Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA11 - OKRES OŚWIECENIA I ABSOLUTYZMU (1715 - 1776). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA11 - OKRES OŚWIECENIA I ABSOLUTYZMU (1715 - 1776). Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 czerwca 2022

NA PARYSKIM BRUKU... - Cz. II

CZYLI TRZY EMIGRACJE 

POLAKÓW DO FRANCJI

 



I

"BÓG JEST Z NAPOLEONEM

NAPOLEON Z NAMI"

Cz. II




POWRÓT KRÓLA JANA III SOBIESKIEGO 
DO WILANOWA PO ZWYCIĘSTWIE NAD TURKAMI POD WIEDNIEM (1683)


 
 Kiedy zaczął się ów zjazd po równi pochyłej, wiodący bezpośrednio ku katastrofie, upadku państwa i utracie niepodległości? Trudno tutaj podać jakiś jeden szczególny moment owych "Initium Calamitatis Regni" czyli "Początków Nieszczęść Królestwa", można jednak pospekulować. Czy upadek nastąpił już w roku 1374, gdy król Ludwik I Węgierski wydał w Koszycach pierwszy przywilej, w jawny sposób korumpujący szlachtę, która w zamian za zgodę na wybór na króla (po śmierci Ludwika) jednej z jego córek - Marii lub Jadwigi, obdarzył szlachtę (czyli rycerstwo) prawem obniżenia podatku płaconego od domu lub osady z 12 do 2 groszy z łana; oraz zobowiązaniem do nie podwyższania obecnych i nie nakładania nowych podatków bez zgody rycerstwa? Czy to właśnie wówczas wystąpiły pierwsze oznaki upadku, maskowane jeszcze blaskami nadchodzących dekad prosperity i wielkości? A może upadek zaczął się od sejmu piotrkowskiego 1496 r. na którym to szlachta - rozeźlona na próby odebrania jej praw przez króla Jana I Olbrachta - postanowiła dać upust całej swojej złości (notabene plany takowe w ogóle nie istniały, ale szlachtę zaniepokoiły rady, jakie królowi głosił jego włoski doradca - Filip Kallimach czyli Filippo Buonaccorsi, który radził królowi aby tylko zaufanych sobie ludzi dopuszczał do Rady, nie zwoływał zjazdów - czyli sejmów, które wówczas jeszcze tak się nie zwały; by liczne wojsko przy sobie trzymał i z ich pomocą wymuszał na niechętnych podatki, by król bronił ludu przed nadużyciami możnych, stałe sądy ze skarbu finansowane powołał, aby biskupstwa przyznawane były ludziom uczonym, a nie panom i majętnym opatom, oraz by Rzym mniejszy miał wpływ na sprawy Korony Polskiej). Szlachta nienawidziła królewskiego doradcy - Kallimacha i żądała jego oddalenia. Piekliły ją zarzuty, jakoby kraj szedł ku upadkowi (Kallimach twierdził: "Wkrótce król u sejmów, a naród u nieprzyjaciela w niewoli będzie"). Rozjątrzona szlachta na sejmie piotrkowskim 1496 r. dała więc upust swej złości i zmusiła króla do potwierdzenia ustaw nieszawskich z 1454 r. (król nie mógł ustanawiać nowych praw, nakładać podatków i zwoływać pospolitego ruszenia bez zgody sejmików ziemskich). Ustanowiono też wybór posłów na sejmy - wybieranych na sejmikach wojewódzkich. Szlachta uzyskała też prawo mianowania sędziów ziemskich (którzy to mieli odtąd być herbowymi) i zabroniono pod karą gardła, wchodzenia do izby sędziowskiej z bronią u boku (takie samo prawo wprowadzały już ustawy wiślickie z 1362 r. w których zabraniano pod karą śmierci wyciągnięcia broni w obecności króla, starosty i arcybiskupa gnieźnieńskiego - w Anglii takie prawo weszło nieco wcześniej, bo w 1332 r. i także nie wolno było wyciągać broni w obecności króla, szeryfa i arcybiskupa Canterbury). 

Najgorsze jednak było to, że wówczas otwarcie poniżono inne stany, uznając za jedynie predystynowany do rządów stan herbowy (szlachecki), dlatego też zmuszono mieszczan do wyprzedaży swych posiadłości ziemskich (szlachta motywowała to tym, iż mieszczanie nie dopuszczają herbowych do swoich miejskich posiadłości, a poza tym to nie oni nadstawiają głów w obronie Ojczyzny, tak jak czyni to szlachta). Wszelkie wyższe godności kapłańskie (poza kanoniami doktoralnymi na Uniwersytecie - teologii, prawa, medycyny czy astronomii) odtąd sprawować mogła jedynie szlachta. Chłopom zakazano noszenia bogatych szat i ograniczono opuszczanie wsi przez synów kmiecych do jednego rocznie (i to jeszcze za zgodą pana), który to miał prawo udać się do miasta i podjąć naukę lub pracę w rzemiośle. Tak oto pokrzywdzony został mieszczanin, a chłop zamieniony w prostego wyrobnika i przywiązany do ziemi która często nie była jego własnością. Jedynym stanem obywatelskim został więc odtąd stan szlachecki, a sygnet rodowy z herbem był ważniejszy od pieniędzy jakie się posiadało, gdyż to nie pieniądze, a ów sygnet dawał prawo do współrządzenia krajem. Czy to właśnie wtedy pojawiły się pierwsze symptomy upadku państwa. Przecież w XVI wieku szlachta wielokrotnie występowała z zapałem w kwestii wprowadzenia zbawiennych dla kraju reform. Żądano więc oddania nieprawnie zajętych przez magnatów królewszczyzn (których dochód odtąd zasilał kasę wielkich panów, ze szkodą dla całej Rzeczpospolitej), postulowano zmniejszenie uprzywilejowania duchowieństwa (które to w 1381 r. otrzymało takie samo prawo fiskalne, jak szlachta i potem zawsze orientowało się na herbowych, czy ci chcą płacić podatki, czy też unikają tego obowiązku i postępowali dokładnie tak samo), domagano się sekularyzacji dóbr kościelnych, a także zacieśnienia związków z Litwą, likwidacji odrębności prawnej Prus Królewskich oraz księstw oświęcimskiego i zatorskiego. Postulowano wreszcie uporządkowanie dochodów kraju i rozdzielenie dochodów króla od skarbu państwa i przeznaczenia części państwowych zysków na utrzymanie stałego wojska. Część z owych postulatów udało się szlachcie uzyskać, a część pozostała bez zmian. 

Wcześniej stwierdziłem że nie tyle posiadane pieniądze, co przynależność do stanu szlacheckiego była decydująca dla pozycji społecznej w Rzeczpospolitej. I tak właśnie było, gdyż nawet ubogi szlachcic (którego np. nie stać było na kupno sobie butów i tym samym z ubioru często przypominał zwykłego chłopa) stał w owej hierarchii wyżej, niż najbogatszy mieszczanin, czy zamożny chłop. Stał wyżej, ponieważ miał prawo głosu i mógł decydować nie tylko o wyborze monarchy, ale o wszelkich sprawach tyczących się zarówno wielkiej jak i małej (lokalnej) polityki. Tym bardziej że w Rzeczpospolitej (w przeciwieństwie do innych krajów Europy) każdy szlachcic czy magnat byli równi wobec prawa, stąd zwali się "szlachecką bracią" lub "panami braćmi" (z biegiem czasu się to jednak zdegenerowało i teraz wielcy magnaci, dysponując ogromnym majątkiem, częstokroć kupowali sobie szlachciców, którzy na sejmach reprezentowali ich interesy). Co prawda zarówno szlachta jak i magnateria często ze sobą konkurowały (np. po śmierci Jana Olbrachta w 1501 r., magnateria wymogła na jego bracie - nowym królu - Aleksandrze Jagiellończyku wydanie przywileju w Mielniku, który był realnym powrotem do sytuacji sprzed 1496 r. czyli do dominacji Rady Królewskiej czyli Senatu, kosztem reszty szlachty. Został zatem wprowadzony oficjalnie ustrój oligarchii magnackiej z ogromnymi uprawnieniami Senatu, a niewielkimi lub wręcz symbolicznymi uprawnieniami Króla i Sejmu. Długo to jednak nie trwało, gdyż już na sejmie w Radomiu w 1505 r. szlachta wymusiła na królu obalenie magnackiej oligarchii i powrót do demokracji szlacheckiej, co zyskało moc prawną w wydanej Konstytucji 1505 r. zwanej "Konstytucją Nihil Novi" ("Nic Nowego"), w której co prawda utrzymano ograniczenia władzy monarszej, ale ciężar władzy przesunięto z Senatu na Sejm - który odtąd był najwyższą formą władzy w Rzeczpospolitej i bez zgody którego żadne prawo nie mogło wejść w życie. Tak oto król stał się zakładnikiem szlachty, ale w tamtym czasie nie wydawało się to jeszcze niebezpieczne, choć w tym systemie - który jednocześnie był emanacją wolności obywatelskich i praw politycznych których tak brakowało w całej Europie - było kilka ukrytych mechanizmów samozniszczenia, które przez długi czas pozostawały niewidoczne (gdy celem "szlacheckiej braci" było dobro Ojczyzny i uświadomienie narodowych celów - wówczas kraj kwitł, pomimo braku silnej władzy królewskiej i stałej armii - która zawsze była zmorą szlachty, jako że herbowi obawiali się, że stała armia pod dowództwem królewskim [jako że król był naczelnym wodzem] może posłużyć w walce o obalenie wolności szlacheckich i wprowadzenie silnej monarchii. Gdy jednak górę zaczęły brać korzyści osobiste i rodowe, wówczas wszystko zaczęło się sypać).




Koncepcją obowiązującą w polskim parlamentaryzmie (w zasadzie "od zawsze") była zasada jednomyślności. Sejm bowiem składał się z trzech równoprawnych stanów: Króla, Senatu i Izby Poselskiej. Tak więc, aby jakakolwiek ustawa została uchwalona, wymagana była zgoda tych wszystkich stanów i każdego z osobna uczestników zjazdów sejmowych. Było to tzw.: "Ucieranie się". Oczywiście nie oznaczało to, że wszyscy nagle musieli popierać dany projekt i nie mogli mieć odrębnego zdania - nie, nie oto chodziło. Chodziło o przyjęcie danej ustawy na zasadzie zgody powszechnej, która wyrażała się albo w aprobacie albo w braku sprzeciwu, czyli w milczeniu (a milczenie zawsze uznawano za nieformalną zgodę). Tak więc, jeśli nikt z wybranych posłów nie rzekł "Veto" (czyli "Nie pozwalam") dana ustawa przechodziła, choćby nawet nie zdołano przekonać do niej części posłów. Ale jeśli ci posłowie milczeli, upatrywano to za zgodę i na tym właśnie polegała zasada "ucierania się" (czyli przekonywania do skutku). Nie oznacza to jednak, że prawo veta nie istniało wcześniej przed ową feralną datą 1652 r., kiedy to podstarości upicki - Władysław Wiktoryn Siciński, wyrzekł to słowo, nie godząc się na przedłużenie obrad sejmu, czym zapoczątkował okres owych "Calamitatis Regni". Od tej chwili, aż do 1764 r. sejmy były zrywane wielokrotnie (niektóre zaraz po rozpoczęciu obrad), co doprowadziło do prawdziwej anarchii w kraju, gdyż jeden człowiek - któremu coś się nie spodobało - mógł pogrzebać zbawienne dla kraju reformy ustrojowe i wojskowe, a to znów oznaczało, że bardzo łatwo było przekupić posłów w Rzeczpospolitej i obce państwa często z tego korzystały, szczególnie że aby zapobiec np. wzmocnieniu wojsk Rzeczpospolitej, wystarczyło przekupić tylko jedną osobę, która otwarcie zakomunikowała swój sprzeciw. Kraj zaczął się rozpadać, nie było ani silnej władzy królewskiej, ani silnej władzy sejmowej - tak naprawdę panowała anarchia i władza silniejszego - który możny miał więcej pieniędzy i mógł wystawić prywatne poczty wojskowe, ten rządził, a ponieważ takich możnowładczych rodów było w XVIII-wiecznej Rzeczpospolitej kilka lub kilkanaście, przeto wzajemnie ze sobą rywalizowały, ku radości państw ościennych, które rosły w siłę, rządzone przez monarchów absolutnych, mogących wystawić kilkusettysięczne armie (gdy w Rzeczpospolitej nie było nawet zgody na wystawienie 24 000 wojska). W takiej sytuacji politycznej i przy takim położeniu geopolitycznym w centrum Europy, Polska i Litwa nie były w stanie się ostać i Rzeczpospolita musiała upaść, choć naiwnie wielu sądziło, że słabość kraju jest korzystna, gdyż po pierwsze: słabego nikt się nie boi i nikt nie będzie go atakował, a po drugie: ościenne monarchie same ze sobą konkurują, zatem nie pozwolą na wzmocnienie któregokolwiek z nich kosztem ziem polskich, bo to oznaczałoby znaczny wzrost pozycji i siły owego kraju. Nikt jednak nie przewidział (albo przewidzieli, ale nic wówczas nie mogli z tym zrobić) że takie monarchie jak Rosja, Austria i Prusy po prostu się ze sobą dogadają i podzielą tym "polskim tortem".

Umiłowanie wolności i swobód obywatelskich, które czyniły z Rzeczpospolitej w XVI i XVII wieku prawdziwe "mocarstwo swobody", zamieniło się jednak w tępą ideologię, której obrona okazała się śmiertelna dla kraju. Czasy się zmieniały, a Rzeczpospolita żyła epoką dawnej swej chwały, nie widząc, iż należy dostosować się do zmieniających się epok. Husaria, która była potęgą militarną przez ponad sto lat i której powstrzymanie w polu było praktycznie niemożliwe, w XVIII wieku stała się już tylko wojskiem paradnym, zupełnie nienadającym się do wymagań osiemnastowiecznych wojen. Tkwili więc nasi przodkowie w tej cieplarnianej ułudzie dawnej chwały, niczym w formalinie, nie dostrzegając że u granic tworzą się potężne mocarstwa, które pożądliwie łypią okiem na rozległe ziemie bezbronnej w zasadzie Rzeczpospolitej. Umiłowanie do chwały i wstręt do militaryzmu cechowały społeczeństwo Rzeczpospolitej Obojga Narodów, co ostatecznie doprowadziło do katastrofy i upadku państwa. Zupełnie inaczej było w II Rzeczpospolitej, gdzie armia była jakoby emanacją narodu, a służba wojskowa stała niezwykle wysoko w hierarchii społecznej. Żołnierzy ceniono w każdy możliwy sposób, upatrując w nich trwałości istnienia odrodzonego państwa (np. żołnierze nie płacili jeżdżąc komunikacją miejską - jest taka fajna scena w filmie "Akcja pod Arsenałem" z 1978 r. opowiadająca o odbiciu 26 marca 1943 r. w pobliżu Arsenału w Warszawie kilku aresztowanych wcześniej przez Niemców [i bestialsko torturowanych w więzieniu na Pawiaku] członków grup szturmowych Szarych Szeregów wchodzących w skład Armii Krajowej. Ostatecznie uwolniono 21 osób i gdy część z tych grup szturmowych rozbiegła się po akcji przed ścigającymi ich Niemcami, część weszła do tramwajów i w owym filmie jest taka scena, gdy ubrani po cywilnemu żołnierze Szarych Szeregów wchodzą do tramwaju i chcą kupić bilet, a konduktor na ich widok wypowiada owe słynne słowa: "wojsko nie płaci", bo tak rzeczywiście było w II Rzeczpospolitej).  
 
 

 
Osiemnastowieczne polskie sejmy tak już się zdegenerowały i zanarchizowały, że ich celem wcale nie było prowadzenie własnej polityki wewnętrznej i zewnętrznej (w zgodzie z interesem narodu czyli Rzeczpospolitej) tylko miały jeden jedyny cel. Za wszelką cenę przeszkadzać królowi i stronnictwu dworskiemu w prowadzeniu przez nie własnej polityki, bowiem każda samodzielna działalność króla od razu była traktowana przez ogół szlachty jako zamach na wolności szlacheckie. A jako skuteczną po temu broń upatrywano właśnie liberum veto, czyli możliwość zerwania sejmu, nim zapadnie na nim jakaś niekorzystna dla "wolności" uchwała. A zerwać sejm można było zawsze (czynili tak nawet Żydzi, którzy przekupywali posłów, aby ci zerwali sejmy, jeśli miały na nich zapaść jakieś ustawy nakładające na nich podatki), podając najbłahszy z powodów, albo też nie podając żadnego. Polskie życie polityczne XVIII wieku przypominać zaczęło sen wariata, gdzie posłom nawet w instrukcjach sejmikowych zalecano, że jeśli ich propozycje nie zdobędą uznania, to powinni zagrozić zerwaniem sejmu. Co prawda były wyjątki od tej zasady i nie można było zerwać sejmu konwokacyjnego (czyli wyznaczającego kandydatów do nowej elekcji), czy też skonfederowanego - ale i w tych przypadkach podnosiły się głosy, że tam też należy wprowadzić liberum veto (zresztą sejm konwokacyjny po śmierci Jana III Sobieskiego został zerwany, a miało to miejsce we wrześniu 1696 r. i nastąpiło z polecenia królowej Marii Kazimiery). Z takim systemem politycznym i wszechwładną anarchią, którą mylono z wolnością - XVIII-wieczna Rzeczpospolita stała się prawdziwą igraszką w rękach ościennych mocarstw. Bez armii, bez ustabilizowanego systemu sprawowania władzy, ze słabą pozycją monarchy, potężna niegdyś Rzeczpospolita, mogła jedynie oczekiwać kiedy nad jej ziemie (wciąż bardzo rozległe) zlecą się sępy, żądne wyrwania dla siebie jakiegoś kawałka. Nic więc dziwnego że Polska w owym czasie (wraz z Osmańską Turcją - która wówczas też utraciła dawną potęgę i znaczenie, oraz Hiszpanią - krajem równie bezbronnym, bez własnej armii i znaczenia) zwana była "Chorym człowiekiem Europy". Dawne potęgi teraz odchodziły w niepamięć (przecież Rzeczpospolita, Osmańska Turcja i Hiszpania w XVI i jeszcze w XVII wieku był europejskimi supermocarstwami). Wyblakło też znaczenie Francji Ludwika XIV, a jej pozycję teraz zajmować zaczęła (wcześniej będąca całkowicie w jej cieniu, a niekiedy pod jej wpływem) Anglia/Wielka Brytania. Urosły: Rosja Romanowów, Prusy Hohenzollernów i Austria Habsburgów. Tak więc bez zdecydowanych reform, ziemie dawnego władztwa Jagiellonów nie mogły się ostać w świecie coraz bardziej agresywnych monarchii absolutnych.

"Niezgoda przywiedzie na was niewolę, w której wolności wasze utoną i w śmiech się obrócą (...) Ziemie i królestwa wielkie, które się z Koroną zjednoczyły i w jedno ciało zrosły, odpadną i rozerwać się dla waszej niezgody muszą (...) i będziecie jako wdowa osierociała, wy, coście tyloma narodami władali i będziecie ku pośmiewisku i urąganiu nieprzyjaciół waszych (...) nie tylko bez pana krwi swojej (...) ale też bez ojczyzny i królestwa swego, wygnańcami wszędzie będziecie, nędzni, wzgardzeni, ubodzy włóczędzy. Popychani nogami będziecie przez tych, którzy niegdyś do stóp waszych padali" - fragment kazania kaznodziei Piotra Skargi, wygłoszony przed dworem Zygmunta III pod koniec XVI wieku, w czasach gdy potęga Rzeczpospolitej była niekwestionowana, gdy skrzydlata husarjia brodziła we krwi Moskali, Szwedów, Turków, Tatarów a nawet Niemców od Byczyny do Kircholmu i Kłuszyna, tratując cztero, pięcio, a nawet stukrotnie razy większe siły nieprzyjaciela (jak choćby w bitwie pod Hodowem w 1694 r.). Gdy na Kremlu siedział polski gubernator Moskwy, a Prusak z Brandenburczykiem bił czołem przed majestatem królewskim w Warszawie, składając hołd lenny z ziem, które król Polski łaskawie rodowi Hohenzollernów powierzył. Gdy Habsburgowie zamieniali się miejscami w polskiej niewoli z Moskalami i gdy sułtan z haremem uciekał z Konstantynopola przed polskimi Kozakami po wcześniejszym spaleniu przez nich Synopy. W tych czasach potęgi, słowa o niewoli, wygnaniu i braku ojczyzny, o tułaczach poniewieranych i z kraju do kraju błądzących mogły co najwyżej wywołać zaciekawienie a z pewnością nie brakowało i takich, którzy sobie z tego dowcipkowali. Ale słowa Piotra Skargi były prorocze, gdyż już wówczas tkwiły w polskim systemie politycznym zalążki upadku, tylko niewielu wówczas było w stanie je dostrzec. Zresztą nawet w XVIII wieku, jeśli potrafiono dostrzec te przyczyny i je poprawnie nazwać, to i tak nie wiedziano co dalej z tym począć, gdyż nie było siły politycznej na tyle dominującej, która potrafiłaby przeforsować zbawienne dla państwa reformy. Było bowiem wiele koterii i sił, które wzajemnie ze sobą konkurowały i żadna nie przystałaby na plany drugiej strony, a żadna z nich nie miała siły aby je samodzielnie wprowadzić. Dlatego też powstawały plany sojuszy z obcymi dworami, przy pomocy których udałoby się wprowadzić w życie reformy ratujące państwo. Niestety, nie rozumiano że obce dwory zainteresowane były jedynie pogłębianiem stanu anarchii życia politycznego w Rzeczpospolitej a nie jego naprawą czy uleczeniem.


HUSARZ W ATAKU Z LANCĄ
(I FAZA SZARŻY)



HUSARZ W ATAKU Z SZABLĄ
(II FAZA SZARŻY)
NASTĘPNIE WYMIANA STRZASKANEJ LANCY I POWRÓT DO SZARŻY 



Ostatnie lata swej świetności, zapisała dawna Polska triumfem wiedeńskim króla Jana III Sobieskiego z 1683 r. oraz (w pokoju karłowickim z Osmańską Turcją z 1699 r.) ponownym odzyskaniem Podola (utraconego w 1672 r.) wraz z twierdzą - Kamieńcem Podolskim. Były to już ostatnie przebłyski dawnej świetności i chwały, ale paradoksalnie w wiek XVIII wkraczała Rzeczpospolita z dużym optymizmem co do swej przyszłości, żądna odzyskania na Szwedach  całych Inflant. Niestety, Wojna Północna z lat 1700-1721 toczyła się głównie na ziemiach polskich, doprowadzając je do upadku gospodarczego i demograficznego. Nic na tej wojnie Rzeczpospolita nie zyskała (zresztą oficjalnie nie była nawet stroną wojującą, gdyż wojnę ze Szwecją prowadził jedynie elektor Saksonii - Fryderyk August I, który jednocześnie od 1697 r.  panował jako król Polski pod imieniem - Augusta II Mocny - zwany tak ze względu na swą wielką siłę fizyczną, gdzie potrafił łamać podkowy, zginać metalowe pręty i samemu przesuwać ciężkie armaty, których nie mogło ruszyć kilku żołnierzy). I to właśnie on wojował ze Szwecją, wciągając w tę wojnę nieprzygotowaną do tego konfliktu Rzeczpospolitą. Starał się on także zapewnić sobie i swym następcom dziedziczność tronu w Polsce, przez co układał najbardziej niedorzeczne plany rozbioru ziem polskich pomiędzy sąsiadów, tak aby to co zostanie, przypadło jemu, jako dziedzicznemu monarsze. Po sukcesach, jakie Szwedzi odnieśli w tej wojnie, już w maju 1704 r. zawiązana ze szwedzkiej inspiracji konfederacja warszawska zdetronizowała Augusta II i nowym królem obrała dotychczasowego stronnika Karola XII - Stanisława Leszczyńskiego (ojca późniejszej królowej Francji i żony Ludwika XV - Marii Leszczyńskiej). To właśnie wówczas z inspiracji Leszczyńskiego powstał pierwszy plan rozbioru ziem Rzeczpospolitej. Otóż Leszczyński proponował aby Korona i Litwa przypadły jemu, jako polskiemu królowi. Szwecji miano oddać Księstwo Kurlandii i Semigalii wraz z polskimi Inflantami, Kozaków (jako lenników Rzeczpospolitej) umiejscowić w województwie połockim i witebskim (czyli na północnym-wschodzie), zaś utracone oficjalnie w roku 1667 na korzyść Moskwy województwa: smoleńskie, czernichowskie i całe Zadnieprze wraz z Kijowem miały przypaść Leszczyńskiemu, jako dziedzicznemu księciu. Wydawało się, że plan ten zostanie ostatecznie zrealizowany, szczególnie gdy w 1706 r. Sasi ponieśli klęskę w bitwie ze Szwedami pod Wschową (13 lutego), co też spowodowało zgodę Augusta II na abdykację w Polsce i przekazanie korony Stanisławowi Leszczyńskiemu (pokój w Altranstädt - 24 września 1706 r.). Długo jednak taki stan rzeczy nie trwał i po ostatecznym zwycięstwie Rosjan w bitwie ze Szwedami pod Połtawą (8 lipca 1709 r.) August II ponownie wrócił (w sierpniu) na polski tron.

Nim to jeszcze nastąpiło, w 1708 r. August II opracował swój plan podziału ziem polskich, w którym sobie zostawiał Koronę i niewielką część południowej Litwy (miał tam panować jako monarcha dziedziczny), ale już bez Prus Królewskich i Gdańska (które przypaść miały Leszczyńskiemu), bez Wielkiego Księstwa Litewskiego i polskich Inflant (oddanych Rosji), oraz bez Żmudzi, Kurlandii i Semigalii przekazanych Prusom. Plan ten nie doszedł do skutku, a w 1709 r. car Piotr I opracował swój własny plan, w którym całą Rzeczpospolitą widział włączoną do Rosji (co oczywiście w tamtym czasie - i to uwzględniając już ową chroniczną słabość Rzeczpospolitej - nie wchodziło w grę). I tak co roku już praktycznie powstawały nowe plany rozbiorów: w 1710 pojawił się projekt króla Prus - Fryderyka I Hohenzollerna, w którym Prusy Królewskie (Gdańsk i Ryga miały stać się Wolnymi Miastami), Żmudż, Kurlandia i Semigalia przypadały jemu, Wielkie Księstwo Litewskie Rosji, a Korona Polska Saksonii; w 1712 pojawił się ponownie projekt Leszczyńskiego, który Koronę oddawał Augustowi Mocnemu, Kurlandię i Semigalię Szwecji, zaś sobie pozostawiał Litwę. Projekt ten był pewnie nie dopracowany, jako że już w 1713 pojawił się nowy plan Leszczyńskiego, w którym ten siebie widział ponownie w roli króla polskiego (Korona i Litwa), Prusy Królewskie wraz z Gdańskiem oddałby Prusom, Kurlandię i Semigalię Szwecji, a Podole (tereny odzyskane w 1699 r.) Turcji. W 1714 r. Leszczyński stworzył jeszcze inny plan rozbiorowy i był to już plan z jego strony minimalistyczny, bowiem pozostawiał sobie zaledwie województwo ruskie i bełskie, całą Koronę i Litwę oddając Augustowi Mocnemu, a Szwecji Kurlandię i Semigalię (należy jednak pamiętać, że począwszy od 1710 r. Moskale już w całości opanowali szwedzkie Inflanty i Estonię, a w 1713/1714 dokonali inwazji na Finlandię). Wszystkie te rozbiorowe plany nie doszły do skutku, gdyż przede wszystkim sprzeciwiała im się Rosja. Tak, właśnie Rosja uznała że rozbiór ziem Rzeczpospolitej jest niezgodny z jej interesem, gdyż car Piotr Wielki sądził że uda mu się "połknąć" w całości i Polskę i Litwę, bez potrzeby dzielenia się jej ziemiami z kimkolwiek innym. Carowi nie podobała się też polityka Augusta Mocnego, dążącego do zaprowadzenia w Polsce monarchii dziedzicznej przy pomocy wojsk saskich.




Już w listopadzie 1715 r. zawiązała się konfederacja tarnogrodzka pod przywództwem Stanisława Ledóchowskiego, przeciwko planom wzmocnienia władzy królewskiej w Polsce. Wybuchła nowa wojna domowa w kraju (1715-1716) i obie strony poczęły upatrywać gwaranta pokoju w osobie cara Piotra I. August Mocny wezwał go z wojskiem do Polski, a i Tarnogrodzianie upatrywali w nim gwaranta swoich praw i wolności (tym bardziej, że car zadeklarował że: "wolności polskiej nie odstąpi"). 27 września 1716 r. do Rzeczpospolitej z 18 000 żołnierzy, wkroczył carski generał Roenne, a 3 listopada stanął on pod Warszawą. Doszło do układów pokojowych pomiędzy skłóconymi stronami i tak August Mocny przyrzekł odsunąć Sasów z polskiego dworu, nie wypowiadać wojen bez woli narodu (szlachty), nie wyjeżdżać z kraju na dłużej niż trzy miesiące w roku, oraz zwoływać pospolite ruszenie tylko do obrony kraju (nieformalnie jednak pospolite ruszenie zostało wówczas rozwiązane). Zobowiązania te zostały zatwierdzone na sejmie zwołanym do Grodna na 1 lutego 1717 r. Aby żadnemu posłowi jednak nie przyszło do głowy zaprotestować przeciwko podpisanemu pokojowi, obrady "chronił" 18 000 moskiewski korpus gen. Roenne, a na sejmie nikt nie wypowiedział nawet jednego słowa - odczytano jedynie podpisane warunki i przyjęto je milczeniem (stąd też sejm grodzieński 1717 r. przeszedł do historii pod nazwą "Sejmu Niemego"). Nie trwało to dłużej jak siedem godzin. Od tej chwili powaga Rzeczpospolitej sięgnęła bruku, sejm ochraniany przez obce wojska, a do tego posłowie milczący z obawy przed konsekwencjami swego sprzeciwu. Od tej chwili rozpoczął się już zjazd po równi pochyłej, prowadzący ostatecznie do rozbiorów Rzeczpospolitej w drugiej połowie XVIII stulecia.

Tak oto położona pomiędzy Wschodem a Zachodem Rzeczpospolita, mająca swe posłannictwo dziejowe, swą ideę i swą duszę przewodnią - z początkiem wieku XVIII popadała w całkowitą anarchię, walki wewnętrzne i totalne osłabienie które mogło służyć już tylko Jej wrogom. Co prawda pojawiały się pewne przebłyski, jak choćby zmuszenie Moskali do opuszczenia ziem Rzeczpospolitej i pewne próby reform podjęte w celu zwiększenia liczebności armii, ale nie było siły, która byłaby zdolna konsekwentnie doprowadzić je do końca. Rzeczpospolita wówczas była jak umierający, któremu potrzeba silnej dawki elektrowstrząsów aby pobudzić serce do życia, potrzeba było czynu, który zmieni ustrój wiodący ku katastrofie i ponownie przywróci Polskę i Litwę na drogę ku potędze. I to się ostatecznie poniekąd udało uczynić w roku 1791 uchwalając pierwszą w Europie i drugą na Świecie (po amerykańskiej) Konstytucję, która przeszła do historii pod nazwą Konstytucji 3 Maja.       




Było już jednak za późno i mocarstwa zaborcze (a głównie Moskwa) nie mogły dopuścić do wzmocnienia się Rzeczpospolitej gdyż wówczas ich plany rozbiorowe nie mogłyby dojść do skutku. Tak oto po wojnie 1792 r. i Insurekcji Kościuszkowskiej 1794 r. (która nie mogła się powieść, ze względu na wzajemną pomoc, jaką udzielały sobie Rosja i Prusy) dawna perła wolności i swobód, przedmurze chrześcijaństwa i kraj uskrzydlonych jeźdźców zniknęła z mapy Europy i Świata. Ale to nie był koniec Polski. Jej ciało co prawda zostało rozszarpane na trzy części przez zaborcze wilki i sępy, ale Dusza przetrwała. I ta Dusza właśnie szukała dla siebie dróg ku Zmartwychwstaniu, najpierw pod Cesarzem Napoleonem Wielkim...




Potem w wielu Powstaniach, jak choćby w Listopadowym (1830-1831)...

 


... Powstaniu Styczniowym (1863-1864)...






Nie licząc oczywiście takich lokalnych powstań jak krakowskie (1846) czy wielkopolskie (1846 i 1848). Ostatecznie tradycję dawnej Rzeczpospolitej, Jej Ducha i Pamięć, ponieśli Legioniści Piłsudskiego na początku I Wojny Światowej (1914) i inne polskie formacje zbrojne, jak choćby Błękitna Armia gen. Józefa Hallera formowana we Francji (notabene w tej armii walczył mój pradziadek - z pochodzenia Niemiec). To właśnie zapał i poświęcenie tych młodych ludzi odrodziło dawną Rzeczpospolitą, choć jednocześnie inną pod względem ustrojowym i obyczajowym, to jednak poprzez Pamięć Genetyczną tożsamą z tą Pierwszą.  








Nim jednak Polska Zmartwychwstała w wieku XX, pokolenia kolejnych powstańców i uciekinierów ze zniewolonego kraju szukało jakiejś ostoi, miejsca skąd można by ponownie kontynuować walkę o Niepodległość i tym miejscem przede wszystkim dla polskich uchodźców była Francja. Tam właśnie zaczęto rozbijać przysłowiowe namioty, licząc na to, że odrodzenie Polski zajmie kilkanaście miesięcy, lub co najwyżej kilka lat. Gdy okazało się to nie takie proste, owi zapaleńcy musieli w Paryżu swe namioty zamienić na domy, potem mijały kolejne lata, a ci, którzy jeszcze pamiętali dawną Polskę starzeli się i umierali. Odchodzili, przekazując jednak następnym pokoleniom swe dziejowe posłannictwo, które brzmiało by Najjaśniejsza Rzeczpospolita ponownie rozbłysła niczym jaśniejąca gwiazda na europejskim firmamencie. W kolejnej części zaprezentuję owych imigrantów, zdążających nad Sekwanę, do Włoch, Niemiec czy Anglii z myślą o podjęciu nowej walki o odrodzenie Ojczyzny. Jak ich tam przyjmowano - i co ostatecznie osiągnęli - o tym już w następnej części. 




CDN.

poniedziałek, 6 grudnia 2021

BESTIA Z GÉVAUDAN

CZYLI PRÓBA ODPOWIEDZI NA PYTANIE

CO TEŻ WYDARZYŁO SIĘ 

W LANGWEDOCJI 

W LATACH 60-tych XVIII WIEKU?

 



 Wszystko zaczęło się latem roku 1764 w Langwedocji, w rejonie Gévaudan (południowa Francja). Wtedy to też po raz pierwszy pojawić się miała owa sławna później na całą Europę - "Bestia z Gévaudan", w której wytropienie i zastrzelenie włączyła się spora część okolicznej ludności, nie wyłączając wojska (potem obróciło się to przeciwko owym wysiłkom, gdyż gazety w Europie pisały, że Francuzi zbłaźnili się wystawiając do walki z bestią całą armię łowców, chłopów i okolicznych żołnierzy - a mimo to nie byli w stanie jej zabić). Rok 1764 nie był zbyt dobry dla Francji. Dopiero co "Królestwo Złotych Lilii" pozbawione zostało kolonii w Ameryce na korzyść Brytyjczyków i Hiszpanów (pokój paryski z 10 lutego 1763 r., kończący długą i krwawą Wojnę Siedmioletnią). A poza tym osobistą tragedią króla Ludwika XV, była wówczas śmierć (15 kwietnia 1764 r.) jego wieloletniej metresy i przyjaciółki - madame de Pompadour, która zmarła w Wersalu, w wieku zaledwie 42 lat (choroby i ciągła walka z królewskim otoczeniem oraz rodziną - szczególnie zaś córkami króla, które nie przepuściły żadnej okazji aby ubliżyć lub pognębić de Pompadour - niechybnie odcisnęły swoje piętno i w ogromnym stopniu przyczyniły się do jej przedwczesnej śmierci). Król pożegnał kondukt żałobny swej ukochanej, stojąc w strugach deszczu na tarasie swego pałacu i jedynie wzrokiem odprowadzając ją na miejsce wiecznego spoczynku. Lata po zakończeniu Wojny Siedmioletniej, to okres stopniowego, ale nieuchronnego kryzysu, który dwadzieścia pięć lat później doprowadził do wybuchu Rewolucji Francuskiej. Na domiar złego w Langwedocji zjawiła się wówczas dziwna bestia, zbierająca śmiertelne żniwo wśród okolicznych chłopów (a szczególnie chłopek, gdyż przeważnie atakowała kobiety i dzieci).

Ponoć po raz pierwszy owa bestia miała uderzyć 30 czerwca 1764 r. zabijając Jeanne Boulet, mieszkającą we wsi Ubas, z parafii św. Stefana de Lugdarès. Jednak byli tacy, którzy twierdzili, że nie był to pierwszy atak tego potwora, gdyż jako pierwsza zaatakowana miała być nieznana z imienia kobieta w rejonie Langogne, którą jednak ocalić od śmierci miały wypasane przez nią krowy, atakując napastnika swymi rogami. Na ile to była prawda, a na ile wymysł - tego nie wiadomo, lecz można powiedzieć iż owa ocalona kobieta nie starała się robić z tego faktu większego zamieszania i nawet nie określała zwierza, który ją napadł mianem "bestii", a mówiła jedynie iż był to: "jakby wilk, lecz to nie był wilk". W kolejnych tygodniach i miesiącach pojawiały się nowe informacje o atakach, których ofiarami padały głównie kobiety i dzieci. W grudniu 1764 r. ataki znacznie się zwiększyły i spowodowały one w tym miesiącu aż sześć ofiar śmiertelnych. W styczniu 1765 r. było ich już jedenaście, a w kolejnych miesiącach skala ta albo nieco opadała, albo też się zwiększała. Najwięcej ataków zanotowano zimą i wiosną 1764/1765 r., potem ta skala nieco opadała, aczkolwiek ataki trwały aż do jesieni 1767 r. gdy nagle "BestiaGévaudan" zniknęła i wszelki słuch po niej zaginął. Jednak przez te trzy lata prawdziwa psychoza ogarnęła nie tylko całą Langwedocję, ale i sporą część Francji, powodując napływ do Gévaudan (i okolic w których dochodziło do ataków), wielu śmiałków oraz żądnych przygód łowców, mających nadzieję upolować ową bestię. Różnie też ją przedstawiano, wielu twierdziło że przypomina ona wilka, pokryta jest czerwonawą sierścią, potrafi bardzo szybko biegać, szczęka jej opatrzona jest w ostre kły, na łbie posiada rogi niczym byk, lecz jej wielkość, zbliżona miała być do wielkości cielęcia.




Wciąż pojawiające się nowe ataki i niemożność ustrzelenia bestii, doprowadziły najpierw do aktywizacji władz tamtejszych prowincji: Langwedocji i Owernii, a dopiero potem sprawa doszła aż do Wersalu. Najpierw jednak postanowiono zorganizować wielkie łowy na potwora, które odbyły się w dniach 7 i 11 lutego 1765 r., a wyznaczony do tego zadania przez intendenta Langwedocji - de Guignard'a de Saint Priest'a - kapitan Duhamel, zwołał 20 tys. szlachty i chłopów z 73 parafii, ściągnął oddział dragonów z Clermont i najął "łowców wilków" z Normandii - braci d'Enneval. Ustrzelono wówczas jednak tylko kilka wilków, ale owej "bestii" nie udało się znaleźć. W kolejnych miesiącach znów było głośno o atakach i nowych ofiarach "Bestii z Gévaudan", a szczególnie okrutny i zuchwały był atak z 24 maja 1765 r. Tego bowiem dnia bestia zaatakowała w kilku miejscach i odgryzła ofiarom głowy. Zaczęto więc podejrzewać, że bestii tych jest więcej, niż jedna. W czerwcu zadanie "ubicia potwora", otrzymał sam królewski łowczy - Francois Antoine de Bauterne, który nie był już młodzieniaszkiem (miał 71 lat), a mimo to zabrał się do tego zadania z wielką werwą i odpowiedzialnością. Trzy miesiące tropił zwierza i wreszcie 21 września 1765 r. udało mu się ustrzelić (oczywiście była to zorganizowana nagonka, w której również uczestniczyło kilka tysięcy myśliwych w tym prawie cała okoliczna szlachta, chłopi i oficerowie pułku królewskiej gwardii) w lesie Pommier, nieopodal Saint-Marie-des-Chazes. Ubite wówczas zwierzę - był to wilk sporych rozmiarów - otrzymał co najmniej dwa strzały (w tym jedno w oko) a i tak nie od razu padł martwy i jeszcze próbował uciec w las. Upolowany wilk był duży, miał 1.81 m. długości i ogromne kły. Rozciągnięto go na szubienicy ustawionej na wozie, ciągniętym przez konia i zawieziono do miasteczka, gdzie też ściągnięto mieszkańców pobliskich wiosek, aby potwierdzili że to ta właśnie bestia napadała na stada i ludzi w całej okolicy. Tak też się stało - ludzie potwierdzili.

Niestety, nie oznaczało to końca ataków. 2 grudnia 1765 r. bestia znowu zaatakowała, tym razem dwóch młodych pasterzy krów. Nieskuteczność w jej ustrzeleniu i ciągłe wieści o nowych atakach, powodowały powszechne przerażenie ludności w całej okolicy, a nawet w większej części Langwedocji i Owernii. Ludzie twierdzili, że bestia jest postacią demoniczną i że kule się jej nie imają. Twierdzono też, że jej pojawienie się, to kara Boska za wypędzenie z Francji zakonu jezuitów (ludzie lubią dawać wiarę wydarzeniom niezwykłym, które tylko w bardzo ograniczony sposób są ze sobą powiązane i tak właśnie było w tym przypadku, gdyż zakon jezuitów został wygnany z Francji dopiero w listopadzie 1764, a ataki miały miejsce już z końcem czerwca tego roku). Pojawiały się też teorie (głównie wśród okolicznych chłopów) że bestia, to tak naprawdę czarownik, który potrafi przemieniać się w zwierzę, a także że dusze ludzi potępionych wcielają się w wilki i atakują ludzi (niektórzy przypominali sobie też dawne ostrzeżenia francuskich hugenotów - głównie proroka Jurieu - sprzed prawie stu lat - którzy przepowiadali pojawienie się w tych okolicach dzikiej "Bestii" i ostrzegali przed rozlew krwi niewinnej oraz prześladowaniami sprawiedliwych). Ludzie bali się więc wychodzić do lasu, a także po wsi po zmroku, gdyż bestia ta atakowała także błąkające się samotnie osoby na wsiach i w małych miasteczkach. Dlatego zbierano się w grupy i nasłuchiwano, a gdy tylko dało się słyszeć jakiś krzyk w oddali, wówczas całą grupą pędzono w to miejsce i niejednokrotnie dzięki temu ocalano życie, czy to napadniętej kobiecie, czy też dziecku. Ludzie co prawda się bali, ale jednak pomagali sobie nawzajem, wiedząc że w grupie znacznie łatwiej będzie im osaczyć i ubić owego potwora. Zdarzały się też zwycięskie pojedynki z bestią pojedynczych osób - mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci. Przede wszystkim należało chronić szyje i okolice głowy, gdyż bestia najczęściej atakowała właśnie te miejsca, zdając sobie sprawę, że dzięki temu szybko może zadusić ofiarę. Ludzie opowiadali sobie przypadki, jak to zaatakowana matka, bohatersko i zwycięsko walczyła z bestią o swoje dzieci (tak, jak w miejscowości Rouget - 14 marca 1765 r.). Dwoje małych dzieci kobieta ta ocaliła, ale starsze, sześcioletnie, bestia porwała i uszła z nim w las. Wówczas nadbiegł pasterz z dużym psem pasterskim i ów pies poszedł w gęstwinę za bestią, dopadł ją i zmusił by puściła dziecko, choć sam odniósł poważne rany (szczególnie wokół pyska). Dziecko było wolne, ale odniesione rany (przede wszystkim głowy, którą bestia trzymała w pysku i za którą ciągnęła owe dziecko za sobą) sprawiły, że przeżyło tylko trzy kolejne dni. Takich przypadków było dość dużo (np. służąca walcząca z bestią w obronie swej pani), co też pokazywało determinację mieszkańców okolicznych ziem do wzajemnej obrony i ostatecznego rozprawienia się z niebezpieczeństwem.




Po czerwcu 1765 r. ataki były już mniejsze i obejmowały jedną lub dwie osoby w miesiącu. Tak było aż do początków listopada 1767 r. gdy bestia nagle zniknęła i już nigdy się nie pojawiła, a co za tym idzie zakończyły się też ataki na okoliczną ludność. Ludzie zastanawiali się, co też mogło być powodem pojawienia się bestii i czym ona właściwie była. Starano się powiązać tę sprawę z historią rodziny Marvejols, którzy (ojciec, matka i dwóch synów) zostali w 1762 r. oskarżeni o tresowanie wilków w celu ograbiania podróżnych i skazano ich za to na śmierć przez powieszenie. Wyrok został wykonany. Być może było w tym jakieś ziarno prawdy, a owe "Bestie z Gévaudan" (bo zapewne były co najmniej dwa, lub trzy tego typu osobniki, tym bardziej że ataki odnotowywano czasem tego samego dnia w różnych, znacznie oddalonych od siebie miejscach) może były jaką pozostałością po "stadzie" rodziny Marvejols, które to po ich śmierci musiało samo szukać pożywienia. Ale to oczywiście tylko jedna z hipotez, gdyż do dziś dokładnie nie wiadomo czym (lub... kim) była "Bestia z Gévaudan". Pozostaje nam więc jedynie gdybanina i bujna wyobraźnia, widząca w owej bestii wilkołaka, pumę, lub jakieś inne dzikie zwierzę, skrzyżowane z wilkiem.     
 

 

 
  


niedziela, 5 lipca 2020

DRUGA KADROWA - Cz. I

CZYLI - JAK TO KONTYNUATORZY

DZIEŁA MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 

z PROMETEJSKIEJ "HYDRY"

ZAMIERZALI WYRWAĆ KRAJ 

SPOD SOWIECKIEJ OKUPACJI po 1945 r. 






"W ŻYCIU LUDZKOŚCI NIE MA TAKICH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH MOŻNA BY SPOKOJNIE I BEZPIECZNIE WIĆ SOBIE GNIAZDO CICHEGO SZCZĘŚCIA, NIE MA TYCH ZACISZY, W CZASIE KTÓRYCH NARÓD MÓGŁBY SOBIE POWIEDZIEĆ: DOŚĆ JUŻ SIĘ NAHAROWAŁEM, DOŚĆ JUŻ TEJ WIECZNEJ SŁUŻBY NA POSTERUNKU, DOŚĆ JUŻ TEGO WYSIŁKU. NARÓD, ZDOLNY DO WYPEŁNIENIA SWEJ MISJI DZIEJOWEJ, WIELKOŚCIĄ SWEGO WYSIŁKU I JEGO DŁUGOTRWAŁOŚCIĄ MIERZY SWE SIŁY ŻYWOTNE (...) TAKI NARÓD WIE, ŻE Z POSTERUNKU NIGDY SIĘ NIE SCHODZI, ŻE MOŻE BYĆ TYLKO MOWA O LUZOWANIU NA TYM POSTERUNKU, O LUZOWANIU JEDNEGO POKOLENIA PRZEZ POKOLENIE NASTĘPNE"


MARSZAŁEK EDWARD RYDZ-ŚMIGŁY



 Czym był "Ruch Prometejski" i "Prometejska Konspiracja"? Zapewne bardzo niewielu ma o tym zjawisku jakieś większe pojęcie, gdyż określenie to praktycznie nie istnieje w odniesieniu do kluczowych zjawisk historycznych, jakie miały miejsce w Europie (i na Świecie) w ciągu ostatnich stu lat. Praktycznie rzecz biorąc, jeśli w ogóle mówi się o Prometeizmie, to tylko w odniesieniu do koncepcji Józefa Piłsudskiego zrodzonej już po odzyskaniu niepodległości Polski w 1918 r. i kształtowanej dopiero w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego stulecia - czyli innymi słowy: Ruch Prometejski był autorstwa Piłsudskiego i dążył do politycznego rozczłonkowania Rosji (a raczej Związku Sowieckiego), poprzez wzmacnianie ruchów odśrodkowych wśród zgnębionych przez Moskali innych narodów wchodzących w skład byłego Imperium Rosyjskiego a potem Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. I w zasadzie nasza wiedza na ten temat w tym miejscu już się kończy. Ruch Prometejski okazuje się nie spełnił swoich zamierzeń politycznych, przez co został zmarginalizowany i ostatecznie przestał istnieć. To tyle - jeśli chodzi o jakąkolwiek wiedzę na ten temat. Szkoda że jest ona tak płytka i tak powierzchowna, iż opiera się tylko na oficjalnych definicjach, które - co prawda odzwierciedlają pewien stan faktyczny, ale - jednak nie opisują nam całości zagadnienia i nawet nie próbują udawać że na poważnie podchodzą do tematu. Pytanie bowiem nie brzmi tylko i wyłącznie czym był Ruch Prometejski, ale również (a może przede wszystkim) jakie były/są jego prawdziwe korzenie, kiedy tak naprawdę powstał, oraz (co równie ważne) czy istnieje po dziś dzień? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tej właśnie blogowej serii (pewne odniesienia do tematu czyniłem już co prawda kilkukrotnie wcześniej, choć jeszcze na poważnie o tym nigdy nie pisałem). Może więc warto poznać prawdziwe dzieje tej formacji, aby uświadomić sobie że zarówno jej początek jak i koniec wcale nie nastąpiły tam, gdzie chcieliby je widzieć autorzy piszący (choćby w Wikipedii) o tym właśnie pojęciu. Mało tego, Ruch Prometejski nie tylko że nie zakończył swej działalności po roku 1945 i końcu II Wojny Światowej, ale działał jeszcze długie lata - i to często w samym sercu sowieckiego "ula" - mało tego ... on nigdy nie przestał działać!



RUCH PROMETEJSKI - POCZĄTEK

CZYLI 

"BÓG JEST Z NAPOLEONEM, 

NAPOLEON Z NAMI" 

 Cz. I





 Bezpośrednim powodem wykrystalizowania się koncepcji prometejskiej, stał się upadek państwa polskiego w końcu XVIII wieku, upadek do którego w ogromnej mierze przyczyniła się rodzima Targowica. Warto jednak (pokrótce) przypomnieć sobie jak to się w ogóle stało, że pojawili się ludzie, którzy gotowi byli jawnie działać przeciwko interesowi Rzeczpospolitej, żebrząc wręcz o interwencję obcych mocarstw w celu przywrócenia w Polsce "demokracji". Uświadomienie sobie tego aspektu jest o tyle ważne, że żyjąc współcześnie i obserwując historyczne wydarzenia bogatsi o wiedzę kolejnych dziesięcioleci - często ulegamy pewnym kalkom myślowym, które przekładają obecną wiedzę w tamte czasy. Tak dzieje się również wśród historyków, którzy np. twierdzą że lepiej byłoby dla Polski, gdyby król Jan III Sobieski nie wyruszył na odsiecz obleganego przez Turków Wiednia, bo wówczas z gry zostałby wyeliminowany austriacki zaborca. Myślenie to jest o tyle płytkie, że opiera się jedynie o analizę wiedzy historycznej którą posiadamy my, natomiast tej wiedzy nie mieli ludzie żyjący w tamtym czasie i dla nich wówczas ogromnym zagrożeniem była właśnie ekspansja muzułmańska na Europę. Przecież po upadku Wiednia, co prawda Austria Habsburgów przestałaby istnieć i nie stałaby się w sto lat później jednym z zaborców Rzeczpospolitej, ale... jej miejsce mogła równie dobrze zająć Porta Osmańska i dziś zastanawialibyśmy się czy lepiej by było , gdyby Sobieski jednak wyruszył na odsiecz Wiednia. Ta sama kwestia dotyczy i innych aspektów historii, polityki i geopolityki. Ktoś bowiem powie: nie doszłoby do rozbiorów, gdyby w XV lub XVI wieku Korona Polska i Wielkie Księstwo Litewskie "usunęło" Rosję z mapy Europy (i Azji), a była wówczas taka możliwość. Gdyby w pierwszych dekadach XVII wieku Rzeczpospolita wykorzystała sprzyjającą sytuację i rozbiła Rosję - również nie doszłoby do rozbiorów. A Prusy Książęce (główna przyczyna późniejszego rozbioru ze strony Brandenburgii), gdyby je włączyć w granice Polski już po sekularyzacji w 1525 r. sprawa byłaby rozwiązana. To prawda, problem polega jednak na tym, że tak wówczas nie rozumowano. Bowiem sądzono iż zarówno zhołdowanie Zakonu Krzyżackiego, jak i wyrwanie Moskwie ogromnych terenów na Wschodzie - jest już wystarczającym sukcesem i rzeczywiście, mimo wszystko na tamte czasy to były bezapelacyjne triumfy. Tyle tylko że my, bogatsi o dzisiejszą wiedzę historyczną, możemy mieć co do tego pewne zastrzeżenia.

Należy też pamiętać że Rzeczpospolita była potęgą, była mocarstwem, ale mocarstwem... pokojowym, w którym siła budowana była nie poprzez miecz i krew, a właśnie poprzez dobrowolne unie polityczne, które przyciągały do nas inne państwa i inne ludy - niczym magnes (wówczas bycie Polakiem, to było coś niesamowicie wręcz nobilitującego). Oczywiście nie znaczy to, że siła Polski opierała się wówczas tylko na uniach, układach i sojuszach - bo to nie prawda. Do dziś w polskiej świadomości historycznej istnieje na przykład mit Grunwaldu - bitwy, w czasie której Korona Polska i Litwa ostatecznie powstrzymały ekspansywną politykę Zakonu Krzyżackiego. Niestety - to bzdura! Grunwald 1410 r. nie był wcale bitwą obronną, bitwą gdzie jedynie broniliśmy się przed teutońską ekspansją. Bitwa to bowiem była początkiem mocarstwa, które następnie dominowało w Europie Środkowej i Wschodniej przez kolejne cztery wieki. Grunwald był więc aktem erekcyjnym przyszłego Imperium Polonorum, a nie żadnym powstrzymaniem ekspansji niemieckiej. To ta właśnie bitwa dała początek państwu o silnej demokracji i samorządności, o posuniętym niekiedy do przesady umiłowaniu wolności, o sile prawa (oczywiście im dalej na wschód, tym oddziaływanie prawa było słabsze), o powszechnej tolerancji religijnej, a jednocześnie państwa przed którym drżały sąsiednie mocarstwa, państwa które (jako jedyne w historii Europy, nie licząc krótkiego epizodu napoleońskiego) zajęło i utrzymało Moskwę, które narzucało swoje prawa i swoje obyczaje okolicznym ludom i które dominowało od Dunaju po Estonię i od granic miasta Moskwy do rzeki Odry. Cztery wieki takiej potęgi, gdzie król miał bardzo słabą pozycję polityczną i gdzie dominowała "wola ludu" wyrażana na sejmach i sejmikach ziemskich (a należy pamiętać że demokracje z reguły są słabsze od dyktatur, jako że podejmowane decyzje muszą tam uwzględniać tzw.: opinię publiczną - która często bywa zmienna, natomiast w dyktaturach i monarchiach absolutnych liczy się tylko wola władcy) i gdzie szlachta bardzo sceptycznie podchodziła do królewskich planów zwiększenia wojska - widząc w tym zamach na własne prawa i na ową demokrację, która wówczas stała się dla nich wręcz nową religią. A mimo to w polu wojsko Rzeczypospolitej było praktycznie nie do zatrzymania (i to nie tylko wojsko zaciężne, ale również pospolite ruszenie szlacheckie, które wielokrotnie - wbrew istniejącym kalkom propagandowym, aplikowanym naszemu społeczeństwu w czasach komunizmu - rozgramiało w bitwach liczniejszą od siebie zawodową armię wroga).




Na czym jednak polegała słabość Rzeczpospolitej, bowiem taka słabość rzeczywiście istniała? Otóż polegała ona na tym, że szlachta (tworząca naród Rzeczpospolitej) była aż do bólu pacyfistyczna i jeżeli istniała możliwość załagodzenia konfliktu na drodze pokojowej, to angażowano się w to, nie myśląc już nawet o wojaczce (tak właśnie zaprzepaszczona została koncepcja wielkiej wojny z Osmanami i wyzwolenia Bałkanów oraz likwidacji muzułmańskiego zagrożenia Europy, jaką chciał w latach 40-tych XVII wieku przeprowadzić król Władysław IV - o czym zresztą pisałem w oddzielnej serii blogowej). Szlachta bowiem bała się wojować nie dlatego że była pacyfistyczna ze swej natury (bo to bzdura), a właśnie dlatego, iż uważała że każda wojna prowadzi do nowych podatków, zaś sformowanie stałego wojska oznaczać może tylko jedno - wzmocnienie władzy królewskiej i wzrost tendencji absolutystycznych, a co za tym idzie powolny upadek demokracji szlacheckiej i odebranie szlachcie przywilejów jej "Złotej Wolności". Żeby to tak ładnie podsumować i dobitnie podkreślić, należałoby stwierdzić - Rzeczpospolita nie chciała się bić będąc bardzo silną i dlatego musiała potem bić się, będąc już bardzo słabą. I to właśnie jest całe podsumowanie naszej szlacheckiej tradycji (która - co bardzo ważne - realnie wykrystalizowała genotyp Polaka i to bez względu na jego pochodzenie społeczne. Przecież oglądając "Potop" czy "Pana Wołodyjowskiego" w kinach w latach 70-tych, potomkowie chłopów i mieszczan polskich przeżywali to w taki sposób, jakby rzeczywiście byli dziedzicami tamtej polskości i potomkami tamtych narodowych bohaterów - wywodzących się przecież w ogromnej większości ze szlachty). Dawna Rzeczpospolita nie padła więc dlatego, że nasi sąsiedzi byli tacy potężni, ale dlatego że my sami zrezygnowaliśmy z naszej potęgi, zaczynając realnie wierzyć że jesteśmy słabi. A skoro już uwierzyliśmy że staliśmy się słabi - to naturalnym stało się, iż musieliśmy mieć nad sobą jakiegoś protektora.

Długo trwały roszady kogo wybrać do tej roli - króla Szwecji - Karola XII, czy też cara Rosji - Piotra I (stąd wzięło się potem powiedzenie "Jedni do Sasa, drudzy do Lasa" - mające być odpowiedzią na kierunek "sojuszu", czy też podległości w czasie toczącej się Wojny Północnej, gdyż dotychczasowego króla Polski i elektora Saksonii - Augusta II Mocnego wspierał car Piotr, natomiast Stanisława Leszczyńskiego - "króla Piasta" - Karol XII). Dopiero 1 lutego 1717 r. na sejmie (który Rysiek Petru nazwał "głuchym" 😅) niemym (nazwa wzięła się stąd, iż żadnego z posłów nie dopuszczono wówczas do głosu, a nową konstytucję sejmową przyjęto jedynie poprzez jej odczytanie). Rzeczpospolita wówczas stawała się realnie "sojusznikiem" Rosji, a car Piotr publicznie deklarował iż: "wolności polskiej nie odstąpi", i przedstawiał się jako jedyny gwarant nienaruszalności ustroju Rzeczpospolitej. Sejm ten obradował w Warszawie pod rosyjskimi bagnetami (wysłany przez cara gen. Roenne wkroczył w granice Rzeczpospolitej z 18 000 żołnierzy już z końcem września roku poprzedniego) i jedynie milcząco potwierdzał warunki podpisanego 3 listopada 1716 r. traktatu warszawskiego. Warunki te sprowadzały się do kategorycznego usunięcia z Polski saskich urzędników króla Augusta II (na tym etapie August i Piotr konkurowali już o nowy model ustrojowy Rzeczpospolitej, przy czym ten pierwszy dążył do umocnienia swej królewskiej władzy w Polsce - również obsadzając stanowiska ministrami z Saksonii, co bardzo drażniło polską szlachtę, zaś ten drugi uznał że utrzymanie dotychczasowego ustroju Rzeczpospolitej - to znaczy decentralizacji państwa [panie Rafale Trzaskowski - mówi to panu coś 😑], liberum veto, oraz postępującej anarchizacji życia politycznego - jest jak najbardziej korzystne z punktu widzenia interesów rosyjskich. Dlatego też ogłosił się obrońcą "polskich swobód" [jak to się powtarza - prawda? Dziś pani Merkel też stoi na straży - choć oczywiście nieoficjalnie, jakże by inaczej - polskiej postkomunistycznej i postubeckiej demokracji oraz konstytucji Kwaśniewskiego z 1997 r. Ktoś już kiedyś powiedział, że wystarczy jedynie nauczyć się historii naszego upadku z XVIII - aby mieć podkładkę również i pod wydarzenia dziejące się współcześnie 😬]). Poza tym zmniejszono wówczas liczbę wojska do 24 000 (choć przeznaczono na jego potrzeby stałe podatki), królowi zabroniono wszczynać wojen bez zgody sejmu i więzić szlachtę bez wyroku sądowego (ale to wszystko obowiązywało już od czasu ustawy "Neminem captivabimus..." z 1425 r.). Wprowadzono także nienaruszalność "praw kardynalnych", czyli artykułów henrykowskich i pacta conventa, wolnej erekcji (😇) elekcji, liberum veto, nietykalności osobistej szlachty oraz dożywotności sprawowanych urzędów. Car Rosji bardzo szybko, gdyż już w lutym 1720 r. zawarł dodatkowo jeszcze układ z Prusami/Brandenburgią, mający na celu utrzymanie w Rzeczpospolitej "Złotej Wolności" i nie dopuszczenie do jakichkolwiek zmian ustrojowych.



"BYŁA DEMOKRACJA, 
WIĘC KAŻDY MÓGŁ PIĆ, ILE CHCIAŁ.
O PODATKACH DECYDOWALI SOBIE SAMI, 
WIĘC ICH NIE PŁACILI,
A W DODATKU MOGLI SOBIE WYBRAĆ KRÓLA NAJGORSZEGO Z MOŻLIWYCH"

"TO SIĘ NAZYWAŁO - WOLNA EREKCJA"
"I ZOSTAŁO CI DO DZISIAJ" 😅

 "I PODCZAS WOLNEJ ELEKCJI, WYBRALI SOBIE KRÓLA STANISŁAWA AUGUSTA, KTÓRY BYŁ TROCHĘ ZNIEWIEŚCIAŁY, ALE ORGANIZOWAŁ BANKIETY - W KAŻDY CZWARTEK"

"GDZIE SA FRANCUSKIE TANCERKI?"

"MIAŁ BYĆ STRIPTIZ" 😄

"A MOŻE BY TAK KUPIĆ TROCHĘ ARMAT... I RAKIETY ZIEMIA-POWIETRZE" 😅 




Wojska rosyjskie opuściły granice Rzeczpospolitej w grudniu 1718 r., jednak nie wyniosły się Kurlandii (będącej od 1561 r. lennem Rzeczypospolitej). Przez długie lata istniał konflikt o opuszczenie Kurlandii przez rosyjskie wojsko (w styczniu 1719 r. zawarto nawet w tej sprawie sojusz między Polską, Austrią i Wielką Brytanią, które to państwa miały zmusić Moskwę do opuszczenia kurlandzkiej ziemi, ale oczywiście nic z tego nie wyszło. Potem jeszcze dwukrotnie w 1726 i 1731 r. wzywano Rosję do przestrzegania granic i opuszczenia zajętego terytorium - bezskutecznie, bowiem władzę w Kurlandii sprawowała od 1711 r. Anna Iwanowna Romanowa - córka cara Iwana V). Po raz kolejny wojska moskiewskie wkroczyły w granice Rzeczpospolitej w październiku 1733 r. (w czasie wojny o sukcesję polską z lat 1733-1735) i przebywały tutaj do końca tej wojny. W 1736 r. sejm ponownie wezwał Moskwę do opuszczenia Kurlandii i wezwanie ponownie okazało się bezskuteczne (dyplomacja bez siły militarnej, jest niczym motyl bez skrzydeł), dodatkowo też w latach 1738 i 1739 wojska rosyjskie dwukrotnie naruszyły granicę z Rzeczpospolitą na Ukrainie, zaś w 1748 r. caryca Elżbieta Piotrowna (córka Piotra I) wysłała wojska, które miały przemaszerować do Niemiec przez terytorium Polski (w czasie wojny o sukcesję austriacką, toczoną w latach 1740-1748) - i tak też się stało. Jednak okres między 1735 a 1757 r. uważany był w Polsce za niezwykle długi czas pokoju i to właśnie wówczas narodziło się powiedzenie: "Za króla Sasa, jedz, pij i popuszczaj pasa". Rosjanie ponownie przekroczyli granicę Rzeczpospolitej w lecie 1757 r. na początku wojny siedmioletniej (toczonej w latach 1756-1763) i przeszli przez Litwę, czyniąc tam ogromne szkody (w samych dobrach kanclerza litewskiego - Michała Czartoryskiego, spalono kilkanaście wiosek), zaś w lutym 1759 r. do Wielkopolski wkroczyli także Prusacy Fryderyka Wielkiego - czyniąc kolejne spustoszenia. Prusacy ostatecznie wycofali się jednak do 1763 r. (ostatnie ich większe starcie na ziemiach polskich z Rosjanami miało miejsce w lecie 1761 r.), natomiast Moskale pozostali tu aż do 1789 r.

Warto tutaj również odnotować zgubny wpływ liberum veto na polski parlamentaryzm i skuteczne wykorzystywanie go przez inne państwa do blokowania jakichkolwiek (niekorzystnych z punktu widzenia obcych dworów) zmian ustrojowych w Rzeczpospolitej. Weto po raz pierwszy zostało użyte na sejmie 9 marca 1652 r. przez posła z Upity - Władysława Sicińskiego (który potem był symbolem najgorszych klęsk Rzeczpospolitej. Mówiono też, że za ów postępek trafił go piorun, a ziemia nie chciała przyjąć jego zwłok, dlatego też po 1672 r. zabalsamowano je i pokazywano przez długie lata - jeszcze w XIX wieku - w kościele w Upicie - jako symbol zdrady i upadku dawnej Rzeczpospolitej), zaś w kolejnych dziesięcioleciach stało się tak popularne, że mało który sejm w XVIII wieku doszedł do skutku i zdążył uchwalić konstytucję (niektóre zrywano nawet jeszcze przed wyborem marszałka sejmu). Problem z liberum veto polegał na tym, że w polskim parlamentaryzmie obowiązywała zasada jednomyślności (czyli po staropolsku "ucierania się"), a obrady trwały tak długo, aż osiągnięto  wspólny konsensus. Dlatego też nawet jeden głos zdecydowanego sprzeciwu, oznaczać mógł storpedowanie długo przygotowywanych planów reform ustrojowych i wzmocnienia wojska, co też powodowało że ze zrywania sejmów korzystały szczególnie obce dwory. I tak, Moskwa (przez przekupionych posłów), zerwała sejmy w latach: 1718, 1719, 1720, 1722, 1724, 1726, 1729, 1730, 1732, 1733, 1760 i 1762. Francja zerwała sejmy w latach: 1681, 1698, 1735, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1754 i 1758. O Prusach zaś nie ma co nawet pisać, bo z ich inicjatywy zostały zerwane praktycznie wszystkie sejmy, począwszy od XVIII wieku, więc nie ma sensu ich wymieniać. Warto jeszcze dodać, że sejmy zrywali też polscy magnaci, jak choćby Potoccy, którzy czynili to w latach: 1720, 1729, 1730, 1732, 1738, 1740, 1744, 1746, 1748, 1750, 1752, 1758 i 1760. Sapiehowie: 1688, 1689, 1695, 1698, 1701, 1729 i 1730. Lubomirscy: 1664, 1665, 1666 i 1754. Warto zauważyć że wiele dat się wzajemnie pokrywa, co oznacza że interes magnaterii częstokroć szedł w parze z interesem obcych mocarstw. W każdym razie Rzeczpospolita stała się pośmiewiskiem Europy, niezdolnym do przyjęcia jakiegokolwiek prawa i podjęcia decyzji, trwała zaś jedynie siłą rozpędu, wpadając coraz bardziej w całkowitą zależność od Moskwy (Wielki Wezyr Osmański - Ali Pasza, żalił się publicznie w 1743 r. - iż system panujący w Rzeczpospolitej przypomina całkowitą anarchię i nic nie można tam uzgodnić - pisał więc: "Cóż mamy czynić z narodem, gdzie dla wykonania jakiejś rzeczy, trzeba najpierw trzydzieści tysięcy głów nakryć jedną czapką"). W takich warunkach wypracowanie wspólnego konsensusu było praktycznie niemożliwe.   


"MUSIMY ZNALEŹĆ KONSENSUS...
POROZMAWIAĆ ZNACZY"  😎 



Inną zupełnie kwestią były projektowane plany rozbiorów tego apatycznego już wówczas i pogrążającego się w coraz większej politycznej anarchii państwa, jakim stała się Rzeczpospolita Obojga Narodów. Pierwszy plan rozbioru Polski został przedstawiony we wrześniu 1392 r. przez księcia Władysława Opolczyka (założyciela klasztoru na Jasnej Górze w Częstochowie i tego, który przewiózł i umieścił w tym klasztorze w 1384 r. cudowny obraz Madonny z Jezusem), proponował on wówczas Krzyżakom rozbiór ziem Korony Polskiej pomiędzy Zakon, Czechy i Węgry (jak oczywiście wiadomo, plany te nie doszły do skutku, gdyż Polska była na drodze ku potędze, a po 1410 r. i bitwie pod Grunwaldem, stała się jednym z największych europejskich mocarstw). Ponownie powrócono do planów rozbiorowych w czasie Potopu szwedzkiego, wojny z Moskwą i agresji księcia siedmiogrodzkiego - Jerzego II Rakoczego w 1657 r., ale i wówczas okazały się one jedynie wydmuszką (Rakoczy został rozbity w bitwach pod Magierowem i Czarnym Ostrowem i to tak, iż musiał podpisać kapitulację, Szwedzi zaś zostali wypędzeni z Rzeczpospolitej do 1658 r. zaś Moskwa - która od 1654 r. zajęła sporą część Litwy, Ukrainy i Białorusi, została rozbita w bitwach pod Lachowiczami, Połonką, Basią i Cudnowem w 1660 r. zaś w roku następnym działania wojenne toczyły się już na terytorium rosyjskim). Wówczas więc, póki Rzeczpospolita była silna, plany rozbiorów mogły co najwyżej powstać na papierze i warte były tyle, co ów papier na którym zostały wydrukowane. Jednak już w XVIII wieku, gdy Korona Polska nie była zdolna do przeprowadzenia podstawowych reform ustrojowych, rozbiory stały się realnym zagrożeniem. Już w styczniu 1733 r. król August II Mocny zaproponował (w rozmowie z pruskim ministrem Fryderykiem Grumbkowem) zajęcie Prus Królewskich wraz z Toruniem (bez Gdańska), zaś Ukrainę, Białoruś i dużą część Litwy (bez Wilna) zamierzał oddać Rosji. Plan ten ostatecznie nie doszedł do skutku, gdyż August Mocny zmarł 1 lutego 1733 r. w Warszawie.

Kolejny plan rozbioru Rzeczpospolitej, opracowała już nowa władczyni Rosji, zaraz po swym wstąpieniu na tron w lipcu 1762 r. - Katarzyna II. Plan ten przewidywał, iż Kurlandia i Inflanty Polskie zostaną włączone do Rosji, w zamian za to Polska miała otrzymać kosztem Prus - Prusy Książęce z Królewcem. Plan ten wciąż przewidywał utrzymanie Rzeczpospolitej w stanie zależności od Moskwy. Nie mógł też się powieść, gdyż po pierwsze został opracowany "na gorąco" (zaraz po obaleniu i zamordowaniu męża Katarzyny - cara Piotra III, który był wielkim miłośnikiem Prus i pruskiego militaryzmu), jako policzek wymierzony w męża carycy, a po drugie Fryderyk II z pewnością nie zgodziłby się na jego realizację i pomimo osłabienia królestwa w długiej wojnie siedmioletniej, toczyłby dalsze walki o Prusy Książęce, a tej wojny Katarzyna już nie zamierzała prowadzić. W 1768 r. opracowano (tym razem w Wiedniu) kolejny plan rozbiorowy. Cesarzowa Austrii - Maria Teresa zaproponowała Katarzynie i Fryderykowi następujący podział ziem polskich: Prusy otrzymają Kurlandię, Semigalię i Warmię, w zamian za co zwrócą Austrii Śląsk (zdobyty przez Fryderyka w roku w 1742 r.). Rosja natomiast miała utrzymać w Rzeczpospolitej w dalszym ciągu stan całkowitej zależności. Plan ten jednak został storpedowany przez Prusaków, gdyż król Fryderyk nie zamierzał oddawać swej najbogatszej prowincji, w zamian za niewiele znaczące ziemie w Prusach i Inflantach. Dlatego też już w 1769 r. opracowany został plan Fryderyka, który zakładał podział ziem polskich: Pomorze i Żmudź miały zostać włączone do Prus (ewentualnie jeszcze Wielkopolska, ale z niej król pruski mógł zrezygnować, gdyby napotkał zbyt duży opór ze strony Rosji), reszta Polski miała zaś zostać włączona bezpośrednio do Rosji. Projekt króla Prus nie spodobał się Katarzynie (zresztą trudno się dziwić i tak kontrolowała całą Polskę, po co więc miała doprowadzać do rozbiorów i dzielić się tymi ziemiami z Prusakami). Jednak jeszcze w tym samym 1769 r. Austria zajęła Spisz i Orawę (ziemie na Węgrzech będące we władaniu Rzeczpospolitej od 1412 r.), zaś w 1770 r. dodatkowo jeszcze Sądecczyznę i Podhale wraz z kopalniami soli w Wieliczce i Bochni, dlatego też stosunek Katarzyny do rozbiorów uległ zmianie. 




Rzeczpospolita była już realnie od 1768 r. (i podpisaniu niekorzystnego układu z Moskwą o "wieczystej przyjaźni", w którym co prawda Katarzyna dawała gwarancje nienaruszalności granic Polski, ale jednak Rosja stawała się gwarantem utrzymania "Złotej Wolności" szlacheckiej i ustroju panującego w Rzeczpospolitej. Tym samym Polska realnie i oficjalnie stawała się rosyjskim protektoratem). Wybuch antyrosyjskiej konfederacji barskiej (z lat 1768-1772) przyspieszył tylko zgodę carycy na rozbiór ziem polskich, do którego doszło ostatecznie 5 sierpnia 1772 r. układem podpisanym przez trzy mocarstwa: Rosję, Prusy i Austrię w Petersburgu. Rosja zajęła 92 tysiące kilometrów kwadratowych i 1 milion 300 tysięcy ludności, były to ziemie województw połockiego, witebskiego i mścisławskiego - tworząc tam gubernię białoruską. Prusy zajęły 36,5 tys. km. kw. i 580 tysięcy ludności - całe Pomorze (bez Gdańska), Warmię, Kujawy i ziemię chełmińską, tworząc tam Okręg Nadnotecki i Prusy Zachodnie. Austrii zaś przypadło 81 tys. km. kw. i 2 miliony 650 tysięcy mieszkańców - czyli województwa krakowskie, ruskie, bełskie i część sandomierskiego. Rzeczpospolita utraciła łącznie 30 procent swego terytorium. Oczywiście zaborcy domagali się, aby rozbiory zatwierdził sejm, jednak aby nie doszło do jego zerwania przez liberum veto (i teraz właśnie weto byłoby bardzo pomocne) caryca domagała się, aby sejm przekształcić w konfederację, gdzie decyzje miały zapadać zwykłą większością głosów i tak właśnie się stało - 18 września 1773 r. sejm przekształcony w konfederację (którego marszałkiem wybrany został kuchmistrz koronny, płatny szpieg Moskwy Adam Koniński) zatwierdził rozbiór. Był to pierwszy w historii rozbiór ziem polskich, dwa kolejne miały nadejść jeszcze w XVIII wieku, zaś do czwartego doszło w... 1939 r. gdy hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki napadły na Polskę i ją sobie wzajemnie podzieliły między siebie (jak również całą Europę Środkową). Lecz prometejska konspiracja, która doprowadziła do odrodzenia Polski w 1918 r., cały czas intensywnie pracowała nad "rwaniem" - owego sowieckiego kolosa - głównie po szwach narodowych, choć nie tylko. I to się udało, w latach 1989-1991 cały blok komunistyczny musiał upaść (inna sprawa, że bolszewicy mieli przygotowane wyjście awaryjne w postaci "transformacji ustrojowej"). Pamiętajcie też że prometejska hydra [w takiej lub innej formie] działa intensywnie po dziś dzień.

PS: Co ciekawe, o ile w czasach panowania Augusta II Mocnego na 13 sejmów zerwano aż 9, za jego syna - Augusta III na 13 sejmów zerwano... 12, natomiast za panowania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego nie został zerwany żaden sejm, dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, o ile pozycja Rosji, jako hegemona w Rzeczpospolitej nie była wcześniej oficjalna, o tyle Moskwa musiała polegać na sprzedajnych posłach i ich wecie wobec niekorzystnych dla siebie ustaw i propozycji reform. Ale odkąd Rzeczpospolita już realnie stała się rosyjską kolonią, utrzymywanie weta jako politycznej blokady wprowadzanych ustaw, było nie tylko niepotrzebne, ale wręcz stawało się szkodliwe z punktu widzenia Moskwy. Tym bardziej że za króla Stasia i tak głosowano na sejmach to, czego życzyła sobie caryca Katarzyna, dlatego też weto było tylko zagrożeniem i mogło służyć do blokowania korzystnych dla Rosji ustaw. Dlatego też żaden sejm w latach 1764-1795 nie został już zerwany za pomocą tej broni (inna sprawa że liberum veto zostało zniesione przez Konstytucję 3 Maja w 1791 r.). I wszyscy posłowie musieli się temu podporządkować, a kto był oporny, to czekał go los owych nieszczęśników: biskupa krakowskiego Kajetana Sołtyka, biskupa kijowskiego Józefa Andrzeja Załuskiego, hetmana polnego koronnego Wacława Rzewuskiego i jego syna Seweryna, porwanych na sejmie delegacyjnym na rozkaz rosyjskiego ambasadora - Nikołaja Repnina - 14 października 1767 r. i wywiezionych do Kaługi. 


PS2: W kolejnej części omówię jeszcze dwa pozostałe rozbiory i przejdę już bezpośrednio do prezentacji początków Ruchu Prometejskiego, który (a jakże) najbardziej sprzyjające warunki zyskał u boku korsykańskiego generała, co wkrótce potem stał się cesarzem Francuzów, a w 1812 r. rozpoczął próbę wskrzeszenia dawnej Rzeczypospolitej, najeżdżając Rosję i ogłaszając II Wojnę Polską (stąd potem powstał nawet na ten temat wiersz, który brzmiał: "Głupi Napoleonie, gdybyś za Renem siedział nigdy by się o tobie Hudson Lowe nie dowiedział". Dla przypomnienia - Hudson Lowe był brytyjskim gubernatorem św. Heleny na którą trafił Cesarz Napoleon po swej ostatecznej klęsce pod Waterloo w 1815 r.). Tak więc u boku Bonapartego, zrodziła się konspiracja, która przetrwała potem cały XIX wiek, pracując intensywnie nad jednym celem - rozbicia Rosji i wskrzeszenia Polski (oraz innych ciemiężonych przez Moskali narodów) i to im się ostatecznie udało w listopadzie 1918 r. (nic więc dziwnego, że po klęsce Polski w 1939 r. Stalin z takim zamiłowaniem na przełomie 1939/1940 r. oglądał sztukę Michała Glinki pt.: "Życie za cara", opowiadającej o wypędzeniu Polaków z Moskwy w 1612 r. Szczególnie zaś podobała mu się jedna scena - właściwie oglądał to oglądał tę sztukę tylko dla niej - pokazująca jak Polacy ostatecznie tonęli w bagnie. Potem zaś był Katyń... Czyżby Stalin tak bardzo bał się prometejskiej Hydry, że wydał rozkaz zabicia wziętych do niewoli, ponad 22 000 żołnierzy i oficerów Niepodległej Polski?






CDN.

niedziela, 28 czerwca 2020

Z PAMIĘTNIKÓW KRÓLA STASIA - Cz. I

OSIEMNASTE STULECIE WIDZIANE

PRZEZ OSTATNIEGO KRÓLA POLSKI

STANISŁAWA AUGUSTA

PONIATOWSKIEGO




 

Dziś co prawda miały być przepisy staropolskiej kuchni kresowej - ale, uznałem że temat ten może poczekać (np. do jutra), a dziś postanowiłem zająć się prezentacją pamiętników ostatniego króla Rzeczpospolitej Obojga Narodów - Stanisława Augusta Poniatowskiego, zwanego potocznie "królem Stasiem" (np. w latach 1787/1788, gdy Poniatowski ogłosił zbiórkę pieniędzy na budowę pomnika króla Jana III Sobieskiego - zwycięzcy Turków spod Wiednia z 1683 r., który to triumf ocalił wówczas Europę [a z pewnością Austrię i Niemcy] przed osmańską niewolą. Wówczas to po Warszawie zaczął krążyć taki oto wiersz: "Dwa tysiące na pomnik? Ja bym i dwakroć łożył, aby Staś skamieniał, a Jan III ożył"). Relacje Stanisława Augusta Poniatowskiego na temat kluczowych wydarzeń epoki w której przyszło mu żyć, są ciekawe i wiele z tych opisów można się dowiedzieć na temat mentalności ludzi wówczas żyjących. Król Stanisław August Poniatowski nie zapisał się dobrą pamięcią w naszych dziejach. Co prawda, jeśli chodzi o mecenat kulturalny, rozwój sztuki czy też pewne nieśmiałe próby odrodzenia dawnej potęgi państwa - to rzeczywiście należy przyznać że król je wspierał, jednak okres jego panowania (1764-1795) przypadł na czasy całkowitego uzależnienia Rzeczpospolitej od Rosji, czemu król w żaden sposób nawet nie próbował przeszkadzać. Jego krótki romans z małżonką następcy rosyjskiego tronu - Katarzyną Aleksiejewną - późniejszą carycą Katarzyną II - odcisnął swe piętno na całym jego późniejszym życiu (można nawet zaryzykować stwierdzenie że w pewien sposób król obawiał się carycy). 

Stanisław August podjął co prawda próby wzmocnienia kraju (był jednym z autorów pierwszej europejskiej konstytucji, zwanej też Konstytucją 3 Maja 1791 r.), ale wkrótce potem (1792 r.) przeszedł do targowicy - czyli tych wszystkich zdrajców, którzy wezwali na pomoc carycę Katarzynę, w niej właśnie upatrując gwarancji utrzymania swych dawnych praw i przywilejów, które Konstytucja 3 Maja w dużej mierze znosiła. Niestety, targowicka "hołota intelektualna" nie pomyślała, że zapłatą za pomoc będą rozbiory i w konsekwencji całkowite wymazanie Rzeczpospolitej z mapy świata w 1795 r. Do dziś w Polsce określenie "Targowica" (od miejscowości, gdzie została zawiązana konfederacja przeciwna Konstytucji i wzywająca carycę do udzielenia pomocy w jej obaleniu), jest symbolem największej zdrady i zaprzaństwa w naszych dziejach, a "król Staś - bez względu na jego wcześniejsze zasługi (np. był założycielem Szkoły Rycerskiej, czyli takiej polskiej West Point - w której kształciło się wielu późniejszych polskich wodzów Epoki Napoleońskiej czy Powstania Listopadowego - w tym m.in.: Tadeusz Kościuszko, bohater walk o Niepodległość USA) to jednak ewidentnie przyczynił się król do upadku tamtej Rzeczpospolitej, na którą ponowne odrodzenie trzeba było czekać przez kolejne 123 lata. 

Owe "Pamiętniki" Stanisław August zaczął pisać w roku 1771 i doprowadził je do roku 1778:
      

   

 PAMIĘTNIKI KRÓLA STANISŁAWA

AUGUSTA PONIATOWSKIEGO

(z lat 1748-1778)

Cz. I





 

 CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ I



Moje urodzenie. Jestem zakładnikiem i z jakiego powodu. Charakter matki. Wychowanie. Śliwicki. Pierwsza podróż. Korzyść z udziału w kampaniach wojennych. Słowo dane rodzicom. Kaunitz. Loevendal. Maurycy Saski. Berg-op-Zoom. Pan de Court. Bouquet. Breda. Obóz holenderski. Zapał Holendrów dla domu Orańskiego. Akwizgran po raz drugi. Choroba.


Urodziłem się 17 stycznia 1732 r. w Wołczynie, w województwie brzesko-litewskim, w majętności należącej wtenczas do mego ojca, na rok przed śmiercią Augusta II (elektor Saksonii Fryderyk August I z saskiej dynastii Wettynów, panował w Rzeczpospolitej jako August II Mocny w latach 1697-1733). Podczas zamieszek, które niebawem nastąpiły (w czasie wojny o sukcesję polską z lat 1733-1735), porwany z kolebki (na polecenie wojewody kijowskiego - Józefa Potockiego, zwolennika kandydata do tronu polskiego - Stanisława Leszczyńskiego, ojca królowej Francji i żony Ludwika XV - Marii Leszczyńskiej. Natomiast rodzina Poniatowskich wspierała Augusta III - syna Augusta II Mocnego) , odwieziony zostałem jako zakładnik do Kamieńca przez wojewodę kijowskiego, Potockiego (później hetmana wielkiego i kasztelana krakowskiego), który tym sposobem chciał dowieść przywiązania swego do króla Stanisława Leszczyńskiego, chociaż skrycie zaczął był już układy z jego współzawodnikiem, Augustem III, zanim jeszcze ojciec mój zmuszony został, po kapitulacji Gdańska, poddać się prawom zwycięzcy, razem z prymasem Potockim i wszystkimi innymi magnatami polskimi, obecnymi wówczas w tym mieście. Wojewoda dogodził w tym razie, jak i w wielu innych, temu uczuciu zazdrości i nienawiści, jakie miał dla mego ojca, a które było przyczyną wielu wypadków za panowania obu Augustów, i wywołało skutki nawet za moich rządów, rodząc wieczne współzawodnictwo między domem Potockich i moim: uczestniczyli w niem z jednej strony bracia mojej matki, książęta Czartoryscy, z licznymi stronnikami swymi, a z drugiej Radziwiłłowie, Mniszchowie i wielu innych.

Po skończonym oblężeniu Gdańska rodzice sprowadzili mnie tam. Miałem wtedy trzy lata; od tej chwili matka zajęła się moim wychowaniem, z tą wyższą inteligencją, która zasłynęła już jako wychowawczyni starszego mego rodzeństwa, a z większą jeszcze pieczołowitością. Ta prawdziwie niepospolita niewiasta nie tylko wyuczyła mnie sama połowy wszystkiego, co zwykle pozostawia się obcym nauczycielom, ale nadto starała się zahartować i podnieść duszę moją, co też w istocie, zgodnie z jej zamiarami, wyróżniło mnie od innych dzieci, ale zarazem stało się powodem niektórych wad moich. Uważałem się za wyższego od współtowarzyszy, bom nie pozwalał sobie na to, co im poczytywano za winy, a umiałem niejedną rzecz, jakiej ich jeszcze nie nauczono. Zakrawałem na istotkę bardzo dumną. Rzeczywista i powszechna ułomność wychowania narodowego w Polsce, zarówno pod względem naukowym jako też i moralnym, sprawiała, iż matka strzegła mnie od obcowania ze wszystkimi, których przykład, według niej, mógł mi zaszkodzić; to przyniosło tyleż zła z jednej, co dobra z drugiej strony. Szukając ludzi doskonałych, nie mówiłem już prawie z nikim, a wielka ilość tych, którym się zdawało, że nimi pogardzam, była powodem smutnego przywileju, że w piętnastym już roku miałem nieprzyjaciół; z drugiej jednak strony kierunek, jaki mi dano, ustrzegł mnie od wszystkiego, co w złem towarzystwie zaraźliwym bywa dla młodzieży. Powziąłem i zachowałem odrazę ku wszelkiej obłudzie, ale też miałem, jak na swój wiek i położenie, za wiele tej odrazy do wszystkiego, co nauczono mnie uważać za niskie i pospolite. 

Rzec można, nigdy nie dano mi być dzieckiem; a miało to ten skutek, jak gdyby z roku wyrzucono kwiecień. Uważam to dzisiaj za niepowetowaną stratę i ubolewam nad tym, bo myślę, że skłonność do melancholii, jakiej nieraz tak boleśnie doświadczam, jest skutkiem owej sztucznej i przedwczesnej mądrości, która nie ustrzegła mnie jednak od błędów, jakie popełnić było moim przeznaczeniem, a w najmłodszych latach o mało mnie nie zrobiła entuzjastą. Dwunastoletnim chłopcem doznawałem już teologicznych wątpliwości na punkcie wolnej woli i przeznaczenia, omylności zmysłów, bezwzględnego pyrronizmu itp. Przechodziło to aż w chorobę. Zawsze z wdzięcznością wspominać będę Ojca Śliwickiego, który mnie mądrze z tych niepokojów uwolnił. Miał on tyle zdrowego rozsądku, że zamiast uciekać się do sylogizmu, powiedział mi tylko: "Moje dziecko, czy być może, żebyś zupełnie powątpiewał o rzeczywistości tego, co widzisz i słyszysz? Gdybyś naprawdę nie miał wierzyć, nie byłbyś temu winien, ale Bóg nadto jest dobry, aby ciebie nie miał wybawić z niepokoju i cierpienia, jakiego doświadczasz, bylebyś prosił Go o to z ufnością, jako Stwórcę swojego, o którego istnieniu już samo twoje istnienie musi cię najwyraźniej przekonywać". Te kilka słów, serdeczny ich ton i zapewne wewnętrzna potrzeba wydobycia się z tego stanu, uspokoiły mnie. 

Nie znaczy to, żeby matka moja miała pretensję do uczenia mnie metafizyki w tych latach, ale, że unikając płochości dziecięcej! przyzwyczaiwszy się uważać na wszystko, co wokoło mnie mówiono, pochwyciłem i próbowałem zgłębiać wiele pojęć, nad którymi nie życzono wcale, żebym się nawet zastanawiał. Tkliwość naturalna, przy żywej wyobraźni, sprawiły, że czułem pociąg dochodzący do najwyższego uniesienia ku ludziom i rzeczom, które zasługiwały naprawdę lub tylko w moim mniemaniu na szacunek i uwielbienie, ale z drugiej znowu strony z surowością cenzora ganiłem i niemal brzydziłem się wszystkim, co znajdowałem godnym nagany. Skończyłem nareszcie lat szesnaście; umiałem na ten wiek dużo, byłem bardzo prawdomówny, bardzo posłuszny rodzicom, przez cześć dla ich przymiotów, z którymi nic w moich oczach nie mogło się równać; wierzyłem, że kto nie jest przynajmniej Arystydesem albo Katonem, ten jest niczym; poza tym wzrostu byłem bardzo małego, przysadzisty, niezgrabny, chorowity i pod wielu względami istny dziki arlekin. Takim byłem, kiedy mnie wyprawiono w pierwszą podróż.

Trzydzieści sześć tysięcy Rosjan pod wodzą księcia Repnina, ojca tego, który we dwadzieścia lat potem takim się głośnym stał w Polsce (Nikołaj Wasilijewicz Repnin był ambasadorem Rosji w Polsce, w latach 1764-1769. Realnie zaś to on przez lata decydował o kształcie polityki polskiej, która musiała być wówczas tożsama z moskiewską. W owych "Pamiętnikach" król Stanisław August użył następnie takiego zdania: "Ja i każdy dobry Polak jest i być musi właśnie przez patriotyzm przyjacielem Moskwy (...) Jestem dobrym moskalofilem..." - to ostatnie zdanie tłumaczone na język francuski brzmiało: "Je sius bon Russe". Bez komentarza), przechodziło wówczas przez ziemie nasze, dążąc na pomoc Maryi Teresie (była to wojna o sukcesję austriacką, toczona w latach 1740-1748). Ojciec mój, który dotychczas kierunek mojego wychowania wyłącznie prawie pozostawił matce, polecił mnie Lievenowi, drugiej z rzędu osobie w tej armii, a dawnemu znajomemu swemu. Odbyta kampania, zdaniem ojca, znaczyła więcej dla dokończenia wychowania, niż wszystkie na świecie akademie; matka miała odwagę podzielać zupełnie jego zdanie, i wiecznie żałować nie przestanę, że ich zamiary w tym względzie nie mogły przyjść do skutku. Kto, będąc powołany do rządzenia państwem, nie zna sam wojny, jest jak człowiek pozbawiony jednego z pięciu zmysłów; jeżeli w ciągu życia zmuszony do dłuższej lub krótszej wojny, prowadzić ją będzie przez zastępców i jedynie przez zastępców, ci zaś wiedzą, że musi on nie tylko działać ich ramieniem, ale nawet patrzeć na rzeczy ich oczami, wtenczas nadużywają tej przewagi, a i wojsko przywiązuje się prawdziwie tylko do wodzów komenderujących, panującemu zaś ulega o tyle, o ile się spodoba wodzom. Według mojego przekonania każdy człowiek wyższego urodzenia (zwłaszcza w kraju wolnym) i każdy syn panującego powinien odbyć kampanię, skoro mu się do tego sposobność nadarzy, a nawet powinien przez czas niejaki pełnić czynną służbę w jakim korpusie. Nie należy uważać za pedantyzm zajęcia się drobnymi szczegółami służby; wyuczyć się ich można tylko pełniąc je osobiście; a stanowią one niezbędną podstawę wielkich obrotów wojennych, tego, co jest wzniosłym w sztuce wojennej. Cała różnica między niższym oficerem a naczelnikiem polega na tym, że zdolność pierwszego polega na znajomości i wykonywaniu tego, co drugiemu służy tylko za narzędzie. Ale wróćmy do moich dziejów. 

Było to pod koniec wojny sukcesyjnej austriackiej. Przez traktat z dnia 30 listopada 1747 r. Rosja zobowiązała się wobec Anglii i Holandii dostarczyć im za cenę żołdu 37,000 wojska na pomoc Maryi Teresie przeciwko Francji i Hiszpanii. Wojsko to z początkiem r. 1748 we wzorowym ładzie przeszło przez Litwę i Koronę, potem przez Morawy i Czechy, skąd dotarło aż do Frankonii. Swoim zjawieniem się nad Renem przyśpieszyło pokój akwizgrański (18 października tegoż toku) i wróciło do Rosji przez ziemie Rzplitej, nie wyrządzając szkód, ale też nie czekając na pozwolenie polskich stanów. Zaledwie przygotowano przybory do mojej wyprawy, nadeszła wieść o podpisaniu przedwstępnych warunków traktatu w Akwizgranie. "Nie zobaczysz tym razem wojny - powiedział mi ojciec - ale dla przypatrzenia się przynajmniej zgromadzonym armiom, ruszaj natychmiast". Dał mi listy do marszałków Saskiego i Loevendala, i do kilku przyjaciół w rozmaitych krajach, które miałem zwiedzić. Za towarzysza drogi dano mi majora Konigfelsa, dawniej adiutanta sławnego marszałka Münnicha, który po upadku tegoż zamieszkał w domu mojego ojca. Wychowany w służbie rosyjskiej, nadawał się on lepiej od kogokolwiek innego do odbycia kampanii w charakterze ochotnika przy armii rosyjskiej, a odkąd upatrzono go na towarzysza dla mnie, decyzja ta została bez zmiany, chociaż cel podróży zmienił się. Konigfels nie umiał po francusku, a człowiek tego pokroju zdawał się nieodpowiedni dla krajów i ludzi, których poznać miałem; zdrowy jednak rozsądek jego i prawość starczyły za wszystko. Rodzice żądali ode mnie, jak przedtem od starszych braci, słowa honoru, że nie będę grał w gry hazardowe (o tym jak popularne były wówczas najróżniejsze gry hazardowe, być może zrobię jeszcze kiedyś zupełnie oddzielny temat), nie skosztuję wina ani żadnego mocnego trunku, i nie ożenię się przed trzydziestym rokiem. Dochowałem wiernie tych przyrzeczeń, z których drugie (w myśli moich rodziców) miało być dla mnie ochroną na przyszłość od niepomiarkowanego u nas używania napojów na wszystkich zebraniach szlacheckich i we wszystkich domach, do tego stopnia, że można się było narazić na nieprzyjaźń najpotrzebniejszych sobie ludzi, odmawiając pić tyle, ile proszono, chyba jeżeli kto mógł dowieść, że nigdy z nikim nie wychylił kieliszka (do tradycji należało również po wypiciu trunku, rozbić puchar o własną głowę). Przykład mego wychowania, chociaż mniej ściśle naśladowany w domach innych magnatów polskich, przyczynił się może do widocznego zmniejszenia u nas tego nałogu, który August II szczególnie w Polsce podniecał (oj, o erotycznych i alkoholowych wyczynach Augusta II Mocnego też można by było pisać w nieskończoność - jak na przykład wówczas, gdy z carem Piotrem Wielkim rywalizował ile zdoła wypić kufli wina i... Rusek przegrał, i to dwukrotnie. Co zaś się tyczy jego wyczynów seksualnych, to zwykł też trzymać swoje nałożnice na rekach i tak też uprawiał z nimi stosunek seksualny, jednocześnie popisując się swoją ogromną siłą z której był znany w Europie).


 ROZBICIE PUCHARU O WŁASNĄ GŁOWĘ, NALEŻAŁO DO "SARMACKIEJ" TRADYCJI RZECZPOSPOLITEJ OBOJGA NARODÓW ORAZ ŚWIADCZYŁO O DOBREJ ZABAWIE I SMAKOWITYCH TRUNKACH





AUGUST II MOCNY KOCHAŁ NAJBARDZIEJ W ŻYCIU TRZY RZECZY:
KOBIETY, WINO I POPISY WŁASNEJ SIŁY








  


Wyjechałem nareszcie i przez Częstochowę, Opawę, Küniggratz (Hradec Králové), Pragę, Cheb, Bayreuth, Frankfurt i Kolonię przybyłem 10 czerwca (1748 r.) do Akwizgranu, gdzie Kauderbach, wówczas poseł saski, a niegdyś protegowany mego ojca i nauczyciel starszych moich braci w Hadze, przedstawił mnie reprezentantom innych państw, zebranych na kongres. Książę (wówczas hrabia) Kaunitz, ambasador a później pierwszy minister dworu wiedeńskiego, pomimo różnicy wieku i stanowiska, pomimo pewnych dziwactw, jakie mu przypisywano, przyjął mnie najłaskawiej i nawet godzinę prawie ze mną rozmawiać raczył. W trzy dni później przybyłem do Maastrichtu, gdzie wtenczas znajdowała się jeszcze główna kwatera marszałka Loevendala. Wódz ten przyjął mnie bardzo dobrze, największą uprzejmość okazał Konigfelsowi, swemu znajomemu z Rosji i dostarczył nam wszelkich możliwych a od niego wyłącznie zależących ułatwień dla rozpatrzenia się we wszystkim, co mogło obudzać rozsądną ciekawość młodego podróżnika w samym Maastrichcie i jego okolicach. Odezwał się raz przy mnie do Konigfelsa: "mały Poniatowski, nasłuchawszy się od ojca i od was o surowości służby szwedzkiej, rosyjskiej i niemieckiej, musi być teraz nie mało zdziwiony, widząc marszałka Francji, otoczonego swoją armią, a pomimo to chodzącego co wieczór do teatru i spędzającego dni pośród swoich aktorek". Poczułem w tej chwili, jak łatwo jest człowiekowi wysoko postawionemu zjednać sobie serca młodzieży, skoro spostrzeże albo odgadnie wrażenie, jakie na nią wywiera i jak łatwo musi mu być potem pozyskać popularność. Pomimo wielkiej sławy wojennej Loevendala i najlepszego przyjęcia, jakiego od niego doznałem, złe rzeczy słyszane o nim od Flamandów, których zrabował i zniszczył, przeważyły w moim umyśle na jego niekorzyść; otóż mimo to wszystko wspomniane odezwanie się jego zrodziło w sercu moim wyraźny ku niemu pociąg, którego przed samym sobą zaprzeczyć nie mogłem, potępiając go nawet. Ponieważ jechał do Brukseli, więc się am za nim udałem, gdzie przedstawiony byłem marszałkowi Saskiemu dnia 30 czerwca (marszałkowi Francji - hrabiemu Maurycemu Saskiemu - nieślubnemu synowi króla Augusta II Mocnego).

Zdawało mi się, że oglądam najpierwszego na świecie męża; postać w istocie miał bohaterską, słuszny, budowy atletycznej, silny jak Herkules, spojrzenie miał nader łagodne, rysy zupełnie męskie przy szlachetnym ruchu głowy; dźwięk jego głosu przypominał organy, chodził z wolna, ale wielkimi krokami; każde słowo z ust jego (a był na nie oszczędny), każde najmniejsze poruszenie wywoływało ruch wielki wśród otaczających. Od trzystu do czterystu oficerów francuskich napełniało co dzień jego salony i nie mogłem bez wzruszenia widzieć ludzi noszących najpierwsze imiona tego narodu, tak przywykłego wodzić rej wszędzie, a którego historii tyle się naczytałem, widzieć mówię tych ludzi tak posłusznych, skromnych, pełnych uszanowania, gotowych na każde skinienie człowieka, który nauczył ich zwyciężać. Był jeszcze rządcą Niderlandów, które dla Francji zdobył; był przedmiotem czci dla żołnierza i niższych oficerów, zazdrości, ale zarazem i uwielbienia dla starszych, nawet dla generałów, nie wywoływał skarg ze strony samych Flamandów; a tymczasem pokonani przez niego wodzowie do tego stopnia głosili jego pochwały, że książę Cumberland, chcąc ozdobić swoją komnatę w Windsorze, kazał zawiesić w niej portret marszałka. Przyjął mnie z dobrocią i uprzejmie mówił o mojej rodzinie, zwłaszcza o starszym moim bracie, który pod jego okiem odbył kampanię 1741 i 42 roku (mowa jest tu o Kazimierzu Poniatowskim). Pamiętam własne jego naówczas wyrazy: "Życzyłbym sobie bardzo, żeby tutaj był ze mną: nie spotykałem młodego człowieka, który by więcej zapowiadał wojskowych zdolności, dojść by mógł daleko, gdyby tą drogą szedł dalej; lubiłem go bardzo, bo wiem, że i on lubił mnie także". 

Traktat pokoju uważano już wtenczas za zawarty, to też Francuzi nie utrzymywali obozu; wojska ich w małych oddziałach rozproszone już były na stałych leżach. Pamiętam, że w Maastrichcie rozmawiałem z młodym oficerem artylerii, który nie wiele przedtem, mając zaledwie lat dziewięć, odniósł ranę przy oblężeniu tegoż miasta. Król francuski wydał mi się bardzo wielkim wobec takich przykładów gorliwości ze strony narodu, która zdawało się nikogo nawet nie dziwiła we Francji. Im mniej podróż moja stawała się wojskową, tym bardziej ciekawość mą i upodobania pociągało wszystko, co ten kraj piękny ma do widzenia pod względem kultury, sztuk pięknych, a szczególniej malarstwa; czułem się porwanym na widok Rubensów i Van-Dycków, a mój mentor tak był rad, że goniłem jeszcze tylko za obrazami, iż pomimo całej oszczędności swojej pozwolił mi w Brukseli zrobić pierwsze tego rodzaju kupno; nabywszy mały obrazek, myślałem, że posiadam skarb prawdziwy. 

Z Brukseli przez Malines i Antwerpię udałem się następnie do Berg op Zoom, gdzie wtedy jeszcze dowodził z ramienia Francji Szwajcar, kawaler de Court. Grzeczności jego i gotowość, z jaką pokazywał mi wszystko, co tam było zajmującego dzięki pamiętnemu oblężeniu, dały mi poznać raz jeszcze, jakie to szczęście być synem człowieka sławnego, a znanego osobiście i kochanego w wielu krajach. Kawaler de Court znał i lubił bardzo mego ojca; dał mi też list do rodaka swego, generała Cornabe, zostającego w holenderskiej służbie i dowodzącego wtenczas w Rosendal między Berg op Zoom i Bredą, na pierwszym posterunku wojsk rzeczypospolitej (Holenderskiej). Ten znów zapoznał mnie z innym jeszcze Szwajcarem, panem Bouquet, generałem kwatermistrzem holenderskim, który nie tylko pokazał mi obóz 30.000 wojska, rozłożonego w okolicy Breda, ale nawet dał mi wskazówki na piśmie, które miały mi służyć w zamierzonej podróży po Holandii, jakkolwiek na ten raz, dla krótkości zostawionego mi czasu, pobieżnie tylko mogłem wszystko oglądać. Chociaż byłem dzieckiem jeszcze, nie bez przykrości widziałem zapał nadzwyczajny, jaki pospólstwo tameczne w najśmieszniejszych manifestacjach okazywało księciu Oranii, mimo ciężkich strat, jakie rzeczpospolita poniosła od chwili wyniesienia go na godność stadhudera, a które on sam miał na kraj sprowadzić przez swe niesprawiedliwe protekcje. Zapał tłumu spotęgowało jeszcze w tej chwili gwałtowne zniesienie przez motłoch dzierżawy kilku gałęzi dochodów publicznych. 

Dnia 5 sierpnia wróciłem do Akwizgranu, aby zażywać tamtejszych wód; rodzicom bowiem zdawało się, że one pomogą do rozwinięcia sił moich i wzrostu. Doznawałem już cierpień, które przy temperamencie moim zdradzały zaród reumatyczny. Myślano, żem podagrę odziedziczył po ojcu. Wszelkie żądanie rodziców było dla mnie najwyższym prawem; zaś w Akwizgranie znalazł się niejaki doktor Cappel, który niegdyś leczył mojego ojca a teraz pełnił niemal obowiązki gospodarza tych źródeł; okazało się jednak, że wody były dla mnie nieodpowiednie, bo w nocy tegoż dnia, kiedy je pić zacząłem, doznałem tak silnego kurczu we wnętrznościach, że musiałem prawie kolana przyciskać do żołądka, a duszności o mało mnie życia nie pozbawiły. Zanim zdołano sprowadzić ratunek, Konigfels na chybił trafił wlał mi do gardła łyżkę wody lawendowej, to mi wróciło oddech i utrzymało przy życiu aż do przybycia doktora, który przez kilka tygodni musiał się mną opiekować, jakby sześćdziesięcioletnim cherlakiem, przepisywać rozmaite kąpiele i łaźnie, aby tylko postawić mnie na nogi. Butelkę lawendowej wody, która mi ocaliła życie, oddał moim ludziom na kilka godzin przedtem służący posła hanowerskiego, którego nie znałem, a gdy ten zaraz potem zniknął, nie mogłem już nigdy wyjaśnić tego qui pro quo. Co szczególniejsza, że nie miałem wówczas i nie używałem wcale wody lawendowej przez wzgląd na matkę, nie lubiącą tego zapachu. Przyszedłszy jako tako do zdrowia, udałem się do Eindhoven i Ruzemonde, dla przypatrzenia się reszcie zgromadzonych tam wojsk angielskich i austrjackich. W Ruzemonde widziałem owego kawalera Faulknera, któremu Wolter zadedykował swoją Zaire.   



 

 CDN.