Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GLADIATORZY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GLADIATORZY. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 lipca 2024

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XXXIV

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY
SZTANDAR MAHOMETA





III

RZYMIANKA Z WYBORU

(W TROSCE O SYNA)

Cz. VIII







KRÓL KRÓLÓW
Cz. VIII


 Gdy więc w lecie roku 66 do Rzymu przybył władca Armenii z rodu Arsacydów Tiridates I (z którym to Rzymianie przez 5 ostatnich lat - do 63 roku - toczyli morderczą wojnę o Armenię), został tam wspaniale powitany przez Nerona, który na jego cześć urządził huczne igrzyska. Oczywiście Tiridates przybył do Rzymu, aby zgodnie z warunkami zawartego pokoju uzyskać koronę królewską z rąk rzymskiego cesarza, który miał sprawować "opiekę" nad Armenią. W rzeczywistości jednak po roku 63 rzymskie wpływy w Armenii znacznie osłabły (w porównaniu z tym co było wcześniej), natomiast koronacja miała być tylko symbolicznym podkreśleniem rzymskiej kontroli, która tak naprawdę była iluzoryczna. Natomiast Arsacydzi (Tiridates i jego brat, król Partów - Wolagazes I) zdobywali w tym regionie silną pozycję. W każdym razie uroczystość koronacji (i włożenia na głowę Tiridatesa) korony królewskiej władców Armenii z rąk cezara Nerona, miało wspaniałą oprawę (propagandowo-artystyczną) i pokazywało siłę oraz potęgę Imperium Rzymskiego, czyli to, co przede wszystkim chcieli ujrzeć i co lubili podkreślać Rzymianie. Miasto było więc udekorowane girlandami i tysiącami kwiatów, były orły legionowe, gwardia pretoriańska prezentowała się wyśmienicie, a cesarz siedział na tronie, za którym znajdował się wizerunek ogromnego rzymskiego orła (chociaż symbolem miasta była wilczyca). Wszystko to podkreślało oczywiście dumę i chwałę Imperium Rzymskiego, ale tak naprawdę mieszkańcy stolicy przede wszystkim oczekiwali na to, co miało dopiero nadejść, czyli na wielkie, wspaniałe igrzyska Neron dał im to, czego tak bardzo pragnęli.

Igrzyska rozpoczęły się od wyścigów rydwanów, czyli dyscypliny którą Rzymianie bardzo się pasjonowali (tak jak dzisiaj pasjonujemy się piłką nożną, siatkówką czy też bejsbolem - w zależności od miejsca pochodzenia). Tak jak już kiedyś wspominałem (przy innym temacie) w Rzymie (jak i w innych miastach Imperium) były cztery frakcje wyścigowe: Biali (factio albata), Zieloni (factio prasina), Niebiescy (factio veneta) i Czerwoni (factio russata) - (z początkiem II wieku naszej ery te cztery frakcje zaczęły się ze sobą łączyć tak, iż realnie powstały dwie: Biali i Zieloni oraz Niebiescy i Czerwoni. Natomiast już IV wieku Zieloni i Niebiescy po prostu wchłonęli swoich współtowarzyszy). Wyścigi rydwanów oczywiście odbywały się głównie w Cyrku Wielkim (Circus Maximus), którego początki sięgają roku 329 p.n.e. kiedy to obok dwóch drewnianych met, postawiono pierwsze drewniane wozownie i stajnie. W 296 r. p.n.e. dwaj bracia, edylowie kurulni: Gnejusz i Kwintus Ogulniuszowie - za pieniądze zebrane z kar nałożonych na lichwiarzy - wybudowali pierwszą w Rzymie brukowaną drogę, ciągnącą się od bramy kapeńskiej (Porta Capena), do świątyni Marsa Statora, która przechodziła również przez teren (prowizorycznego wówczas jeszcze) Cyrku Wielkiego. W tym też roku wznieśli po raz pierwszy na Forum Romanum posąg wilczycy karmiącej dwójkę ludzkich niemowląt - Romulusa i Remusa - założycieli Rzymu (aczkolwiek tamten pierwotny pomnik nie zachował się, a obecny, który znajduje się w Pałacu Konserwatorów w Rzymie pochodzi z czasów znacznie późniejszych). Poza tym edylowi kurulni uczynili coś jeszcze, a mianowicie osuszyli dolinę Murcja, co spowodowało że można było połączyć ziemnym półkolistym nasypem teren przyszłego Cyrku Wielkiego. W roku 194 p.n.e. na spinie (czyli szeroki murze oddzielającym tory w Cyrku Wielkim) wniesiono pierwsze drewniane siedziska dla senatorów, wkrótce potem podobne siedziska zaczęły powstawać również dla ludu. Dwadzieścia lat później dodano 7 jaj informujących o ilości pokonywanych okrążeń przez załogi rydwanów. Kolejną rozbudowę Circus Maximus przeprowadził w 46 r. p.n.e. Juliusz Cezar - powiększając arenę w kierunku wschodnim i zachodnim (wyrównując przeciwległe pagórki) i otaczając ją rowem wypełnionym wodą - eurypem, dzięki czemu Cyrk mógł teraz pomieścić 150 000 miejsc siedzących. W roku 33 p.n.e Marek Wipsaniusz Agryppa (rówieśnik, przyjaciel i późniejszy zięć Oktawiana Augusta) stworzył na spinie system sygnalizacji w postaci 7 delfinów, które miały odtąd wymieniać się miejscami z 7 jajami informującymi o ilości okrążeń. W 10 r. p.n.e. Oktawian August sprowadził z Egiptu dwa obeliski: Kleopatry i Ramzesa II, jeden z nich (właśnie Ramzesa II) kazał umieścić w Cyrku Wielkim (dziś ten obelisk znajduje się na Placu del Poppolo), a także dla siebie i swojej rodziny kazał wznieść w tymże przybytku specjalną lożę - pulvinar - która od tej pory była uważana za cesarską. Przed igrzyskami wiekowymi roku 47 (ludi saeculares) z okazji 800-rocznicy założenia Rzymu, cesarz Klaudiusz wymienił drewniane siedziska senatorów w Cyrku Wielkim na marmurowe z domieszką złoconego granitu, ale dla ludu kamienne siedziska ustawił dopiero Neron wkrótce po pożarze Rzymu w roku 64, gdy przystąpiono do odbudowy m.in. Cyrku Wielkiego.


MAKIETA STAROŻYTNEGO RZYMU 
(NA PIERWSZYM PLANIE CYRK WIELKI i KOLOSEUM)



Woźnice zaprzęgów należący do poszczególnych frakcji cyrkowych, wywodzili się najczęściej spośród niewolników, aczkolwiek ich sława była nieporównywalnie większa, od sławy współczesnych piosenkarzy czy celebrytów. Ich imiona były wypisywane nie tylko na murach domów, łaźni czy przybytków rozkoszy, ale nawet policja miejska przymykała oczy na ich występki. Gdy pewnego razu - a było to już za Domicjana (81-96 r.), dwójka woźniców z frakcji Niebieskich i Czerwonych zaczęła zaczepiać na ulicach ludzi i żądać od nich pieniędzy, wezwanie na miejsce strażnicy miejscy nie interweniowali, odwrócili głowy i odeszli. Niech pomniki i popiersia były ustawiane w przybytkach publicznych i - jak pisze Marcjalis - w przeciwieństwie do innych pomników błyszczały się one niczym psie genitalia 😉. Wielokrotni zwycięzcy wyścigów byli praktycznie bezkarni i mogli w zasadzie zrobić wszystko - łącznie z zabójstwem (może z tą różnicą, aby nie było to zabójstwo publiczne). Choć sami byli niewolnikami i nie uzyskali jeszcze wolności, to jednak zachowywali się jakby byli wielkimi panami, brali co chcieli, a jednocześnie zarabiali ogromne pieniądze (tak jak współcześni piłkarze). Może właśnie to spowodowało że już w II wieku zaczęły się tworzyć spośród woźniców grupy przestępcze, które zamieniały się w prawdziwe mafie. Ogromna większość z nich odnosiła kilkudziesięciokrotnie, kilkusetkrotnie, a niektórzy nawet kilkutysięczne zwycięstwa. Marcjalis pisze że (pierwsza połowa II wieku) niejaki Skorpus odniósł 1043 zwycięstwa, Pompejusz Epafroditus - 1467, Pompejusz Musklosus - 3359 zwycięstw i Diodes - 4462 (ten ostatni wycofał się z areny ok. roku 150 zgromadziwszy fortunę 35 milionów sesyerców, czyli kwotę za którą mógłby sobie kupić co najmniej kilka posiadłości w Kampanii, wystawić do ich obrony co najmniej 10 000 gladiatorów i obsadzić 50 okrętów wojennych. Jednocześnie gdy woźnice rydwanów umierali, gromadziło to ogromne tłumy na ich pogrzebach, a zdarzało się i tak - wcale nierzadko - że umierali w młodym wieku, ponieważ zawód jaki wykonywali był bardzo niebezpieczny. Oddajmy więc ponownie głos Marcjalisowi: Tuskus zginął w wieku 24 lat po odniesieniu 56 zwycięstw, Krescens w wieku 22 lat (zgromadziwszy 1 600 000 sesterców), a Marek Aureliusz Molicjusz w wieku 20 lat (po odniesieniu 125 zwycięstw). Juwenalis dodawał zaś, że wysokie zarobki woźniców brały się również z tego, że ludzie przed wyścigami po prostu zakładali się o to, który z nich wygra, a w Cyrku Wielkim (czy potem w Koloseum) były to profesjonalne stanowiska hazardowe, a zakłady przyjmowały pięknie wystrojone kobiety. Zamożni ludzie często zostawiali tam swoje fortuny, a ci biedniejsi przynosili sakiewki licząc na to, że dany woźnica z ulubionej frakcji przyniesie im szczęście. Po wyścigach zaś - aby nieco udobruchać tych, którzy stracili tam fortunę - organizowano w Cyrku ucztę dla ludu, w czasie której rozdawano łakocie w postaci ciepłych bułeczek i innych smakowitości, a także rozdawano talony, których numery licytowano z puli i dzięki którym można było wygrać np. dom, gospodarstwo wiejskie, albo nawet okręt. Takie loterie po raz pierwszy zaczął organizować właśnie Neron (przez co był ukochanym władcą dla ludu i o ile możni go nie znosili, o tyle lud wręcz ubóstwiał). Podczas tej właśnie wizyty Tiridatesa w Rzymie, Neron wystąpił jako woźnica w ulubionej przez siebie frakcji Zielonych.




Następnie urządzono wspaniałe igrzyska gladiatorskie (munera). Był to stary zwyczaj, zaczerpnięty jeszcze z tradycji etruskiej, który przeniknął do kultury rzymskiej w formie pośmiertnego uhonorowania ważnej osobistości. Gdy więc umierał jakiś senator (albo majętny ekwita) rodzina wynajmowała dwóch niewolników którzy mieli się nad jego grobem potykać na śmierć i życie. Według tradycji po raz pierwszy w Rzymie miano odprawić takie walki (stosując się ściśle do etruskich wymagań) na targu bydlęcym (Forum Beorium) w 264 r. p.n.e. Powodem była śmierć dostojnego senatora Decymusa Juniusza Brutusa Pery i do tej walki wynajęto sześciu niewolników którzy potykali się w trzech parach. Po raz pierwszy więcej niż kilkunastu, potykało się gladiatorów (bo już tak należałoby ich nazwać) w roku 216 p.n.e. (czyli w roku katastrofy kaneńskiej, kiedy po całym Rzymie rozchodziły się trwożne głosy: "Hannibal ante portas" czyli " Hannibal u bram"), wówczas to, podczas uroczystości pogrzebowych konsula Marka Emiliusza Lepidusa wystawiono 44 gladiatorów w 22 parach. Oczywiście walki takie najczęściej odbywały się na ulicach lub na forach, bowiem żadne amfiteatry wówczas nie istniały. Od tej chwili też każda rodzina (szczególnie wywodząca się z nobilitas), chciała pobić rozmachem uroczystości pogrzebowych poprzedników i liczba gladiatorów walczących na ich marach zwiększała się. 183 r. p.n.e rodzina zmarłego najwyższego kapłana (Pontifex Maximus) Publiusza Licyniusza Krassusa wystawiła do walki aż 200 gladiatorów. 164 r. p.n.e. gdy ludzie będący w teatrze i oglądający "Hecyrę" Terencjusza, dowiedzieli się o śmierci jakiegoś senatora i publicznym munera urządzanym na jego cześć, gremialnie opuścili teatr, udając się w tamto miejsce 🤭.




 Szybko też ambitni politycy zdali sobie sprawę z tego, jak potężna władza nad masami znajduje się w munera i ile można osiągnąć, jeśli tylko umiejętnie zorganizuje się takie uroczystości (można je porównać do współczesnych wydatków jakie ponoszą politycy na banery, ulotki, reklamy w mediach - szczególnie w internecie itd, które oczywiście są bardzo kosztowne, ale które zwrócą się w przeciągu góra dwóch lat na dobrym stanowisku). Tym bardziej że owe igrzyska przestały być już igrzyskami rodzinnymi, gdzie członkowie danego rodu w milczeniu przyglądali się w walce dwóch niewolników, wynajętych tylko po to, aby oddać ostatnią cześć zmarłemu. Teraz, gdy coraz więcej ludzi zaczęło przychodzić na takie widowiska, były one pełne gwaru, śmiechu, komentarzy i oczywiście zakładów - kto wygra, nadal jednak igrzyska organizowane były przez najbogatszych, czyli tych, których było na to stać. Po raz pierwszy zaś za publiczne pieniądze zorganizowano munera w roku 105 p.n.e. gdy armia rzymska poniosła druzgocącą klęskę w starciu z plemionami Cymbrów i Teutonów pod Arausio 6 października 105 r. p.n.e. w rzeczywistości jednak bitwa ta rozegrała się we wrześniu, jako że wówczas w Rzymie obowiązywał kalendarz księżycowy jeszcze sprzed reformy Cezara z 45 r. p.n.e. w czasie którego zmieniono kalendarz księżycowy na słoneczny dodając do tego oczywiście 30 dni, bez równać czas głównych świąt z porami roku. Natomiast data 6 października jest datą przyjętą w nauce). W Rzymie wybuchła wówczas panika i znów pojawiły się tutaj głosy nieznane od ponad 100 lat: "Barbari ante portas". Trudno też się temu dziwić, wówczas bowiem po zagładzie armii konsula Gnejusza Maliusza Maksymusa i Kwintusa Serwiliusza Cepiona, nie było w Italii siły zdolnej odeprzeć atak barbarzyńców. Co prawda można było powołać pod broń nowicjuszy - mających jeszcze mleko pod nosem, lub styranych życiem weteranów, ale przecież to nie były siły, które mogłyby zagrozić owym zwycięzcom, gdyby ci postanowili ruszyć na italię. Można było oczywiście odwołać wojska z Hiszpanii, Tracji, Azji i Afryki, ale jakim kosztem i ile by to trwało. Wróciły teraz niczym przekleństwo słowa wypowiadane przez braci Grakchów, że w Rzymie nie starczy ludzi gotowych do noszenia broni, a wszystko przez degradację i likwidację dotychczasowych rolników, przejmowanie ich majątków przez nobilitas i ich eksodus do miast (głównie do Rzymu), gdzie zasilali lokalną biedotę (najbiedniejsi wówczas w wojsku nie służyli, gdyż nie stać ich było na zakup broni i ekwipunku). Poza tym bardzo złe wrażenie sprawiała nobilitas, która nadal wierząc w hasła że to ona jest powołana do rządzenia państwem ze względu na swoją wiedzę, tradycję i umiejętności, teraz dawała popis żałosnej niekompetencji i tchórzliwości. Ostatecznie z sytuację ocalił Gajusz Mariusz wraz ze swym legatem Lucjuszem Korneliuszem Sullą (potem obaj panowie stali się śmiertelnymi wrogami), który po pokonaniu króla Numidii -  Jugurty (105 r. p.n.e.) wycofał armię z Afryki do Italii, aby bronić Rzymu przed barbarzyńcami. 

Ale problem z wojskiem to była jedna rzecz. Inną to były nastroje społeczne, które były wręcz katastrofalne. Dawno oczywiście zapomniano o lęku panującego w Rzymie w czasach Hannibala. Mówiono o tym ze śmiechem, drwiąc sobie z ludzi którzy wówczas żyli, że tak obawiali się tego kartagińskiego watażki, a teraz wszystko wróciło i to za sprawą nie jakiegoś wielkiego wodza, tylko grupy plemion przybyłych z Północy, które Rzymianie uważali za barbarzyńskie. Trzykrotnie Rzym w czasach Republiki narażony był na upadek. Po raz pierwszy w roku 390 p.n.e. gdy miasto zdobyli Galowie pod wodzą Brennusa (oprócz Kapitolu, który według legendy ocalić miały gęsi przed niespodziewanym, nocnym atakiem Galów). Były to jednak czasy bardzo odległe, w których nie zdobyto nawet jeszcze władzy nad całą Italią. Po raz drugi takie zagrożenie miało miejsce właśnie w czasach Hannibala, szczególnie w roku 216 p.n.e. a po raz trzeci w roku 105 p.n.e w czasie najazdu Cymbrów i Teutonów na Galię i północną Italię. Aby więc ratować się przed dojmującym nastrojem paniki i klęski, władze Republiki urządziły najpierw pokazowy proces winnych klęski spod Arausio. Serwiliusz Cepion i Maliusz Maksymus zostali pozbawieni dowództwa, odebrano im majątek i wygnano, ale to było jednak za mało aby nasycić żądny zemsty lud, szukano więc dalej. Starano się znaleźć kozła ofiarnego, którego można by było poświęcić w imię złagodzenia nastrojów i ponownego podporządkowania ludu władzy, więc pierwsza myśl - westalki. Rozpoczęły się więc skrupulatne kontrole przybytku dziewic służących bogini Weście, starało się bowiem znaleźć jakiekolwiek przykłady złamania ślubów czystości, które można by było rzucić ludowi na tacy i przedstawić owe kobiety jako winne klęski, gdyż swym ohydnym czynem obraziły boginię. Niczego jednak nie znaleziono, westalki prowadziły się bez zarzutu, a ostatni raz skazano westalkę na śmierć (przez zakopanie żywcem w ziemi - bo taka była kara), prawie dziesięć lat wcześniej, w roku 114 p.n.e. gdy trzy kobiety ze świętego przybytku bogini oskarżono o spółkowanie z mężczyznami, były to: Emilia, Licynia i Marcja. Na śmierć skazano jednak tylko Emilię, dwóm pozostałym dziewczętom udało się przeżyć tylko dlatego, że pochodziły z wpływowych rodzin, a ich ojcowie i krewni odpowiednio zapłacili sędziom. Jednak już w roku następnym na wniosek konsula Gnejusza Papiriusza Karbona powtórzono proces, gdyż znaleziono wiele nieścisłości, łącznie z zarzutami o przyjęcie łapówek przez sędziów. Ostatecznie pozostałe dwie kobiety również zostały skazane na śmierć i tak też się stało. Ale owym 105 r. p.n.e. nie znaleziono takich "koziołków" ofiarnych, musiano więc szukać dalej.

Powstała myśl aby przebłagać barbarzyńskich bogów (tak bowiem czynili Rzymianie żeby odwrócić gniew obcych bogów przeciwko nim samym), problem tylko polegał na tym, że nie znano imion owych bogów i nie wiedziano nawet do kogo się zwrócić. Trzeba więc było zwrócić się do bogów rodzimych, ale czy to mogłoby uspokoić gniew ludu? Czy mogłoby zadośćuczynić rodzinom 80 000 poległych pod Arausio żołnierzy w wyniku głupoty dowództwa (szczególnie Cepiona - który ewidentnie nie nadawał się na stanowisko które pełnił). Tu już nie było takiej prostej odpowiedzi, tym bardziej że ofiary przebłagalne bogów rodzimych mogły przekonać głównie najbardziej pobożnych Rzymian, a co z resztą? Może gdyby to zamienić na jakąś wielką publiczną ofiarę dla bogów, tylko jak to zrobić (ostatnie publiczne ofiary z ludzi złożono w Rzymie właśnie w roku 216 p.n.e. i nie zamierzano już więcej do nich wracać). No właśnie i tutaj przyszła z pomocą - munera. Na polecenie konsula Publiusza Rutiliusza Rufusa (Manliusz bowiem został wygnany) postanowiono wydać publiczne pieniądze na zorganizowanie spektaklu gladiatorskiego dla ludu, do czego mieli posłużyć gladiatorzy z rzymskiej szkoły Gajusza Aureliusza Scaurusa. Miało to pobudzić nastroje patriotyczne, przypomnieć Rzymianom dawne ojczyźniane cnoty, takie jak odwaga i honor, a także przypomnieć ludowi jak należy posługiwać się bronią przeciwko nacierającemu wrogowi, a w razie konieczności jak ginąć śmiercią prawdziwego Rzymianina. Tak też się stało a munus z roku 105 p.n.e. był pierwszym tego rodzaju widowiskiem, zorganizowanym nie w celu uczczenia jakiejś zmarłej postaci, lub też wydarzenia religijnego, a z czysto politycznych celów, co potem stało się normą dla rzymskich polityków. Czy jednak igrzyska roku 105 p.n.e. poskutkowały na rzymskie społeczeństwo? Trudno powiedzieć, gdyż Cymbrowie i Teutonii nie wykorzystali jakże sprzyjającej okazji i nie najechali bezbronnej Italii, natomiast trzy lata później konsul Gajusz Mariusz rozbił Teutonów pod Aquae Sextiae, a w 101 r. p.n.e. Cymbrów na polach raudyjskich pod Vercellae.


PIERWSZE PUBLICZNE MUNERA ZORGANIZOWANE NA FORUM ROMANUM w 105 r. p.n.e.



Od tej chwili munera weszło do corocznego wręcz zamiłowania Rzymian i traktowali oni to wydarzenie jako coś naturalnego, jako element rozrywki do której można uciec, od monotonnego i nudnego życia w Rzymie. Zresztą nie tylko w Rzymie, w miejscowości Pollentia w północnej Italii, mieszkańcy tak długo nie dopuszczali do pochowania zmarłego wcześniej wysokiego urzędnika miejskiego, dopóty rodzina zmarłego nie wyłożyła pieniędzy na zorganizowanie munera. Stało się więc to czymś naturalnym dla rzymskiego krajobrazu społecznego, chociaż bunty gladiatorów też się zdarzały, a do najsławniejszego doszło w latach 73-71 p.n.e. w Kapui w szkole Gnejusza Lentulusa Batiatusa, który rozlał się potem na całą italię, a zwany był powstaniem Spartakusa. Oczywiście nie był to jedyny bunt gladiatorów. Niecałą dekadę po stłumieniu powstania Spartakusa (64 r. p.n.e.), w Praeneste zbuntowali się tamtejsi gladiatorzy, ale lokalny garnizon wojskowy błyskawicznie przywrócił porządek. Popularność munera wśród ludu była tak wielka, że w 63 r. p.n.e zabroniono kandydować na urzędy publiczne tym, którzy dwa lata wcześniej zorganizowali igrzyska gladiatorskie. Od roku 27 p.n.e. gdy Gajusz Juliusz Cezar Oktawian stał się Augustem, polecił on w Rzymie pretorom organizować igrzyska dwa razy do roku, a na prowincji coroczny munus. Oczywiście przez cały ten czas aż do Oktawiana Augusta, igrzyska odbywały się prowizorycznie skleconych, drewnianych przybytkach (najczęściej na Forum Romanum) ogrodzonych palami, które na drugi dzień (lub po zakończeniu igrzysk) rozbierano. Pierwszy kamienny amfiteatr (bo tak też zaczęto odtąd nazywać owe przybytki) wzniósł w 29 r.p.n.e na południe od Pola Marsowego krewny Augusta - Kwintus Statyliusz Taurus (amfiteatr ten spłonął w roku 64 w czasie wielkiego pożaru Rzymu za Nerona i nie został już potem odbudowany aż do czasów Wespazjana, który założył swój własny amfiteatr, zwany amfiteatrem Flawiuszów, a potocznie znanym jako Koloseum. Tak więc w czasie wizyty Tiridatesa w Rzymie amfiteatr Taurusa już nie istniał). W 2 r. p.n.e. na Ianikulum (czyli prawym brzegu Tybru) Oktawian August wzniósł ogromnym kosztem naumachię - przeznaczoną do przedstawienia walk morskich, a jej szerokość była trzy razy większa od późniejszego Koloseum. Jej eliptyczny kształt (o średnicy 556 i 537 m.) wypełniony był wodą (dostarczaną przez akwedukt Aqua Alsietina), na środku której znajdowała się sztuczna wyspa (to tam właśnie cesarz Klaudiusz zorganizował swoją słynną bitwę morską w formie igrzysk dla ludu z 52 r.), a dookoła znajdowały się ogrody Cezara, a dalej jeszcze lasy. Oczywiście w czasach które nas obecnie interesują, była to jedyna rzymska naumachia, ale Rzymianon to przestało wystarczyć i już za Trajana w ogrodach watykańskich władca ten wzniósł drugą naumachię (na północny zachód od Zamku Świętego Anioła) oraz kolejny amfiteatr (amphitheatrum Castrense), również na terenie Watykanu.


NAUMACHIA KLAUDIUSZA z 52 r. ZORGANIZOWANA NA IANIKULUM
(WOKÓŁ SZTUCZNEJ WYSPY AUGUSTA)



Masowa budowa amfiteatrów, jaka nastąpiła w ostatnich trzech dekadach I wieku p.n.e. i na początku I wieku naszej ery, nie zawsze szła w parze z jakością. Trybuny najczęściej bowiem były drewniane, a jednocześnie stawiano je na niepewnym gruncie, często po kosztach, aby zaoszczędzić, rezygnowano ze specjalnych podpór które podtrzymywały całą konstrukcję (nie mówiąc już o tym że całość była łatwopalna). Często też dochodziło do mniejszych lub większych katastrof z tym związanych, a największa bodajże miała miejsce w Fidenie, w miasteczku położonym na północny-wschód od Rzymu, w 27 roku naszej ery. Trybuny bowiem (zbudowane przez konstruktora Atyliusza) zostały wzniesione tak niedbale i na tak nierównym terenie, że w ułamku chwili, w czasie trwania igrzysk cała konstrukcja zawaliła się, grzebiąc pod sobą 50 000 widzów. Tacyt tą katastrofę przyrównał do "przegranej bitwy w czasie wielkiej wojny". Atyliusza co prawda skazano na wygnanie, ale życia i zdrowia tym, którzy tego doświadczyli nikt już nie wrócił. Od tej pory zabroniono wznosić trybuny na nieutwardzonym gruncie, zaś organizator który nie chciał zrezygnować z drewnianych trybun, musiał jednocześnie udowodnić że dysponuje pieniędzmi na wypadek odszkodowania w wysokości co najmniej 400 000 sestercji (jakieś 800 000 zł). Po Wielkim pożarze Rzymu z roku 64 Neron wpadł na pomysł aby zbudować właśnie ogromny kamienny amfiteatr który przyćmi sławą wszystkie inne. Planu tego nie wprowadził jednak w życie, a zrealizował go dopiero Wespazjan, zakończyli zaś jego synowie -  Tytus i Domicjan w 80 roku naszej ery (notabene w roku tym również Rzym nawiedził kolejny - choć nieco mniejszy pożar - który strawił część zabudowań Kapitolu, spłonął też Panteon, Biblioteka Augusta i Teatr Pompejusza (po raz kolejny 🥴). Warto też wspomnieć jak wyglądał podział miejsc w Koloseum (jak również i w innych amfiteatrach) od czasów Augusta. Otóż pierwsze (dolne) miejsca zarezerwowane były dla nobilitas i ekwitów, ludzi zamożnych i dostojników państwowych, środkowe dla zwykłych obywateli, zaś górne miejsca w amfiteatrze przeznaczone były dla kobiet - bez względu na ich zamożność. Warto też dodać że kobiety gladiatorzy nie występowały w czasach Republiki i pierwszych dekadach Cesarstwa. Zaczęło to się zmieniać jednak już w drugiej połowie I wieku naszej ery, a szczególnie za czasów rządów Domicjana (81-96 r.) który lubił tego typu rozrywki. Zresztą miłośników walk amazonek (bo tak je nazywano) w Rzymie było dosyć sporo, choć ewidentnie nie stanowili większości. Dla nich to więc organizowano nawet łączone walki gladiatorów i amazonek, a nawet amazonek jeżdżących na wozach bojowych. O ile jednak Domicjan organizował takie widowiska w swoim prywatnym amfiteatrze i to najczęściej nocą przy blasku pochodni, o tyle już w II wieku naszej ery stały się one coraz częstsze. Widowiska kobiet wojowniczek miały swoich zagorzałych wielbicieli, aczkolwiek równie duża była grupa przeciwników, którzy po prostu wygwizdywali owe kobiety, domagając się aby zaprzestano tego gorszącego dla nich przedstawienia. Równie wielkim miłośnikiem kobiecych walk był Lucjusz Werus (panował w latach 161-169 wraz z Markiem Aureliuszem). Nawet na kampanię partyjską zabrał kilka takich amazonek, z którymi spółkował. Jednak z czasem górę wzięli przeciwnicy takich przedstawień, i w roku 200 - zasypany skargami na tego typu wypaczenie idei munera, cesarz Septymiusz Sewer zakazał ostatecznie kobietom walk na arenie.


KATASTROFA w FIDENACH 
(27 r.)



Igrzyska te zaczęły dobiegać końca, wraz z rosnącą pozycją chrześcijaństwa. W roku 326 cesarz Konstantyn Wielki (swoją drogą od zbrodniach tego władcy można by napisać litanię) wydał w Berytos (czyli dzisiejszym Bejrucie) po raz pierwszy publiczny edykt, piętnujący igrzyska gladiatorów w całym Imperium Rzymskim. Oczywiście nie oznaczało to ich końca, aczkolwiek było tą pierwszą kroplą drążącą skałę. W 357 r. Konstantyn II (syn tego pierwszego) zabronił wszystkim żołnierzom i oficerom uczestnictwa w igrzyskach, a w 365 r. cesarz Walentinian zakazał skazywania chrześcijan na karę areny. Ostatecznie pod koniec IV wieku, czyli 399 r. cesarz Honoriusz nakazał zamknąć wszystkie istniejące w Rzymie szkoły gladiatorskie, co było wstępem do całkowitej likwidacji igrzysk (które realnie na Wschodzie już się nie odbywały, jeszcze w Rzymie i w niektórych miastach Zachodniego Cesarstwa). Bezpośredniego jednak pretekstu do zlikwidowania igrzysk dał mnich Telemachos, który 404 r. wtargnął na arenę, próbując namówić walczących do zaniechania rozlewu krwi. Przyglądający się temu ludzie z trybun zapałali ogromnym gniewem i biorąc do ręki kamienie, ukamienowali mnicha. Pod wrażeniem tej męczeńskiej śmierci cesarz Honoriusz po wsze czasy zakazał odprawiania munera.


 

W każdym razie igrzyska gladiatorskie jak również wyścigi rydwanów oraz przedstawienia teatralne były tymi, którymi cesarz Neron powitał przybywającego do Rzymu w owym 66 roku króla Armenii - Tiridatesa I z rodu Arsacydów.


KOBIETA PRZEBRANA ZA RZYMSKĄ GLADIATRIX, CZYLI AMAZONKĘ 



CDN.

czwartek, 26 marca 2020

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. X

NIM JESZCZE

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA




 

 I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. IX



   

"O WITAJ, WIELKA MATKO ŻNIWA, ZIEMIO SATURNA, MATKO HEROSÓW SZCZĘŚLIWA!"

WERGILIUSZ
"GEORGIKA"
("POCHWAŁA ZIEMI ITALSKIEJ")


 Gdy cesarz Septymiusz Sewer zakończył już swoją podróż po Egipcie i wrócił do Aleksandrii, ponownie zajął się sprawami administracyjnymi (wydał zgodę na budowę nowych miejskich świątyń, term oraz gimnazjonów), a gdy (z końcem 200 r.) opuszczał Aleksandrię, zabierał ze sobą przyjemne wspomnienia z tej ziemi, które towarzyszyły mu aż do końca jego żywota (ponoć pod koniec życia wracał pamięcią do tych beztroskich, wakacyjnych dni spędzonych w gronie rodziny nad Nilem). Teraz powrócono znów do syryjskiej Antiochii, gdzie rodzina cesarska (i towarzysząca jej dworska świta), spędziła kolejny rok i wyjechano stąd dopiero w ostatnich miesiącach 201 r., tak aby przybyć do Rzymu na inaugurację wspólnego konsulatu ojca (Septymiusza Sewera) i syna (Marka Aureliusza Antonina Cezara, zwanego potocznie Karakallą), który miał nastąpić dnia 1 stycznia 202 r. Droga powrotu rodziny cesarskiej do Rzymu, wiodła przez prowincje Azji Mniejszej, Trację, Mezję i Panonię. Po drodze cesarz wizytował obozy wojskowe, przeprowadzał kontrole administracyjne i wydawał nowe rozporządzenia, gdy zaś dotarł do Panonii, wszedł na stary szlak, biegnący z Carnuntum do Rzymu - ten sam, którym maszerował przed dziewięcioma laty jako mściciel zamordowanego Pertynaksa (drogami: Via Postumia, Via Emilia i Via Flaminia). Do stolicy przybył dopiero w początkach kwietnia 202 r. (więc nieco później niż pierwotnie zakładał), a wjazd jego był niezwykle uroczysty. Senat przyznał cesarzowi prawo do triumfu (za zwycięstwo w wojnie z Partami na Wschodzie), ale Sewer - choć zapowiedź odbycia takiego wjazdu była niezwykle kusząca - stwierdził jednak że dolegają mu niestety bóle artretyczne i z tego powodu nie zdoła długo wystać na rydwanie. Zamieniono więc ów triumf, w wielkie, siedmiodniowe święto, które miało uczcić zarówno zwycięski powrót władcy ze Wschodu, jak i początek dziesiątej rocznicy jego panowania, a także małżeństwo najstarszego syna cesarza - Karakalli z córką niejakiego Gajusza Fulwiusza Plaucjana - rodaka Sewera (obaj bowiem pochodzili z Leptis Magna), czyli Afrykanera, pełniącego również (od ok. 197 r.) urząd prefekta pretorianów. Dziewczyna nosiła imię Publia Fulwia Plautilla.

Nastało "Felicitas saeculi" ("Szczęście wieku") Sewerów, a cesarska rodzina - jak żadna inna wcześniej - bardzo dbała od szczególne podkreślanie wzajemnej zgody i rodzinnego szczęścia, panującego w dynastii, która - jak wynikało z rzeźb, dedykacji, reliefów i oficjalnych malowideł - trwała nieprzerwanie już od ponad stu lat (czyli od czasów założyciela dynastii Antoninów - Marka Kokcejusza Nerwy, który objął władzę w 96 r.). Fakt, że była to czysta propagandowa fikcja, nie miało żadnego znaczenia, liczyło się bowiem wprzęgnięcie Sewerów w tryby dynastii, która władała Imperium Romanum w najlepszym okresie jego istnienia (II wiek), dlatego też tak wielkie znaczenie przywiązywano do tytulatury. Aby pokazać naocznie jakie to przybierało rozmiary, warto przytoczyć napis, wyryty na bazie posągu, ustawionego w okręgu Pagus Fortunalis (potem posąg ów znalazł się w Uthinie - dziś Udyna, miasto w Tunezji) w prowincji Afryka, wystawiony tam przez weteranów z armii Sewera, około roku 203. Rozpoczyna się on od słów: "Imperatorowi Cezarowi, synowi Boskiego Marka Antonina, Pobożnego, zwycięzcy Germanów i Sarmatów, bratu Boskiego Kommodusa, wnukowi Boskiego Piusa, prawnukowi Boskiego Hadriana, praprawnukowi Boskiego Trajana, zwycięzcy Partów, prapraprawnukowi Boskiego Nerwy - Lucjuszowi Septymiuszowi Sewerowi, Pobożnemu, Pertynaksowi, Augustowi, zwycięzcy Arabów, Adiabenów, największemu zwycięzcy Partów, najwyższemu kapłanowi, odznaczonemu władzą trybuńską po raz czternasty, imperatorowi po raz jedenasty, konsulowi po raz trzeci, prokonsulowi, Ojcu Ojczyzny - wystawili kosztem publicznym obywatele rzymscy zamieszkali w okręgu wiejskim o nazwie Pagus Fortunalis, weterani, których przodkowie otrzymali ziemie w Sutunurca dzięki dobroczynności Boskiego Augusta". Widać więc wyraźnie ile jest tam przesady, a jednocześnie jak bardzo rozbudowana jest tytulatura i powiązania rodzinne, które w rzeczywistości nigdy nie miały miejsca (a należy pamiętać że takich dedykacji było bardzo wiele, szczególnie zaś sporo powstało w rodzinnym mieście cesarza - Leptis Magna - dumnym z faktu że to właśnie stąd pochodzi "Władca Świata" i choćby dlatego miasto to przyjęło do swej tytulatury epitet "Septimia").




Abstrahując już od faktu, że żaden z wymienionych wcześniej cesarzy - aż do czasów Marka Aureliusza, który występuje tam pod nazwiskiem "Marek Antonin" - nie był ze sobą spokrewniony, a jedynie wchodzili oni do dynastii na zasadzie adopcji, to mimo to, można zaliczyć ich do dynastii Antoninów, jako że każdy kolejny cesarz był wybierany i adoptowany przez poprzedniego.  Natomiast Sewer nie ma żadnych, ale to totalnie żadnych związków z jakimkolwiek z ostatnich władców. Zapewne też dlatego właśnie tak bardzo dbano o podkreślanie tych nieistniejących związków, aby nie tylko utrzymać nową dynastię u władzy, ale również dać ludowi jasny przekaz: "Patrzcie, ród dobrych cesarzy Antoninów trwa niezmiennie, pomimo różnych przeciwieństw, a skoro trwa - to bogowie są z nami!" Jakże wspaniałe miały teraz nastać czasy po zakończeniu tej okrutnej wojny domowej. Głoszone powszechnie hasła mówią same za siebie: "Imperii Felicitas" ("Szczęście Imperium"), "Spes Perpetua" ("Wieczysta Nadzieja"), "Iuventa Imperii" ("Młodość Imperium") i wszędzie słychać było tylko: "Concordia! Concordia Augustorum" ("Zgoda Augustów"). Sewer miał w osobie Plaucjana wiernego druha i rodaka (co również było ważne, biorąc pod uwagę fakt, że Rzymianie postrzegali Imperium i swoje obywatelstwo jedynie poprzez prymat "wieczności Rzymu" - to znaczy faktu że Rzym: "był, jest i będzie", stąd też potem wzięło się określenie "Wieczne Miasto". Ale nie istniała wcale idea powszechnego rzymskiego patriotyzmu, rozumianego jako patriotyzm całego Imperium. Dla Rzymian, żyjących na obszarze różnych prowincji, prawdziwą ojczyzną była nawet nie owa prowincja, ile miasto w którym się narodzili - lub też miasto przy którym się narodzili. Rzymski patriotyzm opierał się bowiem na silnych związkach z ziemią i miastem - a nie z Imperium, rozumianym jako całość. Oczywiście obywatelstwo rzymskie było niezwykle ważnym elementem ułatwiającym życie, ale człowiek przede wszystkim wiązał się z ziemią na której się urodził i nawet jeśli zostawał cesarzem - był tylko albo "Afrykaninem", albo "Hiszpanem", albo "Syryjczykiem" etc. etc. - przy czym dodawano jeszcze miasto z którego pochodził. Poczucie jedności obywatelskiej mieszkańców Imperium łączyło się - jak wspomniałem wyżej - jedynie z Rzymem jako "Centrum Świata", stąd też jego zdobycie w 410 r. przez plemię Wizygotów z Północy, było dla Rzymian prawdziwym końcem świata - ich własnego świata, rozumianego jako upadek ostatniej ostoi bezpieczeństwa i stabilizacji w niespokojnych czasach).

Jednak małżeństwo z córką dowódcy pretorianów, nie przypadło do gustu Karakalli, który nie znosił Plaucjana i podejrzewał go o wykorzystywanie swojej pozycji, w celu zbliżenia się do cesarskiej rodziny, by ten fakt wykorzystać w przyszłości na swoją korzyść. Porównywał go do Sejana - innego prefekta pretorianów - żyjącego przed ponad 170 laty, który również poprzez małżeństwo z rodem Tyberiusza, starał się zapewnić sobie realny wpływ na władzę cesarską, a nawet samemu zostać cesarzem po śmierci starego Tyberiusza. Sewer jednak zmusił swego syna do małżeństwa z Plautillą i ślub taki odbył się w kwietniu 202 r. Marek Aureliusz Antonin Karakalla miał wówczas zaledwie 14 lat, Plautilla była od niego starsza o niecały rok (może kilka miesięcy), ale nie mogła się z jego strony spodziewać niczego dobrego. Od początku bowiem Karakalla uchybiał dziewczynie na każdym kroku, często ją publicznie obrażał i wyśmiewał jej ojca. Miał przy tym wsparcie swojej matki, dostojnej Julii Domny, która również postrzegała to małżeństwo jako zagrożenie dla przyszłości dynastii. Nie wiadomo jakie były jednak relacje między synową a teściową, ale wiadomo że cesarzowa i prefekt pretorianów żywo się nienawidzili. Plaucjan - wiedząc że ma wsparcie cesarza i ze względu na małżeństwo jego córki z synem Sewera - nie obawiał się nawet otwarcie grozić Julii Domnie, a w każdym razie otoczył ją szeregiem informatorów (również, a może przede wszystkim spośród służby), którzy mieli zdawać relacje z tego, jak cesarzowa się prowadzi, kogo przyjmuje w swoich pokojach i czy nazbyt chętnie nie ogląda chociażby walk gladiatorów (były bowiem i takie raporty, że Julia Domna ma swoich wybranych gladiatorów których finansuje - zapewniając im dobre jedzenie i inne uciechy - i którzy walczą właśnie dla niej), oraz czy nie spotyka się z nimi sam na sam, jak to czynią niektóre zamożne damy. Jednak póki Plaucjan cieszył się zaufaniem cesarza, żadne próby, zmierzające do jego usunięcia nie miałyby szans powodzenia, dlatego też zarówno Julia Domna jak i Karakalla siedzieli cicho, udając że wszystko układa się dobrze a w rodzinie cesarskiej panuje "Concordia Ordinum" ("Powszechna Zgoda").




I wreszcie nadszedł rok 203, kiedy to Septymiusz Sewer postanowił odwiedzić Afrykę, a przede wszystkim swoje rodzinne miasto - Leptis Magnę. I tutaj pojawia rzecz dość ciekawa, otóż w wielu opracowaniach współczesnych historyków jest mowa właśnie o "krótkotrwałej podróży cesarza i jego syna do ojczystej Afryki", sugerujące ów wyjazd, do którego bez wątpienia się przygotowywano. Jednakże żaden z antycznych autorów (poza krótką aluzją co do tego wydarzenia, zachowaną w "Żywotach sofistów" - Filostratosa), nawet tak dokładny w opisie najróżniejszych wizyt cesarza w obozach wojskowych nad Dunajem - Tertulian z Kartaginy, czy Kasjusz Dion czy też Herodian - w ogóle nie wspominają o takiej wizycie. Dlaczego więc współcześni historycy (w tym np. Aleksander Krawczuk czy Johann Hasebroek), twierdzą że do takiej wizyty w Afryce jednak doszło, czyżby posiłkowali się przy tym jedynie krótką notką w dziele Filostratosa? Nim napiszę na jakiej podstawie wypatrują oni tej wizyty, chciałbym najpierw wyrazić własne zdanie na ten temat, a sprowadza się ono do stwierdzenia że... do żadnej wizyty w Afryce za czasów rządów Septymiusza Sewera nigdy nie doszło! Dlaczego tak uważam wyjaśnię na końcu, teraz kilka informacji przemawiających za ową wizytą. Otóż, Sewer, Julia Domna i ich synowie, w latach 197-202 przebywali cały czas na Wschodzie, przy czym przez prawie dwa lata czasów pokoju (tuż po zakończeniu wojny z Partami), podzielonych jedynie wyprawą do Egiptu - mieszkali oni w Syrii, rodzinnej ziemi Julii Domny. Zapewne wówczas niejednokrotnie odwiedzili zarówno Emesę, jak i spotkali się z rodziną cesarzowej, pochodzącą z tego miasta. Nie ma więc żadnych wątpliwości że po powrocie do Rzymu, Septymiusz Sewer zaplanował również wyjazd do rodzinnej Leptis. Ale czy do takiego wyjazdu rzeczywiście doszło? Przemawiają za tym pewne materialne fakty, które świadczyłyby o tej wizycie. Mianowicie z lat 203-204 pochodzą pewne monety odkopane w Tunezji, z wyrytymi na nich najróżniejszymi hasłami w stylu: "Fortuna Redux" ("Powracająca Pomyślność"), "Indulgentia Augustorum in Carthaginem" ("Łaskawość Cesarzy dla Kartaginy"), czy co jakiś czas pojawiające się słowo: "Adventus" ("Przyjazd"). 

Poza tym pojawia się właśnie w latach 203-204, mnóstwo dedykacji i napisów honoryfikacyjnych w miastach prowincji Afryki na cześć domu cesarskiego. Są to napisy zarówno publiczne (miejskie) jak i prywatne. Wiele jest napisów żołnierskich i to zarówno dedykowanych cesarzowi i dynastii przez III legion stacjonujący w Lambaesis (tuż przy fortyfikacjach numidyjskich), jak i zwykłych żołnierzy (np. pewnego centuriona z Leptis Magna, który pod datą 11 kwietnia poświęcił opiece Jowisza Dolicheńskiego szczęśliwy powrót cesarzy - ojca i syna - do swego miasta). Biorąc to wszystko do kupy i łącząc ze sobą, bez wątpienia należałoby przyjąć że do takiej wizyty jednak musiało dojść (choć zapewne nie trwałaby ona długo, może ledwie dwa miesiące). Ale mimo to nadal uważam że Septymiusz Sewer nie opuścił w tym czasie Rzymu i wcale ani do Afryki ani też nawet do rodzinnej Leptis - nie przybył. Za podstawę biorę właśnie brak informacji o tej wizycie w dziełach historyków antycznych, którzy przecież wielokrotnie bardzo skrupulatnie opisywali poszczególne wizyty rodziny cesarskiej w najróżniejszych miastach (np. w czasie podróży po Egipcie), a teraz wszyscy zgodnie milczą gdy cesarz wyjeżdża w odwiedziny do swej rodzinnej ziemi? Czyżby więc ukryli ten fakt? Tylko po co? Nie trzyma się to kupy. Ale mimo to, paradoksalnie istnieje pewne wytłumaczenie tego dziwnego faktu rozdwojenia, czyli materialnych świadectw wizyty, oraz braku o niej informacji w dziełach historyków rzymskich. Otóż owe materialne świadectwa... wcale nie muszą potwierdzać że do takiej wizyty realnie doszło, a jedynie były (w swoim czasie) jej zapowiedzią. Bez wątpienia Septymiusz Sewer - wraz z całą rodziną - zamierzał odwiedzić Leptis Magnę, miasto w którym się urodził i które było tak dumne że oto nowy władca pochodzi właśnie stąd. Ale do wizyty tej ostatecznie nie doszło, co nie oznacza że wcześniej nie była przygotowywana i nagłaśniana (również propagandowo), stąd tyle dedykacji, tyle epigramów i tyle oficjalnych życzeń, składanych rodzinie cesarskiej z okazji jej wizyty w różnych miastach Afryki. Miasta, wojsko i osoby prywatne przygotowywały się (wiedząc wcześniej o planowanej podróży) na wizytę, do której ostatecznie jednak nie doszło, ale materialne ślady pozostały i (niestety) wielu historyków zdążyły przez to wprowadzić w błąd. Tym bardziej że kolejny wysyp podobnych napisów, pojawia się w latach 206/207, co znów świadczy o tym, że Sewer (nie mogąc - z różnych względów, o których napiszę w kolejnej cześci - odbyć podróży w roku 203), przełożył ją o kilka lat i ponownie planował odwiedzić swą rodzinną ziemię właśnie w 206 r. (a do której niestety także nie doszło 😏).




Z reguły do historii przechodzą tylko fakty, które realnie zaistniały i o których możemy przeczytać na kartach opracowań historycznych, natomiast niewielu z nas w ogóle interesuje się tematem niezrealizowanych planów i zamierzeń w dziejach. A przecież takowe z pewnością były i zapewne też wcale nie było ich mało. Ile to bowiem często planujemy uczynić w swym życiu, do czego potem nie dochodzi ze względu - na przykład - na nasze lenistwo czy też brak odpowiedniej konsekwencji? Czasem też nasze plany przekreśla jakieś zdarzenie losowe, zupełnie niezależne od nas, które całkowicie przemeblowuje nam życie (jak to się mówi: "Chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz Mu o swoich planach" 😎). Dlatego też często w ogóle nie analizuje się konsekwencji niezrealizowanych historycznych planów i traktuje je jedynie jako swoiste "political fiction" lub je pomija. Nie mówi się i nie pisze o niezrealizowanej kampanii partyjskiej Juliusza Cezara, do której się sposobił i która miała ruszyć jeszcze w owym 44 r. p.n.e. lub najpóźniej na wiosnę roku następnego, ale akurat Brutus, Kasjusz oraz pozostali senatorowie mieli nieco inne plany 😉 przez co do wyprawy partyjskiej Cezara nigdy nie doszło. Nie pisze się również o niezrealizowanych podróżach Oktawiana Augusta i jego następców, bowiem tak naprawdę do nich nie doszło (a biorąc pod uwagę przygotowania, byłoby o czym opowiadać). A gdyby doszło? Jakże inaczej wyglądałaby dziś rzeczywistość. Co by się stało, gdyby w 1600 r. udało się zawiązać wspólną polsko-litewsko-rosyjską unię, tworzącą jedno państwo? Jak by wyglądała przyszłość? Zapewne zupełnie inaczej niż wygląda obecnie, ale to znów są tematy podlegające tzw. historii kontrfaktycznej, zwanej także historią alternatywną. A wyobrażacie sobie świat bez Stalina, bez Hitlera, bez tych wszystkich popapranych ideologii, których skutkiem ZAWSZE są stosy pomordowanych ludzkich ciał i hektolitry wylanej krwi i łez? Z drugiej jednak strony - co nas nie zabije to nas wzmocni, a organizm nieprzystosowany na kontakt z patogenami (takimi jak chociażby: marksizm, komunizm, nazizm, genderyzm, feminizm czy ekologizm), jest bardziej podatny na zarażenie i przez to niezdolny do obrony (weźmy za przykład kraje Europy Zachodniej czy USA - które nigdy nie doświadczyły komunizmu i uważają do dziś że zawsze żyły w najlepszym ze światów, a jednocześnie są zżerane od środka przez narzucaną im odgórnie marksistowską ideologię). Dlatego też relacje o wyprawie cesarza Septymiusza Sewera wraz z synem Karakallą do Afryki w 203 r., należy traktować (ja tak traktuję) na zasadzie zamierzonych planów, które ostatecznie nie doszły do skutku. 

Bez wątpienia jednak samo Leptis Magna bardzo zyskało na objęciu władzy przez ród Sewerów. Pisałem wyżej o dodaniu epitetu: "Septimia" do nazwy miasta - będącym wyrazem szczególnego wywyższenia tej rzymskiej kolonii, leżącej na afrykańskim brzegu. Ale przecież istnieją też i inne, materialne fakty, pokazujące jak bardzo zmieniła się ta osada od czasów narodzin Septymiusza Sewera w roku 145, aż do jego śmierci w roku 211. O tym jednak opowiem już w kolejnej części, jak też przejdziemy do obchodów święta "Nowego Wieku", jakie miało miejsce w 204 r. z okazji uroczystości 950-tej rocznicy założenia Rzymu (uroczystości owego święta nie zgadzają się z oficjalną chronologią, wywodzącą wytyczenie granic miejskich przez mitycznych bliźniaków - Remulusa i Remusa w 753 r. p.n.e. Bierze się to z dwóch przyczyn - przypadkowości pierwszej takiej wielkiej uroczystości, która miała miejsce w 17 r. p.n.e. za cesarza Oktawiana Augusta i potem liczonych od niej dat, oraz uznania za najwłaściwszą, daty 110 lat - które w odniesieniu Rzymian miało górną granicą najdłuższego ludzkiego życia). Jednak skąd właściwie wzięła się liczba lat 110 jako odpowiednik jednego wieku i dlaczego potem liczono lata tak nieprecyzyjnie - opowiem już w kolejnej części.                     






 CDN.

środa, 11 marca 2020

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. IX

NIM JESZCZE

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA




 

I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. VIII



 "FELICITAS SAECULI"

   


 Po ostatecznym zwycięstwie w wojnie domowej zarówno z Pescenniuszem Nigrem na Wschodzie, jak i z Klodiuszem Albinem na Zachodzie, Septymiusz Sewer powrócił w marcu 197 r. do Rzymu. Ukarał śmiercią tych spośród senatorów którzy sprzyjali Albinowi (i tych, których majątki zapragnął przejąć) i od razu rozpoczął przygotowania do kolejnej wojennej konfrontacji, tym razem z Partami, niezwykle irytującym i niebezpiecznym ludem, żyjącym na ziemiach dawnej Persji, Mezopotamii, Asyrii, Medii i Hyrkanii. Oto bowiem Partowie złamali zawarty z końcem 195 r. pokój (po krótkiej wojnie, w wyniku której Rzymianie opanowali kraj zwany Osroene) i oblegli rzymską twierdzę Nisibis w Mygdonii. Potrzebna była natychmiastowa odsiecz, gdyż rzymska załoga broniła się już ostatkiem sił, jednak po wyczerpującej wojnie domowej i niezwykle krwawych bitwach, nim możliwe było ponowne przerzucenie sił na Wschód, należało najpierw uzupełnić stany liczebne i wyszkolić nowych rekrutów, aby skutecznie przygotować się do nowej wojny. Ten czas Septymiusz Sewer spędził wraz z rodziną w stolicy, nadając swemu najstarszemu synowi, 9-letniemu - Markowi Aureliuszowi Antoninowi Cezarowi (do 196 r. nosił on imię Marek Septymiusz Bassianus), zwanemu po prostu Karakallą, tytuł: "Imperator Destinatus" ("Wyznaczony Władca"). W tym mniej więcej czasie, świętował również dziesięciolecie swego małżeństwa z Julią Domną (a ponieważ przykładał niezwykłe wprost przywiązanie do kwestii rodzinnych i na każdej, wybitej przez niego złotej monecie, widniała wraz z nim jego żona i dzieci - co jednocześnie pokazywało niezwykle silną pozycję owej syryjskiej małżonki w strukturach imperialnej władzy, to z drugiej strony należy pamiętać że skoro pragnął zaliczać się do grona dynastii Antoninów, a nie miał żadnych, nie tylko rodzinnych ale i towarzyskich czy symbolicznych związków z tamtym rodem, musiał improwizować i odnosząc się do szlachetnej Galerii Faustyny - małżonki Marka Aureliusza, jednocześnie nakładał jej postać na postać swojej żony - Julii Domny, która oczywiście też żadnych kontaktów z Antoninami nie miała i mieć nie mogła, żyjąc w dalekiej syryjskiej Emesie, z dala od centrum rzymskiego świata i wielkiej polityki. Był to oczywiście blef, ale blef mający służyć nie tylko legitymizacji jego władzy, lecz również - a może przede wszystkim - stabilizacji państwa po wojnie domowej).

A tymczasem Julia Domna w Rzymie czuła się dobrze. Od razu też przystąpiła do zmian, mających na nowo udekorować pałac cesarski na Palatynie. Tłumy niewolników i wyzwoleńców krzątały się, aby sprostać jej wymaganiom, ale efekt końcowy i tak był mocno niewystarczający. Ostatecznie postanowiono przeprowadzić remont całego pałacu i jednocześnie dobudować nową, cesarską lożę, z której rodzina cesarska mogła swobodnie oglądać zawody sportowe (głównie wyścigi rydwanów), odbywające się na pobliskim Cyrku Wielkim (Circus Maximus). Ale to w zasadzie wszystko na co starczyło czau podczas tego krótkiego pobytu Sewerów w Rzymie, gdyż już z nastaniem lata 197 r., para cesarska (wraz z synami) w otoczeniu wojska, wyruszyła na Wschód - na wojnę z Partami. W sierpniu z portu w Brundyzjum drogą morską przepłynęli do Syrii, skąd natychmiast wojsko przeszło do północnej Mezopotamii i szybko zniosło oblężenie Nisibis, uwalniając tamtejszą załogę. Następnie cesarz zawarł układ z królem Armenii - Chosroesem I i władcą Osroene - Abgarem, uzyskał też wsparcie wojskowe pustynnej (choć położonej na niezwykle urodzajnym szlaku handlowym) Palmiry. Część wojska Sewer powsadzał na okręty i puścił z biegiem Eufratu ku Babilonowi oraz Seleucii, część zaś (głównie jazda) miała osłaniać transporty, idąc wzdłuż brzegu rzeki. Babilon poddał się bez walki otwierając swe bramy przed Rzymianami, podobnie postąpiła Seleucia, a tym samym Septymiusz Sewer miał w swych rękach dwa największe miasta ówczesnej Mezopotamii i kontrolował tereny aż do rzeki Tygrys. Seleucia leżała naprzeciw partyjskiej stolicy - Ktezyfontu, gdzie król Partów - Wologazes V, postanowił bronić się do upadłego, zamieniając miasto w twierdzę (sam jednak wycofał się stamtąd w bezpieczniejsze miejsce). Miasto to zostało zdobyte szturmem 28 stycznia 198 r. i podobnie jak wcześniej Byzantion, Antiochia oraz Lugdunum - wydane na pastwę żołnierzy. Ktezyfont został spalony, a jego mieszkańcy (głównie kobiety i dzieci) w liczbie ok. 100 000, dostali się do rzymskiej niewoli.

Septymiusz Sewer miał teraz co świętować. Nie tylko że ponownie (jak Trajan w 116 r. i Lucjusz Werus w 165 r.) zdobył partyjską stolicę, ale również w jego ręce wpadły ogromne bogactwa, takie jak cały skarbiec Wologazesa (który nie zdołał wywieźć złota z miasta przed rozpoczęciem walk) i jego złoty tron, na którym przed osiemdziesięciu laty po raz pierwszy zasiadł rzymski władca, cesarz Trajan. Z tym władcą była również związana symboliczna data, to właśnie bowiem 27 stycznia 98 r. objął on władzę, czyli równo sto lat wcześniej. Dla Sewera było to potwierdzenie że bogowie mu sprzyjają i nie zawahał się użyć tego porównania w swej propagandzie politycznej. Postanowił więc uświetnić to zwycięstwo, jak przystało na wielkiego rzymskiego wodza i wybrańca bogów. Zasiadł na złotym tronie króla-królów i niczym orientalny władca, przybrał sobie tytuł: Parthicus Maximus (Największy Zwycięzca Partów), a swego najstarszego syna - Karakallę, ogłosił augustem - czyli współwładcą, zaś młodszego - Lucjusza Septymiusza Getę - cezarem (czyli następcą). Z tej okazji  Sewer wypłacił wojsku pokaźną premię okolicznościową z kosztowności uzyskanych na Partach. Zaistniała teraz okazja do odnowienia dawnej prowincji Mezopotamii i Asyrii, ustanowionych w 116 r. przez Trajana, lecz zwróconych Partom już rok później z polecenia jego następcy - cesarza Hadriana (uważał on bowiem że zarządzanie tak rozległym imperium, ciągnącym się od Oceanu Atlantyckiego i granic dzisiejszej Szkocji, po Zatokę Perską - czyli Sinus Persicus - a w tym obsadzenie trzech nowych, wielkich prowincji: Mezopotamii, Asyrii i Armenii, jest przedsięwzięciem ponad rzymskie możliwości, a poza tym spowodowałoby znaczne rozciągnięcie granic od centrum, czyli Italii). Jednak Sewera także przerażał ogrom tego kraju i co prawda restytuował prowincję Mezopotamię, ale obejmującą jedynie północną część kraju z miastami Singara, Nisibis i Edessa. Wycofał się więc na północ ze zniszczonego Ktezyfontu, w stronę Hatry. Było to oficjalnie zależne od Partów miasto-państwo, ale w rzeczywistości cieszyło się jednak sporą suwerennością. Miało potężne mury obronne, których w swoim czasie nie udało się skruszyć nawet wielkiemu Trajanowi. Obecnie zaś miastem tym władał król (w starożytności, w przeciwieństwie do epoki średniowiecza, wszyscy władcy, nawet najmniejszych połaci ziemi, czy nic nie znaczących miast, zwali się królami. Dopiero średniowiecze wprowadziło podział na królów-władców i książąt-wasali) o imieniu Barsemiusz. Pierwsza próba zdobycia Hatry nie powiodła się jednak, a Sewer zamierzał szybko uzupełnić stany, więc wydał rozkaz marszu na kwatery do Nisibis.




Gdy wojsko odpoczęło i pobudowano już machiny oblężnicze, tarany oraz katapulty (konstrukcji greckiego inżyniera - Priskusa), na jesieni 198 r. wojsko rzymskie ponownie powróciło pod mury Hatry. Mieszkańcy miasta bronili się jednak z taką zaciekłością, że kolejne rzymskie szturmy obracały się w niwecz, a zyski szybko zamieniały się w straty, gdyż żołnierze tracili ducha widząc ludzi walczących z taką determinacją o swoje miasto. Hatra była co prawda bombardowana ustawionymi na wzniesieniach katapultami, które miotały kamienne pociski w stronę miejskich murów, ale każda próba podejścia pod nie, kończyła się niepowodzeniem (mieszkańcy bowiem zrzucali z murów na żołnierzy gorącą naftę i podpalali ją, lub ciskali w dół jadowite węże. Podpalono też kilka katapult namoczonymi w nafcie, płonącymi strzałami wypuszczonymi z łuków. Nafta była wówczas bardzo pomocną w walce bronią i niewiele Rzymianom tutaj pomagały rozciągnięte na żerdziach zwierzęce skóry). Wreszcie udało się dokonać wyłomu w murze, ale żołnierze... odmówili szturmu, ze względu na bardzo ciężkie warunki i silną obronę mieszkańców miasta (ponoć gdy jeden z legatów zakrzyknął w stronę cesarza: "Daj mi pięciuset dobrych ludzi, a zdobędę miasto!", ten miał odpowiedzieć: "A skąd wezmę aż tylu?"). Dopiero wówczas, po 20-dniowym, nieudanym drugim oblężeniu Hatry, Septymiusz Sewer dał rozkaz do odwrotu. Miasto ocaliło więc niepodległość, ale Rzymianie i tak porzucili większość zdobytych w kampanii roku 197 miast i ziem. Wojna już praktycznie zamarła, choć oficjalnie trwała jeszcze do połowy 199 r., kiedy to ostatecznie zawarto pokój na zasadach status quo (Rzymianie kontrolowali północną Mezopotamię, oraz emporia handlowe w Dura Europos i Palmirze, zaś Partowie odzyskiwali całą południową i środkową Mezopotamię wraz z miastami Babilon i Seleucia). Cesarz ogłosił również "Felicitas Saeculi" - czyli "Erę Dobrobytu" i "Pax Romana" - Rzymski Pokój w całym Imperium. Zakończyła się epoka wojen, teraz przyszedł czas na pokojową "konsumpcję zdobytych konfitur".

Cały 199 r. Septymiusz Sewer wraz z rodziną spędził w Syrii. Zapewne Julia Domna odwiedziła wówczas rodzinną Emesę, gdzie spotkała się ze swą młodszą siostrą - Julią Mezą, zapraszając ją, wraz z mężem - Gajuszem Juliuszem Awitusem Alexianusem i ich córkami - Julią Soemias i Julią Mameą do Rzymu. Jak jednak wyglądało to spotkanie i co właściwie cesarska rodzina porabiała w Syrii, tego niestety źródła nie wyjaśniają i można na ten temat co najwyżej spekulować. Bez wątpienia jednak, odwiedzenie rodzinnych stron miało dla Julii Domny spore znaczenie, a sam fakt że dopiero wówczas ściągnęła ona do Rzymu swą siostrę - jest też niezwykle ważny (wcześniej bowiem ciągłe wojny uniemożliwiały wszelkie kontakty), gdyż Julia Meza i jej córki, odcisną potem ogromne piętno na historii Rzymu w kolejnych dekadach, zawiązując nawet - pierwszy w dziejach - niewieści senat w Rzymie (oczywiście zajmował się on jedynie prawami kobiet i trwał krótko, zaledwie kilka lat, ale nie więcej niż cztery, gdyż po zmordowaniu Julii Soemias i jej syna - cesarza Heliogabala w 222 r. - właściwie przestał istnieć - pisałem o tym w temacie: "Kobieta jest ukoronowaniem stworzenia") - zaś Julia Mamea całkowicie zdominowała swego syna - Aleksandra Sewera, który stał się przy niej prawdziwym maminsynkiem, niezdolnym do podjęcia jakiejkolwiek decyzji bez konsultacji z matką. Wiadomo też że cesarz Sewer przyznał Palmirze status rzymskiej kolonii (nadając mieszkańcom rzymskie obywatelstwo), oraz przywrócił (wcześniej odebrane) prawa Antiochii. Polecił też naprawę dróg wiodących od linii limesu granicznego do miast syryjskich, uporał się także z niewielkim powstaniem Żydów w Palestynie (jakie wybuchło w 197 r.). Ostatecznie jednak, z końcem 199 r. rodzina cesarska opuściła gościnną syryjską ziemię i udała się w podróż do Egiptu, niczym przed siedemdziesięcioma laty cesarz Hadrian wraz ze swą małżonką Vibią Sabiną (którą notabene władca ten traktował parszywie, upokarzając na każdym kroku. Wydaje się że czerpał dziwną satysfakcję w poniżaniu swej żony i co ciekawe - tylko jej, gdyż np. jej matkę a swoją teściową Salonię Matidię bardzo cenił. Ostatecznie Sabina popełniła samobójstwo w 137 r., nie mogąc znieść ciągłych upokorzeń ze strony swego małżonka. Legenda mówi że ponoć miała go też przekląć, jako że zmarł on już w kilka miesięcy później - lipiec 138 r. - a umierał w wielkich bólach).

Przybywszy do Peluzjum - pierwszego egipskiego miasta na swej drodze - złożył Sewer ofiarę cieniom Pompejusza Wielkiego - rzymskiego wodza, który przegrał wojnę domową z Cezarem i został zamordowany właśnie w Peluzjum na polecenie egipskiego władcy - Ptolemeusza XIII (młodszego brata Kleopatry VII), jakieś 250 lat wcześniej. Nastepnie wyruszył Sewer w dalszą drogę w kierunku stolicy prowincji Egiptu - Aleksandrii (według późniejszej bizantyjskiej legendy, gdy cesarz wjeżdżał do miasta, miał ujrzeć na bramie miejskiej napis - o którym notabene mieszkańcy zapomnieli - "Miasto pana Nigra". Nastapiła konsternacja, gdyż wszyscy pamiętali w jak okrutny sposób cesarz traktował te miasta, które opowiadały się po stronie jego wrogów i nie miało w tym momencie żadnego znaczenia że Egipt wypowiedział posłuszeństwo Pescenniuszowi Nigrowi po jego klęsce w bitwie pod Issos w 194 r., liczył się bowiem sam fakt że Aleksandria w ogóle kiedykolwiek wspierała tego człowieka. Gdy więc wzburzony cesarz zażądał wyjaśnień, jeden z Aleksandryjczyków odpowiedział doń żartobliwym tonem, mówiąc: "Napis trafny, bo przecież to ty jesteś panem Nigra jako jego zwycięzca", słowa te zapewne uspokoiły Sewera, bowiem nie wyciągnął żadnych z tego konsekwencji - a może po prostu nie chciał karać tak sławnego miasta, w którym znajdował się przecież grób samego Aleksandra Wielkiego). Pierwsze swe kroki skierował więc w stronę świątyni, w której znajdował się sarkofag z ciałem Aleksandra. Oddał mu cześć, złożył ofiarę, tak jak należało się bogom czy herosom (ale potem nakazał zamknąć to sanktuarium przed oczyma wścibskiej gawiedzi, ograniczając jedynie możliwość "odwiedzania" grobu wielkiego króla do władz miejskich i kapłanów). Egipt, od czasu zwycięstwa Oktawiana nad Markiem Antoniuszem i Kleopatrą pod Akcjum, miał status rzymskiej prowincji cesarskiej na specjalnych zasadach, mimo to, Rzymianie znieśli miejski samorząd, ograniczając się jedynie do bliskiej Egipcjanom centralizacji władzy w rękach namiestnika prowincji. Natomiast Septymiusz Sewer - sam pochodząc z prowincji - był zwolennikiem zrównywania statusu ziem prowincjonalnych na wzór Italii i właśnie w Egipcie nadał Aleksandrii i innym miastom (stolicom okręgów), szeroką autonomię wewnętrzną i własny samorząd.




Na wiosnę 200 r., podobnie jak niegdyś Cezar z Kleopatrą, urządziła sobie cesarska rodzina podróż w górę Nilu. Na pięknie przystrojonych okrętach - Septymiusz Sewer, Julia Domna i ich dzieci, a dalej cały dwór - płynęli rzeką, delektując się długimi wakacjami jakich nie mieli od siedmiu lat, gdy 9 kwietnia 193 r. w obozie wojskowym w Carnuntum nad Dunajem, tamtejsze wojska okrzyknęły Sewera cesarzem. Teraz rekompensowano sobie lata wojennych trudów. Na początku zatrzymano się w Memfis, zwiedzając prastarą stolicę dawnych egipskich dynastii. Dłuższy postój w Memfis był koniecznością również z tego powodu, iż cesarz pragnął obejrzeć świątynię swego ulubionego boga, grecko-egipskiego Serapisa. Ponoć gdy wkraczał w mury Serapeum, był niezwykle tym faktem przejęty i jednocześnie uradowany że dane mu było odwiedzić świątynię swego boga-patrona (istniał nawet specjalny okrzyk wyznawców Serapisa - którego cesarz także używał - sugerujący nie tylko jego wyjątkową pozycję w panteonie wielu pogańskich bóstw, ale wręcz jedyną - co mogłoby nasuwać pewne bliskie korelacje z chrześcijaństwem. Notabene, chrześcijanie pierwotnie uznawali kult Serapisa za zbieżny z nauką Jezusa Chrystusa, dopiero potem uczynili z tego symbol największego pogaństwa, czego efektem było zniszczenie Serapeum i Biblioteki Aleksandryjskiej, przez chrześcijan w 391 r. będący jednocześnie symbolicznym upadkiem pogaństwa). Okrzyk ów brzmiał: "Jeden Zeus-Helios-Serapis". Po złożeniu ofiar i modlitwie dziękczynnej za powodzenie w przeszłych i przyszłych przedsięwzieciach, Septymiusz Sewer wraz z rodziną i dworem wyruszył w dalszą podróż, tym razem w kierunku Gizy i tamtejszym piramidom. Obejrzano Sfinksa, zwiedzono też słynny Labirynt z czasów Średniego Państwa (czyli wówczas mający jakieś 2 000 lat) i popłynięto dalej, na południe do królewskich Teb. Tam podziwiano grobowce faraonów w Dolinie Królów, świątynie Amona-Re w Karnaku i Luksorze, oraz Ramasseum - kompleks świątynny z czasów panowania Ramzesa II Wielkiego (1279 - 1213 r. p.n.e.). Poza tym cesarz wizytował również tamtejsze koszary - jednego z dwóch stacjonujących w Egipcie rzymskich legionów.

Cesarska para obejrzała również sławne Kolosy Memnona w Tebach Zachodnich. Od wieków najróżniejsi pielgrzymi, przybysze i turyści, pozostawiali na owych posągach wyryte przez siebie wiadomości że byli tu i owe "śpiewające" cuda widzieli na własne oczy (kolosy te bowiem miały tę oto właściwość, że o wschodzie słońca, gdy rozgrzane powietrze rozszerzało szpary posągów, wydawały one z siebie świszczący dźwięk, nieco przypominający śpiew. Ściągało to w owe strony mnóstwo ciekawskich gapiów, którzy chcieli na własne uszy posłuchać "śpiewu boga". Była to prawdziwa atrakcja turystyczna antycznego świata, lecz posągi zamilkły jednak tuż przed wizytą cesarskiej pary. Stało się tak, ze względu na prace konserwatorskie, jakie zostały podjęte właśnie z  okazji wizyty cesarskiej rodziny, które jednak doprowadziły do ostatecznego uciszenia "śpiewających posągów"). Ponoć Julia Domna odnalazła na jednej z nóg Memnona, wiersz napisany przez poetkę - Balbillę na cześć cesarza Hadriana w 130 r. Dalsza podróż wiodła ich do File (miasta nieopodal dzisiejszego Assuanu), gdzie para cesarska (w maju 200 r.) wzięła udział w ludowym święcie ku czci Ozyrysa i Izydy - sprawców wylewów Nilu, tej życiodajnej rzeki, która dawała wyżywienie setkom tysięcy ciężko pracujących na roli egipskich chłopów. Septymiusz Sewer planował jeszcze wyprawę do Nubii, ale okazało się że grasuje tam dżuma i w obawie przed zakażeniem udano się w drogę powrotną do Aleksandrii (tak na marginesie, paranoja związana z koronawirusem przybiera coraz bardziej niepokojące rozmiary, a wszystko jest odgórnie nakręcane przez media. Sami jednak zobaczycie - sprawa już wkrótce ucichnie samoistnie, podbnie jak z przytupem została nagłośniona, jeszcze tylko kilka, może kilkanaście dni i będzie po wirusie, a przynajmniej w mediach przestanie on stanowić główny temat. Ja osobiście nie potrafię zrozumieć ludzkiej głupoty związanej z tą paranoją, tego wykupywania towarów ze sklepów tak jakby za chwilę miało dojść do wybuchu III wojny światowej i tych wszelkich zakazów i nakazów. Dlatego też lubię sobie posłuchać zabawnych kawałków na ten temat, tak jak choćby filmik prezentowany poniżej).




Mimo że podróż Sewerów upływała na turystyce i odpoczynku od spraw wojskowych, to jednak cesarz nie mógł całkowicie porzucić służby państowej i musiał wydawać edykty oraz roporządzenia odnośnie wielu kwestii społeczno-politycznych i administracyjnych. Przede wszystkim dokonano skrupulatnej inspekcji całego Egiptu, a szczególnie administracji i jednostek wojskowych w tym kraju. Po raz pierwszy też, od czasów Oktawiana Augusta - czyli od 230 lat - przeprowadzono tam jakiekolwiek reformy administracyjne (wielkie podróże Hadriana po Imperium ograniczały się bowiem głównie do spraw turystycznych i wypoczynkowych, a cesarz bardzo rzadko zajmował się wówczas sprawami administracyjno-politycznymi). Zapewne w Egipcie również doszły Sewera głosy niezadowolonych mieszkańców Rzymu, żądające zakazu walk kobiet-gladiatorów na arenach Imperium. Kobiety walczące jako gladiatorki lub swoiste amazonki były co prawda rzadkością, ale sam fakt że się pojawiały, budził zniesmaczenie wśród wielu widzów. Co prawda byli też i zwolennicy tych walk, a gustowali w nich również cesarze (np. Domicjan - panujący w latach 81-96, lubił urządzać prywatne - często nocne - pokazy walk amazonek w swym prywatnym cyrku, a potem niejednokrotnie sypiał z tymi kobietami. Również Lucjusz Werus - panujący wraz z Markiem Aureliuszem w latach 161-169 - był miłośnikiem kobiecych walk - a ten to w ogóle miał rozmach, potrafił bowiem zarówno w ciągu nocy kilkukrotnie zmieniać kochanki, uczestniczyć w pokazach walk gladiatorek, jak również przebierać się za żebraka i urządzać z kompanami nocne rozruby po mieście, z bijatykami włącznie), ale jednak większość mężczyzn była zniesmaczona widząc walczące ze sobą na śmierć i życie niewiasty. Ostatecznie cesarz przystał na kierowane do niego prośby i jeszcze w 200 r. zakazał kobietom walk na arenach w całym Imperium. 

Munera - czyli igrzyska gladiatorów - Rzymianie ściągneli od Etrusków i po raz pierwszy taki pokaz walk miał miejsce na Forum Boarium w Rzymie w 264 r. p.n.e. - czyli w roku wybuchu I wojny punickiej z Kartaginą. Zorganizowano je, aby uczcić śmierć senatora Decymusa Juniusza Brutusa Pery - a walczyło wówczas ze sobą jedynie sześciu gladiatorów. W 105 r. p.n.e. munera przestały być uroczystością stricte rodzinną i stały się publiczną formą rozrywki oraz politycznej kariery dla ich fundatorów. Kobiety do walk zaczęto dopuszczać dopiero w drugiej połowie I wieku p.n.e., ale ich liczby zawsze były niewielkie i przez to wymieniane są jedynie jako pewien dodatek oraz ciekawostka, a nie stała forma igrzysk. W 200 r. Septymiusz Sewer zabronił kobietom uczestnictwa w walkach i już do końca istnienia igrzysk munera, czyli do 404 r. (gdy na arenę, pomiędzy walczących, wtargnął grecki mnich Telemachos, nawołujący do zaprzestania rozlewu krwi - za co został na miejscu zasieczony. Pod wpływem tej zbrodni, cesarz Honoriusz zakazał organizacji igrzysk gladiatorskich - zresztą w 399 r. zamknięto wszystkie istniejące szkoły gladiatorów), w ciągu całej 667-letniej historii igrzysk munera w Imperium Rzymskim, czasy w których na arenach walczyły również nieliczne kobiety, ograniczał się do zaledwie dwustu kilkudziesięciu lat).    

 



CDN.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

ATLECI I DŻENTELMENI

NIESAMOWITE POŁĄCZENIE 

SIŁY FIZYCZNEJ, INTELIGENCJI 

I DOBRYCH MANIER





"CZŁOWIEKU, GDYBYŚ WIEDZIAŁ JAKA TWOJA WŁADZA, KIEDY MYŚL W TWOJEJ GŁOWIE JAKO ISKRA W CHMURZE ZABŁYŚNIE NIEWIDZIALNA. GDYBYŚ WIEDZIAŁ ŻE LEDWIE JEDNĄ MYŚL ROZNIECISZ, JUŻ CZEKAJĄ W MILCZENIU JAK GROM ŻYWIOŁY – TAK CZEKAJĄ TWEJ MYŚLI SZATAN I ANIOŁY"


DZIADY
Cz. III


 Ostatnio zamyślałem sobie nad karierą aktorską Krzysztofa Majchrzaka (mam nieraz takie swoje intelektualne zboczenia), i doszedłem do wniosku że w zasadzie mało jest w polskim kinie (w światowym również), takich właśnie aktorów jak Majchrzak. To że podziwiam zarówno jego grę aktorską już od lat, to jedno, ale przede wszystkim podziwiam go jako człowieka. Tak, jako człowieka - co jest według mnie najważniejsze. Krzysztof Majchrzak to jedyny człowiek (być może jest ich więcej ale ja nic o innych nie wiem) który potrafił zachować się z godnością i który rzeczywiście (jako jeden z nielicznych) posiada jaja w polskim show-biznesie. Zauważcie Majchrzak nigdy się nie sprzedał, nigdy nie uczestniczył w żadnych akcjach (nawet bardzo dobrze płatnych), które podważałyby jego godność jako aktora. Oczywiście, ktoś może powiedzieć: "a jaką to godność ma aktor? Jest przecież od grania jak dupa od srania i ma zagrać to, co mu się każe" - oczywiście można tak powiedzieć, niektórzy mogą nawet dodać (sam tak myślę o wielu współczesnych aktorach) że to zwykli komedianci, błazny którzy mają nas bawić swymi wygłupami przed kamerą (jednocześnie mogą też i często są przekaźnikami wszelkich totalitarnych ideologii - dawniej komunistycznej czy nazistowskiej a dziś np. lgbt czy feminizmu). W Starożytności aktorzy byli jednymi z najbardziej pogardzanych zawodów, jako że dostarczali jedynie rozrywki dla możnych i plebsu. Jednak przykład Krzysztofa Majchrzaka (i wielu innych aktorów i aktorek) pokazuje że nie można tak ludzi szufladkować, gdyż to im po prostu ubliża, a od wielu z nich my sami moglibyśmy czerpać przykład do naśladowania. 

Krzysztof Majchrzak kilkanaście lat temu wyraził się publicznie że... nigdy nie weźmie udziału w żadnej reklamie, bez względu na to jak dobrze płatnej, gdyż to stoi poniżej jego godności jako artysty. Dziś pewnie wielu popukałoby się w czoło i powiedziało: "dureń!". Nie chce zarobić? Przecież reklama to niezwykle dochodowe źródło dla wielu aktorów, często znacznie bardziej niż gra w filmach czy serialach. Poza tym nie trzeba się wiele napracować, wystarczy powiedzieć kilka wyuczonych zdań i kasa na konto płynie. Ja powiem tak, nie potępiam w żadnym razie aktorów którzy biorą udział w reklamach (każdy bowiem chce żyć i nie można nikogo potępiać za to, że pragnie sobie w jakiś sposób poprawić swój materialny status - jeśli oczywiście nie propaguje przy tym żadnych totalitarnych i zbrodniczych ideologii), ale jeżeli uznajemy że aktorzy to nie są komedianci i błazny powołane dla radowania publiki, że ich praca jest swoistym powołaniem (tak jak księży, pastorów czy w ogóle kapłanów), jeżeli uznamy że to są artyści, którzy pokazują nam swoją sztukę, którzy ciężko pracują po to by doskonalić się w tej trudnej sztuce "naśladowania innych" - to musimy wyrazić szacunek wobec takich postaw, jakie właśnie reprezentuje Krzysztof Majchrzak. A przynajmniej ja, we własnym imieniu wyrażam dla niego swój ogromny podziw i szacunek. Zresztą Krzysztof Majchrzak jest też pianistą, więc jego źródło utrzymania nie musi ograniczać się tylko do gry w filmach (a wiadomo jakie jest środowisko filmowe - tam jak nie jesteś "po linii", nie mówisz i nie myślisz tego co reszta, to jesteś sekowany, odrzucany na dalszy plan, pozbawiany dobrych kontraktów i co za tym idzie dobrych ról - dlatego też od 2007 r. Krzysztof Majchrzak przez prawie dekadę nie zagrał w żadnym filmie).

Tak, mam ogromny szacunek do takich postaw i ludzi którzy się nimi kierują w życiu. A Majchrzak jest dla mnie jednym z najlepszych polskich aktorów (do tego grona oprócz niego mogę jeszcze doliczyć: nieżyjącego już Gustawa Holoubka, Piotra Fronczewskiego, nieżyjącego Romana Kłosowskiego, nieżyjącego Romana Wilhelmiego, Wiesława Gołasa, Bohdana Łazukę, Jana Kobuszewskiego, nieżyjącego Leona Niemczyka, nieżyjącego Jana Himilsbacha, Mariusza Bonaszewskiego, Janusza Gajosa, Marka Kondrata, Jarosława Jakimowicza, Bogusława Lindę, Cezarego Pazurę i może jeszcze kilku innych o których teraz nie pamiętam). Najbardziej podobały mi się jego role w "Konopielce" z 1981 r. gdzie zagrał niezwykle przejmującą rolę chłopa, na którym robi wrażenie przybyła do wsi nauczycielka, którą zagrała Joanna Sienkiewicz. W "Pornografii" z 2003 r., a takż ciekawa była (z artystycznego punktu widzenia) jego drugoplanowa rola chłopa w "Ziemi Obiecanej" z 1974 r., oraz niezwykle prawdziwie ujęta rola Ofoniusza Tygellina - zbrodniczego prefekta pretorianów z czasów Nerona, w ekranizacji powieści Henryka Sienkiewicza - "Quo Vadis" z 2001 r. Najmocniej jednak zaimponowała mi jego rola w filmie "Aria dla atlety" z 1979 r. - opowiadającym historię jednego z najlepszych zapaśników na świecie - Stanisława "Zbyszko" Cyganiewicza (w filmie występuje on pod nazwiskiem Władysława Góralewicza) i właśnie do tej postaci (i jemu podobnych) chciałbym się teraz pokrótce odnieść.



STANISŁAW "ZBYSZKO" CYGANIEWICZ










Stanisław Cyganiewicz urodził się w 1881 r. we wsi Jodłowa w Galicji (wówczas część polskich ziem zaboru austriackiego). Był synem leśniczego i większość swych młodych lat spędził w lesie, co wyrobiło w nim siłę i charakter (jak sam pisał w swej autobiografii: "Na ringach całego świata": "Z dnia na dzień wzbierała we mnie siła, że wyrastałem na, co się zowie, zdrowego chłopaka"). Nie będę tutaj się rozpisywał o jego historii, bo informację na ten temat można zdobyć choćby z Wikipedii, w każdym razie swą karierę zapaśniczą rozpoczął jeszcze jako chłopak po 1896 r. występując w cyrku Rosencwajga. W Stanisławowie pokonał swego pierwszego przeciwnika, atletę Spechta (w drugiej walce, w pierwszej wytrzymał z nim 10 minut). Jego kariera jako zapaśnika zaczęła się na poważnie dopiero w 1899 r. a szczególnie w 1901 r. gdy spotkał na swej drodze atletę o międzynarodowej sławie - Władysława Pytlasińskiego, który podjął się go szkolić i wziął go na sparing-partnera. Jednak nie wspominam o Cyganiewiczu (który rzeczywiście odnosił wielkie sukcesy na obu kontynentach: w Niemczech, Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii, Brazylii i w Stanach Zjednoczonych. Zdobył trzykrotnie tytuł zapaśniczego mistrza świata w Paryżu w 1906 r. i w Nowym Jorku w 1921 i w 1922 r. oraz został mistrzem zapasów w wolnoamerykance w 1925 r., który sam pisał po latach o swych przeciwnikach: "Stawałem i kładłem ich wszystkich po kolei"), jedynie ze względu na jego siłę, ale dlatego że należał do niezwykle elitarnego grona wykształconych i hołdujących dobrym manierom atletów. Przydomek jaki sobie wybrał Cyganiewicz "Zbyszko" - był chłodem dla "Krzyżaków" Henryka Sienkiewicza, gdzie w roli głównej występuje właśnie Zbyszko z Bogdańca. Świadczy to o tym, że Cyganiewicz był człowiekiem wykształconym (rzeczywiście w 1901 r. zdał maturę), uwielbiał też arie operowe i sztukę, a w 1903 r. zapisał się na prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie (studiów tych jednak nie ukończył ze względu na częste wyjazdy i rozwój swej kariery zapaśniczej). Kładł wszystkich małych i dużych, tych którzy wyglądali na olbrzymów jak i tych którzy przerażali swym wyglądem: Tomaszewicza z Chorwacji, Antonicza z Serbii, Hitzlera z Niemiec, Saurera z Francji, Burgharda z Wielkiej Brytanii, de Bouillona z Belgii, Poddubnego z Rosji, Gamę z Indii i wielu, wielu innych. Stoczył łącznie ponad tysiąc zwycięskich walk (przegrał zaś tylko kilka podobnie jak i jedynie kilka zremisował). Zbił ogromny majątek a od 1924 r. zamieszkał na stałe w Stanach Zjednoczonych, gdzie stał się mistrzem zawodów w wolnoamerykance. Pozostał aktywny do 1935 r. po czym zakończył karierę zapaśniczą (w 1939 r. odbył jeszcze swoją ostatnią walkę). Zmarł w 1967 r. w Saint Joseph w Missouri i przeszedł do historii jako jeden z największych zapaśników wszech-czasów (a do tego nielicznych wykształconych atletów). 



WŁADYSŁAW "PYTLAS" PYTLASIŃSKI






Główny mój temat skupia się oczywiście na postaci Cyganiewicza (i grającego go Majchrzaka), ale warto tu również wymienić dwóch innych sławnych atletów i bokserów, których można określić mianem "wykształconych dżentelmenów". Jednym z nich był mentor Cyganiewicza - starszy od niego o prawie dwadzieścia lat - Władysław "Pytlas" Pytlasiński. Urodził się on w 1863 r. w Warszawie (czyli w trakcie Powstania Styczniowego na ziemiach polskich tzw.: Kongresówki, a jego ojciec brał udział w Powstaniu). W 1882 r. wyjechał najpierw do Austrii a następnie Szwajcarii i Francji. Pracował tam jako tokarz m.in.: przy budowie wieży Eiffla w 1887 r. W tym samym czasie rozpoczął swoją przygodę z zapasami a w 1888 r. odniósł swoje pierwsze zwycięstwo. Po powrocie do Warszawy (w 1890 r.) dalej występował jako atleta w cyrku Cinisellego. Jego kariera zaczęła się na poważnie dopiero w 1892 r. gdy zwyciężył "niepokonanego" Ponsa. Potem przyszły kolejne zwycięstwa i tak dwukrotnie zdobywał tytuł mistrza świata: w 1900 r. i 1904 r. (wówczas szkolił już Cyganiewicza). W 1906 r. odbył swoją ostatnią zawodową walkę (zajmując czwarte miejsce w walce o mistrzostwo świata) i wycofał się z dalszej kariery. Odtąd już tylko szkolił młodych zapaśników oraz (po 1920 r.) był instruktorem wychowania fizycznego w szkole policyjnej w Mostach Wielkich nieopodal Lwowa. W 1929 r. napisał książkę: "Tajniki walki zapaśniczej (francuskiej)". "Pytlas" był również wykształconym człowiekiem i wynalazcą (opatentował w 1930 r. przyrząd do wzmacniania mięśni), oraz miał opinię "atlety-dżentelmena". Był niezwykle szarmancki wobec kobiet, jednocześnie lubił się dobrze ubrać i dbał o swoje wąsy, które skrupulatnie rozczesywał i przycinał. Był prawdziwym elegantem, wytwornym mężczyzną lubiącym towarzystwo pięknych pań i całego tego przepychu "wielkiego świata". Władysław Pytlasiński zmarł w Warszawie w 1933 r. i nazwany został: "Ojcem polskich zapasów" (podobnie jak papa Stamm: "Ojcem polskiej szkoły boksu").



JIM "GENTLEMAN" CORBETT



Jeśli zaś chodzi o boks, to nie mogę sobie darować zaprezentowania jeszcze jednego siłacza-dżentelmena, którego szczególnie sobie upodobałem w czasach młodości (gdy jeszcze amatorsko trenowałem boks). Był to James "Gentleman" Corbett (którego przyjąłem sobie za wzór). Ten amerykański bokser urodził się w 1866 r. w San Francisco w rodzinie irlandzkich emigrantów. Nim rozpoczął swoją bokserską karierę (która doprowadziła go do galerii największych sław światowego boksu), wcześniej zdał maturę i nawet ukończył wyższe studia. Karierę bokserską rozpoczął w 1888 r. i bardzo szybko stał się sławny. W 1891 r. zremisował z czarnoskórym bokserem  - Peterem "Czarnym Księciem" Jacksonem, ale już w roku następnym pokonał dotychczasowego mistrza świata wagi ciężkiej - Johna Lawrence Sullivana i zdobył tytuł. Był znakomitym zawodnikiem, opracował własną metodę boksu (dlatego też nazywany jest "Ojcem nowoczesnego boksu"), był bardzo trudny do trafienia i po mistrzowsku operował techniką walki (notabene Cyganiewicz także opracował swój własny przepis na zwycięstwo, którego obawiali się jego przeciwnicy, nazwał go: "tylnym pasem"). To (m.in.) na jego osobie wzorował się Sylwester Stallone w swoim "Rockim" - jako "włoskim ogierze" (Corbett był co prawda Irlandczykiem ale też katolikiem. Niedawno pisałem że katolicy - Irlandczycy, Polscy i Włosi w ogromnej mierze zbudowali potęgę dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, czego próbkę możemy odnaleźć choćby w filmie "Grand Torino" z 2008 r. z Clintem Eastwoodem), szczególnie gdy przygotowywał się do walk w ciężkich, spartańskich warunkach (podobnie jak Rocky przed swoją walką z Ivanem Drago). 







W sierpniu 1903 r. Corbett po raz ostatni stanął na ringu przeciwko swemu uczniowi (podobnie jak Rocky) Jimowi Jeffriesowi. Podczas tej walki został znokautowany i wycofał się z dalszej kariery bokserskiej. Potem występował w filmach (podobnie jak Pytlasiński) i wspominał dawną chwałę. Zmarł na raka w 1933 r. w Nowym Jorku - tyle. Należy tutaj jednak dodać, że Corbett otrzymał przydomek: "Dżentelmen", jako że był zarówno wykształconym człowiekiem (co rzadko było spotykane wśród sportowców), ale również dlatego że odznaczał się dużą kulturą osobistą i niezwykłą (nawet jak na tamte czasy) estymą wobec płci pięknej. Jim "Dżentelmen" miał nienaganną aparycję, zachowanie i posługiwał się czystą angielszczyzną (z tzw. kręgów arystokratycznych), bez wszelkich wulgarnych lub uwłaczających lub potocznych zwrotów. Może właśnie dlatego wybrałem go sobie jako wzór do naśladowania w czasach młodości. W każdym razie to tyle, warto by może jeszcze byłoby przytoczyć biografię innego zapaśnika-dżentelmena, rosyjskiego atlety Iwana Poddubnego - ale myślę że na razie to wystarczy (może w jakimś innym temacie jeszcze do tego powrócę). W każdym razie na tej historii zapaśników i boksera chciałem pokazać iż siła fizyczna wcale nie musi stać w kontrze do inteligencji, dobrego wykształcenia czy wykwintnych manier i wcale jedno drugiemu nie przeszkadza, wręcz przeciwnie może tylko służyć dobremu.

PS: Miałem gdzieś fajne zdjęcie Corbetta, ale mi się zapodziało niestety.








NA KONIEC ZAPRASZAM DO OBEJRZENIA FILMU FILIPA BAJONA pt.:


"ARIA DLA ATLETY"


OPOWIADAJĄCYM WŁAŚNIE (W SPOSÓB NIECO UPROSZCZONY) HISTORIĘ STANISŁAWA "ZBYSZKA" CYGANIEWICZA (W FILMIE WYSTĘPUJĄCEGO ON POD NAZWISKIEM WŁADYSŁAWA GÓRALEWICZA)

PS: POJAWIAJĄCY SIĘ TAM ZAPAŚNIK O IMIENIU CYKLOP ISTNIAŁ NAPRAWDĘ. NAZYWAŁ SIĘ FRANCISZEK BIEŃKOWSKI I POCHODZIŁ Z GDAŃSKA. W RĘKU ŁAMAŁ MONETY I RWAŁ ŁAŃCUCHY. PODCZAS JEDNEGO Z TAKICH POKAZÓW, NATĘŻYŁ SIĘ TAK BARDZO ŻE... STRACIŁ WZROK, STĄD PRZYDOMEK: "CYKLOP" 


PS: MOŻNA WŁĄCZYĆ ANGIELSKIE TŁUMACZENIE