Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą INDIANIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą INDIANIE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 maja 2025

AMERICAN STORY - Cz. X

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





JAMESTOWN 
(Jak wyglądało tam życie 400 lat temu)
Cz. II





 Pocahontas została uprowadzona i była przetrzymywana dopóty, dopóki jej ojciec, wódz Indian Powhatan nie zgodził się na pokój z osadnikami. Pokój został przypieczętowany oficjalnym małżeństwem Pocahontas z jednym z osadników z Jamestown, plantatorem tytoniu (tytoń będzie bardzo ważny w tej opowieści, gdyż w kolejnych latach osadnicy z Jamestown kupowali sobie żony, płacąc za nie właśnie tytoniem) Johnem Rolfe'm, do którego doszło w kwietniu roku 1614. A już w styczniu 1615 Pocahontas powiła syna - Thomasa Rolfe'a. Wielkim problemem dla kolonistów z Jamestown był brak w osadzie kobiet. Trudno też się dziwić że perspektywa wyjazdu do odległego i dzikiego kraju - a w zasadzie na inny kontynent - gdzie trzeba w ciężkich warunkach zaczynać życie od nowa, nie mogła być atrakcyjna dla żadnej kobiety. Co prawda pierwsze dwie kobiety zjawiły się w osadzie już w roku 1608 (czyli zaledwie rok po założeniu Jamestown), były to pani Forrest i jej służąca Anna Burras, ale o ich dalszych losach niewiele wiemy, choć przetrwały one wielki głód zimą 1609 r. Od tego czasu do osady przybywali jedynie mężczyźni, ku ogromnemu żalowi osadników. Na czele Kompanii Londyńskiej (która była głównym udziałowcem i pomysłodawcą założenia osady w Jamestown) stał w Londynie sir Thomas Smythe. Ale jego rządy nad firmą były kompletną klapą, osada nie przynosiła żadnych dochodów, a tylko generowała koszty (nic dziwnego że król Hiszpanii Filip III wstrzymywał się od planów ataku na Jamestown, gdyż informatorzy donosili mu że stan kolonistów jest opłakany i wkrótce wszyscy oni sami pozjadają się z głodu {a do przypadków kanibalizmu dochodziło już w trakcie wielkiego głodu w osadzie}, albo pomrą na choroby, albo też wybiją ich Indianie). Smythe niczego nie uczynił aby poprawić życie osadników, ale też i za bardzo nie wiedział jak to zrobić. Co prawda w roku 1612 wydano trzecią kartę, (poprzednie wydawano w latach 1606 i 1609) znacznie zwiększające uprawnienia rady osady. Rządzący realnie Jamestown Thomas Dale (realnie, gdyż mianowany gubernatorem Thomas West, baron De La Warr, odpłynął stąd już w marcu 1611 - o czym było w poprzedniej części - chociaż aż do swej śmierci w 1618 r. uważał się za pełnoprawnego gubernatora osady. Natomiast inny mianowany gubernator - Thomas Gates, praktycznie nie wtrącał się do zarządu osadą). Teraz zawarto co prawda pokój z Indianami Powhatan, ale wciąż brakowało w osadzie zarówno kobiet, jak i wykwalifikowanych rzemieślników.

Tymi drugimi byli bez wątpienia sami Polacy, których liczba zaczęła wzrastać, gdyż Smythe pod tym względem jednak się wykazał. Przed rokiem 1619 przybyły trzy duże transporty Polaków do Jamestown (w 1608, 1610 i 1616). To właśnie oni założyli pierwsze manufaktury w mieście, to oni wyrabiali szkło i mydło (szczególnie szkło było bardzo pożądane i mogło zadecydować o przetrwaniu osady, gdyż wykonywane przez Polaków m.in. szklane koraliki następnie sprzedawano Indianom w zamian za żywność). W 1610 r. do osady przybył polski lekarz - Laurencjusz Bohun (zginął w 1620 r. walcząc z Hiszpanami na jednym ze statków osadników z Jamestown). Mimo to Polacy nadal byli ludźmi drugiej kategorii, byli wręcz traktowani jako - w najlepszym przypadku - pracownicy sezonowi, którzy mieli podpisane kontrakt na kilka lat (z reguły na 10), ale i tak większość została tam później na stałe. Nie mieli prawa głosu, nie mogli uczestniczyć w składzie 13-osobowej rady miejskiej, natomiast całe życie przemysłowe jak i gospodarcze osady spoczywało w ich rękach i przez pierwsze 11 lat byli pogodzeni ze swym losem (jako że w umowie którą podpisali, stało jasno że nie mogą się zbuntować). W każdym razie w latach 1610 i 1616 przybyli nowi rzemieślnicy z Polski, o nazwiskach takich jak: Tomasz Miętus że Lwowa, Karol Źrenica, Ignacy Machowski, Jan Kulawy, Gwidon Stójka, Herman Kromka, Mateusz Gramza, Michał Korczewski, Eustachy Miciński, Włodzimierz Terlecki, Mikołaj Syryński i Jan Pargo. Przybył nawet pewien porucznik, wywodzący się z arystokratycznej rodziny Potockich, którego Anglicy nazywali "Puttocke" (tak jak dzisiaj w niemieckich mediach o Karolu Nawrockim można przeczytać że to jest Karol "Nawroki" 🤭). Ich praca była kluczowa dla przetrwania osady Jamestown i w jakiś czas potem pozostali osadnicy się o tym przekonali. Zresztą nie tylko manufaktury w osadzie były w rękach Polaków, również pierwsze studnie to właśnie oni tam wykopali. Potem studnie stały praktycznie przy każdym domu wbudowanym w Jamestown (w czasie przeprowadzanych wykopalisk archeologicznych latem 1934 r. w jednej ze studni w Jamestown znaleziono ludzką lewą nogę i lewą połowę miednicy). Większość domów w osadzie miała również szyby w oknach (również dzięki Polakom), choć nie wszyscy, im bowiem biedniejszy dom, tym mieszkańców nie było stać na taki luksus. Warto też powiedzieć gdzie w mieście wyrzucano śmieci, bo jakieś miejsce przecież musiało być, nie wszystko bowiem można było wrzucić do rzeki Jakuba. Otóż po prostu wykopywano w ziemi doły i tam wrzucano śmieci, ale takie Doły kopano przede wszystkim przy manufakturach jako miejsce składowania gruzu i gliny ceramicznej, ale podczas wykopalisk archeologicznych z roku 1955 znaleziono w takim dole również dobrze zachowany kordelas (broń ręczna, nieco podobna do szabli), rapier, a także potłuczone gliniane, ceramiczne i szklane naczynia.




1616 r. Pocahontas, John Rolfe' i ich synek Thomas udali się w podróż do Anglii, gdzie młoda indiańska dziewczyna była pokazywana jako przykład "cywilizowanego dzikusa". Ubrano ją w suknie i wzięła udział w maskaradzie, zorganizowanej przez króla Jakuba I w pałacu Whitehall. Jednak gdy zamierzali oni powrócić do Wirginii, Pocahontas nagle zmarła - marzec 1617 r. (nie są znane przyczyny i jej zgonu). Miała zaledwie 20, może 21 lat. Pozostawiła po sobie jednak syna Thomasa, który przeżył lat 65 i był wnukiem wodza plemienia Powhatan - Wahunsunakoka. Natomiast przewodniczący Kompanii Londyńskiej, sir Thomas Smythe starał się pobudzić rozwój osady Jamestown, ale nijak mu to nie wychodziło. Zdał sobie sprawę, że problem leży w zbiorowej własności gruntów, gdyż to co wspólne, jest tak naprawdę... niczyje. Postanowił więc zmienić wspólnotową formę własności na prywatną własność ziemską i ogłosił że każdy, kto przetransportuje do Jamestown choć jedną osobę więcej, otrzyma 50 akrów ziemi na własność. Niestety stary Smythe był utożsamiany z polityką kryzysu, głodu i porażek jakie odnotowali ci, którzy wyłożyli pieniądze na zorganizowanie osady w Jamestown. Dlatego też musiał zrobić miejsce młodszym i w 1618 r. zastąpił go sir Edwin Sandys. To właśnie on zaczął realnie wdrażać w życie prawo własności ziemi, opracowane w ostatnich miesiącach urzędowania Thomasa Smythe'a (notabene jak można było pomyśleć że wspólna własność jest lepsza od własności prywatnej? Przecież każdy człowiek jest tak zbudowany, że lubi mieć coś na własność, coś swojego, wtedy lepiej o to dba i bardziej się do tego przykłada. Natomiast jak coś jest wspólne, to tak naprawdę jest niczyje, czyli można to albo ukraść, albo też czerpać z tego do chwili, aż się nie zużyje). To również właśnie Sandys postanowił wreszcie rozwiązać problem braku kobiet w osadzie Jamestown. W 1619 r. osada Jamestown liczyła 1000 ludzi, (w tym ok. 50 Polaków) z czego kobiety były zaledwie dwie (przepraszam napisałem "kilkanaście" - pomyłka i mój błąd, daty mi się pomyliły 😉). Ten problem należało czym prędzej rozwiązać i temu zadaniu podjął się właśnie nowy przewodniczący Kompani Londyńskiej - Edwin Sandys. Wpadł bowiem na pomysł że każdy mężczyzna - który chce mieć narzeczoną, a następnie żonę - musi za nią zapłacić, a ponieważ jedynym cennym środkiem płatniczym dostępnym praktycznie wszystkim osadnikom w Jamestown był tytoń, dlatego też płacono tytoniem i stąd kobiety - które następnie przypłynęły do osady - nazywano "żonami tytoniowymi".




Koszt sprowadzenia sobie żony do osady wynosił na początku 120 funtów tytoniu, potem wzrósł do 150 funtów. Osadnicy swoje wymarzone partnerki poznawali listownie, pisząc listy (jeżeli umieli pisać, jeśli nie korzystano z pomocy skrybów, którzy za odpowiednią dopłatę mogli nieco podkoloryzować opis kandydata na przyszłego małżonka). Te listy następnie wysyłano do Anglii i tam - za sprawą rozwiniętej przez Sandys'a "akcji promocyjnej" - prezentowano je ewentualnym chętnym do podróży kandydatkom do ożenku. Aby namówić kobiety do podróży (często niebezpiecznej), Sandys zaproponował im nie tylko darmowy transport (za podróż płacili koloniści), ale również odzież i podstawowe sprzęty gospodarstwa domowego. Na miejscu mogły też sobie wybrać partnera jakiego chciały (choć w rzeczywistości ich wybór był bardzo ograniczony). W Anglii było wiele młodych kobiet które nie mogły liczyć na zbyt dobre zamążpójście, a co za tym idzie na lepsze życie, dlatego część z nich zdecydowała się na podróż do Nowego Świata. Nie wszystkie jednak były chętne do tak niebezpiecznej przygody, większość wolała pozostać w kraju i tutaj poszukać sobie męża. Ostatecznie zebrano więc grupę zaledwie 90 kobiet w wieku od 15 do 28 lat, które wiosną 1620 r. wyruszyły po nowe życie do Nowego Świata - Ameryki. Ale nie wyprzedzajmy faktów, bowiem w roku 1619 miały miejsce niezwykle ważne wydarzenia i to nie tylko dla samej osady, ale również dla przyszłych Stanów Zjednoczonych. Oto bowiem w kwietniu 1619 r. nowym gubernatorem Wirginii (a w zasadzie kolonii Jamestown) został sir George Yeardley (który zastąpił na tym stanowisku pełniącego ten urząd od 1617 r. Samuela Agrylla, który to zastąpił Thomasa Dale'a - sprawującego zarząd nad osadą od marca 1611 r.). To właśnie Yeardley 30 lipca 1619 r. zorganizował pierwsze zgromadzenie ustawodawcze mieszkańców Wirginii (Jamestown). Zgromadzenie złożone z gubernatora, 13 radnych i 22 wybranych "burgesów" (wybierano po dwóch kandydatów z 11 istniejących wówczas plantacji Jamestown) odbyło się oczywiście w tamtejszym kościele (pierwszy kościół w Jamestown zbudowano zaraz po założeniu osady w 1607 r. ale spłonął on już w roku następnym. Dopiero ten odbudowany kościół - nadal drewniany, na planie krzyżowym - był miejscem owego zgromadzenia. Notabene tak na marginesie, modlitwy odprawiano w Jamestown dwa razy dziennie: rano i wieczorem).

Tak więc gdy rozpoczęły się obrady pierwszego zgromadzenia Wirginii, okazało się że wśród zasiadających tam delegatów... nie było Polaków, których wszyscy uważali za zwykłych robotników, a tak naprawdę za wyrobników (chociaż już John Smith pisał w swych pamiętnikach że 30 polskich rzemieślników jest bardziej wartościowych niż 1000 angielskich dżentelmenów). Ci, po latach milczenia, wykonywania swojej pracy i nie wychylania się, wreszcie postanowili powiedzieć dość! Zatrzymali pracę wszystkich manufaktur, urządzając pierwszy w dziejach Stanów Zjednoczonych (a tak naprawdę całej Północnej i Południowej Ameryki) strajk. Trwał on tylko dwa dni, ale tak bardzo wystraszył kolonistów, że już 1 sierpnia zgodzili się oni dopuścić do zgromadzenia również polskich delegatów. Mało tego, stworzono wspólne, dwujęzyczne (polsko-angielskie szkoły) w których miano uczyć w tych dwóch językach. Polscy rzemieślnicy w Jamestown otrzymywali również pełne prawa kolonistów i od tej pory mieli być traktowani na równi z innymi. Powiem więcej, ze swymi umiejętnościami wysuwali się wręcz na nową elitę Jamestown. Ostatecznie tak się nie stanie, ale po kolei, do tego również dojdziemy cóż było tego przyczyną. Warto jeszcze powiedzieć o innym doniosłym (dla przyszłych Stanów Zjednoczonych) wydarzeniu, który miał miejsce w roku 1619, a mianowicie w sierpniu tego roku do jamestown przepłynął holenderski statek przywożąc na pokładzie 20 porwanych w Afryce murzyńskich niewolników. Koloniści zakupili ich do pracy i tym samym po raz pierwszy w dziejach  angielskiej Ameryki niewolnictwo czarnoskórych Afrykanów stało się faktem. Latem 1620 r. do Jamestown przybył okręt z 90 pannami na pokładzie i koloniści mogli wreszcie wybrać sobie żony i rozpocząć normalne życie rodzinne. Jednocześnie już wówczas zaczęły tworzyć się większe i mniejsze majątki ziemskie. Więcej akrów (1500) otrzymywali przybyli do Jamestown urzędnicy, kupcy i skarbnicy, nieco mniej (500) lekarze i sekretarze, reszta zaś w zależności od tego jak wywiązała się z prawa Smythe/Sandys'a czyli tyle akrów, ile osób ściągnięto i przewieziono (na własny koszt) do kolonii.


"Wiesz skąd się wzięli murzyni w Ameryce? Handlarze niewolników przywieźli ich z Afryki. A myślisz że to takie proste wysiąść na plaży w Afryce, złapać w siatkę zwinnego, silnego murzyna i wywieźć go za ocean? Oczywiście że nie, udało im się to zrobić, ponieważ łapali tylko takich którzy albo Nie potrafili s********* przed siatką, albo też byli największymi głąbami w plemieniu i wódz sprzedawał ich za paczkę fajek bo i tak nie miałby z nich pożytku" 🤭



Jamestown wciąż się rozrastało, a to nie podobało się okolicznym Indianom Powhatan, tym bardziej że Pocahontas już nie żyła, nie było więc powodów aby utrzymywać pokój. Poza tym w roku 1618 zmarł wódz Wahunsunakok, a następcą został jego rodzony brat Opechankano. Nienawidził on kolonistów, gdyż niszczyli oni tereny łowieckie i stanowili realne zagrożenie dla plemienia, dlatego też przygotowywał się do wielkiego ataku, który miał być realnie eksterminacją wszystkich mieszkańców Jamestown. Taki atak spadł na osadę w marcu 1622 r. i był doprawdy podobny do trąby powietrznej, niszczącej wszystko na swej drodze. W każdym razie bezwzględnie był to największy atak, jaki do tej pory podjęli Indianie na tę osadę od chwili jej założenia, czyli od 15 lat.




CDN.

niedziela, 18 maja 2025

AMERICAN STORY - Cz. IX

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





 Postanowiłem reaktywować tę już nieco zapomnianą serię tematyczną o początkach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Zamierzam ją poprowadzić (oczywiście przy dobrych wiatrach) aż do czasów obecnej prezydentury Donalda Trumpa. Na razie opowiedziałem o powstaniu kolonii Jamestown w roku 1607 i założeniu Wirginii, oraz o przybyciu purytańskich kolonistów z Anglii na statku o nazwie "Mayflower" i założeniu kolonii Plymouth w roku 1620. Teraz skupimy się jeszcze na Jamestown a następnie przeniesiemy się do Nowej Anglii, do Bostonu, który powstał jako jedna z kilku innych kolonii angielskich w rejonie Plymouth



JAMESTOWN 
(Jak wyglądało tam życie 400 lat temu)
Cz. I




 Jamestown, to była pierwsza angielska kolonia w Nowym Świecie (a konkretnie na ziemiach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, bo głównie tego właśnie dotyczy ta seria). Założona 13 mają 1607 r. przez 120 mężczyzn (nie było tam ani jednej kobiety) przybyłych na trzech statkach noszących nazwy: Constant, Godspeed i Discovery, w ramach akcji zasiedlania Nowego Świata przez założoną w roku 1606 przez kilku angielskich dżentelmenów (którym król Jakub I przyznał prawo osiedlania się i kolonizacji na całym obszarze Ameryki leżącym między 34 a 41 stopniem szerokości geograficznej północnej) Kompanię Londyńską. Jakub I jak i większość polityków i przedsiębiorców Królestwa Anglii, zdawała sobie sprawę z postępującej już wówczas hiszpańskiej kolonizacji dzisiejszej Ameryki Łacińskiej, jak również atlantyckich i karaibskich obszarów ziem współczesnych Stanów Zjednoczonych; jak również kolonizacji francuskiej w Ameryce północnej (Acadia, Quebec). Obawiano się więc że Anglia zostanie daleko w tyle za tymi dwoma państwami, a już przecież do kolonialnej eksploracji Ameryki szykowały się i inne kraje europejskie (jak choćby Holandia, czy nawet Szwecja). Po niezwykle owocnym zakończeniu podróży morskiej George'a Weymoutha do ziem Nowej Anglii w 1604, uznano że nadszedł czas aby ponownie rozpocząć zakładanie stałych kolonii w Ameryce (już wcześniej próbowano założyć tam kolonie jeszcze za czasów królowej Elżbiety I, ale los wszystkich angielskich kolonii był dramatyczny, ludność umierała z głodu w ciągu kilku kolejnych miesięcy, gdyż koloniści nastawiali się głównie na poszukiwanie złota, a nie na przetrwanie i gdy tylko kończyły się zapasy przywiezione z Anglii, zaczynał się głód i śmierć - pisałem o tym w poprzednich częściach tej serii). W kwietniu 1606 r. założono więc dwie kompanie, wspomniana wyżej przeze mnie Kompania Londyńska, oraz Kompania Plymouth (która miała zakładać kolonie między 38 a 45 stopniem szerokości geograficznej północnej). Każda z tych kompanii miała kontrolować obszar 50 mil na północ i na południe od pierwotnej osady, oraz 100 mil w głąb morza i 100 mil w głąb lądu. Kolonie te otrzymały królewski przywilej wydobywania złota, srebra i miedzi w Nowym Świecie (król miał otrzymać 1/5 wszystkich tych surowców), a także powołania rady złożonej z 13 przedstawicieli. Przez siedem lat od założenia Kolonii miał nie być pobierane żadne cła importowe, a także kolonistom przyznawano wszystkie prawa i przywileje poddanych króla Anglii. Oczywiście był również punkt w owym przywileju królewskim, w którym zobowiązywano się do nawracania miejscowych pogan na chrześcijaństwo.




Trzy (wymienione wyżej) okręty (wypożyczone przez Kompanię Londyńską od angielskiej Kompanii Moskiewskiej, jako że jedyny okręt tej kompanii "Richard" pod dowództwem Henry'ego Challonsa, został w sierpniu 1606 r przejęty przez flotę hiszpańską u wybrzeży Florydy, a sam Challons przewieziony do Sewilli) pod dowództwem się Christophera Newporta wypłynęły, podążając trasą na Wyspy Kanaryjskie i Indie Zachodnie. U wybrzeży dzisiejszej Wirginii okręty te dostały się w środek burzy, która zagnała je do zatoki Chesapeake. W maju 1607 r. płynąc rzeką Jakuba (nazwaną tak na cześć ich króla), koloniści osiedlili się nie na wyspie (jak początkowo zakładano), lecz na stałym lądzie, na bagiennym półwyspie (co odradzano nawet w instrukcji, którą koloniści mieli przy sobie). 13 maja 1607 r. pierwsi koloniści (którym udało się przeżyć podróż, gdyż 16 spośród 120 zmarło w jej trakcie) postawili stopę na amerykańskiej ziemi. Najpierw odprawiono nabożeństwo dziękczynne, a uczyniono to pod kawałkiem płótna żaglowego. Następnie przystąpiono do budowy osady, którą nazwano (również na cześć króla) Jamestown. Dookoła były nieprzepastne lasy nieznanego kraju, zbudowano więc najpierw drewnianą palisadę otaczającą osadę (na wypadek ataku "dzikusów") i kościół (jako jeden z pierwszych, a prawdopodobnie pierwszy budynek w Jamestown). Oczywiście pierwsze budynki w osadzie były drewniane (jako że tego budulca było pod dostatkiem) i dopiero z biegiem lat pojawiać zaczęły się pierwsze domy budowane z cegły. Otworzono też zapieczętowane instrukcje w których były zapisane nazwiska pierwszych członków 13-osobowej rady, pełniącej funkcję władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, której to przewodniczył prezes. W ciągu miesiąca od założenia kolonii, wybudowano już trójkątny fort otaczający osadę, kościół, magazyn oraz kilka szeregowych domów. W tym czasie Christopher Newport żeglował dalej wzdłuż rzeki Jakuba, aż do dzisiejszego Richmond. Podejmowano też eksploracje lądowe (głównie związane z poszukiwaniem złota, srebra i miedzi) w których m.in. uczestniczył John Smith. Podczas jednej z takich eskapad zasnął on zmęczony pod drzewem, a gdy się obudził, zobaczył nad sobą kilka indiańskich kobiet, które mu się przyglądały. W swych pamiętnikach zanotował że były prawie nagie i zaczęły się do niego przymilać pytając (oczywiście w swoim języku który on potem - dzięki Pocahontas - poznał) "czy mnie chcesz?", "czy mnie kochasz?" Odrzucił ich amory (dziwne, skoro w osadzie nie było kobiet. Może te opowieści były po prostu wytworami jego erotycznych fantazji?). Innym znowu razem Smith wpadł w zasadzkę i został przyprowadzony do wodza miejscowych Indian plemienia Powhatan - Wahunsunakoka (Anglicy nazywali go po prostu Powhatanem od nazwy plemienia). Miał zostać stracony (poprzez rozłupanie mu czaszki maczugą). Ale wówczas wstawiła się za Smithem Pocahontas, córka Wahunsunakoka, ratując mu życie.




Obszar na którym założono kolonię jamestown, Hiszpanie nazywali krajem Axacan, a nieopodal mieściła się hiszpańska misja jezuicka, założona w 1570 r. Badając wybrzeże rzeki Jakuba, spodziewali się koloniści znaleźć drogę do Chin, a być może nawet do Indii, gdyż wówczas sądzono w Europie że ten obszar Ameryki może prowadzić właśnie do Chin. Oczywiście nie znaleziono ani drogi do Chin, ani do Indii, ani też złota czy srebra - tak wyczekiwanego przez kolonistów. Znaleziono zaś nieprzepastne lasy i wrogich Indian, którzy już w czerwcu 1607 r. dokonali pierwszego ataku na osadę. Co prawda została ona odparta, ale koloniści musieli teraz mieć się na baczności i nie mogli sobie pozwolić na tak częste wypady poza osadę, jak wcześniej. W lipcu Christopher Newport wypłynął do Anglii, zabierając ze sobą kilka bezwartościowych skał (w których - jak sądził - znajdowało się złoto). Po jego wyjeździe koloniści zaczęli coraz bardziej cierpieć głód, gdyż zapasy żywności malały (a nikt nic nie uprawiał, wypady zaś poza osadę były coraz rzadsze, ze względu na częste ataki Indian Powhatan). Pojawiła się też malaria, na którą zapadło kilkudziesięciu kolonistów. Coraz więcej ludzi umierało czy to z głodu, czy to z powodu chorób, gdyż racje żywnościowe były ciągle zmniejszane - co bardzo nie podobało się kolonistom. Najgorsza była zima 1607-1608 r. która pochłonęła kolejne ofiary. Rządzący kolonią pierwszy przewodniczący rady - Edward Maria Winkfield, został usunięty ze stanowiska przy wyraźnym niezadowoleniu mieszkańców osady (dochodziło do częstych kłótni między nim, a wymienionym wyżej kapitanem Johnem Smithem). Przewodniczącym rady wybrano teraz Smitha, jako że udało mu się (dzięki zapewne znajomościom z Pocahontas), uzyskać od Indian nieco jedzenia, przez co  osada mogła przetrwać zimę. Ale gdy w styczniu 1608 r. z Anglii przypłynął Newport, w Jamestown zostało już tylko 40 kolonistów. Sytuacja była dramatyczna, osada (podobnie jak wcześniejsze angielskie kolonie w Ameryce) skazana była na wymarcie, a nie minął nawet rok od założenia Jamestown. 




Ci, którzy przybyli z Newportem do osady, nie wnosili tak naprawdę niczego dobrego do życia mieszkańców, oni bowiem również Nie potrafili ani nic hodować, ani też nic wytwarzać, a przybyli głównie z myślą o zdobyciu złota (zupełnie tak jak pierwsi koloniści). Tymczasem w Londynie akcjonariusze Kompanii Londyńskiej zaczęli namawiać kolejnych śmiałków do wypłynięcia do Ameryki. Słysząc od Newporta o trudnym położeniu kolonistów i obawiając się że osada może podzielić los chociażby tej z Roanoke (o której pisałem w poprzednich części tej serii), postanowili oni zatrudnić ludzi, którzy mieli pojęcie nie tylko o sadzeniu warzyw (co było podstawą przetrwania), ale również posiadali fach rzemieślniczy. Skontaktowali się więc z Michałem Łowickim polskim szlachcicem z Gdańska zajmującym się handlem i mieszkającym w Londynie. Zaproponowano mu ściągnięcie do Jamestown fachowców rzemieślników, oferując bliżej nieznane pieniądze za ich ściągnięcie. Łowicki - mając dobre kontakty w Gdańsku - popłynął tam i udało mu się przekonać do podróży za ocean kilku pracujących w stoczni gdańskiej fachowców. Ludzie ci potrafili wytwarzać smołę, zajmować się obróbką drewna i wypalać węgiel drzewny, tak potrzebny do produkcji zarówno mydła jak i szkła. Byli to w większości młodzi ludzie którym przedstawiono wizję wspaniałej przygody w odległym kraju, co spowodowało że podpisali wybitnie niekorzystną dla nich umowę, zobligującą ich do pracy w kolonii praktycznie tylko za wyżywienie i  zamieszkanie. Nie mogli też się zbuntować przez co najmniej 10 lat, nie mogli też zerwać tej umowy. Dziś znamy nazwiska owych Polaków, którzy w październiku 1608 r. na pokładzie angielskiego statku "Mary and Margaret" przypłynęli do kolonii Jamestown, a byli to: Stanisław Sadowski, Zbigniew Stefański, Jan Bogdan i Jur Mata. Towarzyszył im również Michał Łowicki. Po przybyciu do kolonii szybko pobudowali sobie domy, zbudowali piece do wyrobu szkła (zakładając pierwszą w Jamestown manufakturę szkła i w ogóle pierwszy zakład produkcyjny). Wkrótce też odkryli źródło pitnej wody, ale te wszystkie sukcesy nie przekładały się w żaden sposób na ich pozycję społeczną w osadzie. Ze względu na wybitnie niekorzystną umowę jaką podpisali z Kompanią Londyńską, a także ze względu na fakt że nie byli Anglikami i mówili w obcym języku, byli traktowani jako ludzie drugiej kategorii.




Jedynie rządzące wówczas kolonią John Smith miał z Polakami nieco lepsze kontakty, a to ze względu na fakt, że po pierwsze nieco rozumiał język polski, a po drugie poznał Polaków, gby kilka lat wcześniej służył w armii habsburskiej walcząc z Turkami na Węgrzech. Jako młody chłopak (urodził się w 1580 r.) w jednym z pojedynków pokonał trzech tureckich żołnierzy, za co przez księcia siedmiogrodu Zygmunta Batorego został wyniesiony do szlachectwa (Smith urodził się bowiem w Willoughby w rodzinie kupieckiej) i otrzymał herb trzech tureckich głów. Potem jednak w jednym ze starć dostał się do tureckiej niewoli i został sprzedany jako niewolnik tureckiemu paszy i w żelaznej obroży na szyi musiał wykonywać ciężkie prace na roli. Zdołał jednak stamtąd uciec i tułając się przez Bułgarię, Wołoszczyznę i Mołdawię, dotarł na ziemie Rzeczpospolitej. Tam poznał Polaków, a szczególnie polskich rzemieślników i potem wypowiadał się o nich zawsze w samych superlatywach. Jednak w Jamestown (pomimo sympatii Smitha) Polacy mieli gorszą pozycję niż Anglicy. Przekładało się to również na ich zachowanie względem angielskich kolonistów, którym bardzo niechętnie (a często w ogóle) nie udzielali wytworów swojej pracy. Ponieważ oprócz pracy jako rzemieślnicy, polscy koloniści w Jamestown założyli własny ogródek, gdzie hodowali pomidory, marchew, sałatę i kilka innych warzyw. Dzięki temu, gdy Anglicy umierali z głodu, Polacy mieli co jeść (chociaż Smith polecił im podzielić się częścią tych płodów, aczkolwiek czynili to bardzo niechętnie i rzadko). John Smith miał dla Polaków jeszcze jedną sympatię, gdy podczas ataku Indian Powhatan ocalili mu życie. Nie mogę liczyć jednak na wsparcie Polaków, zmusił angielskich kolonistów aby łowili ryby, zbierali ostrygi, a jednemu nawet polecił aby udał się do Indian i żył tam z nimi jak jeden z nich, dzięki czemu od czasu do czasu dostawał od nich coś do jedzenia dla kolonistów z osady. W lipcu 1609 r do Jamestown przybył z Anglii statek z zaopatrzeniem pod dowództwem Samuela Argalla. Oprócz żywności i wody pitnej przywiózł on również wiadomość o cofnięciu karty z 1606 r. i powołaniu nowej. Przywilej królewski Kompanii Londyńskiej z roku 1609 mówił, że koloniści otrzymują na własność ziemię 200 mil na północ i na południe od osady, a także stronę morza i w stronę lądu. Otrzymał także prawo zasiedlenia wysp 100 mil od wybrzeża. Rząd stanowiła również 13-osobowa rada, która  otrzymywała przywilej powoływania własnych urzędników. Akcjonariuszami nowej Kompanii Londyńskiej było 56 cechów Londynu i 659 osób prywatnych, wśród których znalazło się 21 parów, 96 szlachciców, 53 kapitanów i 11 robotników.

Gdy wiosną 1609 r John Smith przypadkowo zranił się bardzo poważnie, musiał niestety opuścić kolonię i wrócić do Anglii na statku kapitana Christophera Newporta, który w czerwcu 1609 r. wypłynął z Anglii w drogę powrotną wraz z nowym gubernatorem się Thomasem Gatesem i ok. 500 nowych kolonistów. Po dwumiesięcznej podróży przez ocean, w sierpniu 1609 r. okręty dotarły do Jamestown, a na pokładzie pozostało zaledwie 400 kolonistów (reszta zmarła w trakcie ciężkiej podróży). Dotarło tam tylko część okrętów, ale główny, ten na którym płynął nowy gubernator - osiadł na mieliźnie na Bermudach i aż do maja 1610 r. Thomas Gates nie przybył do Jamestown. Gdy zaś już mu się to udało, zastał kolonię ponownie w tragicznym położeniu. Wielu z nowych kolonistów nabawiło się już w Ameryce kolejnych chorób (głównie malarii), a poza tym jak zwykle głód, głód i jeszcze raz... śmierć. Nowych grobów w kolonii przybywało szybciej, niż nowych kolonistów. Paradoksalnie o ile społeczność angielska topniała, o tyle społeczność polska w Jamestown... rosła. Widząc jednak opłakany stan kolonistów angielskich, gubernator Gates zdecydował się zawrócić do Anglii, ale gdy tylko wyruszył w dół rzeki Jakuba, napotkał statek z informacją że oto płynie z Anglii Thomas West, baron De La Warr (Delaware) z zaopatrzeniem i 150 nowymi kolonistami. Czas jaki De La Warr spędził w Jamestown (sierpień 1610 - marzec 1611) był okresem, w którym realnie to on rządził kolonią, a nie Gates. W tym czasie doszło też do kilku hiszpańskich podjazdów, co wywołało wśród angielskich osadników przerażenie. Pierwszą próbę zdobycia osady Jamestown podjęli Hiszpanie jeszcze w 1609 r. gdy w lipcu tego roku kapitan Ecija - dowódca fortu w St. Augustine (założonego na Florydzie w 1565 r.) wpłynął do zatoki Chesapeake. Uznał on jednak wówczas że fort jest zbyt dobrze umocniony aby zdołał go zdobyć jeden okręt i odpłynął. Ecija zobowiązał jednak lokalne plemiona indiańskie aby nieustannie szpiegowały i atakowały angielskich kolonistów z Jamestown. To samo polecił Indianom gubernator hiszpańskiej Florydy - Ybarra. Atak Indian zimą 1610 r. był jednym z największych szturmów indiańskich na osadę i choć zakończył się odparciem czerwonoskórych, to jednak zginęło wówczas wielu kolonistów. Latem 1611 r. kilka hiszpańskich okrętów znów pojawiło się w w zatoce Chesapeake. Doszło do niewielkich starć, ale poza schwytaniem kilku ludzi (po jednej i drugiej stronie) niczym więcej ten atak się nie zakończył. Hiszpański ambasador w Londynie Zúñiga, w listach do króla Filipa III radził mu przedsięwziąć większą wyprawę zbrojną i zdobyć Jamestown, likwidując tę "angielską zadrę" w kraju Axacan. Filip jednak nie chciał tego uczynić, jako że liczył na sojusz z Anglią przeciwko Niderlandom.

Tymczasem napływ kolejnych kolonistów (choć śmiertelne żniwo wciąż było wielkie, gdy latem 1611 r. zmarło następnych 150 osób) spowodował, że założono nad zatoką Chesapeake dwa forty: "Karol" i "Henryk", a także zdołano wypędzić lokalnych Indian z ich siedzi w rejonie Kecoughtan. Mimo to powodów do zadowolenia praktycznie nie było żadnych. Wciąż na nowo pojawiały się te same problemy, które praktycznie wcale (lub w niewielkim jedynie zakresie) nie były rozwiązywane. Latem upał i niemiłosierne roje moskitów, zimą piętrzące się zwały śniegu przez które trzeba było się przebijać i trzaskający mróz, który zabrał nie jedno życie. Z powodu tych trudności baron De La Warr w marcu 1611 r. odpłynął do Anglii pozostawiając kolonię Jamestown w rękach sir Thomasa Gates'a, a szczególnie mianowanego przez siebie zastępcę sir Thomasa Dale'a (który realnie rządził kolonią). Dale - żołnierz i oficer, weteran walk w Holandii, natychmiast wprowadził w Jamestown rządy silnej ręki. Wszyscy mężczyźni (kobiet nadal tam nie było - ciekawe jak sobie radzili z tymi sprawami, pewnie polowali na Indianki ☺️) byli zmuszeni do intensywnej pracy dla dobra osady, pracy, która niczym nie różniła się od niewolnictwa, a ci, którzy się buntowali, byli karani z całą surowością (przy czym chłosta należała do najłagodniejszych z kar). Schwytani uciekinierzy byli po prostu paleni żywcem. Ale pomimo tych srogich kar i ciężkiej pracy, istniały też oczywiście rozrywki, którymi hołdowali koloniści. Jednym z najpopularniejszych było łucznictwo, które było zarówno rozrywką, jak i formą walki i obrony i zdobywania pożywienia. Popularne były również gry w kości, szachy oraz karty. Urządzano też zawody sportowe, takie jak zapasy czy boks. Nie mogło oczywiście zabraknąć muzyki a co za tym idzie również tańców koloniści znali przecież angielskie, walijskie, irlandzkie i szkockie ballady, pieśni oraz tańce. Ale w tym wszystkim nie mogło również zabraknąć jednej z największych (choć dopiero rodzących się) przyjemności, a mianowicie palenia tytoniu. Palenie tytoniu w Jamestown rozpoczęło się tak naprawdę w styczniu 1608, gdy do kolonii przybył angielski wytwórca fajek tytoniowych Robert Cotten. W latach 1611-1612 John Rolfe eksperymentował w kolonii z liśćmi tytoniu z Wirginii, Indii Zachodnich i Ameryki Południowej, tworząc nowe liście o słodkim zapachu. Szybko zmonopolizował handel tytoniem w kolonii i dzięki temu stał się pierwszym sprzedawcą papierosów w Nowym Świecie (oczywiście żartuję, Hiszpanie bowiem również palili tytoń i nim handlowali znacznie wcześniej, niż uczynił to Robert Cotten czy John Rolfe).

W roku 1613 wybuchł kolejny konflikt kolonistów z Indianami Powhatan, ale były też i plusy, mimo wszystko kolonia przetrwała już szósty rok (w ogromnej mierze przyczynili się do tego właśnie koloniści z Polski, którzy na razie nadal będą uważani za ludzi drugiej kategorii, chociaż wkrótce się to zmieni). A tymczasem wybuchł kolejny konflikt z Indianami, którego ofiarą padła córka wodza Wahunsunakoka - 17-letnia Pocahontas.



 
CDN.

czwartek, 1 maja 2025

SUŁTANAT KOBIET - Cz. L

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXIX







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XXIII



"WIATR, KTÓRY PCHA DO WOJNY Z PERSJĄ - WIEJE Z HAREMU!"
Cz. III


 Co prawda osoba Babura, a szczególnie jego syna Humajuna - który schronił się na dworze szacha perskiego Tahmaspa  w 1544 r. - niewiele wnosi do wzajemnej osmańsko-safawidzkiej konfrontacji militarnej (do której bez wątpienia dążyła sułtanka Hurrem, mając ku temu swoje własne powody związane oczywiście z wysunięciem na tron - po śmierci Sulejmana - jednego ze swoich synów, kosztem najstarszego potomka sułtana, czyli księcia Mustafy. Jeszcze do tego powrócę), jednak - tak jak wspomniałem poprzednio - wydaje mi się, że postać Babura oraz jego syna (praktycznie kompletnie nieznana) może zaciekawić, a poza tym w końcu stworzyli oni muzułmańskie Imperium Wielkich Mogołów, które panowało nad Indiami przez ponad dwa stulecia, i dlatego postanowiłem przytoczyć ich historię i kontynuować ją w dzisiejszej części






 Kampania Babura zmierzająca do zdobycia Kabulu (którym wcześniej rządził jego stryj Ulug Beg II, a po jego śmierci władzę tam przejął uzurpator - Mukin Beg, odsuwając niemowlęcego synka poprzedniego władcy) była jedną z najgorzej przygotowanych w dziejach. Młody, 21-letni Zahir ud-Din Mahomet Babur prowadził ze sobą 200 obdarciuchów, którzy często nie mieli nawet butów na nogach i musieli iść boso. Pozbawiony swojej ojcowizny - Królestwa Fergany, zmuszony był Babur (z krótką przerwą) tułać się po górach Hindukuszu już od siedmiu lat, nieprzerwanie zaś od lat dwóch. Na tej drodze musiał opuścić zarówno swoją matkę (której zostawił jedyną cenną rzecz jaką posiadał - swój własny namiot), oraz siostrę, którą wydał za mąż za swego wroga Muhammada Szajbaniego, aby zyskać jego przychylność. Ów młody potomek Timura Kulawego i Czyngis-chana (który notabene gardził Mongołami i Tatarami i wolał być nazwany Turkiem) właśnie w tym okresie swego wygnania przeżywał bodajże najciekawsze przygody. W sym pamiętniku opisywał, jak kąpał się w zamarzniętym tuż przy brzegu strumieniu, który jednak (ze względu na wartki nurt) nie był zamarznięty na środku, i jak przeszywało go zimno ("zanurzam się i nurkuję szesnaście razy, ale gryzący chłód wody przecina mnie"). W tych spartańskich iście warunkach, sypiając pod gołym niebem i mając u boku jedynie trzech przyjaciół, dzięki którym udało mu się zebrać kilkudziesięciu, a następnie kilkuset okolicznych chłopów (którzy jednak nie znali takiego pojęcia jak dyscyplina i w swych pamiętnikach Babur opisuje jak trudno było ich przekonać chociażby do tego, aby stanęli prosto w jednym szeregu, lub też aby maszerowali jak żołnierze). Babur był jednym z tych osób, którzy optymistycznie patrzyli w przyszłość i nawet gdy inni załamywali ręce (jak choćby jego matka), on pocieszał ich nawet w sytuacji gdy nie mieli niczego tracąc Ferganę i Samarkandę, mówiąc że przynajmniej mają melony do jedzenia, więc nie jest jeszcze tak źle. Ale i on miał słabsze dni. Widząc swoje wojsko złożone z chłopów - praktycznie niezdolnych do walki, o dyscyplinie nie wspominając - będąc w Tabal udał się do tamtejszego ogrodu, gdzie położył się na ziemi i poprosił Boga (ponieważ był muzułmaninem to Allaha) o śmierć. Leżał tam prawie cały dzień, a gdy zaczęło się ściemniać, zachodzące słońce oświetliło mu twarz, a tuż koło niego usiadł ptaszek, który nie bojąc się go, zaczął mu się przypatrywać. Babur zrozumiał - jak zanotował w swym pamiętniku - że przyszedł tu po śmierć, a odnalazł życie i nadzieję. Był też młody i zwinny, umiał się dobrze wspinać po górach i ukrywać tam przed strzałami swych wrogów. 

Tak więc teraz (ze swymi chłopami przemianowanymi na żołnierzy), maszerował na Kabul, będąc diabelnie zdeterminowanym aby zająć to miasto (a ten jego entuzjazm udzielał się również innym). Stwierdził że albo zdobędzie Kabul, albo tam zginie, nie ma innej drogi, na pewno już nie będzie uciekał. Problem co prawda stanowiło jego wojsko, które przypominało raczej bandę żebraków uzbrojonych w co popadnie, ale i tak był dobrej myśli, nie miał już nic do stracenia, a nie chciał do końca życia tułać się po górach. Atak na Kabul z garstką słabo uzbrojonych chłopów wydawał się szaleństwem, ale okazało się że niechęć okolicznych mieszkańców do Mukin Bega była znacznie większa i po drodze zaczęli oni przyłączać się do armii Barbura, a gdy rozpoczęło się oblężenie Kabulu, również w samym mieście wybuchło powstanie przeciwko Mukinowi. Musiał więc zgodzić się na pertraktacje z Baburem i w zamian za bezpieczne wyjście z miasta dla siebie, swej rodziny oraz sprzymierzeńców, pozostawiał miasto młodemu księciu. Teraz (1504 r.), po raz pierwszy od dłuższego czasu Babur stał się władcą dużego miasta i był z tego powodu tak szczęśliwy, że nauczył się nie tylko nazw wszystkich klanów jakie były w mieście, ale również znał na pamięć imiona poszczególnych osób, a także ich historię. Uczył się również jakie zwierzęta żyją w okolicy, a także założył ogród złożony z tulipanów, w którym były aż 33 różne ich gatunki i osobiście się nim zajmował. Posłał też natychmiast po swą matkę Nigar, aby przybyła i ponownie - jak niegdyś - została królową na jaką zasługiwała. Tak się stało, ale ku jego rozpaczy Nigar bardzo szybko zmarła po przyjeździe do Kabulu (1505 r.). Jej trumnę pomagał dźwigać osobiście na szczyt wzgórza, gdzie założył piękny ogród, nazwany "Ogrodem Nowego Roku", o którym pisał że jest to "najsłodsze miejsce w całej okolicy". Wkrótce potem udał się w odwiedziny do Heratu, do swoich kuzynów, gdzie został pięknie powitany, a jednocześnie po raz pierwszy w życiu spotkał się tam z niespotykanym wcześniej zbytkiem, o którym w swych pamiętnikach pisze że cały ten luksus był sprzeczny "z zasadami stworzonymi przez Czyngis-chana". Ale chyba mu się spodobało, bo dodaje zaraz że synowie mają prawo korygować błędne decyzje swoich ojców -  jakkolwiek by tego nie tłumaczyć. W drodze powrotnej z Heratu on, jego towarzysze i żołnierze którzy go ochraniali, przeżyli prawdziwe piekło. Spotkała ich bowiem taka zamieć śnieżna, że przez tydzień brodzili w śniegu po pas, nie mogą znaleźć drogi do Kabulu. Babur zanotował w swym pamiętniku: "Przez około tydzień dreptaliśmy w śniegu. Pomagałem Kasimowi Begowi, jego synom i kilku służącym. Z każdym krokiem zapadaliśmy się do pasa lub piersi; ale mimo to szliśmy dalej. (...) Po  trzech lub czterech dniach dotarliśmy do jaskini u podnóża przełęczy Yerrin. Tego dnia burza była straszna, a śnieg padał tak obficie, że wszyscy baliśmy się że tam razem pomżemy. Kiedy dotarliśmy do jaskini (...) wydawała się mała, więc wziąłem motykę i odgarniając śnieg zrobiłem sobie miejsce odpoczynku wielkości dywanu modlitewnego i znalazłem w nim schronienie przed wiatrem. (...) Uważałem, że dla mnie przebywanie w środku w względnym komforcie, podczas gdy moi żołnierze byli w śniegu i zaspie, byłoby sprzeczne z tym braterstwem i cierpieniem, które im się należały. Tak więc pamiętając przysłowie: "Śmierć w towarzystwie przyjaciół to uczta", dalej siedziałem w zaspie".




Sytuacja wyglądała tak, że nie chcąc sam schronić się w małej jaskini, Babur - podobnie jak reszta jego towarzyszy - przypominała mroźne bałwany, gdyż śnieg i lód były praktycznie wszędzie na ich uszach, ustach, nosie i powiekach. Babur pisze w pamiętniku że w tym czasie poważnie przeziębił sobie uszy. Gdy wreszcie dotarli do Kabulu, byli ledwo żywi. Tak oto zakończyła się podróż do Heratu, który olśnił ich blaskiem luksusu, a zakończyła się prawie ich śmiercią w śnieżnej zamieci. Wkrótce potem, w roku 1507 Babur - który do tej pory stronił od kobiet (wydaje się być osobą aseksualną), zadurzył się w pewnej dziewczynie, noszącej imię Maham Begum. Będzie ona matką Humajuna i jego trzech córek, które nazwie: "Różana twarz", "Różany rumieniec" i "Różane ciało". Jednak rok 1507 jest też specyficzny pod jednym jeszcze względem, a mianowicie w tym właśnie roku Babur przerywa pisanie swojego pamiętnika na dokładnie... 12 lat. Nie wiadomo co było podyktowane ową przerwą, wiadomo jednak że przez to realnie tracimy wiele (zapewne ciekawych) przygód, które się w tym czasie działy, a o których nie mamy pojęcia. Wiadomo wszakże że w roku następnym, czyli 1508 urodził się syn i następca Babura - Humajun - ten, który jakże łaskawie zostanie powitany na dworze szacha Tahmaspa w Isfahanie w 1544 r. Tak więc żegnamy 24-letniego młodzieńca popijającego wino na przyjęciu w ogrodzie w Kabulu (bo ten właśnie opis jest ostatnim opisem w pamiętniku Babura z roku 1507) i ponownie witamy go jako 36-letniego mężczyznę w roku 1519, (prawie nałogowego) pijaka - jak sam przyznaje. Swoją drogą ciekawe czy owa 12-letnia przerwa w opisywaniu swojego życia wzięła się stąd, że Babur uznał, iż jest ono tak już monotonne i nudne - w porównaniu z tym co przeżył w młodości - że nie warte jest odnotowania? Można taką okoliczność również założyć. Jak na muzułmańskiego władcę przystało, założył też swój własny harem i poślubił (oprócz Maham Begum) jeszcze trzy swoje kuzynki (ostatnią właśnie w 1519 r.), ale najwidoczniej nie uznał za właściwe aby o tym napisać. Spokojne i ustabilizowane życie jakie teraz wiódł, zapewne mocno mu doskwierało i pragnął wrócić do dawnych przygód, ucieczek i górskich kryjówek, przez co swe smutki topił w winie. Nie był już jednak chłopcem, tylko mężczyzną, miał też syna i musiał pomyśleć o jego dziedzictwie. Już w roku 1519 pisał tak w swym pamiętniku: "Patrząc w dół z mojego namiotu na dolinę poniżej, ogniska strażnicze były cudownie piękne; myślę że to może być główny powód, dla którego wypiłem za dużo wina podczas kolacji tego wieczoru". Tak więc (jak widać) Babur fascynował się nawet rozpalanymi przez żołnierzy ogniskami które rozświetlały noc, tęskniąc do dawnych czasów. W innym zaś miejscu bez ogródek pisze: "Byłem żałośnie pijany!", komentując nocne hulanki w gronie swych przyjaciół, spędzone gdzieś za murami Kabulu.




Jego pijaństwo trwało przez kilka kolejnych lat, chociaż Babur sam przyznaje że zamierza rzucić ten nałóg w wieku lat 40 (czyli gdzieś w roku 1523), aczkolwiek jeszcze w 1521 wciąż pisze że pije na umór. Najwidoczniej alkohol stał się substytutem topienia jego żali za skończoną młodością i za ustabilizowanym życiem, które go najwidoczniej męczyło, wręcz można powiedzieć że usychał, tęskniąc do przygód i pragnąc raz jeszcze przeżyć coś takiego, czego doświadczał w młodości. Wydaje się jednak że mówienie o tym, że był alkoholikiem być może jest nieco na wyrost, tym bardziej że Babur prowadził dosyć intensywny tryb życia. Wstawał rano - jeszcze przed świtem - by doglądać kwiatów w swym ogrodzie, potem odbywał przejażdżkę konną w towarzystwie swych przyjaciół lub samemu i dopiero przy śniadaniu wypijał pierwsze hausty wina (jak to mówił Nikoś Dyzma: "Dżentelmen nie pije przed 12:00" 😂). Ale nawet pijąc wino potrafił pięknie rozprawiać o otaczającej przyrodzie (szczególnie kwiatach) i zwierzętach, jakie widywał, pamiętał też imiona wielu ludzi którzy nie należeli do jego dworu. Widać jednak było że spokojny i ustabilizowany świat w jakim żył obecnie, bardzo go męczył. Portrety z tego okresu przedstawiają go jako wysokiego, silnego mężczyznę z długim prostym nosem i wysokim czołem, zaś rok 1519 jest pierwszym, w którym rozpoczął on swoje kampanie wojenne w celu podbicia Pendżabu i odzyskania ojcowizny - czyli Fergany. Zainteresował się też bronią palną, coraz bardziej popularną w Europie (chociaż w tamtym czasie wszelkiego typu prymitywne arkabuzy i różnice powodowały więcej hałasu płosząc konie, niż szkód w szeregach przeciwnika). Mimo to ich celność i znaczenie szybko rosły (już 1519 r. gdy Hernan Cortez po raz pierwszy starł się z wojownikami Azteków w Nowym Świecie, to właśnie broń palna i konie były powodem tego, że garstka Hiszpanów {zaledwie 200 osób} zdołała pokonać setki tysięcy dobrze przygotowanych do walki {choć oczywiście nieznających europejskiego systemu walki, bo tamten system był inny, Indianie mezoamerykańscy walczyli nie po to, żeby zabić, tylko po to, żeby wziąć przeciwnika do niewoli, a następnie złożyć go w ofierze swemu krwawemu bogu Huitzilipochtli - było to bowiem związane z ich religią: krew jeńców i tyc,h którzy dobrowolnie godzili się na taką śmierć, miała zapobiec światowej katastrofie, zagładzie Słońca, a tym samym Ziemi i ludzi. Należy pamiętać że Indianie byli potomkami osiedleńców z kontynentu Mu, który doznał takiej właśnie katastrofy po wojnie z Atlantami, jeżeli więc w mitach azteckich coś takiego przetrwało, to nie należy się dziwić że bardzo się obawiali podobnej katastrofy i uznali że tylko krew jeńców może wystarczająco nasycić bogów, aby nie niszczyli tego świata} wojowników ze szkół wojskowych orła i jaguara. Ponieważ na kontynencie amerykańskim konie wymarły bardzo dawno temu - jeszcze w okresie zlodowacenia - tamtejsi Indianie nie znali takich zwierząt i widząc je z przerażeniem uciekali, traktując jako potwory. Mawiano że "biali, brodaci bogowie, którzy przybyli na wielkich łodziach zza Wielkiego Morza, dosiadają okrakiem potwory, które plują i kąsają". Oczywiście broń palna również budziła w nich przerażenie).




Babur zainteresował się szczególnie armatami i kazał odlewać takie działa sprowadzonemu z Turcji rusznikarzowi. Gdy ruszył ze swoją armią (zaopatrzoną w działa) przeciwko miastu Bajaur i wystawił swoje armaty do walki, przeciwnik szydził z nich i z samego babura nazywając go szaleńcem. Ale po pierwszych wystrzałach zmienili zdanie, nikt już się nie wychylał zzamurów i bano się, że latające kule mogą ich dosięgnąć. Bajaur zostało zdobyte przez Babura (1519) i tutaj odezwał się w nim jego przodek Timur Kulawy, którym - co sam wielokrotnie podkreślał - gardził, ze względu na jego okrucieństwo (ten potrafił bowiem budować piramidy z głów pomordowanych przez siebie żołnierzy i mieszkańców zdobytych miast). W Bajaur wymordowani zostali wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci zaś poszły w niewolę. Ale taki przykład okrucieństwa wydaje się opętał Babura bodajże raz (no, może dwa razy) w jego życiu. Po zdobyciu bowiem Bajaur ogłosił on wszem i wobec że cały Pendżab już należy do niego i z tego powodu: "nie pozwoliłem na żadne grabieże ani rabunki". Po zdobyciu Bajaur powrócił Babur w glorii zwycięzcy do Kabulu. W ciągu kolejnych pięciu lat podejmował jeszcze trzy kolejne wyprawy do Pendżabu, ale jego pamiętniki na ten temat milczą, aż do roku 1524. W tym właśnie roku do Kabulu przybył wygnany prawowity dziedzic dynastii Lodi z Królestwa Delhi, który został pozbawiony tronu przez swego bratanka, nowego króla Ibrahima. Prosił teraz Babura o wsparcie w odzyskaniu korony. Jednocześnie gubernator Babura w Pendżabie pisał o rosnących buntach i prosił go o wsparcie. Babur najpierw ruszył na miasto Lahore które zdobył, następnie zaś poinformowany że jego gubernator (nie mogąc doczekać się posiłków) po prostu się zbuntował i przywdział u pasa dwa miecze (tak jakby był królem). Ruszył więc na niego, ale do bitwy nie doszło, gdyż wojsko przeszło na stronę Babura, a gubernator (stary Afgańczyk), przyprowadzony został przed jego oblicze z dwoma mieczami wiszącymi teraz u jego szyi. Ze względu na jego sędziwy wiek Babur darował mu winę (1525 r.). Teraz skierował się na Delhi. Ostatni atak na to miasto z północnego zachodu miał miejsce w roku 1398 i dokonał tego przodek Babura Timur Kulawy,  zdobywając Delhi. Wcześniej takie ataki prowadzili z tego kierunku Mahomet Szahab ud-din Gori i Mahmud z Gazni. Do decydującego starcia armii Babura z armią sułtana Ibrahima z Delhi doszło 21 kwietnia 1526 r. na równinach Panipatu. Oba wojska zresztą stały naprzeciwko siebie już od tygodnia, przypatrując się sobie nawzajem. Armia Delhi liczyła jakieś 70 000 żołnierzy i kilkadziesiąt (do nawet kilkuset) słoni bojowych. Wojsko Babura zaś stawiło się w liczbie 12 000, przeto posiadał on coś, czego nie posiadał sułtan Ibrahim - armaty i to w znacznej liczbie 70 dział (Babur pisze o 700, co jest zwykłą według mnie przechwałką).



BITWA POD PANIPATEM 
(21 kwietnia 1526)



Bitwa rozpoczęła się rankiem 21 kwietnia i przez kilka kolejnych godzin toczyła się za zmiennym szczęściem (przy czym Mongołowie Babura mieli lepszą konnicę, choć Hindusów było za to znacznie więcej). Dopiero po południu przewagę zaczęli odnosić wojownicy Babura, a kilka minut po 12:00 w południe sułtan Ibrahim otrzymał śmiertelną strzałę i legł na placu boju, a obok niego 15 000 jego wojowników. Reszta zaczęła się nieskładnie wycofywać z bitwy. Zwycięstwo było więc całkowite, cała indyjska armia poszła w rozsypkę, a Babur idąc za ciosem zajął Delhi i Agrę. Następnie podzielił zdobyte skarby sułtana Ibrahima pomiędzy swoich żołnierzy, część jednak rezerwując dla siebie (w znaczeniu że dla państwa, natomiast osobiście Babur nie wziął stamtąd niczego, gdyż złoto samo w sobie go nie cieszyło, a poza tym Delhi nie miało nic takiego, co mogłoby mu się spodobać), a część wysyłając do Kabulu, tak aby wybić z tego złota monetę, którą otrzyma każdy mieszkaniec Kabulu - bez względu na to czy wolny, czy niewolnik. W swym pamiętniku pisał Babur o byłym już sułtanacie Delhi: "To kraj, który ma niewiele przyjemności, które można by polecić. Jest niezwykle brzydki. Wszystkie jego wieże i ziemie mają jednolity wygląd. Jego ogrody nie mają murów; większa część jest płaska. A ludzie nie są przystojni. Nie mają pojęcia o urokach przyjaznego społeczeństwa. Nie mają dobrych koni, dobrego mięsa, dobrych winogron ani melonów, lodu ani zimnej wody, dobrego jedzenia ani chleba na swoich bazarach, łaźni ani szkół, świec ani pochodni - nigdzie nawet świecznika!" Dla Babura szczególnie brak łaźni był niezwykle uciążliwy, tym bardziej że lato roku 1526 było niezwykle upalne na tych terenach. Mimo to denerwowały go głosy jego doradców i żołnierzy, postulujących aby jak najszybciej wycofać się z Delhi i wrócić do Kabulu, gdyż ten upał jest nie do zniesienia a ci, którzy tu żyją "jak wolą, niech się gotują". Ponieważ celem Babura było teraz ogłoszenie się sułtanem Indii, napisał w swym pamiętniku o tych właśnie malkontentach: "Gdzie jest poczucie przyzwoitości? (...) Czy mamy się wycofać ze wszystkiego, co żeśmy osiągnęli i lecieć do Kabulu jak ludzie zdezorientowani?! Niech żaden człowiek, który nazywa się być moim przyjacielem, nigdy nie wypowiada takich słów!" Na murach miasta Delhi Babur kazał wyryć takie oto słowa: "Babur dziękuje Allahowi, który dał mu Sind i Ind, upał równin i chłód gór. Czyż upał Delhi nie przywodzi mu na myśl gorzkiego ukąszenia mrozu w dawnym Ghuzni?" Do swoich towarzyszy zaś rzekł, mówiąc zarówno o tym wpisie na murach, jak również o słowach poezji, które układał po zdobyciu miasta: "Na miłość boską, nie myślcie o mnie źle z ich powodu!" Teraz był panem dawnego sułtanatu Delhi, ale aby utrzymać swoje pozycje, musiał jeszcze zawalczyć z kilkoma innymi pretendentami w podzielonych wówczas na szereg mniejszych państewek Indiach. Celem było bowiem stworzenie sułtanatu Indii i przekazanie tego tytułu w dziedzictwie 18-letniemu już wówczas Humajunowi.



CDN.

poniedziałek, 22 stycznia 2024

"PIERWSZE" ODKRYCIE AMERYKI - Cz. I

CZYLI JAK WŁADCY MUCHOMORZA

DOTARLI DO NOWEGO ŚWIATA





 Kiedy została odkryta Ameryka? Wszyscy wiemy, że oficjalnie stało się to podczas wyprawy Krzysztofa Kolumba, a dokładnie 12 października 1492 r. Wiadomo jednak również że to odkrycie nie było pierwsze, wcześniej bowiem amerykańskie wybrzeża penetrowały okręty innych ludów w tym Chińczyków oraz Normanów, Skandynawów zwanych dziś Wikingami. Oczywiście ich wyprawy również nie były pierwszymi (stąd dałem cudzysłów w tytule), gdyż w czasach przedhistorycznych wyprawy na Kontynent Amerykański były podejmowane dosyć często. Ponieważ jednak tak daleko sięgać nie zamierzam, skupię się tylko i wyłącznie na wyprawach historycznych, czyli na tych eskapadach oceanicznych, które miały miejsce już po upadku starożytności. Przede wszystkim jednak chciałbym się skupić tutaj na owych pierwszych odkrywcach Ameryki, którymi bez wątpienia byli Wikingowie, czyli mieszkańcy krainy którą sami nazywali Muchomorzem. Jeśli tylko starczy mi czasu, to być może jeszcze w tej serii przejdę również do chińskich wypraw do Nowego Świata - zobaczymy, na razie jednak skupię się tylko na władcach Muchomorza. Zatem zapraszam do nowej serii.






YNGLINGOWIE


 Królewska rasa Ynglingów wywodziła się od boga Freya - a przynajmniej w to wierzono. Islandczyk Snorre Sturlasson (żyjący w XIII wieku) ok. 1215 r. spisał "Sagę o królach Norwegii", w której jest właśnie zapisane, iż rasa Ynglingów wywodzi się od Yngve - które to było jednym z imion boga Freya. Sturlasson opisuje iż w najdawniejszych czasach, w czasach niezależnych jarlów rządzących osadami mieszkańców Północy, wierzono mocno, iż pierwszym, który sprowadził te ludy do Skandynawii, był niejaki Odyn, żyjący w pradawnych czasach. Był on wielkim wojownikiem i wyprowadzić miał swój lud z odległych wschodnich ziem ku północy, a gdy zmarł, lud zaczął się do niego modlić i uczynił z niego swego boga (w serii: "Historia Życia Wszechświata, Wszelkiej Cywilizacji" w temacie nr.: CXXIII, opisuję przybycie rodu Odyna z Procjona ok. 150 000 r. p.n.e. gdzie ukryli się przed ścigającymi ich Reptilianami, którzy najpierw zawładnęli pierwotną planetą tej Galaktycznej Ludzkości czyli Rigel, a następnie Procjonem. W każdym razie Sturlasson twierdzi, że pierwotni Normanowie wierzyli, iż Odyn nie umarł tak jak normalny człowiek, tylko powrócił do swego pierwotnego domu w Azji, lub nawet wstąpił do nieba, co mogłoby się pokrywać z tym co zapisałem, czyli z opuszczeniem Ziemi przez część przybyszy z Odynem na czele i ich powrotem na Procjon. Ale to tyle odniesień związanych z tamtym tematem). Odyn i jego ród zwany był (Ra)Asami, był on największy i najważniejszy ale nie jedyny. Drugim wielkim rodem był ród Wanów z którego wywodzić miał się bóg morza - Njord. Jego z synem był właśnie Frey, który władał porami roku i zapewniał dobre plony. Od niego to wywodzić miała się królewska rasa (a raczej ród) Ynglingów.

Mijały wieki a Ynglingowie rozprzestrzenili się po fiordach Norwegii, po ziemiach Szwecji, Danii i Schleswigu, tocząc ze sobą walki, napadając i wycinając jeden drugiego. Wodzami Ynglingów byli wybierani na wiecach jarlowie (czyli tacy hrabiowie, którzy z czasem stali się książętami). Otaczali się oni drużyną zbrojną która miała ich chronić i dzięki której zaprowadzali porządek w danej społeczności. Jarlowie musieli dbać również o swoich wojowników i wszystkich, którzy za nich walczyli. Musieli ich wynagradzać (czy to łupami, czy ziemią, czy też pierścieniami symbolizującymi wyższy status społeczny). Ale to oni wyznaczali prawo i musieli je respektować, chociaż lud często obalał jarlów i wybierał sobie nowych (jeśli uznał, że ci stali się już zbyt starzy, niedołężni lub utracili poparcie Odyna). W tej opowieści chciałbym jednak skupić się na pewnym jarlu o imieniu Aun, który ze względu na swą długowieczność zwany był "Starym". Ten bowiem pragnąc zapewnić sobie przychylność Odyna i zagwarantować długie życie, obiecał temu bogu że co dziesięć lat będzie mu składał w ofierze jednego ze swych synów. W zamian zaś pragnął przedłużyć swój żywot o kolejną dekadę. W taki też sposób złożył w ofierze siedmiu swych synów i gdy stał się już tak stary i tak niedołężny, że trzeba go było karmić jak niemowlę, nadal kurczowo trzymał się życia. Gdy postanowił skazać na śmierć ósmego syna, jego lud się zbuntował, obalił owego jarla i nowym władcą ogłosił jego ocalonego potomka. Mijały kolejne dziesięciolecia, a szósty potomek w prostej linii od Auna Starego - Anund, panował teraz nad swym ludem. Miał on syna - Ingjalda, który trochę się niecierpliwił że ojciec żyje zbyt długo i tym samym odbiera mu możliwość zostania jarlem wówczas, gdy czuł się on w sile wieku. Gdy Anund wreszcie zmarł (prawdopodobnie Ingjald mu w tym dopomógł), jego syn objął teraz władzę jako nowy jarl i urządził wspaniałą ucztę pogrzebową na cześć ojca, na którą zaprosił wszystkich jarlów z sąsiadujących ziem. Wznosząc do góry kielich ku czci boga Braga (boga mądrości, pieśni i dotrzymanych obietnic), przysiągł, że nie spocznie póki swych ziem nie pomnoży o połowę i nie dotrze do "wszystkich czterech narożników niebios". Owe słowa zaczął zamieniać w czyn, podpalając budynek w którym ucztowano i gdy jego goście popili się tak, iż nie byli w stanie się ruszać. Spalił ich wszystkich, a ich ziemie przyłączył do swego księstwa i tym samym uznał, że wypełnił przysięgę złożoną bogu. Rządy Ingjalda Złego (bo taki właśnie otrzymał przydomek) tak bardzo wydały się jego ludowi obmierzłe, że gdy zmarł (ok. 650 r.), na wiecu żaden członek plemienia nie chciał wybrać na nowego jarla jego syna - Olafa, uznając że ród ten jest przeklęty przez bogów.




Olaf jednak nie był tak takim niegodziwcem jak jego ojciec i zyskał przynajmniej kilkudziesięciu stronników, którzy wraz ze swymi rodzinami obrali go jarlem i opuścili swoje rodzinne plemię, przenosząc się do rozległych, niebezpiecznych lasów Północy. Krocząc teraz wśród śniegów i lodów, obawiali się oni ataków "robaków giganta Ymera", czyli gnomów i krasnoludów które ponoć żyły w jaskiniach Północy. Gdy po długiej podróży dotarli wreszcie do miejsca w którym uznali że najlepiej będzie im się osiedlić, zajęli się najpierw karczowaniem lasów i budową nowej osady oraz nowej społeczności, a ponieważ Olaf zaangażował się w te prace wraz z innymi, stąd też otrzymał przezwisko Olaf Drwal. Wkrótce jego plemię stało się bogate, kontrolowali znaczne tereny Północy i dzięki temu stali się potężni. Ściągało to do nich wielu przybyszy z innych osad, którzy również chcieli się przyłączyć. W szybkim tempie lud którym przewodził Olaf Drwal znacznie się rozrósł i to do tego stopnia że zaczęło brakować pożywienia i nie każdy mógł się wyżywić. Spowodowało to niesnaski i wzajemne starcia, które ostatecznie skumulowały się na samym Olafie. Nagle bowiem przypomniano sobie że jego ród miał być przeklęty przez bogów i uznano że głód który zapanował w rozrastającym się plemieniu, jest przede wszystkim spowodowany niechęcią bogów (w tym przede wszystkim Odyna) do Olafa i jego potomków. Postanowiono więc rozwiązać sprawę tak, jak czyniono to w sytuacji, gdy bogowie byli z czegoś niezadowoleni i znaleziono winnego, a mianowicie złożono Olafa Drwala w ofierze Odynowi w intencji zakończenia klęski głodu. Nie wiadomo czy klęska głodu dobiegła końca po złożeniu takiej ofiary, ale uznano że syn Olafa Drwala - Halfdan Białonogi ma prawo zostać nowym jarlem i tak też się stało. Wkrótce potem ziemie którymi władał Halfdan, stały się najpotężniejszymi na Północy, a on okazał się wielkim królem wojownikiem, który podbił leżące w południowej Norwegii żyzne ziemie - Romerike i Westfold, i stał się najpotężniejszym jarlem wśród wszystkich władców Muchomorza. W Westfold Halfdan Białonogi wzniósł budynek zwany Skiringssal, który pełnił zarówno rolę świątyni Odyna, miejsca w którym odbywała się wymiana handlowa pomiędzy kupcami, oraz ulubionym miejscem przebywania jarlów i późniejszych królów Norwegii.




Mimo że Snorre Sturlasson pozostawił nam listę władców Norwegii (pierwotnie jarlów), to jednak pierwszym historycznym władcą (który realnie jest poświadczony w źródłach), był dopiero wnuk Halfdana Białonogiego - Zygfryd, który przyjął u siebie w 777 roku zbiegłego z Saksonii wodza Widukinda, który podjął walkę o wolność ludu Sasów z władcą Franków Karolem Wielkim. Te informacje wprowadzające są jednak niezwykle ważne, bo bez nich nie dowiemy się o tym, dlaczego Wikingowie wyruszyli za Wielkie Morze (czyli Ocean Atlantycki) i jak to się stało, że dotarli do Nowego Świata oraz co tam zastali. A poza tym należałoby sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego, skoro odkryto nowy ląd na Zachodzie, to potem o nim zapomniano i drogi tej nie używano przez kolejne 500 lat do 1492 r.? Teraz jednak przejdziemy do Halfdana Jasnowłosego (wnuka Zygfryda) i jego walki o dominację (m.in. z Gandalfem), choć wcześniej słów parę należy powiedzieć też o jego dziadku i ojcu (a także o wydarzeniach dziejących się w kraju Sasów - czyli pierwotnie słowiańskim plemieniu Siekierów). Opowiem również historię Ragnara Lodbroka i jego rodu (który spopularyzował chociażby serial "Wikingowie"). Oczywiście nie omieszkam też zaprezentować (i opisać) indiańskich plemion, z którymi spotkali się Wikingowie w Nowym Świecie.




CDN.

wtorek, 3 sierpnia 2021

PIERZASTY WĄŻ NADCIĄGA ZE WSCHODU - Cz. VII

 W POSZUKIWANIU ELDORADO





 

NAJWIĘKSZY WŁADCA ŚWIATA 






 
 Im dłużej Hiszpanie przemierzali tę dziwną krainę, tym bardziej nie mogli nadziwić się dwóm sprzecznym ze sobą wrażeniom, które wśród nich dominowały. Bowiem z jednej strony, od czasu gdy postawili swą stopę w kraju Tabasków, nieodłącznie towarzyszyło im uczucie pogardy dla tych, tak bardzo zacofanych ludów, które nie tylko nie znały koła, a co za tym idzie nie posiadały wozów nawet ciągniętych siłą ludzkich mięśni, ale nie było tam również koni, nie było bydła - czyli ludy te nie tylko nie znały smaku wołowiny, ale i mleka. Z drugiej zaś strony zadziwiała hiszpańskich przybyszów monumentalna zabudowa miast tych indiańskich plemion, która często była piękniejsza i bardziej użyteczna, niż to, co znali z własnego kraju lub w ogóle z Europy. Poza tym biła ich w oczy czystość tamtejszych miast i osiedli, czego nie było ani w Sewilli, ani w Toledo, ani też w Nowej Kartagenie. Nie byli to więc tacy barbarzyńcy, jak się to mogło na pierwszy rzut oka Hiszpanom wydawać, gdyż stworzyli swój własny kodeks karny, pisali kroniki używając do tego dość dziwnego pisma obrazkowego, potrafili wznosić mosty, akwedukty i groble, a przede wszystkim byli doskonałymi rzeźbiarzami. Cały swój geniusz jednak kierowali ku złej sprawie, jak choćby oddając cześć demonom, składając im krwawe ofiary z ludzi i jedząc ludzkie mięso. Co prawda czasami udawało się ich ucywilizować, jak np. wtedy, gdy w Wielki Czwartek roku 1519, tuż po wylądowaniu u ujścia rzeki Tabasco i przymuszeniu tamtejszych ludów do uległości (choć Tabaskowie mieli zdecydowaną przewagę liczebną nad Hiszpanami, to jednak nigdy wcześniej nie widząc na oczy koni, brali je za okrutne potwory i uciekali przed nimi, podobnie było z arkebuzami, muszkietami i armatami, które tym ludom przypominały pioruny ciskane w ich stronę, przy olbrzymim huku jaki powodowały) Cortez zorganizował dla wodzów i szlachty ludu tej krainy - pokazową mszę, podczas której rozdano im gałęzie palmowe na pamiątkę wjazdu Chrystusa do Jerozolimy. Mszę odprawiało trzech hiszpańskich kapłanów, ubranych w szaty liturgiczne, a wszyscy ci "Indianie" przyglądali się temu z ogromnym zainteresowaniem i zaciekawieniem. Gdy Cortez i reszta Hiszpanów z uszanowaniem ucałowała krzyż, a następnie gdy ukazano im obraz Panny Marii z Dzieciątkiem na rękach, byli pod ogromnym wrażeniem i mieli stwierdzić, że owa dama wydaje im się bardzo piękna. Admirał polecił im, aby utrzymywali wzniesiony ołtarz w czystości i codziennie kładli na nim nowe kwiaty, ale gdy Hiszpanie popłynęli dalej, te ludy natychmiast złożyły kilka krwawych ofiar z ludzi, aby tym ułagodzić swoich bogów za to, iż dali się przekonać do uznania owej "wielkiej pani" za boginię im równą. Z tego wychodzi więc morał taki, że jedynie siłą uda się przymusić te ludy do zaprzestania wielbienia istot demonicznych i przyjęcia wiary Chrystusowej w celu ocalenia ich dusz - jak twierdził Bernal Diaz de Castillo, będąc jednocześnie wyrazicielem opinii wielu innych swoich rodaków.

Montezuma obudził się ponownie zlany potem. Jak długo? - pomyślał, jak długo ma to jeszcze trwać? Czy bogowie rzeczywiście są z niego tak niezadowoleni, że skażą na zagładę cały lud Mechikanów? Jeśli przybysze rzeczywiście są bogami, jeśli brodaty wódz jest Pierzastym Wężem - Quatzelcoatlem, to dlaczego są tak okrutni. Dlaczego zniszczyli wielką świątynię w Choluli dedykowaną temu bogu i dokonali rzezi mieszkańców miasta, mordując przede wszystkim tamtejszych kapłanów? Dlaczego obalili posąg boga i zniszczyli kamienne pierzaste węże, strzegące wejścia do świątyni? Myśli te trapiły Montezumę, siedzącego teraz w Ciemnym Domu Sznura (tak zwał się "uniwersytet", znajdujący się przy świątyni Huitzilopochtli w Wielkiej Piramidzie w Tenochtitlan), gdzie skrył się nie tylko przed owymi przybyszami, ale również przed własnymi myślami i obawami. Starał się uzyskać odpowiedź bogów na dręczące go pytania, co chwila wzywał do siebie kapłanów, wieszczów i magów, kazał puszczać sobie krew z małżowin usznych i skrapiał nią posagi bogów, a nawet osobiście składał ofiary z ludzi, pragnąc uzyskać jakiś pozytywny znak od bogów, który przyniósłby jemu samemu i jego ludowi jakąś nadzieję. Wiedział dobrze, że po zniszczeniu Choluli, przybysze idą teraz na Tenochtitlan, i że już wkrótce tutaj dotrą. Mimo przerażenia i niepewności, Montezuma postanowił raz jeszcze wysłać poselstwo do "białych bogów", aby przekonać ich o zaprzestaniu dalszego marszu do Miasta na Wyspie, jednocześnie ofiarowując im to, czego sobie życzyli. A ponieważ z wcześniejszych kontaktów z przybyszami znad Wielkiego Morza było wiadome, iż przede wszystkim pragną oni złota, które wręcz pochłaniają oczyma, postanowił tym właśnie ich obdarować. Nic bowiem tak bardzo nie cieszyło owych "bogów", jak właśnie złoto i srebro, dlatego też Montezuma po raz kolejny wysłał im taki podarek, który niosło na swych plecach w wiklinowych koszach (przewiązanych liną do czoła) kilkuset niewolników. Montezuma miał wielką nadzieję, że jeśli przybysze naprawdę są bogami, to taki dar spowoduje iż nasycą swe oczy blaskiem srebrnych i złotych naczyń, pucharów, obręczy oraz liturgicznych czepców i zawrócą tam, skąd przyszli. Zapomniał tylko o jednym - o ludzkiej chciwości i zwykłej dedukcji, którą należałoby zamknąć w słowach: skoro Montezuma obdarza nas taką ilością złota, to jedynie oznacza, że w swej stolicy ma on po stokroć więcej tego szlachetnego kruszcu. Czyli dla Corteza i jego podkomendnych dalszy marsz na Tenochtitlan był już przesądzony.




Cortez oczywiście przyjął złoto, ale rzekł do posłów, że będąc już tak blisko Tenochtitlanu nie może zawrócić, nie zwiedziwszy miasta władcy, który deklaruje się jako przyjaciel i jako lennik króla Hiszpanii oraz cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego - Karola V Habsburga. Odprawił więc posłów i ruszył w dalszą drogę do Miasta na Wyspie. Gdy do Montezumy dotarła odpowiedź Corteza i jego zamiar dalszego kontynuowania marszu na  Tenochtitlan stał się faktem, ten, nie wiedząc co dalej czynić, zwołał wszystkich swoich kapłanów, którzy mieli połączyć się z wielkim bogiem Huitzilopochtli - Kolibrem Południa i tym samym uzyskać informację jakie dalej należy podjąć kroki. Dwa dni trwały narady w ścisłym gronie Montezumy, a decyzji wciąż nie było. Wówczas kapłan Tetzatlipoki - Dymiącego Zwierciadła, Pana Wszechrzeczy, zaproponował wielkiemu tlatoani, by ten wpuścił przybyszy do miasta, oddał im swoją fortecę, a następnie podniósł mosty zwodzone na groblach, by ci nie mogli stamtąd uciec i zagłodził ich. - To są ludzie! - przekonywał - krwawią jak ludzie, to nie bogowie. Drugi zaś, kapłan Tlaloca rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu: - Według gwiazd to Quatzelcoatl, a gwiazdy się nie mylą. Nie możemy walczyć z bogiem. Dlatego o boski tlacatecuhtli ("panie wszystkich ludzi") złóż mu dary raz jeszcze, a jeśli trzeba, wpuść go do miasta. Gdy bowiem rozgniewamy bogów, gotowi będą nas unicestwić, a kres ludzkości to kres istnienia, nie możemy do tego dopuścić! Spór trwał całe dwa dni i ostatecznie Montezuma postanowił przystać na radę kapłana Tlaloca i raz jeszcze wyprawić poselstwo do tych przedziwnych istot, przybyłych ze Wschodu, zza Wielkiego Morza. Tym razem na czele poselstwa postawił wielki tlatoani swego bratanka - władcę miasta Texcoco - Cacamatzina, a sam, wraz ze swym bratem, panującym w mieście Iztapalapan - Cuitlahuacą, postanowił dalej radzić co jeszcze można uczynić. Cuitlahuaca był zdecydowanie przeciwny wpuszczaniu obcych do Tenochtitlanu, twierdząc że na otwartej przestrzeni znacznie łatwiej będzie można z nimi walczyć, a w mieście pełnym krętych ulic, domostw i świątyń będzie to utrudnione. Skoro jednak wysłano poselstwo Cacamatzina nie było już wyjścia, należało przygotować się na nieuniknione nadejście "białych bogów". 

Jakże dziwne i niepokojące było milczenie oraz niepewność Montezumy, który, choć oficjalnie deklarował chęć uczynienia wszystkiego (łącznie z militarnym powstrzymaniem najeźdźców), by przybysze jednak nie weszli do stolicy, to widać było po nim, że mentalnie już się poddał. Jego własny brat - Cuitlahuaca, żegnając się z nim, rzekł doń te oto słowa: "Pamiętaj, obyś nie wpuścił do swego domu kogoś, kto wygna cię i zabierze ci władzę". A mimo to tlatoani z Miasta na Wyspie nie chciał już walczyć i gotów był na każde ustępstwo, nawet każde upokorzenie, byle tylko nie musieć walczyć z tymi, których sam uznał za bóstwa (swoją drogą, hiszpański historyk - Orozco y Berra, dosadnie podsumował Montezumę, mówiąc o nim krótko: "najgłupszy idiota"). A tymczasem Cacamatzin przybył na czele wyśmienitego poselstwa - niesiony w lektyce - do obozu Hiszpanów. Lektykę niosło ośmiu wielkich panów (altapetl) mających włości w jego królestwie, a była ona przyozdobiona klejnotami, drogimi kamieniami i wspaniałymi, zielonymi i błękitnymi piórami quetzala. Gdy władca wstał, owi dostojnicy dokładnie zamietli ziemię, zbierając wszelki większy pyłek spod jego stóp. Gdy zbliżył się do Corteza, rzekł: "Oto przybyłem, a wraz ze mną ci mężowie, aby dostarczyć tobie, wszystkiego czego zapragniesz i zaprosić cię do Tenochtitlanu, do naszych domostw. Tak bowiem rozkazał nasz wielki pan, największy władca świata - Montezuma, który jednocześnie prosi, abyś przebaczył mu, iż nie przybywa osobiście by cię powitać, ale tak się dzieje, ponieważ niedomaga, a nie dlatego, że nie pragnie czym prędzej zobaczyć się z tobą". Cortez był zadowolony. Obawiał się bowiem, że przyjdzie mu militarnie torować sobie drogę do Tenochtitlanu, a następnie walczyć tam o każdy kamień, co byłoby prawdziwą katastrofą dla jego żołnierzy, nawet jeśli w jego armii byli również Tlaxcalanie i Totonakowie jako sojusznicy. Teraz wiedział że droga do Eldorado - Krainy Złota stoi otworem, więc serdecznie uściskał i ucałował Cacamatzina. Teraz droga na Tenochtitlan stała otworem, a już wkrótce sam Montezuma przekona się, który władca jest tak naprawdę najpotężniejszy na świecie.




Montezuma tymczasem ponownie zamknął się w Ciemnym Domu Sznura i rozmyślał nad przyszłością swoją oraz swego ludu. Czy dobrze postąpił, zapraszając obcych przybyszy do swego miasta? Ale czy było inne wyjście? Jak postąpiliby w takiej sytuacji jego przodkowie? Co uczyniłby zwycięski Itzcoatl, sławny Montezuma Ilhuicamina czy mądry Tlacaelel? Myśląc o tym, wielki tlatoani znów zagłębił się w medytacji o początkach swego ludu.

Zebrani teraz w Tenochtitlan (1428 r.) trzej zwycięzcy władcy koalicji wymierzonej w Azcapotzalco: Itzcoatl z Miasta na Wyspie, Nezahualcoyotl władca ludu Acolhuakanów z Texcoco i król Tepaneków z Tlacopan (zwanego też Tacubą), zawarli wspólny sojusz, mający stać na straży tych wszystkich zdobyczy "wojny tepaneckiej" z Azcapotzalco. Podzielono pomiędzy siebie ziemskie posiadłości Miasta-Mrowiska (jak nazywano Azcapotzalco) i tak Tenochtitlan przejął rozległe obszary na południu i północy Doliny Anahuac, Texcoco zajęło żyzne ziemie po wschodniej stronie Jeziora Texcoco, zaś Tlacopanowi przypadły tereny po zachodniej stronie. Miasta założyciele Trójprzymierza, wzajemnie zadeklarowali sobie pomoc w przypadku ataku kogoś z zewnątrz, a każde z owych miast, miało także zapewniony trybut pobierany z podatków narzucanych podbitym ludom. Najsłabszym członkiem owego Trójprzymierza, było Tlacopan, które po pierwsze nie uczestniczyło czynnie w wojnie z Azcapotzalco, a po drugie zasiedlone było przez ten sam, pokonany niedawno lud - Tepaneków. Realnie więc o palmę pierwszeństwa rywalizowały dwa miasta: Texcoco - posiadające bogatą tradycję konfederacji Acolhuakanów, znacznie starszą niż istnienie samego Tenochtitlanu, oraz właśnie Mechikanie, którzy to bardzo szybko objęli przewodnictwo w owym "związku", z biegiem lat zdobywając prawie całkowitą dominację. Teraz głównym celem Trójprzymierza stała się likwidacja dotychczasowego "tepanackiego porządku" w Dolinie Anahuac i ustanowienie tam nowego, porządku Trójprzymierza. Aby to jednak można było osiągnąć, należało podporządkować sobie wszystkie dotychczasowe "sieroty po Azcapotzalco", szczególnie na kierunku południowym i południowo-zachodnim. Tylko wówczas można było myśleć o trwałym uzyskaniu dominacji zwycięskiej koalicji.

Lecz miasta-państwa, leżące po zachodniej stronie Jeziora Texcoco postanowiły przeciwdziałać takiej ewentualności i podjęły kroki ku zawiązaniu sojuszu wymierzonego w Trójprzymierze. Głównymi prowodyrami nowego sojuszu, stali się teraz Tepanakowie z Coyohuacanu, którzy wysłali nawet poselstwo do Azcapotzalco, namawiając ich do zrzucenia zależności i podjęcia nowej walki z Mechikanami i Acolhuakanami. Deklarowali zawiązanie wielkiego sojuszu miast: Xochimilco, Chalco, Cuitlahuac (czyli miast zasiedlonych przez Tepanaków), a nawet liczyli na przeciągnięcie na swoją stronę Texcoco, poprzez obalenie w nim władzy Nezahualcoyotla i oddanie rządów w ręce jego braci lub kuzynów. W wielu z tych tepanackich miast, rządziło potomstwo wielkiego Tezozomoca z Azcapotzalco, króla budzącego grozę wśród wrogów i szacunek wśród przyjaciół, za którego to rządów Tepanakowie całkowicie zdominowali Dolinę Anahuac, a Azcapotzalco, owe Miasto-Mrowisko, stało się pierwszą potęgą militarną i ekonomiczną w całym rejonie (środkowego Meksyku). Niestety, na wezwania Coyohuacanu nikt nie odpowiedział, nawet Azcapotzalco, którego możni odmówili udziału w nowej wojnie, pytając wysłanników Coyohuacanu: "Dlaczego nie udzieliliście nam pomocy wcześniej? Czy myślicie, że znów pragniemy ujrzeć nasze ulice zasłane głowami i wnętrznościami poległych?" Inne z miast odpowiadały podobnie, lub deklarowały że na razie "przeczekają" i zobaczą komu bardziej sprzyjają bogowie. Bardzo podobnie zachował się również Nezahualcoyotl z Texcoco (będący już członkiem Trójprzymierza), deklarując że nie przystąpi do wojny przeciwko ludziom, którzy nie wyrządzili mu żadnej krzywdy, ale jeśli Mechikanie z Tenochtitlanu zostaną pokonani przez inny lud, on nie będzie nad tym rozpaczał.




Wreszcie, po intensywnych zabiegach prowadzonych ze strony Coyohuacanu, udało się zebrać miasta, posiadające i uprawiające żyzne działki rolnicze zwane chinampas (ogrody powstałe na ziemi, ułożonej pomiędzy kanałami tuż przy brzegu jeziora - były to tak zwane "pływające ogrody"), w Chalco, aby wspólnie naradzić się nad ewentualnym wystąpieniem przeciw Trójprzymierzu, a przede wszystkim przeciwko Mechikanom (członkowie tego zgromadzenia płynęli łodziami nocą, starając się nie robić zamieszania, tak, aby w Tenochtitlan nie dowiedziano się o ich spotkaniu). Za wojną głośno radzili Coyohuacanie oraz przedstawiciele nieodległego Culhuacanu, ale zdecydowanie przeciwny wojnie był władca Chalco - Coateotl. Mówił on, że wojna z Mechikanami nikomu z tu obecnych nic nie przyniesie, nawet jeśli okazałaby się zwycięska. Kto bowiem będzie ściągał daniny z pokonanego Tenochtitlanu? Komu przypadnie największy udział w zwycięstwie? Zapewne każdy uzna się za tego, któremu najwięcej należy się łupów, a owe niesnaski zrodzą kolejne wojny pomiędzy miastami uprawiającymi chinampas i całe to rolnictwo ulegnie zagładzie. Pytał więc - Po co nam to? Możemy przecież żyć w zgodzie z Mechikanami, tym bardziej że nasze córki już są żonami wielu z nich. Rzeczywiście, nawet sam Tlacaelel - brat Montezumy Ilhuicaminy, również wziął sobie żonę z Chalco. Tak więc stanęło na tym, że miasta Południa nie zdecydowały się na wojnę z Tenochtitlanem i udało się ostatecznie odwieść od tego również i Culhuacanów. Pozostali jednie Coyohuacanie, którzy byli zdeterminowani i żądni krwi. Tę nową wojnę musieli teraz jednak toczyć w osamotnieniu.

Aby ją sprowokować, postanowili uniemożliwić kobietom plemienia Mechikanów przychodzić do siebie na targowisko. Zamknięto więc drogi wiodące z grobli Tenochtitlanu i obstawiono strażą południowe wejście. Gdy z grobli zeszły pierwsze niewiasty, obładowane towarami na wymianę i zdążające na targowisko w Coyohuacanie, strażnicy owi napadli na nie i... zabrali im cały towar (wodne ptactwo, jaja, ryby). Uciekły one więc z płaczem do swego miasta i poskarżyły się swemu królowi. Itzcoatl uznał to za "wypadek przy pracy" oraz kazał im zapomnieć o tym przykrym wydarzeniu i raz jeszcze udać się na rynek do Coyohuacanu. Ponownie wróciły ograbione. Itzcoatl polecił im więc teraz, by ustawiły kamienne piecyki, na których smażyły ryby i ptactwo wodne, w stronę Coyohuacanu, tak, aby zapachy pieczonych potraw docierały bezpośrednio do mieszkańców miasta. Gdy woń pieczonych kaczek i smażonych ryb dotarła do Coyohuacanu, część ludności zaczęła się buntować wobec polityce całkowitego wstrzymania handlu wymiennego z Mechikanami, ale ponieważ w przeważającej większości były to kobiety i starcy, przeto ich zdanie nie miało większego znaczenia. Lecz gdy kobiety zaczęły unikać dotyku swych mężów, a starcy żalili się, że przed śmiercią pragną skosztować pieczonych potraw z Tenochtitlanu, mężczyźni Coyohuacanu wpadli na pomysł przeprowadzenia zasadzki, która zakończyłaby tę "handlową wojnę" i pozwoliła im wziąć górę nad Mechikanami. Planowali bowiem zaprosić przedstawicieli Miasta na Wodzie do siebie, a następnie otoczyć ich i wymordować (ostatecznie z tego ostatniego zrezygnowano, jako niegodnego wojowników). 

Wysłano jednak posłów do Tenochtitlanu z zaproszeniem na ucztę ku czci Bardzo Starego Boga (zapewne Xiutecutli - Turkusowego Pana, najstarszego z bogów), aby wyjaśnić wzajemne niesnaski związane z urwaniem się handlu pomiędzy oboma miastami. Mechikanie przyjęli zaproszenie, ale przeczuwając podstęp, udali się na spotkanie jedynie w kilka osób (przybyli m.in.: Montezuma i jego brat Tlacaelel), ale już król Itzcoatl pozostał w swej stolicy. Możni ruszyli z darami (głównie ptactwem, jajkami, owadami itp.:), które zostały przyjęte. Uroczystości trwały do późnej nocy, a ich kulminacją było złożenie w ofierze niewolników (których przed wydarciem im serc, rozciągnięto na rozgrzanych do czerwoności i żarzących się kamieniach). Teraz rozpoczynały się tańce i nadeszła pora na wręczenie przybyłym gościom podarunków przez mieszkańców miasta. Coyohuacanie wyjęli więc przygotowane wcześniej podarki, następnie rozłożyli je na ziemi i rzekli: Wolą naszą jest, abyście to przywdziali i odtąd nosili. Na ziemi zaś, tuż przed przykucniętymi Mechikanami rozłożono ubogie stroje kobiece (bluzki i spódnice z szorstkich włókien agawy), oraz motyki oraz drewniane narzędzia do rozpalania ognia, będące symbolem poddaństwa. A nie było niczego bardziej upokarzającego dla wojownika, niż sprowadzenie go do roli kobiety i przesłanie mu kobiecych sukni. Wojna stała się więc faktem, a miało to miejsce (ok.) 1435 r.  

 




CDN.