Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POWSTANIE LISTOPADOWE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POWSTANIE LISTOPADOWE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 stycznia 2023

MIKOŁAJ NIE ŚWIĘTY I SIEDMIU ŁAJDAKÓW

Z DZIEJÓW

PRIWISLENIJE






"OSIEM LWÓW, CZTERECH PTAKÓW PILNUJE SIEDMIU ŁAJDAKÓW"





Dziś, jeszcze w starym roku, pragnę na krótko powrócić do tematyki rosyjskiej, ale pomijając współczesność,przenoszę się (wraz z Wami, czytelnikami tego bloga) do XIX wieku. Chciałbym bowiem poruszyć temat stosunków polsko-rosyjskich na przykładzie trzech wizyt cara Rosji - Mikołaja I Romanowa w Królestwie Kongresowym (Priwislinskim Kraju - czyli tej części ziem dawnej Rzeczpospolitej, które znalazły się pod moskiewskim zaborem), z lat 1838, 1840 i 1841, ze szczególnym uwzględnieniem tej ostatniej daty, jako że wówczas doszło do otwarcia pomnika tzw. "Siedmiu oficerów lojalnych wobec swego króla" (którym w latach 1815-1831 był właśnie car Mikołaj I). Oficerowie ci, zostali zamordowani na początku Powstania Listopadowego w listopadzie 1830 r. za odmowę przyłączenia się do owej insurekcji. Od razu też pragnę wyjaśnić (biorąc pod uwagę tytuł) że ja takich mordów nie pochwalam, tym bardziej, że ci oficerowie (Potocki, Siemiątkowski, Trębicki, Hauke, Blumer, Nowicki i Mecieszewski) zasłużyli się znacznie w czasach Napoleońskich, podobnie jak np. Józef Zajączek, w latach 1815-1826 carski namiestnik Królestwa Polskiego. Zarówno on, jak i oni są bowiem doskonałym przykładem, jak piękną kartę swego życiorysu można zamienić w... gówno). Ci zaś, którzy ich zamordowali, niekoniecznie musieli być ludźmi o szlachetnych intencjach, mimo to jednak ich postawa była wybitnie demotywująca i podobnie jak postawa późniejszych dowódców powstańczych, nie sprzyjała szybkiemu wygraniu Wojny o Niepodległość w roku 1831 i przeniesieniu walk na tereny Ukrainy, Litwy i Białorusi - ludzie ci myśleli bowiem tylko o szybkim zakończeniu walk i dogadaniu się z carem, co powodowało spory dysonans pomiędzy niezwykle bojowo usposobionym korpusem oficerskim średniego i niższego szczebla jak również całym ówczesnym Wojskiem Polskim oraz patriotycznie zmotywowaną młodzieżą (jak bowiem pisał w 1839 r. brytyjski konsul w Warszawie - John Charles Barnett: "Surowość kary (...) zwiększa tylko z każdym dniem niepopularność Rosjan, zwłaszcza w szkole silny duch narodowy ujawnia się nieustannie, a każdy dwunastoletni chłopiec ma się za patriotę"). Dlatego też postawa owych siedmiu oficerów nie mogła być powszechnie akceptowalne.

Świadczą o tym również dzieje owego monumentu, postawionego na Placu Saskim w Warszawie w listopadzie 1841 r. Wypisano na nim nazwiska siedmiu oficerów, dodając że zginęli za wierność swojemu królowi (co ciekawe, wdowa po generale Potockim, prosiła listownie cara Mikołaja, aby ten nie umieszczał nazwiska jej męża na owym cokole, twierdząc iż "nie zasłużył na taki zaszczyt", car jednak odrzucił jej prośbę). Pomnik w formie małego obelisku, miał u swej podstawy osiem spiżowych lwów, a nieco wyżej umieszczone zostały cztery dwugłowe rosyjskie orły, stąd bardzo szybko monument ów otrzymał prześmiewczą nazwę, nadaną mu przez mieszkańców Warszawy, a brzmiała ona właśnie tak: "Osiem lwów, czterech ptaków pilnuje siedmiu łajdaków". Pomnik znajdował się pod ciągłą obserwacją (zawsze przy nim stacjonował jakuś ruski sołdat), gdyż ciągle dochodziło na nim do różnych aktów wandalizmu. Przylepiano na nim kartki (tzw.: paskiewiczówki, od nazwiska carskiego namiestnika Królestwa - Iwana Paskiewicza) z prześmiewczym przesłaniem (raz nawet taką kartkę przyklejono na plecach owego żandarma pilnujacego pomnika). Kilka razy próbowano go wysadzić w powietrze, ale ostatecznie przetrwał te wszystkie ataki i został rozebrany dopiero w 1917 r. (po abdykacji cara Mikołaja II) oczywiście za zgodą okupujących wówczas miasto władz niemieckich. Był to przedsmak tego, co miało nastąpić już po odzyskaniu Niepodległości i swoistej derusyfikacji Warszawy, prowadzonej od początku lat 20-tych XX wieku w czasie której usunięto większość rosyjskich cerkwi lub ponownie zamieniono je na katolickie Kościoły .




Tak to zatem wyglądało, ale wracając do XIX stulecia słów jeszcze parę powiem na temat wizyt cara Mikołaja w  wyżej wspomnianych latach. Otóż Powstanie w Królestwie Polskim wybuchło w listopadzie 1830 r. Był to rewolucyjny czas w całej Europie, niedawno zakończyła się Wojna o Niepodległość Grecji (1821-1829), która dzięki Wielkiej Brytanii i Francji, wyzwoliła się z tureckiego jarzma. Sama zaś Turcja popadła w długotrwały konflikt z Egiptem paszy Mohameda Alego (1831-1839). We Francji Rewolucja Lipcowa zrzuciła z tronu króla Karola X, a w jego miejsce wprowadzono Ludwika Filipa z orleańskiej linii Burbonów (1830). Belgia wyzwoliła się od Holandii (1830, choć niepodległość tego kraju uznana została dopiero w 1839 r.). W Wielkiej Brytanii trwał konflikt o nowe ułożenie reprezentacji miast i rozkładu głosów w parlamencie  (zakończony ostatecznie w 1832 r.). W Hiszpanii narastała wrogość zwolenników księżniczki Izabeli - córki Ferdynanda VII i jego brata don Carlosa, zakończonej wybuchem trzech wojen karlistowskich, toczonych z przerwami w latach 1833-1876. W Italii zyskiwała popularność idea Risorgimento - zjednoczenia Włoch (Garibaldii, Mazzini). Zaś w krajach języka niemieckiego trwała zimna wojna o dominację Prus i Austrii. A poza tym jak zwykle, codzienne problemy ludzi tamtych czasów  (np. walka o ograniczenie zatrudniania dzieci w przemyśle i w kopalniach - w Wielkiej Brytanii takie prawo weszło w 1833 r. jako pierwsze w Europie) i rozbudowa sieci kolejowej (pierwsza linia kolejowa została otwarta w Wielkiej Brytanii w 1825 r. między Stockton a Darlington, w Niemczech w Bawarii w 1835, we Francji w 1837 między Paryżem i Saint- Germain, a na ziemiach polskich Kolej Warszawsko-Wiedeńska powstała w latach 1846-1847. Taka była ówczesna rzeczywistość.

Car Mikołaj I nie ufał Polakom po Powstaniu Listopadowym, które to o mały włos zakonczyloby się klęską Rosji (Armia rosyjska mając ponad trzykrotną przewagę nie była w stanie pokonać w polu Wojska Polskiego, co doprowadzało cara do furii, natomiast jego brat, wielki książę Konstanty - choć musiał uciekać przed powstańcami, cieszył się z sukcesów Polaków). Dlatego też po stłumieniu Powstania, car odebrał Królestwu Polskiemu konstytucję i zniósł jego samodzielność i odrębność od Rosji, powołując tzw. Statut Organiczny (1832 r.). Wielu Polaków sądziło, że przyjazd cara do Królestwa spowoduje pewne łaski dla kraju, jak choćby zniesienie stanu wyjątkowego, wprowadzonego w 1833 r. Jego przyjazd w lipcu 1838 r. był jednak jednym wielkim rozczarowaniem. Brytyjski poseł - Barnett tak oto pisał o polskim społeczeństwie w raporcie z 1838 r.: "Towarzystwo warszawskie, które przed rewolucją składało się ze wszystkich prawie głównych rodzin polskich, obecnie ogranicza się do niewielu, które tu jeszcze rezydują, raczej z obawy, że ich nieobecność byłaby poczytania za niechęć do rosyjskiego rządu i podany ich w podejrzenie, aniżeli z chęci włączenia się do towarzystwa w jego obecnym składzie. Rosjanie i Polacy spotykają się w towarzystwie, na pozór po przyjacielsku. (...) Rosjanie są to albo oficerowie, albo wyżsi urzędnicy cywilni. Bardzo zwraca uwagę prawie całkowity brak młodych ludzi cokolwiek znaczących (...) budzi satysfakcję obserwowanie ich właściwej postawy, która ich skłania do obchodzenia się bez zabaw w stolicy (...) z ludźmi, w których upatrują najzaciętszych wrogów swego kraju. Wiele znanych mi rodzin, osiadłych w Warszawie, żyje bardzo w odosobnieniu i nie ukazuje się nigdy publicznie - takich ludzi obserwuje bacznie policja". W takiej atmosferze przyjazd cara (i króla) była nadzieją na nowe otwarcie i nastanie lepszych czasów. Wszystko to okazało się jednak  mrzonkom.

Car przyjechał, lecz swoje kontakty ograniczył do minimum i ku powszechnemu rozczarowaniu nie spotkał się z nikim - wcześniej apelującym o audiencję, a jedynie z przedstawicielami wojska, Rady Stanu i duchowieństwa. Nie odwiedził nawet specjalnie dla niego przygotowanej wystawy wyrobów przemysłu krajowego, nie pokazał się też publiczności w czasie uroczystego przedstawienia w Łazienkach. Ogólne wrażenie tej wizyty zostało bardzo negatywnie odebrane przez mieszkańców Warszawy i jeszcze bardziej pogłębiło ich niechęć do osoby Mikołaja.

Kolejna wizyta, do której doszło we wrześniu 1840 r. też okazała się nieudana. Tym razem jednak car przyjechał z małżonką- Aleksandrą Fiodorowną. Wiele też sobie obiecywano po tej wizycie, a zakończyło się skandalem. Otóż para cesarska urządziła przyjęcie w Pałacu w Łazienkach, na które m.in. zaproszono rosyjskie i polskie damy z warszawskich rodów. Spodziewano się że oto wreszcie dojdzie do przełamania impasu i polepszenia stosunków polsko-rosyjskich i przyznania pewnych ulg dla Królestwa. Okazało się jednak że nie oto chodziło moskiewskiemu monarsze. Wszystkie damy zostały zmuszone do przystrojenia się w rosyjskie stroje, a następnie wzięły udział w uroczystości dziewiątej rocznicy zdobycia przez Rosjan Woli (na szańcach Woli w obronie Warszawy zginął we wrześniu 1831 r. gen. Józef Sowiński. Wdowa po nim, generałowa Katarzyna Sowińska była postacią bardzo szanowaną w mieście, a jej śmierć w czerwcu 1860 stała się podstawą do zorganizowania wielkiej patriotycznej manifestacji, której brutalne stłumienie, było jednym z powodów wybuchu w 1863 r.  Powstania Styczniowego). Wizyta więc pary cesarskiej zakończyła się ponownie całkowitym rozczarowaniem.






Do kolejnej wizyty cara w Warszawie doszło w listopadzie 1841 r. i było związane właśnie z odsłonięciem pomnika "siedmiu łajdaków". Początkowo planowano huczną uroczystość, połączoną z wystrzałami artyleryjskimi (przywołującymi w pamieci szturm Warszawy sprzed dziesięciu lat) oraz z iluminacjami świetnymi (fajerwerkami), ostatecznie jednak z tego zrezygnowano. 
Ograniczono się jedynie do parady wojskowej 8 tys. żołnierzy przed pomnikiem i mszy pontyfikalnej na Placu Saskim. Mikołaj bowiem nie ufał Polakom, twierdził wręcz otwarcie że nasz naród jest jawnie rusofobiczny i że powodem tego było przede wszystkim katolickie wychowanie polskiej młodzieży, dlatego też włączył budynek dawnej szkoły pijarów Collegium Nobilium w obręb wznoszonej od 1832 r. Cytadeli warszawskiej, symbolu moskiewskiego zniewolenia kraju.


BÓG WYRZEKŁ SŁOWO "STAŃ SIĘ".
BÓG I "ZGIŃ" WYRZECZE,
KIEDY OD LUDZI 
WIARA I WOLNOŚĆ UCIECZE,
KIEDY ZIEMIĘ 
DESPOTYZM I DUMA SZALONA,
OBLEJĄ JAK MOSKALE
 REDUTĘ ORDONA
KARZĄC PLEMIĘ ZWYCIĘZCÓW 
ZBRODNIAMI ZATRUTE,
BÓG WYSADZI TĘ ZIEMIĘ,
JAK ON SWĄ REDUTĘ



To tyle na dziś. Wybaczcie mi tę i kilkunastodniową absencję, ale niestety muszę jeszcze trochę odpocząć. Ja bowiem tak już mam, że jak pracuję, to pracuję - nawet parę lat bez przerwy, ale przychodzi taki czas, że potrzebuję przerwy i wtedy biorę dłuższy urlop. Wkrótce wracam z nowymi pomysłami i planami, tak więc czekajcie cierpliwie. I oczywiście:


WSZYSTKIM CZYTELNIKOM MOJEGO BLOGA ŻYCZĘ SZCZĘŚLIWEGO, RADOSNEGO I SPOKOJNEGO 2023 ROKU


PS: Bardzo przepraszam za literówki,  ale związane to było z faktem iż pisałem na szybko z telefonu i nie przeprowadziłem korekty. Teraz to wszystko naprawiłem i tak też wygląda moją myśl (a pisałem to głównie z pamięci) już po korekcie.


poniedziałek, 16 grudnia 2019

MAJOWA RAPSODIA - Cz. I

OPOWIADANIE EROTYCZNE





 Ściemniało się już, gdy pierwsze powozy zajeżdżały do pałacu hrabiego Aleksandra Bnińskiego w Sannikach. Mgła spowiła całą miejscowość, więc przybywający goście byli słabo rozpoznawalni dla służby, spieszącej żywo z powitaniem ich u drzwi wejściowych. Jednym z przybyłych był również wywodzący się z książęcej rodziny - Henryk Poniński, podchorąży Adam Poniński. W ogromnym wręcz salonie było mnóstwo zieleni - piękne filodendrony i agawy, roślinność popularna i bardziej egzotyczna, goście zostali doprowadzeni do okazałego salonu, który już uginał się od nadmiaru wszelakich potraw na nim ciążących. Zjazd w majątku hrabiego Bnińskiego wcale nie był przypadkowy, oto bowiem na dniach oczekiwano historycznego wydarzenia i wszyscy zebrani byli nim do głębi przejęci. Wreszcie, po ponad trzech latach od swego wstąpienia na tron, do Warszawy miał zajechać król, którego oczekiwano tutaj z wielkim zniecierpliwieniem i nadzieją. Król wielki, samowładnik świata połowicy, przybyć ma do nas z dalekiego Petersburga i koronować się w Warszawie na króla Polski. Car i król w jednym - Moskal i Polakiem mianowany, oto co jeszcze nam zostało - myśl taka przebiegła po głowie podchorążego Ponińskiego, który tylko z racji koligacji rodzinnych i faktu iż akurat przebywał w okolicy, z dala od stolicy, zaproszonym został na tę uroczystość. W głowie jego kłębiły się jednak inne myśli, niż te związane z przyjęciem u hrabiego Bnińskiego - oto bowiem zastanawiał się nad urzeczywistnieniem planu jaki opracowano wcześniej, w gronie kilku zaufanych wykładowców Szkoły Podchorążych Piechoty. Tego bowiem majowego dnia, roku pańskiego 1829 r. podczas koronacji królewskiej Mikołaja I, miano targnąć się na życie władcy. Plan opracowano w ścisłej tajemnicy, w gronie zaledwie kilku podchorążych pod przewodnictwem Piotra Wysockiego. Był tam zarówno Paszkiewicz, Gurowski, Cichowski, Mochnacki, jak i on Adam Poniński, a zabójstwo cara miało być hasłem i powodem wybuchu powstania zbrojnego i ostatecznego wywalczenia pełnej niezależności od Moskwy. Car zaś był symbolem tego wszystkiego, co w duszy rosyjskiej najgorsze: zaborczości, podłości, niestałości i niewolniczego wręcz posłuszeństwa.

Myśli, jakie zaprzątały głowę Adama Ponińskiego, uleciały jednak na widok witających gości dwóch  panien, stojących w przestronnym holu owego pałacu. Onieśmielony ich urodą, stanął jak wryty - Cóż to za anioły - pomyślał sobie - Czyżbym umarł i trafił do nieba? Owe panny przedstawiały się jako Izabela Zofia i Julia Bnińkówny, jedna piękniejsza od drugiej tak, iż nie było wiadomo na której dłużej wzrok swój zatrzymać. Przyodziane we wspaniałe suknie o jasnych odcieniach, przetykane złotawą nicią, bił od nich prawdziwy blask, niczym od jakichś nieziemskich istot. Adam stanął jak wryty i przez pewien czas nie mógł wydobyć z siebie głosu, wpatrując się wciąż w to niesamowite, nadludzkie zjawisko. Zaschło mu w ustach a nogi zaczęły się lekko uginać, jakby były z waty - Cóż się ze mną dzieje? - pomyślał, lecz te rozważania przerwał miły, spokojny głos jednej z panien:

- Witamy w domu senatora Aleksandra Bnińskiego, nasz papa jest waćpanu niezwykle wdzięczny za szanowne przybycie.

Poniński nie mógł ukryć rumieńca, jaki pojawił się na jego policzku - Cóż to - pomyślał - Czyż te młode perliczki jednym swym gestem potrafiły uczynić to, czego nie były zdolne najlepsze damy warszawskiej kamaryli? Próbując jednak opanować owe podniecenie, jakie niewątpliwie stało się częścią doświadczenia, którego wcześniej jeszcze nie przeżył w takich warunkach, postanowił się zmobilizować i jak przystało na żołnierza, stanął na wysokości zadania, zasalutował i rzekł:

- Podchorąży Adam Poniński z Warszawy ze Szkoły Podchorążych Piechoty... z Warszawy.

Dziewczęta uśmiechnęły się do siebie, po czym obie wyciągnęły dłonie do powitania. Speszony Poniński wziął w dłoń rączkę panny Julii, ukłonił się i ucałował, a następnie uczynił tak samo z rączką panienki Izabeli.

- Co kawaler taki spięty? Czyżby podróż miał kawaler nieprzyjemną - zwróciła się z pytaniem panna Izabela.

- Ależ nie. Po prostu... nie sądziłem że w domu hrabiego Bnińskiego mieszkają takie muzy - sam nie wierzył że to powiedział.

Dziewczęta ponownie uśmiechnęły się do siebie, po czym lekko dygnęły na znak, iż dziękują za ów komplement, który zapewne słyszały już nie raz, nie dwa. 

A Tymczasem tłumy gości zaczęły się tłoczyć w holu, na którym wreszcie pojawił się sam gospodarz wraz z małżonką, zapraszając zebranych do stołu. Wcześniej jednak służba roznosiła kieliszki z nalewką, aby goście poczuli się bardziej swobodnie nim zasiądą do uczty. A gdy już do tego doszło, głos zabrał - ponownie wznosząc toast - sam gospodarz hrabia Aleksander Bniński:

 - Szanowni goście - drodzy przyjaciele. Dziękuję wam wszystkim za to, że zechcieliście przybyć tu do mnie, byśmy mogli wspólnie świętować to historyczne wydarzenie, jakim będzie koronacja naszego króla Najjaśniejszego Pana Mikołaja, przybywającego do nas po trzech latach, by dopełnić konstytucyjnego wymogu koronacji. Szanowni Zebrani Przyjaciele, znacie dobrze mnie i mój ród, wiecie więc że wszystko co miałem, zarówno ja, jak i moi przodkowie łożyliśmy zawsze ku szczęściu Ojczyzny, co nie oznacza że nie byliśmy legalistami. Gdy nadeszły owe czarne chmury i kraj nasz pogrążony został w odmętach nicości, jedynie tron carycy Katarzyny - patronki naszej wolności, stał się latarnią, wiodącą nas ku nadziei i niezależnemu życiu przeciw pruskiej i austriackiej przemocy. Gdy zaś nastał Napoleon, jam pierwszy rzucił się pod jego sztandary, budować ojczysty gmach i wyrywać go koronie pruskiej tak, jak wcześniej przezeń został zagrabiony. Z Austriakami walczyłem pod księciem Józefem w kampanii 1809 r. jak i w 1812 podczas owej nieszczęsnej wyprawy moskiewskiej. Byłem też członkiem Konfederacyj Generalnej, która oficjalnie utworzyła Królestwo Polskie. Gdy zaś królem został Aleksander, przyglądałem się jego szlachetnej postawie i jak mało kto mogę dziś powiedzieć że był to mąż nad wyraz nam przychylny. Wciąż w głowie mej dźwięczą słowa, wypowiedziane przez tego wielkiego władcę, podczas zakończenia pierwszego sejmu królestwa z 1818 r., w której - pamiętam jak dziś - mówił Najjaśniejszy Pan: "Starania, jakie winienem mojej ojczyźnie, powołują mnie w dalekie strony, lecz losy wasze zawsze będą obecne mej myśli, wrócę pomiędzy was (...) Polacy! Obstaję przy spełnieniu moich zamiarów, są one wam dobrze znajome". Jakież to były zamiary, oczywiście wszyscy tu dobrze wiemy - rozszerzenie konstytucyj na ziemie nasze zabrane na wschodzie, i włączenie ich w jurysdykcję Korony, której nieodzownym monarchą byłby Aleksander, król i car w jednej osobie.




Wywód Bnińskiego nieco nużył Adama, który co jakiś czas zerkał na śliczne panny Bnińskie, a szczególnie panienka Izabella przypadła mu do gustu. Skóra jej śnieżnobiała i delikatna była jak u anioła, kibić wysmukła, twarz piękna nad wyraz i te oczy... te oczy, można się w nich wręcz utopić. 

- Najjaśniejszy Pan nasz jednak odszedł, nie zdoławszy spełnić swoich i naszych zamierzeń do końca. Ale oto brat jego Mikołaj, wielki mąż, sławny w Europie, wstąpiwszy na tron, przybywa do kraju naszego, jako pełnoprawny następca Aleksandra i król nasz miłościwie panujący, aby dopełnić wymogu koronacji. Otóż mili goście, czyż nie jest to dobitny przykład jego umiłowania dla nas i poszanowania zasad konstytucyj, której przecież Moskale sami nie mają? Wielokrotnie będąc w Petersburgu, widziałem mili państwo, te twarze zazdrosne, te miny dworaków cesarskich grymasem owiane. Słyszałem skargi iż cesarz lepiej traktuje Polaków niż ich samych - Ruskich, gdyż im nie nadał imperator Aleksander konstytucyj, a nam i owszem. Widziałem drodzy przyjaciele te zaciśnięte z żalu i bezsilności pięści hrabiego Woroncowa-Daszkowa, kanclerza Nesselrode, ministra hrabiego Panina, księcia Czernyszewa, a nawet porucznika Pułku Preobrażańskiego - Larskiego, z którym rozmawiałem będąc w Rosyi. Mają oni do Aleksandra żal za tę naszą odrębność od Moskwy, widać to zarówno po ich twarzach, jak i po ich czynach. Dlatego dalibóg, nie pojmuję narzekań niektórych mędrków, którzy wciąż zawodzą że Ziemie Zabrane wciąż pod moskiewską jurysdykcją stoją, zamiast do Korony włączone być mogły, że Nowosilcow rządzi się niczym udzielny władca, mając poparcie wielkiego księcia Konstantego, że król nie przestrzega wymóg konstytucyj, że nie zwołuje sejmu - otóż tym wszystkim malkontentom powiem - spójrzcie na Moskali, w ich twarzach wyczytacie prawdę, która ich pali, prawdę tę, która świadkiem Boga będąc, wywyższa naród nasz ponad ich, gdzie car jest jedynowładcą władającym w sposób absolutny. Dlatego też pokładam ufność w Najjaśniejszym Panu i pod jego opiekę się kryję, gdyż on właśnie jest gwarantem życia i trwałości narodu naszego którego tron po wieki się ostoi.




Tę część mowy Bnińskiego sala powitała gromkimi brawami, choć nie obyło się też bez pokątnych szemrań. Ja w każdym razie muszę zadbać by nasza misja pozostała tajemnicą aż do końca, nie mogę więc dać po sobie niczego poznać, szczególnie że szpicli Nowosilcowa nie brakuje zapewne również i tutaj. Myśli te jednak szybko ustąpiły, gdy młody podchorąży powrócił do podziwów nad pięknem panny Izabelli i łapał się na tym, iż pragnąłby zostać z nią na osobności, wyznać jej iż cudniejszej istoty nie widział jak żyje. Móc ją całować w jej wiśniowe usteczka, muskać delikatnie uszka, to prawe, to znów lewe. A potem zejść niżej, jeszcze niżej, znacznie niżej...






CDN.