Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PORTUGALIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PORTUGALIA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 stycznia 2022

WIELKIE PODRÓŻE - Cz. II

CZYLI TURYSTYKA OD STAROŻYTNOŚCI

PO WSPÓŁCZESNE CZASY

TOTALITARNYCH OBOSTRZEŃ

PANDEMICZNYCH

 



 

I

PODRÓŻ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO

NA MADERĘ

(Grudzień 1930 - Marzec 1931)

Cz. II






 
 Cała podróż przebiegała spokojnie, choć grudniowa pora roku nie była najlepszą do wycieczek wodami Oceanu Atlantyckiego. Według relacji kapitana Mieczysława Lepeckiego - który na pokładzie "Angoli" przebywał incognito i miał za zadanie chronić Marszałka Piłsudskiego, ale nie ujawniać swojej przy Nim obecności (spotkać mieli się "przypadkiem" już na Maderze, a kpt. Lepecki miał powiedzieć że również podróżuje po tej wyspie) stwierdził iż "fale kołysały Angolą nie na żarty" a "szczury lądowe" zapewne doświadczały wówczas choroby morskiej. Ale nie Marszałek. Ponoć bardzo spokojnie przyjął tę podróż i cały pierwszy wieczór na morzu (20/21 grudnia 1930 r.) Marszałek spędził na czytaniu książek i spożywaniu posiłku, dostarczanego do Jego kajuty przez stewarda. Piłsudski żył i jadał bardzo skromnie i miał niewielkie potrzeby (gdyby mu kazano spać na ziemi czy na prostej desce, spałby zapewne równi dobrze, jak na łóżku czy materacu). Lubił też proste posiłki (nie przepadał za bigosami, litewskimi kołdunami czy zupami, szczególnie zaś za grochówkami) ale bardzo pilnował - szczególnie w domu - czasu spożywania obiadu, a była to zawsze godz. trzecia po południu (Piłsudski mawiał że lubi tę część dnia zaraz po posiłku, kiedy można się zrelaksować) i bywał bardzo niezadowolony, gdy panna Adela Heybutowicz, kucharka rodziny Piłsudskich - nieco spóźniała się z obiadem, choć jednocześnie należy przyznać że Marszałek nigdy w domu na nikogo nie podnosił głosu i nigdy nie rzucał złego słowa, a swoje niezadowolenie pokazywał zaledwie grymasami i dąsami. Obiady lubił też Józef Piłsudski spożywać tylko w gronie rodzinnym, celebrując tę chwilę jako coś wybitnie prywatnego (dlatego też tak rzadko w obiadach w Sulejówku czy w Belwederze uczestniczyli jacyś zaproszeni goście, a ci, którzy brali w nich udział, dostrzegali niezwykłą prostotę, skromność i naturalność całej rodziny). Marszałek nie lubił i nie spożywał również alkoholu, co najwyżej wina (szczególnie węgierski tokaj) i to w niewielkich ilościach, najczęściej jeden kieliszek po wstaniu z łóżka, drugi przed śniadaniem i następny po kolacji. Lubił jednak produkty Wedla (najstarsza polska rodzinna firma cukiernicza, założona w Warszawie w 1851 r. przez niemieckiego cukiernika - Karla Ernsta Heinricha Wedla, który to, podobnie jak i jego potomkowie, szybko się spolonizował, a firma "E.Wedel" stała się synonimem najlepszych łakoci na ziemiach polskich  i to zarówno pod zaborami, jak i potem w niepodległej Polsce), ale najczęściej spożywał wedlowskie herbatniki (w tym krakersy) natomiast wszelkie inne słodycze tej firmy pomijał. Uwielbiał jednak Marszałek domowe ciasta i słodkie leguminy oraz kruche placki z zapiekaną pianką, pieczone przez Adelcię. Poza tym przy Jego biurku zawsze stała paczka landrynek i talerz z owocami.

Marszałek wstawał z reguły o godz. 8 rano (chyba że akurat - tak jak w Sulejówku w latach 1923-1926 nie miał żadnych obowiązków zawodowych, to spał do dziesiątej). Żona - Aleksandra Piłsudska - przynosiła mu śniadanie do łóżka oraz gazety (najczęściej "Kurier Poranny" i "Expres"). Pani Aleksandra żaliła się później, że mąż nic w domu nie robił i wszystko było na jej głowie, On natomiast - gdy nie miał żadnych obowiązków służbowych - lubił przechadzać się po ogrodzie i doglądać drzewek ofiarowanych mu przez legionistów (którymi jednak sam się nie zajmował - wszystko to robiła pani Aleksandra wraz z Adelą i lokajem). Piłsudski lubił zaś obserwować jak jego żona zajmuje się owymi drzewkami, sam siedząc na bujanym fotelu i paląc papierosy lub pijąc mocną herbatę (papierosy też były Jego ogromnym nałogiem z którego nie potrafił zrezygnować). Pani Aleksandra pomagała mężowi również przy pisaniu książek - On dyktował (chodząc cały czas po pokoju - gdyż taki miał zwyczaj; w Sulejówki był nawet salonik, w którym widać było wydeptane ślady na zakrętach), Ona zaś pisała na maszynie, a po skończonej pracy razem pijali herbatę, gdy przez okno - jak wspominała pani Aleksandra - "wpływał chłodny powiew poranka, a gdzieś w akacjach śpiewał słowik. Byliśmy wówczas sami wśród śpiewającego świata". Marszałek Piłsudski jednak pomimo całego nimbu jakim otaczał rodzinę, nie potrafił poskromić w sobie namiętności do innych kobiet, a podróż na Maderę bez żony i córek, za to z panią doktor Eugenią Lewicką był tego wyraźnym dowodem. Aleksandra wiedziała o tym związku i przyprawiał on ją o coraz gorsze samopoczucie (np. do Druskiennik, gdzie pani Lewicka była lekarzem, Marszałek wyjeżdżał sam, zaś pani Aleksandra pozostawała z córkami w domu w Sulejówku lub w Belwederze, a czasem z nimi wyjeżdżała do Pikieliszek, jak to miało miejsce w 1929 r. gdy wyjechali razem, ale do On skierował się do Druskiennik, a Ona i córki do Pikieliszek) i twierdziła że klimat Druskiennik nie służy jej zdrowiu. Zapewne to nie klimat był powodem niechęci wyjazdu tam z mężem, a właśnie owa panna Lewicka, która wyraźnie stawała się konkurentką do serca męża Aleksandry i ta, nie mogąc tego znieść, popadała w coraz większą melancholię i smutek (Piłsudski zwykł nazywać swoją żonę "Smutną Panią"). Należy jednak dodać, że sama za młodu odbiła Józefa Piłsudskiego jego pierwszej żonie - Marii Piłsudskiej, aż ta zmarła z żalu na atak serca w sierpniu 1921 r.). Niechęć do konkurentki i nowej kochanki męża była tak wielka, że w swoich "Wspomnieniach" pani Aleksandra nigdzie nawet słówkiem nie wspomniała o postaci Eugenii Lewickiej, a spotkała się z nią tylko raz, zaraz po jej powrocie z Madery, ale o tym zdążę jeszcze wspomnieć.




Tymczasem wróćmy na pokład Angoli, który to statek przez wzburzone fale Atlantyku zmierzał pewnie ku Funchalu - głównemu miastu Madery. Marszałek Piłsudski zjawił się na pokładzie o godz. 9 rano drugiego dnia podróży (21 grudnia). Pogoda była wówczas piękna, niebo błękitne dlatego też większość pasażerów wyszła pospacerować sobie po okrętowym deptaku, a pojawienie się tam Piłsudskiego wzbudziło szerokie zainteresowanie podróżnych. Marszałek nie lubił zbytnich objawów zainteresowania swoją osobą i gdy tak się działo z reguły uciekał stamtąd (nie lubił też być fotografowany), ale na pokładzie Angoli uciec raczej nie miał dokąd - chyba że do własnej kajuty, a tego nie chciał, jako że czas spędzony w pociągu i potem jeszcze w kajucie był dla Niego nieprzyjemny i pragnął nieco rozprostować nogi. Dlatego też spędził na pokładzie wśród tłumów ciekawskich osób jakieś trzy godziny, wdając się w pogawędki lub opowiadając zabawne anegdoty (Piłsudski bardzo lubił żartować i często ubolewał że: "Witaliśmy odrodzoną Polskę nie dźwięcznym śmiechem odrodzenia, lecz jakimś kwasem śledzienników i jakąś zgryźliwością ludzi o chorych żołądkach. Więc głosem z trąby błagam" matki i ojcowie (...) Niech się śmieją polskie dzieci śmiechem odrodzenia, gdy wy tego nie umiecie"). Nocą, tego samego dnia, Marszałek również wyszedł na pokład i milcząc wpatrywał się w mroki nocy, po czym udał się do swojej kajuty na spoczynek. Statek dobił do portu w Funchalu 22 grudnia o godz. 9 rano. Bardzo szybko okręt otoczył prawdziwy rój drobnych łódeczek z kupcami oferującymi do sprzedaży miejscowe wyroby, a po jakimś czasie zjawiła się tam również motorówka, wioząca przedstawiciela gubernatora wyspy. Madera była częstym kierunkiem ówczesnych wakacyjnych podróży Europejczyków, jako że łatwo i bezpiecznie można było się tam dostać statkiem. Co prawda leżące nieopodal Wyspy Kanaryjskie i nieco dalej położone Bermudy stanowiły dlań pewną konkurencję, ale i tak rokrocznie na tę wyspę przybywali znani politycy, koronowane głowy, literaci i inni milionerzy. Mimo jednak przyzwyczajenia mieszkańców Madery do częstych gości z Europy, wizyta Marszałka Piłsudskiego była dla nich dość wyjątkowa, a to dlatego że o Polsce mało kto tam wiedział i jeśli już, to postrzegano nasz kraj jako prawie cały czas ścięty mrozem oraz śniegiem i będący sąsiadem bolszewickiej Rosji. Polska - kraj dziwny, tajemniczy, niczym z jakichś opowiadań o dalekich, nieznanych lądach. 

I wówczas pojawił się On - najsławniejszy Polak ubrany w swój jasny mundur, w czapce maciejówce na głowie, przepasany orderem prezydenta Portugalii - tajemnicza postać pogromcy bolszewików zjawiła się nagle na ich wyspie, niczym tajemny czarnoksiężnik z legend. Nic więc dziwnego że przybycie Piłsudskiego na Maderę wzbudziło prawdziwą sensację. Dla Marszałka (i jego dwóch towarzyszy - doktora Marcina Woyczyńskiego i doktor Eugenii Lewickiej) podstawiono samochód, którym odjechali oni do willi w Sao-Martinho (willą ów budynek był tylko z nazwy, gdyż realnie był to skromny piętrowy domek, jakich wiele stało wówczas w tej dzielnicy miasta). Leżała ona otoczona pięknym ogrodem, pełnym kwiatów i klombów (Marszałek bardzo lubił kwiaty, drzewa i przyrodę, ale niestety nie potrafił o nie dbać, dlatego też tym zajmowała się jego małżonka - pani Aleksandra). Była to piękna okolica, skąpana w promieniach południowego słońca, gdy o tej porze roku w większej części Europy zalegał śnieg a ludzie przygotowywali się do Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia. Z ogrodu owej willi, w której Marszałek zamieszkał, roztaczał się wspaniały widok na plantacje trzciny cukrowej i winnic, poprzecinanych gajami bananowymi. Można było też dostrzec wybrzeże morskie i niebieską toń morskiej fali, a na niej kołyszące się z daleka statki. Marszałek często spoglądał w tę dal, wiodąc wzrokiem hen, tam za horyzont, jakby szukając w swych myślach odpowiedzi na dręczące go problemy. Przy domu znajdowała się też mała altanka i parę ławeczek, a przed bramą wjazdową do willi stał zawsze portugalski policjant, a u jego stóp leżał mały czarny psiak - obaj wspaniale się uzupełniali. Tak więc w tym spokojnym, "balsamicznym" krajobrazie, na dalekiej wyspie położonej na Atlantyku z dala od kraju, swoje grudniowe wakacje spędzał "Protektor Republiki Polskiej" (jak Józefa Piłsudskiego nazywali mieszkańcy Madery).




Dzień Marszałka Piłsudskiego rozpoczynał się tak samo. Wstawał rano o godzinie ósmej i udawał się na śniadanie. Następnie wychodził do ogrodu (chyba że padał deszcz), po czym odbywał długą przechadzkę wokół domu (pani Aleksandra Piłsudska śmiała się czasem, że gdy męża odwiedzali jego bracia: Adam i Kazimierz, to wszyscy trzej nie potrafili usiąść w jednym miejscu i chodzili wokół stołu, co sprawiało dość komiczne wrażenie). Następnie siadał sobie w altance i czytał książki (głównie dzieła autorów francuskich, najczęściej o tematyce militarnej, np. "Guerre d'Italie" Napoleona Bonaparte). O godz. 11-ej zaczynało się drugie śniadanie, na które zapraszała Marszałka pokojówka Georgina, udając się do ogrodu i informując o tym zaczytanego bądź zamyślonego gościa. Marszałek wypijał wówczas herbatę i spożywał maślane bułeczki lub ciasto, najczęściej w towarzystwie dr. Marcina Woyczyńskiego (po kilku latach okazało się, że żona doktora Woyczyńskiego była sowiecką agentką i została za to prawomocnie skazana przez sąd, a wówczas dr. Woyczyński został odsunięty od Marszałka). Potem jeszcze raz spacerował po ogrodzie (niekiedy też witał się z mieszkańcami wyspy, którzy specjalnie w celu spotkania z "Protektorem Republiki Polskiej" przychodzili pod bramę willi czy przyjaźnie machali doń z okolicznych domostw), lub pisał (kończył "Poprawki historyczne"). Obiad przygotowywano między godz. 14 a 15, a kucharz - Teixeira bardzo się starał aby gościom przypadły do gustu jego przysmaki i był niezadowolony, gdy Marszałek ani nie pochwalił ani też nie skrytykował jego starań (powiedział potem kapitanowi Lepeckiemu, że Marszałek Piłsudski nie miał żadnych życzeń specjalnych co do posiłków i jadł to, co mu przygotowano). Po obiedzie najważniejszy gość udawał się do swego pokoju na krótką drzemkę, a ok. godz. 16-ej był już w ogrodzie, gdzie siedział na wiklinowym fotelu. Potem udawał się na przechadzkę po mieście (najczęściej w towarzystwie dr. Eugenii Lewickiej). Boże Narodzenie też spędzono mało tradycyjnie, a miast świątecznego karpia na talerzu znalazła się inna ryba, których to na Maderze było pod dostatkiem (dieta przeciętnego mieszkańca wyspy składała się przede wszystkim z ryb).

Listy na Wyspę przychodziły dość często, ale częściej najróżniejsze telegramy (czasem nawet piętnaście razy na dobę), które były prawdziwym utrapieniem (Marszałek nie lubił telegramów, gdyż zawsze obawiał się że przynoszą one jakieś złe wieści, np. czyją chorobę lub śmierć). Prawdziwa lawina listów nastąpiła jednak z początkiem marca 1931 r., gdy przed zbliżającymi się imieninami Marszałka (19 marca) Jego współpracownicy (a przede wszystkim Walery Sławek) wpadli na pomysł "akcji pocztówkowej". "Komitet Główny Obchodów Imienin Marszałka Piłsudskiego" wezwał cały Naród do wysyłania na Maderę kartek pocztowych z imieninowymi życzeniami dla Marszałka Polski. Prasa piłsudczykowska (głównie "Gazeta Polska", "Nowy Kurier Polski" oraz "Polska Zbrojna") podniosła ten temat (gazety lewicowe, prawicowe i konserwatywne apel ten pominęły). Na łamach gazet informowano społeczeństwo jak prawidłowo należy zaadresować i wysłać kartki ("Madera, Funchal, Moussier le Marechal Joseph Piłsudski") i jaki znaczek dobrać. Pojawiły się też ulgi dla nadawców zbiorowych, zaś najbiedniejsi mogli wysłać życzenia bezpośrednio do Belwederu, płacąc jedynie 5 groszy. Już do 4 marca 1931 r. nabyto w całym kraju ponad 2 miliony kart pocztowych, co wzbudziło prawdziwe przerażenie na Maderze. Poczta na Wyspie nie spodziewała się bowiem takiego "desantu" listów i aby je obsłużyć gubernator Madery - Jose Maria Freitas - zarządził konfiskatę wszystkich pojazdów na Wyspie, a także osłów i mułów. Już do 10 marca zgromadzono na Poczcie Polskiej 5 milionów kart pocztowych, a spodziewano się że to jeszcze nie jest koniec. I mieli rację, kolejne dni przyniosły taki napływ kart i listów, że poczta na Maderze nie była w stanie tego przerobić (przychodziło ponad 200 000 kart dziennie). Ostatecznie jednak nie wszystkie karty zostały wysłane (na Maderę dotarło jakieś 1 040 000 kartek), a głównym tego powodem były błędy poczynione w adresie (14 marca "Ilustrowany Kurier Codzienny" - czyli popularny "IKaC", na swych łamach donosił: "Mimo pożądanej izolacji, dociera do Marszałka bardzo liczna korespondencja, wskazująca jednak na słabe uświadomienie geograficzne autorów listów. Przychodzą bowiem listy różnie adresowane, jak np. "Madera - Hiszpania", "Madera - Ameryka", "Madera - Francja", "Kolonia polska Madera" (!?), albo jeszcze inaczej: "Półwysep Madera - miasto Angola". (...) Niestety wiele osób nadsyła listy do Marszałka, nie zastanowiwszy się nad ich celowością, jak np. niejaki pan Filewicz, który, wyrażając zadowolenie, iż Marszałek bawi na Maderze, pisze: "Sam jestem ogrodnikiem i lubię ogrody, a więc nie dziwię się, że Pan Marszałek czuje się na Maderze dobrze". Życzenia na kartach pocztowych były też najróżniejsze, np. takie: "Kochany Dziadku! Dla chwały Polski i na złość wrogom musisz żyć nie 100 a 150 lat", lub "Kochanemu Marszałkowi, budowniczemu Kochanej Ojczyzny", lub "Najmilszemu Wskrzesicielowi Najjaśniejszej Naszej Polski". Ludzie pisywali również wiersze jak choćby taki: "W dal, gdzie przebywasz, życzenie płynie, byś żył, Wodzu, choćby sto lat i by dobrobyt w Twojej krainie promieniał zawsze na cały świat". "Akcja pocztówkowa" była prawdziwym Armagedonem dla mieszkańców Madery i wbiła w nich na długo pamięć o pobycie "Protektora Republiki Polskiej" na ich Wyspie.




Wcześniej jeszcze, bo na początku lutego 1931 r. rząd portugalski wydał dekret, na mocy którego znacznie wzrastało cło na wwóz na Maderę zboża i mąki, co wywołało społeczne niepokoje na Maderze, jako że ta Wyspa była całkowicie pozbawiona roślin chlebodajnych i uzależniona od importu zboża z Portugalii lub z Kanady. Bunt wzbierał z każdym kolejnym dniem i wreszcie ogłoszono strajk powszechny, zamykając wszystkie fabryki, sklepy i instytucje na Wyspie. Trzeciego dnia buntu - 7 lutego doszło do poważnych starć z policją pod starą gorzelnią, a napierający tłum zmusił policjantów do ucieczki. Policja użyła więc broni i wśród protestujących padło kilku zabitych oraz rannych. Tego samego dnia (7 lutego) z Lizbony wyruszył Delegat Rządu portugalskiego płk. Silva Leal, który miał przy sobie 120 ludzi i cztery ciężkie karabiny maszynowe z obsługą liczącą 40 ludzi. Płynął do Funchalu na pasażerskim statku "Pedro Gomez", a on sam i znaczna część korpusu oficerskiego po hucznym pożegnaniu, jeszcze nad ranem 8 lutego była zapewne wciąż pijana. 8 lutego zaś w Funchalu (a była to niedziela) wojsko rozpoczęło aresztowanie przywódców buntu, ale i tutaj doszło do rozbieżności, bowiem w obronie aresztowanych wystąpili artylerzyści, którzy starli się z piechotą. Nowy Delegat Rządu przybył do Funchalu 10 lutego, a w dniu następnym objął władzę nad Wyspą w starej cytadeli (pochodzącej jeszcze z XVII wieku), gdzie przyjął dymisję Jose Mari Freitasa - dotychczasowego gubernatora Madery, a na jego miejsce mianował kapitana Artura de Almeidę Cabaco - dowódcę 2 pułku strzelców pieszych. Pułkownik Silvia Leal zapowiedział również surowe kary dla wszystkich buntujących się, a jednocześnie ogłosił wstrzymanie obowiązywania rządowego dekretu o podwyżce ceł na zboże i mąkę dla Wyspy do "czasu rozważenia słusznych życzeń ludu". Marszałek Piłsudski gdy dowiedział się o dymisji gubernatora Freitasa, stwierdził krótko: "Szkoda, ten Freitas wyglądał mi poczciwie, on jest podobny do Radziwiłła" (Marszałek miał na myśli księcia Janusza Radziwiłła z którym się czasem spotykał, a ponieważ spotkania te były niekiedy organizowane późno w nocy lub nawet nad ranem - gdyż Marszałek kładł się spać często o drugiej lub trzeciej w nocy, a nawet i później - przeto ów książę nie wiedział jak ma się ubrać. Czy przywdziać strój odpowiedni na wieczór, czy też właściwy dla godzin porannych, co też w Marszałku wzbudzało dobry humor).

Kapitan Lepecki - który przypłynął z Marszałkiem na Maderę na pokładzie tego samego statku - długo nie ujawniał swojej obecności. Zamieszkał w pensjonacie w mieście, nieopodal parku, a za sąsiadów miał samych Anglików. Kapitan Lepecki szybko też skontaktował się z gubernatorem Wyspy i komendantem policji, informując ich o przybyciu Marszałka i jego samego nieoficjalnym tutaj pobycie, oraz przekazał im instrukcję "roztoczenia opieki" nad miejscem pobytu Marszałka Piłsudskiego. Z początkiem stycznia 1931 r. na Maderę przybył jeszcze jeden oficer - rotmistrz Antoni Grudziński, który przebywał tam ponad miesiąc i - jak pisał kapitan Lepecki: "Teraz we dwóch, a więc dla mnie raźniej, poczęliśmy się troszczyć o osobę Marszałka (...) Parotygodniowa obecność Grudzińskiego była dla mnie miłym intermezzem w nudzie pobytu na wyspie. Towarzyski, wesoły, rozmiłowany w dobrym winie, był świetnym kompanem i towarzyszem". Dopiero po jego wyjeździe z połowie lutego, doktor Woyczyński zawiadomił Marszałka o pobycie kapitana Lepeckiego na Wyspie. Spotkali się, Marszałek siedział w wiklinowym fotelu i czytał książkę, a kapitan Lepecki stanął przed Nim i zameldował się. "To pan tam wszędzie był" - zapytał Marszałek nie odrywając oczu od książki, "Wszędzie?" - odparł Lepecki, "W tych wszystkich krajach", "Tak jest, panie Marszałku", "I nie nudno panu tak wciąż jeździć?... No ja myślę, gdzieżby mogła sprzykrzyć się podróż". Na zakończenie rozmowy Piłsudski rzekł do Lepeckiego: "Możecie sobie tu przychodzić ile chcecie, włóczęgo. Tak, tak, jesteście włóczęgą". Od tej chwili Lepecki był częstym gościem w willi w Sao-Martinho, gdzie wraz z dr. Woyczyńskim uzgadniano powrót Marszałka do kraju i postanowiono że wracał będzie na pokładzie polskiego okrętu wojennego, gdyż nigdzie lepiej nie będzie można zapewnić mu bezpieczeństwa, niż właśnie na polskim okręcie. Postanowiono że tym okrętem będzie niedawno zwodowany kontrtorpedowiec ORP "Wicher". Potrzeba rozbudowy floty (handlowej i wojennej) miała stać się zaczątkiem mocarstwowości Polski i zdobycia kolonii. Kraj, który jeszcze piętnaście lat wcześniej cierpiał niewolę i był igraszką w rękach wielkich mocarstw, teraz sam pragnął stać się mocarstwem i zdobyć dla siebie nowe ziemie pozaeuropejskie, aby z państwa europejskiego stać się państwem światowym (jak mawiał gen. Gustaw Orlicz-Dreszer).


ZDOBYCIE KOLONII ZAMORSKICH BYŁO 
MARZENIEM ELIT TAMTEJ POLSKI



A tymczasem związek Marszałka z panią Eugenią Lewicką kwitł przez pierwsze tygodnie, do czasu, gdy stało się coś dziwnego i pani doktor skróciła swój pobyt na Wyspie, wyjeżdżając wcześniej do kraju. Co takiego się stało? Tego niestety nikt nie wie. Prawdopodobnie młodej kobiecie zamarzyło się małżeństwo i pragnęła zająć miejsce pani Aleksandry Piłsudskiej (z domu Szczerbińskiej), tak, jak ta wcześniej zajęła miejsce Marii Piłsudskiej (z domu Koplewskiej, choć po pierwszym mężu - Juszkiewiczowej). O rękę Marii konkurowali ze sobą dwaj najwięksi antagoniści tamtych czasów - Józef Piłsudski i Roman Dmowski - twórca Ligii Narodowej i ideowy przywódca polskich nacjonalistów (przez lata mówiło się że Polską w sferze mentalno-obyczajowej rządzą dwie trumny: Piłsudskiego i Dmowskiego, do tego czasami dochodził jeszcze Paderewski, Korfanty i Witos). Ostatecznie walkę o względy Marii Juszkiewiczowej wygrał Piłsudski i poślubił ją w lipcu 1899 r. (Maria co prawda rozwiodła się ze swym pierwszym mężem, ale ponieważ Kościół Katolicki nie uznawał rozwodów i tamto małżeństwo było wciąż ważne, przeto para młoda musiała zmienić wiarę i przejść na luteranizm. Piłsudski wrócił do katolicyzmu po śmierci Marii w sierpniu 1921 r.). W każdym razie pani doktor Lewicka zapewne pragnęła usankcjonować swój związek z Marszałkiem, a ten nie zamierzał już opuszczać rodziny i zakładać nowej. To musiało doprowadzić do jakiejś kłótni, która zaowocowała wcześniejszym wyjazdem Lewickiej z Wyspy i trwałym rozstaniem z Piłsudskim (już nigdy więcej się nie spotkali). Po jej powrocie do kraju, w marcu 1931 r. odwiedziła ją Aleksandra Piłsudska, ale nie wiadomo o czym obie panie rozmawiały, choć z pewnością dla żadnej z nich nie była to miła rozmowa. Pani Eugenia Lewicka zmarła wkrótce potem - 29 czerwca 1931 r. (nie miała nawet 35 lat). Przyczyną zgonu miało być zatrucie środkami chemicznymi nieznanego pochodzenia i początkowo spekulowano nawet samobójstwo. Ale profesor Stanisław Malinowski - znajomy dr. Lewickiej, stwierdził, że widział ją "w dobrym nastroju, pogodną i spokojną" na kilka godzin przed tym, jak zemdlała w budynku Urzędu Wychowania Fizycznego, gdzie pracowała - dnia 27 czerwca. Przewieziona do szpitala, zmarła tam dwa dni później. Zaczęto więc twierdzić, że otoczenie Marszałka "pozbyło się" tej kobiety i dlatego upozorowano jej samobójstwo. Nie wiadomo jednak jaka była prawda, ale wiadomo że po rozstaniu z Lewicką (nie była ona ostatnią kochanką Marszałka, gdyż ostatnią była Jadwiga Burhard urodzona w 1901 r.) starzał się On bardzo szybko, z roku na rok tracił zdrowie i siły. Ostatecznie zmarł 12 maja 1935 r. w wieku zaledwie 67 lat, a wyglądał na osiemdziesięciolatka. Cóż papierosy, niezdrowy tryb życia, brak snu i... kobiety skutecznie popsuły zdrowie i życie owemu "Protektorowi Republiki Polskiej").


PIERWSZE SPOTKANIE JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO 
Z MARIĄ JUSZKIEWICZOWĄ I ROMANEM DMOWSKIM
(lata 90-te XIX wieku) 




 Okręt ORP "Wicher" przybył do Funchalu 22 marca 1931 r. (trzy dni po imieninach Marszałka) przed godz. siódmą rano, a dowódca okrętu - komandor podporucznik Tadeusz Morgenstern-Podjazd zameldował się z willi Marszałka i zakomunikował że już wszystko gotowe do wypłynięcia. Pożegnanie Marszałka wyznaczono na godz. 16:30 i do portu przybyli wówczas przedstawiciele władz Madery (zarówno ci nowi, jak i ci zdymisjonowani), jak i konsulowie honorowi: polski oraz francuski, a poza tym oczywiście tłumy ludzi. Marszałek z wszystkimi się pożegnał i stwierdził że jest bardzo zadowolony z pobytu na Wyspie, ale co do propozycji ponownych odwiedzin nic nie odpowiedział. Następnie łódź motorowa zawiozła Marszałka i Jego towarzyszy na okręt, który stał kilkanaście metrów od brzegu. Wchodząc na pokład, Józef Piłsudski spoglądał w kierunku wyspy Porto Santo na której niegdyś mieszkał odkrywca Ameryki - Krzysztof Kolumb (który prawdopodobnie mógł mieć również polskie korzenie). Potem, na pokładzie okrętu Marszałek stawiał pasjanse, studiował mapy i oglądał okrętowe działa, oraz dużo rozmawiał i dowcipkował z oficerami (m.in. miał stwierdził: "Ja wam morze zaczaruję. Kiedyś jeden z moich pradziadków porwał sprzed świętego znicza kapłankę-wajdelotkę i ożenił się z nią. Po niej odziedziczyłem te moje zrośnięte brwi i potrafię zamówić pogodę". Nie tylko On miał wówczas dobry humor, również dr. Woyczyński dowcipkował i gdy okręt zbliżał się do Zatoki Biskajskiej, gdzie fale są wysokie a burze długie, stwierdził: "Marszałek Piłsudski ma takie szczęście, że wody zatoki zastaniemy na pewno tak gładkie, jak w jeziorku przed Pałacem Łazienkowskim". I rzeczywiście, podróż przebiegała spokojnie). 25 marca rano Wicher zawitał do Cherbourga, tam uzupełniono zapasy paliwa i jednocześnie był czas, aby spotkać się z przedstawicielami francuskich władz miasta, a nadbrzeżna artyleria na powitanie oddała 19 wystrzałów.




W Cherbourgu w tym właśnie czasie znajdowały się dwa francuskie okręty wojenne i pięć polskich (dwa kontrtorpedowce i trzy łodzie podwodne), jednak wypłynięcie z portu owego dnia stało się niemożliwe z powodu gęstej mgły, która uniemożliwiała skuteczne rozpoznanie terenu (mgła na morzu jest gorsza niż sztorm, jako że w czasie sztormu człowiek przynajmniej wie, co go czeka i może się przygotować, a w czasie mgły nic nie wiadomo. Okręt ogarnia swoista maź, w której skutecznie nikną zarówno światła, jak i sygnały dźwiękowe i łatwo można wpaść na jakieś skały czy lodowe kry). Ruszono w dalszą drogę dopiero 26 marca o godz. piątej rano, gdy mgła już opadała. Dalsza podróż przez Kanał La Manche przebiegała bez przeszkód, a morze było wyjątkowo spokojne (dr. Woyczyński powtarzał wówczas: "A nie mówiłem, Marszałek zawsze ma takie szczęście"). 28 marca rano Wicher wpłynął w Kanał Kiloński i dotarł do Kilonii. Tam na pokładzie zameldował się niemiecki oficer, który w imieniu admirała Ericha Raedera zapytywał czy czegoś podróżnym nie potrzeba, po czym pożegnał się i wyszedł. Wreszcie okręt wpłynął na "polskie morze" czyli na Bałtyk. 29 marca o wpół do dziesiątej rano na horyzoncie ukazały się sylwetki trzech polskich kontrtorpedowców, wysłanych na powitanie Wichra przez admirała Jerzego Świrskiego. Oddały one strzały armatnie na powitanie okrętu płynącego pod banderą ministra spraw wojskowych, a następnie Wicher wpłynął do portu wojennego w Gdyni. Tam już oczekiwała na Marszałka jego żona i córki, a także premier Walery Sławek i ministrowie: Sławoj-Składkowski, płk. Józef Beck, Alfons Kuhn, Daniel Konarzewski, major Adam Sokołowski i wielu innych dygnitarzy. Gdy Marszałek schodził na ląd, wszędzie wokół leżał śnieg i było zimno. Jaka wówczas była myśl Józefa Piłsudskiego, który jeszcze do niedawna pławił się w gorącym słońcu Madery? Zapewne brzmiała ona: "Żegnaj Madero, żegnaj bezpowrotnie". 
 




 
CDN. 
  

poniedziałek, 5 października 2020

TAJEMNICA WŁADYSŁAWA III - Cz. I

CZY POLSKI MONARCHA 

RZECZYWIŚCIE BYŁ OJCEM 

KRZYSZTOFA KOLUMBA?

 
 
 
 
 Właśnie, czy istnieje prawdopodobieństwo że sławny odkrywca Ameryki - Krzysztof Kolumb, był synem polskiego monarchy - Władysława III Jagiellończyka, który oficjalnie miał zginąć w bitwie z Turkami pod Warną w 1444 r.? Oczywiście współcześni historycy kwestionują tę możliwość, jednak nie uwzględniają oni bardzo wielu przesłanek, które w jasny i otwarty sposób sugerują takie właśnie pokrewieństwo. Co prawda młody król, prowadząc swą szarżę na oddziały tureckie, został przez nich otoczony i... następnie wszelki ślad po nim zaginął. Rycerstwo, widząc że zabrakło króla, zaczęło się cofać a ów odwrót szybko zamienił się w paniczną ucieczkę, która przypieczętowała obraz klęski warneńskiej. Jednak na pobojowisku, wśród stosów poległych rycerzy, nie odnaleziono ciała młodego - zaledwie przecież dwudziestoletniego - króla. Ciała nie odnaleźli ani Turcy (którzy skrupulatnie przetrząsnęli po bitwie całe pole walk), ani też dwaj rycerze polscy, wysłani pod Warnę przez królową-matkę Zofię Holszańską (Sonkę), którzy mieli albo przywieźć ciało poległego monarchy, albo też odnaleźć go żywego. Wrócili nie spełniwszy żadnego z tych poleceń. I przez to właśnie w Królestwie Polskim przez prawie trzy lata panowało bezkrólewie, gdyż oczekiwano że ów nieszczęsny król wreszcie się pojawi (a często zdarzało się tak, że zaginieni w bitwach, powracali potem do swych domostw po kilku miesiącach, a nawet kilku latach, jak na przykład stało się z jednym z synów sławnego rycerza Zawiszy Czarnego z Garbowa - Jana, który również brał udział w bitwie pod Warną i także tam zaginął. Jego brat zginął w tej bitwie i rodzina sądziła że Jana spotkał ten sam los, jednak powrócił on do domu po... dwóch latach tułaczki). Królowa Zofia nie dawała wiary w śmierć syna i wierzyła że w końcu powróci on do kraju. Co jakiś czas zresztą pojawiały się wieści że ktoś widział Władysława w Poznaniu, w Konstantynopolu, w Wenecji, w Albanii, na Wołoszczyźnie, w Siedmiogrodzie itd. Gdy informacje te docierały do kraju, w miastach bito w dzwony i urządzano iluminacje z okazji szczęśliwego powrotu króla. Ukazał się nawet łaciński epigramat mówiący o tym że: "Sprawiedliwy Władysław żyje" i że "króla znalezionego cudownie sprowadzić należy". Ostatecznie jednak pogodzono się w myślą o jego śmierci czego jednym z przejawów był łaciński poemat, zatytułowany: "Opłakujcie mnie Niebiosa", a efektem tego stał się wybór kolejnego monarchy, którym został, koronowany 25 czerwca 1447 r. młodszy brat zaginionego monarchy - Kazimierz IV Jagiellończyk.
 
Może nasuwać się pytanie, dlaczego Władysław - jeśli rzeczywiście przeżył bitwę - nie pragnął powrotu do kraju i zdecydował się na życie na emigracji pod zmienionym nazwiskiem? Dlaczego nie chciał spotkać się ze swą matką, z którą po raz ostatni widział się w Czorsztynie 23 kwietnia 1440 r., gdy wyruszał na Węgry, przyjąć tam - ofiarowaną mu przez węgierską szlachtę - koronę św. Stefana? Pytanie to oczywiście pozostaje bez odpowiedzi, jednak według mnie decydującym powodem takiej decyzji, był fakt ogromnego wstrząsu psychicznego, który już wcześniej determinował wiele działań młodego króla. Przejął on bowiem tron węgierski w wieku 16 lat i w tym czasie stał się już władcą trzech dużych, europejskich państw - Polski, Węgier i Litwy. Co prawda na Litwę wysłał w 1440 r. - jako swego namiestnika - młodszego brata Kazimierza (miał on wówczas prawie 13 lat), ale to on był zarówno królem Polski jak i wielkim księciem Litwy, a teraz również i dziedzicem korony Węgier. Na Litwie tamtejsi bojarzy wybrali jednak Kazimierza (29 czerwca 1440 r.) wielkim księciem, co było jawnym pogwałceniem zasad Unii polsko-litewskiej (i to zarówno tej pierwszej z 1385 r. jak i tej ostatniej z 1432 r.), mówiącej że Litwa miała zostać inkorporowana do Polski. W tym zaś momencie, gdy Kazimierz ogłoszony został wielkim księciem, sytuacja się zmieniła a Unia pomiędzy oboma państwami w zasadzie... przestała istnieć. Jednak ani Władysław, ani królowa-matka, ani też wszechpotężny biskup Zbigniew Oleśnicki, nie próbowali w jakikolwiek sposób podważać władzy Kazimierza nad Litwą (Zofia zapewne pragnęła wyniesienia młodszego syna, jako że starszy miał już w swym ręku dwie korony, a młodszy jeszcze nic. Więc gdy Kazimierz otrzymał z rak panów litewskich wielkoksiążęcą mitrę - Zofia z pewnością była duma z obu synów). Jednak prawdziwym powodem - według mnie - emigracji Władysława po klęsce warneńskiej, były jego wyrzuty sumienia za popełnione przez siebie grzechy. 
 
Można by zapytać, jakie to grzechy mógł popełnić młody człowiek w wieku zaledwie 20 lat? Otóż wiadomym jest że król Władysław nie przejawiał zainteresowania płcią piękną i bardzo nudził się w otoczeniu kobiet. Natomiast preferował towarzystwo mężczyzn - rycerzy, dworzan czy paziów. Stąd istnieje (graniczące z pewnością) przeświadczenie że król był homoseksualistą. Jednak należy też wiedzieć - o czym się już nie mówi - że on sam bardzo cierpiał z tego powodu i często się spowiadał oraz prosił o rozgrzeszenie za "ciężki grzech sodomii". Owe zainteresowanie Władysława krucjatami antytureckimi (turecki kronikarz Saad el-dim pisał iż: "Król w upojeniu na wojska sułtana pędził"), również było pewnego rodzaju terapią, mającą na celu uzyskanie rozgrzeszenia za swoją orientację seksualną. To, z jakim zapałem rzucał się na wroga (a przecież nim doszło do owej klęski pod Warną, król w roku 1443 r. poprowadził całkiem udaną kampanię antyturecką, zakończoną nawet wyzwoleniem Sofii i planem marszu na Adrianopol - ówczesną główną siedzibę sułtana), świadczy o żywej determinacji w walce z pozbyciem się tego, czego zapewne nie pragnął, a katastrofa, jaką była dla niego klęska warneńska, musiała zostawić poważne ślady w jego psychice. Być może król uznał że klęska była karą boską za jego grzech sodomii i aby zmyć z siebie dawne życie, postanowił nie wracać już do kraju i zdecydował się żyć odtąd jako człowiek prywatny pod zmienionym nazwiskiem i z czystą kartą. Wciąż był przecież młody, mógł sobie ułożyć życie, ale musiał ostatecznie zerwać wszelkie więzy, łączące go z dawnym światem, również i z kochającą matką. I tak też zapewne (bowiem stuprocentowej pewności nie ma. Byłaby ona, gdyby porównano badanie DNA Jagiellonów z DNA rodziny Krzysztofa Kolumba, ale jak na razie polscy historycy się do tego nie palą) została zapoczątkowana niesamowita podróż Władysława po Europie (ponoć był nawet na Synaju w tamtejszym klasztorze św. Katarzyny, jako że to właśnie ją przyjął sobie za swoją patronkę), zakończoną ostatecznie małżeństwem z Senhoriną Annes - wywodzącą się z zamożnej, portugalskiej rodziny z Algerve (czy prosty syn genueńskiego kupca - za jakiego powszechnie uważa się Krzysztofa Kolumba - mógłby poślubić potem portugalską arystokratkę - Filipę Montez, której rodzina należała do rycerskiego zakonu Santiago de Espada?). Władysław - pod zmienionym nazwiskiem - osiadł w Portugalii, a następnie otrzymał do swej dyspozycji pałac Zarco na Maderze (ofiarowany mu przez króla Portugalii - Alfonsa V), gdzie zamieszkał wraz z żoną. Król Portugalii corocznie zaopatrywał go tam w żywność (przysyłając obładowane towarami okręty) oraz zapraszał na regularne spotkania na swym dworze w Lizbonie. Takich rzeczy nie robi się dla zwykłego przybysza z "obcych krain", nawet jeśli byłby on szlachcicem.
 
I właśnie w tym temacie pragnę zaprezentować wszelkie dowody (ostatecznym potwierdzeniem lub zaprzeczeniem tego, byłyby badania DNA) mówiące o emigracji Władysława po bitwie pod Warną (10 listopada 1444 r.) i osiedleniu się na Maderze, oraz o tym, że to właśnie ów polski monarcha był prawdziwym ojcem odkrywcy Ameryki - Krzysztofa Kolumba. Nim jednak do tego przejdę, to - biorąc pod uwagę że temat ten jest początkiem nowej serii - niestety będę zmuszony zrobić pewną retrospekcję początków dynastii z której wywodził się Władysław III, gdyż to właśnie na owe pokrewieństwo powoływali się potem potomkowie Kolumba, którzy w 1584 r. powiadomili króla Hiszpanii i Portugalii - Filipa II Habsburga, iż... pochodzą z rodu Jagiellonów. Jednak nie wyprzedzajmy faktów i zacznijmy całą tę opowieść od początku...    
 
 
 

 POCZĄTEK!

CZYLI KIM PAN JESTEŚ, PANIE JAGAL?

Cz. I 

 
 

 
 
 Nowa dynastia, jaka zapanowała w Królestwie Polskim w 1370 r. po śmierci ostatniego władcy z rodu Piastów - Kazimierza III Wielkiego, zwała się Andegawenami i wywodziła się korzeniami z zachodniej Francji (Andegawenii - jak sama mówi nazwa) i była to bardzo potężna dynastia, panująca w wielu krajach Europy (Jerozolima, Anglia, Francja, Neapol, Węgry). Tron w Polsce Andegawenowie przejęli zaś po bezpotomnej (brak męskich następców) śmierci króla Kazimierza III, który co prawda uwielbiał kobiety, lecz nie miał szczęścia do żon i żadna nie dała mu upragnionego syna-następcy. Pierwsza żona, litewska księżniczka Aldona (córka władcy Litwy, wielkiego księcia Giedymina), została mu poślubiona - jeszcze przed objęciem przez niego tronu - w 1325 r. Kazimierz miał wówczas 15 lat, Aldona (która została ochrzczona w Katedrze Wawelskiej w Krakowie 30 kwietnia i przyjęła imię Anna, a 16 października poślubiła następcę polskiego tronu) była zapewne młodsza od swego oblubieńca o ok. dwa lata. Małżeństwo to było czysto polityczne i miało zabezpieczyć dopiero co zjednoczoną Małopolskę i Wielkopolskę (oraz księstwo mazowieckie) przed łupieżczymi napadami Litwinów i jednocześnie zawrzeć sojusz wymierzony przeciwko potężnemu Zakonowi Krzyżackiemu. W wianie ślubnym Aldona-Anna wniosła swemu małżonkowi zwolnienie z litewskiej niewoli 24 000 jeńców polskich. Związek z Aldoną upływał Kazimierzowi szczęśliwie, gdyż już w rok po ślubie powiła ona pierwsze dziecko, córkę Elżbietę. Kazimierz jednak szybko znudził się swą młodą żoną i szukał radości w ramionach innych niewiast (co zostało mu prawie do końca życia, a złośliwi twierdzili że pobudował on tyle zamków w całym kraju tylko po to, aby umieszczać tam swe liczne kochanki, tworząc wręcz prawdziwe haremy).
 
 

 
Jego pożądanie do węgierskiej dwórki - Klary Zach, stało się następnie powodem ogromnego nieszczęścia, jakie spadło na tę dziewczynę i całą jej rodzinę. Romans ten miał miejsce w 1329 r. gdy Kazimierz został wysłany przez swego ojca - króla Władysława I Łokietka na dwór węgierski do Wyszehradu, w celu zawarcia wspólnego, anty-krzyżackiego sojuszu z Karolem I Robertem, którego żoną była starsza siostra Kazimierza - Elżbieta. To właśnie ona zapewne zorganizowała schadzkę brata ze swą dwórką, zamienionego w przelotny romans. Gdy Kazimierz opuszczał Węgry, Klara była już zapewne w ciąży i szybko też fakt ten musiał się wydać. Ojciec dziewczyny, Felicjan Zach, pod wpływem złości za takie upokorzenie jego rodziny, wpadł z mieczem (17 kwietnia 1330 r.) do sali jadalnej, gdzie posiłek spożywała królewska para i zamierzał oddać cios w kierunku królowej Elżbiety (uznając ją winną zorganizowania potajemnych schadzek jego córki z Kazimierzem), ale zasłonił ją własnym ciałem Karol Robert, na skutek czego został poważnie ranny w ramię, zaś przy drugim ciosie Zach odciął Elżbiecie cztery palce prawej dłoni (do końca życia nosiła potem rękawiczkę by to ukryć), ale niczego więcej dokonać nie zdążył, gdyż został zasieczony na miejscu przez króla i jego dworzan (którzy szybko przybiegli z odsieczą). Zach miał wielkie szczęście że zginął na miejscu, lecz jego rodzina miała zapłacić potworną cenę za ten nieprzemyślany atak. Skazano na śmierć wszystkich męskich przedstawicieli tego rodu (nawet dzieci) do trzeciego pokolenia, utracili oni też wszystkie swe posiadłości. Klara zaś została okaleczona w okropny sposób - obcięto jej bowiem dolną wargę, nos i wszystkie palce u rąk a także ogolono ją na łyso i tak obwożono w klatce - niczym dzikiego zwierza - na pośmiewisko po węgierskich miastach (kazano jej też krzyczeć, że to jest kara za podniesienie ręki na króla). Kazimierza jednak to już zupełnie nie obchodziło i zajęty był kolejnymi miłostkami.
 
 

 
 
 
A tymczasem Aldona-Anna była pod czujnym okiem królowej-matki Jadwigi, która nie przepadała za swą synową. Raziła ją jej swoboda, radość, chęć do gry na różnych instrumentach muzycznych czy tańca, co matka Kazimierza uważała za nieprzyzwoite i niegodne zachowanie dla młodej panny i przyszłej królowej. Gdy jednak w marcu 1333 r. zmarł Władysław Łokietek, na tron wstąpił Kazimierz III, lecz Jadwiga nie chciała dopuścić do koronacji Aldony, twierdząc że w kraju może być tylko jedna królowa i ona nią jest. Ostatecznie jednak, po namowach syna ustąpiła, usuwając się do klasztoru klarysek w Starym Sączu, gdzie przebywała już do swej śmierci w grudniu 1339 r.). Kazimierz i Aldona-Anna zostali koronowani 25 kwietnia 1333 r. Nowa królowa nie zrezygnowała jednak ze swych przyjemności, do których należała jazda konna, taniec, śpiew i gra na instrumentach (ponoć gdy wyjeżdżała na konną przejażdżkę, przed nią jechały wozy wypełnione bębnami, harfami, skrzypcami i innymi instrumentami przygrywającymi jej do taktu). W 1335 r. Aldona urodziła drugą córkę, której nadano imię Kunegunda (mawiano na nią Kundzia), a Kazimierz był coraz bardziej niecierpliwy, żądając by wreszcie dała mu syna. Król co prawda wolał odwiedzać swe nałożnice, niż dzielić łoże z królową, ale ostatecznie zaszła ona w ciążę po raz trzeci, lecz wówczas wydarzyła się tragedia. Królowa pośliznęła się na schodach i spadła w dół, mocno się raniąc. Zmarła w kilka dni później (tracąc również dziecko) - 25 maja 1339 r. W chwili śmierci miała prawie 28 lat. 
 
 

 
Drugą żoną Kazimierza, została we wrześniu 1341 r. Adelajda, córka landgrafa Hesji - Henryka II Żelaznego - spokrewnionego z władcami Saksonii, Miśni i Turyngii. W chwili ślubu Adelajda miała lat 17, zaś Kazimierz 31. Jednak nim doszło do małżeństwa, to jak pisze Jan Długosz: "w tym czasie król jawnie i pokątnie żył z nałożnicami, których tłumy jak jakieś siedlisko sromoty porozmieszczał w Opocznie, Czchowie, Krzeszowie i wielu innych miejscowościach. Nic sobie nie robił ze zbawiennych upomnień i rad biskupów i panów". Nowa żona rozczarowała króla już na początku, nie była bowiem takiej urody, jak pierwotnie twierdzono, lecz mimo to małżeństwo musiało dojść do skutku (jej ród od strony matki był niezwykle płodny, więc istniało duże prawdopodobieństwo że Adelajda urodzi wreszcie upragnionego syna i następcę tronu). Adelajda wiedziała, że aby zdobyć uznanie męża, musi dać mu syna, gdyż nie mogła w inny sposób wywrzeć na nim wrażenia (Kazimierz pragnął żony młodej i urodziwej, a to czy potrafiła ona czytać i pisać i czy miała jakiekolwiek inne przymioty ducha - w ogóle go nie obchodziło). Kazimierz obsypywał więc swą nową małżonkę klejnotami i spełniał obowiązki męża w jej łożu, ale zaraz potem wychodził do nałożnic, twierdząc że Adelajda jest "zimna jak głaz". Ona starała się mu przypodobać, deklarowała mu o swym uczuciu i oddaniu, lecz na nic to się zdało, gdyż król chciał syna, a ona - pomimo wielokrotnych prób - wciąż nie mogła zajść w ciążę. Król topił smutki w ramionach kolejnych kobiet, a królowa cierpiała w milczeniu, płacząc po nocach i dopytując się o Kazimierza. 




Wreszcie Kazimierz zaczął mieć dość ciągle smutnej i zapłakanej żony i postanowił się jej pozbyć. Nie mógł na nią patrzeć, nie mógł już jej słuchać a każdy pobyt przy niej powodował że Kazimierz tracił radość życia i stawał się nerwowy. W 1343 r. król umieścił swą żonę na zamku w Żarnowcu nad Pilicą, gdzie co prawda miała ona wszelkie wygody, ale żyła tam bez częstego kontaktu z mężem przez kolejne 13 lat. Adelajda próbowała się bronić, pisała listy do papieża Klemensa VI i swego ojca, landgrafa Hesji, prosząc ich by wpłynęli na Kazimierza, by ten pozwolił jej powrócić na Wawel. Ojciec jednak - który sam też zdradzał i upokarzał matkę Adelajdy Elżbietę - odsyłał jej w listach rady, aby była uległą żoną i całkowicie podporządkowała się woli męża, gdyż na powrót do Hesji nie ma co liczyć. Wreszcie zaczęła pisać listy do męża, aby jej przebaczył i aby ponownie spróbowali począć syna, jednak Kazimierz nie odpowiadał na te listy, spędzając czas z kolejnymi nałożnicami. Wreszcie, w 1356 r. będąc w Pradze, spotkał tam czeską mieszczkę o niezwykłej urodzie, która szybko wpadła mu w oko. Jednak kobieta ta - choć była niskiego stanu - odmówiła królowi zostania jego nałożnicą, póki ten jej nie poślubi. Nazywała się Krystyna Rokiczana i tak zakręciła w głowie królowi, że ten nachalnie zaczął pragnąć rozwodu. Wysyłał więc posłów do Żarnowca, którzy mieli zmusić królową do zgody na rozwód, ale ta w żadnym razie nie zamierzała dać się jeszcze bardziej upokorzyć i pozostawić swe królewskie łoże zwykłej mieszczce, które teraz miała zostać żoną króla (nie mogła być królową, gdyż nie była nawet szlachcianką, nie mówiąc już o tym że aby uzyskać tytuł królewski, powinna być księżniczką). Król ostatecznie zagroził, że jeśli Adelajda nie wyrazi zgody na rozwód, odbierze jej wszystko co posiada i będzie żyć w prawdziwej nędzy. Królowa jednak ponownie odmówiła udzielenia swej zgody na rozwód.
 
 

 
ENGLISH TRANSLATION
 

 
 Ostatecznie sprawy zaszły na tyle daleko, że ojciec Adelajdy postanowił osobiście przybyć do Krakowa i rozmówić się z Kazimierzem, jednak niczego nie wskórał i król poślubił Krystynę Rokiczanę (nie mając jeszcze rozwodu z Adelajdą, czyli popełnił bigamię. Będzie to pierwsza, ale nie ostatnia bigamia w jego życiu). Opat z Tyńca (który udzielał Kazimierzowi małżeństwa), zapewne doskonale zdawał sobie sprawę że przyczynia się do bigamii, ale znał również dobrze los wikariusza Katedry krakowskiej - Marcina Baryczki, który (w 1349 r.) został na polecenia króla utopiony w Wiśle, gdyż sprzeciwiał się romansowi Kazimierza z jedną z dwórek - Cudką, żoną rycerza Niemierzy z Gołczy. Cudka urodziła Kazimierzowi trzech nieślubnych synów: Jana, Niemierzę i Pełkę. Romans trwał kilka lat i wkrótce król przerzucił swe chucie na inne damy. Po ślubie Kazimierza z Krystyną Rokiczaną (lipiec 1356 r.), Adelajda wyjechała z Żarnowca i powróciła do Hesji, gdzie jednak dalej słała listy do papieża, w których deklarowała że jest prawowitą królową, a król popełnił grzech bigamii, poza tym poślubił  kobietę z niskiego stanu (co było dla Adelajdy dodatkowym upokorzeniem). 




Niektórzy historycy uważają, że Krystyna była agentką cesarza rzymskiego i króla Czech - Karola IV Luksemburskiego (w listach do niego, pisanych już z Polski, obiecywała mu pomoc w nakłanianiu Kazimierza do planów cesarza), ale nie ma na to konkretnych dowodów. Krystyna zamieszkała na zamku w Łobzowie i choć poślubiła króla, to nie tylko że nie była uważana za królową, ale i za jego prawowitą żonę, a dworacy traktowali ją wciąż jak nałożnicę króla. Koniec tego związku był dosyć gwałtowny, gdyż Kazimierz nagle został poinformowany (przez jednego ze swoich pokojowców) że królowa tak naprawdę jest łysa i choruje na świerzb. Wydaje się to jednak nieco naciągane, jako że świerzb jest przecież chorobą skóry, przenoszoną przez kontakt fizyczny, więc król sypiając z Rokiczaną zapewne szybko by się go nabawił. Jednak kroniki milczą o tym aby Kazimierz zaraził się tą chorobą, zatem prawdopodobnie Krystyna (jeśli w ogóle prawdą jest iż cierpiała na świerzb) musiała nabawić się tego podczas dłuższej nieobecności króla w jej łożu. Kazimierz, gdy tylko dowiedział się o chorobie żony, kazał ją natychmiast oddalić z Wawelu (1357 r.), lecz jednocześnie pozwolił jej zamieszkać w Łobzowie. Odtąd nie traktował jej już jak swojej żony, a jedynie jak byłą nałożnicę. Krystyna w samotności cierpiała odtrącenie, podobnie jak wcześniej Adelajda.
 
 
ENGLISH TRANSLATION
 

 
Około 1357 r. król Kazimierz wdał się w romans ze słynącą z urody Żydówką - Esterą z Krakowa (zwaną też zdrobniale Esterką), która urodziła mu dwie (lub trzy) córki. Mówi się że to właśnie pod jej wpływem król przyznał Żydom autonomiczne prawo oraz wiele przywilejów, jednak to nieprawda, gdyż Kazimierz rozszerzył Statut Kaliski księcia wielkopolskiego - Bolesława Pobożnego z 1264 na cały kraj już w 1334 r. czyli ponad dwadzieścia lat wcześniej, nim poznał Esterę. W każdym razie ona również nie była w stanie dać królowi upragnionego następcy (zresztą nie mogłaby nawet, jako że nie była jego żoną), a Kazimierz wciąż przecież liczył że uda mu się spłodzić syna. W lutym 1365 r. poślubił więc (wciąż będąc mężem dwóch kobiet - Adelajdy i Krystyny, czyli w tym momencie popełniał już podwójną bigamię) córkę księcia z Żagania Henryka V Żelaznego - Jadwigę. W chwili ślubu dziewczyna miała ok. 17 lat, a Kazimierz 55. To ostatnie małżeństow było już szczęśliwe, król bowiem rzeczywiście pokochał ową młódkę i porzucił dla niej przygodne konktakty z nałożnicami. Urodziła mu ona jednak też trzy córki: Annę (1366 r.), Kunegundę (1367 r.) i Jadwigę (1369 r.). Lecz król wciąż ufał że uda się spłodzić syna, tym bardziej że Jadwiga Żagańska była młoda i mogła jeszcze powić wiele dzieci.
 
 

 
Niestety, Kazimierz już jednak tego nie doczekał, gdyż - choć cieszył się doskonałym zdrowiem, to jednak - we wrześniu 1370 r. udał się na polowanie i podczas gonitwy za jeleniem, spadł z konia i zranił się poważnie w lewą goleń. Było to otwarte złamanie, króla więc szybko przewieziono na Wawel, lecz tutaj wdała się gorączka (Kazimierz dodatkowo nie przestrzegał diety i nadużywał alkoholu) i infekcja, gdy do tego doszło jeszcze zapalenie płuc, stan króla był już beznadziejny i lekarze nie mogli nic zrobić. Kazimierz III Wielki, ów król bigamista, który niczym Henryk VIII zmieniał żony jak rękawiczki i pragnął spłodzić legalnego syna - zmarł na Wawelu w Krakowie 5 listopada 1370 r. w wieku 60 lat. Był jednym z największych polskich monarchów, który z rozbitego i podzielonego kraju, uczynił europejskie mocarstwo, które w czterdzieści lat po jego śmierci rozbiło w proch i w pył całą potęgę Zakonu Krzyżackiego - najpotężniejszej ówcześnie siły zbrojnej chrześcijańskiej Europy. Jednocześnie, co należy podkreślić - Kazmierz był pierwszym władcą, który zdecydowanie i konsekwentnie obrał kierunek ekspansji na Wschód, przyłączając Ruś Halicką z Lwowem, Podole, księstwa bełskie i włodzimierskie i nawiązując pierwszy historyczny sojusz z Litwą, kładąc podwaliny pod przyszłą potęgę Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów. I za to jestem mu wdzięczny.



 

 
 
 
 
CDN.
  

niedziela, 30 września 2018

KRZYSZTOF KOLUMB BYŁ... POLAKIEM?! - Cz. I

"NIEKTÓRE ZMYŚLENIA SĄ O TYLE

CENNIEJSZE OD FAKTÓW, 

ŻE SĄ PRAWDZIWE"

JOHN BARTH

 


W 1584 r. przedstawiciele rodów Fraguedo i Baretto, przekazali królowi Hiszpanii i Portugalii - Filipowi II Habsburgowi specjalny dokument, określający historię początku szlachectwa ich rodu. W dokumencie tym było zapisane, iż członkowie owych rodów, wywodzą się bezpośrednio od człowieka o imieniu Henrique Alemco (Henryk Niemiec). Tam było również wyjaśnione, kim właściwie był ów człowiek, który kazał nazywać się Henrykiem Niemcem. Miał to bowiem być król Polski, Węgier, Chorwacji (i tytularny władca Litwy, choć realnie Litwą władał jego młodszy brat - Kazimierz, jako wielki książę) - Władysław III z dynastii Jagiellonów (zwany też Warneńczykiem). Dokument ten był bardzo ważnym dowodem szlachectwa wyżej wspomnianych rodów i ich królewskiego pochodzenia, które król Filip II uznał. Jak to jednak możliwe, aby władca państwa, leżącego w Europie Środkowo-Wschodniej, stał się ojcem rodów pochodzących z... Portugalii, czyli kraju niemającego praktycznie nic wspólnego z państwami którymi władał ich założyciel? Mało tego, w dokumencie z 1584 r. przedstawiciele rodów Fraguedo i Baretto twierdzą iż są także spokrewnieni z odkrywcą kontynentu amerykańskiego - Krzysztofem Kolumbem. Nie byli jednak bezpośrednimi potomkami Kolumba, a potomkami jego siostry - seniory Barbary Henriques Alemco (lub Alemao).

Ktoś zapyta - czy to może być prawdą, aby Krzysztof Kolumb nie był tym, za którego oficjalnie się go uważa? Czy to możliwe, aby był zupełnie kimś innym i nie miał żadnych związków nie tylko z Genuą, ale również z Włochami? Odpowiem krótko - oczywiście, tym bardziej że nawet nazwisko "Kolumb", jest... nieprawdziwe i nie było używane w czasach, gdy ów człowiek odkrywał Amerykę. Tak naprawdę nazwisko Kolumb wzięło się... przez przypadek - nie wiadomo tylko czy był to zwykły błąd w druku, czy też celowe działanie pewnego człowieka, ale ów przekręt utrwalił się w historii po dziś dzień i wszyscy (w tym ja sam oczywiście, gdyż tak najłatwiej) posługujemy się tym fałszywym nazwiskiem człowieka, który ponownie odkrył dla Europy Amerykę (tę samą Amerykę, w której potem tak bardzo nudzili się wszelkiej maści gubernatorzy i zarządcy kolonialni - hiszpańscy, portugalscy, francuscy czy angielscy, pisząc listy do swych przełożonych, aby poprosili królów o możliwość opuszczenia przez nich tego "nudnego świata" i powrotu do Europy. Zresztą nie można się temu dziwić, skoro każdy kolejny dzień był podobny do poprzedniego a jedyną atrakcją było po prostu chędożenie lokalnych Indianek lub murzyńskich niewolnic).

Nazwisko "Kolumb", a raczej "Colom", po raz pierwszy pojawiło się bowiem w pierwszej połowie 1493 r., gdy kataloński drukarz w Barcelonie - Pedro Posa, zamieścił list Kolumba z 4 marca 1493 r. wysłany do władców Hiszpanii - Izabelli I Kastylijskiej i Ferdynanda II Aragońskiego, którzy sfinansowali całą tę jego badawczą podróż "do Indii". W liście tym informował króla i królową, że odkrył nowy ląd (ale leżący w pobliżu owych Indii, do których miał znaleźć krótszą trasę). Pomyłka (?) Pedro Posy, miała również swoją niefortunną kontynuację, jako że, gdy list ów dotarł do Rzymu (1494 r.), wydrukowano go ponownie dla papieża Aleksandra VI (czyli sławnego Rodrigo Borgii), tym razem ze wstępem biskupa Monte Peloso, który użył już nazwiska "Colombo" (po łacinie: "Columbus"), i tak właśnie narodził się nam ktoś zupełnie nowy - Krzysztof Kolumb, który nawet nie zdawał sobie sprawy iż jego nazwisko zostało zmienione.  Kolumb bowiem, gdy wyruszał odkrywać krótszą drogę do Indii, nosił nazwisko Colon. Problem jednak polegał na tym, iż po pierwsze nazwisko to nic nie mówiło takiemu kastylijskiemu drukarzowi, jak Pedro Posa, a już zmiana jednej literki "n" na "m" spowodowało kolosalną różnicę. Bowiem colom - w języku kastylijskim oznaczał gołębia (to samo w języku włoskim znaczy słowo colombo). A skoro Kolumb pisał o odkryciu nowego lądu, to tak, jakby zwiastował dobrą nowinę w stylu biblijnego gołębia, który przyniósł Noemu i jego rodzinie nadzieję na ocalenie. Po drugie zaś i najważniejsze w tym wszystkim - również nazwisko "Colon" nie było prawdziwym nazwiskiem Krzysztofa Kolumba.




Zaczął się bowiem nim posługiwać trochę w dziwnych okolicznościach, dopiero w 1488 r. (być może wcześniej, ale dopiero w tym roku po raz pierwszy użył go w korespondencji z królem Portugalii - Janem II z dynastii Aviz), gdy już od trzech lat mieszkał w Hiszpanii (Kastylia). Mało tego, zmienił również imię, jako że "Christophorus" nie było jego właściwym imieniem. Jakie zatem było jego prawdziwe imię i nazwisko i dlaczego je zmienił? Krzysztof Kolumb urodził się oficjalnie w roku 1451 (data narodzin także jest z pewnością nieprawdziwa i należy ją przesunąć o kilka lat, najprawdopodobniej realnym rokiem narodzin Kolumba, był 1454. Takie przypadki w historii są znane i były już wielokrotnie praktykowane, np. rok urodzin Józefa Stalina - oficjalnie był przedstawiany jako 1879, podczas gdy realnie narodził się on w 1878 r.). Przyszedł na świat jako syn Henryka Alemco i jego żony seniory Annes, szlachcianką z Algarve. i nadano mu imię Sigismundo Henriques Alemco. Przez pierwsze trzydzieści lat swojego życia występował pod tym imieniem (wówczas był nieznanym szlachetką, który niczym jeszcze się nie wsławił). W wieku ok. 15 lat poślubił portugalską arystokratkę, której rodzina należała do zakonu rycerskiego Ordem Santiago de Espada. Gdyby Kolumb był (jak chcą zwolennicy oficjalnej narracji) zwykłym plebejuszem, pochodzącym z rodziny tkaczy, ojciec Filipy Montez nigdy by nie zezwolił na jego ślub ze swoją córką. Musiał więc Kolumb odznaczać się szlacheckim pochodzeniem.

Oczywiście istniały najróżniejsze mezalianse, jak choćby małżeństwa szlachcianek z chłopami - w drugą stronę to raczej nie następowało, jako że szlachcic nie musiał się z chłopką żenić, aby móc ją... chędożyć - ale były to wyjątki niemile widziane w tzw.: towarzystwie - nic więc dziwnego że pewna polska szlachcianka, która wyszła za chłopa, gdy wybierała się z mężem do miasta, to sama jechała konno (lub powozem), a małżonkowi kazała... za sobą biec, by wszyscy widzieli że pomimo małżeństwa, jest między nimi wyraźna różnica urodzenia. Śmieszą mnie zresztą te wszystkie filmy, które pokazują że pomiędzy dobrze urodzonymi arystokratami czy szlachcicami a chłopami czy nawet mieszczanami, nie było w zasadzie żadnej różnicy i prócz pozycji oraz pieniędzy nic ich nie różniło. Przykładem niech będzie tutaj "Robin Hood" Riddley'a Scott'a z 2010 r. z główną rolą Russela Crowe. Tam jest pokazane, że jakiś wieśniak (Crow) podszywa się pod szlachetnie urodzonego Robina Logstride i zaczyna żyć jego życiem - i wszystko jest ok. wygłasza nawet jakieś republikańskie przemowy, nawołujące ludzi do równości itd. itp. Piękna bajka, zupełnie nie mająca i nie mogąca mieć nic wspólnego z rzeczywistością. Gdyby bowiem realnie jakiś wieśniak podszył się pod szlachetnie urodzonego rycerza, to bardzo szybko... zostałby powieszony, gdyż wpadłby przy pierwszym spotkaniu. Taki rycerz bowiem musiał mieć kontakty, znajomych, przyjaciół i rodzinę którzy go znali - a nawet jeśli ich nie posiadał (co jest byłoby niemożliwe w średniowieczu), to oszusta szybko zdradziłyby maniery i zachowanie. Różnica pomiędzy szlachcicami a pospólstwem w średniowieczu była ogromna i była widoczna gołym okiem. Poza tym taki ktoś nie miałby pojęcia jak posługiwać się bronią (mieczem, tarczą lub oszczepem) i mógłby co najwyżej pchnąć kogoś nożem, a to i tak tylko wówczas, gdy tamten był nieprzygotowany na atak.






W 1485 r. Kolumb wyjeżdża do Kastylii, oficjalnie z powodu niechęci króla Portugalii w kwestii jego planów odnalezienia drogi do Indii, płynąc cały czas na zachód. Realnie jednak jego cel jest inny. Prawdopodobnie Kolumb zmienił imię i nazwisko, po to, aby sprzedać na dworze w Toledo bajeczkę jako to król Portugalii jest niewdzięczny, bo nie chce sfinansować jego nowatorskich planów odkrycia lepszej i bezpieczniejszej drogi do Indii, niż opływając Afrykę. W Toledo królowej Izabeli I Kastylijskiej i jej małżonkowi królowi Ferdynandowi II Aragońskiemu, przedstawia się jako Christophorus Colon, któremu król Portugalii - Jan II, odmówił zorganizowania wprawy odkrywczej na Zachód w drodze do Indii. W Toledo także większość dworzan królowej puka się w czoło mówiąc: "idiota", on chce płynąć na zachód, aby dotrzeć na wschód. Nawet ci, którzy zakładają że Ziemia może być kulista, nie wierzą iż płynięcie cały czas na zachód, pomoże szybciej dotrzeć do Indii, niż opływając Afrykę. Nic dziwnego że przez długie siedem lat Kolumb nie może dopiąć swego i przekonać władców Hiszpanii do swoich planów. Notabene, planów zapewne celowo wprowadzających w błąd, jako że sam z pewnością nie wierzy, iż mógłby dotrzeć do Indii szybciej, niż opływając Afrykę, ale przecież nie oto chodzi. Spójrzmy, Kolumb siedzi w Kastylii całe siedem lat, ciągle próbując przekonać do swego planu najwyższe władze. Niepowodzenia wcale go nie zniechęcają (a odmowa króla Portugalii spowodowała że od razu wyjechał do Kastylii). 

W rzeczywistości cel Kolumba jest bardzo prosty, ma on odwieść Hiszpanów od próby dotarcia do Indii, opływając Afrykę, jako że (dzięki źródłom starożytnym), większość żeglarzy uważa iż jest to możliwe i mają rację. Wie dobrze o tym król Portugalii, który chce przed Hiszpanami dotrzeć do Indii, opływając Afrykę, wysyła więc do Kastylii swojego człowieka - Christophorusa Colona, aby namówił on królową do sfinansowania durnej ekspedycji na zachód, która nie tylko znacznie wydłuży całą podróż, ale prawdopodobnie będzie musiała zawrócić (gdy się np. okaże że dotarli na... "kres świata"). Ekspedycja Kolumba do Hiszpanii, była więc zwyczajnym działaniem pod fałszywą flagą i jawną dezinformacją, mającą doprowadzić Hiszpanów właśnie na "kres świata" (a taka podróż była niesłychanie kosztowana i gdyby się okazało że nie odnaleziono drogi do Indii i zawrócono z niczym, to byłaby totalna wtopa o zasięgu międzynarodowym). Tym bardziej że istnieją listy w których Kolumb koresponduje z Janem II i ten nazywa go: "naszym specjalnym przyjacielem w Sewilli". Siedem lat Kolumb starał się u królowej Izabeli i jej dworu o realizację utopijnego planu "zachodniego szlaku do Indii", siedem lat, aż wreszcie dopiął swego po euforii, jaka nastąpiła w Hiszpanii po kapitulacji i ostatecznym upadku Emiratu Grenady, kadłubowego muzułmańskiego państewka na rubieżach kontynentu iberyjskiego, które kontynuowało tradycje Emiratu i potem Kalifatu Kordoby (notabene, na w dużej mierze rządzonym przez słowiańskich niewolników, którzy zdobyli tam znaczną pozycję i objęli nawet władzę nad poszczególnymi regionami). Emirat przestaje istnieć, muzułmanie po 781-latach obecności w Hiszpanii, przestają być ludnością panującą (wkrótce zostaną na siłę zmuszeni do przyjęcia chrztu przez kardynała Francisco Jimenez de Cisneros w 1500 r.), emir po kapitulacji ucieknie do Maroka (aby umrzeć w muzułmańskiej ziemi) i na fali tej euforii wreszcie królowa Izabela zgadza się sfinansować wyprawę Kolumba na zachód i wtedy cała afera dopiero się zaczyna.  


 UPADEK  EMIRATU GRENADY
1492 r.





ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND

NEVER WILL APPLY TO POLAND



 CDN.