Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
CZYLI KRÓTKIE ROZWAŻANIE O AMERYCE (A RACZEJ O AMERYKAŃSKIM ŻARCIU)
Pomysł na dzisiejszy temat wpadł mi w zasadzie przez przypadek (jak większość tematów 🤭). A mianowicie obejrzałem sobie jeden z filmików na YouTube'owym kanale "Ogarnij swój inglish", którym to grupa Amerykanów mieszkająca w Polsce, odpowiada na pytania co ich tutaj sprowadziło, co im się podoba i tak dalej i tak dalej.
Dało mi to do myślenia ponieważ chciałbym się dzisiaj podzielić pewnymi rozważaniami na temat amerykańskiej kuchni, gdyż mam książkę kucharską z USA sprzed kilkunastu lat (chociaż ostatnio gdzieś mi się zapodziała) i tak właśnie nie niekiedy sobie kombinowałem odnośnie zrobienia tych amerykańskich frykasów, ale jakoś nigdy to mi się to nie udało (może dlatego że nigdy też nie próbowałem wdrożyć do polskiej kuchni tych amerykańskich przysmaków). Oczywiście to też nie oznacza że jestem jakimś znawcą amerykańskiej kuchni, raczej koneserem-amatorem, i to też nie wszystkich potraw. Zatem do dzieła.
SANDWICH
Czyli typowa amerykańska kanapka, wielka jak same USA (i tak jak Amerykanie lubią). Ponoć jest wiele wersji tej kanapki, być może ta nazywa się "submarine sandwich" - ale oczywiście pewności nie mam. Oczywiście u nas też można zrobić taką kanapkę, wystarczy przekroić bagietkę lub angielkę (zwaną również "bułką paryską") i nawkładać do środka sera, szynki, kiełbasy, jakiegoś salami jak kto lubi (ja lubię 👍), bekonu, można oczywiście dodać pomidora (chociaż Amerykanie chyba tego nie używają do kanapek), trochę sałaty, ogórka, szczypiorku (też rzadko używany w USA), rzeżuchy, i co kto tam jeszcze lubi. Fajna przekąska, przed obiadem (😉).
AMERYKAŃSKIE ŻAR... JEDZENIE
Nie znalazłem na to lepszej nazwy więc niech tak zostanie, zresztą jak wyżej Amerykanie lubią tak jeść, choć oczywiście nie znaczy to że jest to zdrowe jedzenie - ale, na coś przecież trzeba umrzeć (🤭)
KRABOBURGER? (😂)
Czyli soczyste mięsko - gorące kurczaki z Kentucky i tak dalej (😉). Chociaż to, to akurat jest mięsko z krówki (albo byczka 🥴).
AMERICAN BEER
Kiedyś spróbowałem takiego piwa (chociaż ja osobiście nie jestem piwoszem i nie przepadam za piwem), i muszę powiedzieć nie było złe, aczkolwiek jeśli już od czasu do czasu takie piwo sobie sprawię, to wolę już naszego Lecha, Żubra czy Ciechana.
GRILLOWANE KIEŁBASKI
Cóż, grill to nie tylko amerykański sposób spędzania wolnego czasu, w zasadzie można powiedzieć że u nas to również jest (a przynajmniej stał się) narodowy sposób relaksowania się w gronie rodziny i przyjaciół. Któż bowiem nie chciałby odpocząć (np. na majówce) przy grillu i zimnym piwku? 🥓🍻
PIZZA
Oczywiście wynalazek włoski, ale za sprawą makaroniarzy, szybko się przyjął w USA (tak jak u nas rodzinne grillowanie 😙).
KRWISTY BEFSZTYK
Mega amerykańskie danie, tak jak hamburgery, frytki, cheetosy i... coke.
KOMPLET
Kiszona kapusta, parówki, czerwone ziemniaki, chleb kukurydziany gotowany na gorącej wodzie, plaster pomidora - to wbrew pozorom również amerykańskie danie, chociaż bardziej ze Środkowego Zachodu, z głębokiego interioru.
CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ
Jak wyglądało życie w ostatnim roku pokoju w Europie? A raczej w ostatnich ośmiu miesiącach pokoju, nim żądni władzy, podbojów i sławy ludzie, rozpętali prawdziwe piekło na naszym Kontynencie? Czym żyli obywatele Polski, nim stali się podludźmi, na których polowało się niczym na zwierzynę łowną w ulicznych łapankach i mordowało w niemieckich w obozach koncentracyjnych i sowieckich łagrach? Postaram na to pytanie odpowiedzieć w tej właśnie serii, do której zbierałem się już jakiś czas (tym bardziej że mam nieodparte wrażenie, iż my również żyjemy w okresie przedwojennym). Będą to informacje z ostatniego roku pokoju w Europie, z tym że skupiał się będę nie na kwestiach politycznych, a na życiu codziennym i troskach zwykłych ludzi. Na tym czym oni wówczas żyli, czym się zajmowali, co ich trapiło i czy rzeczywiście obawiali się wybuchu wojennego konfliktu - oraz jak się do niego przygotowywali (chociażby poprzez gromadzenie zapasów żywności, leków i środków higieny osobistej). Będą to również wspomnienia najróżniejszych osób z tego właśnie okresu, ich troski, radości i marzenia, nim świat ostatecznie ogarnęła wojenna otchłań. Zapraszam zatem.
I
WSPOMNIENIE WOJCIECHA GIEŁŻYŃSKIEGO
"Były przed wojną trzy Żoliborze. Oficerski przy Czarnieckiego, Szklanych Domów pośrodku i Dziennikarski, który ciągną się od ulicy Dziennikarskiej (za nią, aż do Wisły, były Dzikie Pola i WKS Żoliborz, teraz "Spójnia"), przez Tucholską i Sułkowskiego (gdzie się urodziłem pod numerem 33, teraz 15) do placu Merwina.
Upraszam znawców Warszawy, by nie prostowali, że takiej nazwy nie było. Wiem. Ale plac - w typie łączki - był jak najbardziej (jest do dziś jako wymuskany skwer między Karpińskiego i Kniaźnina). Wszyscy go zwali placem Merwina od nazwiska żurnalisty, który przy nim zamieszkiwał. Tam stawiałem pierwsze kroki futbolowe, a państwo Wierzyńscy, nasi najbliżsi sąsiedzi, kopali piasek dla kotów, których mieli dwanaście; tam wysikiwałem Hipka, buldożka francuskiego (wtedy szczyt mody kynologicznej); tam na trawie wysiadywały baby z mlekiem, kimali menele, dorożkarze podpasali swe chabety, niekiedy zaś plac Merwina był polem walki klas między nami - od Ostaszewskiej (szkoła też do placu przylegała) a żulią marymoncką. Oni byli lepsi na kamienie.
Mieszkał tamże komediopisarz Wacław Grubiński, którego córeczka Elżunia była nawet moją siostrą mleczną, bo mama Grubińska nie miała pokarmu, a moja miała go w bród (gdy mnie powiła), przeto małej Grubińskiej użyczała piersi - w ramach pomocy sąsiedzkiej. Instytucja ta wtenczas kwitła, gdyż wszyscy z Żoliborza uprawiali kult Edwarda Abramowskiego, apostoła społecznej samoorganizacji. Kiedy mama szukała smyczy na mnie lub mego brata Andrzeja (tato nie bijał nas nigdy), pryskaliśmy przez ogródki na Tucholską, do pani Wiktorii Goryńskiej, która nas ukrywała, aż mamie przeszło. Ona była dziennikarką radiową i tłumaczką z angielskiego, więc dziwadłem, bo na Żoliborzu (to "Joli Bord" przecie) w dobrym tonie była francuszczyzna, język światowy.
Miałem bonę! W ogóle edukację początkową odebrałem staranną, uczęszczałem bowiem do przedszkola u Sióstr Zmartwychwstanek; ale krótko, bo się ich bałem - przypominały zjawy. Zanim awansowałem do klasy pierwszej, Ojciec - jak wszyscy żoliborscy ojcowie - zaczął mnie każdej niedzieli prowadzać do Cukierni Pomianowskiego, na placu Inwalidów, na "mulatki", których smak mam wciąż na podniebieniu. Tam spotykał się cały Żoliborz, także panowie Generałowie z Czarnieckiego i panowie Socjaliści z WSM.
Nikt wtedy nie bredził, żeby młodzież trzymać z dala od polityki. Nam do młodzieży było jeszcze daleko, a już dostawaliśmy do czytania nie "Płomyczek", lecz Ikaca, a nawet "Asa", choć były tam panienki z dekoltami. Wiedzieliśmy, co powiedział Beck a co Chamberlain. Każdy z nas był "homo politicus". W święta narodowe prowadzono nas pod Bramę Straceń na Cytadeli, gdzie stała za szkłem kibitka i szubienica. To było polskie sanktuarium. Kto mógł przypuszczać, że zaćmią je Oświęcim i Katyń...
Przed wyborami 1938, na pauzach u Ostaszewskiej trwały zajadłe dysputy. Jedni byli za rządową Jedynką, inni za Dwójką z literami PPS, jeszcze inni za panem Romanem. Ale bardziej nas frapowała problematyka międzynarodowa: zbieraliśmy sreberko z czekolady E. Wedel na biednych Murzynków.
WSPÓŁCZESNY WEDEL TO JUŻ ZUPEŁNIE INNA FIRMA, NIŻ TAMTA PRZEDWOJENNA Z DUSZĄ, I ZE SMAKIEM 🍫
SWOJĄ DROGĄ TA FIRMA ZAŁOŻONA W 1851 W WARSZAWIE PRZEZ NIEMCA KTÓRY BARDZO SZYBKO SIĘ SPOLONIZOWAŁ, STAŁA SIĘ NASTĘPNIE SYMBOLEM NAJLEPSZYCH POLSKICH ŁAKOCI
Czuło się, że wojna nadciąga. Wszyscy jakoś się do wojny szykowali. Ale niekoniecznie żyli w strachu. My, uczniowie trzeciej klasy, czekaliśmy na wojnę, jak na wielką hęcę. A Danusia Michalakówna, moja pierwsza blond miłość, jak na zbawienie; była Czeszką, której rodzice uciekli przed Hitlerem i mieszkali na Dygasińskiego, lecz pragnęli wrócić do Pragi. Przestałem ją kochać, gdy podpatrzyłem, że się pacykuje szminką (🤭).
Poziom świadomości polityczno-woiskowej ówczesnych ośmio i dziewięciolatków był nadzwyczaj wysoki. Moja klasa dzieliła się na trzy frakcje: FON, FOM i LOPP. Ci pierwsi latali z puszką, zbierając groszaki na Fundusz Obrony Narodowej. Wiedzieliśmy doskonale, że nasza piechota, ta szara piechota, co "w pierwszym szeregu podąży na bój", powinna mieć czołgi, ośmieszane przez dorosłych znawców. Hitler - paplali - ma czołgi z dykty (czy nawet z tektury) i nasi dzielni ułani przebiją je lancami na wylot. Absolutnie nie wierzyliśmy gazetowym zapewnieniom - gdy nasi generałowie szykowali marsz na Kowno - że "Litwę zarzucimy czapkami". Obliczyliśmy z pomocą tabliczki mnożenia, że czapek nie wystarczy.
Ja przewodziłem frakcji FOM - Funduszu Obrony Morza - i gromadziłem środki na ścigacze. Wolałbym wprawdzie na pancerniki; na pamięć znałem ich nazwy w Home Fleet (szczególnie podobały mi się "Nelson" i "Rodney"), lecz znajomy taty, co służył kiedyś na kanonierce w Pińsku, pouczył mnie, że pancernik na Bałtyku się nie zmieści. Wydałem więc tacie dyspozycję finansową, żeby z moich 205 złotych, które w Banku Polskim na Bielańskiej złożyła mi w prezencie ciocia Janina z Paryża, pobrał 50 złotych na ścigacze; co uczynił. Wrzuciłem do puszki złotych 40, bo jednak 10 przyoszczędziłem na lody "Pingwin" dla całej klasy, osłabiając potencjał naszej floty, która - w piosence - "choć nieduża, dzielnie strzegła portu bram".
Frakcja LOPP - Ligi Obrony Powietrznej Państwa - zadzierała nosa, bo nasze "Łosie" miały bez trudu pokonać Hitlera i jego "stukasy". Baliśmy się jedynie gazów; ze szczególną uwagą warszawiacy oglądali wysoką chyba na trzy metry bombę reklamową, ustawioną przed BGK na Nowym Świecie róg Alej Jerozolimskich (kilkanaście metrów od miejsca, gdzie teraz stoi ersatz-palma).
Poziom militarnej świadomości nas, dziewięciolatków, był porównywalny, a może i lepszy od świadomości... oficerskiej. Pułkownik Stefan Rowecki (później "Grot", dowódca AK) latem 1939 roku, gdy został mianowany dowódcą Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej, notował, że szczególnie trudne było nakłonienie oficerów, aby zechcieli zsiąść ze swych rumaków i zmotoryzować się. Na kilka tygodni przed wybuchem wojny 1 Pułk Strzelców Konnych odbywał nadal "ciągłe zawody konne", więc - zanotował Rowecki - "Konieczne jest odebranie natychmiast koni, bo inaczej czas przeznaczony na przeszkolenie motorowe upłynie". W miesiąc później, 3 sierpnia: "jeszcze nie oddali koni, które najwięcej zaprzątają im umysły".
W ostatnich dniach sierpnia wróciliśmy do Warszawy z wakacji nad Sanem w Temeszowie. Dużo się tam nauczyłem. Z przyrody - że brzany najlepiej łowić ręką pod "plaskatymi" kamieniami. Z polityki - że życie nie jest tylko sielanką! Pani Xawerowa Dwernicka, dziedziczka, już pierwszego dnia ostrzegła: "Nie przechodź Wojtusiu na drugi brzeg, bo tam same Rusiny i Cygany, oni dzieci porywają!" Nie wolno mi też było chodzić - Boże broń - ku folwarcznym czworakom, albowiem mieszkały w nich dzieci bardzo niegrzeczne, bose i zasmarkane, które ciągnęły za warkocze "miastowe" panienki, do chłopców strzelały z procy, mogły nawet kijem nabić guza.
Państwo dziedzicostwo z Temeszowa łatali budżet letniakami i snuli posępne opowieści: zboże tanieje, chłopi hardzieją! W saloniku, przy patefonie, pomiędzy "Tangolitą" a "Zakochanym złodziejem" mówiło się o wojnie. Każdy czuł że lada dzień wybuchnie, ale nikt się tym zbytnio nie frasował. Pan dziedzic, emerytowany rotmistrz ułanów, niezachwianie wierzył w kawalerię i żywe torpedy, a wszyscy pospołu żywili przekonanie, iż Anglicy z Francuzami załatwią hitlerowską hecę w parę niedziel. Karczmarz Aron donosił karpie i okowitę, i wykłócał się o "procynty". Radio nadawało wiadomości o napaściach w Gdańsku oraz superszlagier sezonu: "Ach jak przyjemnie, kołysać się wśród fal". A Dwerniccy swoje: "Robocizna zdrożeje!"
Ledwieśmy wrócili na Żoliborz - już nie na Sułkowskiego, tylko na Kozietulskiego 4-A - tata kupił mi saperkę i kazał spełniać obywatelski obowiązek: kopać zygzakowate rowy na placu Inwalidów i koło baraków biedoty przy Dworcu Gdańskim. Schrony szykowano też w każdej piwnicy, uszczelniając szpary taśmą samoprzylepną. Z aptek wykupywano watę i gazę oraz płyny antygazowe do domowego wyrobu tamponów na nos i usta. Oklejano taśmami szyby na krzyż, żeby nie wypadały od bombardowań.
Tak było w całej Warszawie i pewnie w całej Polsce. Nastrój był jednak niezły. Nie damy się!
W Warszawie II sekretarzem ambasady Włoch był Guido Soro, życzliwy Polakom. Po Wrześniu i ewakuacji dyplomatów wrócił do Polski jako obserwator z ramienia hrabiego Galleazzo Ciano, zięcia Mussoliniego i szefa MSZ. Soro niósł Polakom pomoc na miarę swych możliwości i zostawił wspomnienia "W obcych oczach", relacjonujące ostatnie dni przedwojennej Polski. Trzy fragmenty:
"W lutym 1939 przybył do Warszawy Ciano. Urzekła go Puszcza Białowieska ("nieruchoma" w swej tajemniczej głębi, pełna ukrytych czarów), atrakcyjność wytwornych Polek oraz bal, jaki urządził dlań Wieniawa z oprawą w postaci pułku szwoleżerów! Rozmach mazura, rozochocone młode twarze - to było imponujące! (...)"
"Przyjęcie we włoskiej ambasadzie 31 sierpnia. Goście myślami byli już gdzie indziej, jednak tańczyło się i piło. "Rano doszedł nas warkot silników i huk pierwszych bomb. Połączyliśmy się z Ciano, gdy obok eksplodował zestrzelony samolot".
"Ilustrowany Kuryer Codzienny" zdjęciowy dodatek z 7 sierpnia poświęcił tamtej wojnie: ułan nad jakąś mogiłą - podpis - "Śpij kolego w ciemnym grobie, niech się Polska przyśni tobie"; Piłsudski z Wieniawą; "Legun" karmi pisklęta szpaków; Rydz-Śmigły prowadzi defiladę. Ponadto fajne fotki: konna girlaska na prerii kanadyjskiej, lato w Kalifornii upalne, Geraldyna Fitzgerald powabna, koza w ZOO karmi większe od siebie łosiątko, najnowszy model paryskiego kapelusza, w Castel Gandolfo Ojciec Święty udzielił audiencji maharadży Mysore, uczennice angielskie przechodzą kurs golfa. I nawet najmniejszego sygnału w tym dodatku (prekursorskim wobec "Wysokich Obcasów"), że już za parę tygodni Polskę, Europę, świat może ogarnąć wojenny kataklizm."
Dziś wakacyjnie i na luzie - a nawet dość prywatnie, gdyż chciałbym się pochwalić (tak, pochwalić, a co? 😎) obiadkiem, jaki dziś przygotowałem dla siebie i swojej Damy. Oczywiście temat ten jest dość niecodzienny (bo też i rzadko się chwalę 🥴), ponieważ nie często zajmuję się gotowaniem (a nawet można powiedzieć że jestem w kuchni gościem). Oczywiście lubię i umiem gotować, ale do tego muszę mieć po pierwsze nastrój, a po drugie musi to być jakaś wyjątkowa okazja, abym przejął obowiązki "kucharza domu". Dziś jednak postanowiłem wcielić się w tę rolę, ponieważ chciałem pokazać mojej Pani jak kiedyś mama przygotowywała takie klasyczne zwykłe danie obiadowe, jak kotlet schabowy, ziemniaczki (szczególnie młode) i oczywiście ogórek kiszony (ewentualnie sałatka lub surówka). Oczywiście nie mam tutaj zastrzeżeń do kuchni mojej Damy, ale natchnęła mnie wena i zapewne zrobiłbym coś bardziej ambitnego, ale ponieważ miałem ochotę właśnie na takie danie, to i na tym zakończyłem 😋. Oczywiście wyszło wyśmienicie i możecie mi wierzyć na słowo. A stół był zastawiony w taki oto sposób (z tym, że oczywiście zrobiłem obiadek tylko dla nas dwóch 😍), a i wszystkie składniki były prawie takie same (brakowało tylko wódki baczewskiego, więc musiałem użyć zamiennika 😂😜). Poza tym chciałem chyba sobie też udowodnić że nie wypadłem z kulinarnej wprawy - w końcu mężczyźni to najlepsi kucharze na świecie prawda?! 🤓
Oto moje dzieło (ponieważ nie publikuję zdjęć prywatnych w mediach społecznościowych ani na blogu, przeto posłużę się zamiennikami. Ale jak już wcześniej wspomniałem możecie mi wierzyć na słowo, że praca którą wykonałem jest dokładnie taka jak poniżej 🙄).
Co prawda lato w tym roku powoli, ale jednak się kończy - mimo to dziś zaproponuję przepis na... lody własnej roboty, przyrządzone w taki sposób, w jaki czyniono to w Galicji (nie mogę się przemóc do tej nawy - co prawda budzi ona dość neutralne wyobrażenie czasów Monarchii Austro-Węgierskiej i tej swojskiej atmosfery z dobrego wojaka Szwejka. Jednak z drugiej strony nazwa ta, jest nazwą obcą, nazwą narzuconą, powstałą w wyniku pierwszego rozbioru ziem Rzeczpospolitej w 1772 r. Ponieważ jednak wcześniej nie istniała zbiorcza nazwa co do tych ziem, dlatego też postanowiłem - przynajmniej w odniesieniu kulturowym i w kontekście spécialité de la maison - tej nazwy używać). Przepis ten pochodzi (co najmniej) z XIX wieku, dlatego też wtapia się doskonale w galicyjską mentalność i piękno dawnego (polskiego) Lwowa.
LODY ŚMIETANKOWE
SKŁADNIKI:
Ok. 2 gram śmietany.
strąk wanilii.
4 jajka.
cukier.
sól.
lód kruszony.
karuk (klej rybi)
PRZYGOTOWANIE:
Najpierw przygotujemy śmietankę. Wlewamy śmietanę do pojemnika i ustawiamy go na kuchence, po czym przez chwilę gotujemy na wolnym ogniu. Następnie dodajemy pół strąku wanilii, wbijamy cztery żółtka, wsypujemy 1/4 cukru i cały czas mieszamy nie doprowadzając do wrzenia. Następnie ugotowaną śmietankę przecedzamy przez sito i wlewamy do innego naczynia - cały czas mieszając aby zupełnie nie ostygła. Teraz możemy przejść do robienia lodów.
"Nabić lodem tłuczonem jakie naczynie drewniane..." - o przepraszam, ujmiemy to nieco bardziej współcześnie, a mianowicie po przesypaniu lodu z pojemnika do lodów do miski, w której na spodzie będzie dziurka do ściekania wody (oczywiście można to zrobić znacznie szybciej stawiając miskę z lodem, a na niej przygotowany pojemnik z ubitą - lub zmiksowaną - śmietanką, jednak teraz podaję dokładnie jak przepis ten wyglądał w wieku XIX). Do ubitego lodu (lód niekoniecznie musi być ubity, wystarczy po prostu wsypać lód z foremek) wsadzamy pojemnik miedziany lub cynowy, wytarty do sucha i dobrze obsypany solą (w tym czasie można ubić lód wałkiem - jak zaleca przepis, ale ja sądzę że lodu wcale nie trzeba już rozbijać i wystarczy przejść do kolejnej czynności).
Następnie do owego pojemnika wlewamy ochłodzoną śmietankę po czym możemy "kręcić w obie strony bardzo szybko bez ustanku, a w pół godziny jak się już śmietanka zetnie, wymieszać drewnianą, mocną łopatką, osolić lód i znowu kręcić, powtarzając kilka razy aż się lody zupełnie zamrożą. Gdy żadnych grudek nie będzie i masa stanie się jak masło, znak że dobrze..." Po co aż tak bardzo utrudniać sobie życie, lepiej po prostu nie rozbijać lodu w misce, natomiast wlaną do pojemnika (lub mniejszej miski) śmietankę po prostu zmiksować, co zajmie nam kilkadziesiąt sekund lub kilka minut, ale nie pół godziny. Przed zmiksowaniem możemy dodać jeszcze mleko sojowe (ale niekoniecznie, dodaliśmy już bowiem cukier, także powinno być wystarczająco słodkie). Po ubiciu wlewamy śmietanę do foremki lub pojemnika, po czym odstawiamy na parę godzin (ok. 5-7 h) do zamrażarki, przy czym temperatura nie powinna być zbyt niska (wystarczy jakieś 10 stopni poniżej zera). Autor przepisu który prezentuję, radzi również poeksperymentować z foremkami - ale to już zostawiam gustom i guścikom czytelników. W każdym razie po wyjęciu z lodówki, mamy doskonałe lwowskie lody śmietankowe z XIX wieku.
ZIMNA KAWA
Ponoć kawa zimna z lodu "przepysznym jest napojem", choć tego akurat nie wiem, jako że ani zimnej ani tym bardziej gorącej kawy nie pijam. Nie znoszę też jej smaku i aromatu (bardziej chyba nie cierpię zapachu dymu papierosowego), dlatego nie potrafię potwierdzić ani zaprzeczyć, ale ponieważ wciąż jeszcze obracamy się wokół letnich smakołyków, przeto poniżej prezentuję przepis na... zimną kawę.
SKŁADNIKI:
kawa.
cukier.
śmietanka do kawy.
PRZYGOTOWANIE:
Gotujemy kawę i czystą wlewamy do dzbanka (lub imbryka 😄), po czym "zakopać w lodzie i śmietankę także sparzoną w garnuszkach postawić na lodzie" (innymi słowy) wstawiamy imbryk do lodówki. Trzymamy tak 2-3 godziny wraz ze śmietanką, po czym wyjmujemy, dodajemy do kawy śmietankę i już możemy delektować się jej smakiem na zimno (jak kto to lubi oczywiście). Do tego oczywiście biszkopty, ciasteczka etc. etc. Voila - szybki przepisy na (jeszcze) letnie upały, aby nie tracić ani czasu ani energii a móc czym prędzej przystąpić do konsumpcji.
PS: W kolejnej części zaprezentuję sposób przygotowania XIX-wiecznych, niemieckich blutwurstów (kaszanek), oraz dań kuchni wileńskiej. A następnie przejdziemy do... ponczu.
Dziś powracam do nieco już zapomnianego tematu pyszności i smakołyków z staropolskiej kuchni kresowej, a w dzisiejszym temacie skupić się zamierzam na słodkościach, a konkretnie na polsko-litewskim sękaczu, staropolskim kulebiaku, polskim rumianym mazurku, a także podam przepis na staropolski likier pomarańczowy - biały - zwany czasem również "pomarańczówką". Tak więc - aby nie przedłużać - przejdźmy do dzieła:
DZIAD - CZYLI SĘKACZ
(WERSJA UPROSZCZONA - ZA TO ŁATWIEJSZA W
PRZYGOTOWANIU I MNIEJ CZASOCHŁONNA)
Legenda tego ciasta głosi, że zostało ono wymyślone z okazji wizyty w Berżnikach w 1551 r., sędziwej już wówczas królowej-matki Bony Sforzy. Czy to prawda - raczej to jest wątpliwe, jednak legenda o jej wizycie w Berżnikach - co miano właśnie uczcić podając monarchini nowo wymyślone ciasto, zwane właśnie "sękaczem" ze względu na jego kształt, przypominający sękate drzewo. Bardziej jednak prawdopodobne jest to, że przepis na sękacza przybył do Polski (a potem na Litwę) z... Niemiec, gdzie znany był pod nazwą "bankuch". Jednak w Brandenburgii (gdzie sękacz święcił największe triumfy) znany był dopiero na przełomie XVI i XVII wieku, więc nie wiadomo dokładnie która wersja jest prawdziwa i czy to może jednak ciasto to, przybyło raczej z ziemi podlaskiej do Berlina, a potem zadomowiło się na stołach Niemiec, Francji a nawet Szwecji. W każdym razie sękacz uważany jest za tradycyjne danie polskiej kuchni kresowej i dlatego właśnie znajduje się w tym oto zestawieniu.
Aby przygotować dobry, właściwy i prawidłowy sękacz, należałoby zgromadzić nawet... 200 jaj, a potem skrupulatnie owiniętego pergaminem (lub natłuszczoną płócienną koszulką) umiejętnie smażyć go na rożnie w taki sposób, by ciasto z każdej strony odpowiednio się zarumieniło. Praca ta jednak jest dość żmudna i trwa ok. trzech godzin (nieustannego kręcenia rożnem, dbając o to, by ciasto równomiernie się rozłożyło), dlatego też darujemy sobie taki przepis i przejdziemy od razu do wersji znacznie bardziej skróconej i składającej się zaledwie z... 10 jaj. Oto on:
SKŁADNIKI:
10 jaj (można oczywiście więcej, np. 30-60 - wtedy ciasto będzie znacznie większe).
3/4 kostki masła
750 gram cukru.
250 gram maki.
PRZYGOTOWANIE:
Masło należy utrzeć w misce, wsypując doń cukier i mieszać do chwili aż się spieni. Następnie wbijamy wszystkie żółtka z jajek po kolei (nie przerywając ucierania) i do tego dosypujemy mąkę. Białka zaś posłużą nam do ubicia piany, po czym wszystko razem mieszamy z ciastem. Następnie, do wcześniej przygotowanej i nasmarowanej masłem formy (np. tortownicy) wlewamy cieniutką (jak najcieńszą) warstwę ciasta i całość wstawiamy do piekarnika (pieczemy w 180 stopniach). Gdy ciasto będzie upieczone, wyjmujemy formę i wlewamy drugą cienką warstwę ciasta, po czym wstawiamy tę formę do większej formy z wodą (aby piekło się tylko od góry), po czym ponownie wkładamy obie warstwy do piekarnika. Gdy się upieką, wlewamy trzecią cienką warstwę, a gdy i ona się upiecze, następną - aż do całkowitego zużycia całego ciasta.
Oczywiście to z jak wielu warstw będzie się składał nasz sękacz (dziad) - zależy tylko od nas samych i naszej fantazji oraz wytrwałości. Gdy ostatecznie ciasto upiecze się do ostatniej formy, wyjmujemy je z piekarnika (dziad będzie miał prążki - czyli warstwy - wzdłuż, a nie w poprzek, jak przy sękaczu pieczonym na rożnie) i już wedle naszego życzenia możemy go dowolnie przystroić - np. lukrując go od wierzchu, dodając wanilii, cytryny, migdałów, a nawet truskawek i śmietany. Ciasto to się nie psuje (lub psuje się bardzo powoli) jest gotowe do spożycia nawet po upływie... sześciu miesięcy.
STAROPOLSKI KULEBIAK
(SZLACHECKI - GDYŻ ISTNIAŁY RÓWNIEŻ
KULEBIAKI CHŁOPSKIE - CZYLI LUDOWE)
Istniało kilka przepisów na kulebiaki, ja tutaj podam tylko dwa - jeden co wyrósł w kuchni domu Sapiechów, a drugi w kuchni domu Radziwiłłów
SKŁADNIKI:
(KULEBIAK SAPIECHÓW)
garść suszonych grzybów.
ciasto maślane.
500 gram kiszonej kapusty.
100 gram wędzonej szynki.
1 cebula.
masło
2 jajka.
pieprz.
sól.
mąka.
śmietana.
PRZYGOTOWANIE:
Masło i mąkę należy przesiekać nożem na stolnicy. Następnie wbić 2 jajka, wlać śmietanę, dodać nieco soli (może być "nieco" więcej) po czym to wszystko dobrze ugnieść rękoma. Potem rozwałkować ciasto w kwadrat, założyć rogi do środka (jak w kopercie), złożyć na pół i raz jeszcze na pół (powtórzyć tę samą czynność jeszcze trzy razy). Po czym odłożyć ciasto do lodówki na 20 minut.
W tym czasie grzyby należy zamoczyć w ciepłej wodzie i odstawić na pół godziny, po czym ugotować je w tej samej wodzie. Następnie grzyby trzeba wyjąć i pokroić w cienkie paseczki. W tym czasie również przygotowujemy kapustę, którą musimy drobno posiekać i następnie zalać wywarem z ugotowanych grzybów i ugotować ją bez przykrycia. Drobno kroimy (oraz sieczemy) cebulę, posypujemy szczyptą soli i szklimy ją na maśle (oczywiście na patelni) razem z pokrojoną w paski szynką. Następnie należy to wszystko wymieszać z kapustą i grzybami oraz doprawić solą i pieprzem i ciasto Sapiechów gotowe.
SKŁADNIKI:
(KULEBIAK RADZIWIŁŁÓW)
ciasto maślane.
300 gram mięsa z pieczonego kurczaka.
150 gram wędzonej szynki.
4 jajka.
natkę pietruszki.
pieprz.
sól.
PRZYGOTOWANIE:
Szynkę i kurczaka należy drobno posiekać i dodać (ugotowane na twardo) i pokrojone w kosteczkę dwa jajka. Wymieszać to z posiekaną natką pietruszki i doprawić solą oraz pieprzem, a Następnie wbić jedno surowe jajko i całość dobrze wymieszać.
W tym czasie należy rozwałkować ciasto na dwa prostokąty (jeden większy od drugiego). Na mniejszy prostokąt nakładamy przygotowane nadzienie (jednak tak, aby dookoła brzegów pozostawić gołe ciasto na szerokość do 2 cm.). Następnie przykrywamy to większym kawałkiem prostokątnego ciasta, tak, aby zlepić ze sobą oba brzegi. Po wierzchu należy również posmarować wymieszanym razem białkiem i żółtkiem z czwartego jajka i całość wstawiamy na ok. 20 minut do piekarnika (lub pieca) i gotujemy w temperaturze 200 stopni.
PS: Ciasto maślane można przygotować tak jak to było w przepisie Sapiechów, jak i Radziwiłłów - to nie ma większego znaczenia, a wręcz można nawet łączyć te style naprzemiennie.
STAROPOLSKI RUMIANY MAZUREK
SKŁADNIKI:
pół kilogramów migdałów.
masło.
cukier.
mąka.
4 jajka.
30 goździków.
ok. 6 gram utartego cynamonu.
PRZYGOTOWANIE:
Migdały płuczemy pod ciepłą wodą i pozostawiamy do wyschnięcia, po czym tłuczemy je na masę w jednym naczyniu, do którego następnie wsypujemy pół kilo masła, 1/3 cukru, 1/3 mąki i rozbijamy cztery jaja, dodajemy goździki, utarty cynamon i wszystko razem intensywnie zagniatamy po czym wałkujemy na grubość palca i wkładamy do wcześniej przygotowanej formy, posmarowanej masłem. Całość wkładamy do piekarnika i gotujemy w temperaturze co najmniej 180-200 stopni. Gdy mazurek już nam się ugotuje i pięknie zarumieni, wyjmujemy go z piekarnika, polewamy lukrem cytrynowym (lub jakimkolwiek innym), przystrajamy konfiturami (to granicę stanowi jedynie nasza wyobraźnia) i voila, możemy zasiadać do stołu.
Litr dobrego spirytusu (co najmniej 12 próby), nalać na skórki z sześciu świeżych, obranych pomarańczy (tak obranych, aby pozostały same wierzchnie skórki), a następnie odstawić całość na dziesięć dni. Potem zlać spirytus do wazy (lub innego naczynia), a tymczasem w drugim naczyniu przygotować wodę i gotować ją do stanu wrzenia, po czym dodać półtora kilogram cukru i zrobić z niego bardzo gęsty syrop. Następnie ów gorący jeszcze syrop, wlać do wazy ze spirytusem i dobrze wymieszać, po czym odstawić w wazie do wystudzenia. Po wystudzeniu przelać lejkiem do butelek (kładąc watę do filtru w lejek), zapieczętować butelki i odstawić w spokojnym, chłodnym miejscu... na pół roku.