Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŚWIĘTA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŚWIĘTA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2024

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXCI

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI 
SŁOWIANIE I CELTOWIE





PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(POD SKRZYDŁAMI ASYRII - UPADEK IZRAELA)

(ok. 738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)

Cz. XI







FILISTEA
PONOWNIE ODRODZENIE
(738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)
Cz. XI



DEWARIM
(738 r. p.n.e. - 586 r. p.n.e.)
Cz. XIII



 Teraz, gdy książę Sais - Tefnacht koronował się w Leontopolis na króla Egiptu (720/719 p.n.e.), tym samym podważył władzę nad oboma krajami (Górnym i Dolnym Egiptem) kuszyckiego władcy - Pianchiego (który koronował się w Heliopolis w roku 726 p.n.e. po wcześniejszej zwycięskiej kampanii, w wyniku której podbił Egipt, lecz pozostawił lokalnych książąt jako swoich wasali i wrócił do Napaty) i rzucił mu wyzwanie. Jednocześnie podporządkował sobie praktycznie całą deltę, w tym takie miasta jak Leontopolis, Tanis i Memfis (natomiast zależny teraz od niego Acheperre Osorkon IV z Tanis wprowadził swoje wojska do królewskich Teb - którymi zarządzała jako wielka małżonka Amona-Re Szepuseneb I). Wyglądało na to, że Delta po zaledwie sześciu latach kuszyckiej dominacji oderwała się od władztwa czarnoskórych królów Napaty, ale Mencheperre Usermare Pianchi mimo to nie zareagował. Zajęty był wówczas rozbudową swojej nubijskiej stolicy Napaty, budową wielkiej świątyni Amona-Re, a także własnej świątyni grobowej w nekropolii El-Kurru. Zafascynowany zresztą piramidami w Gizie (jakie miał możliwość obejrzeć podczas swojej kampanii egipskiej z lat 727-726 p.n.e.) postanowił również (jako pierwszy kuszycki władca Napaty) postawić taką piramidę na dachu własnej świątyni grobowej. Oczywiście ta piramida była dużo mniejsza niż egipskie, miała ostry kąt nachylenia (68°) i nie miała żadnych związków z podziemnymi komorami (pod kamienną ścianą piramidy kryje się bowiem usypisko szutru i kamieni połączonych zaprawą mułową). Piramidy z Napaty nie miały żadnego przeznaczenia praktycznego, a były jedynie formami dekoracyjnymi królewskich grobów. Zresztą w swojej świątyni grobowej Pianchi nakazał pochować również pięć ze swoich siedmiu żon, oraz dwie córki. Wyjątkiem pochówków nubijskich władców z Napaty, są pochówki koni (i to dość liczne) które właśnie zapoczątkował Pianchi. Po jego śmierci jego ulubione rumaki zostały zabite, a następnie zabalsamowane i ustawione pionowo w specjalne otwory na kopyta, które podtrzymywały całe ciało w pozycji stojącej. Wyglądało to zarówno dosyć ciekawie, jak i nieco przerażająco, gdy po wejściu do świątyni Pianchiego witały nas mumie jego dwóch koni, wyglądających jak żywe.

Pianchi odszedł do "krainy Ozyrysa" ok. 713 r. p.n.e. po prawie 35 latach swoich rządów w kraju Kusz i 13 bez mała rządów nad Egiptem. Był pierwszym czarnoskórym władcą Egiptu, a jednocześnie założycielem dynastii, której panowanie zakończy dopiero najazd na Egipt Asyryjczyków w latach 60-tych VII wieku p.n.e. W tym czasie w Sais również nie było już Tefnachta, gdyż Szepsesre Tefnachtowi zmarło się ok. 718 r. p.n.e. po ponad 20 latach swych rządów nad Sais (i zaledwie półtora roku kontroli nad Deltą). Tron po nim objął teraz jego syn, młody, waleczny Uahkare Bekenranef (Grecy nazywali go Bakchoris i to imię wydaje się łatwiejsze do wymówienia, dlatego też będę go używał). Pomimo faktu iż temu faraonowi przyszło panować zaledwie pięć lat, to pozostawił po sobie bardzo dobrą pamięć i był bardzo ceniony przez swoich poddanych, o czym świadczą liczne inskrypcje. Był to władca przede wszystkim dążący do reformy prawa, które starał się zreformować tak, aby ulżyć nieco najuboższym swoim poddanym (czyli chłopom, którzy realnie traktowani byli jako niewolnicy i wykorzystywani do prac nie tylko publicznych, ale również prywatnych, na folwarkach wezyrów i wielmożów). Ostatecznie nic nie wiadomo aby cokolwiek z tego udało mu się wprowadzić w życie, ale sam fakt że takie plany miał, spowodował iż pozostawił po sobie w oczach Egipcjan bardzo dobrą opinię i żałowano go powszechnie jako niefortunnego władcę, który tak pięknie się zapowiadał ale z woli bogów przegrał w konfrontacji z najazdem Nubijczyków. Prowadził też Bakchoris dosyć udaną politykę zagraniczną, zdając sobie sprawę ze wzrastającego niebezpieczeństwa z północy od strony Asyrii, słał daniny Sargonowi do Kalchu, a jednocześnie wspierał finansowo (wraz z Osorkonem IV) lokalne filistyńskie i palestyńskie miasta do buntu przeciwko Asyryjczykom. Z drugiej strony nie niepokojony długo od południa, uznał, że władcom kuszyckim z Napaty nie będzie chciało się ponownie interweniować na północy i że uznają oni obecny status quo. Tak może było jeszcze za Pianchiego, który przygotowywał się do swojej ostatniej podróży (do krainy zmarłych), skupiając się głównie na modłach do Amona-Re. Ale wraz z jego śmiercią i wstąpieniem na tron jego brata Neferkare Szabako (Szabaka) sytuacja diametralnie się zmieniła. Jeszcze w 714 r. p.n.e. w Tebach zmarła wielka małżonka Amona-Re, córka libijskiego władcy Osorkona III -  Szepuseneb I po 40 latach swoich rządów. Była pierwszą wielką małżonką, której władza była równa władzy arcykapłanów Amona-Re (urząd ten został zniesiony, wraz z powierzeniem władzy nad królewskimi Tebami w ręce "dynastii kobiet"). Od ok. 736 r. p.n.e. (i pierwszego najazdu na Górny Egipt Pianchiego), jej uczennicą i następczynią została córka władcy Napaty, czarnoskóra Amenardis I, która teraz objęła pełnię władzy, jako druga wielka małżonka Amona-Re.




Szabaka ruszył na Deltę zaraz po objęciu władzy w roku 713 p.n.e. Ze swoją siostrzenicą - Amenardis spotkał się w Tebach (skąd uciekły nieliczne oddziały Osorkona IV). Następnie ruszył na północ, zdobywając Leontopolis i Sais (to pierwsze miasto zdobył bez walki). W Sais Bakchoris próbował zorganizować obronę, a jednocześnie słał prośby o wsparcie do Osorkona, nadaremnie. Sais zostało zdobyte, a Bakchoris publicznie spalony na rozkaz Szabaki. Następnie władca Napaty pozostawił w Sais czarnoskórego namiestnika, a sam pomaszerował na Tanis. Osorkon IV nie udzielił pomocy Bakchorisowi, gdyż liczył na wspaniałomyślność zwycięskiego Szabaki, który pozwoli mu nadal panować w Tanis. Ten jednak zdobył również i to miasto, a Osorkona (a który był ostatnim z tzw. "libijskich" władców) uśmiercił (712 r. p.n.e.). Szabaka postanowił, że nie popełni błędu swego brata i nie pozwoli lokalnym egipskim książętom dojść do władzy. Zamiast tego sam koronował się na faraona "Obydwu Krajów" (z tym że ten tytuł za rządów czarnoskórych władców z Napaty miał już nieco inne konotacje, dla nich bowiem "oba kraje" to nie był Górny i Dolny Egipt, a po prostu Egipt i Nubia). Swoją stolicą uczynił Teby, gdzie polecił wykuć na pylonie Haremu Południowego w Luksorze swoją podobiznę w objęciu dwóch bogiń, na jednym reliefie jest w otoczeniu bogini Mut (bogini nieba i patronki górnego Egiptu), na drugim zaś, w otoczeniu bogini Amonet (bogini wiatru północnego i patronki Delty). Szabaka uruchomił też liczne prace budowlane w Karnaku, Luksorze i Medinet Habu. Ozłocił bramę Amona-Re w Karnaku i dodał tam nowy portal, w Esna wystawił naos z czarnego granitu dla boga Ozyrysa, a przed Haremem Południowym w Luksorze wybudował kolumnadę, która wiodła wewnątrz pomieszczeń i przechodziła przez nowo utworzony ogród. Po przyjęciu władzy przez władców kolejnej XXVI Dynastii z Sais (czyli rodzimej dynastii egipskiej), większość reliefów władców nubijskich zostanie zniszczona, postacie nubijskich władców zostaną wykute, tak aby całkowicie zatrzeć pamięć o istnieniu tej dynastii i o jej rządach na Egiptem. 




Ok. 710 r. p.n.e. Szabaka powierzył Amenardis opiekę nad swoją córką, (która przyjęła imię) Szepuseneb i została tym samym wybrana na następczynię swej dużo starszej kuzynki w roli wielkiej małżonki Amona-Re (oczywiście nim obejmie samodzielne rządy, miną jeszcze dwie dekady). Przez ten czas musiała uczyć się wszystkiego, czego wcześniej Amenardis I nauczyła jej mentorka Szepuseneb I (głównie chodziło tu o erotyczne pobudzenie boga do życia każdego poranka, aby świat mógł ponownie cieszyć się życiodajnym blaskiem słońca). Warto też odnotować, że wraz ze wstąpieniem na tron Egiptu Szabaki, zanika na prawie pół wieku używanie w Egipcie błękitnej korony, zwaną kepresz. Nie wiadomo dlaczego kuszyccy władcy woleli używać tzw. "kuszyckiego czepka" (prosty czepek, najczęściej biały, przedstawiany również na wyobrażeniach boga Ptaha). Oczywiście nie oznacza to że nie używano podwójnej czerwono-białej korony Górnego i Dolnego Egiptu, a także pierzastych koron Ozyrysa, Amona, i Onurisa, ale całkowicie zrezygnowano z niebieskiej korony kepresz. I nie wiadomo dlaczego tak się stało? Co było tego powodem? Wydaje się (a jest to tylko i wyłącznie moje przypuszczenie) że niechęć do używania błękitnej korony mogła wziąć się z faktu, iż była ona najczęściej używana przez egipskich władców podczas ich ekspansjonistycznych wypraw, również tych na południe, do Nubii, kraju Kuszytów. Być może więc kuszyccy władcy z Napaty nie chcieli używać symbolu, który był źródłem zniewolenia ich kraju, a jednocześnie starali się wykazać, że są bardziej egipscy od Egipcjan i to zarówno na polu religijnym, jak i kulturowym (co jest naturalne dla nuworyszy). Szczególna dbałość o zachowanie świątyń i ich rozbudowę, niezwykle wyszukane moduły do bogów, renowacja zniszczonych tekstów (w tym jednego papirusu "zżartego przez robaki", którego tekst wykuto w kamieniu). To wszystko cechowało panowanie Szabaki i jego następców (ich polityka została doceniona przez potomnych. Egipcjanie w każdym razie nie mogli się skarżyć na rządy czarnoskórych faraonów, a ikonoklastyczna polityka wymazywania ich wizerunków ze świątyń i steli za czasów XXVI Dynastii założonej przez Psameryka I w 664 r. p.n.e., nie doprowadziła do zatarcia pamięci o tamtych czasach, również w tak zwanej pamięci ludowej. Efektem tego niech będzie fakt, że już pod koniec XXVI Dynastii, w czasach panującego turbopatriotyzmu egipskiego {negującego wszelkie obce wpływy polityczne i kulturowe w Egipcie, głównie zaś wymierzonego przeciwko Asyryjczykom, Babilończykom, Nubijczykom i co ciekawe, coraz częściej zasiedlającym Egipt... Grekom} za panowania Ahmose II, jedną z ulic w Memphis nazwano właśnie imieniem Szabaki).

Mijały lata, zmieniało się również polityczne otoczenie kuszyckiego Egiptu w Palestynie i dalej, w samej Asyrii. W najbliższej granic Egiptu Gazie, po próbach buntu przeciwko Asyrii z lat 720 i 716 p.n.e., oraz obaleniu tamtejszego władcy Hanona, władzę objął Silli-Bel I a polityka miasta zmieniła się na pro-asyryjską. W Aszkalonie panował Sidqa, który został wprowadzony na tamtejszy stolec przez Asyryjczyków, po ich kampanii z roku 722 p.n.e. i obaleniu wcześniejszego króla Aszkalonu (prowadzącego pro-egipską politykę) - Rukibti. W Aszkalonie zaś, po śmierci lokalnego władcy Ahimti (ok. 706 r. p.n.e.) Sargon II wprowadził na tamtejszy stolec człowieka o imieniu Mitinti (zwanego też w niektórych źródłach - głównie w Starym Testamencie - Jamani - jest to jednak ta sama osoba, biorąc pod uwagę lata panowania jak i okoliczności w wyniku których utracił władzę). W Ekronie zaś, (mieście który najbardziej był wierny Asyryjczykom i jednocześnie który czerpał największe korzyści ekonomiczne z wymiany handlowej pomiędzy Krajem Nadmorskim a Judą, oraz posiadającym preferencyjne umowy na handel z Asyrią) dobiegał już swych lat król Ada (panujący od 730 r. p.n.e.). Natomiast w Jeruzalem od 715 r p.n.e. panował król Ezechiasz, syn i następca Achaza. Wszystko było jasno określone, królestwa Syro-Palestyny, należały do asyryjskiej strefy wpływów, a sam Szabaka nie zamierzam tego zmieniać. Starał się też utrzymywać dobre stosunki z Sargonem, tak, aby nie musieć niepotrzebnie toczyć wojny z Asyryjczykami, którzy już wielokrotnie pokonali rodzimych egipskich władców na polach bitew (ostatni raz pod Gazą w 716 r. p.n.e.). Wszystko wydawało się więc poukładane i oczywiste, ale tak naprawdę było to kłębowisko żmij, które tylko czekały na nadarzającą się okazję, aby zrzucić wreszcie zależność od Asyrii i egipska pomoc byłaby im ponownie jak najbardziej na rękę. Tymczasem Sargon (o czym wspomniałem zaledwie w poprzednich częściach) szykował się do wyprawy przeciwko barbarzyńskim plemionom Kimmerów, idącym z Kaukazu, a drogę ich pochodu znamionował ogień palonych miast i mordowanych ludzi. Król Frygijczyków (plemię Meszków) Midas, który do tej pory prowadził anty-asyryjską politykę zmierzającą do wywołania buntów w nadgranicznych ziemiach podporządkowanych Asyrii na północnym-zachodzie (szczególnie w kraju Tabal - wschodnia Anatolia), teraz, gdy władca Urartu - Argiszti poniósł klęskę w bitwie z Kimmerami i musiał się schronić w swojej położonej w górach stolicy Tuszpie (707 r. p.n.e.) postanowił zawrzeć sojusz z Sargonem II wymierzony przeciwko najeźdźcom (sojusz ten negocjował syn Sargona - Sannacherib, który w tym celu udał się do Gordium w stolicy Frygów). 




Jeszcze w 707 r. p.n.e. ziemie asyryjskie zostały częściowo najechane przez Kimmerów, (ale nie odnotowano większych szkód, chociaż część uchodźców z północy przedostała się do Kalchu). Wiosną 706 r. p.n.e. Sargon wyruszył na wyprawę wojenną przeciw Kimmerom. Zgodnie z zawartym wcześniej układem, mieli z nim się połączyć Frygowie, aby łatwiej pokonać barbarzyńców o których opowiadano sobie niestworzone historie (np. że jedzą surowe ludzkie mięso - szczególnie zaś serca wycięte pokonanym wojownikom), ale gdy Sargon przybył do kraju Tabal, Midasa tam nie został (chociaż ten drugi miał bliżej). Natomiast natknął się na hordy Kimmerów którym wydał bitwę. Bitwa była bardzo ciężka, a w pewnym momencie gruchnęła nawet wiadomość że Sargon poległ. Okazało się to nieprawdą, ale pokonanie Kimmerów spowodowało znaczne straty w armii asyryjskiej. Pokonanie, gdyż nie udało się ich rozbić, a jedynie zmusić do odwrotu z powrotem w kierunku Kaukazu. Sargon wrócił do swojej nowej stolicy Dur-Szarrukin (Miasto Sargona) do której przyniósł się po 10 latach jej budowy w roku 707 p.n.e. ale wieści o jego śmierci na polach Tabal obiegły wówczas Syro-Palestynę, dając wielu ponownie nadzieję na rozniecenie kolejnego buntu przeciw znienawidzonej Asyrii. Co prawda Sargon nie zginął pod Tabal, ale za to zmarł śmiercią naturalną w swym pałacu w Dur-Szarrukin w kilka miesięcy po powrocie z tej kampanii (705 r. p.n.e.) i wtedy się zaczęło, a prekursorem buntu był nie kto inny niż władca Judy, król Ezechiasz, choć też nie stało się to zaraz po wstąpieniu na tron Sannacheriba. Ezechiasz bowiem zdawał sobie sprawę, że aby pokonać niezwyciężonych Asyryjczyków, musi utworzyć koalicję miast równie wrogich asyryjskiej dominacji jak Jeruzolima, musi też zreformować własną armię i przygotować się na wojnę oblężniczą (a to wymagało również naprawy murów obronnych Jerozolimy i innych głównych miast Judei). Stało za królem stronnictwo wojenne, skupione głównie wokół Świątyni Jerozolimskiej. Popierał go także prorok Izajasz, ale ten był przeciwnikiem jakimkolwiek sojuszom z Egiptem, za to był autorem wielu reform jakie powstały za panowania tego władcy, szczególnie na polu religijnym i administracyjnym. A tymczasem nowy król Assuru - Sannacherib miał na głowie zupełnie inny problem, a mianowicie jak najszybciej opuścić Dur-Szarrukin (miasto swego ojca, które stolicą było zaledwie dwa lata) i przenieść się do nowo wybranego przez siebie miejsca, a było nim miasto Niniwa, które miało zostać ostatnią już w dziejach stolicą tego Imperium.


JEROZOLIMA W CZASACH STAREGO TESTAMENTU 
(OD MIASTA DAWIDA DO MIASTA NEHREMIASZA I EZDRASZA)




PS: PONIEWAŻ NIESTETY NIE BYŁEM W STANIE WCZEŚNIEJ ZŁOŻYĆ ŻYCZEŃ Z OKAZJI ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA, A ŚWIĘTA TE JUŻ SIĘ SKOŃCZYŁY, WIĘC DARUJĘ SOBIE, ALE JAKO PEWNE ZADOŚĆUCZYNIENIE PRZYJMIJCIE ODE MNIE CHOCIAŻ TO: 




CDN.

wtorek, 12 listopada 2024

11 LISTOPADA - ŚWIĘTO NIEPODLEGŁOŚCI - Cz. II

PRZESZLIŚMY!!! ✌️



TEGOROCZNY MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI 
WARSZAWA - 11 LISTOPADA 2024








PRZYZNAĆ SIĘ MUSZĘ ŻE TROCHĘ SIĘ SPÓŹNIŁEM NA MARSZ I DOTARŁEM W PRAWIE NA SAM JEGO KONIEC, A MIMO TO I TAK CZUŁEM SIĘ JAKBYM BYŁ GDZIEŚ W CENTRUM MARSZU NIEPODLEGŁOŚCI













TEGOROCZNY MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI UWAŻAM ZA BARDZO UDANY, NIE BYŁO  ŻADNYCH PROWOKACJI (SŁYSZAŁEM JEDNAK ŻE KTOŚ TAM COŚ PRÓBOWAŁ, ALE... ZAPEWNE NIE WYSZŁO 😉). BYŁEM WRAZ Z MOJĄ PANIĄ, A WOKÓŁ NAS BYŁO MNÓSTWO DZIECI, OJCÓW I MATEK Z MAŁYMI DZIEĆMI MACHAJĄCYMI POLSKIMI FLAGAMI. ATMOSFERA WSPANIAŁA, JESTEŚMY BARDZO ZADOWOLENI!

poniedziałek, 11 listopada 2024

11 LISTOPADA - ŚWIĘTO NIEPODLEGŁOŚCI

WSZYSCY WIDZIMY SIĘ W WARSZAWIE






OSTATNI TAKI MARSZ NA ŚWIECIE!





W TYM ROKU NIE MA ZMIŁUJ SIĘ, CZY RĘKA BOLI CZY BOLI PALUSZEK U NOGI, TRZEBA IŚĆ. JA SAM SZYKUJĘ SIĘ DO TEGO MARSZU JUŻ OD KILKU DNI, CHOĆ PIERWOTNIE NIE ZAKŁADAŁEM ŻE TEGO DNIA BĘDĘ W WARSZAWIE, ALE WSZYSTKO SIĘ ZMIENIŁO. ZRESZTĄ WŁASNĄ WYGODĘ NIGDY NIE WOLNO PRZEDKŁADAĆ NAD NIEPODLEGŁOŚĆ WŁASNEGO PAŃSTWA, NAD WOLNOŚĆ OSOBISTĄ OBYWATELI, A PRZEDE WSZYSTKIM NAD UMIŁOWANIE RODZINNEGO DOMU, JAKIM JEST NASZA POLSKA. ZRESZTĄ NIE TYLKO JEST ONA DOMEM, ALE WSPÓLNYM NASZYM INTERESEM, O KTÓRY NALEŻY DBAĆ ŻEBY SIĘ NIE ZAWALIŁ, LUB... NIE ZBANKRUTOWAŁ. 

OBSERWUJĄC BOWIEM POLSKĄ POLITYKĘ, OSTATNIO PRZYPOMNIAŁY MI SIĘ ANALOGICZNE WYDARZENIA Z LAT 1669 -1670, I TO CO DZIAŁO SIĘ WÓWCZAS NA SEJMACH. KOMPLETNY BRAK BOISKA, ZAGROŻENIE ZE STRONY OSMAŃSKIEJ TURCJI, ATAMAN KOZACKI PETRO DOROSZENKO ŻĄDAJĄCY GRANIC UKRAINY DALEKO NA ZACHODZIE I PÓŁNOCY, PRZY CZYM POLAKOM NIE WOLNO BYŁO NIE TYLKO MIEĆ ŻADNYCH MAJĄTKÓW NA TYCH TERENACH, ALE RÓWNIEŻ TAM PRZEBYWAĆ, DO TEGO DWÓR KOMPLETNIE SOBIE NIE RADZĄCY Z ZAISTNIAŁĄ SYTUACJĄ. KRÓL MICHAŁ KORYBUT WIŚNIOWIECKI (WYBRANY TYLKO PRZEZ PAMIĘĆ OJCA JEREMIEGO) MÓWIŁ W SIEDMIU JĘZYKACH, ALE W ŻADNYM NIE MIAŁ NIC CIEKAWEGO DO POWIEDZENIA - ORIENTUJĄCY SIĘ NA WIEDEŃ JAKO ZABEZPIECZENIE PRZED WŁASNYMI OBYWATELAMI, POZA TYM BUTA ELEKTORA BRANDENBURSKIEGO, KTÓRY ZAJĄŁ DRAHIM (1668), A POTEM Z WARSZAWY JEGO POSEŁ PORWAŁ PRUSKIEGO SZLACHCICA I ZWOLENNIKA ZJEDNOCZENIA PRUS WSCHODNICH Z RZECZĄPOSPOLITĄ - LUDWIKA KALKSTEINA, GDZIE W KŁAJPEDZIE ZOSTAŁ SKAZANY NA ŚMIERĆ (1670) - REAKCJĄ KRÓLA ZAŚ NA TEN GWAŁT BYŁ TYLKO SŁOWNY SPRZECIW. I OCZYWIŚCIE NIEUSTANNA WALKA DWORU O ODEBRANIE BUŁAWY HETMANOWI SOBIESKIEMU, A TAKŻE NOTORYCZNE ZRYWANIE SEJMÓW. TAK NAPRAWDĘ SOBIESKI BYŁ WÓWCZAS JEDYNĄ BEZPIECZNĄ PRZYSTANIĄ. W KAMPANII 1671 WYBIŁ DOROSZENCE GŁUPOTY Z GŁOWY W DWÓCH BITWACH, A POTEM W ROKU 1672 PONOWNIE, ZAŚ PO WYPOWIEDZENIU WOJNY PRZEZ TURKÓW, W ROKU 1673 ROZBIŁ ICH W WIELKIEJ BITWIE POD CHOCIMIEM - BYŁ TO WSTĘP DO WIEDNIA (1683).

JAK SIĘ NA SPOKOJNIE PATRZY I ANALIZUJE TAMTE WYDARZENIA, MA SIĘ NIEODPARTE WRAŻENIE ŻE HISTORIA ZATACZA KOŁO, BO TO CO SIĘ OBECNIE DZIEJE NA POLSKIEJ POLITYCE PRZYPOMINA WŁAŚNIE WZAJEMNE PODCHODY I WOJENKI RÓŻNYCH STRONNICTW (KTÓRE NOTABENE W WIĘKSZOŚCI ORIENTOWAŁY SIĘ NA SIŁĘ ZEWNĘTRZNE, JEDNI NA WIEDEŃ, DRUDZY NA PARYŻ, A NIEKTÓRZY NAWET NA MOSKWĘ - RZYGAĆ SIĘ CHCE). DLATEGO TEŻ UWAŻAM ŻE POTRZEBUJEMY KOGOŚ TAKIEGO JAK DONALD TRUMP, A RACZEJ JAK WIKTOR ORBAN - I CHOĆ ZABRZMI TO ŚMIESZNIE TO TAK POTRZEBUJEMY SILNEGO (I SPRAWCZEGO) CZŁOWIEKA W POLITYCE. 

OCZYWIŚCIE TEŻ NIE CHCĘ BYĆ ŹLE ZROZUMIANY. NIE CHODZI O TO, ŻEBY OBECNY KANDYDAT NA PREZYDENTA BYŁ PODOBNY DO TRUMPA - BO W PIS-IE TAKIE POMYSŁY KIEŁKUJĄ, ŻEBY WYSTAWIĆ PANA CZARNKA CZY DOMINIKA TARCZYŃSKIEGO. JA OSOBIŚCIE NIE MAM NIC DO TYCH PANÓW, NAWET ICH LUBIĘ I CHCIAŁBYM ŻEBY KTÓRYŚ Z NICH ZOSTAŁ PREZYDENTEM, ALE JA SOBIE MOGĘ CHCIEĆ... CO Z TEGO ŻE CZARNEK CZY TARCZYŃSKI WEJDĄ DO DRUGIEJ TURY, SKORO W DRUGIEJ TURZE PRZEPADNĄ. TO BĘDZIE DOKŁADNIE TAK SAMO, JAK W PRZYPADKU TUSKA GDYBY KANDYDOWAŁ NA PREZYDENTA, W DRUGIEJ TURZE NIE MA ON SZANS. DLATEGO TEŻ ŻEBY ODNIEŚĆ SUKCES, TRZEBA UMIEĆ PODEJMOWAĆ WŁAŚCIWE DECYZJE, A W TYM PRZYPADKU WŁAŚCIWĄ DECYZJĄ BĘDZIE WYSTAWIENIE KANDYDATA, KTÓRY W ŻADNYM RAZIE NIE BĘDZIE KOJARZYŁ SIĘ Z OŚMIOMA LATAMI RZĄDU PIS-U, A TAKIM CZŁOWIEKIEM JEST WEDŁUG MNIE (W NAJWIĘKSZYM STOPNIU) dr. KAROL NAWROCKI.

MIMO TO POTRZEBUJEMY KOGOŚ TAKIEGO JAK TRUMP CZY ORBAN, BO PATRZĄC NA OBECNĄ POLSKĄ POLITYKĘ MAM POCZUCIE GŁĘBOKIEGO UPOKORZENIA. NIGDY NIE PRZEPADAŁEM I NIE BĘDĘ POPIERAŁ RZĄDU 13 GRUDNIA I DONALDA TUSKA, ALE TO JEST PREMIER POLSKI I GDY ON MÓWIŁ ŻE W UNII "NIKT GO NIE OGRA", A TU SIĘ OKAZUJE ŻE NIKT NAWET NIE CHCE Z NIM GADAĆ, TO MNIE OSOBIŚCIE NIE NAPAWA TO RADOŚCIĄ - JAK PIS-OWCÓW, TYLKO SMUTKIEM. A POZA TYM UWAŻAM ŻE SKORO TAK I SKORO TEN CZŁOWIEK JEST ZWYKŁYM MIANOWAŃCEM BRUKSELI I BERLINA, TO NALEŻY GO USUNĄĆ I WYBRAĆ KOGOŚ, Z KIM NIE TYLKO EUROPA, NIE TYLKO ŚWIAT I NIE TYLKO USA BĘDĄ SIĘ LICZYŁY. A PRZYKŁAD SOBIESKIEGO TEŻ POKAZUJE ŻE JEST JEST TO MOŻLIWE (CHOCIAŻ W JEGO PRZYPADKU ROZGRYWKI STRONNICTW - CHOĆBY OPOZYCJA PACÓW I INNYCH PAJACÓW - SPOWODOWAŁY, ŻE POD KONIEC JEGO RZĄDÓW BYŁ JUŻ BARDZO ZMĘCZONY WEWNĘTRZNYMI PARTYJNYMI PODCHODAMI I WCALE MU SIĘ NIE DZIWIĘ. PRZERAŻA MNIE TYLKO TO ŻE TO TAK BARDZO PRZYPOMINA OBECNY CZAS. 




W KAŻDYM RAZIE UWAŻAM ŻE W OBECNEJ SYTUACJI GEOPOLITYCZNEJ I MIĘDZYNARODOWEJ POLSKA MUSI BYĆ POTĘGĄ ŚRODKOWOEUROPEJSKĄ, BO TAK JAK MÓWIŁ PIŁSUDSKI: "ALBO POLSKA BĘDZIE WIELKA, ALBO NIE BĘDZIE JEJ WCALE, STANY POŚREDNIE SĄ TYMCZASOWE". 




TAK WIĘC 


WSZYSCY NA MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI!


(ZBIÓRKA NA RONDZIE DMOWSKIEGO O 14:00, WYMARSZ O 14:30)







środa, 3 stycznia 2024

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. III

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





STAROŻYTNY RZYM
SŁOŃCE TO, CZY KSIĘŻYC JEST NAD NAMI?
Cz. I






"TEN, KTO NIE WIE, CO SIĘ WYDARZYŁO, NIM PRZYSZEDŁ NA ŚWIAT, POZOSTANIE NA ZAWSZE DZIECKIEM. BO CÓŻ WARTE JEST NASZE ŻYCIE, JEŚLI PRZEZ ZNAJOMOŚĆ HISTORII NIE WIĄŻE SIĘ Z ŻYCIEM NASZYCH PRZODKÓW"

CYCERON
"ORATOR"
(46 r. p.n.e.)



Kiedy Rzymianie obchodzili Nowy Rok? Odpowiedź najprostsza brzmi - gdy władzę obejmowali kolejni konsulowie. A kiedy to następowało? No właśnie, z tym już jest większy problem, ponieważ najprostszą odpowiedzią byłby - 1 styczeń, gdyż rzeczywiście w tym dniu konsulowie obejmowali urząd. Ale działo się tak dopiero od roku 153 p.n.e., wcześniej zaś 1 stycznia nie był początkiem Nowego Roku, gdyż tego dnia konsulowie nie tylko nie obejmowali urzędu, ale w pierwszych latach Republiki i w czasach Monarchii rzymskiej, styczeń w ogóle nie istniał w rzymskim kalendarzu. Od czasów Romulusa pierwszym miesiącem Nowego Roku był marzec (martius), który swą nazwę zawdzięczał bogu wojny -  Marsowi. Teoretycznie więc pierwotny rzymski kalendarz liczył 305 dni, czyli 10 miesięcy w roku (zaraz wyjaśnię dlaczego napisałem "teoretycznie"). Pierwszym miesiącem w roku był więc marzec, czyli martius, ale dlaczego pominięto dwa zimowe miesiące (choć realnie one istniały). Żeby sobie odpowiedzieć na to pytanie, to trzeba się cofnąć w odległą przeszłość, czyli do początków Rzymu. Rzym za Romulusa składał się z kilku pierwotnie od siebie niezależnych osad, budowanych na kształt dominującej na tym terenie wówczas kultury Villanowa (czyli na ogół okrągłych drewnianych domków) i pierwotnie składał się z trzech nad-tybrzańskich wzgórz: Kapitolu, Palatynu i części Celiusa. Według tradycji Romulus miał panować w latach 753-717 p.n.e. i chodź Rzym wciąż wówczas nie przypominał jeszcze klasycznego miasta (i długo, długo nie będzie przypominał), to jednak pewne dotychczasowe tradycje musiały ulec zmianom. Do nich należało bowiem, zaprzestanie grzebania zmarłych poza osadami dotychczasowych wzgórz, gdyż utrudniało to rozwój miasta. Wszystko to odtąd miało być ager publicus (czyli ziemią publiczną), a granice miasta określało zaoranie etrusco ritu (to właśnie podczas wyznaczania granicy miasta miało dojść do konfliktu pomiędzy Romulusem, a jego bratem Remusem, który zakończył się śmiercią tego drugiego. Swoją drogą warto tutaj przedstawić ciekawą opowieść, która przekazywana była sobie przez starożytnych Rzymian, a dotyczyła właśnie obu braci. Mianowicie pewnego razu leżąc na polanie, spoglądali oni w niebo licząc napływające chmury. Miało być to bowiem znak, któremu z braci bogowie bardziej sprzyjają. Remus doliczył się tylko sześciu chmur, a Romulus dwunastu. Tą przypowieść zaczęto interpretować w formie przepowiedni o tym, że w przypadku gdyby to Remus objął władzę, miasto miało się cieszyć sześcioma wiekami chwały, gdyby zaś romulus został królem - aż dwunastoma. Zapewne ta historyjka została wymyślona nieco później, aczkolwiek wpasowuje w ważne dla Rzymu wydarzenia. Sześć wieków chwały, to upadek Rzymu w czasie najazdów Cymbrów i Teutonów z ostatniej dekady II wieku p.n.e. Rzymian ocalił wówczas Gajusz Mariusz reformując armię i tworząc z niej wojsko zawodowe, w miejsce dotychczasowej armii republikańskiej. Natomiast dwanaście wieków Romulusa, to upadek Rzymu mniej więcej w połowie V wieku naszej ery, czyli - tak jak to się stało w rzeczywistości - w 455 r. spustoszenie miasta przez Wandalów, a w 476 r. obalenie ostatniego, małoletniego cesarza - Romulusa Augustulusa). Dlatego też należało od tej pory chować zmarłych poza murami wspólnego miasta, czyli poza etrusco ritu.


RZYM ZA PIERWSZYCH KRÓLÓW



Ale nie to było głównym powodem, dla którego to właśnie marzec był pierwszym miesiącem Nowego Roku dla Rzymian w tamtym okresie (bowiem kalendarz zmieniał się jeszcze co najmniej dwukrotnie - oczywiście wyjaśnię też dlaczego napisałem "co najmniej"). Głównym powodem dla którego to właśnie marzec stał się pierwszym miesiącem roku dla Rzymian, był fakt, związany z pierwotnym na tym terenie prawem długu. Na początku marca, tuż przed rozpoczęciem cyklu rolniczego, chłopi (którzy w większości nie posiadali ani sprzętu rolniczego, ani zwierząt którymi mogli uprawiać ziemię), mogli to wszystko uzyskać od majętniejszych sąsiadów, na zasadzie zwyczajowego prawa mancypacji. Wyglądało to następująco - otrzymywali zwierzę (lub narzędzie rolnicze potrzebne im do pracy) i nie musieli za nie płacić od razu, tylko składali przed Saturnem (potem ten bóg ziemi został utożsamiony z greckim Kronosem) uroczystą przysięgę, że po zakończeniu cyklu rolniczego (czyli jesienią tego samego roku) oddadzą właścicielowi wypożyczonej rzeczy lub zwierzęcia, określoną kwotę z własnych plonów (oczywiście wówczas jeszcze - a mówimy o VIII wieku p.n.e. pieniądze nie istniały - przynajmniej na terenach o których mówimy, tak więc wszelka wymiana odbywała się w naturze). Spłata długu wypadała zawsze na dzień przed rozpoczęciem Saturnaliów (grudzień), a już w listopadzie rozpoczynano trzydziestodniowe odliczanie terminu spłaty. Ci zaś dłużnicy, którzy nie zebrali wystarczających plonów aby oddać dług, kończyli marnie, bowiem składając przysięgę Saturnowi, w tym momencie łamali dane bogu słowo. Karą była śmierć, a owi nieszczęśnicy byli rytualnie składani w ofierze Saturnowi z końcem grudnia (czyli w czasie Saturnaliów). To okrutne prawo składania ludzi w ofierze bogom zniósł następca Romulusa, drugi król Rzymu (panujący w latach 715-673 p.n.e., rok 716 miał być rokiem bezkrólewia) Sabińczyk - Numa Pompiliusz (prócz tego że pochodził on z plemienia Sabinów - które wraz z Latynami budowało nowe miasto nad Tybrem - to miał liczne kontakty w miastach etruskich i wydaje się że był też spokrewniony z etruskimi klanami, a jego żona Lukrecja z pewnością była kobietą z ludu Etrusków. O Etruskach też jeszcze zamierzam napisać i ich jakże ukrywanym do dzisiaj pochodzeniu, chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi sugerują że lud ten - podobnie zresztą jak Dorowie/Gorowie na Peloponezie, przybył z Europy Środkowej). Wprowadził on wiele reform do zwyczajnego prawa pierwotnego Rzymu, rozszerzył etrusco ritu (pierwotnie zasiedlił z plemieniem Sabinów - Kwirynał) aż po Janiculum (gdzie też został pochowany) i założył pierwsze zgromadzenie westalek (początkowo były tylko dwie owe święte niewiasty, służebnice bogini Westy). On też właśnie zamienił rytualne składanie ofiary z dłużnika na ołtarzu Saturna, na bardziej ekonomicznie opłacalną dla pożyczkodawcy niewolę (oczywiście nie wyglądało to tak że człowiek który trafiał do niewoli stawał się już niewolnikiem, wręcz przeciwnie. Był nim tylko teoretycznie przez 60 dni zimowych - od 23 grudnia do 23 lutego - na które to był zamykany w podziemnym pomieszczeniu i traktowany jak nieżywy - choć oczywiście karmiono go. W tym czasie jego synowie lub krewni musieli spłacić dług - a dokonać tego mogli trzykrotnie, na początku, w połowie i na końcu sześćdziesięciodniowego okresu niewoli - jeśli tego nie uczyniono, wierzyciel miał prawo postąpić z nim według własnej woli (czyli np mógł go zagłodzić w owej celi, lub też - jeśli obaj się porozumieli - mógł go sprzedać za Tyber, np. do Etrusków, uzyskując wówczas zwrot poniesionych przez siebie kosztów).

Biorąc pod uwagę ten właśnie fakt, można wtedy zrozumieć dlaczego w czasach Romulusa rzymski kalendarz liczył tylko 10 miesięcy i pozbawiony był dwóch miesięcy zimowych (styczeń, luty), które poświęcone były bogom podziemnym i w czasie których zamierała cała natura. Po prostu tych dni nie świętowano i traktowano tak, jakby ich w ogóle nie było, (co oczywiście nie znaczy że ich nie było 👍). Aż do czasu wielkiej reformy rzymskiego kalendarza z czasów Juliusza Cezara (który wszedł oficjalnie w roku 45 p.n.e. a został skopiowany przez Cezara z wzorców egipskich - o których też jeszcze napiszę, a z których Cezar zapewne czerpał pełnymi garściami podczas swych wojaży po Nilu z Kleopatrą) i który po raz pierwszy był kalendarzem słonecznym, liczącym 365 dni, wcześniejsze kalendarze rzymskie były kalendarzami księżycowymi, a tutaj cykl przypada na 355 dni w roku. Oczywiście pojawia się też pewien problem. Można bowiem założyć, że te 355 dni dzielone były w następujący sposób na poszczególne miesiące: 31 dni liczyły marzec, maj, lipiec i październik, 29 dni styczeń, kwiecień, czerwiec, sierpień, wrzesień, listopad i grudzień. Jedyny miesiąc który liczył 28 dni to był luty (to był ewenement w rzymskim kalendarzu, gdyż po reformie Cezara Rzymianie nie stosowali już liczby parzystych, uważając je za pechowe). Wydaje się jednak że zarówno za Romulusa jak i za Numy Pompiliusza rzymski rok liczył 365 dni, gdyż pięć grudniowych dni (Saturnalia) nie były oficjalnie wliczone do cyklu kalendarzowego, podobnie jak pięć lutowych dni (Terminalia). Zresztą za Romulusa było tylko 10 miesięcy które miały swoje nazwy i dopiero Numa Pompiliusz (na wzór etruski - co też bardzo ważne) dorzucił (czy też raczej nadał imiona dwóm nienazwanym dotąd, bo traktowanym jako miesiące przeznaczone dla bogów podziemi, miesiące wegetatywne, gdy cała natura obumiera) miesiące styczeń, luty. Ale wróćmy jeszcze do początku, bo wydaje mi się że jeszcze nie wyczerpałem tematu. Mianowicie rok romulański zaczynał się 17 marca. Rok po reformie Numy Pompiliusza również, z tym tylko, że miesiące zimowe miały już swoje nazwy, co było bardzo ważne z chwilą nastania Republiki, ponieważ nowi konsulowie rozpoczynali swoje rządy zarówno 17 marca, jak i... 1 stycznia (zresztą mogli objąć swoją władzę w każdy kolejny dzień marca i stycznia, gdyż nie było to w żaden sposób ujednolicone i sprecyzowane, aż do roku 222 p.n.e., o czym zresztą będę jeszcze pisał). Bez wątpienia data styczniowa została sprowadzona do Rzymu z tradycji etruskiej i chociaż głównie skupiam się tutaj na święcie Nowego Roku, to jednak warto wymienić również (czego nie czyniłem w poprzednich częściach, wymieniając kalendarz ateński czy spartański) poszczególne miesiące jakie przypadały w rzymskim kalendarzu.


NUMA POMPILIUSZ



Od czasów Romulusa Nowy Rok rozpoczynał się 17 marca (Martius - miesiąc poświęcony bogu Marsowi). Tego dnia odbywało się bowiem święto początku roku związanego z Marsem i zwanego agonalia (święto to po raz pierwszy wprowadził Numa Pompiliusz). Mars był pierwotnym bogiem latyńskim i choć nie miał ani swoich wizerunków, ani też nie miał swojej świątyni przez długi czas (wydaje się że pierwszą świątynię Marsa zbudowano dopiero w czasach Republiki), to bez wątpienia był bogiem pierwotnym gminy latyńskiej, bogiem zarówno wojny jak i urodzaju związanego z dobrymi plonami. Pierwotnie utożsamiany był tylko poprzez włócznię i tarczę, które trzymano w Regii. Ponieważ zaś zarówno prace na roli jak i wyprawy wojskowe Rzymianie odbywali w miesiącach marzec-październik (w zimie jak wiadomo, miesiącu bogów podziemia, wypraw wojennych nie urządzano, a Mars wówczas drzemał - a przynajmniej tak myślano). Wiosną lub wczesnym latem, z nastaniem wyprawy wojennej, król (lub w późniejszych czasach konsul) wchodził do Regii, potrząsał włócznią i tarczą i mówił: "Marsie, czuwaj!" tym samym budząc go do życia i zyskując jego wsparcie podczas wojny. W przypadku zaś katastrof (zarówno naturalnych jak i wojennych), na ołtarzu Marsa natychmiast należało złożyć dary, zarówno z płodów rolnych, jak i z ludzi (oczywiście z chwilą zniesienia krwawych ofiar z ludzi za Numy Pompiliusza, odbywało się to w nieco inny sposób). Ofiary z roślin, warzyw i zwierząt składano natychmiast, natomiast ludzi poświęcano Marsowi jeszcze jako dzieci, a gdy podrośli, musieli opuścić miasto i udać się na poszukiwanie nowego życia w inne regiony Italii. Oczywiście wiązało się to niechybnie z koniecznością podjęcia walki na nowym terenie (bo nie każdy chciał przyjąć do siebie uchodźców czy wygnańców) i to właśnie było dopełnieniem ofiary Marsa. Zapewne tak też właśnie założony został Rzym przez dwóch braci i ich towarzyszy, którzy wyszli z rodzinnego miasta Alba Longa (położonego w górach albańskich, na południe od Rzymu). Odpowiednikiem Marsa dla Sabinów (czyli drugiego ludu, który wraz z Latynami stworzył Rzym) był bóg Kwirynus (od którego to imienia otrzymało nazwę wzgórze Kwirynału). Miał dokładnie te same atrybuty co Mars, choć były i drobne różnice, jak choćby fakt, że od najdawniejszych czasów ten bóg miał na Kwirynale swoją świątynię, ale obchody jego święta były bardzo blade, w porównaniu z tymi, które odprawiano na cześć Marsa. Poza tym w czasach Republiki opowiadano sobie taką legendę, że gdy Romulusa porwała burza i zaginął, pewien senator (w obawie o oskarżenia że mógł zostać zabity przez senatorów) o imieniu Prokulus Julus stwierdził że romulus został żywcem wzięty do nieba i stał się Kwirynem (w każdym razie Romulusa bardzo często później utożsamiano z Kwirynem). Rzymianie zaś zaczęli siebie samych nazywać kwirytami (było to określenie obywatelskie, stwierdzenie pokojowej wspólnoty ludów tworzących miasto nad siedmioma wzgórzami).

Drugim miesiącem pierwotnego rzymskiego kalendarza księżycowego, był Aprilis - czyli kwiecień - innymi słowy "zalany słońcem". Trzeci miesiąc to Majus (rzymska konotacja tej nazwy nie jest mi znana), czwarty - Julus czyli czerwiec (jego pierwotne pochodzenie też nie jest mi znane) i na tym w zasadzie kończą się nazwy poszczególnych rzymskich miesięcy kalendarza romulańskiego (swoje nazwy otrzymają jeszcze styczeń i luty, ale do tego dojdziemy). Kolejne miesiące był już tylko liczone czyli piąty szósty siódmy aż do dziesiątego (z tym że po wprowadzeniu zmian i dodaniu miesięcy lutowych, a potem przejściu na kalendarz słoneczny wyglądało to dosyć komicznie, bo piąty miesiąc był miesiącem siódmym, szósty ósmym itd.). Zatem kolejne miesiące to Quintilis (lipiec), Sextilis (sierpień), September (wrzesień), October (październik), November (listopad) i December (grudzień). Zapewne Rzymianom nie chciało się już wymyślać oddzielnych nazw pod te miesiące (podobnie zresztą postępowali w rodzinach, tylko czterej pierwsi synowie otrzymywali swoje imiona, piąty już zwany był Kwintusem, szósty - Sekstusem itd. w przypadku córek ten proces zaczynał się już od trzeciej - Tertia). Zaś dodane za Numy Pompiliusza dwa miesiące zimowe nosiły nazwy: Januarius (styczeń), od nazwy Janusa - boga wszelkiego początku i Februarius (luty), nazwa pochodzi od februs - magicznych rzemyków których kapłani (flamini) używali do rytualnego oczyszczania miasta. Rzymskie społeczeństwo z czasów trzech pierwszych królów Romulusa, Numy Pompiliusza i Tullusa Hostiliusza (wnuka Hersylii, Sabinki porwanej jeszcze za czasów Romulusa, panować mnie w latach 673-641 p.n.e.) składało się z w miarę jednolitego składu latyńsko-sabińskiego (z którego potem potworzyły się rody patrycjuszowskie). Ale częste wojenne wyprawy czwartego króla - Ankusa Marcjusza (wnuka Numy Pompiliusza, panował w latach 641-617 p.n.e.) doprowadziły do uformowania się w mieście nowej warstwy społecznej zwanej plebejuszami (a wzięło się to z faktu, że król po prostu atakował, podbijał i przesiedlał ludność okolicznych miasteczek takich jak Politoria, Fikania czy Tellen do Rzymu. I chodź od Ankusa Marcjusza wpływy etruskie w Rzymie były coraz silniejsze (nie chodzi tutaj tylko o kalendarz, ale również chociażby o jasne rozgraniczenie na dobro i zło, a raczej na demony i anioły, które w kulturze etruskiej występowały, natomiast w pierwotnej kulturze rzymskiej ich nie było), to jednak ludność etruska która również napływała do tego miasta, nie była traktowana jako warstwa rządząca, a wręcz przeciwnie - zasilała szeregi plebejuszy. Społeczność latyńsko-sabińska (patrycjuszowska) żyła odseparowana od społeczności plebejsko-eruskiej, czego dowodem był choćby fakt, że w czasach Republiki jedni konsulowie na początek swoich rządów wybierali etruski miesiąc styczeń, a drudzy latyńsko-sabiński marzec (poza tym wprowadzono całkowity zakaz małżeństw pomiędzy patrycjuszami i plebejuszami, ale o tym konflikcie opowiem w następnej części.


CDN.

poniedziałek, 1 stycznia 2024

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. II

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





ANTYCZNA GRECJA
CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE
Cz. II



LIKURG
PRAWODAWCA SPARTY




 16 dnia miesiąca Hekatombajon (początek lipca, licząc naszą rachubą czasu), obchodzono w Atenach i attyce święto zjednoczeniowe zwane Sunoikia (obchodzono je co dwa lata, tylko nie wiem dokładnie które). Według legendy święto to miał założyć mityczny Tezeusz, syn króla Aten Egeusza (Tezeusz wyprawił się na Kretę, do Knossos aby zgładzić tamtejszego potwora ukrytego w Labiryncie, zwanego Minotaurem - pół człowieka, pół byka. Aby jednak nie zgubić się w owym Labiryncie, córka władcy Krety Minosa, Ariadna podarowała mu kłębek nici, dzięki której mógł się stamtąd wydostać. Jego zaś ojciec Egeusz, nakazał marynarzom którzy udali się w tę podróż z Tezeuszem, aby w przypadku powodzenia wyprawy zawiesili białe żagle, zaś gdyby Tezeusz zginął - czarne. Tezeusz zaś zabrał ze sobą Ariadnę i zamierzał się z nią ożenić w Atenach, ale po drodze zostawił ją na wyspie Naxos - według jednego z mitów uczynił tak, ponieważ Ariadna spodobała się Bogu Dionizosowi który pragnął ją poślubić. Nie mogąc jednak przeboleć tej straty, nakazał wywiesić czarne żagle na swym okręcie. Ojciec jego, widząc z oddali okręt z czarnymi żaglami i sądząc że syn zginął w starciu z Minotaurem, rzucił się do morza, które od jego imienia otrzymało nazwę Egejskiego, a Tezeusz został nowym królem Aten). Święto Sunoikia miało podwójne znaczenie, gdyż co prawda czczone było jako dzień zjednoczenia wszystkich gmin Attyki (i w tym dniu składano dary bogini Atenie), ale świętowano go również jako Metoikia - czyli święto uchodźców którzy znaleźli się w Attyce. W każdym razie oba te święta poświęcone były bogini Atenie.

23 dnia tego miesiąca wypadało bodajże największe święto Aten i całej Attyki, czyli boskie Panatenaje - święto ku czci patronki miasta, bogini Ateny. Święto to dzieliło się na dwie części: Małe Panatenaje i Wielkie Panatenaje - te ostatnie obchodzono co 4 lata, w trzecim roku każdej olimpiady (czyli np. licząc od tak zwanej klasycznej historii ateńskiej dominacji, czyli od reformy ustrojowej Efialtesa i Peryklesa z 462 r. p.n.e. wprowadzającego taką klasyczną i nie podlegającą dyskusji, radykalną demokrację - w przeciwieństwie do wcześniejszej demokracji, która miała w sobie jeszcze wiele elementów oligarchizujących, to pierwsze Wielkie Panatenaje jakie urządzono ku czci Pallady, wypadły cztery lata później, czyli w 458 r. p.n.e.). Małe Panatenaje oczywiście obchodzono corocznie, z tym że trwały one dwa dni, Wielkie zaś Panatenaje aż pięć dni. Święto to miał wprowadzić Tezeusz i było ono świętem ogólnoateńskim (pan-Atenae), a tego dnia wszyscy Ateńczycy mogli świętować fakt życia w mieście, które aspirowało do roli hegemona całej Hellady (w epoce Peryklesa, szczególnie w latach 40-tych i 30-tych V wieku p.n.e. na Wielkie Panatenaje obowiązkowo musili przybyć wszyscy "sojusznicy" Aten ze Związku Morskiego, a urządzane w mieście przedstawienie było swoistym symbolem potęgi ateńskiej i pokazywało cele polityki Aten, zmierzające do podporządkowania sobie całej Grecji. Symbolem upokorzenia miast członkowskich Związku Morskiego, były np. tablice, które nieśli młodzieńcy ateńscy ubrani w piękne białe tuniki. Na tych tablicach wypisano nazwy miast które zapłaciły składkę członkowską Związku Morskiego, natomiast niewolnicy przebrani w czarne szaty, nieśli tablice z nazwami miast które jeszcze nie zapłaciły. Oczywiście od 454/453 r. p.n.e. i przeniesienia skarbca związkowego z wyspy Delos do Aten, nikt nie kontrolował wydatków wspólnego skarbu, lecz było dokładnie wiadome na co idą te pieniądze. Ci którzy przybywali na Wielkie Panatenaje mogli podziwiać rozbudowę miasta, budowę Partenonu (największej świątyni bogini Ateny, której ruiny po dziś dzień zapierają dech w piersiach), świątyni Nike (bogini zwycięstwa) tuż u wejścia na Akropolis, Propylei, świątyni Artemidy Brauronia, Chalkoteki, imponującego posągu Ateny Promachos stojącego u wejścia do Partenonu czy choćby świątyni Dionizosa, nie mówiąc już o nowym Erechtejonie (który w dawnych czasach służył jako pałac królewski lub tyrański - jak w czasach rządów Pizystratydów. Dawny Erechtejon został jednak spalony - jak większość miasta - po inwazji persów w 480 r. p.n.e. i odbudowany w latach 421-408 p.n.e. Ale przecież nie tylko budowle Akropolu raziły oczy przyjezdnych, powodując ich ukrywany gniew i żal z powodu własnej niemocy. W tym czasie powstał przecież Odeon Peryklesa na południowo-wschodnim podejściu do Akropolu, wyrównanie i wyłożenie płytami miejsca zgromadzeń ludowych czyli wzgórza Pnyx - symbolu ateńskiej demokracji (wcześniej było to miejsce porośnięte cytrusami i trawą), a także rozbudowa Agory i Aeropagu (miejsca zgromadzeń sądowych). Ateńczycy zresztą tak bardzo się wycwanili, że od swych sprzymierzeńców nie żądali już - tak jak wcześniej - dostarczenia okrętów i żołnierzy w przypadku wypraw wojennych, a teraz tylko i wyłącznie pieniędzy, dzięki którym całkowicie zlikwidowali bezrobocie w swoim mieście i rozbudowali swoją flotę do takich rozmiarów, że stała się pierwszą flotą Hellady i drugą - po kartagińskiej - na Morzu Śródziemnym. Miasta zaś które odmawiały płacenia wspólnych składek były najpierw napominane, a gdy to nie pomagało, Ateńczycy wysyłali tam swą flotę, która łupiła miasto, wysiedlała mieszkańców a na ich miejsce wprowadzała ateńskich kolonistów - czyli kleruchów. Więc dziwnego że wielu wolało zapłacić i mieć spokój, niż stracić majętności, wolność i życie. 




Panatenaje rozpoczynały się uroczystą procesją Ateńczyków na Akropol, do Partenonu. W pochodzie tym szedł cały przekrój społeczny: rzemieślnicy różnych zawodów, chłopi, wspomniani wyżej młodzieńcy z nazwami miast, kobiety, niewolnicy itd (wszyscy oni nieśli ze sobą oczywiście zwierzęta ofiarne, które miały zostać poświęcone na ołtarzu Ateny). Wymienione w poprzedniej części córki archonta-basileusa miasta, każdego roku tkały dla bogini nowy peplos, w który co roku ubierano boginię (to znaczy dziewcząt które tkały i haftowały tę szatę było znacznie więcej, natomiast te dwie córki archonta nadzorowały owe robótki). Szata ta była bardzo kolorowa i przedstawiała różne motywy, np. wydarzenia z wojny trojańskiej, z walk bogów z tytanami, czy też były tam umieszczane nazwiska tych Ateńczyków, którzy zasłużyli się w walkach (np. w "Rycerzach" Arystofanesa, chór mówi: "Chcemy wychwalać naszych ojców, którzy byli zaszczytem dla tego kraju i godni są peplos". Peplos umieszczano na maszcie małego okrętu, który niesiono w uroczystej ceremonii na Akropol i składano w Partenonie u stóp bogini. Po owej uroczystej procesji rozpoczynały się recitale poematów epickich w Odeonie, które w drugiej połowie V wieku p.n.e. (dokładnie nie wiadomo kiedy), zastąpione zostały konkursami muzycznymi (również odbywającymi się w teatrze). W latach 40-tych V wieku p.n.e. (prawdopodobnie ok. 446 r. p.n.e.) Perykles wprowadził jeszcze jedną zmianę, a mianowicie od tego czasu zaczęto upamiętniać bohaterów bitwy pod Maratonem (z 490 r. p.n.e.), dzięki których poświęceniu wielki król Persji Dariusz ze swą wielką armią (dowodzoną przez Datysa i Artafernesa) nie podbił wówczas Attyki i nie zajął Aten. Panatenaje były ostatnim świętem przypadającym na pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku, dlatego też teraz przejdziemy do innych greckich polis.




Sparta - miasto wojowników. Jakże tam obchodzono Nowy Rok? W Lacedemonie (nazwa Sparta jest nazwą współczesną, starożytni nie nazywali tak mieszkańców Lakonii, a zwali ich po prostu Lacedończykami. Nazwa Sparta zaś zrodziła się od posiadających prawa wyborcze Spartiatów - czyli obywateli Lacedemonu) ostatni miesiąc ateńskiego roku czyli Skiroforion (maj-czerwiec) nosił nazwę Fliasios, a pierwszy miesiąc ateńskiego Nowego Roku Hekatombajon (czerwiec-lipiec) w kraju nad Eurotasem zwano Hekatombeus, nie był on jednak początkiem roku dla Spartan. Dla nich ostatnim miesiącem w roku był Panamos (sierpień-wrzesień) który w ateńskim kalendarzu nosił nazwę Boedromion. Panamos następował po Karnejosie (w Atenach miesiąc ten zwano Metageition, czyli lipiec-sierpień). Karnejos warto tutaj wymienić, ponieważ w tym właśnie miesiącu wypadało najważniejsze święto całej Sparty i tak jak Panatenaje były największym i najważniejszym świętem Ateńczyków, tak Karnea była takim świętem dla Lacedemończyków. Karnea przypadała na 7 dzień miesiąca Karnejos (koniec lipca) i poświęcona była Bogu Apollinowi Karnejskiemu. Święto to było bardzo stare, ponoć Apolla Karnejskiego czcili jeszcze Achajowie, którzy zasiedlali Peloponez przed inwazją Dorów z których to wyłonili się (m.in.) Lacedemończycy (Dorów/Gorów, pamiętajmy bowiem że migracja tych ludów nastąpiła z północnej Europy ok. 1200 r. p.n.e. i z ogromnym prawdopodobieństwem można stwierdzić że Dorowie/Gorowie byli plemieniem słowiańskim). Tak więc Karnea rozpoczynała się 7 dnia miesiąca Karnejos i trwała dziewięć dni. Było to oczywiście święto wojenne, wychwalające cnoty wojskowe, tak więc pierwszego dnia rozbijano wokół Lacedemonu 9 namiotów a w każdym z nich zamieszkiwało dziewięciu mężczyzn wykonujących rozkazy herolda. Przed namiotami umieszczono na łodzi ozdobiony girlandami posąg Apolla Karnejskiego (łódź była nawiązaniem do mitycznego przejścia Dorów z Naupaktos na Peloponez, o którym to pisałem w serii: "Historia życia, wszechświata, wszelkiej cywilizacji",w temacie Ludów Morza). Ofiary bogu składał w tym czasie kapłan noszący nazwę agetes, który do pomocy miał pięciu nieżonatych mężczyzn, zwanych karneatami (którzy pełnili tę funkcję przez cztery kolejne lata i przez ten czas nie mogli się żenić). Każda z dziewięciu grup toczyła ze sobą udawane walki zręcznościowe, których celem było wyłonienie zwycięzcy igrzysk Karnei. Oczywiście nie tylko zmagania wojskowe były istotne równie ważne były chociażby konkursy muzyczne (najsławniejszym autorem greckiej muzyki klasycznej i jednocześnie poezji lirycznej był niejaki Terpander z Lesbos, który przybył do Sparty w czasie, gdy ta toczyła II Wojnę Messeńską z lat 685-668 p.n.e. i podczas festiwalu Karnei zdobył pierwsze miejsce w zawodach poezji lirycznej ok. 676 r. p.n.e. potem zamieszkał w Lacedemonie i stał się jednym z najsławniejszych obywateli tego grodu). Podczas trwania Karnei żaden Spartiata nie miał prawa opuścić miasta z bronią w ręku, dlatego też Spartanie odmówili pomocy Ateńczykom, gdy ci w 490 r. p.n.e. przybyli do nich z prośbą o pomoc właśnie podczas Karnei, w czasie inwazji Persów na Attykę.




Karnejos był przedostatnim miesiącem spartańskiego kalendarza, ostatnim zaś był Panamos, ale nic nie wiadomo na temat odbywających się w tym miesiącu świąt. Pierwszym miesiącem nowego roku dla Spartan był zaś Herazjusz (w ateńskim kalendarzu Pianapsjon) czyli wrzesień-październik, ale również wówczas w Lakonii i Mesenii nie obchodzono żadnych świąt. Po prostu dla Lacedemończyków Nowy Rok następował i tyle (były jeszcze dwa godne uwagi spartańskie święta, ale nie wypadały one akurat w miesiącach które nas interesują).



LACEDEMOŃCZYCY POD ATENAMI
WOJNA ARCHIDAMIJSKA
(431 - 421 p.n.e.)



Delos - mała wysepka na Morzu Egejskim, na której Nowy Rok przypadał najbliżej naszej rachuby czasu, czyli w miesiącu Lenajon (grudzień-styczeń). W Atenach miesiąc ten nosił nazwę Gamelion i był bardzo modny na urządzanie wesel. Nie posiadam niestety informacji jak świętowano Lenajon na Delos, w każdym razie był to zapewne jedyny zimowy miesiąc, w którym w Helladzie obchodzono Nowy Rok. W Beocji zaś (czyli m.in. w Tebach) Nowy Rok obchodzono w miesiącu Panamos, który w przeciwieństwie do Sparty wypadał w miesiącach lipiec-sierpień (gdy w Lacedemonie świętowano Karneę). Niestety, tak jak wyżej i tak jak przy kolejnych greckich regionach, nie mam już żadnych informacji na temat obchodzonych w tych miastach świąt. W Delfach, w świętym okręgu Apollina Nowy Rok przypadał na miesiąc Herajos (wrzesień-październik). Na Rodos był to Dalios (sierpień-wrzesień). W Bitynii miesiąc Herajos (sierpień-wrzesień). W Milecie był to Metageition (lipiec-sierpień). W Macedonii miesiąc Hiperberetajos (wrzesień-październik). Wydaje się że nie ma sensu wymieniać kolejnych regionów Hellady, gdyż nie wnoszą one już nic ciekawego do tego tematu. Przejdźmy zatem do Rzymu.



SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU
ŻYCZĘ WSZYSTKIM CZYTELNIKOM TEGO BLOGA

niedziela, 31 grudnia 2023

JAK OBCHODZONO NOWY ROK...? - Cz. I

W ANTYCZNEJ GRECJI I STAROŻYTNYM RZYMIE





 Dziś, w ramach "antycznych lekcji krajoznawczych" zapraszam do zgłębienia tajemnic Nowego Roku, jaki obchodzono w antycznej Grecji i starożytnym Rzymie. W naszej kulturze - która wyrosła na tradycji chrześcijańskiej - przywykło się wyznaczać Nowy Rok od narodzin Zbawiciela Jezusa Chrystusa (który i tak notabene został pomylony o kilka lat i do dziś ten błąd nie został skorygowany, a zapewne już nie zostanie, gdyż wiązałoby się to z ogromnym chaosem spowodowanym przestawianiem dat o kilka lat wstecz). Jednak zarówno owe lata liczone od narodzin Mistrza, jak i jakiekolwiek inne, są zaledwie ulotnym mgnieniem w całej odległej historii naszej planety, a też i nasza planeta jest niczym, w historii Wszechświata, który to również istnieje przez chwilę (biorąc pod uwagę Bożą Nieskończoność), następując po tych które już przeminęły, a po nim będą następne i następne i jeszcze następne. Z tej perspektywy życie człowieka - choćby nawet trwało 1000 albo więcej lat, nie ma najmniejszego znaczenia w całej wielkiej i długiej historii Wszechświata i na skali tej historii zapewne takie życie nawet nie zostałoby odnotowane gdyż byłyby to jakieś totalne czasowe mikromile. My, żyjąc na naszej planecie (a zapewne również w tym Wszechświecie) podlegamy nieustannie wahaniom czasu, które to wyznacza nam zakres naszego życia. Ale oczywiście czas realnie nie istnieje, istnie tylko stopniowe, aczkolwiek nieuchronne z użycie materiału które posiadamy (np. naszego ciała). Z chwilą narodzin ciało nasze już jest poddane degradacji i jest pewne że zacznie się ono wcześniej czy później psuć, bo taka jest kolej fizyczności. I choćbyśmy nawet wynaleźli eliksir młodości zapewniający nam długie i młode życie, to wcześniej czy później efekt psucia się ciała które posiadamy, nastąpi. Wszystko bowiem co fizyczne, kończy się i nie ma znaczenia czy jest to ludzkie ciało, czy wytwór pracy ludzkich rąk, czy też coś takiego jak planeta lub Wszechświat. Nie sposób bowiem zadomowić się i zamieszkać na stałe w iluzji fizyczności, gdyż jest ona tylko iluzją, a nie naszym Domem. Powracamy tutaj aby zanurzyć się w tej iluzji, aby jej doświadczyć i aby doświadczyć również iluzji czasu, wyobrażanego jako przemijanie. A przecież nic tak człowieka nie przeraża, jak koniec istnienia.

Ponieważ czas jest głównym wyznacznikiem naszego fizycznego przemijania (co możemy prześledzić chociażby po zmianach, które dokonują się z naszym ciałem lub też z ciałami naszych dzieci), zatem umiejętność jego zliczania jest niezwykle istotnym fundamentem każdej cywilizacji (które zresztą wcześniej czy później i tak przeminą, bo jak pisał Kohelet: "Marność nad marnościami i wszystko marność"), każdy bowiem chce wiedzieć jak długo żył i jak to jego życie ma się do poprzednich oraz następnych pokoleń. Oczywiście to, że tkwimy w iluzji fizyczności która jest jednocześnie iluzją czasu (przynajmniej dla nas), nie oznacza, abyśmy popadali w jakiś pesymizm czy dekadencję. To jest tylko proces który można sprowadzić do dziecięcej zabawy i tak należałoby to potraktować, a jeszcze lepiej tak, jak do życia podchodził rzymski senator z czasów Nerona, zwany również arbitrem elegantiarum - Gajusz Petroniusz (który popełnił samobójstwo, wcześniej wysyłając do Nerona list wyszczydzający jego umiejętności wokalne), mawiał on bowiem "Życie jest śmiechu warte, więc się śmieję!" Ktoś może powiedzieć że jest to podejście niewłaściwe, gdyż (jak mawiał Stalin) "Życie to nie jest temat do żartów", Ale przecież nie chodzi o to, aby się śmiać się durnie ze wszystkiego jak błazen, tylko o to, żeby śmiejąc się w duszy z życia które nam zostało darowane (a raczej które sami żeśmy sobie wybrali) wiedzieć, że to tylko zabawa i że wcześniej czy później się skończy (choćby była dla nas okrutna i tragiczna).




Czas jest nieodłącznym elementem naszej fizyczności, zatem nad czasem też się pochylmy, tym bardziej że przed nami nowy 2024 rok (powiedzmy sobie szczerze, rok umowny, ale i tak związany z niesamowitą liczbą celów, pragnień i zapowiedzi, jakie każdy z nas układa sobie w swojej głowie, sercu i umyśle. Przejdźmy zatem do czasu, takiego jakim widzieli go antyczni (ponieważ jednak nie zamierzam się zbytnio rozpisywać i dotykać zbyt wielu innych cywilizacji oraz kultur, skupię się zatem jedynie na antycznej Grecji i starożytnym Rzymie, jako tych dwóch filarach współczesnej cywilizacji euro-amerykańskiej - trzecim filarem czy też trzecią kolumną podtrzymującą całą tę świątynię jest oczywiście chrześcijaństwo, i nie ma tutaj znaczenia czy ktoś jest ateistą, czy wyznaje inne religię. Tak po prostu jest że nasza cywilizacja zbudowana została właśnie na tych trzech fundamentach). Zatem zapraszam do poznania obchodów święta Nowego Roku ludzi antyku.



ANTYCZNA GRECJA
(CZYLI KAŻDY SOBIE RZEPKĘ SKROBIE)
Cz. I





"WSZYSTKO PŁYNIE"

HERAKLIT z EFEZU


 Podstawą antycznej Grecji było niepodległe polis, czyli miasto-państwo, które miało swój własny obszar, wojsko, święta, tradycje i oczywiście pory roku (a co za tym idzie, świętowanie Nowego Roku). Oczywiście te największe i najsilniejsze greckie polis z reguły narzucały tym słabszym swoją wolę (a tamte dla swej obrony, łączyły się w większe związki złożone z kilku polis). Nie zmieniało to jednak faktu że ich własna kultura i tradycja nie ulegała zmianie i nawet w różnych miastach Attyki świętowano Nowy Rok zgodnie z lokalną tradycją, a nie tak, jak to miało miejsce w samych Atenach. W tym temacie postaram się omówić w miarę szczegółowo święto nowego roku nie tylko w Atenach ale również w innych najważniejszych regionach antycznej Grecji, gdyż Nowy Rok obchodzono zupełnie niezależnie od siebie, czasem był to środek lata (jak w Atenach), czasem jesień (jak w Sparcie), a czasem Nowy Rok zaczynał się zimą. Ponieważ zebrałem na ten temat sporo informacji, postaram się więc je tutaj dokładnie omówić (oczywiście najwięcej danych jest z Aten).

Starożytni Grecy liczyli lata w systemie czteroletnim, począwszy od 776 r. p.n.e czyli od pierwszej  Olimpiady (być może Igrzyska Olimpijskie były organizowane również wcześniej - choć nie ma na to żadnych dowodów poza przypuszczeniami - natomiast lista zawodników znana jest właśnie od tego roku i przyjmuje się, że to właśnie były pierwsze antyczne Igrzyska Olimpijskie) i jest to w zasadzie jedyny pewnik który możemy przyjąć. Natomiast skupiając się na kalendarzu ateńskim (który zamierzam omówić jako pierwszy i o którym mam najwięcej wiadomości) trzeba stwierdzić, że poszczególne miesiące to było prawdziwe pomieszanie z poplątaniem. Rok grecki był rokiem księżycowym, składającym się z 12 miesięcy po 354 dni. Jedne miesiące były pełne - licząc 30 dni, inne "puste" tylko 29. Aby rok księżycowy był zgodny z rokiem słonecznym, liczącym 365 (a co 4 lata 366 dni), a przede wszystkim z porami świąt które były niezwykle ważne dla Greków, archontowie ateńscy co kilka lat (z reguły co trzy ale nie był to stały dogmat) dodawali do swojego kalendarza 13 miesiąc (metoda interkalacji). Jeśli prześledzimy sobie poszczególne greckie lata, począwszy od 776 r. p.n.e. to dojdziemy do wniosku że 13 miesiąc występuje mniej więcej co 3 lata, ale nie zawsze tak jest. 13 miesiąc występuje np. w pierwszym roku pierwszej Olimpiady (czyli 776 p.n.e.) licząc 30 dni, a następnie w czwartym roku pierwszej olimpiady (773 r. p.n.e.) licząc już 29 dni. Następnie w trzecim roku drugiej Olimpiady (770 r. p.n.e.) i w pierwszym oraz czwartym roku trzeciej Olimpiady (768, 765 p.n.e.). Mniej więcej wychodzi więc co 3 lata dodatkowy 13 miesiąc w roku (ale jak widać oczywiście nie jest to regułą). Nie na tym jednak będziemy się skupiać (jako ciekawostkę można dodać, że obecnie mamy dokładnie koniec trzeciego i początek 4 roku 700 Olimpiady (w przeliczeniu na starogrecką rachubę czasu - z tym że rok czwarty zacznie się dopiero w połowie czerwca 2024 r.).




Nowy Rok w Atenach zaczynał się w połowie czerwca i trwał do połowy lipca (licząc naszą rachubą czasu). Miesiąc grudniowy, czyli ostatni miesiąc ateńskiego kalendarza (który dla Ateńczyków był miesiącem maj-czerwiec) nosił nazwę Skiroforion (od słowa skira czyli parasol). Na ten miesiąc w mieście dziewiczej Pallady przypadały następujące święta: 

3 dnia tego miesiąca przypadało święto Areforia - ku czci bogini Ateny. Gromadzono się wówczas (i składano ofiary) zarówno w świątyni dziewiczej Pallady na Akropolu, jak i w świątyniach Zeusa i Posejdona (a także pomniejszych lokalnych bóstw jak Kourotrofosa, Aglaurosa czy Pandrososa w Erchii). Było to święto początków miasta, obchodzone ku czci króla-herosa Erechteusza I (Ateńczycy uważali się za Erechteidów, potomków Erechteusza). Według mitu był on synem boga-kowala Hefajstosa i Gai bogini ziemi. Pewnego razu brzydki, kulawy i odpychający Hefajstos chciał zgwałcić Atenę, ta mu jednak uciekła i kilka kropel jego nasienia spadło na ziemię, zapładniając Gaję. Z tego związku narodził się Erechteusz. Ale Gaja nie chciała chłopca i ofiarowała go Atenie. Ta zamknęła go w pudełku i przekazała trzem siostrom: Herse, Pandrosii i Aglaurii zakazując im jednak otwierać owe pudełko, mówiąc że jeśli to uczynią, to sprowadzą na siebie same i swoją ziemię kłopoty. Siostry jednak były ciekawe co też bogini podarowała im w darze (i jednocześnie zabroniła otwierać wieko), dlatego też otworzyły pudło i ujrzały tam noworodka małego Erechteusza. Herse i Aglauria na ten widok straciły zmysły i z krzykiem na ustach rzuciły się ze szczytu Akropolu, ponosząc śmierć na miejscu (Pandrosii z nimi nie było, dlatego też ona ocalała). Następnie Atena przygarnęła małego Erechteusza i wychowała go jak swego syna, a gdy chłopiec dorósł został pierwszym królem Aten. Nauczył on swój lud nie tylko uprawiać ziemię, wytapiać srebro i zaprzęgać konie do rydwanów, ale wzniósł pierwsze zabudowania Akropolu i ustanowił święto ku czci swej przybranej matki Ateny, czyli Panatenaje. Zginął on zabity przez Zeusa (lub Posejdona) za karę za zabicie nijakiego Himmaradosa z Tracji podczas wojny Aten z Eleusis. Jego następcą został syn Pandion I (będący według mitu pół człowiekiem, pół wężem). Święto Areforia ku czci Erechteusza przebiegało więc następująco: dwie przybrane w białe szaty dziewczyny, córki archonta-basileusa (czyli wybranego archonta-króla) danego roku, przez cały rok mieszkały przy świątyni Ateny Pallas, tkając dla niej peplos (czyli szatę, w którą ubierano boginię podczas Panatenajów). Pod koniec roku kapłanka Ateny ofiarowała im zamkniętą paczkę, której zawartości nie znały ani one, ani ona. Następnie dziewczęta pod osłoną nocy tajną drogą zanoszą ową paczkę do ogrodów świątyni Afrodyty na Kollitusie (południowa dzielnica Aten) i tam odbierają kolejną paczkę o nieznanej im zawartości. Paczkę tą otwiera tylko kapłanka Ateny. Nie wiadomo co znajdowało się w paczkach, można jednak przypuszczać że były to gałązki oliwne z małymi oliwkami, natomiast w paczkach przeznaczonych dla dziewcząt znajdował się lekki chlebek o nazwie Anastatos, które one spożywały.




12 dnia miesiąca Skiroforion (czyli koniec naszego czerwca) obchodzono uroczyście święto Skira, czyli święto parasoli, będące festiwalem ku czci Ateny, Posejdona, Apolla, Demeter i Heliosa. Ateńczycy wychodzili więc na miasto (i do świątyń) z parasolkami, oddając tym samym cześć bogom, a kapłani i kapłanki (pod wielkim białym parasolem) udawali się ze świątyni Ateny na Akropolu, do świątyni Heliosa (boga słońca), aby uprościć bóstwa o ochronę ziemi przed suszą i niszczącym wpływem promieni słonecznych.

14 dnia miesiąca Skiroforion przypadało święto ku czci Zeusa Poleiusa, zwane Bufonią (nic więcej nie wiem na temat tego święta, poza tym, że w innych polis zwano je Dipolią). Trzy prawa nadane Ateńczykom przez mitycznego Tryptolemosa brzmiały: "Szanujcie starszych, oddawajcie ofiarę bogom z pierwszych darów waszej pracy (chodziło tutaj o zebrane płody rolne) i nie czyńcie krzywdy zwierzęciu pracującemu w polu". Pierwszym który złamał to przykazanie według mitu, był niejaki Taulon, który widząc że w święto pokutne wół zjada potrawy przeznaczone na ołtarzu dla bogów, zabił owe zwierzę, czym sprowadził na siebie kłopoty i musiał uciekać. Obchody tego święta były raczej niezbyt miłe i wbrew przykazaniom co roku dokonywano rytualnego zabicia wołu. Wyglądało to następująco: cały dzień poprzedni i noc wybrane kobiety ostrzyły noże, którymi na drugi dzień kapłan - udający Taulona miał zabić wołu. Gdy do tego doszło kapłan rzucał się do ucieczki, a mięso wołu było dzielone, gotowane i spożywane. Następnie skórę zwierzęcia wypychano i ustawiano ją przy pługu - co miało symbolizować powrót zwierzęcia do życia. Kapłan który dokonał mordu na tym zwierzęciu zostawał schwytany i odbywał się sąd w Prytaneum, na którym oskarżano o morderstwo nie tylko jego samego, ale wszystkich, którzy brali udział w spożyciu mięsa zabitego zwierzęcia. Wszyscy oskarżeni zrzucali winę na innych. Ci, którzy rozpalali ogień zrzucali winę na tych, którzy przynieśli drewno, tamci na tych co nosili wodę, ci znowu na tych co kroili mięso zwierzęcia, tamci oskarżali samego zabójcę, a ten twierdził, że to jednak nie on zabił, ale nóż którym się posłużył. Ostatecznie winym czyniono nóż i za karę wyrzucono go do morza, jednocześnie uniewinniając z zarzutu morderstwa zwierzęcia wszystkich oskarżonych.

I oto przechodzimy do Nowego Roku, czyli miesiąca o nazwie Hekatombajon (czerwiec-lipiec). Należy jednak pamiętać że Ateńczycy (i w ogóle Grecy) nie świętowali Nowego Roku jako takiego, po prostu on następował i tyle. Skupiano się bowiem na pozostałych świętach tego miesiąca.

12 dnia tego miesiąca obchodzono święto o nazwie Kronia (na cześć boga Kronosa, ojca Zeusa, Posejdona i Hadesa) i było to święto najbardziej zbliżone do współczesnego Sylwestra, gdyż nosiło nazwę Święta Świateł (rzymskim odpowiednikiem Kroni były Saturnalia). W ciągu dnia świętowano dożynki, a nocą Grecy przy swoich domach zapalali mnóstwo świateł (głównie lampek). Po uroczystej kolacji całe rodziny gromadziły się przy tych lampkach przed domami, modląc się jednocześnie do Kronosa, by ten przyniósł im w nowym roku dobre plony, spełnienie marzeń i inne życzenia, jakie kto tam miał w głowie (niczym współczesny Święty Mikołaj). Należy jednak dodać, że nie tylko Grecy i nie tylko Rzymianie świętowali Kronię. To święto było obchodzone również w Egipcie (Święto Lamp ku czci zmartwychwstania Ozyrysa), ale również w Mezopotamii ku czci boga Ningirsu, który zamienił ciemność w światło). Wydaje się że zarówno Kronia jak i Saturnalia miały być swoistym powrotem do Złotego Wieku Ludzkości, w którym wszystkim żyło się dobrze, nikt nie chorował a bogowie żyli wśród ludzi i opiekowali się nimi (takie ukryte marzenia jakie przejawiali ludzie różnych epok na temat stworzenia raju na ziemi. Na ziemi, na której nigdy raju nie było i nigdy nie będzie, bo nie żyjemy po to, aby zanurzać się w fizyczności i nią podniecać aż do ubóstwienia, tylko aby doświadczyć tego życia - głównie poprzez cierpienie - i nauczyć się powrotu do Domu autostradą bezinteresownej Miłości, wszystko inne jest wtórne i na dobrą sprawę zupełnie pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, ale... jak to się mówi, jakże piękne są marzenia).




CDN.

niedziela, 24 grudnia 2023

CZY CHRYSTUS BYŁ ŻYDEM?

ORAZ, CZY CHRZEŚCIJAŃSTWO WYWODZI SIĘ Z JUDAIZMU?


 W pierwszych słowach mego listu pragnę donieść, że jestem zdrowy i w pełni władz umysłowych... Bo chyba nie czytalibyście wywodów chorego 🤭🤣... Jak w swoim sławnym liście do Murzynów pisał Karol Krawczyk z "Miodowych lat".




Tak sobie śmieszkuję, bo ta świąteczna aura Bożonarodzeniowa zawsze wprawia mnie w taki wyjątkowy stan duchowej radości.

Ale nie o mojej radości zamierzam tutaj dzisiaj napisać, choć oczywiście temat zbieżny będzie z nadchodzącymi świętami Bożego Narodzenia. Chciałbym się więc podjąć tematu, które na pierwszy rzut oka wydaje się banalne i oczywiste, a mianowicie pragnę odpowiedzieć na pytanie czy Jezus Chrystus był Żydem, oraz czy chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu? Te pytania - tak jak wspomniałem wyżej - wydają się oczywiste, ale czy na pewno? Czy na pewno są oczywiste tylko dlatego, że ktoś nam tak wcześniej powiedział, albo tak się utrwaliło w ogólnym przekonaniu? Czy określenie judeochrześcijaństwo jest określeniem właściwym i czy rzeczywiście odnosi się ono do korzeni z których wyrasta nauka Chrystusa?

Nim jednak przyjdę do tego tematu, chciałbym tutaj przytoczyć pewne moje doświadczenie, jakie ostatnio miałem w kwestii wiary, oraz jej fizycznej ekspiacji. Otóż jakiś czas temu udałem się do mojej parafii, ponieważ był mi potrzebny pewien dokument który w taki właśnie sposób musiałem uzyskać. Podczas tego spotkania jakie miałem z księdzem proboszczem mojej parafii, zgadaliśmy się na temat Kościoła i wiary, a zaczęło się to od jego stwierdzenia, iż on mnie nie kojarzy i zapewne ja do kościoła nie chodzę. Dodał nawet że "Najwidoczniej kościół nie był panu potrzebny" (w sensie do tej pory, a teraz przychodzę "po prośbie"). Przyznam się szczerze że tak naprawdę nie chciało mi się wchodzić w polemikę i rozwodzić nad tym tematem, chciałem po prostu pewne rzeczy załatwić i tyle, bez tłumaczenia się w moich przewin czy zaniechań. Jednak pewne takie dosyć przyznam się szczerze, nieprzyjemne uwagi owego księdza proboszcza, zmusiły mnie do tego, żeby stwierdzić, że ma rację. Ja nie potrzebuję już kościoła, nie potrzebuję chodzić do budynku, żeby poczuć czy odnaleźć tam Boga. Ja już jestem ponad to (jeśli rozumiecie Kochani o co mi chodzi). Proboszcz ten najwidoczniej jednak nie zrozumiał tego, co próbuje mu powiedzieć i stwierdził, że albo się wyrzekłem Boga (czyli tak, jak bym stał się ateistą), albo po prostu mi się nie chce chodzić do kościoła, bo mam inne (fajniejsze w domyśle) rzeczy do zrobienia. Mimo że była to osoba duchowna to od razu było widać że ten człowiek jest bardzo ograniczony duchowo, bo jeżeli on nie rozumie tego co ja próbuję mu powiedzieć i zmusza mnie do tego, żebym mówił to słowami bardzo prostymi (prostackimi wręcz) nazywając wszystko literalnie po imieniu, tak żeby to dotarło; a mimo wszystko gdy to wszystko mu rozłożę na czynniki pierwsze, to on i tak z tego nic nie zrozumie, więc taka rozmowa wydaje mi się kontrproduktywna. Samo bowiem stwierdzenie że "ja już nie potrzebuję kościoła" wydaje się dla ludzi pokroju owego proboszcza niezrozumiałe zupełnie, bo jak to "już nie potrzebuję", co to ma w ogóle znaczyć? To wszystko trzeba teraz wyjaśniać jak dziecku, powiedzieć "a" to jest "a", a "b" to jest "b", czarne jest czarne, a białe jest białe. Zapytałem więc ostatecznie "Ile kościołów zbudował Chrystus?" i w zasadzie to pytanie zamknęło dalszą dyskusję. 

Pragnę też od razu wyjaśnić że nie stałem się wcale ateistą (chociaż ateizm nie jest wcale oddaleniem od Boga, ateiści oczywiście w zależności od ich własnych działań, bo te bywają bardzo różne - jak choćby są jakieś grupy skomuszałych lewaków, dla których Bóg to jest jakieś tam "opium dla mas" czy coś podobnego - ateiści dlatego że nie chodzą do kościoła i nie wyznają wiary w tego, czy innego Boga wcale nie są pozbawieni Bożej Miłości, a niekiedy nawet - wszystko zależy od człowieka - są bardziej uduchowieni od całej reszty wyznawców danych religii). Jednak tłumaczenie księdzu proboszczowi pewnych zawiłości, które wydaje mi się on nie zrozumie - a jeśli zrozumie, to zinterpretuje je w dość koślawy sposób - wydała mi się zatem pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Bowiem tłumaczenie księdzu takich oczywistości, że my tutaj przybywamy tylko na chwilę i wcale nie żyje się raz. Że drogą do wyjścia z tego świata jest Miłość i tylko i wyłącznie Miłość (przepraszam, jeszcze Przebaczenie, które jest nieprawdopodobnym oczyszczeniem wewnętrznym człowieka; jeśli bowiem jesteś w stanie wybaczyć komuś, kto wyrządził ci ogromną krzywdę, tobie, lub twoim bliskim, to już wygrałeś!). Że każda istota ma prawo do życia, a przede wszystkim prawo do życia bez cierpienia (choć ono niestety często nas dotyka) i to nawet wówczas, kiedy ta istota musi zginąć (żebyśmy na przykład mogli się najeść - mam tu oczywiście na myśli różnego rodzaju zwierzęta, takie jak kury, świnie czy krowy). Śmierć nie jest bowiem karą i nigdy jej w ten sposób nie traktujmy, śmierć jest wyzwoleniem (chociaż oczywiście osoba która żyje, zawsze może zmienić swoje życie póki jest tutaj, po śmierci nie ma już ani cierpienia ani kar, ale też nie można niczego naprawić, już jest tylko odpoczynek - a potem w zależności od winy jakie na nas ciążą za życia, ponowny powrót na ten świat, żeby odrobić to co żeśmy wcześniej dali). Nigdy jednak nie jesteśmy sami i to jest niesamowite wsparcie. Na przykład nie ma dnia, żebym ja nie rozmawiał z Bogiem. Ile rzeczy udało mi się osiągnąć dzięki takiemu wsparciu - o które sam prosiłem - to nawet tego nie zliczę, ile rzeczy mi się udało załatwić, rozwiązać to jest niepoliczalne. 

A do kościoła nie chodzę już ładne kilka (może nawet kilkanaście lat), oczywiście wykluczając dni świąteczne, które wypadają czy to w rodzinie, czy z innej okazji. A to wsparcie Boga odczuwam codziennie i choć niekiedy myślę że pewne rzeczy - które sobie zaplanowałem - nie pójdą po mojej myśli, potem się okazuje że wszystko jest tak, jak chciałem (oczywiście może nie w 100 procentach, ale w tych 90 paru). W pewnej chwili to nawet sam się gubię, czy to ja tworzę tą rzeczywistość, czy też ona jest mi ofiarowana, ale wydaje mi się że nawet jeżeli ja tworzę, to wszystko i tak dzieje się dzięki wsparciu Boga, bez którego nic by się nie udało. Wyobrażacie sobie teraz Kochani żebym powiedział takie słowa do księdza proboszcza? Przecież on by uznał mnie za niespełna rozumu. Być może nawet podobnie jak św. Franciszka z Asyżu, który chodził po wsiach i pytał się "Dlaczego Miłość nie jest kochana?". I to by było na tyle tej mojej prywaty, przyjdźmy zatem do tematu:



CZY JEZUS CHRYSTUS BYŁ ŻYDEM?




 Jakże łatwo odpowiedzieć jest na to pytanie, prawda? Skoro Jezus urodził się wśród Żydów, dorastał wśród Żydów i wyznawał judaizm (przynajmniej oficjalnie), to kim innym miał być jak nie Żydem? Skoro chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, to oczywistym jest że jest to religia judeochrześcijańska? Skoro więc wszystko sobie wyjaśniliśmy to nie ma sensu dalej tego przedłużać 🤭.

Oczywiście żartuję (jak to mówił Robert Górski w jednym ze skeczów Kabaretu Moralnego Niepokoju: "Ale od rana mam dziś łeb do komedii" 😄🙄). I niestety muszę rozczarować tych wszystkich, którzy już znają prawdę objawioną (przez kogo?). Zatem przejdźmy do faktów, które oczywiście są pomijane przez tych, którzy święcie wierzą w odgórnie narzucone paradygmaty pojęciowe. Zacznijmy jednak od początku.

Skąd w ogóle wiemy że Jezus Chrystus był Żydem? A no chociażby z genealogii przedstawionej nam przez apostołów Mateusza i Łukasza, którzy wywodzą rodowód Józefa - męża Marii - od króla Dawida (a nawet od Abrahama). Tylko że Józef nie był ojcem Jezusa i mówi o tym nawet Pismo Święte. W takim razie, skoro Józef nie był ojcem Jezusa, a Maria była jego matką, to był Żydem po matce, czyż nie? Pytanie tylko brzmi czy Maria była Żydówką i tutaj mamy już bardzo wiele nieścisłości. Maria urodziła się bowiem w Galilei, a nie w Judei (podobnie jak Jezus), a kraina ta była bodajże najmniej żydowska ze wszystkich okolicznych krain wokół Jerozolimy, gdzie wyznawano judaizm. Najbardziej żydowskim krajem była oczywiście Judea, z centrum w Jerozolimie, gdzie znajdowała się Świątynia zbudowana przez Zorobabela (tzw. druga Świątynia Jerozolimska). Samaria w tym czasie (czyli chwili narodzin Chrystusa) była już pogańska, zaś Galilea leżała jeszcze dalej na północy i choć wyznawano tam judaizm, to odsetek rdzennych Żydów był tam niewielki, stąd też kraina ta została nazwana Galileą, (czyli Galil Hag-goijm, co znaczy "dzielnica pogańska"). Ziemia ta została po raz pierwszy podbita przez Żydów za Szymona Machabeusza (142-135 p.n.e.), ale ilość żywiołu żydowskiego w tej krainie była tak nieliczna, że jeszcze Szymon postanowił wysiedlić wszystkich Żydów z tej krainy aby nie żyli oni w morzu pogan i aby w tym morzu się nie roztopili (czyli nie przyjęli wiary i kultów pogańskich). Notabene ostatnimi czasy nijaki Grzegorz Braun, poseł na sejm Rzeczpospolitej z ramienia Konfederacji zgasił w polskim sejmie w sposób niezwykle medialny (jak zwykle zresztą w jego przypadku) siedmioramienny żydowski świecznik, zapalony tam w ramach obchodów święta chanuki (czyli święta na cześć powstania machabeuszy, do którego doszło w latach 167-160 p.n.e. i było świętem z okazji... mordowania Greków, bo tak to należałoby nazwać. Żydzi aby nie roztopić się w greckim morzu - nie tylko zresztą greckim - wzniecili powstanie i wywalczyli sobie powstanie własnego królestwa rządzonego przez ród Machabeuszy, którego istnienie zakończył sto lat później, czyli w 63 r. p.n.e Pompejusz Wielki. Notabene należy jednak pamiętać że Grzegorz Braun, który dokonał tego jakże "heroicznego czynu", sam ma korzenie żydowskie).




Tak więc aż do samego końca II wieku p.n.e w Galilei nie było nawet jednego Żyda, a ponowna judaizacja tej krainy nastąpiła w czasie krótkich rządów króla Arystobula I w latach 104-103 p.n.e., z tym że nie tyle zasiedlono Galileę kolonistami z Judei, ile zmuszono Galilejczyków do przyjęcia judaizmu poprzez przymusowe obrzezania mężczyzn i chłopców. Oczywiście aby to przeprowadzić należało najpierw wprowadzić do Galilei wojsko, sprowadzić tam rabinów i oczywiście całe zastępy chirurgów. Natomiast zamieszkujący tą krainę rzemieślnicy (w tym chociażby cieśle, jakim był Józef, mąż Marii) nie musieli być Żydami tylko miejscowymi, Galilejczykami. A kim w ogóle byli Galilejczycy pod względem rasowym, jak można ich sklasyfikować? Otóż bez wątpienia dominowali w tej krainie Aramejczycy, czyli po prostu Syryjczycy, których mowa bez wątpienia przeważała nie tylko w tej krainie, ale popularna była również i w Judei (o czym świadczy fakt, że pierwotnym językiem w jakim spisano Pismo Święte był właśnie aramejski). Poza tym w Galilei osiedliło się bardzo wielu Greków, oraz Filistynów, którzy to nie byli semitami a aryjczykami, przybyłymi niegdyś ze Środkowej Europy (z pewnością po bitwie w Dolinie Dołęży z ok. 1250 r. p.n.e. o czym też już kilkukrotnie pisałem). Jak bowiem pisał George Adam Smith w swojej "Geografii  historycznej Ziemi Świętej" (wydanej w 1894 r.): "Tło i otoczenie tego okresu życia Pana naszego było ruchliwe i bardzo wesołe, było helleńskie we wszystkim, co ta nazwa nam nastręcza, jako symbol pracowitego życia, wspanialej sztuki i działającej na zmysły religii. Jego wpływ na temperament Galilejczyków jest widoczny. Galilejczycy, według świadectwa Talmudu, więcej dbali o sławę, niż zysk, podczas gdy charakter Judei był wręcz przeciwny. Dlatego też i Pan Jezus wybrał swoich przyjaciół z pośród tego narodu i nie był Galilejczykiem ten, co Go zdradził".

Skoro więc zarówno Józef jak i Maria mieszkali w Galilei i w tej też krainie narodził się Jezus Chrystus, to w ponad 90% pewności można stwierdzić, że nie należeli oni do narodu żydowskiego. Z narodu, który w Galilei praktycznie nie istniał, a co najwyżej była tam jedynie wyznawana religia Mojżeszowa. Dlatego też, jeżeli ktokolwiek teraz będzie twierdził że Jezus był Żydem, bo jego rodzice byli Żydami, zawsze możemy wskazać na miejsce urodzenia, a to akurat jest w tym przypadku niezwykle istotne. Ale w przypadku Nauczyciela nie o samą też genetykę chodzi, gdyż z Biblii wiemy że Jezus Chrystus narodził się z Ducha Świętego (jakkolwiek można by było to rozumieć, gdyż powiedzmy sobie szczerze i nie bawmy się tutaj w jakieś niedomówienia, Trójca Święta, w którą każą nam wierzyć w kościele katolickim - nie istnieje. Jest bowiem pewną kontynuacją pogańskich wierzeń rzymskich i egipskich - jak choćby Trójca Kapitolińska). Jest to stwierdzenie zamazujące pewne fakty, a za takowe trzeba by było uznać to, iż ów Duch Święty - z którego narodzić miał się Mistrz - nie pochodził z tego świata, ale też nie pochodził ze Świata do którego trafiamy po śmierci. Jezus był Nauczycielem, którego Królestwo nie pochodziło z tego świata. Ale w naszej umysłowości niestety brakuje jeszcze zrozumienia pewnych nierzeczywistych jakby dla nas pojęć, i tak samo jak moja rozmowa z księdzem proboszczem sprawiała mi duży problem (żeby wytłumaczyć jemu w przystępny sposób co mam na myśli), tak samo znacznie łatwiej jest wierzyć że to Duch Święty zrodził Jezusa i na tym może na razie poprzestańmy.




Inną jeszcze kwestią jest stwierdzenie, że chrześcijaństwo wywodzi się z judaizmu, a niektórzy nawet używają określenia "judeochrześcijaństwo" co według mnie jest totalną aberracją (swoją drogą, w USA, co też mnie bardzo zastanawia bo lubię się zajmować takimi sprawami, istnieje duża grupa - szczególnie na amerykańskiej prawicy - takich wyznawców Starego Testamentu, czyli ewangelików wszelkiej maści, którzy tak bardzo zapatrzeni są w Izrael jako kolebkę chrześcijaństwa, że robi się to totalnie niesmaczne i wręcz żałosne. Jakie bowiem związki ma chrześcijaństwo z judaizmem i z Żydami, i czy w ogóle ma jakiekolwiek? Tak, oczywiście że ma, ale nie takie, jakie sądzą wyznawcy religii judeochrześcijańskiej. Jedyny związek chrześcijaństwa z judaizmem jest taki, że chrześcijaństwo narodziło się w otoczeniu Żydów wyznających judaizm (niekoniecznie zaś Apostołowie - których wybrał sobie Nauczyciel - musieli być Żydami, większość z pewnością była Galilejczykami, czyli jak wiemy nie Żydami). Kilka elementów judaizmu przetrwało oczywiście w chrześcijaństwie, ale są to tak nieliczne naleciałości, że nie ma sensu w ogóle nad nimi się głębiej rozprawiać. Gdyby zaś chrześcijaństwo bezpośrednio wywodziło się z judaizmu, to mielibyśmy nie żadne tam dodatki i nie jakieś naleciałości tej religii, tylko bezpośrednie przykazania judaistyczne, może tylko nieco zmienione dla potrzeb akcji misyjnych, ale jednak byłoby to swoiste lustrzane odbicie tamtej religii. Tak się jednak nie stało, chociaż rzeczywiście bezpośrednio po śmierci Jezusa Chrystusa, największą (w zasadzie jedyną w tamtym czasie) gminą chrześcijańską, była ta w Jerozolimie. Ale przecież pierwszym dejudaizatorem chrześcijaństwa był sam Mistrz, drugim zaś św. Paweł (pisałem już kiedyś o jego sporze z przedstawicielami gminy Jerozolimskiej na temat obrzezania pogan, do którego doszło ok. 49 r. podczas synodu jerozolimskiego. Wówczas to Paweł  miał się skarżyć, że grupa starców o bardzo wąskich horyzontach myślowych, pragnie podważyć jego pracę misyjną, jaką już pełnił wśród Greków i Rzymian. Oni nalegali bowiem na przestrzeganie pełnego prawa Mojżeszowego, łącznie z obrzezaniem pogan, a to wiązałoby się niestety z porzuceniem nowej religii przez ogromne rzesze Greków, Rzymian czy potem Galów, Hiszpanów i Brytów).

Mimo tych faktów, jednak należy też dodać że Chrystus nie walczył z judaizmem, a wręcz przeciwnie, przestrzegał wszystkich zasad tej religii (przynajmniej według tego, co twierdzili Apostołowie, a raczej ludzie którzy z Apostołów się podawali i w kilkadziesiąt lat później spisywali Ewangelie). Można bowiem przeczytać: "Nie mniemajcie, abym przyszedł rozwiązywać zakon albo proroków: nie przyszedłem rozwiązywać ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: aż przeminie niebo i ziemia, jedna jota, albo jedna kreska nie odmieni się w zakonie, aż się wszystko stanie. Kto by tedy rozwiązał jedno z przykazań najmniejszych i tak by ludzi nauczał, będzie zwanym najmniejszym w królestwie niebieskim, a kto by czynił i nauczał ten będzie zwany wielkim w królestwie niebieskim". [Mt. 5:17 n.; por. Łk. 16:17]. Wybaczcie, ale nie sądzę żeby jednak były to słowa Chrystusa. Ludzie bowiem, którzy to spisywali, nie widzieli Chrystusa na oczy, jak mogli więc znać jego słowa które zachowały się co najwyżej w przekazie ustnym, a ten jak wiemy bywa zawodny i wiele rzeczy można przez lata (nie mówiąc już o dekadach) dopowiedzieć, inne (niewygodne) rzeczy zaś usunąć. Można by było podać kilka jawnych przykładów (które przecież zachowały się w Biblii), pokazujących, że Chrystus mówił zupełnie co innego, niż głosił Zakon Mojżeszowy i kapłani Świątyni Jerozolimskiej. Jeżeli bowiem te przekazy zachowały się w Piśmie Świętym, to znaczy że nie było takiej zgody z judaizmem jaką próbuje nam się lansować, choć oczywiście Chrystus z judaizmem jako takim zapewne nie walczył, jedyne co robił to głosił Dobrą Nowinę i nauczał w inny sposób, niż robili to kapłani jerozolimscy. Takich przypadków można by było podać co najmniej kilka, ale biorąc pod uwagę okres świąteczny myślę że na tym możemy zakończyć. Chciałbym tylko aby ludzie uświadomili sobie, że twierdzenie iż Jezus był Żydem jest zupełnie nieuprawnione, podobnie jak twierdzenie że Żydami byli Maria czy Józef. Choć oczywiście wychowali się oni i wyrośli w judaizmie i był to jedyny ich związek z "narodem wybranym". 





WSZYSTKIM CZYTELNIKOM TEGO BLOGA PRAGNĘ ZŁOŻYĆ ŻYCZENIA ZDROWYCH, RADOSNYCH, BEZPIECZNYCH I CUDOWNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA