskiej, którzy na mocy przełożeństwa, jakie piastują, mają otwarty wstęp do Rady, bez żadnej królewskiej łaski. Poprzedzają oni wszystkich innych radnych panów, między którymi przedniejszym, że już pominę księcia pruskiego niezwykłego tam uczęszczać, lubo pierwsze ma miejsce, jest kasztelan Krakowski, a po nim wszyscy wojewodowie i kasztelanowie więksi idący po jenerale wielkopolskim. Sekretarze wchodzą także do Rady, ale nie siadają, lecz stoją z tyłu, za radnymi panami. W Radzie stanowi się i uchwala wojnę, pokój, rozejmy, przymierza, pobory, prawa, konstytucje, słowem wszelką rzecz dotyczącą Rzeczypospolitej.
Wszelako Litwa, chociaż zostająca pod panowaniem jednej osoby, nie zna elekcji dla księcia swego, który jest dziedzicznym w tym państwie. Do niego należy także Żmudź i połowa Rusi, i może rozrządzać dziedzictwem swoim wedle upodobania. Inflanty na koniec stały się były niepodległymi od lat niewielu, a rząd w nich sprawowała krajowa szlachta, nie uznająca innego nad sobą zwierzchnictwa. Dotąd nawet zachowały one cień niezawisłości, będąc tylko "zaleconymi" królowi Polskiemu, który je przyjął w opiekę [w 1561 r.], biorąc atoli na siebie i obsadzając ich twierdze; może on zatem słusznie zwać się obrońcą i opiekunem, ale w rzeczy samej jest panem, jak to poniżej objaśnimy.
Obaczym teraz tytuły i uznane prawa króla Polskiego do ziem jemu poddanych. Są one sprawiedliwe i niezaprzeczone, gdyż skoro Polacy za pierwszym swoim przybyciem do Polski zastali ten kraj opuszczonym i próżnym mieszkańców, jako się rzekło wyżej, nie masz wątpliwości, iż go prawowicie posiadają. Co zaś do Rusi z Podolem i Wołyniem, to oni częścią orężem, częścią innymi sposoby, które by za długo było opisywać, podbili i owładnęli, i dzierżą je od pięciuset lat nieprzerwanie. Mazowsze jest podobnież starodawną tej korony posiadłością, aczkolwiek po odjęciu Bolesławowi tytułu królewskiego i rozpadnięciu się Polski na mnogie księstwa, jakie było onego skutkiem, zostawało przez czas długi pod zarządem własnych książąt pochodzących od Piasta dawnego króla Polskiego; którzy gdy wygaśli przed lat niewielu, Mazowsze na nowo wróciło do Korony [w 1526 r.]. Prusy będąc przez długie lata nieujarzmionymi zostały na koniec podbite przez Polaków w roku 1240 za pomocą waleczności i oręża kawalerów Teutońskich, którzy chcąc je potem zatrzymać dla siebie, miewali nieustannie z Polakami zatargi i wojny. Te zaś ustały dopiero całkowicie w roku 1521, kiedy mistrz tego zakonu ogłosił się lennikiem króla Polskiego [i złożył hołd lenny w Krakowie w 1525 r.], który zostaje odtąd w spokojnym posiadaniu tej prowincji, lubo cesarstwo dotychczas rości pewne do niej prawa z powodu tychże kawalerów Teutońskich.
Wszystkie te kraje należą do Korony Polskiej, do której wcielane były kolejno. Oprócz tego Litwa wspólnego z nimi uznaje pana, przeto iż on pochodząc ze krwi Jagiełły jej księcia został obrany królem Polskim. Litewskie księstwo istnieje z dawien dawna, chociaż od trzech dopiero wieków podległe jest temu domowi, z którego pierwszym księciem był Giedymin. Do Litwy należy także od dawna Żmudź i część Rusi, do której teraz książę mazowiecki występuje z roszczeniem [chodziło o Podlasie, przyłączone do Mazowsza już w roku następnym po sporządzonej przez Rogeriusa relacji, czyli w 1569 r.]. Dla rozległości zaś tego księstwa, tak przestronnego i potężnego, jako też dla wielości hołdujących mu mniejszych książąt, książę Litewski zwykł się był tytułować Wielkim księciem, zanim nawet został chrześcijaninem, acz żadnego nie ma przywileju na tytuł wielkiego. Inflanty były poddane kawalerom Teutońskim i rezydowali w nich wielcy mistrzowie tego zakonu, z których ostatni zwany Albert, wpadłszy w kacerstwo, rządził tą prowincją pospołu ze szlachtą, która z imienia zwała się jeszcze kawalerami Teutońskimi, ale w istocie odstąpiła była od zakonu, a jednocześnie i od kościoła katolickiego. Napojmowawszy żon, opanowali byli miasta poddane ich komandorstwom, a gdy w roku 1558 car moskiewski uderzył na tę stronę i zdobył kilka grodów z wielką rzezią Inflantczyków, ujrzeli się następnego 1559 r. zniewolonymi do szukania opieki u króla Polskiego. Zdali mu tedy liczne swoje twierdze, zyskawszy z jego strony zaręczenie, iż będzie onych bronił i poniesie tak dobrze koszty wojenne jako wydatki na utrzymanie załóg po rzeczonych twierdzach, które będą zwrócone Inflantczykom, skoro przez zwycięstwo lub pokój skończy się wojna z moskiewskim carem; oni zaś naówczas wypłacą królowi 600 tysięcy złotych w nagrodę za wydatki łożone na ich korzyść i obronę.
Co się tyczy jurysdykcji i władzy królewskiej nad podwładnymi ludami, król nie uznaje w państwie swoim żadnego zwierzchnika, ani płaci daniny żadnemu w świecie mocarzowi; lecz jest samowładnym panem tak dobrze w Inflantach, jako i w Królestwie Polskim, gdzie jednak w wielu rzeczach ograniczoną tylko posiada władzę, bowiem połowa uchwał bywa stanowioną i wykonywaną przez samego króla, druga zaś przez króla łącznie z radnymi panami. Król ma prawo zwoływania od siebie walnego sejmu, ilekroć sądzi go być stosownym, wyznaczając każdemu czas i miejsce onego, jako też sprawy do roztrząsania, o które czyni wniosek na sejmie, a potem rozstrzyga je większością głosów swojej Rady. Na sejmach tych posłowie książąt zagranicznych, przysłani do niego, zwykli sprawiać się ze swego poselstwa i otrzymywać odprawę od króla i rad koronnych. Szlachta także wszystkich powiatów królestwa śle tam posłów, którzy przekładają jej pragnienia lub skargi na zwierzchników i starostów, jeżeli ci dopuścili się nadużyć, oraz zanoszą prośby w potrzebnych im rzeczach, które to prośby od lat kilku zaczęły nabierać większej wagi niż przedtem bywało; a to dla szczególnych względów, jakie mają u króla, używającego onych na przeprowadzenie swych zamiarów i na osłabienie władzy i powagi Rad koronnych ze wzmocnieniem i rozprzestrzenieniem własnej, królewskiej, kosztem tych ostatnich, i dawniej te sejmy ciągnęły się sześć lub osiem dni, ale obecnie trwają do czterech miesięcy, a niekiedy dłużej, dla powiększonej ilości nie tylko spraw, ale mniemań około rzeczy publicznych, które wszystkie miewają rok na sejmie i rozbierane są przez króla pospołu z radnymi pany. Władza królewska tym sposobem bywa miarkowaną w tych rzeczach, niemniej jak w sądach tyczących się osób szlacheckich, które ślą pozwy na sejm, dokąd się wytaczają ich sprawy, i wyrok bywa wspólnie ferowany przez króla i posłów. (...) - [zdanie niezrozumiałe]. To samo rozumieć należy o wyrokach królewskich, dotyczących plebejuszów, jego poddanych bezpośrednich, nad którymi ma sam przez się zupełną władzę i zwierzchnictwo. Do rzędu tych liczą się wszystkie miasta polskie, wyjąwszy Warmię i nieskończone mnóstwo imion i wsi, będących bezpośrednią własnością Korony.
Król jest także w prawie obierania przez się wszelkiego radnego pana, byle świeckiego, starosty i ministra państwa ilekroć podobne urzędy wakują w skutek śmierci lub przeniesienia na inne krzesło; lecz mając nadto prawo mianowania biskupów, udzielone sobie przez Najwyższych Pasterzy, można powiedzieć iż obiera także rady duchowne, gdy szafuje wszystkimi królestwa tego kościołami. Ma oprócz tego wolny zarząd dochodów koronnych, z których nikomu nie zdaje rachunku. Jest on na koniec samowładnym wykonawcą wszechrzeczy uchwalonych na walnych królestwa sejmach. I te są główne przymioty władzy królewskiej, która w rzeczy samej jest może nierównie większą niż się zdaje na pozór; albowiem król przez dowolne obieranie radnych panom może wkrótce utworzyć sobie Radę zobowiązaną, przychylną, powolną jego chęciom i zamysłom. Zwykł on dzierżyć w swoim ręku prebendy kościelne, wakujące z kolei i rozdawać one przy końcu sejmu w nagrodę osobom, co mu się życzliwymi okazały. Zachęceni podobnymi nadziejami i obietnicami posłowie szlachty zwykli czynić usilne i nieustannie wnioski w rzeczach zaszczyconych królewskim upodobaniem, co częstokroć tym sposobem zyskują uświęcenie. Ci zaś z posłów, którzy mają najwięcej powagi i wziętości, a najdworniej na sejm zjeżdżają, odnoszą korzyści i znaczne urzędy, i otrzymują częstokroć pierwsze miejsca w Radzie. Tymi samymi środkami sejmuje się panów radnych, którzy spodziewając się przeniesienia na wyższe dostojeństwa lub otrzymania jakiego intratnego starostwa, to jest urzędu przynoszącego więcej jeszcze dochodu niż zaszczytu, snadnie przystają na chęci królewskie. Król tedy podobnymi drogami zwykł obracać Radą jak mu się podoba i przeprowadzać ubocznie wszystko, czego mu nie wolno zdziałać królewską władzą i siłom mocnie dokonać.
Tenże król zaczął od niejakiego czasu rokować z mocarzami i posłami potajemnie i bez dołożenia się rad koronnych; co nie bywa wcale do smaku temu królestwu niechętnie patrzącemu na wzrastanie władzy swoich królów; albowiem mając prawo zwoływania sejmów, kiedy im się widzi, mogliby kiedyś uwolnić się od tychże, jak Ludwik XI uwolnił się od stanów francuskich, niewiele różnych od sejmów polskich. Dla tych więc powodów wnoszę, iż królowie polscy posiadają w istocie większą władzę niż się rzekomo wydaje, i że ta władza jest o tyle wielką, o ile nią jest zręczność i przebiegłość, co ją miarkują. Na Litwie zaś Król, nie tylko jako książę posiada te same jurysdykcje, ale ma nadto nierównie większe, z powodu, iż to księstwo jest dziedzicznym w jego rodzie, a władza rad i szlachty bardziej niż w Polsce ograniczoną".
Jak zatem wyglądała Rzeczpospolita Polsko-Litewska w Roku Pańskim 1568? Dzieliła się na trzy duże części: Korona (czyli Polska) na Zachodzie i Południu, Wielkie Księstwo Litewskie na Wschodzie i Południu, oraz Inflanty (dzisiejsze ziemie Łotwy i południowej Estonii) na Północy.
Korona dzieliła się zaś na następujące ziemie: Wielkopolskę, Małopolskę, Mazowsze, Prusy Królewskie (Pomorze), Ruś Czerwoną i Podole. Dodatkowo ziemie te dzieliły się jeszcze na województwa i powiaty. Tak więc w Wielkopolsce istniało 6 województw: Poznańskie (w skład którego wchodziły powiaty: poznański, kościański, wałecki, ziemia wschowska i starostwo drahimskie), Kaliskie (dzielące się na powiaty: kaliski, pyzdrski, koniński, nakielski, kcyński i gnieźnieński), Sieradzkie (powiaty: sieradzki, piotrkowski, szadkowski, radomski i ziemia wieluńska), Łęczyckie (powiaty: łęczycki, brzeziński, orłowski, inowłodzki) Kujawskie (powiaty: brzeski, kowalski, przedecki, kruświcki i radziejowski), Inowrocławskie (powiaty: inowrocławski, bydgoski i ziemia dobrzyńska). Na Mazowszu były 4 województwa: Mazowieckie (ziemie: warszawska, czerska, wiznieńska, wyszogrodzka, zakroczymska, ciechanowska, łomżyńska, różańska, liwska i nurska), Płockie (powiaty: raciąski, płoński, bielski, sierpski, szreński i mławski), Rawskie (ziemie: rawska, gostyńska i sochaczewska) i przyłączone od Litwy w 1569 r. województwo Podlaskie (ziemie: drohiczyńska, mielnicka i bielska). W Małopolsce na 3 województwa: Krakowskie (powiaty: krakowski, sądecki, biecki, proszowski, ksiąski, czechowski, lelowski, szczerzecki, starostwo spiskie i księstwa: oświęcimskie, zatorskie i siewierskie), Sandomierskie (powiaty: sandomierski, wiślicki, pilznienski, opoczyński, chęciński, stężycki i radomski), Lubelskie (powiat urzędowski i ziemie: lubelska i łukowska). Prusy Królewskie (Pomorze) dzieliły się zaś na 1 księstwo i 3 województwa: Pomorskie (powiaty: gdański, tczewski, nowski, świecki, tucholski, człuchowski, mirachowski, pucki, kościerzyński, skarszewski, lawemburski i bytowski), Malborskie (powiaty: malborski, szumski, kiszporski i elbląski), Chełmińskie (ziemie: chełmińska i michałowska), oraz Księstwo Warmińskie (ziemie: olsztyńska i lidzbarska).
Ruś Czerwona dzieliła się na 2 województwa: Ruskie (ziemie: lwowska, żydaczewska, przemyska, sanocka, halicka i chełmska), Bełskie (powiaty: bełski, buski, grabowicki, horodelski i lubaczewski). Podole zaś stanowiło jedynie jedno województwo: Podolskie (powiaty: kamieniecki, latyczewski i czarnogrodzki). Poza tym Prusy Książęce były lennem Korony Polskiej. W 1569 r. w wyniku Unii Lubelskiej, przyłączono do Korony (Polski) kolejne ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego, były to Wołyń i cała Ukraina. Wołyń stanowił województwo: Wołyńskie (powiaty: łucki, włodzimirski i krzemieniecki), zaś Ukraina dzieliła się na 2 województwa: Bracławskie (powiaty: bracławski, winnicki, zwinogrodzki) i Kijowskie (powiaty: kijowski, żytomierski i owrucki). Jako ciekawostkę dodam tylko że samo województwo kijowskie zajmowało tyle samo ziemi, co Wielkopolska, Małopolska, Mazowsze i Pomorze razem wzięte, poza tym na południu ziem Ukrainy były wielkie niezasiedlone przestrzenie zwane "Dzikimi Polami".
Wielkie Księstwo Litewskie zaś dzieliło się na Litwę, Białoruś, Czarną Ruś, Polesie i Żmudź. Zacznijmy od Litwy, która dzieliła się na 2 województwa: Wileńskie (powiaty: wileński, oszmiański, wiłkomierski, brasławski), Trockie (powiaty: trocki, grodzieński, kowieński i upicki). Ruś Czarna obejmowała jedno województwo: Nowogrodzkie (powiaty: nowogródzki, słonimski, wołkowyski). Podlasie to było województwo: Brzeskie (powiaty: brzeski i piński). Białoruś podzielono administracyjnie na 4 województwa: Mińskie (powiaty: miński, mozyrski, rzeczycki), Witebskie (powiaty: witebski i orszański) oraz Połockie (powiaty: połocki i czaśnicki), Mścisławskie (powiaty: mścisławskie i mohylewskie). Na Żmudzi istniało Księstwo Żmudzkie liczące dwadzieścia pięć powiatów (których już nie będę wymieniał).
I wreszcie Inflanty, które dzieliło się na 3 województwa: Wendeńskie (powiaty: wendeński, ryski, dyneburski i rzeczycki), Parnawskie (powiaty: parnawski, feliński) i Dorpackie (powiat: dorpacki). Poza tym w Inflantach istniało Księstwo Kurlandii i Semigalii którego władca był lennikiem Króla Polskiego, a sam posiadał kolonie na Antylach, głównie zaś wyspy Trynidad i Tobago na Oceanie Atlantyckim tuż u brzegów Ameryki Południowej. Ziemie te również były więc lennem Rzeczypospolitej.
Co się tyczy języków, to w Koronie dominował oczywiście język polski, w Wielkim Księstwie język rusko-litewski a w Inflantach język niemiecki, ale jak pisał XIX-wieczny historyk Teodor Morawski: "Wszędzie sam się wciskał język polski, jako język opiekuńczego państwa", i tak się wciskał, że wkrótce dotarł na daleki dwór cesarza Chin, zaś na moskiewskim Kremlu do końca XVII wieku mówiono tylko i wyłącznie po polsku. Co się zaś tyczy potęgi oraz bogactwa Rzeczpospolitej, to można by na zakończenie tej pierwszej części przytoczyć słowa księdza Piotra Skargi, który tak o tym pisał w swoich "Kazaniach sejmowych": "Patrzcie do jakich dostatków i bogactw i wczasów ta was matka (Ojczyzna) przywiodła, a jako was ozłociła i nadała, że pieniędzy macie dosyć, dostatek żywności, szaty tak kosztowne, sług takie gromady, koni, wozów, takie koszty, dochody pieniężne wszędzie pomnożone". Rzeczpospolita dzięki rozwojowi dynamicznego handlu rzecznego (Polska zawsze była potężna gdy tylko posiadała prężny przemysł rzeczny i morski), stała się "Spichlerzem Europy", co w konsekwencji powodowało że bez polskiego zboża nie było można się obejść w Europie, a jego wstrzymanie prowadziło do wybuchu epidemii głodu. Jak pisał Teodor Morawski: "Już za króla Kazimierza Jagiellończyka (panował w latach 1447-1492), zboża polskie szły do Cypru i opisywano Polskę jako kraj nad podziw bogaty, ludny i zamożny, dostarczający obcym, do Francyi, Anglii, Hiszpanii, Portugalii, i Holandyi, zboża, lnu, konopi, drzewa, żywicy, wełny, szkła, potażu, soli, miodów, łoju, wosku, futer, ołowiu, bydła (...) Do samego Gdańska przybywało z wnętrza kraju 5 000 rozmaitych statków, na nich sześć milionów korcy zboża, za które trzy miliony talarów do kraju wracało. (...) Zakwitnęły obok miast pomorskich: Kraków, Poznań, Lwów, Wilno, Lublin, Warszawa. (...) Gdańsk i Kraków liczyły po 80 000 ludności. Z Gdańska, gdzie bez zadziwienia widzieć mogłeś 400 i 500 okrętów, co dzień prawie wychodził okręt ze zbożem i innymi płodami (...) Zakwitnęła Ruś z Podolem (...) Panowie rozbierali "miodem i mlekiem płynące" ukraińskie stepy, lasami wisien, dzikich migdałów, wodnych orzechów i innych owoców. (...) Zajaśniał kraj, aż do zbytku, w budowlach, w życiu i w strojach", zaś francuski pisarz i podróżnik de Thou, nazywał Polskę w owym czasie: "Krajem żyznym, pełnym miast, pałacy, pełnym mężnej szlachty, łączącej miłość nauk z dzielnością oręża".
"WIELKIE ZIEMIE, TO I PSY BĘDĘ UJADAĆ GŁOŚNIEJ (...) NIECH SZCZEKAJĄ, MOGĄ NAWET KĄSAĆ. ŻADEN WRÓG MI NIE STRASZNY BO JUŻ WKRÓTCE POLSKA I LITWA ZAWŁADNIE ŚWIATEM, A WTEDY PSY Z PODKULONYM OGONEM UCIEKNĄ DO LASU"
SWĄ SIŁĘ POKAZAŁO PAŃSTWO POLSKO-LITEWSKIE PO RAZ PIERWSZY w 1410 r. ROZBIJAJĄC MILITARNĄ POTĘGĘ EUROPY, JAKĄ W OWYCH CZASACH BYŁ ZAKON KRZYŻACKI