Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AFGANISTAN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AFGANISTAN. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 maja 2025

SUŁTANAT KOBIET - Cz. L

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXIX







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XXIII



"WIATR, KTÓRY PCHA DO WOJNY Z PERSJĄ - WIEJE Z HAREMU!"
Cz. III


 Co prawda osoba Babura, a szczególnie jego syna Humajuna - który schronił się na dworze szacha perskiego Tahmaspa  w 1544 r. - niewiele wnosi do wzajemnej osmańsko-safawidzkiej konfrontacji militarnej (do której bez wątpienia dążyła sułtanka Hurrem, mając ku temu swoje własne powody związane oczywiście z wysunięciem na tron - po śmierci Sulejmana - jednego ze swoich synów, kosztem najstarszego potomka sułtana, czyli księcia Mustafy. Jeszcze do tego powrócę), jednak - tak jak wspomniałem poprzednio - wydaje mi się, że postać Babura oraz jego syna (praktycznie kompletnie nieznana) może zaciekawić, a poza tym w końcu stworzyli oni muzułmańskie Imperium Wielkich Mogołów, które panowało nad Indiami przez ponad dwa stulecia, i dlatego postanowiłem przytoczyć ich historię i kontynuować ją w dzisiejszej części






 Kampania Babura zmierzająca do zdobycia Kabulu (którym wcześniej rządził jego stryj Ulug Beg II, a po jego śmierci władzę tam przejął uzurpator - Mukin Beg, odsuwając niemowlęcego synka poprzedniego władcy) była jedną z najgorzej przygotowanych w dziejach. Młody, 21-letni Zahir ud-Din Mahomet Babur prowadził ze sobą 200 obdarciuchów, którzy często nie mieli nawet butów na nogach i musieli iść boso. Pozbawiony swojej ojcowizny - Królestwa Fergany, zmuszony był Babur (z krótką przerwą) tułać się po górach Hindukuszu już od siedmiu lat, nieprzerwanie zaś od lat dwóch. Na tej drodze musiał opuścić zarówno swoją matkę (której zostawił jedyną cenną rzecz jaką posiadał - swój własny namiot), oraz siostrę, którą wydał za mąż za swego wroga Muhammada Szajbaniego, aby zyskać jego przychylność. Ów młody potomek Timura Kulawego i Czyngis-chana (który notabene gardził Mongołami i Tatarami i wolał być nazwany Turkiem) właśnie w tym okresie swego wygnania przeżywał bodajże najciekawsze przygody. W sym pamiętniku opisywał, jak kąpał się w zamarzniętym tuż przy brzegu strumieniu, który jednak (ze względu na wartki nurt) nie był zamarznięty na środku, i jak przeszywało go zimno ("zanurzam się i nurkuję szesnaście razy, ale gryzący chłód wody przecina mnie"). W tych spartańskich iście warunkach, sypiając pod gołym niebem i mając u boku jedynie trzech przyjaciół, dzięki którym udało mu się zebrać kilkudziesięciu, a następnie kilkuset okolicznych chłopów (którzy jednak nie znali takiego pojęcia jak dyscyplina i w swych pamiętnikach Babur opisuje jak trudno było ich przekonać chociażby do tego, aby stanęli prosto w jednym szeregu, lub też aby maszerowali jak żołnierze). Babur był jednym z tych osób, którzy optymistycznie patrzyli w przyszłość i nawet gdy inni załamywali ręce (jak choćby jego matka), on pocieszał ich nawet w sytuacji gdy nie mieli niczego tracąc Ferganę i Samarkandę, mówiąc że przynajmniej mają melony do jedzenia, więc nie jest jeszcze tak źle. Ale i on miał słabsze dni. Widząc swoje wojsko złożone z chłopów - praktycznie niezdolnych do walki, o dyscyplinie nie wspominając - będąc w Tabal udał się do tamtejszego ogrodu, gdzie położył się na ziemi i poprosił Boga (ponieważ był muzułmaninem to Allaha) o śmierć. Leżał tam prawie cały dzień, a gdy zaczęło się ściemniać, zachodzące słońce oświetliło mu twarz, a tuż koło niego usiadł ptaszek, który nie bojąc się go, zaczął mu się przypatrywać. Babur zrozumiał - jak zanotował w swym pamiętniku - że przyszedł tu po śmierć, a odnalazł życie i nadzieję. Był też młody i zwinny, umiał się dobrze wspinać po górach i ukrywać tam przed strzałami swych wrogów. 

Tak więc teraz (ze swymi chłopami przemianowanymi na żołnierzy), maszerował na Kabul, będąc diabelnie zdeterminowanym aby zająć to miasto (a ten jego entuzjazm udzielał się również innym). Stwierdził że albo zdobędzie Kabul, albo tam zginie, nie ma innej drogi, na pewno już nie będzie uciekał. Problem co prawda stanowiło jego wojsko, które przypominało raczej bandę żebraków uzbrojonych w co popadnie, ale i tak był dobrej myśli, nie miał już nic do stracenia, a nie chciał do końca życia tułać się po górach. Atak na Kabul z garstką słabo uzbrojonych chłopów wydawał się szaleństwem, ale okazało się że niechęć okolicznych mieszkańców do Mukin Bega była znacznie większa i po drodze zaczęli oni przyłączać się do armii Barbura, a gdy rozpoczęło się oblężenie Kabulu, również w samym mieście wybuchło powstanie przeciwko Mukinowi. Musiał więc zgodzić się na pertraktacje z Baburem i w zamian za bezpieczne wyjście z miasta dla siebie, swej rodziny oraz sprzymierzeńców, pozostawiał miasto młodemu księciu. Teraz (1504 r.), po raz pierwszy od dłuższego czasu Babur stał się władcą dużego miasta i był z tego powodu tak szczęśliwy, że nauczył się nie tylko nazw wszystkich klanów jakie były w mieście, ale również znał na pamięć imiona poszczególnych osób, a także ich historię. Uczył się również jakie zwierzęta żyją w okolicy, a także założył ogród złożony z tulipanów, w którym były aż 33 różne ich gatunki i osobiście się nim zajmował. Posłał też natychmiast po swą matkę Nigar, aby przybyła i ponownie - jak niegdyś - została królową na jaką zasługiwała. Tak się stało, ale ku jego rozpaczy Nigar bardzo szybko zmarła po przyjeździe do Kabulu (1505 r.). Jej trumnę pomagał dźwigać osobiście na szczyt wzgórza, gdzie założył piękny ogród, nazwany "Ogrodem Nowego Roku", o którym pisał że jest to "najsłodsze miejsce w całej okolicy". Wkrótce potem udał się w odwiedziny do Heratu, do swoich kuzynów, gdzie został pięknie powitany, a jednocześnie po raz pierwszy w życiu spotkał się tam z niespotykanym wcześniej zbytkiem, o którym w swych pamiętnikach pisze że cały ten luksus był sprzeczny "z zasadami stworzonymi przez Czyngis-chana". Ale chyba mu się spodobało, bo dodaje zaraz że synowie mają prawo korygować błędne decyzje swoich ojców -  jakkolwiek by tego nie tłumaczyć. W drodze powrotnej z Heratu on, jego towarzysze i żołnierze którzy go ochraniali, przeżyli prawdziwe piekło. Spotkała ich bowiem taka zamieć śnieżna, że przez tydzień brodzili w śniegu po pas, nie mogą znaleźć drogi do Kabulu. Babur zanotował w swym pamiętniku: "Przez około tydzień dreptaliśmy w śniegu. Pomagałem Kasimowi Begowi, jego synom i kilku służącym. Z każdym krokiem zapadaliśmy się do pasa lub piersi; ale mimo to szliśmy dalej. (...) Po  trzech lub czterech dniach dotarliśmy do jaskini u podnóża przełęczy Yerrin. Tego dnia burza była straszna, a śnieg padał tak obficie, że wszyscy baliśmy się że tam razem pomżemy. Kiedy dotarliśmy do jaskini (...) wydawała się mała, więc wziąłem motykę i odgarniając śnieg zrobiłem sobie miejsce odpoczynku wielkości dywanu modlitewnego i znalazłem w nim schronienie przed wiatrem. (...) Uważałem, że dla mnie przebywanie w środku w względnym komforcie, podczas gdy moi żołnierze byli w śniegu i zaspie, byłoby sprzeczne z tym braterstwem i cierpieniem, które im się należały. Tak więc pamiętając przysłowie: "Śmierć w towarzystwie przyjaciół to uczta", dalej siedziałem w zaspie".




Sytuacja wyglądała tak, że nie chcąc sam schronić się w małej jaskini, Babur - podobnie jak reszta jego towarzyszy - przypominała mroźne bałwany, gdyż śnieg i lód były praktycznie wszędzie na ich uszach, ustach, nosie i powiekach. Babur pisze w pamiętniku że w tym czasie poważnie przeziębił sobie uszy. Gdy wreszcie dotarli do Kabulu, byli ledwo żywi. Tak oto zakończyła się podróż do Heratu, który olśnił ich blaskiem luksusu, a zakończyła się prawie ich śmiercią w śnieżnej zamieci. Wkrótce potem, w roku 1507 Babur - który do tej pory stronił od kobiet (wydaje się być osobą aseksualną), zadurzył się w pewnej dziewczynie, noszącej imię Maham Begum. Będzie ona matką Humajuna i jego trzech córek, które nazwie: "Różana twarz", "Różany rumieniec" i "Różane ciało". Jednak rok 1507 jest też specyficzny pod jednym jeszcze względem, a mianowicie w tym właśnie roku Babur przerywa pisanie swojego pamiętnika na dokładnie... 12 lat. Nie wiadomo co było podyktowane ową przerwą, wiadomo jednak że przez to realnie tracimy wiele (zapewne ciekawych) przygód, które się w tym czasie działy, a o których nie mamy pojęcia. Wiadomo wszakże że w roku następnym, czyli 1508 urodził się syn i następca Babura - Humajun - ten, który jakże łaskawie zostanie powitany na dworze szacha Tahmaspa w Isfahanie w 1544 r. Tak więc żegnamy 24-letniego młodzieńca popijającego wino na przyjęciu w ogrodzie w Kabulu (bo ten właśnie opis jest ostatnim opisem w pamiętniku Babura z roku 1507) i ponownie witamy go jako 36-letniego mężczyznę w roku 1519, (prawie nałogowego) pijaka - jak sam przyznaje. Swoją drogą ciekawe czy owa 12-letnia przerwa w opisywaniu swojego życia wzięła się stąd, że Babur uznał, iż jest ono tak już monotonne i nudne - w porównaniu z tym co przeżył w młodości - że nie warte jest odnotowania? Można taką okoliczność również założyć. Jak na muzułmańskiego władcę przystało, założył też swój własny harem i poślubił (oprócz Maham Begum) jeszcze trzy swoje kuzynki (ostatnią właśnie w 1519 r.), ale najwidoczniej nie uznał za właściwe aby o tym napisać. Spokojne i ustabilizowane życie jakie teraz wiódł, zapewne mocno mu doskwierało i pragnął wrócić do dawnych przygód, ucieczek i górskich kryjówek, przez co swe smutki topił w winie. Nie był już jednak chłopcem, tylko mężczyzną, miał też syna i musiał pomyśleć o jego dziedzictwie. Już w roku 1519 pisał tak w swym pamiętniku: "Patrząc w dół z mojego namiotu na dolinę poniżej, ogniska strażnicze były cudownie piękne; myślę że to może być główny powód, dla którego wypiłem za dużo wina podczas kolacji tego wieczoru". Tak więc (jak widać) Babur fascynował się nawet rozpalanymi przez żołnierzy ogniskami które rozświetlały noc, tęskniąc do dawnych czasów. W innym zaś miejscu bez ogródek pisze: "Byłem żałośnie pijany!", komentując nocne hulanki w gronie swych przyjaciół, spędzone gdzieś za murami Kabulu.




Jego pijaństwo trwało przez kilka kolejnych lat, chociaż Babur sam przyznaje że zamierza rzucić ten nałóg w wieku lat 40 (czyli gdzieś w roku 1523), aczkolwiek jeszcze w 1521 wciąż pisze że pije na umór. Najwidoczniej alkohol stał się substytutem topienia jego żali za skończoną młodością i za ustabilizowanym życiem, które go najwidoczniej męczyło, wręcz można powiedzieć że usychał, tęskniąc do przygód i pragnąc raz jeszcze przeżyć coś takiego, czego doświadczał w młodości. Wydaje się jednak że mówienie o tym, że był alkoholikiem być może jest nieco na wyrost, tym bardziej że Babur prowadził dosyć intensywny tryb życia. Wstawał rano - jeszcze przed świtem - by doglądać kwiatów w swym ogrodzie, potem odbywał przejażdżkę konną w towarzystwie swych przyjaciół lub samemu i dopiero przy śniadaniu wypijał pierwsze hausty wina (jak to mówił Nikoś Dyzma: "Dżentelmen nie pije przed 12:00" 😂). Ale nawet pijąc wino potrafił pięknie rozprawiać o otaczającej przyrodzie (szczególnie kwiatach) i zwierzętach, jakie widywał, pamiętał też imiona wielu ludzi którzy nie należeli do jego dworu. Widać jednak było że spokojny i ustabilizowany świat w jakim żył obecnie, bardzo go męczył. Portrety z tego okresu przedstawiają go jako wysokiego, silnego mężczyznę z długim prostym nosem i wysokim czołem, zaś rok 1519 jest pierwszym, w którym rozpoczął on swoje kampanie wojenne w celu podbicia Pendżabu i odzyskania ojcowizny - czyli Fergany. Zainteresował się też bronią palną, coraz bardziej popularną w Europie (chociaż w tamtym czasie wszelkiego typu prymitywne arkabuzy i różnice powodowały więcej hałasu płosząc konie, niż szkód w szeregach przeciwnika). Mimo to ich celność i znaczenie szybko rosły (już 1519 r. gdy Hernan Cortez po raz pierwszy starł się z wojownikami Azteków w Nowym Świecie, to właśnie broń palna i konie były powodem tego, że garstka Hiszpanów {zaledwie 200 osób} zdołała pokonać setki tysięcy dobrze przygotowanych do walki {choć oczywiście nieznających europejskiego systemu walki, bo tamten system był inny, Indianie mezoamerykańscy walczyli nie po to, żeby zabić, tylko po to, żeby wziąć przeciwnika do niewoli, a następnie złożyć go w ofierze swemu krwawemu bogu Huitzilipochtli - było to bowiem związane z ich religią: krew jeńców i tyc,h którzy dobrowolnie godzili się na taką śmierć, miała zapobiec światowej katastrofie, zagładzie Słońca, a tym samym Ziemi i ludzi. Należy pamiętać że Indianie byli potomkami osiedleńców z kontynentu Mu, który doznał takiej właśnie katastrofy po wojnie z Atlantami, jeżeli więc w mitach azteckich coś takiego przetrwało, to nie należy się dziwić że bardzo się obawiali podobnej katastrofy i uznali że tylko krew jeńców może wystarczająco nasycić bogów, aby nie niszczyli tego świata} wojowników ze szkół wojskowych orła i jaguara. Ponieważ na kontynencie amerykańskim konie wymarły bardzo dawno temu - jeszcze w okresie zlodowacenia - tamtejsi Indianie nie znali takich zwierząt i widząc je z przerażeniem uciekali, traktując jako potwory. Mawiano że "biali, brodaci bogowie, którzy przybyli na wielkich łodziach zza Wielkiego Morza, dosiadają okrakiem potwory, które plują i kąsają". Oczywiście broń palna również budziła w nich przerażenie).




Babur zainteresował się szczególnie armatami i kazał odlewać takie działa sprowadzonemu z Turcji rusznikarzowi. Gdy ruszył ze swoją armią (zaopatrzoną w działa) przeciwko miastu Bajaur i wystawił swoje armaty do walki, przeciwnik szydził z nich i z samego babura nazywając go szaleńcem. Ale po pierwszych wystrzałach zmienili zdanie, nikt już się nie wychylał zzamurów i bano się, że latające kule mogą ich dosięgnąć. Bajaur zostało zdobyte przez Babura (1519) i tutaj odezwał się w nim jego przodek Timur Kulawy, którym - co sam wielokrotnie podkreślał - gardził, ze względu na jego okrucieństwo (ten potrafił bowiem budować piramidy z głów pomordowanych przez siebie żołnierzy i mieszkańców zdobytych miast). W Bajaur wymordowani zostali wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci zaś poszły w niewolę. Ale taki przykład okrucieństwa wydaje się opętał Babura bodajże raz (no, może dwa razy) w jego życiu. Po zdobyciu bowiem Bajaur ogłosił on wszem i wobec że cały Pendżab już należy do niego i z tego powodu: "nie pozwoliłem na żadne grabieże ani rabunki". Po zdobyciu Bajaur powrócił Babur w glorii zwycięzcy do Kabulu. W ciągu kolejnych pięciu lat podejmował jeszcze trzy kolejne wyprawy do Pendżabu, ale jego pamiętniki na ten temat milczą, aż do roku 1524. W tym właśnie roku do Kabulu przybył wygnany prawowity dziedzic dynastii Lodi z Królestwa Delhi, który został pozbawiony tronu przez swego bratanka, nowego króla Ibrahima. Prosił teraz Babura o wsparcie w odzyskaniu korony. Jednocześnie gubernator Babura w Pendżabie pisał o rosnących buntach i prosił go o wsparcie. Babur najpierw ruszył na miasto Lahore które zdobył, następnie zaś poinformowany że jego gubernator (nie mogąc doczekać się posiłków) po prostu się zbuntował i przywdział u pasa dwa miecze (tak jakby był królem). Ruszył więc na niego, ale do bitwy nie doszło, gdyż wojsko przeszło na stronę Babura, a gubernator (stary Afgańczyk), przyprowadzony został przed jego oblicze z dwoma mieczami wiszącymi teraz u jego szyi. Ze względu na jego sędziwy wiek Babur darował mu winę (1525 r.). Teraz skierował się na Delhi. Ostatni atak na to miasto z północnego zachodu miał miejsce w roku 1398 i dokonał tego przodek Babura Timur Kulawy,  zdobywając Delhi. Wcześniej takie ataki prowadzili z tego kierunku Mahomet Szahab ud-din Gori i Mahmud z Gazni. Do decydującego starcia armii Babura z armią sułtana Ibrahima z Delhi doszło 21 kwietnia 1526 r. na równinach Panipatu. Oba wojska zresztą stały naprzeciwko siebie już od tygodnia, przypatrując się sobie nawzajem. Armia Delhi liczyła jakieś 70 000 żołnierzy i kilkadziesiąt (do nawet kilkuset) słoni bojowych. Wojsko Babura zaś stawiło się w liczbie 12 000, przeto posiadał on coś, czego nie posiadał sułtan Ibrahim - armaty i to w znacznej liczbie 70 dział (Babur pisze o 700, co jest zwykłą według mnie przechwałką).



BITWA POD PANIPATEM 
(21 kwietnia 1526)



Bitwa rozpoczęła się rankiem 21 kwietnia i przez kilka kolejnych godzin toczyła się za zmiennym szczęściem (przy czym Mongołowie Babura mieli lepszą konnicę, choć Hindusów było za to znacznie więcej). Dopiero po południu przewagę zaczęli odnosić wojownicy Babura, a kilka minut po 12:00 w południe sułtan Ibrahim otrzymał śmiertelną strzałę i legł na placu boju, a obok niego 15 000 jego wojowników. Reszta zaczęła się nieskładnie wycofywać z bitwy. Zwycięstwo było więc całkowite, cała indyjska armia poszła w rozsypkę, a Babur idąc za ciosem zajął Delhi i Agrę. Następnie podzielił zdobyte skarby sułtana Ibrahima pomiędzy swoich żołnierzy, część jednak rezerwując dla siebie (w znaczeniu że dla państwa, natomiast osobiście Babur nie wziął stamtąd niczego, gdyż złoto samo w sobie go nie cieszyło, a poza tym Delhi nie miało nic takiego, co mogłoby mu się spodobać), a część wysyłając do Kabulu, tak aby wybić z tego złota monetę, którą otrzyma każdy mieszkaniec Kabulu - bez względu na to czy wolny, czy niewolnik. W swym pamiętniku pisał Babur o byłym już sułtanacie Delhi: "To kraj, który ma niewiele przyjemności, które można by polecić. Jest niezwykle brzydki. Wszystkie jego wieże i ziemie mają jednolity wygląd. Jego ogrody nie mają murów; większa część jest płaska. A ludzie nie są przystojni. Nie mają pojęcia o urokach przyjaznego społeczeństwa. Nie mają dobrych koni, dobrego mięsa, dobrych winogron ani melonów, lodu ani zimnej wody, dobrego jedzenia ani chleba na swoich bazarach, łaźni ani szkół, świec ani pochodni - nigdzie nawet świecznika!" Dla Babura szczególnie brak łaźni był niezwykle uciążliwy, tym bardziej że lato roku 1526 było niezwykle upalne na tych terenach. Mimo to denerwowały go głosy jego doradców i żołnierzy, postulujących aby jak najszybciej wycofać się z Delhi i wrócić do Kabulu, gdyż ten upał jest nie do zniesienia a ci, którzy tu żyją "jak wolą, niech się gotują". Ponieważ celem Babura było teraz ogłoszenie się sułtanem Indii, napisał w swym pamiętniku o tych właśnie malkontentach: "Gdzie jest poczucie przyzwoitości? (...) Czy mamy się wycofać ze wszystkiego, co żeśmy osiągnęli i lecieć do Kabulu jak ludzie zdezorientowani?! Niech żaden człowiek, który nazywa się być moim przyjacielem, nigdy nie wypowiada takich słów!" Na murach miasta Delhi Babur kazał wyryć takie oto słowa: "Babur dziękuje Allahowi, który dał mu Sind i Ind, upał równin i chłód gór. Czyż upał Delhi nie przywodzi mu na myśl gorzkiego ukąszenia mrozu w dawnym Ghuzni?" Do swoich towarzyszy zaś rzekł, mówiąc zarówno o tym wpisie na murach, jak również o słowach poezji, które układał po zdobyciu miasta: "Na miłość boską, nie myślcie o mnie źle z ich powodu!" Teraz był panem dawnego sułtanatu Delhi, ale aby utrzymać swoje pozycje, musiał jeszcze zawalczyć z kilkoma innymi pretendentami w podzielonych wówczas na szereg mniejszych państewek Indiach. Celem było bowiem stworzenie sułtanatu Indii i przekazanie tego tytułu w dziedzictwie 18-letniemu już wówczas Humajunowi.



CDN.

niedziela, 22 sierpnia 2021

WIELKA TRWOGA - Cz. I

CZYLI WOJNY GRECKO-PERSKIE,

WIDZIANE OCZYMA 

NIE TYLKO ZWYCIĘSKICH

ATEŃCZYKÓW I SPARTAN, 

LECZ GŁÓWNIE MIESZKAŃCÓW

ZAGROŻONYCH PRZEZ

PERSÓW GRECKICH WYSP I MIAST




 
 Miałem dziś zająć się tematem Afganistanu i tego, w jaki sposób "udało się" ewakuować stamtąd zagrożone zemstą Talibów osoby, ale uznałem że jednak nie ma sensu pisać o czymś, co jest publicznie wertowane przez wszystkie możliwe media, od tych mainstreamowych po społecznościowe. Warto jednak stwierdzić, że blamaż Ameryki jest totalny, a klęska, jaką ponieśli oni w Afganistanie, jest nieporównanie większa (mam tu na myśli przede wszystkim efekt psychologiczny - który jest niezwykle istotny w polityce międzynarodowej), od tej, jakiej doznali w Wietnamie. Co prawda z Afganistanu zawsze wycofywały się (a tak naprawdę uciekały) nawet największe potęgi świata, jak Wielka Brytania czy Związek Sowiecki, ale różnica jest taka, że tamto wycofywanie się następowało stopniowo i w zwartych kolumnach, wraz z ewakuacją zagrożonej ludności (współpracującej z owymi najeźdźcami), jak również z całym sprzętem wojskowym. Natomiast w tym przypadku mamy do czynienia z ucieczką, i to ucieczką paniczną. Amerykanie nie tylko pozostawili ludność Afganistanu na łaskę i niełaskę nowych pasztuńskich panów (przypominających bardziej pasterzy kóz niż regularną armię), ale również własnych informatorów i - co już totalnie zakrawa na komedię - swoich własnych obywateli. Dziś ani Biały Dom, ani Pentagon nie mają pojęcia (i publicznie o tym mówią) ilu jeszcze Amerykanów pozostało w Afganistanie. Poza tym armia afgańska (finansowana przez USA) liczyła 300 tys. żołnierzy, uzbrojonych w najnowocześniejszy sprzęt wojskowy, w tym śmigłowce bojowe Blackhawk, samoloty, noktowizory, drony, karabiny szturmowe (w tym również i nasze Beryle, ofiarowane Afgańczykom przez Wojsko Polskie), ponad 800 czołgów i artylerię. To wszystko, w ciągu kilku dni wpadło w ręce "pasterzy kóz", którzy zeszli w gór i łącznie liczyli nie więcej, jak jakieś 70-80 tys. ludzi. Armia afgańska - tak ochoczo finansowana przez Amerykanów - przestała istnieć w ciągu kilku dni, a Amerykanie po prostu stamtąd uciekli, pozostawiając cały sprzęt i ludzi - w tym własnych obywateli. Jak to nazwać, jeśli nie totalną klęską? tym bardziej że przeskok cywilizacyjny Talibów, po opanowaniu pozostawionego przez Amerykanów i afgańską armię sprzętu, jest taki, jak pomiędzy średniowiecznym łucznikiem, a współczesnym żołnierzem, uzbrojonym w najnowocześniejszy sprzęt. Co ciekawe - cały ten sprzęt Amerykanie ofiarowali Afgańczykom ZA DARMO! I to tym samym Afgańczykom, którzy poddali się w ciągu kilku godzin, gdy okazało się że Amerykanie uciekają z Afganistanu. Poddali się pasztuńskim pasterzom kóz, zbieraninie młodych mężczyzn, którzy często nie potrafią nawet czytać i pisać. Jak to więc skomentować?

A tymczasem Polacy, którzy zawsze byli najbliższymi przyjaciółmi Stanów Zjednoczonych, bo u nas zawsze postrzegano ten kraj, jako taką większą Polskę - kraj wolności i demokracji, gdzie można zrealizować własne marzenia (trochę to infantylne, aczkolwiek tak właśnie było, zresztą Polacy aktywnie wspierali powstanie USA, nie tylko walcząc w Wojnie o Niepodległość tego kraju z lat 1775-1781/83, ale przede wszystkim doprowadzili do tego, że angielskie kolonie w Nowym Świecie w ogóle przetrwały. Mam tutaj na myśli kolonię Jamestown, o której to profesor Luis B. Wright powiedział kiedyś: "Jeśli Jamestown by upadło, Hiszpania i Francja ostatecznie podzieliłyby całą Amerykę Północną pomiędzy siebie i nigdy nie powstałyby Stany Zjednoczone", zaś prezydent USA Gerald Ford w 1973 r. stwierdził: "Pomysłowość i kwalifikacje, jakie zaprezentowali ci polscy imigranci napawają wszystkich Amerykanów polskiego pochodzenia wielką dumą. Te właśnie cechy uczyniły Amerykę wielkim krajem. Przybycie pierwszych Polaków do Ameryki jest ważne z wielu powodów - ponieważ (...) praca tych pierwszych imigrantów miała zasadnicze znaczenie dla przetrwania kolonii Jamestown"), a mimo to, Polacy byli i wciąż są uważani przez amerykańskich polityków za coś w kształcie kamienia u nogi. Administracja kryptokomunisty - Franklina Delano Roosevelta, zdradziła nas zarówno w Teheranie (1943 r.) w Jałcie (1945 r.), jak i w Poczdamie (tu akurat była już administracja Trumana), oddając nas w ręce Sowietów na śmierć i poniewierkę. A dziś też nie jest lepiej. Dziś za taki sam sprzęt, jaki Afgańczycy otrzymali za darmo, tylko po to by oddać go w ręce wrogich Ameryce Talibów, Polska musi płacić ogromne pieniądze. I to jest dla Amerykanów ok? Inna sprawa - w naszych założeniach (szczególnie od chwili objęcia władzy przez Donalda Trumpa, ale również i za poprzednich prezydentów) była nadzieja, że USA, opierając się na Polsce i innych krajach Międzymorza, stworzą silny ośrodek, który skutecznie będzie mógł w przyszłości opierać się zarówno imperialnym planom Moskwy, jak i Berlina. Ale niestety, w koncepcji Amerykanów wsparcie dla Polski miało polegać tylko na tym, abyśmy jako państwo nie zostali wchłonięci przez Rosję, ale już w żadnym razie nie na tym, aby stworzyć tu jakieś silne centrum Środkowoeuropejskie, takie jak chociażby powstało w Turcji (Amerykanie zmodernizowali armię turecką w taki sposób, że jest ona dziś jedna z największych i najlepszych na świecie). A już od chwili, gdy w Białym Domu zasiadł Biden, to wydaje mi się, że we wzajemnych relacjach Amerykanie w ogóle się pogubili. Biden - poprzez swoich przedstawicieli - zaczął m.in. mamrotać coś o umiejscowieniu siedziby Trójmorza w... Berlinie, na co trudno nawet odpowiedzieć (ja nie wiedziałem czy mam się śmiać, czy płakać, bowiem mamy tu do czynienia - w najlepszym przypadku - z poważnym zaburzeniem psychicznym prezydenta USA). Biden po prostu stwierdził że oddaje całą Europę Środkową w ręce potomków nazistów i dzięki temu Europa (w tym oczywiście ta Środkowo-Wschodnia) dozna prawdziwego szczęścia i wieczystej radości. A wygląda to dokładnie tak, jakby wpuścić lisa do kurnika po to, aby bronił kur. Czyś to nie zakrawa o szaleństwo?

I to w zasadzie tyle, co miałem do powiedzenia, bo nie ma sensu się bardziej pastwić nad tą administracją, która jasno daje do zrozumienia, że Amerykanie mogą być w tym momencie zarówno upokarzani (a to już się dzieje) jak i bezkarnie zabijani, bo US Army po prostu ucieka, zostawiając ich na pastwę losu, tak jak wcześniej pozostawili swych polskich sojuszników w czasie II Wojny Światowej. Ale cóż, skoro tej administracji i tym wojskowym bardziej zależy na tworzeniu "helikopterów lgbt" i pilnowaniu jaki procent kobiet służy w armii, niż o zadbaniu o własnych obywateli, to ja już nie mam więcej pytań i nie oczekuję żadnych odpowiedzi. Na koniec powiem jeszcze jedno: nie ma znaczenia jak dobrze jesteś uzbrojony i jak liczna jest armia, którą dysponujesz. Może pokonać cię i rozbić garstka słabo uzbrojonych pasterzy kóz, jeśli ci pasterze wiedzą o co walczą i są zdeterminowani do ataku. Zwycięstwa bowiem nie daje nowoczesny sprzęt, samoloty i drony - one jedynie pomagają uzyskać je szybciej, niż normalnie - natomiast zwycięstwo ZAWSZE rodzi się w głowie. Przeciwnik może przegrać sto, dwieście, trzysta razy, ale jeśli będzie konsekwentnie ponawiał ataki, to nie ma na tym świecie takiej siły, aby nie odniósł ostatecznego zwycięstwa. Możesz być dobrze uzbrojony i wyszkolony, ale jeśli nie masz ducha do walki, to już przegrałeś - bo twój przeciwnik (nawet jeśli jest to zbieranina chłopców z kałachami w rękach) jest zdeterminowany i wie o co walczy. A pan Biden teraz zapewne zajmie się projektowaniem nowego "helikoptera lgbt" tym razem może z jakąś lesbijską parą? A potem niech zdejmie z masztu flagę USA i na to miejsce zawiesi tęczową, przynajmniej będzie wiadomo że do priorytetów jego administracji należy przede wszystkim "wspieranie społeczności lgbt", a w razie potrzeby ucieczka z pola walki, bo przecież ochrona swoich obywateli i wsparcie dane sojusznikom nie ma dla dziadzia Bidena żadnego znaczenia. Zresztą kogo dziś już obchodzi Afganistan? W 1939 r. też nikt z Zachodu nie chciał "umierać za Gdańsk" konsekwencje tego dobrze znamy. Konsekwencje amerykańskiej ucieczki z Afganistanu, też już można przewidzieć.

        



 


TO TYLE - PRZEJDŹMY TERAZ DO TEMATU:






Ο φόβος των Περσών



 A może używając bliższego nam zapisu fonetycznego w formie łacińskiej, można by stwierdzić: "Metus Persae", co w wolnym tłumaczeniu oznacza po prostu "strach przed Persami". Bo to właśnie uczucie dominowało wśród Greków zarówno zasiedlających jońskie i eolskie wybrzeża Azji Mniejszej, jak i potem tych z głębi kontynentu, z Grecji Właściwej, która przez dziesięciolecia musiała zmagać się zbrojnie z tym potężnym, wschodnim kolosem, jakże różnym od owych greckich polis, które nigdy (lub prawie nigdy) nie zaznały nad sobą żadnego pana. A był to strach prawdziwy, strach, który można porównać tylko z tym, co działo się w Rzymie, gdy Italię ze swoim wojskiem przemierzał Hannibal. Bowiem ów "Metus Punicus" był zjawiskiem społecznym w Italii i wpływał na postępowanie Rzymian jeszcze długo, nim Kartagina przestała już stanowić dla Miasta-Wilczycy realne niebezpieczeństwo, i tak samo było ze strachem przed Persami, który częstokroć po prostu paraliżował Greków do jakiegokolwiek działania. Dziś lubimy przytaczać takie bitwy jak: Maraton, Termopile, Plateje czy Salaminę - jako przykłady zwycięstwa greckiego oręża nad sztuką wojenną Medów i Persów, ale to mimo wszystko były jedynie bitwy obronne, bitwy, które pomogły ocalić niepodległość greckich polis, ale w żadnym razie nie zmniejszały ciągłego zagrożenia nową perską inwazją i dopiero podbój tego wschodniego imperium przez Aleksandra Wielkiego, pozwolił Grekom odetchnąć pełną piersią, gdy nie musieli już zamykać się w swoich rodzinnych miastach a cały perski, babiloński i egipski świat, stanął teraz przed nimi otworem, otwierając drogę nowej, tym razem wschodniej kolonizacji. Ale sam fakt, że podbój Persji był jedynym aspektem, który realnie mógł zjednoczyć Greków i że przywitali oni wyprawę (najpierw projektowaną Filipa II, a następnie jego syna - Aleksandra) z ogromnym entuzjazmem, świadczy dobitnie, że nawet Persja osłabiona, która nie była już wówczas realnie zdolna do podboju Grecji, rodziła wciąż ukryte obawy przed niebezpieczeństwem, przekazywanym wśród Hellenów z pokolenia na pokolenie. Bowiem Persja - nawet słaba - wciąż była potęgą, o której sile i ogromie przekonywali się Grecy służący w armiach perskich władców, książąt i satrapów (np. marsz 10 000 Greków  z lat 401 - 399 r. p. n.e., był tego dobitnym przykładem).

Jednak panuje też powszechnie (wśród historyków) przekonanie, że Persja była zupełnie innym imperium, nijak nie podobnym do wojowniczych Asyryjczyków (którzy dokonywali przesiedleń ludności nie tylko miastami, ale i całymi plemionami) czy Babilończyków (na których koncie było zniszczenie i przesiedlenie do Babilonu mieszkańców Jerozolimy w 587 r. p.n.e. czy mieszkańców Tyru w 573 r. p.n.e.). Rzeczywiście, to prawda - Persowie postępowali z podbitymi ludami nieco inaczej (np. przyjmowali ich wierzenia, żenili się z miejscowymi kobietami, starali się też wtopić w miejscowy krajobraz i zostać wzięci za tzw.: "swojaków"), ale należy też pamiętać, że to tylko jedna strona ich oblicza. Druga, wcale dużo nie różniła się od tego, co wcześniej wyczyniali Asyryjczycy i Babilończycy, a to oznacza że w grę wchodziły nie tylko przesiedlenia ludności, ale również okrutne ich traktowanie (np. kastrowanie młodych chłopców i wysyłanie ich jako eunuchów do haremów władców Persji, a także porywanie młodych dziewcząt w roli nałożnic - co akurat należało do tej bardziej łagodnej formy postępowania, gdyż kobiety i dzieci w ogóle stanowiły łup i pełniły formę waluty wymiennej. Mężczyźni zaś z reguły - jako nieprzydatni, a nawet niebezpieczni - byli po prostu zabijani na miejscu). Bez uświadomienia sobie tego dualizmu w podejściu Persów, trudno nam dziś będzie pojąć, jak silna była obawa Greków przed perskim najazdem, wysiedleniem i gwałtami. Aby rozłożyć to na czynniki pierwsze, warto przytoczyć relacje poszczególnych greckich polis (najczęściej tych małoazjatyckich, z Jonii i Eolii), i pokazać jak tamtejsza ludność (w poszczególnych dekadach) reagowała na pojawienie się Persów w ich rodzinnych stronach. A ponieważ bezpośrednio zetknęli się Grecy z Persami już po upadku królestwa Lidii w latach 546-545 p.n.e., przeto te daty będą właśnie dla nas szczególnie istotne, jako symbol zrodzenia się owego strachu przed Persami, który przerwa ponad dwa stulecia (czyli dwa stulecia klasycznej historii Grecji, w czasie których pojawiła się demokratyczna forma rządów, a Grecy opanowali wschodni basem Morza Śródziemnego, całkowicie deklasując stamtąd swych fenickich konkurentów).




Nim jednak przejdę do konkretów (poszczególnych polis) warto przypomnieć, że twórcą potęgi Imperium Perskiego był Cyrus II, zwany Wielkim - syn i następca Kambizesa I z rodu Achemenidów (Hachamaniszija), który z kolei miał być synem Cyrusa I ("Cyrus Anszanita, syn Teispesa") i prawnukiem założyciela rodu - Achemenesa (Haszamanisza). Wszyscy ci władcy, począwszy do Cyrusa II, byli zależni od Medów, którym przewodzili wówczas waleczni królowie z rodu Dejokesa (twórcy państwa, który zjednoczył sześć medyjskich plemion w jeden lód i panował w latach 727-675 p.n.e.). Kraj Medów jednak, aż do 652 r. p.n.e. podlegał Asyrii, a do 624 r. p.n.e. Scytom. Niepodległość uzyskała Media (czyli kraj Manna) dopiero od wstąpienia na tron Kjaksaresa (624 r. p.n.e.), który miał być wnukiem Dejokesa. To właśnie on miał zadać ostateczny cios potędze Asyrii zdobywając w 614 r. p.n.e. Assur (miasto kultowe i najstarszy ośrodek boga Assura) i podchodząc pod Niniwę, która została zdobyta wspólnym wysiłkiem Medów i Babilończyków (Chaldejczyków) w sierpniu 612 r. p.n.e. Jakaż wówczas powstała radość w świecie Bliskiego Wschodu, jakże ludzie płakali ze szczęścia, widząc płonący pałac Szinszariszkuna, w którym spłonął on wraz ze swoim dworem i haremem. Oto odwieczny nienawistny wróg, który palił, gwałcił, przesiedlał całe plemiona i ludy - teraz wreszcie upadł pod gruzami swej stolicy. Zdobywcą Niniwy ze strony władców Babelu, był młody książę, syn i następca Nabopolasara - Nabuchodonozor. Co prawda resztki armii asyryjskiej starał się zjednoczyć pod Harranem następca Szinszariszkuna - Aszur-uballit II, licząc na wsparcie Egiptu faraona Nechona II (który uznał że osłabiona Asyria będzie dla niego znacznie lepszym sąsiadem, niż zwycięski Babilon i Medowie), ale wsparcie Egiptu nic Asyryjczykom nie dało (pozwoliło jedynie Egiptowi ponownie opanować Judeę i Syrię). Harran padł jeszcze w tym samym 610 r. p.n.e., zaś w bitwie pod Karkemisz (605 r. p.n.e.) książę Nabuchodonozor rozbił doszczętnie egipskie wojska i tym samym odzyskał całą Syrię.

Następcą Kjaksaresa na tronie w medyjskiej Ekbatanie, został jego syn - Astjages. To właśnie on wydał swą córkę - Mandane za "władcę Anszanu" - Kambizesa I, a z tego związku ok. 583 r. p.n.e. na świat przyszedł Cyrus II, który objął władzę po śmierci ojca w Pasargadach w 559 r. p.n.e. Przez pierwsze lata, podobnie jak ojciec, pozostawał wiernym sługą swego dziadka, ale w roku 553 p.n.e. zbuntował się i do 550 r. p.n.e. opanował całe królestwo Astjagesa, łącznie z Ekbataną. I tutaj właśnie ukazuje się przykład owej słynnej "perskiej wspaniałomyślności", gdy zwycięscy Persowie potraktowali Medów jak braci i włączyli ich do struktur nowobudowanego państwa - a przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz, gdzie za bardzo nie rozróżniano tych delikatnych przeciwieństw i traktowano całą wojnę z lat 553-550 p.n.e., jako wewnątrz-medyjski konflikt, a nie starcie dwóch obcych sobie ludów (zresztą Grecy bardzo długo, praktycznie do końca istnienia Imperium Perskiego, nazywali Persów - Medami). I rzeczywiście, Ekbatana stała się jedną ze stolic nowego imperium, a Medowie zostali dopuszczeni do dworu Cyrusa, jednak jeśli byśmy chcieli nieco bliżej przyjrzeć się całej sprawie, to ujrzelibyśmy że po zwycięstwie Persów na lud Medów nałożono kontrybucję i przez pierwsze dekady traktowano tę ziemię, jak ziemię podbitą. Poza tym Medowie różnili się od Persów nie tylko wyznawaną religią (bardzo silną pozycję mieli tam magowie - czyli kapłani tego ludu. Oddawali oni cześć bogu ognia - Atarowi, choć nie byli kapłanami kultu zoroastryjskiego. Oddawano też cześć boginiom wody - zwanymi Apy. Natomiast religia Persów była związana z nauką Zaratusztry, dlatego też Persów określa się jako "Społeczeństwo wyznawców Awesty"), jak również modą (Medowie nosili m.in. spodnie, których początkowo Persowie nie używali, dopiero z biegiem lat przyjęli do siebie tę nowinkę, a Grecy uważali ich przez to za zniewieściałych, gdyż - jak twierdzili - "prawdziwi mężczyźni nie noszą spodni" 😉). Były też różnice w sposobie zapisywania imion (np. imię Mitra, czyli w języku perskim - "Mi0ra") w ogóle nie występowało wśród Medów.

Po zajęciu Medii, skierował się teraz Cyrus ku zachodowi i wyruszył na lidyjskie państwo króla Krezusa. Wcześniej jeszcze (550 p.n.e.) opanował Elam (który poddał się bez walki), nadając Elamitom również te same prawa, jakimi cieszyli się Persowie i Medowie, a ich język był jednym z oficjalnych języków Imperium, a Suza, jedną z pięciu oficjalnych stolic nowego państwa. Poważniejsze zagrożenie dla Persji Cyrus widział jedynie w dwóch krajach - Nowochaldejskim królestwie Babilonii oraz w Lidii. Pierwsze państwo było silniejsze z potężniejszą gospodarką, ale bogatsza była Lidia, przeciw której to właśnie (po powrocie ze swojej wschodniej kampanii z lat 549-548 p.n.e., w wyniku której przyłączył do Persji Partię i Hyrkanię) wyruszył Cyrus w 547 r. p.n.e. Krezus z pewnością podejrzewał że może stać się celem ataku Persów, dlatego też postanowił wykonać wyprzedzające kroki obronne i z początkiem 547 r. p.n.e. wkroczył do Kapadocji (która wcześniej należała do Medii). Cyrus uznał to za wrogi akt wojenny i ruszył na przeciwnika. Stanął następnie z wojskiem w Arbeli, którą uczynił stolicą nowej perskiej satrapii - Atury (Asyrii) i wkroczył do Harranu (miasto to poddało się bez walki) odbierając go królowi Nabonidowi z Babilonu (którego żoną była córka Nabuchodonozora II - Nitokris), lecz ten nie zdecydował się na rozpoczęcie wojny (i to pomimo faktu, że w Harranie Nabonid z własnych środków ufundował świątynię boga Assura, wystawiając tym na szwank swoją opinię wśród kapłanów Marduka i babilońskiego ludu, wrogiego wszelkim odniesieniom do pobitej Asyrii). Wkrótce potem (maj 547 r. p.n.e.) Cyrus wkroczył do Cylicji (dawnej Kizzuwatny), której mieszkańcy sami złożyli mu hołd i uznali nad sobą jego rządy (w nagrodę Cyrus zostawił u władzy lokalnych królów - którzy odtąd zawsze nosili imię Syenessis, a Cylicja zyskała sporą autonomię wewnętrzną). Przez góry Taurus (a raczej przez "Wrota Cylicyjskie") armia Cyrusa wkroczyła następnie do Kapadocji, którą uczyniono nową satrapią (Katpatuka), a potem do Armenii (Armina).




Tutaj jednak drogę ze swym wojskiem zastąpił mu Krezus, który w okolicy Pterii wydał Cyrusowi bitwę. Nie miała ona jednak swego rozstrzygnięcia, ale Krezus popełnił błąd, wycofując się zaraz po bitwie do Sardes. Tym samym dał Cyrusowi okazję do twierdzenia iż to on jest zwycięzcą i ruszenia w dalszą pogoń do Lidii. Można jednak przypuszczać, że Krezus uznał, iż w pojedynkę nie będzie w stanie pokonać Persów i zaraz po przybyciu do swej stolicy, rozesłał gońców do Achmose z Egiptu, Nabonida z Babilonu i do Sparty, zwołując ich na wiosnę następnego roku pod Sardes (wcześniej zawarł z nimi układ o wzajemnej pomocy). Cyrus doskonale zdawał sobie sprawę, że nie może pozwolić na połączenie się tych sił i musi jeszcze w tym samym roku zakończyć wojnę w Lidii i to pomimo faktu, że właśnie zbliżała się zima (a wówczas przerywano działania wojenne aż do wiosny). Przeszedł więc Wyżynę Anatolijską i u źródeł Hyllosu (na wschód od Sardes) napotkał konnicę Krezusa gotową do walki. Ponieważ Lidyjczycy mieli świetne konie i doświadczenie w walkach z piechotą, postanowił użyć przeciwko nim podstępu, a mianowicie ustawił przed szeregiem swych żołnierzy wielbłądy - ściągnięte ze Wschodu, których to przeraźliwy odór wystraszył konie, a te zaczęły zrzucać jeźdźców ze swych grzbietów i uciekały w popłochu. Mimo to Lidyjczycy nie zamierzali się poddawać i bitwa trwała nadal, ale szybko dała o sobie znać przewaga liczebna Persów i Lidyjczycy musieli wycofać się do Sardes. Cyrus znów ogłosił się zwycięzcą i obległ teraz samo miasto, w którym król Krezus słał naglące wieści do swych sojuszników, błagając ich o szybkie przybycie. Nie zdążył jednak uzyskać odpowiedzi, bo po dwunastotygodniowym oblężeniu i wdarciu się Persów na mury sardyjskiego Akropolu (który ponoć był nie do zdobycia), miasto musiało skapitulować (grudzień 547 r. p.n.e.). W ten oto sposób państwo lidyjskie przestało istnieć, a skarby króla Krezusa (od którego to właśnie imienia wziął się synonim bogacza) trafiły do Cyrusa i zostały wywiezione do Suzy, zaś sam władca Lidii popełnił samobójstwo, każąc podpalić stos na którym siedział na tronie (potem zaczęły pojawiać się najróżniejsze historie, mówiące o tym, że Krezus jednak ocalał i że Cyrus zlitował się nad nim, a Apollo zesłał deszcz, który ugasił płonący stos - ale były one spowodowane kwestiami religijnymi i oddaniem dynastii Mermnadów - z której to wywodził się Krezus - w opiekę Apollinowi Delfickiemu. Bóg przecież nie mógł pozwolić, aby tak hojny darczyńca Świątyni, zginął w tak straszny sposób).

I teraz właśnie, już po upadku Lidii, Persowie po raz pierwszy zetknęli się w zachodnich rubieżach tego kraju, z Grekami. Ta pierwsza relacja, która zaowocowała w kolejnych dziesięcioleciach wielką trwogą przed perską inwazją i ostatecznie spaleniem Pałacu w Persepolis z rozkazu pijanego Aleksandra (którego ponoć namówiła do tego czynu hetera - Thais) w maju 330 r. p.n.e. Mimo to, pierwszy kontakt Greków i Persów wcale nie zapowiadał przyszłych krwawych walk o utrzymanie greckiej niezależności i był nawet dość przyjazny.    









CDN.

piątek, 20 sierpnia 2021

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW - Cz. XVIII

KILKA ZABAWNYCH SCEN Z

POLSKICH FILMÓW I SERIALI

 
 
 Dziś miałem przejść do zupełnie innego tematu, znacznie poważniejszego (a nawet tragicznego) niż takie śmieszkowanie, ale uznałem że nie chcę sobie dziś psuć nastroju dlatego też pozwolę sobie (prawdopodobnie) zająć się nim jutro. A na myśli oczywiście mam to, co się obecnie dzieje w Afganistanie i ów "wspaniały blamaż" Ameryki, który ostatnio zupełnie przestał mnie dziwić (może jeszcze dziwi mnie pod tym względem, że Amerykanie robią z siebie pajaców, wybierając do władzy takie kukły, jak pan Biden, pani Harris i reszta tej przezabawnej kamaryli, zwanej umownie amerykańskim rządem, czy też amerykańską administracją rządową). Postaram się zająć się tym tematem w dniu jutrzejszym, ponieważ sytuacja naprawdę jest poważna, a w Afganistanie naprawdę umierają ludzie, zabijani przez współczesnych fanatyków religijnych spod znaku średniowiecznego fanatyka religijnego (o którym mógłbym sporo napisać i to zarówno tej wiedzy historycznej, która często jest mało dostępna w szkołach, jak również tej, która wiąże się z jego "objawieniami" - ale tym ostatnim zajmę się już w temacie "Historii Życia, Wszechświata, Wszelkiej Cywilizacji", jeśli oczywiście dobrnę wreszcie do tego okresu). Nie chcę też dzisiaj - mając w perspektywie mile spędzony dzień - psuć sobie humoru i dlatego postanowiłem jeszcze dzisiaj przejść do zabawnych fragmentów z "Ucha Prezesa", serialu komediowego, który dobitnie pokazuje to, czego nie widzimy na pierwszy rzut oka, a co stanowi powszechnie skrywaną tajemnicę, a brzmi ona następująco: "Rządzą nami błazny!" I to zarówno w Polsce, we Francji, w USA, w Wielkiej Brytanii, w zasadzie wszędzie, gdzie tylko można sięgnąć okiem - błazny i marionetki, sterowane zakulisowo przez wielki biznes, korporacje, a może nawet siły jeszcze potężniejsze, którym nie w smak istnienie cywilizacji, kultury, niepodległości państw i wolności obywatelskich. 
 
Uważam też, że każdy z nas może skutecznie doprowadzić do powstrzymania aplikowanych nam "szaleństw" politycznych, ideologicznych i społecznych, jeśli tylko będziemy trzymać się razem. Nie izolujmy się od ludzi, spotykajmy się, wymieniajmy poglądy i wspierajmy, bowiem najpotężniejszą siłą społeczeństw wcale nie są bunty i rewolucje - które można w taki, czy inny sposób spacyfikować. Najpotężniejszą bronią społeczeństw, której realnie obawiają się rządy i korporacje, jest... bierny opór, którego nie sposób realnie zdławić, bo jest on nieuchwytny dla władz. Jednym z elementów biernego oporu, jest również śmiech, który częstokroć stanowi dla władzy znacznie większy problem, niż realny opór czynny, bowiem nie ma nic gorszego niż władza, która staje się śmieszna. Tak się natomiast dzieje i w Polsce i w USA. Pan Biden skazując tysiące obywateli Afganistanu na pewną śmierć, jednocześnie chwali się publicznie mediom że "jego pupka jest już podtarta". Czy można zrobić z siebie większego błazna i ośmieszyć nie tylko swoją administrację, ale i swój kraj? Nie chcieli Trumpa, bo przeszkadzały im pewne jego wypowiedzi, to mają pana Bidena, który doszedł do władzy po podpaleniu kilku amerykańskich miast i sfałszowaniu wyborów. Cóż, tak realnie wygląda dziś demokracja, więc nie ma co się dziwić i jak mówił Pawlak w serialu "Sami Swoi": "Był czas przywyknąć przecie".
 
Dlatego też pozwolę sobie odłożyć na dalszy plan rzeczy poważne i przejść do tych poprawiających humor i relaksujących, czyli do zabawnych filmików. A ponieważ temat miał być polityczny, więc przejdźmy do polityczno-komediowego serialu "Ucho Prezesa" w wykonaniu Roberta Górskiego (w roli głównej) oraz Mikołaja Cieślaka i Izabeli Dąbrowskiej. Zapraszam:   
 
 
 
 

 
 
 

"UCHO PREZESA"

 
 
"MA PANI COŚ NA MORDZIE"
 
"JAKIEJ MORDZIE?"
 
"ZDRADZIECKIEJ!"
 
"CO PAN MÓWI, PANIE PREZESIE?!"
 
"O PRZEPRASZAM, PANI BASIU, PRZEPRASZAM, ZAMYŚLIŁEM SIĘ" 😂
 
 
 
 

 
 
 
 "JAKI HUMOR MA DZIŚ - EL COMANDANTE?"

"NIEWYSPANY, DO CZWARTEJ RANO RODEO W TELEWIZJI OGLĄDAŁ"

(...)

0:32 - "A KTO TO JEST, BO NIE WIDZĘ BE OKULARÓW?"

(...) "TEN PREZES NIBY, TELEWIZJI"

0:48 - "JAK PAN OCENIA SWOJĄ DOTYCHCZASOWĄ PRACĘ W TELEWIZJI? (...) BO MI TUTAJ PISZĄ, ŻE OGLĄDALNOŚĆ TELEWIZJI SPADA NA ŁEB NA SZYJĘ"

1:10 - "NIE SKĄD. TAKIE SĄ KOSZTY, JAK SIĘ TELEWIZJĘ ZAMIENIA W TUBĘ, A PO DRUGIE - ŹLE JĄ BADAJĄ ŁAJZY ZA PEJSATE PIENIĄDZE OPŁACANE" 😅
 
"CZYLI CO, CIEMNY LUD WSZYSTKO KUPI?"
 
 
 
 
 
 
0:15 - "MÓWIĄ ŻE TO PYCHA KROCZY PRZED UPADKIEM, ALE JA TO WIDZĘ ODWROTNIE" 
 
0:40 - "A PAN PREZYDENT DO NASZEGO TORUNIA COŚ NIE WPADA?"
 
"BO TU MAM ORKĘ, I JESZCZE W GÓRACH, NA NARTACH BYŁEM. NIE MA KIEDY" 😊
 
 

 
 
 
0:25 - "GDZIE TEN NISZCZYCIEL DEMOKRACJI, CO? MUSZĘ SIĘ Z NIM ROZMÓWIĆ"
 
"PANIE LECHU, PANA NIE POWINNO TU BYĆ!"
 
"NIECH PANI UWAŻA, TO LEGENDY JUBILATA SOLIDARNOŚCI PANI MÓWI. JA JAK CHCIAŁEM, TO DO KAŻDEGO GABINETU WESZŁEM. NA SIŁĘ MNIE WPYCHALI, BŁAGALI ŻEBYM WYSZEDŁ NA KOLANACH. 😅
 
 

 
 
 
"TO GDZIE JEDZIEMY, SZEFIE?"
 
"DO PAŁACU PREZYDENCKIEGO"
 
"PAMIĘTA PAN MOŻE NAZWĘ ULICY?" 😉
 
0:45 - "A WYJAŚNIŁY SIĘ TE WSZYSTKIE KOLIZJE, Z ANTONIM, Z BEATĄ, Z TĄ OPONĄ - KOT BYŁ WINIEN? JAK TO W OGÓLE BYŁO?"
 
"JESZCZE NIE, ŚLEDZTWO TRWAŁ"
 
0:55 - "MY CHCEMY REFORMOWAĆ SĄDY, PROKURATURĘ, A GŁUPIEGO WYPADKU NIE POTRAFIMY WYJAŚNIĆ" 
 
 

 
 
 
"TO JEST NASZ TRENER, PAN ADAM. DZIEŃ DOBRY"
 
0:15 - "NIE PRAWĄ RĘKĄ, BO JA SIĘ KIEDYŚ PRZYWITAŁEM PRAWĄ RĘKĄ I PRZEGRALIŚMY, Z ALBANIĄ. A BYLIŚMY FAWORYTEM. MOŻNA PRAWĄ RĘKĄ, ALE BEZ KCIUKA" 👍
 
1:25 - "MOŻE ZDJĘCIE Z PANEM PREZESEM?"
 
"PROSZĘ BARDZO... ŻEBY NIE ZAPESZYĆ, ROBIĘ ZDJĘCIA TYLKO TYŁEM" 😄
 
 

 
 
 
"ZNAM NIEMIECKI, BO W SZKOLE UCZYŁAM"
 
"TO ŚWIETNIE, BO PANI ANGELA NIE ZNA POLSKIEGO, A MNIE NIE WYPADA ABYM MÓWIŁ DO NIEJ PO NIEMIECKU - BO TU JEST POLSKA, A W POLSCE PO POLSKU SIĘ MÓWI"
 
1:15 - "CHCE HERBATY?"
 
1:30 - NEIN DANKE, IST NEIN NOTWENDIG" ("DZIĘKUJĘ, NIE TRZEBA")
 
"CO POWIEDZIAŁ?"
 
"NIE WIEM, PANI ZROBI, NAJWYŻEJ NIE WYPIJE" 😉
 
 

 
 
 
1:00 - "JUŻ MNIE NIE MA, NIE PRZESZKADZAM. NARZECZONA CZEKA, WIĘC NIE MA CO SIĘ DŁUGO ROZWODZIĆ" 😅
 
 

 
 
 
"JAREK, WIDZIAŁEM ŻE W SEJMIE NIE CIESZYŁEŚ SIĘ, GDY PRZEPCHNĘLIŚMY USTAWĘ O TYCH SĄDACH?"
 
"ALE GŁOSOWAŁEM ZA"
 
"ALE SIĘ NIE CIESZYŁEŚ"
 
"A USTAWA PRZECHODZI WIĘKSZOŚCIĄ TYCH, CO SIĘ NIE CIESZĄ, CZY TYCH, CO SĄ ZA?"
 
"A POTEM POPARŁEŚ WETO!"
 
"I ZNOWU SIĘ NIE CIESZYŁEM" 😄
 
 

 
 
 
"ZLIKWIDUJMY JESZCZE OGRANICZENIA PRĘDKOŚCI, BO JAK KTOŚ SZYBCIEJ DOJEDZIE DO DOMU, TO NIE BĘDZIE MIAŁ CZASU NA JAKIEŚ TAM WYPADKI" 😂
 
JANUSZ KORWIN-MIKKE
 
 
 
SERIALOWA POSTAĆ
 

 
 
 I ORYGINAŁ