Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZBRODNIA KATYŃSKA - 1940. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZBRODNIA KATYŃSKA - 1940. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 maja 2024

WIELKA POLSKA!

 ILE JESZCZE MAMY CZEKAĆ?




 Jak myślicie Kochani, jak długo możemy czekać na to, aby wreszcie urzeczywistnić marzenie które musi stać się ciałem. Marzenie pokoleń Polaków, zarówno tych którzy budowali Rzeczpospolitą Niepodległą po I Wojnie Światowej, jak i tych, którzy żyć musieli w kraju podporządkowanym Moskwie, w kraju biedy i marazmu, beznadziei i serwilizmu. Ta nadzieja jednak nigdy nie umarła. Ona żyła w ludziach nawet wówczas, gdy musieli wyjeżdżać do innych krajów, na Zachód Europy lub do Stanów Zjednoczonych, gdzie ludzie żyli zupełnie inaczej, gdzie wolność była naturalnym przejawem zarówno w polityce jak i w gospodarce, gdyż Europa (a po części również USA) nie były opanowane jeszcze przez kulturowych marksistów. Wyrwanie się więc z tego prl-owskiego marazmu, było marzeniem tysięcy Polaków. Lecz tak naprawdę marzyli oni o tym, aby we własnym kraju zbudować drugą Amerykę, żeby tworzyć Wolną i Niepodległą Polskę i móc swobodnie gospodarzyć na swojej ziemi. Tak naprawdę od 1939 r. na dłuższą metę nie było to możliwe, gdyż najpierw była niemiecko-sowiecka okupacja, potem sowieckie "wyzwolenie" - zakończone kolejnym podporządkowaniem i zamianą naszego kraju w moskiewską satelitę, a na końcu już, gdy było wiadome że ten ustrój demokracji ludowej dosłownie się rozpada, paru cwaniaków wymyśliło sobie transformację, która polegać miała tylko i wyłącznie na wydrenowaniu dotychczas wypracowanego majątku narodowego w ręce kilku tysięcy ludzi służb i dawnej partii (oczywiście dokooptowano do tego tych najbardziej rokujących opozycjonistów z Solidarności). Okres rozwoju gospodarczego (począwszy od ustawy Wilczka z 1988 r. aż do wprowadzenia planu Balcerowicza z 1990 r.) był zbyt krótki, aby mógł przynieść realne korzyści, ale jednocześnie pokazał że Polacy mają niesamowity zmysł przedsiębiorczości i pragną - a przede wszystkim potrafią - budować swoją ekonomiczną siłę, jeśli tylko nikt nie będzie im w tym przeszkadzał. Plan Balcerowicza i "schładzanie gospodarki", a potem wyprzedaż najważniejszych aktywów w obce ręce doprowadził do tego, że realnie znów cofnęliśmy się do pozycji kraju półkolonialnego, drenowanego przez obcy kapitał i będącego na łasce obcych stolic. 

Przez lata też wmawiano nam, że "kapitał nie ma narodowości" i że wyprzedaż majątku narodowego jest jak najbardziej konieczny, że powinniśmy się cieszyć że ktokolwiek chce cokolwiek od nas kupić itd. itp. Rządzili nami ludzie, dla których była to "oczywista oczywistość" i którzy naprawdę wierzyli w te brednie, węsząc przy tym własną korzyść. Jakże obce im było myślenie w kategoriach prorozwojowych, myślenie w kategoriach nie tylko gospodarczej suwerenności, ale przede wszystkim polskiej ekonomicznej ekspansji w Europie i poza Europą. Rozmowa Bartłomieja Sienkiewicza z 2018 r. dla Klubu Jagiellońskiego, której otwarcie twierdził iż: "Polska zawsze będzie krajem peryferyjnym. W naszym interesie jest rezygnacja ze snów o podmiotowości. Tylko wówczas w spokoju będziemy mogli korzystać z dobrodziejstw naszego peryferyjnego położenia. Jesteśmy wewnętrzną gospodarką Niemiec, wywijanie szabelką to samobójstwo", doskonale pokazuje w jak bardzo toksyczne były nasze tzw. elity polityczne (co ja mówię jakie elity, nasze elity zostały rozstrzelane w katyńskim lesie i na błoniach Palmir oraz krematoriach niemieckich obozów koncentracyjnych i sowieckich łagrów).






Mentalność która opanowała te nasze elity III RP nie była wcale nowa. Zresztą elity te też nie były nowe. Większość z nich pochodziła bowiem z rodzin komunistycznych genseków partycypujących w rozkradaniu zajętego przez Sowiety kraju, a duża część również uczestniczyła w zbrodniach popełnianych na ostatnich Żołnierzach Wolnej Polski, zwanych dziś Żołnierzami Niezłomnymi lub Wyklętymi. Ich dzieci rosły w zupełnie innym środowisku niż większość Polaków w powojennej, komunistycznej rzeczywistości ciągłego niedoboru produktów pierwszej potrzeby. Żyli jak pączki w maśle, choć oczywiście z biegiem lat część z nich zbuntowała się przeciwko rodzicom (bowiem tak już jest, że dzieci najczęściej buntują się przeciwko zastanym regułom swoich rodziców, ale ten bunt z reguły jest tylko przelotnym młodzieńczym kaprysem, z reguły bowiem niedaleko pada jabłko od jabłoni). Ten bunt lat 60 zrodził takie postaci jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Karol Modzelewski, Jan Tomasz Gross i wielu innych. O tym jak nieistotny był to bunt, świadczy fakt że ci ludzie w większości powielali to wszystko co zostało im wtłoczone do głowy, w czym wychowywali się przez te lata i co uważali za jak najbardziej oczywiste czyli początkowo była był to sojusz ze Związkiem Sowieckim oraz nieubłagana kolektywizacja rolnictwa i wprowadzanie w życie owych fantasmagorii Marksa i Lenina. Potem zaś stali się "demokratami", ale demokratami - jak oni to nazywali - rozsądnymi, czyli zdającymi sobie sprawę że nie ma możliwości wprowadzić prawdziwej demokracji i nie można też Polakom na zbyt wiele pozwolić, bo wówczas (jak to często głosili ci właśnie, w których żyłach płynęła również krew semicka - czyli wszyscy z wyżej wymienionych) obudzą się "demony polskiego nacjonalizmu" jakkolwiek by to żałośnie nie brzmiało. Swoją drogą jeżeli tak bardzo różnili się od swoich rodziców, to jak to się stało że w ich mentalu wciąż pozostało takie stwierdzenie jak "demoniczny polski nacjonalizm". Skąd to się wzięło, jeśli nie z wtłaczania im tego do głów zarówno przez rodziców, jak i przez całe otoczenie, czyli organizacje typu walterowcy, szkołę i tym podobne.




Ci ludzie - wraz z przedstawicielami służb Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, zbudowali nam III Rzeczpospolitą, w której niby komunizm upadł (😂🤣). Rzeczywiście tamtego komunizmu już nie ma, ale to nie znaczy że komunistów już nie ma. Ludzie którzy w mentalu swym pozostali wierni ideałom marksizmu (oczywiście wiadomo że ten komunizm z lat 80-tych polegał jedynie na trwaniu i szukaniu alternatywy przejścia na coś innego, bo przecież nikt mi nie powie że Miller czy Kwaśniewski to byli ideowi komuniści. To byli raczej ludzie którzy robiąc karierę w partii stali się nomenklaturą, a potem chcieli to już tylko zabetonować wraz z "rozsądną opozycją" solidarnościową typu Wałęsa, Michnik, Kuroń, Geremek etc.). Komunizm lat 80-tych co prawda zdychał, ale powoli. Natomiast "upadek komunizmu" sprowokowali głównie ludzie służb (impuls wyszedł z Moskwy) którzy uznali że znacznie lepiej można się bogacić w systemie quasi-kapitalistycznym (quazi - gdyż wciąż przez nich kontrolowanym), niż w tym spróchniałym i rozpadającym się systemie gospodarki planowej. Ale Polskę jaką nam zbudowano, to była Polska minimalistyczna, Polska która zmieniła tylko swego pana (już nie Moskwa teraz, ale Waszyngton, Berlin, ewentualnie Paryż a potem Bruksela). Rządzili nami bez wątpienia - jak wyraził się w swej przepowiedni z końca sierpnia 1939 r. ,najsłynniejszy jasnowidz II Rzeczpospolitej Stefan ossowiecki - "szubrawcy i świnie"). W ich mentalności Polska ciągle była na dorobku, ciągle była biedna (to żałosne hasełko Władysława Bartoszewskiego o "brzydkiej pannie bez posagu") ciągle była zależna, ciągle była zdana na jakieś poddaństwo czy to Niemcom, czy to Unii Europejskiej (wcześniej Wspólnocie) czy też Ameryce (bo nikt mi nie powie że nasze relacje są równorzędne, choć rzeczywiście jeśli mam wybierać pomiędzy partią pruską a partią amerykańską, to wybieram amerykańską - skoro nie ma polskiej). W takiej retoryce, a przede wszystkim w takiej mentalności Polska i za 100 lat nie byłaby w stanie dogonić Niemcy, bo ciągle byłaby dla tych ludzi na dorobku. Oczywiście dla nich to była wymarzona sytuacja, bo to byli ludzie o mentalności chłopków pańszczyźnianych, ludzie przyzwyczajeni do przyjmowania i wykonywania poleceń. Dlatego ciężko byłoby od nich wymagać jakichś wielkich planów rozwojowych, jakichś idei, czy też propolskich inwestycji. Ich mentalność sprowadzała się przecież tylko do jednego - wejścia Polski do NATO i wejścia do Unii Europejskiej i na tym koniec. Po spełnieniu tych dwóch postulatów mieliśmy znaleźć się w raju, z którego nigdy mieliśmy nie wyjść i tak dokonałby się swoisty "koniec historii" (🤭🤪☹️).

Osiem lat rządów Donalda Tuska to była właśnie owa Polska minimalistyczna, a raczej mikromalistyczna. Nie sposób znaleźć wówczas żadnych programów rozwojowych kraju, nie sposób znaleźć żadnej myśli która by była myślą przewodnią, nie było nic, zero, nul, totalne wyjałowienie. Ale ani Donaldowi Tuskowi, ani ludziom z jego otoczenia to wcale nie przeszkadzało, gdyż po pierwsze Tusk jest totalnym nierobem który brzydzi się pracą i jeżeli ma cokolwiek do zrobienia to dostaje skrętu kiszek (dlatego też zaczyna pracę we wtorek a kończy w czwartek ⌛😂). Po drugie wszelkie plany rozwojowe Polski nie podobają się ani w Moskwie, ani w Berlinie, ani tym bardziej w Brukseli, więc po co mamy się angażować w coś, co ma nas "skłócać z sąsiadami" (🙄). Lepiej przecież płynąć w głównym nurcie, wówczas i tak nie ma się na nic wpływu ale przynajmniej będziemy jak to gówno które przyczepiło się do okrętu i mówi "płyniemy". Poza tym Tusk w ogóle nie potrafi rządzić, nie ma ręki do ludzi (zresztą podobnie jak Kaczyński). Jeżeli bowiem co jakiś czas słychać że "Donald się wściekł" i że członkowie rządu z tych narad (szczególnie kobiety) wychodzą zapłakane, to o czym to świadczy? Szef który musi wydzierać się na swoich pracowników to jest jakiś idiota, a nie szef. Ja osobiście nigdy nie podniosłem głosu na żadnego z moich pracowników - nigdy! Szef ustala priorytety które należy spełnić, zakres czasowy który powinien obowiązywać i potem tylko rozlicza z tego co zostało zrobione. Nie potrzeba do tego nerwów, nie potrzeba płakać czy "wciekać się". Przede wszystkim należy pamiętać że każdy człowiek ma swoją godność i że my wszyscy powinniśmy widzieć siebie samych w drugiej osobie. Ale jeśli pewne rzeczy idą zbyt opieszale (lub nie idą wcale) to oczywiście należy wyciągnąć konsekwencje, co nie znaczy że taką osobę trzeba upokarzać, krzyczeć na nią czy w ogóle znęcać się psychicznie. Ludzie poza tym lubią być komplementowani i nagradzani i jeżeli tylko można, należy tak czynić (oczywiście tylko wtedy, kiedy rzeczywiście jest za co, ale oszczędzanie na pracownikach jest największą głupotą, jaką można popełnić będąc właścicielem firmy czy przedsiębiorstwa).




PiS natomiast jaki był taki był (moja lista zastrzeżeń wobec tej formacji jest bardzo długa), ale jeżeli ktokolwiek myśli że obecnie "zamienił stryjek siekierkę na kijek" to nie, tak nie jest. Tam przynajmniej pojawiały się jakieś prorozwojowe plany, jak choćby udrożnienie Odry, rozbudowa portu kontenerowego w Świnoujściu, przekop Mierzei Wiślanej (który wcale nie jest bez sensu jak twierdzą wszelkiej maści jebaćpisy, trzeba tylko powiększyć jeszcze port w Elblągu, a tutaj problem stwarza prezydent tego miasta który nie chce tego finansować, a jednocześnie uważa że po sfinansowaniu takiego przedsięwzięcia przez budżet państwa, taki port wciąż należałoby do miasta, a nie... do rządu). Najważniejsze zaś przedsięwzięciem i wręcz symbolem rządu PiS miał być Centralny Port Komunikacyjny, czyli średniej wielkości lotnisko, które jednak przejęłoby cały transport cargo z lotniczych portów niemieckich (głównie Berlina) na Europę Środkowo-Wschodnią. Tutaj dochodzimy do bardzo ważnej kwestii, bo o ile ludzie pokroju Sienkiewicza (czyli wszelkiej maści mentalni kastraci), twierdzą że Polska i tak pozostanie krajem peryferyjnym i nie ma co tutaj pobrzękiwać szabelką, tylko cieszyć się że płyniemy w głównym nurcie europejskiej polityki i jak Niemcy pozwolą to będziemy się bogacić i w ogóle cieszmy się że pozwalają nam żyć (🤯). To jednak zupełnie inne zdanie mają o nas chociażby sami Niemcy, którzy doskonale wiedzą jaki w Polakach drzemie potencjał i jak bardzo Polska może im zagrozić. Oni dobrze pamiętają że przegrali z nami wojnę handlową w latach 1925-1933 i to w sytuacji w której oni totalnie dominowali. Doskonale wiedzą też, że Polska jako lider krajów Międzymorza, to śmiertelne niebezpieczeństwo dla niemieckich wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej (a realnie w całej Europie). Doskonale też wiedzą że polski złoty był w latach 20-tych i 30-tych znacznie silniejszą i stabilniejszą walutą od niemieckiej marki (niemieccy chłopi po 1924 r. woleli płacić polską walutą niż niemiecką, nazywając tę drugą "Żydowskim konfetti z Berlina"). Mamy też ogromny potencjał geopolityczny, przez nasze ziemie przechodzą kluczowe drogi handlowe zarówno do Azji jak i do Europy Zachodniej i stąd budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego jest tak istotna. Inna sprawa, że kontynuacja tego projektu byłaby niezwykle korzystna dla nowego rządu i samego Tuska, gdyż zyskałby on wówczas poparcie takich ludzi jak ja, którzy co prawda nie pałają do niego sympatią, aczkolwiek jeśli kontynuował by propolskie inwestycje, byłbym pierwszą osobą która by go w tym wspierała. A przecież CPK to też tylko projekt minimalistyczny. Ja uważam że my powinniśmy patrzeć znacznie dalej, przynajmniej tak jak Indie, które niedawno wysłały własny lądownik na Księżyc. Ja również pragnę abyśmy wysłali naszą polską wyprawę na Księżyc, a być może nawet i dalej - dlaczego nie. Wszystko jest możliwe, tym bardziej dla takiego narodu jak my. 




I teraz powstaje pytanie, skoro Donald Tusk zyskałby znaczne poparcie kontynuując projekt CPK (bo przecież spora część wyborców jego własnej partii również popiera budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego). Tym bardziej że kontynuacja tego projektu zwiększyłaby szansę Platformy Obywatelskiej na zwycięstwo w wyborach do Parlamentu Europejskiego (co dla Tuska jest bardzo ważne). Co więc stoi na przeszkodzie aby tego nie czynić, skoro prawie wszystko przemawia aby to robić (również te żałosne choć bardzo kosztowne audyty, które do tej pory wykonano chyba w liczbie trzy czy cztery, i to za nasze pieniądze). Co stoi na przeszkodzie aby tego nie robić? Otóż odpowiem na to pytanie, po pierwsze tego projektu nie chce Berlin, nie chce go Bruksela, a po trzecie nie chce go również sam Tusk, któremu w ogóle nie chce się nic robić. I te argumenty całkowicie przeważają nad tamtymi, dlatego uważam (i mówię to otwarcie) że ten rząd działa na szkodę Polski i Polaków i każdy dzień istnienia tego rządu jest policzkiem wymierzonym w nas wszystkich. Dlatego też nie chcę rządu złożonego z ludzi o mentalności Sikorskiego (który robił reset z Moskwą i twierdzi że Rosja pod rządami takich wielkoruskich nacjonalistów jak zamordowany niedawno Aleksiej Nawalny byłaby optymalna a nawet pożądana dla Polski), Sienkiewicza ("Polska jest niemieckim peryferium"), czy Tuska ("Polskość to nienormalność"). Pragnę Wielkiej Polski i nie jestem w tym swoim pragnieniu odosobniony. Takich Polaków jak ja jest całe mnóstwo, a ostatnie 8 lat rządu PiS-u wyrobiło w Polakach przeświadczenie, o tym że Polak potrafi, że możemy osiągnąć potęgę ekonomiczną (staliśmy się w końcu 20 gospodarką świata, Hiszpania jest 15, a Niemcy zdaje się 5, także przed nami jeszcze wiele prac żeby stać się pierwszą) dzięki własnej pracy i ekonomicznej zaradności. Zbudujmy nasze własne ekonomiczne Trójmorze i zamiast zlikwidować złotówkę i przyjmować euro, stwórzmy naszą własną strefę złotówki wśród państw Europy Środkowo-Wschodniej, państw które będą płaciły w naszej walucie (kto wie, może do tego programu kiedyś przystąpią również Niemcy - zresztą historyczne tradycje pod tym względem już mają). 

Nie chcę więc słyszeć o żadnych likwidacjach projektu CPK czy temu podobnych. Jedyne co chcę widzieć, to nieustanne dążenie do rozwoju, budowanie naszej własnej siły i ekonomicznej potęgi - a co za tym idzie potęgi politycznej która, musi niestety następować również z wymianą kadr (tak jak Mojżesz, który 40 lat błąkał się po Synaju zanim wkroczył do Kanaanu tylko po to, aby wymarło pokolenie pamiętające niewolę egipską, bo z tymi ludźmi nie dałoby się nic pożytecznego stworzyć, gdyż ci ludzie nawet będąc wolnymi, w głębi duszy wciąż pozostali niewolnikami). Kadry bowiem jak (głosił zbrodniarz Lenin), rzeczywiście decydują o wszystkim. Jeżeli nie masz dobrej ekipy która będzie z tobą realizowała dobry plan, to nic z tego nie będzie, dlatego musisz usunąć ze swego otoczenia ludzi o mentalności niewolników, aby następne pokolenie (lub też ludzie którzy nie mają w sobie genu zaprzańców i szmalcowników) zbudowali z tobą coś Wielkiego. Amen!




czwartek, 23 grudnia 2021

JULKI Z TWITTERA

 CZYLI O RÓWNOLEGŁYM ŚWIECIE

PEŁNYM FANTAZJI I ZABOBONÓW

 
 
 
 
 Dziś krótko, ponieważ sprawy zawodowe zajęły mi więcej czasu niż przypuszczałem (a poza tym zbliżają się święta Bożego Narodzenia i należy moją Panią nieco odciążyć z obowiązkami domowymi, tym bardziej, że jeśli chodzi o przygotowywanie niektórych potraw to ja tutaj jestem prawdziwym mistrzem - nie chwaląc się oczywiście). Otóż, odnalazłem na Facebooku ciekawą stronę o której istnieniu wcześniej nie wiedziałem, choć oczywiście ten tok myślenia był mi znany, a mianowicie chodzi o stronę Julka z Twittera, pokazujący w sposób niezwykle prosty - to rozumowania współczesnych "dzieci-kwiatów", czyli takich żyjątek, które do końca nie wiedzą po co żyją? jaka jest rzeczywistość dokoła nas? ile jest płci? czy płeć w ogóle istnieje? dlaczego Bóg zawsze jest mężczyzną? itd. itp. Jest to przyznam się szczerze ciekawe miejsce - ten cały świat sennych marzeń Juleczek i Oskarków - których wiedza o ekonomi, biologii, historii i kilku innych dziedzinach wiedzy, jest na poziomie kilkuletniego dziecka (a przecież to w większości są studenci, od których wymagałoby się już pewnej dojrzałości). Ci młodzi ludzie (choć w tym przypadku adekwatniejsze byłoby określenie "osobo-człowiek", a może... "zwierzo-człowiek"? 😉) w swej nieograniczonej naiwności pytają się np.: "Dlaczego nie można dodrukować więcej pieniędzy, aby biedni ludzie też żyli jak pączki w maśle?". Przypomnę że to są studenci, czyli osoby wykształcone, a ja przyznam się szczerze bałbym się powierzyć im jakąkolwiek prostą pracę (choćby sprzątanie domu lub garażu) bo bałbym się żeby sobie przy tym czegoś nie zrobili. Ci ludzie mają się za przyszłą elitę (niektórzy tak właśnie o sobie piszą), dlatego też należałoby zapytać - elitę czego? Nie chcę tu się zbytnio wyzłośliwiać, dlatego też od razu przejdę do rzeczy i zaprezentuję kilka wybranych przeze mnie screenów z Twittera i Facebooka, które odnalazłem na owej stronie, a Czytelnikom pozostawiam kwestię oceny owych "mądrości".
 
 
PS: Jeśli tacy ludzie mają się stać przyszłą elitą, to sądzę za już za jakieś pięćdziesiąt lat, ludzkość cofnęłaby się do poziomu małp człekokształtnych, które patykiem wydłubują mrówki z mrowiska (bo przecież jedzenie mięsa jest wielką zbrodnią, gdyż przy tym gwałcone są krowy, kury i koguty 😂 jak twierdzi pani europosłanka Sylwia Spurek, natomiast jedzenie trawy, lub robaków jest jak najbardziej cool).   
 
 

"Z MLEKIEM NIE JEST JAK Z MOCZEM - 
NIE DAJE SIĘ BEZ PRZYCZYNY"
(to dobre - muszę zapamiętać 😅)
 
 


 
 
JULKI - JULECZKI, 
OSKARKI - OSKARECZKI
CZYLI CO KOMU W GŁOWIE SIEDZI?
 
 
 
JULKA PISZE - "NIE PRZEŻYŁABYM, GDYBY MÓJ CHŁOPAK BYŁ HETERO"

SPOKOJNIE, SPOKOJNIE, ZNAJDŹ SOBIE CHŁOPAKA O SKŁONNOŚCIACH HOMOSEKSUALNYCH, A POTEM... ZMIEŃ PŁEĆ I DOKONAJ ABORCJI 😄
 
 

 
 
 JULKA PISZE - "PO CO KOMU PŁEĆ?"

A PO CO KOMU MÓZG? NIE WIDAĆ, GO, NIE MOŻNA SIĘ PODRAPAĆ - SZCZEGÓLNIE JAK WYSKAKUJĄ NA NIM JAKIEŚ WYPRYSKI

(NIEŚMIERTELNY TEKST TADZIA NORKA DO KAROLA KRAWCZYKA Z "MIODOWYCH LAT" - "KAROL POWINIEN SIĘ LECZYĆ, JEMU NA MÓZGU WYSKAKUJĄ JAKIEŚ WYPRYSKI, TO GO SWĘDZI, A NIE MOŻE SIĘ PODRAPAĆ, BO NIE MA W CO" 😅)
 
 

 

 
 
TO POZOSTAWIĘ BEZ KOMENTARZA, CHOĆ EWIDENTNIE UWIDACZNIA SIĘ TUTAJ JAKAŚ UKRYTA ZAZDROŚĆ O PENISA
 
 

 
 
TUTAJ PRAWDZIWA PEREŁKA
 
JULKI NIE MAJĄ WPŁYWU NA TO, JAK WYGLĄDAJĄ - BO IM SIĘ NIC NIE CHCE I TRZEBA JE KOCHAĆ ZA TO CO MAJĄ W ŚRODKU, ALE SAME CHCIAŁBY CHŁOPAKA Z SZEŚCIOPAKIEM NA BRZUCHU

(SWOJĄ DROGĄ CO TEŻ TAM W ŚRODKU MOŻE BYĆ - MÓZG ZAMIENIONY W MAŚLANKĘ, CIAŁO W BAJADERKĘ A Z TWARZY... PODOBNE SĄ ZUPEŁNIE DO NIKOGO 😉)
 
 

 



 
 
JULKA PISZE - "NIENAWIDZĘ KAPITALIZMU, PATRIARCHATU, MĘŻCZYZN, SPOŁECZEŃSTWA, POLITYKÓW, POLICJI, COVIDA, SZKOŁY" I PYTA - "NIE MOŻNA PO PROSTU WYDRUKOWAĆ WIĘCEJ PIENIĘDZY BY ROZWIĄZAĆ PROBLEMY BIEDNYCH LUDZI"
 
A NA KOŃCU CREME DE LA CREME, JULKA DODAJE - "NIENAWIDZĘ GŁUPICH LUDZI" 😂
 
 
 
 
 
TO TEŻ ŚWIETNE! 😋
 
 

 
 
 OSKAREK STUDIUJĄCY MEDYCYNĘ, ALE WCIĄŻ ŻYJĄCY W BAŃCE Z MCHU I PAPROCI

MĘŻCZYŹNI MIESIĄCZKUJĄ CZY NIE MIESIĄCZKUJĄ?

(NIE WIADOMO - TRZEBA PEWNIE SKOŃCZYĆ WYŻSZE STUDIA MEDYCZNE ABY ODPOWIEDZIEĆ NA TO PYTANIE 😵 POZA TYM TAK TUTAJ TĘCZOWO I "CZERWONO" ŻE AŻ MNIE OŚLEPIA. SWOJĄ DROGĄ SYMBOL ZACIŚNIĘTEJ PIĘŚCI PRZYPISUJE SIĘ HISZPAŃSKIEJ MARKSISTCE - DOLORES IBARRURI, KTÓRA STWIERDZIŁA KIEDYŚ ŻE ŻOŁNIERZE FRANCO "NIE PRZEJDĄ" - "NO PASARAN". ALE ONI PRZECHODZILI I Z UŚMIECHEM NA USTACH MÓWILI: "HEMOS PASADO" - "PRZESZLIŚMY!" MÓWIĘ O TYM NIE ŻEBY USPRAWIEDLIWIAĆ REŻIM FRANCISCO FRANCO, ALE BY DODAĆ: "PRECZ Z KOMUNĄ, TERAZ I ZAWSZE!!!")
 
 

 
 
JULKA PISZE ŻE KOBIETA MUSI MIEĆ PRAWO DO WŁASNEGO ZDANIA, PO CZYM DODAJE ŻE JAK KOBIETA MA PRAWICOWE POGLĄDY (JA WOLĘ OKREŚLENIE PATRIOTYCZNE) TO JEST NIE DO ZAAKCEPTOWANIA. KOBIETA MUSI WSPIERAĆ FEMINIZM, LGBT, GENDER, EKOLOGIZM I OCZYWIŚCIE MUZUŁMAŃSKICH "KSIĄŻĄT ORIENTU", A JAK WSPIERA WŁASNY KRAJ, RODZINĘ I NIEDAŃ BOŻE SWEGO MĘŻA - TO JEST ZDRAJCZYNIĄ Z KTÓRĄ TRZEBA WALCZYĆ. PODOBNIE TWIERDZIŁA IKONA FEMINIZMU - SIMONE de BEAUVOIR, KTÓRA BEZDYSKUSYJNIE ORZEKAŁA, ŻE KOBIETA NIE MOŻE MIEĆ PRAWA DO WYBORU (CZY ZOSTAĆ W DOMU I ZAJĄĆ SIĘ RODZINĄ, CZY TEŻ PODJĄĆ PRACĘ ZAROBKOWĄ) GDYŻ JEŚLI KOBIECIE POZOSTAWI SIĘ TAKI WYBÓR - TO W OGROMNEJ WIĘKSZOŚCI KOBIETY WYBIORĄ OPCJĘ PIERWSZĄ, DLATEGO - JAK TWIERDZIŁA de BEAUVOIR - KOBIETY NALEŻY ZMUSIĆ DO PRACY I CIĄGŁEJ KONFRONTACJI Z MĘŻCZYZNAMI, NAWET JEŚLI JEST TO WBREW ICH NATURZE (BOWIEM KOBIETY WOLĄ MĘŻCZYZN KOCHAĆ, NIŻ Z NIMI KONKUROWAĆ). TAKA TO FEMINISTYCZNA "WOLNOŚĆ" CZEKA KOBIETY W WYKONANIU ZARÓWNO ZAWODOWYCH MARKSISTEK, JAK I WSPÓŁCZESNYCH JULEK Z TWITTERA.
 
 (JA OSOBIŚCIE ZNAM MNÓSTWO KOBIET, KTÓRE ODNAJDUJĄ PRAWDZIWE SWE POWOŁANIE WŁAŚNIE W GRONIE RODZINNYM, ALE NIE JESTEM I NIGDY NIE BYŁEM PRZECIWNIKIEM PRACY ZAROBKOWEJ KOBIET. SZANUJĘ PRAWO KAŻDEGO CZŁOWIEKA DO WYBORU JEGO ŻYCIOWEJ DROGI, ALE PROBLEM W TYM, ŻE W IDEOLOGII FEMINAZISTEK WOLNOŚĆ JUŻ NIE ISTNIEJE).
 
 

 
 
JA TYLKO DODAM ŻE NAJWIĘKSZYM WROGIEM KOBIETY JEST DRUGA KOBIETA I JEST TO PRAWDA STARA JAK ŚWIAT
 
 

 
 
JULKA PISZE - "GDYBY TYLKO LUDZIE PRZEJRZELI NA OCZY I SKUPILI SIĘ NA GENIALNYM KOMUNIZMIE - WTEDY DOPIERO POLSKA ZACZĘŁABY SIĘ ROZWIJAĆ"
 
MYŚMY SIĘ JUŻ SKUPIALI NA "GENIALNYM KOMUNIZMIE", ALE KOMUNIZM NIE JEST PRZYSTOSOWANY DO LUDZKIEJ NATURY. JEDNAK SKORO WSZYSTKIEMU WINIEN JEST "CZYNNIK LUDZKI" - JAK MAWIAŁ PEWIEN MŁODY MARKSISTA NA JEDNYM Z LEWIACKICH MARSZY - TO ZAWSZE KOŃCZY SIĘ TAK SAMO - CZYNNIK LUDZKI DO WYMIANY
 
 
 
 

 
 
JULKA PISZE - "DUŻO KRAJÓW W AFRYCE NIE MA DOSTĘPU DO CZYSTEJ WODY, DLATEGO JA SPECJALNIE BRUDZĘ SOBIE WODĘ ABY SIĘ Z NIMI SOLIDARYZOWAĆ... JEŚLI PIJESZ CZYSTĄ WODĘ TO JESTEŚ RASISTĄ"
 
JA UWAŻAM NAWET, ŻE W RAMACH SOLIDARNOŚCI Z AFRYKĄ WSZYSTKIE JULKI I OSKARKI POWINNY PIĆ BEZPOŚREDNIO Z KAŁUŻY. W KOŃCU SOLIDARNOŚĆ WYMAGA POŚWIĘCEŃ A CELEM LUDZKOŚCI JEST OSIĄGNĄĆ WRESZCIE POZIOM ROZWOJU ZWIERZĄT
 
 
 
 

 
 
 BIALI SĄ OPRESORAMI, "KOLOROWI" TO OFIARY, ALE TAK NAPRAWDĘ RASY TO SPOŁECZNY KONSTRUKT, PODOBNIE JAK PŁEĆ - WIĘC O CO CHODZI Z TYM PODZIAŁEM NA UCIŚNIONYCH CZARNOSKÓRYCH I OPRESYJNYCH BIAŁYCH?
 
 

 
 
JULKA MÓWI - "JEZUS BYŁ CZARNOSKÓRYM MARKSISTĄ LGBT", "SZWENDAJĄCYM" SIĘ W MĘSKIM GRONIE!?

(ZALECIŁBYM  MNIEJ SERIALI Z NETFLIXA A WIĘCEJ KSIĄŻEK, ZE SZCZEGÓLNYM UWZGLĘDNIENIEM PISMA ŚWIĘTEGO)
 
 

 
TE I RESZTA CIEKAWYCH SPOSTRZEŻEŃ MŁODYCH MARKSISTÓW ZE STRZEŻONYCH OSIEDLI KTÓRZY NIGDY NIE ZHAŃBILI SIĘ ŻADNĄ PRACĄ - ZNALEŹĆ MOŻNA NA STRONIE JULKA Z TWITTERA NA FACEBOOKU 
 
 
 
 
 

czwartek, 17 czerwca 2021

PANOWIE I NIEWOLNICY - Cz. I

 CZYLI JAK TO NAPRAWDĘ BYŁO 

Z NIEWOLNICTWEM, PODDAŃSTWEM 

I PAŃSZCZYZNĄ?




 
 
 Tematem tym chciałem się zająć już od jakiegoś czasu ale nigdy nie było po temu odpowiedniej okazji. Teraz zaś, pod wpływem informacji o buntach jakie miały miejsce w Anatolii i na Bliskim Wschodzie w omawianym przeze mnie okresie (w serii "Historia Życia, Wszechświata, wszelkiej cywilizacji") postanowiłem wreszcie do tego tematu powrócić. Oczywiście nie mam zamiaru teraz sięgać tak daleko w przeszłość, gdyż wydaje mi się to - przynajmniej na razie - niepotrzebne. Tym bardziej, że są znacznie ciekawsze i bliższe nam historycznie okresy, które doskonale nadają się do zaprezentowania i omówienia dla tego tematu. Jest to pasjonujące również dlatego, że w dzisiejszych czasach mamy nawrót do tendencji absolutystyczno-poddańczych, jeśli w ogóle nie niewolniczych. Przecież wciąż istnieje "rasa" czy "klasa panów", którzy nie tylko uważają się za prawdziwych władców tej planety, ale wręcz za... bogów. To oni decydują co możemy, a czego nam nie wolno. Dla kaprysu wywołują wojny i rozpętują pandemie zagrażające całemu światu i to tylko dlatego, aby sprawdzić jak dany wirus będzie się rozprzestrzeniał. Można by na ten temat pisać bez końca, tym bardziej że niekiedy na widok publiczny wychodzą cele i praktyki podejmowane przez owych "możnych", którzy sami zapewne zwą się "kreatorami dziejów", a które to działania godzą przede wszystkim w ludzi nie należących do owej globalistycznej elity władzy (ostatnie wydarzenia z wydobyciem na światło dzienne maili Anthonego Fauci'ego jest tego dobitnym przykładem, a szczególnie fakt, że ten człowiek już w 2019 r. twierdził, że przydałaby się jakaś ogólnoświatowa pandemia, którą można by obserwować pod względem jej rozwoju i wpływu na organizm człowieka, co byłoby niezwykle korzystne z punku widzenia nauki i medycyny. Oczywiście ofiary, które wygenerowałaby ta pandemia nikogo z tzw." elity" nie interesują, gdyż one bezpośrednio nie dotykają ludzi dysponujących ogromnymi funduszami i możliwościami wielowektorowego oddziaływania politycznego i społecznego. Nie będę oryginalny, gdy napiszę że my wszyscy jesteśmy przez nich traktowani nie tylko jak króliczki doświadczalne, ale wręcz jak bydło, które można dowolnie zabić, zaczipować, założyć kaganiec - zwany powszechnie maseczką - uwięzić w domach i poddać całkowitej inwigilacji - to ostatnie jeszcze im się do końca nie udało, ale intensywnie nad tym pracują).

W tym temacie jednak chciałbym zająć się kwestią tego, co nazywamy kulturą dominującą - tworzoną przez elity - oraz kulturą poddańczą, czasem niewolniczą, pojawiającą się od czasu do czasu w społecznościach marginalizowanych i podporządkowanych. Oczywiście nie znaczy to, że kultura elit jest lepsza czy gorsza od tego, co wytwarzają społeczności marginalizowane (których często jest znacznie więcej), po prostu najczęściej jest to kultura "inna". Może ona być zarówno destrukcyjna, godząca w struktury społeczne, rodzinę i poszczególne państwa (jak to ma miejsce obecnie, gdzie promowane są powszechnie zachowania niszczące tkankę społeczną, takie jak: lgbt, gender, feminizm, ekologizm - wywodzące się z jednej marksistowskiej puli), a może być to kultura pozytywna, spajająca społeczeństwo (oczywiście również w interesie określonych elit, ale też byłoby dziwne sądzić, że kultura stworzona przez elity, nie miałaby przede wszystkim służyć samym elitom). I właśnie tą problematyką chciałbym się dzisiaj zająć. Weźmy choćby takie Stany Zjednoczone - kraj (przynajmniej teoretycznie) wielkich możliwości i ogromnych społecznych kontrastów. Kraj który przez długi czas miał problem z rasizmem (w południowych stanach np. wieszano Murzynów za stosunek z białą kobietą, ale Murzynki były do woli gwałcone przez swych białych panów), a teraz ma problem z odwróconym rasizmem, skierowanym przede wszystkim w białych obywateli USA (polityczna poprawność, panująca w przestrzeni publicznej, która nakazuje wręcz automatyczne korygowanie pewnych zwrotów lub postaw, tylko dlatego że mogą być przez kogoś uznane za rasistowskie, homofobiczne czy seksistowskie, poza tym istnieją również punkty za odpowiednie urodzenie - i jeśli urodziłeś się Murzynem lub kobietą, masz na amerykańskich uniwersytetach przyznawane dodatkowe punkty, podobnie jak u nas w czasach komuny przyznawano punkty za chłopskie lub robotnicze pochodzenie, oraz oczywiście to pozbawione jakiegokolwiek logicznego sensu, klękanie przed BLM - czyli formację którą powinno się zwalczać z całą bezwzględnością, jako organizację nawołującą do nienawiści, przemocy i terroryzmu). Stany Zjednoczone, to oczywiście kraj zbudowany na wielu kontrastach (w skład których wchodzą różne narodowości, kultury, języki ,wiary i tradycje) ale jednak pod dominacją protestanckich Anglików i to oni byli autorami tej kultury, na której rodziły się, rosły i dojrzewały Stany Zjednoczone. 





Ale nawet ta kultura nie była jednorodna, gdyż miała szereg własnych, mniejszych kontrastów. W XVIII i XIX wieku (a w dużej mierze również po dziś dzień) Północ USA oparta była na zupełnie innej tradycji, niż Południe - gdzie dominowała raczej stara, angielska szlachta, która właśnie w tamtych regionach znalazła wyśmienite warunki do dalszego rozwoju i budowy swej ekonomicznej potęgi. Niewielu jednak wie, jak naprawdę wyglądały relacje pomiędzy panami a ludnością zdominowaną (np. czarnoskórymi niewolnikami) na Południu USA. Na czym się one opierały, jak wyglądał dzień powszedni na takiej farmie lub jaki był stosunek panów do ludności zniewolonej (nie tylko czarnoskórych, gdyż w USA biały człowiek także mógł popaść w niewolę i zostać sprzedany na targu np. za długi lub celem odbycia kary za popełnione przestępstwo), oraz jak wyglądały relacje niewolników z ich panami i kto tu był tak naprawdę wykorzystywany. Między bajki można włożyć panującą dziś powszechnie opinię o tym, jak okrutnie traktowani byli czarnoskórzy niewolnicy na plantacjach i jakie kary na nich stosowano. Tak naprawdę niewolnik był inwestycją, która musiała się zwrócić. A ponieważ znaczny odsetek Południowców, którzy posiadali własnych niewolników (z reguły jednego lub co najwyżej dwóch) było średnio zamożnymi farmerami, dla których kupno nowego niewolnika związane było z ogromnymi kosztami, często przerastającymi dochody jakie mieli oni ze swojej farmy, dlatego też niewolnicy ci, nie byli traktowani źle - o jakichś poważniejszych karach cielesnych nawet nie wspominając - gdyż godziłoby to przede wszystkim w interesy samego farmera, który przecież musiał wyhodować swoje plony, potem je zebrać i sprzedać. Często więc pracował tak samo ciężko przy uprawie roli, jak jego niewolnik - który też najczęściej traktowany był jak domownik, a w niektórych sytuacjach nawet jak członek rodziny. Oczywiście przykłady znęcania się nad niewolnikami były, ale ograniczały się głównie do wielkich latyfundiów, ogromnych farm należących do majętnych producentów (np. bawełny lub trzciny cukrowej) z Południa USA. Ale to też nie zawsze było tak, że to ci panowie byli takimi okrutnikami. Trzeba bowiem pamiętać, że także i wśród samych niewolników istniała określona hierarchia osób, którym pan ufał bardziej i mniej i którzy mieli jego pozwolenie na zarządzanie innymi niewolnikami w jego imieniu. Często to właśnie sami niewolnicy - aby udowodnić swoje przywiązanie do pana i powierzoną im funkcję nadzorcy - mając w swych rękach odrobinę więcej władzy, zachowywali się bardzo brutalnie w stosunku do innych niewolników (takie zachowanie zostało naukowo udowodnione w 1971 r. przez Philipa Zimbardo w tzw.: "Stanfordzkim eksperymencie więziennym", gdzie grupa nieznających się wcześniej ludzi wzięła udział w eksperymencie, polegającym na zbadaniu wpływu władzy na ludzką psychikę. Eksperyment przerwano już po sześciu dniach, ponieważ ci spośród wybranych kandydatów, którym powierzono zadania strażników, zaczęli poniżać i brutalnie wymuszać polecenia na ludziach, którym powierzono rolę więźniów. Ów eksperyment pokazał więc dobitnie, że w człowieku funkcjonują dwie natury i każdy z nas może zarówno stać się dobroczyńcą jak i oprawcą. Ważne, aby to sobie uświadomić i zdecydować której stronie swej natury pozwolimy ostatecznie wziąć górę).

Zdarzały się jednak przypadki (i był one częste) gdy niewolnicy brali górę nad swymi panami, choć nie dochodziło przy tym do żadnych buntów czy gwałtów. Niewolnicy bowiem wyrobili w sobie spryt oraz przebiegłość. Dzięki tym cechom byli w stanie przede wszystkim uniknąć okrutnych kar od swych majętnych właścicieli. Panowie z reguły traktowali Murzynów jak bandę głupców, którzy nic nie widzieli, nic nie znają i niczego nie potrafią - więc nawet tę pracę którą mają do wykonania, też trzeba im osobiście wytłumaczyć i pokazać. Ale oni (jak i wszyscy zniewoleni) byli bardzo mądrzy, wiedzieli bowiem co panu się spodoba, a co nie, więc robili wszystko, aby się panu przypodobać i gdy ten zlecał im jakieś zadanie, czołobitnie potakiwali i mówili tylko: "Tak Panie", "Natychmiast Panie" etc. etc. A mimo to wiedzieli dobrze, że owoce pracy którą oni wykonywali, szły na konto ich właściciela, a oni nic z tego nie mieli. Dlatego też, aby uniknąć kary a jednocześnie nie napracować się zbytnio (w końcu za tę pracę i tak nie otrzymywali żadnego wynagrodzenia) często sabotowali powierzone im zadania. Jak do tego dochodziło? Bardzo prosto, wysłani na pole trzciny cukrowej lub kukurydzy, stali oparci o sprzęt, który powierzył im właściciel i... udawali że go naprawiają. Często też sami psuli sprzęt, gdyż mogli wówczas odpocząć i nie musieli pracować, a zawsze mogli się wytłumaczyć że naprawiają uszkodzony element. Panowie często orientowali się w zamiarach swych niewolników, ale tłumaczyli to sobie ich wrodzoną głupotą i bezmyślnością. Przecież gdyby uświadomili sobie, że niewolnicy robią z nich głupców, musieliby wpaść w gniew i wielu z nich ukarać (nic tak bowiem nie boli, jak urażona duma), ale gdy niewolnicy głupio się tłumacząc, dawali im jednocześnie dowody swojej bezmyślności, panowie ci kiwali głowami i machali ręką, po czym tłumaczyli to sobie niewolniczą bezmyślnością i prostactwem. Susan Dabney - córka jednego z plantatorów z Południa USA - podzieliła się taką oto refleksją na temat obserwacji niewolników pracujących na plantacjach: "Z czarnymi niewolnikami wydaje się niemożliwe, żeby jeden z nich zrobił cokolwiek, nieważne jak błahego, bez asysty innego niewolnika lub dwóch", zaś inny plantator stwierdził otwarcie: "Dowiedziałem się, że jeżeli chcę, żeby coś było zrobione, wpierw muszę poinstruować czarnych, później jeszcze im to pokazać, a na końcu i tak zrobić to samemu. Ich sposoby, by czegoś nie zrobić, były bardzo pomysłowe a jednocześnie zawsze byli doskonale usłużni (...) a później i tak jakoś ta robota była nie zrobiona". Na Południu istniało nawet takie powiedzenie: "Czarny potrzebuje jeszcze dwóch takich do pomocy, aby nie zrobić nic".




A jak ta sytuacja wyglądała w Polsce, Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech we Włoszech czy w Rosji? W tym właśnie temacie postaram się to wyjaśnić. Spójrzmy na przykład na nasz kraj. U nas, w Polsce dominuje świadomość tradycji szlacheckiej, jako naturalnej i niepodlegającej dyskusji. W zbiorowej świadomości (ogromnej większości) Polaków, ukształtował się obraz szlacheckiego dworku z zawieszonymi na kominku skrzyżowanymi ze sobą szablami, z powieszonym na ścianie ryngrafem Najświętszej Marii Panny, Białego Orła (lub z jeszcze innym wizerunkiem), którego używano w czasie bitew jako osłonę szyi i piersi. Przetrwała świadomość pobrzękującej muzyki (najczęściej damy grały na wiolonczeli lub chittarze - poprzedniczce dzisiejszej gitary - ewentualnie na klawesynie, w otoczeniu zasłuchanych domowników). Pan domu palący fajkę, pani zajmująca się wyszywaniem - taka swojska idylla. I ta świadomość kultury szlacheckiej dawnej Rzeczpospolitej jest obecnie dominująca wśród Polaków i to często też i wśród tych, którzy ze szlachtą nie mają nic wspólnego, a ich przodkowie wywodzili się z mieszczan lub (co bardzo częste) z chłopów. Kiedyś przeczytałem opinię pewnego pisarza (nie pamiętam już jego nazwiska), który nie mógł się nadziwić, gdy podczas oglądania w kinie "Potopu" w reżyserii Jerzego Hofmanna, siedzący tam potomkowie chłopów, utożsamiali się całkowicie z postacią Andrzeja Kmicica, szlachetki, który pod wpływem miłości do Oleńki Billewiczówny, zdrady hetmana Janusza i Bogusława Radziwiłłów oraz wydarzeń historycznych połowy XVII wieku (Potop szwedzki 1655-1660, a wcześniej wojna z Moskwą 1654-1667) przechodzi swoistą metamorfozę i z warchoła oraz bandyty, który pali wsie i morduje niewinnych, przeistacza się w obrońcę Klasztoru Jasnogórskiego w Częstochowie, ratuje życie królowi Janowi Kazimierzowi, gdy ten powraca ze Śląska, próbuje porwać zdrajcę, księcia Bogusława Radziwiłła, jest też torturowany (przypalony ma cały bok) przez zdrajcę Kuklinowskiego (powieść "Potop" druga część Trylogii, została napisana na podstawie historycznych wydarzeń w 1886 r. przez Henryka Sienkiewicza ku "pokrzepieniu serc" dla Polaków, w czasach zaborów i braku szans na odzyskanie przez Polskę niepodległości). Można zatem podsumować ten film słowami barda Kaczmarskiego, który śpiewał w swoim "Panu Kmicicu": "Jest nagroda za cierpienie, kto się śmieli, ten korzysta. Dawnych grzechów odpuszczenie, król Jędrkowi skronie ściska. Masz Tatarów, w drogę ruszaj, raduj Boga rzezią w Prusach - hej, kto szlachta, za Kmicicem, ej dana, Wołmontowicze (...). Krzyż, Ojczyzna, Bóg, prywata, warchoł w oczach zmienia skórę. Wierny jest, jak topór kata i podobną ma naturę. Więc za słuszną sprawność ręki, będzie ręka i Oleńki, łaska króla, dworek, dzieci - szlachcic co przykładem świeci - hej, kto szlachta, za Kmicicem..."      
 
 



 
Jednak nie była to tradycja ani mieszczan, ani tym bardziej chłopów - to była tylko i wyłącznie tradycja dawnej polskiej szlachty. Ale tradycja ta została przeniesiona również i na pamięć całego narodu, który właśnie ukształtował się na istniejącej dawniej (ale będącej jedną z kilku) kulturze i tradycji szlacheckiej. A przecież dawna Rzeczpospolita Obojga (Trojga) Narodów, to było państwo powstałe na zupełnie innych zasadach. Nie tylko było to państwo dwuczłonowe, złożone z Królestwa Polskiego (zwanego Koroną, zaś jej mieszkańców nazywano Koroniarzami lub Lachami, a rzadziej Polakami) oraz Wielkiego Księstwa Litewskiego (zwanego potocznie Litwą lub Wielkim Księstwem, a zasiedlonego zarówno przez Litwinów, Rusinów jak i Polaków, Tatarów, Ormian, Żydów). Dziś się już o tym nie pamięta, ale w XVI, XVII i XVIII wieku, Polska i Litwa to mimo wszystko były oddzielne państwa ito pomimo Unii Lubelskiej 1569 r. tworzącej jedno państwo na zasadzie unii realnej, a nie jak było dotąd jedynie personalnej - spojonej osobą jednego monarchy. W XVI wieku wojny z Moskwą toczyła głównie Litwa, zaś Polacy posyłali co najwyżej jako wsparcie ograniczone liczebnie kontyngenty wojskowe, ale to wszystko. W Polsce uważano bowiem wojny z Moskwą za tak odległe, że nie brano ich nawet często pod uwagę na sejmach, mimo że oficjalnie panowała unia personalna. Koroniarze domagali się też ściślejszego zjednoczenia Litwy z Koroną (do czego doszło w 1569 r. a ostatecznie podział na Koronę i Litwę został zniesiony dopiero w Konstytucji 3 Maja 1791 r., gdy Litwa w dużej części była już spolonizowana). Do Korony został wówczas (1569 r.) przyłączony również Wołyń, część Podola z Bracławiem (zwane też litewskim Podolem, w odróżnieniu od Podola koronnego z Barem i Kamieńcem Podolskim) oraz cała Ukraina (która w ciągu kolejnych siedemdziesięciu lat została zasiana polskimi osadnikami). Jednak dwa odrębne państwa - Korona i Litwa to nie wszystko. Kraje te bowiem dzieliły się również na poszczególne ziemie (np. Wielkopolskę, Małopolskę, Kujawy, Mazowsze, Ruś, Wołyń, Podole, Prusy, Żmudź, Polesie, Białą Ruś, Czarną Ruś, Litwę, Ukrainę, Inflanty), a te znów na poszczególne województwa. 

Ale to oczywiście nie wszystko, gdyż prawdziwy terytorialny podział Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów sięgał jeszcze niżej. Były to bowiem swoiste mikro-państwa, często niezależne i w dużej mierze samowystarczalne. Oczywiście mam tu na myśli majątki magnatów i szlachty rozsiane po całym kraju, które razem wzięte, tworzył prawdziwy obraz sfederalizowanej i samorządnej Rzeczpospolitej. Szereg większych lub mniejszych mikropaństewek (jednak szczególnie te magnackie obejmowały obszar częstokroć większy niż poszczególne księstwa ówczesnej Italii i to nawet łączone ze sobą podwójnie). Były to więc ogromne obszary ziem, które musiały być obsługiwane przez ludność zależną, czyli właśnie chłopów, na zasadzie poddaństwa. To właśnie chłopi wyrabiali potęgę ekonomiczną magnackich familii, to ich pot, krew i łzy pozwoliły potem tworzyć nieprawdopodobne fortuny szlacheckiej braci (w Polsce nie istniał taki podział, jaki był w Europie Zachodniej, który tworzył arystokrację dworską, skupioną bezpośrednio przy osobie monarchy i resztę szlachty, która stała znacznie niżej w tejże hierarchii ważności - w Polsce każdy szlachcic czy magnat był - oczywiście oficjalnie - bratem drugiego szlachcica, dlatego też często mówili o sobie "My, Panowie Bracia" lub zdrobniale "braciaszki", choć oczywiście podziały też istniały, ale nie były publicznie uwypuklane, gdyż generowały sprzeciw pozostałej szlacheckiej "braci"). Przykładem całkowitego triumfu tradycji i kultury szlacheckiej jest po dziś dzień określenie "Pan" i "Pani", którym powszechnie się posługujemy w Polsce, podczas gdy na Zachodzie Europy lub w USA takie zwroty jak "Lord", "Mr." "Mrs." są raczej bardzo rzadkie w użyciu (a już w ogóle dzisiejsza neo-marksistowska propaganda, panująca w zachodnim obiegu publicznym, próbuje stworzyć człowieka bezpłciowego, który używa zwrotów płciowo nieokreślonych), raczej obowiązuje forma mówienia sobie na "ty", bez względu na okoliczności - zaś w Polsce to jest nie do pomyślenia aby publicznie powiedzieć do kogoś obcego na ulicy na "ty". I to jest właśnie najsilniejsza i najtrwalsza zdobycz kultury szlacheckiej, która została rozciągnięta na wszystkich Polaków i wcale nie potrzeba mieć przy tym szlacheckich korzeni w rodzinie, aby mówić do siebie na "pan". Tak jak choćby w tym oto przypadku:




Ale przecież prócz dominującej kultury szlacheckiej, istniała również kultura miejska a nawet kultura chłopska, która już dziś często poszła w zapomnienie lub przetrwała jedynie w formie muzyki i tradycji ludowej. Dominacja kultury szlacheckiej w Polsce jest całkowita, mimo że samej szlachty w zasadzie już nie ma - została ona bowiem wytępiona w insurekcjach i powstaniach narodowych, podczas wojny i okupacji niemieckiej oraz sowieckiej. Podobnie było z ideą walki o Niepodległość, która przede wszystkim była ideą szlachecką, i co prawda potem została poszerzona o inne stany oraz klasy społeczne, ale jej główny nurt stanowiła kultura i tradycja polskiej szlachty. Oczywiście to było także bardzo zróżnicowane środowisko, które potrafiło na przykład masowo wręcz zdradzać własną Ojczyznę (tak jak to miało miejsce w XVIII wieku, gdzie magnaci ale także i szlachta - pobierali pieniądze od obcych dworów, realizując politykę obcych monarchów i to nie dlatego że potrzebowali pieniędzy, a wręcz przeciwnie, tych pieniędzy często mieli więcej, niż ich odpowiednicy na Zachodzie, ale uznali że tak będzie korzystnie np. dla własnej osoby, swojej rodziny lub stanu z którego się wywodzą. A i tak duża część magnaterii zdradzała Ojczyznę po prostu z... nudów, "bo i tak nie mieli nic lepszego do roboty"). Potem zaś synowie i wnuki tamtych zdrajców - którzy oczywiście za zdrajców nigdy się nie uważali, a nawet twierdzili że dzięki swojej zdradzie ratują kraj od zagłady - musieli własną krwią i własnym życiem walczyć o odrodzenie tego, co ich szlachetni ojczulkowie i mamusie oddające się z zapałem Moskalom, z "nudów" utracili, i najpierw u boku Napoleona Wielkiego, a potem sami, starali się zbrojnie odzyskać umiłowaną Ojczyznę, gdyż ujrzeli na własne oczy, że obce panowanie wcale nie jest lepsze, a często stanowi również i barierę uniemożliwiającą zdobycie większych awansów oraz kariery. Cóż, jak to mówi przysłowie: "Polak mądry po szkodzie". Niestety jednak wciąż są i tacy, o których pisał Jan Kochanowski w swych "Pieśniach": "Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie, nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi".




W kolejnych częściach dokładnie omówię relacje pomiędzy panami a niewolnikami w różnych krajach, zacznę zaś oczywiście od Polski/Rzeczpospolitej, gdyż warto wiedzieć, gdzie się podziała tradycja mieszczan i chłopów i dlaczego to (często snobistyczna) szlachecka kultura zdominowała nasze dzieje.  
  
 
POLSKA SZLACHTA NA PRZESTRZENI WIEKÓW:


Wiek XVI: 

 


 
Wiek XVII:







MIMO JEDNAK WARCHOLSTWA ÓWCZESNEJ SZLACHTY, 
ROZMIAR KRAJU BYŁ IMPONUJĄCY:


"Stanęliśmy w szerokim polu (...) Spojrzeliśmy dokoła siebie - Ryga z góry, z dołu Wiedeń, Moskwa zaś o rzut beretem, albo pół. O, jakże wielką nam uwito, niepospolitą Rzeczpospolitą! (...) Zdumione patrzą Londyn, Paryż i Muezin i Mandaryn, Kreml sfajczony, z cara się pinczerek stał!"




 
Wiek XVIII





Polska szlachta wieku XIX:







Szlachta wiek XX (lata 20-te i 30-te już po odzyskaniu Niepodległości):







A tak najczęściej kończyła polska elita po 1939 r.




CDN.
 

niedziela, 5 lipca 2020

DRUGA KADROWA - Cz. I

CZYLI - JAK TO KONTYNUATORZY

DZIEŁA MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 

z PROMETEJSKIEJ "HYDRY"

ZAMIERZALI WYRWAĆ KRAJ 

SPOD SOWIECKIEJ OKUPACJI po 1945 r. 






"W ŻYCIU LUDZKOŚCI NIE MA TAKICH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH MOŻNA BY SPOKOJNIE I BEZPIECZNIE WIĆ SOBIE GNIAZDO CICHEGO SZCZĘŚCIA, NIE MA TYCH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH NARÓD MÓGŁBY SOBIE POWIEDZIEĆ: DOŚĆ JUŻ SIĘ NAHAROWAŁEM, DOŚĆ JUŻ TEJ WIECZNEJ SŁUŻBY NA POSTERUNKU, DOŚĆ JUŻ TEGO WYSIŁKU. NARÓD, ZDOLNY DO WYPEŁNIENIA SWEJ MISJI DZIEJOWEJ, WIELKOŚCIĄ SWEGO WYSIŁKU I JEGO DŁUGOTRWAŁOŚCIĄ MIERZY SWE SIŁY ŻYWOTNE (...) TAKI NARÓD WIE, ŻE Z POSTERUNKU NIGDY SIĘ NIE SCHODZI, ŻE MOŻE BYĆ TYLKO MOWA O LUZOWANIU NA TYM POSTERUNKU, O LUZOWANIU JEDNEGO POKOLENIA PRZEZ POKOLENIE NASTĘPNE"


MARSZAŁEK EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY



 Czym był "Ruch Prometejski" i "Prometejska Konspiracja"? Zapewne bardzo niewielu ma o tym zjawisku jakieś większe pojęcie, gdyż określenie to praktycznie nie istnieje w odniesieniu do kluczowych zjawisk historycznych, jakie miały miejsce w Europie (i na Świecie) w ciągu ostatnich stu lat. Praktycznie rzecz biorąc, jeśli w ogóle mówi się o Prometeizmie, to tylko w odniesieniu do koncepcji Józefa Piłsudskiego zrodzonej już po odzyskaniu niepodległości Polski w 1918 r. i kształtowanej dopiero w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia - czyli innymi słowy: Ruch Prometejski był autorstwa Piłsudskiego i dążył do politycznego rozczłonkowania Rosji (a raczej Związku Sowieckiego), poprzez wzmacnianie ruchów odśrodkowych wśród zgnębionych przez Moskali innych narodów wchodzących w skład byłego Imperium Rosyjskiego a potem Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. I w zasadzie nasza wiedza na ten temat w tym miejscu już się kończy. Ruch Prometejski okazuje się nie spełnił swoich zamierzeń politycznych, przez co został zmarginalizowany i ostatecznie przestał istnieć. To tyle - jeśli chodzi o jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Szkoda że jest ona tak płytka i tak powierzchowna, iż opiera się tylko na oficjalnych definicjach, które - co prawda odzwierciedlają pewien stan faktyczny, ale - jednak nie opisują nam całości zagadnienia i nawet nie próbują udawać że na poważnie podchodzą do tematu. Pytanie bowiem nie brzmi tylko i wyłącznie czym był Ruch Prometejski, ale również (a może przede wszystkim) jakie były/są jego prawdziwe korzenie, kiedy tak naprawdę powstał, oraz (co równie ważne) czy istnieje po dziś dzień? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tej właśnie blogowej serii (pewne odniesienia do tematu czyniłem już co prawda kilkukrotnie wcześniej, choć jeszcze na poważnie o tym nigdy nie pisałem). Może więc warto poznać prawdziwe dzieje tej formacji, aby uświadomić sobie że zarówno jej początek jak i koniec wcale nie nastąpiły tam, gdzie chcieliby je widzieć autorzy piszący (choćby w Wikipedii) o tym właśnie pojęciu. Mało tego, Ruch Prometejski nie tylko że nie zakończył swej działalności po roku 1945 i końcu II Wojny Światowej, ale działał jeszcze długie lata - i to często w samym sercu sowieckiego "ula" - mało tego ... on nigdy nie przestał działać!



RUCH PROMETEJSKI - POCZĄTEK

CZYLI 

"BÓG JEST Z NAPOLEONEM, 

NAPOLEON Z NAMI" 

 Cz. I





 Bezpośrednim powodem wykrystalizowania się koncepcji prometejskiej, stał się upadek państwa polskiego w końcu XVIII wieku, upadek do którego w ogromnej mierze przyczyniła się rodzima Targowica. Warto jednak (pokrótce) przypomnieć sobie jak to się w ogóle stało, że pojawili się ludzie, którzy gotowi byli jawnie działać przeciwko interesowi Rzeczpospolitej, żebrząc wręcz o interwencję obcych mocarstw w celu przywrócenia w Polsce "demokracji". Uświadomienie sobie tego aspektu jest o tyle ważne, że żyjąc współcześnie i obserwując historyczne wydarzenia bogatsi o wiedzę kolejnych dziesięcioleci - często ulegamy pewnym kalkom myślowym, które przekładają obecną wiedzę w tamte czasy. Tak dzieje się również wśród historyków, którzy np. twierdzą że lepiej byłoby dla Polski, gdyby król Jan III Sobieski nie wyruszył na odsiecz obleganego przez Turków Wiednia, bo wówczas z gry zostałby wyeliminowany austriacki zaborca. Myślenie to jest o tyle płytkie, że opiera się jedynie o analizę wiedzy historycznej którą posiadamy my, natomiast tej wiedzy nie mieli ludzie żyjący w tamtym czasie i dla nich wówczas ogromnym zagrożeniem była właśnie ekspansja muzułmańska na Europę. Przecież po upadku Wiednia, co prawda Austria Habsburgów przestałaby istnieć i nie stałaby się w sto lat później jednym z zaborców Rzeczpospolitej, ale... jej miejsce mogła równie dobrze zająć Porta Osmańska i dziś zastanawialibyśmy się czy lepiej by było , gdyby Sobieski jednak wyruszył na odsiecz Wiednia. Ta sama kwestia dotyczy i innych aspektów historii, polityki i geopolityki. Ktoś bowiem powie: nie doszłoby do rozbiorów, gdyby w XV lub XVI wieku Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie "usunęło" Rosję z mapy Europy (i Azji), a była wówczas taka możliwość. Gdyby w pierwszych dekadach XVII wieku Rzeczpospolita wykorzystała sprzyjającą sytuację i rozbiła Rosję - również nie doszłoby do rozbiorów. A Prusy Książęce (główna przyczyna późniejszego rozbioru ze strony Brandenburgii), gdyby je włączyć w granice Polski już po sekularyzacji w 1525 r. sprawa byłaby rozwiązana. To prawda, problem polega jednak na tym, że tak wówczas nie rozumowano. Bowiem sądzono iż zarówno zhołdowanie Zakonu Krzyżackiego, jak i wyrwanie Moskwie ogromnych terenów na Wschodzie - jest już wystarczającym sukcesem i rzeczywiście, mimo wszystko na tamte czasy to były bezapelacyjne triumfy. Tyle tylko że my, bogatsi o dzisiejszą wiedzę historyczną, możemy mieć co do tego pewne zastrzeżenia.

Należy też pamiętać że Rzeczpospolita była potęgą, była mocarstwem, ale mocarstwem... pokojowym, w którym siła budowana była nie poprzez miecz i krew, a właśnie poprzez dobrowolne unie polityczne, które przyciągały do nas inne państwa i inne ludy - niczym magnes (wówczas bycie Polakiem, to było coś niesamowicie wręcz nobilitującego). Oczywiście nie znaczy to, że siła Polski opierała się wówczas tylko na uniach, układach i sojuszach - bo to nie prawda. Do dziś w polskiej świadomości historycznej istnieje na przykład mit Grunwaldu - bitwy, w czasie której Korona Polska i Litwa ostatecznie powstrzymały ekspansywną politykę Zakonu Krzyżackiego. Niestety - to bzdura! Grunwald 1410 r. nie był wcale bitwą obronną, bitwą gdzie jedynie broniliśmy się przed teutońską ekspansją. Bitwa to bowiem była początkiem mocarstwa, które następnie dominowało w Europie Środkowej i Wschodniej przez kolejne cztery wieki. Grunwald był więc aktem erekcyjnym przyszłego Imperium Polonorum, a nie żadnym powstrzymaniem ekspansji niemieckiej. To ta właśnie bitwa dała początek państwu o silnej demokracji i samorządności, o posuniętym niekiedy do przesady umiłowaniu wolności, o sile prawa (oczywiście im dalej na wschód, tym oddziaływanie prawa było słabsze), o powszechnej tolerancji religijnej, a jednocześnie państwa przed którym drżały sąsiednie mocarstwa, państwa które (jako jedyne w historii Europy, nie licząc krótkiego epizodu napoleońskiego) zajęło i utrzymało Moskwę, które narzucało swoje prawa i swoje obyczaje okolicznym ludom i które dominowało od Dunaju po Estonię i od granic miasta Moskwy do rzeki Odry. Cztery wieki takiej potęgi, gdzie król miał bardzo słabą pozycję polityczną i gdzie dominowała "wola ludu" wyrażana na sejmach i sejmikach ziemskich (a należy pamiętać że demokracje z reguły są słabsze od dyktatur, jako że podejmowane decyzje muszą tam uwzględniać tzw.: opinię publiczną - która często bywa zmienna, natomiast w dyktaturach i monarchiach absolutnych liczy się tylko wola władcy) i gdzie szlachta bardzo sceptycznie podchodziła do królewskich planów zwiększenia wojska - widząc w tym zamach na własne prawa i na ową demokrację, która wówczas stała się dla nich wręcz nową religią. A mimo to w polu wojsko Rzeczypospolitej było praktycznie nie do zatrzymania (i to nie tylko wojsko zaciężne, ale również pospolite ruszenie szlacheckie, które wielokrotnie - wbrew istniejącym kalkom propagandowym, aplikowanym naszemu społeczeństwu w czasach komunizmu - rozgramiało w bitwach liczniejszą od siebie zawodową armię wroga).




Na czym jednak polegała słabość Rzeczpospolitej, bowiem taka słabość rzeczywiście istniała? Otóż polegała ona na tym, że szlachta (tworząca naród Rzeczpospolitej) była aż do bólu pacyfistyczna i jeżeli istniała możliwość załagodzenia konfliktu na drodze pokojowej, to angażowano się w to, nie myśląc już nawet o wojaczce (tak właśnie zaprzepaszczona została koncepcja wielkiej wojny z Osmanami i wyzwolenia Bałkanów oraz likwidacji muzułmańskiego zagrożenia Europy, jaką chciał w latach 40-tych XVII wieku przeprowadzić król Władysław IV - o czym zresztą pisałem w oddzielnej serii blogowej). Szlachta bowiem bała się wojować nie dlatego że była pacyfistyczna ze swej natury (bo to bzdura), a właśnie dlatego, iż uważała że każda wojna prowadzi do nowych podatków, zaś sformowanie stałego wojska oznaczać może tylko jedno - wzmocnienie władzy królewskiej i wzrost tendencji absolutystycznych, a co za tym idzie powolny upadek demokracji szlacheckiej i odebranie szlachcie przywilejów jej "Złotej Wolności". Żeby to tak ładnie podsumować i dobitnie podkreślić, należałoby stwierdzić - Rzeczpospolita nie chciała się bić będąc bardzo silną i dlatego musiała potem bić się, będąc już bardzo słabą. I to właśnie jest całe podsumowanie naszej szlacheckiej tradycji (która - co bardzo ważne - realnie wykrystalizowała genotyp Polaka i to bez względu na jego pochodzenie społeczne. Przecież oglądając "Potop" czy "Pana Wołodyjowskiego" w kinach w latach 70-tych, potomkowie chłopów i mieszczan polskich przeżywali to w taki sposób, jakby rzeczywiście byli dziedzicami tamtej polskości i potomkami tamtych narodowych bohaterów - wywodzących się przecież w ogromnej większości ze szlachty). Dawna Rzeczpospolita nie padła więc dlatego, że nasi sąsiedzi byli tacy potężni, ale dlatego że my sami zrezygnowaliśmy z naszej potęgi, zaczynając realnie wierzyć że jesteśmy słabi. A skoro już uwierzyliśmy że staliśmy się słabi - to naturalnym stało się, iż musieliśmy mieć nad sobą jakiegoś protektora.

Długo trwały roszady kogo wybrać do tej roli - króla Szwecji - Karola XII, czy też cara Rosji - Piotra I (stąd wzięło się potem powiedzenie "Jedni do Sasa, drudzy do Lasa" - mające być odpowiedzią na kierunek "sojuszu", czy też podległości w czasie toczącej się Wojny Północnej, gdyż dotychczasowego króla Polski i elektora Saksonii - Augusta II Mocnego wspierał car Piotr, natomiast Stanisława Leszczyńskiego - "króla Piasta" - Karol XII). Dopiero 1 lutego 1717 r. na sejmie (który Rysiek Petru nazwał "głuchym" 😅) niemym (nazwa wzięła się stąd, iż żadnego z posłów nie dopuszczono wówczas do głosu, a nową konstytucję sejmową przyjęto jedynie poprzez jej odczytanie). Rzeczpospolita wówczas stawała się realnie "sojusznikiem" Rosji, a car Piotr publicznie deklarował iż: "wolności polskiej nie odstąpi", i przedstawiał się jako jedyny gwarant nienaruszalności ustroju Rzeczpospolitej. Sejm ten obradował w Warszawie pod rosyjskimi bagnetami (wysłany przez cara gen. Roenne wkroczył w granice Rzeczpospolitej z 18 000 żołnierzy już z końcem września roku poprzedniego) i jedynie milcząco potwierdzał warunki podpisanego 3 listopada 1716 r. traktatu warszawskiego. Warunki te sprowadzały się do kategorycznego usunięcia z Polski saskich urzędników króla Augusta II (na tym etapie August i Piotr konkurowali już o nowy model ustrojowy Rzeczpospolitej, przy czym ten pierwszy dążył do umocnienia swej królewskiej władzy w Polsce - również obsadzając stanowiska ministrami z Saksonii, co bardzo drażniło polską szlachtę, zaś ten drugi uznał że utrzymanie dotychczasowego ustroju Rzeczpospolitej - to znaczy decentralizacji państwa [panie Rafale Trzaskowski - mówi to panu coś 😑], liberum veto, oraz postępującej anarchizacji życia politycznego - jest jak najbardziej korzystne z punktu widzenia interesów rosyjskich. Dlatego też ogłosił się obrońcą "polskich swobód" [jak to się powtarza - prawda? Dziś pani Merkel też stoi na straży - choć oczywiście nieoficjalnie, jakże by inaczej - polskiej postkomunistycznej i postubeckiej demokracji oraz konstytucji Kwaśniewskiego z 1997 r. Ktoś już kiedyś powiedział, że wystarczy jedynie nauczyć się historii naszego upadku z XVIII - aby mieć podkładkę również i pod wydarzenia dziejące się współcześnie 😬]). Poza tym zmniejszono wówczas liczbę wojska do 24 000 (choć przeznaczono na jego potrzeby stałe podatki), królowi zabroniono wszczynać wojen bez zgody sejmu i więzić szlachtę bez wyroku sądowego (ale to wszystko obowiązywało już od czasu ustawy "Neminem captivabimus..." z 1425 r.). Wprowadzono także nienaruszalność "praw kardynalnych", czyli artykułów henrykowskich i pacta conventa, wolnej erekcji (😇) elekcji, liberum veto, nietykalności osobistej szlachty oraz dożywotności sprawowanych urzędów. Car Rosji bardzo szybko, gdyż już w lutym 1720 r. zawarł dodatkowo jeszcze układ z Prusami/Brandenburgią, mający na celu utrzymanie w Rzeczpospolitej "Złotej Wolności" i nie dopuszczenie do jakichkolwiek zmian ustrojowych.



"BYŁA DEMOKRACJA, 
WIĘC KAŻDY MÓGŁ PIĆ, ILE CHCIAŁ.
O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, 
WIĘC ICH NIE PŁACILI,
A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH"

"TO SIĘ NAZYWAŁO - WOLNA EREKCJA"
"I ZOSTAŁO CI DO DZISIAJ" 😅

 "I PODCZAS WOLNEJ ELEKCJI, WYBRALI SOBIE KRÓLA STANISŁAWA AUGUSTA, KTÓRY BYŁ TROCHĘ ZNIEWIEŚCIAŁY, ALE ORGANIZOWAŁ BANKIETY - W KAŻDY CZWARTEK"

"GDZIE SA FRANCUSKIE TANCERKI?"

"MIAŁ BYĆ STRIPTIZ" 😄

"A MOŻE BY TAK KUPIĆ TROCHĘ ARMAT... I RAKIETY ZIEMIA-POWIETRZE" 😅 




Wojska rosyjskie opuściły granice Rzeczpospolitej w grudniu 1718 r., jednak nie wyniosły się Kurlandii (będącej od 1561 r. lennem Rzeczypospolitej). Przez długie lata istniał konflikt o opuszczenie Kurlandii przez rosyjskie wojsko (w styczniu 1719 r. zawarto nawet w tej sprawie sojusz między Polską, Austrią i Wielką Brytanią, które to państwa miały zmusić Moskwę do opuszczenia kurlandzkiej ziemi, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Potem jeszcze dwukrotnie w 1726 i 1731 r. wzywano Rosję do przestrzegania granic i opuszczenia zajętego terytorium - bezskutecznie, bowiem władzę w Kurlandii sprawowała od 1711 r. Anna Iwanowna Romanowa - córka cara Iwana V). Po raz kolejny wojska moskiewskie wkroczyły w granice Rzeczpospolitej w październiku 1733 r. (w czasie wojny o sukcesję polską z lat 1733-1735) i przebywały tutaj do końca tej wojny. W 1736 r. sejm ponownie wezwał Moskwę do opuszczenia Kurlandii i wezwanie ponownie okazało się bezskuteczne (dyplomacja bez siły militarnej, jest niczym motyl bez skrzydeł), dodatkowo też w latach 1738 i 1739 wojska rosyjskie dwukrotnie naruszyły granicę z Rzeczpospolitą na Ukrainie, zaś w 1748 r. caryca Elżbieta Piotrowna (córka Piotra I) wysłała wojska, które miały przemaszerować do Niemiec przez terytorium Polski (w czasie wojny o sukcesję austriacką, toczoną w latach 1740-1748) - i tak też się stało. Jednak okres między 1735 a 1757 r. uważany był w Polsce za niezwykle długi czas pokoju i to właśnie wówczas narodziło się powiedzenie: "Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa". Rosjanie ponownie przekroczyli granicę Rzeczpospolitej w lecie 1757 r. na początku wojny siedmioletniej (toczonej w latach 1756-1763) i przeszli przez Litwę, czyniąc tam ogromne szkody (w samych dobrach kanclerza litewskiego - Michała Czartoryskiego, spalono kilkanaście wiosek), zaś w lutym 1759 r. do Wielkopolski wkroczyli także Prusacy Fryderyka Wielkiego - czyniąc kolejne spustoszenia. Prusacy ostatecznie wycofali się jednak do 1763 r. (ostatnie ich większe starcie na ziemiach polskich z Rosjanami miało miejsce w lecie 1761 r.), natomiast Moskale pozostali tu aż do 1789 r.

Warto tutaj również odnotować zgubny wpływ liberum veto na polski parlamentaryzm i skuteczne wykorzystywanie go przez inne państwa do blokowania jakichkolwiek (niekorzystnych z punktu widzenia obcych dworów) zmian ustrojowych w Rzeczpospolitej. Weto po raz pierwszy zostało użyte na sejmie 9 marca 1652 r. przez posła z Upity - Władysława Sicińskiego (który potem był symbolem najgorszych klęsk Rzeczpospolitej. Mówiono też, że za ów postępek trafił go piorun, a ziemia nie chciała przyjąć jego zwłok, dlatego też po 1672 r. zabalsamowano je i pokazywano przez długie lata - jeszcze w XIX wieku - w kościele w Upicie - jako symbol zdrady i upadku dawnej Rzeczpospolitej), zaś w kolejnych dziesięcioleciach stało się tak popularne, że mało który sejm w XVIII wieku doszedł do skutku i zdążył uchwalić konstytucję (niektóre zrywano nawet jeszcze przed wyborem marszałka sejmu). Problem z liberum veto polegał na tym, że w polskim parlamentaryzmie obowiązywała zasada jednomyślności (czyli po staropolsku "ucierania się"), a obrady trwały tak długo, aż osiągnięto  wspólny konsensus. Dlatego też nawet jeden głos zdecydowanego sprzeciwu, oznaczać mógł storpedowanie długo przygotowywanych planów reform ustrojowych i wzmocnienia wojska, co też powodowało że ze zrywania sejmów korzystały szczególnie obce dwory. I tak, Moskwa (przez przekupionych posłów), zerwała sejmy w latach: 1718, 1719, 1720, 1722, 1724, 1726, 1729, 1730, 1732, 1733, 1760 i 1762. Francja zerwała sejmy w latach: 1681, 1698, 1735, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1754 i 1758. O Prusach zaś nie ma co nawet pisać, bo z ich inicjatywy zostały zerwane praktycznie wszystkie sejmy, począwszy od XVIII wieku, więc nie ma sensu ich wymieniać. Warto jeszcze dodać, że sejmy zrywali też polscy magnaci, jak choćby Potoccy, którzy czynili to w latach: 1720, 1729, 1730, 1732, 1738, 1740, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1758 i 1760. Sapiehowie: 1688, 1689, 1695, 1698, 1701, 1729 i 1730. Lubomirscy: 1664, 1665, 1666 i 1754. Warto zauważyć że wiele dat się wzajemnie pokrywa, co oznacza że interes magnaterii częstokroć szedł w parze z interesem obcych mocarstw. W każdym razie Rzeczpospolita stała się pośmiewiskiem Europy, niezdolnym do przyjęcia jakiegokolwiek prawa i podjęcia decyzji, trwała zaś jedynie siłą rozpędu, wpadając coraz bardziej w całkowitą zależność od Moskwy (Wielki Wezyr Osmański - Ali Pasza, żalił się publicznie w 1743 r. - iż system panujący w Rzeczpospolitej przypomina całkowitą anarchię i nic nie można tam uzgodnić - pisał więc: "Cóż mamy czynić z narodem, gdzie dla wykonania jakiejś rzeczy, trzeba najpierw trzydzieści tysięcy głów nakryć jedną czapką"). W takich warunkach wypracowanie wspólnego konsensusu było praktycznie niemożliwe.   


"MUSIMY ZNALEŹĆ KONSENSUS...
POROZMAWIAĆ ZNACZY"  😎 



Inną zupełnie kwestią były projektowane plany rozbiorów tego apatycznego już wówczas i pogrążającego się w coraz większej politycznej anarchii państwa, jakim stała się Rzeczpospolita Obojga Narodów. Pierwszy plan rozbioru Polski został przedstawiony we wrześniu 1392 r. przez księcia Władysława Opolczyka (założyciela klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie i tego, który przewiózł i umieścił w tym klasztorze w 1384 r. cudowny obraz Madonny z Jezusem), proponował on wówczas Krzyżakom rozbiór ziem Korony Polskiej pomiędzy Zakon, Czechy i Węgry (jak oczywiście wiadomo, plany te nie doszły do skutku, gdyż Polska była na drodze ku potędze, a po 1410 r. i bitwie pod Grunwaldem, stała się jednym z największych europejskich mocarstw). Ponownie powrócono do planów rozbiorowych w czasie Potopu szwedzkiego, wojny z Moskwą i agresji księcia siedmiogrodzkiego - Jerzego II Rakoczego w 1657 r., ale i wówczas okazały się one jedynie wydmuszką (Rakoczy został rozbity w bitwach pod Magierowem i Czarnym Ostrowem i to tak, iż musiał podpisać kapitulację, Szwedzi zaś zostali wypędzeni z Rzeczpospolitej do 1658 r. zaś Moskwa - która od 1654 r. zajęła sporą część Litwy, Ukrainy i Białorusi, została rozbita w bitwach pod Lachowiczami, Połonką, Basią i Cudnowem w 1660 r. zaś w roku następnym działania wojenne toczyły się już na terytorium rosyjskim). Wówczas więc, póki Rzeczpospolita była silna, plany rozbiorów mogły co najwyżej powstać na papierze i warte były tyle, co ów papier na którym zostały wydrukowane. Jednak już w XVIII wieku, gdy Korona Polska nie była zdolna do przeprowadzenia podstawowych reform ustrojowych, rozbiory stały się realnym zagrożeniem. Już w styczniu 1733 r. król August II Mocny zaproponował (w rozmowie z pruskim ministrem Fryderykiem Grumbkowem) zajęcie Prus Królewskich wraz z Toruniem (bez Gdańska), zaś Ukrainę, Białoruś i dużą część Litwy (bez Wilna) zamierzał oddać Rosji. Plan ten ostatecznie nie doszedł do skutku, gdyż August Mocny zmarł 1 lutego 1733 r. w Warszawie.

Kolejny plan rozbioru Rzeczpospolitej, opracowała już nowa władczyni Rosji, zaraz po swym wstąpieniu na tron w lipcu 1762 r. - Katarzyna II. Plan ten przewidywał, iż Kurlandia i Inflanty Polskie zostaną włączone do Rosji, w zamian za to Polska miała otrzymać kosztem Prus - Prusy Książęce z Królewcem. Plan ten wciąż przewidywał utrzymanie Rzeczpospolitej w stanie zależności od Moskwy. Nie mógł też się powieść, gdyż po pierwsze został opracowany "na gorąco" (zaraz po obaleniu i zamordowaniu męża Katarzyny - cara Piotra III, który był wielkim miłośnikiem Prus i pruskiego militaryzmu), jako policzek wymierzony w męża carycy, a po drugie Fryderyk II z pewnością nie zgodziłby się na jego realizację i pomimo osłabienia królestwa w długiej wojnie siedmioletniej, toczyłby dalsze walki o Prusy Książęce, a tej wojny Katarzyna już nie zamierzała prowadzić. W 1768 r. opracowano (tym razem w Wiedniu) kolejny plan rozbiorowy. Cesarzowa Austrii - Maria Teresa zaproponowała Katarzynie i Fryderykowi następujący podział ziem polskich: Prusy otrzymają Kurlandię, Semigalię i Warmię, w zamian za co zwrócą Austrii Śląsk (zdobyty przez Fryderyka w roku w 1742 r.). Rosja natomiast miała utrzymać w Rzeczpospolitej w dalszym ciągu stan całkowitej zależności. Plan ten jednak został storpedowany przez Prusaków, gdyż król Fryderyk nie zamierzał oddawać swej najbogatszej prowincji, w zamian za niewiele znaczące ziemie w Prusach i Inflantach. Dlatego też już w 1769 r. opracowany został plan Fryderyka, który zakładał podział ziem polskich: Pomorze i Żmudź miały zostać włączone do Prus (ewentualnie jeszcze Wielkopolska, ale z niej król pruski mógł zrezygnować, gdyby napotkał zbyt duży opór ze strony Rosji), reszta Polski miała zaś zostać włączona bezpośrednio do Rosji. Projekt króla Prus nie spodobał się Katarzynie (zresztą trudno się dziwić i tak kontrolowała całą Polskę, po co więc miała doprowadzać do rozbiorów i dzielić się tymi ziemiami z Prusakami). Jednak jeszcze w tym samym 1769 r. Austria zajęła Spisz i Orawę (ziemie na Węgrzech będące we władaniu Rzeczpospolitej od 1412 r.), zaś w 1770 r. dodatkowo jeszcze Sądecczyznę i Podhale wraz z kopalniami soli w Wieliczce i Bochni, dlatego też stosunek Katarzyny do rozbiorów uległ zmianie. 




Rzeczpospolita była już realnie od 1768 r. (i podpisaniu niekorzystnego układu z Moskwą o "wieczystej przyjaźni", w którym co prawda Katarzyna dawała gwarancje nienaruszalności granic Polski, ale jednak Rosja stawała się gwarantem utrzymania "Złotej Wolności" szlacheckiej i ustroju panującego w Rzeczpospolitej. Tym samym Polska realnie i oficjalnie stawała się rosyjskim protektoratem). Wybuch antyrosyjskiej konfederacji barskiej (z lat 1768-1772) przyspieszył tylko zgodę carycy na rozbiór ziem polskich, do którego doszło ostatecznie 5 sierpnia 1772 r. układem podpisanym przez trzy mocarstwa: Rosję, Prusy i Austrię w Petersburgu. Rosja zajęła 92 tysiące kilometrów kwadratowych i 1 milion 300 tysięcy ludności, były to ziemie województw połockiego, witebskiego i mścisławskiego - tworząc tam gubernię białoruską. Prusy zajęły 36,5 tys. km. kw. i 580 tysięcy ludności - całe Pomorze (bez Gdańska), Warmię, Kujawy i ziemię chełmińską, tworząc tam Okręg Nadnotecki i Prusy Zachodnie. Austrii zaś przypadło 81 tys. km. kw. i 2 miliony 650 tysięcy mieszkańców - czyli województwa krakowskie, ruskie, bełskie i część sandomierskiego. Rzeczpospolita utraciła łącznie 30 procent swego terytorium. Oczywiście zaborcy domagali się, aby rozbiory zatwierdził sejm, jednak aby nie doszło do jego zerwania przez liberum veto (i teraz właśnie weto byłoby bardzo pomocne) caryca domagała się, aby sejm przekształcić w konfederację, gdzie decyzje miały zapadać zwykłą większością głosów i tak właśnie się stało - 18 września 1773 r. sejm przekształcony w konfederację (którego marszałkiem wybrany został kuchmistrz koronny, płatny szpieg Moskwy Adam Koniński) zatwierdził rozbiór. Był to pierwszy w historii rozbiór ziem polskich, dwa kolejne miały nadejść jeszcze w XVIII wieku, zaś do czwartego doszło w... 1939 r. gdy hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki napadły na Polskę i ją sobie wzajemnie podzieliły między siebie (jak również całą Europę Środkową). Lecz prometejska konspiracja, która doprowadziła do odrodzenia Polski w 1918 r., cały czas intensywnie pracowała nad "rwaniem" - owego sowieckiego kolosa - głównie po szwach narodowych, choć nie tylko. I to się udało, w latach 1989-1991 cały blok komunistyczny musiał upaść (inna sprawa, że bolszewicy mieli przygotowane wyjście awaryjne w postaci "transformacji ustrojowej"). Pamiętajcie też że prometejska hydra [w takiej lub innej formie] działa intensywnie po dziś dzień.

PS: Co ciekawe, o ile w czasach panowania Augusta II Mocnego na 13 sejmów zerwano aż 9, za jego syna - Augusta III na 13 sejmów zerwano... 12, natomiast za panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego nie został zerwany żaden sejm, dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, o ile pozycja Rosji, jako hegemona w Rzeczpospolitej nie była wcześniej oficjalna, o tyle Moskwa musiała polegać na sprzedajnych posłach i ich wecie wobec niekorzystnych dla siebie ustaw i propozycji reform. Ale odkąd Rzeczpospolita już realnie stała się rosyjską kolonią, utrzymywanie weta jako politycznej blokady wprowadzanych ustaw, było nie tylko niepotrzebne, ale wręcz stawało się szkodliwe z punktu widzenia Moskwy. Tym bardziej że za króla Stasia i tak głosowano na sejmach to, czego życzyła sobie caryca Katarzyna, dlatego też weto było tylko zagrożeniem i mogło służyć do blokowania korzystnych dla Rosji ustaw. Dlatego też żaden sejm w latach 1764-1795 nie został już zerwany za pomocą tej broni (inna sprawa że liberum veto zostało zniesione przez Konstytucję 3 Maja w 1791 r.). I wszyscy posłowie musieli się temu podporządkować, a kto był oporny, to czekał go los owych nieszczęśników: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna, porwanych na sejmie delegacyjnym na rozkaz rosyjskiego ambasadora - Nikołaja Repnina - 14 października 1767 r. i wywiezionych do Kaługi. 


PS2: W kolejnej części omówię jeszcze dwa pozostałe rozbiory i przejdę już bezpośrednio do prezentacji początków Ruchu Prometejskiego, który (a jakże) najbardziej sprzyjające warunki zyskał u boku korsykańskiego generała, co wkrótce potem stał się cesarzem Francuzów, a w 1812 r. rozpoczął próbę wskrzeszenia dawnej Rzeczypospolitej, najeżdżając Rosję i ogłaszając II Wojnę Polską (stąd potem powstał nawet na ten temat wiersz, który brzmiał: "Głupi Napoleonie, gdybyś za Renem siedział nigdy by się o tobie Hudson Lowe nie dowiedział". Dla przypomnienia - Hudson Lowe był brytyjskim gubernatorem św. Heleny na którą trafił Cesarz Napoleon po swej ostatecznej klęsce pod Waterloo w 1815 r.). Tak więc u boku Bonapartego, zrodziła się konspiracja, która przetrwała potem cały XIX wiek, pracując intensywnie nad jednym celem - rozbicia Rosji i wskrzeszenia Polski (oraz innych ciemiężonych przez Moskali narodów) i to im się ostatecznie udało w listopadzie 1918 r. (nic więc dziwnego, że po klęsce Polski w 1939 r. Stalin z takim zamiłowaniem na przełomie 1939/1940 r. oglądał sztukę Michała Glinki pt.: "Życie za cara", opowiadającej o wypędzeniu Polaków z Moskwy w 1612 r. Szczególnie zaś podobała mu się jedna scena - właściwie oglądał to oglądał tę sztukę tylko dla niej - pokazująca jak Polacy ostatecznie tonęli w bagnie. Potem zaś był Katyń... Czyżby Stalin tak bardzo bał się prometejskiej Hydry, że wydał rozkaz zabicia wziętych do niewoli, ponad 22 000 żołnierzy i oficerów Niepodległej Polski?






CDN.