Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KURTYZANA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KURTYZANA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 listopada 2021

PRAWDZIWA HISTORIA KOPCIUSZKA - Cz. II

BAJKA OPARTA NA 

REALNYCH PRZYKŁADACH

"KSIĄŻĄT" ZAKOCHANYCH W

PRAWDZIWYCH "KOPCIUSZKACH"





 

 HISTORIA PIERWSZA:

JUSTYNIAN i TEODORA 

(CZYLI ZAKOCHANE "POTWORY")

Cz. I 






 
 Opowieść o Justynianie i Teodorze nie do końca wpasowuje się w ten temat, w którym jest jasny podział na "książąt" (lub "księżne", bo będą też bardzo nieliczne przypadki sytuacji odwróconej, w której to mężczyzna występuje w roli "kopciuszka") i "kopciuszków", ponieważ obie te postacie w zasadzie można by od razu zakwalifikować do tej drugiej pozycji, gdyż oboje nie wywodzili się z arystokratycznych i wpływowych rodzin, a wręcz przeciwnie - pochodzili z plebsu, można by wręcz powiedzieć - z najniższych kręgów społecznych. A to oznacza, że zarówno Justynian jak i Teodora odpowiadają pozycji "kopciuszków" i niestety brakuje nam w tej miłosnej historii "księcia" 😉. Mówiąc zaś poważnie, dzieje tej pary zachowały się w historii głównie (bowiem nie tylko) dzięki pracom Prokopiusza z Cezarei, który - szczególnie w swej "Historii Sekretnej" - odmalował obraz władców Imperium Rzymskiego (bowiem mieszkańcy Wschodniego Imperium po upadku Zachodu, wciąż uważali się za "Rzymian" i tak właśnie się określali, zaś nazwa: "Bizancjum" została stworzona znacznie później przez jednego z francuskich historyków. Bizantyjczycy nie przestali nazywać się "Rzymianami" nawet wówczas, gdy łacina już dawno poszła w zapomnienie, a językiem oficjalnym znów stała się greka. Było to jednak nawiązanie do dawnej tradycji wielkiego, zjednoczonego Imperium Romanum, którego ostatnią pozostałością mienili się władcy i mieszkańcy sławnego Konstantynopola) w taki sposób, że niechybnie można by uznać, iż byli oni gorsi od największych antycznych tyranów i wręcz należałoby ich określić jako "potwory w ludzkich skórach". Oczywiście Prokopiusz - świadek wydarzeń epoki justyniańskiej - pisał swoją "Historię Sekretną" (a dokładnie dzieło zatytułowane po grecku: "Anekdota", które dopiero po swym pierwszym wydaniu w 1623 r. otrzymało współczesną nazwę "Historia Arcana", czyli właśnie "Historia Sekretna") już w "bezpiecznych" czasach, gdy był pewien, że ze strony cesarza i jego małżonki nic złego go nie spotka (zresztą sam o tym wspomina we wstępie swej książki), ale obraz przedstawiony w "Anekdocie" został tak bardzo wykoślawiony, iż doprawdy trudno byłoby uznać tę relację za prawdziwą (co nie znaczy oczywiście że fakty, które Prokopiusz prezentuje nie miały miejsca, a jedynie to - że zapewne zostały w niewyobrażalny wręcz sposób wyolbrzymione przez autora i celowo odmalowane w "krzywym zwierciadle"). 

Rodzi się też pytanie - co skłoniło tego autora, który przecież w swym wcześniejszym dziele: "O Budowlach" - wychwala Justyniana pod niebiosa, jako wielkiego budowniczego i wspaniałego władcę, który ocalił i odnowił Imperium - aby w taki właśnie sposób zohydzić potomnym postać cesarza i jego małżonki? Postaram się rzucić na to pytanie nieco światła w dalszej części opisu, ale warto również dodać, że nie tylko na Justyniana wylała się gorycz autora, ale również na jednego z największych wodzów Wschodniego Cesarstwa Rzymskiego - na Belizariusza, którego krytyka w pierwszych księgach "Historii Wojen" (również autorstwa Prokopiusza z Cezarei) jest bardzo powściągliwa, a wręcz przeplata się z nadziejami wiązanymi z tym człowiekiem, jako - być może - nowym cesarzem (choć oczywiście taka myśl tam nie pada). Natomiast ostatnie księgi tego dzieła, to jedno wielkie oskarżenie Belizariusza o nieudolność, a w "Anekdocie" został on wręcz przedstawiony jako nieudolny i wręcz głupawy rogacz oraz pantoflarz). Skąd brała się owa niechęć Prokopiusza do Justyniana, Teodory, Belizariusza i jego małżonki - Antoniny? Czyżby chodziło tutaj o urażoną ambicję i pogardę, jaką przedstawiciele warstw wyższych (do jakich bez wątpienia należał Prokopiusz) darzyli tych nuworyszy z plebsu, którzy dzięki talentom wojskowym, uzyskali wpływ na obsadzanie najwyższych urzędów (łącznie z wyborem cesarza), albo też ostatecznie sami zasiadali na tronie? Bez wątpienia ród Justyniana mógł w oczach Prokopiusza budzić politowanie i pogardę i to nie tylko swym niskim społecznym pochodzeniem, ale również faktem braku wyższego wykształcenia wśród jego członków (a przynajmniej nie takiego, jakiego życzyłby sobie Prokopiusz). Oczywiście zarzut ten nie dotyczył samego Justyniana, a raczej  jego wuja - Justyna, założyciela dynastii justyniańskiej, który rzeczywiście miał być analfabetą (Prokopiusz opisuje, jak specjalnie dla niego przygotowano drewnianą tabliczkę z wyciętymi literami do łacińskiego słowa "legere" lub "legi" - co znaczy "przeczytałem", a Justyn miał tylko poprowadzić piórem wyżłobione w drewienku litery). Justyn bowiem pierwotnie był wieśniakiem z Ilirii, który zaciągnął się do armii (będącej wówczas dla takich ludzi jak on, jedyną możliwością społecznego awansu), a konkretnie do pałacowej gwardii cesarskiej, przy poparciu której (po prawie pięćdziesięciu latach spędzonych w wojsku na różnych stanowiskach) ostatecznie wyniesiony został do godności cesarza (9 lipca 518 r.). Był już wtedy starcem, a Justynian, jako krewniak (syn siostry Justyna - Wigilantii) został wówczas następcą tronu (koronowany na współcesarza 1 kwietnia 527 r., a samodzielne rządy objął w dniu śmierci swego wuja - 1 sierpnia tego samego roku).




Prokopiusz był zaś bardzo ambitny i żądny zaszczytów do których - jak mniemał - uprawniało go arystokratyczne pochodzenie. Zresztą nie tylko on, takich bowiem ludzi, którzy wraz z objęciem władzy przez Justyna i osoby z jego otoczenia (tak jak i on wywodzące się z armii), które czuły się na cesarskim dworze dość nieswojo (a zapewne również czuli upokorzenie, będąc teraz zmuszonym do ubiegania się o poparcie ludzi, których ojcowie byli np. świniopasami i którzy jedynie dzięki swej sile fizycznej, sprawności w boju lub talentom militarnym zaszli tak wysoko) było całkiem sporo w ówczesnym Konstantynopolu. Arystokraci czuli się zmarginalizowani, i z pewnością owi wybitnie wykształceni mówcy, retorzy oraz dyplomaci, znający na pamięć całe fragmenty dzieł Wergiliusza, Owidiusza, Tacyta, Homera czy Tukidydesa, potrafiący z pamięci recytować mowy Cycerona i Seneki - oni wszyscy czuli się - w otoczeniu cesarza analfabety - niczym kanarki zamknięte w klatce, którym do tego jeszcze poobcinano skrzydełka. Cóż bowiem znaczyły ich wykwintne mowy, skoro cesarz nie był w stanie zrozumieć wynikłych z nich aluzji? Czując się więc tak bardzo nieswojo na cesarskim dworze, przynajmniej pragnęli zrekompensować to sobie specjalnymi nadaniami ziemskimi i tytułami, a tutaj musieli niestety podzielić się miejscami z ludźmi cesarza - w ich mniemaniu - prostakami takimi samymi jak sam władca. Taki sam zapewne był też cel Prokopiusza, który w swym dziele "O Budowlach" starał się przypodobać Justynianowi z myślą o otrzymaniu jakichś specjalnych nadań, a gdy okazało się to ostatecznie niemożliwe (lub, gdy nie uzyskał tego, czego ostatecznie pragnął) postanowił wylać na cesarza cały swój - jak to byśmy dzisiaj powiedzieli - hejt, pisząc właśnie "Historię Sekretną". Dlatego też czytając Prokopiusza należy bardzo uważać, gdyż nie tylko mylą mu się daty z określonymi wydarzeniami, to również prezentuje on fakty, nakładając na nie kalkę swych osobistych uprzedzeń wobec Justyniana i Teodory (której pochodzenie również nie było arystokratyczne, gdyż urodziła się jako córka niedźwiednika cyrkowego ze stronnictwa Zielonych, a potem była tancerką i prostytutką).

Zastanawiać jednak może, dlaczego Prokopiusz zaatakował również Belizariusza, który przecież pochodził z możnej rodziny z Tracji, i który był nawet typowany przez Prokopiusza (oczywiście nieoficjalnie) jako kandydat do cesarskiej korony, po swych zwycięstwach w Afryce i w Italii (autor "Historii Sekretnej" zapewne liczył na to, że opromieniony sławą Belizariusz, przybędzie na czele armii do stolicy i obali parweniusza Justyniana, przywracając tron i pełnię władzy ludziom o "odpowiednim" pochodzeniu). Tak się jednak nie stało, a dalsze księgi "Historii Wojen" są przedmiotem narastającej krytyki ze strony Prokopiusza, który coraz bardziej traci nadzieję nie tylko na objęcie władzy przez "odpowiednich" ludzi, ale nawet na boską sprawiedliwość. W "Historii Sekretnej" zaś daje już ostateczne ujście swym żalom, pokazując Belizariusza jako nieudacznika, rogacza, pantoflarza i ogólnie rzecz biorąc błazna, którego poczynaniami kieruje jego rozwiązła małżonka. Być może to właśnie jej osoba była głównym powodem literackiego ataku Prokopiusza na Belizariusza, gdyż Antonia także wywodziła się z nizin społecznych (jej ojciec był woźnicą w cyrku w Konstantynopolu, zaś matka prostytutką, którą to profesję miała odziedziczyć po niej sama Antonia). Zdradzała ona Belizariusza notorycznie - jak twierdzi Prokopiusz - i czyniła go głupcem, tłumacząc się ze swoich małżeńskich zdrad i przekonując męża nawet w sytuacji, które były jednoznaczne i całkowicie niewytłumaczalne (jak wtedy, kiedy Belizariusz nakrył ją sam na sam z mężczyzną, który był już na wpół obnażony, a ona powiedziała że on tylko pomógł jej nieść ciężki przedmiot do spiżarni. Mąż ponoć uwierzył w te słowa). Taka to była owa niechęć głównego autora i świadka wielkich wydarzeń czasów Justyniana, jakie wówczas zapadały. Wielkie wojny i bitwy, ambitne plany odrodzenia Zachodniego Cesarstwa Rzymskiego pod jedną władzą (tym razem tą z Konstantynopola), przeplatały się z codziennym życiem mieszkańców stolicy, w którym nie brakowało wielkiej rywalizacji (najczęściej podczas igrzysk i wyścigów rydwanów na hipodromie), a także zdarzeń po prostu mafijnych (jak choćby terroryzowania ludności przez przedstawicieli poszczególnych cyrkowych fakcji, nakładania haraczy, porywania żon i zamieniania ich w seksualne niewolnice, oraz innych odrażających praktyk). Ostateczny kres tych cyrkowych mafii, nastąpił podczas powstania Nika (13-18 stycznia 532 r.) w czasie którego na polecenie Justyniana (a konkretnie Teodory, gdyż Justynian był przerażony całym tym wydarzeniem i chciał nawet uciekać z miasta) dokonano na hipodromie masakry zbuntowanych fakcjonistów (i tych, którzy ich wspierali), w czasie której zamordowanych zostało ok. 30 000 ludzi. Być może to wydarzenie było głównym powodem, dla którego w oczach Prokopiusza z Cezarei Justynian, a szczególnie jego małżonka, stali się prawdziwymi potworami w ludzkiej skórze.




Ale do tego jeszcze przejdę w kolejnych odsłonach, teraz zaś pragnę się skupić na prezentacji następnych części, na które pozwoliłem sobie podzielić tę serię. Nim dojdę do romansu i miłości, jaką darzyli się Justynian i Teodora, warto słów parę powiedzieć o świecie w którym przyszło im żyć (trudno bowiem opisywać jakieś wydarzenie, bez przedstawienia kontekstu z jakiego ono się wywodzi, gdyż nic nie dzieje się samo z siebie i wszystko z czegoś wynika, wszystko ma swoją przyczynę i swój skutek, który rodzi kolejną przyczynę całkiem innego - lub tylko potocznie innego - nowego wydarzenia). Postanowiłem jednak przyjąć w tym przypadku skalę odległości i nie prezentować od razu samej postaci owych dwóch kochanków na cesarskim tronie, a cofnąć się nieco dalej od Pałacu, dalej od Konstantynopola, a nawet dalej od granic samego Imperium i jako pierwszych pokazać sąsiadów Cesarstwa Wschodniorzymskiego, bowiem o nich i tak wcześniej czy później będzie mowa, gdy przejdę już do wydarzeń z życia cesarskiej pary. Warto więc przyjrzeć się (bo w takiej to kolejności będę je prezentował) jak wyglądało w owym 527 r. królestwo Wizygotów w Hiszpanii i południowej Francji (Septymanii i Akwitanii), królestwo Franków, rządzone przez synów Chlodwiga Merowity (ród ten z dużą pewnością był pochodzenia słowiańskiego), królestwo Wandalów zarządzane ze sławnej afrykańskiej Kartaginy, czy wreszcie państwo Ostrogotów z Italii (którzy notabene posiadają słowiański afiks "ostro" - taki sam w każdym języku - a jest on notorycznie pomijany i ich pochodzenie tłumaczy się od niemieckiego słowa "ost" - co znaczy "wschodni", tylko co z dalszą końcówką? Germańskie plemię, które ma słowiańską nazwę? To tak samo jak tytuł piastowskich władców Polski "Rex Polonorum, Rex Gothorum", tłumaczyli niemieccy historycy jako "Król Polaków i Jaćwingów" 😅), z którym to ludem walki trwały prawie dwadzieścia lat i tak osłabiły oraz wyludniły owe Italię, że już w trzy lata po śmierci Justyniana i zaledwie w piętnaście po ostatecznym zwycięstwie Bizantyjczyków, północna i środkowa Italia padła łupem nowych najeźdźców - Longobardów. Następnie przejdę do Persji Sasanidów, zmagającej się w początkach VI wieku z kultem religijnym zwanym manicheizmem, który stał w opozycji do dotychczasowej perskiej religii zoroastryjskiej, choć tak naprawdę był jedynie jej pełniejszą syntezą.

Jeśli starczy mi ochoty, może zaprezentuję również VI-wieczną strukturę plemion słowiańskich (lechickich) leżących na północ od Karpat oraz bałtyjskich - ale już tylko jako pewną ciekawostkę (najmniej wiedzy posiadam o plemionach ówczesnej Brytanii, ale i tutaj może coś się uda napisać). Gdy znów powrócę w granice Cesarstwa, opiszę poszczególne prowincje bizantyjskie (oczywiście te z VI wieku), poczynając od Egiptu, poprzez Syro-Palestynę, Azję Mniejszą i Ilirię (czyli Bałkany). Zaprezentuję też pozycję, rolę i znaczenie Kościoła na tych ziemiach (gdyż takie tereny jak Egipt, Syria czy Azja Mniejsza należały od starożytności do najgorliwszych i najbardziej wiernych ziem Chrystusowej wiary, zanim nieobawiający się śmierci - swoiści średniowieczni kamikaze - żądni zbawienia i pięknych hurys wojownicy Mahometa, nie odebrali chrześcijanom tych ziem, zamieniając je na najbardziej zajadłe tereny muzułmanów. Stąd też wyprawy krzyżowe nie były wcale wyprawami najezdniczymi i agresywnymi - tak naprawdę były to wyprawy obronne, mające na celu powstrzymanie naporu islamu na Europę i odzyskanie tego, co wcześniej zostało chrześcijanom skradzione. Podobnie zresztą potem rzecz miała się z działaniami wymierzonymi w komunizm, które również były działaniami obronnymi, jako że ideologia komunistyczna dążyła do opanowania i zniszczenia całego znanego nam świata i wszystkiego co w nim piękne i dobre). Gdy już i to zakończę, powrócę do Konstantynopola i opiszę jak wyglądał to miasto, gdy na tron wstępował Justynian, mający u swego boku Teodorę (której od razu nadał tytuł augusty), a ona po raz pierwszy wprowadziła nowy zwyczaj dworskiej etykiety - padanie poddanych (bez względu na ich pozycję społeczną) zarówno przed cesarzem jak i przed cesarzową na twarz (wcześniej bowiem przyklękano przed cesarzem jedynie na jedno kolano, zaś przed cesarzową nie praktykowano żadnych oznak podległości). A wtedy będzie można przejść już bezpośrednio do samej zakochanej pary. Zatem do dzieła.    
 
 
 


 CDN.
   

sobota, 30 października 2021

PRAWDZIWA HISTORIA KOPCIUSZKA - Cz. I

BAJKA OPARTA NA 

REALNYCH PRZYKŁADACH 

"KSIĄŻĄT" ZAKOCHANYCH W

PRAWDZIWYCH "KOPCIUSZKACH"

 




WPROWADZENIE

 
 Bez wątpienia najpopularniejszą bajką o Kopciuszku - czyli o biednej, ale pięknej, uprzejmej i niezwykle łagodnej dziewczynie, która zmagać się musi z przeciwnościami losu po śmierci swego ojca - jest opowieść autorstwa braci Grimm (Wilhelma Karola i Jakuba Ludwika). Ale takich historii jest znacznie więcej i nie mówię tutaj tylko o opowieściach Charles'a Perraulta, Giambattisty Basilie'go czy Antoniego Józefa Glińskiego, ale również o tych starożytnych (chińskiej i grecko-rzymskiej). Aby jednak nie oddalać się za daleko od naszego kręgu kulturowego, warto na szybko przedstawić krótką historią greckiej kurtyzany - Rhodopis, zamieszkałej w Egipcie, w której to miał zakochać się faraon Psametyk I (założyciel XXVI Dynastii, który przepędził z kraju zarówno czarnoskórych władców z dynastii nubijskiej, jak i z powodzeniem walczył z Asyryjczykami króla Aszurbanipala). Według opowieści, spisanej najpierw przez Strabona, a następnie powtórzonej w jego "Historii" przez Klaudiusza Elianusa - Rhodopis była piękną, grecką heterą zamieszkałą w Egipcie (co akurat nie było niczym zaskakującym i to nawet na długo przed najazdem Aleksandra Wielkiego), która pewnego razu wybrała się - wraz ze swoimi służebnymi - nad Nil, aby się wykąpać. Gdy służące pilnowały jej szat, nagle na ziemię zleciał orzeł, porwał jeden z jej bucików i ze swoją zdobyczą pognał ku niebu, do Memfis. Tam król Psametyk właśnie odprawiał sądy, gdy nagle z nieba spadł mu żeński but. Zafascynowany jego pięknem, polecił aby odnaleźć jego właścicielkę. Tak więc królewscy posłańcy wyruszyli do miast i wsi Egiptu, aby poszukiwać dziewczyny, na której stopę dokładnie pasował będzie ów bucik. Oczywiście bajka ta skończyła się happy endem, Rhodopis została odnaleziona, bucik na nią pasował, ona sama udała się do Memfis, gdzie zakochany król, uczynił z niej swą kochankę. A potem oczywiście żyli długo i szczęśliwie 😄. Tyle sama opowieść, która w następnych swych odsłonach prezentowana była przez kolejnych, bardziej współczesnych już nam autorów. Ale czy rzeczywiście były to wszystko tylko piękne bajki? Czy taka historia kiedykolwiek mogła się wydarzyć w rzeczywistości? 

Oczywiście że tak, i to nie raz. Takich miłości "książąt" do "kopciuszków" było w dziejach bardzo wiele, choć dla mnie jedna z najbardziej ciekawych, to historia miłości generała Jean-Louis Moranda (napoleońskiego oficera, który był bodajże najważniejszym autorem zwycięstwa w bitwie pod Auerstedt z 14 października 1806 r., gdy dywizja Gudina została rozbita przez Prusaków, a dywizja Frianta odcięta i zagrożona tym samym, wówczas właśnie atak sił Moranda przeważył szalę zwycięstwa na stronę Francji. Morand zresztą wsławił się również i pod Austerlitz) do panny Emilii Łucji Parys, która choć pochodziła z możnego rodu mazowieckiej szlachty - wielu jej przodków było kasztelanami, wojewodami i senatorami - to jednak jej rodzina w ciągu XVIII wieku bardzo zubożała i panienka ta - pomimo swojej urody - nie miała wielu adoratorów, gdyż nikt nie chciał wziąć sobie żony bez posagu, innymi słowy "żony-żebraczki". Generał Morand jednak tak się w niej zadurzył (na balu, zorganizowanym w Warszawie - 23 grudnia 1807 r. z okazji urodzin króla Saksonii i władcy Księstwa Warszawskiego - Fryderyka Augusta I), że wkrótce ją poślubił. Jest to bardzo ciekawa opowieść, którą z pewnością również zamieszczę w tej serii, ale jeszcze nie teraz. Teraz chciałbym się skupić na nieco innych "kopciuszkach", które w równy (a może jeszcze większy) sposób, potrafiły wywrzeć wrażenie na swoich "książętach z bajki". Będzie wiele takich historii, jak choćby opowieść o Loli Montez, kochance króla Bawarii - Ludwika I Wittelsbacha; o Marcie Skowrońskiej - niewolnicy i kochance cara Piotra I Wielkiego, która stała się pierwszą carycą Rosji pod imieniem Katarzyny I; o Matyldzie Krzesińskiej - metresie ostatniego cara Rosji Mikołaja II, która omal nie stanęła na przeszkodzie jego małżeństwu z Wiktorią Alicją Heską (czyli po prostu Aleksandrą Fiodorowną) i wielu, wielu innych. Można by ewentualnie ograniczyć się jedynie do tych z kobiet, które ostatecznie osiągnęły cel główny - jakim bez wątpienia było małżeństwo ze swoim "księciem" - ale myślę że wówczas pominąłbym wiele pięknych historii, które i tak kończył się dla tych niewiast happy endem, bez względu na to czy stawały na ślubnym kobiercu, czy też nie.




Jako zaś pierwszego "kopciuszka", pragnę zaprezentować w tej serii, postać niejakiej Teodory, która potrafiła tak bardzo rozkochać w sobie największego władcę Cesarstwa Bizantyjskiego - Justyniana I Wielkiego, iż ten całkowicie stracił dla niej głowę, a gdy zmarła, przywdział żałobę i już do końca swego życia (a żył jeszcze lat siedemnaście) nie ożenił się (co też oznaczało że nie spłodził następców, gdyż z Teodorą dzieci nie posiadał). Ponieważ interesującego tematu czasów Justyniana dotąd nie przedstawiłem (np. interesujący jest zakres i skala tzw.: "plagi justyniańskiej", która nawiedziła ówczesne Imperium w 542 r. i pochłonęła setki tysięcy ludzkich istnień. Zapewne więc ta plaga była w dużej mierze winną temu, że Cesarstwo po śmierci Justyniana w 565 r. tak łatwo zaczęło ustępować z Italii. Bez wątpienia duży spadek liczby ludności musiał być tego powodem, tak samo jak duży spadek liczby ludności w czasie epidemii "Czarnej Śmierci" w latach 1347-1353, spowodował to, że Europa przez kolejne prawie dwa stulecia musiała odbudować stan swej populacji sprzed epidemii, a ponieważ liczba ludności miała znaczenie, a ziemie Europy Środkowej - szczególnie zaś ziemie polskie - odnotowały wówczas jeden z najniższych przypadków śmiertelności, zaś Czarna Śmierć praktycznie nas ominęła - jako nielicznych na naszym kontynencie - przeto w wieku XV a potem XVI byliśmy w stanie stworzyć pierwsze, nowożytne, demokratyczne europejskie imperium. Dziś również wydaje się, jakoby historia zataczała koło i jestem przekonany, że stoimy u progu nowego "Imperium Idei Polskiej" i w ogóle, że jesteśmy dziś Italią Europy, na kilka - może kilkanaście - lat, przed wybuchem wielkiego konfliktu I wojny punickiej), dlatego teraz też nadrabiam to opóźnienie. To tyle wyrazem wprowadzenia do tematu nowej serii - dziś krótko, ale jutro obiecuję poprawę.   



 
CDN. 
  

sobota, 13 lutego 2021

MIEJSKIE LEGENDY, OPOWIADANIA I NIEZWYKŁOŚCI - Cz. V

CZYLI MAŁO ZNANE TAJEMNICE

I AUTENTYCZNE WYDARZENIA,

KTÓRE OSNUWA AURA BAJKOWOŚCI

I NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWA

 
 

 
 

II

CZY LUKRECJA BORGIA 

SYPIAŁA ZE SWYM OJCEM I BRAĆMI?

Cz. I

 
 
 
 
 
 
 "SYN CHAOSU"
 
 
 Gdy rankiem, 11 sierpnia 1492 r.  w czwartym głosowaniu wybrany papieżem został 61-letni biskup Walencji, kardynał Rodrigo de Borja, Rzym papieski widział już bardzo wiele w swych dziejach. Symonia, nepotyzm, odprawianie czarnych mszy na zamku Peniscola, rządy kurtyzan - które sterowały papieżami, seks kapłanów z zakonnicami (a czasem wypędzanie z klasztorów zakonnic i umieszczanie tam... prostytutek), gwałty (choćby Francesco Battista Cibo - syn papieża Innocentego VIII - był tak butny i pewny siebie, iż nie tylko ograbiał ludzi z majątków, twierdząc że np. oszukali go podczas gry w karty, ale oficjalnie wchodził do prywatnych domów w Rzymie i wraz ze swoimi kompanami gwałcił co ładniejsze dziewczęta, a ojciec nigdy go za to nawet nie zganił), związki homoseksualne (choć wówczas dla wielu kapłanów nie miała znaczenia orientacja seksualna, gdyż heteroseksualiści nieraz oddawali się praktykom homoseksualnym, zaś homoseksualiści często mieli również gromadkę dzieci), a nawet papieży ateistów. A mimo to, to właśnie Rodrigo Borja (Włosi zwali go Borgia i tak też się przyjęło) czyli papież Aleksander VI - został uznany za prawdziwe wcielenie diabła, zaś okres jego pontyfikatu uważa się za najbardziej rozwiązły w całych dziejach Papiestwa. Ani jeden, ani drugi zarzut nie odpowiada prawdzie, gdyż większość z nich powstała na użytek propagandy w czasach jego następcy, papieża Juliusza II (Giuliano della Rovere), który wcześniej musiał uciekać z Rzymu przed Borgiami i potem mścił się, czyniąc z Aleksandra VI prawdziwego potwora w ludzkiej skórze. Nie znaczy to oczywiście że Rodrigo Borgia był aniołem, wręcz przeciwnie. Był to prawdziwy wytwór czasów w jakich przyszło mu żyć (czyli epoki renesansu), a że najbardziej ukochał władzę, bogactwo i piękne kobiety - postępował tak, aby nigdy nie musiał z żadnego z nich rezygnować, ani też pomiędzy nimi wybierać. W swym ręku zgromadził bowiem (m.in.) dochodowe biskupstwo Walencji, funkcję wicekanclerza Stolicy Piotrowej i wodza wojsk papieskich, a zgromadzony przez niego majątek był tak duży, iż Rodrigo Borgia uchodził za jednego z największych krezusów wśród kardynałów. A nagromadzenie owych zaszczytów i dóbr materialnych sprawiało, że w jego otoczeniu zawsze kręcił się spory wianuszek pięknych kobiet.
 
Zresztą Rodrigo nigdy nie miał trudności w nawiązywaniu kontaktów z kobietami. Często się chwalił, że stracił cnotę już w wieku 13 lat, zaś w wieku lat dwudziestu zaliczył prawie 200 kochanek. Kobiety do niego lgnęły również dlatego, że był przystojnym, śmiałym i uwodzicielskim mężczyzną, doktorem praw, siostrzeńcem papieża Kaliksta III (sprawował pontyfikat w latach 1455-1458). Jeszcze jako młody kardynał (wuj ofiarował mu kapelusz kardynalski już w lutym 1456 r., gdy Rodrigo miał 25 lat), lubił najróżniejsze perwersje seksualne, jak na przykład seks z dwiema kobietami jednocześnie, czy też przebieranki (w czasie których kazał swym kochankom przywdziewać najróżniejsze suknie, lub też... zakładać chłopięcy strój papieskich paziów). Poza tym uwielbiał tańczyć i tym samym działał na kobiety jak prawdziwy magnes. Dopuszczał się też częstego uwodzenia mężatek, tak jak wówczas, gdy przebywał w uzdrowisku w Petroli pod Sieną, gdzie wraz z francuskim kardynałem de Rohan, miał wystąpić w charakterze ojca chrzestnego zamożnej rodziny o nazwisku de Bichis. Gdy orszak wyruszył do Petroli, obaj kardynałowie w towarzystwie pań z owej rodziny przeszli do ogrodu, po czym kazano zamknąć bramy... a mężowie i krewni owych dam pozostali na zewnątrz, podczas gdy w ogrodach trwała w najlepsze uczta (zakończona miłosną orgietką). Wydarzyło się to w czerwcu 1460 r. Wieść o orgii w Petroli rozeszła się bardzo szybko po okolicy (mawiano wręcz, że dzieci, które przyszły na świat z owych związków, jeśli miałyby urodzić się w strojach swych ojców - wszystkie musiałyby zostać księżmi i kardynałami), a oburzeni mężowie zanieśli skargę prosto do papieża Piusa II (czyli Eneasza Sylwiusza Piccolomini'ego, nauczyciela i przyjaciela królowej Polski - Elżbiety Habsburg, żony Kazimierza IV Jagiellończyka). Papież zareagował natychmiast i potępił zachowanie kardynałów, strasząc ich mękami piekielnymi za ów postępek (choć oczywiście w bardzo łagodnej formie), jeśli ci nie okażą skruchy. W liście do kardynałów, papież pisał: "Mówi się, że tańce były bezwstydne, że uwiedzenia nie miały granic, a Wy sami byliście odurzeni jak młodzieńcy (...) Jest lekceważeniem Boga, jeśli sądzicie, że takie zachowania ujdą mej, wikarego Chrystusa, uwadze. (...) Pozostawiamy Waszemu osądowi, czy zgodne jest z Waszym sumieniem to, że schlebiacie dziewczętom, wysyłając im owoce. Degustujecie wino i posyłacie je tej, która się Wam najbardziej podoba". Papieska reprymenda niewiele zmieniła w życiu Rodriga, a już w 1462 r. urodził się jego pierwszy syn - Pedro Luis, zaś sam kardynał w niczym nie zmienił swego rozwiązłego żywota.
 
 

 
W 1467 r. Rodrigo Borgia zadurzył się w ślicznej kurtyzanie - Vanozzie Cattanei, która była dokładnie taką kobietą, jakie lubił i preferował. Młoda (miała wówczas 25 lat), piękna, o jasnych włosach, ognista i pokorna, potrafiła łączyć gorący włoski temperament z uległością damy haremowej i to właśnie najbardziej spodobało się Rodrigo. Wcześniej kardynał gustował we wdziękach innej luksusowej kurtyzany Rzymu, równie pięknej i młodej jak Vanozza - Nachine. Częste odwiedziny kardynała u Nachine również spowodowały wybuch skandalu, szczególnie gdy razem spacerowali po mieście, a on powtarzał że jedynie udziela jej sakramentu "odpuszczenia grzechów" (szybko pojawiły się plotki że owe "odpuszczanie grzechów" wyglądało tak, że naga Nachine klęczała przed kardynałem, a ten mawiał do niej: "Mów Ojcze Nasz i podziękuj Bogu za podarunek, jaki zaraz otrzymasz" 😉). Gdy te plotki ponownie dotarły do papieża, Rodrigo musiał zerwać znajomość z piękną kurtyzaną. Szybko jednak znalazł pocieszenie w ramionach... matki Vanozzy, a następnie jej siostry i dopiero w 1467 r. zwrócił uwagę na samą Vanozzę. Nazwał ją Rosa (Róża) i początkowo chyba naprawdę się w niej zakochał, bowiem umieścił ją w Walencji i pisywał do niej listy o takiej choćby treści: "Moja umiłowana Różo, pójdź za mym przykładem i pozostań w czystości aż do dnia, w którym będzie mi dane cię ujrzeć i połączyć nasze uczucie w nieskończonej zmysłowości. Do tej pory nie pozwól wszak, by czyjeś usta profanowały twe uroki, i by żadna ręka nie podniosła twego welonu, który okrywa błogosławieństwo panieńskie". Ponoć z Vanozzą również oddawał się najróżniejszym praktykom erotycznym, jednocześnie ofiarowywał swej kochance wykwintne stroje, klejnoty, a przede wszystkim opiekę - mogła bowiem mieszkać w jego pałacach w Walencji, Porto, Kartagenie a potem i w Rzymie, otoczona niesamowitym bogactwem. W maju 1472 r. gdy Rodrigo opuścił Italię, udając się do Hiszpanii (a raczej Aragonii, gdyż Hiszpania jako podmiot polityczny jeszcze wówczas nie istniała - co najwyżej jako nazwa geograficzna) z polecenia Sykstusa IV, który mianował go tam swoim legatem. Wysłany został z misją przekonania króla Aragonii - Jana II i króla Kastylii - Henryka IV oraz wielmożów tych królestw, do wyprawy krzyżowej przeciw Turkom Osmańskim. Szybko jednak zorientował się, że kraje te były wewnętrznie rozdarte przez waśnie rodowe i rządy lokalnych królewskich wasali i nikt nawet nie myślał o zorganizowaniu jakiejkolwiek wyprawy wymierzonej w Osmanów. Rodrigo starał się pogodzić zwaśnione strony (szczególnie zakończyć konflikt pomiędzy popieraną przez króla Henryka IV i jego wszechwładnego ministra don Beltrana, młodą Joanną la Beltraneją - która ponoć była uważana nie za córkę króla, a właśnie jego ministra - oraz królewskim bratem Alfonsem, a po jego śmierci z siostrą - Izabellą [żoną Ferdynanda Aragońskiego i matką Katarzyny Aragońskiej, późniejszej żony Henryka VIII, króla Anglii]) i udało mu się stworzyć warunki do zawarcia rozejmu przez skonfliktowane strony, choć oczywiście prawdziwy konflikt zbrojny miał dopiero nadejść po śmierci Henryka IV w 1474 r.

Rodrigo wszędzie był witany z czcią należną pełnionej przez niego funkcji papieskiego legata, biskupa i kardynała, wygłosił też mowę do zebranych w Segowii przedstawicieli diecezji Kastylii i Leonu, w której padły następujące słowa: "Turek ujarzmiwszy Azję i znaczną część Europy już dwa razy napadł na Włochy, niszcząc wszystko, zabijając i podpalając. Teraz znów wyruszył i zagraża ośrodkowi naszej religii (...) gdyby więc głowa została zniszczona, zginęłaby i reszta chrześcijańskiego ciała. Jeśli więc ktoś ma obowiązek pospieszyć Rzymowi z pomocą, jeśli ktoś powinien szykować się do obrony religii, to przede wszystkim my. (...) Trzeba, aby inni poszli za naszym przykładem. Odwołujemy się do waszego miłosierdzia w Panu oraz gorąco i po ojcowsku was prosimy, abyście nas wsparli swoim przykładem i innymi środkami jakimi rozporządzacie, w tym pilnym dziele, jakiego dziś mamy dokonać". Apel ten pozostał jednak bez echa. Wyjechał więc Rodrigo najpierw do Jativy, a następnie do Walencji, gdzie spotkał się z Vanozzą, a wówczas prawie nie wychodzili z pościeli, poświęcając czas na radowanie się sobą przez... 15 miesięcy. Wyjeżdżając stamtąd, zabrał ze sobą Vanozzę, którą po powrocie do Rzymu wydał za mąż, za niejakiego Domenica d'Arignano (1473 r.), jednocześnie zakazując mu jakichkolwiek kontaktów seksualnych z żoną. Zakupił dla niej również pałac w Rzymie i odwiedzał ją tam często udzielając "odpuszczenia grzechów". Nim jednak dotarł do Italii, po drodze przydarzyła mu się niemiła przygoda, gdy jego galera została zaatakowana przez lokalnych piratów, którzy skradli kardynałowi 30 tys. florenów, a jego samego ponoć mocno poturbowali. Wcześniej zaś zatonęła w wyniku burzy morskiej inna z galer, na której płynął orszak kardynała. Utonęło wówczas prawie 200 osób (w tym 3 biskupów). Rodrigo starał się jeszcze uzyskać zadośćuczynienie za poniesione szkody od signora Florencji - Lorenzo di Piero Medyceusza, zwanego też Wawrzyńcem Wspaniałym, ale nikt mu już nie zwrócił utraconych pieniędzy. Jedynym pocieszeniem dla niego, był podziw i uznanie, jakie udzielił mu papież Sykstus IV (Rodrigo co prawda nie doprowadził do zawiązania się krucjaty przeciw Osmanom, ale jednak zobowiązał monarchów do deklaracji iż taka wyprawa powinna zostać poczyniona w bliżej nieokreślonej przyszłości, zaś Kościół mógł w każdej chwili zażądać realizacji od nich owej przysięgi), a także miał wreszcie u swego boku ukochaną Vanozzę.
 
 

 
Pierwszy ich syn - Cezar Borgia, przyszedł na świat w roku 1475, kolejny - Juan (Jan) w 1476 r. W tym samym czasie zmarł również mąż Vanozzy - Domenico d'Arignano i przez kilka kolejnych lat taki stan rzeczy odpowiadał kochankom. Rodrigo był dobrym ojcem i dbał o swą żonę i dzieci, można nawet powiedzieć iż tworzyli prawdziwą, choć nieformalną (kardynał starał się co prawda odwiedzać ich jak najczęściej, ale nie mieszkał z nimi) rodzinę. Vanozza miała wszystko, czego zapragnęła, jej portrety malowali najlepsi artyści ówczesnej Italii, żyła w nieprawdopodobnym, wręcz królewskim przepychu. Mijały lata, a ów związek (nawet w Rzymie, który wówczas naprawdę zaczął przypominać dom publiczny, a kardynałowie myśleli głównie o pomnażaniu własnych majątków i zdobywaniu nowych kochanek) zaczął ponownie być tematem plotek Rzymian, dlatego też Rodrigo znów postanowił wydać Vanozzę za mąż (1480 r.). Tym razem jego wybór padł na Mediolańczyka - Giorgio della Croce, któremu również kardynał zakazał obcowania z własną żoną, w zamian za intratną funkcję sekretarza apostolskiego przy papieżu. Niestety, Rodrigo nie dopilnował kochanki i zaszła ona w ciążę z Giorgio, z której w 1484 r. narodził się syn - Ottavio (który jednak zmarł jeszcze w dzieciństwie). Kardynał był zły na Mediolańczyka i miał nawet grozić mu śmiercią (ponoć zapowiedział, że ten może zbliżyć się do Vanozzy dopiero w chwili, gdy uczucie kardynała do niej ostatecznie się wypali. Na razie jednak wciąż ją kochał i żądał wierności, niczym od prawdziwej małżonki). Aby to się nigdy więcej się nie powtórzyło, Rodrigo zamyślał nawet nad... zakupem pasa cnoty dla kochanki, i to nie takim zwykłym, ale zaopatrzonym wręcz w "ząbki" przy niewielkich otworach do oddawania czynności fizjologicznych. Ostatecznie jednak zrezygnował z tego pomysłu i przebaczył swej kochance, ponownie odwiedzając ją i dzieci. W tym samym czasie Rodrigo starał się też uzyskać papieską tiarę i gdy w sierpniu 1484 r. nadarzyła się po temu okazja (po śmierci Sykstusa IV), hiszpański kardynał postanowił stanąć do walki o najwyższy urząd w całym chrześcijańskim świecie. Nie był to jednak jeszcze jego czas i wiedząc że nie uzyska wymaganej większości w głosowaniu kardynałów, postanowił poprzeć Giovanniego Batistę Cibo, który 29 sierpnia został wybrany nowym papieżem, pod imieniem Innocentego VIII. Rodrigo - ów "Syn Chaosu" jak zwali go jego wrogowie - miał już 53 lata i wciąż nie mógł uzyskać wymarzonej tiary, postanowił jednak cierpliwie czekać, zdając sobie sprawę że nic nie przychodzi łatwo i szybko, a o wszystko w życiu należy walczyć. Był już ojcem trójki dzieci spłodzonych z Vanozzy (nie licząc tych, które miał z innymi kobietami): Cezara, Juana i narodzonej w kwietniu 1480 r. córki - Lukrecji i teraz myślał tylko o ich przyszłości, a do Vanozzy pisywał listy, w których otwarcie dowodził iż przeznaczeniem jego dzieci w przyszłości, będzie: "rządzić narodami i królami".
 
 
 
 
 
 
 CDN.
 

niedziela, 13 grudnia 2020

MIEJSKIE LEGENDY, OPOWIADANIA I NIEZWYKŁOŚCI - Cz. IV

CZYLI MAŁO ZNANE TAJEMNICE

I AUTENTYCZNE WYDARZENIA,

KTÓRE OSNUWA AURA BAJKOWOŚCI

I NIEPRAWDOPODOBIEŃSTWA

 
 

 
 

I

SADYSTYCZNA HRABINA

KTÓRA BAŁA SIĘ LUSTER

Cz. IV

 
 
 
MADAME de CASTIGLIONE
(obraz z 1862 r.)
 

 
 
 
"NAJISTOTNIEJSZE TO UZNAĆ WYŻSZOŚĆ MĘŻA PO PROSTU DLATEGO, ŻE JEST MĘŻCZYZNĄ (...) ŻADNE SŁOWA NIE SĄ W STANIE WYRAZIĆ PODZIWU I SZACUNKU, JAKIE SAMA MYŚL O NIM POWINNA WYWOŁYWAĆ"
 
 
SARAH ELLIS
(W PORADNIKU DLA MŁODYCH KOBIET)
1842 r.
 
 
 
 Wirginia de Castiglione po rozstaniu z cesarzem Napoleonem III wyjechała i przez pewien czas osiadła w Italii, gdyż zakończenie związku z cesarzem było dla niej ogromnym wstrząsem psychicznym, a to dlatego, iż w ogóle nie brała nawet pod uwagę faktu, że cesarz (który zmieniał kobiety jak rękawiczki) może kiedykolwiek przestać ją kochać. Co prawda godziła się na to, iż nie jest jedyną nałożnicą Napoleona, ale jednocześnie zawsze podkreślała że jest jego osobistą metresą - dając tym samym do zrozumienia że tak naprawdę to jedynie ona jest tą pierwszą i naturalną wybranką. Po zakończeniu romansu (który notabene trwał zaledwie rok) Wirginia długo musiała do siebie dochodzić, gdyż sądziła że zarówno jej uroda jak i temperament (obyczajowy - gdzie potrafiła pokazywać się w sukniach z głębokimi dekoltami - jak i seksualny) nie pozwolą Napoleonowi kiedykolwiek z niej zrezygnować. Teraz zaś owe rozstanie tak silnie odbiło się na jej psychice, że stała się mizoandryczką (zaś z biegiem lat nienawiść do mężczyzn ustąpiła potęgującej obawie o utratę urody, dlatego też w swym domu kazała wyrzucić wszystkie lustra, aby nie musieć oglądać swej starzejącej się twarzy. Żyła samotnie, chodząc w czarnych sukniach i mieszkając tylko z jedną starą służącą, opłacaną z kurczących się oszczędności, które zgromadziła w latach swej młodości). Trzeba bowiem pamiętać że cesarz Napoleon III nie należał do ludzi, którzy zbytnio przywiązywali się do swych byłych kochanek. Coś na ten temat wiedziała choćby angielska śpiewaczka operowa i jednocześnie kobieta o szerokich ramionach (niektórzy twierdzili że miała posturę żołnierza cesarskiej gwardii szwajcarskiej) Eleonora Gordon. Gdy Ludwik Napoleon przebywał jeszcze w Wielkiej Brytanii była tam przez jakiś czas jego kochanką, która zapewniała go iż pomoże mu odzyskać władzę cesarską (nie wiadomo tylko w jaki sposób). Napoleonowi jednak szybko się znudziła, tym bardziej że on (idąc w ślady swego wielkiego stryja - z którym dzielił bodajże zaledwie jedynie tę cechę wspólną) nie znosił zbyt rozbudzonego damskiego libido. Kobieta była po to, aby to mężczyzna mógł zrzucić z siebie seksualne napięcie (Napoleon Wielki oddawał się miłostkom dopiero po wielogodzinnej pracy, zaś pewnego razu oczekiwała na niego w pałacu Tuileries młoda aktorka z Théâtre-Français i kamerdyner przypomniał Cesarzowi iż dziewczyna czeka na niego już od godziny, na co ten odparł: "No to co, każ jej się rozebrać i położyć do łóżka, wkrótce  dołączę", ale gdy po kolejnej godzinie spędzonej samotnie w łóżku Cesarz nie przyszedł, kamerdyner ponownie dał mu znak, że dziewczyna leży tam i czeka na niego, na co ten rzekł: "Każ jej iść do domu, dziś już z niczym nie zdążę" 😉). 
 
Dlatego też Ludwik Napoleon po kilku wieczorach spędzonych z Eleonorą Gordon, szybko zakończył tę znajomość i pod pozorem wyjazdu, uciekł z jej ramion (pewnego wieczoru - według rosyjskiego historyka Andrieja Neymana - miała nawet dokonać na nim prawdziwego gwałtu, rzucając go na sofę i przygniatając swym ciałem). Tak więc gdy pani Gordon przybyła do Paryża po objęciu władzy cesarskiej przez Napoleona III, starając się odnowić dawną znajomość i uzyskać jakieś finansowe zabezpieczenie, cesarz nawet się z nią nie spotkał i odesłał z pałacu (potem wyznaczył jej skromną jednorazową zapomogę i nakazał opuścić Paryż). Takich przypadków było znacznie więcej, jako że Napoleon III uważał, że nic nie zawdzięcza żadnej z kobiet, nawet owej sławnej Harriet Howard - która dość długo utrzymywała swój wpływ na cesarza i która mocno go wspierała (przede wszystkim finansowo, jako że praktykując wcześniej profesję luksusowej damy do towarzystwa, zbiła na tym niezły kapitał, a Napoleonowi wówczas bardzo potrzebne były pieniądze) w planach odzyskania tronu Francji (licząc zapewne na to, że może wystąpić u jego boku, jako żona). Cesarz kupił jej kamienicę przy Rue du Ciraue, oraz ofiarował apartament w pałacu Saint-Cloud, jednak gdy ta zaczęła nalegać na małżeństwo, Napoleon odmówił (Harriet Howard urodziła się na wsi, jako córka szewca, byłby to więc mezalians). Ostatecznie cesarz postanowił się jej pozbyć i wysłał ją do Anglii (pisałem już o tym) w 1853 r., a w tym czasie ogłosił swoje zaręczyny z hiszpańską arystokratką (której rodzinne korzenie sięgały królów Kastylii z XIII wieku) Eugenią de Montijo, i jednocześnie polecił przeszukać dom panny Howard przy Rue du Ciraue w poszukiwaniu listów miłosnych które niegdyś do niej pisał. Jednak Harriet nie opuściła Francji (z powodu złej pogody przeprawa przez Kanał La Manche nie była możliwa przez kilkanaście dni) i dowiedziawszy się o oszustwie cesarza, oraz o przeszukaniu jej domu, napisała doń list, w którym wręcz żądała by Napoleon do niej przyjechał. Ten zjawił się osobiście i ofiarował swej kochance (w zamian za rezygnację z roli żony i zamknięcie ust, by nie prowokować skandali obyczajowych) sześć milionów franków (tym samym spłacił - mniej więcej - kwotę, którą ona wcześniej na niego wydała) i przyznał jej tytuł hrabiny von Beauregard oraz zamek o tej właśnie nazwie, uzgadniając że po ślubie z Eugenią, pozostanie z nią jedynie w "przyjacielskich stosunkach".
 
 

 
Co zaś się tyczy Wirginii de Castiglione, to po przyjeździe do Włoch zaczęła trudnić się prostytucją, jednak prawdziwą sławę zdobyła dopiero po swym powrocie do Francji (w 1861 r.), gdzie zamieszkała w Paryżu, w dzielnicy Passy. Cztery lata spędzone we Włoszech pozwoliły jej już zdobyć pewną renomę, a poza tym "sława" kochanki cesarza również robiła swoje i do jej apartamentów napływali chętni na miłosne igraszki. Jednak rozstanie z Napoleonem wciąż mocno tkwiło w Wirginii i gniew jaki czuła do niego, postanowiła następnie przenieść na innych mężczyzn. Postanowiła więc karać ich za winy cesarza, wymierzając razy i zmuszając do wykonywania jej upokarzających poleceń. Jednocześnie zdawała sobie dokładnie sprawę ze swego położenia, czyli takiego w którym ona tylko udaje "królową" a w rzeczywistości jest całkowicie uzależniona od pieniędzy, które owi mężczyźni jej przynosili. wiedziała też, że w takim układzie nie jest ważne to, co jej się podoba, ale to czy ona podoba się innym, a wówczas sprawa była jasna - to kobieta musiała podobać się mężczyźnie (nawet jako kandydatka na żonę), a nie na odwrót. Dlatego też swych klientów przyjmowała w negliżu (co oczywiście nie znaczy że była całkiem naga, wręcz przeciwnie), czyli w swoim toilette de boudoir (w szlafroku), powoli i skrupulatnie odsłaniając im swoją nagość (ponoć nosiła też odmienny strój dla każdego kochanka). Jednocześnie jej praktyki, to był czysty sadyzm graniczący wręcz z nienawiścią do wszystkich mężczyzn. Jej praktyki był dosyć okrutne (potrafiła nie tylko smagać swych "niewolników" batem lub kańczugą aż do krwi, ale również używała całej masy innych, okrutnych przyrządów, jak choćby: igły czy druciane szczotki, którymi pocierała ciała klientów). Ponoć była bardzo okrutna, jednak nikogo nie zabiła (a nie było to wcale takie oczywiste, o czym świadczą notatki komisarza policji Paryża z czasów Ludwika XIV - Nicolasa de la Mare, który pisał choćby tak w jednym ze swych raportów: "Byłem wezwany do umierającego bibliotekarza, którego dwie kobiety na jego życzenie chłostały miotełkami. A gdy już zużyły te dwie miotełki, rozpruły trzcinowy chodniczek i chłostały go nim. Zastałem bibliotekarza w straszliwym stanie: był prawie w agonii i cały we krwi" Ciekawe też czy tak je rozwścieczyły kary za nieterminowe oddawanie książek? 😂. W innym przypadku John Cleland - autor "Pamiętników Fanny Hill" żyjący w XVIII wieku, pisał: "Na ławce w parku leży kobieta, wystawiając nagi tyłek spod zadartej sukni. Między jej nogami stoi dobrze ubrany pan i chłoszcze ją biczem, aż na pośladkach pojawia się pierwsza struga krwi").
 
Tak wyglądały praktyki Wirginii de Castiglione, ale wiadomo też, że każdą taką "sesję" z klientami potem bardzo mocno przeżywała (fizycznie i emocjonalnie) i przez kolejne trzy dni leżała w łóżku w osłabieniu. Zarabiała jednak na tym ogromne pieniądze (znacznie większe niż za klasyczny seks), tak że bardzo szybko zaczęła prowadzić ponownie dość wystawny tryb życia (jednocześnie napędzając sobie kolejnych klientów do swych "sesji"). Mężczyźni wręcz ustawiali się w kolejce do jej drzwi, tylu było chętnych na bicie tyłka przez byłą kochanicę cesarza. Niektórzy z tych mężczyzn podczas jednej nocy zostawiali u niej całe majątki (np. markiz Herford za jedną noc, ofiarował jej milion franków - w tamtych czasach suma wręcz niebotyczna), więc bez wątpienia był popyt, tylko gorzej z podażą, gdyż niewiele było wówczas takich miejsc w Paryżu (i nie tylko tam), w których mężczyźni decydujący o losach świata, mogli się poczuć niczym słudzy czy niewolnicy. Stąd też brała się popularność salonu madame de Castiglione. Najwidoczniej w ludzkiej naturze drzemie potrzeba dążenia do równowagi (choć może nie w każdym człowieku jednakowo) i gdy jest ona zbytnio zachwiana, wówczas pojawiają się takie właśnie pragnienia oraz chęci ich realizacji, jednak należy się też zastanowić czy nie ma trochę racji w tym, co twierdził Ryszard von Krafft-Ebing, który pisał że: "Spotyka się dużo ludzi, którym dla pobudzenia zmysłów jest potrzebna flagellacja. Bez wątpienia są to chorzy, patologiczni osobnicy" (niestety, ja również zaliczam się poniekąd to tego grona miłośników flagellacji, gdyż uważam że nic tak nie poprawia pożycia i nie buduje więzi, jak porządne lanie kobiecego tyłeczka 😋. Nie będę też się rozwodził nad tym, czy to jest chore, czy nie - być może do pewnego stopnia tak, ale wszystko zależy też od wzajemnego zaufania, skali oraz natężenia "wydawanych" klapsów). Tak mijały lata, a wraz z nimi rosła "sława" Wirginii de Castiglione, jedyną zaś relikwią którą naprawdę czciła, była owa podarta koszula nocna, w którą się przyodziała, gdy wraz z cesarzem przebywali w Compiegne i nocą popłynęli łódką na drugi brzeg rzeki Oise (podczas gdy w tym samym czasie cesarzowa Eugenia oczekiwała na męża na oficjalnym balu). Tę koszulę pokazywała publicznie i traktowała jako żywą relikwię, deklarując jednocześnie, iż pragnie być w niej pochowana.
 
 
PRZYKŁAD PRAWDZIWEGO MASOCHIZMU
ZAWSZE BAWI MNIE TEN FRAGMENT "AKADEMII POLICYJNEJ"
MINA TACKLEBERRY'EGO BEZCENNA
 

 
W 1870 r. wybuchła wojna francusko-pruska i cesarz Napoleon III skapitulował wraz ze swą 100 tysięczną armią pod Sedanem (1 września 1870 - znamienna data) i dostał się do pruskiej niewoli (podczas tych walk głupota gen. Wimpffena była przeogromna, szczególnie gdy na ostatnią chwilę pozmieniał rozważne - choć też nie wiadomo czy skuteczne - plany gen. Ducrot'a przebicia się do Mezieres i to tylko po to, aby postawić na swoim. Zresztą atmosfera panująca wówczas we francuskim sztabie generalnym pod Sedanem, była tak "toksyczna" - że posłużę się modnym obecnie słowem - iż tam aż prosiło się o klęskę) i madame de Castiglione po raz ostatni użyła swych wielkich wpływów (co też świadczy o jej popularności) ocalając Paryż przed wkroczeniem doń armii pruskiej (po prostu poprosiła kanclerza Bismarcka o oszczędzenie Francji tego upokorzenia, a Bismarck przychylił się do jej prośby. Odmówił natomiast prośbie cesarzowej Eugenii, która chciała dołączyć do swego męża, będącego w niewoli. Zresztą ta kobieta, przez lata zdradzana, teraz była przykładem poświęcenia i oddania, starając się dołączyć do męża, a gdy to okazało się niemożliwe, pocieszając go listami, np. takimi: "Nasze cierpienia i nasze nadzieje leżą nad głową małego Ludwika. Im bardziej ponura przyszłość, tym mocniej odczuwamy potrzebę wspierania się jedno o drugie". Napoleon przyznawał jej rację i ponoć całował listy które mu przysyłała, jednak młody książę - Ludwik Eugeniusz Napoleon (IV) nie okazał się nadzieją dla swych rodziców i dynastii Bonaparte, gdyż zginął w młodym wieku 23 lat w 1879 r., w Afryce Południowej, podczas walk Brytyjczyków z Zulusami, przebity włócznią jakiegoś czarnoskórego wojownika, który to położył kres nadziejom tak świetnie rozpoczętej przed osiemdziesięcioma laty napoleońskiej baśni). 
 
Po roku 1871 znaczenie madame de Castiglione spadło, a jej popularność znacznie zmniejszyła się w dobie Republiki. Nadal jeszcze prowadziła swój salon, ale z biegiem lat miała coraz mniej klientów i chętnych do zadawania im bólu. Co prawda zdobyła (i odłożyła) spory majątek, jednak bez wsparcia życzliwych jej osób, szybko by go utraciła. Dlatego też, to ona teraz chodziła po prośbie do swych dawnych "niewolników", starając się uzyskać od nich jakieś fundusze. I tutaj dochodzimy do pewnej konkluzji, bowiem ani Paryż (który ocaliła przez wkroczeniem obcej armii okupacyjnej) ani też ludzie, którzy przez lata wystawali u klamki jej salonu, teraz - gdy utraciła swe wpływy i zaczęła tracić młodość oraz urodę - nie kwapili się by jej pomóc. Markiz Hertford - który niegdyś zapłacił milion franków tylko za to, aby wysmagała go batem w swym salonie, teraz nie chciał jej widzieć i nie wpuścił nawet za próg swego apartamentu. Jedynie dzięki nielicznym dawnym klientom, mogła przestać pracować jako prostytutka (co oczywiście było jak najbardziej naturalne, gdyż z biegiem lat i tak musiałaby porzucić ten zawód). Przeprowadziła się jednak do małego mieszkania przy Placu Vendome 26 i żyła tam - unikając ludzkich spojrzeń - za zasuniętymi, czarnymi firankami, w towarzystwie jednej tylko służącej, nosząc czarne suknie i pielęgnując swą podartą "koszulę z Compiegne", która przywodziła jej z pewnością pamięć radosnych chwil jakie spędziła u boku cesarza w czasie ich krótkiego romansu. Ze swego domu wychodziła tylko wieczorem lub w nocy, aby unikać ludzi i ich spojrzeń i nie musieć z nimi rozmawiać (zapewne zraziła się do ludzi, gdyż oczekiwała że oni widzą w niej ową "królową", którą była, gdy biła ich batem po plecach lub pośladkach, zaś w rzeczywistości była dla nich po prostu tylko jedną z wielu - choć bardziej ekskluzywnych - prostytutek. I ta myśl z pewnością odsuwała ją od ludzi). Pozbyła się też wszystkich luster, które stały się wręcz jej obsesją. Miała obsesję upływającego czasu i rosnących zmarszczek na twarzy, wolała więc zachować w pamięci obraz młodej dziewczyny, która w objęciach cesarza Francji poczuła się wyjątkowo, a potem spadła w przepaść i musiała zarabiać na życie w upokarzający sposób (choć jej samej wówczas wydawało się to atrakcyjne). Zmarła w 1899 r. w Paryżu w wieku 62 lat. Dziś praktycznie jest zapomniana, nawet jeśli idzie o kochanki Napoleona III (musiałem przewinąć się przez dziesiątki jego nałożnic, nim udało mi się dotrzeć do postaci Wirginii de Castiglione - kobiety, która swym życiem stworzyła prawdziwą legendę).      
 
 
 
 
 
 
 CDN.
 

sobota, 4 lipca 2020

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. X

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ






GRECJA KLASYCZNA

ATENY

(V - IV wiek p.n.e.)

Cz. X



WYCHOWANIE MŁODYCH KOBIET

(HETERY)

Cz. VIII



W KRĘGU SYMPOZJONÓW

Cz. III




  
ASPAZJA z PERSEPOLIS
Cz. III



 "ZLIKWIDUJ PROSTYTUCJĘ, 
A W ŚWIECIE POWSTANIE CHAOS"

ŚW. AUGUSTYN


 Aspazja przybyła do Persji wraz z heterami idącymi u boku greckich najemników wynajętych przez Króla Królów - Artakserksesa III Ochosa i dowodzonych przez Lakratesa, Nikostratosa i Mentora, tuż przed perską wyprawą na Egipt w 343 r. p.n.e. Kampania ta zakończyła się ponownym zajęciem całego Egiptu przez Persję w 341 r. p.n.e., w tym zaś czasie młoda hetera stała się już kochanką perskiego władcy, który szybko się w niej zakochał. Spędzał z nią większość czasu, poddając się urokom greckiej kultury i obyczajów. Razem z nią uczestniczył monarcha w sympozjonach, podczas których ona była albo całkiem naga, albo też ubrana w lekką, prześwitującą tunikę. Grywali razem w kottabos - grę zręcznościową, polegającą na umiejętnym strącaniu resztkami niedopitego wina, mis lub czar stojących na wysokim słupku. Ten z graczy, któremu udało się strącić taką misę - wygrywał, otrzymując w nagrodę np. słodkie smakołyki, lub też erotyczne przyjemności (również pocałunek był nieodłącznym elementem tej gry, o czym świadczą niektóre zachowane greckie puchary - jak choćby te, ze zbiorów w muzeum w Bolonii). Kottabos była niezwykle popularną grą w ówczesnej Helladzie, a po wzajemnym przenikaniu się kultur (np. Grecy przejęli od Persów wschodni kult Adonisa), Persowie coraz częściej przejmowali również i greckie obyczaje (w tym również seksualne). Innym elementem miłosnej gry wstępnej między Aspazją a Artakserksesem, była chociażby grecka rozrywka zwana - akromatą. Polegała ona na zmysłowym tańcu heter, powiązanym również z umiejętnościami akrobatycznymi (np. skokami nad wystającymi ostrzami sztyletów umieszczonych pionowo na ziemi). Akromata (która była wykwintną sztuką, łączącą erotykę z występami scenicznymi, przedstawiającymi wybrane sztuki teatralne) kończyła się zbiorowym, wyuzdanym seksem - dlatego też najczęściej uczestniczyło w niej kilka heter, oraz młodzi męscy tancerze i działała tak bardzo stymulująco na biesiadników, że (jak opisuje to w "Sympozjonie" Ksenofont) "robi to na widzach tak silne wrażenie, że ci z nich, którzy jeszcze są wolni, przysięgają jak najszybciej się ożenić, a żonaci wsiadają na koń, by czym prędzej znaleźć się w ramionach swych małżonek".

W otoczeniu Króla Królów zawsze było dużo kobiet (ojciec Artakserksesa III Ochosa - Artakserkses II Mnemon, miał ponoć w swym haremie 360 nałożnic na każdy dzień roku), a gdy hellenizacja Persji również zaczęła święcić triumfy, urządzano akromatę złożoną z kilku, a nawet kilkunastu kobiet jednocześnie. Niektóre były całkiem nagie, inne miały opaski na biodrach, jeszcze inne przystrojone były w lekkie tuniki - w każdym razie takie zabawy pozwalały damom haremowym zaznać miłości znacznie częściej, niż tylko... raz do roku (kobiety które długo nie doznały "łaski" znalezienia się w królewskiej alkowie, musiały radzić sobie w inny sposób - co też często ukazane jest na greckich amforach z Persji, gdzie np. pokazany jest taniec nagiej nałożnicy z... dwoma sztucznymi fallusami w dłoni, lub też naga kobieta grająca na flecie, okrakiem dosiadająca odwróconej amfory, której podstawa wchodzi w jej łono). Król z reguły podczas tych zbiorowych orgii, początkowo przypatrywał się jedynie erotycznym tańcom swoich kobiet - przystrojony w biało nakrapiany chiton (który mógł nosić jedynie monarcha), białe lub karmazynowe spodnie i spiczaste buty (z reguły okrywał się jeszcze purpurową wierzchnią szatą), zaś jego broda była ufarbowana i odpowiednio przycięta na wysokości piersi. Szybko jednak władca pozbywał się odzienia i w otoczeniu swych dam, oddawał miłosnym uciechom (bardzo często spotykany był wówczas w Persji stosunek analny, lub też taki, w którym kobieta odwrócona jest do swego kochanka tyłem z wypiętą pupą w jego stronę). Król był oczywiście jedynym samcem w stadzie i nikt inny - żaden mężczyzna - nie mógł uczestniczyć w owej królewskiej akromacie (męscy młodzi tancerze uczestniczyli w niej jedynie w Grecji) i tylko on miał prawo do ciał swych nałożnic oraz kurtyzan. Oczywiście bardzo rzadko się zdarzało, aby król mógł zadowolić wszystkie uczestniczki owej orgii, dlatego też nieodzownym ich towarzyszem był wszędobylski olisbos (czyli sztuczny fallus). Niekiedy olisbosów było tyle, że wręcz... wisiały na ścianie haremu pałacu królewskiego w Babilonie, a czasem zdarzało się że niezadowolony władca... bił nimi po plecach kobiety, które wykonywały mu fellatio (te wszystkie praktyki są ukazane na erotycznych wazach greckich z IV wieku p.n.e., znalezionych w Babilonie lub w Persepolis).




Aspazja ponoć była bardzo piękną kobietą, więc nic dziwnego że bardzo szybko zdominowała inne damy z królewskiego haremu, stając się jedyną królewską nałożnicą. Nie wiadomo jednak jak inne damy reagowały na ich związek (nie ma na ten temat żadnych informacji) ale wiadomo że król spędzał w towarzystwie pięknej Greczynki większość czasu, całkowicie pomijając inne kobiety. Zdaje się że Aspazji podobało się to, jak działała na króla (o czym świadczą jej późniejsze żale - gdy monarcha odesłał ją do świątyni boga Amona-Re w Egipcie i kategorycznie zabronił stosunków z innymi mężczyznami). Nie przewidziała jednak tego, że zakocha się w niej również syn i następca Artakserksesa III - książę Arses. Z pewnością - w tajemnicy przed królem - zaczęła się z nim spotykać, licząc na to że utrzyma swą pozycję również po śmierci obecnego władcy. Niestety, Arses zakochał się w dziewczynie bez pamięci i ostatecznie zażądał od ojca by ten mu ją oddał, gdyż zapragnął ją poślubić. Tego było już za wiele, gdyż perski książę - następca tronu, nie mógł poślubić ani niewolnicy, ani też cudzoziemskiej prostytutki, a taką właśnie była Aspazja. Oczywiście ojciec odmówił i zyskał przy tym wsparcie swej oficjalnej małżonki (matki Arsesa), królowej Atossy, która nie wyobrażała sobie synowej ladacznicy. Arses jednak bardzo źle przyjął ojcowską odmowę, był bowiem tak uroczony wdziękiem greckiej hetery, że zamyślał nawet nad jej uprowadzeniem i ucieczką z kraju, a ostatecznie groził również samobójstwem, jeśli ojciec nadal będzie się upierał przy swoim. Taka sytuacja zaniepokoiła Atossę, która ostatecznie uprosiła męża, aby oddalił Aspazję ze swego haremu, gdyż jej obecność powodowała jedynie niezgodę pomiedzy ojcem a synem. To zapewne królowa zgotowała Aspazji ten ciężki los, odsyłając ją (ok. 340 r. p.n.e.) do dalekiego Egiptu, by w świątyni boga Amona-Re została zamknięta do swej śmierci i już nigdy więcej nie mogła oddać się żadnemu mężczyźnie (nad jej odpowiednim prowadzeniem się, miały czuwać "damy haremowe" ze Świątyni Amona-Re w Luksorze). Miała tam pozostać do końca swego życia i spędzić ten czas na służbie bogu (być może - jako "akrobatka" uczestniczyła również w corocznym święcie Opet, które odbywało się w tej świątyni i polegało na występach artystycznych - takich jak akrobacje, tańce i rozciąganie ciała - "dam haremowych" ku czci boga). Ponoć Aspazja rozpaczała nad swym losem, łkając iż nie przywykła do wstrzemięźliwości.

W 338 r. p.n.e. król Artakserkses III Ochos - po dwudziestu latach panowania - został zamordowany (wraz ze swą żoną i kilkoma innymi członkami dynastii Achemenidów) z polecenia eunucha Bagoasa - swego osobistego doradcy, a na tron Persji wstąpił książę Arses (który był tylko marionetką w rękach wszechwładnego ministra). W dwa lata później Bagoas kazał zamordować również i Arsesa, a na tron wprowadził przedstawiciela bocznej linii dynastii - Artaszatę, który przybrał królewskie imię Dariusza III. Pierwsze co uczynił nowy władca, to kazał... zamordować Bagoasa, zdając sobie sprawę że jeśli tego nie uczyni, to sam wkrótce dołączy do reszty swojej rodziny. Panowanie nowego króla nie trwało jednak długo, gdyż już w 334 r. p.n.e. Hellespont przekroczył na czele swej armii, młody macedoński monarcha o imieniu Aleksander, który w ciągu kolejnych czterech lat podbił i zlikwidował Imperium Perskie (z którym to Grecy zmagali się od prawie dwustu lat), tworząc tam własne władztwo (które jednak też długo nie przetrwało, a po śmierci Aleksandra w 323 r. p.n.e., kraj został rozszarpany przez jego wodzów, którzy na tych ziemiach założyli sobie własne hellenistyczne królestwa, tym samym rozpoczynając nowy etap w historii Orientu). Co zaś się tyczy Aspazji, to nic więcej na jej temat nie wiadomo. Prawdopodobnie zakończyła życie w egipskiej świątyni i nigdy już więcej nie poznała męskiego dotyku.




 
PS: W kolejnej części historia hetery Rodopis - trackiej niewolnicy, która otrzymała wolność i stała się małżonką Charaksosa, brata sławnej greckiej poetki - Safony. 






CDN.  

piątek, 12 czerwca 2020

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. IX

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ






GRECJA KLASYCZNA

ATENY

(V - IV wiek p.n.e.)

Cz. IX



WYCHOWANIE MŁODYCH KOBIET

(HETERY)

Cz. VII




 

W KRĘGU SYMPOZJONÓW

Cz. II



ASPAZJA Z PERSEPOLIS
Cz. II


 Od chwili wybicia się Egiptu na niepodległość w 404 r. p.n.e., kolejni perscy władcy próbowali ponownie podporządkować sobie kraj nad Nilem, bardzo długo żadnemu jednak ten zamiar się nie powiódł (kolejne perskie wyprawy na Egipt były podejmowane w latach 386-383 p.n.e., planowana wyprawa z 380 r. p.n.e. nie doszła do skutku i rozpoczęła się dopiero w 373 r. p.n.e.). Wszystkie te perskie wyprawy zakończyły się niepowodzeniem, a Egipcjanie dzięki temu nabrali takiej pewności siebie, że w latach 360-359 p.n.e. faraon Irimaatenre Setepenhur Teos I z XXX Dynastii, postanowił (przy znacznym wsparciu greckich - szczególnie spartańskich - najemników), dokonać inwazji na Fenicję, Palestynę i Syrię i o mały włos nie zdobył tych krain (następca perskiego tronu - książę Ochos - dowodził wówczas wojskami w Fenicji, z której był zmuszony się wycofać), ale niezgoda pomiędzy Egipcjanami a Grekami (greccy wodzowie, jak Eubulos, Kratinos Młodszy, Anaksandrydes - który miał rzec wprost do Egipcjan: "Nieznośny mi jest sojusz z wami, tak skrajnie różnią się nasze zwyczaje i obyczaje. Wy czcicie krowę, ja ją w ofierze składam bogom. Dla was węgorz jest wspaniałym bóstwem, dla mnie wspaniałym przysmakiem. Wy nie jadacie wieprzowiny, ja za nią przepadam. Wy czcicie sukę, ja tłukę ją, kiedy mi zeżre ulubiony kąsek" - czy Timokles - który pytał, jednocześnie drwiąc z obyczajów Egipcjan: "Kogóż by miał ukarać zwykły kot na ołtarzu?" - wszyscy oni szydzili z egipskich wodzów: Egiptiadesa, Socharesa i Paamylesa i zarzucali im - jak Eubulos - nawet pijaństwo), oraz bunt brata Teosa - Senedżemibre Setepenamona Nektanebo II - który go zdradził - doprowadził do klęski egipskiej wyprawy na Syrię (choć Egipcjanom udało się utrzymać Fenicję). Po wstąpieniu na perski tron Ochosa (w 358 r. p.n.e.), jego celem stało się ostateczne zlikwidowanie "kwestii egipskiej" i całkowite, ponowne ujarzmienie tego kraju. W tym właśnie celu rozpoczął nabór greckich najemników do swojej armii, z którą latem 351 r. p.n.e. zamierzał ostatecznie podbić kraj faraonów. A wówczas z żołnierzami do Persji przybyło też sporo greckich heter, które podążały za swoimi kochankami, lub też pełniły swoistą rolę markietanek.

Tymczasem Naktanebo II zamienił Egipt w jeden wielki plac budowy. Za jego bowiem rządów (359-341 r. p.n.e.), wzniesiono w Egipcie wiele nowych świątyń, obelisków, naosów, stel i posągów. Praktycznie każda miejscowość w kraju została obdarzona nową budowlą. Natkanebo II był bardzo religijnym władcą, a szczególnie za swego patrona upatrywał Horusa - któremu wznosił wspaniałe świątynie. To właśnie do tego boga modlił się najgorliwiej w przeddzień perskiej inwazji z 351 r. p.n.e. Jednocześnie również i on zasilił swą armię greckimi najemnikami (Grecy byli uważani wówczas za najlepszych żołnierzy i wielu władców wynajmowało ich do składu swych wojsk). Przybyli więc zarówno Ateńczycy (pod wodzą Diofantosa) jak i Lacedemończycy (pod przywództwem Lamiosa i Gastrona). Król Persji Artakserkses III Ochos zdołał w pierwszym etapie kampanii ponownie opanować Fenicję, lecz dowództwo spoczywało w rękach helleńskiego najemnika o imieniu Straton, który jednak zaczął budzić coraz większe kontrowersje. Artakserkses był tak pewny zwycięstwa i ponownego narzucenia Egiptowi swej władzy, że na ową kampanię nie tylko wybrał się osobiście, ale zabrał również cały swój dwór, żonę - Atossę, jak i cały swój harem. Nie ma jednak żadnej pewności, czy grecka hetera Aspazja (która jest bohaterką tego tematu) przybyła do Persji w 351 r. p.n.e., czy też może potem, w połowie lat 40-tych IV wieku p.n.e. (bardziej prawdopodobna wydaje się ta druga data, gdyż Ochos wstępując na tron był dość młodym, może dwudziestokilkuletnim mężczyzną, zatem jego syn - Arses, musiał być wówczas jeszcze dzieckiem i nie mógł konkurować z ojcem o serce pięknej Greczynki. Natomiast tuż przed kolejną wyprawą w 343 r. p.n.e. zapewne osiągnął już wiek męski). W każdy razie król Artakserkses III miał się w czasie tej kampanii oddawać ciągłym rozkoszom, które ponoć miały "osłabić jego męskość".




Nie tylko zresztą męskość miały osłabić ale również i czujność, gdyż ogarnięty erotycznym zapałem król, całkowicie utracił właściwy ogląd sytuacji wojennej i nie dostrzegł że wódz naczelny jego armii - Straton z Sydonu - nawiązał kontakt z wrogiem i zamierzał przejść na żołd egipskiego władcy, wciągając perską armię w pułapkę. Wówczas wyprawę ocaliła królowa Atossa, która dowiedziawszy się o wszystkim, nakazała uwięzienie Stratona (w obliczu zagrożenia popełnił on samobójstwo) i powołała na jego miejsce króla miasta Sydon w Fenicji - Tennesa. Był on pokornym poddanym i bliżej mu było słuchać i wykonywać polecenia, niż wydawać rozkazy. Nie miał też większego doświadczenia wojskowego, choć dla królowej zapewne był najlepszym wyborem, jako że chciała ona mieć pewność że na pewno nie zdradzi on Persów. Niestety, przełożyło się to na efekt prowadzonych walk a cała kampania zakończyła się porażką i ponownym odwrotem Persów z Egiptu (350 r. p.n.e.). Z okazji zwycięstwa faraon Naktanebo II wystawił sobie posąg w Memfis, na którym stał pomiędzy nogami gigantycznego jastrzębia (symbolizującego właśnie boga Horusa), oraz chwalił się że ocalił Egipt i przepędził perskich najeźdźców. Teraz Persja znów znalazła się w defensywie, a po stłumieniu powstania mieszkańców Mendes (350 r. p.n.e.), mógł faraon przejść do bardziej zdecydowanych kroków w polityce zagranicznej. Zachęcił więc fenickie miasta do zbuntowania się przeciw Persom. Pierwszy zbuntował się Sydon (wbrew woli Tennesa - który został do tego przymuszony przez swój lud). Wzięto w niewolę a następnie stracono perskich dostojników, a także spalono park króla Persji nieopodal miasta (paradeisos). Następnie bunt podnieśli mieszkańcy Cypru, a głosy nawołujące do powstania, pojawiły się zarówno w Cylicji jak i w Palestynie (gdzie Żydzi również zaczęli szykować się do wzniecenia buntu). 

Wcześniej jeszcze, bowiem w 352 r. p.n.e. po śmierci swego męża (i brata) Mauzolosa, po raz pierwszy w dziejach satrapą prowincji Karii (która perską prowincją była już tylko z nazwy), została kobieta - Artemizja II. To ona wystawiła w Halikarnasie świetne mauzoleum dla swego małżonka, które zostało uznane za jedno z siedmiu cudów starożytnego świata. Była też bardzo zręcznym politykiem, zdobyła mennicę państwową z rąk (mianowanego przez Persów) Idrieusa, zajęła miasto Herakleę w stóp góry Latmos i zorganizowała procesję do gaju Matki Bogów, znajdującego się za miastem (przybrana na biało, w królewskiej koronie na głowie, kroczyła w otoczeniu swych eunuchów, dwórek i muzykantów, by osobiście złożyć ofiarę na ołtarzu bogini Kybele). Gdy zaś Rodyjczycy wypowiedzieli posłuszeństwo (uważając że przejęcie władzy przez kobietę jest najlepszym ku temu powodem) i próbowali zająć Halikarnas, Artemizja pokazała że nie brak jej nie tylko sprytu, ale również strategicznego zmysłu i gdy okręty Rodyjskie pojawiły się na wodach wokół miasta, królowa (ona uważała się za królową, choć nie została nigdy koronowana) nakazała mieszkańcom udać kapitulację, tak, aby zwabić Rodyjczyków do portu. Gdy już tam się znaleźli i żołnierze zeszli z pokładów by rabować przybrzeżne kramy, nagle wyłoniła się eskadra karyjskich okrętów, które praktycznie bez walki zajmowały stojące w porcie statki Rodyjczyków, zaś oni sami zostali zepchnięci na miejską agorę, gdzie wystrzelano ich z łuków niczym zwierzęta łowne. Potem Karyjczycy obsadzili zdobyczne okręty i przystrajając je laurem (na znak zwycięstwa), podążyli na Rodos (Artemizja popłynęła wraz z nimi). Nim mieszkańcy Rodos zorientowali się w podstępie, flota Artemizji opanowała pozostałe okręty stojące w porcie, a wkrótce potem zajęła całe miasto. Z jej rozkazu stracono czołowych polityków tego polis, wzięto zakładników (w postaci synów możnych obywateli miasta) i przywrócono podległość wyspy, ustawiając w zdobycznym mieści dwa posągi - pierwszy przedstawiał zwycięską Artemizję, drugi zaś pokonane Rodos, napiętnowane znakiem niewolnictwa. Wszystko to miało miejsce na przełomie lat 352/351 p.n.e.




Do zbuntowanego przeciw Persji Sydonu przyłączyły się inne fenickie miasta: Tyr i Arwad, które połączyły się we wspólną ligę, tworząc jednocześnie nowe miasto - mające być właśnie siedzibą owej federacji. Nazwano je Atar (Grecy mówili na nie Trypolis) a złożone było z trzech niewielkich osiedli: Mahalata, Maisa i Kaisa. To właśnie w Atar miano podejmować wspólne decyzje, tyczące się dalszej wojny z Persją, czy też zawarcia sojuszy z Egiptem lub z greckimi państwami. To tam właśnie (349/348 r. p.n.e.) zdecydowano o zjednoczeniu całej Fenicji i kontynuowaniu wojny z Persami. Zbuntowała się także Salamina Cypryjska (gdy Euagoras II zamordował swego brata Nikoklesa - zwolennika pozostania przy Persji) w 349 r. p.n.e., a  wkrótce potem dołączyło dziewięć pozostałych miast Cypru, tworząc federację podobną do fenickiej. Bunt podniosła również Troada, a szczególnie miasto Assos (leżące naprzeciw wyspy Lesbos). Tamtejszy przywódca o imieniu Eubulos zrzucił zależność od perskich Achemenidów i pragnąc sprzymierzyć się z innymi polis z Grecji właściwej, wysłał na nauki do Aten swego niewolnika - Hermejasa, który pobierał lekcje u samego Platona i Arystotelesa w Lykejonie. Hermejas po powrocie do Assos odwdzięczył się swemu patronowi tym, że... pozbawił go życia i zajął jego miejsce jako kolejny władca polis. Pobyt w mieście niewdzięcznego mordercy i uzurpatora, wcale nie przeszkadzał takim filozofom jak właśnie Arystoteles (który nawet poślubił siostrzenicę Hermejasa) czy choćby Ksenokrates. A tymczasem król Artakserkses wycofał się do Babilonu, gdzie gromadził armię mającą położyć kres tym wszystkim buntom. W 346 r. p.n.e. wysłał tę armię na Sydon, jako głównego prowodyra, jednak wsparcie które otrzymał od egipskiego władcy król Tennes (4 000 greckich najemników), pozwoliło mu pokonać Persów w bitwie pod miastem i zmusić ich do odwrotu. Ale to było zaledwie preludium, gdyż Artakserkses III szykował już nowe oddziały i gdy wiosną 345 r. p.n.e. potężna armia perska ponownie stanęła u bram Sydonu, Tennes był zdecydowany się poddać. Persowie jednak mordowali wszystkich wysłanych przez niego heroldów. Gdy ostatecznie sam król postanowił pomówić z Artakserksesem i wytargować warunki kapitulacji, został zakuty w kajdany, wyrwano mu język i jak psa przykuto żelazną obręczą za szyję do królewskiego rydwanu i tak pędzono wokół murów miasta aż wyzionął ducha.

Mieszkańcy Sydonu nie mieli już żadnych złudzeń - po wejściu Persów w najlepszym razie trafią do niewoli, w najgorszym zostaną zmasakrowani. Postanowili więc popełnić zbiorowe samobójstwo, zamykając się w domach i podkładając ogień. Większość z nich spłonęła, a Persom zostało jedynie pogorzelisko. Nie wszyscy Sydończycy jednak odważyli się zginąć w tak okrutny sposób i część z nich (w tym głównie kobiety) wpadły w niewolę "Króla-Królów", a ten kazał je przewieźć do Babilonu i tam część umieścić we własnym haremie (mówi o tym odnaleziona w Babilonie złota tabliczka, która informuje o tym co stało się w Sydonie, oraz o wysłaniu kobiet do Babilonu: "Jeńcy pojmani przez króla w ziemi sydońskiej przyszli do Babilonu i Suzy. (...) Wiele niewiast, które król wysłał do Babilonu, weszło do pałacu króla". Tabliczka informuje też o statusie tych kobiet i pisze jasno że zmienione zostały tam w niewolnice). Władzę nad zdobytą Fenicją (pozostałe miasta Tyr i Arwad po klęsce Sydonu także szybko skapitulowały) król powierzył satrapie Cylicji - Mazajosowi, który teraz kontrolował znaczne tereny Lewantu i przyjął też, jako herb: jelenia pożeranego przez lwa. Do 344 r. p.n.e. Persowie całkowicie stłumili wszelkie bunty na Cyprze i w Palestynie (deportując jednocześnie część Żydów do Hyrkanii nad Morzem Kaspijskim). Teraz, gdy Artakserkses zdławił wszelki opór, pozostał mu jedynie Egipt, który miał już ostatecznie podzielić los pozostałych zbuntowanych satrapii. Obie strony zaczęły więc przygotowania do nieuniknionego starcia. Król Persji wysłał swych posłów do Grecji, prosząc o ponowny pobór najemnego, greckiego żołnierza. Nie wszyscy jednak byli skorzy do wsparcia Persów, tym bardziej że zaczęły pojawiać się głosy, iż upadek Egiptu jest wstępem do ponownej inwazji na Grecję, tak jak to było przed ponad stu pięćdziesięcioma laty. Sam Arystoteles perorował iż: "Należy przygotować się do walki z wielkim królem i nie pozwolić mu na zajęcie Egiptu, bowiem Dariusz i Kserkses nie zaatakowali Grecji, zanim nie zajęli Egiptu, dlatego też, jeśli wielki król zajmie Egipt, zaatakuje także Grecję". Jednak takie głosy nie trafiały do większości Hellenów, którzy już dawno przestali obawiać się Persów, a służąc często w armii Króla-Królów mogli się naocznie zorientować we wszelkich mankamentach perskiej strategii wojennej. Nic więc dziwnego że król Artakserkses ponownie zdołał znaleźć wielu Greków chetnych do wojaczki za pieniądze. Jednak były też zdecydowane odmowy poboru rekruta i tak właśnie postąpiły Ateny i Sparta, ale już Teby ochoczo zgłosiły się do wsparcia Persów w Egipcie (od dawna stanowiły zresztą miękkie podbrzusze perskich wpływów w Helladzie).




Łącznie zmobilizowano kilkanaście tysięcy greckich najemników pod dowództwem Tebańczyka - Lakratesa, Argiwczyka - Nikostratosa i Mentora z Azji Mniejszej. Persami (w sile ok. 300 tys. żołnierzy, 300 okrętów wojennych i 500 transportowych) dowodzili: satrapa Jonii i Lidii - możny Rosakes (należał do jednego z siedmiu największych perskich rodów, tych, których przedstawiciele w 522 r. pod przywództwem Dariusza, obalili maga Gaumatę - o czym też już pisałem w innej serii) i Aristazanes. Dowódcą naczelnym był oczywiście sam król Artakserkses, który ponownie (jak przed ośmiu laty) wybrał się na podbój Egiptu, z tym że teraz nie zabrał już ze sobą ani dworu, ani haremu. Przy boku króla stał jego nieodłączny cień - eunuch Bagoas, który miał taką władzę, że mógł wydawać polecenia nawet najwyższej rangi perskim wodzom (i często z tego przywileju korzystał). Natomiast po drugiej stronie faraon Naktanebo II zmobilizował zaledwie 100 tys. żołnierzy (z czego ok. 35 000 stanowili najemni żołnierze greccy, a ok. 20 000 najemni Lidyjczycy). Kierując się na egipską twierdzę Peluzjon, Persowie weszli na grząski teren Baratry, gdzie kilkudziesięciu z nich straciło życie w tamtejszych bagnach. Gdy już dotarli pod twierdzę, nie udało im się zdobyć jej szturmem (obroną Peluzjon dowodził Grek - Filofon, mając pod swymi rozkazami 15 000 rodaków). Widząc że zbiera się na dłuższe oblężenie, król Artakserkses podzielił armię na trzy części i wyruszył w kierunku Nilu, gdzie też swą armię skoncentrował Naktanebo II. Co ciekawe faraon był pewny zwycięstwa. Przekonywała go do tego zarówno pamięć wcześniejszych perskich inwazji na Egipt (które rozbijały się albo o system umocnień znad Nilu, albo też trafiały na wylewy rzeki i musiały się wycofać), jak również sen, jaki ponoć miał po złożeniu ofiary bogu wojny Onurisowi. W tym śnie, faraon ujrzał tratwę z papirusu stojącą na Nilu, na której znajdował się wielki tron, a na nim zasiadała bogini Izyda. Po jej boku stali inni bogowie, w tym bóg Onuris, który w pewnym momencie padł na brzuch i poskarżył się że świątynia jego jest w opłakanym stanie. Gdy Naktanebo się zbudził, kazał sprawdzić jak się sprawy mają ze świątynią Onurisa w Sebennytos. Doniesiono mu, że świątynia przeszła niedawno remont i wszystko jest odnowione, choć nie ma jeszcze świętych znaków i hieroglifów wyrytych na ścianach. Faraon stwierdził że napisy muszą czym prędzej się tam znaleźć i obiecał sporą nagrodę dla tego, kto szybko je tam umieści. Do tego zadania zgłosić się miał niejaki Petesjos syn Ergajosa z Afroditopolis. Naktanebo wypłacił mu sporą zaliczkę, a ten miast od razu wziąć się do pracy, wdał się w romans z córką wytwórcy perfum z Sebennytos i całkowicie stracił dla niej głowę, przeto praca nie została wykonana w terminie. To zaniechanie miało potem (w ludowej legendzie) stać się powodem upadku Egiptu i odwrócenia się od niego bogów (legenda ta - spisana na papirusie - pochodzi z czasów znacznie póżniejszych, więc nie wiadomo czy jest prawdziwa).

Prawdziwa jest natomiast niechęć Naktanebo do szybkiego uderzenia na Persów, gdy ci tylko zbliżyli się do brzegów Nilu. Taką taktykę zaproponowali greccy wodzowie - będący u jego boku - ale król im odmówił. Liczył bowiem na wsparcie opatrzności i ponowny wylew Nilu, który zmusi najeźdźców do ucieczki (zapewne nie chciał zawdzięczać zwycięstwa Grekom, tylko wolał aby wyglądało to na interwencję rodzimych bóstw Egiptu). W każdym razie bezczynność Egipcjan została wykorzystana przez Persów, którzy przepłynęli Nil (na swych okrętach) i tym samym obeszli siły Naktanebo od tyłu. Greccy najemnicy bili się dzielnie do samego końca, próbując przerwać blokadę spychającą wojsko Egiptu w kierunku Nilu, ale bezskutecznie. Odwaga i poświęcenie takich wodzów jak Klejnias, Diofantos czy Lamios na niewiele już się zdały - klęska armii Naktanebo II była oczywista. Tylko niewielka cześć wojska wydostała się z okrążenia (kosztem śmierci 5 000 Greków, którzy przyjęli na siebie główne perskie uderzenie). W ten sposób cała Delta została stracona a Memfis i Peluzjon musiały się poddać. Naktanebo uciekł na południe, do Teb, gdzie starał się zorganizować obronę, a gdy to mu się nie udało, załadował na okręt cały swój majątek (który zdołał jeszcze wywieźć z Memfis) i uciekł w górę Nilu, do Edfu. Bubastis zostało doszczętnie splądrowane przez Persów i Greków (wręcz ścigających się który z nich zdobędzie więcej łupów). Filofon z Peluzjum poddał się Persom w zamian za oszczędzenie życia jego i jego żołnierzy. Tak właśnie dobiegła kresu XXX Dynastia Egiptu - ostatnia w dziejach tego kraju dynastia rodzima. Wszystkie egipskie miasta i twierdze zostały pozbawione murów obronnych, świątynie padły łupem grabieży (a potem żołnierze sprzedawali kapłanom przedmioty ich kultu, po znacznie zawyżonych cenach). W greckich źródłach mówi się również o zarżnięciu świętego byka Apisa w Memfis i świętego kozła Mnewisa w Mendes - ale wydaje się to być wytworem późniejszej grecko-macedońskiej propagandy, która (aby przypodobać się Egipcjanom) wyolbrzymiała zbrodnie dokonane przez Persów. W każdym razie Egipt stracił suwerenność i stał się starapią pod zarządem niejakiego Ferendatesa (notabene, człowiek o podobnym imieniu pełnił już funkcję satrapy Egiptu podczas poprzedniego okresu zniewolenia). Bagoasowi Król-Królów powierzył stanosiko wezyra. Zaś Mentor z Azji Mniejszej, otrzymał nadzór nad wybrzeżem Morza Egejskiego.

 


W 341 r. p.n.e. Persowie opanowali również i całe południe, wraz z Edfu (gdzie ponoć jeszcze przebywał Naktanebo) i tym samym całkowicie zjednoczyli Egipt pod swymi rządami. Drugie panowanie Persów było jednak o wiele mniej humanitarne niż pierwsze, a Egipcjanie żyli (ponoć) w ciągłym strachu przed rabunkiem i terrorem, wyczekując nowego mesjasza, który ponownie przyniesie im wolność. Taki "mesjasz" zjawił się w kraju nad Nilem w dziewięć lat później (332 r. p.n.e.) i został okrzyknięty nowym faraonem - zapoczątkowując okres tzw.: "Egiptu greckich papirusów" - a zwał się oczywiście ALEKSANDER. Tymczasem, wraz z napływem do Persji greckich najemników, zjawiły się tam również (jak i wcześniej) hetery. Jedna z nich o imieniu Aspazja szczególnie wpadła w oko perskiemu władcy, a potem zakochał się w niej jego syn - Arses. Ale o tym już w kolejnej części.






CDN.