Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJNA HYBRYDOWA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJNA HYBRYDOWA. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2021

NIEWOLNICE - Cz. L

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 
 

HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XXIX

 
 

 
 
 Rozpoczęła się z wielkim hukiem kampania wyborcza Jatoi. Dla ludzi nieobeznanych z polityką wyglądało to jak wielkie sportowe widowisko. Jatoi przedstawiano jako przywódcę opozycji skierowanej przeciwko pani premier Benazir Bhutto, a Mustafa odgrywał rolę tego, który go wykreował. Wśród tych, którzy chcieli na własne oczy zobaczyć fajerwerki z tej okazji, znajdowali się również moja siostra Adila i jej mąż Matloob, jego brat spowinowacony był poprzez małżeństwo z rodziną Jatoi. Mimo mojego niedawnego pojednania z Adilą czułam się nieswojo. Zbyt wielu ludzi szeptało o tym, co wydarzyło się w przeszłości między Adilą a Mustafą. Nie chciałam, by ponownie weszła w moje życie. W rozmowie telefonicznej zasugerowałam Zarminie, że bardzo by mi pomogła przyjeżdżając wraz z mężem na imprezę. Odpowiedziała jednak, że Riaz nie pozwoli jej na wzięcie w niej udziału, gdyż będzie tam zbyt wielu mężczyzn, wobec tego zaproponowałam, by używając tego samego argumentu wyperswadowała także przyjazd Adili. Adila nie dała się jednak przekonać. Nalegała, żeby Zarmina wraz z mężem też przyjechali. Powiedziała, że my trzy będziemy miały sobie dużo do opowiedzenia, w czasie gdy mężczyźni będą prowadzili kampanię. Poza tym chciała poplotkować. Chciała opowiedzieć mi o Matloobie i jego rodzinie oraz dowiedzieć się czegoś więcej o moich niezwykłych przeżyciach. Nie chciałam, żeby zauważyła, że waham się, czy podjąć jej wyciągniętą dłoń, więc uległam presji i zgodziłam się. 
 
Przyjechała w południe, włosy miała świeżo ułożone i cała spowita była w szyfon. Nosiła ostatni szyk mody, a mianowicie kolorowe szkła kontaktowe. Zaskoczona jej wyglądem, starałam się jednak tego po sobie nie okazywać. Matloob szybko zaangażował się w kampanię i znów było jak dawniej. Mężczyźni wyruszali rano z domu starać się o głosy, a do nas w ciągu dnia dołączały różne kobiety z wielkiej rodziny Mustafy, z którymi prowadziłyśmy rozmowy o małżeństwie, dzieciach i domowych kłopotach. Pewnego wieczoru uśmiałyśmy się serdecznie planując, że damy naszym mężom po cichu valium, żeby zostawili nas w spokoju i pozwolili rozmawiać przez całą noc. Późnym wieczorem Adila wracała do swojego pokoju, by potem, na moment przed powrotem mężczyzn do domu na kolację, wyjść z niego całkiem odmieniona: ze świeżym makijażem i fryzurą oraz szkłami kontaktowymi w oczach. Mimo że były to skromne, domowe posiłki, Adila ubierała się jak na wielkie przyjęcie i przez cały wieczór usługiwała Mustafie, który niezmiennie opowiadał o polityce i o sobie. Powiedziałam jej, że nie musi tak się wysilać z okazji domowych kolacji.
 
- Dobrze jest ładnie się ubierać do kolacji - odparła. - Powinnaś też to robić. Mustafa powinien widzieć cię piękną, a ostatnio się zaniedbujesz.

Stopniowo zaczęłam trochę bardziej dbać o siebie. Przychodziło mi to z pewnym trudem, bo odzwyczaiłam się już od tego, myślałam, że ten etap życia mam już za sobą, ale nie chciałam być gorsza od Adili. Podczas jednej z rozmów wspomniałam jej o moich nowych przyjaciołach i dodałam, że Mustafa złości się, gdy mu o nich mówię.
 
- Nienawidzi ich - stwierdziłam.
 
Tego samego dnia wieczorem znajdowałam się w pokoju obok, gdy Mustafa zapytał Adilę, o czym rozmawiałyśmy. Adila "niewinnie" powtórzyła mu naszą rozmowę. Gdy Mustafa obrzucał mnie potem z tego powodu obelgami, poczułam wzdłuż kręgosłupa znajomy dreszcz. Wracało stare, czułam to. Mustafa zauważył moje obawy i początkowo mnie uspokajał.
 
- Wydaje mi się, że ona próbuje nas poróżnić - zauważył ze szczerością. - Chce, żebyśmy zaczęli się kłócić. Nie róbmy tego. 
 
W miarę jednak, jak mijały dni, moje podejrzenia zaczęły się pogłębiać. Obserwowałam zabiegi Adili, aby zwrócić na siebie uwagę mego męża, potem zauważyłam, że on też nie pozostaje obojętny. Wydawało się, że polityka i wspólne nieszczęścia stworzyły silne podstawy naszego związku, ale tak nie było, one zaczynały się stopniowo walić. Rozczarowana jego brakiem zasad oraz stosunkiem do mnie, przestałam aktywnie uczestniczyć w urzeczywistnianiu jego politycznych ambicji. Adila ponownie atakowała jedyne, co się ostało z naszego małżeństwa, a mianowicie nasze najbardziej prywatne życie. Mustafa zaczął naigrawać się z moich prostych, białych strojów. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że z każdą minutą coraz bardziej ulegał uwodzicielskiej agresywności mojej siostry. Łatwo można było to dostrzec, dla innych również było to widoczne. Najgorzej było rano. Adila przychodziła do naszej sypialni dość wcześnie każdego rana, siadała na łóżku i rozmawiając ze mną udawała, że nie zwraca uwagi na ćwiczącego jogę Mustafę. Ogarniało mnie przedziwne uczucie deja vu. Usilnie starałam się zapomnieć o przeszłości, ale ona powoli wkraczała w moją teraźniejszość. Zaczęłam łatwo popadać w złość, stałam się przygnębiona i zagubiona. Coraz częściej szukałam ulgi zażywając valium.
 
Kilkakrotnie towarzyszyłyśmy mężczyznom podczas kampanii wyborczej. Obserwowałam Mustafę stojącego na podwyższeniu w Kot Addu między protegowanym Zii, Nawazem Sharifem a kandydatem z partii IJI, Mustafą Jatoi. Stał wśród tych, którzy publicznie głosili, że są politycznymi przeciwnikami, i obiecywał uciemiężonym masom lepszą przyszłość. Oświadczył, że jeśli wyborcy chcą utrzymać jego szacunek i poważanie, to: "Pan Jatoi nie może otrzymać mniej głosów, niż daliście mnie". Słowa te dla mnie brzmiały pusto, ale tłum nadal reagował na nie radośnie. Mustafa nieustannie mnie nagabywał, żebym przemawiała do jakichś grup kobiet, ale ja usunęłam się ze sceny politycznej i ponownie szukałam ucieczki w malarstwie. Na malowanych przeze mnie obrazach zaczęła pojawiać się znajoma mi z wyglądu kobieta. Za pomocą podświadomych ruchów pędzla usuwałam ją ze środka obrazu w cień. Od razu wiedziałam, że tworzę autoportret.
 
 
 

 
W dniu wyborów Mustafa, mimo że okazywałam wyraźną niechęć, nalegał, abyśmy objechali razem punkty wyborcze. Matloob siedział obok niego na przednim siedzeniu, a ja i Adila usiadłyśmy z tyłu. W punktach wyborczych widziałam innego Mustafę. Popisywał się przed Adilą swoimi wpływami i charyzmą i starał się przy tym tak bardzo, że wyglądał jak zły dubler, który na jednym występie chce pokazać wszystko. Na mnie to już nie działało, ale oczy Adili płonęły blaskiem, była oczarowana i podniecona jego wielkością, owładnęły nią te same uczucia, od których ja dopiero co się uwolniłam. Widziałam też, z jaką pogardą odnosiła się do nudnego i nic nie znaczącego Matlooba. Jazda powrotna wydawała się trwać bez końca. Chciałam zwinąć się w kłębek i skulić gdzieś przed światem, który popychał mnie w przeszłość. Jak tylko przyjechaliśmy do domu i zostaliśmy na chwilę sami, Mustafa spytał mnie poirytowany:
 
- Co się z tobą dzieje? Jesteś stale w podłym nastroju. Zamykasz się w sobie i nieustannie masz o coś pretensje. Nigdy nie jesteś zadowolona.
 
- Nie w tym rzecz - odparłam. - Nie podobało mi się twoje zachowanie. Nie jestem głupia, wszystko widzę. Jestem nieszczęśliwa i mam ku temu uzasadnione powody - zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem, po czym wyszedł z pokoju. 
 
Zbliżała się pora kolacji, więc udałam się do swego pokoju, żeby się ubrać i postarać wyglądać w miarę reprezentacyjnie. Ale zamiast stanąć przed lustrem, jak to z pewnością w tym momencie czyniła Adila, upadłam na łóżko i zaczęłam płakać. Minęło kilka chwil, nie potrafię określić ile, kiedy do mojego pokoju weszła cicho Adila. Miała na sobie nową, jaskrawą sukienkę z atłasu, a spod jej szkieł kontaktowych przebijało poczucie winy. Nie mogłyśmy jednak porozmawiać, bo do pokoju wszedł Mustafa i poinformował mnie ze złością, że przybyli już goście. Warknęłam, żeby powiedział gościom, że muszą poczekać, i kazałam jemu i Adili opuścić moją sypialnię. Mustafa odrzekł ze złością, że nie mam prawa żądać od kogokolwiek, by opuścił naszą sypialnię.
 
- Dlaczego nie? - spytała drwiącym tonem Adila. - To jest przecież jej sypialnia... - przerwała, aby zabrzmiało to bardziej dramatycznie, po czym dodała: - ... czyż nie? 
 
Popatrzyli na mnie oboje i widziałam, że naigrywają się z mojego cierpienia. Po tylu latach udręki ta jedna chwila spowodowała, że wszystko się we mnie załamało. Nie wiem, jakim sposobem udało mi się opanować, kiedy zeszłam w końcu na kolację. Chociaż czułam, jak zbierają się nade mną ciemne, złowieszcze chmury, zabawiałam gości rozmową i większość otaczających mnie osób nie zauważyła, że coś się ze mną dzieje. Podczas kolacji Mustafa nagle zwrócił się do mnie:
 
- Doprawdy Tehmino, w tych białych strojach wyglądasz zupełnie jak zakonnica.
 
 

 
Czyżby słowo "zakonnica" miało nadać jego wypowiedzi zabarwienie seksualne? Czyżby chciał dać do zrozumienia Adili, że nic go ze mną nie wiąże? Goście się rozeszli i została tylko Adila, która stała się świadkiem naszej kłótni.
 
- Nie mogę już dłużej z tobą żyć, Tehmino - oświadczył mi nieco nienaturalnym tonem Mustafa. - Swoją posępną miną uprzykrzasz mi życie. Nie czuję się z tobą szczęśliwy.
 
Zdałam sobie sprawę, że mówił te słowa do Adili, zapowiadając jej w ten sposób, że gotów jest znów nawiązać z nią romans. Wyszedł z pokoju, a jego słowa zawisły w powietrzu. Rozległo się walenie bębnów i usłyszałam okrzyki radości. Okazało się, że Jatoi wygrał wybory sześćdziesięcioma tysiącami głosów. Mustafa osiągnął to, co zamierzał, i zwycięstwo owo dowodziło, jak wielki wpływ miał na swój lud Lew Pendżabu. Po krótkiej chwili radości ze zwycięstwa, Mustafa odszukał mnie w tłumie i upewniwszy się, że w pobliżu nie było Adili, zaczął się nagle przede mną korzyć:
 
- Nigdy cię nie skrzywdzę - płakał. - To wszystko twoja zasługa. Jestem nikim bez twojego wsparcia. Pan Jatoi także by dziś nie triumfował, gdyby nie ty. To twoje zwycięstwo, wszystko zawdzięczam tobie. Wybacz mi, byłem zdenerwowany. Być może powodem tego była obecność Adili. To ona spowodowała, że ponura przeszłość wkroczyła ponownie w nasze życie i przypomniała nam obojgu o tym, co przeszliśmy. Pozbądźmy się tej kobiety, ona jest zła. Zacznijmy od początku.
 
Posłał po Adilę i kiedy się zjawiła, usiadł u mych stóp i zaczął błagać mnie o wybaczenie. Do Adili zaś powiedział: 
 
- Zawdzięczam Tehminie wszystko i nic nie jest w stanie sprawić, bym o tym zapomniał. 
 
Co miałam robić? Któremu Mustafie miałam wierzyć? Błyskawicznie podjęłam decyzję. Spędziłam u boku tego człowieka wiele lat znosząc jego złe traktowanie i tolerując jego kaprysy. Urodziłam mu czworo dzieci. Pracowałam ciężko, by uwolnić go z więzienia, bo, jeśli nawet jemu nie wierzyłam, to wierzyłam żarliwie w jego misję. Chociaż jego oddanie sprawie stawało się z godziny na godzinę bardziej wątpliwe, moje pozostawało niezmienne. Czy mogłam zapomnieć o tym wszystkim? Czy mogłam ryzykować przyszłość moich dzieci? Na myśl o dzieciach przeszły mnie ciarki. Jeśli opuściłabym Mustafę teraz, po tym wszystkim, co się stało, co stałoby się z dziećmi? Miałam już okazję dowiedzieć się, do czego był zdolny wtedy, gdy złamał angielskie prawo. Teraz znajdowaliśmy się w Pakistanie, gdzie panuje ogólne przeświadczenie, że dzieci należą do ojca. Dokoła siebie widziałam oznaki jego władzy. Uchwyciłam się ostatniej nitki nadziei: będę starała się z całej siły wierzyć kapryśnemu Mustafie, nie mam innego wyjścia. 
 
Opuściliśmy wszyscy następnego dnia Kot Addu w odświętnym nastroju i udaliśmy się do Multanu. Ja i Mustafa zamieszkaliśmy w domu brata Sajida i jego żony Shahidy, gdzie w przeszłości gościłam wraz z dziećmi przez wiele miesięcy. Tego wieczoru, mimo że jej dziecko było chore i widzieliśmy się wszyscy wystarczająco długo w ciągu dnia, Adila chciała znów się z nami spotkać. Siedziałam na sofie, a Mustafa leżał na łóżku, gdy wmaszerowała do naszej sypialni. Miała na sobie zieloną atłasową suknię, a do tego nosiła naszyjniki i kolczyki ze szmaragdami. Mustafa nie szczędził jej komplementów.
 
- Wyglądasz jak prawdziwa kobieta - oświadczył z naciskiem.
 
 

 
Adila poinformowała mnie, że moja szwagierka czeka na mnie na zewnątrz. Poprosiłam, by zaprosiła ją do sypialni, ale Adila odrzekła, że już jej to proponowała, lecz tamta utrzymuje, że musi porozmawiać ze mną na osobności. Nie chciałam zostawić Adili i Mustafy samych w sypialni, lecz nie chciałam także, by moje obawy były zbyt widoczne, więc wyszłam, odnalazłam Shahidę i posłałam ją pośpiesznie do sypialni w roli przyzwoitki. Było jednak za późno. W tym krótkim czasie, gdy Adila i Mustafa pozostali sami, coś się musiało już widocznie zdarzyć i wejście Shahidy do sypialni spowodowało, że oboje gwałtownie zamilkli. Pod koniec wieczoru, gdy okazało się, że położyłam coś nie tam, gdzie powinnam, Mustafa znów zareagował tak, jak to robił w przeszłości, podniósł na mnie głos. Kuliłam się w sobie, gdy obrzucał mnie stertą wyzwisk, ale nie odezwałam się ani słowem, przynajmniej na razie. Gdy Adila wyszła, straciłam panowanie nad sobą, Mustafa oświadczył jednak, że nie chce więcej słuchać moich "bezsensownych pretensji" i wrzasnął:
 
- Jestem zmęczony, Tehmino! Mam jutro ważne sprawy do załatwienia i żadna histeryczka nie będzie mnie rozpraszać. 
 
Zgasił lampkę i odwrócił się na bok. Czułam się oszukana i rozbita, zamknęłam się więc w łazience i długo płakałam. Co robić? Nie wiedziałam, jak mam postępować z tym zmiennym jak kameleon człowiekiem, z tym kłamcą. Myślałam, że oboje się zmieniliśmy. A teraz nagle dawny Mustafa powrócił, a ja nie byłam na to przygotowana. Rozpoczęła się zimna wojna. Następnego dnia w samolocie do Lahore Mustafa ponownie odgrywał rolę nieszczęśliwego męża.
 
- Znowu mi nie ufasz - skarżył się. - Nie mogę w ten sposób żyć, chcę wieść ze swoją żoną spokojne życie.
 
- Jak możesz mieć spokojne życie, skoro ciągle mnie niepotrzebnie denerwujesz? - zapytałam. - Wiesz, że jestem nieszczęśliwa. Nie mogę ci ufać, nie pozwalasz mi na to. Zachowujesz się podejrzanie.
 
- Ależ możesz mi ufać - powiedział słodkim głosem, biorąc mnie za rękę. - Czy wiesz, co Adila powiedziała mi wczoraj, kiedy zostawiłaś nas samych? - spojrzałam na niego, nie byłam pewna, czy naprawdę chciałam wiedzieć. - Powiedziała, że nie powinienem jeść niczego, co mi podasz - oświadczył. - Uważa, że zamierzasz mnie otruć. 
 
Osłupiałam. Gdy Mustafa zaczął mi opowiadać, co słyszał od Adili, zdałam sobie sprawę, że Adila przekręciła naszą niewinną rozmowę w kobiecym gronie, do którego zresztą i ona należała, na temat podania naszym mężom środka nasennego. Adila znów używała starych chwytów, a Mustafa jej ulegał. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, Mustafa nadal zostawiał jej pole manewru. Ogarnął mnie wstręt. W Lahore jeszcze bardziej usunęłam się w cień do swoich obrazów, zwłaszcza po tym jak Mustafa odprawił Shuguftę, nie mogąc uzyskać nad nią takiej władzy, jaką miał nad biedną dai Ayeshą. Wysłałam ją do Karaczi, żeby pracowała u mojej matki. Wszyscy cierpieliśmy z tego powodu, a w szczególności mały Hamza, ale pocieszałam się, że Shugufta będzie mieszkała z cywilizowanymi ludźmi. Moja matka w dalszym ciągu rozpaczała. Minoo przebywała w tym czasie w Londynie. 
 
Ja razem z trzema moimi pozostałymi siostrami w Pakistanie zdecydowałyśmy się odwiedzić nową żonę naszego ojca, Sabihę Hasan i wybadać, czy możemy w tej sprawie coś zrobić. Poleciałyśmy z Zarminą do Karaczi, gdzie na lotnisku oczekiwała nas Rubina. W domu Rubiny, czekając na Adilę, rozmawiałyśmy o tym, co się wydarzyło podczas kampanii wyborczej w Kot Addu. Wszystkie byłyśmy oburzone zachowaniem Adili, aczkolwiek wiedząc, co było w przeszłości, nie mogłyśmy być bardzo zaskoczone. Czekałyśmy już dosyć długo na naszą najmłodszą siostrę i próbowałyśmy dodzwonić się do jej domu, ale linia była ciągle zajęta. Wiedziona instynktem próbowałam dodzwonić się do Mustafy, który pozostał w Lahore, ale jego linia również była zajęta. Dwa plus dwa daje cztery. Jeden plus jeden tworzy razem nikczemną parę. Musiałyśmy jednak wrócić do tego, co zaplanowałyśmy. Gdy wyjeżdżałyśmy z domu, przyjechała Adila. Pomyślałam: Cóż to za ironia losu, że z "tą drugą" w moim życiu jadę bronić sprawy mojej matki. Nikt, a już z pewnością moja matka, nigdy nie wstawiał się za mną.  W rozmowie z Sabihą Hasan próbowałyśmy wraz z Rubiną i Zarminą wytłumaczyć jej w dyplomatyczny sposób, że swoim postępowaniem rozbiła rodzinę, którą nasza matka tak długo i z takim wysiłkiem starała się utrzymać. Adila natomiast zachowywała się niegrzecznie i próbowała wyprowadzić Sabihę z równowagi. W drodze powrotnej skrzyczałyśmy Adilę. Coraz bardziej oczywisty stawał się dla nas jej plan: jeśli ojciec odejdzie od matki, Adila będzie miała wymówkę, by wznowić romans z Mustafą i rozbić moje małżeństwo. Wytłumaczy to chęcią zemsty. Oświadczy, że nie jest nic winna ojcu, ponieważ to on zniszczył rodzinę porzucając ją. Dlaczego ona miałaby dbać o honor rodziny, jeżeli nie robił tego ojciec? Wiedziałyśmy, że matka stanie po stronie Adili. Zawsze jej wierzyła. Matka w walce przeciwko naszemu zbłąkanemu ojcu mogła liczyć jedynie na poparcie Adili. Celem tej walki był on, ale to ja znalazłabym się na linii ognia. To wszystko było takie dziwne. Nasza rodzina, w której pełno było intryg i kłamstwa, która obmawiała wszystkich dookoła i sama była obmawiana, była jak społeczeństwo Pakistanu w mikroskali. Zasada, jaka w nich obu rządziła była prosta: rób, na co masz ochotę, ale nie obnoś się z tym. Tymczasem w środku wszystko się waliło się i obracało w gruzy.
 
Nastąpiły wybory prezydenckie. Kandydatami byli Ghulam Ishaaue Khan oraz Nawabzada Nasrullah Khan. Pierwszy był reakcyjnym biurokratą, który długo współpracował z siłami Zii, drugi szczerym zwolennikiem postępu, który wierzył w demokratyczne ideały i aktywnie popierał Mustafę w czasach, gdy ten przebywał w więzieniu. Mustafa po powrocie z głosowania zapewnił mnie, że oddał głos na Nawabzadę. Tymczasem zadzwonił telefon. Był to Ghulam Ishaaue Khan, chciał podziękować Mustafie za oddanie na niego głosu. Mustafa okłamał mnie, ale dla mnie bardziej istotne było to, że ponownie złamał swoje zasady. To wydarzenie jeszcze bardziej podkopało we mnie wiarę w jego polityczną wiarygodność. 
 
 
 
CDN.
 
 
 

 
 
PS: Amerykanie właśnie walczą o swoją wolność na Kapitolu i w całym Washington D.C. Cokolwiek by nie mówić o Donaldzie Trumpie i nie krytykować go za pewne jego polityczne działania, to jedno z całą pewnością należy przyznać - jest to prawdziwy Prezydent Ludu, który realnie sprzeciwił się całemu amerykańskiemu skorumpowanemu i skomuszałemu establishmentowi. Wybory zostały sfałszowane, a media i Sąd Najwyższy i cały amerykański establisment każą nam przyjąć to bez sprzeciwu, tylko dlatego że Trump nie podobał się globalistom. Popieram Amerykanów walczących o sprawiedliwość w Waszyngtonie z całego serca, gdyż ich walka dziś przesądzi nie tylko o przyszłości USA na całe dekady (w tym na całkowite podporządkowanie Ameryki Chinom, gdyż establisment ma gdzieć swoich obywateli i jedynie o czym myśli to włądza i pieniądze, a tym można się podzielić nawet z Chinami w zamian za amerykańską supremację a nawet amerykańską suwerenność), lecz także o przyszłości całego Świata. Stany Zjednoczone wyrosły na buncie i ten bunt przeciwko władzy, która chce z nas uczynić niewolników - jest istotą Ameryki jako społeczeństwa i jako państwa. Bardzo żałuję że nie ma mnie teraz w USA i modlę się za protestujących!
 
 
 
GOD BLESS AMERICA!





 

wtorek, 10 listopada 2020

JAKA PIĘKNA... PATOLOGIA! Cz. VIII

 VIVAT AMERYKA!!!

 
 

 
 
 Przez dłuższy czas unikałem podjęcia tego tematu, jako że chciałem poczekać i bardziej rozeznać się w tym, co obecnie dzieje się w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Mam tu oczywiście na myśli niedawne "wybory" prezydenckie w tym kraju i owe błyskawiczne i zupełnie niespodziewane zwycięstwo "śpiącego Joe" nad Donaldem Trumpem. Teraz jednak uważam że popełniłem błąd nie zajmując się tym tematem wcześniej, jako że obecnie widać już jak naprawdę wyglądały te wybory i dlaczego zwycięstwo Bidena ogłoszono w mediach tak szybko. Zwycięstwo - które tak naprawdę wciąż nie jest pewne, gdyż żaden ze stanów nie potwierdził oficjalnie głosów oddanych na Bidena i Trumpa, jak również wciąż w niektórych stanach trwa liczenie głosów wyborczych, tak więc wszystko to jak na razie to są zwykłe medialne dywagacje. A mimo to Biden już ogłosił się 46 prezydentem USA, a Kamala Harris pierwszą, ale nie ostatnią wiceprezydent (😑). Szybko też zaczęły spływać gratulacje dla nowego prezydenta elekta, i to pomimo faktu że głosy wciąż są liczone i zapewne będą jeszcze raz sprawdzane przy udziale sądów federalnych, a najprawdopodobniej również i Sądu Najwyższego. Oto bowiem Donald Trump, ten pogardzany i wyśmiewany "faszysta" i "mizogin", zebrał w tych wyborach ponad 4 miliony głosów więcej niż w 2016 r., a przecież jego porażka miała być oczywistością i totalną kompromitacją. Miał przegrać z kretesem, gdyż ponoć niechęć Amerykanów wobec jego osoby sięgnęła już zenitu. A tu okazuje się że zdobył on aż 4 miliony głosów więcej niż w poprzednich wyborach i że bardzo chętnie głosują na niego nie tylko mniejszości etniczne (głównie Latynosi czyli Kubańczycy z Florydy, ale przecież także Meksykanie, choć i wśród czarnoskórych zebrał - wbrew lewicowej propagandzie - imponujący wynik ) a także i kobiety (znów wbrew feministycznej propagandzie), choć należy przyznać że głównie te, będące w związkach małżeńskich. Zdobył też spore poparcie wśród katolików (co mogło być też spowodowane ostatnią nominacją Amy Coney Barret na sędzię Sądu Najwyższego USA, ale zapewne nie tylko), szczególnie zaś Polonii, która przez długi czas była naturalnym elektoratem demokratów (Biden ostatnio nawet stwierdził że przestał chodzić do polsko-amerykańskiego klubu, gdyż teraz kontaktuje się tylko z "mądrymi ludźmi" 😏). 
 
Donald Trump budził bardzo żywe emocje (był kochany i nienawidzony) i tym samym przyciągał wielkie tłumy w czasie swojej kampanii wyborczej, a ludzie wprost wykrzykiwali w jego stronę: "Kochamy Cię!" Takich przypadków nie było po stronie Bidena i Harris, a "zwiędły staruszek Joe" często przemawiał do na wpół pustych krzeseł, lub... do pustych samochodów 😄. Często popełniał też tak potworne faux pas, że nawet jego otoczenie było tym zażenowane (np. nawoływał aby... na niego nie głosowano 😂, pomylił swoją wnuczkę ze zmarłym synem, twierdził że na Covid-19 zmarło dotąd 200 milionów Amerykanów 😬, oraz że jego siostra jest jego żoną, a on sam jest mężem siebie samego 👍). I nagle okazuje się że taki człowiek zwycięża w wyborach prezydenckich i pokonuje jednego z najbardziej rozpoznawalnych i najbardziej popularnych prezydentów w historii Stanów Zjednoczonych? I to w sytuacji, gdy w odbywających się symultanicznie wyborach do Kongresu (zarówno Izby Reprezentantów jak i Senatu) demokraci uzyskali marny wynik, przegrywając kilka kolejnych głosowań. I nagle okazało się, że ci sami ludzie (a raczej te same hrabstwa), którzy nie głosowali na demokratów w wyborach do Kongresu, gremialnie wręcz poparli Bidena w walce o fotel prezydenta USA. Ktoś tu chyba z kogoś robi większego kretyna niż sam jest i nic dziwnego że Trump nawoływał do zaprzestania liczenia głosów (które dostarczane hurtowo, z minuty na minutę w kilku stanach lawinowo wręcz zwiększały przewagę Bidena) oraz twierdził że: "Ukradziono nam zwycięstwo!" Trudno dziwić się jego słowom, jako że powodów ku temu było mnóstwo i nawet jeśli założymy że każde wybory niosą ze sobą jakieś niewielkie przypadki fałszerstw (przypomnijmy sobie wybory samorządowe w Polsce z 2014 r., w których to PSL zdobył ogromne jak na tę partię poparcie w miastach, a potem okazało się że wszystko jest ok. i inaczej być nie mogło. I nikt nie protestował, nikt nie donosił do Brukseli czy Berlina w walce o "praworządność" i "demokrację". Balon próbny został odpalony, softwary sprawdzone więc o co ci chodzi ziom? O co ci chodzi?), to jednak w tych wyborach w USA po stronie Bidena zaangażowane były nie tylko wszystkie wielkie media (może poza w miarę neutralnym Fox News) ale całe Deep State (i stąd też brał się grobowy spokój "śpiącego Joe" o wynik tych wyborów) a wszyscy oni poszli już na całość, zupełnie nie zwracając uwagi na takie szczegóły, jak społeczny odbiór jawnych wprost wyborczych przekrętów.
 
 

 
Bo nikt mi nie powie że do oszustw wyborczych na ogromną skalę nie dochodziło, skoro na Bidena głosowały osoby, które nie żyły już od kilku, kilkunastu a nawet kilkudziesięciu lat (najstarszą zwolenniczką Joe Bidena była bowiem kobieta urodzona w... 1823 r. 😂). Dochodziło też do rejestracji zwierząt w komisjach wyborczych (wszystkie one głosowały oczywiście na Bidena 😅) do oddawania głosów korespondencyjnych za osoby które chciały zagłosować w sposób tradycyjny, do próby wywiezienia kilkuset głosów oddanych w formie korespondencyjnej za granicę, do wypełniania kart do głosowania przez urzędników administracji stanowej, oraz oczywiście do zliczania głosów oddanych na Donalda Trumpa i przypisywania ich Joe Bidenowi (tak zliczał głosy software firmy Dominion Voting Systems, używany w... 30 stanach), oraz do odnajdywania wciąż nowych głosów, znajdowanych albo na pendrivie, albo też wśród głosów "kopertowych". Nagle, w środę rano (4 listopada) okazało się że lawinowo przybywa głosów oddanych na Bidena i to w stu procentach (TYLKO) na niego, natomiast nikt nie głosuje już na Trumpa. W kluczowych do zwycięstwa stanach, w których dotąd prowadził Trump (Michigan, Wisconsin, Pensylwania), nagle w ciągu jednej nocy zaczął zyskiwać Biden i to zyskiwać zdecydowanie. Wszystkie głosy wówczas zliczone, oddane zostały na Bidena (kilkaset tysięcy) a ani jeden nie został oddany na Donalda Trumpa. Już sam ten fakt (bez odnoszenia się do wcześniej wymienionych), powinien spowodować unieważnienie tych wyborów i rozpisanie nowych, gdyż skala nieprawidłowości (tak to nazwijmy, choć na język ciśnie się znacznie dosadniejsze słowo) jest tak duża, iż nie sposób mówić o jakichkolwiek standardach demokratycznych (nawet w krajach o ustrojach totalitarnych, rządzący tam dyktatorzy nigdy nie przyznają sobie w wyborach 100 % poparcia. Kim Dzong Un zdobywa "zaledwie" 97 % , Fidel Castro - gdy jeszcze żył - od ok. 87 - 94 %, ale trzeba być wyjątkowo bezczelnym totalniackim zamordystą, aby przyznać sobie aż 100 % oddanych głosów. Oczywiście ja rozumiem dlaczego tak postąpiono - i choć przyznanie Trumpowi "kilku" procent głosów mogłoby ich bardziej uwiarygodnić - ale gdy w grę wchodzi walka o każdy głos i nie ma się żadnej pewności wygranej, to nie można bawić się w takie układanki i trzeba iść na rympał. I tak się właśnie stało Biden, Harris i stojące za nimi Deep State poszli więc na całość, zgarniając sto procent głosów oddanych korespondencyjnie w owych trzech stanach). 
 
 
 
 
A co ciekawe, nasze "wolne media" (podobnie zresztą jak i te amerykańskie, niemieckie czy francuskie) a szczególnie TVN zaraz po zgarnięciu przez Bidena 279 głosów elektorskich (mimo że poszczególne stany jeszcze nie ogłosiły oficjalnych wyników, a elektorzy nie oddali swych głosów) ogłosili wszem i wobec pełne zwycięstwo Joe Bidena, w ogóle nawet nie zastanawiając się nad skalą i formą jawnych nieprawidłowości które zostały popełnione w tych wyborach. Okazuje się (oczywiście według TVN i innych mainstreamowych mediów) że amerykańskie wybory korespondencyjne były przeprowadzone w sposób właściwy, ale pamiętam jak w maju tego roku miały również u nas odbyć się wybory korespondencyjne i wtedy TVN, PO-KO i wszystkie inne liberalno-lewicowe trutnie postkomunistycznego systemu, piały z oburzenia na całą Europę że "wybory kopertowe" to ogromne niebezpieczeństwo, gdyż - ze względu na Covid-19 - spowoduje to masowe zgony ludzi przy urnach wyborczych, a poza tym rząd i tak sfałszuje te wybory, więc w żaden sposób nie można do nich doprowadzić. Uruchomiono w tej sprawie nawet Brukselę, gdyż Kaczyński miał dążyć do władzy po trupach wbrew głosom opozycji, która tak bardzo martwiła się o los obywateli (mosowo umierających przy urnach 😷), że teraz sami nawołują do kontynuacji protestów feministek i aborcjonistek. O naszej "rodzimej" opozycji nie ma co się nawet wypowiadać, bo przyzwoity człowiek nie zajmuje się g...em (💩), ale od telewizji, która uważa się za obiektywną, wymagałbym już nieco innego podejścia. Jednak gdy człowiek próbuje czegokolwiek dowiedzieć się z mediów tzw. mainstreamowych, to te jego próby już na samym początku skazane są na niepowodzenie, gdyż współczesne media nie są po to, aby czerpać z nich informacje, ale po to aby kształtować poglądy i postawy ludzi (tłumów) według linii która jest korzystna dla ich mocodawców. A każdy człowiek ma pewien określony próg odporności na propagandę, u mnie ten próg kończy się z chwilą gdy odpalam TVN.
 
 

 
Podsumowując, teraz sztab Donalda Trumpa musi walczyć do końca (i nie wolno mu się poddać, a temu już służą nowe medialne wrzutki, typu "informacje" że żona i zięć Trumpa przekonywali go by uznał swoją wyborczą porażkę), zbierając wszelkie relacje o nieprawidłowościach wyborczych i raz jeszcze zliczając głosy. Sądzę jednak że cała ta afera nie ominie Sądu Najwyższego i ponownie (jak w 2000 r. - z tym że wówczas stopień jawnych oszustw wyborczych był niewspółmiernie mniejszy) to sędziowie zadecydują o sukcesie wyborczym jednego bądź drugiego kandydata. W każdym razie nie można się poddawać, gdyż w przeciwnym wypadku kolejne wybory nie będą miały już żadnego sensu, skoro można dowolnie dodrukować karty z nowymi głosami, skoro zagłosować mogą zmarli (zombi?), lub choćby zwierzęta. Po co więc takie wybory? Może więc od razu wprowadźmy totalitarny ustrój marksistowski, oddajmy całą władzę w ręce korporacji i i międzynarodowych spółek, które to dowolnie będą już blokować (np. na Twitterze, Facebooku etc. etc.) opinie uznawane za "nieprawomyślne?" Komuś jeszcze potrzebna jest demokracja? Jeśli Amerykanie się nie obudzą i nie zobaczą że są już jawnie sprowadzani do roli podludzi, których jedynym obowiązkiem jest pracować do śmierci na całkowicie wynarodowione i odrealnione (żyjące w zupełnie innym świecie) elity, które już uważają się za arystokrację Nowego Wspaniałego Świata - to wówczas każde następne wybory (nie tylko w USA) tak naprawdę nie będą miały żadnego sensu, a obywatele zostaną zamienieni w poddanych. Bowiem największym sprzymierzeńcem wszelkiego zła, jest po prostu zwykła bierność dobrych ludzi.              
 
 
 

 
 
 
PS: Przepraszam za nieco chaotyczną i przykrótką formę tego tekstu, 
ale pisałem go na szybko w warunkach niezbyt swobodnych. 
 
 
 

czwartek, 29 października 2020

ABORCJA - TEMAT ZASTĘPCZY I CO DALEJ?!

 CZY SZYKUJĄ NAM KOLEJNY

LOCKDOWN?

 
 

 
 W meandrach internetu odnalazłem dwa ciekawe głosy, które w dużej mierze potwierdzają moje przypuszczenia odnośnie owych "protestów wściekłych macic" w sprawie aborcji eugenicznej w naszym kraju. Twierdziłem bowiem że zarówno same protesty - wspierane przez lewicę - są bardzo na rękę rządowi, dlatego też nie ma zdecydowanej interwencji rządzących, a policja praktycznie pozostaje bierna na wszelkie akty lewicowego wandalizmu. Pisałem też że PiS mocno na tym zyska i wszelkie gadanie o upadku rządu można włożyć między bajki. Mało tego, Jarosław Kaczyński wezwał ostatnio członków i zwolenników swojej partii do ochrony świątyń - po co to zrobił, skoro wystarczyłoby posłać tam kilku, może kilkunastu policjantów i sprawa byłaby załatwiona? Czyżby rządowi bardzo zależało na eskalacji konfliktu, aby dzięki temu móc realizować własne plany tyczące Covid-19 i ponownego zamrożenia gospodarki? Wszystko jak dotąd na to wskazuje, tym bardziej że w Niemczech i we Francji też już wprowadzono lockdown, zatem i nasi "władcy" również pójdą (jestem przekonany że taki jest właśnie cel tych wszystkich protestów i atakowania świątyń przez lewackich ćwierćinteligentów, majaczących o jakiejś rewolucji) tą właśnie drogą, a protesty będą służyły nie tylko do propagandowego "sprzedania" społeczeństwu konieczności wprowadzenia nowego lockdownu (większe manifestacje - więcej zakażeń - więcej testów - kolejny zamrożenie gospodarki wprowadzone oczywiście w "obronie zdrowia i życia obywateli"), ale również do przymusowego zamknięcia nas w domach (a nawet wprowadzenia kontroli liczby osób tam przebywających) oraz (kto wie) również zorganizowania poboru mężczyzn do wojska, aby ograniczyć lub wręcz zlikwidować niebezpieczeństwo masowych protestów, które już pojawiają się choćby w Niemczech czy we Francji.
 
Pierwszy materiał pochodzi z youtubowego kanału "Wideoprezentacje" Krzysztofa "Atora" Woźniaka, drugi zaś z kanału "Dziki Trener". Posłuchajcie proszę i zastanówcie się czemu ma służyć wzajemne antagonizowanie społeczeństwa i celowe wyprowadzanie ludzi na ulice. Jedynym zwycięzcą tego wszystkiego będzie rząd (i stojące za nim grupy interesu), a my wszyscy (bez względu na to czy z lewej, czy z prawej strony) zostaniemy zamknięci we własnych domach, przy całkowicie sparaliżowanej gospodarce i bez możliwości jakiejkolwiek krytyki tego stanu rzeczy. Nie wiem oczywiście czy tak się realnie stanie, ale jak na razie wszystko na to wskazuje i poszczególne elementy tej układanki pasują do siebie jak ulał (wrzucenie zastępczego tematu aborcji, co spowodowało emocjonalne rozedrganie lewicy i zaowocowało "wkurwem wściekłych macic", potem ataki na świątynie - idealny temat zastępczy, czyli odwrócenie uwagi od rządzących i przekierowanie jej na świątynie i księży, to zaś spowodowało kontrakcję narodowców i kibiców - wspieraną przez partię rządzącą - organizujących obronę kościołów. Policja zaś stoi z boku i co najwyżej oddziela obie grupy od siebie. A wkrótce potem okaże się że wskaźniki zakażeń skoczyły nieprawdopodobnie w górę i zacznie się "tłumaczenie" konieczności wprowadzenia nowego lockdownu oraz pozamykania nas wszystkich w domach). Mam nadzieję że się mylę, ale jak na razie wszystko wskazuje na to, że PiS celowo wrzucił tego aborcyjnego "gorącego kartofla", aby przygotować dla nas wygodne domowe więzienia i jednocześnie doprowadzić do upadku istniejącej jeszcze klasy średniej. Zatem uważam że obecne demonstracje służą partii rządzącej (i dlatego nie wprowadzają żadnych środków przymusu bezpośredniego), ale jeśli będą chcieli nas wszystkich pozamykać i zamrozić gospodarkę i gdy na ulicę wyjdzie prawdziwie wkur...y naród, wtedy dopiero pokażą co potrafią i zapewne będą próbowali również wyprowadzić wojsko na ulicę. Mam wielką nadzieję że się mylę, bo w przeciwnym wypadku czasy w których żyjemy naprawdę będą rewolucyjne. 
 
 
MATERIAŁ Z KANAŁU KRZYSZTOFA WOŹNIAKA
 
 

 
 
MATERIAŁ Z KANAŁU "DZIKI TRENER"
 
 

 
 

 

czwartek, 15 października 2020

JAKA PIĘKNA... PATOLOGIA! Cz. VII

CZYLI ROZWAŻANIA NAD

WSPÓŁCZESNOŚCIĄ

 
 
 
 
 

 STREFY WOLNE OD LGBT!

 
 
 Dziś na spokojnie, zacznę od tematu który przez jakiś czas (a być może nawet i po dziś dzień) rozgrzewał do czerwoności wszelkie globalne instytucje marksistowskiej międzynarodówki (zwanej w skrócie lewactwem). Chodzi oczywiście o tak zwane "strefy wolne od lgbt", których to powstanie stało się kolejnym powodem do lewicowego wypróżniania się na Polskę. Nawet sama ambasador USA, pani Georgette Mosbacher raczyła stwierdzić, że Polska w tej kwestii znajduje się po: "złej stronie historii!". W Parlamencie Europejskim jakieś feministyczno-genderowe czarownice, odprawiają swe rytualne szabaty nad zaściankowością naszego społeczeństwa, sugerując nam że "prawa osób lgbt to prawa człowieka". Obserwując z boku cały ten ideologicznie motywowany cyrk i nie mając żadnej wiedzy o tym, jak rzeczywiście wygląda prawda - można by było sądzić że coś w tym jest i że wprowadzając strefy godzące w osoby lgbt, tak naprawdę rzeczywiście jesteśmy jakimś cywilizacyjnym zaściankiem i wypisujemy się z "europejskiej cywilizacji". Tak można by sądzić, będąc zupełnie nieświadomym zarówno formy lingwistycznej i logicznej zgłaszanej krytyki pod naszym adresem, jak i rzeczywistych aspektów prawdy i fałszu. 
 
Zacznijmy może od tego pierwszego, czyli formy lingwistyczno-logicznej. Bowiem od jakiegoś czasu w mediach wciąż pojawia się pojęcie (forsowane oczywiście przez antykulturowych neomarksistów) "Ludzi LGBT". Na pierwszy rzut oka, niby wszystko wygląda poprawnie i nie ma się do czego przyczepić. Doprawdy? Z nowomową i teoriami lewicy jest już tak, że rzeczywiście na pierwszy rzut oka (patrząc z dala) wyglądają one bardzo pięknie i siłą swych pojęć mogą przyciągać (wabić) do siebie nieświadome lub naiwne jednostki (jak owady do światła które może je spalić), ale gdy tylko przyjrzeć się im z bliska, a (nie daj Boże) poskrobać nieco farbę, jaka została nałożona by można było XIX-wieczne starocie sprzedać w nowym opakowaniu i pod inną nazwą, nazywając to "postępem" - to wówczas bardzo szybko uświadomimy sobie że to, co z daleka wydawało nam się ładne i pociągające, w rzeczywistości jest spróchniałą i rozlatującą się konstrukcją, która prócz nowej farby, nie została w żaden sposób odnowiona. I tak właśnie jest choćby z pojęciem "Ludzie LGBT". Przewrotne pytanie (po zadaniu którego z trudem podtrzymywana konstrukcja zaczęłaby się chwiać) brzmiałoby: czy istnieją w ogóle ludzie lgbt? Zapewne skoro lewica mówi że istnieją, to istnieją i koniec dyskusji, ale podchodząc do tego problemu w sposób logiczny (a należy pamiętać że lewica, w szczególności zaś jej rewolucyjny, marksistowski odłam z logiką nie ma NIC wspólnego), należałoby zapytać - skoro tak, to proszę wskażcie mi choć jedną (powtarzam - JEDNĄ!!!) osobę lgbt, a wówczas rzeczywiście przyznam wam rację i nie będę w tej sprawie zabierał głosu. Lewicowa jaczejko - wskaż więc choć jedną osobę lgbt, a wówczas zamilknę w tym temacie. Zastanawiam się dlaczego ludzie nie myślą logicznie, a tym samym powielają szkodliwą nowomowę, która wdziera się do języka i przez to całkowicie przemeblowuje naszą rzeczywistość (a w tej kwestii rzeczywiście przyznaję rację lewicy - język jest bronią, poprzez którą możemy kształtować i opisywać świat, dlatego tak ważne jest wiedzieć co i o czym się mówi, aby nie wpaść w lingwistyczne pułapki, które następnie zakodowane w naszej głowie, staną się - narzuconymi, aczkolwiek przez nas potem już akceptowalnymi formami opisywania naszej rzeczywistości). 
 
Wielokrotnie podawałem już podobne przykłady używania narzuconego języka, który z czasem stał się naturalną i akceptowalną formą wyrażania naszych myśli (przykładem niech będzie choćby słowo: "radziecki" - któż dziś bowiem pamięta, że słowo to również przyjechało do nas po 1944 r. na sowieckich tankach, wraz z Armią Radziecką - a jak w szkołach uczono naszych rodziców i dziadków - Armia Radziecka z nami od dziecka. Przed II Wojną nie istniało słowo "radziecki" - a jeśli już to tylko w środowisku agentów z KPP czy innych tego typu przybudówek Kremla. Wcześniej używano po prostu słowa "Sowiety", "Czerwoni", "Komuniści", "Bolszewicy" ewentualnie "Ruskie" lub "Moskale". A dziś słowo "radziecki" jest poprawnym określeniem, odnoszącym się do państwa bolszewickiego. Praktyka wtłaczania tego lingwistycznego potworka w głowy Polaków - który w żaden sposób się nie odmienia, np. nie nożna użyć tego słowa na opisanie Sowietów, gdyż wyszłoby to jakoś karykaturalnie np. "Radziety"? - zrobiła swoje i nowomowa stała się akceptowalną formą nowego opisywania rzeczywistości). I tak właśnie jest też z pojęciem "Ludzie LGBT", choć nikt nigdy nie widział na oczy "człowieka lgbt", to wielu bezrozumnie powtarza wciąż tę lingwistyczną papkę dla idiotów, nie zastanawiając się nawet nad własną bezmyślnością. O co mi chodzi (tłumaczę tym, którzy jeszcze nie załapali), określenie: "człowiek lgbt" jest wzajemnie sprzeczne i wykluczające się, bowiem nikt taki nie może istnieć w rzeczywistości, a gdyby nawet istniał to byłyby chodzącym kuriozum, którego można by było pokazywać w cyrku, lub jako obwoźną atrakcję. Słowo LGBT, znaczy bowiem: "Lesbijki-Geje- Biseksualiści i Transwestyci", tak więc gdyby istniał człowiek lgbt, musiałby on być zarówno gejem, jak i lesbijską (co by oznaczało że byłby zarówno kobietą jak i mężczyzną), a do tego być biseksualny (co automatycznie oznacza że nie mógłby być już ani gejem, ani też lesbijską), a dodatkowo miałby być i transwestytą (co jak wiadomo nie jest wcale równoznaczne z byciem gejem czy biseksualistą). Stąd właśnie kuriozum samej nazwy, jak i głupota tych, którzy bezmyślnie powtarzają (nawet w dobrej sprawie) to określenie. Tak więc raz jeszcze trzeba powtórzyć (dla utrwalenia): NIE ISTNIEJE CZŁOWIEK LGBT! Co oczywiście nie znaczy że nie istnieją aktywiści ideologii lgbt (zwanej również ideologią gender), bo tacy rzeczywiście są dość aktywni (szczególnie gdy są "zraszani" pieniędzmi z najróżniejszych NGO-ów) i jedynie w takim kontekście należy stosować to słowo.
 
 
JAK ŁATWO MOŻNA SIĘ ZDEKONSPIROWAĆ, GDY SIĘ NIE ZNA DOBRZE NARODOWYCH KODÓW JĘZYKOWYCH I KULTUROWYCH
FRAGMENT "CZASU HONORU":
 
"NIKT Z NAS NIE MÓWI RADZIECKIE!"
 
 

 
Druga sprawa jest taka, że w Polsce nie ma żadnych stref wolnych od lgbt. Oczywiście w narracji dla Zachodu, nasza piąta kolumna (czyli cała ta targowica i volksdojczeria o której nawet nie chce mi się wspominać, aby nie psuć sobie humoru) przedstawia sytuację wprost katastroficznie, jakoby rzeczywiście istniały jakieś miejsca, gdzie nie ma wstępu dla homoseksualistów czy transwestytów. Próbuje się dorobić Polsce "gębę" powielając fake news o "strefach wolnych od lgbt" i okrutnych zniewag a nawet samosądów - jakimi mają padać homoseksualiści. I znów, jeżeli człowiek nie ma pojęcia o rzeczywistości i nie szuka prawdy, to może poprzestać na tej papce, jaką serwują nam współczesne globalistyczne media - pierwsze szczekaczki "Nowego Wspaniałego Świata". Dopiero wówczas, gdy zaczyna się intensywnie poszukiwać prawdy i ją odkrywać, można uzyskać realne informacje na każdy temat podawany nam przez media (trzeba tylko poświęcić nieco czasu na poszukiwanie innych, niż te establishmentowe źródeł - a na to niestety większość ludzi nie ma po prostu czasu, a często i chęci). Należy bowiem od razu wyjaśnić, że w Polsce homoseksualizm NIGDY nie był penalizowany - w przeciwieństwie do krajów Europy Zachodniej i USA, gdzie za takowe stosunki można było trafić do więzienia. W Polsce nikt nigdy nikomu nie zaglądał do łóżka i nie oceniał kto co i z kim robi. Mnie osobiście (a myślę że tak sądzi jakieś 99.9 % polskiego społeczeństwa) zupełnie nie interesuje czy ktoś jest homo czy hetero i co robi ze swoim partnerem (lub partnerką) prywatnie. Jeśli tylko nie łamie prawa (pedofilia-zoofilia-nekrofilia) to po pierwsze nie interesuje mnie nie tylko z kim śpi, ale również co ma w majtkach - mnie interesują tylko kompetencje i doświadczenie oraz umiejętności danej osoby. Ale to jest tak oczywista rzecz, że aż mi głupio gdy muszę o tym pisać. 
 
Natomiast została wytworzona atmosfera, jakoby w Polsce dochodziło do jakichś pogromów lub jawnej dyskryminacji osób homoseksualnych w sferze publicznej. Czym bowiem są tzw.: "strefy wolne od lgbt", przyjęte przez część samorządów w południowo-wschodniej części naszego kraju i czemu mają służyć? Dyskryminacji gejów, lesbijek i osób transseksualnych? Nie, mają przede wszystkim służyć ochronie rodziny i braku przyzwolenia na agresywną propagandę środowisk lgbt i gender - która już próbuje wedrzeć się do szkół i zmuszać dzieci na przykład do... nakładania prezerwatyw na sztuczne penisy w ramach zajęć lekcyjnych (bowiem nie tylko takie rzeczy dzieją się dziś w szkołach w Niemczech, we Francji czy Wielkiej Brytanii). Samorządowa Karta Praw Rodziny (a nie żadna propagandowo wtłaczana do głów "strefa wolna od lgbt"), jest jedynie deklaracją ideową, bez formalnie sprecyzowanych konsekwencji prawnych, która jest jawnym sprzeciwem lokalnych mieszkańców przeciwko zmasowanej, agresywnej polityce niszczenia podstaw naszego społecznego bytu, poprzez podkopywanie fundamentów na których powstała nasza cywilizacja (część kobiet zakażono na przykład feminizmem i wmówiono im że "samiec twój wróg", idź i z nim walcz). Poza tym uznano mordowanie nienarodzonych ludzkich istnień za... prawo wyboru kobiety (czyli zabójstwo dziecka jest prawem kobiety?), a ostatecznie zabrano się za już narodzone dzieci, dążąc do ich seksualizacji już od najmłodszych lat. I właśnie przeciwko temu protestują w tej uchwale samorządy. Żeby jednak być dosłownym, oto co jest zapisane we wstępie Samorządowej Karty Praw Rodziny:
 
 
 





A powodem tego całego zamieszania (i ataku na Polskę) jest jeden człowiek - Bartosz Staszewski, który jako aktywista lgbt (można wręcz napisać że funkcjonariusz, gdyż pobiera sute dotacje z NGO-sów za plucie na Polskę i robienie z siebie męczennika za lgbt), jeździ po gminach i przykręca tabliczki (specjalnie stworzone na tę okazję) z hasłem: "Strefa wolna od LGBT", następnie robi zdjęcia, wrzuca je do sieci i szybko odkręca tabliczkę, po czym udaje się do innego miasta i tam robi to samo od początku. To tyle jeśli chodzi o całą tę napompowaną histerię lewactwa na temat "stref wolnych od lgbt" w Polsce, stoi za nimi jeden człowiek (prowokator), którego - jak się okazuje - coraz więcej gmin (wciąż dołączają kolejne) pozywa do sądu o ochronę dóbr osobistych. I przynajmniej to - w tym naszym coraz bardziej zwariowanym i dążącym do permanentnej inwigilacji świecie - można uznać za pozytywne światełko w tunelu. Zaś filmik, który jeszcze lepiej pozwoliłby zrozumieć zakłamanie, jakie jest powielane w światowych mediach głównego nurtu na temat polskiej uchwały o ochronie rodziny - właśnie został usunięty przez YouTube. Wiadomo że dla totalitarystów prawda musi być pierwszą ofiarą w ich walce o zniewolenie społeczeństw. Aleśmy ku...a dożyli perfidnych czasów.  
 
 
 
ZATEM NA KONIEC MAŁY REBUS:
 
JAK SPOWODOWAĆ ROZDYGOTANIE EMOCJONALNE U FEMINISTKI?
 
POWIEDZIEĆ JEJ PARĘ SŁÓW PRAWDY
 
 

 
 

środa, 2 września 2020

WITAJ REWOLUCJO!!!

CZYLI LEWICOWA "LOGIKA"


DZIŚ KRÓTKO, PARĘ FILMÓW NA TEMAT LEWICOWEJ (REWOLUCYJNEJ) RZECZYWISTOŚCI, ORAZ MÓJ KOMENTARZ DO WYDARZEŃ Z USA



NA POCZĄTEK ROZMOWA Z FEMINISTKĄ:





 NOWA, LEWICOWA MODA - "MANSPLAINING",
CZYLI KOLEJNY FRONT, NA KTÓRY FEMINISTKI WCIĄGAJĄ KOBIETY DO WALKI Z MĘŻCZYZNAMI. PYTANIE TYLKO KOMU TAK NAPRAWDĘ TO SŁUŻY I CZY NA PEWNO KOBIETOM?





NAWIEDZONA RASISTKA I FEMINISTKA OBRAŻA LUDZI DOKOŁA, BO MĘŻCZYZNA POWIEDZIAŁ JEJ: "DZIEŃ DOBRY"
DLA MNIE KWALIFIKUJE SIĘ CO NAJMNIEJ NA BADANIA PSYCHOLOGICZNE, A NAJLEPIEJ NA STAŁY POBYT W SZPITALU PSYCHIATRYCZNYM.
JEST TO TEŻ KOLEJNY PRZYKŁAD, CO FEMINIZM ROBI Z KOBIETAMI I JAK NISZCZY ZWIĄZKI MIĘDZYLUDZKIE





NASTĘPNA FEMINISTKA PAPLA COŚ O "TOKSYCZNEJ MĘSKOŚCI"
 KOLEJNEJ, LEWICOWEJ NOWOMOWIE, WYMYŚLONEJ NA POTRZEBY WALKI REWOLUCYJNEJ FEMINISTEK Z MĘŻCZYZNAMI.
"CHŁOPCY NIE BĘDĄ CHŁOPCAMI" - NIE? 
TO MOŻE ZRÓBMY Z NICH DZIEWCZYNKI I WPUŚCIMY DO ŻEŃSKICH TOALET I ŻEŃSKIEGO SPORTU I OCZYWIŚCIE DO... ORGANIZACJI FEMINISTYCZNYCH.
Z PEWNOŚCIĄ WSZYSTKIE KOBIETY BĘDĄ Z TEGO FAKTU BARDZO ZADOWOLONE





HIPOKRYZJA FEMINISTEK:
KRYTYKUJĄ "TOKSYCZNĄ MĘSKOŚĆ" I MĘSKIE ZACHOWANIA JAKO "SEKSISTOWSKIE", ALE GDY KOBIETY ZACHOWUJĄ SIĘ PODOBNIE DO MĘŻCZYZN, WÓWCZAS NAZYWAJĄ TO  
"RÓWNOŚCIĄ" LUB "RÓWNOUPRAWNIENIEM"
W RZECZYWISTOŚCI JEDNAK FEMINIZM, PODOBNIE JAK  KAŻDY MARKSISTOWSKI WYTWÓR, BAZUJE JEDYNIE NA STAŁYM PODSYCANIU NIENAWIŚCI I CIĄGŁEJ, NIEKOŃCZĄCEJ SIĘ WALKI. WCZEŚNIEJ DZIAŁO SIĘ TAK W RAMACH "WALKI KLAS", TERAZ ZAŚ W RAMACH "WALKI PŁCI" I "WALKI RAS"





I TERAZ PRAWDZIWA DELICJA:
ODPOWIEDŹ AMERYKAŃSKICH STUDENTÓW 
NA PYTANIE "ILE MAMY PŁCI?" 😂






 Jakiś czas temu, kupiłem książkę autorstwa niejakiej Marilyn Yalom, opowiadającej o historii żon na przestrzeni dziejów. Wszystko byłoby ok, gdybym w ostatnim rozdziale tej książki nie spotkał się z tezą pochwalną na temat "wyzwolenia kobiet" dzięki rewolucji seksualnej zapoczątkowanej przez Alfreda Kinseya. Autorka pisała tam że jego badania stały się bestsellerami i doprowadziły do utrwalenia linii następnych pokoleń seksuologów. Przypomnę tylko, że (oficjalnie) Kinsey pisał iż przynajmniej 1/3 mężczyzn miała (lub będzie miała) doświadczenia w seksie homoseksualnym, że ponad 10 % mężatek to lesbijski i że ponad 50 % mężczyzn będących w związkach małżeńskich, zdradziło swe partnerki. Powiem tak: po przeczytaniu odniesienia autorki książki do Alfreda Kinseya, jedyne co mogłem zrobić z tą książką, to wrzucić ją do kominka (a była to "cegła" licząca prawie 500 stron). Pięknie się paliła, żałowałem tylko że w ogóle coś takiego wziąłem do rąk. Jeśli zaś zapytacie mnie dlaczego tak postąpiłem, odpowiedź jest prosta: autorka książki jest albo głupia, albo tak samo chora i wynaturzona jak Kinsey - gdyż ten bydlak, to ludzkie ścierwo - nigdy nie powiien chodzić po ziemi, a co dopiero być cytowanym i uważanym za prekursora "wyzwolenia kobiet". Swoją drogą feminizm niewiele różni się w swym przekazie od praktyk Kinseya, więc można powiedzieć że rzeczywiście "wyzwolenie kobiet" postępuje wedle ustalonego ściśle wzorca. Mam bowiem nadzieję że nie muszę jeszcze na tym forum tłumaczyć kim był Kinsey i co takiego praktykował? Powiem tylko że nazwanie go pedofilskim bydlakiem, który nagrywał gwałty na dzieciach, aby następnie stwierdzić ile to miały one "orgazmów" (owe "orgazmy" polegały na tym, że gdy dziecko broniło się przed gwałtem, płakało, krzyczało, wyrywało się, prosiło - on odnotowywał to jako "kolejny orgazm" i ostatecznie wychodziło mu że podczas jednego gwałtu dzieci przeżywały po kilkanaście a nawet kilkadziesiąt "orgazmów" - a to prowadziło do stwierdzenia że... dzieci od urodzenia są seksualne i należy je "seksualnie pobudzać" co dziś już oficjalnie nakazuje ŚWiatowa Organizacji Zdrowia). Nazwanie Kinseya chodzącym łajnem, doprawdy jest najłagodniejszym określeniem na jego temat, a każdy kolejny seksuolog, który posiłkuje lub odwołuje się do "badań" Kinseya - jest współsprawcą w jego kłamstwie i zbrodni popełnianej na dzieciach.






Niestety, w dzisiejszych rewolucyjnych czasach, takie postaci są uważane za ikony nowoczesności i postępu, za latarnie "wiodące lud ku wyzwoleniu seksualnemu" (w tym wyzwoleniu z okowów płci, tożsamości, wiary, tradycji, kultury - czyli wszystkiego tego, co pragną zniszczyć marksiści). Dobitny jest tutaj przykład George'a Floyda z Minneapolis w Minnesocie - przestępcy i ćpuna, co porzucił swoją rodzinę by dokonywać napadów z bronią w ręku - który stał się "bohaterem" lewicy. Bohaterem, ponieważ podczas zatrzymania policyjnego udusił się będąc pod wpływem narkotyków (już oficjalnie zostało to potwierdzone przez lekarzy toksykologów). Pochowano go więc w pięknej trumnie jak bohatera, zaś dzicz z Antify i Black Lives Matter przez kilkanaście dni dokonywała rabunków mienia, podpaleń i zniszczeń na niespotykaną dotąd w Ameryce skalę. Stworzono nawet w mieście Seattle (zdominowanym w 99 % przez białych) specjalną strefę wydzieloną, w której miano wprowadzić "komunistyczny raj na ziemi". Strefa ta, o nazwie: "Capitol Hill Autonomous Zone", istniała zaledwie... cztery dni (od 8 do 12 czerwca 2020 r.). Gdy całe to białe, lewicowe towarzystwo z Antify zgłodniało (założono tam ponoć nawet jakiś ogródek zwany "Farmą", na którym sadzono ukradzione z pobliskiego marketu zielska oraz kwiaty. Kładziono je jednak na posypane ziemią... kartony 😅, co spowodowało że bardzo szybko wszystko zwiędło 😘 Rewolucyjna inteligencja tych ludzi doprawdy poraża) i gdy rozkradziono już towary z pobliskich sklepów - całe to towarzystwo po prostu... rozeszło się do domów (pozostawiając niestety cały teren, jako schronienie dla wszelkich przestępców i szkolonych w ulicznych walkach oddziałów Antify).




Teraz też w mieście Kenosha w stanie Wisconsin zastrzelony został czarnoskóry mężczyzna, który nie reagował na polecenia policji, trzymając w reku nóż i grożąc że wszystkich policjantów nim pozabija, a następnie próbował sięgnąć do auta po jeszcze skuteczniejszą broń. Wówczas to policja oddała do niego siedem strzałów i nagle lewicowe media amerykańskie dostały sraczki, tradycyjnie mieszając z błotem policję i opowiadając kłamstwa (taki przekaz usłyszałem jako pierwszy) że ów mężczyzna odwrócił się do swych dzieci, siedzących z tyłu samochodu i wtedy właśnie zostały oddane do niego strzały. Kolejny lewicowy męczennik (choć nie umarł - a jest w śpiączce). Bardzo szybko do Kenosha przybyli ściągnięci z Chicago bandyci Antify i "Black Nikes Matter" dokonując tam kolejnych podpaleń, rabunków i ataków na ludzi broniących jedynie swojego mienia i życia. Podczas jednej z prób odebrania broni 17-letniemu ochroniarzowi - Kyle Rittenhouse'owi, ten młody chłopak zastrzelił dwóch antifiarskich napastników (a trzeciego poważnie ranił). Tak się akurat złożyło (jak zwykle w przypadku lewicy) że jednym z napastników był 36-letni Joseph Rosenbaum - figurujący w policyjnej kartotece jako pedofil (być może jeden z uczniów "doktora" Kinseya). Kolejny rewolucyjny "bohater" oddał swe życie w walce z tą okropną amerykańską opresją białych ludzi (żeby było ciekawie, Rosenbaum też był biały, poza tym miał - jak można się domyślić - "eskimoskie" pochodzenie). 







Te zamieszki nadal jeszcze trwają, ale już demokraci (którzy wraz Chińczykami rozkręcają całą tę marksistowską "płomienną imprezę" dla Amerykanów w miastach USA) zaczęli się niepokoić, że dalsze podgrzewanie protestów może przysłużyć się Trumpowi i doprowadzić go do zwycięstwa w jesiennych wyborach prezydenckich w USA. Nie będę tego komentował (postaram się do tego wrócić w zupełnie nowym komentarzu) i choć sam mam kilka zastrzeżeń do Donalda Trumpa, to jednak mocno mu kibicuję i mam wielką nadzieję że jeśli Amerykanie nie chcą u siebie marksistowskiego zamordyzmu (swoją drogą zastanawiam się który normalny człowiek atakuje drugiego człowieka trzymającego broń w ręku - i to pokaźnej wielkości karabinek - po to tylko aby mu ją odebrać? Przecież taki człowiek musi się liczyć z tym, że może zostać odstrzelony. Zapewne jednak Antifa uważa że jest całkowicie chroniona przez władze, więc nikt nie odważy się do nich strzelać. Cóż w tym przypadku przeliczyły się "biedne misie"), jeśli Amerykanie nie chcą ograniczania praw policji, płonących miast i ataków na ludzi broniących swego mienia - to nie zagłosują na paralityka, stojącego już nad grobem i jego feministycznej "uciskanej" lalki, ale oddadzą głos właśnie na Donalda Trumpa. To bez wątpienia leży w interesie Amerykanów, lecz również leży to w interesie Polski i Polaków (uważam że amerykańska Polonia w tych wyborach w ogromnej większości zagłosuje na Trumpa - a wnoszę to z rozmów jakie prowadzę z kilkoma znajomymi Amerykanami polskiego pochodzenia, którzy mają dość dobre rozeznanie w tym środowisku). Może więc Polonia będzie tym "języczkiem u wagi" który przechyli szalę na korzyść obecnego prezydenta USA. I znów sobie wzajemnie pomożemy, tak jak podczas Wojny o Niepodległość USA, gdzie Polacy: Tadeusz Kościuszko (m.in.: współautor zwycięstwa pod Saratogą w 1777 r. gdzie Brytyjczycy nie byli w stanie pokonać wzniesionych przez niego fortyfikacji, a także autor murów akademii wojskowej w West Point), Kazimierz Pułaski (twórca amerykańskiej kawalerii) wspomogli rodzący się do życia amerykański naród. Potem zaś, w 1920 r. podczas wojny z polsko-sowieckiej, amerykańska eskadra lotnicza (7 eskadra myśliwska, zwana też "Eskadrą Kościuszkowską") pod dowództwem Meriana C. Coopera (tego samego który w 1933 r. wyreżyserował film "King Kong"), równie bohatersko walczyła na froncie walki z bolszewikami.
 








GOD BLESS POLAND! - GOD BLESS AMERICA!






  








  

piątek, 5 czerwca 2020

JAKA PIĘKNA... PATOLOGIA! Cz. VI

CZYLI ROZWAŻANIA NAD

WSPÓŁCZESNOŚCIĄ


ANTIFA - ŁOWCY SYFA

CZYLI MÓJ KOMENTARZ 

DO WYDARZEŃ W USA





 
 Dnia 25 maja 2020 r. w Minneapolis w stanie Minnesota policjant o imieniu Derek Chauvin dopuścił się brutalnej interwencji, w wyniku której doszło do śmierci czarnoskórego 46-letniego George'a Floyda. Interwencja policji była brutalna, gdyż wspomniany policjant dociskał do ziemi kolanem szyję zatrzymanego mężczyznę i nie reagował na słowa Floyda o niemożności złapania tchu, czym też doprowadził do jego zgonu. Relacja z tego zatrzymania (nagrana z kilku kamer) i umieszczona w internecie, bardzo szybko sprowokowała wybuch zamieszek na tle rasowym, najpierw w samym Minneapolis, a następnie również i w innych miastach USA. Zamieszki wybuchły na tle rasowym właśnie dlatego że doszło do śmierci czarnoskórego Amerykanina, a tym, który do tego doprowadził, był biały policjant - Derek Chauvin. Bardzo szybko po śmierci Floyda zaczęły powstawać peany na jego cześć, sławiące go jako obywatela, który co prawda nie zawsze postępował właściwie, ale chciał się zmienić, chciał naprawić swoje życie. Wszyscy pytani o Floyda zgodnie podkreślali że był on dobrym człowiekiem i że dla wszystkich chciał dobrze, tylko nie dano mu szansy wcielenia tego w życie (a w domyśle: "przez tego rasistowskiego białasa, zginął nasz brat, nasz ziomal"). Piękne, łapiące za serce obrazki z córką zmarłego mężczyzny, której wręczono tabliczki z napisem jak bardzo to przeżyła i jak boleje nad stratą ojca (nie żebym trywializował - śmierć rodzica to dla dziecka z pewnością ogromny wstrząs, rozpacz i ból, gdyż nagle traci osobę która dała jej życie i którą z pewnością kochała - problem pojawia się jednak wtedy, gdy takie emocje próbuje się odpowiednio wykorzystać do całkiem innych celów, niż realna pomoc dla osieroconego dziecka). Nikt jednak (z owych świętych moralistów), nie próbuje zadać sobie podstawowego pytania - co właściwie było powodem zatrzymania George'a Floyda?

Otóż ów czarnoskóry mężczyzna został zatrzymany po nieudanej próbie zapłacenia w sklepie, za pomocą sfałszowanego czeku bankowego. George Floyd próbował wyłudzić towar ze sklepu i zapłacić za niego lipnym czekiem, co akurat się nie udało wskutek przytomności kasjera, który zaraz potem zawiadomił policję. Na interwencję przyjechało czterech policjantów (3 białych i 1 Azjata) i wówczas doszło do owego feralnego zatrzymania Floyda, które zakończyło się jego zgonem. I chciałbym od razu aby było jasne - nie pochwalam ani brutalnej formy zatrzymania tego mężczyzny, ani też głupoty policjanta, który słysząc że zatrzymany nie może oddychać, nic sobie z tego nie robił i dalej dociskał mu twarz do ziemi (uciskając szyję, chociaż - co ciekawe - amerykańscy patolodzy stwierdzili że Floyd nie miał uszkodzonej tchawicy, czyli że zgon mógł również być spowodowany czymś innym). Taki policjant powinien ponieść karę i zostać osądzony za swój bezmyślny czyn - i to nie podlega żadnym komentarzom. Problem pojawia się jednak wówczas, gdy okazuje się że ów zatrzymany George Floyd wcale nie był aniołkiem i że jego policyjna kartoteka była niezwykle długa i bogata. Policjant w takiej sytuacji musi również brać po uwagę fakt, że zatrzymany może po pierwsze - konfabulować, po drugie, próbować uciec, a po trzecie zaatakować stróża prawa. Ma więc prawo obawiać się o swoje życie i może użyć do tego środków, które uważa za stosowne, aby taką osobę unieszkodliwić. W tym akurat przypadku Derek Chauvin postąpił jednak bezmyślnie. Nic by bowiem się nie stało, gdyby zdjął kolano z szyi Floyda, mógłby wówczas go spokojnie aresztować (tym bardziej że Floyd miał już wówczas założone kajdanki) i zamknąć w radiowozie. Nie wiadomo dlaczego tak nie postąpił, natomiast ciekawym jest zupełnie inny fakt, który dzisiejsze lewicowe media w USA (i nie tylko tam zresztą) zupełnie pomijają. A mianowicie to, że panowie Chauvin i Floyd znali się, gdyż wcześniej pracowali ze sobą w jednym klubie. Być może więc w grę wchodziły również jakieś animozje prywatne.

Faktem jest jednak, że George Floyd przestał oddychać, w wyniku czego nastąpił jego zgon. Faktem również jest (o czym także media milczą) że był przestępcą, który kilkakrotnie dokonywał włamań i kradzieży - również z bronią w ręku (np. raz terroryzował pistoletem starszą kobietę, którą też chciał obrabować). Ja rozumiem że są różne "aniołki" - większe i mniejsze (jak to teraz media i cała ta lewicowa jaczejka - próbuje usprawiedliwiać, że co prawda nieco zbłądził, ale przecież chciał dobrze - komu dobrze, należałoby zapytać, ale pomińmy to milczeniem), jednak fakt pozostaje faktem, George Floyd nie był wcale miłym gościem i policjanci mieli pełne prawo obawiać się z jego strony wszystkiego najgorszego. Mało tego, teraz okazuje się że Floyd był pod wpływem narkotyków (czyli był naćpany i policjanci zapewne to widzieli), oraz pod wpływem alkoholu. Nikt mi nie powie, że naćpany człowiek od którego czuć alkohol, z policyjną kartoteką wielkości dzieł Szekspira - może nie stanowić zagrożenia. Każdy policjant (a przynajmniej znaczna ich część) codziennie podejmując służbę, naraża się na niebezpieczeństwo, które co prawda nieodzownie łączy się z rodzajem wykonywanej pracy, ale jednocześnie nie może stanowić usprawiedliwienia dla bandyty, który próbując wymknąć się z łupem, weźmie sobie takiego policjanta za cel. Ja osobiście mam ogromny szacunek do munduru - moi dwaj stryjowie byli policjantami (już są na emeryturze), kuzyn jest policjantem, a kolejny wuj wojskowym w stopniu pułkownika (w stanie spoczynku). Nasłuchałem się też najróżniejszych informacji z policyjnych interwencji i mógłbym z tych opowieści spisać prawdziwą litanię i wiem z jak dziwnymi, nieprzyjemnymi i odchylonymi od normy osobnikami mają często policjanci do czynienia. Dlatego też niekiedy brutalne interwencje policyjne są dopuszczalne, ale w przypadku Chauvina i Folyda ta prawidłowość nie występuje, gdyż nic nie tłumaczy bezmyślnej brutalności (Floyd już był skuty i leżał na ziemi, nie było więc najmniejszej potrzeby uciskać mu szyj i dociskać do ziemi). Dlatego też Chauvin powinien ponieść zasłużoną karę (głównie za swoją głupotę) i tak zapewne się stanie (tym bardziej teraz, pod wpływem "społecznego oburzenia" na "biały rasizm").




Jednak śmierć Floyda, doprowadziła do wybuchu zamieszek na tle etnicznym, które po raz ostatni na taką skalę pojawiły się w maju 1992 r. po brutalnym pobiciu innego czarnoskórego Amerykanina - Rodney'a Kinga. Tutaj jednak mamy do czynienia z czymś jeszcze, a mianowicie z projektowaniem (tak, właśnie z projektowaniem) zamieszek przez najróżniejsze (głównie lewicowe) środowiska, które jako swoje zbrojne ramię wyprowadziły na ulicę amerykańską Antifę. Ta przestępcza paramilitarna organizacja o charakterze terrorystycznym - która powinna być za takową uznana w każdym kraju na świecie - doprowadza do wzniecania burd, stymulowania (i kierowania) ataków na policję oraz zwykłych obywateli USA i dokonywania masowych przestępstw oraz kradzieży w imię walki z kapitalizmem. Nic dziwnego że wreszcie (bowiem obiecywał to zrobić znacznie wcześniej, ale opór "Deep State" chroniący tych bandytów był z pewnością zbyt silny) prezydent USA Donald Trump zaliczył Antifę do organizacji terrorystycznych. To co dzieje się obecnie w USA, przypomina preludium do wojny domowej, na której czele staną marksiści z Antify i wszyscy wspierający ich, opętani marksistowską ideologią idioci oraz degeneraci społeczni. Antifa to oczywiście nie wszystko. Inną neomarksistowską, skrajnie rasistowską i niebezpieczną organizacją, jest "Black Lives Matter". Jedni i drudzy wchodzą w skład lewicowych bojówek, które zostały zmobilizowane, aby dokonać siłowego "impeachmentu" prezydenta Trumpa. W wielu miastach USA dochodzi do masowych kradzieży, podpaleń i rozbojów na ogromną skalę, zaś policja jest namawiana (przez lewicowych gubernatorów stanów) do nieinterwencji, lub opieszałości w wykonywaniu swoich czynności. W efekcie dochodzi do ogromnych rozbojów i demolki sklepów, ulic, podpalania samochodów i ataków na zwykłych obywateli Stanów Zjednoczonych. To, z czym obecnie mamy do czynienia w USA, to marksizm w swej czystej postaci (pozbawiony tych wszystkich pięknych hasełek, w które się przebiera dla niepoznaki i prania ludziom mózgów) - to zło, które wypełzło ze swych nor i które niszczy nie tylko dorobek życia tysięcy ludzi, ale przede wszystkim podstawy naszej cywilizacji - czyli tego, o czym już wcześniej wielokrotnie pisałem. Spójrzmy teraz, gdyby zniknęło prawo, kultura, cały dorobek cywilizacji - do czego nawołują dziś marksiści - mielibyśmy "stan naturalny" i "dobrego dzikusa" w swej pierwotnej formie, czyli takiej, jaką obecnie można spotkać na ulicach wielu amerykańskich miast.

Józef Mackiewicz - człowiek który widział jak wygląda marksizm w samej swej naturze, powtarzał wielokrotnie - "Z komunistami się nie rozmawia, do komunistów się strzela!". I to jest jedyna prawda jaką należy sobie przyswoić, gdyż jakakolwiek próba wejścia w polemikę z tymi ludźmi skończy się tragicznie. To co dzieje się obecnie w USA to czyste zło, to czysty marksizm i mam nadzieję że wreszcie prezydent Donald Trump ostatecznie przywróci porządek w kraju i spacyfikuje wszelkie komunistyczne mendy (inaczej tego nazwać po prostu nie można), niszczące dorobek ludzi, którzy własną pracą zarabiają na życie (90% tych ataków skierowana jest przeciwko drobnym, często czarnoskórym przedsiębiorcom, bowiem wielkie koncerny stać na utrzymanie ochrony i odpowiednie zabezpieczenie własnych sklepów). A tutaj nie ma na co czekać, marksizm, który nie zostanie powstrzymany silnym ciosem pięści, zacznie się plenić jeszcze bardziej, powodując więcej cierpienia dla milionów zwykłych, spokojnych obywateli Stanów Zjednoczonych Ameryki (jak i w ogóle całego świata), którzy to wyczekują jakiegoś zdecydowanego działania ze strony prezydenta. A Trump ma taką możliwość bezpośredniego działania (wyprowadzenia na ulice Gwardii Narodowej lub nawet US Army), dają mu do tego prawo jeszcze przepisy z 1807 r. przyznane prezydentowi przez Kongres dla zapewnienia bezpieczeństwa w kraju (gdy ktoś jednak zapyta: chwila, chwila, to amerykańscy koloniści podnieśli bunt przeciwko Brytyjczykom, bo nie godzili się na drenaż ich portfeli przez Koronę, a potem nowy, amerykański rząd wprowadził ustawę, która uniemożliwia obywatelom podjęcie buntu przeciwko polityce rządu. Otóż wcale nie, w USA każdy ma prawo protestować, zakładać związki, organizacje i grupy wpływów, które mogą działać w imieniu danych grup lub społeczności i przekonywać senatorów oraz kongresmenów do swych racji. Wiele jest takich organizacji w USA, które w taki właśnie sposób działają, ale do tego trzeba się zjednoczyć w ramach jakiejś grupy, która niestety musi mieć poparcie również w sile kapitału. Natomiast wszelkie próby podważania ustroju, niszczenia miast i dobytku obywateli oraz wywoływania powstań i nawoływania do agresji i nienawiści - mają prawo i obowiązek spotkać się ze zdecydowaną reakcją ze strony rządu USA i samego prezydenta. Po to właśnie wprowadzono tę ustawę).

Ja oczekuję zdecydowanego działania Trumpa, nie może być bowiem tak, że bandy, które wypełzły ze swoich zatęchłych nor (często naćpane i pod wpływem alkoholu), demolują wszystko wokół niczym prawdziwe robactwo (rzeczywiście, takie myśli mogą się niestety nasuwać gdy tylko obejrzy się te wszystkie rozróby, które obecnie dzieją się w USA). Jestem też przekonany, że wielu z nich jest celowo zwożonych w pewne dzielnice, gdzie mają doprowadzić do zamętu i zniszczeń, tak aby w świat poszedł przekaz że USA płonie i pogłębia się w wewnętrznej anarchii, zaś prezydent Trump nie radzi sobie z zaistniałą sytuacją i potrafi tylko "grozić własnemu narodowi" (bo taki właśnie przekaz już jest powielany przez te wszystkie lewackie jaczejki). Walka z Donaldem Trumpem stała się życiowym mottem nie tylko polityków Partii Demokratycznej (i częściowo Republikańskiej), ale wręcz stanowi główny cel dla ludzi wchodzących w skład tzw.: "Głębokiego Państwa". Bowiem dotąd tak pięknie wszystko się układało od owego 2009 r. gdy prezydentem USA został Barak Obama. Zaraz też dokonał "resetu" z Moskwą (17 września - czego Obamie nie zapomnę), a w wyniku tego resetu doszło do skumulowanej pracy wywiadów, czego efektem była 10 kwietnia 2010 r. katastrofa samolotu prezydenta Rzeczpospolitej Polski pod Smoleńskiem. A potem już poszło z górki. W 2011 r. miała miejsce "Arabska Wiosna" (dokonana głównie rękami Francuzów i Włochów, ale przy bezpośrednim wsparciu innych wywiadów, w tym niemieckiego BND, izraelskiego Mosadu i oczywiście amerykańskiego CIA), która polegała na obaleniu dotychczasowych dyktatorów z muzułmańskich państw Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. Była ona zapowiedzią projektowanej już wówczas innej operacji o kryptonimie: "Zalew", która rozpoczęła się dopiero w 2015 r. otwarciem Europy dla muzułmańskich uchodźców z Lewantu i Bliskiego Wschodu, a której to symbolem stało się "zaproszenie" do Niemiec imigrantów przez Angelę Makrelę Merkel i danie zielonego światła dla polityki: "refugees willkommen". W 2013 r. przeprowadzono operację "wymiana papieża", aby łatwiej było zaakceptować imigrację, a przy konserwatywnym i zdroworozsądkowym papieżu Benedykcie XVI nie byłoby to możliwe w takiej formie. Wprowadzono więc pana Bergolio, jako pełniącego obowiązki papieża (za życia poprzedniego papieża, który co prawda został zmuszony do przejścia na emeryturę, ale przecież nie zrezygnował z pełnienia swej funkcji). Wszystko po kolei układało się więc wyśmienicie i choć w 2014 r. pojawiły się pierwsze rysy w owych globalnych planach stworzenia najprawdopodobniej jednego światowego rządu (doszło wówczas do zakończenia "resetu" z Rosją - gdyż interesy amerykańskie na Ukrainie były silne, a Rosja wkraczała do Syrii, czemu sprzeciwiali się Amerykanie - więc Moskwa zajęła Krym i rozpoczęła wojnę hybrydową na wschodniej Ukrainie), mimo to pierwotne plany nadal kontynuowano.




I stało się prawdziwe nieszczęście. W wyborach prezydenckich w USA w listopadzie 2016 r. zwyciężył niejaki Donald Trump (miliarder, który co prawda miewał wcześniej różne kontakty z politykami i przedstawicielami "Deep State", ale ogólnie był traktowany jako nuworysz i w żadnym wypadku nie był uważany za "swojego"), który pokonał kandydatkę globalistów, lady Clinton (pamiętam że wówczas do końca śledziłem wyniki wyborów w USA i ze względu na różnicę czasu położyłem się spać dopiero nad ranem, gdy już wiedziałem że Trump został wybrany na prezydenta). I wtedy się zaczęło: oskarżenia o kontakty z Rosją, o rosyjskie wpływy w Waszyngtonie (a służby kopały dogłębnie, a mimo to niczego nie udało im się wykopać, choć lewica do dziś powtarza bzdury o tym, że Trump jest sojusznikiem Putina i że został wybrany z jego pomocą. Natomiast należałoby pokopać po stronie Clintonów, bo tam jest rzeczywiście wiele wspólnych, niewyjaśnionych interesów zażyłości oraz wzajemnej "samopomocy" i to zarówno z Moskwą, jak i z Pekinem). Potem była próba obalenia prezydenta w trakcie trwania kadencji (impeachment), która również zakończyła się dla lewicy klęską. Wreszcie wybuchła "pandemia" koronawirusa i wówczas pojawiła się nadzieja, że ów wirus doprowadzi do upadku Trumpa, gdy USA nie poradzą sobie z rozprzestrzenianiem się zarazy (notabene, aby jeszcze bardziej podgrzać nastroje dr. Anthony Fauci zarządził wprowadzenie obowiązku noszenia maseczek w miejscach publicznych). Okazało się jednak, że pomimo tych wszystkich apokaliptycznych nawoływań (pamiętam jak pisano w lisowym portalu "naTemat" o pandemii w USA i Polsce - zawsze tylko źle, zaś o Niemczech jedynie dobrze lub neutralnie - i tylko idiota by się wówczas nie domyślił "gdzie są nóżki tej kaczuszki") Stany Zjednoczone poradziły sobie z "pandemią" i nie doszło z tego powodu do znacznego spadku poparcia dla Trumpa. Wszystko więc już wykorzystano, całą prawną i polityczną procedurę, mającą doprowadzić do impeachmentu i to się nie udało. Trump zwyciężył. Co więc im pozostało (tym, którzy pragną doprowadzić do uniemożliwienia Donaldowi Trumpowi startu w kolejnych wyborach, bowiem obawiają się że ponownie może je wygrać). Jedynie wariant uliczny i wyprowadzenie ludzi na ulice miast, którzy zaczną wszystko demolować, a potem spreparuje się narrację że Trump sobie nie radzi, że jest "obrzydliwym, białym, rasistą" i to on z pewnością wysłał Chauvina, by celowo udusił Floyda. Taka (mniej-więcej) byłaby narracja w lewicowych mediach typu CNN czy CNBC. Dlatego też uważam, że prezydent Trump powinien zdecydowanie odpowiedzieć na potęgujące się akty wandalizmu i spacyfikować całe to marksistowskie (naćpane i zapijaczone) bydło i pokazać wreszcie siłę Stanów Zjednoczonych Ameryki.




To bydło, zniszczyło również waszyngtoński pomnik Tadeusza Kościuszki, bohatera walk o Niepodległość Polski i USA, któremu za zwycięstwo w bitwie z Moskalami pod Dubienką w lipcu 1792 r., Francuzi przyznali honorowe obywatelstwo swego kraju, zaś w 1777 r. zwycięstwo w bitwie z Brytyjczykami pod Saratogą, odniesione zostało głównie dzięki doskonałym umocnieniom wzniesionym przez Kościuszkę, których Brytyjczycy nie byli w stanie sforsować. To Kościuszko zbudował umocnienia West Point. Za swoje zasługi, otrzymał on nadane przez Kongres obywatelstwo amerykańskie, stopień generała brygady armii amerykańskiej i ziemię (250 ha). Łącznie Tadeusz Kościuszko spędził w Ameryce osiem lat (od sierpnia 1776 r. do lipca 1784 r.), po czym (po krótkim pobycie we Francji) powrócił do kraju. Miał wówczas 38 lat i opuszczał Amerykę, przekonany o tym że jest możliwe prowadzenie zwycięskiej walki przez zaimprowizowaną armię i że wyszkolony i świadomy swych celów obywatel, jest również w stanie pokonać wyszkolonego żołnierza zawodowego. Swoje plany wojskowe zaczął wdrażać w życie w latach 1788-1792, a szczególnie podczas wojny z Moskwą. Co ciekawe, Kościuszko - choć miał problemy finansowe, to pieniądze które przyznał mu Kongres w 1798 r. (czyli 12 280 dolarów - wówczas była to olbrzymia suma), przeznaczył na... wyzwolenie i wykształcenie Murzynów (w swych listach do Jeffersona pisał, że pieniądze przeznacza na wykupienie takiej ilości czarnoskórych niewolników, aby potem starczyło jeszcze na ich wykształcenie i wychowanie), czyli był zwolennikiem równości ludności murzyńskiej i chciał aby się kształcili oraz budowali pomyślność swoich rodzin i swojego kraju (a nie - jak dziś - ulegali marksistowskiej ideologii i wszczynali rozróby, palili auta i okradali sklepy - gdyż nic innego widać nie potrafią). Taka właśnie hołota (głównie czarnoskóra, choć nie tylko bowiem sporo też jest białej hołoty spod znaku Antify) zniszczyła pomnik Tadeusza Kościuszki w Waszyngtonie.





W czasach zaborów o Tadeuszu Kościuszce krążył taki oto wiersz: "Co to za obraz wisi na ścianie? Rycerz z pałaszem w chłopskiej sukmanie, czworograniasta czapka na głowie, powiedz mi mamo, jak on się zowie? Zaraz ci powiem, moje serduszko - jest to nasz rodak sławny Kościuszko. Czy żyje jeszcze? Umarł od dawna, ale cześć jego jest taka sławna, że dziś w obrazach ozdabia ściany. Panom i kmieciom jest tak kochany, że żaden Polak dziś bez wzruszenia nie wypowie jego imienia. Jakie ma imię? On - Tadeusza, piękne imię nosiła ta dusza, a odważny był jak rzadko który, bił się za Polskę, tłukł wrogów z góry, aż sam spadł z konia krwią swą zalany. Oto wiesz teraz synu kochany. A jak się więcej o nim nie dowiesz... na dziś wystarczy, jutro ci powiem". Warto też tutaj odnotować, co o Kościuszce mówił wódz amerykańskiej Armii Południowej - gen. Nathaniel Greene, oto jego opinia: "Jednym z najbardziej użytecznych moich towarzyszy broni był pułkownik Kościuszko. Nic nie było w stanie przewyższyć jego zapału do służby publicznej ani też nic nie mogło być użyteczniejsze nad jego uwagę, czujność i pilność w prowadzeniu różnych przedsięwzięć, których dostarczała nasza mała, ale ruchliwa wojaczka. Skierowany do jakiego­kolwiek rodzaju służby był on zawsze chętnym i zdolnym pomocnikiem w wykonywaniu moich zamiarów. Słowem ­jednym z tych, których ani przyjemność nie może uwieść ani praca znużyć, ani niebezpieczeństwo odstraszyć. Co zaś go ponadto wielce wyróżniało, to niezrównana skromność i zu­pełna nieświadomość, że dokonał czegoś niezwykłego. Nigdy nie występował z roszczeniami lub pretensjami dotyczącymi jego osoby, a nigdy nie pominął sposobności wyróżnienia i polecenia zasług innych. Ten zdolny i dzielny żołnierz opuścił nas teraz, udając się na północ w zamiarze niezłom­nego powrotu do swej własnej ojczyzny, gdzie niezawodnie wkrótce się wyróżni". 






 

PS: Ostatnio pojawił się taki trend, aby biali przepraszali (klękali, całowali buty) czarnoskórych za to że są biali. Ja nie będę nawet tego komentować, bowiem już na samą myśl o takim upokorzeniu robi mi się niedobrze. I jednocześnie coraz częściej sądzę że dużo prawdy jest w tym zabawnym monologu z "Chłopaki nie płaczą", gdy gangster Fred (grany przez Cezarego Pazurę), tłumaczy Bolcowi (Michał Milowicz) skąd się wzięli Murzyni w USA. Przytoczę może ten fragment, bowiem jest wyjątkowo "na czasie": "Wiesz skąd przyjechali czarni do Ameryki? Handlarze niewolników przywieźli ich z Afryki. A myślisz że to taka prosta sprawa wysiąść na plaży w Afryce, złapać w siatkę zwinnego, silnego Murzyna i wywieźć go za Ocean? Jasne że nie! Udało im się to, ponieważ wywozili tylko takich, co albo nie potrafili spierdolić przed siatką, albo byli największymi głąbami w plemieniu i wódz sprzedawał ich za paczkę fajek bo i tak nie miałby z nich pożytku. I ci wszyscy nieudacznicy pojechali do Ameryki, pożenili się, porobili dzieci. Świat poszedł do przodu, pojawiły się komputery, amfetamina, samoloty, ale co z tego, jeżeli ich serca pompują tę samą krew, są potomkami człowieka, który na własnym podwórku dał się złapać w siatkę". I tyle w temacie.




 
PS2: Ostatnio nastąpiła zmiana na stanowisku ambasadora Niemiec w Polsce i pana Rolfa Wilhelma Nikela ma zastąpić pan Arndt Freytag von Loringhofen. To bardzo ciekawa postać - wiceszef BND i były zastępca sekretarza generalnego NATO. Ale ciekawsze jest to, kim był jego tatuś. Otóż Bern Freiherr Freytag von Loringhofen - bo tak właśnie nazywał się tatuś nowego ambasadora Niemiec, należał do grona wysokich oficerów Wehrmachtu i praktycznie do końca, do 29 kwietnia 1945 r. przebywał wraz z Hitlerem w jego berlińskim bunkrze. Otrzymał też Krzyż Żelazny za kampanię w Polsce w 1939 r. i za Bitwę pod Stalingradem (1942/43). Tak się zastanawiam - jak należałoby przywitać nowego pana ambasadora - który ma przejąć pieczę nad rodzimą partią volksdeutschów pruską? Może tak, jak to zostało pokazane w tym filmiku w sztuce "19 Południk" 😉.